Chcesz pracować? Jedź do Niemiec

Chcesz pracować? Jedź do Niemiec

Ponad 200 pracowników straci pracę w fabryce zajmującej się produkcją generatorów do turbin wiatrowych. Firma zamyka zakład i likwiduje produkcję w Polsce.

Jak informuje portal Business Insider, ponad 200 pracowników firmy Generator Produkcja Opole zostało zaskoczonych nagłą informacją o planowanych zwolnieniach i likwidacji zakładu. Firma produkowała generatory do turbin wiatrowych dla niemieckiej spółki z siedzibą w Aurich i Magdeburgu.

Załoga o zamknięciu produkcji oraz zwolnieniu wszystkich pracowników dowiedziała się na spotkaniu w ostatnich dniach lipca. Plany opolskiej firmy potwierdzili także urzędnicy z Powiatowego Urzędu Pracy w Opolu, którzy wskazali, że powodem drastycznego posunięcia są zmiany organizacyjne i planowane zakończenie działalności. Szokujące dla załogi plany przedstawiono po dwutygodniowej przerwie technologicznej.

Związkowcy w opolskim zakładzie, których relacje przywołuje „Nowa Trybuna Opolska”, wskazują, że pracownikom zaproponowano przeniesienie się do zakładu w Magdeburgu. Dla wielu pracowników przenosiny do pracy w Niemczech są nierealne z racji na uwarunkowania rodzinne. Co więcej, dla zatrudnionych taka propozycja jest upokarzająca. „Większość ludzi ma ponad siedem lat stażu pracy. Byliśmy zapewniani, że wszystko, co robiliśmy przez te lata, było doceniane i że firma dobrze prosperuje. Było dużo nadgodzin, a wypłaty były bardzo dobre. Naprawdę cieszyliśmy się z tej pracy” – stwierdził członek zarządu zakładowej „Solidarności”, którego słowa przytacza „Nowa Trybuna Opolska”.

Ty też jesteś tabloidowy!

Ty też jesteś tabloidowy!

Umberto Eco w zbiorze esejów „Jak podróżować z łososiem” pytał, jak rozpoznać film porno, jak odróżnić porno od nie-porno, dając tym samym pewne wskazówki, np. bohaterowie muszą dotrzeć z punktu A do punktu B.

A jak rozpoznać tabloid? Jest kolorowy, wręcz krzyczący kolorami, obrazy przeważają nad słowem, a słowa jedynie wyrażają to, co i tak widać, i niekoniecznie trzeba je nawet czytać. A jeśli już, to można je przeczytać jednym spojrzeniem, gdyż są tak krótkie i specyficznie ułożone, aby można było je objąć właśnie jednym rzutem oka, a nie wodzić wzrokiem jak przy lekturze książki. W pewnym sensie można go czytać spojrzeniem.

To na pozór dziwne stwierdzenie chciałbym uczynić punktem wyjścia dla swoich refleksji, choć prowokacyjny wniosek może być zaskakujący. Mają one na celu pokazać, iż tabloid, przy przyjęciu pewnego nastawienia, jest piękną, barwną, nadzwyczajną, przeciekawą opowieścią pochodzącą z dawnego komunikacyjnie świata. Choć oczywiście wszyscy czytamy za pomocą zmysłu wzroku (stąd m.in. nasz kulturowo-europejski wzrokocentryzm), to w przypadku tabloidu czytamy inaczej, gdyż jest to medium obrazkowo-oralne. Historie opowiadane za pomocą zdjęć i słów są tak naprawdę obrazami. Kierowanymi przez tabloid do czytelnika tak, jak gdyby tabloid był żywym człowiekiem opowiadającym historię.

Tabloidy nie mają dobrej prasy, choć właśnie z punktu widzenia historii prasy są genetycznie pierwsze i wyprzedzają inne gatunki, gdyż pochodzą ze spisywanych plotek. Tak, tak, to nie inteligenci zaczęli pierwsi trzymać gazety w dłoniach, choć ich forma było nieco inna niż dzisiejsza. Dzisiejszy tabloid opowiada tobie historię jak przyjaciel, który wrócił z dalekiej podróży, spoza naszego oswojonego świata, np. wsi czy miasteczka. Opowiada dziwy, które widział, abyś rozdziawił gębę i zadziwił się światem. Czysto informacyjny charakter nie jest dominujący. Z tego m.in. względu medioznawcy tak lubią poznęcać się nad tym medium. Ale czy w życiu chodzi tylko o informacje?

Tabloid jako medium obrazkowo-oralne cechuje się językiem emocjonalnym, mniej informacyjnym. Informacja jest tylko pretekstem do opowieści. Pociąga to za sobą fakt, iż mamy w nim do czynienia z wartościującą opinią (ktoś robi dobrze lub źle), a nie z analizą czy wyjaśnieniem. Etykietuje, generalizuje i stereotypizuje. Język jest hiperboliczny, kolokwialny, potoczny, mówiony, zwięzły, jasny, konkretny. Addytywny, czyli dodający do siebie kolejne elementy, ale ich nie analizujący. Używa metafor, aby zobrazować to, o czym mówi, a co i tak jest pokazane – jest obrazowy (np. Anna Powierza niczym nimfa wchodzi do jeziora). Zwraca się wprost do czytelnika, używając często figury apostrofy. „Wyobraź sobie”, „Czy wiedziałeś?”, „Co byś zrobił?”, „Kto to słyszał, żeby…”. Tym samym komunikuje: jesteś dla mnie ważny, jesteś kimś wartym wysłuchania tej historii.

O czym najczęściej opowiada tabloid?

O ekscesach i skandalach najbardziej uprzywilejowanych grup społecznych lub posiadających najwyższy kapitał w postaci widzialności: aktorów, celebrytów, sportowców, dziennikarzy. Słowem: osób spoza świata zwykłych ludzi. Często zdradza ich tajemnice, o których wie tylko tabloid, ukazuje zatem kulisy życia klasy szampańskiej, przy czym nierzadko są to plotki. Tylko z tabloidu dowiemy się, ile emerytury ma Krzysztof Cugowski czy jaki był sekret piękna Marylin Monroe.

Na drugim biegunie znajdują się losy zwykłych ludzi. Co ciekawe, ci z medialnego Olimpu przedstawiani są jak zwykli ludzie, często ze swoimi słabościami (pijany Andrzej Chyra oddaje mocz w bramie), a zwykli ludzie jako niezwykli, nierzadko bohaterowie (ochroniarz z Biedronki uratował dziecko). Zabieg ten pokazuje, że nie jesteśmy aż tak różni, że oni („niezwykli”) są tacy jak my („zwykli”), a my także możemy być, i jesteśmy, w jakiś sposób wyjątkowi. Patrząc na takiego jak my normalsa, który dokonał wielkich czynów, myślimy od razu, czy nas byłoby na to stać. Tabloid jako „chanson de geste dla ubogich”.

Co z politykami i polityką? Tabloid to jedyne medium niepolityczne! Oddech od tego świata. Nie interesują go programy polityczne, partie, bieżące wydarzenia polityczne. Politycy, i to wszystkich ugrupowań, są pokazywani jako zwykli ludzie, ewentualnie przedstawiani analogicznie jak celebryci. Trudno byłoby udowodnić tezę, że tabloid jest np. prawicowy bądź liberalny, analogicznie, czy jest prokościelny (na serio pisze o cudach) czy antykościelny (często pisze o grzechach kleru).

Istotnym faktem jest to, iż zwykli ludzie czasami są przedstawiani w zderzeniu z potężnymi instytucjami, jak ZUS, które ich skrzywdziły. W tym sensie tabloid to medium stające po stronie zwykłych ludzi, wpisując się w ludową tradycję lamentu i skargi.

W tabloidzie obecne są treści krwawe, dramatyczne i tragiczne oraz sensacyjne. To wersja „true crime dla ubogich”. Nierzadko opisywane są elementy fantastyczne i nadprzyrodzone czy wprost ingerencje sił nadprzyrodzonych. To antropologicznie bardzo ciekawe nawiązanie do tradycji gabinetów osobliwości, curiosów, ludzkiego zoo, bytów fantastycznych i monstrualnych, ciał nienormatywnych. Bardzo dobrze obrazuje tę kwestię choćby film pt. „Człowiek słoń” Davida Lyncha. Trzeba dodać, że tabloid jest w tym aspekcie demokratyczny, gdyż znajdziemy nawiązania do chrześcijaństwa, mocy tajemnych, ale i do UFO.

Warto też wspomnieć o szeregu praktycznych porad dotyczących życia codziennego, np. jak dbać o zdrowie, nie dać się oszukać „metodą na…”, o wejściu w obieg nowych banknotów itp. Tabloid informuje także o sprawach istotnych, jak np. waloryzacja rent i emerytur, przy czym zawsze jest to konkretna informacja w formie tabelki: masz tyle, będziesz miał tyle, co też po części pokazuje, do kogo jest skierowany tabloid.

Obraz świata, jaki wyłania się z tabloidu, jest dualistyczny: my – oni, biedni – bogaci, zwykli ludzie – potężne organizacje, tutaj – tam, ale i manichejski: dobro – zło. Jednocześnie świat jawi się jako przednowoczesny, tj. niezwykły, nieprzewidywalny, zaczarowany, gdzie wszystko może się zdarzyć. Jeśli wziąć pod uwagę typologię kultur biegnących od wczesnotradycyjnych, poprzez religijne, po nowoczesne, to jest on mutacją pierwszej i drugiej z elementami trzeciej, gdyż mówi się także o nauce, przy czym często jest to dostosowane do wizji nauki przednowoczesnej.

Z tego względu komunikacja obrazowo-oralna świetnie współbrzmi z tabloidem, gdyż ten typ komunikacji jest właśnie przednowoczesny. Przy czym, co warto dodać, jest on dostosowany do naszej polskiej tradycji, gdyż zawiera moralne pouczenia, napomnienia, morały jak z bajki ludowej. Posiada także cechy przypowieści, kazania, pieśni dziadowskiej, opowieści z karczmy, opowieści weteranów wojennych. Słowem, jeśli spojrzy się na tabloid z punktu widzenia antropologii komunikacji, jawi się on jako medium fascynujące i świetnie dostosowane do mniej wykształconych odbiorców, którzy nie mają swojego papierowego medium.

Jakie funkcje spełnia tabloid?

Po pierwsze, daje jakiejś rozumienie świata i ułatwia poruszanie się w nim. Być może inne niż to nowoczesne, ale czy gorsze? Na pewno ciekawsze! Po drugie, umożliwia podejrzenie świata, do którego nie ma się dostępu, byłby zatem „voyeuryzmem dla ubogich”. Po trzecie, daje poczucie godności tym, którzy go potrzebują. Jako medium o opisanym typie komunikacji świetnie nadaje się jako pretekst do rozmowy („A słyszała pani?”). Któż z nas nie plotkuje? To po czwarte. Po piąte, daje pewną wizję moralności, mówi jasno i bez filozoficznego zadęcia, co jest dobre, a co złe (np. zbrodnia nie popłaca).

Lubię czytać tabloidy choćby z tego względu, że zajmując się mediami, uważam, iż przedstawiają świat, patrząc z punktu widzenia tabloidu właśnie, w straszliwie nudny sposób. Czytając codzienne gazety czy oglądając telewizyjną publicystykę często godzinami jest o tym samym i ciągle tak samo. A w tabloidzie jest zaklęta baśń, mit, cud, niezwykłość – trzeba tylko umieć to dostrzec. Leszek Kołakowski napisał kiedyś, że w echu rzygającego pijaka można usłyszeć metafizykę. Tabloid nie pomija zwykłych ludzi, można nawet mówić o mini-micie bohaterskim, nawet jeśli trochę podkoloryzowanym. A czy baśnie nie czyniły tego samego? I czy zawsze o samą prawdę idzie?

Tabloid jest obiektem drwin przede wszystkim ze względów klasowych. Wiadomo: jest dla Januszy i ciemnogrodu. Ale czy naprawdę jest aż tak odległy od tego, co często robimy? Na przykład skrolowania Facebooka mieszającego treści różne gatunkowo? Od oglądania 15-sekundowych filmików na Tik-toku, które co chwila dostarczają nowych i różnych emocji, analogicznie jak w tabloidzie, gdzie na jednej stronie śmierć sąsiaduje z karnawałem? Tik-toka czytamy za pomocą rąk (kciuka) i oczu, tak jak tabloid, tylko kciuk zostaje zamieniony na ośliniony palec do przewracania stron. Oto cielesna historia mediów.

Tematycznie również jest podobnie, tyle że (po)nowocześni słuchają truecrimowych podcastów i podglądają życie gadających do nich influencerów, naiwnie wierząc, że ci są ich przyjaciółmi. I choć nie lubią tabloidowych cudów chrześcijaństwa i medalików z papieżem, jakoś nie śmieszą ich jednak na poważnie brane manifestacje i afirmacje, „internetowe estetyki”, astrologia i moc kamieni, „mówiące rzeki” i ich opiekunowie.

Strukturalnie, w sensie komunikacyjnym, nie jesteśmy odlegli aż tak bardzo, jak się wydaje na pierwszy rzut oka. To paradoksalne i nawet zabawne, że (po)nowocześni chcą być dzisiaj przednowocześni (wracają do mitu) i jednocześnie wyśmiewają prawdziwie przednowoczesnych – czytelników tabloidów. Obie przednowoczesności muszą się oczywiście różnić, głównie ze względów klasowych dystynkcji, przy czym pierwsza jest realnie przeżywana i szczera, druga zaś jest wtórna i związana z kapitalistycznymi modami, których celem jest jakieś odnalezienie się w świecie i usensownienie go, poprzez rzecz jasna zakup rzeczy związanych z daną „estetyką”. Wszyscy potrzebujemy trochę magii, mitu oraz baśni, tyle że każda grupa różnych. Wolę tę pierwszą.

Nie warto zatem poznawczo znęcać się nad tabloidami i ich czytelnikami, albowiem różni ludzie mają swoje media, a to, że ktoś nie rozumie innego (i to w pewnym sensie bardzo podobnego), nie znaczy, że powinno się nim pogardzać, gdyż pogardza się wtedy samym sobą – bo Ty też jesteś tabloidowy.

dr Michał Rydlewski

Zdjęcie w nagłówku tekstu: Иван z Pixabay

O wsparcie dla stali i metalu

O wsparcie dla stali i metalu

Sektor hutniczy i metalowy od wielu miesięcy zmagają się z problemami. Przekłada się to na niepewne losy tysięcy pracowników w Polsce. OPZZ ponawia interwencję u Minister Przemysłu.

Jak informuje Ogólnopolskie Porozumienie Związków Zawodowych, 8 lipca wiceprzewodnicząca tej centrali, Barbara Popielarz, wystosowała pismo do Minister Przemysłu Marzeny Czarneckiej z prośbą o podjęcie działań w związku z kryzysem sektora hutniczego i metalowego w Polsce. Jest to ważna gałąź przemysłu, bez której trudno sobie wyobrazić funkcjonowanie wielu innych – w tym całej produkcji wytwórczej i budowlanej.

„Problemy branży dotyczą nie tylko Polski, hutnictwo przeżywa zastój w całej Europie – pisze Maciej Zaboronek z Wydziału Polityki Gospodarczej OPZZ. – Kwestia potrzeby reindustrializacji Unii Europejskiej jest jednak coraz wyraźniej podnoszona w gremiach decyzyjnych UE. Wskazuje na to choćby raport Enrico Letty sporządzony na wniosek Komisji Europejskiej, a będący przyczynkiem do powstania europejskiej polityki przemysłowej”.

„W piśmie do Minister Czarneckiej zwracamy uwagę, że Polska powinna być gotowa na współkreowanie takiej polityki, ale by temu podołać powinniśmy mieć własną strategię w zakresie przemysłu, w tym hutnictwa, o co OPZZ wnosi od dłuższego czasu, a ostatni apel w tej sprawie trafił do premiera RP Donalda Tuska w kwietniu br.” – informuje związek zawodowy. „Grupowe zwolnienia pojawiają się w licznych przedsiębiorstwach w branży. […] ArcelorMittal w Krakowie likwiduje koksownię, zwalnia ok. 300 pracowników i przenosi produkcję za granicę. Liberty Steel w Częstochowie od ubiegłego roku nie prowadzi produkcji, co poważnie grozi utratą pracy ok. tysiącosobowej załodze. Trudności występują także m.in. w zakładach grupy Węglokoks w Łabędach i Rudzie Śląskiej, ArcelorMittal w Dąbrowie Górniczej i Sosnowcu, CMC w Zawierciu i JSW w Dąbrowie, Zabrzu i Radlinie. Nowoczesna huta Celsa w Ostrowcu Świętokrzyskim jest wystawiona na sprzedaż, a los ok. 2000 pracowników pozostaje niepewny. Zaplanowane jest także zamknięcie Walcowni Andrzej w Zawadzkiem, gdzie pracę straci 435 osób”.

Obecne działania OPZZ są kolejnymi w tej sprawie w tym roku, po uchwaleniu stanowiska Prezydium OPZZ z 19 marca br. wobec trudnej sytuacji przemysłu hutniczego i metalowego.

Stara gwardia w PKP Intercity

Stara gwardia w PKP Intercity

Po zmianach w zarządzie PKP Intercity rozpoczęły się przetasowania na stanowiskach dyrektorskich. W spółce, której prezesem od kwietnia 2024 r. jest Janusz Malinowski, kierownicze funkcje obejmują osoby, które pracę na kolei zaczęły nawet w latach 70. i 80. Część nowych dyrektorów w PKP Intercity jest już w wieku emerytalnym.

Dyrektorem wykonawczym ds. technicznych został 67-letni Zbigniew Ciemny, który z koleją jest związany od lat 70. Na początku XXI wieku był zastępcą dyrektora łódzkiego zakładu spółki PKP Przewozy Regionalne. Był to czas cięć w rozkładzie jazdy. – „Zlikwidowane pociągi to najczęściej te, które kursują jako pierwsze i ostatnie w dobie. Podróżuje nimi niewielu pasażerów” – mówił Ciemny, likwidując w 2003 r. połączenia na trasach z Łodzi do Kutna, Łowicza i Sieradza. Potem Ciemny pracował między innymi w spółce PKP Polskie Linie Kolejowe, gdzie w latach 2010-2012 jako dyrektor nieistniejącego już dziś Centrum Kolei Dużych Prędkości odpowiadał za przygotowania do budowy nowej linii z Warszawy przez Łódź do Wrocławia i Poznania. Od 2015 do 2020 r. Ciemny był prezesem spółki PKP Intercity Remtrak, która zajmuje się naprawą wagonów i lokomotyw. W PKP Intercity pracuje też syn Ciemnego. Bartłomiej Ciemny jest zastępcą dyrektora biura infrastruktury, które zarządza stacjami postojowymi.

Dyrektorem wykonawczym ds. operacyjnych został 62-letni Grzegorz Kuciński. Ostatnio pracował w warszawskiej Szybkiej Kolei Miejskiej. Zrobiło się o nim głośno w grudniu 2003 r., gdy będąc szefem związku zawodowego „Solidarność” w mazowieckim zakładzie spółki PKP Przewozy Regionalne, brał udział w strajku głodowym przeciwko podziałowi tego przewoźnika na mniejsze podmioty. Nie przeszkadzało mu to w 2004 r. zasiąść w zarządzie Kolei Mazowieckich, pierwszego przewoźnika wydzielonego ze spółki PKP Przewozy Regionalne. Kuciński funkcję członka zarządu ds. przewozów i promocji Kolei Mazowieckich sprawował do 2009 r. Gdy w 2006 r. PKP Przewozy Regionalne zlikwidowały pociągi relacji Kutno – Płock i ważyły się losy przejęcia tej trasy przez Koleje Mazowieckie, Kuciński oznajmił: „Wszystkie linie przynoszą straty, ale nie aż takie. Proszę rozważyć to w swoich sumieniach i wziąć pod uwagę, że są inne możliwości transportu”.

Dyrektorem wykonawczym ds. handlowych został Wojciech Partyka, rozpoczynając już trzeci rozdział swojej kariery w PKP Intercity. Po powstaniu spółki w 2001 r. został dyrektorem wydziału sprzedaży usług, natomiast w latach 2011-2012 był członkiem zarządu odpowiedzialnym za ofertę przewozową, taryfę biletową i obsługę pasażerów. Od 2011 do 2012 r. liczba podróży z PKP Intercity spadła z 36,5 mln do 30,5 mln. Ostatnio Wojciech Partyka był wicedyrektorem warszawskiego Zarządu Dróg Miejskich.

Dyrektorem biura zarządu PKP Intercity została Lucyna Roszyk. W latach 2004-2012 kierowała biurem zarządu w centrali PKP. W latach 2010-2012 równocześnie pełniła funkcję prezesa stworzonej przez PKP spółki Dworzec Polski, która miała przejąć od spółki-matki zarządzanie dworcami kolejowymi, ale ostatecznie przedsięwzięcie nie wypaliło. Od 2018 r. Lucyna Roszyk pracowała w polskim oddziale austriackiego koncernu budowlanego Porr (w firmie tej zatrudniony jest Andrzej Wach, który w latach 2004-2010 był prezesem PKP).

Na dyrektora Zakładu Południowego spółki PKP Intercity powołany został 67-letni Ryszard Rębilas. Pracę na kolei zaczął w 1981 r. – był między innymi naczelnikiem stacji Kraków Główny, a potem zastępcą dyrektora i dyrektorem małopolskiego zakładu spółki PKP Przewozy Regionalne. Był to dla kolei regionalnej w Małopolsce czas rosnących dotacji, wygaszania popytu, likwidacji połączeń i odpływu pasażerów. Mimo to w 2013 r. samorząd województwa małopolskiego mianował Rębilasa prezesem Kolei Małopolskich – funkcję tę pełnił do 2017 r.

Karierę na kolei Ryszard Rębilas łączył z sędziowaniem meczów piłki nożnej. Jak podaje serwis Piłkarska Mafia, był on zamieszany w korupcję w polskim futbolu i miał kontakty z Ryszardem Forbrichem, czyli sędzią znanym pod ksywą „Fryzjer”, stojącym na czele grupy ustawiającej mecze i skazanym za to na karę pozbawienia wolności. Sam Rębilas przyznał się prokuratorom do wzięcia łapówek za ustawienie meczów na korzyść klubów Odra Opole i Miedź Legnica. Ostatecznie prokuratura warunkowo umorzyła jego sprawę, dzięki czemu Rębilas oświadczał potem: „Nie byłem karany za korupcję w piłce nożnej i nie figurowałem w kartotece karnej”.

Karol Trammer

Tekst pochodzi z dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn” (nr 4/131 lipiec-sierpień 2024)
https://www.zbs.net.pl Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Tomasz Chmielewski

Praca zdalna ma ciemne strony

Praca zdalna ma ciemne strony

Z analiz zachowań pracowników wynika, że praca w domu negatywnie odbija się na komunikacji, współpracy i innowacji.

Jak informuje portal pulshr.pl, w czwartym kwartale 2023 roku 14,9 proc. pracowników wykonywało swoje obowiązki zdalnie. Choć wiele badań wskazuje na pozytywny wpływ możliwości wykonywania pracy zdalnej na subiektywne poczucie spełnienia i wydajność pracowników, to zaobserwowano także istotne, choć nieoczywiste mankamenty pracy poza biurem.

Ze względu na problemy związane z przepływem informacji praca zdalna może być szczególnie szkodliwa dla osób młodych, wchodzących na rynek pracy. Może też ograniczać rozwój kluczowych kompetencji miękkich, jak komunikacja, współpraca i umiejętność radzenia sobie w sytuacjach społecznych.

W Polsce w I kwartale 2020 r. odsetek osób pracujących zwykle lub czasami z domu wyniósł 16,9 proc., co stanowiło nagły i skokowy wzrost w stosunku do lat poprzednich. Podobnie wysoki odsetek pracujących z domu notowano do połowy 2021 r. W kolejnych kwartałach poziom ten był nieco niższy i w III kwartale 2022 r. wyniósł 11,3 proc. Następnie znowu zaczął wzrastać – do poziomu 14,9 proc. w IV kwartale 2023 r.

Naukowcy, którzy przeanalizowali ponad 50 mln ofert pracy opublikowanych w 28 krajach UE w latach 2018-2021, stwierdzili, że rozpowszechnienie pracy zdalnej zwiększyło wymagania dotyczące doświadczenia zawodowego, wykształcenia i umiejętności. Zbadali także szczegółowo jeden z przypadków.

Po analizie realiów pracy zdalnej w koncernie Microsoft, naukowcy doszli do wniosku, że praca zdalna utrudnia przepływ informacji pomiędzy pracownikami. Wyniki badania sugerują, że pracownicy zdalni mogą mieć większe trudności z pozyskiwaniem i udostępnianiem nowych informacji. Współpraca w firmie stała się bardziej ograniczona, z mniejszą liczbą połączeń między różnymi zespołami. Pracownicy częściej komunikowali się z osobami ze swojej wewnętrznej sieci. Komunikacja synchroniczna (w czasie rzeczywistym, np. rozmowy telefoniczne, wideokonferencje) spadła, a asynchroniczna (niewymagająca natychmiastowej odpowiedzi (np. e-maile, wiadomości tekstowe) wzrosła. Zaobserwowane zmiany w komunikacji wpływają na produktywność, a w dłuższej perspektywie także na długoterminową innowacyjność.

Za dobrzy na transformację – w sam raz do likwidacji

Za dobrzy na transformację – w sam raz do likwidacji

To nie z zamykaniem śląskich kopalń rząd będzie miał trudności. To już chyba przesądzone. Kością w gardle stoi im natomiast kopalnia Bogdanka. Po prostu jest za dobra, żeby ją ot tak zamknąć. Trzeba więc zrobić wszystko, aby była nierentowna albo po cichu udusić. Taką właśnie politykę przyjęto w grupie kapitałowej Enea. Dlaczego? W imię zasad. Zasad Zielonego Ładu. W tym ładzie tylko dolar jest zielony.

Od prawie 30 lat, niezależnie od zmian politycznych i gospodarczych, Bogdanka ciągle się rozwijała i modernizowała. Stawała się coraz bardziej nowoczesną i wydajną kopalnią. Przynosiła coraz większe zyski i znacząco zasilała budżety państwa i gmin, płacąc sowite podatki. Planowano, że będzie ostatnią kopalnią do zamknięcia, a być może przetrwa transformację, bo jakaś ilość węgla na pewno będzie potrzebna. Przemawiały za tym wszystkim twarde dane ekonomiczne i technologiczne. Jednak okazało się, iż nic w Polsce nie jest na tyle dobre, żeby nie można było tego popsuć.

Właściwie z dnia na dzień powiedziano niedawno w centrali, że Bogdanka ma przed sobą 10, góra 15 lat. Dalej nie mamy nic oprócz agonii, upadku i przymusowej emigracji ludności, bo perspektyw na inne, dobre i stabilne miejsca pracy – nie widać. Te w regionie zapewniała w dużej liczbie jedynie Bogdanka. I bezpośrednio, i pośrednio, poprzez dobre dochody i wzrost siły nabywczej miejscowej ludności, na czym opierała się lokalna gospodarki i inne miejsca pracy w usługach publicznych i prywatnych.

Wszyscy wiedzą, że nawet przy największym rozwoju odnawialnych źródeł energii, muszą w podstawowym systemie energetycznym pracować stabilne źródła energii. Do tych zalicza się energetyka węglowa. To jest to, czym dysponujemy jako kraj i jesteśmy w tym niezależni od nikogo. Mimo wszystko rząd postanowił, że paliwem przejściowym będzie gaz, który trzeba importować. Póki mamy węgiel, jesteśmy w miarę niezależni od wahań cen gazu, a jak niedawno się okazało, mogą one wzrastać skokowo do bardzo wysokiego poziomu. W przyszłości planuje się, że stabilnym źródłem energii ma być atom. W jakiej przyszłości nie wiemy, ale już ochoczo przystępujemy do likwidacji tego, co mamy pewne.

Likwidacja bloków węglowych przyniesie redukcję miejsc pracy w górnictwie i energetyce – wytwarzaniu. To pierwszy poważny koszt dla pracowników i społeczności z okolic Łęcznej, Kozienic czy Połańca. Zysk dla odbiorców żaden, bo zasilanie gazem też jest obłożone opłatami emisyjnymi, więc nie przyniesie obniżki cen energii. Kto zyska? Importerzy i zagraniczne koncerny. Należy wspomnieć, że koncerny niemieckie planują inwestycje w wydobycie węgla w Chinach czy w Indiach. Tu się nic nie zgadza, poza zwyczajowym założeniem rynków, że zyski zostaną sprywatyzowane, a straty uspołecznione. Przy czym założenie to mają wykonać w Polsce spółki skarbu państwa…

Pod hasłem ochrony klimatu otrzymujemy teraz ofertę taniej, zielonej energii. Wszyscy takiej chcemy. Chcemy oddychać czystym powietrzem i płacić niskie rachunki za prąd, bez względu na to, ile nas to będzie kosztować. To taka trawestacja jednego z prześmiewczych haseł z czasów PRL: oszczędzajmy bez względu na koszty. A koszty będą, gdyż, póki co, obowiązuje druga zasada termodynamiki, że układ nie wykona pracy bez pobrania energii z zewnątrz. Przerzucimy miejsca pracy do krajów, gdzie koszt siły roboczej jest o wiele niższy, tyle że nie wynika z ekonomicznego cudu wolnego rynku i niskich podatków, lecz z bezwzględnej eksploatacji ludzi i zasobów najbiedniejszych krajów, gdzie często władze sprawują krwawe reżimy. Za takie obniżenie kosztów zmniejszających zyski oraz za nieco obniżoną cenę, żeby nabywca się cieszył i przestał czuć się pracownikiem, a zaczął czuć się konsumentem, pracownicy zapłacą dwa razy. Jedni utratą dobrej pracy i dochodu, drudzy niewolniczą pracą.

Ale co to ma wspólnego z ekologiczną energią? Zielona energia jeszcze długo nie wyprze węglowej energetyki z globalnej gospodarki, a prognozy przewidują w okresie przejściowym zastąpienie węgla wydobywanego w Europie – węglem wydobywanym poza Europą. Europa i Polska bez problemu spaliłyby całe swoje zapasy węgla w okresie przejściowym do pełnej dekarbonizacji, ale zdecydowano się na węgiel z eksportu. Decyduje więc wyłącznie ekonomiczny interes.

Pracownicy branży energetycznej, w tym górnictwa, nie mogą być ciągle postrzegani jako relikt przeszłości i grupa, którą trzeba w końcu jakoś spacyfikować, wygasić i najlepiej mieć z głowy. To, że węgiel jest na cenzurowanym, nie oznacza, iż będziemy musieli się godzić na jakiekolwiek warunki płacowe, że nie będziemy żądać podwyżek i zaakceptujemy rolę „trucicieli”. Nie możemy się godzić na powstrzymywanie naszych żądań tylko po to, aby nie podnosić kosztów wydobycia i wytrzymać konkurencję z krajami, gdzie te koszty są faktycznie niższe, bo jest dumping podatkowy a za walkę o prawa pracownicze można trafić tam do kolonii karnej lub zostać zamordowanym. Mamy prawo wymagać, że jako demokratyczne państwo prawa będziemy przestrzegać klauzul społecznych i nie pozwolimy na degradację stanowisk pracy w górnictwie i energetyce, wymuszaną przez nieludzkie uwarunkowania rynkowe, w których jedyną konkurencyjność stanowi łamanie praw człowieka i pracownika. Mamy prawo wysuwać żądania płacowe, nie godząc się na szantaż, że jeśli się nie powstrzymamy, to nas zlikwidują jeszcze szybciej.

Nie pierwszy raz górnicy zwracają uwagę na pułapki Zielonego Ładu i na jego hipokryzję. Pisanie o tym staje się żmudne, bo to ciągłe powtarzanie tez, które puszczane są mimo uszu albo w ogóle nie są poddawane poważnej debacie publicznej. Wszystko to dyskutowane jest w branżowej niszy, a przecież ma wpływ na całe państwo. To nie tylko kwestia cen energii dla indywidualnych odbiorców, ale także być albo nie być całego przemysłu i rolnictwa. Energetycy, górnicy i rolnicy protestują przeciw Zielonemu Ładowi nie dlatego, że nie chcą czystego powietrza czy środowiska. Oni widzą w nim przede wszystkim zagrożenie dla swojej egzystencji, bo w istocie Zielony Ład jest instrumentem czysto ekonomicznym. Wystarczy tylko wspomnieć o opłatach za emisję CO2, z której nic dla klimatu nie wynika, za to stały się narzędziem gromadzenia kapitału do celów spekulacyjnych. To są zyski wymierne, ale nie takie, jakie miał przynieść Zielony Ład. Tych, które miał przynieść, nie widać i długo nie będzie można zobaczyć, za to straty społeczne już są i będą na pewno wyższe.

Na spotkaniach ze związkowcami z branży większość polityków zgadza się z tym, co tutaj napisano. Ale co poradzić? To nam narzuca Unia – mówią. Unia locuta, causa finita. Unia powiedziała, sprawa skończona, nic nie da się zrobić! Związkowcy z Bogdanki i Kozienic nie przyjmują do wiadomości takiej postawy. Słusznie mówią, że taka kapitulancka postawa jest w polityce nie do przyjęcia. Podejmują walkę o miejsca pracy i przyszłość branży. W niedalekiej przyszłości zorganizują protesty związkowe i już próbują naciskać na polityków. Do akcji przyłączyli się samorządowcy z powiatów i gmin górniczych. Jak na razie nie ma odzewu. Z pewnością dojdzie do eskalacji i radykalizacji działań związkowych. Potrzebna jest mobilizacja pracowników całego przemysłu w Polsce oraz rolników, bo wszystko wskazuje na to, że Zielony Ład znacznie zmniejszy udział przemysłu i rolnictwa w PKB. Redukcja tego przemysłu wpłynie negatywnie na rynek pracy i może spowodować bezrobocie strukturalne w regionach. Jeśli Zielony Ład ma przynieść takie skutki, należy jak najszybciej go zastopować albo co najmniej zdecydowanie skorygować pod względem skutków społecznych, których na razie nie bierze się pod uwagę.

Sytuacja Bogdanki i okolic jest jednak szczególna. W regionie, w którym o gospodarce decyduje jeden duży zakład, niezbędne jest stworzenie dokładnego planu ewentualnej restrukturyzacji i podpisanie wiążącej umowy społecznej. Bez tego zapowiedzi o likwidacji są antyspołeczne i skandaliczne. Tym bardziej, że z informacji płynących z centrali Enei wynika, że rząd ma zamiar zlikwidować najlepszą polską kopalnię w białych rękawiczkach, rękami jej właścicieli. Związkowcy podejrzewają, że Enea na likwidacji własnej dochodowej spółki górniczej może dobrze zarobić, pozyskując pieniądze na likwidację górnictwa. Mogłaby zarabiać również na jej działalności, ale jak widać neoliberalna doktryna ma się dobrze i stąd korporacyjne założenia, że najlepiej optymalizować zyski obracając finansami i pozbywając się obciążającej i kapitałochłonnej produkcji.

Korporacyjny ład usiłowano wprowadzać w Bogdance już w 2015 roku. Po zmianie rządu zapędy te nieco ustały, choć kolejne zarządy wprowadzały swoje korporacyjne pomysły, które przeważnie okazywały się szkodliwe i przynosiły jedynie komplikacje, wydłużanie czasu procesów i rozmywanie odpowiedzialności. Mimo wszystko załoga produkcyjna stawała na wysokości zadania i wypracowywała coraz większe zyski, mimo że te korporacyjne pomysły potrafiły uprzykrzać pracownikom życie i wprowadzać niepotrzebny stres.

Pracownicy i związkowcy mają wrażenie, że Bogdanka jest spółką niewygodną dla rządu, gdyż zadaje kłam oficjalnej propagandzie o natychmiastowej konieczności likwidacji górnictwa i dlatego jak najszybciej należy ją zlikwidować, żeby już bez żadnych przeszkód i dysonansów w publicznym przekazie likwidować to, co przeszkadza rynkom finansowym w nieludzkiej optymalizacji zysków.

Jarosław Niemiec

Zdjęcie w nagłówku tekstu: Wikipedia

Huta w upadłości

Huta w upadłości

Sąd ogłosił upadłość huty Liberty Częstochowa.

Jak informuje portal wnp.pl, Huta Liberty Częstochowa nie pracuje od jesieni ubiegłego roku. Od wiosny spółka mówiła natomiast o przygotowaniach do ponownego uruchomienia huty. Na razie do tego nie doszło. Pojawił się natomiast wniosek wierzycieli o ogłoszenie upadłości. W efekcie w czwartek w Sądzie Rejonowym w Częstochowie zapadła decyzja o ogłoszeniu upadłości huty.

Liberty poinformowało, że będzie się odwoływało od tej decyzji. Niezależnie trwa wciąż postępowanie układowe, które może być drogą do odzyskania huty przez koncern Liberty. Według spółki ogłoszenie upadłości na obecnym etapie, kiedy można się jeszcze od niego odwołać, nie wstrzymuje postępowania układowego.

Według syndyka huta najpóźniej jesienią powinna podjąć pracę. Ze względów technologicznych jej instalacje mogą nie przetrzymać kolejnej zimy „na zimno”. Podobno zainteresowanie zakładem wyrazili Węglokoks, Cognor, Sunningwell i Metinvest, ale nie są znane żadne konkrety w tej sprawie.

Koncern Liberty przejął zakład w roku 2020, gdy huta już raz była w stanie upadłości. Zakład zatrudnia 1000 osób. Ich losy są obecnie niepewne.

Zwolnienia grupowe w PKP Cargo

Zwolnienia grupowe w PKP Cargo

Zarząd PKP Cargo zdecydował o przeprowadzeniu zwolnień grupowych. Obejmą one do 30 proc. zatrudnionych, czyli do 4142 pracowników.

Uchwałę w tej sprawie podjęto w środę 24 lipca. Jak podała spółka, konsekwencją podjęcia uchwały będzie podpisanie porozumień w sprawie przeprowadzenia zwolnienia grupowego albo wydanie regulaminów zwolnień grupowych w Zakładach i Centrali PKP Cargo.

Wiosną tego roku zarząd PKP Cargo zdecydował o skierowaniu 30 proc. pracowników na tzw. nieświadczenie pracy. Z kolei w czerwcu zarząd podjął uchwałę o jednostronnym rozwiązaniu zbiorowego układu pracy z zachowaniem 24-miesięcznego okresu wypowiedzenia. Teraz okazało się, że 30 proc. całej załogi zostanie wyrzucone z pracy.

Największym pojedynczym akcjonariuszem PKP Cargo jest spółka PKP SA, która ma 33,01 proc. akcji. Oznacza to, że kluczowe decyzje w spółce podejmuje szef z nadania rządu. Decyzję o zwolnieniu 30% załogi podjął szef spółki wstawiony na to stanowisko decyzją koalicji PO, Trzeciej Drogi i Nowej Lewicy. O neoliberalnym szefie PKP Cargo pisaliśmy tutaj: „Doktor bez recepty”.

„Nie” przeniesieniu do zewnętrznej firmy

„Nie” przeniesieniu do zewnętrznej firmy

Pracownicy pomocniczy Opolskiego Centrum Onkologii sprzeciwiają się przeniesieniu ich do zewnętrznej firmy.

Jak informuje portal nto.pl, chodzi o personel pomocniczy, a więc np. pracowników zajmujących się utrzymaniem czystości w obiekcie. Marcin Laskowski, przewodniczący regionalnej sekcji ochrony zdrowia NSZZ „Solidarność” w Opolu, nie ukrywa swojego rozczarowania postawą dyrekcji szpitala. Sami pracownicy pomocniczy przekonują zaś: „Dyrektor nie poinformował nas osobiście, a o przejściu na outsourcing dowiedzieliśmy się od osób trzecich. Obawiamy się o nasze przyszłe losy, mamy kredyty, zobowiązania. Teraz grozi nam niepewność i utrata stabilności. To jest dla nas nie do przyjęcia”.

Ponadto wynagrodzenia pracowników po rocznym okresie ochronnym mogą ulec znacznemu obniżeniu, a warunki pracy mogą się pogorszyć. To wszystko wprowadza ogromną niepewność i lęk o przyszłość dla blisko 50 pracowników pomocniczych szpitala. Laskowski podkreśla, że outsourcing oznacza znaczne pogorszenie warunków pracy. „W praktyce to przekazanie ich zatrudnienia firmie zewnętrznej, co wiąże się z wieloma negatywnymi konsekwencjami. Przede wszystkim tracą oni stabilność zatrudnienia wynikającą z umowy o pracę na czas nieokreślony w sektorze publicznym, co gwarantuje im pewne prawa i benefity, takie jak premie za nadwykonania, możliwość skorzystania z grupowego ubezpieczenia na życie oraz szeregu innych przywilejów, których firma prywatna im nie zapewni” – czytamy na portalu nto.pl.

Bezpieczeństwo płacowe pracowników zostanie zachowane na okres 12 miesięcy, ale dyrekcja placówki twierdzi, że nie ma mowy o rezygnacji z outsourcingu. Z kolei związkowcy i pracownicy zapowiadają, że nie zamierzają się poddać bez walki.

Handel wymienny w czasach autarkii

Handel wymienny w czasach autarkii

Dlaczego pękło serce młodego chłopca z miasta powiatowego? To, co przez nich samych – inceli, zostało uznane za przyczynę nieszczęścia, jest jego skutkiem. Incel to młody mężczyzna, który nie jest w stanie nawiązać relacji intymnej z kobietą, ponieważ – jak sądzi, posiada nieodpowiednie geny; incele w większości mają negatywny stosunek do kobiet, uznając je za powierzchowne, interesowne i wyrachowane, a także posiadające silniejszą pozycję. Niniejszy tekst to notatki na marginesie książki „Przegryw”, autorstwa Patrycji Wieczorkiewicz i Aleksandry Herzyk, traktującej właśnie o incelach.

Alienacja, w której tkwią incele, jest konsekwencją doświadczanej przemocy, biedy, niedostosowania społecznego, nieleczonych chorób i zaburzeń. Nie da się z tej czeluści tak po prostu wyjść. No bo co potem – stanąć na chwilę w dziennym świetle, w kolejce po dziewczynę z przydziału? Tylko do czego z nią wracać, do tej samej ciemni, z której się wyszło?

Długoterminowa relacja romantyczna dwóch osób opiera się przede wszystkim na miłości, ale nie mniej ważne są wzajemne wsparcie czy podział obowiązków domowych. Małżeństwo z kolei to układ emocjonalny, ekonomiczny i prawny funkcjonujący na zasadach wymiany. Wchodząc w dojrzały związek najuczciwiej jest stawić się z walizką może nie pustą, ale bagaż powinien być jako tako poukładany i w tej walizce zamknięty. Tymczasem incele są w proszku. Z dna samotności, z którego dobiega krzyk rozpaczy, mogłaby wyciągnąć ich praca terapeutyczna. Na boleść duszy nie pomogą stosunki cielesne. Miejsc na kozetkach dla zagubionych w zawiłościach własnej psychiki – niestety nie ma. Właściwie są, ale za grube pieniądze, co nie wchodzi w tym wypadku w grę.

Wraz ze zwiększeniem dostępności wiedzy i usług psychologicznych zwiększyła się również przepaść pomiędzy tymi, którzy mają środki i kapitał – nie tylko finansowy, lecz także społeczny i kulturowy – i z łatwością dotrą do nich, a tymi, którzy zostaną z pustymi rękami. Kolejnym problemem jest wykształcenie. Uprzywilejowanym, z dużych miast, łatwiej jest utrzymać lub zdobyć pozycję zawodową, ale także nauczyć się nowych obyczajów, zaadaptować się w rzeczywistości, którą zmieniła czwarta fala feminizmu. Koncept blackpillu i redpillu żeruje na trzech niedostatkach: niskich kompetencjach społeczno-emocjonalnych, niskiej pozycji zawodowej, niedostosowaniu.

Jedynie niedostosowanie można jakkolwiek powiązać z kryzysem tożsamości. Rozpadły się tradycyjne archetypy mężczyzny i kobiety. Ta dezintegracja przypisanych między innymi przez rynek ról zawodowych i ról płciowych – która z założenia jest słuszna – zachwiała zwłaszcza męskością. Kobiety są zobowiązane podwójnie od dawna, mężczyźni dopiero się z takim stanem rzeczy oswajają. Mierzą się jednocześnie z demonopolizacją sfery zawodowej i koniecznością wykonywania części prac reprodukcyjnych, z których wcześniej byli zwolnieni. Jest to kierunek zmian sprawiedliwy, ale na pewno trudny. Oprócz pokory wymaga również więcej wysiłku i nauki bez późniejszej gratyfikacji.

Ciężko też o nową identyfikację cech konstytuujących płeć. Stopniowo zanika powiązanie pomiędzy nimi a wykonywaną pracą: zawodową i reprodukcyjną. Natomiast żeby zrozumieć istotę problemu, należy przeanalizować historię podziału pracy reprodukcyjnej i podziału ról płciowych. Są one pamiątką po czasach, kiedy relacje romantyczne układały się wedle nienegocjowalnego barteru. Ktoś taki porządek kiedyś usankcjonował i zrósł się on z tożsamościami płciowymi. Zarówno kobietom, jak i mężczyznom odebrało to prawo do indywidualnych ekspresji. Wiązanie płci z określonymi pracami miało praktyczne i ekonomiczne uzasadnienia – gorzej z psychologicznymi i biologicznymi. Życie ludzkie od wieków porządkuje jednak ekonomia. Ferdynand Braudel uważał, że pryncypialną funkcją rodziny jest akumulacja. Małżeństwa w rodzinach senioralnych są zawierane ze szczególnym uwzględnieniem umacniania jej pozycji i prestiżu.

Poza tym aspektem, który niekoniecznie musi być brany pod uwagę, decyzja o wspólnym życiu zawsze wiąże się z podziałem pracy. Wedle badań wskaźnik średniej ilości godzin poświęcanych na pracę reprodukcyjną na osobę utrzymywał się twardo na poziomie ok. 20 godzin tygodniowo przez cały XX wiek. Jest to więc ekwiwalent połowy etatu.

Na przełomie stu lat, wraz ze wzrostem liczby zatrudnionych kobiet, zwiększyła się rola mężczyzn w pracach reprodukcyjnych. Ze statystyk opartych m.in. o dzienniki gospodyń jasno wynika, że ilość czasu poświęcanego na prace reprodukcyjne w gospodarstwie wieloosobowym to wymiar około etatu. Na początku ubiegłego stulecia niemalże cały był on przydzielany kobietom. Ówcześnie zatrudnionych było ok 20% z nich, w latach 50. XX w. już ok 35%, w roku 2005 – 60%. Wraz ze wzrostem poziomu wykształcenia kobiet, wzrostem zatrudnienia, rewolucją feministyczną, podział pracy reprodukcyjnej stopniowo wyrównuje się między płciami.

Na początku XX wieku kobiety zatrudnione nie cieszyły się jednak dobrą opinią jako kandydatki na żony. We „Włókniarkach” Marta Madejska cytuje tekst z „Gońca Łódzkiego”: „Czy robotnice pracujące w takich warunkach mogą zostawać żonami, a nawet zostawając nimi, czy tworzą ognisko rodzinne – to rzecz więcej niż wątpliwa. Ich zupełne niedołęstwo na punkcie zajęć gospodarczych zmusza je do porzucania domu i dzieci i szukania nędznego zarobku w fabryce, gdy tymczasem umiejąc pracować w domu, nie rozprzęgałaby ona rodziny, lecz wprowadzałaby do niej, dzięki samej tylko swej obecności, ład i porządek”.

Kilkunastogodzinny dzień pracy dyskwalifikował je więc z miejsca. Nie miałyby czasu podjąć dodatkowego etatu reprodukcyjnego, co od żony było wymagane. Lepiej myślano o służących, ponieważ były idealnie wykwalifikowane do prowadzenia domu. One z kolei w małżeństwie widziały ratunek od niewolniczej pracy. Wierzyły, że po ślubie będą mogły uciec od służby u złej pani, od gwałtów pana, od spania po kątach itp.

W latach 70. włoskie feministki (Lotta feminista) walczyły o zmianę postrzegania pracy reprodukcyjnej oraz o jej regulację. Żądały czasu wolnego, wynagrodzeń, miały dość bycia nieograniczonymi robotnicami, doświadczania przemocy ekonomicznej. W eseju z 1940 roku „In Woman’s Defense” Mary Inman pisze o tym, że „żony pracowników Firestone poprzez wykonywanie pracy reprodukcyjnej, mają swój udział w procesie produkcji, a ich praca jest tak samo nierozerwalnie związana z wytwarzaniem opon, jak praca ich mężów”. Wykonanie prac domowym jest konieczne, aby funkcjonował system produkcji i dystrybucji. W sytuacji, gdy kobieta nie podejmowała pracy zawodowej i wykonywała jedynie pracę reprodukcyjną, podział godzinowy między mężczyzną i kobietą był mniej więcej równy. Następnie wraz z aktywizacją kobiet zmienił się na ich niekorzyść – musiały pracować na dwa etaty. Z biegiem czasu podział wyrównuje się, ale dodatkowy etat reprodukcyjny – rozdzielony teraz na kobietę i mężczyznę – wciąż jest nieuregulowany i nieopłacany.

Kapitalizm zyskał ogromne zasoby ludzkie – pracę kobiet. Wzrósł wyzysk ekonomiczny obu płci. Pod przykrywką przyjęcia feministycznych postulatów lejce zostały zaciśnięte jeszcze ciaśniej, rozwijając tym samym atmosferę bezwzględności i egoizmu.

Jakkolwiek cynicznie by to nie brzmiało: każda osoba nie będąca wystarczająco samodzielną, nie posiadająca podstawowych umiejętności i minimum zasobów ekonomicznych, społecznych i intelektualnych, będzie trudnym kandydatem do związku. Najsłabsi dostają po głowach równo – bez względu na płeć. Kiedyś biedne chłopskie córki, bez posagu, umiejętności polerowania sreber i przyrządzania leguminy, dziś synowie uzależnionych glazurników i kasjerek o niskich kompetencjach społecznych, nie umiejący o siebie zadbać.

Opisane dwa akapity wyżej dwudziestowieczne realia to pospolity handel wymienny. Transakcja. Ten porządek nie był kontestowany wystarczająco mocno, aby przestał obowiązywać (ale nawet w najpiękniejszej utopii i tak w jakimś stopniu by się ostał). Sytuacja stała się jednak bardzo zawiła ze względu na to, że wypracowując względną równość, otrzymaliśmy osobistą autarkię. Kobiety są samowystarczalne finansowo, a mężczyźni nauczyli się już gotować i robić pranie. Co więcej, każdy żyje w przekonaniu, że może mieć wszystko. Próg wejścia jest wysoki – należy sprawdzać się w obu rolach na przyzwoitym poziomie. Czasy w ogóle zrobiły się ciężkie, bo trzeba mieć wszystko, umieć wszystko, robić wszystko – tylko nikt nie wie, co właściwie ma, czego chce i kim ma być. W tym chaosie relacje romantyczne wciąż są jednak wspomnianą wymianą. Teraz dokonywaną pod stołem – nie tak bezczelnie jak sto lat temu. Na szali jest przede wszystkim podział etatu reprodukcyjnego – utarg o rozdzielenie nadgodzin. W chwili romantycznych uniesień może wydawać się, że to bez znaczenia, ale w perspektywie lat to dziesiątki tysięcy godzin nieopłacanej, nienormowanej pracy.

Incele rzeczywiście są na przegranej pozycji, ale nie ze względu na wygląd, wzrost czy geny, lecz z powodu niesamodzielności. Nie będą w stanie wedle sprawiedliwego podziału funkcjonować w gospodarstwie domowym, bo potrzebują opieki i wsparcia – jak zresztą każda osoba z deficytami. Właśnie ta niezaspokojona potrzeba pomocy wywołała agresywną rozpacz. Incel, który miałby dziewczynę czy żonę, nadal byłby przecież incelem, bo nadal by cierpiał – kobiety nie są lekiem na całe zło. Małżeństwa, które miały uratować służące, kończyły się nową „niewolą”, jak same to opisywały. To ten sam poziom beznadziejnej naiwności i braku poczucia sprawstwa, które niestety jest najsłabszym odbierane przemocą.

Należy więc zacząć od zwrócenia sprawstwa, które pozwoliłoby osiągnąć pożądaną dziś samowystarczalność – autarkię. Jest to standard będący konsekwencją kapitalistycznego indywidualizmu, stanowiącego przeciwieństwo wspólnotowości, współtroski, mało humanistyczny, po prostu słaby, ale obowiązujący. Może właściwie lepiej zmienić ten wrogi drugiemu porządek? Wymaganie samowystarczalności od człowieka, który od zawsze żył we wspólnotach, jest ostatecznie postulatem absurdalnym. Postulatem oczywiście rynkowym, dla rynku niezwykle wygodnym.

Małgorzata Greszta

Grafika w nagłówku tekstu: Piyapong Saydaung z Pixabay

Rząd ostrzega przed własnym projektem

Rząd ostrzega przed własnym projektem

Wejście w życie programu „Kredyt na start” może doprowadzić do niewspółmiernego wzrostu cen na rynku mieszkaniowym w krótkim okresie – stwierdziło Ministerstwo Funduszy i Polityki Regionalnej.

Jak informuje portal wnp.pl, zdaniem resortu program nie zwiększy dostępności mieszkań. Projektowane w ustawie rozwiązania nie adresują właściwie wyzwania, jakim jest poprawa dostępności mieszkaniowej. „Ponownie zwracamy uwagę, że skierowane wsparcie do strony popytowej zamiast do tej związanej z podażą mieszkań może doprowadzić do niewspółmiernego wzrostu cen na rynku mieszkaniowym w krótkim okresie przed odpowiednim dostosowaniem podaży mieszkań” – wskazał resort w piśmie podpisanym przez wiceministra Jana Szyszkę, skierowanym do sekretarza Stałego Komitetu Rady Ministrów Mariusza Skowrońskiego.

Ministerstwo Funduszy i Polityki Regionalnej negatywnie ocenia niektóre szczegółowe zmiany w projekcie, wprowadzone przez projektodawcę, czyli Ministerstwo Rozwoju i Technologii po konsultacjach, w tym zniesienie limitu dochodowego dla rodzin z co najmniej trójką dzieci. „Dodatkowo, gospodarstwo domowe z co najmniej trójką dzieci może skorzystać z programu, nawet jeżeli posiada już nieruchomość. Utrzymanie, że posiadana w trakcie przystąpienia do programu nieruchomość musi być zbyta a nie sprzedana, w opinii MFiPR, może prowadzić do nadużyć i wykorzystywania państwowych dopłat do kredytów przez beneficjentów, których stać na zaciągnięcie kredytu na rynku bez wsparcia” – wskazano w piśmie.

Resort funduszy i polityki regionalnej krytycznie odniósł się również do zwiększenia limitów wniosków o przyznanie kredytu w dwóch pierwszych kwartałach. „Wprowadzenie limitów wniosków na kwartał na poziomie 15 tys., (…) stanowiło (…) bezpiecznik przed nadmiernym wzrostem cen mieszkań poprzez przesycenie popytu. Jednakże zwiększenie limitów puli wniosków na dwa pierwsze kwartały 2025 r. są w ocenie MFiPR zmianą negatywną”.

Brak mieszkań dla młodych

Brak mieszkań dla młodych

W Polsce w 2022 roku 42 proc. młodych pracujących ludzi w wieku 25-34 lata mieszkało z rodzicami.

Jak informuje portal pulshr.pl, według danych Głównego Urzędu Statystycznego co trzecia osoba w Polsce w wieku 25-34 lata, czyli 1,7 mln Polaków, jest tzw. gniazdownikiem, tj. mieszka z rodzicami i nie założyła własnej rodziny. Liczba gniazdowników zmniejszyła się jednak o 300 tys. osób w latach 2018-2022.

W Polsce średni wiek, kiedy opuszczamy dom rodzinny, to obecnie nieco ponad 27 lat, wobec 28,2 roku w 2022 roku. Najszybciej „z gniazda” wybywają Finowie (21 lat), a najpóźniej Chorwaci (więcej niż 31 lat). Takie wnioski płyną z danych Eurostatu.
Jak wynika z badania Eurofound, czyli Europejskiej Fundacji na rzecz Poprawy Warunków Życia i Pracy, mieszkańcy krajów Unii Europejskiej, którzy mieszkają z rodzicami, stanowią 42 proc. osób w wieku 25-29 lat oraz 20 proc. mających od 30 do 34 lat. Co jest istotne, znaczna część ludzi młodych, będących w wieku produkcyjnym nadal mieszka w domu rodzinnym, nawet jeśli są zatrudnieni. Różnice wśród krajów unijnych są bardzo duże. Wystarczy porównać na przykład Finlandię i Szwecję, gdzie tylko 2 proc. młodych pracujących mieszka z rodzicami. Na drugim biegunie są Chorwacja z 65 proc. i Słowacja z 60 proc. gniazdowników.

Autorzy badania Eurofound wnioskują, że w krajach Europy Południowej i Wschodniej więzi rodzinne są bardzo silne, a wsparcie dla młodych ludzi na rynku mieszkaniowym ze strony rządu dość niskie. Stąd między innymi młodzi dłużej zostają w domach. Kwestie relacji z bliskimi zbadał także Otodom. W najnowszym raporcie „Szczęśliwy dom. Mieszkanie na osi czasu” wśród ważnych powodów gniazdowania jest stały dostęp do kontaktu z bliskimi – tak deklarowało 34 proc. badanych oraz dobre relacje z rodzicami (32 proc.) i bliskość i mocne więzi rodzinne (29 proc.). Jednak zarazem ponad połowa badanych chce wyprowadzić się, jeśli tylko będzie to możliwe.

Według Eurostat Polska jest obecnie liderem wzrostu cen mieszkań w Europie – ceny niemal nieprzerwanie rosną od ponad 10 lat. Znaczący wzrost nastąpił od 2020 r., a w ostatnich kwartałach zjawisko rosnących cen nabrało na sile. Według danych Otodom Analytics średnia stawka za metr kwadratowy mieszkania z rynku deweloperskiego w Warszawie to 17,5 tys. zł, w Krakowie to niemal 16 tys. zł, we Wrocławiu nieco ponad 14 tys. zł, podobnie jest w Trójmieście, a w Katowicach i Poznaniu ceny oscylują wokół 12 tys. zł. Łódź jest teoretycznie najtańszym miastem, jeśli poszukujemy mieszkania od dewelopera, ale tutaj kwoty za metr kwadratowy nowego lokalu rosną najszybciej i sięgają już 11 tys. zł.

Znika ostatni ślad po wielkich piecach

Znika ostatni ślad po wielkich piecach

ArcelorMittal Poland wyłącza baterię koksowniczą w Krakowie.

Jak informuje portal wnp.pl, pod koniec ubiegłego roku jedyna bateria koksownicza w Krakowie została zatrzymana „na gorąco”. Postój tego rodzaju oznaczał utrzymywanie baterii koksowniczej w wysokiej temperaturze, dzięki ogrzewaniu jej gazem ziemnym. – „Taki postój instalacji umożliwiał ewentualne wznowienie produkcji koksu, gdy warunki rynkowe ulegną poprawie. Niestety tak się nie stało” – tłumaczy Wojciech Koszuta, dyrektor generalny ArcelorMittal Poland.

Firma deklaruje, że stara się zaoferować wszystkim dotkniętym likwidacją koksowni pracę na innych stanowiskach, sfinansować przekwalifikowanie i zrekompensować ewentualny dojazd do pracy w innej lokalizacji AMP. – „Na czas gorącego postoju z powodzeniem znaleźliśmy miejsca pracy dla większości z ponad 230 pracowników, a dla kolejnych 70, którzy utrzymywali baterię w gorącym postoju przygotowaliśmy już oferty pracy w innych zakładach” – zapewnia Stanisław Ból, dyrektor personalny ArcelorMittal Poland.

Koksownia była ostatnią bezpośrednią pozostałością ery wielkich pieców w krakowskiej Nowej Hucie. Ostatni wielki piec został w tej hucie trwale wygaszony jesienią 2020 r. Obecnie w Krakowie pracują zakłady przetwarzające stal: walcownia gorąca oraz walcownia zimna wraz z nową ocynkownią i linią malowania blachy.

Kto przetrzyma?

Kto przetrzyma?

Połowa roku 2024 w wojnie obronnej Ukrainy stoi pod znakiem dalszego ciągu braku spektakularnych wydarzeń, przełomów i perspektyw przeciągnięcia się „pełzanej” kampanii na rok kolejny, gdy coś w rodzaju rozstrzygnięcia mogłoby przynieść wyczerpanie możliwości jednej ze stron lub zmianę tła politycznego. W przypadku Ukrainy to wyczerpanie dotyczyłoby zdolności stawiania oporu w kontekstach militarnym i ogólnospołecznym. W przypadku Rosji – potencjału wyprowadzania kolejnych uderzeń bez liczenia się ze stratami własnymi w ludziach i sprzęcie.

Nie spełniły się obawy żywione w związku z rozpoczętą 10 maja rosyjską operacją w obwodzie charkowskim. Mimo początkowych zdobyczy terenowych agresora i słabości obrony, nie zmaterializowały się czarne scenariusze formułowane przez niektórych obserwatorów. Zgodnie z nimi armia ukraińska miała wskutek otwarcia nowego frontu pęknąć, ze skutkiem w postaci co najmniej upadku Charkowa. Ukraińcy zdołali skoncentrować siły wystarczające, aby powstrzymać Rosjan relatywnie szybko, a w lipcu nawet odzyskać niewielką część utraconych terenów. Odbyło się to jednak kosztem osłabienia innych odcinków frontu, na których trwał napór nieprzyjaciela. Zgodnie z obecną interpretacją, atak na Charkowszczyźnie był zatem klasyczną operacją pozbawioną właściwego celu, odwracającą uwagę przeciwnika i zmuszającą go do reakcji oraz przerzucenia wojsk skądinąd. Warto jednak pamiętać choćby o znanych z historii II wojny światowej sowieckich operacjach ofensywnych, które po szybkim rozbiciu się ich na oporze nieprzyjaciela były kwitowane w oficjalnej historiografii jako lokalne działania bez istotnego znaczenia i dopiero żmudne badania archiwów pozwalają ocenić początkowy rozmach.

Mimo poniesienia przez stronę rosyjską poważnych strat, domniemane odwrócenie uwagi okazało się skuteczne. Na froncie zaporoskim Ukraińcy są bliscy utraty ostatnich zdobyczy terenowych uzyskanych podczas ostatniej jak dotąd (i prawdopodobnie przynajmniej podczas obecnej odsłony wojny) ubiegłorocznej operacji ofensywnej. Na froncie donieckim natomiast Rosjanie wywierają stałą presję, posuwając się w pierwszowojennym tempie kilkuset metrów czy pojedynczych kilometrów tygodniowo i zajmując kolejne wioski, których nazwy byłoby próżno wymieniać. Niemniej jednak konsekwentnie wypierają Ukraińców na zachód, tracąc masowo ludzi i sprzęt, ale zużywając także siły przeciwnika.

Taki bieg wypadków nie grozi w przewidywalnej perspektywie rozsypaniem się ukraińskiego frontu i błyskotliwą rosyjską operacją sięgającą celów istotnie strategicznych. Ściera jednak stopniowo mającą istotne problemy strukturalne armię ukraińską, pogarsza jej i tak już obniżone morale, a w horyzoncie roku może doprowadzić do istotnego kryzysu. Pojawia się zatem kluczowe pytanie: na jak długą wojnę materiałową, znamionowaną zasypywaniem drugiej strony ludźmi i sprzętem bez przejmowania się stratami własnymi, stać jeszcze Rosjan? I czy armia ukraińska będzie w stanie dotrwać w choćby przyzwoitej zdolności bojowej do momentu potencjalnego kryzysu u wroga?

Opublikowane ostatnio opracowane przez zachodnie ośrodki szacunki rosyjskich strat od 22 lutego 2022 sięgają w zabitych od 106 000 do nawet 140 000. Licząc rannych, zdemobilizowanych z przyczyn psychicznych etc., rosyjskie ubytki w sile żywej mogą przekraczać pół miliona ludzi. Straty w czołgach przekroczyły 2700 maszyn, w przypadku bojowych wozów piechoty sięgnęły horrendalnej liczby niemal 3800, a doliczyć należy jeszcze ponad 1700 transporterów opancerzonych. Samobieżnych systemów artyleryjskich Rosjanie stracili już niemal 750. Straty w samolotach bojowych i wsparcia walki wynoszą nie mniej niż 97 maszyn. W odniesieniu do zasobów ludzkich, według (zawsze niepewnych) szacunków analityków Rosjanie mogą być na progu zdolności uzupełniania strat w obecnie ponoszonej wysokości lub wręcz spadli poniżej niego. W kwestii sprzętu odnotowano obecność na froncie pochodzących z lat 1940./50. systemów, takich jak czołgi T-54 czy armaty M-46. Analizy zdjęć satelitarnych rosyjskich składowisk sprzętu wojennego dają wynik dość jednoznaczny: zostały w porównaniu ze stanem sprzed wojny wyczyszczone niemal do cna.

Wszystko to prowadzi do, ponownie niepewnego, wniosku, że i w tej materii Rosja znajduje się mimo produkcyjnej mobilizacji gospodarki na progu, a w 2025 może zacząć mieć poważne problemy z uzupełnianiem strat. Szczególnie źle wygląda sytuacja z masowo traconymi bojowymi wozami piechoty, stąd próby kompensacji ich starymi czołgami (np. T-62) ze specyficznymi stodołowatymi zabudowami służącymi do transportu piechoty. Niewykluczone zatem, że przełom roku obecnego i przyszłego będzie krytyczny dla losów wojny. Rosjanie mogą planować rzutem na taśmę jeszcze jedną dużą ofensywę.

Armia ukraińska ma problemy równie głębokie – co prawda odblokowanie w kwietniu amerykańskiego 60-miliardowego pakietu pomocy pozwoliło na złapanie oddechu, sprzęt jednak wciąż napływa wąską strużką. Co gorsza, nie ma już nawet nadziei na uruchomienie na Zachodzie lub pod jego egidą jakiejkolwiek „mobilizacyjnej” produkcji, która byłaby w stanie poprawić sytuację. Marnie wygląda także kwestia zasobów ludzkich – co prawda wysiłki mobilizacyjne pozwalają łatać straty, ale wyszkolenie i morale już zdecydowanie nie takie, jak na początku wojny. Ukraińcy zatem mogą realnie myśleć też tylko o rzucie na taśmę i przetrzymaniu w obronie do potencjalnego kryzysu rosyjskiego potencjału uzupełniania strat. Zamiary ofensywne wydają się być całkowicie wykluczone.

Sytuację Ukrainy powinno poprawić anonsowane jako już rychłe przybycie kilkudziesięciu F-16A/B MLU z zasobów europejskich krajów NATO i zaanonsowane przekazanie przez Francję pewnej niewielkiej liczby Mirage 2000-5. O ile Mirage mogą mieć znaczenie ofensywne, jako maszyny przenoszące pociski Storm Shadow/SCALP-EG przeznaczone do rażenia rosyjskiej infrastruktury, o tyle zasadniczym zadaniem F-16 będzie prawdopodobnie defensywa.

Na jesień i zimę szykuje się bowiem bitwa o ukraińską energetykę. Wskutek osłabienia wydolności obrony przeciwlotniczej, Rosjanom udało się bowiem porazić przeważającą liczbę obiektów innych niż nuklearne. Można zakładać, że trwają intensywne prace mające na celu naprawienie tego, co możliwe w krótkim okresie, przygotowania rozproszonej sieci alternatywnych źródeł energii, tudzież sztukowania mocy dostawami z innych krajów. Jednak także Rosjanie zdają sobie z tego niestety sprawę i przy znaczącej produkcji pocisków manewrujących pewna jest kolejna ich ofensywa powietrzna przeciwko infrastrukturze, ukierunkowana na wywołanie zimą kryzysu humanitarnego i politycznego.

Koalicja wspierająca Ukrainę gromadzi z tego powodu ze wszystkich możliwych źródeł systemy przeciwlotnicze, z Patriotami na czele, jednak siłą rzeczy dostawy te będą ograniczone. Stąd potencjalna znacząca rola F-16, do których szczęśliwie dostępne są bardzo duże zasoby uzbrojenia zdolnego skutecznie razić pociski manewrujące czy godne tego drony.

Natomiast Ukraińcy przestali być, jak w pierwszym roku wojny, dłużni Rosjanom w kwestii ataków na ich infrastrukturę, włącznie z tą w głębi Rosji. W ciągu ostatnich kilku miesięcy odnotowano całkiem liczne uderzenia dronami na rosyjski przemysł naftowy, infrastrukturę energetyczną czy wreszcie zakłady zbrojeniowe i obiekty wojskowe. Co prawda te pierwsze spotkały się początkowo z niechętną reakcją Waszyngtonu, obawiającego się szczególnie niekorzystnego w roku wyborczym wzrostu cen ropy, jednak w pewnym sensie zniesiona została wreszcie nieznośna nierównowaga, w której Rosjanie rujnują Ukrainę, a ich terytorium trwa w błogim spokoju w imię wydumanej „nieeskalacji”. Możliwości Ukraińców w tym zakresie są niestety skromne, warto jednak nadmienić, że gros zachodnich sojuszników, w tym długo niechętni Amerykanie, zezwoliło na ataki na cele w Rosji z użyciem swojego uzbrojenia. Niechybnie zwiększy to dolegliwość przeciągania wojny dla Rosjan, jednocześnie wskazując na daleko idący dystans Zachodu względem szantażu nuklearnego Moskwy.

W otoczeniu międzynarodowym wojny zaszło kilka potencjalnie istotnych procesów. Wpływu wyniku wyborów na rządy we Francji nie udało się uzyskać podejrzewanemu o zamiary sprzyjania Rosji Zjednoczeniu Narodowemu. Co prawda sympatie w kierunku Moskwy wyrażane przez klan Le Penów, a nawet otrzymywanie stamtąd wsparcia finansowego są faktami bezspornymi, nie musiałyby jednak w sytuacji zmiany roli przekładać się na bieżącą politykę. Niemniej jednak pozostanie to pieśnią ewentualnej przyszłości, pozycję głównego rozgrywającego na francuskiej scenie politycznej przy praktycznie pewnym parlamentarnym klinczu zachowuje szeroko rozpościerający jastrzębie skrzydła Emmanuel Macron. W Stanach Zjednoczonych w obliczu dramatycznie już manifestującego się senilizmu Joego Bidena i chaosu w obozie Demokratów w kwestii wymuszenia wyboru ewentualnego zastępcy w wyborczym wyścigu, zdecydowanym faworytem staje się Donald Trump, skądinąd dodatkowo uskrzydlony nieudanym zamachem, dzięki któremu zyskał bezcenną ikonografię. Zamiary Trumpa w kwestii Ukrainy i Rosji pozostają niemożliwe do racjonalnego przewidywania. Może nastąpić zarówno odcięcie Ukraińców od pomocy, jak i radykalne jej zwiększenie czy wręcz podjęcie jakiejś pokerowej gry skierowanej przeciwko Moskwie.

Po drugiej stronie zawarty został określany jako strategiczne porozumienie pakt Putin-Kim, który poza mglistymi wizjami wspierania przeciwników Zachodu na całym świecie ma dać Moskwie szerszy dostęp do północnokoreańskich zasobów materiału wojennego i mocy produkcyjnych na tej niwie. Korea Północna może wspomagać „partnerów” amunicją artyleryjską i rakietami balistycznymi. Aczkolwiek według dostępnych analiz użycia środków tego rodzaju już dostarczonych Rosji są one dość pośledniej jakości. Jest w stanie dostarczać artylerię lufową czy rakietową, ale nie będzie mogła na przykład w istotny sposób uzupełnić rosyjskich braków w dziedzinie bojowych wozów piechoty, jako że sama dysponuje tylko bardzo nielicznymi BMP-1, a poza tym pojazdami bardzo prymitywnymi, klasy mniej więcej MT-LB. Na pewno za to będzie kazała za dostawy płacić sobie słono.

Pakt Moskwa-Pjongjang wywołał otwarcie nieprzychylną reakcję Korei Południowej. Seul zadeklarował, że w takiej sytuacji jest gotów przemyśleć zaopatrywanie Ukrainy w materiał wojenny, choćby na zasadzie produkcji na zlecenie koalicji wspierającej Kijów czy sprzedawania jej zapasów, które miałyby trafić na front. Mogłoby to otworzyć drzwi do pokaźnych, a nienaruszonych dotychczas zasobów. Potencjalnie niekorzystny dla Kremla może z kolei okazać się wynik wyborów prezydenckich w Iranie, który wygrał wewnątrzsystemowy reformator Masud Pezeszkian. Nie można rzecz jasna oczekiwać radykalnej zmiany frontu przez Teheran, ale artykułowana przez nową ekipę in statu nascendi chęć powrotu do poszukiwania porozumienia z Zachodem może otwierać drogę do pewnego zniuansowania jego polityki.

Nie ulega wątpliwości, że przełom 2024 i 2025 będzie dla Ukrainy rokiem niezwykle trudnym. Jeżeli Rosjanie mają stanąć wskutek kryzysu możliwości odtworzeniowych w obliczu problemów z kontynuacją bieżącego sposobu prowadzenia wojny (a na taką świadomość mogą wskazywać ostatnie pokojowe balony próbne, „skromnie” ograniczające cesje terytorialne do granic administracyjnych obwodów ługańskiego, donieckiego, zaporoskiego i chersońskiego, a warunki polityczne do wycofania akcesu do NATO), niechybnie podejmą choćby ostatni w bieżącym rozdaniu intensywny wysiłek mający na celu osiągnięcie znaczących postępów na froncie oraz w sferze destrukcji ukraińskiej infrastruktury. Przygotowują się na to wyraźnie tak Ukraińcy, jak i wspierająca ich koalicja. Jeżeli te przygotowania odniosą skutek, nagrodą będzie nie słodycz zwycięstwa, a zmniejszenie intensywności wojny lub zamrożenie jej na liniach rozgraniczenia wojsk… Lepszej perspektywy jednak póki co nie widać.

dr Jan Przybylski

Grafika w nagłówku tekstu: Gerd Altmann z Pixabay

Szkoła w Chmurze nie taka świetna

Szkoła w Chmurze nie taka świetna

Głośna inicjatywa edukacyjna okazała się byle jaka.

Jak pisze forsal.pl, wiceszefowa MEN Katarzyna Lubnauer przyznała, że średnio kilkanaście procent polskich maturzystów nie zdało egzaminu maturalnego. Natomiast w przypadku uczniów Szkoły w Chmurze jest to 25 proc.

Szkoła w Chmurze to bezpłatna szkoła, której uczniowie funkcjonują w modelu edukacji domowej. Prowadzi ona platformę edukacyjną umożliwiającą uczniom konsultacje z nauczycielami czy dodatkowe warsztaty online. Jeśli chodzi o egzamin ósmoklasisty, wiceministra oceniła, że jego wyniki są „dramatyczne”. Zwróciła uwagę, że średni wynik uczniów ukraińskich zdających egzamin ósmoklasisty z języka polskiego to 49 proc. Średni wynik uczniów Szkoły w Chmurze – 50,7 proc. Średni wynik w Polsce w ogóle to 61 proc. Z kolei średni wynik z matematyki w Polsce to jest 52 proc., a wśród uczniów Szkoły w Chmurze to jedynie 35,9 proc. Podobnie jest w przypadku średniego wyniku z egzaminu maturalnego z matematyki. Wśród uczniów Szkoły w Chmurze jest to 51,69 proc., a średnia w kraju to 68 proc.

Wiceministra stwierdziła, że „istnieje też dobra edukacja domowa […] Natomiast akurat w przypadku tej placówki jest to bardzo niepokojące. Jesteśmy troszeczkę zaniepokojeni, szczególnie tym, że tam się uczy już dwadzieścia parę tysięcy młodych ludzi”.

Fabryka płonie, ale wspiera pracowników

Fabryka płonie, ale wspiera pracowników

Mimo poważnych zniszczeń spowodowanych przez pożar, pracownicy zakładu zachowają pracę.

Tydzień temu doszło do dużego pożaru zakładu produkującego popularne Paluszki Beskidzkie. Pożar w firmie Aksam z Malca wybuchł po godz. 2:00 w nocy z piątku na sobotę (12-13 lipca). Jeszcze przed przyjazdem strażaków z zakładu ewakuowało się około stu pracowników. Nikt nie został poszkodowany. Ogień objął dwie hale produkcyjne przetwórstwa spożywczego. Dach jednej z nich zawalił się całkowicie, a drugiej częściowo. Pożar został opanowany wczesnym popołudniem w sobotę. Zawaleniu uległy dachy dwóch hal objętych pożarem. Udało się ochronić magazyny, część biurową i silos.

Firma Aksam, która jest producentem m.in. „Paluszków Beskidzkich” pracuje nad wznowieniem produkcji. Postój w działalności zakładu ma „w jak najmniejszym stopniu wpłynąć na dobro naszych pracowników, które zawsze było dla nas bardzo ważne i tym razem będzie tak samo”. W oświadczeniu opublikowanym przez lokalny serwis oswiecimonline.pl, wiceprezes Artur Klęczar zaznaczył, że najważniejsi są pracownicy, którzy na szczęście nie ucierpieli w pożarze.

Właściciel nie zamierza zwalniać pracowników, lecz zatrudnić ich na tzw. dwutygodniówki, płacąc jednak jak za cały miesiąc pracy. Do czasu odbudowania fabryki będą otrzymywali wynagrodzenia jak za cały etat.

 

W Europie przybywa biednych

W Europie przybywa biednych

Najnowsze dane Eurostatu pokazują, że coraz większy odsetek populacji Unii Europejskiej ma problem ze sfinansowanie zakupem porządnego posiłku.

Jak informuje portal forsal.pl, w 2023 roku aż 9,5 proc. całej populacji Unii Europejskiej nie było stać na to, aby co drugi dzień zjeść posiłek zawierający mięso, ryby lub ich wegetariański odpowiednik. Wynika to z danych Eurostatu. To więcej o 1,2 punktu procentowego niż rok wcześniej.

Biorąc pod uwagę osoby zagrożone ubóstwem, sytuacja jest jeszcze bardziej poważna. W 2023 r. udział osób mających problem z zakupem porządnego posiłku w grupie osób zagrożonych ubóstwem wzrósł w porównaniu do poprzedniego roku o 2,6 punktów procentowych. W ubiegłym roku, spośród najbiedniejszych mieszkańców UE, 22,3 proc. osób nie było stać na zakup co drugi dzień mięsa, ryb lub wegetariańskich odpowiedników, podczas gdy rok wcześniej odsetek ten wynosił 19,7 proc.

Wśród państw członkowskich Wspólnoty najwyższy odsetek osób zagrożonych ubóstwem, których nie stać na porządny posiłek, odnotowano w Słowacji (45,7 proc.), natomiast w całej populacji problem ten dotyczył 17,8 proc. Słowaków. Następne były Węgry, gdzie problem ze sfinansowaniem pełnowartościowego posiłku miało 44,9 proc. osób w przypadku grupy zagrożonej ubóstwem i 14,7 proc. całej populacji. W Bułgarii liczby te były na poziomie odpowiednio 40,2 proc. oraz 19,9 proc.

Z kolei najniższy udział odnotowano w Irlandii (4,2 proc. wśród osób zagrożonych ubóstwem), a następnie na Cyprze (5,0 proc.) i w Portugalii (5,9 proc.). W przypadku całej populacji liczby te kształtowały się na poziomie odpowiednio 1,6 proc., 1,3 proc. i 2,3 proc.

Znikają małe sklepy

Znikają małe sklepy

W pierwszym półroczu 2024 zlikwidowano w Polsce 1,6 tys. sklepów, a 5,2 tys. zawiesiło działalność.

Jak informuje „Rzeczpospolita”, z 28 monitorowanych sektorów handlu w pierwszym półroczu w 21 z nich odnotowano spadek liczby sklepów, a tylko w sześciu wzrost. Najbardziej zmniejszyła się liczba sklepów spożywczych (o ponad 500) i odzieżowych (o ponad 200). Poza tym ubyło sklepów ogólnego przeznaczenia, a także z farbami, art. metalowymi i piśmienniczymi czy księgarni.

– „Znikają punkty niezależne, niezsieciowane. Działalność w grupie, choćby z zapleczem partnera w postaci dystrybutora, jest prostsza” – powiedział „Rzeczpospolitej” Maciej Ptaszyński, prezes Polskiej Izby Handlu. Jednym z powodów zamykania sklepów w ostatnim okresie są także szybko rosnące ceny energii.

Doktor bez recepty

Doktor bez recepty

Póki nie będziemy mieli pracy przewozowej, która pozwoli na rozwijanie skrzydeł, to musimy je zwijać – mówi tymczasowy prezes PKP Cargo.

„Make Cargo great again”, ten slogan – wzorowany na haśle, z którym Donald Trump w 2016 r. wygrał wybory prezydenckie – przyjął jako swoją dewizę Marcin Wojewódka, gdy w kwietniu 2024 r. został członkiem rady nadzorczej PKP Cargo, następnie na trzy miesiące oddelegowanym do tymczasowego pełnienia obowiązków prezesa spółki. Czy Wojewódka skieruje PKP Cargo na właściwe tory i przewoźnik ten znów stanie się wielkim?

Wielkie PKP Cargo coraz mniejsze

PKP Cargo to wciąż największy przewoźnik towarowy w Polsce. W 2023 r. koleją przetransportowano 231,6 mln ton towarów, z czego jedną trzecią – 72,6 mln ton – przewiozły pociągi PKP Cargo. Dla porównania, w 2013 r. koleją przewieziono 233,2 mln ton towarów, z czego pociągami spółki PKP Cargo – wchodzącej wówczas na giełdę papierów wartościowych – przejechało 113,4 mln ton, czyli prawie połowa.

Gdy PKP Cargo traci swoją pozycję, udziały w rynku zwiększają inni przewoźnicy – tacy jak będąca częścią koncernu Orlen spółka Lotos Kolej, niemieckie DB Cargo, czeskie ČD Cargo czy należące do kapitału amerykańskiego firmy Freightliner i Rail Polska. W Polsce działa już kilkudziesięciu przewoźników towarowych, ale przewozy od kilkunastu lat utrzymują się na podobnym poziomie. Stagnacja wynika z wielu czynników. Jednym z nich jest nierówna konkurencja z przewoźnikami drogowymi, którzy płacą za korzystanie tylko z części głównych dróg, podczas gdy przewoźnicy kolejowi muszą płacić za każdy przejechany kilometr zarówno liniami magistralnymi, jak i lokalnymi. W ramach modernizacji linii kolejowych degradowano stacje do roli przystanków i zmniejszano na stacjach liczbę torów dodatkowych – jest więc zbyt mało punktów, w których składy towarowe mogą puścić pociągi pasażerskie. Skutek jest taki, że na wielu liniach brakuje miejsca dla składów towarowych, które z wyruszeniem w drogę muszą czekać do zakończenia szczytu w ruchu pasażerskim lub aż do pory nocnej. Jednocześnie zamykanie linii kolejowych, a także odcinanie bocznic i likwidowanie ładowni na czynnych liniach spowodowało, że przewóz towarów koleją do wielu miejsc Polski nie jest możliwy. Zamiast więc zdobywać nowych klientów, przewoźnicy skupiają się na podbieraniu sobie dużych kontraktów. Choćby ostatnio, wiosną 2024 r., czeskie ČD Cargo odebrało spółce PKP Cargo kontrakt na dowóz 1 mln ton węgla rocznie ze Śląska do Elektrowni Połaniec.

Uśmiechnięta twarz obecnego rządu

– „Mamy tysiące stojących w krzakach pięknie wyremontowanych wagonów, dla których nie mamy pracy. Mamy dzisiaj setki, tysiące pracowników, dla których nie mamy pracy. Nie mamy zleceń, nie mamy pracy przewozowej” – mówił Marcin Wojewódka na odbywającym się 5 czerwca 2024 r. posiedzeniu sejmowej podkomisji ds. transportu kolejowego. – „Mamy w tym roku plany przewozowe na 80 mln ton masy. Módlmy się, żeby się w tę stronę zbliżać”.

Swoją misję w spółce PKP Cargo Marcin Wojewódka zaczął od tego, czym zajmuje się od dawna. Jego specjalnością – jako doktora ekonomii i radcy prawnego zajmującego się prawem pracy – są redukcje zatrudnienia. Wojewódka nie kryje się z tym, że w 2023 r. na zlecenie koncernu Scania w trzy miesiące przeprowadził proces zwolnień grupowych w likwidowanym zakładzie produkcji nadwozi autobusów w Słupsku – pracę straciło 847 osób. W lutym 2024 r. Wojewódka był prelegentem na konferencji „Zwalnianie pracowników”. Jest też autorem wielu publikacji, w jednej z nich – artykule „Restrukturyzacja zatrudnienia w firmie” na łamach magazynu „HR Business Partner” – nazwał zwolnienie pracownika „uwolnieniem od ciężaru otrzymywania comiesięcznego przelewu od pracodawcy”. Trudno, żeby osoba z takim życiorysem i takim podejściem nie budziła niepokoju załogi. I rzeczywiście, jedną z pierwszych decyzji Wojewódki było wdrożenie nieświadczenia pracy – na przymusowe wolne wysłano już jedną piątą pracowników PKP Cargo, obniżając im wypłaty o 40%. – „Czy uśmiechniętą twarzą obecnego rządu jest twarz Marcina Wojewódki, który szczyci się tym, że jego specjalizacją są zwolnienia i zamykanie firm? To jest jego pasja!” – grzmiał Leszek Miętek, szef Związku Zawodowego Maszynistów.

Psychologia zarządzania

Dialog ze związkami zawodowymi Marcin Wojewódka zaczął od małostkowego upomnienia działaczy, aby adresując do niego pisma, nie zapominali o wpisywaniu przed jego nazwiskiem stopnia doktora. Wypomniał też związkowcom wybranym przez pracowników do reprezentowania ich w radach nadzorczych, że nie legitymują się należytym wykształceniem do zasiadania w takich organach.

Jednocześnie Wojewódka, nie przebierając w słowach, oskarża związkowców, że w okresie rządów Prawa i Sprawiedliwości wspólnie z upolitycznionymi zarządami doprowadzili do obecnej sytuacji PKP Cargo. – „Ta spółka została wręcz zaorana przez działające na jej szkodę byłe zarządy i związki zawodowe” – mówił portalowi Onet. – „Część ich działaczy swoimi grabieżczymi działaniami oraz politycznymi działaniami pociągnęła spółkę głęboko w dół. Chcę, by ludzie o tym wiedzieli i zrobili z tym porządek jako pracownicy. Część z tych osób powinna bać się stanąć przed lustrem, bo zobaczą tam współwinnych bardzo trudnej sytuacji spółki”.

Gdy pod warszawską centralą PKP Cargo odbywała się manifestacja związkowców z „Solidarności” przeciwko działaniom tymczasowego zarządu PKP Cargo, Marcin Wojewódka podjął decyzję o wystawieniu przed głównym wejściem dużych luster, by protestujący mogli się w nich przejrzeć jako, zdaniem obecnych władz spółki, współwinni trudnej kondycji przewoźnika. Gdy natomiast zapadła decyzja o wysyłaniu pracowników na nieświadczenie pracy, na stronie internetowej PKP Cargo zamieszczono informację, że „zarząd zwrócił się do rady nadzorczej o wyznaczenie osoby z zarządu spółki, która będzie delegowana na nieświadczenie pracy”. Było to niczemu nie służące działanie, bo delegowani do zarządu członkowie rady nadzorczej nie są pracownikami spółki. Marcin Wojewódka – który szczyci się ukończonymi studiami podyplomowymi z psychologii zarządzania personelem – nie mógł sobie odmówić żartów z trudnej sytuacji pracowników PKP Cargo w obliczu nagłej obniżki zarobków o 40% przez cały okres nieświadczenia pracy.

Jak ogłoszenie upadłości

Tymczasowy zarząd PKP Cargo nie ograniczył się tylko do decyzji o skierowaniu 30% załogi na nieświadczenie pracy. Następnie wypowiedziany został pakt gwarancji pracowniczych, zawarty w 2013 r. przy wejściu spółki na giełdę, oraz zakładowy układ zbiorowy pracy, który obowiązuje od 2004 r.

W sejmie Wojewódka sugerował, że te decyzje są konieczne, aby uniknąć zwolnień: – „Naszym celem – żeby była jasność – nie jest w żadnym stopniu pozbywanie się ludzi czy zwalnianie pracowników” – mówił 5 czerwca 2024 r. na posiedzeniu podkomisji ds. transportu kolejowego. Ale już miesiąc później, 3 lipca 2024 r., spółka ogłosiła plan przeprowadzenia zwolnień grupowych, które mają objąć do 4,1 tys. osób, czyli 30% załogi. Stało się to po złożeniu przez zarząd spółki wniosku o sądowe postępowanie sanacyjne. Na stronie spółki z jednej strony poinformowano, że jest ono „drogą do uratowania PKP Cargo”, a z drugiej strony, że „wywołuje w zakresie praw i obowiązków pracowników i pracodawcy takie same skutki jak ogłoszenie upadłości”.

Podjąć wyzwanie

W połowie maja 2024 r. prezes Stowarzyszenia Ekspertów i Menedżerów Transportu Szynowego Józef Marek Kowalczyk – który w latach 2001-2005 był pierwszym prezesem PKP Cargo po podziale kolei na spółki – skierował do ministra infrastruktury Dariusza Klimczaka apel o interwencję: „Należy podjąć wyzwanie przejmowania ładunków z transportu samochodowego, którym wozi się już ponad 2 mld ton. Dla zachowania miejsc pracy w PKP Cargo i uratowania spółki wystarczy przenieść na kolej 1%, czyli 20 mln ton”.

Choć za czasów Kowalczyka przewozy też spadały, to jednak z innego poziomu – w 2001 r. PKP Cargo przewiozło 165,7 mln ton, a w 2005 r. 144,7 mln ton. Dziś Kowalczyk zaapelował do zarządu PKP Cargo o „opracowanie nowej polityki handlowej, zakładającej odzyskanie do końca 2024 r. poziomu przewozów ładunków z 2023 r., następnie zaś ich sukcesywne zwiększanie, o co najmniej 10 mln ton w skali roku, do poziomu 120 mln ton”.

Apel Kowalczyka o przyjęcie polityki zakładającej rokroczny wzrost przewozów został przez aktualne władze PKP Cargo właściwie wyśmiany: „W ocenie obecnego zarządu postulat przygotowania PKP Cargo, także pod względem kadrowym, do przewozu rzędu 120 mln ton rocznie jest całkowicie nierealny. Z danych ekonomicznych i finansowych, do których otrzymaliśmy dostęp po objęciu funkcji, jasno wynika, że w obecnej sytuacji spółka nie jest w stanie sprostać takiemu wyzwaniu” – napisali w odpowiedzi Marcin Wojewódka i Monika Starecka z zarządu PKP Cargo. – „W zakresie określenia zasobów materialnych i pracowniczych obecnie są podejmowane działania zmierzające do dopasowania ich do sytuacji rynkowej oraz elastycznej reakcji na zmiany, a nie zaś do przyjętego z góry określonego poziomu”.

Stanowisko to niebezpiecznie przypomina doktrynę Polskich Kolei Państwowych z lat 90.: „Podstawowym i wspólnym celem działań wszystkich komórek i jednostek organizacyjnych PKP jest poprawa sytuacji finansowej i ekonomicznej szczególnie przez dostosowanie majątku trwałego do aktualnych potrzeb przewozowych” (cytat z planu PKP na 1995 r.). Doktryna z lat 90. – dopasowująca kolej do spadku przewozów – spowodowała, że potem przez lata brakowało zasobów, aby odbić się od dna.

Gwoździe do trumny

Za małe zasoby były powodem kryzysu, który pogrążył PKP Cargo w 2017 r. Wskutek decyzji o całkowitym zamknięciu magistrali Lublin – Warszawa na czas jej modernizacji przewoźnik musiał skierować objazdami pociągi wożące węgiel z Bogdanki do Kozienic, Połańca i Ostrołęki. Tylko trasa z Bogdanki do Kozienic wydłużyła się z 128 km do 232 km.

Ówczesny prezes PKP Cargo Maciej Libiszewski alarmował, że w sytuacji wydłużonych objazdami obiegów taboru wystąpił niedobór 5 tys. węglarek. Zakłócenia dostaw węgla rozlały się na cały kraj: elektrownie raportowały, że mają za małe zapasy, a jednocześnie kopalnie alarmowały, że kończy się im miejsce do składowania wydobytego węgla, bo PKP Cargo nie podstawia pociągów.

Jako że węglarki to wagony uniwersalne, problemy dotknęły nie tylko branżę energetyczną. „Wszystko to spowodowało zagrożenie dostaw do hut, elektrowni, cukrowni, zakładów chemicznych i zakładów papierniczych, a także na budowy dróg i kolei” – napisał Libiszewski w oświadczeniu, po czym podał się do dymisji.

Maciej Libiszewski zwracał uwagę, że w latach 2008-2015 zmniejszono zasoby taborowe spółki: „W tym czasie z ponad 80 tys. wagonów zostało nieco ponad 60 tys.” – mówił jeszcze przed kryzysem w 2017 r.

Kolejny poważny kryzys dotknął spółkę pięć lat później. „Sytuację PKP Cargo dramatycznie pogorszyła polityczna decyzja z 2022 r. o realizacji rządowego zlecenia na transport węgla. Związane z nim porzucenie innych kontraktów negatywnie wpłynęło na kondycję i sytuację finansową spółki w kolejnych latach” – czytamy dziś na stronie internetowej PKP Cargo. Akurat w tej kwestii panuje zgoda między zarządem spółki a związkowcami. W sejmie Leszek Miętek przyznał: „To był ostatni gwóźdź do trumny tej spółki”.

Mowa o rządowym nakazie dla spółki PKP Cargo, aby priorytetowo potraktowała przewozy węgla. W 2022 r. – po wprowadzeniu embarga na rosyjski węgiel – Polska stała bowiem w obliczu poważnych problemów energetycznych. Politycy ówczesnej opozycji rozliczali rządzących z działań na rzecz ich rozwiązania, a media biły na alarm: „W Polsce brakuje węgla” (TVN), „Rząd zawalił sprawę z węglem” („Gazeta Wyborcza”), „Czy zabraknie nam prądu” („Tygodnik Powszechny”).

Polska sprowadziła węgiel między innymi z Australii, Republiki Południowej Afryki i Indonezji. PKP Cargo dostało, wydawałoby się, proste zadanie: dowieźć ten węgiel z bałtyckich portów w głąb kraju. Spółka nie była jednak w stanie temu podołać, realizując jednocześnie wszystkie inne kontrakty przewozowe. W efekcie część zleceń porzucono, wpychając tym samym klientów w objęcia konkurencji. Ponownie zemściła się doktryna dopasowywania zasobów do bieżących przewozów, która nie brała pod uwagę możliwości wystąpienia nagłych potrzeb.

Odzyskać kontrakty

Dwa największe kryzysy przewozowe spółki PKP Cargo za czasów Prawa i Sprawiedliwości były wywołane niedoborem zasobów. Dlatego niepokojące są słowa Marcina Wojewódki z rozmowy z TVP Info: „Jesteśmy dzisiaj za dużą strukturą w stosunku do tego, jakie mamy zamówienia”.

Zniechęcanie i zwalnianie pracowników to odsyłanie ich do konkurencyjnych firm, które poszukują rewidentów taboru, ustawiaczy czy manewrowych, a przede wszystkim maszynistów – najbardziej rozchwytywanych z uwagi na to, że proces szkolenia osób nowo wchodzących do tego zawodu trwa dwa lata.

– „Nawet jak dzisiaj jesteśmy w trakcie negocjacji pewnych kontraktów, nawet jak je dopniemy, to one dotyczą przyszłego roku czy za półtora roku. Taka jest specyfika sprzedaży usługi transportowej dla kruszyw, dla węgla czy dla tego rodzaju towarów” – mówił w TVP Info Wojewódka, mimo że choćby przetargi koncernów energetycznych zwykle ogłaszane są na dwa-trzy miesiące przed rozpoczęciem kontraktu.

– „My potrzebujemy przede wszystkim pozyskać nowe kontrakty i odzyskać kontrakty, niestety ta spółka nie ma ku temu zasobów” – mówił Wojewódka, by chwilę później samemu sobie zaprzeczyć: „My jesteśmy przeinwestowaną spółką w tabor, w pewnym stopniu wyrzucono pieniądze w błoto: mamy piękne wagony, super działające, najlepsze, tylko one są nam po prostu niepotrzebne”.

Jeśli spółka zacznie odzyskiwać kontrakty i zagospodaruje zasoby taborowe, to może okazać się, że brakuje ludzi. – „W Lidlu sobie tych pracowników nie kupicie” – mówił Leszek Miętek do Wojewódki w sejmie.

– „Póki nie będziemy mieli pracy przewozowej, która pozwoli na rozwijanie skrzydeł, to musimy je zwijać” – oznajmił Marcin Wojewódka. Okres tymczasowego pełnienia obowiązków prezesa PKP Cargo kończy się 25 lipca 2024 r. Czy również dla jego następców pomysłem na reformę będzie zwijanie skrzydeł?

Karol Trammer

Tekst pochodzi z dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn” (nr 4/131 lipiec-sierpień 2024)
https://www.zbs.net.pl

Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Goran Horvat z Pixabay

Europa produkuje coraz mniej

Europa produkuje coraz mniej

Według najnowszych danych Eurostatu, produkcja przemysłowa w Unii Europejskiej i strefie euro odnotowała w maju 2024 roku spadek zarówno w ujęciu miesięcznym, jak i rocznym.

Jak pisze portal money.pl, Eurostat opublikował w dane o produkcji przemysłowej. W porównaniu z kwietniem 2024 roku produkcja przemysłowa w strefie euro zmniejszyła się o 0,6 proc., podczas gdy w całej Unii Europejskiej spadek wyniósł 0,8 proc. Wyniki wskazują na utrzymujące się spowolnienie sektora przemysłowego w Europie.

Jeszcze bardziej niepokojące są dane w ujęciu rocznym. W maju 2024 roku, w porównaniu z tym samym miesiącem roku poprzedniego, produkcja przemysłowa w strefie euro spadła o 2,9 proc., a w UE o 2,5 proc.

W strefie euro w maju 2024 roku, w porównaniu z poprzednim miesiącem, produkcja dóbr inwestycyjnych spadła o 1,2 proc., dóbr konsumpcyjnych trwałego użytku o 1,8 proc., a dóbr pośrednich o 1,0 proc. Jednocześnie odnotowano wzrost w sektorze energetycznym o 0,8 proc. oraz w produkcji dóbr konsumpcyjnych nietrwałego użytku o 1,6 proc.

Największe miesięczne spadki produkcji przemysłowej odnotowano w Słowenii (-7,3 proc.), Rumunii (-6,2 proc.) i Danii (-4,9 proc.). W ujęciu rocznym największe spadki produkcji przemysłowej wystąpiły w Rumunii (-6,9 proc.), Niemczech (-6,6 proc.) i Bułgarii (-6,3 proc.).