Równia pochyła zwolnień

Równia pochyła zwolnień

Rozpoczęta w styczniu likwidacja fabryki silników FCA Powertrain skutkuje kolejnymi zwolnieniami u podwykonawców.

Jak informuje portal tychy.info, na lokalnym rynku pracy w sektorze szykuje się kolejna tragedia w sektorze motoryzacyjnym. Przypomnijmy, że na początku roku 2024 gruchnęła nieoczekiwana wieść o zamknięciu dużej fabryki silników FCA Powertrain w Bielsku-Białej. Pracę straciło niemal 500 osób, cała załoga zakładu. Dzisiaj po zakładzie nie ma w zasadzie śladu – linie produkcyjne wywieziono do Brazylii, a teren sprzedano deweloperowi.

To jednak nie koniec tragedii. Z fabryką ściśle współpracował Zakład Budowy Tłoczników w pobliskich Tychach. Teraz także on jest w kłopotach. Powiatowy Urząd Pracy otrzymał informację, że do końca listopada straci pracę w tym zakładzie, również należącym do koncernu Stellantis – FCA, 90 osób. Oznacza to, że w sumie pracę w firmach należących do koncernu straci w tym roku w Bielsku i Tychach niemal 900 osób.

 

Gotowi do strajku

Gotowi do strajku

W czwartek odbędzie się w Nidzicy strajk u producenta mebli tapicerowanych.

Jak informuje portal Tysol.pl, w najbliższy zwartek, 28 listopada, „Solidarność” organizuje czterogodzinny strajk (godz. 12-16) w spółce GHG Nidzica. To spółka spółka produkująca meble tapicerowane.

Strajk to skutek wyczerpania się innych możliwości dochodzenia przez pracowników realizacji swoich żądań. W lipcu, po fiasku negocjacji, zakładowa „Solidarność” zorganizowała referendum strajkowe. Wzięło w nim udział 75% załogi firmy. 192 osoby głosowały za strajkiem, a przeciw było zaledwie 5.

Żądania związkowców to podwyższenie wynagrodzenia zasadniczego o 6 zł za każdą godzinę pracy, wprowadzenie dodatku stażowego, podwyższenie ekwiwalentu za pranie odzieży oraz podwyżka akordu o 10%.

Wyjazd z powodzi

Wyjazd z powodzi

Rząd obiecał, że wszystko zostanie nie tylko odbudowane, ale będzie lepsze niż przed powodzią. Jak odbudowa wygląda na kolei?

Powódź, która w połowie września 2024 r. zaatakowała południowo-zachodnią Polskę, dokonała szeregu zalań i zniszczeń na sieci kolejowej, przerywając kursowanie pociągów – przede wszystkim na południu województw dolnośląskiego i opolskiego. Nieprzejezdna była też większość odcinków przez granicę polsko-czeską. Były jednak również miejsca, do których w czasie powodzi dało się dotrzeć właściwie tylko koleją.

Walka kolejarzy

– „90% Lewina Brzeskiego jest zalane” – alarmował w mediach 17 września Artur Kotara, burmistrz tego leżącego nad Nysą Kłodzką miasta. Pod wodą znalazły się też drogi dojazdowe do Lewina Brzeskiego, ale nie została zalana przechodząca przez miasto magistrala kolejowa Opole – Wrocław. Nie licząc chwilowych problemów z zasilaniem, linia była przejezdna i kolej cały czas zapewniała możliwość dojazdu do Lewina Brzeskiego. Pociągami do miasta docierali wolontariusze z pomocą, a suchy skrawek miasta przy stacji stał się miejscem, do którego ratownicy łodziami ewakuowali mieszkańców z zalanych domów.

W Lewinie Brzeskim walkę toczyli też kolejarze – na moście kolejowym załogi maszyn torowych nieustannie usuwały niesione przez wezbraną rzekę drzewa, aby pod ich naporem przeprawa nie uległa zniszczeniu. Nieopodal Lewina Brzeskiego Nysa Kłodzka wpada do Odry.

Kryzysowe objazdy

Fala kulminacyjna na Odrze 22 września doszła do Głogowa. Tu woda zalała fragment Magistrali Nadodrzańskiej, której tory na wysokości głogowskiego starego miasta biegną samym brzegiem rzeki. Zalany został odcinek o długości około 1 km, ale pociągi omijały Głogów objazdem z nadłożeniem prawie 100 km. Składy PKP Intercity jadące ze Szczecina do Wrocławia opuszczały swoją trasę już w Rzepinie, skąd były kierowane przez Poznań – pomijając nie tylko Głogów, ale też Zieloną Górę, Nową Sól, Lubin i Legnicę. Choć od strony Zielonej Góry możliwy był dojazd do stacji Głogów, z której pociągi – aby ominąć zalany krótki fragment torów – mogły wyjeżdżać w kierunku Leszna i tędy kierować się do Wrocławia. Nie zdecydowano się jednak na korzystanie z tej trasy objazdowej z powodu braku lokomotyw spalinowych do przeciągania pociągów PKP Intercity niezelektryfikowaną linią Głogów – Leszno. Pokazało to, że problem małej liczby spalinowozów na polskiej kolei dodatkowo mści się w sytuacjach kryzysowych. Na szczęście przejazd Magistralą Nadodrzańską przez Głogów udało się udrożnić już po kilku dniach – pociągi wróciły na stałą trasę 26 września.

Są jednak miejsca, gdzie ruch musiał zostać wstrzymany na dłużej. Występująca ze swojego koryta Kwisa zniszczyła 800-metrowy fragment przywróconej do życia w grudniu 2023 r. linii Gryfów Śląski – Świeradów-Zdrój. Od połowy września 2024 r. pociągi muszą kończyć bieg na przystanku Orłowice, skąd podróżni do Świeradowa-Zdroju dowożeni są autobusami. Początkowo zakładano, że prace nad przywróceniem przejezdności zajmą około trzy tygodnie, ale teraz termin ich zakończenia wskazywany jest na grudzień 2024 r. Zarządzająca linią z Gryfowa Śląskiego do Świeradowa-Zdroju Dolnośląska Służba Dróg i Kolei podjęła decyzję o poprawieniu odwodnienia poprzez zwiększenie średnicy przepustów w nasypie kolejowym.

Lepsze niż przed powodzią

Najpoważniejsze zniszczenia na kolei powódź poczyniła w węźle kłodzkim. Przede wszystkim przy ujściu Bystrzycy Dusznickiej do Nysy Kłodzkiej, gdzie na posterunku odgałęźnym Kłodzko Nowe od linii Wrocław – Międzylesie odchodzi linia do Kudowy-Zdroju. – „Powódź całkowicie zniszczyła torowisko, urządzenia przytorowe, a także rozmyła nasyp na odcinku około 300 m na początku linii kolejowej do Kudowy-Zdroju” – mówi Marta Pabiańska ze spółki PKP Polskie Linie Kolejowe.

Wielka woda nadeszła w czasie trwających na liniach z Kłodzka do Międzylesia i Kudowy-Zdroju remontów. Ich zakres musiał w tej sytuacji zostać rozszerzony o naprawy popowodziowe. Spółka PKP PLK zapewnia, że w grudniu 2024 r. obie linie będą już przejezdne. W przypadku odcinka Kłodzko – Międzylesie ma to też znaczenie prestiżowe, bo na połowę grudnia 2024 r. PKP Intercity i České Dráhy zaplanowały premierę połączeń „Baltic Express” na trasie Gdynia – Poznań – Wrocław – Kłodzko – Praga.

Z kolei linia Kłodzko – Kudowa-Zdrój ma mieć znacznie lepsze parametry niż przed powodzią. Między Kłodzkiem a Szczytną prędkość ma zostać podniesiona z 30-50 km/h do nawet 120 km/h. Zwiększone mają też zostać dopuszczalne naciski osiowe na tor, aby umożliwić wpuszczanie na tę linię składów elektryczno-spalinowych, które są cięższe od szynobusów. Choć wpisało się to w słowa premiera Donalda Tuska o tym, że „wszystko zostanie nie tylko odbudowane, ale będzie lepsze i nowocześniejsze niż przed powodzią”, to w PKP PLK dowiadujemy się, że prace między Kłodzkiem a Szczytną od początku zakładały wzmocnienie podtorza i obiektów inżynieryjnych w celu podniesienia nie tylko prędkości, ale także dopuszczalnego nacisku (aby jednak składy dwunapędowe mogły dojeżdżać aż do Kudowy-Zdroju, konieczne będzie jeszcze zwiększenie nacisku na odcinku od Szczytnej do Dusznik-Zdroju).

Odbudowa plus minus

– „Być może wrócimy do inwestycji, które kiedyś były zaniechane, na przykład do niektórych inwestycji kolejowych” – mówił we wrześniu 2024 r. Donald Tusk na posiedzeniu sztabu kryzysowego we Wrocławiu. – „Jak już opadnie woda, jak już zaczniemy odbudowę, no to w przyszłości dla Lądka i Stronia to może być ważna informacja, że wrócimy do idei połączenia kolejowego”.

Dla Stronia Śląskiego i Lądka-Zdroju – poważnie zniszczonych po pęknięciu zapory zbiornika przeciwpowodziowego na rzece Morawce – reaktywacja niefunkcjonujących od 2004 r. połączeń kolejowych miałaby stanowić element koncepcji Odbudowa Plus, zakładającej odtworzenie infrastruktury i usług publicznych na większą skalę niż przed powodzią. Tyle że, wbrew słowom Tuska, koncepcja rewitalizacji linii Kłodzko – Lądek-Zdrój – Stronie Śląskie wcale nie była zaniechana. We wrześniu 2023 r. spółka PKP PLK przekazała nieczynną linię samorządowi województwa dolnośląskiego, który na początku września 2024 r. – jeszcze przed nadejściem powodzi – informował, że powstał już program funkcjonalno-użytkowy dla przedsięwzięcia i przygotowywany jest przetarg na prace rewitalizacyjne. Ich wykonanie zapowiedziano na 2025 r., a przywrócenie ruchu pociągów na 2026 r. Choć woda już opadła, to wciąż nie pojawiły się żadne konkrety wskazujące jak po zapowiedzi Donalda Tuska ma przyspieszyć proces rewitalizacji linii.

Karol Trammer

Tekst pochodzi z dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn” (nr 6/133 listopad-grudzień 2024), http://www.zbs.net.pl

Kobieta kobiecie glonojadem

Kobieta kobiecie glonojadem

„Od dwóch lat jeżdżę z taką jedną dziewczyną autobusem. Była śliczna, taka młoda, świeża dwudziestka. I jakiś rok temu zaczęła mocno kombinować z twarzą. Te rzęsy doczepiane, potem lekkie powiększenie ust. Nie widziałam jej jakiś czas i wczoraj zobaczyłam po raz pierwszy od 2-3 miesięcy. Ledwo ją poznałam, bo z włosów brązowych przefarbowała się na jasny blond, zrobiła doczepy, usta już napompowane strasznie, rzęsy do brwi, no wiecie. Z ładnej dziewczyny stała się… Ech. Czy to jest w ogóle odwracalne?” – pyta jedna z forumowiczek Gazeta.pl.

Tytuł jest oczywistą wariacją „Człowiek człowiekowi wilkiem”. Starożytne sformułowanie, spopularyzowane przez Thomasa Hobbesa w czasach nowożytnych, wyrażało pogląd, że w stanie natury ludzie są egoistyczni, a wszyscy walczą przeciwko wszystkim. Każdy każdemu wrogiem.

Nie żyjemy już w stanie natury, lecz kultury, a i samą figurę człowieka należy rozumieć precyzyjniej, tj. jako mężczyznę oraz kobietę.

Ten tekst jest o kobietach w dzisiejszej zmediatyzowanej kulturze oraz o ich wzajemnym postrzeganiu siebie. O swoistej walce, jaką prowadzą nie tylko ze sobą, ale przede wszystkim z innymi kobietami, w której stawką jest status i piękno.

(Nie) akceptuj siebie

Jestem młodą kobietą i jak wiele moich rówieśniczek, traktuję media społecznościowe, a przede wszystkim Instagram, jako integralną część swojego życia. Dzięki tej platformie dowiemy się od infuencerek, jak dobrze wyglądać, zdrowo jeść i gdzie podróżować. Popularne guru podpowiadają nam kim być i jakim być, aby nas akceptowano. Wszystko po to, żeby stać się obiektami pożądania dla mężczyzn, dla zazdroszczących nam kobiet i w końcu, gdy już osiągniemy ideał, żebyśmy mogły być sobą, a właściwie najlepszą wersją siebie.

W mediach społecznościowych oglądamy pozowane zdjęcia i upozorowane życia. Żyjemy zatem w świecie cyfrowego społeczeństwa spektaklu. Badania wskazują na to, że kobiety są świadome działań Photoshopa oraz instagramowych filtrów wygładzających twarz. Wiedzą, że pokazywane im obrazy nie są rzeczywiste (wyraźnie to deklarują), co nie zmienia faktu, iż rzeczywiście przekładają się one na nieustanne porównywanie się do innych i popadanie w różnego rodzaju kompleksy. Wynika to z faktu, że kobiety nie mogą sprostać stawianym przed nimi wymaganiom i oczekiwaniom, które są po prostu nieosiągalne, gdyż nie mają odpowiednika w rzeczywistości.

Nic w tym dziwnego, albowiem owe wymagania i oczekiwania są nie tylko nieosiągalne, ale wręcz sprzeczne, co w konsekwencji prowadzi do dysonansu poznawczego (jaka mam w końcu być?) oraz próby znalezienia odpowiedzi w Internecie, który ten dysonans współtworzy. To zaklęty krąg, w którym lekarstwo jest trucizną.

Cynthia Nixon w nagraniu „Be a lady they said” trafnie oddaje ten komunikacyjny stan rzeczy. W swoim krótkim filmie, który stał się bardzo popularny w Internecie, przytacza słowa poetki Camillie Rainville dotyczące sprzecznych komunikatów i oczekiwań wobec kobiet. Jest to swoisty manifest składający się z nakazów i zakazów, które kobiety słyszą pod swoim adresem od partnerów, mężów, ojców, matek, sióstr, braci, przyjaciół i samych siebie. Zestawione w jednej sekwencji ujawniają absurd, albowiem wzajemnie się wykluczają, ukazując tym samym sparaliżowanie kobiecej sprawczości względem swojej tożsamości i cielesności. Jeśli wiesz, jaki model kobiecości jest ci podpowiadany, to przynajmniej możesz powiedzieć, że go nie chcesz. W tym przypadku nie możesz powiedzieć nawet „nie”, bo nie wiadomo czego miałoby dotyczyć to „nie”.

„Bądź damą, powiedzieli. Nie bądź zbyt gruba. Nie bądź zbyt chuda. Nie bądź zbyt duża. Nie bądź zbyt mała. Jedz więcej. Schudnij. Przestań tyle jeść. Nie jedz za szybko. Zamów sałatkę. Nie jedz węglowodanów. Zrezygnuj z deserów. Musisz zrzucić kilka kilogramów. Idź na dietę. Uważaj, co jesz. […] Zjedz burgera. Mężczyźni lubią kobiece krągłości. Bądź mała. Bądź drobna. Bądź grzeczna. Bądź kobieca. Noś rozmiar zero. Noś podwójne zero. Bądź niczym. Bądź mniej niż niczym”.

Komunikat nie może mówić jednocześnie tego i tamtego, musi jasno mówić to i to. W przeciwnym razie ryzykujemy jego niezrozumieniem lub odsłonięciem sprzeczności, co skutkuje, iż nie wiadomo jakie działania podjąć, np. względem swojego ciała. To tak, jakby na randce powiedzieć: „Pocałuj mnie, ale nie całuj mnie”.

Moim zdaniem zagubienie sporej części młodych kobiet względem własnej tożsamości wynika m.in. z braku fundamentalnego wsparcia ze strony kultury w postaci przejrzystych komunikatów czy pomocy w wypracowaniu jasnej hierarchii wartości, która będzie porządkowała odbiór tych komunikatów. Brak przejrzystości względem tego, co wolno, a czego nie, jak wyglądać dobrze, a co ośmiesza, sprawia, że kobieta nie wie, jak się zachować, jak wyglądać, co jeść i co myśleć. Skutkuje to jej biernością, wyrwaniem gruntu spod nóg. Koniec końców, nierzadko w tym chaosie wybiera jakąś „wersję siebie”, którą „chce” być, bo trudno jest funkcjonować w stanie ciągłej niepewności.

Problem w tym, że jakiej „wersji siebie” by nie wybrała, to i tak narazi się na krytykę ze strony jakiejś części społeczeństwa, która uzna, że nie jest taka, jak być powinna. I nie ma od tego ucieczki: jesteśmy skazane na ocenę oraz krytykę, bo jeśli nie wiadomo, jakie mamy być, to zawsze nie takie, jakie być powinnyśmy.

Można by dać tutaj prostą radę i my, kobiety, często ją słyszymy: „Nie przejmuj się zdaniem innych”. Nie da się łatwo powiedzieć: jestem sobą i nie obchodzi mnie wasze zdanie. To, jak o sobie myślimy, jest w dużej mierze wynikiem tego, jak myślą o nas inni, a cały przemysł szczęścia i ciałopozytywności usiłuje nas przekonać, że jesteśmy paniami własnych emocji. Nie każda z nas ma grubą skórę, żeby naprawdę nie przejmować się zdaniem innych, nie mówiąc już o tym, że prowadzi to do życia wśród ludzi jak na bezludnej wyspie, gdyż mój świat sprowadza się tylko do mnie samej. To niestety kierunek, w jakim część z nas podąża, jeśli nie wybierze – czy raczej zostanie zmuszona do – pewnego podporządkowania się różnym trendom.

Można by także powiedzieć, że przecież te komunikaty są sprzeczne tylko wtedy, gdy zbierze się je w całość, postawi obok siebie, a w rzeczywistości działają w odmiennych przestrzeniach. My, kobiety, świetnie potrafimy się w tym odnaleźć. Wiem, gdzie muszę być miła i grzeczna, a gdzie nie muszę się kontrolować. Ale z ciałem nie jest już tak prosto, nie zmieniamy go przecież tego samego dnia. Wygląd podlega ocenie – w jednej przestrzeni może być pożądany, a w innej wyśmiewany.

Piękno a klasa

Czy istnieje zatem jeden obowiązujący, kobiecy kanon piękna, do którego powinnyśmy lub możemy dążyć?

Kanon piękna stale ewoluuje. W latach 90. wyznaczała go Kate Moss, supermodelka o porcelanowej cerze i bardzo szczupłej sylwetce. Ale na scenie muzycznej pojawiła się Beyonce ze swoimi seksownymi kształtami. Powstał podział między zwolennikami chudych modelek a tymi, którzy wolą krągłości. Po Beyonce, w latach dwutysięcznych, pałeczkę przejęła Kim Kardashian, która swoimi nienaturalnymi wymiarami namówiła wiele dziewczyn na zabieg tzw. brazylijskich pośladków. Polega on na transferowaniu tłuszczu z okolic brzucha i wstrzyknięciu go do pośladków. Zabieg ten zaliczany jest do najniebezpieczniejszych w historii medycyny estetycznej. Z drugiej strony niejedna dziewczyna dążąca do szczupłej sylwetki przypłaciła to anoreksją, a nawet życiem. To pokazuje, jaką cenę kobiety są w stanie zapłacić za idealny, w ich mniemaniu, wygląd.

Obecnie ukształtował się polski kanon Barbie. W salonach medycyny estetycznej możemy spotkać się z zabiegami „Barbie touch up”. Polega on na serii zabiegów, które wyszczuplają nos, powiększają usta i wysmuklają kości policzkowe. Barbie ma nie tylko piękną buzię, ale całą figurę. Jej duże piersi, a zarazem wąska talia i długie nogi („do nieba”) w rzeczywistości nie mają prawa istnieć. Przekładając jej wymiary na realność, przy wzroście 175 centymetrów musiałaby mierzyć 84-46-80 cm, z czego połowę stanowiłyby jej zgrabne nogi.

Ponadto na Instagramie popularne są nie tylko influencerki, które wiernie odzwierciedlają dany kanon piękna, ale również filtry choć trochę imitujące porcelanową cerę, baby face, duże oczy i wydatne usta. Dziewczyny coraz częściej przychodzą ze zdjęciem zawierającym filtr i chcą, aby lekarze medycyny estetycznej przeprowadzili zabiegi, które umożliwią ten nienaturalny wygląd. Kanon influencerek, które zdobywają pierwsze pozycje w viralach i podbijają serca milionów użytkowniczek, jest zbliżony do Barbie. Napompowane usta, pełny makijaż, szczupły nosek i świetne ciało to dzisiaj gwarant sukcesu w Internecie. Dziewczyny chcąc spróbować znaleźć swoje „ja”, ślepo naśladują wyznaczane trendy.

„Szara mysz w tłumie porobionych nic nie osiągnie. Filtry to jedno, po operacjach i tak się ich używa. Przecież nikt nie budzi się w pełnym makijażu, a storki nagrywa się od razu po przebudzeniu. […] Zobacz storkę tej dziewczyny: 8 rano, a ona już pracuje. Zarabia wyglądem. W uszach kolczyki takiej firmy. Jedzenie z tego cateringu, setki dziewczyn piszą do niej, skąd ma tę narzutę, kubek, klapki, co to za lakier i gdzie robiła paznokcie” – mówi Justyna z Warszawy w wywiadzie w książce „Poprawione”. Jest szczupła, ale jedzie do Turcji na wakacje na zabieg BTL. „Duży tyłek trzeba mieć” – dodaje.

Analizując wszystkie występujące w kulturze kanony piękna można zauważyć, że różnią się od siebie diametralnie. W stopniu, w jakim kobiety potrafią różnić się od siebie. Jeśli przyjrzymy się innym czynnikom, takim jak geny, rasa, pochodzenie społeczne, kapitał symboliczny, to okaże się, że więcej czynników dzieli kobiety niż je łączy.

Kobiece ciało, jego wygląd i piękno, są także wartościowane z punktu widzenia klasowego. Ciało jest tekstem, który czytamy klasowo. Wystarczy pooglądać programy typu „Damy i wieśniaczki”, „Chcę być piękna” czy „Projekt Lady”, żeby zobaczyć, że określony wygląd jest znakiem przynależności klasowej.

Pytanie jednak brzmi: jaki wygląd wybrać?

Jeszcze do niedawna zabiegi medycyny estetycznej zarezerwowane były dla kobiet z większym kapitałem ekonomicznym, bowiem żeby je wykonać, trzeba było dużo zapłacić. Cena jest wysoka, gdyż „poprawiony” wygląd gwarantujący młodość i piękno, jest w zasadzie nieosiągalny bez pomocy skalpela. Te, których nie było na to stać, musiały albo „akceptować siebie”, albo inwestować w inne kapitały, np. intelekt (nie jestem piękna, to przynajmniej będę mądra). Obecnie względna dostępność finansowa operacji plastycznych i chirurgii estetycznej spowodowała, że coraz większa grupa kobiet ma do niej dostęp. Wystarczy uzbierać na operację czy zabieg bądź podjąć współpracę influencerską z daną kliniką. Zabiegów tych podejmują się nie tylko lekarze, ale również kosmetyczki po ukończonych studiach w zakresie kosmetologii bądź (o zgrozo) po samych kursach. Wspaniale, jest nadzieja! Będziemy wszystkie takie jak nasza ulubiona lalka z dzieciństwa, nie będzie już różnic, koniec wyścigu, już widać metę.

Chyba że ktoś niekompetentny nas oszpeci.

Obecnie na rynku istnieje bardzo duża konkurencja w zakresie wykonywania zabiegów estetycznych. Przerywanie ciągłości skóry przestało być zarezerwowane tylko dla lekarzy po siedmioletnich studiach medycznych. Teraz wstrzyknąć kwas może nawet sąsiadka z naprzeciwka, która obejrzała tutorial na YouTube pt. „Jak powiększyć usta” i zamówiła kwas hialuronowy do paczkomatu. Coraz bardziej widać tego efekty. Niestety, ale dziewczyny, które nie mają wystarczających środków na zabiegi, a bardzo chcą z nich skorzystać, oddają się w ręce przypadkowych „kosmetyczek”. W konsekwencji prowadzi to do wielu powikłań pozabiegowych, nie mówiąc już o najważniejszym mankamencie – utratcie urody i naturalności. Rozbieżność międzyklasowa jeszcze bardziej się powiększa, ponieważ kobiety, które stać na profesjonalny zabieg u chirurga plastycznego nie oszpecą się tak, jak te, które nie mają wystarczających pieniędzy, a też chcą być młode i piękne, bo czują presję, żeby takimi być.

Kłopot także w tym, że osiągniecie ideału w odczuciu kobiety, nawet jeśli się powiedzie, nadal nie przestaje narażać na negatywną ocenę. Te „poprawione” dziewczyny są często krytykowane przez część kobiet wykształconych, z dużych miast, nierzadko inteligentek i feministek. Krytyczki widzą w tym przejaw uległości „męskiemu oku”, dostosowanie się do kanonów piękna, kapitulację przez opresję mitu piękna etc. „To nie ciało ma być moim kapitałem, a na pewno nie jest nim wygląd” – twierdzą. Mówiąc wprost, dziewczyna z domu inteligenckiego nie będzie widziała celu w poprawieniu ust botoksem czy zrobieniu większych piersi. Jej głównym atutem będą wiedza, dobre wychowanie, obycie w kulturze, co owocuje naturalnym wyglądem i brakiem przeglądania się w lustrze po kilka razy w ciągu dnia. To dlatego, że ma wysoką samoocenę i nie potrzebuje się dowartościować swoim ciałem. Świat jej podobnych będzie kanon naturalnego zadbania uważał za odpowiedni.

Problem dziewczyn poddających się bez opamiętania zabiegom estetycznym polega na tym właśnie, że czują niedosyt swojej wartości, która nie rośnie proporcjonalnie wraz ze zmianą ich statusu materialnego. Nie są w stanie zaakceptować samej siebie, patrząc tylko przez pryzmat lustra. Niedobór ten, wynikający często z innych wzorców, doprowadza je do chorobliwej poprawy wyglądu, bo to ciało staje się ich wizytówką, a nie zaniedbany intelekt czy charakter.

Dla niektórych kobiet kusa sukienka, pełne usta wspomagane botoksem i duży kształtny biust są wyznacznikiem dobrobytu. Niezaprzeczalnie te elementy stanowią wabik na mężczyzn, jednak przedstawicielki innych grup podchodzą do tego bardzo krytycznie. Nie próbują zrozumieć drugiej strony, lecz z góry ją negatywnie oceniają. Kobietę, która za wszelką cenę chce zmienić swoją naturalną urodę, w efekcie czego ma nienaturalnej wielości usta, nazywają „glonojadem”. Poprzez tę krytykę rodzi się jeszcze większy dystans i różnica między przedstawicielkami płci – właśnie – pięknej.

Stygmatyzowanie pewnej grupy kobiet poddających się operacjom plastycznym, które są raczej ofiarami, zarówno kultury, jak i samych zabiegów, jest w gruncie rzeczy elementem walki o uznanie, o bycie tą lepszą, naturalną, na tle „zrobionej” masy. Albo „zrobioną” tak, że „wygląda naturalnie”.

Swego czasu modne stało się pojęcie siostrzeństwa, które wywodzi się z nurtu feministycznego. Feministki zaczęły go używać jako przystępnego zamiennika, gdyż feminizm nie tylko stał się dla wielu, w tym kobiet, określeniem pejoratywnym, ale starał się zatrzeć różnice klasowe pomiędzy kobietami, które ewidentnie przecież istnieją (dlatego mamy różne odmiany feminizmu: od liberalnego po socjalny). Tak jak istnieją różnice w wyglądzie. Zamiast je pogłębiać ciągłą krytyką i ocenianiem, warto byłoby wykazać się większą wyrozumiałością. Jeśli każda z nas ma prawo być sobą, to dlaczego krytykować określony wybór? Czy nie dlatego właśnie, że nie jest zgodny z określonym postrzeganiem wyglądu? Za bardzo seksownym? Zaraz taka dziewczyna zostanie sklasyfikowana jako podlegająca dyktaturze patriarchatu, a jeśli powie, że naprawdę chce tak wyglądać, to usłyszy, że została ujarzmiona przez przemoc symboliczną narzuconą przez mężczyzn.

Wyobraźmy sobie dziewczynę, która w bardzo młodym wieku, chcąc być „lepszą wersją siebie”, jaką zobaczyła na Instagramie, powiększyła usta do nienaturalnych kształtów i trafia do środowiska inteligentów, np. środowiska akademickiego. Szybko zrozumie, że to, co było piękne tam, tutaj raczej naraża na śmieszność. Będąc młodą dziewczyną nie zastanawiała się przecież nad tym kanonem piękna jako konstruowanym społecznie, bo ta refleksja przychodzi później, tj. wtedy, gdy osiągamy jakiś dystans do wzorów i kanonów kulturowych, w których zostaliśmy zsocjalizowani. Przezwisko „Glonojad” mówi więcej o tej, która go używa, niż tej, która jest określana tym mianem. To w zasadzie nic innego, jak wtórna wiktymizacja.

Kult(ura) wiecznego niezadowolenia

Chyba rzadko się zdarza, żebyśmy szczerze mogły być z siebie zadowolone. Jedynie sporadycznie satysfakcjonuje nas własne odbicie w lustrze, wyniki w pracy, to, kim jesteśmy i z kim jesteśmy. Ciągła samoanaliza i skupianie się na niedoskonałościach, rywalizacja pomiędzy nami, kobietami i wyścig ku mecie bycia idealną to wynik tego, że nie jesteśmy w stanie zaakceptować aktualnego stanu rzeczy, ciągle szukając czegoś „więcej”. Z jednej strony z językiem na brodzie gonimy ideał, który zawsze jest nie do osiągnięcia, a z drugiej, jeśli już ktoś sprawiedliwie, na podstawie miarodajnych kryteriów, a nie własnego „czucia”, docenia to, czego się nauczył czy osiągnął, zostaje nazywany narcyzem i uruchamia się wobec niego narrację terapeutyczną.

Tak źle i tak niedobrze. I na tym to polega!

Ćwiczysz? Jesteś skupiona na ciele, bo na pewno jesteś głupia.

Nie ćwiczysz? Jesteś leniwa.

Tak można w nieskończoność.

Na tym stanie niedookreślenia, multiplikując sprzeczności, bazują wszystkie marki światowych producentów. Łapią nas w sidła swoich reklam i sugerują, że spełni się obietnica końca. Ale wiadomo, że jeden krem nie uczyni nas całkowicie szczęśliwym, bo do zestawu bycia pięknym potrzebne jest jeszcze serum na zmarszczki, maska wygładzająca na noc i cała seria kosmetyków. Kupujemy w zestawach, kupujemy w promocjach, kupujemy dla siebie, mamy, przyjaciółki. Już nie wiemy, co kupujemy. Nie jesteśmy w stanie się zatrzymać wśród machiny konsumpcjonizmu i kochamy posiadać więcej, mając nadzieję, że tym razem to wystarczy do bycia całkowicie szczęśliwym.

Kultura wiecznego niezadowolenia polega na tym, że nie jesteśmy w stanie w pełni siebie zaakceptować. Nieważne, ile ćwiczeń na siłowni wykonam, jak bardzo będę trzymać dietę, na koniec dnia liczy się to, że dwa dni temu byłam w McDonaldzie. Ważnym jest, że miałam pójść wcześnie spać o wodzie, a siedziałam do trzeciej w nocy przy chipsach i piwie. Pokazałam słabość, łamiąc własne postanowienia. Cały czas ustawiana wysoko poprzeczka dotycząca zdrowego i idealnego życia sprawia, że same jesteśmy dla siebie największymi katami – mówimy o życiu tak, jakbyśmy były sportsmenkami i maszynami do osiągania rezultatów. Chodzimy wiecznie sfrustrowane i niezadowolone, bo do marca miałam zrzucić pięć kilogramów, a gdy się udało, to nagle się okazuje, że mam za mały biust. A jak poprawię biust, to zaraz powiedzą, że jestem sztuczną lalą. I tak w kółko, bez ustanku. Już nawet konsumpcja nie daje obietnicy szczęścia i akceptacji samej siebie.

I na koniec, powiedzmy szczerze: robimy to w dużej mierze same sobie. Tutaj nie chodzi wcale o mężczyzn, ale o nas: kobiety. Zdanie mężczyzn przestało się aż tak bardzo liczyć, nie mówiąc już o tym, że oni nie widzą większości naszych niedoskonałości, które zauważamy my. To właśnie kobiety są najbardziej krytyczne wobec siebie i wobec innych kobiet. To my same po części podtrzymujemy ten system opresji piękna i oceny. Wynika to nie tylko z zazdrości o pozycję „tej lepszej”, ale z faktu pełnienia dla samej siebie roli bezkompromisowego trenera, dla którego nie ma miejsca na porażki czy nieudany zabieg plastyczny. Nie akceptujemy wad, słabości i błędów. W tej niechlubnej rywalizacji części z nas udało się prześcignąć nawet mężczyzn.

A co by było, gdyby dało się zbudować pomost, być bardziej wyrozumiałą dla siebie i ostatecznie innych? Zapewne stanowiłoby to spory wysiłek w realizacji, bo wszystkie ulegamy dyktaturze oceny i łatwości jej wydawania. Prowadzimy walkę poprzez brak akceptacji „innego”, niedoskonałego inaczej lub właściwie równie doskonałego jak tylko doskonałe może być – z sobą.

Milena Suchy

Grafika w nagłówku tekstu: Karlein z Pixabay

Podwójne zamknięcie

Podwójne zamknięcie

Szwedzki koncern zamyka dwa swoje zakłady w Polsce.

Jak informuje Business Insider, szwedzki koncern Northvolt ogłosił zakończenie produkcji magazynów energii w Gdańsku. Być może uda się ocalić drugą ze sfer działalności firmy, czyli wytwarzanie systemów bateryjnych, w tym do aut elektrycznych. Firma prowadzi zaawansowane rozmowy z potencjalnym kupcem drugiego ze swoich gdańskich zakładów. Ale i to nie jest pewne.

W sumie Northvolt zatrudnia w obu zakładach 281 pracowników. Jeden z tych zakładów powstał w roku 2023, a już teraz kończy działalność. Jest to skutkiem problemów finansowych firmy. Zamyka ona także swoje zakłady w Szwecji.

Będzie strajk?

Będzie strajk?

Pracownicy dużego producenta mebli są niezadowoleni i rozważają strajk.

Jak informuje portal Nowiny24.pl, coraz bardziej rozczarowani są pracownicy wielkiego producenta mebli Black Red White. Domagają się poprawy warunków zatrudnienia.

Znany producent mebli, przez długie lata należący do polskiego kapitału, został w połowie 2022 roku przejęty przez austriacki koncern XXX Lutz – trzeciego największego producenta i hurtownika mebli w skali świata. Nie polepszyło to sytuacji pracowników. Wręcz przeciwnie. Wiosną 2024 w firmie rozpoczął się spór zbiorowy. Zakładowa „Solidarność” oczekuje poprawy warunków zatrudnienia.

Przede wszystkim oczekiwane są podwyżki płac. Obecnie wiele osób w firmie – zarówno w centrali w Biłgoraju, jak i w zakładach produkcyjnych w Mielcu, Dachnowie, Przeworsku i Zamościu – zarabia poniżej pensji minimalnej. Jej poziom osiągają dopiero po uzupełnieniu premiami. Zamiast tego pracownicy oczekują, że wszystkie pensje podstawowe będą wynosiły co najmniej płacę minimalną, a oprócz tego stałych, a nie uznaniowych premii oraz procentowego, a nie kwotowego dodatku za staż pracy.

Dotychczasowe negocjacje w centrali firmy zakończyły się fiaskiem. Związkowcy odrzucili mediatora, wskazując na jego powiązania z szefostwem firmy. Zamierzają się zwrócić do Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, aby wyznaczyło mediatora niezwiązanego z przedsiębiorstwem.

W przypadku fiaska tych działań „Solidarność” zamierza zorganizować referendum strajkowe.

Na ratunek elektrowni

Na ratunek elektrowni

Radni Sejmiku Województwa Małopolskiego apelują o ratunek dla elektrowni Siersza w Trzebini.

Jak informuje Radio Eska, podczas niedawnej sesji Sejmiku Województwa Małopolskiego radni wystosowali apel w obronie Elektrowni Siersza w Trzebini. Zakład ten należy do spółki Tauron Wytwarzanie, która planuje go zlikwidować. Oznacza to likwidację co najmniej 500 miejsc pracy w niewielkiej miejscowości.

Radni Sejmiku napisali w apelu: „Likwidacja elektrowni wiąże się z poważnymi konsekwencjami zarówno społecznymi, jak i gospodarczymi, które mogą wpłynąć na stabilność regionu”. Elektrownia Siersza jest jednym z największych zakładów w gminie – zarówno pod względem zatrudnienia, jak i płacenia lokalnych podatków. Jej likwidacja oznacza poważne problemy dla lokalnej społeczności. Elektrownia Siersza jest jedną z polskich elektrowni węglowych, które mają być zlikwidowane w ramach dekarbonizacji gospodarki i przeprowadzania transformacji energetycznej. Publiczne koncerny, które chcą zamykać zakłady, nie troszczą się jednak o społeczno-gospodarcze skutki tego procederu. Rani Sejmiku piszą: „Sejmik Województwa Małopolskiego apeluje do wszystkich władz, instytucji i osób mających wpływ na funkcjonowanie sektora energetycznego o prowadzenie polityki uwzględniającej dotychczas poczynione duże inwestycje modernizacyjne w Elektrowni oraz uwzględniającej zminimalizowanie kosztów społecznych wobec tak ważnego dla gminy i regionu zakładu pracy. Likwidacja elektrowni wiąże się z poważnymi konsekwencjami zarówno społecznymi, jak i gospodarczymi, które mogą wpłynąć na stabilność regionu, bezpieczeństwo energetyczne kraju oraz dobrobyt setek pracowników i ich rodzi. Z uwagi na poważne zagrożenia społeczne i gospodarcze wynikające z planowanej likwidacji Elektrowni Siersza, Sejmik Województwa Małopolskiego apeluje o ponowne rozważenie decyzji państwowej spółki Tauron Wytwarzanie S. A. i podjęcie działań mających na celu ochronę miejsc pracy, bezpieczeństwo energetyczne oraz stabilność społeczną regionu poprzez wydłużenie rynku mocy dla źródeł węglowych na lata 2025-2028 i – co za tym idzie – o wydłużenie eksploatacji bloków w Elektrowni Siersza”.

(zdjęcie w nagłówku tekstu: Wojciech Imielski, Wikipedia)

Tam też będą zwalniać

Tam też będą zwalniać

Wielki koncern farmaceutyczny zapowiada grupowe zwolnienia w swoim oddziale w Poznaniu.

Jak informuje portal epoznan.pl, w stolicy Wielkopolski szykują się duże zwolnienia w tamtejszym oddziale koncernu GSK. To jeden z globalnych potentatów farmaceutycznych, należący głównie do kapitału brytyjskiego.

W swoim poznańskim oddziale planuje on zwolnienia grupowe. Pracę ma stracić 150-200 osób. Całe zatrudnienie w firmie wynosi 2500 osób. Pracę mają stracić przede wszystkim osoby zatrudnione w pracy biurowej i przy obsłudze technicznej internetowego aspektu działań tego zakładu koncernu. Dzieje się tak, pomimo że informuje, iż jej polski oddział należy do najszybciej rozwijających się.

Poza entuzjazmem i sceptycyzmem: eurokonieczność polskiej polityki

Świat stoi u progu dekad epokowej transformacji społecznej i politycznej. Ogromne zmiany klimatyczne i bioróżnorodności wpłyną na procesy polityczne. Technologia zmieni się w tempie nienotowanym do tej pory. Zrzucone na społeczeństwa koszty globalnych nieefektywności ekonomicznych wpłyną na formę i treść polityki liberalnych dotąd demokracji. Zagrożenie agresją wojenną i zarządzanie procesami migracyjnymi wpłynie na zmianę np. roli wojska w państwach. Ta właśnie rzeczywistość odsłania się już teraz naszym oczom powoli, ale bezustannie.

W świecie tym rola Europy maleje, choć nadal jest ona podmiotem mogącym współkształtować globalne zmiany. W samej zaś Europie rośnie rola Polski, dzięki dekadom rozwoju gospodarczego stającej u progu współdecydowania o kierunkach polityk Unii Europejskiej. W samej za to Polsce amalgamat szeregu zdarzeń i procesów politycznych wyłonił dwa relatywnie silne względem wąskich grup interesu ośrodki polityczne, dość podatne jednak na społeczny wpływ i różne tematyczne preferencje wyborców. To oznacza, że polityka klimatyczna Unii, jej podejście do migracji, jej decyzje akcesyjne czy też kształt kolejnych budżetów raczej nie będą mogły stać w rażącej sprzeczności z preferencjami Polaków wyrażanymi w sondażach.

Od globalnych procesów po sondażowe poglądy i tendencje zwykłej Polki i zwykłego Polaka i z powrotem. Rola zwykłych, robiących zakupy po pracy Polaków w sterowaniu światem – choć nadal mała – jeszcze nigdy nie była tak wielka.

Przydymione okulary polskiej percepcji

Dlatego też (oraz również dlatego, iż poglądy Polaków na kwestie zagraniczne nie różnią się zasadniczo od poglądów polskich elit) zamiast wstępu do rozważań o wyzwaniach Europy oraz polskich interesach w tym kontekście, należy gruntownie rozprawić się z dopadającą nas przypadłością. Otóż myślenie o polityce międzynarodowej Polski jest skrzywione przez życzeniową, niedojrzałą optykę. Niczym przez przydymione okulary, polska percepcja rzeczywistości nie wyłapuje dobrze kształtów poszczególnych relacji, polegając na bardzo niedokładnym i wprowadzającym w błąd przybliżeniu. Skala konsekwencji błędu zmusza do zastanowienia się nad tym zjawiskiem. Na czym polega skrzywiona polska percepcja spraw zagranicznych?

Po pierwsze, nieodpowiedzialna niedojrzałość. Bagatelizowanie ryzyk i traktowanie przyszłości wspólnoty jako przestrzeni, w której konsekwencje są nieostateczne i ograniczone. Porównajmy te dwie role: prywatną i publiczną. Polscy rodzice zapewne nie wysłaliby swojego dziecka na wycieczkę do miejsca, o którym nie ma żadnych informacji. Wielu polskich obywateli bagatelizuje jednak wspólnotową wycieczkę w świat katastrofy klimatycznej, o którym wiele nie wiemy, lecz łudzi się, że „będzie dobrze”, zamiast zachować zasadę ostrożności. Polski rodzic zapewne nie zachęcałby dziecka do rozpoczęcia walki samotnie przeciwko siódemce. Wielu polskich obywateli nie ma problemu z zachęcaniem polityków do tego, aby „mocno cisnąć” Niemcy, siedmiokrotnie silniejsze od Polski.

Po drugie, realizm Kalego. Głośne domaganie się kierowania wyłącznie polskim interesem narodowym przy odsądzaniu od czci i wiary innych państw, gdy w jakiejś mierze kierują się swoim wąskim interesem. Kraje zachodniej Europy ponoszą ekonomiczne, społeczne i polityczne koszty opowiedzenia się za wspieraniem Ukrainy, pomimo że ich percepcja poziomu zagrożenia bezpieczeństwa własnych państw jest radykalnie inna niż Polski. Dlatego ich polityka względem wojny na Ukrainie, chociaż oparta na wspólnych wartościach, ograniczona jest realizmem polityki wewnętrznej i potrzeb ich społeczeństw. Dla wielu w Polsce jest to dowód upadku, sprzedajności i, co ciekawe, „głupoty” rządów tych krajów. Oczywiście, jakże zupełnie inna jest nasza ocena potrzebnej asertywności Polski w relacjach z Ukrainą.

Po trzecie, niedocenianie dekad pracy, myślenie w kategorii „tu i teraz”, nie pokoleń. Specyficznie polska masowa percepcja realizmu politycznego potrafi docenić politykę niezwracania na siebie uwagi i komasowania siły przez Chiny po reformach Denga jako sprytną, wyrachowaną i właściwą. Jednocześnie polscy obywatele nie doceniają, iż dokładnie taką samą drogą kroczy Polska, która trzydzieści lat temu była dwadzieścia razy słabsza od Niemiec. Niecierpliwość i przecenianie własnych sił już w przeszłości doprowadzało do możliwych do uniknięcia dużych porażek polskiej polityki zagranicznej. Wiele dobrego natomiast wynikało z mało spektakularnej ciągłości polskiej polityki.

Po czwarte, sekciarstwo, manicheizm i jednoznaczne, pozbawione niuansu oceny. Od ściany do ściany, w polskiej percepcji Unia Europejska może być tylko poważnym zagrożeniem interesu narodowego lub tylko błogosławieństwem zapewniającym bezpieczną przyszłość. W rzeczywistości zagrożenia i szanse współwystępują w niezwykle pogmatwanym ciągu przyczynowo-skutkowym. To nie innych, ale siebie krzywdzimy, nie rozumiejąc dokładnie obecnych relacji międzynarodowych, np. „problemu niemieckiego” w Europie, posługując się tylko stereotypami. Innym elementem napędzającym sekciarstwo w myśleniu Polaków jest partyjne pałkarstwo. Dlatego więc „lud kodziarski” nie potrafi docenić wizjonerskiego odczytania zagrożenia ze Wschodu przez Lecha Kaczyńskiego. Dlatego też „lud pisowski” hołdem berlińskim nazwał balansujące na granicy prowokacji, niemalże antyniemieckie przemówienie Radosława Sikorskiego wygłoszone w twarz zszokowanych berlińskich elit, w tym prezydenta Niemiec, ówcześnie jeszcze blokujących ratowanie eurozony przez Europejski Bank Centralny.

Wchodzimy w czas, gdy Polska odpowiedzialność za Europę będzie się zwiększać, a jednocześnie koszt pomyłek w naszej polityce zagranicznej może być za sprawą rosyjskiego imperializmu ogromny. Zarówno liderzy polityczni, jak i wpływający na nich obywatele muszą zachowywać się maksymalnie odpowiedzialnie, odrzucając życzeniowe „chciejstwo” na rzecz ostrożnościowego tkania dobrych relacji, współzależności i poczucia zobowiązania z tymi, których pomocy możemy potrzebować.

Powrót prymatu polityki

Czytający te łamy świadomi są wielokrotnie powtarzanej diagnozy słabości świata Zachodu. Globalizacja i finansjalizacja gospodarek spowodowały osłabienie związków zawodowych i klasy średniej, wzrost nierówności ekonomicznych i niezrównoważenie duży wpływ świata Kapitału na procesy polityczne. To zaś umacniało procesy oligopolistyczne i rentierskie na Zachodzie, oddając w zamian za finansowe korzyści coraz więcej przestrzeni w przemyśle i innowacjach protekcjonistycznym Chinom. Te procesy oligarchizacyjne zwiększały społeczne napięcia w krajach Zachodu i długofalowe ryzyka dla konkurencyjności względem modelu chińskiego.

Otóż powyższa diagnoza zaczęła się nieco dezaktualizować. Przyczyn należy upatrywać w sercu globalnego kapitalizmu: Stanach Zjednoczonych. Mój tekst z tutejszych łamów sprzed czterech lat, pt. „Mniej morałów, więcej szczegółów. Progresywna polityka po pandemii” („Nowy Obywatel” nr 84, 2020), poświęcony był dwóm zagadnieniom. Pierwsze to krytyka antyzachodnich tendencji na zachodniej lewicy. Dziś, po ataku Rosji na Ukrainę, nie wymaga to wzmacniania argumentami. Drugie zaś, ważniejsze, to opis środowiska amerykańskich progresywnych ekspertów gospodarczych, którzy zamiast prawienia „morałów” zamierzają doprowadzić do istotnej zmiany systemu gospodarczego poprzez wejście w „szczegóły” na zapleczu procesu politycznego: w komisjach Kongresu i w urzędach regulacyjnych. Celem było usuwanie paragraf po paragrafie i firma po firmie oligopolistycznych przewag regulacyjnych i doprowadzenie do tego, by gospodarka rynkowa nie uspołeczniała kosztów, lecz działała w społecznym i narodowym interesie. Owi eksperci, wraz z objęciem urzędu przez Bidena w 2021 r., rozpoczęli metodyczną pracę. Warto wspomnieć tu kluczowe nazwiska, takie jak Rohit Chopra, Lina Khan, Gary Gensler czy szef sztabu administracji Bidena – Ron Klain, będący patronem dla wielu inicjatyw tej grupy.

Ekspertom od szczegółów udało się przywrócić sytuację, w której to świat polityki i długofalowego interesu społecznego stara się narzucić ramy działania, a nie robi tego wielki amerykański biznes. Niezauważenie dla wielu, administracja Bidena okazała się przełomowa na wielu frontach, gdzie po raz pierwszy od dekad lobbyści korporacji przegrywali walkę o zmiany w prawie z reprezentantami interesu społecznego. Stało się tak nawet w zakresie opieki zdrowotnej, gdzie wprowadzono m.in. maksymalne roczne rachunki za leki dla seniorów, maksymalną cenę insuliny oraz mechanizmy negocjacji na rzecz zmniejszenia cen świadczeń. Wprowadzono minimalny 15-procentowy podatek dla firm powyżej 1 miliarda dolarów przychodów. Szereg legislacji zmierzało do osiągnięcia efektów społecznych, takich jak zwiększenie ulgi podatkowej na dzieci, które pozwoliło (czasowo) niemal wyeliminować ubóstwo dzieci, czy też zmniejszenie długu studenckiego.

Administracja Bidena, od początku zmagająca się z trybem nadzwyczajnym wywołanym najpierw pandemią, a następnie jej skutkami, w tym inflacją, w naturalny sposób weszła w rolę aktywnego twórcy polityki i jej ram. Dokonała też istotnych kroków celem odzyskania przemysłowo-innowacyjnego prymatu w gospodarce światowej, zdając sobie sprawę z zagrożenia ze strony chińskiego protekcjonizmu państwowego. Dlatego też w 2022 r. Kongres przyjął dwie protekcyjne ustawy, dotyczące mikroczipów oraz całości gospodarki (tzw. IRA inflation reduction act). Ta druga ustawa stała się przyczyną obaw o szybkie pogorszenie się konkurencyjności gospodarek Unii Europejskiej. W odpowiedzi na te obawy Komisja Europejska zleciła przygotowanie dwóch raportów dwóm włoskim byłym premierom: Enrico Letcie i Mario Draghiemu.

Ponieważ historia powrotu prymatu polityki w administracji Bidena ma szansę powtórzyć się w Europie, warto jeszcze spinając klamrą wątek USA zapytać: dlaczego ekspertom się udało. Można wskazać na dwie przyczyny. Po pierwsze: rosnąca niezależność polityków. Jakkolwiek rosnące podziały polityczne tworzące toksyczny konflikt mają bardzo wiele minusów, to plusem jest stworzenie masy zwolenników gotowych na oddolne finansowanie kampanii wyborczej (co tworzy niezależność od kapitału) oraz zwiększona tożsamościowa zależność wielkich mediów od obozu politycznego (a nie od lobbystów i reklamodawców). Zwolennicy partii X, będący na „świętej wojnie” z partią Y, poświęcają się finansowo i dyscyplinują dziennikarzy „swoich” mediów, tym samym tworząc większą przestrzeń działania politycznym liderom (wszelkie skojarzenia z Polską są przypadkowe). Po drugie, przyczyną braku skutecznego weta amerykańskiego Kapitału wobec proponowanych zmian był brak alternatywnych koncepcji na horyzoncie. Administracja Bidena zaoferowała biznesowi zarobek poprzez dotacje w ramach IRA, a sam amerykański kapitał, widząc rosnące ryzyko geopolityczne, wycofał się z Chin. Dotychczasowy model wyczerpał się i nie było sensu udawać, że jest inaczej.

Moment krytyczny dla Europy

Protekcjonistyczny zwrot USA zastał Europę osłabioną kryzysem energetycznym i skutkami agresji Rosji na Ukrainę. Poprzedni pomysł na konkurencyjność Europy, wpływający na dotychczasowy software polityk unijnych, pochodził z Niemiec i wbrew opiniom krytyków nie był zupełnie niespójny. Regulacyjnie stymulowany popyt na odnawialne źródła energii miał zapewnić wzrost i pierwszeństwo sektora zielonej energii, znajdującego następnie rynek na obszarze zagrożonym katastrofą klimatyczną: całej planecie. Sukces tej strategii dałby Europie ogromne korzyści.

Fundamenty tego planu zostały jednak podkopane dekadę temu, gdy dokonano decyzji o niestawianiu na ostrzu noża kwestii kradzieży intelektualnej technologii przez Chiny. Tym samym z wizji producenta technologii OZE, eksportującego ją na świat, powoli kroczyliśmy w stronę odbiorcy tańszych produktów OZE z Chin, zbudowanych na kradzieży europejskiej technologii.

Zatem Europa straciła możliwość w miarę bezbolesnego miękkiego lądowania w rzeczywistość gospodarki doby katastrofy klimatycznej, zachowując dobrobyt przy jednoczesnym moralnym przywództwie jako pionier i dostarczyciel technologii ratujących planetę. Warto powtórzyć: koncepcja sama w sobie nie była zła. Zawiodły polityczna siła i determinacja. Niezwykle ciężko negocjować z takim państwem jak Chiny, gdy jest się krajem znacznie mniejszym, spora część biznesu preferuje krótkowzroczne umowy, a stworzenie niezałamującego się wspólnego frontu wszystkich istotnych państw UE wymaga niezwykłej ekwilibrystyki.

Ten „wspólny front” gospodarczy państw UE, jednocześnie konieczny i niemożliwy, obrazuje gospodarczo-polityczną łamigłówkę, przed którą stoimy. Brak politycznej jedności oznaczać będzie gospodarczą marginalizację. Próba narzucenia jedności ma wielkie szanse być kontrskuteczna. Wspólne dobrowolne uzgodnienia wszystkich większych państw wymagałyby ciągłego dowodzenia najwyższych politycznych umiejętności przy każdym istotnym zakręcie. Nie należy jednak spisywać Europy z góry na straty, ponieważ inna, zupełnie logicznie niemożliwa do utrzymania struktura, jaką jest strefa euro, ma już ponad ćwierć wieku i nic nie wskazuje, by nie miała funkcjonować kolejne ćwierć i więcej. Ponieważ alternatywa jest jeszcze gorsza.

Europa znajduje się obecnie w kleszczach pomiędzy próbą utrzymania konkurencyjności międzynarodowej a próbą utrzymania swojego modelu społecznego. Presja ta zwiększała się przez ostatnie trzy dekady. W różnych krajach Europy Zachodniej politycy mniej lub bardziej chętnie godzili się na pewne ograniczenia modelu społecznego w swoich krajach (w zakresie praw i regulacji pracowniczych, emerytalnych, świadczeń socjalnych, dostarczania dóbr publicznych takich jak służba zdrowia czy transport). Nie da się ukryć, że choć Europa Zachodnia jest zapewne nadal najlepszym miejscem do dobrego życia, to społeczne niezadowolenie narasta. Dla Europy Wschodniej to istotne również dlatego, że skonfrontowani z niezadowoleniem swoich społeczeństw zachodnioeuropejscy liderzy muszą być mniej skorzy do ustępstw wobec krajów naszej części Europy. Zagląda im w oczy widmo implozji systemu politycznego.

Europejscy liderzy, skonfrontowani z presją globalnego kapitalizmu, grali do tej pory na czas. Europejski biznes domagał się reform i w jakiejś mierze je dostawał od systemu politycznego. Obecnie system polityczny ma minimalne pole manewru, ledwo zarządzając społecznym wzburzeniem. Jednocześnie europejski biznes faktycznie słania się na nogach, będąc wypychanym z globalnej konkurencji na rynkach najistotniejszych marżowo. Amerykański nowy protekcjonizm IRA w połączeniu z presją chińską powoduje, że Europa traci pozycję z kwartału na kwartał, choćby w segmencie aut elektrycznych.

Jak w tym wszystkim powinna się zachować Polska? Wywalczyła sobie właśnie kluczową tekę komisarza ds. budżetu, co w połączeniu z wysoką osobistą pozycją Donalda Tuska wśród przywódców UE oraz polską prezydencją w pierwszej połowie 2025 r. daje nam przestrzeń do oddziaływania na przyszły kierunek Wspólnoty.

Stare cele i nowe środki polskiej polityki

Nowy polski rząd nie zrezygnował z celu prowadzenia ambitnej polityki zagranicznej, deklarowanego również przez poprzednią władzę. Przeciwnie, zmiana wizerunku Polski poszerza narzędzia i usuwa niektóre ograniczenia forsowania skutecznych inicjatyw. Przywiązanie do europejskich wartości i kultywowanie dobrych osobistych relacji w połączeniu z lepszym wczuciem się w potrzeby partnerów daje większe możliwości wpływania na kształt decyzji unijnych dotyczących przyszłości Unii. Jednocześnie rząd Donalda Tuska musi bardzo uważnie stawiać kroki, aby nie dać się złapać w ambicjonalne pułapki związane z formatem weimarskim i tarciami na linii kanclerz Niemiec – prezydent Francji. Po wyborach europejskich nadszedł czas resetu wielu polityk. Zadaniem Polski będzie ukształtowanie ambitnej odpowiedzi UE na obecne wyzwania, ale także takiej, w której większej aktywności Unii towarzyszyć będzie sprawiedliwy rozkład korzyści.

Rząd nowej koalicji w swojej aktywności zagranicznej nie omieszkał w pierwszej kolejności zerwać nisko wiszący owoc, jakim jest podkreślenie proeuropejskiego i kooperatywnego nastawienia względem innych unijnych stolic. Te zapewnienia współpracy i otwartości do dialogu pozwalają na lepszą atmosferę do rozmów o konkretach: problemach do rozwiązania, interesach do zabezpieczenia, współpracach do zawarcia. Ten sposób prowadzenia komunikacji wymusza też uważniejsze wczytywanie się w perspektywy innych państw. Musimy wiedzieć, jakie kwestie są istotne dla innych stolic, aby mieć możliwość formułowania wzajemnie korzystnych rozwiązań.

Jednakże symboliczne podniesienie przez polski rząd wysoko europejskiej flagi nie powinno być przeceniane. Przypomniał o tym kanclerz Scholz podczas lutowego, pierwszego spotkania z Donaldem Tuskiem w Berlinie, gdy na ręce polskiego premiera złożył gorące podziękowania Polsce za… działania na rzecz zapewnienia stabilności energetycznej Niemiec, czynione przez poprzedni polski rząd.

Ostatecznie to ten wymiar konkretnych decyzji i wykonawczych działań (celem zachowania bezpieczeństwa dostaw energetycznych dla niemieckiej gospodarki) ma bardziej zasadnicze znaczenie dla współpracy państw niż publicystyczne deklaracje, które u poprzedniego rządu bywały groteskowo i dziecinnie antyniemieckie. Dlatego efekt retorycznego „nowego otwarcia” w polityce zagranicznej ma swoje limity: zarówno Scholz, jak i Tusk zdają sobie sprawę z rozbieżnych interesów w kwestii np. centralizacji decyzji w UE. Zdają też sobie sprawę z różnicy znaczenia i politycznych wpływów, dlatego polska strona rządowa (w przeciwieństwie do części komentatorów) zachowuje umiar w retoryce na temat roli trójkąta weimarskiego w UE i roli Polski w trójkącie weimarskim.

Rząd Zjednoczonej Prawicy za sprawą europejskich sojuszników PiS miał ograniczoną zdolność współpracy na płaszczyźnie europejskiej. W ugrupowaniu Europejskich Konserwatystów i Reformatorów obok proukraińskich partii premiera Czech Petra Fiali i premier Włoch Giorgii Meloni znajdywał się również ścisły sojusznik PiS, prorosyjski premier Węgier Viktor Orbán, którego postawa wobec Ukrainy wzbudza oburzenie i stawia go na marginesie w Brukseli. Dużym ograniczeniem rządu PiS była również niepotrzebnie konfrontacyjna retoryka antyniemiecka i eurosceptyczna tworzona na potrzeby polityki wewnętrznej oraz niewielka elastyczność wobec stanowisk innych państw. Polska jako kraj średniej wielkości o trudnym sąsiedztwie przywiązywała zbyt małą wagę do swojego wizerunku i budowania ciepłych relacji.

Poprzedni polski rząd nie połapał się, iż wspólny język wzajemnej sympatii i podzielanych wartości jest koniecznością. Jak ujął to kiedyś były minister ds. europejskich Konrad Szymański: odwoływanie się do wspólnoty wartości to narzędzie państw słabszych (takich jak Polska), dlatego język idealizmu jest taktyką z naszego punktu widzenia arcyrealistyczną. Odwrotność tego podejścia – przyjęcie za standard języka Europy odrębnych interesów narodowych i egoizmów – osłabia Polskę. Ciekawym probierzem skuteczności nowego polskiego rządu będzie m.in. kwestia niemieckiego zadośćuczynienia za II wojnę światową oraz wpływ na niemieckie postrzeganie tej kwestii. Inwestycja w budowaną w języku niemieckim percepcję niemieckiej opinii publicznej i jej liderów powinna dać lepszą stopę zwrotu niż dotychczasowa inwestycja w budowanie polskiego resentymentu poprzez tweety w języku polskim Instytutu Strat Wojennych. Ważny jest odpowiednio postawiony cel.

Polski rząd ma przestrzeń do przebudowy pozycji naszego kraju. Przekaz, na który Europa czeka, to „możecie liczyć na Polskę w nadchodzących trudnych momentach, również tych trudnych dla zachodniej Europy”. Takie podejście buduje zasadę wzajemności i racjonalniejsze decyzje naszych partnerów w przypadku np. zagrożenia dla niemieckiej bazy przemysłowej. Partnerzy powinni również usłyszeć, iż cieszymy się i doceniamy np. deklarowaną większą obecność wojskową w krajach bałtyckich i że będziemy uzgadniać z nimi wspólną percepcję ryzyka, aby nie musieli obawiać się rzekomej nieobliczalności Europy Wschodniej.

Postawienie na europejską solidarność powinno również oznaczać kurs na friend-shoring i większą rolę Europy Wschodniej w budowaniu gospodarczej spójności europejskiego bloku. Mechanizmem zabezpieczenia przed szokami polityczno-społecznymi powinna być ambitniejsza wspólnotowa polityka inwestycyjna. To pozwoliłoby uratować spójność UE bez utraty sterowności, a jednocześnie bez politycznego zamętu, który wywołałaby próba centralizacji. Taka nowa Unia, wstawiająca się za słabszymi („nową UE” oraz Mołdawią i Ukrainą), miałaby większą wiarygodność wobec, przykładowo, Afryki czy Ameryki Łacińskiej. A takie alianse będą ważne w dobie zapewnienia wystarczalności choćby w zakresie krytycznych surowców.

Nadchodzący europejski reset może być szansą dla Polski. Nie odnaleźliśmy się w nadciągających nowych regułach m.in. Europejskiego Zielonego Ładu. Nowa polityczna recepta w trójkącie klimat – społeczeństwo – konkurencyjność musi ochronić zarówno klimat, jak i społeczeństwo, a w kwestii konkurencyjności skorzystać z protekcyjnego momentu wytworzonego przez amerykański Inflation Reduction Act. To wymagać będzie nowej inicjatywy i nowego impetu.

Propozycja priorytetów na rok 2025

Europa mierzy się w 2024 r. z trzema głównymi wyzwaniami:

  1. Bezpośrednim zagrożeniem bezpieczeństwa ze strony Rosji;
  2. Społecznym niezadowoleniem z systemu politycznego w wielu krajach;
  3. Zagrożeniem gospodarczą marginalizacją w konkurencji globalnej.

Ten pierwszy problem jest zrozumiały, ale bolesny bardziej dla nowych członków UE (tych, którzy dołączyli dwadzieścia lub mniej lat temu) niż dla starych. Drugi problem jest szczególnie dotkliwy dla starych członków, a trzeci zagraża wszystkim, choć to Europa Zachodnia bardziej odczuwa jego presję.

W trakcie polskiej prezydencji, a także w okresie przygotowań do niej, polski rząd powinien w szczególny sposób zająć się trzecim problemem, gdyż jego rozwiązanie jako jedyne może mieć pozytywne efekty zewnętrzne dla obu pozostałych problemów.

Problem bezpieczeństwa nie będzie miał tak dużego znaczenia dla Europy Zachodniej czy Południowej, zaś problem mitygacji społecznego populistycznego wzburzenia (np. poprzez politykę migracyjną) jest mało atrakcyjny dla krajów naszego regionu. Jednak przeciwdziałanie gospodarczej marginalizacji Europy jest w stanie przynieść korzyści na wszystkich frontach.

Priorytetem w perspektywie krótkoterminowej powinno być dla polskiej prezydencji stworzenie dodatkowych źródeł finansowania dla unijnych priorytetów już w 2025 r. Priorytetem średnioterminowym powinno być wpłynięcie na bardziej ambitne założenia kolejnej wieloletniej perspektywy finansowej.

Postulowany niegdyś przez Marcina Korolca Europejski Fundusz Rozwoju Przemysłu może stać się narzędziem odzyskiwania przez Europę przewagi w sektorze czystych technologii i innych gałęziach przemysłu. Może też posłużyć do mobilizacji krajowych przemysłów obronnych. Jednocześnie ramy „polityki przemysłowej” powinny celować w szczególne impulsy inwestycyjne w regionach dotkniętych problemami społeczno-ekonomicznymi. Warto w tym kontekście pomyśleć również o rozszerzeniu Funduszu Sprawiedliwej Transformacji.

Dla krajów naszego regionu, poza aspektem sektora obronnego, ważne będzie również zachowanie regionalnego charakteru inwestycji, aby fundusz nie został wykorzystany do drastycznego rozwarstwienia technologicznego wewnątrz Unii.

Stworzenie funduszu wymagać będzie dodatkowych pieniędzy z jednego z trzech źródeł: unijnego nowego podatku, wspólnego długu lub podwyższenia składki.

W interesie Polski i Unii jest przyjęcie tego ostatniego rozwiązania, ale nowa perspektywa finansowa nie zacznie się przed 2028 r. Ramy perspektywy zostaną zaproponowane przez Komisję około maja 2025 roku. Wiemy, że prezydent Francji jest zwolennikiem wyższej składki i polska prezydencja powinna wspierać to rozwiązanie w zamian za uwzględnienie interesów regionu. Francja również powinna być sojusznikiem w kwestii ewentualnych zapisów warunkowości.

W krótszej perspektywie ważniejsze jest jednak uruchomienie dodatkowych środków przez wspólny dług, co pozwoli na stworzenie nowej dynamiki rozwojowej i politycznej już w przyszłym roku, na czym zależy Francji. Polska z kolei, szczególnie w okresie do końca prezydencji, może zapewnić konsensus państw regionu.

Reasumując, Polska w trakcie prezydencji powinna doprowadzić do uruchomienia nowych wspólnych strumieni wydatkowych, pozwalających odpowiedzieć na obecne wyzwania. Powinna doprowadzić do ramowego porozumienia w sprawie zwiększenia składki w nowej perspektywie unijnej oraz uruchomienia wspólnego funduszu już w 2025 r. W ten sposób będą mogły zostać uwzględnione najważniejsze perspektywy różnych grup państw w Unii. Nowe narzędzie będzie stanowiło instrument politycznej kontrofensywy. Wspólnota problemów, jaką jest Unia, stać się może wspólnotą rozwiązań.

Ani euroentuzjazm, ani eurosceptycyzm nie są dobrym doradcą dla polskiej polityki zagranicznej. Uniknięcie katastrofy rozpadu Unii jest polską racją stanu, a wzięcie większej odpowiedzialności za rozedrganą Europę – nie wyborem, lecz koniecznością. W czasie epokowych transformacji odegranie przez Polskę kluczowej roli w ustabilizowaniu sytuacji zmieniłoby trwale naszą pozycję. Obywatele jednego z krajów-przywódców kontynentu najbardziej przyjaznego człowiekowi już nigdy nie potrzebowaliby „aspirować” i „doganiać”. Mogliby za to chronić i rozwijać to, co cenią u siebie oraz pomagać tym, których epoka transformacji dotknie trwalej i groźniej.

Krzysztof Mroczkowski – publicysta, ekonomista i historyk. Stały współpracownik „Nowego Obywatela”.

O Unii na serio

Gdy dekadę temu, na 10-lecie obecności Polski w Unii Europejskiej, wydaliśmy numer poświęcony podsumowaniu tego okresu, sprawa była prostsza niż dzisiaj. Bilans raczej pozytywny, a to, co budziło wątpliwości, nie należało do kwestii absolutnie kluczowych.

Inny był też kontekst. Młodsi czytelnicy tego nie pamiętają, ale akces Polski do UE dokonał się w epoce beznadziei. W kraju sponiewieranym „terapią szokową” Balcerowicza i jej powtórką za Buzka i Belki. W czasach, gdy prawica „suwerennościowa” i „narodowa” ścigała się z całą resztą na kult wolnego rynku i kurs antyspołeczny.

Polska była wtedy w zapaści. Z niemal rekordowym bezrobociem. Z marnymi płacami. Z zerowym „socjalem”. Ze zlikwidowanymi połączeniami kolejowymi, zdewastowaną infrastrukturą, zwijaniem usług publicznych. Z biedą i beznadzieją. Naprawdę trudno było uwierzyć, że może być gorzej. Być może nieco naiwnie, ale chwytaliśmy się wszelkiej nadziei. Także i takiej, że Unia mimo wad i słabości oznacza jednak szansę. Czy mieliśmy rację?

Sądzę, że w roku 2014 żyło się nam już lepiej niż w 2004. Także dzięki wielorakim aspektom przynależności do Unii. Tyle że była to Unia inna niż dziś. Od tamtej pory miało miejsce kilka zjawisk.

Centralizacja polityczna i coraz większy nacisk brukselskiej niewybieranej elity na poszczególne kraje, głównie te biedniejsze i słabsze. Znacznie silniejsze zaznaczenie się egoistycznych interesów kilku silnych państw, w tym Niemiec, kosztem innych. Narastanie sprzeczności w samej UE, skutkujące m.in. Brexitem. Krótkowzroczna polityka wschodnia krajów „starej Unii”, skutkująca bezradnością wobec Rosji. Problematyczna i coraz powszechniej odrzucana polityka migracyjna. Ekologia robiona ponad głowami społeczeństw, bez liczenia się z kosztami, zróżnicowaną sytuacją poszczególnych krajów, interesami gospodarki i poziomem życia obywateli. Narastanie społecznego buntu wobec tego wszystkiego naraz lub poszczególnych zjawisk – buntu etykietkowanego jako „populizm”.

Dzisiaj żyjemy lepiej niż w 2014 i 2004. Coraz więcej słabości ukazuje natomiast sama Unia.
Polacy są dość euroentuzjastyczni w ogóle. Ale już mniej, gdy mowa o poszczególnych pomysłach unijnej elity. Zarówno 20. rocznica obecności w UE, jak i taki stan rzeczy to dobra okazja i dobry powód, aby znowu przyjrzeć się integracji europejskiej.

Bierzemy pod lupę najbardziej problematyczne sprawy. Rolnictwo, ekologię, kwestie klimatyczne, strefę euro, sprawy pracownicze, miejsce Polski w gospodarczym układzie sił na kontynencie, rozdźwięk między kulturą euroelity a przekonaniami społeczeństw, rolę Niemiec, centralizację władzy, kondycję państwa narodowego itp. A także to, jakie oblicza i barwy polityczne przyjmuje eurosceptycyzm oraz europejską, lecz nieunijną perspektywę..

Staramy się dyskutować o Unii na serio. Z udziałem autorów z bardzo zróżnicowanych środowisk, nierzadko niezgadzających się w ocenie UE. Bez czołobitnego entuzjazmu i pokory dobrze wytresowanego niewolnika. Ale i bez (pseudo)krytycznego frazesu, który może sprawdza się na wiecach i memach, lecz nie w debacie o przyszłości Polski w tak czy inaczej ułożonej Europie.

Ufam, że lektura niniejszego numeru będzie pożyteczna, choć oczywiście nie wszystkie ważne kwestie udało się nam poruszyć.

PS. Jeśli „Nowy Obywatel” ma się nadal ukazywać i poruszać tematy, jakich wcale lub prawie nie znajdziecie w innych mediach, potrzebne jest Wasze wsparcie – spójrzcie proszę na sąsiednią stronę.

Radom zwalnia

Radom zwalnia

Kolejna fala zwolnień grupowych w Radomiu.

Jak informuje „Echo Dnia”, w ostatnim czasie miały miejsce kolejne zwolnienia w zakładach pracy Radomia. Najbardziej dotkliwe są te w spółce AIS WSI Europe. Firma działająca w branży metalowej ogłosiła zwolnienia grupowe, w których pracę straciło 56 osób. To przedsiębiorstwo wykonujące zaawansowane prace metalurgiczne, na potrzeby m.in. przemysłu petrochemicznego, papierniczego, spalania odpadów itp.

W tym samym czasie inna radomska firma, huta szkła Solbika, zwolniła 18 osób. To kolejna fala redukcji w tym zakładzie. W lutym 2024 roku zwolniła ona już 100 osób. Pracę niedawno straciło także 14 osób w firmie garbarskiej Magar.

„Echo Dnia” zauważa, że od lat nie było w Radomiu dużych zwolnień u wielu producentów. Tymczasem oprócz wspomnianych zakładów duże redukcje zatrudnienia przeprowadziły lub przeprowadzą jeszcze m.in. firma odzieżowa B&M Clothing Company (zwolniono 123 osoby), metalurgiczna Altha Powder Metallurgy (33), metalurgiczna TOHO Poland (115).

Kibic wyklęty

Kibic wyklęty

Przy okazji 11 listopada, czyli Święta Niepodległości, tematem mediów stają się uczestnicy corocznego Marszu Niepodległości w Warszawie. Odczuwalna jest atmosfera wyczekiwania na przyszłe wydarzenia, które mogą skończyć się, jak w latach poprzednich, ulicznymi starciami z policją, a te zawsze rozgrzewają media.

Środowiskiem, które szczególnie przyciąga uwagę mediów, są kibice. Jest tak nie tylko z powodu ich widoczności, czyli odpowiedniego uznakowienia własnej tożsamości (ubiór, szaliki, race, hasła, wygląd), ale przede wszystkim chuligaństwa przeniesionego ze stadionów na ulice stolicy. W tym sensie to nie kibice, a kibole, jak zaczęto ich określać. To po pierwsze. Po drugie środowisko kibiców od momentu dostarczenia im przez tzw. obóz patriotyczny, kojarzony głównie z Prawem i Sprawiedliwością, „tożsamości wyklętej”, o czym będzie jeszcze mowa, stali się problemem politycznym, choć do tego czasu byli głównie problemem kryminalnym. Od czasu hasła „Donald matole, Twój rząd obalą kibole” stali się środowiskiem politycznie opowiadającym się, a niekiedy wręcz zaangażowanym, po prawej stronie. Nie oznacza to jednak utożsamienia z PiS-em, ale raczej zajęcie pozycji opozycyjnych względem środowisk liberalnych oraz lewicowych. Kibol zaczął identyfikować się z wartościami patriotycznymi, stając tym samym po prawej stronie, choć z pewnością nie był patriotą zawsze, nie mówiąc już o różnicach istniejących w tym środowisku w podejściu do modelu gospodarczego, który ewidentnie przecież dzieli prawicę (bliżej jej odłamom do siebie w nadbudowie niż bazie).

Obrazując uliczne walki z policją, płonący samochód transmisyjny TVN-u, liberalne media zgodnie powiedzą: „Oto polscy patrioci! Zwykli chuligani!”. Liberalne media portretują środowiska patriotyczne, w tym szczególnie środowisko kibiców, jako faszystów oraz zagrożenie dla europejskich wartości ze względu na podejście do wszelkiej „inności”. Słowem: gorszą i wstydliwą część polskiego społeczeństwa, jego nienowoczesną, czekającą na wyedukowanie zakałę. Z kolei media prawicowe widzą ich jako „sól ziemi”, podkreślając wiele dobrych działań podejmowanych przez te środowiska, wskazując, iż stali się obiektem politycznej nagonki ze względu na swoje patriotyczne nastawienie widoczne choćby w oprawach meczów.

Oba obrazy tego środowiska, łatwe zresztą do zrekonstruowania dla badaczy dyskursów medialnych, są bardziej referencyjne względem siebie niż rzeczywistości. Ponadto cierpią na wysoki poziom polaryzacji, analogicznie jak ma to miejsce w przypadku portretowania przez poszczególne media sytuacji na granicy polsko-białoruskiej, czyli mówiąc najprościej: wykształcona matka-lekarka z płaczącym dzieckiem versus grupa silnych i agresywnych mężczyzn. Być może nie wszyscy o tym pamiętają, albo w ogóle nie mieli czego zapomnieć, gdyż nie posiedli takiej wiedzy, ale w kilka tygodni po październikowych wyborach jedna z dziennikarek opisujących wspomnianą sytuację stwierdziła wprost, że kłamała i narracja „humanitarna”, czyli „liberalno-lewicowa”, jest w dużej mierze fałszerstwem, albowiem bliższa prawdy jest narracja prawicowo-konserwatywna (pisałem o tym szczerzej tutaj: https://obywatel3.macmas.pl/2024/03/03/rzeczywistosc-na-granicy/). Nawiasem mówiąc zaraz po wyborach nowy premier, który doszedł do władzy także dzięki narracji humanitarnej, natychmiast ją porzucił, a były już minister Bartłomiej Sienkiewicz nazwał organizacje aktywistów „odklejonymi”.

Przypominam tę kwestię nie tylko po to, aby odnotować fakt naiwności wiary w przedwyborcze obietnice Donalda Tuska. Chcę także przypomnieć, że z nagranych rozmów w restauracji „Sowa i Przyjaciele” można zasadnie przypuszczać, iż podpalenie budki wartowniczej pod ambasadą Federacji Rosyjskiej w czasie Marszu Niepodległości w 2013 roku było inspirowane przez Sienkiewicza w celu wywołania zamieszek, a w konsekwencji uwiarygodnienia wizerunku uczestników marszu jako chuliganów.

Chciałbym być dobrze zrozumiany: nie twierdzę, że środowisko kibiców to sami grzeczni chłopcy, gdyż byłoby to nieprawdą. Nie twierdzę, że nie dokonują rzeczy złych, bo tak nie jest. Nie twierdzę, że za wszystko trzeba ich chwalić, wręcz przeciwnie.

Interesuje mnie inne pytanie: jak narodziło się chuligaństwo stadionowe jako problem polityczny? Odpowiadając na nie, chciałbym pokazać, jak tworzone, i rozgrywane są, by użyć sportowej metafory, nasze tożsamości.

Warto w tym celu wykorzystać badania kulturoznawców oraz socjologów. Aby, po pierwsze, przyjrzeć się temu środowisku w bardziej obiektywny sposób, a po drugie, zobaczyć genezę owego chuligaństwa w szerszym kontekście społecznym oraz historycznym ze szczególnym uwzględnieniem anektowania przez kapitalizm coraz to nowych obszarów życia społecznego. W tym obszarów życia klasy robotniczej, takich jak piłka nożna – sport, który wyrażał jej wartości i tożsamość.

Aby odpowiedzieć na to pytanie posłużę się znakomitym tekst Johna Clarke’a „Chuligaństwo stadionowe a skinheadzi” („Kultura i hegemonia. Antropologia tekstów szkoły z Birmingham”, red. M. Wróblewski, Toruń 2012). Autor jest badaczem kultury związanym z paradygmatem studiów kulturowych, określanych mianem szkoły z Birmingham. To o tyle istotne, gdyż badacze tej szkoły traktowali kulturę jako obszar ideologicznego tarcia pomiędzy klasami społecznymi i postrzegali ją poprzez relacje władzy. Słowem, kultura nie jest światopoglądowa neutralnie, lecz jest sposobem walki pomiędzy dominującymi a podporządkowanymi. Tym samym badacze tej szkoły, w tym Clarke, kontynuują myślenie Marksa oraz Gramsciego dotyczące panowania jednej klasy nad drugą, przy czym środkiem owego panowania jest kultura, zbudowanie swoistej hegemonii kulturowej. Będzie ona służyła burżuazji, czyli kolonizatorom życia społecznego, a dla klasy robotniczej, czyli skolonizowanych będzie przezroczystym środkiem nadzoru, tj. nie będą sobie w ogóle oni uświadamiali jej władzy i przemocy symbolicznej. „To nie ideologia, to nie polityka, ale świat sam w sobie i postęp” – twierdzą zawsze kolonizatorzy. Tak przemyca się myśl Marksa, że idee klasy panującej mają być ideami panującymi w całym społeczeństwie, a stawiający im opór muszą zostać ustygmatyzowani, odpowiednio oznaczeni i zetykietyzowani. Słowem: trzeba ich napiętnować.

Świetnym tego przykładem są właśnie losy zjawiska określanego mianem chuligaństwa stadionowego. Stało się ono problemem dla burżuazji chcącej zarobić na sporcie, który nie był ich sportem, albowiem był sportem klasy robotniczej. To wtedy tworzy się pojęcie „chuligaństwa stadionowego”, pod które podpadają określone zachowania oraz wartości, które do tej pory interesowały mało kogo spoza klasy robotniczej. We własnym interesie klasowym burżuazja zmienia percepcję tych samych zachowań oraz narzuca interpretację istniejących od dekad działań danej klasy.

Zdaniem Clarke’a piłka nożna jest ważnym elementem kultury klasy robotniczej, wręcz centralnym, albowiem wyraża wartości tejże klasy, to w tym sporcie realizują się one i mogą zostać zamanifestowane. Należą do nich, po pierwsze, ekscytacja, która jest przeciwieństwem przemysłowej rutyny, swoistym rytuałem klasowym. Po drugie, sprawność i siła fizyczna: nie ma tam miejsca dla słabeuszy i mięczaków, trzeba być twardym, przede wszystkim w sensie fizycznym, gdyż przemoc jest społecznym warunkiem przetrwania i zawsze istnieje ryzyko bijatyki (choć nie dochodzi do nich tak często jak się wydaje, twierdzi autor). Po trzecie patriotyzm lokalny. Wiele boisk było budowanych w sercu dawnych osiedli robotniczych, a piłkarze byli robotnikami nie różniącymi się zarobkami ani stylem życia od kolegów-kibiców. Budowało to poczucie wspierającej się wspólnoty. Po czwarte wola zwycięstwa. W robotniczym życiu przepełnionym kontrolą, poleceniami i wytycznymi, piłka nożna daje możliwość swoistego upodmiotowienia poprzez pokazanie indywidualnych i, w większym stopniu, wspólnotowych umiejętności oraz sprawności fizycznej. Owe upodmiotowienie polegało nie tylko na „ucieczce z ciemnej melancholii w światło walki”, ale wypowiadało sprzeciw wobec zarządców fabryki – szerzej: władzy wobec tych, którzy ją dzierżyli nad robotnikami. W tym sensie piłka nożna była formą oporu oraz wyrazem tożsamości. Nic więc dziwnego, że w przeciwieństwie do sportów klasy burżuazyjnej była traktowana „na serio”, nie jako zwykła rozrywka, „tylko gra”, ale emocjonalnie zaangażowana i realnie przeżywana manifestacja stosunku do świata.

Od początku lat 50. XX wieku dokonują się przemiany w strukturze społecznej Wielkiej Brytanii, które odbijają się na piłce nożnej. Chodzi głównie o trzy procesy: profesjonalizację, internacjonalizację i komercjalizację. Pierwszy polega na coraz powszechniejszym uświadomieniu sobie technicznych wymagań koniecznych do odniesienia zwycięstwa. Przejawia się to w trosce o taktykę, unaukowieniu metod treningowych i oczekiwaniach względem wysokiej sprawności fizycznej zawodników. Wprowadza się szereg zakazów względem boiskowej „twardej gry”. Internacjonalizacja oznacza postępujący rozwój rozgrywek międzynarodowych, uzupełniających zmagania lokalne. Komercjalizacja widoczna jest w coraz większym finansowym zainteresowaniu grą, wzrastających kwotach transferów i kontraktów, coraz wyższych wypływach za bilety i rosnących wpływach z nich; udoskonala się bazę treningową, zwiększa liczbę miejsc siedzących, poprawia stan toalet i bazy gastronomicznej (powstają nawet restauracje), a także tworzy kluby dla fanów. Wprowadza się teatralne elementy, jak puszczanie balonów przed meczem.

Zbiorczo owe procesy Clarke określa mianem „burżuazyjnienia” piłki nożnej, która od tej chwili ma być „dla wszystkich”, a w domyśle: dla klasy średniej, która nie chce takich jak do tej pory zachowań ze strony klasy robotniczej, gdyż nie są one akceptowane i naruszają jej komfort. To obecność klasy średniej wymusza nowe normy, choć do tej pory była to „rozrywka” klasy robotniczej, i to, co było dotychczas normą, np. popychający się i przeklinający kibice – teraz stają się problemem. Teraz już klasa średnia można bez obaw o utratę swojego klasowego statusu interesować się piłką nożną, gdyż futbol zostaje pozbawiony swojego wymiaru klasowego.

Jak twierdzi Clarke: „Proces burżuazyjnienia futbolu zaowocował jednym, istotnym dla dyskusji o chuligaństwie, skutkiem; doprowadził do zmiany sensu pojęcia »piłkarski kibic«. »Prawdziwy« kibic nie jest już typowym robotnikiem, żyjącym w oczekiwaniu niedzielnego meczu, człowiekiem, którego własne pochodzenie nierozerwalnie łączy się z sukcesem »jego« klubu. Zamiast tego jest racjonalnym, dokonującym selekcji konsumentem rozrywek, który obiektywnie ocenia przebieg wydarzeń na boisku ze swego miejsca na trybunach”.

Śledząc powstanie i rozwój subkultury skinheadów, którzy opanowali stadiony, Clarke zauważa, że ich styl życia polegał na utwierdzaniu starych tradycji, które wydawały się zagrożone przez zanieczyszczenie wartościami i wzorcami charakterystycznymi dla klasy średniej, w tym np. subkultury modsów. O ile ci ostatni doświadczali awansu społecznego przemieniając się w pracowników umysłowych i zamożnych konsumentów, o tyle ci pierwsi – upadku, byli ofiarami degradacji. Miejscem, gdzie jeszcze mogli poczuć się sobą, był stadion, który, jako ulegający „burżuazyjnieniu” przestawał być ich miejscem. Było to odbierane jako zabieranie im tożsamości, wysyłanie na społeczny śmietnik, często traktowanie w sposób poniżający (w trosce o zapobieżeniu przemocy zabierano im przy wejściu na stadion paski i buty).

Jak trafnie podsumowuje Clarke: „Chuligaństwa stadionowego nie należy zatem postrzegać jedynie jako próby ocalenia futbolu dla klasy robotniczej, lecz trzeba w nim dostrzec wysiłek obronny robotniczej kultury przed inwazją burżuazji. Ich przemoc, rasizm, purytanizm i regionalizm (odbicie społeczności w grupie, w której wszyscy muszą stać ramię w ramię, gdy grożą im kłopoty) są etapami odtwarzania tradycyjnego sposobu życia”.

Mówiąc najkrócej: chuligaństwo stadionowe stało się problemem wtedy, gdy burżuazja postanowiła ukraść kulturę i tożsamość klasie robotniczej. Nie jest zatem dziwne, że stawiali oni opór w sposób sobie znany, tj. przemocą, gdyż nie mieli innych zasobów (nawet zasoby publiczne i prawne były przecież w rękach innej klasy). Czy należy ich winić za obronę własnej tożsamości, i to obronę konieczną? Czy to może raczej złodziej powinien zostać potępiony?

Warto zauważyć, iż powstanie stereotypu chuligana stadionowego, zdecydowanie przesadzonego, jak twierdzi Clarke, w czym mieli udział np. dziennikarze, mogło mieć niezamierzony skutek w postaci tego, że jednostki określane tym mianem same zaczynały utożsamiać się z zachowaniami opisywanymi przez stereotyp, co jest niczym innym, jak przypadkiem dostosowywania się do wymagań stawianych przez rolę społeczną.

Historia polskiego środowiska kibiców, a nawet lokalnych wariantów tego środowiska, napisana właśnie w takiej jak u Clarke’a perspektywie, czeka na swojego autora. Można dzięki tej perspektywie zobaczyć jedną, fundamentalną kwestię: jak kapitalizm, ideologia służąca klasie posiadającej, zabiera ludzkie tożsamości, odziera ludzi z ich kultury, która pełni funkcję usensownienia swojego świata, dając możliwość zakorzenienia w nim oraz dostarczania poczucia bezpieczeństwa ontologicznego. Dzięki wspomnianej, klasowej perspektywie, można dostrzec, jak rozgrywa się nasze tożsamości, maskując przed nami fakt, że nadbudowa (światopogląd) jest efektem bazy (ogół materialnych sił wytwórczych i stosunków produkcji). Kapitalizm będzie dokonywał różnych działań, od mnożenia i dzielenia owych tożsamości, żeby to w nadbudowie ulokować różnice miedzy nami, które przecież nie istnieją ani w obiektywnym świecie, ani w naturze człowieka, lecz są społecznie konstruowane poprzez odpowiednie grupy ludzi w ich własnym interesie klasowym. Na końcu tego procesu odzierania człowieka z godności i kradzieży jego kultury, tych symbolicznie słabszych oraz ekonomicznie biedniejszych piętnuje jako sprawców przemocy oraz ofiary swojego stylu życia. Problem w tym, że takie ujęcie jest postawione na głowie, gdyż w dużej mierze myli skutek z przyczyną, albowiem agresja i niechęć do symbolicznych i realnych wrogów rośnie wprost proporcjonalnie do złodziejstwa kultury.

Zamiast czytać badaczy kultury takich jak Clarke (czy Richard Hoggart i jego znakomite „Spojrzenie na kulturę robotniczą w Anglii”) czy polskich socjologów badających środowiska kibiców (m.in. Radosława Kossakowskiego, Dominika Antonowicza, Łukasza Jurczyszyna), media zazwyczaj zapraszają psychologa, który opowie nam ewolucyjną bajeczkę o konieczności wyładowania agresji przez młodych mężczyzn, bo kiedyś na sawannie to coś, a teraz to coś innego. Albo psycholożkę, która pouczy nas o „toksycznej męskości”. Indywidualizacja, biologizacja i psychologizacja to najlepszy sposób maskowania ideologicznego wymiaru naszego życia społecznego oraz istniejących w nim praktyk, zjawisk, fenomenów, które są szybko oceniane przez to, co widoczne, lecz nie poświęcają należytej uwagi poznawczej i czasu ich faktycznej genezie oraz jej społecznemu zapominaniu.

Badania polskich wyżej wymienionych socjologów nad środowiskiem kibiców, odnotowują wiele podobieństw do opisu Clarke’a. Jednym z nich jest skala chuligaństwa. Awantury na stadionach są incydentalne, lecz nośnie medialnie, a polska norma nie odbiega od zachodniej. Jak twierdzi Kossakowski, polskie stadiony są bardzo bezpieczne, co wskazują raporty PZPN i spółki Ekstraklasa. Jego zdaniem powinniśmy się pozbyć mitu kibica, który grzecznie siedzi na trybunach i zajada się popcornem; nie widzi także problemu w zalegalizowaniu rac przy jednoczesnym pilnowaniu ich odpalania (tak sytuacja wygląda w Norwegii), gdyż jest to element kultury stadionowej. Ponadto bijatyki i ustawki, jak pisze socjolog w swoim studium o kibicach, sprofesjonalizowały się i są toczone poza stadionami, nie mówiąc już o tym, że wielu z nich ćwiczy bardzo popularne mieszane sztuki walki.

Kluczowe jednak jest to najbardziej oczywiste podobieństwo, wskazujące, że środowisko kibiców jest wspólnotową ostoją tradycyjnych wartości, w tym męskości, a stadion jest miejscem, gdzie można je manifestować nie obawiając się negatywnej reakcji, jaka spotkałaby ich w innym miejscu.

W polskim kontekście społeczno-politycznym problem chuligaństwa stadionowego, funkcjonujący jako problem dla policji, ewentualnie klubów, stał się polityczny w chwili, gdy kibice określili się politycznie. To o tyle ciekawe, że pojęcie „kibol” zostało przez te środowisko przejęte i posłużyło do samoidentyfikacji. Nie jestem wcale pewien, czy środowiska polskich kibiców (bardzo zresztą zróżnicowane) do czasu zaostrzenia się sporów politycznych i światopoglądowych były, czy też identyfikowały siebie, jako patriotyczne. Myślę, że środowiska prawicowe dostrzegły ich klasową pozycję, albowiem spora część kibiców to klasa robotniczo-ludowa i prekariusze, i skutecznie podpowiedziały im narrację, w której mogli odzyskać poczucie godności, jako że zostali wykluczeni z systemu konsumpcyjnego, symbolicznie istotnego, nowoczesnego i postępowego. To lek na alienację ekonomiczną, ale także kulturowo-symboliczną, albowiem, jak zauważają Jurczyszyn oraz Przemysław Piotrowski środowisko kibiców składa się także z osób wykształconych i studentów oraz osób ze stosunkowo wysokim poziomem materialnym, którzy z jakiś względów nie mogą być sobą w innych przestrzeniach. Wszyscy oni dostali narrację w postaci patriotyczno-wspólnotowej, analogicznie jak studiująca młodzież z dużych miast dostała samorozwój, coaching i inne tego typu praktyki indywidualistyczne nakierowane na karierę i self care.

Można z łatwością, z wyżyn akademickiego dyskursu, pośmiać się z płytkiej identyfikacji kibiców z żołnierzami wyklętymi czy ze znajomości historii, co jako żywo przypomina pohukiwanie inteligenta na religijność ludową. Trudno jednak odmówić tej narracji sukcesu w dostarczeniu części wykluczonych poczucia godności i wskazaniu na wartość przywiązania do historii i tradycji. Nawet jeśli jest ona po części wykorzystywana cynicznie, to wcale nie jest powiedziane, że choć dla pewnej grupy młodych ludzi nie ma ona żadnej autentycznie przeżywanej wartości.

Marsz Nieodległości 11 listopada jest dniem, w którym, jak mówią niektórzy z nich, mogą poczuć się Polakami, gdyż poza nim, mają poczucie, że ten kraj do nich wcale nie należy, i są tutaj obcym, a wręcz zbędnym elementem. I to nie jest tylko ich wina.

dr Michał Rydlewski

Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Tomasz Chmielewski

Studenci UJ protestują

Studenci UJ protestują

15 listopada studenci Uniwersytetu Jagiellońskiego zrzeszeni w Inicjatywie Pracowniczej rozpoczęli protest pod Collegium Novum na rzecz zwiększenia liczby miejsc w akademikach.

Pół roku po rozpoczęciu strajku okupacyjnego w Domu Studenckim „Kamionka”, który miał na celu zatrzymanie sprzedaży i przywrócenie akademika do użytku, studiujący zebrali się pod rektoratem. Po pikiecie doręczono list otwarty do rektora z poniższymi żądaniami:

– Udostępnienie wspólnocie uczelni treści wszystkich istniejących projektów remontu DS „Kamionka” wraz z odpowiadającymi im kwotom zamówienia oraz nazwom wykonawców.

– Przedstawienie terminu posiedzenia Senatu UJ, na którym zgodnie z treścią „Stanowiska” kończącego strajk Rektor przedstawi projekt uchylenia uchwały o sprzedaży DS „Kamionka”.

– Spełnienie wszystkich zobowiązań kończących strajk wyrażonych we „Wspólnym stanowisku władz Uniwersytetu Jagiellońskiego oraz studentów UJ z Koła Młodych zrzeszonych w Ogólnopolskim Związku Zawodowym »Inicjatywa Pracownicza« ustalonym podczas spotkania Uczelnianej Rady Samorządu Studentów w dniu 27 maja 2024 r.” do końca semestru zimowego roku akademickiego 2024/2025.

Władze UJ w maju tego roku zobowiązały się do podjęcia działań na rzecz remontu i ponownego otwarcia „Kamionki”. Zrzeszeni w związku zawodowym studenci uważają, że uczelnia nadal nie jest zainteresowana losem osób szukających miejsca w akademikach oraz kwestią zaplecza socjalnego. Podkreślali liczbę 438 osób, które w tym roku nie otrzymały miejsca w domu studenckim. Liczba ta wynika wprost z odpowiedzi kanclerz Uniwersytetu Jagiellońskiego, Moniki Harpuli, na wniosek o udostępnienie informacji publicznej. Stwierdza się w nim (punkt 4. odpowiedzi), że aż 438 studiujących osób nie dostało miejsca w domu studenckim. Wbrew faktom, rektor Jedynak we wcześniejszych wypowiedziach medialnych twierdził, że każdy zainteresowany otrzymał miejsce w akademiku.

W przemówieniach wygłoszonych przez studentów podkreślono także absurdalnie wysoką cenę remontu, której wycenę miały zlecić władze uczelni. Według rzecznika UJ, remont dwóch budynków przy ul. Kamionka ma wynosić aż 54 mln zł.

Protestujący zwracali uwagę, że koszt remontu większego, bo aż 7-kondygnacyjnego akademika „Piast”, wynosił zaledwie 18 286 714,56 zł. Remont akademika „Racławicka”, który za sprawą nagłośnienia sprawy przez Koło Młodych we wrześniu tego roku został nabyty przez UJ od Collegium Medicum, kosztował z kolei 10 734 278,99 zł.

Z ostrą krytyką spotkał się również Zarząd Samorządu Studenckiego, który protestujący uważają za reprezentanta władz uczelni, a nie interesu społeczności studenckiej. Padały takie hasła jak: „Mieszkanie prawem, a nie towarem”, „Rektor kłamie”, „Student haruje, samorząd baluje”, „Kamionka zostanie” czy „Rektor do roboty za 3 tysiące złotych”.

Pół roku po strajku studenci wciąż nie odpuszczają sprawy „Kamionki”. W liście otwartym złożonym rektorowi oczekują, że władze podejmą działania prowadzące do przywrócenia Kamionki, zgodnie z podpisanym porozumieniem kończącym strajk. W tym roku aż 438 osób nie otrzymało miejsca w akademiku. Zapotrzebowanie na zamieszkanie w „Kamionce” jest, dlatego zgodnie z obietnicami władze UJ powinny odwołać uchwałę o sprzedaży „Kamionki”, oraz rozpocząć remont akademika. Studenci zrzeszeni w Krakowskim Kole Młodych Inicjatywy Pracowniczej podczas pikiety zapowiedzieli, że będą podejmowali wszelkie możliwe działania w celu wywarcia presji na władze UJ. Złożony list otwarty wzywa rektora do odpowiedzi w ciągu czternastu dni.

Dobra oferta coraz gorsza

Dobra oferta coraz gorsza

PKP Intercity stopniowo pogarsza ofertę taryfową „Taniej z bliskimi”, dającą 30% zniżki na przejazd pociągami kategorii InterCity i TLK, gdy podróż wspólnie odbywa od dwóch do sześciu osób. Oferta pojawiła się w taryfie PKP Intercity w lipcu 2022 r. Ówczesny wiceprezes spółki Tomasz Gontarz zachwalał: „Wprowadzamy ofertę, dzięki której przejazd pociągiem w kilka osób będzie bardzo konkurencyjny kosztowo wobec podróży samochodem”.

Warunkiem otrzymania 30-procentowej zniżki – którą można łączyć z ulgami ustawowymi – był zakup biletu najpóźniej w przeddzień podróży. W grudniu 2023 r. zmieniono zasady i wprowadzono wymóg nabycia biletu „Taniej z bliskimi” z przynajmniej trzydniowym wyprzedzeniem. We wrześniu 2024 r. oferta stała się jeszcze mniej atrakcyjna. Teraz, aby z niej skorzystać, trzeba kupić bilet najpóźniej siedem dni przed podróżą. – „Zmiana pozwoli na lepsze dopasowanie do aktualnych potrzeb pasażerów oraz umożliwi bardziej efektywne zarządzanie miejscami w pociągach” – tłumaczy Marta Ziemska z PKP Intercity. – „Celem jest stworzenie większej elastyczności w ofercie oraz zapewnienie, że bilety będą dostępne zarówno w popularnych, jak i mniej uczęszczanych terminach. Modyfikacja ta pozwoli na lepsze wykorzystanie dostępnych zasobów, jednocześnie utrzymując konkurencyjność cenową i jakość usług”.

Marketingowe zaklęcia nie zmieniają faktu, że z oferty „Taniej z bliskimi” nie da się już skorzystać spontanicznie, przez co została ona pozbawiona podstawowej cechy potrzebnej do konkurowania z odznaczającymi się dużą elastycznością podróżami samochodem.

W Czechach od lat funkcjonuje oferta zapewniająca niższe ceny dla podróżujących w kilka osób. České Dráhy zapewniają zniżki przy sprzedaży biletów dla więcej niż jednej osoby: drugiemu pasażerowi przysługuje upust 25%, a trzeciemu i kolejnym pasażerom upust 40%. Zniżki naliczają się automatycznie – nawet jeśli bilet kupowany jest w dzień podróży.

Karol Trammer

Tekst pochodzi z dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn” (nr 6/133 listopad-grudzień 2024), http://www.zbs.net.pl

Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Tomasz Chmielewski

Zwolnienia zamiast zatrudnienia

Zwolnienia zamiast zatrudnienia

Zwolnienia grupowe w firmie, która niedawno obiecywała zwiększenie zatrudnienia i rozwój.

Jak informuje Gazeta.pl, zamiar przeprowadzenia zwolnień grupowych zgłosiła firma Alorica z Łodzi. Pozbędzie się ona 67 pracowników. Jednak nie tylko utrata pracy przez konkretne osoby jest tu problemem. Alorica miała zatrudniać, lecz zwalnia.

Alorica to amerykańska firma zajmująca się outsorcingiem procesów biznesowych. W Łodzi stworzyła swój jedyny polski oddział. Działa ona w tym mieście od roku 2023. Adam Pustelnik, wiceprezydent Łodzi, mówił niespełna rok temu portalowi Gazeta.pl: „Alorica to jedna z firm światowych, które przyszły do naszego miasta i stworzyły wiele miejsc pracy dobrej jakości z perspektywą, że będzie ich więcej. Firma doskonale wpisuje się w naszą strategię, w najbliższych latach kładziemy priorytet na usługi dla biznesu, branżę outsourcingową, branżę technologiczną z naciskiem na IT”.

Firma jeszcze niedawno deklarowała wzrost zatrudnienia. Na początku 2024 roku zatrudniała 150 osób, później przyjęła do pracy kilkaset kolejnych. Pod koniec października 2024 ogłosiła zwolnienia grupowe, które zostaną przeprowadzone do końca roku.

Wieczór, gdy prawie zmieniono mnie w mysz

Wieczór, gdy prawie zmieniono mnie w mysz

Jej emanująca spokojem twarz zdobiła okładki magazynów dla pań oraz czasopism pop-psychologicznych. Gościła często na kanapach telewizji śniadaniowych, gdzie aksamitnym głosem opowiadała o podróży w głąb siebie, duchowym świecie, za którym tęsknimy przecież wszyscy. Choć nie wszyscy chcemy to przyznać, nawet przed sobą. Jej książki sprzedawały się jak hot dogi w Żabce. Na pniu. Wrażliwa, delikatna, uduchowiona. Lektura pierwszego z jej poradników wycisnęła ze mnie rzekę łez. Czułam się rozumiana i czułam, że rozumiem. Każde zdanie trafiało do mnie i doznawałam olśnień, które grały mi w duszy jak kościelne dzwony.

Była trochę, może nawet trochę bardziej niż trochę, „nie z mojej bajki”. Pani z salonów, co mogłam mieć z nią wspólnego? Otóż nic. Ale z drugiej strony: czy ja zawsze muszę być prymuską z czerwoną książeczką, która zbiera punkty do lewicowości i od której na lewo jest już tylko ściana? Cokolwiek działa, jak to mówią. A jej pisanie działało, więc zawiesiłam legitymację na kołku i dałam się porwać opowieści, snutej przez osobę, która była ode mnie aż hen, na antypodach, w każdym możliwym tego słowa znaczeniu. Nie mogłam też oprzeć się wrażeniu, że co jak co, ale ta kobieta ma życie pochytane i to w stopniu, który naprawdę mi imponował. W imię ekumenizmu międzyklasowego i wychodzenia ze swej… strefy komfortu postanowiłam więc kupić bilet na spotkanie ze swoją idolką.

Organizator zapewniał, że spotkanie z bohaterką potrwa cztery godziny i że będzie to rodzaj warsztatu. Cena nie była wygórowana jak na czterogodzinne spotkanie z tak rozchwytywaną osobą. Spakowałam więc książki do podpisu i wyruszyłam. Wydarzenie odbywało się w jednym z hoteli, dość daleko ode mnie, ale czymże jest godzinna przejażdżka zbiorkomem w obliczu tak doniosłego spotkania z kimś, kto dotknął twojej duszy?

Na miejscu ustawiłam się w kolejce do rejestracji gości, a właściwie gościń, bo było to spotkanie tylko dla kobiet. Eleganckie panie, które z uśmiechem witały przybyłych, gdy już przyszła moja kolej wręczyły mi paczkę. Różową torebkę, do której nie wiedziałam, czy wypada zaglądać od razu, toteż nie zajrzałam. Podziękowałam i poszłam się rozejrzeć.

Od razu poczułam, że było tam jakby luksusowo. W powietrzu unosił się zapach zmieszanych drogich perfum. Nie trzeba być Karolem Marksem, by stwierdzić, że oto znalazłam się w mateczniku krakowskiej burżuazji. Zgromadzone panie jedna w drugą mogłyby stanowić konkurencję dla bohaterek programu „Żony Warszawy”. Czy my pod Wawelem jesteśmy gorsi? Na pewno nie! „Żony Krakowa” prezentowały się tak samo prestiżowo, a powietrze elektryzował dyskretny urok oblekającego je splendoru.

No w porządku, może wyglądałam, może czułam się i może byłam tam jak Kopciuszek w pokoju pełnym przybranych sióstr i macoch, ale za to już za chwilę przybędzie ONA i wyczaruje mi karocę z dyni czy coś takiego – pomyślałam. Moją uwagę zwróciło stoisko, na którym znajdowała się jakaś tajemnicza maszyneria. Trochę przypominała stół, na którym powołano do życia Frankensteina. Wszystko zaczynało nabierać coraz bardziej surrealistycznych treści i formy.

Zajęłam miejsce przy jednym z okrągłych stolików, takich, jak na amerykańskim weselu. Przynajmniej na filmach zawsze tak to się przedstawia. Zaproszone osoby, jak się szybko przekonałam, znały się. Pozdrawiały się i wymieniały kurtuazyjne zdania. Ja byłam tam sama i było mi coraz bardziej nieswojo.

W końcu doskonale prezentująca się kobieta około pięćdziesiątki wyszła na środek i zaczęła spotkanie. Najpierw zwyczajowe podziękowania dla sponsorów, których było wielu. Później przedstawienie agendy wydarzenia. Właśnie wtedy okazało się, że osoba, dla której tu przybyłam w swoim zgrzebnym odzieniu rozklekotanym autobusem, wystąpi na sam koniec. Wcześniej dane mi będzie doznać atrakcji takich jak: spotkanie z kołczem talentów Gallupa – to taki test, który święci tryumfy na równinach open space’ów, dzięki któremu managerowie dowiadują się, jakie mają talenty i jak je mogą rozwijać. Sama z czystej ciekawości wykonałam kiedyś ten test i byłam nawet ciekawa, co może mi na ten temat powiedzieć osoba, które zawodowo się tym zajmuje. Następnie pojawiła się pierwsza z, nieoczekiwanych w tak liberalnym towarzystwie, czerwonych flag: spotkanie z chirurgiem plastycznym na temat akceptacji siebie i budowania poczucia własnej wartości. Opadło mi wszystko, co tylko mogło to uczynić. Dowiedziałam się także, iż łóżko Frankensteina to właśnie z tej kliniki chirurgii plastycznej. Służyło do jakiegoś magicznego, nie wiem jakiego w zasadzie, ale to nieważne, poprawiania własnej urody. Podczas całego spotkania można było darmowo spróbować tego wynalazku szatana. Rozejrzałam się oczami rozmiaru pięciozłotówek. Na żadnej z twarzy nie dostrzegłam zdziwienia, zażenowania, czy też innego stanu ducha, który mi w tamtej chwili wydawał się tak naturalny, jak oddychanie.

Na koniec wstępu prowadząca podziękowała ostatniemu ze sponsorów, który dostarczył tajemnicze różowe pudełka. Skomentowała mrugając porozumiewawczo i uśmiechając się znacząco, że: „będzie to coś, co umili wam na pewno jesienne wieczory”. Nie wytrzymałam, zajrzałam do torebki, tak zrobiła zresztą większość kobiet na sali. Wibrator. Każda osoba otrzymała taki właśnie gadżet. Po pomieszczeniu potoczył się śmiech, jak lawina w górach, z początku cichy niczym strumyk, stopniowo coraz głośniejszy, aż do ryku. Kobiety zaśmiewały się, pokazywały sobie, jaki kolor im się trafił i biły brawo. Mój mózg eksplodował i poczułam się jak bohaterka starego filmu, który pamiętałam z dzieciństwa. Był tam chłopiec, którego czarownice zamieniły w mysz. Była też taka scena, gdy na zgromadzeniu czarownic, które – o zgrozo – miało miejsce w hotelu, wiedźmy ujawniały się zdejmując maski i peruki. No shit.

Gdy już powoli żegnałam się ze swą ludzką postacią, na scenę wkroczyła bojowym krokiem, pewnie i dumnie pani kołcz. Gadu gadu, nic specjalnego. Szczerze mówiąc, jej pogadanka spłynęła po mnie jak po kaczce. Nie zapamiętałam nic. Prócz przeczucia, graniczącego z pewnością, że ona tu przyszła tylko po to, by wyhaczyć klientki na swoje usługi. Sposób, w jaki ostentacyjnie taksowała każdego, jakby oceniając stan jego konta, zdradzał wszystko. Dość stwierdzić, że choć niespecjalnie miała cokolwiek do powiedzenia, po zakończeniu przemowy ustawiła się do niej całkiem pokaźna kolejka. Pomyślałam, że jeżeli się samemu ciągle udaje, to tym samym jest się podatnym na dawanie wiary ułudzie. Trudno, żony nie zbiednieją, a kimże ja byłam, by im mówić, na co mają przeznaczać swe majątki?

Porzuciłam wszelką nadzieję, ale zostałam na miejscu, bo było to wszystko ciekawe w swej dziwaczności. Najdziwniejsze zaś było to, że tylko ja tak to odbierałam. Inne osoby były z tym nie tylko w jakiś sposób pogodzone, ale wręcz wydawały się zadowolone i wcale nie zmieszane tym, co się działo. Dzień jak co dzień.

Po przemowie kołczki scenę przejęła asystentka chirurga plastycznego. Teraz nagle wszystko złożyło się w jedną całość. To naprawdę było łóżko Frankensteina, a osoba, która stała na scenie, spędziła na nim najwyraźniej długie godziny. Zrobiona od A do Z. Napompowana botoksem tak, że zdawało się, że zaraz odfrunie jak balon na gorące powietrze. Wyglądała jak antyreklama jakichkolwiek ingerencji chirurgicznych. One jednak przyjęły ją jak swoją.

Dysonans poznawczy, którego doświadczyłam, gdy się odezwała i zaczęła mówić o tym, że najważniejsze, to siebie akceptować i kochać takim, jakim się jest, sprawił, że parsknęłam śmiechem. Spotkało się to z oburzeniem ze strony kobiet siedzących przy moim stole. Od razu posłały mi karcące spojrzenia i krzywiły się z dezaprobatą.

Wszystko trwało bardzo długo. Została niespełna godzina na spotkanie, na które właściwie tam przyszłam. Byłam już w takim stanie, że gdyby bohaterka wieczoru pojawiła się w stroju klauna albo z głową jednorożca, nie drgnęłaby mi powieka. Ale nic takiego się nie wydarzyło. To była ona. Taka sama jak w prasie, internecie, jak w telewizji. Spokojna, skromna. Bez make upu. Brawa wzmogły się jak fale przypływu, który bije o skały. Nie było im końca. Ja jednak już nie klaskałam. Kto był na takim przedstawieniu, jakie oglądałam przez poprzednie trzy godziny, ten się w cyrku nie śmieje ani tam nie klaszcze.

Gdy po jakimś czasie owacje ucichły, bohaterka wieczoru zaczęła opowiadać. W zderzeniu z tym, co było wcześniej, jej słowa, tak przecież znajome, wywoływały już jednak inny efekt. Nie odniosłam wrażenia, że czuła się tam nieswojo. Przeciwnie, to był, jak to się mówi – jej target. To były panie, które stać na to, by wydać duże pieniądze na warsztaty rozwojowe, sesje czy inne usługi, które oferowała. Chciało mi się płakać. Jak się okazuje, są na tym świecie przepaści głębsze niż Rów Mariański i szczyty wyższe niż Mount Everest. A my jesteśmy po obu ich stronach i ani myślenie poza pudełkiem, ani wychodzenie ze stref komfortu, ani afirmacje, ani medytacje, ani nic w ogóle tego nie zmieni. Rytm mej rozpaczy wyznaczało miarowe pikanie dobiegające z łóżka Frankensteina, na którym ciągle trwała walka o urodę pań z wyższych sfer.

Pytania z sali były bardzo poważne i dotyczyły takich kwestii, jak na przykład co zrobić, jeśli kupiło się skafander do nurkowania, ale nie jest się wewnętrznie przekonanym, że nurkowanie jest tym, co chcemy robić. Sprzedać? Nurkować mimo wszystko? Jak być w tej sytuacji z zgodzie z sobą? Ciężka sprawa. Na szczęście na każde z tych ważkich zagadnień była odpowiedź. Na moje pytanie, które zadałam trzęsącym się głosem, też była. Pytanie brzmiało, co mają zrobić osoby, których nie stać na warsztaty z uważności czy sesje terapeutyczne po 200 zł za godzinę, bo de facto takie osoby mają problemy – i to poważniejsze niż bogaci. Na to ostatnie stwierdzenie moja interlokutorka skrzywiła się tylko. No bo przecież to, czy mam gdzie mieszkać i co jeść i za co iść do lekarza, jest równie poważne, jak kwestia skafandra, to chyba jasne….

Na moje pytanie odparła, że jest internet i są biblioteki. Odpowiedź zresztą jest tu nieistotna. Kobiety nagle wzmogły się i zaczęły mi oferować udział w kręgach, które są darmowe. Było to w pewien sposób urocze i nieoczekiwane. Nikomu nie przyszło do głowy, że nie pytałam dla siebie, że można zadać takie pytanie dla innych. Że można widzieć cokolwiek poza czubkiem własnego, pokrojonego skalpelem, nosa.

Poszłam na koniec po autograf, choć dobrze wiedziałam, że czar prysł. Że ja już do tych książek nie sięgnę nigdy. Poczułam się oszukana i mimo tego, że cały wieczór toczyłam nieustanną bekę, to mój żal, moja złość i poczucie, że oto zrobiono mnie w balona, były faktem.

Tak to właśnie upłynął wieczór, podczas którego prawie zmieniono mnie w mysz.

Natalia Bała

Grafika w nagłówku tekstu: 珍 温 z Pixabay

Bez pracy przy siarce

Bez pracy przy siarce

Ponad 200 osób ma stracić pracę w jednym z zakładów państwowej spółki.

Zapowiedziano zwolnienia pracowników Grupy Azoty Kopalnie i Zakładów Chemicznych „Siarkopol” w Grzybowie w woj. świętokrzyskim. Pracę ma stracić 207 osób spośród 723 zatrudnionych obecnie w tych firmach. Dzieje się tak, pomimo iż w zakładach stopniowo redukowano zatrudnienie w formule mniej dotkliwej niż zwolnienia grupowe, a pracownicy w imię polepszenia sytuacji przedsiębiorstwa zrezygnowali z części dodatkowych świadczeń.

Zakłady należą do publicznej spółki Grupa Azoty. Wytwarzają siarkę i produkty pochodne, będąc jednym z dwóch w skali świata producentów wykorzystującym metodę podziemnego wytapiania siarki. Zarząd firmy uzasadnia decyzję o zwolnieniach dużym wzrostem cen energii – tylko w tym roku wzrosły one o 42%. Jeszcze w roku 2022 Siarkopol notował spore zyski, które jednak następnie wraz ze wzrostem cen energii zamieniły się w znaczne straty. Siarkopol jest jednym z największych pracodawców w regionie. Zwolnienie ponad 200 osób to duży cios dla lokalnych społeczności.

Józef Piłsudski: O armii narodowej (1917)

Józef Piłsudski: O armii narodowej (1917)

Szanowni Panowie! Mam mówić przed Wami o sprawie niezwykle ważnej, sprawie, o której Polska tak długo myśleć nie chciała, mam mówić o armii narodowej. Jeżeli połączę te dwa wyrazy: armia narodowa, powiem od razu, że wymagać ona musi nie tylko żołnierza, ale i narodu.

Nowoczesne pojęcie armii narodowej urodziło się w dwu krajach: we Francji i Niemczech. Bardzo jest ciekawym oraz pouczającym dla nas rozejrzeć się w tych warunkach, w których się to pojęcie urodziło. Kształtowania armii narodowej w ścisłym, nowoczesnym tego słowa znaczeniu wieki dawniejsze nie znały. Armia narodowa w tym pojęciu, jak ją nowoczesny żołnierz i człowiek cywilny rozumie, urodziła się we Francji i Niemczech w tych warunkach, które mocno przypominają te, w których my się obecnie znajdujemy. Oto pod naciskiem najazdu pękła w proch budowa wojska poprzedniego, oto pół Francji, a potem całe Niemcy drżą pod stopą najeźdźcy. Zdawało się: wszystkie środki, wszystkie możliwości są przegrane i naród czekał ostatecznej klęski. I oto tym wielkim cudem woli narodowej, tym wielkim cudem, który daje gorące uczucie i silna wola – oba państwa, zarówno Francja, jak i Niemcy, tworzą nowe podstawy dla wojska, tworzą nowe wielkie armie narodowe, które przez cały świat przechodzą, przykuwając do swoich sztandarów zwycięskich uwagę całego świata. Tam był naród, który chciał armię tworzyć, który nie chciał zginąć, tam był naród, który chciał być zwycięzcą w tych ciężkich zapasach, które go spotkały. I oto Francja tworzy wielkie wojsko, wielki wzór, który dotąd naśladowany być musi. Wielka armia francuska nie tylko zwycięża, wyrzuca z granic nieprzyjaciela, ale przechodzi zwycięsko przez Europę całą.

I oto znowu Niemcy pohańbieni, zgnieceń i przez Napoleona, tworzą i wykuwają w sobie tę wolę, tę chęć wyjścia z upokorzenia, złamania nieprzyjaciela, zdobycia siły, która może uczynić naród wolnym.

Dlatego mówię – na to, aby armia była narodowa, potrzebny jest naród, który ma wolę, który umie chcieć i umie wolę swoją przeprowadzić. Armia narodowa wymaga narodu, wymaga też i żołnierza. Żołnierz nowoczesny, moi panowie, stworzony na wzór francuskiego i niemieckiego żołnierza nowoczesnego, wychodzi z powszechnego poboru. Czy bogaty, czy biedny, urodzony w chałupie, czy w pałacu, każdy musi spłacić dług ojczyźnie. I tak, jak konieczną jest narodowi cywilizowanemu szkoła, tak samo koniecznym jest przejście przez wojsko młodzieży z chwilą, gdy ona dorosła do odpowiedniego wieku. Dopiero szkoła i wojsko czynią człowieka dojrzałym, dają mu możność wykonania wszystkich swoich obowiązków obywatelskich. Nowoczesne wojsko tworzone być może jedynie na podstawie powszechnej służby wojskowej. Każdy musi być do niej pociągniętym i tylko wówczas naród i wojsko zlewają się w jedno, tylko wówczas każda rodzina ma żołnierza, każdy żołnierz ma rodzinę w Ojczyźnie.

Drugim koniecznym warunkiem żołnierza nowoczesnego jest istnienie swego własnego rządu, który temu żołnierzowi nakazy dawać ma prawo.

Proszę Panów! Odwołam się tutaj do moich osobistych wspomnień. Pokolenie dzisiejsze należy do pogrobowców roku 1863. Kiedy myślę o żołnierzu polskim, myślę o tym, że znaleźć on może przytułek tylko w umyśle i sercu dziecięcym. Żołnierz znajdował swój przytułek tylko w tych niedoświadczonych umysłach dzieci mających pięć czy sześć lat. Wszędzie skądinąd pojęcie o żołnierzu zostało wyrzucone tak gruntownie z pamięci i myśli polskiej, że nie znam na całym świecie społeczeństwa, które by tak cywilnym było, jak jest nim społeczeństwo polskie. Wszystkie zajęcia, wszystkie prace, które człowiek w ogóle wykonywać jest w stanie, znajdują takich lub innych zwolenników, takie lub inne uznanie, tylko żołnierka, tylko więc to, co czyni naród silnym, tylko to starannie wyrzucono z umysłów i serc ludzkich i z tego zrobiono prawo wychowania Polaków. Powiedziałbym, że my urzeczywistniliśmy ideał Berty Suttner, działaczki pokoju. I ten ideał wykazuje w najwyższym stopniu swoją wartość na losach narodu polskiego.

I oto przychodzi godzina, gdy wielkie państwa i olbrzymy rzucają na szalę wypadków wszystko to, co miały najdroższego, wszystko to, co było w nich mocą i siłą. Rzucono miliardy pieniędzy, miliony ludzi poszło, żeby w wyścigu walki zdobyć dla swojej ojczyzny, dla swego państwa te rzeczy, które państwo i ojczyzna za słuszne dla siebie uznały. Tam Polaków zabrakło. Na naszych ziemiach miecze miały wyrębywać nowe granice, lecz przy tych mieczach szabel polskich prawie nie było.

I oto, proszę państwa, ten nowy, młody żołnierz, stworzony przez gorący zapał, poszedł też na boje. Byłem z nim, przeszedłem tę ciężka drogę, tę tragedię żołnierza polskiego, żołnierza, który bezskutecznie szukał ojczyzny. Myśmy nie byli w ojczyźnie realnej. Byliśmy pod ślicznymi górami karpackimi, byliśmy w żyznej ziemi kieleckiej, w pięknej ziemi lubelskiej; w innych częściach kraju stopy nasze deptały ziemię ojczystą, dokoła słyszeliśmy polską gwarę, byliśmy wśród swoich, a jednak ojczyzny w ścisłym słowa tego znaczeniu nie czuliśmy.

Trzeba być na wojnie, trzeba widzieć to, co panowie nazywacie okropnościami wojny, a co nieraz dla żołnierza jest rozkoszą wojny, trzeba widzieć ten oddech wojny, który znosi wszystko, co napotyka, te palące się sioła, te w gruzach leżące miasta, te stosy trupów, zwały ciał, ten nadzwyczajny triumf władczyni świata śmierci. Trzeba widzieć to, co Panowie najbardziej odczuwali, to rozpanoszenie się żołnierza w stosunku do tego wszystkiego, co na drodze spotyka. Trzeba widzieć, jak żołnierz wdziera się do najtajniejszych skrytek ludzkich, aby tam panować, jak wyrzuca gospodarza z łóżka, by samemu się tam położyć. Trzeba widzieć to panowanie żołnierza nad światem. I oto te dumne czoła, które się nie chylą w obliczu śmierci, te dumne sztandary, które w gronie kul nie zniżają swego lotu, te dumne pałasze, które przed żadnym strachem, przed żadną potęgą nie chcą się do pochew chować – mają potęgę i mają wolę, przed którą te dumne czoła i sztandary ku niemu się chylą. Bo żołnierz nie jest wszechwładny, bo za nim stoi rząd jego ojczyzny, zorganizowana Ojczyzna, która mu w każdej chwili posłuszeństwo nakazać jest w stanie.

Kiedym szedł, proszę panów, jako sierota-żołnierz, szukający Ojczyzny, kiedym wszedł do wspólnej rodziny żołnierza, by tego święta uroczystego dla każdego żołnierza, tj. wojny, zażyć, zazdrościłem otaczającym nas wojskom nie przepychu technicznego, nie przepychu sztabów, jakie one posiadały. Zazdrościłem im nie tej wielkiej, olbrzymiej liczby ich wojsk, które w porównaniu z naszą garstką były olbrzymem wobec karła. Nie zazdrościłem im wielkości, dumy i pychy. Zazdrościłem im jednego. Że mieli za sobą wolę narodu swego, która im posłuszeństwo nakazuje, że mieli rząd zorganizowany, który dumę żołnierza stanowi, który dla niego samego tę Ojczyznę reprezentuje. Zazdrościłem im, że w koniecznej brutalności wojennej oni mieli przed czym czoła uchylić.

To jest wymaganie nowoczesnego żołnierza: żołnierz musi być powszechny i żołnierz musi mieć swój rząd, którego słucha.

Proszę Panów, wtedy, kiedy analizuję pojęcie armii narodowej, to powtarzam: musi być z jednej strony naród, który chce, który ma wolę, a z drugiej strony musi być żołnierz, wychodzący z poboru powszechnego i mający silny rząd za sobą. Gdy o armii narodowej wśród Polaków mówię, przychodzi mi zawsze na myśl jedna z cudownych scen u Wyspiańskiego. Czy panowie sobie przypominacie tego rozognionego poetę, marzącego o sile, marzącego o potędze ojczyzny, który w podnieceniu weselnych nastrojów śni i widzi przed sobą tę siłę, która z upodlenia i z upadku wyprowadza. I pamiętacie Panowie, jak na to zaklęcie: „co kto marzył, co kto śnił”, zjawiają się upiory, widma, z grobu powstające, a wyobrażające to, o czym ktoś śnił. I pamiętam zjawienie się zakutego rycerza w zbroję z pól grunwaldzkich powstałego, ogromnego, przerastającego sobą tego nowego małego człowieka. I oto rycerz chwyta poetę za rękę i powiada: „duszę daj, dam ci siłę”. A przerażony marzyciel gnie się w uścisku żelaznym dłoni istotnego żołnierza. I pamiętają Panowie, czym się kończy ta scena? Poeta żąda otwarcia przyłbicy i znajduje za przyłbicą to, co jest udziałem każdego żołnierza – znajduje śmierć. I przerażony okropnym życiem żołnierza pada zemdlony. Zawsze tedy, kiedy mówię wśród Polaków o armii narodowej, boję się tego wrażenia, tego przeżycia, co przeszedłem patrząc na scenę z „Wesela” Wyspiańskiego.

Zjechaliście się tu ze stron tak różnych i dalekich, zjechaliście się nie po to tylko, żeby usłyszeć to, co w duszy mojej istnieje, a co, jak przypuszczam i jak chciałbym wierzyć, jest i w waszych duszach. Zjechaliście się, żeby dowiedzieć się, jak sprawy stoją. Zjechaliście się, żeby usłyszeć z ust najbardziej miarodajnych, jaki te sprawy mają wygląd. Nie dziwię się, że przychodzicie z tą ciekawością. Niestety nie jestem w stanie zadowolić Was, dlatego, że pomimo gorącego pragnienia, które ożywia całą Radę Stanu przy chęci budowania armii polskiej, że mimo gorącego pragnienia, które prawdopodobnie i Was wszystkich ożywia, jesteśmy w tej drodze zatrzymani, zatrzymani dlatego, że mamy do czynienia z faktem tej natury, o który potrąciłem przy analizowaniu pojęć armii narodowej.

Żołnierz potrzebuje prawnego rządu, aby być żołnierzem, rząd potrzebuje prawnego żołnierza, aby być rządem. I gdzieś musi nastąpić to spotkanie rządu i żołnierza. My tego żołnierza już mamy, ten żołnierz już istnieje i ta wielka praca zrobiona przez Legiony, ten głęboki zasiew, już został zrobiony. Ten krwawy wysiłek nie może pójść na marne.

I oto sprawa stoi w ten sposób, że ani Legiony, ani żadna ich część, a więc i werbunek nie są oddane władzy i w żadnym stosunku nie stoją do Rady Stanu. Rada Stanu nie może ani wpływać, ani czegokolwiek bądź w tych rzeczach, jak są one urządzone, zmieniać. Rada Stanu dotąd jest w stosunku do tego wszystkiego, co dotąd było wojskiem, bezsilna, i nic w sprawie tej nie ma do mówienia.

Wobec tego, proszę państwa, sprawa ta, jak powiadam, ugrzęzła, sprawa ta dotąd z tego położenia wyjść nie jest w stanie. Czy Rada Stanu pod tym względem potrafi znaleźć jakieś wyjście, czy te siły sprzymierzone, które zatrzymały sprawę pod tym względem w biegu, bieg ten doprowadzą do normalnego stanu, w to nie chcę wchodzić. Nie chcę być fałszywym prorokiem i nie chcę Wam dawać żadnych obietnic, których nie mógłbym dotrzymać. Dlatego też nie żądajcie ode mnie żadnego wyjaśnienia co do przyszłości, nie żądajcie, abym bez podstawy malował, jak to lub owo w przyszłości wyglądać będzie. Wszystkie te rzeczy są wynikiem trzech sił, z jednej strony siły obu państw okupacyjnych, z drugiej siły polskiej. Przewidywać zatem w szczegółach i malować rzeczy jakie mają być w przyszłości, malować, nie wiedząc, jak ugodzone te czynniki zostaną, uważam za niegodne siebie i powagi Rady Stanu.

Natomiast pozostaje nam jedno i to jedno wyraźnie sobie trzeba powiedzieć. Trzeba mieć wolę do tworzenia tego wojska, trzeba mieć chęci do tworzenia tego wojska. Trzeba budzić wśród siebie i innych ten stan ducha, który, gdy przyjdzie chwila tworzenia tego wojska, nie zrobi Wam zawodu, ale stworzy nam dostatecznie wielkie siły, na których rząd polski ostatecznie będzie się mógł oprzeć.

Józef Piłsudski

Powyższy tekst pierwotnie został wygłoszony jako referat w dniu 16 marca 1917 r. w Warszawie na zjeździe zwołanym przez Departament Spraw Wewnętrznych Tymczasowej Rady Stanu. Następnie został opublikowany w „Pismach zbiorowych Józefa Piłsudskiego”, tom IV, Warszawa 1937. Poprawiono pisownię według obecnych reguł. Grafika w nagłówku tekstu: Obraz Jerzego Kossaka – wymarsz Pierwszej Kompanii Kadrowej odrodzonego wojska polskiego z Oleandrów w Krakowie 6 sierpnia 1914 r.

Samorządowcy ostrzegają przed likwidacjami

Samorządowcy ostrzegają przed likwidacjami

Samorządowcy z gmin, gdzie znajdują się duże elektrownie węglowe, przestrzegają Tuska przed negatywnymi skutkami likwidacji zakładów.

Jak informuje radio RMF, 5 listopada w Kozienicach odbyło się spotkanie samorządowców z terenów, na których działają duże elektrownie węglowe. Wyrazili na nim obawy dotyczące skutków szybkiej i nagłej transformacji energetycznej. Uważają, że na terenie 13 samorządów, gdzie działają duże elektrownie węglowe, zagrożonych likwidacją wskutek transformacji jest ponad 11 proc. miejsc pracy – widmo utraty zatrudnienia i dochodów dotyczy 30 tys. osób.

Samorządowcy domagają się pilnego spotkania z Tuskiem. Uważają, że przyspieszona transformacja energetyczna to wielkie zagrożenie dla ich gmin, ich mieszkańców, lokalnej sytuacji gospodarczej oraz wpływów podatkowych do budżetów samorządów. Elektrownie węglowe są kluczowymi pracodawcami i źródłem dochodu na takich terenach. Zaktualizowany Krajowy plan na rzecz energii i klimatu przewiduje duże przyspieszenie procesu zamykania elektrowni węglowych. Może to nastąpić już na początku 2026 r., zamiast wcześniej zapowiadanego roku 2030.

Zdaniem samorządowców wcześniejsze zamykanie elektrowni oznacza zwolnienia tysięcy pracowników branży energetycznej, problemy z dostawami ciepła dla mieszkańców, spadki dochodów samorządów i zwiększenie bezrobocia. Nieprzypadkowo spotkanie odbyło się w Kozienicach. W tej miejscowości elektrownia jest jedynym dużym pracodawcą. Zatrudnia 2 tys. osób, co oznacza, że 20% dorosłych mieszkańców pracuje w elektrowni węglowej.

Samorządowcy domagają się spotkania z premierem oraz ministrami aktywów państwowych, finansów, klimatu i środowiska oraz przemysłu.

Pociągi po staremu

Pociągi po staremu

Duży przewoźnik pasażerski nie wymieni starych pociągów na nowe, choć obiecywano tak w programie KPO.

Jak informuje „Dziennik Gazeta Prawna”, największy polski kolejowy przewoźnik pasażerski, czyli Polregio, ma stary i zużyty tabor. Średni wiek jego pociągów to ponad 40 lat. W tym czasie np. średni wiek składów Kolei Dolnośląskich wynosi 4 lata. Stan taboru Polregio miał ulec znaczącej poprawie dzięki środkom z Krajowego Planu Odbudowy. Okazuje się, że niewiele z tego wyniknie.

Wiosną rozstrzygnięto konkurs w Centrum Unijnych Projektów Transportowych. Polregio informowało wtedy, że zostało zaakceptowanych 10 wniosków firmy o dofinansowanie za 780 milionów złotych zakupu 98 pociągów. Nowe informacje mówią, że za środki z KPO spółka będzie mogła kupić jedynie 36 pociągów. „Dziennik Gazeta Prawna” informuje, że po aktualizacji KPO pozostały na liście tylko 3 z 10 wniosków na unowocześnienie taboru Polregio.

Przyczyny są dwie. Po pierwsze długotrwałe blokowanie polskich środków KPO przez UE znacznie skróciło czas realizacji zadania, co oznacza, że nie jest to możliwe lub obarczone dużym ryzykiem niedotrzymania terminów. Po drugie, w związku z powyższymi kwestiami oraz innymi czynnikami ze wsparcia inwestycji wycofały się władze województw. W pierwotnej wersji projektu miały one zapewnić wymagany wkład własny na zakup pociągów. Na realizację projektów obecnie zdecydowały się tylko trzy województwa: wielkopolskie, łódzkie i warmińsko-mazurskie. Pozostałych sześć wycofało się z tego.