Drogie mieszkanie i studiowanie

Drogie mieszkanie i studiowanie

Duże wydatki dla studentów i ich rodzin oraz brak tanich miejsc, nawet w akademikach.

Z okazji nadchodzącego nowego roku akademickiego analitycy GetHome i Tikrow przyjrzeli się kosztom studiowania, szczególnie stawkom za wynajem mieszkań i miejsca w akademikach. Chodzi o znaczące i stale rosnące koszty – podsumowuje te analizy portal Puls HR.

Opłaty za akademiki wzrosły o około 10-15% rok do roku. Wyniosą od 320 do ponad 1400 zł miesięcznie w zależności od miasta, uczelni i standardu lokalu. To stawki konkurencyjne wobec prywatnego wynajmu mieszkań. Tyle że akademików nie starczy dla wszystkich. W Polsce istnieją 443 akademiki uczelniane. Teoretycznie mają 115 tys. miejsc, część budynków jest w tak kiepskim stanie, że realnie ubywa ich o nawet 30 tys. W 2024 roku studiowało ponad 1,1 mln Polaków. W tym 240 tys. w Warszawie i 129 tys. w Krakowie. Oczywiście nie wszyscy z nich to osoby przyjezdne, ale i tak widać ogromny rozziew liczby publicznych miejsc noclegowych i liczby studentów. Prywatnych akademików jest niewiele i są znacznie droższe.

Wielu studentów jest skazanych na prywatne lokale. Najdrożej jest w Warszawie. Według GetHome wynajęcie dwupokojowego mieszkania kosztuje średnio ok. 4,2 tys. zł miesięcznie, a trzypokojowego ok. 6 tys. zł. W Krakowie, Wrocławiu i Gdańsku średni koszt najmu to za dwupokojowe mieszkanie ok. 3,2 tys. Najtaniej jest w Białymstoku, Kielcach, Olsztynie i Toruniu. W tym ostatnim dwupokojowe mieszkanie kosztuje średnio za ok. 2,2 tys. zł.

W 2023 roku średnie miesięczne wydatki studenta w Polsce wynosiły 3867 zł. W tej kwocie lokal mieszkalny stanowił największą część wydatków. Aż co trzeci student nie ma finansowego wsparcia rodziny i może liczyć tylko na siebie.

Strach rośnie

Strach rośnie

Rosną obawy Polaków. Dotyczą m.in. wzrostu bezrobocia oraz rosnących cen.

Nowe badania koniunktury konsumenckiej, przygotowywane co miesiąc przez Główny Urząd Statystyczny, wskazują na narastanie obaw i złych nastrojów – informuje portal Business Insider. Wskaźnik ufności konsumenckiej spadł w sierpniu do najniższego poziomu od momentu wyborów parlamentarnych w październiku 2023 roku.

W ciągu miesiąca wzrosła o półtora punktu negatywna ocena sytuacji ekonomicznej kraju. W skali od -100 do 100 wynosi ona obecnie -26. Wzrosła także i wynosi obecnie -20,3 pkt negatywna prognoza na nadchodzące 12 miesięcy. Znaczny spadek nastąpił także przez miesiąc w chęci robienia bieżących zakupów oraz planowania przyszłych.

Negatywne są także odczucia społeczne wobec wzrostu bezrobocia. Rośnie liczba Polaków obawiających się takiego scenariusza. Ta kwestia ma już ocenę -18,8 pkt. Z kolei najwyższy poziom od września 2019, czyli okresu jeszcze przed pandemią i wojną, osiągnęła chęć czynienia oszczędności finansowych kosztem bieżących wydatków. Co prawda w kwestii przewidywanego wzrostu cen Polacy są optymistami (+24,1 pkt.), że do nich nie dojdzie, ale poziom takich postaw spadł aż o 6 punktów w porównaniu z poprzednim miesiącem.

Prawo pracowników do odłączenia

Prawo pracowników do odłączenia

W Australii nowe prawo pozwoli pracownikom na „odłączenie” się po godzinach pracy od kontaktu z zatrudniającymi ich osobami i podmiotami.

Już w poniedziałek wchodzi w życie prawo, które pracownikom w całej Australii zagwarantuje „odłączenie się” – informuje Polska Agencja Prasowa. Po półtorarocznym okresie karencji nowa ustawa chroni osoby, które chcą ignorować swoich szefów, przełożonych i współpracowników poza godzinami pracy. Mogą oni odmówić śledzenia informacji, czytania wiadomości i innego reagowania na sygnały poza godzinami pracy.

Ustawodawcom przyświecała chęć ochrony zatrudnionych, którzy coraz częściej byli zmuszani do świadczenia pracy poza jej ustalonym zakresem godzinowym. Badania przeprowadzone w Australii wykazały, że pracownicy wykonywali średnio 5,4 godziny nieodpłatnej pracy tygodniowo. W skali roku było to dodatkowe 281 godzin nieodpłatnej pracy rocznie. Większość tego stanowiły wymuszone działania online lub służbowe rozmowy telefoniczne.

Nowe prawo nie zabrania przełożonym kontaktowania się z pracownikami „po godzinach”. Chroni natomiast prawo pracowników do odmowy. Jeżeli pracownik nie odbierze telefonu czy nie odpowie na e-maila, to nie można podejmować wobec niego żadnych działań dyscyplinarnych ani traktować go inaczej (np. poprzez zmiany w grafiku czy wyśrubowanie wymagań dotyczących osiągniętych wyników).

Przepisy pozwalające pracownikom na wyłączanie czy nieużywanie urządzeń mobilnych obowiązują już m.in. we Francji i Niemczech.

Samorządy bez mediów?

Samorządy bez mediów?

Powstaje projekt nowej ustawy medialnej.

Jak informują Wirtualne Media, do konsultacji trafiły założenia nowej ustawy medialnej. Jedną ze spraw, które założenia ustawy poddają pod dyskusję, są „media władzy”, czyli te wydawane przez samorządy.

W kraju mamy wiele takich przykładów. Trzebnica, miejsko-wiejska gmina pod Wrocławiem, wydaje „Panoramę Trzebnicką”. To bezpłatny dwutygodnik wydawany przez Gminne Centrum Kultury i Sztuki w Trzebnicy w 10 tys. egzemplarzy. Numer z 14 czerwca ma 48 stron – w tym 23 strony reklam. Burmistrz widnieje na 34 zdjęciach, trzy opublikowane teksty są jego autorstwa. Wydział Komunikacji Społecznej Urzędu Miasta Krakowa gazetę wydaje co dwa tygodnie w 35 tys. egzemplarzy (kosztuje to 1,5 mln zł rocznie). Kraków prowadzi też portal i miał dwie telewizje – Telewizję.krakow.pl i Hello Kraków News. Wrocław ma spółkę – Agencję Rozwoju Aglomeracji Wrocławskiej – zatrudniającą kilkadziesiąt osób, która zajmuje się promocją miasta i mediami samorządowymi. Wydaje papierowy tygodnik, prężny portal i telewizję Wrocław TV. Rocznie na portal i jego analogową wersję idzie ponad 3 mln zł netto. Łódź ma gazetę „Łódź.pl” za ponad 3,5 mln zł rocznie, której szesnastostronicowy, darmowy, wydawany przez Bibliotekę Miejską w Łodzi numer ukazuje się trzy razy w tygodniu, w nakładzie 45 tys. egzemplarzy.

O „mediach władzy” w założeniach nowej ustawy, czytamy: „Należy rozważyć wprowadzenie całkowitego zakazu prowadzenia działalności medialnej przez jednostki samorządu terytorialnego oraz podmioty podległe tym jednostkom”. Postulat ten oparty został na analizie negatywnych praktyk z obszaru całej Polski, które jasno pokazywały, że tego typu tytuły prasowe nie spełniały kluczowej dla prasy funkcji, jaką jest kontrola władzy publicznej.

„Trudno sobie bowiem wyobrazić, by pracownik zatrudniony w administracji samorządowej na łamach mediów wydawanych przez tę jednostkę krytykował swojego pracodawcę czy ujawniał nieprawidłowości w funkcjonowaniu danego urzędu gminy. Taka zaś jest główna rola mediów. W istocie te różne tytuły prasowe stanowiły zatem i (niestety) wciąż stanowią, narzędzia propagandowe w dyspozycji osób sprawujących w danym momencie władzę. Ich obecność zaburza konkurencję polityczną w danej wspólnocie samorządowej. Co więcej, tego typu media często starają się konkurować z niezależną prasą, często stosując w tym zakresie nieuczciwe rynkowo metody (np. przyjmując ogłoszenia po niższych cenach, czy dystrybuując gazetę bezpłatnie). Często celem towarzyszącym tego typu działaniom jest wyeliminowanie niezależnych tytułów z rynku, a w konsekwencji ograniczenie nam – jako społeczeństwu – dostępu do rzetelnej informacji” – podkreśla w wypowiedzi dla Wirtualnych Mediów dr Adam Płoszka z Zakładu Praw Człowieka Uniwersytetu Warszawskiego.

Lokalne gazety stają się tubą propagandową władz samorządowych finansowaną z pieniędzy publicznych, a komercyjne media lokalne, przyglądające się decyzjom podejmowanym przez owe władze, nie mają tak stabilnego źródła finansowania jak media samorządowe. Nie są niejednokrotnie w stanie z nimi konkurować, co zaburza równowagę na rynku, szczególnie w sytuacji, kiedy owe media samorządowe publikują też płatne treści reklamowe, stanowiące podstawę funkcjonowania mediów niezależnych od władz.

Zmowa kosztem pracowników?

Zmowa kosztem pracowników?

Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów podejrzewa dwie duże sieci handlowe o zmowę niekorzystną dla pracowników.

UOKiK prowadzi postępowanie mające wyjaśnić, czy sieci dyskontów Dino i Biedronka zawarły nielegalne porozumienie mające na celu niekonkurowanie o pracowników – informuje serwis PulsHR. Sieci są podejrzewane o to, że zawarły nieformalną umowę, na mocy której miały nie konkurować między sobą o dostarczycieli usług zewnętrznych, m.in. kierowców transportujących produkty na potrzeby obu sieci. Zdaniem UOKiK, efektem takich działań „byłby brak elastyczności zmiany pracy przez kierowców oraz ograniczenie tempa wzrostu ich płac”.

Proceder ten wedle podejrzeń miał dotyczyć firm-podwykonawców świadczących usługi dla obu sieci. Istnieje podejrzenie, że procederem mogły sterować one same, a podwykonawcy tylko realizowali politykę handlowych gigantów. Prezes UOKiK twierdzi, że „firmy transportowe mogły nie zatrudniać u siebie kierowców pracujących u innych uczestników podejrzewanej zmowy”. Miało to hamować wzrost płac u świadczących usługi oraz ich niewiedzę w kwestii tego, dlaczego płace nie rosną.

Jak informuje UOKiK, za udział w porozumieniu ograniczającym konkurencję grozi kara finansowa w wysokości do 10 proc. obrotu przedsiębiorcy. Wykazanie zawarcia zmowy menedżerom, którzy ją przygotowali, oznacza zagrożenie karami do 2 mln zł na osobę.

Świat według Kiepskich – „repozytorium przegranych transformacji systemowej” w Polsce

Świat według Kiepskich – „repozytorium przegranych transformacji systemowej” w Polsce

Milcz, wężu łysy! Ja żem jest postacią tragiczną
i ofiarą przemian ustrojowych w tym nienormarnym kraju.
pisownia oryginalna, Ferdynand Kiepski w odcinku 180 – Waldemar

Renesans serialu

W ostatnich latach, szczególnie w kulturze internetu, możemy zaobserwować swoisty renesans „Świata według Kiepskich”. Przejawia się on ogromną ilością doomer memów, które przedstawiają, zwykle czarno-białe, kadry z serialu, z wyrwanymi z kontekstu cytatami wypowiedzi bohaterów. Oglądając znienawidzony przez elity początku lat dwutysięcznych sitcom (np. wypowiedź Olgi Lipińskiej ,,Jeżeli Polsce podoba się [Świat według Kiepskich], to pora umierać…”), możemy nie zwrócić uwagi na dialogi, które pod płaszczem komizmu językowego i ludyzmu produkcji, skrywają kolejne warstwy. Bo „Świat według Kiepskich” jest jak cebula – ma wiele warstw. Warstwy te prawdopodobnie zostały zaszczepione do serialu z pełną premedytacją. Jego pierwotni twórcy (do 282 odcinka), stanowili wrocławską awangardę świata sztuki. Na przykład Aleksander Sobiszewski i Janusz Sadza tworzyli projekt Mader Faker Studio, przedstawiający krótkie skecze, nawiązujące do subkultury blokersów, a jednocześnie kpiące z polskiej inteligencji. Sadza był jednocześnie mieszkańcem wrocławskiego Trójkąta Bermudzkiego, w którym osadzona została akcja serialu, inspirowana jego doświadczeniami.

Kiepska analiza

„Świat według Kiepskich” to nie byle jaki kamp. To dzieło kultury symbolicznej. Bije z niego obcość, bije marginalizacja, a życie bohaterów jest wypadkową tego, jak radzą sobie ze skutkami transformacji ustrojowej. Jednocześnie trajektorie życia bohaterów przedstawione zostały w sposób humorystyczny, co prawdopodobnie było jednym z powodów tak wysokiej oglądalności serialu i jego sukcesu. Z Kiepskimi można było się utożsamiać. Aż 55% polskiego społeczeństwa to przegrani terapii szokowej, dla których wartości i gusty promowane przez neoliberalne elity, były niedoścignione.

Społeczeństwo, którego habitus nastawiony był na egalitaryzm, etatyzm i konformizm, zderzyło się z kultem indywidualizmu, konsumpcjonizmem, mobilnością, przedsiębiorczością, niespełniającymi oczekiwań zbiorowości pogrążonej w recesji na niemal każdym polu życia. Mimo wszystko, bohaterowie sitcomu musieli jakoś radzić sobie z traumą, a ich przerysowane przygody choć trochę łagodziły ładunek emocjonalny, jaki niosły ze sobą czasy przełomu lat 90. i 2000. Z jednej strony mamy innowacyjnego, próbującego wzbogacić się w nowej kapitalistycznej rzeczywistości Mariana Paździocha, a z drugiej biernego, zrezygnowanego, niego anarchicznego – głównie konsumującego piwo jednej marki – Ferdynanda Kiepskiego.

Balcyrewicz musi odejść…

Tytuł 161 odcinka serialu jest parodią słynnego sloganu politycznego używanego przez przeciwników Planu Balcerowicza. Maksyma „Balcerowicz musi odejść” była używana, aby wyrazić krytykę wobec przemian, które narzuciły obywatelom elity polityczne po 1989 roku. Używali jej związkowcy, ale także politycy krytykujący polską „terapię szokową”, np. Andrzej Lepper.

Wspomniany odcinek rozpoczyna nocna scena, w której Ferdynand Kiepski zastaje lamentującego w toalecie Arnolda Boczka. Powodem trosk wrocławskiego rzeźnika, jest, jak mówi „znalezienie się na dnie struktury społecznej”. Załamany Boczek próbuje przekazać Ferdkowi, co spowodowało, że znalazł się w takim położeniu. Opowiada historię swojego pochodzenia, która wywarła wpływ na to, jak ubogi jest obecnie. Z rozpaczy posunął się aż do kradzieży, co jest naruszeniem jego wszelkich zasad moralnych. Kolejnego ranka, gdy Ferdek chce zjeść śniadanie, w kuchni zastaje zapłakanego syna – Waldusia. Okazuje się, że lodówka jest pusta, za co winą obarczają najpierw Halinkę: „Ta matka to nas zajeździ, no przecież ona ni ma żadny odpowiedzialności za rodzinę”. Z dyskusji mężczyzn wyłania się jednak szerszy obraz sytuacji, w której się znaleźli. Waldemar narzeka, że nie może znaleźć pracy, nie może sobie na nic pozwolić, nic kupić, że „Jedne mają wszystko, a my nie mamy nic”.

Wszystko pogarsza jeszcze wizyta Edzia Listonosza, który oznajmia, że przyniósł rachunki i woda podrożała o 2 złote. Podstawowy zasób, który według Ferdynanda powinien być za darmo. Drugi z sąsiadów rodziny Kiepskich również nie może poradzić sobie z warunkami, w których przyszło mu żyć. W wyraźnie niepokojącym stanie, z wiatrówką w rękach, krzyczy na korytarzu, że „Balcyrewicz musi odejść!”. Nie uspokaja go nawet żona, która w myśl obietnic początku lat 90. XX wieku mówi, że „Jutro będzie lepiej”. Gdy demokratyczne metody radzenia sobie z trudnościami nie działają, a Balcyrewicz pozostawia wysłany przez bohaterów list bez odpowiedzi, postanawiają oni obalić ten, jak mówi Paździoch, „Bandycko gospodarczo niemoralny społecznie system”, stosując przemoc.

Już w czasach emisji odcinka, czyli w 2001 roku, oceny procesu transformacji ustrojowej były różne. Głosy na ekranie są jednoznacznie krytyczne. Nie znając nawet jednego odcinka serialu, jesteśmy w stanie połączyć zdanie „W tym kraju nie ma pracy dla ludzi z moim wykształceniem” z Ferdynandem Kiepskim. Fraza ta może być próbą afirmacji własnej porażki. Jednak za tą porażką, szczególnie w tak mocno nacechowanych politycznie odcinkach jak „Balcyrewicz musi odejść”, mogą stać czynniki strukturalne. W okresie potransformacyjnym jednym z największych problemów było bezrobocie. W wyniku otwarcia polskiego rynku na import towarów z zachodu, a także załamania rynku zbytu oraz dokonania prywatyzacji, doszło do zamknięcia wielu zakładów pracy, płace były niskie, wzrastała „szara strefa”, czyli odsetek osób pracujących bez umowy. Już w 1991 roku, od stycznia do grudnia bezrobocie wzrosło z 6,6% do 12,2%. Przez lata zwiększało się, osiągając najbardziej krytyczny moment w lutym 2003 roku, wynosząc 20,7% – co piąta osoba w wieku produkcyjnym była zarejestrowana w urzędzie pracy – aktywnie jej poszukując.

Stan psychiczny Waldusia w odcinku może być całkowicie uzasadniony. To właśnie jego generacji, czyli pokoleniu wyżu demograficznego, wchodzącemu na rynek pracy po 2000 roku, najtrudniej było ją znaleźć. Sytuacja Ferdynanda jest mniej jednoznaczna, bowiem w odcinku „Syn Nilu” jego bezrobocie ukazano jako klątwę faraona, zaś w wielu innych („Chłopaki okej!”; „Kreatura mody”; „Browary Hills”; „Kazachstaskije wieciera”; „Casino de renta 2000”; „Umarł odbiornik, niech żyje odbiornik”; „Spółdzielnia Radiowęzeł”; „Pograbek”; „Lato w mieście”; „Kocham biurokrację”; „Okrutna pizza”; „Fryzjer”; „Grunt to Prund”) Ferdynand dąży do otwierania małych biznesów. Samo pragnienie Ferdka do bycia kowalem własnego losu nosi znamiona nowej, neoliberalnej narracji. Absurdalne, często absolutnie niepotrzebne pomysły na interes to przedstawienie w ironiczny sposób zwycięzców transformacji, czyli drobnych przedsiębiorców, menedżerów i specjalistów. W odcinkach tych Ferdynand nie przedstawiał siebie jako ofiary transformacji ustrojowej, lecz brał udział w kapitalistycznym performansie, posługując się aparatem pojęciowym Bourdieu i wyznawał retorykę sukcesu.

Prześmiewczy charakter tych przedsiębiorczych odcinków jest często wyłożony widzom bezpośrednio. Na przykład w odcinku „Firma”, gdy nad Kiepskim zawisła groźba wyrzucenia z mieszkania, postanawia on znaleźć pracę. W piwnicy kamienicy przy ul. Ćwiartki ¾ poznaje art biznes dajrektor of internaszynal konsulting – Malinowskiego. Dyrektor, jak sam o sobie mówi, prowadzi szkolenia z zakresu „mobbingu, kołczingu, słiczingu, czendżingu”. W odcinku dominuje korporacyjny żargon, pełen ,,-ingów” i ,,-mentów”. Choć postawa ta imponuje Ferdkowi, szybko okazuje się, że jest czysto fasadowa. Menedżer, który miał być nowym kapitalistycznym wynalazkiem, zostaje skompromitowany, a jego trywialny charakter i mętność są demaskowane. Obiecany awans społeczny i promowanie przedsiębiorczości były zabiegami, mającymi legitymizować szybkie tempo przemian oraz zamaskować ogrom nierówności piętrzących się w ich efekcie, obarczając winą za nie, rzekomo nieprzystosowane społecznie, jednostki.

Są też odcinki, które odsłaniają przed nami zawodową przeszłość Ferdka w PRL-u. Na przykład w odcinku „Puste butle” był przodownikiem pracy, zaś w kilku innych odcinkach, np. „Krótki dzień pracy”, dowiadujemy się, że główny bohater serialu był pracownikiem kablociągu. Z tej perspektywy jego nieudane próby wejścia w kapitalistyczną grę o sukces możemy rozpatrywać jako próbę dostosowania się do nowej rzeczywistości, w której życie nie toczy się już wokół zakładu pracy, nie ma instytucji takich jak przyzakładowe żłobki, przedszkola, szkoły zawodowe, mieszkania pracownicze, nie ma życia społecznego i kulturalnego organizowanego przez zakład. Dawny robotnik pozostawiony jest samemu sobie, a ze względu na brak nowych, pożądanych w neoliberalnym systemie cech – przegrywa tę grę i jest dla społeczeństwa niewidzialny.

W przypadku Arnolda Boczka w odcinku „Balcyrewicz musi odejść…” warto zwrócić uwagę na to, że dzięki zwiększonej mobilności społecznej lat 90. i 2000 w porównaniu z PRL-em, udało mu się przeprowadzić z podlaskiej wsi do Wrocławia. Jednak mimo tego, że pracował, nie ominęły go konsekwencje terapii szokowej polskiej gospodarki. Pogarszająca się sytuacja finansowa i wzrost cen zmusiły go do kradzieży. Sam wzrost cen w okresie po transformacji ustrojowej ukazany jest na przykładzie drożejącej wody. Wskaźnik inflacji w okresie emisji serialu wynosił około 10%, niemniej galopująca drożyzna z okresu po 1990 roku pozostawiła piętno i lęk w pamiętających ją osobach. Bohater czuje się bezradny wobec tej sytuacji, czuje, że pozostał mu tylko płacz i nie jest w stanie wspiąć się wyżej, mimo ciężkiej pracy.

Poza materialną marginalizacją bohaterów „Świata według Kiepskich” samo tytułowe przekręcenie nazwiska ojca polskiej transformacji systemowej wskazuje na brak kompetencji językowych wynikających z kapitału kulturowego. Gust Kiepskich i ich sąsiadów nie był wyszukany, np. spędzanie czasu przed telewizorem, stanie w bramie ze znajomymi, krótkie pogawędki przy zbiorowej toalecie. Wszyscy posługiwali się ograniczonym kodem językowym, determinowanym przez pochodzenie, które było nie do przełknięcia dla mecenasów sukcesu, pokroju Solorza-Żaka, chcącego zdjąć problematyczny serial z anteny własnej stacji.

Świat ukazany w sitcomie dekonstruuje również tezę o śmierci klas społecznych, która była obecna w humanistyce lat 90. i 2000. Współczesne prace naukowe wskazują na ideologiczny charakter tego typu twierdzeń, a serial w najbardziej popkulturowej, topornej formie obrazuje, że nierówności społeczne to problem, że nie każdy staje się klasą średnią, a klasy istnieją. Stworzenie fantastycznej, nieparenetycznej komedii na bazie wypartych poza sferę widzialności wizerunków klas najniższych, wydaje się być nieprzypadkowym zabiegiem, w obliczu znajomości karier jego twórców. Intelektualnymi elitami wstrząsnęło wówczas wulgarne poczucie humoru, natomiast obecnie możemy zastanawiać się nad tym, co pociągało w tym sitcomie osoby konsumujące jednocześnie „Dynastię” czy „Na dobre i na złe”, promujące kapitalistyczną rzeczywistość. No i co właściwie sprawiło, że moje pokolenie – pokolenie Z – ogląda Kiepskich?

Przełamanie genderowych oczekiwań i mizoginia

Świat według Kiepskich to nie tylko „wygibasy na tapczanie” i choć nie chcę popełniać nadinterpretacji, to muszę zwrócić uwagę na te mniej materialne aspekty wpływu transformacji ustrojowej na bohaterów. Lub może wręcz odwrotnie – bohaterów serialu na przełamanie konserwatywno-liberalnego dyskursu postaci promowanych w nowym systemie. Pożądanym wówczas modelem rodziny był taki, w którym małżeństwo decyduje się na świadome rodzicielstwo, w którym to sukces równy sukcesowi mężczyzny może odnieść kobieta, jednak jej główną życiową rolą wciąż jest macierzyństwo, wychowanie dzieci i stanie na straży domowego ogniska.

„Świat według Kiepskich” łamie tę genderową zależność, wciąż uważaną za istotną, mimo rzekomej drogi ku nowemu. Mimo afirmatywnego stosunku Ferdynanda do bycia głową rodziny, to jego żona, Halina odpowiadała za jej utrzymanie, pracując w niedofinansowanej ochronie zdrowia. Ich relacja była u podłoża mizoginistyczna. Mimo pracy zarobkowej, wszelką troskę o domostwo, zakupy, gotowanie, pracę opiekuńczą w postaci wychowania dzieci i zajmowania się swoją starą schorowaną matką – wykonywała Halinka Kiepska. Jej relacja z mężem była z jednej strony odwróceniem relacji, które telewidz mógł podziwiać w serialach typu „Moda na sukces”, z drugiej była podtrzymaniem przemocowego status quo, w którym to kobieta zajmuje się domem i wykonuje całą nieodpłatną pracę opiekuńczą. Przez całą, liczącą ponad 800 odcinków serię to Halinka była antagonizowania, to ona próbowała zapędzić do pracy męża, to ona często negowała jego pijackie pomysły, była racjonalna – niszczyła dobrą zabawę. To, co z jednej strony przełamuje genderowe oczekiwania w wykpiwający je sposób, z drugiej, jest męską utopią, w której to kobieta mimo swojej heroicznej pracy, wciąż jest postacią drugoplanową, nader spiętą i czepialską.

Rodzina przedstawiona w serialu z całą pewnością nie wpisywała się w model rodziny idealnej, w neoliberalny dyskurs lat 90. i 2000. Była też raczej wyjątkiem w popkulturze, która po części miała tę politykę legitymizować. Była z marginesu, od którego (co nie jest prawdą, przecież serial był emitowany 23 lata) nowe społeczeństwo miało odwracać wzrok.

„Rzeczy, które się fizjologom nie śniły”

Tekst nie jest laurką dla produkcji Polsatu, lecz próbą zrozumienia, czy w tym, do cna kampowym, serialu możemy znaleźć coś więcej. To o tyle istotne, że „Świat według Kiepskich” naprawdę przeżywa renesans, a jego odbiór jest znacznie łatwiejszy z perspektywy czasu, niż miało to miejsce w czasach telewizyjnej emisji. Ten nowy odbiór to nie tylko tworzenie memów, ale także krytyczne spojrzenie na bohaterów, na ich zachowanie, historie, na zjawiska takie jak alkoholizm czy przemocowość bohaterów, depresja, krzywdzący stosunek do bliskich i absolutny brak zahamowań w kreowaniu serialowego świata – o czym więcej w ciekawej książce pod redakcją Michała Glińskiego – „Nikt Nikomu Nie Tłumaczy. Świat według Kiepskich w kulturze”. Prawdopodobnie w takim samym stopniu, w jakim wciąż uwielbiamy sitcom, cieszymy się, że jego emisja nie jest kontynuowana. Poza tym przyglądanie się „Światu według Kiepskich” w coraz to nowszych opracowaniach naukowych i publicystycznych to bez wątpienia „rzeczy, które się fizjologom nie śniły”. A na pewno nie liberałom, którzy postawili nasze życie na głowie lub w innych wymyślnych figurach gimnastycznych.

Dominika Lichańska

Hiszpania wie, jak opodatkować najbogatszych

Hiszpania wie, jak opodatkować najbogatszych

Hiszpański rząd wprowadził tymczasowy solidarnościowy podatek majątkowy pod koniec 2022 r. Był on pobierany w 2023 i 2024 r. od majątku netto przekraczającego 3 mln euro.

Specjaliści z Tax Justice Network przekonują, że to najlepszy moment na opodatkowanie najbogatszych. Pomimo ostrzeżeń, że po wprowadzeniu podatku bogacze mogą przenieść się do innych krajów, gdzie takich danin nie ma, Tax Justice Network twierdzi, że poprzednie reformy w niektórych krajach nie doprowadziły do takich przenosin.

Jak informuje Business Insider, rządy poszukują dodatkowych pieniędzy. A co, gdyby zwiększyć opodatkowanie, ale tylko najbogatszych? Organizacja Tax Justice Network twierdzi, że dzięki podatkowi od 0,5 proc. gospodarstw domowych z największym majątkiem, kopiującemu obecny hiszpański podatek, można zebrać miliardy dolarów.

„Gdyby stawka takiego podatku wyniosła od 1,7 do 3,5 proc., przyniósłby globalnie wpływy do budżetów w wysokości około 2,1 bln dol. Stwierdzono, że z Wielkiej Brytanii można by pozyskać nawet 31 mld dol. rocznie” – wskazuje brytyjski dziennik „The Guardian”.
Badanie zostało przeprowadzone w czasie, gdy grupa G20 bada plany wprowadzenia globalnego podatku minimalnego od 3 tys. miliarderów na świecie. Grupie tej przewodniczy brazylijski lidera lewicy Luiz Inácio Lula da Silva. Należą do niej przedstawiciele Francji, Niemiec, Hiszpanii i RPA, które popierają te propozycje. „Osiągnięcie jakiegokolwiek porozumienia zajmie jednak prawdopodobnie lata i może spotkać się ze sprzeciwem w kilku krajach” – zaznacza „The Guardian”.

Fala zwolnień

Fala zwolnień

Kolejna firma zapowiedziała zwolnienia. Pracę ma stracić nawet 1000 osób na całym świecie.

Jak informuje portal Business Insider globalny gracz na rynku finansowym, firma MasterCard ogłosiła zwolnienia. W ramach restrukturyzacji na całym świecie planuje pozbyć się 3 proc. pracowników, czyli ok. 1000 osób.

Spółka podała, że większość zwolnień ma zostać przeprowadzona do końca września. Business Insider informuje, że MasterCard pod koniec zeszłego roku zatrudniała ok. 33 400 osób na całym świecie, z czego około 67 proc. pracowało poza Stanami Zjednoczonymi, w ponad 80 krajach.

MasterCard to kolejna firma, która w ostatnim czasie poinformowała o planowanej restrukturyzacji. Niedawno taką wiadomość ogłosił amerykański producent sprzętu sieciowego Cisco, który zamierza zwolnić ok. 4 tys. pracowników. Kolejne w tym roku zwolnienia mają zostać ogłoszone podczas publikacji wyników finansowych za czwarty kwartał.

Także branża motoryzacyjna odczuwa boleśnie zmiany gospodarcze. Na początku sierpnia niemiecki producent półprzewodników Infineon Technologies, zapowiedział zwolnienie 1400 pracowników. Jak wyjaśnił prezes firmy Jochen Hanebeck, do tak drastycznych kroków zmusił brak popytu na pojazdy elektryczne.

PKS-y wrócą?

PKS-y wrócą?

Polska przywróci PKS-y wzorem Austrii i Słowacji? Jest petycja w tej sprawie. Jeszcze w sierpniu dostanie ją wiceminister Małolepszak.

Ujednolicenie ulg w transporcie publicznym, jednolita wyszukiwarka połączeń wzorem słowackiej cp.sk, ustandaryzowana baza przystanków, nowy system kształcenia studentów transportu publicznego w oparciu o zachodnie wzorce oraz reforma zarządzania autobusami regionalnymi na wzór Austrii i Słowacji – to główne postulaty petycji do Ministra Infrastruktury, pod którą pasażerowie uzbierali już ponad 200 podpisów. Petycja trafi na biurko ministra Klimczaka i wiceministra Małolepszaka jeszcze w sierpniu.

Inicjatorzy liczą na to, że ujednolicenie ulg i jednolita wyszukiwarka połączeń ruszy już w 2025 roku. – „To mała zmiana, ale łatwa do wprowadzenia i przez to przełomowa. Chcemy dać nowemu rządowi szansę by jako pierwszy przełamał w ten sposób złą passę autobusów regionalnych. Jeszcze w tej kadencji możemy mieć PKSy jak na Słowacji, to całkiem realne” – uważa Sebastian Kolemba, współinicjator petycji i redaktor portalu ChcemyOddychac.pl, poświęconego wykluczeniu komunikacyjnemu i ochronie zieleni.

O co chodzi z tą Austrią i Słowacją?

To przykłady państw niedaleko Polski, w których lokalny transport publiczny poza miastami (dawniej w Polsce obsługiwany przez PKS-y) funkcjonuje znakomicie i może być wzorem dla Polski. Nie ma tam znanego z Polski zjawiska wykluczenia komunikacyjnego, do każdej wsi dojeżdża komfortowy autobus (żadne ciasne busy), a rozkład jazdy można bez problemu znaleźć w internecie i aplikacji w telefonie. Zasady podróżowania są jasne dla wszystkich, a oba kraje wprowadzają wzorem Niemiec „jeden bilet na wszystko” i integrują transport autobusowy z kolejowym. – „Podczas gdy u nas »nie da się« zrobić wspólnego biletu na trójmiejską SKM-kę oraz komunikację miejską w Gdyni i Gdańsku w rozsądnej cenie, Słowacy wprowadzają wspólną taryfę kolejowo-autobusową dla całych regionów i to dużo taniej, niż u nas. Tam się da, u nas też powinno” – tłumaczy Sebastian Kolemba.

Na czym polega recepta austriackiego i słowackiego sukcesu?

Przede wszystkim na niskiej liczbie tamtejszych organizatorów transportu publicznego, czyli instytucji, które układają sieć połączeń autobusowych i je dotują. Regionalny transport publiczny w Europie jest dotowany, bilety pokrywają jedynie ułamek kosztów. Dlatego w całej Europie, włącznie z Polską, to samorządy lokalne i regionalne zamawiają i dotują deficytowe połączenia lokalne. Jeżeli tego nie zrobią lub robią to źle, mamy sytuację znaną z Polski, gdzie do wielu miejscowości nie dociera żaden transport publiczny lub kursują ciasne busy jeżdżące trzy razy dziennie, a ich rozkładów nie da się znaleźć w internecie. Warto dodać, że Polska jest pod tym względem niechlubnym wyjątkiem. Takiego wykluczenia komunikacyjnego nie ma nigdzie indziej w Europie, lepszy pozamiejski transport lokalny jest nie tylko w Europie Zachodniej oraz w Czechach, Słowacji i Węgrzech, ale również na Ukrainie i Białorusi.

Dlaczego w Polsce jest tak źle?

Przyczyną jest wadliwa ustawa o publicznym transporcie zbiorowym z 2010 roku – uważają autorzy petycji. Ustawa rozprasza odpowiedzialność za organizację i finansowanie linii lokalnych. W zależności od sytuacji, transport autobusowy powinna zorganizować i sfinansować gmina, powiat lub województwo, efekt jest taki, że najczęściej nie robi tego nikt. W Polsce mamy 2800 organizatorów regionalnego transportu autobusowego. W Austrii tych organizatorów jest zaledwie 6, a na Słowacji – siedmiu. Są nimi regiony i tylko one – austriackie landy, słowackie kraje samorządowe, które w kilku przypadkach łączą się i tworzą wspólnych organizatorów transportu dla kilku regionów (dla trzech regionów wschodniej Austrii i dwóch regionów wschodniej Słowacji). – „W obu tych państwach każdy wie, kto ma odpowiadać za transport publiczny, sytuacja jest jasna, a regiony po prostu rzetelnie wykonują swoje zadania, bo nie ma rozproszenia kompetencji. Właśnie te austriackie i słowackie wzorce chcemy wprowadzić w Polsce” – uważa Sebastian Kolemba.

Aby wprowadzić w Polsce udane zagraniczne rozwiązania, konieczny jest także transfer wiedzy z tych krajów i wykształcenie w Polsce odpowiednich kadr, znających się na tym, jak funkcjonuje transport publiczny za granicą. Dlatego w petycji uwzględniono również postulaty dotyczące kształcenia studentów, wysyłania ich na praktyki i staże do państw z rozwiniętym transportem publicznym oraz przygotowania podręczników akademickich i skryptów dla studentów. To zadanie, zdaniem autorów petycji, Ministerstwo Infrastruktury powinno zlecić dwóm uczelniom wyższym, które podlegają temu resortowi – są to Politechnika Morska w Szczecinie i Uniwersytet Morski w Gdyni, oczywiście wraz z odpowiednim finansowaniem. Konieczne jest też stworzenie rynku pracy dla absolwentów, bo inaczej nikt nie podejmie się studiów poświęconych zagranicznym rozwiązaniom w transporcie publicznym, jeżeli po takich studiach nie będzie atrakcyjnej pracy. A bez stworzenia od zera nowych kadr, wykształconych na zachodnich i słowackich wzorcach, nie zwalczymy wykluczenia komunikacyjnego, bo będziemy powielać te same błędy fatalnego polskiego systemu – uważają autorzy petycji.

Petycja uwzględnia również rozwiązania ze Słowacji i Austrii, które można wprowadzić bardzo szybko, a które od razu przyniosą duży efekt. To ujednolicenie ulg w transporcie autobusowym, kolejowym i wodnym oraz jednolita baza przystanków (również w formie cyfrowej), która pozwoli na stworzenie jednolitej, uniwersalnej wyszukiwarki. Na Słowacji każde połączenie autobusowe i kolejowe można sprawdzić w uniwersalnej wyszukiwarce www.cp.sk, za pomocą której można zaplanować całą podróż, wraz z przesiadkami pomiędzy pociągiem a autobusem. Są tam wszystkie połączenia, również lokalne – to zupełnie inaczej niż w polskiej wyszukiwarce, która uwzględnia tylko połączenia kolejowe i zaledwie niektóre połączenia autobusowe, głównie dalekobieżne, ale nie znajdziemy w niej najczęściej lokalnych busów.

Za transport publiczny odpowiada w Ministerstwie Infrastruktury wiceminister Piotr Małolepszak. Jeszcze w sierpniu na jego biurko trafi petycja, a jej autorzy liczą na to, że wiceminister pozytywnie odniesie się do każdego spośród pięciu postulatów i jeszcze tej jesieni wyda dyspozycje do wdrożenia ich w życie. Pozytywne zmiany odczulibyśmy w takim przypadku już w przyszłym roku (ujednolicenie ulg i jednolita wyszukiwarka), a słowacki standard PKS-ów moglibyśmy osiągnąć w pierwszych województwach jeszcze w tej kadencji.

Petycję można podpisać online pod łatwym do zapamiętania linkiem:

www.petycjeonline.com/transportpubliczny

Przypominamy, że transportowi zbiorowemu, w tym autobusowemu, poświęcony jest cały bieżący numer Nowego Obywatela. Można go zakupić tutaj:

https://obywatel3.macmas.pl/sklep/sklep-kwartalnik/nowy-obywatel-4495/

Zdjęcie w nagłówku tekstu: dworzec autobusowy w słowackiej Nitrze, fot. Remigiusz Okraska

Kolej działa!

Kolej działa!

Koleje Śląskie obserwują zainteresowanie pasażerów na nową linią S9, a także większy ruch na stacji zlokalizowanej przy katowickim porcie lotniczym.

Jak informuje portal Kolei Śląskich, od 10 grudnia 2023 r. na tory między Częstochową a Tarnowskimi Górami codziennie wyjeżdża 10 par pociągów Kolei Śląskich. Linię S9 obsługują popularne „Elfy 2”, które posiadają 190 miejsc siedzących i 150 miejsc stojących. Pociągi kursują średnio co 2,5 godziny. Ta linia została wyremontowana za poprzedniego rządu, a ruch pasażerski na niej przywrócono po aż kilkudziesięciu latach przerwy.

Linia S9 wystartowała 10 grudnia – w ostatnim miesiącu 2023 roku skorzystało z niej prawie 25 tys. osób. W kolejnych miesiącach liczba pasażerów rosła, w lipcu było to już ponad 40 tys. podróżnych. Od uruchomienia połączeń na linii S9 w grudniu ubiegłego roku z usług Kolei Śląskich skorzystało już prawie 290 tys. pasażerów.

Lipiec to rekordowy miesiąc pod względem liczby pasażerów, którzy skorzystali z Taryfy Lotniskowej. Dzięki przygotowanej przez Koleje Śląskie ofercie koszty podróży pociągami na linii S9 łączącej Częstochowę, Zawiercie, Pyrzowice Lotnisko i Tarnowskie Góry są niższe niż w standardowym cenniku. Za bilet do Pyrzowic z Tarnowskich Gór zapłacimy 8,50 zł, z Zawiercia 10,40 zł, a z Częstochowy 19,80 zł. – „Obserwujemy wzrost popularności Taryfy Lotniskowej. Od początku roku do końca lipca 2024 roku w ramach tej oferty sprzedano ponad 48 tys. biletów jednorazowych i miesięcznych, z czego najwięcej, bo aż 9 tys. w lipcu” – mówi Bartłomiej Wnuk, rzecznik prasowy Kolei Śląskich.

Mniej umów o dzieło

Mniej umów o dzieło

Liczba osób pracujących na umowie o dzieło w drugim kwartale 2024 spadła o 6,5 proc. rok do roku, a w pierwszym półroczu o niemal 3 proc. Z kolei liczba samych umów spadła aż o 27 proc.

Jak wynika z danych, które przytacza portal money.pl, pierwszy raz od momentu, gdy ZUS zaczął prowadzić rejestr umów o dzieło, widać spadki zarówno w liczbie samych umów, jak i tych, którzy je wykonują. Jeśli chodzi liczbę tzw. unikalnych wykonawców, wykazanych w formularzach Rejestru Umów o Dzieło (RUD), Zakład Ubezpieczeń Społecznych porównał dane kwartalne za okres 2021-2024. Wynika z nich, że po raz pierwszy od kilku lat mamy do czynienia z załamaniem się tendencji wzrostowej.

Jeszcze trzy lata temu, w pierwszym półroczu 2021 r. zarejestrowano 233,4 tys. osób pracujących na umowie o dzieło. W pierwszym półroczu 2022 r. liczba ta przekroczyła 274 tys., a w pierwszym półroczu 2023 r. wyniosła 286,7 tys. Pierwsze dwa kwartały tego roku odwróciły ten trend – liczba osób na umowie o dzieło zmalała do 278,2 tys. Mamy zatem roczny spadek na poziomie 3 proc. To głównie efekt tego, że w drugim kwartale liczba wykonawców takich umów spadła o 6,5 proc.

Spadek jeszcze wyraźniej widać w samej liczbie wykazanych umów o dzieło – z 456 tys. w drugim kwartale 2023 r. do 334 tys. analogicznego okresu roku bieżącego. Tym samym spadek wyniósł aż 27 proc. W całym pierwszym półroczu tego roku było to 17 proc.

Najwięcej osób wykonujących umowy o dzieło zostało wykazanych w sekcji „informacja i komunikacja” – to 53 tys., czyli 21,25 proc. Z kolei działalność profesjonalna, naukowa i techniczna to niewiele mniej – 50 285 wykonawców, tj. 19,89 proc. Podium zamyka działalność związana z kulturą, rozrywką i rekreacją – to łącznie 34 tys. wykonawców, czyli 13,53 proc.

Spór zbiorowy w Zalando

Spór zbiorowy w Zalando

Komisja Inicjatywy Pracowniczej działająca przy Fiege Zalando przedstawiła pracodawcy pięć żądań na podstawie przepisów ustawy o rozwiązywaniu sporów zbiorowych. Spór oficjalnie się rozpoczął.

Jak informuje OZZIP na swojej stronie, pracodawcy została przedstawiona lista żądań.

1. Domagamy się godnych zarobków. Żądamy podwyżki wynagrodzenia zasadniczego pracowników magazynowych bezpośrednio odpowiedzialnych za czynności magazynowe o 1000 złotych brutto od dnia 1 lipca 2024 r.

2. Domagamy się utworzenia Zakładowego Funduszu Świadczeń Socjalnych. Żądamy utworzenia Zakładowego Funduszu Świadczeń Socjalnych dla Pracowników zatrudnionych w Centrum Dystrybucyjnym Ameryka 30 pod Olsztynkiem od 1 stycznia 2025 r.

3. Domagamy się zmiany grafiku pracy. Żądamy przywrócenia harmonogramu pracy sprzed 23 października 2024 r., tj. przywrócenia dwóch wolnych sobót w miesiącu kalendarzowym i wolnego poniedziałku po drugiej zmianie przypadającej w sobotę począwszy od 1 października 2024 r.

4. Domagamy się sprawiedliwych zasad premiowania. Żądamy skonsolidowania zasad premiowania obowiązujących na zakładzie — przy zachowaniu dotychczasowej wysokości premii — i oparcie jej na obiektywnych, weryfikowalnych zasadach, niezależnych od uznania pracodawcy.

5. Domagamy się waloryzacji zarobków. Żądamy corocznej waloryzacji wynagrodzeń wszystkich pracowników magazynowych i administracyjnych o co najmniej wysokość stopy inflacji w każdym roku jako podwyższenie wynagrodzenia zasadniczego, począwszy od 1 stycznia 2025 r.

Termin strajku wyznaczono na 23 października br.

Kto jest swoją pracą?

Kto jest swoją pracą?

Powyższe pytanie jest nawiązaniem do artykułu Zuzanny Kowalczyk, opublikowanego kilka miesięcy temu w „Piśmie” („Czy jesteśmy swoją pracą?”, 8 maj 2024). Ukazał się on także w wersji papierowej tego czasopisma pt. „Post-ity i tatuaże, czyli o (nie)byciu swoją pracą” (maj 2024) i odbił szerokim echem.

Ostatnimi czasy w Polsce w ogóle temat pracy jest chętnie poruszany przez kręgi inteligenckie: od dziennikarzy i publicystów po akademików. Myślę, że duża w tym zasługa głośnej książki Davida Graebera „Praca bez sensu” (tytuł angielskiego oryginału jest znacznie bogatszy semantycznie: Bullshit jobs). Antropolog pokazał w niej na przykład, że spora część Brytyjczyków, prawie 40% z nich, uważa swoje prace za pozbawione znaczenia, nieprzynoszące niczego sensownego społeczeństwu – równie dobrze mogłoby ich nie być. Książka Graebera wywołała duże zainteresowanie również w świecie akademickim. Badacze zaczęli zastanawiać się, jaką rolę odgrywa praca w życiu jednostki i znaczeniu zadawanym przez nią pytań: czy przypadkiem moja praca nie jest bez sensu? Jakie ma ona dla mnie znaczenie? Czym dla mnie jest praca?

Temat pracy pojawia się także przy okazji refleksji nad skutkami transformacji ustrojowej, „zapaści” małych miast oraz degradacji życia wielu ludzi. W ich przypadku to właśnie miejsce pracy organizowało istotną część codzienności. Widać to dobrze chociażby w reportażach Magdaleny Okraski.

Refleksja poświęcona pracy zaczyna być też coraz bardziej widoczna w mediach. Zazwyczaj w kontekście różnic pokoleniowych. Jest tak dlatego, że pokolenie Z wprowadza wyraźną granicę pomiędzy pracą a życiem i nie chce „zapracować się na śmierć”. Ma nadzieję na „koniec kultury harówki”, by użyć tytułu artykułu Andrzeja Szahaja („Rzeczpospolita”, 22-23 czerwca 2024).

Stosunek do pracy „Zetek” jest solą w oku starszych pokoleń, dla których praca to część życia, a nie coś od niego osobnego. Z tego względu młodzi ludzie krytykowani są za brak osobistego zaangażowania, utożsamienia się z miejscem pracy, łatwe jego porzucaniem, ścisłe limitowanie pracy „od-do” oraz tzw. roszczeniowość.

Co jest interesującego we wspomnianym artykule Zuzanny Kowalczyk? Autorka stawia pytanie, na ile praca – to, czym się zajmujemy – określa naszą tożsamość, to, kim jesteśmy; jak siebie definiujemy i jak daleko w owe definiowanie „wgryza” się praca. Na ile praca jest „kawałkiem” mojej tożsamości? Jak dalece mam się z nią identyfikować? Czy rola pracownika ma być fundamentem mojej tożsamości, czy jedynie dodatkiem? Gdzie przebiega, i czy w ogóle powinna istnieć, granica pomiędzy „ja” a pracą?

Owe pytania trzeba rozpatrywać na odpowiednim podglebiu ponowoczesnych przemian kulturowych. Mają one paradoksalny status. Z jednej strony konstruujemy naszą tożsamość poprzez różne identyfikacje – nierzadko bardzo mocne – z różnymi wspólnotami. Z drugiej zaś mamy do czynienia z rozmywaniem tożsamości, jej upłynnieniem. „Być może zatem identyfikacja z pracą jest odpowiedzią na oba te zjawiska? Szukaniem identyfikacyjnego punktu zaczepienia w świecie jednocześnie coraz silniej podbijającym znaczenie etykiet i coraz bardziej się ich pozbywającym?” – pyta słusznie Kowalczyk. Jej zdaniem prawdopodobnym jest, że „[…] w identyfikowaniu się z własną pracą tkwią więc zalążki opisywanej przez Ericha Fromma »ucieczki od wolności« – gdy stajemy przed zbyt wieloma wyborami, uciekamy w choć trochę opresyjny system, bo ściąga on z nas przytłaczające poczucie pełnej odpowiedzialności za każde podejmowane działanie”. Praca jako oparcie czy tama dla zbyt płynnej tożsamości oraz możliwości przeżywania i opisu swojego życia jako sensownego byłaby zatem pewnym efektem przemian kulturowych regulowanych neoliberalnym kapitalizmem. Nic dziwnego więc, że szukamy w niej sensu dla naszego życia, określenia samego siebie poprzez pracę.

Podobnej odpowiedzi na to pytanie, podkreślając jednocześnie niebezpieczeństwo takiego utożsamienia, udziela we wspomnianym tekście Szahaj, pisząc, iż „kultura harówki”, czyli pracy wyczerpującej ludzkie siły, jest sposobem na zagłuszenie egzystencjalnej pustki. Sposobem porównywalnym do efektów odurzenia alkoholowego czy narkotykowego, albowiem ktoś, kto pracuje na okrągło, traci kontakt z rzeczywistością, obojętnieje na wszystko co niezwiązane z pracą, zagłuszając w sobie rozterki związane z życiem jako takim. „Ludziom odurzonym harówką życie biegnie szybko i prosto. Choć często trapi ich straszne zmęczenie wynikające także z tego, że praca w epoce ponowoczesnej (w warunkach tzw. postfordyzmu) jest często pracą emocjami (afektywną), a taka wyczerpuje znacznie bardziej niż fizyczna (typowa dla tzw. fordyzmu), to jednak świat wolny od pracy jawi im się jako koszmar. Konieczność wypełnienia sobie życia czymś o intensywności porównywalnej z pracą jest dla nich niewyobrażalna. Ludziom, którzy nie wiedzą, co zrobić ze swoim życiem, najłatwiej jest zamienić je w nieustanną harówkę. W ten sposób interes kapitalizmu polegający na wyciśnięciu ludzi jak cytryny i następnie na ich porzuceniu zbiega się z egzystencjalną pustką ludzi zapełnianą triadą praca – posiadanie – konsumpcja”.

Chociaż toruński filozof stwierdza w swoim tekście, że praca może mieć głębszy sens i stanowić istotny element samorealizacji, to z cytowanego fragmentu wynika, że jeśli nie ma sensu życia poza pracą, albo nie potrafisz go odnaleźć poza pracą, to istnieje spore ryzyko, że odnajdziesz go w harówce, a to grozi samowyzyskiem i ostatecznie wypaleniem.

Refleksja Zuzanny Kowalczyk nad znaczeniem pracy dla naszej tożsamości rozpostarta jest pomiędzy dwoma biegunami. Pierwszy to samouprzedmiotowienie, drugi zaś to upodmiotowienie.

Samouprzedmiotowienie polega na tak głębokiej identyfikacji z pracą, iż dochodzi do swoistej metamorfozy człowieka w pracującą maszynę, narzędzie do wydajności. Prowadzi to w oczywisty sposób do „kultury harówki” i samowyzysku, który jest funkcjonalny wobec neoliberalnego kapitalizmu. Ktoś, kto jest pracą, będzie ciężej pracował niż ktoś, dla kogo jest ona tylko częścią tożsamości, i to wcale nie najważniejszą. Praktyki identyfikacyjne, jako pewne praktyki dyscyplinarne w rozumieniu Michela Foucault, dotyczą szczególnie pracowników korporacji, gdyż to korporacje jako pierwsze wprowadziły familiarny model zarządzania: jesteśmy rodziną, pracujemy na wspólny sukces, osiągaMY cele, realizujemy wyzwania i inne tego typu slogany mające na celu utożsamienie „ja” z pracą. Dla korporacji ktoś taki to pracownik idealny, gdyż osobiście zaangażowany, nie widzący świata poza pracą. Pracuje dla rodziny i z rodziną, nie będzie zatem liczył czasu pracy, będzie ofiarny – praca ponad wszystko, nawet ponad zdrowie czy rodzinę. Ten korporacyjny model rozprzestrzenił się na inne pola, np. uniwersyteckie.

Na drugim biegunie znajduje się upodmiotowienie poprzez pracę, możliwość nadania sensu swojemu życiu poprzez to, co robimy. Praca może nadawać głębszy sens naszej egzystencji, szczególnie gdy przyczynia się do poszerzenia naszych horyzontów myślowych, lepszego rozumienia świata i siebie samego lub/i sprzyja budowaniu przyzwoitego i dobrego społeczeństwa, czyli wtedy, gdy możemy w niej realizować bliskie nam wartości czy wręcz stwarzać siebie. Niewiele osób ma taki przywilej, nie każdemu jest dane bycie na swoim miejscu. Nie wszyscy mogą powiedzieć: „Tak, to jest to, co chciałem w życiu robić”. Wtedy praca przestaje być udręką, a staje się wehikułem, poprzez który poznajemy świat oraz siebie. Powiedzenie przypisywane Konfucjuszowi mówi, że jeśli znajdziesz zajęcie, które kochasz i zrobisz z tego swoją pracę, to nie przepracujesz ani jednego dnia w swoim życiu. Jak twierdzi Kowalczyk, „[…] fakt definiowania się poprzez pracę nie tylko nie wydaje się groźny, ale wręcz okazuje się zrozumiałą konsekwencją tego, jak złożoną funkcję w życiu człowieka pełni to, czym się zajmuje – jeśli to coś daje mu poczucie sensu, współpracy i sprawczości”.

W tak zarysowanej perspektywie chciałbym poruszyć dwie zazębiające się kwestie. Pierwsza to pytanie o wypośrodkowanie pomiędzy oboma biegunami, druga to klasowość nałożona na tytułowe pytanie.

Kluczowe pytanie, jakie należałoby postawić, a którego nie zadaje Zuzanna Kowalczyk, brzmi następująco: gdzie przebiega granica, i jak ją wyznaczyć, pomiędzy zdrowym upodmiotowieniem, usensownieniem pracy i zinternalizowaniu jej jako części naszej tożsamości a ryzykiem samouprzedmiotowienia i samowyzysku? Czy zawsze potrafimy ją rozpoznać i czy w ogóle jest konieczna?

Nie mam wątpliwości, że kapitalizm żeruje na naszych pozytywnych uczuciach, potrafi je zaprząc do swoich celów (produktywność, osiągnięcia), które koniec końców są dla nas szkodliwe, gdyż do zera wytracają nasze siły, nie zostawiając ich na inne aktywności (związek, rodzina, seks etc.) Kapitalizm potrafi wykorzystać nawet autentyczną pasję oraz miłość do tego, co robimy. Dla kapitalizmu nic nie jest święte i nie zna on granic w ludzkim wyzysku, wyszukując coraz to nowe i coraz bardziej przebiegłe sposoby służące zyskowi. Trafnie te zabiegi opisuje Byung-Chul Han mówiąc o społeczeństwie pozytywności, które poprzez realnie odczuwane „chcę” i „mogę” prowadzi do absolutnego braku wolności i zniewolenia. A także, w ostateczności, do samowyzysku, który jest postrzegany jako coś wypływającego z mojego duchowo-psychicznego wnętrza, jawiącego się jednostce jako właśnie wolność (Byung-Chul Han, „Społeczeństwo zmęczenia i inne eseje”).

Podam przykład, który zobrazuje, jak dobre intencje i miłość do kogoś mogą podtrzymywać złe wzory kulturowe, jak to, co wydaje się nasze, wcale takim nie jest, choć wydaje się nam inaczej, gdyż to odczuwamy.

Philippe Aries w książce „Człowiek i śmierć” opisał dwa modele śmierci: oswojoną oraz zdziczałą. W tej pierwszej nie ukrywa się przed umierającym, co go czeka. Towarzyszy mu się w procesie umierania, którego jest on świadomy. W drugim ukrywa się fakt końca, pociesza umierającego: „Będzie dobrze”, „Wyjdziesz z tego”, „Lekarze robią co mogą”. Ten model tak się uwewnętrznił i swoiście zracjonalizował, że otaczający umierającego ludzie robią to, gdyż czują, że mówiąc prawdę sprawiliby umierającemu przykrość, narazili go na stres – a zatem z miłości do niego i troski kłamią, podtrzymując tym samym model śmierci, w którym umierający nie może się z nią zmierzyć. Czasami nasze emocje, choćby najszlachetniejsze, mogą służyć wcale nieszlachetnym ideom – nie można ufać tylko swojemu czuciu, bo ono zawsze jest już kulturowo, w tym politycznie, uregulowane.

Czy stwierdzenie „Kocham swoją pracę” nie brzmi podejrzanie? Czy wygłoszenie takiego zdania jest uwarunkowane nieskrępowanym aktem wolnej woli, czy raczej świadczy o udanym procesie uwewnętrznienia w mówiącej jednostce kapitalistycznego strażnika? Czy można źle się zakochać? Jak to rozpoznać?

Odnosząc tytułowy dylemat do samej siebie, Zuzanna Kowalczyk stwierdza: „Nie jestem swoją pracą, ale jestem po części swoimi dokonaniami, których mogę upatrywać w pracy – choćby dlatego, że to, jaką pracę wybrałam (jeśli mam przywilej jej wyboru), coś o mnie mówi, a moje działania, […] są najlepszym polem do wykształcania swojego poczucia samego siebie. Identyfikowanie się z pracą to więc niekoniecznie »samouprzedmiotowienie« […] – to niekiedy forma upodmiotowienia, wynikająca z doświadczanego za pośrednictwem pracy poczucia sprawczości”.

Jeszcze do niedawna postrzegałem tę kwestię podobnie jak autorka. Dzisiaj jednak nabieram coraz więcej podejrzeń względem takiego podejścia i nie potrafię rozstrzygnąć tego dylematu, odnaleźć wyraźnej granicy pomiędzy emocjonalną obojętnością w stosunku do pracy a ofiarą z samego siebie, tj. poświęcenia części siebie w imię pasji i miłości.

Czytając artykuł Zuzanny Kowalczyk zadawałem sobie pytanie, czy w pewnych zawodach możemy nie być swoją pracą. Mam na myśli własną, czyli pracę na uczelni. W ankietach ewaluacyjnych, które studenci wypełniają na koniec semestru oceniając prowadzone przeze mnie zajęcia, często piszą, że jestem „zaangażowany”, „motywujący”, „inspirujący”, „poświęcam studentom dużo czasu” i jest ze mną „łatwy kontakt”. Co byłoby, gdybym wprowadził w swoje uczelniane życie, mam na myśli głównie dydaktykę, zasadę work life balance? Powiedział coś w stylu: „Słuchajcie, moje życie jest gdzie indziej, to tylko praca, którą wykonuję, porządnie i najlepiej jak umiem, ale mnie tutaj nie ma, gdyż robię to tylko dla pieniędzy”. Jestem pewien, o czym zresztą rozmawiałem ze studentami na zajęciach z antropologii komunikacji (omawiając medium ankiety jako kształtującej relacje pomiędzy wykładowcami a studentami), że ich motywacja do zajęć zostałaby znacząco obniżona, co zgodnie przyznali. Słowem, oczekują ode mnie czegoś więcej, choć sami są zwolennikami tej zasady, ale – jak widać – niekoniecznie wtedy, gdy będą musieli ponosić konsekwencje mojego jej zastosowania. A zatem, w pewnym sensie, studenci i medium ankiety, są funkcjonariuszami systemu opresji, gdyż wymuszają na mnie, choć nieświadomie i w dobrej intencji, abym był osobiście zaangażowany, miał z nimi dobry kontakt jako wykładowca, ale i jako człowiek: żeby praca była dla mnie czymś więcej. Jeśli nie będę osobiście zaangażowany, gorzej ocenią zajęcia, co odbije się na mojej ocenie pracowniczej.

Co więcej, nie umiem udawać zaangażowania (kiedyś tego próbowałem), gdyż jest ono jeszcze bardziej emocjonalnie kosztowne niż bycie szczerze zaangażowanym. Sytuacja jest w gruncie rzeczy bez wyjścia: choćbyś nie chciał, to i tak będziesz zaangażowany.

W takim ujęciu moja pasja jest moim bogactwem, ale i emocjonalnym przekleństwem. Sprawia to, że uniwersytet ma duże możliwości wykorzystywania mnie, gdyż, po pierwsze, nie umiem robić niczego innego, po drugie nie chcę i nie umiem wyobrazić siebie w innej roli. To skutkuje tym, że będę pracował na uniwersytecie niezależnie od wysokości wynagrodzenia i robił to, co robię, jak umiem najlepiej. Takiemu pracownikowi nie opłaca się np. podnosić pensji, bo i po co? I tak robi swoje, gdyż jest ofiarą własnej miłości. Tak głęboko zinternalizowałem to, co robię, że strata pracy byłaby stratą części mnie. Zdaję sobie sprawę, że jest to niebezpieczne, gdyż wpadam w pułapkę, o której trafnie mówi Kowalczyk: „Pułapką jest ograniczenie swojego poczucia »ja« do jednej roli i uczynienie z niej niezmiennego sedna nas samych. Mogę czuć, że ważną częścią mnie jest pisanie, a jednocześnie nie redukować wizji samej siebie do tego, czy piszę”. Kapitalizm na różnych polach swojego działania chce nas właśnie zredukować, wykorzystując w tym celu nawet najpiękniejsze uczucia. Co więcej, nie daje możliwości rozpoznania, czy to ja mówię, czy jestem mówiony kapitalistycznym neoliberalizmem. Zawsze już będziemy skazani na dylemat, na ile prywatne jest publiczne, w tym polityczne; czy to miłość i ofiarność czy już wyzysk.

Warto zauważyć, że artykuł Zuzanny Kowalczyk dotyczy, czego nikt nie odnotował, pracy w klasie średniej oraz w zawodach, w których pracuje się głową. Czyli jak zwykle, my inteligenci, zajmujemy się samymi sobą, wszak nic nam tak dobrze nie wychodzi. Pytanie Zuzanny Kowalczyk jest po prostu sprofilowane klasowo, dotyczy bowiem takich jak my, ona i ja, inteligentów.

Oprócz pracy na uniwersytecie mam doświadczenie pracy w fabryce oraz w Tesco. Gdybym zapytał osoby, z którymi pracowałem, czy są swoją pracą, prawdopodobnie większość z nich powiedziałaby coś w stylu: „Praca jak praca, cieszę się, że ją mam”, „Praca jak każda inna, wcześniej robiłem w…”, „Jest robota i jest dom”. Praca była dla nich obowiązkiem ekonomicznym. I choć część lubiła tę pracę, głównie ze względów towarzyskich (obecność wśród ludzi), a niekiedy nawet byli dumni z efektów, to nie sądzę, żeby większość z nich mogła na serio zastanawiać się nad tym dylematem. Ich życie było gdzie indziej: było po pracy, w domu, na działce. Strategią, jaką najczęściej przyjmowali, było po prostu „robienie swojego”. Potrafili się w tej sytuacji odnaleźć, w przeciwieństwie do mnie, który czuł, że jest nie na miejscu. Zaakceptować ją i oswoić, nie czyniąc z tego życiowej porażki czy naruszenia poczucia własnej wartości.

Inteligentowi czasami trudno sobie wyobrazić, że praca nie-umysłowa może być źródłem sensu, że ktoś może czuć się w niej spełniony. Wszak z czym miałby się utożsamiać taki „robol”? Z posypywaniem bombek brokatem? Wykładaniem towarów na półki? Wypiekaniem chleba? Reperowaniem butów? Znam takich ludzi, szczególnie tych, którzy widzą realne efekty swojej pracy, tj. wtedy, gdy produkty, które tworzą, nie są oderwane od ich konsumentów. W takim kontekście Zuzanna Kowalczyk trafnie mówi o alienacji pracy jako źródle poczucia bezsensu pracy. Człowiek, aby normalnie funkcjonować, tj. bez wyraźnych napięć psychicznych, w tym także w świecie pracy, musi rozumieć sens podejmowanych działań, musi widzieć je jako sensowne. W przeciwnym razie się „wypali”, albo będzie zagłuszał pytanie „po co właściwie to robię” różnymi środkami: od ironii i humoru po alkohol. Używał wszelkich środków pozwalających przetrwać czas pracy, albowiem praca bez sensu to męka.

Nie tylko o alienację pracy idzie, ale także o szacunek. W Polsce po 1989 roku tak dalece zdeprecjonowaliśmy pracę rąk, że zaczęła być ona wręcz wstydliwa, stała się, w kraju „Solidarności”, czymś gorszym. Inteligenckie elity lubią postrzegać siebie jako symbolicznie ważniejszych i intelektualnie lepszych. Widać to wyraźnie, gdy ktoś mówi, iż pensja adiunkta wynosi tyle, ile kasjerki w Lidlu i że oczywiście jest to skandal (tak się składa, że to my-akademicy dostajemy niemałe podwyżki i to od każdego rządu). Czy nasza praca jest naprawdę społecznie lepsza? Czy wnosimy do społeczeństwa więcej niż pracownik Lidla? Czy naprawdę musieliśmy być zaszczepieni w czasie pandemii jako pierwsi, siedząc wygodnie w domu „na zdalnym”?

Analizując swoje pracownicze doświadczenia dochodzę do wniosku, że jestem znacznie bardziej podatny na wyzysk, w tym samowyzysk, niż osoby, z którymi pracowałem w fabryce czy Tesco. Wynika to ze skłonności do zacierania granicy pomiędzy życiem a pracą, będącej wynikiem miłości do tego, co robię. Problem w tym, że ta miłość jest niebezpieczna. Sądzę, że nie jestem w tym odosobniony. Być może część z nas, inteligentów, rekompensuje brak sensu życia poza pracą za pomocą właśnie pracy? Swoistą intelektualną harówką, która choć przynosi nam widoczne osiągnięcia, niekoniecznie czyni bardziej szczęśliwymi, choć na pewno bardziej poważanymi w środowisku. Czy to nie prestiż i szacunek są naszą zbroją przed światem? „Zobacz, co osiągnąłem, jestem tym, kto napisał to i tamto, był na tym i tamtym stypendium”. Myślimy o sobie jako notce na okładkę książki, która zaraz wydamy. Dlatego tak alergicznie reagujemy na krytykę, gdy ktoś podważa nasze osiągnięcia, gdyż, być może, nie mamy nic innego. Jesteśmy tym, co osiągamy, a w tym sensie zdradzamy, że jesteśmy naszą pracą znacznie bardziej niż klasa ludowo-robotnicza. O ile ta druga jest wyzyskiwana i zmęczona, o tyle być może lepiej przejrzała mechanizmy kapitalizmu i potrafi stawiać im skuteczniejszy opór niż zakochany w pracy, i nierzadko w sobie, inteligent. Kultura ponowoczesności, regulowana neoliberalnym kapitalizmem, znosi granice pomiędzy życiem a pracą. Ta granica utrzymywała się jeszcze w kulturze nowoczesnej, co widać po stosunku do pracy w klasie robotniczej. Jeśli praca nie jest wobec ciebie zewnętrzna, to jak możesz bronić się przeciwko jej naporowi? To skuteczny sposób na rozmontowanie oporu przeciwko wyzyskowi: likwidacja oporu poprzez likwidację granicy pomiędzy życiem a pracą. Robotnicy opisywani przez Stéphane’a Beaud i Michela Pialoux w książce „Powrót do kwestii robotniczej” odbierają uelastycznienie czasu pracy (racjonalne hasło służące wyzyskowi) jako zamach na życie rodzinne, które jest najistotniejszym elementem ich funkcjonowania społecznego. I mają rację.

Jak zero waste można uczyć się od swojej babci, tak work life balance od pracowników fabryki. To zadziwiające i jednocześnie nieco zabawne, jak ponowoczesna klasa kreatywna ze swoim liberalno-postępowym światopoglądem naśladuje niektóre praktyki nowoczesnej klasy robotniczej, nie mając zupełnie o tym pojęcia, a widząc w samych sobie awangardę ludzkości.

dr Michał Rydlewski

Zdjęcie w nagłówku tekstu pochodzi z Pixabay.

Szkoły znów do likwidacji?

Szkoły znów do likwidacji?

246 szkół w Polsce może zostać zlikwidowanych lub przekształconych.

Jak informuje serwis wyborcza.pl, tyle wniosków wysłanych przez samorządy wpłynęło do kuratoriów od 1 września 2023 r. do 31 maja 2024 r. Samorządy uzasadniają chęć likwidacji „niekorzystną sytuacją demograficzną”.

To jeszcze nie oznacza, że te placówki zostaną faktycznie zlikwidowane. Jeśli kurator wyda negatywną opinię, samorząd nie będzie mógł tego zrobić. Tę zasadę wprowadził jeszcze rząd PiS i za jego kadencji kuratoria nie zgadzały się na likwidację placówek. Teraz ma się to zmienić. Wiceministra edukacji nowego rządu Joanna Mucha chce pozostawić decyzyjność w tej sprawie samym samorządom, nazywając to „kluczową elastycznością”.

Jak tłumaczy wiceprezes Związku Gmin Wiejskich Krzysztof Iwaniuk, gminy chcą likwidować szkoły, do których chodzi tak mało dzieci, że trudno jest wypłacić pensje nauczycielom. Wysokość subwencji oświatowej zależy od tego, ilu uczniów i uczennic uczęszcza do placówek. Rząd mętnie zapowiada, że w likwidowanych szkołach mogłyby powstać miejsca opieki nad dziećmi i wsparcia seniorów, ale nie ma żadnych konkretów.

Za poprzednich rządów Tuska miała miejsce wielka fala likwidacji szkół, szczególnie na prowincji. Pisaliśmy o niej tutaj: Raport ze znikającego państwa 

Zarobki po nowemu

Zarobki po nowemu

Jeszcze w tym roku Główny Urząd Statystyczny ma zacząć publikować medianę wynagrodzeń w gospodarce. Dzięki temu zakończy się okres dominacji mylącej „średniej krajowej”.

Jak donosi bankier.pl, obecnie co miesiąc publikowane są statystyki „przeciętnego wynagrodzenia i zatrudnienia w sektorze przedsiębiorstw”, które pochodzą z „Meldunku o działalności gospodarczej” (DG-1). W ramach tego sprawozdania podmioty o liczbie pracujących 50 lub więcej osób badane są metodą pełną, a podmioty o liczbie pracujących od 10 do 49 osób – metodą reprezentacyjną. To metody stosowane w statystyce społeczno-ekonomicznej.

Zatem liczby, które co miesiąc obiegają polskie media, obejmują tylko firmy zatrudniające ponad 9 pracowników. Badanie to nie obejmuje m.in. administracji publicznej, edukacji, opieki zdrowotnej oraz małych i mikro-firm. Statystyki te obejmują zatem niespełna 40% pracujących. Pozostałe 60% jest praktycznie poza radarem. Pełniejsze statystyki polskiego rynku pracy jak dotąd GUS publikował raz na dwa lata, i to w dodatku z niemal rocznym opóźnieniem.

Nowe badanie ma zapewnić comiesięczną informację o medianie wynagrodzeń oraz wynagrodzeniu średnim. Mediana – czy też inaczej wartość środkowa – jest wartością, która dzieli badaną populację na dwie równoliczne grupy. Czyli jeśli np. mediana wynagrodzeń w Polsce wynosiłaby 6 000 złotych, to połowa pracowników zarabiałaby więcej, a połowa mniej od tej wartości.

„Jeszcze w tym roku rozpoczniemy publikację nowych danych o wynagrodzeniach w gospodarce narodowej, w szczególności oczekiwanej przed odbiorców danych mediany wynagrodzeń miesięcznych” – komunikat tej treści w czwartek ukazał się na stronie GUS-u.

Pocztowcy walczą

Pocztowcy walczą

Związki zawodowe działające w Poczcie Polskiej porozumiały się w sprawie referendum strajkowego.

Dwie duże organizacje związkowe działające w Poczcie Polskiej S.A. – OM NSZZ „Solidarność” Pracowników Poczty Polskiej oraz Związek Zawodowy Pracowników Poczty – informują, że 1 sierpnia 2024 podpisały porozumienie dotyczące przygotowania i przeprowadzenia referendum strajkowego.

Jak informuje portal Ogólnopolskiego Porozumienia Związków Zawodowych, w sierpniu powołane zostaną Regionalne Komisje Referendalne (RKR), które będą odpowiedzialne za przeprowadzenie referendum w swoim obszarze działania we wszystkich jednostkach organizacyjnych Poczty Polskiej. W ramach RKR powołane zostaną zespoły referendalne, które zgodnie z przygotowanym przez RKR harmonogramem będą przeprowadzały referendum strajkowe.

Przeprowadzenie referendum strajkowego planowane jest na okres od 9 września do 30 września 2024 r.

Referendum strajkowe jest przeprowadzane zgodnie z art. 20 ustawy z dnia 23 maja 1991 roku o rozwiązywaniu sporów zbiorowych. Pracownikom biorącym udział w legalnym referendum strajkowym nie grożą żadne konsekwencje prawne ani służbowe.

Przypomnijmy, że nowy zarząd Poczty z nadania rządu neoliberalno-lewicowego zapowiedział w Poczcie zwolnienia grupowe oraz nie podwyższył pensji zatrudnionym.

Dlaczego lewica nie rozumie J. D. Vance’a

Dlaczego lewica nie rozumie J. D. Vance’a

Pierwszy raz przeczytałem cokolwiek napisanego przez J. D. Vance’a, gdy pewnego dnia w księgarni na lotnisku natknąłem się na egzemplarz „Elegii dla bidoków”. O książce słyszałem już wcześniej wiele. W tamtym czasie jego wspomnienia z dorastania w ubóstwie w stanie Ohio wywołały zainteresowanie wśród liberalnych ekspertów i czytelników, którzy postrzegali je jako swego rodzaju okno na mentalność białej klasy robotniczej, kiedy tę grupę obwiniano za dojście do władzy Donalda Trumpa. Pracowałem jako reporter w lewicowym dzienniku „The Intercept”, gdzie większość personelu uważała, że Trump stanowi wręcz egzystencjalne zagrożenie dla kraju. To właśnie ta część liberałów zwróciła się ku „Elegii”, aby spróbować zrozumieć fenomen Trumpa.

Przeglądając książkę, początkowo nie mogłem zrozumieć, dlaczego tak ich to zainteresowało. Vance dał jasno do zrozumienia, że głównym problemem, jaki dostrzega w społeczności, w której dorastał, był problem kulturowy. Wydawało się, że postrzega swoich przyjaciół i rodzinę jako ofiary własnych autodestrukcyjnych zachowań i nastawienia przynoszącego efekt przeciwny do zamierzonego. On, w przeciwieństwie do nich poradził sobie – uczęszczał do Yale Law School i odniósł sukces. Był to ten rodzaj narracji, którą konserwatyści uwielbiali, gdy pochodziła od kogoś takiego jak Ben Carson, który podobnie jak Vance dorastał w biedzie, ale zdobył sławę i fortunę, a następnie twierdził, że bieda to „stan umysłu”.

Łatwo było mi zrozumieć, dlaczego Carson stał się ikoną konserwatyzmu: powiedział prawicy, że ani rasizm, ani ubóstwo nie były przeszkodą w jego sukcesie, co dało Republikanom pozwolenie na stwierdzenie, że biedni i należący do mniejszości Amerykanie naprawdę potrzebują cięcia podatków i być może surowego wykładu lokalnego pastora na temat Drogi Do Sukcesu. Ale dlaczego Demokraci tak bardzo zakochali się w „Elegii dla bidoków”? Być może sprowadzało się to do faktu, że Vance przekazywał przesłanie o białych ludziach z klasy robotniczej, a Trump w tym samym czasie zrzucał winę za bolączki klasy robotniczej na globalizację, w szczególności imigrację i wolny handel.

Nie powinno być zaskoczeniem, że Vance napisał kiedyś tekst dla „The Atlantic”, potępiający Trumpa podczas jego kampanii prezydenckiej w 2016 r. za oferowanie „łatwej ucieczki”, która ignorowała duchowy rozkład dotykający społeczności Ameryki. Opowiedział historię nauczycielki ze swojego rodzinnego miasta, która powiedziała mu, że ma ona za zadanie być pasterzem „tych dzieci, ale wszystkie one są wychowywane przez wilki”. Następnie Vance napisał w artykule wstępnym, że „te wilki są tutaj – nie pochodzą z Meksyku, nie grasują po salonach władzy w Waszyngtonie czy na Wall Street – ale tutaj, w zwykłych amerykańskich społecznościach, rodzinach i domach”. Ostatecznie był to jednak znieczulający przekaz dla amerykańskich elit: nie martwcie się, chłopaki, nie jesteście temu winni.

Jednak nieoczekiwane zwycięstwo Trumpa w wyborach zmusiło wielu Amerykanów do ponownego przeanalizowania własnych przekonań na temat polityki i społeczeństwa. J. D. Vance nie był wyjątkiem.

W 2017 roku Vance opuścił Bay Area i wrócił do Ohio. Czy to z przekonania, czy z powodu politycznego oportunizmu – lub, jak to zwykle bywa w polityce, połączenia obu – zaczął także modyfikować swoją analizę problemów, które nękały jego rodzinne miasto i wiele innych. Wygłaszał w Brookings Institution wykłady na temat czynników kulturowych powodujących niestabilność rodziny i zaczął wskazywać na politykę publiczną jako głównego winowajcę.

W maju 2019 r., długo przed swoją decyzją o kandydowaniu do Senatu w 2022 r., Vance wygłosił przemówienie na dorocznej gali The American Conservative, podczas której zaczął porzucać libertarianizm „Elegii”. Skrytykował lewicę za ignorowanie roli „rodziny i społeczności” w walce z problemami społecznymi, podając przykład znanego mu dziecka, które uzależniło się od opioidów. Ale użył też mocnych słów pod adresem konwencjonalnych konserwatystów: „Niestety zbyt wielu z nich patrzy na tego dzieciaka i mówi: »No cóż, musi po prostu wywiązać się z większej liczby osobistych obowiązków i wtedy dostanie należny mu udział w Amerykańskim Śnie«”.

Następnie potępił korporacje za to, że nie wywiązują się ze swoich obowiązków wobec pracowników, rodzin i społeczności. A potem popełnił coś, co coraz częściej postrzegane jest jako jego grzech główny przez bardzo liberalne media, które kiedyś traktowały go jak gwiazdę rocka. Pochwalił Trumpa za otwarcie „debaty na wiele z tych kwestii, od polityki zagranicznej po opiekę zdrowotną, handel, imigrację”. Już zanim Vance kandydował do Senatu, został wyklęty przez swoich byłych wielbicieli, przerażonych jego poparciem dla Trumpa.

Podczas wyścigu do Senatu w 2022 r. były współlokator Vance’a w Yale, Joshua McLaurin, prawodawca stanu Georgia (i przez przypadek mój były kolega z klasy na Uniwersytecie Georgia) ujawnił na Facebooku wiadomość z 2016 r., w której Vance ostrzegł, że Trump może stać się „amerykańskim Hitlerem”. Intencją McLaurina było niewątpliwie sprawienie, by Vance wyglądał na cynicznego hipokrytę. Jednak uważna lektura tej wiadomości sugeruje, że Vance był może nawet nieco bardziej miękki wobec Trumpa, niż dawał wtedy publicznie do zrozumienia. „Walczę między podejściem, że Trump to cyniczny dupek jak Nixon, który nie byłby taki zły (a nawet mógłby się okazać przydatny), a myślą, że jest amerykańskim Hitlerem” – napisał. Zwróćmy uwagę na słowa, które zapisałem kursywą. Sugerują, że stanowisko Vance’a w sprawie Trumpa w 2016 r. i to, które przyjął przed kandydowaniem do Senatu, wcale nie były tak od siebie odległe. Możliwe, że po przyjrzeniu się prezydenturze Trumpa i debatom, które po niej nastąpiły, Vance doszedł do wniosku, że Trump „okazał się przydatny” w popychaniu partii republikańskiej do przodu w wielu kwestiach.

Największą zmianą Vance’a nie była ponowna, odmienna ocena charakteru Trumpa, ale przyjęcie populistycznego programu politycznego. Obejmując urząd w 2023 r., Vance szybko zatrudnił Jacoba Resesa, byłego pracownika legislacyjnego innego populisty (i współpracownika naszego pisma „Compact”) senatora Josha Hawleya, na szefa swojego gabinetu. Reses, którego spotkałem i rozmawiałem z nim nieoficjalnie wiele razy, gdy byłem reporterem na Kapitolu, nie jest typowym pracownikiem Partii Republikańskiej, z których większość to typ republikanów z college’u, bez odstępstw od linii partyjnej. Jest religijnym Amerykaninem pochodzenia żydowskiego, który wydaje się poważnie traktować pisma Abrahamowe i zawarte w nich wartości. Pracując dla Hawleya, był autorem większej części nowej legislacji stanu Missouri, której celem było wykazanie, że istnieje systemowy wyzysk ubogich przez wielki biznes. Reses wniósł tego samego ducha do biura Vance’a.

Podczas służby w Senacie Vance okazał się zaawansowanym konserwatystą społecznym: jest zwolennikiem opcji pro life i zajadłym przeciwnikiem imigracji. Jednak, z prawdopodobnym wyjątkiem w postaci Hawleya, był on senatorem Partii Republikańskiej najbardziej skłonnym do współpracy z Demokratami w celu przeciwstawienia się władzy korporacji i wspierania rodzin z klasy robotniczej. Oto kilka przykładów:

Wraz z senatorem Raphaelem Warnockiem (ze stanu Georgia) był współautorem projektu ustawy obniżającej cenę insuliny.

Wraz z senator Elizabeth Warren (ze stanu Massachusetts) poparł ustawę mającą na celu odebranie wynagrodzeń dyrektorom w przypadku upadku dużych banków.

Wraz z senatorem Sherrodem Brownem (ze stanu Ohio) stał na czele ustawodawstwa mającego na celu uregulowanie działania branży kolejowej po głośnej katastrofie w Eeast Palestine w stanie Ohio [w wyniku wykolejenia się pociągu przewożącego chemikalia, doszło do skażenia terenu i zagrożenia zdrowia na spory obszarze – przyp. redakcji].

Współpracował z senatorem Dickiem Durbinem (ze stanu Illinois) na rzecz przejrzystości cen leków i promowania demonopolizacji na rynku kart kredytowych.

Wraz z senatorem Sheldonem Whitehousem (D-RI) przedstawił projekt ustawy mający na celu walkę z fuzjami dużych przedsiębiorstw.

Nie oznacza to, że Vance jest lewicowcem. Nie popierał żadnych propozycji Demokratów radykalnego podwyższenia podatków dla bogatych ani redystrybucji bogactwa. Nie oczekujmy także, że poprze Medicare for All (leczenie dla wszystkich). Vance jest republikańskim populistą, a nie demokratycznym socjalistą. Martwi go koncentracja władzy i brak wielu możliwości osób „na dole”, ale czułby się niekomfortowo po prostu odbierając górze, by dawać dołowi.

Inni republikanie poważnie traktują populizm Vance’a. Club for Growth, związany z partią ośrodek lobbingowy na rzecz wielkiego biznesu, wydał miliony przeciwko Vance’owi podczas jego prawyborów w Senacie, a wpływowe osobistości partyjne, takie jak Rupert Murdoch i Ken Griffin, próbowały zablokować jego wybór na wiceprezydenta u boku Trumpa.

Z zewnątrz różnice te mogą być trudne do zauważenia. Mamy tendencję do postrzegania ludzi z naszej grupy jako różnorodnych, a ludzi z grupy obcej jako takich samych. Po prawej stronie widać to, gdy konserwatywni komentatorzy opisują prezydenta Bidena jako socjalistę lub udają, że nie ma różnicy między posłanką Alexandrią Ocasio-Cortez a senatorem Chuckiem Schumerem.

Na lewicy to uprzedzenie przyjęło formę opisywania Vance’a jako „fałszywego”, według słów Roberta Kuttnera z „The American Prospect”, lub „prawicowego trolla przebranego za populistę”, według słów politologa z Princeton Jana-Wernera Müllera. W poniedziałek otrzymałem komunikat prasowy od grupy interesów Social Security Works ostrzegający, że „wybór Vance’a przez Trumpa podkreśla jego zagrożenie dla systemu ubezpieczeń społecznych”, pomimo faktu, że Vance zdecydowanie sprzeciwia się cięciu świadczeń z tegoż systemu. Dowody? Wskazują na post na blogu, który Vance napisał jako 14-letni uczeń i pochwalił w nim Paula Ryana. Cóż, wszyscy Republikanie są tacy sami, prawda?

Dla większości lewicy analiza postawy Vance’a jest prosta: kiedyś potępił Trumpa, a teraz go akceptuje. Dlatego jest cynikiem i oszustem, który dla władzy zrobi wszystko. Ale kompromisy w imię władzy nie zawsze mają złe podłoże. W naszym politycznym duopolu trzeba poprzeć tę lub inną grupę, aby móc zrobić cokolwiek konstruktywnego.

Czy Vance, który jest przeciwny aborcji i który obawia się imigracji, pasuje do Partii Demokratycznej? Oczywiście nie. Być może nie pasuje też do partii prowadzonej przez Mitcha McConnella, republikańskiego kamerdynera korporacyjnej Ameryki i nieubłaganej globalizacji gospodarczej. Musiał jednak dokonać wyboru co do tego, z której partii będzie kandydował i na którą będzie miał wpływ, a nominacja na wiceprezydenta sugeruje, że dokonał prawidłowego wyboru: teraz będzie mógł wpływać na politykę w sposób, w jaki nie robił tego wcześniej, gdy próbował liberalnym elitom wyjaśniać przyczyny poparcia Trumpa.

Na podobne kompromisy idą ludzie lewicy. Alexandria Ocasio-Cortez uważa, że Izrael dopuszcza się ludobójstwa na terytoriach palestyńskich, ale popiera Bidena, mimo że nadal zbroi on państwo żydowskie. Nietrudno domyślić się dlaczego: uważa, że jego polityka jest wciąż lepsza od polityki Trumpa. Czy to naprawdę lepsze niż pokonanie przez Vance’a swoich obaw co do Trumpa i postanowienie, aby go wspierać, ponieważ mogłoby to doprowadzić do wdrożenia bardziej populistycznej polityki? Cóż, najwyraźniej tak jest, ponieważ media nie przestają dręczyć Vance’a za lojalność wobec Trumpa, ignorując jednocześnie jego ponadpartyjną pracę i niekonwencjonalną trajektorię polityki.

Nic z tego nie oznacza, że uczynienie Vance’a wiceprezydentem, jeśli Trump wygra tegoroczne wybory, zapoczątkuje nową erę republikańskiego populizmu. Większość przedstawicieli partii w Kongresie to nadal standardowi reaganiści, a rządy partii prawdopodobnie przesuną politykę publiczną w prawo, a nie w lewo. Ale Vance mógł wybrać bycie stanowczym wiceprezydentem – bardziej przypominającym Dicka Cheneya niż Kamalę Harris. Mógłby zadbać o to, aby Trump powoływał do ciał wykonawczych osoby, które priorytetowo traktują interesy pracowników i rodzin. Mógłby także w przyszłości zostać przywódcą partii, pomagając w budowaniu armii populistycznych decydentów, którzy stopniowo będą pracować nad zmianą konsensusu partyjnego. Pod przywództwem Vance’a moglibyśmy spodziewać się znacznie większego wsparcia rządowego dla rodzin, mniejszej imigracji i zmniejszonego zaangażowania wojskowego za granicą.

Jak lewica może podejść do takiej partii? Oczekiwałbym, że postępowcy będą trzymać się swoich podstawowych wartości, a to może oznaczać odrzucenie ograniczeń imigracyjnych postulowanych przez populistycznych konserwatystów. Może to również oznaczać zakwestionowanie poglądu, że jedyne, czego potrzebujemy w gospodarce, to bardziej sprawiedliwy zbiór zasad, a nie większa redystrybucja. Czy naprawdę możemy zmniejszyć nierówności, nie biorąc pod uwagę rzeczywistych podwyżek podatków dla najbogatszych? Działania antymonopolowe mogą działać tylko do pewnego momentu.

Ale lewica powinna także zdać sobie sprawę, że nie można poprawić sytuacji bytowej zwykłych Amerykanów, mając po swojej stronie tylko jedną frakcję w jednej partii. Spędziłem dziesięć lat w Waszyngtonie jako reporter, i ta dekada pozwoliła mi na obserwację, jak działają potężne siły Ameryki. Wszyscy, od Wall Street, przez AIPAC, po Big Pharmę upewniali się, że mają przyjaciół po obu stronach sali głosowań. Nie ma sposobu, aby także świat pracy zwyciężył bez rozszerzenia swoich wpływów w Partii Republikańskiej.

Będzie to proces powolny i bolesny, jak to zwykle bywa ze zmianami politycznymi. Jeśli jednak za kilkadziesiąt lat spróbujemy zidentyfikować moment, w którym Partia Republikańska zaczęła okazywać trochę więcej współczucia pracownikom i mniej służalczą postawę wobec wielkiego biznesu, może się okazać, że będzie to chwila, gdy Vance przestał karcić ludzi, których pozostawił na pastwę losu w Ohio i doszedł do wniosku, że jednak przez cały ten czas mogli mieć pewne racje.

Zaid Jilani

tłum. Magdalena Okraska

Tekst pierwotnie ukazał się na stronie internetowej magazynu „Compact” w lipcu 2024 r.

Zaid Jilani to dziennikarz i konsultant ds. komunikacji mieszkający w Atlancie. Pracował między innymi dla The Intercept, ThinkProgress i NewsNation.

Wydatki na ochronę zdrowia rosły

Wydatki na ochronę zdrowia rosły

GUS podaje, że w 2023 r. całkowite wydatki na ochronę zdrowia w Polsce wyniosły rekordowe 241,6 mld zł (7,1 proc. PKB).

Jak informuje portal pulsmedycyny.pl, według wstępnych szacunków wydatki bieżące na ochronę zdrowia w 2023 r. wyniosły 241,6 mld zł, czyli stanowiły 7,1% PKB. Były wyższe niż w 2022 r. o około 45,4 mld zł w odniesieniu do danych wstępnych za 2022 r., które wyniosły 196,2 mld zł – podał GUS.

Znacząco w górę poszły przy tym wydatki publiczne – w 2023 r. wyniosły 197,8 mld zł (5,8 proc. PKB) i były o 53,2 mld zł wyższe niż w 2022 r. Natomiast mniej niż w 2022 r. (o 7,8 mld zł) Polacy wydali w 2023 r. na zdrowie z własnej kieszeni –wydatki prywatne wyniosły w sumie 43,8 mld zł (1,3 proc. PKB). Było to również mniej niż w 2021 r. (46,6 mld zł).

W 2022 r. największy strumień pieniędzy trafił do szpitali – 42,2 proc. kwoty wydatków bieżących na ochronę zdrowia (w 2021 r. było to 38,4 proc.), a następnie ambulatoryjnej opieki zdrowotnej – 26,8 proc. (w 2021 r. – 25,3 proc.). Do sprzedawców detalicznych i innych dostawców dóbr medycznych trafiło 18,8 proc. (w 2021 r. – 20,2 proc.) – w tym w większości do aptek, którym przekazano ponad 16,8 proc. ogółu środków (w 2021 r. – 18 proc.).

W raporcie GUS podkreślono, że w latach 2014-2023 publiczne nakłady na ochronę zdrowia wzrosły o 153,7 proc., czyli z 72,9 mld zł w 2014 r. do 184,8 mld zł w 2023 r. Zgodnie z ustawą o świadczeniach opieki zdrowotnej finansowanych ze środków publicznych, na finansowanie ochrony zdrowia w 2023 r. powinny zostać przeznaczone środki w wysokości nie niższej niż 6,00% PKB, określonego w obwieszczeniu Prezesa Głównego Urzędu Statystycznego. W związku z tym nakłady na finansowanie ochrony zdrowia w roku 2023 powinny zostać zaplanowane na poziomie co najmniej 157,3 mld zł, niemniej jednak zaplanowano je na poziomie wyższym, tj. 165,5 mld zł, a ostatecznie zostały one zrealizowane w kwocie 184,8 mld zł, co stanowi 7,05% PKB (z roku N-2). Środki te w roku 2023 były o około 33,8 mld zł wyższe (22,4%) od nakładów przekazanych na ochronę zdrowia w 2022 r., jak podkreślił GUS.

Ponura passa dla polskiego przemysłu

Ponura passa dla polskiego przemysłu

Popyt na polskie wyroby przemysłowe w lipcu nadal spadał.

To już 29. miesiąc spadku produkcji przemysłowej w Polsce. Maleje także zatrudnienie w przemyśle. „Nowe zamówienia, produkcja, eksport, zakupy i zatrudnienie dalej spadały, ale w każdym przypadku tempo tego spadku zmniejszyło się w porównaniu do czerwca” – napisano w raporcie S&P Global, badającym tzw. wskaźnik PMI.

Wskaźnik PMI dla przemysłu w Polsce w lipcu wyniósł 47,3 pkt wobec 45 pkt w czerwcu. Czerwcowy wynik jest 27. miesiąc z rzędu poniżej poziomu 50,0 pkt., co stanowi najdłuższą sekwencję od rozpoczęcia badań w 1998 roku.

Autorzy podają, że w lipcu nastąpiła dalsza redukcja zatrudnienia w przemyśle. Obecna sekwencja spadkowa tego wskaźnika trwa już 26 miesięcy, najdłużej od 2004 roku.

Zygmunt Zaremba: Znaczenie naszego powstania (5 sierpień 1944)

Zygmunt Zaremba: Znaczenie naszego powstania (5 sierpień 1944)

Znaczenie naszej walki wybiega daleko poza problemy skrawka Europy. Zrozumiała to od razu Ameryka, której prasa stwierdziła, że na naszym terytorium rozgrywa się walka o wolność całego świata. W tej walce z chwilą wybuchu powstania staliśmy się od razu ze strony biernej, wyzwalanej obcymi siłami, stroną czynną, wyzwalającą się własnym wysiłkiem. Nasza klęska we wrześniu 1939 r. pobudziła tendencje imperialistyczne, zmierzające do powrotnego traktowania narodów jako bezwolnego tworzywa w ręku kilku potęg militarnych. Przecież koncepcje podziału świata na strefy wpływów i oddawania narodów pod kuratelę potężniejszych sąsiadów zaczęły znów realnie zagrażać ideałom wolności i sprawiedliwości. Po tej wojnie Europie począł znów zagrażać stan niewoli dla jej licznych narodów. I oto nasze powstanie w Warszawie zmienia sytuację bardzo wybitnie.

Naród polski wykazuje swą żywotność po przejściu najstraszliwszej okupacji, która zda się wyniszczyła go do głębi. Jeden z tego wniosek: minęły czasy, gdy można było bezkarnie podbijać czy niewolić narody. Każda taka próba musiałaby się skończyć zbrojną rozprawą. Europa narodów pokrzywdzonych i niewolonych byłaby ogniskiem nieustannej walki. Koncepcje imperialistyczne podziału Europy między najsilniejszych rozpadają się w proch w ogniu powstania Warszawy. Z wolą żywych narodów każdy musi się liczyć.

Potknął się o naszą miłość dla wolności kolos hitlerowski. Nasz opór w 1939 roku stał się natchnieniem dla świata. Nasza walka podziemna uwieńczona powstaniem Warszawy stała się zaporą dla odrodzenia imperializmów. Nasza walka dzisiaj staje się natchnieniem świata w walce o zorganizowanie nowego życia na zasadach wolności.

Zygmunt Zaremba

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w piśmie „Robotnik”, organie prasowym Polskiej Partii Socjalistycznej, wydawanym w Warszawie także podczas powstania warszawskiego, nr 13 (8071), 5 sierpnia 1944 r.