przez redakcja | środa 18 września 2024 | aktualności
Polska należy do europejskiej czołówki wzrostu cen najmu mieszkań.
Jak informuje portal 300gospodarka.pl, Polska w okresie od roku 2015 do chwili obecnej należy do grona liderów wzrostu stawek za najem mieszkania w Europie.
W omawianym okresie wynajem mieszkania zdrożał u nas średnio o 66,5%. Średnia podwyżek stawek najmu w tym okresie wyniosła 17,2%. Polskę prześcignęły Węgry 86,56 i Litwa 77,42%, Serbia 72,4. Nie licząc specyficznego przypadku Turcji 782,49% z hiperinflacją, która zresztą mocno zawyża średnią europejską, a bez tego polski skok cen byłby znacznie większy na tle europejskiego.
Jak informuje portal gospodarka300.pl, według badań Geoffreya Ditta z Uniwersytetu Nebrija, w prawie wszystkich krajach UE nawet małe mieszkanie z jedną sypialnią jest poza zasięgiem osób o niskich zarobkach. Wynajęcie takiego lokalu kosztowałoby 40% ich dochodów. Z kolei pracownicy Polskiego Instytutu Ekonomicznego wyliczyli, że dla połowy mieszkańców największych polskich miast wynajem mieszkania to koszt stanowi ponad 30% zarobków. W Warszawie wynosi on nawet 48% mediany wynagrodzeń.
Z badań wynika też, że tzw. luka czynszowa w Polsce wynosi 35 proc. Większa jest tylko na Łotwie (37%), w Rumunii i Bułgarii (36%).Luka czynszowa to wskaźnik osób, których nie stać na kupno lub wynajęcie mieszkania na wolnym rynku, a zarazem zarabiających zbyt wiele, aby otrzymać wsparcie mieszkaniowe państwa. Szczególnie dotyka ona samotnych rodziców oraz rodzin z trójką lub więcej dzieci – dotyczy 65% tych grup. Z kolei 51% osób ma dochody zbyt niskie, aby kupić lub wynająć lokal na wolnym rynku.
przez redakcja | wtorek 17 września 2024 | aktualności
Półtora roku rozmów nie przyniosło skutków – zarząd konsekwentnie odmawia zawarcia kompromisu. Pracownicy NielsenIQ szykują się na referendum strajkowe!
Nasze próby dialogu i negocjacji z pracodawcą nie przyniosły efektów. Wiele razy proponowaliśmy kompromis, ale zarząd NielsenIQ okazał się do niego niezdolny – informują związkowcy z NielsenIQ, największej firmy badań rynku w Polsce, będącej własnością funduszu inwestycyjnego Advent. Mimo trwającego od początku 2023 roku sporu zbiorowego zarząd korporacji konsekwentnie odrzucał kluczowe postulaty pracowników – podwyżki wynagrodzeń, dodatki stażowe, wyrównania inflacyjne czy transparentność płac. W obliczu braku woli porozumienia ze strony pracodawcy, związkowcy szykują się do organizacji referendum strajkowego.
Podwyżki płac, dodatki stażowe i transparentność wynagrodzeń są kluczowymi postulatami prowadzonego w NielsenIQ sporu zbiorowego. Zrzeszeni w związku zawodowym pracownicy zwracają uwagę, że właściciel chwali się świetnymi wynikami, sprzedaje usługi za znacznie wyższe ceny niż kilka lat temu, zdecydowanie podwyższa budżet wynagrodzeń zarządu, a jednocześnie odmawia pracownikom podwyżek utrzymujących wartość nabywczą ich pensji.
– „Zarząd korporacji przez cały czas pozostawał nieugięty, mimo że próbowaliśmy dialogu przez półtora roku” – mówi Jan Złotnicki, członek prezydium Inicjatywy Pracowniczej przy NielsenIQ. – „Wykazywaliśmy, że firma odnotowuje pokaźne zyski i nie narzeka na brak zleceń. Pracodawcy to nie interesowało – zarząd twardo stoi na stanowisku, że pracownicy zarabiają wystarczająco dużo, a podwyżki za wyniki pracy, tzw. merity, są dla nich wystarczające, mimo że przez ostatnie lata ich wartość nie zrównoważyła nawet spadku siły nabywczej naszych wynagrodzeń”.
NielsenIQ prowadzi w Warszawie ogromne centrum usług wspólnych. Na wielu podstawowych stanowiskach, takich jak specjalista ds. przetwarzania danych, wynagrodzenie nieznacznie tylko przewyższa płacę minimalną i z trudem pozwala na życie w Warszawie. Stawka początkowa na tych wyjątkowo licznych pozycjach wzrosła w ostatnich latach jedynie o 11%, podczas gdy skumulowana inflacja od początku pandemii zbliża się do 40%.
Korporacja nie była też zainteresowana wdrożeniem dodatków stażowych czy jawności płac. Pracodawca twierdził, że jednorazowa premia w wysokości 500 zł po pięciu latach pracy, niewaloryzowana od lat, wystarczająco motywuje do pozostawania w firmie.
– „NIQ nie jest gotowy udostępnić nawet przedziałów wynagrodzeń na poszczególnych poziomach zaszeregowania i stanowiskach, co pomogłoby pracownikom podejmować decyzję co do kierunku dalszej kariery. Dyrektorki mówią prosto w twarz, że zrobią to dopiero wtedy, kiedy zmusi ich do tego nadchodząca dyrektywa unijna” – mówi Filip Przybylski, przedstawiciel Inicjatywy Pracowniczej w NielsenIQ.
Szefostwo firmy zgodziło się jedynie na wymuszone przez Państwową Inspekcję Pracy i pominięte wcześniej konsultacje regulaminu pracy zdalnej oraz na zmiany w organizacji pracy pracowników terenowych, stanowiących w przybliżeniu jedynie 3% załogi w Polsce.
Przed zakończeniem mediacji związki zawodowe raz jeszcze wyciągnęły do pracodawcy rękę. Zadeklarowały, że są gotowe rozważyć rezygnację z większości postulatów, jeśli pracodawca zgodzi się przynajmniej na podwyżkę wynagrodzeń. Zarząd NielsenIQ nie spróbował nawet podjąć rozmowy na ten temat, w całości odrzucając propozycję kompromisu. W tych okolicznościach organizacje związkowe zdecydowały się przejść do kolejnego przewidzianego przez prawo etapu sporu zbiorowego – czyli organizacji referendum strajkowego.
– „Poziom nieustępliwości pracodawcy jest dla nas zdumiewający. Przez ponad rok próbowaliśmy rozmów i negocjacji w dobrej wierze; przedstawiliśmy szereg propozycji kompromisu. Wszystkie z nich były odrzucane przez NielsenIQ. Zarząd odmawiał nawet przekazania nam podstawowych informacji o sytuacji w firmie, niezbędnych do prowadzenia merytorycznych rozmów, jak informacje o poziomie wynagrodzeń, rotacji pracowników, czy zyskach. Mamy wrażenie, że pracodawca chce zasygnalizować, że nie mamy nic do gadania i że pracownicy mają skupić się na robocie, a nie działaniu na rzecz lepszych warunków pracy” – zauważa Złotnicki. – „To zresztą idzie w parze z innymi, antyzwiązkowymi działaniami pracodawcy”.
Przypomnijmy, że policja prowadzi przesłuchania dotyczące utrudniania działalności związkowej w NielsenIQ. Pracodawca wbrew ustawie odmawia uznania wyborów Społecznej Inspekcji Pracy, nie przekazuje związkowi informacji niezbędnych do działalności związkowej, próbuje dyscyplinować pracowników za aktywność w związku, a nawet odmawia zorganizowania komisji BHP w wymaganym prawnie składzie, tj. z uwzględnieniem społecznych inspektorów pracy.
Związki zawodowe rozpoczynają referendum strajkowe 17 września. Jeśli w głosowaniu weźmie udział ponad 50% pracowników i większość z nich poprze strajk, w firmie dojdzie do legalnego wstrzymania pracy.
przez redakcja | poniedziałek 16 września 2024 | aktualności
Rząd wycofuje się z zapowiadanego ograniczenia skali umów śmieciowych.
Jak informuje portal Money.pl, rząd odkłada, a być może zupełnie wycofuje się z ucywilizowania rynku zatrudnienia i ograniczenia dotkliwości umów śmieciowych dla pracowników.
Poprzedni rząd w ramach przygotowań do Krajowego Planu Odbudowy zadeklarował zrobienie porządku z umowami śmieciowymi. Miały one zostać w pełni ozusowane. Rząd PiS zawarł w ustaleniach KPO następujący zapis: „Nadrzędnym celem reformy jest ograniczenie segmentacji rynku pracy i zwiększenie zabezpieczeń społecznych określonych pracowników. W tym celu wszystkie cywilnoprawne umowy o pracę będą podlegały składkom na ubezpieczenie społeczne z wyjątkiem umów zlecenia zawartych z uczniami szkół średnich oraz studentami w wieku do 26 lat”.
To oznaczałoby, że znacznie zmalałby sens wykorzystywania, a właściwie nadużywania takiej formuły zatrudnienia. Umowy zlecenia i umowy o dzieło miałyby wówczas sens głównie w przypadkach, do których od początku powinny być przeznaczone, czyli do świadczenia pracy dodatkowej na rzecz jakiegoś podmiotu. Spodziewano się znacznego ograniczenia zastępowania umów o pracę przez umowy śmieciowe, co znacznie polepszyłoby sytuację zatrudnionych i stabilność ich zatrudnienia. Zyskać miało także państwo w postaci dodatkowych wpływów do ZUS na cele emerytalne.
Nowy rząd początkowo deklarował kontynuowanie takich działań, tym bardziej że są one jednym z „kamieni milowych” wsparcia dla Polski uzgodnionego w ramach KPO. Jak informuje Money.pl, prawdopodobnie jednak nic z tego nie będzie. Rząd zawiesza prace nad ozusowaniem umów śmieciowych, a niewykluczone że cała inicjatywa w ogóle trafi do kosza. W koalicji rządzącej pojawiają się głosy na rzecz renegocjacji z UE tych zapisów KPO i usunięcia ich ze zobowiązań strony polskiej.
Na pewno ozusowania śmieciówek nie będzie w roku 2025. Wycofywanie się z tego pomysłu ma być prowadzone pod presją środowisk biznesowych, które korzystają na okradaniu pracowników z należnych składek. Z kręgów ministerstwa finansów dochodzą opinie, że brakuje pieniędzy w budżecie, zatem przedsiębiorcy nie mieliby w inny sposób zrekompensowanych strat z powodu ozusowania śmieciówek.
Jednym słowem, w interesie biznesu krzywdzi się tysiące pracowników. Dane ZUS wskazują, że na umowach zlecenie w 2023 roku pracowało 1,9 mln osób, a na umowach o dzieło ponad 300 tys. osób. Mowa o osobach, dla których umowy śmieciowe stanowią jedyne lub główne źródło dochodów, nie zaś o wszystkich, które w takiej formule dorabiają.
przez redakcja | piątek 13 września 2024 | aktualności
W pierwszym półroczu 2024 liczba wypadków przy pracy wzrosła o ponad 7% w porównaniu z tym samym okresem poprzedniego roku.
Jak informuje portal Tysol.pl, ponad 30 tys. osób uległo wypadkom przy pracy w pierwszym półroczu 2024. Wedle danych przedstawionych przez GUS, w pierwszych sześciu miesiącach 2024 roku liczba osób poszkodowanych w wypadkach przy pracy wyniosła 30 435. Jest to wzrost aż o 7,2% wobec analogicznego okresu poprzedniego roku.
W pierwszym półroczu 2024 w wypadkach przy pracy zginęło 148 osób. Liczba poszkodowanych w wypadkach ciężkich wyniosła 185 osób. To wielki wzrost wobec roku 2023, gdy w I półroczu śmierć przy pracy poniosło zaledwie 57 osób, a wypadkom ciężkim uległo 127 osób. W tzw. wypadkach z innym skutkiem poszkodowane zostały 30 102 osoby – jest to wzrost wobec I półrocza 2023 roku o 6,7%.
Tzw. wskaźnik wypadkowości, czyli liczba poszkodowanych przypadających na każdy 1000 osób pracujących, wzrósł z 1,99 w I półroczu 2023 do 2,21 w I półroczu 2024. Najwyższy wskaźnik regionalny osiągnięto w woj. śląskim – wyniósł 3,00.
przez Karol Trammer | piątek 13 września 2024 | aktualności
Udało się osiągnąć rekordowe czasy jazdy z Warszawy do Poznania, Szczecina i Białegostoku. Kosztem postojów w mniejszych miastach.
Pociąg InterCity „Esperanto”, który od września 2024 r. kursuje na trasie Łódź – Warszawa – Białystok, zwiastuje zmianę podejścia do tworzenia oferty połączeń dalekobieżnych. Między Łodzią a Warszawą oraz między Warszawą a Białymstokiem pociąg ten nie ma żadnych postojów. Dzięki temu z Łodzi Fabrycznej do Warszawy Centralnej jedzie 1 godz. 11 min., a z Warszawy Centralnej do Białegostoku tylko 1 godz. 38 min., uzyskując najlepszy w historii czas przejazdu na tym odcinku.
Odjeżdża pociąg do mniejszych miast
Za rządów Prawa i Sprawiedliwości osiąganie rekordowych czasów jazdy nie było najważniejsze – bardziej szczycono się tym, że połączenia PKP Intercity obsługują coraz więcej miejscowości. Gdy kończyła się pierwsza kadencja rządu PiS, chwalono się, że od 2015 do 2019 r. liczba miejscowości, w których stają pociągi PKP Intercity, wzrosła z 296 do 382. Wiceminister infrastruktury Andrzej Bittel mówił wtedy: „Rozkład jazdy przykłada bardzo dużą wagę do tego, aby zapewnić lepszą dostępność komunikacyjną mieszkańcom mniejszych miast”.
Odbywało się to nie tylko za sprawą uruchamiania pociągów PKP Intercity do miast wcześniej pozbawionych połączeń dalekobieżnych, ale właśnie także poprzez dodawanie postojów na istniejących trasach. Chociażby na trasie Białystok – Warszawa w 2017 r. pociągi PKP Intercity otrzymały postoje w Łochowie (6,5 tys. mieszkańców), a w 2019 r. w Wołominie, który wcześniej składy dalekobieżne mijały bez zatrzymania, mimo że liczy 36 tys. mieszkańców i jest najludniejszym miastem położonym na linii między Białymstokiem a Warszawą.
Pociągi PKP Intercity zaczęły stawać w takich kilkutysięcznych miastach jak Mrozy na Mazowszu, Trawniki na Lubelszczyźnie czy Gogolin na Opolszczyźnie (choć były też odwrotne przypadki: postoje pociągów dalekobieżnych straciły Czarna Białostocka, Odolanów i Międzybórz).
Dogęszczanie bez zatrzymania
Piotr Malepszak, wiceminister infrastruktury w rządzie Donalda Tuska, zapowiadając przyspieszenie pociągów, zapewnił, że nie będzie ono sprowadzać się do wycinania postojów, lecz polegać ma na wprowadzaniu nowych połączeń z mniejszą liczbą zatrzymań: „Chodzi o to, żeby dążąc do cyklu godzinnego, dogęszczać ofertę nowymi pociągami bez postojów” – mówił w rozmowie z magazynem „Z Biegiem Szyn”.
InterCity „Esperanto”, jadący 1 godz. 38 min., jest jak na razie jedynym pociągiem, który pokonuje trasę Warszawa – Białystok bez postojów w miejscowościach po drodze. Wszystkie inne jadą ponad dwie godziny, stając w Wołominie, Tłuszczu, Łochowie, Małkini, Czyżewie, Szepietowie i Łapach. Miejscowości te cechują się dużym wykorzystaniem kolei. Na stacji Małkinia w liczącej 4,9 tys. mieszkańców wsi gminnej notuje się dziennie 1,7 tys. wsiadających i wysiadających. Ze stacji w 2,5-tysięcznym mieście Czyżew korzysta 700-999 pasażerów na dobę. To wyniki na poziomie znacznie większych miast – przykładowo 1,7 tys. podróżnych notuje się w Lęborku (34 tys. mieszkańców), a 700-999 pasażerów w Kole (19 tys. mieszkańców).
Mimo dużej popularności stacji między Białymstokiem a Warszawą, wiceminister przekonuje, że wprowadzenie pociągów łączących stolice województw podlaskiego i mazowieckiego bez postojów ma swoje uzasadnienie: „Ponad 60% pasażerów na trasie Warszawa – Białystok przemieszcza się między tymi miastami” – mówił Malepszak. Z jego słów wynika jednak też to, że aż prawie 40% osób wsiada na stacjach po drodze.
Z pociągów stających między Warszawą a Białymstokiem najszybciej jadą „Słowacki” (skład ED161 Dart) i „Podlasiak” (wagony z lokomotywą EU160 Griffin), które trasę Warszawa Centralna – Białystok pokonują w 2 godz. 1 min. Natomiast najwolniej jadą pociągi „Nałkowska” (2 godz. 15 min.) i „Dąbrowska” (2 godz. 17 min.) – są one prowadzone lokomotywami EP07, których prędkość maksymalna to 125 km/h. Przez to nie wykorzystują efektów modernizacji linii Warszawa – Białystok, na której pociągi mogą rozpędzać się do 160 km/h. A przecież na czasy jazdy, poza liczbą postojów, wpływ ma obsługa danej trasy taborem w pełni wykorzystującym parametry infrastruktury. Jak widać, o tę kwestię nie dba się w odniesieniu do wszystkich pociągów. Gra toczy się o rekordowy czas przejazdu tylko jednego połączenia na dobę.
Czas przejazdu, czas postoju
PKP Intercity chwali się też rekordami na trasie Szczecin – Warszawa: pociąg ExpressInterCity „Chrobry” z początkiem września 2024 r. skrócił swój czas przejazdu z 5 godz. 1 min. do 4 godz. 38 min. Przyspieszenie uzyskano z jednej strony dzięki wykorzystaniu efektów modernizacji magistral Szczecin – Poznań i Poznań – Warszawa, ale z drugiej strony kosztem zatrzymań w Koninie (67 tys. mieszkańców) i Kutnie (41 tys. mieszkańców). „Chrobry” ma teraz między Szczecinem a Warszawą cztery postoje: w Stargardzie, Choszcznie, Krzyżu i Poznaniu. Jeszcze mniej zatrzymań ma kursujący od września 2024 r. ekspres „Sedina”, który – stając tylko w Stargardzie, Krzyżu i Poznaniu – jedzie ze Szczecina do Warszawy 4 godz. 31 min. (dla porównania mające między Szczecinem a Warszawą 15 postojów pociągi InterCity „Gałczyński” i „Mewa” jadą 5 godz. 22 min.).
Ekspresy „Chrobry” i „Sedina” przyniosły po siedmiu latach powrót połączeń, które na odcinku Poznań – Warszawa jadą bez żadnych postojów. Z Poznania Głównego do Warszawy Centralnej „Sedina” jedzie 2 godz. 18 min., a „Chrobry” 2 godz. 20 min. Stający w Koninie i Kutnie pociąg ExpressInterCity „Lech” jedzie natomiast 2 godz. 22 min.
Pociągom „Chrobry” i „Sedina” postój ze zmianą kierunku jazdy na stacji Poznań Główny zajmuje 12 min. (w 2012 r. operacja ta trwała na poznańskiej stacji 9 min.). Walka o każdą minutę nie powinna ograniczać się tylko do czasów jazdy, ale obejmować też skracanie postojów poprzez usprawnianie operacji zmian kierunku jazdy, zmian lokomotyw czy odłączania i dołączania wagonów. Wciąż nagminne są takie sytuacje jak 22 min. postoju pociągu „Słowacki” relacji Ełk – Wrocław na zmianę kierunku w Białymstoku czy aż 41 min. postoju pociągu „Orzeszkowa” relacji Warszawa – Jelenia Góra na zmianę lokomotywy i odłączanie wagonów na stacji Wrocław Główny.
Karol Trammer
Tekst pochodzi z dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn” (nr 5/132 wrzesień-październik 2024), http://www.zbs.net.pl
Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Karol Trammer
przez redakcja | czwartek 12 września 2024 | aktualności
Kolejne zwolnienia i likwidacje w ramach „restrukturyzacji” PKP Cargo.
Głośna sprawa „restrukturyzacji” PKP Cargo, polegająca na znacznym zmniejszeniu zakresu działalności firmy i wyrzuceniu tysięcy ludzi z pracy, ma jeszcze jeden ponury aspekt. Rządzący Polską neoliberałowie, którym podlega PKP Cargo, likwidują także należące do firmy zakłady naprawy taboru.
Jak informują media, nowe szefostwo PKP Cargo podjęło decyzję o likwidacji pięciu z piętnastu istniejących w całym kraju Zakładów Napraw Taboru Kolejowego, dwóch punktów połowicznych, kilku sekcji napraw i małych punktów utrzymania taboru. Podlegają one wydzielonej spółce PKP Cargotabor. Zwolni ona ponad 30% ogółu zatrudnionych, a pracę straci 750-920 osób.
Większość podmiotów należących do Cargotabor mieści się w niewielkich miejscowościach Polski B. Tam, gdzie najtrudniej o nową pracę. Zwolnienia w spółce mają objąć nie tylko pracowników likwidowanych zakładów, ale także miejsca pracy w podmiotach, które zostaną utrzymane przy życiu.
przez redakcja | wtorek 10 września 2024 | aktualności
Kolejna firma do likwidacji, tym razem w branży papierniczo-biurowej.
W Baranowie pod Poznaniem zostanie zlikwidowany zakład produkcyjny firmy Pelikan/Herlitz. Fabryka kończy działalność po 32 latach – informuje Wirtualna Polska.
Likwidacja zakładu jest skutkiem tego, że w 2023 spółka wchodząca w skład francuskiej grupy kapitałowej Hamelin nabyła całość udziałów w konsorcjum Pelikan. W jego skład wchodziła m.in. firma Herlitz, znana m.in. z produkcji materiałów piśmienniczych, biurowych, piór i długopisów itp. Po przejęciu firmy okazało się, że moce produkcyjne w Polsce się dublują, a koszty prowadzenia działalności skłoniły władze francuskiej spółki do likwidacji zakładu.
Pracę w Baranowie straci cała załoga, choć część zatrudnionych otrzyma propozycje pracy w innych zakładach spółki. Na pewno jednak zwolnienia grupowe obejmą kilkadziesiąt osób – spółka nie podała na razie szczegółowych danych, choć poinformowała Powiatowy Urząd Pracy w Poznaniu o zamiarze przeprowadzenia zwolnień.
przez Małgorzata Greszta | wtorek 10 września 2024 | opinie
Francuski socjolog Pierre Bourdieu wyróżniał podklasy wewnątrz klas społecznych – fakcje. Społeczeństwo dzieli się według niego na trzy klasy: dominującą, średnią i niższą, a każda z nich dodatkowo na dominującą, pośrednią i zdominowaną. Wycofanie się z rynku pracy jest swego rodzaju hibernacją. Zaprzestanie działania wewnątrz agregatu rynkowego wiąże się z separacją od tych, którzy wciąż wewnątrz niego funkcjonują, a także z separacją od swojej dotychczasowej klasy społecznej. Zasady uczestnictwa emeryta w życiu społecznym zmieniają się – odbywa się to w sposób nieuregulowany. Można stwierdzić, że przechodzą oni do nowej klasy – poprodukcyjnej. Natomiast wedle teorii podziału na fakcje zachowują wewnątrz niej swoje dotychczasowe pozycje. Reprezentant klasy niższej po przejściu na emeryturę przynależy zatem do klasy poprodukcyjnej niższej, i tak dalej.
Termin „emeryt” ma fatalne konotacje. Kojarzy się z obciążeniem dla państwa i rodziny, chorobami generującymi koszty leczenia, niedołęstwem, zapóźnieniem technologicznym i informacyjnym, biedą. Prawie 1/5 ludności Polski to osoby pobierające świadczenie emerytalne. Konsekwencją przejścia na emeryturę jest degradacja w hierarchii klasowej, związana z utratą produktywności ekonomicznej. Jakkolwiek konserwatywnie by to nie brzmiało, w kulturze zachodu rzecznikiem seniorów była zawsze religia chrześcijańska, która nakazywała szacunek i troskę. Wraz z sekularyzacja ta norma się rozmywa i kiedy zapadają decyzje – np. o rezygnacji z opieki – decydujące są zazwyczaj czynniki ekonomiczne, związane z utrzymaniem dotychczasowego statusu i komfortu domyślnych opiekunów. Nie istnieją wiążące zapisy prawne dotyczące opieki.
W kulturze kapitalizmu zawsze nadrzędna jest przydatność rynkowa. W takiej sytuacji poza pozycją socjoekonomiczną, którą zapewniało zatrudnienie, spada również szacunek społeczeństwa wobec emerytów. Jest to nierozerwalnie związane z wpływem systemu ekonomicznego na ustanawianie norm społecznych. Ponieważ nie ma żadnego powszechnego zestawu wartości, który gwarantowałby poważanie dla starych, stosunek do nich reguluje głównie rynek. Jest to więc tąpnięcie na wszystkich możliwych polach.
Różnice klasowe w ogóle w Polsce pogłębiły najpierw transformacja, a później finansjalizacja. Powstała drastyczna przepaść pomiędzy tymi, którzy uwłaszczyli się podczas przemiany ustrojowej, a tymi, którzy stracili. Duże znaczenie miały wiek, miejsce zamieszkania, sieć społeczna. Dla osób starzejących się w latach 90. nie było już szansy na przebudowanie swojego życia, pozostały im już tylko emerytury z poprzedniego systemu. Z kretesem przegrała przede wszystkim polska wieś.
Następnie finansjalizacja, czyli wzrost udziału sektora finansowego w produkcie krajowym brutto, doprowadziła do globalnego rozpadu tożsamości klasowych. Wzmocniło to pozycję jednych, osłabiło status innych, zmieniły się sojusze, pogłębiła się przemoc klasowa wobec najsłabszych. Podkopana została klasa średnia, a część klasy ludowej lub jej potomków trafiła na terytoria niczyje. Hierarchie społeczne zostały zrestrukturyzowane, pojawiła się również nowa klasa menedżerów.
Ze względu na problem starzejącego się społeczeństwa powstał w latach 70. termin „srebrna gospodarka”, omawiający strategie systemu produkcji, konsumpcji i dystrybucji z uwzględnieniem seniorów. Jest to w zasadzie zbiór usług i produktów skierowanych do zamożnych osób starszych lub ich rodzin (domy opieki). Osoby w wieku emerytalnym bez względu na wcześniej wykonaną pracę są jednak z punktu widzenia rynku prawie bezproduktywne. Są oni jakąś grupą konsumencką, ale niskie świadczenia sprawiają, że nie jest ona szczególnie istotna. Stanowią natomiast ogromną bazę nieodpłatnych pracowników opiekuńczych, zajmujących się dziećmi i osobami niesamodzielnymi. Ze względu na pogarszające się funkcjonowanie procesów poznawczych są idealnie plastycznym elektoratem wyborczym, żywymi nośnikami tez religijnych i hojnymi darczyńcami. Emeryci są wykorzystywani jako konsumenci, jako nieodpłatni pracownicy, jako wyborcy, jako wierni.
Wewnątrz klasy poprodukcyjnej najsłabsza jest klasa niższa. Jest ona najbardziej wykorzystywana reprodukcyjnie (zwłaszcza kobiety), ale również najkrócej żyje. Pomiędzy 2013 a 2017 rokiem wiek emerytalny wynosił 67 lat dla obu płci. Podniesienie tego progu na stałe doprowadziłoby do tego, że osoby z niższych klas spędziłyby znacząco mniej czasu na emeryturze ze względu na krótszą długość życia względem klas wyższych.
W skali makro ogólna długość życia jednak wzrosła. Na początku XX wieku było to ok. 50 lat w krajach rozwiniętych. Wydłużenie życia wiąże się jednak bardzo często z długim funkcjonowaniem w chorobie generującej wysokie koszty. Niekiedy osobom starszym potrzebna jest opieka całodobowa. Ponad 38 proc. emerytów otrzymuje świadczenia w wysokości 3000 zł lub mniej. 49 proc. z nich – do 3400 zł (dane GUS). Są to kwoty niepozwalające opłacić ani opieki domowej, ani komercyjnego ośrodka. Takie osoby są zdane na rodzinę lub pomoc społeczną. Wedle badań najlepszym miejscem dla seniora jest jego dom i opieka domowa. Jednak jeśli spojrzymy na koszty i wysokość emerytur, okazuje się, że jest to usługa ekskluzywna.
O tym, jak przebiegną ostatnie lata życia decyduje nie tylko przynależność klasowa emeryta, ale również jego rodziny – potencjalnych opiekunów. Jeśli dzieci awansowały społecznie względem klasy ludowej (klasy ojca/matki), bardziej prawdopodobne jest, że będą dysponowały wystarczającymi środkami, aby zapewnić im opiekę. Jeśli pozostały w tej samej klasie, wpływa to negatywnie na jakość i dostępność potencjalnej opieki.
Już trzy lata temu co szósty emeryt żył na granicy ubóstwa. Wedle ostatnich danych GUS skrajne ubóstwo wzrosło z 4,6 proc. do 6,6 proc. Poniżej minimum socjalnego żyło w Polsce w 2023 roku pół miliona emerytów. Wynosi ono między ok. 1500 a 1700 zł w zależności od ilości osób w gospodarstwie domowym. Długi, inflacja, koszty leczenia – generują gigantyczny stres finansowy, który wpływa na zdrowie psychiczne i fizyczne. Może to wywołać stany lękowe, depresję, pogłębić istniejące choroby, negatywnie wpłynąć na funkcje poznawcze, rozwinąć nadciśnienie tętnicze, alkoholizm. Rzutuje to również na funkcjonowanie społeczne, pojawia się problem izolowania się, pogarszają się kontakty z bliskimi, spada decyzyjność – następuje paraliż, wreszcie zwiększa się podatność na różnego rodzaju oszustwa finansowe.
Omówione kwestie dotyczą niższej klasy poprodukcyjnej, jednak problem dostępności państwowej opieki zdrowotnej jest uniwersalny dla niemal całej klasy emeryckiej. Osoby starsze zajmują najwięcej łóżek na oddziałach chorób wewnętrznych. Często trafiają tam z braku opieki ze strony rodziny lub niewłaściwej pielęgnacji w ośrodkach komercyjnych. Ponad milion z prawie trzech milionów interwencji ratownictwa medycznego w 2023 roku dotyczyło osób powyżej 65. roku życia. Pomimo nieuchronności zapadania na choroby wieku starczego pomoc seniorom jest udzielna opieszale i niechętnie, ponieważ nieudolność systemu doprowadza do nieustającego przerzucania odpowiedzialności: z przychodni na szpitale, ze szpitali na rodziny, z rodzin na ośrodki pomocy społecznej. Niesamodzielne osoby starsze są traktowane jak gorący kartofel – jest to najgorsza forma dyskryminacji tej klasy, za którą jednocześnie nie wiadomo kto właściwie powinien odpowiedzieć.
Emeryci, jako klasa poprodukcyjna, są mocno stygmatyzowani i doświadczają wykluczenia.
Jako grupa częściowo niesamodzielna, słabnąca, nie posiadają wystarczająco silnych i głośnych samorzeczników. Ich problemy są marginalizowane i trywializowane przez społeczeństwo. Oligarchia finansowa rośnie w siłę, potrzeby klasy średniej i wyższej są coraz większe, a osoby ze starszych pokoleń, którym społeczeństw wiele zawdzięcza, są skazani na życie pozbawione godności. Poziom problemów wzrasta wraz ze spadkiem w hierarchii. Była klasa dominująca zmaga się prawdopodobnie jedynie z kpiącym stosunkiem i nieprzychylną etykietką, natomiast najniżej mamy do czynienia z niemalże całkowitą dehumanizacją. Argumenty aksjologiczne nigdy nie są wystarczająco silne, może więc warto poszerzyć perspektywę i zacząć rozwiązywać problemy w swoim własnym interesie. Każdego z nas czeka przejście do klasy poprodukcyjnej. Szanse na beztroskie huśtanie się w bujanym fotelu wśród kwiatów bzu – są nikłe.
Małgorzata Greszta
Zdjęcie w nagłówku tekstu: Gerd Altmann z Pixabay
przez redakcja | poniedziałek 9 września 2024 | aktualności
Działkowicze boją się o przyszłość ogródków i proszą premiera o wsparcie.
Działkowcy są zaniepokojeni o przyszłość swoich ogrodów i samej formuły Rodzinnych Ogródków Działkowych – informuje portal gazeta.pl. Wystosowali apel do premiera Donalda Tuska. Działkowcy obawiają się skutków „rozporządzenia Ministra Rozwoju i Technologii z 8 grudnia 2023 r. w sprawie projektu planu ogólnego gminy (…). W jego ramach tereny gmin podzielono na 13 rodzajów stref funkcjonalnych. Tylko w trzech z nich przewidziano miejsca na ROD i to w profilach dodatkowych”. Jak piszą działkowcy, rozporządzenie wprowadziło „mechanizmy, które mogą zablokować ujawnienie ROD w miejscowych planach zagospodarowania przestrzennego”.
Zdaniem Polskiego Związku Działkowców wprowadzone przepisy otwierają furtkę do masowej likwidacji ogródków działkowych. Wystosowali apel do premiera, powołując się na fakt, że w roku 2013 osobiście interweniował on podczas prac nad ustawą o ogrodach działkowych. „Dzięki tym działaniom udało się ocalić Rodzinne Ogrody Działkowe, które dziś służą milionom Polaków. Wierzymy, że Pańskie zaangażowanie po raz kolejny przyniesie pozytywne efekty, a nowelizacja rozporządzenia zostanie niezwłocznie wdrożona” – napisali w swoim apelu. O rozporządzeniu z 8 grudnia napisali, że „w swojej obecnej formie rodzi poważne zagrożenia dla przyszłości znacznej części ROD w Polsce, destabilizuje ich sytuację prawną oraz niesie ryzyko szerokiego konfliktu społecznego”.
Wedle działkowców, gminy już korzystają z zapisów rozporządzenia i w skali kraju ponad połowa ROD znajduje się na terenach, które zostały objęte procedurą uchwalania planów ogólnych. „Realne jest ryzyko, że znaczną część ROD obejmą plany, które wykluczą ochronę przed likwidacją. Dalsza zwłoka może więc skutkować nieodwracalnymi konsekwencjami dla setek tysięcy rodzin polskich działkowców” – piszą w swoim apelu do premiera.
przez redakcja | niedziela 8 września 2024 | aktualności
10 września w Warszawie protest górników z Bogdanki oraz pracowników kilku dużych zakładów energetycznych.
Protestować będą pracownicy firm należących do publicznego koncernu energetycznego Enea – kopalni węgla Bogdanka oraz elektrowni Kozienice i Połaniec – informuje Business Insider. Protestujący domagają się od szefostwa Ministerstwa Aktywów Państwowych informacji co do dalszych losów górnictwa i powiązanej z nim energetyki. Twierdzą, że od długiego czasu nie dostają odpowiedzi na swoje zapytania kierowane do władz Enei. Postanowili zatem zapytać w ministerstwie i wyartykułować swoje obawy.
Protest organizują ponad podziałami różne związki zawodowe, w tym zrzeszone w Solidarności oraz OPZZ. Domagają się wyjaśnienia zamiarów rządu w s sprawie swoich branż. Od dawna czekają także na decyzje dotyczące wydzielenia aktywów węglowych ze spółek energetycznych, co miało być elementem reformy sektora. Tymczasem w budżecie na 2025 r. nie przewidziano na ten cel żadnych kwot. Pracownicy Bogdanki domagają się także podwyżek płac, bo negocjacje z zarządem Enei zakończyły się bez żadnych decyzji.
Kopalnia Bogdanka jest rentowną i najbardziej efektywną polską kopalnią. Jednak i ona ma od pewnego czasu kłopoty ze zbytem węgla i zmniejszeniem skali wydobycia. Związkowcy twierdzą, że jedną z przyczyn jest brak spójnego planu reformowania polskiej energetyki i odchodzenia od węgla bez dotkliwych konsekwencji społecznych. Uważają, że działania rządu zagrażają także stabilności dostaw energii w Polsce. Pracownicy Enei obawiają się, że zielona transformacja energetyczna pozbawi ich pracy. Tylko kopalnia Bogdanka zatrudnia 6000 osób.
przez redakcja | niedziela 8 września 2024 | aktualności
Rząd Japonii promuje działania zmniejszające skalę przepracowania w tym kraju.
Japoński rząd, a konkretnie ministerstwo zdrowia promuje działania mające zmniejszyć skalę przepracowania obywatel tego kraju – informuje Polska Agencja Prasowa. Działania obejmują wprowadzenie limitów nadgodzin, większy wymiar urlopu oraz czterodniowy tydzień pracy.
Tego rodzaju działania są obecnie dobrowolne i zależą od decyzji zarządów przedsiębiorstw. Wprowadziło je jednak wiele firm. Póki co jednak niewielu zatrudnionych decyduje się z nich korzystać. Na przykład w jednym z oddziałów firmy Panasonic, zatrudniającym 63 tys. pracowników, jedynie 150 zdecydowało się z skorzystać z prawa do 4-dniowego tygodnia pracy.
Japoński rząd chce, aby tego rodzaju działania przeciwdziałały przepracowaniu. Jest to znany od lat problem japońskich pracowników w kraju, gdzie czynniki ekonomicznej presji kapitalistycznej współgrają z czynnikami kulturowymi, jak poświęcenie, wspieranie celów pracodawcy itp. Z powodu tzw. karoshi – śmierci z przepracowania – przedwcześnie odchodzi w Japonii kilkadziesiąt osób, a negatywny wpływ odczuwa o wiele więcej osób. Ma to negatywny wpływ także na samą zdolność do pracy. Mnóstwo osób w Japonii odczuwa wypalenie zawodowe. 6 proc. Japończyków deklaruje zaangażowanie w pracę, a średnia światowa wynosi 23 proc.
Władze Japonii uważają także, iż krótsza i lżejsza praca mogą być częścią recepty na gwałtowne starzenie się społeczeństwa. Uważają, że ludzie pracujący lżej, będą mogli pracować dłużej, czyli później przechodzić na emeryturę, co częściowo zneutralizuje problem niedoborów pracowników wskutek zapaści demograficznej.
przez redakcja | piątek 6 września 2024 | aktualności
Rząd neoliberałów planuje zlikwidować co trzecią porodówkę w Polsce.
Ministerstwo Zdrowia przedstawiło do konsultacji społecznych nowelizację ustawy o publicznych świadczeniach zdrowotnych. Zakłada ona likwidację tych sal i oddziałów porodowych, w których w skali roku odbywa się mniej niż 400 porodów. Taki wskaźnik oznacza, że likwidacji ulegnie ok. 110 porodówek – jedna trzecia wszystkich istniejących. Bez sal porodowych zostaną dziesiątki powiatów w Polsce. Z wielu miejscowości będzie do najbliższego miejsca porodu kilkadziesiąt kilometrów.
Ministerstwo Zdrowia „argumentuje” swoją decyzję tym, co zawsze robią neoliberałowie – czyli kosztami i ich oszczędzaniem. Małgorzata Leszczyńska, dyrektor szpitala w Rawie Mazowieckiej, z zawodu ginekolog-położna, powiedziała łódzkiej „Gazecie Wyborczej”: „Dla mnie, jako dyrektora szpitala, jako położnej i jako kobiety, likwidacja tylu izb porodowych byłaby czymś wręcz dramatycznym. Jeśli tak się stanie, dojdzie do wielu nieszczęść. Chyba w tym wszystkim nie bierze się pod uwagę, jaka byłaby odległość pomiędzy poszczególnymi izbami porodowymi i jak skomplikowane mogą być czasem przypadki położnicze. Będą się zdarzać takie, że karetka nie będzie w stanie przejechać i zawieźć do szpitala na czas 60 czy 80 kilometrów, a swoją drogą karetek też jest za mało. Nie każda kobieta ma własny środek transportu. Mam nadzieję, że ktoś z rządzących się w porę obudzi i dostrzeże, że zdrowie i bezpieczeństwo rodzących kobiet i ich dzieci nie jest tym obszarem, w którym należy szukać oszczędności”.
Bernadeta Skóbel, ekspertka Związku Powiatów Polskich, powiedziała portalowi Prawo.pl: „Polska nie jest państwem jednolitym pod względem demograficznym czy sieci transportowych. […] brak uwzględnienia przy przyjmowaniu rozporządzenia specyfiki poszczególnych regionów Polski może przyczynić się do braku faktycznej dostępności do świadczeń. […] Nie uwzględniono przypadków, gdy po wprowadzeniu minimalnej liczby porodów zostaną zlikwidowane oddziały w sąsiadujących obok siebie powiatach, bez możliwości przejęcia przez jeden z nich potencjalnych pacjentów”.
przez redakcja | czwartek 5 września 2024 | aktualności
Firma Beko zapowiada likwidację dwóch fabryk w Polsce.
Beko Europe, znany producent sprzętu AGD, zapowiedział w komunikacie, że zamierza „skonsolidować swoje operacje przemysłowe i inwestycje strategiczne w Polsce, aby zapewnić długoterminową rentowność w obliczu wyzwań rynkowych”. Za tym korporacyjnym bełkotem kryją się zmiany dotkliwe dla pracowników.
Firma zamierza zlikwidować swoją fabrykę w Łodzi oraz zamknąć produkcję we wrocławskiej fabryce lodówek. W Łodzi do likwidacji pójdzie całość, we Wrocławiu ocaleje część zakładu zajmująca się wytwarzaniem sprzętu innego niż lodówki. W Łodzi straci pracę cała załoga, we Wrocławiu pod nóż idą zarówno liczne stanowiska produkcyjne, jak i biurowo-administracyjne.
Produkcja w obu zakładach ma zostać wygaszona do kwietnia 2025 roku. Pracę w wyniku tej decyzji straci nawet 1800 osób.
przez redakcja | środa 4 września 2024 | opinie
Nominowanie Kamali Harris na kandydatkę Demokratów została przyjęta oklaskami przez cały establishment partii, ale nie przez postępowych populistów. Poglądy samej Harris w kwestiach gospodarczych pozostają tajemnicą. Jednak jej darczyńcy i starsi doradcy – mnóstwo przedstawicieli Big Techu i Wall Street – sprawili, że tacy ludzie jak Matt Stoller, działacz antymonopolowy, jak i redaktorzy „The American Prospect” wszczęli alarm, zwłaszcza w świetle decyzji Donalda Trumpa co do wyboru J. D. Vance’a na potencjalnego wiceprezydenta.
Wybierając Tima Walza na swojego współkandydata, Harris uczyniła natomiast poważny gest ku wzmocnieniu lewicowo-populistycznej flanki i zneutralizowaniu potencjalnej atrakcyjności Vance’a. Walzowi nie można przyprawić gęby neoliberalnego Demokraty na wzór Clintona i Obamy. To sprawia, że dla drużyny Trumpa tym pilniejsze jest porzucenie zarówno toczącej się w Internecie „wojny kulturowej”, jak i konwencjonalnego przekazu Partii Republikańskiej – na rzecz pozytywnego, zwykłego populizmu.
Historia Walza – syna rolniczych terenów Nebraski, posiadającego wykształcenie „tylko” lokalnych uczelni Chadron State College i Minnesota State – potwierdza obawy czołowych Demokratów, że Vance może pogłębić przegrupowanie klasowe w obu partiach. Ale Walz nie tylko czerpie ze swoich skromnych korzeni. Ma także imponującą historię rządzenia jako populista i socjaldemokrata w stylu środkowego zachodu USA.
W zeszłym roku doprowadził do uchwalenia przez legislaturę stanową szeroko zakrojonej ustawy propracowniczej, którą Steven Greenhouse, doświadczony reporter ds. związkowych, określił jako „jeden z najbardziej propracowniczych pakietów, który jakikolwiek stan USA przyjął od dziesięcioleci”. I słusznie tak go określił. Ta regulacja m.in.:
– powołała radę w stylu Nowego Ładu ds. standardów dla domów opieki, jednego z najbardziej wyzyskowych sektorów rynku pracy;
– zakazała klauzul o zakazie konkurencji, które ograniczają siłę przetargową pracowników, uniemożliwiając im poszukiwanie zatrudnienia w konkurencyjnych firmach lub zakładanie własnej działalności gospodarczej;
– zaczęła żądać od magazynów – halo, Amazon! – przejrzystości w zakresie wymagań dotyczących wydajności, jakie nakładają na pracowników;
– zakazała antyzwiązkowych mityngów – jednego z głównych narzędzi wykorzystywanych przez niszczycieli związków w celu zmniejszenia odsetka Amerykanów chronionych na mocy rokowań układów zbiorowych;
– zakazała pracodawcom zmuszania pracowników do udziału w spotkaniach politycznych, co jest jedną z najbardziej groteskowych i antydemokratycznych form sprywatyzowanego przymusu, o czym wspomniałem w mojej książce „Tyranny, Inc.”.
Z kolei na froncie prorodzinnym Walz przygotował projekt ustawy o płatnym urlopie rodzinnym i zdrowotnym, który „pozwala pracownikom z Minnesoty na wykorzystanie do 12 tygodni w roku z częściowym wynagrodzeniem na opiekę nad noworodkiem lub chorym członkiem rodziny, a także przyznaje pracownikom 12 tygodni na powrót do zdrowia po poważnej chorobie lub problemach zdrowotnych” – streszcza to Greenhouse. Jest to rodzaj ustawodawstwa, któremu samozwańczo prorodzinni Republikanie zbyt długo się opierali, mimo że ubolewali nad spadającym wskaźnikiem małżeństw i urodzeń.
Wszystko to powinno być sygnałem alarmowym dla kampanii Trumpa i Vance’a. Demokraci stworzyli zespół, który może przemówić do mającej obsesję na punkcie różnorodności klasy eksperckiej ich partii, a także zatrzymać – lub przynajmniej spowolnić – odpływ wyborców z klasy robotniczej. Po udanej konwencji obejmującej kwestię obrony uprawnień i odnowienia produkcji przemysłowej, po przemówieniu Seana O’Briena z Teamsters, oraz po przemówieniu Vance’a, w którym nie wspomniano o obniżkach podatków ani o „tanim państwie” – strona republikańska sprawnie ominęła mielizny wojny kulturowej.
Ma to częściowo związek z jej powrotem do głównego nurtu mediów po pomyślnym zdetronizowaniu Joe Bidena. Mimo to populistyczny element fenomenu Trumpa jest od czasu konwencji dziwnie przytłumiony. Poza zamknięciem granicy nie ma łatwej i satysfakcjonującej odpowiedzi na pytanie ludzi pracy: „co dadzą mi Republikanie, jeśli ich wybiorę?”. Walz natomiast pozwala Harris udzielić przyzwoitych odpowiedzi na to pytanie, nawet jeśli ostatecznie nie ustala kursu jej polityki administracyjnej.
Samo nazywanie Harris i Walza „lewicowymi” nie wystarczy. Nie wystarczy też wypominać żałosnej reakcji Walza na zamieszki w 2020 r. Reset, którego oczekują Trump i Vance, będzie opierał się na połączeniu kwestii bezpieczeństwa granic oraz prawa i porządku na ulicach z konkretnym propracowniczym i prorodzinnym przesłaniem. Nadszedł czas, aby albo przyjąć PRO Act, albo zaproponować podobną reformę w interesie pracowników. Postulować porody za darmo. Zaatakować Big Tech i Wall Street. Promować regionalne układy płacowe w branżach dotychczas nieobjętych nimi. Przeforsować solidny, ogólnokrajowy program urlopów rodzicielskich i inne rozwiązania tego rodzaju.
Jak powiedział mi jeden ze starszych działaczy Partii Republikańskiej w sprawie populizmu: „Byłoby mądrze zacząć ją [Kamalę Harris] obchodzić z lewej flanki już teraz”.
Sohrab Ahmari
tłum. Magdalena Okraska
Tekst pierwotnie ukazał się na stronie internetowej Compact Magazine w sierpniu 2024 r. Zdjęcie w nagłówku tekstu: Wikipedia.
Sohrab Ahmari to Amerykanin pochodzenia irańskiego, nawrócony z islamu na katolicyzm, publicysta i redaktor pism mainstreamowych (Wall Street Journal, New York Post), autor kilku książek (najnowsza to „Tyranny, Inc.: How Private Power Crushed American Liberty – and What to Do About It”, współpracownik konserwatywno-katolickich czasopism First Things i The Catholic Herald, współzałożyciel populistycznego periodyku „Compact Magazine.
Przeczytaj także tekst o J. D. Vance’ie i jego wizjach populizmu.
przez redakcja | środa 4 września 2024 | aktualności
Duży producent z branży meblarskiej planuje spore zwolnienia.
Jak informuje portal Bankier.pl, nadchodzi restrukturyzacja firmy Fameg z Radomska. To jeden z największych w Europie producentów krzeseł z drewna giętego. Firma wystąpiła już do sądu z oficjalnym wnioskiem o restrukturyzację. W jej ramach pracę ma stracić nawet 80 osób.
Firma należy do grona europejskich liderów swojej branży, czyli produkcji krzeseł z drewna giętego. Około 55% dochodów czerpie z eksportu. W ubiegłym roku sprzedała ok. 240 tysięcy krzeseł. Jednak w ostatnim czasie przechodzi problemy i notuje straty. Jej obecny dług to 2,3 mln netto.
Do sądu trafił wniosek zarządu firmy o układ z wierzycielami. Firma chce rozłożyć zadłużenie na raty. Jedną z części restrukturyzacji są zwolnienia grupowe. Mają objąć ok. 80 osób spośród 600-osobowej załogi.
przez redakcja | środa 4 września 2024 | aktualności
Nowe rozwiązanie ułatwia konsumentom dochodzenie swoich praw.
Jak informuje portal Dla Handlu, od tygodnia funkcjonuje nowa możliwość dochodzenia przez konsumentów swoich praw w obliczu ich naruszenia. Formuła, wymuszona przez dyrektywę unijną, jest zwana „powództwami przedstawicielskimi”, a w Polsce nosi nazwę „nowych postępowań grupowych”. Polega na tym, że w przypadku przekonania o naruszeniu praw konsumentów mogą oni złożyć w co najmniej 10 osób pozew w danej sprawie. Przy czym kluczowe jest to, że w ramach nowego rozwiązania taki pozew może złożyć tzw. podmiot upoważniony, czyli np. uznana organizacja pozarządowa, która w imieniu konsumentów przygotowuje pozew i wszystkie formalności.
– „Ufam, że nowe rozwiązania usprawnią obecny system dochodzenia roszczeń. Czekamy na podmioty upoważnione, by wpisać je do rejestru i wspierać w wytaczaniu powództw grupowych przed sądami. Liczę na powództwa, w których pozywający będą od nieuczciwych przedsiębiorców żądać konkretnych roszczeń na rzecz konsumentów, np. zwrotu określonej kwoty, wymiany towaru czy rozwiązania umowy. Może to być dodatkowym wsparciem konsumentów w skutecznym egzekwowaniu prawa. Z pewną ciekawością podchodzę również do potencjalnych pozwów, w których podmiot upoważniony będzie mógł zażądać od przedsiębiorcy zaprzestania stosowania określonej praktyki. W niektórych sprawach mogą to być działania uzupełniające nasze postępowania” – powiedział portalowi Dla Handlu Tomasz Chróstny, prezes UOKiK.
Nowe rozwiązanie różni się od zwyczajnych pozwów zbiorowych na przykład kwestią finansową. Konsument nie jest stroną postępowania i nie ponosi jego kosztów. Jego jedynym wydatkiem może być koszt przystąpienia do grupy, którą pobiera podmiot upoważniony. Ustawa określa maksymalny próg opłaty – 5 proc. wartości roszczenia, a zarazem nie więcej niż 1000 zł w sprawach o roszczenia niepieniężne oraz 2000 zł o pieniężne. Jeśli powództwo przedstawicielskie będzie wytaczał Rzecznik Finansowy poszkodowani nie zapłacą nic.
Podmiotami upoważnionymi są wszystkie te, które Prezes UOKiK wpisze do stosownego rejestru lub które Komisja Europejska zakwalifikuje do wykazu organizacji mogących działać w grupowych postępowaniach transgranicznych. Z urzędu takim podmiotem jest Rzecznik Finansowy. Poszkodowanym przysługuje prawo zmiany podmiotu upoważnionego, jeśli nie będą z niego zadowoleni. Podmiot upoważniony może działać nie tylko z inicjatywy konsumentów, którzy się do niego zgłoszą, ale także samemu inicjować takie postępowania, gdy uzna, że naruszane są prawa jakiejś grupy konsumenckiej. Przedmiot interwencji może mieć charakter zarówno krajowy, jak i dotyczyć zjawiska ponadkrajowego na terytorium UE. UOKiK będzie natomiast sprawdzał, czy pozew nie jest inspirowany przez podmioty prowadzące działalność konkurencyjną wobec skarżonej firmy.
Zakres dochodzenia swoich praw jest szeroki i dotyczy szeregu produktów, usług, branż itp.
przez redakcja | wtorek 3 września 2024 | aktualności
Na północnym wschodzie Polski kilka krajowych podmiotów łączy siły, aby zyskać konkurencyjność wobec wielkich sieci handlowych.
Jak informuje Portal Spożywczy, do Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów wpłynął wniosek o koncentrację polegającą na utworzeniu wspólnego przedsiębiorstwa zakupowego. Siły chcą połączyć Zbigniew Paczóski i SPS Handel, czyli założyciele sieci Topaz, PGS (TopMarket) oraz Powszechna Spółdzielnia Spożywców „Społem” w Białymstoku.
Podmioty te działają na rynku detalicznego handlu spożywczego w Polsce północno-wschodniej i bazują na kapitale krajowym. Samodzielnie każdy z tych podmiotów jest zbyt mały, aby wynegocjować z producentami duże upusty cenowe, dlatego trudno im być konkurencyjnymi wobec wielkich sieci handlowych. Ma to zmienić połączenie sił. Sprawi ono, że wspólnicy zyskają większe rabaty i będą mogli obniżyć ceny w swoich placówkach handlu detalicznego.
Podmioty założycielskie tego sojuszu prowadzą po kilkadziesiąt sklepów w regionie, a niektóre z nich także hurtownie oraz punkty gastronomiczne. W ramach porozumienia zakupowego jest planowane także stworzenie marki własnej obejmującej część asortymentu.
przez Michał Rydlewski | niedziela 1 września 2024 | opinie
Jednym z istotniejszych procesów zachodzących w zachodniej kulturze ponowoczesnej jest proces jej umagicznienia. Mamy do czynienia z powrotem magii.
Określenie „powrót” może sugerować, że magia zniknęła, kulturowo nas opuściła. To określenie nie jest błędne, ale nie oddaje faktycznej obecności magii, albowiem ona zawsze z nami była, np. jako zasób jednostki w radzeniu sobie ze światem w sytuacjach granicznych, niepewnych, emocjonalnie trudnych, a także tych wszystkich, w których zawodzi myślenie racjonalne. Praktykujemy myślenie magiczne, czy zdarza się nam to czynić, obok innych form myślenia, już nie magicznych, a racjonalnych.
Nie zawsze badacze kultury, nawet antropolodzy kulturowi, zwracali na tę obecność należytą uwagę. W dużej mierze porzucili tematykę, odnotowując jedynie obecność „magii zdegradowanej”, lecz już nie tej traktowanej „na serio”. Uznano magię, mniej lub bardziej wprost, za kulturowy relikt. Nic bardziej mylnego.
Dlaczego mamy do czynienia z powrotem magii w naszej kulturze?
To m.in. wynik „odczarowania” świata, jego zracjonalizowania, unaukowienia, stechnicyzowania, zlaicyzowania. W efekcie tego stał się on martwy, materialny, pozbawiony duszy. Żyje w nim człowiek coraz bardziej samotny, depresyjny, zindywidualizowany, wykorzeniony z natury i kultury, z językiem na brodzie goniący za sensem, pozbawiony wspólnot jako kotwic pewności i tożsamości, coraz bardziej wylękniony. Dlatego szuka pociechy w myśleniu magicznym, nie zawsze zdając sobie z tego sprawę. Kultura ponowoczesna stwarza taki stan emocjonalny dla jednostki, w której ta po prostu potrzebuje magii. To ona potrafi zapewnić poczucie bezpieczeństwa psychicznego jednostce oraz daje poczucie wpływu (sprawczości) na świat, w którym funkcjonuje. Z marginesu kultury magia przesuwa się do centrum.
W jakich praktykach, procesach i zjawiskach mamy do czynienia z powrotem magii?
Rzecz jasna pierwsze na myśl przychodzi ożywienie wszelkich praktyk zodiakarskich, wiara w moc kamieni, cały „przemysł szczęścia”, w tym mindfulness, ale także afirmacje i wizualizacje, w których ujawnia się wiara we wszechmoc myśli, przekonanie, że myślą, słowem i obrazem stworzonymi w głowie można wywołać realny efekt w rzeczywistości, np. przyciągnąć pieniądze.
Ale obecność myślenia magicznego można odnaleźć w samym sercu nauki, czego przykładem jest paradygmat posthumanistyczny, który uważam za swoistą magię humanistów. Paradygmat ten, czyli pewien sposób postrzegania oraz opisu rzeczywistości zaciera granice pomiędzy człowiekiem a innymi bytami, stawiając je na równi. „Nowy animizm”, jako część tego paradygmatu (a ma on swoje różne odmiany), przypisuje życie bytom, które z racjonalnego punktu widzenia nie są ożywione, np. rzeczom. Badacze tego paradygmatu chcą po prostu opisać świat naszej kultury jako świat podobny światu animistycznemu. Jak twierdzi jeden z twórców tego paradygmatu, nadajemy imiona samochodom. Dla społeczności plemiennych to, co my nazywamy naturą, jest żywe w tym sensie, w jakim żywy jest człowiek. Z tego względu proponują oni nowy język (oraz zbiór metafor), jak np. „osoby nieludzkie”. Ten „nowoanimistyczny” słownik to równość i tożsamość wszelkich bytów. Nie ma w nim miejsca – i być nie może – na żadną różnicę. Nie zna on terminów „natura” i „kultura”, „podmiot” i „przedmiot”, „fikcja” i „realnosć”, „sztuczne” i „naturalne”. Świat bez takich rozróżnień ontologicznych przypomina schemat świata magii opisywany przez klasyków myśli antropologicznej, w którym antropomorfizuje i ożywia się wszelkie byty.
Przyjrzę się bliżej tej właśnie odmianie paradygmatu posthumanistycznego oraz konsekwencjom, a dokładniej pewnej ich części, do jakich on prowadzi, albo może prowadzić, co w ostateczności odbije się na jakości nauki dostarczającej wiedzy społeczeństwu, które za tę refleksję płaci. Wszak humanistykę uprawia się na uniwersytecie, a ten utrzymywany jest z podatków obywateli.
Żeby dłużej nie pozostawać na poziomie abstrakcji przyjrzę się kilku posthumanistycznym artykułom naukowym, aby dać próbkę tego myślenia. Przykładem będą m.in. rzeki jako osoby nieludzkie. To temat obecnie bardzo modny.
Aby traktować rzeki jak ludzi, tj. osoby, namawia m.in. Anna Barcz. Jej zdaniem rzeki, np. Odra, mają własny język, różny od języka ludzi, w którym komunikują swoją osobowość i humory: mogą być zamyślone lub wściekłe. Zdaniem Barcz, to poeci i pisarki (np. Olga Tokarczuk) najlepiej rozumieją ten język i dokonują „najwierniejszego” ich przekładu. Swój tekst kończy słowami: „Rzeka to dobro nie tylko przyrodnicze, a nasza kultura nie jest uboga w magiczne, opiekuńcze względem przyrody tradycje. Wręcz przeciwnie. Dlatego jestem zwolenniczką mityzowania przeszłości, która przetrwała w rozmaitych rytuałach i nadrzecznych przypowieściach i która odzywa się w tkance współczesnej literatury głosem Odry jako łagodnego, choć zagrożonego, zwierzęcia” (Anna Barcz, „Łagodne monstrum rzeki”, „Czas Kultury” nr 19, 2022).
Anna Barcz przywołuje w swoim artykule „szamana” Roberta Rienta, który wystosował w imieniu osobo-rzeki petycję do Rządu Rzeczypospolitej Polskiej, aby uznać ją za osobą prawną. Kłopotliwe wydaje mi się jego sformułowanie, że człowiek może mówić w imieniu bytów pozaludzkich, np. raków, tataraku etc. Żeby mówić w ich imieniu, musi potrafić się z nimi, raz, komunikować, a dwa: ustalić, jaki interes mają rak lub tatarak. Bez przekonujących argumentów na rzecz tej tezy, jeśli chcemy w ogóle mówić o racjonalności i nauce, trudno uznać tę ludzką kompetencję za bezproblemową. Kto ma takie kompetencje? Jak je wyznaczyć i zdefiniować? Dlaczego mam „na wiarę” uznać, że potrafi to Riental?
Ponadto Riental miesza dwa porządki, analogicznie zresztą jak Barcz, czyli uznania rzeki za osobę prawną z osobą w sensie ludzkim, co jest animizowaniem rzeki. O ile mogę zaakceptować pierwszą, to trudno mi zaakceptować drugą, jeśli chcę pozostać podmiotem racjonalnym, a nie stać się magicznym. Osobą w sensie prawnym jest np. korporacja, ale nikomu do tej pory nie przychodziło do głowy, żeby traktować ją jako człowieka.
Rozumiem, że można być ich rzecznikiem na zasadzie uczynienia z rzek osób prawnych w celu troski o nie, ale trudno mi sobie wyobrazić komunikację z osobo-rzeką, jako coś innego niż poetycko-magiczny wgląd, imputację kulturową typu magicznego. Rzecz jasna, dla ludzi określonych kultur, w tym także z przeszłości naszej własnej, rzeki mogą być bytami żywymi i czującymi jak ludzie, np. w bajkach. Jednak nie mieści się to, przynajmniej w tym momencie i w na szerszą skalę powszechnie respektowanych i akceptowanych przekonań, w porządku normatywnym współczesnej kultury europejskiej.
Podsumowując, mamy do czynienia z jawną likwidacją racjonalności na rzecz magiczności, która jest wprost formułowana jako nowy, animistyczny pożądany porządek normatywny mający zastąpić dotychczasowy.
Analogicznym przykładem jest artykuł Anny Nacher „Antropocen nad Missisipi – język rzeki”. Krakowska kulturoznawczyni rozpoczyna tekst pytaniem, czy Missisipi – rzeka, podstawowy mit założycielski Stanów Zjednoczonych, posiada własny głos, stawiając jednocześnie następujące pytania: „Gdzie tego głosu albo tych głosów szukać i jak je wyłowić? Dlaczego warto, stawiając to pytanie, rozważyć ryzykowny zabieg przeniesienia go na grunt racjonalności wymykającej się kolonialnym, zachodnim modelom wiedzy i jak ustrzec się przy tym pułapki taniego, eklektycznego ezoteryzmu?” („Kultura Współczesna”, nr 1, 2021). Jej zdaniem do zadawania takich pytań zachęca sama rzeka.
Nacher kończy swoje rozważania wprost przyznając, że używa mitycznej koncepcji teorii aktora-sieci. Jest to o tyle istotne, że badacze tego paradygmatu nierzadko zaprzeczali, iż ożywiają myślenie magiczne – dzisiaj czynią to już bez problemu. Jej zdaniem, ta teoria dobrze oddaje „od zawsze” istniejące formy wiedzy, które nie kategoryzowały bytów np. na martwe i żywe. W tym sensie Nacher nie tylko ożywia animizm, analogicznie jak czynili to twórcy tego paradygmatu, ale zachęca, abyśmy odrzucili myślenie naukowe i zaczęli myśleć magicznie, np. przyznając miejscom sprawczość identyczną, jaką posiadają ludzie. W takiej perspektywie autorytetem są sami krajowcy oraz ich przedstawiciele w postaci pisarek i poetek, którzy uważają, iż rzeka nie tylko płynie, ale jest świadoma tego, że płynie, co więcej: jest zdolna do komunikacji i wyrażania. Jak usłyszeć to, co mówi rzeka? Jak twierdzi Nacher: „Aby usłyszeć głosy rzeki, potrzebna jest cisza i wytrwałość w zaangażowanym jej słuchaniu, także wtedy, kiedy jest jedyną odpowiedzią na zadawane pytania. Cisza, która meandruje i zmienia natężenie, generuje nowe wyspy i odsłania nowe kształty brzegu; ta, która nie pozwala łatwo zbudować mostów, i ta, która daje szansę na porozumienie i zrozumienie”.
To w zasadzie nic innego, jak przyznanie, że w trybie naukowym, uprawianym na uniwersytecie, ożywiamy, reanimujemy animizm, aby zobaczyć, jak świat wygląda naprawdę (w trybie realistycznym). A wygląda on tak, że rzeka ma świadomość, że płynie oraz potrafi nam to zakomunikować, bo tak mówią nam ludzie, z którymi rozmawiamy.
Dlaczego, w imię czego, mam się stawać magiczny? Zmieniać jedną ontologię, tj. umeblowanie świata, na drugą? Dlaczego mam się stać kimś innym niż jestem? Z poetyckich sformułowań Anny Nacher, i przywołania poetki jako naukowego autorytetu, dowiedziałem się dokładnie tyle samo, ile z „taniej ezoteryki”, czyli nic (w każdym razie nic konkretnego), poza retorycznym zapewnieniem mnie, że rzeka ma swój język i osobowość oraz czegoś chce. Jak sprawdzić i udowodnić, iż rzeka ma świadomość tego, że płynie? Jaki jest jej język i ile ich jest? Co sama rzeka mówi o sobie? Co o sobie ujawnia? Ile jest dyskursów tej rzeki? Kto je wyznacza? Rzeka czy Nacher? Jak metodologicznie ćwiczyć to zaangażowanie?
Z artykułu Nacher dowiedziałem się czym jest rzeka dla krajowców (o czym można przeczytać w książkach etnograficznych) oraz że trzeba się w nią wsłuchać. To wniosek z czteromiesięcznego pobytu. Oto przykład, które mógłbym mnożyć przez wiele stron, jak poeta zastępuje antropologa, a antropologia staje się literaturą.
W tym sensie magiczna odmiana posthumanizmu nie jest, wbrew temu, co twierdzą niektórzy przedstawiciele tego paradygmatu, końcem postmodernizmu. Wręcz przeciwnie, jest jego kontynuacją oraz radykalizacją w co najmniej jednym aspekcie: zatarciu granic pomiędzy nauką a literaturą – zatarciu tak istotowego, że to, co wolno w literaturze, wolno też w nauce. A zatem wolno wszystko, gdyż w literaturze autora krępuje tylko jego wyobraźnia.
Spora część posthumanistów, jawnie lub milcząco, zastępuje kulturę naukową, opartą na racjonalności, logice, argumentach, intersubiektywności – kulturą literacką. To, że antropolog pisze, nie oznacza jeszcze, że jest pisarzem. To, że literatura też jest formą poznania, nie oznacza jeszcze, że nauka musi się stać literaturą, bo to dwa różne typy poznania.
Chciałbym teraz przedstawić kilka konsekwencji, które mogą stać się rzeczywistością, jeśli pomysły „nowych animistów” zyskają popularność.
Pierwszą konsekwencją jest to, że rozwala się, czy rozmywa, porządek normatywny, dzięki któremu funkcjonujemy oraz komunikujemy się w tym samym świecie. Posthumaniści chcą umagicznić kulturę do tego stopnia, że będziemy mieli do czynienia z dwoma porządkami normatywnymi, a w efekcie nieustannym negocjowaniem znaczeń, np. czy rzeczy widzą, czują, myślą, mówią (co i do kogo?). Zaczniemy zamieszkiwać dwa światy, albo inaczej: dwa istniejące do tej pory porządki, magiczny, funkcjonujący w literaturze, oraz racjonalny, uczynimy równouprawnionymi, zamażemy istniejące do tej pory pomiędzy nimi różnice. Komunikacja będzie utrudniona, a być może stanie się niemożliwa, gdyż np. dla mnie stół będzie martwą rzeczą, a dla kogoś będzie ożywiony.
Druga konsekwencja to zboczenie z drogi podstawowych wyznaczników refleksji naukowej, a zastąpieniem jej po prostu własnymi (najczęściej traktowanymi jako biologiczno-cielesne) emocjami, czuciem i wyobrażeniami estetycznymi: w tym sensie nauka staje się literaturą.
Trzecia to zboczenie z drogi humanistyki mówiącej o człowieku w relacjach ze światem, zawsze przez niego społecznie naznaczanym. Posthumaniści zakochali się w bytach i osobach nieludzkich: zwierzętach, częściach krajobrazu, np. lasach, rzekach oraz przedmiotach, pozostawiając na boku człowieka jako nieinteresującego, nie wartego uwagi, który najlepiej aby zniknął.
Tę kwestię widać znakomicie w tekstach Ewy Domańskiej, naczelnej polskiej posthumanistki. W jednym z artykułów napisała wprost, że nie interesują jej zmiany społeczne, tj. jak rzecz działa na człowieka i człowiek na rzecz, jak konstruują swoje światy oraz tożsamości, ale rzeczy same (organiczne i nie-organiczne). Twierdzi, że nie ominiemy antropomorfizowania, ale istotniejsze jest to, czego możemy się od rzeczy nauczyć. Tak, tak! Obserwowanie zachowania rzeczy jako bytów intencjonalnych względem siebie może nas czegoś nauczyć. Do opisu ich relacji najlepsza jest chemia. Interesują ją m.in. następujące pytania: „Jak procesy fizycznego i chemicznego oddziaływania wpływają na zmianę koloru, rozpad rzeczy czy na mineralizację szczątków. Jak na przykład wykonana z brązu ozdoba poddana wpływowi wilgoci wpływa na srebrną monetę? Albo, jak pozostawiony między kartkami pamiętnika zasuszony liść wpływa na jego istnienie? Albo jak rzeczy oddziaływując na siebie, zostawiają na sobie różnego rodzaju odciski, rysy; jak się wzajemnie niszczą i tworzą. Dla każdego, kto wie coś na temat procesów chemicznych, nie jest to nic nowego, ale spójrzmy na tę kwestię w kontekście zagadnienia relacji między rzeczami” (Ewa Domańska, „Problem rzeczy we współczesnej archeologii” [w:] „Rzeczy i ludzie. Humanistyka wobec materialności”, red. J. Kowalewski, W. Piasek, M. Śliwa, Olsztyn 2008).
To naprawdę zadziwiające: zanimizować sobie świat rzeczy i zajmować się nimi jak ludźmi. W tym sensie Domańska proponuje „ucieczkę od człowieka” przy jednoczesnym upodmiotowieniu rzeczy poprzez animizm. W tym sensie zamienia człowieka na rzecz, ale, aby być bardziej precyzyjnym, na rzecz jako człowieka. Nie protestuje przeciwko twierdzeniu, że rzeczy mogą być, czy już są, ciekawsze niż ludzie: wręcz wita to z entuzjazmem (Ewa Domańska, „Historie nie-konwencjonalne. Refleksja o przeszłości w nowej humanistyce”, Poznań 2006, s. 127). O ile za poznawczo wartościowe uważam opisy relacji człowiek – byty pozaludzkie, to skupianie się, i zastępowanie badania owej relacji badaniem samych rzeczy dla nich samych, uważam za aberrację prowadzącą do uznania humanistyki za – w gruncie rzeczy – zabawę, rozrywkę służącą przeżywaniu rzeczywistości opartą na własnym, estetycznym jej wyobrażeniu (jak u Domańskiej właśnie).
Czwarta konsekwencja uwidacznia, że posthumanistyczne umagicznienie jest niczym innym jak projektem tożsamościowo-klasowym o charakterze indywidualistyczno-estetycznym. Daje on sporej części badaczy, w większości badaczek, możliwość poprzeżywania piękna świata natury, tj. poprzytulania drzew, wsłuchania się w rzeki, w trybie jak najbardziej realistyczno-naiwnym (jest tak, jak czuję), gdyż pomijającym fakt, iż w kulturach regulowanych magią nie ma piękna: jej narodziny są związane – właśnie – z odczarowaniem świata (Andrzej P. Kowalski, „Mit i piękno. Z badań nad pochodzeniem sztuki”, Bydgoszcz 2013). Mamy zatem „nowy animizm” jako projekt estetyczny, a zatem ściśle nowoczesny, który powinien być odrzucony. Odrzuciwszy go jednak posthumanista nie mógłbym przeżywać świata tak, jak chce to czynić (to jeden z wielu paradoksów myśli posthumanistycznej).
Nie mam absolutnie nic przeciwko, aby czynić tak w sferze prywatnej, „zaczarować” świat na własny użytek, przeżywać świat natury jako piękny. Sam tak czynię, uważam, że trudno funkcjonować bez pewnej „porcji” magii w różnych aspektach naszego życia. Bardzo lubię czytać literaturę opartą na myśleniu magicznym, właśnie jako alternatywę dla świata nowożytnej racjonalności i „bezduszności” techniki (tak np. rolę magii widzi Byung-Chul Han). Uniwersytet jest jednak od badania magii, a nie od jej uprawiania w trybie indywidualistycznym, gdyż to uprawienie magii de facto służy tylko uprawiającemu: jego potrzebie przeżywania świata, o którym może nam poetycko opowiedzieć. Od tego jest literatura, a nie nauka, która nie może, i nie powinna, w tym zakresie konkurować z literaturą. Skończy się to zresztą tym, że lepszym wyborem będzie poczytanie Tokarczuk niż czytanie humanistów, bo ta pierwsza zrobi to lepiej.
Piątą konsekwencją jest postępujące umagicznienie i generowanie coraz dziwaczniejszych pomysłów. Spora część polskich humanistów zakochała się nie tylko w rzeczach, ale w coraz bardziej odlotowych, wręcz kosmicznych pomysłach, które im dalej od człowieka i od rzeczywistości przez niego przeżywanej, tym lepiej. Przypomina to zabawę bez konsekwencji, w której można mówić wszystko, łącznie z tym, jak u Grahama Harmana, że rzeczy bawią się w chowanego. W końcu wyzwoliliśmy rzeczy spod panowania człowieka! Niech żyje nowa ontologia zorientowana na obiekt! Teraz będziemy pisali o życiu manekinów (jako osobach nieludzkich), jak robił to Bruno Schulz, i zgarniali za to doktoraty i habilitacje z nauk humanistycznych.
Nie uważam, jak głosi wielu posthumanistów, szczególnie posthumanistek, że potrzebujemy nowych utopii, „kosmicznego” odlotu, śmiałych pomysłów, w tym radykalnego zerwania z tym, co był do tej pory w paskudnej antropocentrycznej humanistyce albo poszukiwaniu nadziei w psychodelikach. Wręcz przeciwnie! Potrzeba więcej takich książek, jak np. „Łowcy, zbieracze i praktycy niemocy” Tomasza Rakowskiego, „Etnografia globalnego kapitalizmu” Miłosza Miszczyńskiego czy „Powrót do kwestii robotniczej” Stephane’a Beaud i Michela Pialoux. Mniej odlotu, a więcej kontaktu z rzeczywistością społeczną zwykłych ludzi. Myślę bowiem, że mało ich interesuje doświadczenie profesor uniwersytetu, która opisuje, co czuje, gdy rośnie trawa czy wieje wiatr albo jak przechodzi metamorfozę w niedźwiedzicę.
Wydaje się, że powoli rozpoznaje się stan rzeczy, w którym literackie umagicznienie jest absolutną stratą czasu oraz poznawczej uwagi. Przykładem może być Ewa Bińczyk, która w jednym ze swoich artykułów omawia oraz poddaje krytyce książkę pt. „Planetarna myśl społeczna” autorstwa Nigela Clarka i Bronisława Szerszynskiego. Jednym z wątków jej krytyki jest antropomorfizacja Ziemi, jakiej dokonują autorzy, albowiem antropomorfizują w narracji siły planetarne i samą planetę. Piszą na przykład, że Ziemia „zapomina”, „mówi przez nas” lub „odkrywa, jak inaczej robić to, co robi”, jest też odczuwająca i autodociekliwa. Bińczyk stwierdza, że „[…] bez przekonujących przykładów autodociekliwości planety retoryka tego typu sprowadza się do pustosłowia i wiedzie do zaprzepaszczenia energii intelektualnej autorów oraz czytelników” (Ewa Bińczyk, „Planetarna myśl społeczna oraz wystudzanie wzrostu”, „Studia Socjologiczne” nr 3, 2022).
Bliżej Ewie Bińczyk do stanowiska szwedzkiego antropologa i badacza studiów nad nauką oraz technologią, Alfa Hornborga, podkreślającego, że w obliczu powagi i bezprecedensowości planetarnego kryzysu środowiskowego potrzebujemy humanistyki dużo bardziej ambitnej niż zazwyczaj, która nie będzie marnowała energii intelektualnej na poetyckie skojarzenia czy niejasny żargon.
Już czas nie tylko na przemyślenie, i to krytyczne, posthumanizmu, szczególnie jego magicznej odmiany. A przede wszystkim na refleksję nad klasowym wymiarem uprawiania humanistyki, która coraz bardziej zadowala interesy osobowościowo-tożsamościowe samych uprawiających, na które zrzucają się ci, który nic z tego nie dostają. Poza poezją – i to nie zawsze udaną.
I na koniec jeszcze jedna kwestia: jeśli zaakceptujemy proces umagicznienia kultury, czyli rezygnacji z racjonalnej kontroli naszych argumentów, to będzie można powoływać się na różne wcześniejsze tradycje rozumiane jako nasz zasób kulturowy. W tym sensie można odwoływać się do tradycji chrześcijańskiej (zresztą uznającej komunikację z osobami nieludzkimi, jak zwierzęta), bo jeśli można odwoływać się do jednych tradycji magicznych, to dlaczego nie do religijnych, jeśli obie są poza kontrolą racjonalności naukowej? Część posthumanistów o poglądach progresywno-liberalnych straciłaby argument przeciwko niedopuszczaniu w mury akademii np. egzorcystów. Bo jeśli dopuszczamy na serio rozmowę o osobowości rzek, to dlaczego nie dopuścić rozmowy o opętaniach i istnieniu demonów? Słowem: prasłowiańskie i pogańskie wierzenia tak, ale już nie chrześcijańskie? To pokazuje ideologiczne uwikłanie takich nurtów. Dlaczego opiekunki rzek mogą istnieć, a anioły już nie?
dr Michał Rydlewski
Tekst jest skróconą wersją artykułu „Pigmalionizm – posthumanistyczne zboczenie” [w:] „Fantazje, zboczenia, ekstrawagancje”, M. Czapiga-Klag, M. Rydlewski, Wydawnictwo Uniwersytetu Wrocławskiego, Seria: „Colloquia Anthropologica et Communicativa”, t. 15, Wrocław 2024.
Grafika w nagłówku tekstu: Willgard Krause z Pixabay
przez redakcja | niedziela 1 września 2024 | aktualności
W lipcu został pobity miesięczny rekord kwot pożyczonych w instytucjach pozabankowych.
Biuro Informacji Kredytowej poinformowało, że w lipcu 2024 udzielono przez instytucje pozabankowe 1,216 miliona pożyczek o łącznej wartości 1,883 miliarda złotych – informuje portal gazeta.pl. Ta pierwsza liczba nie jest rekordowa – samych podwyżek jest mniej o 7,9% niż rok wcześniej. Za to ich wartość wzrosła o niemal 32% w ciągu roku! Jeszcze gorzej wygląda kwestia porównania dłuższego okresu. Od stycznia do lipca 2024 roku podmioty pozabankowe udzieliły pożyczek na kwotę o niemal 75% wyższą niż w analogicznym okresie roku 2023.
Lipcowa rekordowa kwota pożyczek w takich podmiotach objęła 1,336 mld w gotówce – rok do roku jest to wzrost o ponad 49%. Średnia wartość pożyczki gotówkowej w lipcu 2024 r. wyniosła 2684 zł – to wzrost o niemal 18% wobec lipca 2023.
przez redakcja | niedziela 1 września 2024 | aktualności
Znacząco wzrosła wobec poprzedniego roku liczba osób rozważających emigrację zarobkową.
Z najnowszych badań na zlecenie agencji pracy Trenkwalder, omawianych przez portal Puls HR, wynika, że emigracji zarobkowej nie wyklucza aż 72% ankietowanych Polaków i Polek. Nie oznacza to oczywiście, że aż tyle osób konkretnie planuje emigrację zarobkową. Jest to jednak znaczący wzrost wobec takich samych badań przeprowadzonych rok temu. Wówczas odsetek niewykluczających emigracji zarobkowej był o aż 17 punktów procentowych mniejszy.
Dość niewielki wzrost nastąpił w kwestii wyjazdów krótkoterminowych – kwartalnych i półrocznych. Zauważalnie więcej osób rozważa wyjazd do pracy na rok. Za wzrost wskaźnika ogólnego odpowiadają w większej mierze głosy osób niewykluczających dłuższych wyjazdów w celach zarobkowych.