przez redakcja | środa 2 października 2024 | aktualności
Akcja strajkowa pracowników łódzkiego MOPS-u przeciwko liberalnym władzom była legalna – orzekł sąd.
Jak informuje Radio Łódź, sąd właśnie orzekł, że legalny i zgodny z prawem był strajk pracowników Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej w Łodzi. Legalność strajku kwestionowały liberalne władze tego miasta i jego prezydent Hanna Zdanowska z Platformy Obywatelskiej.
Strajk miał miejsce wiosną 2022 roku. Pracownicy domagali się podwyżek płac i polepszenia warunków zatrudnienia. Po fiasku wielu negocjacji i nie mogąc się doczekać spełnienia swoich oczekiwań, podjęli akcję strajkową.
W odpowiedzi na strajk, władze miasta rządzonego przez koalicję PO i lewicy skierowały do sądu wniosek o stwierdzenie legalności protestu. W opinii ich i dyrekcji MOPS przedłużająca się akcja strajkowa pracowników socjalnych miała negatywny wpływ na funkcjonowanie ośrodka. A nawet, jak twierdzono, strajk stanowił „zagrożenie dla życia i zdrowia mieszkańców miasta”.
Na wniosek władz miasta w lipcu 2022 roku Sąd Okręgowy w Łodzi wydał postanowienie o zakazie prowadzenia strajku do czasu prawomocnego zakończenia postępowania sądowego o ustalenie, czy protest jest legalny. Po wydanym postanowieniu sądu strajkujący zostali wezwani do powrotu do obowiązków służbowych.
Dzisiaj wiemy już, że strajk był legalny i uprawniony. Według sędzi Agnieszki Domańskiej-Jakubowskiej powództwo miasta w tej sprawie było niezasadne. „Spory pomiędzy pracodawcą a związkiem zawodowym reguluje ustawa o rozwiązywaniu sporów zbiorowych z 23 maja 1991 roku. W przepisach tej ustawy nie ma odesłania do artykułu 189 KPC, jak również sama ta ustawa nie daje roszczenia o ustalenie legalności strajku. Dlatego też przede wszystkim z tych przyczyn sąd stanął na stanowisku, że to roszczenie jest niezasadne”.
Wyrok nie jest prawomocny. Strajkujący czekają na jego uprawomocnienie i nie wykluczają wznowienia akcji strajkowej.
przez redakcja | środa 2 października 2024 | aktualności
Wskaźnik dokumentujący nierówności społeczne bardzo spadł w ciągu ostatnich ośmiu lat i jest w Polsce jednym z najniższych w UE.
Jak informuje portal Obserwator Gospodarczy, Polska jest obecnie jednym z najbardziej egalitarnych krajów UE pod względem dochodu rozporządzalnego gospodarstw domowych. Tak wynika z danych Eurostatu. Na ich podstawie oszacowano tzw. wskaźnik Giniego, który mierzy nierówności społeczne. W Polsce ten wskaźnik znacząco zmalał w ciągu ostatnich ośmiu lat.
Współczynnik Giniego w 2023 roku wyniósł w Polsce 27. Ten poziom i poniżej niego jest uznawany za zalecany, wręcz idealny. Średnia dla UE jest gorsza i wynosi 29,6 – pisze Obserwator Gospodarczy. Z danych portalu wynika, że Polska należy obecnie do europejskich krajów o najniższych nierównościach społecznych. Lepiej od nas wypada tylko sześć krajów. Liderem równości jest Słowacja, za nią sytuuje się Słowenia, a trzecie miejsce przypadło Belgii. Na przeciwległym biegunie krajów najbardziej nierównych lideruje Bułgaria, a za nią są Litwa i Łotwa.
Polska jest w tak dobrej sytuacji od niedawna. Jeszcze w roku 2015 zajmowaliśmy 21. pozycję na 27 krajów unijnych. Nasz ówczesny wskaźnik wynosił 30,6. Dzisiejsze siódme miejsce to ogromny awans, trzeci największy wśród ogółu krajów UE. W tym czasie nierówności wzrosły w ośmiu krajach Unii. Trzynaście z nich ma wskaźnik nierówności powyżej średniej europejskiej, m.in. Hiszpania, Włochy i Francja.
przez redakcja | wtorek 1 października 2024 | aktualności
W ciągu miesiąca oraz rok do roku znacznie zmalała liczba ofert o pracę.
Jak informuje portal Business Insider, liczba ofert zatrudnienia skierowanych do urzędów pracy zmalała w sierpniu wobec lipca aż o 18 proc. Z kolei w porównaniu z sierpniem 2023 roku była niższa o ponad 16 proc. Tak wynika z raportu Biura Inwestycji i Cykli Ekonomicznych (BICE). Takie wyniki świadczą o problemach polskiego rynku pracy.
W ostatnich miesiącach bezrobocie nie spadło mimo iż corocznie występuje jego spadek, spowodowany zatrudnieniem sezonowym w okresie wakacyjnym. Wedle raportu BICE w sierpniu w porównaniu z lipcem wzrosła liczba zarejestrowanych bezrobotnych. Wskaźnik Rynku Pracy (WRP), informujący o przyszłych zmianach wielkości bezrobocia we wrześniu, wzrósł o 1 punkt i wyniósł w sierpniu 71,2 pkt. To drugi miesiąc wzrostu wskaźnika, a skala zmian odnotowana we wrześniu była blisko dwukrotnie większa niż przed miesiącem.
Nie napawają optymizmem także inne wskaźniki. Po uwzględnieniu wahań sezonowych, w czerwcu zsumowana kwota wypłaconych zasiłków dla bezrobotnych wzrosła o 3,3 proc., w lipcu o 10 proc., a w sierpniu o 5,6 proc. Jedyny pozytywny wskaźnik mówi, że przewaga firm planujących zwolnienia nad odsetkiem tych zamierzających zwiększać zatrudnienie zmniejszyła się w ostatnim miesiącu o około 2 pkt proc. – z 9 pkt proc. w sierpniu do prawie 7 pkt we wrześniu.
przez redakcja | poniedziałek 30 września 2024 | aktualności
Największym zmartwieniem dla wielu Polaków są tej jesieni bieżące rachunki i opłaty – wynika z nowych badań.
Jak informuje portal Money.pl, niemal połowa Polaków wskazała, że największym wyzwaniem finansowym jesienią 2024 roku są dla nich bieżące opłaty i rachunki. Tak wynika z nowych badań Instytutu Badań Rynkowych i Społecznych (IBRiS) na zlecenie Santander Consumer Banku. Takie wskazanie wybrało 49% ankietowanych.
Na drugim miejscu ankietowani wskazali codzienne wydatki, np. na jedzenie czy środki czystości. To wskazanie 30% badanych. Z kolei trzecie miejsce i 20% wskazań dotyczyło zakupu ciepłych ubrań i obuwia. Dopiero dalsze miejsca zajęły wydatki mniej „doraźne”: remont mieszkania czy domu (23 proc.), zakup lub naprawa samochodu (po 17 proc.), a także wydatki związane z edukacją (13 proc.).
przez redakcja | poniedziałek 30 września 2024 | aktualności
Dzisiaj odbył się strajk ostrzegawczy w Wydawnictwie Bauer.
Eskaluje spór między pracownikami a właścicielami Wydawnictwa Bauer. Dzisiaj, po fiasku kolejnych rozmów w sprawie płac i warunków zatrudnienia, doszło do dwugodzinnego strajku ostrzegawczego.
Jak informuje Polska Agencja Prasowa, przed podpisaniem protokołu rozbieżności odbył się strajk oraz pikieta związkowców w Wydawnictwie Bauer. Od 20 marca 2024 trwa spór zbiorowy między związkowcami z Inicjatywy Pracowniczej a Wydawnictwem Bauer i należącą do niego AKPA Press Polska.
Konflikt ma głównie podłoże płacowe. Związek zawodowy Inicjatywa Pracownicza, który działa w Bauerze od stycznia 2023 r., oczekuje: 1000 zł podwyżki, utworzenie Funduszu Świadczeń Socjalnych i siatki płac. – „Płace w Wydawnictwie Bauer i agencji AKPA są niskie. Przez całą dekadę, od 2012 do 2022, nie było żadnych podwyżek. Wielu pracowników z długim stażem zarabia najniższą krajową lub nieco więcej. Obie spółki zatrudniają ok. 470 pracowników” – powiedziała PAP Anita Zuchora, dziennikarka miesięcznika „Pani”, członkini prezydium Komisji Międzyzakładowej Związku Zawodowego Inicjatywa Pracownicza.
16 września odbyło się spotkanie mediacyjne. Strony nie osiągnęły porozumienia i dzisiaj został spisany protokół rozbieżności ze wskazaniem wzajemnych stanowisk. Związkowcy przeprowadzili dwugodzinny strajk ostrzegawczy.
– „Przedstawiciele pracodawców, podobnie jak podczas trzech spotkań w ramach rokowań, odmówili realizacji naszych postulatów. Ku zaskoczeniu wyznaczonego przez Ministerstwo Pracy, Rodziny i Polityki Społecznej mediatora Pawła Śmigielskiego odwołali także wstępne ustalenia z poprzedniego spotkania. Na pierwszym spotkaniu mediacyjnym padła wstępna deklaracja utworzenia Funduszu Świadczeń Socjalnych w kompromisowym kształcie zaproponowanym przez związek zawodowy w wysokości 75 proc. tego, co zakłada ustawa z ZFŚS” – wyjaśnia Anita Zuchora.
przez redakcja | niedziela 29 września 2024 | klasyka, opinie
„Klasa pracująca Warszawy wita radośnie i serdecznie prastarą ziemię śląską, powracającą do Polski.
Jesteśmy zadowoleni, że wypadki ostatnich tygodni nie doprowadziły do wojny, chcemy mieć z Czechosłowacją jak najlepsze stosunki sąsiedzkie, nie chcemy, żeby Czechosłowacja padła, żeby stała się łupem zaborczości niemieckiej – łupem hitleryzmu”.
Tymi słowy zakończył prezes Centralnego Komitetu Wykonawczego Polskiej Partii Socjalistycznej, tow. Tomasz Arciszewski, zagajenie olbrzymiego zebrania zorganizowanego przez Towarzystwo Uniwersytetu Robotniczego w sali teatru „Wielkiej Rewii” pod hasłem: Prastara ziemia śląska łączy się z Polską.
W przemówieniu swoim przypomniał tow. Arciszewski cały ogrom pracy socjalistów polskich w sprawie Śląska Zaolziańskiego. W zastępstwie tow. Kotarby, który nie mógł przybyć do Warszawy, przemawiał tow. Mecner, redaktor „Robotnika Polskiego”:
„Historia walk Śląska dowiodła niezbicie, że lud nasz jest najbardziej oddany Polsce i najwierniejszy ideałom Demokracji i Socjalizmu. Na nim spoczywał cały ciężar walki o polskość i do ostatniej chwili tę rolę swoją spełniał”.
Tow. Mecner omawia dalej wielką rolę, jaką w walce robotników śląskich odegrały nasze organizacje. „Jesteśmy Polakami szczerymi – mówi – jesteśmy szczęśliwi, że przekazaliśmy naszą ziemię Rzeczypospolitej i jesteśmy przygotowani jednocześnie na to, że mogą nas spotkać niespodzianki, ale stajemy do waszej dyspozycji gotowi z wami walczyć i zwyciężać.
Chcemy pracować dla Polski, chcemy, żeby Polska była silna i szczęśliwa. Robotnik śląski dowiódł, że umie o Polskę walczyć. Ma prawo żądać, żeby nie decydowano o nim bez niego. Nie może mu się stać w Polsce żadna krzywda. Ma swoje postulaty, dotyczące uregulowania kwestii waluty, zapobieżenia drożyźnie, dostosowania zarobków do jego warunków, zagwarantowania ruchu jego kopalń, swobody ruchu klasowego i socjalistycznego”.
Przemówienie tow. Mecnera sala przyjęła długo niemilknącymi oklaskami.
Następnie mówca dr. Jarosz w pięknym przemówieniu przedstawia zebranym „wiano, które przyniósł Polsce lud śląski”. Przyniósł je Polsce, bo wytrwał. I przykład Śląska Zaolziańskiego jeszcze raz dowodzi, że najpewniejszym gwarantem obrony bytu narodowego są właśnie masy ludowe. „Nikt z przeciwników naszych nie zaprzeczy, że władzy Rzeczpospolitej ziemię śląską oddają nie wyższe sfery społeczne zniemczone i sczechizowane, ale właśnie robotnik śląski”.
Ostatni mówca, tow. Kazimierz Pużak, stwierdza, że „sprawa śląska nie jest sprawą skończoną. Śląsk Zaolziański łączy się ściśle ze Śląskiem Górnym, krwawiącym się niesprawiedliwą granicą z Niemcami hitlerowskimi, które wypowiedziały polskości i sprawie robotniczej walkę na śmierć i życie. Nie wolno nam zapominać, że polityka polska osiągnęła sukces dzięki temu, że w ostatniej niemal chwili zdobyła się na samodzielność i niezależność od Hitlera, który w Monachium zapomniał o Śląsku Zaolziańskim. Ale pamiętał o Polsce lud śląski przez sześć wieków. I z dystansu tych sześciu wieków patrzy na nas mit ludu polskiego, który pozbawiony łączności z innymi klasami społeczeństwa, zniemczonymi i sczechizowanymi – trwał, dobywając węgiel, w którym zaklęty był ogień jego wielkości”.
„W momencie, kiedy robotnik śląski oddaje swoją ziemię Rzeczypospolitej, »opinijka« polska musi zaprzestać poklepywania go po ramieniu. Polska ma wobec niego obowiązki – musi mu dać możność życia w pełni jego pracy i wolności, w pełni praw. Udzielenie tych praw nie może być uzależnione od nacisku opinii społecznej”.
Następnie mówca przechodzi do związanych ze sprawą Śląska zagadnień międzynarodowych, wskazując na zakłamanie polityki międzynarodowej i upadek myśli politycznej, którego obrazem było oświadczenie Anglii, że „o rzeczy małe, o sprawy małe, o małe narody Anglia bić się nie będzie”. Na tle tego upadku jeszcze piękniej, jeszcze wspanialej odcina się postawa ludu, nad którym mogą nawet w pewnych okresach historycznych triumfować wszyscy, a który trwa niezłomnie i niezłomnie wierzy w chwilę wyzwolenia. Tak było właśnie z ludem zaolziańskim. I tak jest z każdą walką ludu.
Wszystkie przemówienia spotkało entuzjastyczne przyjęcie ze strony zebranych tłumów robotniczych. Okrzykami na cześć robotników Śląska Zaolziańskiego i na cześć Socjalizmu zebranie zakończono.
Powyższy tekst ukazał się pierwotnie w dzienniku „Robotnik”, centralnym organie prasowym Polskiej Partii Socjalistycznej, nr 286/1938, 10 października 1938 r. Od tamtej pory nie był wznawiany, poprawiono pisownię według obecnych reguł. Przypominamy go w 86. rocznicę odzyskania Zaolzia przez Polskę.
przez redakcja | piątek 27 września 2024 | aktualności
Jedna z największych polskich elektrowni węglowych zostanie szybko zamknięta.
W ostatnich tygodniach pojawiły się pogłoski o likwidacji elektrowni i ciepłowni w Rybniku. To największa elektrownia węglowa na Górnym Śląsku oraz jedna z największych w Polsce. Pogłoski wywołały protesty i apele do władz – pisaliśmy o tym tutaj. Niestety potwierdził się najgorszy scenariusz.
Prezes publicznej spółki PGE Górnictwo i Energetyka Konwencjonalna Jacek Kaczorowski poinformował radnych Rybnika, że elektrownia węglowa zakończy pracę wraz z końcem roku 2025. Ciepłownia ma działać pół roku dłużej. Pod koniec roku 2028 ma ruszyć nowy blok gazowo-parowy, ale skala jego działalności będzie znacznie mniejsza niż likwidowanych instalacji.
Elektrownia i ciepłownia zatrudniają bezpośrednio około 500 osób, ale wraz z podwykonawcami i kooperantami jest to liczba trzykrotnie wyższa. Gdyby doliczyć wpływ pensji pracowniczych na miejsca pracy niezwiązane z zakładem (zakupy produktów i usług), mowa prawdopodobnie o kilku tysiącach osób. Pracę przy nowym bloku gazowo-parowym ma znaleźć zaledwie maksymalnie 80 osób, po co najmniej trzech latach od zamknięcia bloków węglowych.
Cała sprawa ma jeszcze jeden aspekt. Podczas wczorajszego protestu pracowników elektrowni Ireneusz Oleksik, przewodniczący „Solidarności” w zakładzie, powiedział: „Spalamy rocznie ok. 1,5 mln ton węgla. To wydobycie ok. dwóch kopalń. W związku z tym, jeśli nie będzie spalania tego węgla, to nie będzie zbytu na ten węgiel. Nie będzie zbytu, nie będzie kopalni”.
Według porozumienia społecznego zawartego przez rząd Prawa i Sprawiedliwości z branżą górniczą i energetyczną elektrownia węglowa w Rybniku miała działać co najmniej do roku 2030, a przed upływem terminu miała zostać stworzona analiza wskazująca, czy zasadne nie będzie przedłużenie tego terminu. Obecny rząd i zależny od niego koncern PGE wypowiadają to porozumienie.
Zdjęcie w nagłówku tekstu: Autorstwa Dusty132 – Praca własna, CC BY-SA 4.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=50228972
przez redakcja | piątek 27 września 2024 | aktualności
Ponad 40% Polaków uważa, że w ciągu ostatniego roku ich sytuacja finansowa uległa pogorszeniu.
Jak informuje portal 300gospodarka, badanie Związku Przedsiębiorstw Finansowych w Polsce oraz Instytutu Rozwoju Gospodarczego Szkoły Głównej Handlowej pokazuje znaczny spadek pozytywnych ocen własnej kondycji finansowej w III kwartale roku 2024.
Wśród ankietowanych aż ponad 40% uznało, że w ciągu ostatniego roku ich sytuacja finansowa uległa pogorszeniu. Tylko 22% badanych uznało, że w ciągu roku ta kwestia uległa w ich życiu poprawie. Tak duże wskaźniki osób przekonanych o pogorszeniu ich sytuacji notowano poprzednio w pandemii oraz w obliczu szoku inflacyjnego. Tymczasem ostatni rok był znacznie bardziej spokojny w kwestii występowania nagłych czynników.
Najgorzej oceniają sytuację osoby w wieku 30-49 lat. Wśród nich niemal 34% uważa, że sytuacja finansowa w ciągu roku pogorszyła się bardzo.
Gdy zapytano o prognozy na przyszłość, niemal 40% badanych uznało, że w ciągu kolejnego roku sytuacja ich budżetów domowych ulegnie dalszemu pogorszeniu. To wzrost pesymizmu o 4,3 punktu procentowego wobec II kwartału bieżącego roku. więcej niż w II kw. 2024 r., i tyle samo co przed rokiem. Optymistami jest 23,9% ankietowanych. Znowu najwięcej pesymistów jest w grupie wiekowej 30-49 lat – niemal 29% z nich sądzi, że w ciągu roku sytuacja pogorszy się bardzo, a ponad 36% kolejnych, że pogorszy się trochę.
przez redakcja | czwartek 26 września 2024 | aktualności
Dobra wiadomość: struktury związku zawodowego powstały w branży słabo uzwiązkowionej.
Jak informuje portal Tysol.pl, w sieci odzieżowej C&A rozpoczęła działalność NSZZ „Solidarność”. Inicjatorami założenia związku byli pracownicy z Katowic, którzy stworzyli pierwsze komisje zakładowe. „Myśl o założeniu związku dojrzewała w nas od dłuższego czasu, ale prawdziwy impuls pojawił się w zeszłym roku, gdy pracodawca wprowadził zmiany, na które nie mieliśmy wpływu” – mówi Iwona Swoboda, przewodnicząca „Solidarności” w C&A Polska.
Ważnym aspektem była także kwestia wolnych niedziel w handlu. Pracownicy są zaniepokojeni informacjami, że mogą one zostać zlikwidowane. „Przyłączymy się do akcji w obronie wolnych niedziel. Każdy, kto pracuje w handlu, wie, jakie to jest ważne. Wolna od pracy niedziela to dzień oddechu, czas spędzony z rodziną. Nie wyobrażamy sobie, że ktoś nam to teraz zabierze” – mówi Iwona Swoboda.
Organizacja swoim zasięgiem obejmuje sklepy sieci w całej Polsce. Chcą mieć wpływ na wysokość wynagrodzeń, system premiowania, wprowadzenie dodatków stażowych i zwiększenie obsady w sklepach. „Jesteśmy w trakcie zbierania informacji z poszczególnych sklepów. Pracownicy piszą, co chcieliby poprawić i właśnie te kwestie powtarzają się najczęściej. Odzew na nasze e-maile jest bardzo duży” – mówi portalowi liderka związku.
Sieć C&A ma w Polsce 50 sklepów.
przez redakcja | czwartek 26 września 2024 | aktualności
Stowarzyszenie Ekspertów i Menedżerów Transportu Szynowego proponuje sposób na uratowanie PKP Cargo.
Przypomnijmy, że PKP Cargo znajduje się w trudnej sytuacji. Jej skutkiem są masowe zwolnienia z pracy, dotyczące kilku tysięcy ludzi, czyli 30% załogi, a także likwidacji zakładów naprawczych spółki w całej Polsce. Przyczyny problemów firmy, nie mające wiele wspólnego z wywodami liberalnych mediów, wyjaśniał na naszych łamach jeden z najlepszych w Polsce znawców tematyki kolejowej: tutaj.
Tymczasem Stowarzyszenie Ekspertów i Menedżerów Transportu Szynowego zaproponowało prosty sposób na poprawę kondycji spółki. Jak informuje Kolejowy Portal, stowarzyszenie skierowało pismo do ministra infrastruktury Dariusza Klimczaka. Napisało w nim: „A gdyby tak Pan Minister postanowił, że wszystkie masowe surowce, materiały i półfabrykaty, niezbędne do realizacji inwestycji kolejowych, takie jak kruszywa, żwiry, podkłady kolejowe, szyny i inne, będą transportowane wyłącznie koleją? Obecnie tak nie jest”.
Zdaniem autorów listu, obecnie znaczna część surowców, półproduktów i materiałów do remontów i utrzymania linii kolejowych w Polsce jest transportowana ciężarówkami. Chodzi o 1 milion ton rocznie. Uważają oni, że znaczną część tego można przewozić koleją. Ich zdaniem PKP Cargo ma odpowiedni sprzęt, tabor i kadry, aby tego dokonać. W efekcie uratowano by wiele miejsc pracy oraz zwiększono wpływy z opłat za transport kolejowy. Oczywisty jest także aspekt korzyści ekologicznych takiego rozwiązania.
Obecnie w celu remontów, modernizacji itp. na kolei do transportu materiałów wybierane są ciężarówki. Dzieje się tak ze względu na niższe koszty. Jak przekonują jednak autorzy listu, „Transport ciężarówkami jest tańszy, ponieważ ich właściciele nie płacą za korzystanie z infrastruktury dróg publicznych, natomiast przewoźnicy kolejowi płacą wysokie opłaty za dostęp do torów, nawet gdy przewożą ładunki dla samej kolei”. Pytają także: „Czy nie zgadza się Pan, że w takiej sytuacji zwalnianie pracowników i zlecanie znacznej części przewozów ładunków, niezbędnych dla samej kolei, transportowi samochodowemu jest trudne do zrozumienia?”.
Stowarzyszenie pisze też, że „Poprawiłoby to bezpieczeństwo na drogach, a infrastruktura autostrad, tras szybkiego ruchu i pozostałych dróg publicznych, budowana wielkim wysiłkiem finansowym państwa, nie ulegałaby przyspieszonej degradacji technicznej. Rozbudowywana i modernizowana infrastruktura dróg publicznych powinna służyć co najmniej dwóm pokoleniom obywateli. Drogą do tego jest ograniczenie liczby ciężarówek przewożących masowe surowce i materiały. Takie są przecież również wytyczne UE, nakazujące zmniejszenie o co najmniej 30% ilości ładunków przewożonych drogami. Warto zacząć od tego, by surowce i materiały niezbędne dla samej kolei były przewożone koleją. Przewoźnicy kolejowi zapłacą PKP PLK opłaty za korzystanie z torów. Takich opłat nie uiszczają przewoźnicy samochodowi, a co więcej, nie płacą ich nawet zarządcy dróg publicznych, ponieważ na zdecydowanej większości dróg publicznych (ponad 99% ich długości) kierowane przez Pana Ministerstwo nie pobiera od przewoźników samochodowych żadnych opłat infrastrukturalnych”.
przez redakcja | środa 25 września 2024 | aktualności
Pracownicy, mieszkańcy i władze miasta obawiają się, że elektrownia węglowa w Rybniku zostanie zlikwidowana wcześniej niż zapowiadano.
Jak informuje portal rybnik.com.pl, w Rybniku z coraz większym niepokojem przyjmowane są pogłoski o likwidacji lokalnej elektrowni węglowej. W zakładzie, należącym do publicznego koncernu PGE, planowano dotychczasową formułę działania co najmniej do roku 2030. Obecnie pojawiły się opinie, że może on zostać zamknięty już na koniec przyszłego roku. Władze koncernu nie zdementowały tych pogłosek.
Rybnicka elektrownia węglowa jest największą na Górnym Śląsku i jedną z największych siłowni systemowych w Polsce. Zatrudnia bezpośrednio 500 osób, a licząc z podwykonawcami i kooperantami nawet trzykrotnie więcej. Dotychczas mowa była o tym, że będzie ona pracowała co najmniej do roku 2030. Pojawiły się jednak obawy, że koniec jest bliższy.
Zdaniem informatorów portalu decyzje już zapadły, a przedstawiciel koncernu miał je przekazać prezydentowi miasta. Radni Rybnika, Andrzej Sączek, Andrzej Wojaczek i Karol Szymura 12 września złożyli wspólną interpelację do prezydenta miasta o wystosowanie ponad podziałami politycznymi apelu do Donalda Tuska w sprawie utrzymania mocy produkcyjnej energetyki konwencjonalnej opartej na węglu kamiennym w Elektrowni Rybnik do minimum 2030 roku. „Proponujemy wystosować powyższy apel ponad podziałami politycznymi, uwzględniając dobro naszego miasta, pracowników, otoczenia biznesowego w tym przemysłu górniczego i mieszkańców korzystających zarówno z energii elektrycznej, jak i ciepła systemowego”.
Poseł Prawa i Sprawiedliwości Bolesław Piecha wystosował w tej sprawie interpelację do premiera Tuska. Na konferencji prasowej w Rybniku powiedział: „Niedawno, bo dwa lata temu obchodziliśmy 50-lecie rozpoczęcia pracy tej elektrowni i tu nagle się okazuje, że za 15 miesięcy mamy mieć pogrzeb. To są dane bardzo bulwersujące, tym bardziej że one rodzą się nie wiadomo gdzie, nie wiadomo kto je komunikuje i nie wiadomo dlaczego tak, a nie inaczej. o, że odchodzimy od energii opartej na węglu – wiadomo, i nikt tego w Polsce nie kwestionuje. To, że mamy określone zobowiązania, również w Unii Europejskiej – o tym wiemy. To, że mamy, podobnie jak inne kraje europejskie, określone ambicje klimatyczne, niezależnie od tego, kto o tym sądzi – to też wiemy. Natomiast pojawiła się dziwna data”.
Na najbliższej sesji Rady Miasta w dniu 26 września głos zabiorą przedstawiciele wspólnej reprezentacji wszystkich związków zawodowych działających w elektrowni. Przed budynkiem urzędu miasta będzie w tym czasie trwała demonstracja związkowców.
Zdjęcie w nagłówku tekstu: Kamil Czaiński, Wikipedia.pl
przez redakcja | środa 25 września 2024 | aktualności
Pracownicy PKP Cargotabor w Olsztynie i Szczecinie boją się całkowitej likwidacji zakładów.
Jak informuje „Gazeta Olsztyńska”, pracownicy PKP Cargotabor w stolicy Warmii obawiają się likwidacji zakładu i tego, że wszyscy stracą pracę. To skutek zapowiedzi masowych likwidacji i zwolnień w oddziałach tej spółki zależnej PKP Cargo. Pisaliśmy o tym zamiarze tutaj.
Olsztyński zakład PKP Cargotabor, zajmujący się naprawami i renowacjami wagonów kolejowych, zatrudnia 107 osób. Wszyscy oni boją się utraty pracy. Podczas niedawnego wiecu przed halami remontowymi zgromadziła się załoga firmy i podzieliła swoimi obawami.
Jeden z pracowników, Ireneusz Piotrowski, mówił: „Wzięliśmy urlopy, oddaliśmy premie, żeby firma przetrwała. Teraz dowiadujemy się, że to wszystko na nic”. Nawiązał do tego, że w maju zatrudnieni zaakceptowali cięcia wynagrodzeń o 20%, zrezygnowali z premii i urlopów oraz zgodzili się na redukcję załogi o jedną trzecią. Teraz dochodzą do nich pogłoski o likwidacji całej Sekcji Północnej PKP Cargo, w tym zakładu w Olsztynie. Inny z pracowników dodawał: „Mam 55 lat. Pracuję tu od 15 roku życia. Gdzie teraz znajdę pracę? W Olsztynie i Iławie nie ma pracy dla ludzi w naszym wieku i z tak zrujnowanym zdrowiem”.
Zakład w ubiegłym roku naprawił 280 wagonów. W tym wojskowe, bo jest ulokowany blisko ważnego strategicznie Przesmyku Suwalskiego. W dodatku ma kontrakty na obsługę wagonów z pobliskiego węzła transportowego, gdzie rozdzielane są towary przywożone z Chin. Jak by tego było mało, zakład wytwarza samodzielnie części zamienne, więc jego likwidacja oznacza, że całe PKP Cargo będzie je nabywało w cenach komercyjnych u zewnętrznych dostawców.
Podobne nastroje są w Szczecinie, gdzie w obronę lokalnych zakładów PKP Cargotabor włączyła się zachodniopomorska „Solidarność”. Tam z kolei, jak informuje specjalne oświadczenie, zagrożonych jest 150 miejsc pracy, w tym jedyne w Polsce miejsce napraw i remontów kilku typów platform i węglarek. Związkowcy napisali: „wliczając zawieszone w kwietniu premie, nagrody i nadgodziny, pracownicy dla ratowania swoich miejsc pracy obniżyli swoje pobory o około 40 procent. Jak się dowiadujemy, ich poświęcenie na nic się zdało, ponieważ Zarząd PKP Cargo w dniu 17 września podjął decyzję o likwidacji czterech oddziałów, w tym szczecińskiego Cargotaboru”.
przez redakcja | środa 25 września 2024 | aktualności
W zakładzie Stellantis w Gliwicach nagle straci pracę 500 osób.
Jak informuje portal Business Insider, zapowiedziano nagłe zwolnienia w fabryce koncernu samochodowego Stellantis w Gliwicach. Pracę do końca miesiąca straci aż 500 osób. To już kolejna taka likwidacja w przemyśle motoryzacyjnym w Polsce w tym roku.
Rzeczniczka Stellantis przekazała portalowi, że decyzja jest związana z ogólną sytuacją popytową na produkty tej branży, a także z wymogami Unii Europejskiej odnośnie do wymogu szybkiego przejścia na produkcję samochodów wyłącznie elektrycznych.
500 osób straci pracę zaledwie półtora roku po tym, gdy zakład zatrudnił 600 osób i wprowadził pracę na trzeciej zmianie. Teraz ta zmiana ma zostać całkowicie zlikwidowana.
przez redakcja | niedziela 22 września 2024 | aktualności
Protest pracowników polskich zakładów firmy Beko przybiera na sile.
Przed kilkoma dniami gruchnęła koszmarna informacja. Firma Beko zlikwiduje dwa swoje polskie zakłady i zwolni z pracy 1800 osób – pisaliśmy o tym tutaj.
Ta zapowiedź spotkała się już z reakcją. W Łodzi, gdzie pracę ma stracić 1100 osób z Beko, miał miejsce protest pracowników wspieranych przez związkowców z „Solidarności”. Portal Tysol.pl przytacza ich słowa: „Oszukali nas. Obiecali nam świetlaną przyszłość, obiecali nam złote góry, a potem z dnia na dzień powiedzieli, że zamykają ten zakład. Zostajemy tak naprawdę bez niczego. Mieliśmy umowy na stałe, stabilizację, w tych czasach bardzo potrzebną. Przecież tu pracują małżeństwa, starsi pracownicy, którzy są kilka lat przed emeryturą. Sytuacja jest dramatyczna, a rynek pracy nie oferuje nam zbyt wiele” – mówiła Magdalena Ledzion, samotnie wychowująca dzieci matka, która w fabryce w Łodzi przepracowała 17 lat.
Podczas demonstracji pracownik Artur Wojtas mówił Tysolowi: „Zostaliśmy potraktowani bardzo źle. O zamknięciu zakładu i tym, że tracimy pracę, dowiedzieliśmy się z dnia na dzień. Ale dziś zebrała się duża grupa pracowników. Głęboko wierzymy, że zakład zostanie uratowany. Musimy tylko o to zawalczyć”.
Pracownicy domagają się odstąpienia od likwidacji zakładu. Uważają, że przedstawiane mediom informacje właściciela o nierentowności tego oddziału Beko są dalekie od prawdy. Uważają oni, że firma powinna szukać nabywcy, aby utrzymać produkcję AGD. – „Nie może tak być, że przychodzi właściciel i mówi: likwidujemy, sprzedajemy. Ale wcześniej ten sam pracodawca korzystał z ulg podatkowych. Jesteśmy tu, żeby Wam pomóc, ale to od was będzie zależało, czy wygracie, czy nie” – mówił podczas demonstracji Waldemar Krenc, przewodniczący Zarządu Regionu Ziemia Łódzka „Solidarności”.
Natomiast Sebastian Grabarczyk, przewodniczący „Solidarności” w Beko w Łodzi, mówił Tysolowi: „Jeśli to się nie uda, będziemy walczyć o godne odprawy i godne warunki odejścia”. Powiedział on Polskiej Agencji Prasowej, że każdy pracownik powinien otrzymać co najmniej 50-krotność ostatniej pensji. Sytuacja zwalnianych będzie trudna. Wielu z nich to osoby niemłode. – „Gdzie teraz taki człowiek, który spędził całe swoje życie tutaj, ma znaleźć pracę? Gdzie znajdą pracę ludzie, którzy mają pięć czy cztery lata do emerytury?” – mówiła Paulina Szrenik z działu jakości.
Produkcja w Beko w Łodzi ma potrwać do końca kwietnia przyszłego roku.
przez redakcja | niedziela 22 września 2024 | aktualności
W sobotę protestowali pracownicy Miejskiego Przedsiębiorstwa Wodociągów i Kanalizacji w Warszawie.
Jak informuje portal Tysol.pl, w sobotę odbył się protest pracowników MPWiK w Warszawie. Zorganizowały go oba związki działające w tym podmiocie – „Solidarność” oraz Konfederacja Pracy. Związkowcy akcentowali kilka kwestii, w tym zwalnianie z firmy członków „Solidarności” ze złamaniem prawa związkowego, brak podwyżek, brak dodatków do pensji za pracę w warunkach szkodliwych.
Przewodniczący NSZZ „Solidarność” Miejskiego Przedsiębiorstwa Wodociągów i Kanalizacji w Warszawie mówił podczas demonstracji: „Jesteśmy zaniepokojeni pogarszającymi się z roku na rok osiągnięciami finansowymi spółki. Drugi rok z rzędu firma posiadająca majątek w wysokości 2,7 mld zł netto notuje straty. Powoduje to uzasadnione obawy pracowników i związków zawodowych o przyszłość spółki i stabilność zatrudnienia”.
Zwracał on uwagę także na brak dialogu społecznego ze strony władz firmy oraz utrudnianie przeprowadzenia związkom sporu zbiorowego. Podkreślał także, iż w przedsiębiorstwie nie ma jasnych zaszeregowań dla poszczególnych grup pracowników, co staje się pretekstem dla braku podwyżek płac. Podkreślił rosnące różnice w zarobkach, a podawana przez zarząd średnia zarobków ma wynikać z tego, że rośnie liczba stanowisk kierowniczych oraz etatów biurowych, które ciągną średnią w górę podczas gdy płace pracowników fizycznych są znacznie niższe. Jego zdaniem konieczna jest interwencja prezydenta Warszawy, aby zarząd firmy podjął wreszcie działania zgodne z postulatami związkowców.
Przemawiał także przewodniczący Regionu Mazowsze „Solidarności”, Dariusz Paczuski: „Trzeba wreszcie usiąść do stołu i rozmawiać, ale z szacunkiem dla pracownika, drugiego człowieka i kolegi z pracy. Pani prezes, to, że pani pełni funkcję prezesa, a ktoś jest hydraulikiem, księgowym to nie znaczy, że szacunek mu się nie należy. Rozmawiać trzeba z każdym w imię dobrej sprawy, znalezienia kompromisu, który pozwoli pani pracownikom żyć godnie i nam mieszkańcom w tym wspaniałym mieście. Bez tych ludzi, bez pani pracowników tej godności nie zaznamy. Bez ich pracy to miasto nie istnieje. Im się odrobina szacunku należy”.
Z kolei przewodniczący NSZZ „Solidarność” Miejskiego Przedsiębiorstwa Wodociągów i Kanalizacji w Warszawie mówił: „Dwóch naszych kolegów z komisji zakładowej zostało zwolnionych ze złamaniem prawa związkowego. W sądzie pracy usłyszeliśmy, że za takie sprawy ludzie nie kwalifikują się nawet do nagany, a co dopiero do zwolnienia. Niestety ich stanowiska pracy są likwidowane, tak, że nawet gdyby sąd przywrócił ich do pracy, oni nie mają do czego wracać”. Dodał też: „Domagamy się płacenia za dyżury domowe, kiedy pracownik jest pod telefonem w każdej chwili gotowy na wezwanie do pracy, także w dni wolne i święta”.
przez redakcja | piątek 20 września 2024 | aktualności
26 września pracownicy PKP Cargo i Poczty Polskiej będą wspólnie protestować przeciwko zwolnieniom z tych podmiotów.
Jak informuje portal Tysol.pl, w czwartek 26 września przed siedzibą Ministerstwa Infrastruktury w Warszawie odbędzie się pikieta w obronie praw pracowniczych i związkowych pracowników PKP Cargo. Związkowców wspierać będą ich koledzy i koleżanki z Krajowego Sekretariatu Łączności NSZZ „Solidarność”.
Następnie uczestnicy przejdą pod budynek Ministerstwa Aktywów Państwowych, gdzie będą wspólnie protestować przeciwko zwolnieniom w Poczcie Polskiej. W sierpniu spółka poinformowała o uruchomieniu programu dobrowolnych odejść pracowniczych, który ma objąć 9300 osób, a więc około 15 procent załogi Poczty Polskiej.
Z kolei w PKP Cargo zwolnienia dotyczą aż 30% zatrudnionych. Związkowcy z „Solidarności” informują, że w ramach tego procederu dochodzi do koszmarnych wydarzeń. Zwalniani są jedyni żywiciele rodzin, osoby w zaawansowanym wieku i związane z firmą przez dekady, a nawet osoby chronione specjalnymi przepisami – kobiety w ciąży i działacze związkowi.
przez redakcja | piątek 20 września 2024 | aktualności
W sierpniu nastąpił największy od 24 lat ubytek etatów w ciągu miesiąca.
Jak informuje portal Gazeta.pl, w sierpniu miało miejsce fatalne i dawno niewidziane zjawisko na rynku pracy. W ciągu miesiąca o niemal 19 tysięcy ubyło etatów. Tak dużej skali szybkiego zmniejszenia zatrudnienia nie było od roku… 2000. Z kolei rok do roku zatrudnienie w firmach większych, mających 10 lub więcej pracowników, zmalało o 0,5%. Od początku roku liczba zatrudnionych w sektorze przedsiębiorstw obniżyła się łącznie o 46 tys., z czego 26 tys. ubyło w przemyśle.
Najszybciej ubywa miejsc pracy w rolnictwie, przemyśle i transporcie. W przetwórstwie przemysłowym w ciągu miesiąca zlikwidowano 10 300 etatów – bądź to zwalniając pracowników, bądź nie zatrudniając nowych w miejsce odchodzących np. na emerytury. 3100 etatów zlikwidowano w branży transportu i gospodarki magazynowej.
Analitycy rynku twierdzą, że sporo tych tendencji to efekt zwolnień w PKP Cargo i Poczcie Polskiej. Dodajmy od siebie, że w sierpniu 2024 dopiero ruszały zwolnienia w obu przedsiębiorstwach, więc podane wskaźniki prawdopodobnie dotyczą w znacznej mierze innych firm.
przez redakcja | piątek 20 września 2024 | aktualności
Badanie Najwyższej Izby Kontroli stwierdziło liczne uchybienia w szpitalach.
Jak informuje portal Forsal.pl, najnowszy raport NIK przynosi kiepskie wieści na temat opieki szpitalnej. W niemal 30% badanych placówek stwierdzono naruszanie praw i godności pacjentów.
NIK zbadał wybrane 18 szpitali w całej Polsce pod kątem traktowania pacjentów. W niemal 30% placówek stwierdzono brak godnych warunków pobytu. Obejmowało to lekceważenie ich praw, godności i intymności. Brak było sanitariatów dostępnych dla osób z niepełnosprawnościami, brak możliwości skorzystania z nich w zamknięciu, brak parawanów oddzielających łóżka i pozwalających na intymność. Zdarzał się też nieuzasadniony monitoring wizyjny, naruszający prywatność leczonych.
W raporcie czytamy m.in.: „Jeden z rażących przykładów nierespektowania tego prawa dotyczył Szpitala Bielańskiego w Warszawie. Na Oddziale Ginekologiczno-Położniczym sala do porodów martwych znajdowała się w bezpośrednim sąsiedztwie sali, w której odbywały się porody żywych dzieci. Obie sale były tak ulokowane, że pacjentki w nich rodzące mogły mieć ze sobą bezpośredni kontakt i słyszeć siebie nawzajem”.
Do najczęstszych form naruszania praw pacjentów było prawo do informacji. W aż 65% badanych placówek nie było wymaganych prawem informacji, w tym dotyczących możliwości zapisania się na listę oczekujących na udzielenie świadczenia, zasad zapisów na porady i wizyty, zasad potwierdzania prawa do świadczeń czy udogodnień dla osób z niepełnosprawnościami.
W ponad jednej trzeciej badanych placówek pacjenci z kolei nie uzyskiwali pełnej informacji o czekających ich zabiegach podwyższonego ryzyka. Podobny był odsetek placówek, w których nie prowadzono wcale lub tylko cząstkowo monitoring oceny i skuteczności leczenia bólu. W ponad 40% badanych placówek luki w monitoringu dotyczyły stanu odleżyn i procesu ich leczenia.
przez Michał Rydlewski | piątek 20 września 2024 | opinie
Mój tekst ma dwie tezy.
Pierwsza mówi, iż nasza codzienność, w tym szczególnie różne przestrzenie, które przemierzamy i gdzie spotykamy się z innymi ludźmi, krok po kroku, w coraz szybszym tempie, zaczynają zamieniać się w nie-miejsca.
Druga teza jest związana z przyczynami owej zmiany, których upatruję w przemianie wartości kulturowych oraz sposobach komunikacji. Skutkują one kurczeniem się sfery symbolicznej kultury (J. Kmita) czy też sfery publicznej (R. Sennett), a co za tym idzie kłopotów komunikacyjnych, a nawet malejącej chęci podejmowania komunikacji międzyludzkiej. Coraz dalej posuwający się indywidualizm, wręcz hiperindywidualizm, czyli nastawienie tylko i wyłącznie na swoje Ja, sprawia, że przestajemy chcieć i potrafić komunikować się z innymi ludźmi. Ostatecznie grozi to kulturowym autyzmem i komunikacyjnym solipsyzmem, czyli rozpadem społeczeństwa na zbiór niepołączonych ze sobą jednostek. W tym sensie świat społeczny stanie się jednym wielkim nie-miejscem.
Po kolei.
Pojęcie nie-miejsca wprowadził francuski etnolog Marc Auge. Oznacza ono taką przestrzeń, w której ludzie są razem fizycznie, ale nic ich ze sobą nie łączy. Nie-miejsce gromadzi ludzi ze względu na określony cel, np. zakwaterowania, zakupów czy podróży. Z tego względu nie-miejsca to m.in. hotele, centra handlowe, lotniska, dworce kolejowe. Można nawet powiedzieć o tendencji łączenia nie-miejsc, np. jak we Wrocławiu, gdzie dworzec autobusowy jest w środku galerii handlowej. Słowem nie-miejsce to odwrotność miejsca, które jest oswojone, gdzie czujemy się u siebie, jesteśmy zadomowieni i mamy świadomość więzi z innymi ludźmi.
Czym jest sfera symboliczna kultury?
W rozumieniu polskiego kulturoznawcy Jerzego Kmity, oznacza ona konwencjonalny zasób wiedzy podzielanej przez użytkowników, którzy w procesie komunikacji wymieniają i wzajemnie interpretują, zgodnie z tymi konwencjami właśnie, dane symbole. Od posiadania tej wiedzy zależy wzajemne siebie zrozumienie, muszą zatem tę wiedzę intersubiektywnie podzielać, aby uchwycić sens danego działania komunikacyjnego.
Przykładowo intencjonalne „puszczenie oka”, czyli wtedy, kiedy robię to świadomie i celowo, a działanie to nie jest spowodowane tikiem czy faktem jego zabrudzenia (coś wpadło mi do oka), oznacza inicjowanie podrywu, gdyż tak to się robi w naszej kulturze, tj. istnieje w niej taka konwencja realizowana w odpowiednim miejscu i czasie, np. na dyskotece. Komuś, kto nie zna tej konwencji, „puszczenie oka” nic nie powie, gdyż nie rozumie on właśnie sfery symbolicznej, czyli do czego odsyła czy na co wskazuje gest zamknięcia powieki. A zatem żeby skutecznie się komunikować, tj. żeby ktoś zrozumiał, co intencjonalnie chcemy powiedzieć („Podobasz mi się”), musimy znać pewne reguły gry, jak w szachach. Nie mogę tego zakomunikować innym działaniem, np. pokazaniem języka.
Zdaniem Jerzego Kmity w kulturze ponowoczesnej mamy do czynienia z procesem kurczenia się sfery symbolicznej. W tym sensie mówi on o „kulturze bez symboli”. Chodzi m.in. o to, że w dobie indywidualizacji światopoglądów komunikacja staje się coraz trudniejsza i coraz częściej prowadzi do frustracji, albowiem jednostki ludzkie posiadają coraz mniej wspólnych konwencji i wartości oraz coraz trudniej dojść im do porozumienia. W takim ujęciu dalsze kurczenie się sfery symbolicznej może prowadzić do daleko idących negatywnych konsekwencji, w tym do chaosu komunikacyjnego, w którym poszczególne podmioty, uwolnione od zaplecza sfery symbolicznej, będą musiały podejmować niebywały trud, aby uzgodnić co, jak i dlaczego komunikują.
Weźmy przykład: otwieranie drzwi przez mężczyznę w celu przepuszczenia kobiety jako pierwszej. To norma grzeczności, w której zostałem wychowany. Dzisiaj może być ona potraktowana przez feministkę jako przejaw dyktatury patriarchatu i okazania mojej męskiej wyższości i cielesnej dominacji. A zatem nie przepuszczam w drzwiach kobiety jako pierwszej. W innym przypadku kobieta o raczej tradycyjnym podejściu, jeśli jej nie przepuszczę w drzwiach, uzna mnie jednak za chama. Aby nie dyskryminować kobiety (przypadek z feministką) lub nie popełnić kulturalnej gafy (nie-feministka) musiałbym za każdym razem pytać każdą kobietę o to, czy mogę lub też nie otworzyć jej drzwi, bo przecież nie jestem w stanie rozpoznać światopoglądu po wyglądzie, a zatem nie wiem, jak się zachować, jakie podjąć działanie, aby nie narazić się na negatywną ocenę.
W takich okolicznościach dwójka spotykających się osób, pozbawiona konwencji, czyli sfery symbolicznej, musi wszystko między sobą negocjować. Część badaczy wita to z entuzjazmem, albowiem w ich ujęciu to prawdziwa wolność: nie dławią nas już kulturowo-komunikacyjne nawyki, możemy dowolnie tworzyć swoje mini-wspólnoty (mniej lub bardziej trwałe). Zgoda, lecz nie dostrzegają, iż owe negocjowanie wymaga czasu, energii i chęci. Brak jednego z tych zasobów prowadzi do zaniku komunikacji, zaniechania jej. Nie ma w tym nic nadzwyczajnego, albowiem komunikacyjne wymyślanie świata codziennie na nowo byłoby koszmarem i wymagało ogromnych pokładów czasu i energii, których trwałość konwencji nam zaoszczędza. W tym sensie sfera symboliczna jest gorsetem, ale gorsetem koniecznym, a jego zupełne rozsznurowanie doprowadziłoby do niemożności komunikacji, bowiem każdy z każdym musiałby wszystko ustalać od początku.
Warto w kontekście powyższego przykładu podkreślić dwie istotne kwestie.
Po pierwsze nie idzie mi o ocenę samej konwencji, ile o fakt ich mnożenia. Faktem jest, że nasze światopoglądy się pluralizują (choć i zachodzi proces ich ujednolicania), a zatem i zmieniają się działania komunikacyjne: jakieś zanikają, pojawiają się nowe, a dotychczasowe zmieniają znaczenia. Planem, w którym można opisywać żywioł komunikacji jest, z jednej strony, powszechne podzielanie sfery symbolicznej, w tym konwencji komunikacyjnych, z drugiej zaś idiosynkrazja. Obie strony są w dzisiejszych realiach kulturowych niemożliwe, albowiem nie wszyscy ludzie naszej kultury podzielają całość jej sfery symbolicznej oraz nie wszyscy komunikują się po swojemu, na własny sposób, pod groźbą bycia niezrozumiałymi. Chodzi mi jedynie o fakt, że być może zbliżamy się do pewnego punktu krytycznego komunikacji, w którym faktycznie trzeba będzie negocjować podstawowe znacznie działań komunikacyjnych, jak np. otworzenie drzwi czy „puszczenie oka”.
Po drugie, oba te działania mogą być różnie zinterpretowane. Zgadzam się, że w normach grzeczności jest zawarty pewien światopogląd. Koniecznym jest jednak uwzględnienie intencji działającego nadawcy, albowiem bez uwzględnienia intencji postrzegamy w tym przykładzie mężczyznę jako znacznie gorszego niż jest, nie mówiąc już o tym, że nasze światy się nie spotykają, gdyż uważamy go np. za chama, nie mając świadomości, że nie chciał nas dyskryminować (miał zatem dobre intencje). Wszak z tego względu prawo nakazuje surowiej karać kogoś, kto zrobił coś z premedytacją. Dzisiaj jednak mamy coraz większą tendencję do wydawania wyroków bez rozpoznania tej intencji. Dlaczego? Bo czujemy się urażeni, co starcza za załatwienie całej sprawy etykietą „cham” lub „męski szowinista”. Nawet jeśli jakieś zachowanie nas rani, to brak rozpoznania intencji jest wkroczeniem na ścieżkę wojenną, gdyż z tyłu głowy znajduje się przekonanie, że wszyscy chcą mnie skrzywdzić, bo poczułem się skrzywdzony (trafnie piszą o tej kwestii autorzy „Rozpieszczonego umysłu”). Moje odczucie blokuje komunikację, a zatem ustawienie go jako arbitra względem oceny sytuacji i jej znaczenia jest często drogą donikąd, gdyż zamykamy się w swoim świecie nie wiedząc do końca, czy ktoś faktycznie chciał nas urazić czy zdyskryminować. Słowem, nie wyciągamy wniosków z faktu pluralizacji, traktując swoje odczucia jako zastępujące poznanie, emocje zastępują analizę danej sytuacji, gdyż ta wymaga trudu, który jest pomijany. To prosta droga do rozwalenia komunikacji oraz rozpadu wspólnoty, gdyż jeśli tak się czuję, to w świecie jest właśnie tak. Czucie zastępuje sferę symboliczną, która znika, a zatem nie ma się do czego odwołać, aby sprawdzić, czy naprawdę powinienem czuć się urażony.
Warto przywołać jeszcze jednego badacza kultury, wspomnianego już Richarda Sennetta. Zanikanie sfery symbolicznej kultury w rozumieniu Kmity, które u Sennetta występuje pod nazwą sfery publicznej, związane jest nie tylko z rosnącym indywidualizmem, ale – obok sekularyzacji oraz dominacji kapitalizmu – także z narcyzmem. Narcyzm w ujęciu tego badacza polega na skupieniu się na samym sobie oraz zaangażowaniu tylko w to, co jest związane z Ja i co dla tego Ja ma być użyteczne. Wszystko inne bowiem jawi się jako nieciekawe, nudne, głupie i wymagające niepotrzebnego wysiłku emocjonalnego. Narcyz może być zaangażowany w kontakt z drugim człowiekiem o tyle, o ile przynosi mu to korzyści: w tym sensie narcyz to ktoś pozbawiony empatii, traktujący ludzi jako środek do swoich celów, nigdy zaś cel.
Zdaniem Sennetta dużą rolę w procesie „upadku człowieka publicznego”, czyli chcącego uczestniczyć w kulturze, odegrała psychologia, która znakomicie wstrzeliła się promowany przez kulturę kapitalistyczną indywidualizm, przekonując skutecznie, iż, po pierwsze, rozwiązania wszelkich problemów, zarówno społecznych, jak i indywidualnych, należy poszukiwać w jej życiu wewnętrznym, po drugie, kultura jest źródłem cierpień i aby być autentycznym, należy zrzucić jej gorset i robić to, co się czuje – wtedy jest się sobą.
Nie miejsce tutaj, aby rozważać, dlaczego kultura jest czymś znacznie ważniejszym i nie tylko źródłem cierpień. Ograniczę się do wskazania fundamentalnej konsekwencji komunikacyjnej wynikającej z takiego podejścia. Autentyczność, ten fetysz ponowoczesności, maskujący w zasadzie narcystyczną tendencję, sprawia, że stawiając siebie w centrum, przestajemy chcieć i potrafić grać w kulturę, tj. używać społecznych konwencji dla gładkiego porozumiewania się. Konwencje oczywiście w jakiś sposób nas krępują, ale zarazem umożliwiają bycie razem. W takim ujęciu Sennett mówi o barbarzyństwie indywidualizmu, które za czasów dawnych plemion prowadziły do przemocy.
A do czego prowadzi dzisiaj, gdy używanie przemocy jest zakazane?
Dobrą inspirację w tym zakresie stanowi mini-esej hiszpańskiego filozofa Javiera Goma Lanzona pod tytułem „Prawdę mówiąc, za szczerość dziękuję”. Autor pokazuje tam związek „cnoty uprzejmości” z wynalazkiem jednostki, byciem „Ja”, „samym sobą”. W XVIII wieku uznano, że najprawdziwsze „Ja” kryje się w naturalnych skłonnościach, w spontanicznym sposobie odczuwania, myślenia, działania. Jedynym obowiązkiem człowieka staje się „bycie sobą”, co wyrażane jest poprzez bycie szczerym, przyznawanie się otwarcie do swoich złych i dobrych cech, by powiedzieć światu: „Taki właśnie jestem”. Nie jest w cenie ujarzmienie namiętności, poskromienie popędów, ukrócenie szkodliwych skłonności czy szacunek dla konwencji, które od tej pory zostają potępione i uznane za hipokryzję, udawanie i przywdziewanie maski. Filozof mówi nawet o unicestwieniu kultury uprzejmości, polegającej na kompromisie z rzeczywistością (np. możemy chodzić nago, ale jednak ubieramy się) poprzez nowożytny „wybuch szczerości”, która pogardziła hamulcami wypracowanymi w wyniku kompromisów pomiędzy wrodzonymi skłonnościami a kulturą.
Autor przywołuje przykład Moliera, który wyśmiał nadmiar szczerości. W „Mizantropie” rozwścieczony Alcest nie chce kilkoma prostymi słowami pochwalić wierszy Oronta, infantylnie zadowolonego ze swojej poetyckiej twórczości, ponieważ, jak mówi, chce być szczery i jako człowiek honoru nie chce wypowiedzieć ani słowa, które nie pochodziłoby z głębi serca. Przez ten brak uprzejmości, przy którym konsekwentnie obstaje, ukochana zaczyna nim gardzić, przyjaciele odsuwają się, społeczeństwo go odrzuca i w efekcie mizantrop zaszywa się w swojej wieży, nienawidząc całego rodzaju ludzkiego.
To, o czym pisze Lanzon, zostało bez wątpienia spotęgowane przez kulturę narcystyczną. Finalny etap to samotność, odrzucenie, nienawiść do świata, w którym nie można być tylko na własnych warunkach, a zatem odmawia się udziału w kulturze i komunikacji. W konsekwencji inny człowiek staje się balastem, trzeba od niego uciekać, odcinać wszelkimi możliwymi sposobami, gdyż jego podmiotowość domaga się czegoś od mojej, np. czasu i uwagi. W efekcie wszyscy stajemy się mizantropami. Wszak często daje się słyszeć opinię, będącą powodem do dumy, iż „nienawidzę ludzi”. To zrozumiałe, bo jeśli te kontakty stają się trudne i kosztowne, to po co się męczyć? Lepiej zaspokoić potrzebę komunikacji z ludźmi innymi bytami (poza-ludzkimi) niż oni, gdyż to one dostosują się do nas, w tym naszych wyobrażeń.
Podam kilka przykładów, które zobrazują powyższy opis, opierając się na własnych doświadczeniach oraz obserwacjach.
Jednym z miejsc, które zamienia się w nie-miejsce, szczególnie w dużych miastach, jest siłownia. Posługując się opozycją „kiedyś – dzisiaj”, można powiedzieć, że kiedyś ćwiczenie na siłowni było bardziej lokalne, a zatem i wspólnotowe, wręcz towarzyskie. Wynikało to w dużej mierze z faktu, iż siłownie były w szkołach, w halach sportowych, przy kortach tenisowych lub w większych komendach policji. Istniał cały szereg rytuałów komunikacyjnych: od przywitania się, ogólnie bądź z każdym osobno, po pożegnanie się. Jeśli chciałeś używać jakiegoś sprzętu, pytałeś o ilość serii, jaką ktoś miał do zrobienia, ewentualnie czy możecie się zmieniać – był to normalne i bezproblemowe. „Za moich czasów”, czyli jakieś dwie dekady temu, w małym dolnośląskim mieście, starsi czy dłużej ćwiczący dawali rady mniej obeznanym z poprawną techniką, poszczególnymi ćwiczeniami, narażeniem się na kontuzje etc. I chociaż istniała swoista hierarchia ćwiczących, od największych do najmniejszych, czasami podszyta pewną wyższością, zazwyczaj jednak istniejącą w humorystycznej formie, to wszyscy wszystkich znali i nierzadko ze sobą rozmawiali w chwilach dłuższych przerw. Na siłowni panowała towarzyska atmosfera, miałeś na niej po prostu kolegów. Dzisiaj rady kolegów zastąpiły porady internetowych trenerów, które można w czasie treningu znaleźć w kilka sekund. Koledzy przestali być potrzebni.
Siłownia, na której dzisiaj ćwiczę, czyli podwrocławska siłownia ulokowana w hali sportowej, jest już innym miejscem, nie-miejscem właśnie, analogicznie jak tzw. siłownie-sieciówki. Te ostatnie są sprofesjonalizowane, łącznie z określeniem praktyk higienicznych, będących wynikiem zmiany w stosunku do ciała swojego oraz innej osoby. To także miejsce konsumpcji określonych suplementów, odpowiednich batoników etc. Bardzo ważna jest estetyka odzieżowa oraz estetyka ciała. Wylewany kiedyś na siłowniach pot dzisiaj odstrasza (niektórzy przychodzą wyperfumowani), a założenie najgorszych, powyciąganych dresów wręcz kompromituje. Moja obecna siłownia jest gdzieś pomiędzy miejscem a nie-miejscem.
Obserwując na niej różne przedziały wiekowe ćwiczących oraz prawdopodobną pamięć o „kiedyś”, widać, jak zamiera komunikacja miedzy ćwiczącymi. Witają i żegnają się osoby 30-40 plus (płci obojga), a młodsi w zasadzie w ogóle. Unikają oni jakiejkolwiek komunikacji; czasami widać, że chcą poćwiczyć na danej maszynie, ale nie pytają, ile komuś „jeszcze zostało”, tylko zaczynają ćwiczyć na innej. Każdy ćwiczy w słuchawkach, zamykając się tym samym w swoim świecie. Nie istnieją żadne interakcje, nawet wtedy, gdy mijamy się gdzieś na osiedlu. Zupełnie inaczej jest w przypadku osób starszych. Rzadziej używają słuchawek, a jeśli już, często je ściągają, by o coś zapytać, rytualnie zamienić dwa słowa np. w szatni. Często są to żarty lub rytualne narzekania na kontuzje, formę. Rozpoznajemy siebie w innych miejscach i witamy się, np. w osiedlowym sklepie. Słowem: „znamy się z widzenia”, tworzymy wspólnotę nie tylko ćwiczących, ale i wspólnotę sąsiedzką. Dzięki temu przestrzenie, w których przebywasz, są bardziej oswojone, jesteś bardziej u siebie.
Nie sposób w tym miejscu opisać wszystkich przyczyn owych przemian komunikacyjnych. Na pewno wpływ miała także sfera technologiczna: kiedyś z jednego magnetofonu wszyscy na siłowni słuchali tego samego i ewentualnie komentowali, dzisiaj każdy słucha tego, czego chce. Założenie słuchawek, już wtedy przecież istniejących, było raczej źle widziane, gdyż ich noszenie jasno komunikowało: mam swój świat, nie przeszkadzaj mi, chcę pobyć sam. Gdy kiedyś ktoś unikał ludzi, był traktowany jako dziwak, bo przecież lepiej mieć kolegów na siłowni niż ich nie mieć, a muzyki mogłeś posłuchać w domu. Dzisiaj dziwactwem jest sytuacja odwrotna.
Brak kontaktu dotyczy nawet osób zatrudnionych na siłowni, albowiem rzadko kto rozmawia z kimś z recepcji, a wręcz dąży się do zminimalizowania tego kontaktu poprzez aplikacje, które tylko przykładasz do odpowiedniego urządzenia bez konieczności kontaktu.
Nawet materialna infrastruktura na siłowni odzwierciedla te zmiany: przyrządy są ustawiane tak, aby jeden ćwiczący nie patrzył na drugiego. Zresztą unikanie kontaktu wzrokowego jest u młodego pokolenia bardzo częste, wręcz można mówić o tendencji do odcieleśniania komunikacyjnego, np. mało kto podaje sobie rękę na przywitanie (i było to zauważalne już przed pandemią).
Chciałbym być dobrze zrozumiany: nie twierdzę, że nie da się jakoś sensownie zracjonalizować braku komunikacji z innymi ćwiczącymi i że dotyczy to wszystkich młodych ludzi, albowiem mówię o obserwowanym wzorze czy schemacie. Nie znam rzecz jasna każdorazowych intencji w owej „niemej” komunikacji, ale nie należy zapominać, iż to kultura w dużej mierze zarządza tym, czego chcemy, a czego nie (nikt nie wymyśla sobie hierarchii wartości codziennie po przebudzeniu). Niezależnie jednak od intencji podejmowanych działań, faktem jest, że mamy do czynienia z zanikiem komunikacji w imię wyznaczanych samodzielnie wartości (i technologicznych możliwości ich realizowania), w hierarchii których najwyżej jest mój komfort. „Co w tym złego? – może ktoś zapytać. A to, że twój świat społeczny się kurczy. „To ja będę ustalał, w jakich światach chcę brać udział”. Zgoda, kłopot w tym, że z tymi, z którymi jesteś najbliżej fizycznie, jesteś jednocześnie najdalej. Każda zmiana w sferze wartości i wzorów komunikacyjnych to rachunek zysków i strat dla naszego bycia w świecie i z innymi ludźmi. Zyskując komfort – tracimy kolegów, a miejsce przekształca się w nie-miejsce, swoistą fabrykę ciał, w których ludzie-maszyny wykonują odpowiednie procedury, realizując projekt „ciało”.
Innym przykładem może być podróżowanie pociągiem. Kto pamięta czasy sprzed wagonów samolotowych, stref ciszy, numerowanych biletów, laptopów, smartfonów z dostępem do internetu wie, o czym mówię. Trafnie ten klimat „sprzed” oddała Paulina Wilk w „Między walizkami”.
Podróżowanie było znacznie bardziej towarzyskie, ludzie chętnie ze sobą rozmawiali, wymieniali się opiniami, opowiadali sobie różne historie, komentowali to, co za oknem, dawali rady. Istniały pewne kulturalne normy: „Dzień dobry”, „Do widzenia”. Kto chciał, ten zatapiał się w lekturze książki lub gazety (wszak zawsze istnieje jakiś sposób „wyłączenia się”), ale na ogół ludzie uznawali, że inny pasażer nie jest przeszkodą, po prostu widzieli w nim partnera do rozmowy: czy to luźniejszej, czy poważniejszej. Podjęcie rozmowy było ryzykiem, ale zazwyczaj się opłacało, gdyż okazywała się ona ciekawa lub zwyczajnie miło spędzało się czas, a droga nie dłużyła się tak bardzo.
Dużo podróżowałem i podróżuję pociągami. Tym, co rzuca się w oczy w opozycji kiedyś a dzisiaj, jest zanik komunikacji. Dzięki technologicznym możliwościom ludzie pracują, oglądają filmy, rozmawiają przez komunikatory, słuchają muzyki czy podcastów, ale nie rozmawiają już z innymi ludźmi. Współpasażerów traktuje się jako nieistniejących i nieważnych. Co więcej, szczególnie wśród młodego pokolenia, które w pociągu jest zupełnie „odcięte”, nierzadko zapytanie o coś, próba nawiązania rozmowy, budzą niepokój. Widać, że jest dla tych osób, choć zapewne nie wszystkich, niekomfortowe, gdyż narusza przestrzeń, w której się szczelnie zamknęli.
To wynik nie tylko tego, że jest się skoncentrowanym na sobie, ale także całego kompleksu milczących założeń narcystyczno-mizantropicznych, podpowiadających, że inny jest z pewnością głupszy niż ja, a w związku z tym nie jest w stanie w jakikolwiek sposób mnie zaciekawić, a zatem w rozmowie to ja stracę, a on zyska. Widać tutaj kapitalistyczno-rynkową logikę zysku i straty w komunikacji z drugim człowiekiem, w której to ja muszę być wygranym, tj. więcej dostać niż dać z siebie. Jeśli szybko ocenię, iż stracę, odmawiam komunikacji. Tym, co rządzi działaniami takich osób z młodego pokolenia, jest bezpieczeństwo zamiast ryzyka, choćby najdrobniejszego, jak podjęcie rozmowy z obcym.
Ich logika jest taka: zapłaciłem za bilet, jadę z A do B, a w między czasie będę robił to i tamto. Każde zakłócenie tego „projektu podróży” irytuje. Rozumiem to, sam, kiedy miałem coś pilnego do przeczytania, więc się wyłączałem. Robiłem to jednak w sposób delikatny, tj. przepraszałem współpasażerów, mówiąc, że naprawdę muszę to przeczytać, podając jakiś prawdziwy lub wymyślony powód. Tak, byłem nieszczery, ale to drobne kłamstwo sprawiło, że moi współpasażerowie nie odczuli, że nie chcę z nimi rozmawiać, a ja osiągnąłem swój cel.
Na tym polega zapomniana sztuka towarzyskości. Dzisiaj, twierdzi Sennett, nie chcemy już zakładać masek, ugryźć się w język, gdyż zawsze musimy być autentyczni, co nierzadko oznacza bezwzględną i sadystyczną niekiedy szczerość, ostentacyjne wręcz pokazanie, jak bardzo nie chce mi się z tobą rozmawiać. Ponadto, obserwując różne pociągowe sytuacje, widać, że część osób boi się podjąć działania komunikacyjne, albowiem grozi to, po pierwsze, naruszeniem komfortu innej osoby, a tego robić nie chcemy, a po drugie narażeniem się na uświadomienie mi, że nie jestem na tyle ważny, aby podjąć ze mną rozmowę. A zatem najlepiej nic nie robić, gdyż nie wiem, jak zostanie to zinterpretowane, choć najczęściej zakłada się scenariusz negatywny, blokujący podejmowanie działań.
Czy naprawdę chcielibyśmy żyć w świecie całkowitej szczerości? Wystarczy obejrzeć film „Kłamca, Kłamca” z Jimem Carreyem, żeby zobaczyć, jak mogłaby wyglądać taka rzeczywistość w sensie komunikacyjnym i jak wiele można wyrządzić szkody dobrą intencją mówienia prawdy. Nie chodzi mi o to, żeby rzucać się w ramiona współpasażerom, popadać w skrajność dyktatu innych, narażać się na cierpienie obcowania z kimś, z kim przebywać nie chcemy. Warto jednak dostrzec fakt, iż usytuowanie mojego Ja na pierwszym miejscu plus brak empatii to prosty przepis na rozwalenie komunikacji i wspólnoty, choćby na czas podróży.
Dlaczego ta Sennettowska towarzyskość jest taka ważna?
Wskazane powyżej wszystkie komunikacyjne zmiany są dla naszej wygody i komfortu, ale konsekwencje są także anty-społeczne, gdyż nas od siebie izolują. Warto w tym kontekście przypomnieć uwagę Theodora W. Adorno, który pisząc o samochodzie, zauważył, iż umożliwił on ucieczkę od współpasażerów w przedziale kolejowym. W tym sensie medium komunikacji może izolować ludzie od siebie fizycznie. Dzisiaj mamy takie media i urządzenia, które przenoszą naszą obecność w inny świat, pozafizyczny, choć nasze ciała są oddalone od siebie o kilkanaście centymetrów. Moim zdaniem jeśli coś rozwali naszą komunikację i wspólnotę, będzie to „dobrowolnie” wybierany komfort (i spersonalizowana przyjemność-oferta) – nowe, medialno-cyfrowe barbarzyństwo hiperindywidualizmu.
Nasz indywidualny świat, który możemy tworzyć na swoją miarę, niczym nieograniczona autokreacja, wydaje się niezwykle pociągającym pomysłem. Ma ona jednak i swoje wady, bo w rzeczywistości złożonej z takich jednostek każdy uważa dokładnie to samo i realizuje to samo: siebie. I tylko na sobie jest skupiona. Treść powszechnie podzielanego przekonania anihiluje społeczeństwo, sprowadzając je do zbioru identycznych jednostek, których nic ze sobą nie łączy. To przepis na katastrofę, którą już obserwujemy, czego widomym znakiem są epidemia samotności i depresji oraz entropia.
Możesz mieć swój świat, ale jeśli nie potrafisz go zakomunikować, a co gorsza, nikt nie jest go ciekawy, bo też jest skupiony na sobie, to zostajesz ze swoim światem sam. W tym sensie stajemy się, paradoks po raz pierwszy, społeczeństwem monadycznym.
Materialnością, która umożliwia powstawanie monad, jest technologia, służąca, znowu paradoks, komunikacji. Przyglądając się młodemu pokoleniu, uważam, że tak jak słuchawki zapewniają im bezpieczeństwo, tj. brak kontaktu z innym ćwiczącym, tak ekrany są ich tarczą przed światem kontaktu bezpośredniego, którego w dużej mierze się boją, gdyż trudniej w nim udawać kogoś, kim się nie jest, a z trudem budowany wizerunek może zostać zweryfikowany. To ucieczka od – paradoks numer trzy – fetyszyzowanej autentyczności. Komunikacja twarzą w twarz jest dużo bardziej spontaniczna, żywiołowa, nieprzewidywalna, a to budzi lęk i obawę przez utratą poczucia kontroli, gdyż komunikacja musi przebiegać po z góry ustalonym torze własnego projektu (to zresztą kluczowa metafora młodego pokolenia zarządzająca ich życiem, a także komunikacją). Jak słusznie zauważa Byung-Chul Han pierwotne znaczenie ekranu to powłoka.
W takim ujęciu komunikacja medialnie zapośredniczona, która miała pomagać w kształtowaniu kontaktów w rzeczywistości niewirtualnej, wcale jej nie pomaga, wręcz ją dewastuje, co opisała Sherry Turkle. Psycholożka technologii przekonująco udowadnia, że rozwój technologii oraz zapośredniczenie komunikacji poprzez nowe technologie przyczyniają się do utrudnienia komunikacji międzyludzkiej. Zaczyna to być coraz większym problemem, skutkując izolacją i niszczeniem więzi międzyludzkich. Młode pokolenie, w przeciwieństwie do pokolenia przedinternetowego, ze szczególnym uwzględnieniem mediów społecznościowych, było wręcz przymuszone do komunikacji face to face. Jeśli taka komunikacja była bezalternatywna, nie była w ogóle odczuwana przeze wiele osób jako przymus – była jedynym dostępnym światem. Dzisiaj jest inaczej. Trzeba jednak mieć świadomość, że zawsze w komunikacji jest coś za coś, nabywając jedne umiejętności tracimy inne, jedne medium coś daje, ale i coś zabiera. Warto nad tym rachunkiem się zastanowić.
dr Michał Rydlewski
Grafika w nagłówku tekstu: 愚木混株 Cdd20 z Pixabay
przez redakcja | czwartek 19 września 2024 | aktualności
Fatalne wieści płyną z NFZ: nie ma pieniędzy na leczenie.
Portal Rynek Zdrowia opisuje fatalną sytuację w Narodowym Funduszu Zdrowia i zależnych od niego finansowo podmiotach leczniczych.
Brakuje pieniędzy na leczenie. Skutkuje to m.in. wstrzymaniem przyjęć do szpitali, brakiem kontynuacji leczenia, niepełnosprawnością pacjentów. W NFZ brakuje pieniędzy nad nadwykonania, czyli dodatkowe zabiegi wynikające z potrzeb medycznych. Oznacza to, że szpitale wstrzymują przyjęcia na zabiegi oraz włączanie chorych do programów lekowych. Takie wieści dochodzą już z dużych szpitali m.in. w Poznaniu i Wrocławiu. Jeden z nich nie otrzymał z NFZ należnych 1,2 miliona złotych za nadwykonania. Wstrzymał zabiegi, co skutkuje, że w kolejce oczekują już 54 osoby.
NFZ nie ogłosił także konkursów na finansowanie nowych terapii lekowych. Dotyczy to m.in. leczenia ciężkiej osteoporozy pomenopauzalnej, ropnego zapalenia gruczołów potowych, kardiomiopatii, czerniaka błony naczyniowej oka. Mają także miejsce opóźnienia w kontraktowaniu nowoczesnej immunoterapii dla pacjentek chorych na raka szyjki macicy. W pięciu województwach w ogóle nie rozpoczęto kontraktowania takiej terapii.
Placówki podstawowej opieki zdrowotnej nie przyjmują nowych pacjentów na terapie koordynowane i do programów lekowych. Oznacza to dla wielu osób pogorszenie stanu zdrowia, w tym nieodwracalne kalectwo. Z powodu niedoborów finansowych nie są opłacane także świadczenia nielimitowane. To z kolei prowadzi do ograniczania liczby dostępnych wizyt i też wydłuża kolejki do lekarzy-specjalistów.
NFZ jest winny placówkom ochrony zdrowia duże kwoty za I półrocze 2024. Brakuje także około 5 miliardów złotych za nadwykonania planowane w III kwartale tego roku. „Najbliższe miesiące i kolejny rok będą okresem, w którym należy się spodziewać ograniczenia w dostępności do świadczeń z racji braku gwarancji pokrycia kosztów ich realizacji w pełnej wartości” – głosi komunikat NFZ. Z kolei raport pt. „Luka finansowa systemu ochrony zdrowia w Polsce, perspektywa 2025-2027”, przygotowany przez Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego – Państwowy Zakład Higieny PZH, Instytutu Finansów Publicznych i Federację Przedsiębiorców Polskich, twierdzi, że w 2025 roku potrzeba będzie o 27,4 mld zł więcej niż zaplanowano jako budżet NFZ.