Podatki poza debatą

Nieśmiała sugestia Michała Boniego, że może trzeba będzie rozważyć podniesienie podatków, wywołała żywe reakcje na łamach wszystkich dzienników. Trudno jednak sądzić na podstawie tych komentarzy, że mamy do czynienia z jakąkolwiek debatą na ten temat. Debata wymaga bowiem wielości stanowisk, przedstawienia różnych racji itp., tymczasem komentatorzy „Rzeczpospolitej”, „Gazety Wyborczej” i „Dziennika Gazety Prawnej” mówili jednogłośnie jak w żadnej innej sprawie.

Podobne wrażenie odniosłem już wcześniej, słuchając debaty, w której obaj kandydaci na prezydenta licytowali się, który z nich w większym stopniu przyczynił się do obniżki podatków. Do publicystów mam chyba jednak większy żal niż do polityków. Polityk ma w gruncie rzeczy znacznie mniejsze pole manewru, musi prezentować dość określone stanowisko i brać pod uwagę recepcję opinii publicznej, która do pewnego stopnia jest kształtowana przez media. A te niestety jeśli chodzi o podatki uznają jedyną słuszną wizję, której nie trzeba nawet wyjaśniać. Dla przykładu, w „Dzienniku Gazecie Prawnej” informacja zaczyna się od zdania, że skoro jeden z najważniejszych ministrów sugeruje rozważenie zwiększenia składki rentowej, możemy być pewni, że podatki zostaną podniesione. Ja takiej pewności nie mam, a nawet z dużym prawdopodobieństwem mogę przypuszczać, że składka rentowa nie zostanie podniesiona, bowiem rząd, który narażać się nie lubi, bardzo straciłby wtedy w oczach opiniotwórczych mediów.

Podatki są w Polsce relatywnie niskie

Z kolei w „Gazecie Wyborczej” (choć w podobnym duchu komentują także publicyści „DGP” i „Rzeczpospolitej”) mowa jest o tym, że rząd powinien zająć się zrobieniem porządku (czytaj: cięcia) z wydatkami publicznymi, a nie tylko „sięgać do kieszeni podatnika” (zwróćmy uwagę na sformułowanie, jest bardzo symptomatyczne). Jest to sprytny zabieg retoryczny – choć pozornie sugeruje się rozszerzenie debaty i obszaru dokonywanych reform, de facto przerzuca się uwagę z jednej strony bilansu finansów publicznych na drugą, tak by zdezawuować sens zmian po stronie przychodów. A te nie są wcale wysokie, jeśli porównamy Polskę z innymi krajami europejskimi. Z nie tak dawno opublikowanych przez Eurostat danych na temat wysokości podatków w 2008 r. wynika, że w UE średnie wpływy z tego źródła (wraz z ubezpieczeniami społecznymi) wynosiły 40,9% PKB, podczas gdy w Polsce – zaledwie 34,3% PKB (jeden z niższych wskaźników). Łączne podatki od dochodu i majątku wynosiły średnio 13,1% PKB (najwięcej w krajach nordyckich: Danii – 29,7%, w Finlandii – 17,5 i w Szwecji – 17,4), w naszym kraju – 8,6% PKB. Z kolei średnie składki na ubezpieczenia społeczne wyniosły w UE 12,8% PKB (najwięcej w Niemczech i Francji, a także w Czechach). I tu Polska znalazła się poniżej średniej unijnej, z wynikiem 11,4% PKB. Z kolei relatywnie wysokie (nieznacznie powyżej średniej dla UE) są u nas podatki związane z produkcją i importem. Widzimy zatem, że przekonanie o tym, że mamy w Polsce niesłychanie rozdęty system obciążeń obywateli na rzecz państwa jest mitem, utrwalanym przez media. Nie ma wobec tego żadnego powodu, by pomysł zwiększenia danin na rzecz państwa uznać za tak jednoznacznie szkodliwy, że jego krytyka nie wymaga nawet uzasadnienia.

Ekonomiści nie są jednomyślni…

Nieraz stosuje się tu uniki w postaci sformułowań w rodzaju: „ekonomiści uważają, że…”. Tymczasem część na pewno tak uważa, ale nie wszyscy. Dla przykładu, najnowszy numer naukowego czasopisma „Problemy Polityki Społecznej” otwiera artykuł brytyjskiego ekonomisty, Jeremy’ego Leamana, który tłumaczy korzyści płynące z podatku progresywnego. Oprócz analizy współczesnych systemów fiskalnych w krajach UE, jego artykuł pt „Jaką cenę płacimy za rezygnację z podatku progresywnego? Błąd Europy i jego skutki” przynosi dość zaskakujące ciekawostki, np. taką, że wielbiony przez neoliberałów i libertarian A. Smith w swym najsłynniejszym dziele stwierdził, że „najbogatsi powinni finansować wydatki publiczne nie tylko proporcjonalnie do swych przychodów, lecz nawet więcej niż proporcjonalnie”.

Wiem jednak, że nie każdy ma czas i możliwość wnikliwego zapoznawania się z tekstami naukowymi, dlatego tak ważne jest, aby dyskusje eksperckie, o ile dotyczą spraw publicznych o znaczeniu praktycznym, w wersji nieco uproszczonej i przystępnej były odtwarzane w debacie publicznej, w sporze politycznym i publicystycznym. Przy czym debaty o finansach publicznych nie można sprowadzić do tego, czy podatki powinny być wyższe, czy niższe. W takiej dyskusji powinien być obecny cały szereg zmiennych – stawki podatkowe, wysokość progów, ulgi podatkowe, a także pytanie o to, co zrobić, by system był szczelny, by ograniczyć nadużycia. Równie ważna jest też „druga strona”: co i w jakich proporcjach się z tych podatków finansuje. Nad tym też trzeba debatować, ale właśnie „też”, a nie – „zamiast”. Tylko wówczas dyskusja ma jakikolwiek sens, jeśli uwzględni się zarówno przychody, jak i wydatki.

.…ale mainstreamowi publicyści niestety tak

Ktoś może rzec – po co debata, skoro te trudne sprawy można, a może nawet należałoby zostawić ekspertom? To błędne rozumowanie. Oczywiście eksperci (i to z różnych stron ideowych) są potrzebni, a nawet niezbędni w omawianiu tak skomplikowanej materii, niemniej debata publiczna na ten temat jest szczególnie potrzebna, gdyż sprawy te dotyczą zakresu i treści dobra wspólnego w najbardziej fundamentalnym sensie. Podatki m.in. pokazują, jak dużo oddaje się do wspólnej domeny, z której następnie finansuje się rozmaite obszary polityki, od obronności przez służbę zdrowia i edukację po ochronę środowiska przyrodniczego. Deficyt tej debaty jest wyrazem patologii sfery publicznej.

Nie jesteście ludźmi!

Nie spodziewajcie się, że będziecie traktowani jak ludzie, gdy was na to nie stać.

Częstochowa, „Gazeta Wyborcza” donosi: „Przy Bardowskiego mieli slumsy, mają getto”. Artykuł opowiada o właśnie wyburzanych wiekowych, parterowych barakach. Na ich miejscu, co się miastu chwali, mają powstać trzy bloki komunalne. Kłopot w tym, że w murowanych budynkach nadal mieszkają ludzie, ale nikogo to najwidoczniej nie interesuje: Kilka dni temu prawie cały teren przyszłej budowy /…/ wygrodzono i weszła ekipa fachowców. Przed oknami kilku rodzin, które nadal mieszkają w barakach, powbijano słupki. Kiedy zostanie na nich rozciągnięta druciana siatka, teren pod budowę będzie zamknięty. Już teraz żółte tablice informują: wstęp jest wzbroniony”.

Co prawda Tomasz Jamroziński, pracownik biura prasowego Urzędu Miasta mówi „Gazecie”, że dopóki w budynkach są ludzie, wykonawcy nie wolno wygradzać terenu. Jednak fakty mówią za siebie, komuś się spieszy: Powiedzieli nam, że jeśli nie wyprowadzimy się do najbliższego wtorku, to nas wykurzą – poskarżyła się dziennikarzom mieszkanka baraku, Gabriela Bodziachowska.

Przy Bardowskiego mieszkają biedni ludzie, spora część z nich zalega z czynszem. Ale i tymi, co płacą, nikt się w tej sytuacji nadto nie przejmuje. Wszyscy, jako zbiorowość, są kłopotem, buntują się, gdyż wali im się świat, w jakim żyli, jaki znali. Tu nie ma bezbolesnych rozwiązań. Tych ludzi nie stać, by kupić sobie szacunek tych, którzy postanowili otoczyć ich specyficznym kordonem słupków „strzeżonego osiedla”. Pewnie wezmą ich w końcu nie tyle głodem, co ciężkim sprzętem budowlanym. I upokorzeniem. Upokorzenie to chleb powszedni biednych, tego zawsze będą mieli do syta.

* * *

Kraków, tym razem osiedle strzeżone jak deweloper przykazał. „GW” informuje: Do niedawna nowoczesny plac zabaw przy ul. Bobrzyńskiego na Ruczaju był dostępny dla wszystkich dzieci z okolicy. Już nie jest. Na prośbę części mieszkańców deweloper ogrodził plac i zamknął go na kłódkę. A to podzieliło mieszkańców. Rodzice z ul. Bobrzyńskiego mają w tej kwestii bardzo różne zdania. – Kupując mieszkanie, mieliśmy zapewniony plac zabaw. Płacimy za niego w czynszu i mamy prawo, aby spokojnie z niego korzystać. Aby nie było zniszczeń – to opinia jednych. – Rozumiem obie strony. Rzeczywiście do tej pory bywało tu mnóstwo dzieci. A dzieci, jak to dzieci – krzyczą, biegają, są głośne. Ale kupując mieszkanie, każdy wiedział, na co się decyduje i że plac zabaw będzie miał pod oknem. Dlatego jestem przeciwna zamykaniu go. Nie podoba mi się idea życia w klatkach ogrodzonych od siebie, w całkowitej izolacji. Zwłaszcza gdy chodzi o dzieci. To jest aspołeczne. W takich wypadkach trzeba szukać innych rozwiązań – to głos innych.

Są wakacje, miłe dzieci, nie będę was zatem zatrzymywał na dłużej. Powiem krótko: musicie szybciutko zrozumieć, że nie ma darmowych placów zabaw. Naprawdę, drogie dziatki, nie trzeba wam chodzić do elitarnych szkół, żeby pojąć najprostsze reguły społeczno-ekonomiczne w III RP: wasi rodzice nie są stąd, nie płacą za ten plac zabaw, więc fora ze dwora, dziatwo kochana! Może jesteście przyszłością narodu, ale to nie powód, by pchać się z grabkami do cudzych piaskownic. Im wcześniej pojmiecie, że każdy ma taką piaskownicę, na jaką go stać, tym dla wszystkich lepiej. Inaczej wyrośniecie, nie daj konserwatywno-liberalny Boże, na cholernych roszczeniowców. Zresztą, szanowne berbecie, zamiast bezproduktywnie marnować czas na placach zabaw, zainteresujcie się stanem kont waszych rodziców i już zawczasu – bogaćcie się! Żeby później nie okazało się, że nie wyrosłyście na ludzi. I nie stać was, by traktowano was jak ludzi.

Bezrobocie nie istnieje!

Przekonują o tym już nie tylko neoliberałowie, ale także niektórzy „społecznicy”, specjalizujący się w pomocy… bezrobotnym.

Byłem w totalnym szoku, gdy od dziewczyny zajmującej się w jednej z organizacji społecznych m.in. prowadzeniem szkoleń dla osób od dłuższego czasu pozbawionych pracy, usłyszałem, że nie wierzy ona w istnienie w Polsce bezrobocia. Dowodziła, że problem ogranicza się do tzw. postawy: wyuczonej bezradności, niewiary we własne siły, braku gotowości do podnoszenia kwalifikacji. Na wszystkie te bolączki odpowiedzią miałyby być „profesjonalnie prowadzone szkolenia”.

Przykład ten pokazuje, jaki słaby kontakt z rzeczywistością mają niektórzy z tych, którzy próbują ją zmieniać. Kto mając do wyboru specjalistę z praktyką zatrudni kogoś po krótkim kursie? Tym bardziej, że często są one wątpliwej jakości. Jednak nawet nie w tym rzecz. W niewielkich, ale i całkiem dużych miejscowościach często w ogóle nie ma pracy. Kiedy człowiek, choćby po najlepszym kursie, z nowymi nadziejami zaczyna pukać do drzwi firm i firemek, spotyka go gorzkie rozczarowanie. Osobiście zetknąłem się z niejednym specjalistą, nieraz po dobrych studiach, zamiatającym łódzkie ulice czy myjącym klatki w ogrodzie zoologicznym, z braku innych ofert. Pewna kobieta, która za państwowe pieniądze zawodowo pomaga szukać pracy, w następujący sposób skomentowała podobne przypadki: robotnik nie może być lekarzem, ale lekarz może być robotnikiem. Nie da się ukryć, pytanie tylko – po co ci ludzie pokończyli uniwersytety, notabene utrzymywane z publicznych środków, skoro teraz wykonują najprostsze możliwe prace? Piewcy samodoskonalenia z wydawałoby się przeciwstawnych obozów, społecznego i neoliberalnego, solidarnie wzywają do nieustannego „inwestowania w siebie”, podnoszenia kwalifikacji, co ma stanowić najlepsze zabezpieczenie przed bezrobociem. Zapewne można w ten sposób w końcu zostać trenerem dla bezrobotnych, lub uzyskać dofinansowanie na własną budę z tanimi przekąskami czy kiosk z gazetami – bo mniej więcej na tyle starczają standardowe dotacje na podjęcie działalności gospodarczej, przyznawane przez pośredniaki.

O braku rzeczywistego bezrobocia mają świadczyć ogłoszenia o pracę. Długimi tygodniami można znaleźć na sklepowych witrynach informacje o poszukiwaniu sprzedawców, argumentował inny „społecznik”. Sęk w tym, że ów człowiek nigdy osobiście nie sprawdził, jak wygląda próba podjęcia pracy w sklepie. Niestety dla mego rozmówcy, próbowałem swoich sił w handlu. Po pierwsze, zaraz na wstępie potencjalny kandydat jest oceniany od stóp do głów, czy jest wystarczająco młody, zgrabny i błyskotliwy; niestety, niewielka część bezrobotnych spełnia wszystkie te warunki. Po drugie, praca w handlu bywa tak  nisko płatna, że nie opłaca się jej podejmować. Uwzględniając bowiem koszt dojazdów, konieczność zapewnienia opieki nad dzieckiem czy ilość zdrowia utraconego w nadgodzinach – de facto trzeba do niej dopłacać…

Również dla znajomego właściciela niedużej firmy o braku bezrobocia miały świadczyć ciągle widywane przez niego ogłoszenia: „zatrudnię szwaczki”. Ba! Sami właściciele szwalni pomstowali w prasie na brak rąk do pracy. Rzeczywiście, w owym czasie w Łodzi poszukiwano kobiet do prac w szeroko rozumianej branży tekstylnej. Problem leżał jednak gdzie indziej: w powszechnym braku rejestracji oferowanego zatrudnienia, a co za tym idzie – braku ubezpieczenia emerytalnego, na okoliczność choroby lub wypadku. Szefowie oczekiwali od pracowników przynajmniej 10-godzinnej pracy, zdarzały się przypadki wymiany „czarnego” personelu bez wypłaty obiecanych pieniędzy… Czy w tych warunkach można wymagać od ludzi „podjęcia jakiejkolwiek pracy”, zwłaszcza jeśli mają równolegle dużo obowiązków domowych? Warto w tym miejscu dodać, że jeśli szukająca pracy bezrobotna jest jednocześnie matką, nie ma zbyt dużych szans na przedszkole dla swojej pociechy. W ramach polityki (a)społecznej uznano, że skoro ktoś i tak siedzi w domu, to może zająć się dzieckiem, dlatego „z automatu” przesuwa się go na koniec kolejki oczekujących na przedszkole.

Jeśli mimo odbycia szkoleń i gotowości do zaakceptowania głodowej pensji nie udaje się znaleźć zatrudnienia we własnej miejscowości, sprawa jest oczywista: czas zmienić miejsce zamieszkania, np. przenosząc się do dużego miasta. Do tego, że takie tezy wygłaszają neoliberałowie, przywykłem już dawno, jednak ostatnio spotkałem się z taką opinią również u osoby, którą miałem za społecznie wrażliwą. Wyjazd! To brzmi fajnie, ale tylko dla kogoś, kto wyjeżdżał jedynie na wakacje. O wiele mniej przyjemne jest to dla opuszczającego ukochane strony, pozostawiającego rodzinę i przyjaciół (a więc i całą sieć nieformalnego wsparcia), zmuszonego w nowym miejscu wynająć mieszkanie (zwykle dużo droższe niż na prowincji)… W dzisiejszych czasach trudy rozłąki można niwelować Internetem i częstymi odwiedzinami – mają gotową odpowiedź zwolennicy przesiedleń za chlebem i pracą. Tylko że nawet najszybsze łącze internetowe nie zastąpi osobistego spotkania, a dojazd, nawet między dużymi miejscowościami, zajmuje dużo czasu, pozostawiając go niewiele na spotkania z bliskimi. Pomijam już koszty takich odwiedzin oraz fakt, że po ciężkim tygodniu pracy podróż w drugi koniec kraju bywa zwyczajnie męcząca. Cały czas wychodzimy tu przy tym z optymistycznego założenia, że pracę w innym mieście udało się zdobyć i utrzymać. Tymczasem dworce wielkich miast są okupowane przez tych, którym się nie powiodło, i to wcale nie z powodu wrodzonego nieudacznictwa czy „braku wystarczającej motywacji”, jak tłumaczą to sobie neoliberałowie i „społecznicy”.

Obawiam się, że część organizacji pozarządowych, które zawiązane zostały w jak najszlachetniejszych celach, przez osoby, którym dobro ogółu jak najbardziej leży na sercu, uległa degrengoladzie. Jak to się stało? Zapewne sięgnięcie po łatwe, unijne pieniądze sprawiło, że przyłączyło się do nich wiele osób, które zwyczajnie chciały się gdzieś „zaczepić”. Inna sprawa, że coś niedobrego stało się ze starymi „ideowcami”; coś, czego nie potrafię wyjaśnić. Może to przejście na dość wygodne, pozarządowe etaty, w połączeniu z oderwaniem od „normalnego” rynku pracy (na którym zresztą wielu z nich nigdy nie było)? A może brak osobistych kontaktów z ludźmi „niskiego stanu” i ich doświadczeniami? Może warto, by ludzie wrażliwi chociaż trochę pożyli wśród biedoty, jak Orwell, który swoje doświadczenia zebrał w „Na dnie w Paryżu i w Londynie”? W każdym razie wszystkim „społecznikom” i społecznikom polecam posmakowania życia i pracy w naprawdę trudnych warunkach. Choćby przez wakacje.

Przywróćmy kasjerce uśmiech

Przywróćmy kasjerce uśmiech

Niedawno ruszyła kampania społeczna „Uśmiechnięta Kasjerka”, mająca na celu poprawę warunków pracy i płacy pracowników handlu, wspierana przez „Obywatela”. O sytuację pracowników sieci handlowych, a także o samą akcję, spytaliśmy Krzysztofa Zgodę z Działu Rozwoju NSZZ „Solidarność”, koordynatora kampanii.

* * *

„Solidarność” od dłuższego czasu angażuje się w działania na rzecz poprawy warunków zatrudnienia w super- i hipermarketach. Jak obecnie kształtują się płace w tym sektorze?
Krzysztof Zgoda: Wiele zależy od stanowiska. Nieco inna jest sytuacja kasjerki, pracownika magazynów oraz osoby wykładającej towar na półki. Generalnie jednak wszystkie te prace, bardzo ciężkie i wbrew pozorom wymagające sporych umiejętności, są niestety nadal bardzo słabo opłacane. Pensje pracowników sieci handlowych oscylują wokół 1300-1500 zł brutto.

A jak wyglądają warunki pracy?
K. Z.: Sytuacja wygląda różnie w zależności od sieci. Trzeba zwrócić uwagę na fakt, że od pracowników handlu wymaga się wyjątkowo dużej komunikatywności i cierpliwości. Jest to sektor usług, gdzie dobra relacja z klientem jest podstawą sukcesu. Osoba pracująca w sklepie powinna być uprzejma i uśmiechnięta – tego się od niej oczekuje. Tymczasem niełatwo o uśmiech, gdy wykonuje się ciężką pracę fizyczną. Kasjerki muszą bowiem nierzadko dźwigać ciężki towar, często brakuje odpowiednich wózków, którymi można by przewozić produkty. Powszechne są przypadki, gdy przełożeni wymagają od pracownika coraz większego wysiłku, nie biorąc pod uwagę jego podstawowych potrzeb, np. prawa do odpoczynku w trakcie pracy, czy przerwy chociażby na skorzystanie z toalety. Czasem nie ma nawet miejsca odpowiedniego do tego, by odpocząć, zjeść drugie śniadanie.
Moim zdaniem poważnym, jeśli nie najpoważniejszym problemem, jeśli chodzi o warunki pracy w dużych sieciach handlowych, jest respektowanie życia prywatnego zatrudnionych. Pracownicy często nie wiedzą, o której skończą pracę w danym dniu. Zdarza się, że bez wcześniejszego uprzedzenia słyszą od przełożonego, że nie przyszła kolejna zmiana i muszą zostać dodatkowe dwie godziny. Pracownikowi trudno w takiej sytuacji zaplanować swoje prywatne życie. Nie mam tutaj na myśli tylko rozrywki w czasie wolnym, ale także czas dla rodziny, na opiekę nad dziećmi, przygotowanie pociechy do szkoły czy codzienne obowiązki domowe.
Nieprzestrzegane są także limity czasu pracy. Pracownik musi się dostosować do wymagań pracodawcy, w drugą stronę to nie funkcjonuje: szefowie nie chcą nawet słuchać o indywidualnych potrzebach pracowników. Kierownictwo ma zwykle na uwadze prawie wyłącznie zysk. Oczywiście od reguły zawsze istnieją wyjątki, wszystko zależy tutaj od ludzi zajmujących konkretne stanowiska – od postawy poszczególnych kierowników czy wicedyrektorów. Jednocześnie bardzo ważne jest, czy dana firma chce prowadzić dialog z pracownikami. NSZZ „Solidarność” przeprowadził dwa miesiące temu badania na próbie tysiąca osób. Okazało się, że ponad 50 proc. pracowników handlu jest niezadowolonych ze swoich warunków pracy. Wyniki mówią same za siebie.

Jak wygląda poszanowanie przepisów BHP?
K. Z.: W miejscu pracy są potrzebne różne rozwiązania zabezpieczające przed wypadkiem. Firmy deklarują brak nieprawidłowości w tym zakresie, natomiast gdy rozmawiamy z pracownikami, to okazuje się, że różnie z tym bywa. Sytuacja zależy od miejsca, trzeba brać pod uwagę poszczególne sklepy, nawet nie sieci, dlatego nie chcę podawać konkretnych nazw. Na pewno można natomiast powiedzieć, że w supermarketach powszechne są braki zabezpieczeń antypoślizgowych na drabiny, odpowiednich wózków do wożenia towarów czy oparć do krzesełek przy kasach. Dyrektorzy sami z siebie rzadko uzupełniają braki. Wynika to ze zwykłej oszczędności, unikania dodatkowych kosztów – za wszelką cenę. Myślę, że mogą mieć także obawy, że zamówienie narzędzi spotka się z niezadowoleniem zarządu.
Jako związkowcy chcemy doprowadzić do równowagi pomiędzy wydatkami na niezbędne urządzenia zabezpieczające i dobry sprzęt do pracy, a zyskiem firmy. Dlatego dążymy do zmiany aktualnego stanu rzeczy, chcemy, by normy były przestrzegane. Niestety, póki pracownicy nie mają swoich reprezentantów, w postaci struktur związkowych w poszczególnych sklepach, pilnowanie szefów sieci pod kątem przestrzegania przepisów BHP przypomina loterię.

Zasygnalizował Pan istnienie trudności w zakładaniu i funkcjonowaniu związków zawodowych w placówkach handlu wielkopowierzchniowego.
K. Z.: Znów, wiele tu zależy od polityki poszczególnych firm. Najczęściej gdy powstaje związek zawodowy, to zarząd toleruje ten fakt, choć niechętnie. Niechęć objawia się najczęściej brakiem zrozumienia pracowników oraz brakiem gotowości do prowadzenia dialogu z nowo powstałą organizacją. Niewiele firm zezwala na swobodne rozmowy związkowców z zatrudnionymi, argumentując, że to przeszkadza w pracy. Gdy proponujemy rozmowę w trakcie przerw, w odpowiedzi dowiadujemy się, że w ten sposób będziemy przeszkadzać w przerwie… W większości przypadków firmy nie pozwalają na swobodny kontakt, traktując dialog w miejscu pracy jedynie jako frazes. W krajach „starej Unii” związkowcy mogą swobodnie kontaktować się z pracownikami.
Uzwiązkowienie pracowników handlu istotnie się różni w zależności od sieci. Dla przykładu, w dziewięćdziesięciu na sto największych hipermarketów Tesco mamy swojego przedstawiciela, natomiast w przypadku Biedronki, posiadającej ok 1,5 tys. punktów – sklepy, w których znajdziemy członków związku, stanowią znikomy procent. Jest to równoznaczne z faktem, że w razie potrzeby pracownicy nie mają tam do kogo przyjść i powiedzieć o swoim problemie.
Posiadamy struktury związkowe w większości sieci, choć niestety nie we wszystkich placówkach; skupiamy ponad 6 tys. pracowników. Żaden inny związek nie zrzesza aż tylu pracowników handlu, jednak to nadal dopiero początek drogi. Liczba członków stale rośnie, liczymy na to, że będzie rosła szybciej, przez co pracownicy będą mieli większe szanse na skuteczne działanie, pokonanie przeszkód i rozwiązanie problemów. Dążymy do tego, by w każdej placówce handlowej funkcjonował związek zawodowy, by wiedza o nim była powszechna i by pracownicy przychodzili z problemami do swoich przedstawicieli.

W jaki sposób pomagacie pracownikom rozwiązywać ich problemy?
K. Z.: Ponownie odpowiem: jest z tym różnie w różnych sieciach. W Tesco zazwyczaj udaje się bolączki pracowników „przegadać” i dojść do porozumienia. Z kolei np. w Realu zdarzają się problemy już z samym założeniem związku i nawet na poziomie centrali ciężko je rozwiązać. Odbywają się spotkania, ale według naszych działaczy niewiele one przynoszą.
Zdecydowanie jest jeszcze przed nami długa droga, zanim znane sieci zaczną u nas funkcjonować podobnie, jak na Zachodzie, zanim możliwe będzie np. branżowe porozumienie określające czas pracy, wysokość pensji na określonych stanowiskach, drogę awansu, obowiązki, ale i prawa pracowników. Oczywiście obowiązują regulaminy pracy oraz wynagradzania, ale są one bardzo ogólne.
Na marginesie warto dodać, że nierzadko zdarza się, iż mechanizmy motywowania wprowadzane przez sieci handlowe, w praktyce oferują pracownikom iluzoryczne korzyści. Przykładowo, powiedziane jest, że jeśli „przerzucisz” przez kasę określoną ilość towaru o określonej cenie, uzyskasz premię. Ustanowione progi są jednak na tyle trudne do osiągnięcia, że dodatkowe uposażenie okazuje się czysto teoretyczne.

Na zakończenie proszę opowiedzieć o akcji „Uśmiechnięta Kasjerka”.
K. Z.: Uśmiechnięta kasjerka to symbol pracownika handlu. To konkretne stanowisko pracy jest wizytówką marki, jako że klient najczęściej ma kontakt z kasjerami. Mają być oni uśmiechnięci, gdyż tego oczekują od nich klienci oraz pracodawcy. Naszym celem jest zapewnienie zatrudnionym w handlu autentycznego zadowolenia z pracy; chcemy, aby uśmiech kasjerek był szczery. Wiele zależy tutaj od relacji w pracy, atmosfery, formy podejmowanej rozmowy (np. czy przełożeni krzyczą, czy też wyjaśniają swój punkt widzenia „na spokojnie”). Druga część leży po stronie klientów i tego, jak oni odnoszą się do obsługi sklepów, czy pamiętają, że po drugiej stronie stoi człowiek, któremu należy się szacunek. Tu jest nieco lepiej, większość klientów szanuje pracowników.
Wreszcie, wiele zależy od samych pracowników, którzy muszą przede wszystkim odważyć się powiedzieć, że nie zgadzają się na pewne rozwiązania. Muszą zapomnieć o strachu i zapisać się do związku. Wolność nie oznacza, że każdy sam robi swoje. Wolność to samodzielne podejmowanie decyzji, ale w grupie można więcej zdziałać. Dlatego warto się solidaryzować, nawiązywać współpracę z innymi, by lepiej artykułować swoje problemy; grupa jest bardziej i szybciej zauważalna. Choć zdarzają się przypadki, że po przystąpieniu do związku pracownicy są zwalniani, silnie zorganizowana grupa do tego nie dopuści. Strach paraliżuje, jeżeli ludzie będą się bali, to nie zrobią ani kroku naprzód. Muszą zaryzykować i podjąć próbę zmiany, a im więcej osób zaryzykuje, tym powodzenie takich dążeń będzie większe. W ogóle jako społeczeństwo musimy się nauczyć obywatelskiej postawy, odważyć się realizować działania, które służą wszystkim. Tu ciekawostka: „przeciętny szef” należy średnio do 1,5 organizacji, a „statystyczny Polak” – do 0,2.
W ramach naszej akcji uruchomiono infolinię (800-800-811) dla pracowników super- i hipermarketów, dzięki której zainteresowane osoby mogą się dowiedzieć, jak poprawić swoje warunki pracy. Utworzono również stronę internetową www.usmiechnietakasjerka.pl, za pośrednictwem której można poprzeć akcję; zachęcam wszystkich czytelników „Obywatela”, by zrobili to bezpośrednio po lekturze tego wywiadu. Mamy także swój profil na Facebooku – zapraszamy do dyskusji.
Dostajemy wiele maili z pytaniami od pracowników konkretnych sieci. Poza samą odpowiedzią na list, przekazujemy uzyskane informacje do naszego związku działającego w określonej sieci, czy w regionie. Następnie nasi działacze kontaktują się z pracownikami, którzy zdecydowali się do nas napisać. Rozmawiają o konkretnych kłopotach, starają się w bezpośrednich negocjacjach z zarządami firm doprowadzić do poprawy warunków pracy.

Rozmawiała Marlena Wajszczyk, 13 lipca 2010 r.

Po wyborach

Ten instynkt kabotyna nazywa się popularnie parciem na szkło. Ważne jest też tło i akcesoria. Komentatorami kampanii wyborczej byli specjaliści od wizerunku i politolodzy, którzy do znudzenia powtarzali, że wyborcy kierują się emocjami, a programy i argumenty nie mają znaczenia. Np. tłumaczyli, że przewagę w pierwszej debacie miał Komorowski, ponieważ na końcu wstał i wyciągnął jakiś papier, a Kaczyński wziął go do ręki, czym pogrążył się w oczach wyborców. To racja. Gdybym była na miejscu Kaczyńskiego, zrobiłabym z papieru kulkę i trafiła w nos Komorowskiego. Przepraszam pana Jarosława za uwagę kibica, który ogląda mecz w kapciach przed telewizorem.

Po tej lekcji polityki stosowanej zrozumiałam wreszcie, dlaczego obóz Układu podniósł taki rwetes, że teraz PiS będzie walił w PO trumnami. Na tle trumien i pogrążonych w rozpaczy ludzi reprezentowana przez Komorowskiego sprawność i suwerenność polskiego państwa jest niewiarygodna. Wprawdzie na koniec kampanii Komorowski osobiście walnął trumną Barbary Blidy, ale tym czynem dowiódł, że jest prawdziwym macho, nie tylko pogromcą zajączków, i potrafi twardo walczyć, kiedy stawką jest polska racja stanu. Punktów dodała mu również nonszalancja, z jaką potraktował reguły debaty, uzgodnione między sztabami. Nie odpowiadał na pytania, kłamał jak z nut, wszystko obiecywał, nawet 30-procentową podwyżkę dla nauczycieli od września, a zapędzony do narożnika powtarzał magiczne zaklęcie – „wzrost gospodarczy”.

Komitet społeczny popierający Jarosława zorganizował przed wyborami kilka ciekawych spotkań. Odwiedzili nas Pospieszalski, Zybertowicz, Fedyszak-Radziejowska, Krasnodębski. Mądrzy ludzie tłumaczyli nam, że połowy naszych rodaków, głosujących na Komorowskiego, nie powinniśmy uważać za chamów, agentów czy półgłówków, ale dostrzec w nich obywateli, tak samo jak my zatroskanych losem ojczyzny, i starać się zrozumieć ich poglądy i racje. Kulturalni uczeni wypowiadali się elegancko, ale mniej więcej o to chodziło, chociaż nasz komitet był ekumeniczny, łagodny jak baranek. Rzeczywiście, sklonowanie w milionach egzemplarzy Palikota, Wajdy czy Bartoszewskiego nie jest możliwe.

Po wyborach mam wątpliwości, czy Komorowskiego poparła większa, czy mniejsza połowa. W matematyce takie pojęcia nie występują, ale w wyborach prezydenckich jak najbardziej. Proszę sobie przypomnieć, jak Bush wygrał przy pomocy maszyny do głosowania, która na Florydzie wystrzępiła głosy oddane na rywala. Liczenie dziurek trwało długo, przewaga Busha malała i Sąd Najwyższy wydał werdykt przed zakończeniem sprawdzenia. Taką maszynką do głosowania w polskich wyborach byli pełnomocnicy upoważnieni przez osoby niepełnosprawne, a także zamieszanie spowodowane skreślaniem i dopisywaniem wyborców do list. Mamy wiele sygnałów, że doszło do nadużyć, ale nikt się tym nie przejmuje. Np. w domu opieki społecznej pani doktor, zwolenniczka Komorowskiego, zebrała upoważnienia od pensjonariuszy i zagłosowała hurtem. Ani to głosowanie bezpośrednie, ani tajne. Głosowanie przez pełnomocników łamie Art. 127 p. 1 Konstytucji. W PRL urny wyborcze dowożono do łóżek chorych. Była to hipokryzja, bo żadnego wyboru nie było, ale III RP nie stać na hipokryzję, bo o coś w tych wyborach jednak chodziło.

Wzięłam sobie do serca rady socjologów i próbowałam dowiedzieć się o motywy głosowania na Komorowskiego. W najbliższym otoczeniu wszyscy głosowali na Jarosława, a poza tym nikt nic nie wie. Głosowali na Komorowskiego, bo chcą, aby było dobrze. Jacyś ludzie podchodzili do nas przed wyborami na ulicy i krzyczeli: „dość mamy awanturników”, ale nie wiem, czy to uznanie dla zasług Jarosława, czy mojego męża. Sąsiadka postukała się palcem w czoło – „Kaczyński ma tu” – co znaczyło, że Kaczyński to wariat.

Nie pozostało mi nic innego, jak na podstawie kampanii stworzyć portret zbiorowy większej połowy wyborców. Komorowski jest modelowym przykładem polskiego celebryty, który łączy maniery możnowładcy, któremu wszystko wolno, z europejskością i neoliberalizmem. Gdyby Komorowski zrezygnował na czas kampanii z funkcji marszałka Sejmu, Schetyna równie szybko i bez skrupułów mianowałby na wysokie urzędy państwowe ludzi wygodnych dla PO. Ale bez poparcia marszałkowskiej laski i prezydenckiego żyrandola szeregowy poseł PO przegrałby wybory. Komorowskiego poparli też wszyscy prezydenci: Jaruzelski, Wałęsa, Kwaśniewski. Hillary Clinton komplementowała polską demokrację i dyplomację w osobie eleganckiego Sikorskiego, oraz polską troskę o pamięć historyczną reprezentowaną przez Bartoszewskiego.

Feudalna mentalność; europejski blichtr i pogarda dla ludu są wspólnymi cechami polskich elit. Z dzieciństwa pamiętam taką anegdotę. Na eleganckim przyjęciu gospodyni przeprasza gości: „Państwo wybaczą, ciocia z prowincji”. Z tego śmiała się przedwojenna inteligencja. Teraz Wajda straszy polską prowincją. W wywiadzie dla prasy francuskiej powiedział, że Kaczyński nadal jest niebezpieczny, ponieważ popierają go słabo wykształceni mieszkańcy wsi i małych miast. Wydaje się absurdem straszenie Francuzów prowincją, ponieważ uciekają na wieś, nawet w Paryżu nie chcą już mieszkać. Ale skąd Francuzi mogą wiedzieć, jak wygląda współczesna polska prowincja? Pewnie kojarzy im się z Wandeą, sojuszem tronu z ołtarzem, nietolerancją i wojnami religijnymi. Wajda też nie wie. Pieszczoch komuny zna wieś z plenerów filmowych. Na tle kurnych chat i malowniczych dworków świetnie prezentował się szlachcic Olbrychski wymachujący szablą. Taka specyfika polskiej odmiany komunizmu. A dla równowagi „Popiół i diament”. Żołnierz AK umierający na śmietniku nie był bohaterem, rycerzem, był bandytą. I tak to już w świecie Wajdy zostało.

W następnym felietonie napiszę o tym, czego w kampanii wyborczej nie było, a co by się przydało, aby poddanych jaśnie wielmożnych platformersów w obywateli przerobić. Teraz wspomnę jeszcze tylko o organizmach modyfikowanych genetycznie, bo to sprawa pilna. Nie było pytania do kandydatów o stosunek do GMO, chociaż już na lipiec planowane jest zakończenie prac nad ustawą ważną dla przyszłości Polski. PiS w kwestii GMO ma w parlamencie niewielu sojuszników. Cisza wokół GMO jest niepokojąca. PO zrobi wszystko, aby zabezpieczyć interesy koncernów, a po wygraniu wyborów prezydenckich może wszystko.

Oda do niewiedzy

Może ile zechce pisać o „Polakach”, „wyborcach”, „narodzie” czy „społeczeństwie”: wzniośle lub szyderczo, sceptycznie lub z entuzjazmem. Może też zdobyć się na konstatację, że w granicach danego państwa żyje całkiem spora grupa ludzi, którym duże kwantyfikatory do niczego nie są potrzebne i obywają się bez zbiorowych hipostaz. Nie utożsamiają się na przykład z politykiem tym czy tamtym, „moralną rewolucją”, IV RP; ani z „rządami trumien”, ani z „rządami miłości”. Zaś z faktu, że są Polakami, niewiele dla nich wynika, poza kilkoma mniej lub bardziej uciążliwymi obowiązkami, czy praktycznymi umiejętnościami (zdolność czytania z pewnym zrozumieniem w języku polskim, obsługiwanie polskojęzycznego panelu telefonu komórkowego, iPhone’a, komputera i bankomatu). Może też być tak, że bardziej niż sprawy doniosłe, albo aktualne wydarzenia okołopartyjne, interesuje ich pożycie małżeńskie sąsiadów, kolejny sezon modnego serialu i stan konta. I przede wszystkim to ostatnie różnicuje ich społecznie: co do sposobu spędzania wolnego czasu, mobilności, dostępu do dóbr luksusowych, prywatnej służby zdrowia i znajomości różnych przyjemnych miejsc na świecie i w najbliższej okolicy. W starych powieściach, które niesłusznie zostały zapomniane, gdyż są bardziej trzeźwe niż wiele ze współczesnej, „krytycznej społecznie” czy obrazoburczej literatury, często jednym z istotnych elementów charakterystyki był roczny dochód bohatera czy bohaterki, uciułana sumka, wielkość posagu lub długi, własne lub odziedziczone po lekkomyślnych przodkach. Ba, zaryzykuję stwierdzenie, że jedną z rozsądniejszych scen w polskiej literaturze jest ta, w której Wokulski taksuje okiem kupca ubiór panny Łęckiej.

O czym przekonuje powyższy akapit? Dla publicysty wiedza ta może być tyle smutna, co pocieszająca: istnieje sporo ludzi, których nic nie interesują duże kwantyfikatory, ani ci, którzy ich używają. Spotkałem całkiem niedawno rodzinę żyjącą całkiem zasobnie, u siebie, a przede wszystkim bez długów (co w dzisiejszych czasach jest i oznaką szczęścia, a też sporej roztropności), w której głowa rodziny i jej szyja nie wiedziały, kto zacz Jan Pospieszalski. No nie wiedziały, i cóż? Ta niewiedza nie czyniła ich nieszczęśliwymi. Podejrzewam, że gdybym dalej drążył pewne zagadnienia z medialnego (pół)światka, ich ignorancja okazałaby się jeszcze większa. Mogłoby wyjść na jaw, że nie wiedzą, kto to Walter, Solorz, Pacewicz, Gugała, Paradowska, Żakowski, Sierakowski; że nie odróżniają Kolendy-Zalewskiej od Kluzik-Rostkowskiej, a nawet nie mają pojęcia o ich istnieniu. Bo te szanowne osoby niewiele wiedziały też o samej polityce, zaś co do Kościoła, którego jesteśmy członkami (spotkanie odbyło się na gruncie „uroczystości religijnej”) miały przynajmniej tę pewność, że Jan Paweł II nie żyje. Natomiast, sądząc z pouczającej rozmowy, są w stanie świetnie ocenić możliwości kredytowe własne i sąsiadów, wiedzą, ile kosztują wakacje w Egipcie i bilet lotniczy na Antypody itp. Ich mądrość życiowa i zaradność, podkreślam, nie jest mała. Rzecz w tym, powtórzę, że są sprawy na ziemi i w niebie, których wartość jest dla nich znikoma. Wartość i skuteczność polityki oceniają zaś na podstawie cech charakterologicznych, sposobu bycia i statusu majątkowego bodaj znajomego wójta, którego mają, owszem, za porządnego człowieka. Choć i on świnia.

Wnioski z tego każdy może wyciągnąć samodzielnie. Mnie takie spotkania uczą pogodnej ironii i  pożytecznego dla umysłu i stanu ducha sarkazmu. Nasz nieprawdopodobnie zadufany w sobie, wzdęty histerią czy egzaltacją, pompatycznymi larum i plemiennymi lojalnościami publicystyczny mond uważa, że stanowi pępek świata. Dyskutuje się w nim o Polakach, Polaków bierze pod mędrca szkiełko i oko, znęca się nad nimi, nad społeczeństwem, umęczonym narodem, albo społeczeństwem wyzwolonym. Okłada się tego Polaka wzniosłościami, traktuje narracjami i dyskursami. Od święta pokazuje mu się w telewizji publicznej „Krzyżaków” i „Trylogię”, żeby sobie swoją polskość jakoś lepiej przyswoił. Robi się z niego wspólnotę, wciska mu się misję dziejową, czyni z niego szlachetny lud (albo ciemny motłoch), gdy to z jaką korzyścią dla tej czy innej efektownej tezy lub politycznego interesu. Obiecuje mu się zniżki dla studentów, więcej solidarności bądź wyzwolenie przedsiębiorczości; „normalność” lub „moralną rewolucję”. Przypomina się ludowi, że jest katolicki, albo żeśmy Europejczykami. Ech, ile mądrych rzeczy wiedziałby o sobie ten lud, gdyby więcej czytał! Ale to mu już raczej nie grozi. O to naprawdę nieźle dbają specjaliści od dużego kwantyfikatora.

Wierzchołek góry lodowej

W starzejącym się społeczeństwie polskim panuje deficyt lekarzy-geriatrów.

Jak dowiadujemy się z artykułu Judyty Watoły „Czy to jest kraj dla starych ludzi”, w całej Polsce na ponad pięciomilionową grupę ludzi w wieku 65+ przypada raptem 226 geriatrów, czyli mniej więcej tylu, ilu leczy seniorów w czterokrotnie mniej ludnych Czechach. Socjaldemokratyczna Szwecja, również licząca cztery razy mniej mieszkańców niż nasz kraj – geriatrów ma ponad 700.

Braki polskiej służby zdrowia w tym zakresie są więc ewidentne, przy czym jest to i tak jedynie wierzchołek góry lodowej. Problem jest znacznie głębszy, a wspomniany artykuł może stanowić przyczynek do niemal nieistniejącej jak dotąd debaty na ten temat. Podstawowym wyzwaniem są bowiem rosnące koszty leczenia w związku ze starzeniem się społeczeństwa. Tego problemu nie da się załatwić wyłącznie przemieszczając środki wewnątrz sektora służby zdrowia czy kształcąc więcej geriatrów, choć oczywiście to także należy robić. Podjęcie takich kroków postulują zresztą już od jakiegoś czasu środowiska gerontologiczne, dość wspomnieć np. wniosek o zwiększenie liczby geriatrów i wprowadzenie do minimum programowego studiów medycznych przedmiotu gerontologia, który znalazł się w raporcie z 2008 r. pt. „Stan przestrzegania praw osób starszych w Polsce. Analiza i rekomendacje działań”, napisanym na zamówienie Rzecznika Praw Obywatelskich, śp. Janusza Kochanowskiego. Od opublikowania raportu minęły już dwa lata , a z każdym rokiem sprawa jest bardziej paląca, zwłaszcza jeśli sobie uzmysłowimy, że właśnie teraz wchodzi w wiek emerytalny pokolenie powojennego wyżu. Pokolenie to za parę lat przekroczy granicę, powyżej której zapotrzebowanie na opiekę lekarską rośnie niewspółmiernie do potrzeb młodszych generacji w tym zakresie.

Kluczową kwestią jest zatem to, w jaki sposób system zdrowotny (i nie tylko) ma odpowiedzieć na rosnące potrzeby medyczne i opiekuńcze oraz związany z tym lawinowy wzrost kosztów. Sądzę, że system publicznej służby zdrowia w Polsce w obecnym kształcie ma małe szanse stawić czoła temu wyzwaniu, nawet gdyby działał sprawniej. Jedną z jego podstawowych słabości jest niedofinansowanie. Z danych OECD na rok 2008 wynika, że Polska znajduje się w grupie krajów o najmniejszych wydatkach publicznych na opiekę zdrowotną w odniesieniu do PKB. W Polsce współczynnik ten wynosi 5,1%, podczas gdy średnia dla OECD to 6,5%. Są jednak kraje, które na opiekę zdrowotną wydają z publicznej kasy znacznie więcej: Francja – 8,7% PKB, Dania – 8,2%, Austria i Niemcy – 8,1%, czy Szwecja – 7,7%.

Przy tak skromnej puli środków w polskim systemie służby zdrowia trudno mierzyć się z wyzwaniem demograficznym. Oczywiście nawet podwyższenie nakładów – choćby do poziomu europejskich standardów – nie zaspokoi dowolnej sumy potrzeb zdrowotnych obywateli, niemniej da decydentom pewne pole manewru. Dopiero wówczas, gdy państwo weźmie na siebie odpowiedzialność za zdrowie publiczne na przyzwoitym poziomie, można myśleć o ewentualnym wprowadzeniu, na wzór Szwecji, tzw. współpłacenia pacjenta, w celu racjonalizacji systemu. Przy czym należy pamiętać, że w szwedzkim systemie opłaty są niewysokie i limitowane, co oznacza, że jeśli ktoś za sprawą wysokich potrzeb zdrowotnych przekroczy limit, powyżej tej granicy może leczyć się darmowo. Warto też pamiętać, że w Polsce, gdzie zarobki są niskie, a poziom wykluczenia dochodowego wysoki, potencjalną realizację tego rozwiązania należałoby wzbogacić pakietem świadczeń zwolnionych od jakichkolwiek opłat.

Kolejną sprawą, którą warto podjąć, jest nie dość rozbudowany system opieki poza służbą zdrowia. W Polsce instytucjonalna opieka długoterminowa w dużej mierze jest świadczona w ramach systemu pomocy społecznej. Także w tej dziedzinie widać ewidentne braki. Jak pokazują dane Eurostatu (2008), wskaźnik wydatków na opiekę socjalną nad osobami starszymi wynosi u nas 0,25% PKB, przy średniej unijnej 0,5% PKB. W niektórych krajach wskaźnik ten jest kilkakrotnie wyższy: Szwecja – 2,7%, Norwegia – 1,8%, Finlandia – 0,8%. Niedofinansowanie może prowadzić do obniżania standardów, a nawet zamykania placówek opiekuńczych. Zresztą, jeśli mówimy o opiece stacjonarnej dla osób starszych, niedostateczne nakłady to tylko jeden z grzechów polskiego systemu. Pokazuje to raport z kontroli NIK sprzed paru miesięcy.

Zasygnalizowane sprawy bynajmniej nie wyczerpują problemów opieki zdrowotnej i socjalnej nad seniorami, które zresztą przekładają się także na sytuację innych grup wiekowych (np. brak instytucjonalnego wsparcia w zakresie opieki utrudnia, a nieraz wręcz uniemożliwia pozostałym członkom rodziny uczestnictwo w rynku pracy, w życiu społecznym, w kulturze). Stoimy zatem jako społeczeństwo przed ogromną górą. Lepiej zabezpieczmy się w porę, zanim z tej góry obsunie się lawina.

Rafał Bakalarczyk

Teraz POlska!

Dlaczego wygrał Bronisław Komorowski? Bo miał wspaniały program, świetnie prowadzoną kampanię, znakomity sztab wyborczy? Nie. Ponieważ spora część Polaków ma wdrukowany lęk przed Kaczyńskim.

Kandydat Platformy Obywatelskiej prowadził swoją kampanię w sposób, który pozwala go określić mianem anty-kandydata. Odnieść można było wrażenie, że jego jedyną rolą jest nie zepsuć więcej, niż nieuniknione. Kampanię robiły za niego zaprzyjaźnione tuzy polskiego życia publicznego i Janusz Palikot, raz po raz przypominający wyborcom o tym, jak szkodliwy i zły jest żyjący bliźniak. Cynicznie, ostentacyjnie, na zimno, Platforma Obywatelska rękoma biłgorajczyka raz po raz uderzała w ostrzegawczy ton: „recydywa IV RP na horyzoncie”. Emocje społeczne nie wygasają tak szybko, a Solidarni 2010 nazbyt uwierzyli w „moralne przebudzenie” społeczeństwa. I przede wszystkim przekonali do niego samych siebie.

Znajomy lewicowiec z Krakowa, Krzysiek Posłajko, przypomniał mi przed chwilą opinię Cezarego Michalskiego z „Jeziora radykałów”: „aby odmienić oblicze tej ziemi potrzebne jest kilkaset tysięcy/kilka milionów dolarów na dużą gazetę”. Bo nastroje społeczne, ugruntowane przez lata, nie zmieniają się w okamgnieniu. Są żywotne. I co z tego, że na Jarosława Kaczyńskiego głosowali liberałowie, socjaliści, konserwatyści, a ponoć i geje, skoro po drugiej stronie sympatie rozkładały się podobnie. Tu naprawdę w mniejszym stopniu szło o programy wyborcze. Najważniejsza była ta jedna oś konfliktu: za czy przeciw temu, co na dobre i złe w oczach Polaków, którzy głosowali, uosabia były premier.

Gdy w ostatnich dniach rozmawiałem z różnymi ludźmi, bliższymi i dalszymi, zdumiewało mnie jedno: jak wiele osób emocjonalnie, z szyderstwem i dezaprobatą, instynktownie przekreślało kandydata PiS na prezydenta: kłótliwy, klerykał (sic!), niebezpieczny dla Polski, zamordysta, fanatyk. W tych słowach znać było szeroko rozpowszechniane i dobrze zakorzenione opinie z czasów rządów Prawa i Sprawiedliwości. A kandydat Platformy? No cóż, w tych rozmówkach bynajmniej nie przedstawiano go jako męża stanu, właściwie mówiono o nim niewiele. Najważniejsze było, by prezydentem nie został Kaczyński. Oczywiście, także część z tych, którzy oddali głos na niego, deklarowała, że na czas wyborów „kwestie smaku” idą w kąt. To także pokazuje, jak duże emocje, jak duża polaryzacja społeczna jest udziałem współczesnych Polaków, obywateli III RP. Ten rozziew widać najlepiej na mapie wyborczej: oto nowy, dzielnicowy podział Polski – na wschodnią i zachodnią.

Dla ludzi lewicy, być może, niewielka byłaby różnica między tą czy tamtą prezydenturą, gdyż gospodarczy paradygmat centroprawicy jest ustalony i utrwalony. Choć o tyle nie jest to pewne, że Jarosław Kaczyński jako prezydent pozostawiłby – w miarę swych konstytucyjnych kompetencji – mniejsze pole manewru rządowi „gdańskiego liberała” Donalda Tuska. Jak wiele uda się „zreformować” obecnej ekipie? Być może będą zainteresowani przede wszystkim przygotowaniami do drugiej kadencji (i nie zechcą płoszyć mniej liberalnego elektoratu), albo szukaniem cichych i bezpiecznych posadek gdzieś na rozległych latyfundiach polskiego kapitalizmu politycznego, na okoliczność ewentualnej porażki. W każdym razie, jeśli wierzyć zaprzyjaźnionym ze środowiskiem Bronisława Komorowskiego mediom, nad krajem znów zajaśniało słońce normalizacji. Pełna kanikuła dla miłośników lodów… jedzonych nad Bałtykiem. Teraz POlska! Oczywiście, dla normalnych POlaków…

Krzysztof Wołodźko

P.S. Polecam także lekturę notki Pawła Rybickiego: „Jedni mają sernik, inni mają Polskę”.

Pochwała różnorodności

Obecne wybory mogą ugruntować dominację dwóch największych partii. Tymczasem w polityce głowa boli nie tylko od przybytku, ale i od niedoboru.

Z tym największy jest ambaras, żeby czworo chciało naraz – zdają się mówić krytycy obecnej, wielopartyjnej rzeczywistości. Wskazują oni na trudności w porozumieniu się poszczególnych ugrupowań (a zwłaszcza ich liderów), np. przy okazji tworzenia koalicji. Według nich system dwupartyjny, w którym jedna formacja wygrywa i bierze wszystko, druga zaś mniej lub bardziej uprzykrza życie zwycięzcy, czekając na kolejny obrót koła wyborczej fortuny, przynosi same korzyści. Przykładowo, gdy znika konieczność „dowartościowania” koalicjanta, rząd może ograniczyć liczbę ministerialnych etatów, zmniejszając biurokrację i wydatki (w praktyce takie nadzieje bywają złudne, bowiem obowiązki likwidowanych resortów czy departamentów przejmują te, które przetrwają). Wszyscy są szczęśliwi, oczywiście z wyjątkiem partii spoza „Wielkiej Dwójki”, które nie mają udziału w rządzeniu, lub wręcz reprezentacji w parlamencie.

Wizja systemu dwupartyjnego znajduje w mediach coraz większy oddźwięk. O ile nietrudno zrozumieć tytuły ściśle powiązane z dominującymi formacjami, o tyle dziwi akceptacja tego modelu wśród wydawców mniej powiązanych z nimi ideą, czy partykularnym interesem. Powinni oni bronić pluralizmu choćby tylko dlatego, że więcej partii, to więcej wydarzeń, które można relacjonować i komentować. W końcu nie samym Palikotem czytelnik żyje…

Tymczasem spójrzmy na ostatnie wybory. W środkach masowego przekazu od samego początku liczyli się tylko dwaj kandydaci na najwyższy urząd w państwie; pozostali, zwłaszcza z ugrupowań pozaparlamentarnych, traktowani byli jako ciekawostka. Nic więc dziwnego, że od tak wielu osób słyszałem, że w pierwszej turze nie głosowali na ulubionego kandydata, lecz wybierali spośród dwóch, którzy „mieli realne szanse”, by „nie zmarnować głosu”. Co prawda w pewnym momencie Grzegorz Napieralski wykazał się brakiem taktu, zdobywając wyższe poparcie, niż dla niego przewidziano, ale ostatecznie i tak odpadł w półfinałach, z brązowym medalem na pocieszenie. W badaniach opinii publicznej od dłuższego czasu poparcie dla „planktonu” w wirtualnych wyborach parlamentarnych wykazuje tendencję spadkową. Wrażenie faktycznej dwupartyjności pogłębiają komentatorzy liczących się gazet i audycji, ustawiający mniejsze ugrupowania w charakterze „przystawek”. Wiara ta udziela się nawet przywódcom tych ostatnich, którzy pielęgnują swoisty minimalizm. Szczególnie dobrze było to widać w wypowiedzi Waldemara Pawlaka po podliczeniu przez Państwową Komisję Wyborczą wyników i wyroku: „PSL prześlizgnęło się tuż nad poprzeczką”. Szef partii z wyraźną ulgą oświadczył, że jak widać w małych miasteczkach i na wsiach jego partia jest jeszcze potrzebna. Samozadowolenie lidera ludowców budzi zdumienie, nie mniejsze niż zawarta następnie koalicja, czyli… zgoda na pozycję przystawki do skonsumowania.

Czy dwupartyjność na wzór amerykański jest synonimem dojrzałej demokracji, w co zdaje się wierzyć duża część zarówno polskiej „ulicy”, jak i elit? Przykłady z innych krajów o ugruntowanej „władzy ludu” raczej tego nie potwierdzają. W niedużej Szwajcarii do parlamentu tradycyjnie wchodzą cztery ugrupowania, które wspólnie formują rząd – Helweci mówią nieraz z dumą, że swoje władze wybrali 90 lat temu. Oczywiście Szwajcaria to dość szczególny przypadek, innym przykładem może być jednak Belgia, również nieduża, a mamy tam zwykle do czynienia z aż ośmioma ugrupowaniami w parlamencie, z których wyłaniane są rządy koalicyjne. Także w innych państwach europejskich zachowały się systemy wielopartyjne, np. we francuskim Zgromadzeniu Narodowym zasiada 13 ugrupowań, a w niemieckim Bundestagu, węgierskim Zgromadzeniu Narodowym czy słowackiej Radzie Narodowej – po 6.

Istnienie w głównym nurcie polityki większej liczby partii stanowi wartość samą w sobie. Pomijając nawet wyjątkową jałowość sporów czy debat toczonych między dwoma tylko siłami – zwłaszcza, gdy niewiele się one różnią w wielu kluczowych sprawach, jak ma to miejsce choćby w Polsce – zwyczajnie zmniejsza się wtedy stopień reprezentacji obywateli we władzy ustawodawczej, a to już poważna strata. Ponadto, nawet ugrupowania „niszowe”, liczące po kilku posłów, mogą mieć potencjalnie coś ciekawego do zaoferowania, rzucić z sejmowej mównicy inne światło na istotne sprawy publiczne. Tu ciekawym przykładem służą Czesi. U naszych południowych sąsiadów zawsze jest kilku „zielonych” parlamentarzystów, którym jednakowo daleko/blisko zarówno do prawicy, jak i lewicy. Stanowią więc języczek u wagi w kolejnych bataliach wyborczych, co jak się zdaje – wychodzi Czechom na zdrowie.

Zresztą sam „wynalazek” koalicji, tak niekiedy krytykowany, także może potencjalnie przynosić pożyteczne rezultaty, zwłaszcza kiedy między koalicjantami występują znaczące różnice. Zmuszeni do szukania kompromisu mają wtedy możliwość wypracowania rozwiązań, które choć nikogo nie zadowolą w pełni – będą w równej mierze satysfakcjonujące dla obu grup wyborców.

A że obecnie na naszej scenie politycznej interesów wielu grup społecznych nie reprezentuje nawet „plankton”, to już temat na inny komentarz.

Niesuwerenność energetyczna

Niesuwerenność energetyczna

Trwają szeroko zakrojone prace nad rządowym projektem nowelizacji prawa geologicznego i górniczego. Jego uchwalenie może zaszkodzić strategicznym interesom naszego kraju, ponadto mieszkańcy znacznych obszarów Polski mogą zostać na mocy wspomnianych przepisów wywłaszczeni bez należytego odszkodowania. O zagrożeniach związanych z nowym prawem mówi inż. Zbigniew Tynenski, prezes Centrum Zrównoważonego Rozwoju.

* * *

Jakie następstwa dla Polski spowodowałaby zmiana prawa geologicznego, zgodnie z którą firma, która posiada pozwolenie na odwierty poszukiwawcze np. gazu łupkowego, uzyskuje automatycznie pozwolenie na jego wydobycie?
Zbigniew Tynenski: Na wszystkie sprawy związane z wykorzystaniem zasobów naturalnych trzeba patrzeć pragmatycznie. Wydawanie koncesji na eksploatację gazu obcym firmom jest niekorzystne dla Polski. Stwarza sytuację braku kontroli nad wydobywaniem zasobów i racjonalnym ich wykorzystaniem. Istnieje potencjalne ryzyko szybkiego wydobycia gazu i „zwinięcia się” zagranicznych koncernów. Jest to niezgodne z zasadami zrównoważonego rozwoju, zapisanymi w art. 5 Konstytucji, a także z prawem ochrony środowiska. Oba akty prawne mówią o potrzebie racjonalnego wykorzystywania zasobów.
Praktyka innych państw jest taka, że przy wydawaniu koncesji są precyzyjnie ustalane warunki kupna/sprzedaży albo udziału wydobytego surowca w obiegu gospodarczym danego kraju. Mówi o tym unijna dyrektywa o węglowodorach, która dość wyraźnie określa, że każde państwo członkowskie ma prawo do dysponowania swoimi zasobami. Inne państwa członkowskie mają do nich dostęp w drugiej kolejności, zaś państwa trzecie, czyli np. Stany Zjednoczone – po udzieleniu zgody przez Komisję Europejską. Aktualnie, mimo budowania wspólnej polityki europejskiej w dziedzinie energetyki, otwieramy drogę do naszych zasobów państwom trzecim, które na dodatek mogą sprzedawać koncesje innym krajom, np. Rosji (Gazprom interesuje się przejęciem niektórych amerykańskich firm). Innymi słowy, oddajemy nasze zasoby, zmniejszając bezpieczeństwo energetyczne kraju. Dodajmy, że ceny koncesji są w Polsce dramatycznie niskie, a po nowelizacji do budżetu trafiać będzie łącznie zaledwie około 0,2% wartości surowca, rozłożone w czasie wydobywania kopaliny. Nie zyska na tym także gospodarka unijna.
Państwo może kontrolować energetykę posiadając pakiety kontrolne akcji w przedsiębiorstwach strategicznych tej branży, co czyni wiele państw UE. W gospodarce liberalnej państwo traci kontrolę nad wydobyciem zasobów i ich przerobem. Tymczasem własny gaz moglibyśmy sprzedawać na swoim rynku po cenach wydobycia i przesyłu, plus założony zysk firmy wydobywczej. Tani gaz byłby pozytywnym stymulatorem rozwoju gospodarki. Obecnie ceny energii stały się zaporowe i na poziomie gospodarstw domowych prowadzą do zjawiska tzw. ubóstwa energetycznego; także podmiotów gospodarczych coraz częściej nie stać na ponoszenie rosnących kosztów energii. A nasze zapotrzebowanie na nią jest dość wysokie, co w połączeniu ze stosowaniem przez nas przestarzałych technologii sprawia, że konkurencyjność naszej gospodarki stale się pogarsza. Gaz łupkowy w polskich rękach mógłby być szansą na obniżenie cen.

Projekt zatłaczania przez firmy energetyczne dwutlenku węgla pod ziemię (CCS) również miałby być regulowany nowym prawem geologicznym i górniczym.
Z. T.: Projekt zakłada, że ten, kto przejmie tereny pod zatłaczanie CO2, przejmie równocześnie wszystkie zasoby znajdujące się na tych terenach. Tymczasem obszary planowanego doświadczalnego stosowania CCS pokrywają się w znacznej mierze z nie eksploatowanymi złożami węgla brunatnego. W przypadku prywatyzacji energetyki oznaczać to będzie utratę dostępu do zasobów tego surowca.
W okolicach Lublina mamy olbrzymie pokłady węgla kamiennego. Ktoś, kto przejmie złoża gazu łupkowego w tym regionie, obejmie również złoża towarzyszące, czyli dostęp do najcenniejszego z rodzajów węgla – antracytu. Warto dodać, że węgiel kamienny w złożach poniżej tysiąca metrów jest niewydobywalny tradycyjnymi metodami, można go jednak zgazowywać. Poniżej tej głębokości mamy tego surowca olbrzymie zasoby, zastąpienie węgla gazem z węgla zgazowanego wewnątrz złoża przez 10-20 lat byłoby dla nas dobrodziejstwem. W tym czasie moglibyśmy spokojnie rozwijać energetykę opartą na źródłach odnawialnych: geotermię, energetykę wiatrową czy fotowoltaiczną. Na korzyść zgazowywania przemawiają także względy ekologiczne – wydobycie i spalanie gazu jest o wiele mniej szkodliwe dla środowiska.

Jakie następstwa dla mieszkańców terenów, pod którymi znajdują się złoża surowców, niosą planowane przepisy?

Z. T.: Niedawno weszło w życie prawo o nieruchomościach, zezwalające na wywłaszczanie ludzi z uwagi na ważny cel publiczny, jakim może być interes gospodarczy. Główny geolog kraju wprowadził stosowny zapis do projektu nowego prawa geologicznego i górniczego, będącego w trakcie legislacji. Jeśli wejdzie ono w życie, ludzie mieszkający na obszarach bogatych w surowce będą mogli być wywłaszczani. Obszary, na eksploatację których firmy uzyskają koncesje, będą mogły podlegać wywłaszczeniom w takiej skali, w jakiej zażyczy sobie tego koncesjonariusz.
Do tej pory cel publiczny był rozumiany jednoznacznie, jako taki, w którym społeczeństwo uczestniczy lub ma z niego pożytki. W tym przypadku mówimy o nim w odniesieniu do firmy prywatnej, która działa dla zysku swoich właścicieli! Pamiętajmy, że są inne formy pozyskiwania energii i społeczeństwo może mieć interes gdzie indziej niż przedsiębiorca, który uzyskał koncesję. Dlaczego Sejm uchwalił tego rodzaju zmiany, i to „kuchennymi drzwiami”? Artykuł 2 tzw. specustawy drogowej wyłącza samorząd z procesu decyzyjnego w sprawie opiniowania projektu geologicznego nie tylko dla potrzeb realizacji inwestycji drogowych. Panowie, którzy tworzą prawo geologiczne i górnicze te sprawy, które wzbudzają najwięcej kontrowersji, przenieśli po cichu do innych ustaw, a Sejm to przyjął. To jest kuriozum z punktu widzenia stanowienia prawa.

Już teraz istnieje w prawie geologicznym zapis, że podmiot otrzymujący koncesję na poszukiwanie ma pierwszeństwo w dysponowaniu odkrytymi złożami.
Z. T.: Owszem, tylko w obecnie obowiązującej ustawie są przewidziane „mechanizmy obronne”, które dają możliwość uczestnictwa samorządów w procesie wydawania decyzji w sprawie eksploatacji zasobów; umożliwiają także udział organizacji społecznych, których temat dotyczy. Nowe przepisy wyłączają te podmioty ze ścieżki decyzyjnej. Stroną pozostanie wywłaszczany, jednak wywłaszczenie będzie się mogło odbywać w ramach celu publicznego, czyli najpierw dana osoba zostanie pozbawiona swojej własności, a dopiero później ewentualnie będzie mogła skarżyć w tej sprawie, co nadaje wspomnianemu prawu charakter tzw. specustawy.
Na mocy nowego prawa jedynym dysponentem zasobów będzie główny geolog kraju, przyznający koncesje bez jakichkolwiek ograniczeń, kontroli czy ustalania ich wartości. Nie będzie nawet zobowiązany do wzięcia pod uwagę spraw związanych z bezpieczeństwem państwa i jego funkcjami, czy rozwojem gospodarczym. Należy w tym miejscu wspomnieć, że jesteśmy w posiadaniu olbrzymich zasobów geotermalnych. Wystarczy zagłębić wymiennik ciepła do miejsca, w którym panują temperatury powyżej stu stopni – i na powierzchni ziemi w oparciu o tę energię można wytwarzać parę, która uruchamia turbiny i produkuje prąd elektryczny. Co ważne, zasoby te są niewyczerpalne i wielokrotnie przekraczają zapotrzebowanie Polski na energię.

Jak duże są zasoby gazy łupkowego w Polsce i gdzie się znajdują?
Z. T.: Według wstępnych szacunków jest to obszar mniej więcej jednej czwartej Polski. Ciągnie się od Lublina, przez Mazury, województwo łódzkie, w stronę Szczecina, następnie „zawadza” o Niemcy, Holandię, aż po szelfy norweskie. Zasoby gazu łupkowego są już oficjalnie oceniane na 1,5 do 3 bln ton. Koncerny energetyczne Tauron i PGE mają być sprzedane za kilkanaście miliardów złotych. PGE na skutek rozpoznania dla celów projektu CCS może stać się dysponentem gazu łupkowego w rejonie środkowej Polski. Wraz ze sprzedażą firmy przejęte zostaną prawa pierwszeństwa eksploatacji gazu – za opłaty koncesyjne. Tymczasem jego wartość handlowa wynosi biliony złotych.
W Polsce znajduje się około 80% zasobów całej UE. Została do nich otworzona furtka, a może nawet wrota, przez „sklepik z koncesjami”. Nie chodzi tu tylko o gaz łupkowy, ale także m.in. węgiel brunatny. Zasoby tego ostatniego surowca oficjalnie oceniane są na 14 mld ton, a nieoficjalnie nawet na 140 mld ton, tzw. zasoby perspektywiczne. W prawie geologicznym i górniczym istnieje takie określenie, jak „zasoby towarzyszące”, a tych są ogromne ilości.

Technologie pozyskiwania gazu z łupków są drogie. Czy są chętni na jego wydobycie, czy w ogóle jest o co kruszyć kopie?
Z. T.: Jeżeli chodzi o koszt wydobycia gazu łupkowego, to jest on rzeczywiście wyższy od kosztu wydobycia gazu ziemnego. Z różnych źródeł informacji wynika, że może wynieść nawet ok. 100 USD/1000 m3, z innych, że jest to koszt o 50-100 USD/1000 m3 wyższy od metody tradycyjnej, czyli ok. 20-30 USD/1000 m3. Rosji płacimy jednak za gaz 450 dolarów za tonę, łącznie z przesyłem. Jak widać, moglibyśmy mieć własny gaz czterokrotnie taniej, na co najmniej 150 lat.
Warto zauważyć, że potencjały odnawialnych i nieodnawialnych źródeł energii pokrywają nasze zapotrzebowanie na co najmniej kilkaset lat. Chodzi jednak o ich racjonalne, uzasadnione ekonomicznie, społecznie i środowiskowo wykorzystanie, zgodne z przyjętym systemem bezpieczeństwa energetycznego, czy strategią, której obecnie nie ma.
Rozdawnictwo zasobów poprzez wydawanie koncesji i prywatyzację energetyki, za którą stoi także przekazywanie zasobów w prywatne ręce firm kontrolowanych przez kapitał zagraniczny, jest dowodem na brak strategii rozwoju energetyki, która zabezpieczałaby interesy odbiorców energii oraz państwa, w tym zapewniała Polsce bezpieczeństwo energetyczne.

Rozmawiała Marlena Wajszczyk, 26 czerwca 2010 r.

O produkty (dla) klasy średniej

Nie tylko przy urnie, ale i w centrum handlowym czuję się niereprezentowany.

Za wyjątkiem życia politycznego – w ramach którego wszystkie liczące się siły akceptują społeczno-gospodarcze status quo, różniąc się głównie na poziomie przyjmowanych narracji – w Polsce coraz bardziej widoczne są skrajności. Dobrze widać to w większych miastach, gdzie nowe apartamentowce nierzadko wyrastają w bliskim sąsiedztwie rozsypujących się kamienic. Jednak nie wszystkie polskie dychotomie stanowią odzwierciedlenie realnego, materialnego bądź mentalnego zróżnicowania społeczeństwa.

Trudno mi na przykład oprzeć się wrażeniu, że oferta rodzimych producentów i handlowców, czy będzie to żywność, ubrania czy obuwie, w większości kierowana jest do zaledwie dwóch grup konsumentów. Do tych, dla których znaczenie mają wyłącznie „codziennie niskie ceny”, oraz tych, którzy oglądają się na marki, nie na metki. Co natomiast z tymi, których odrzuca asortyment dyskontów oraz bazarów, ale także irracjonalne marże japiszońskich delikatesów i butików? Intuicja podpowiada, że takich konsumentów powinna być pokaźna armia, a skoro istnieje popyt… Tymczasem, „przyzwoitą jakość za rozsądną cenę” najłatwiej w Polsce spotkać w reklamach. Niewidzialna ręka rynku, która przyjaźnie macha do bogatych, a biednym bądź tylko niewybrednym wciska tandetę, „średniakom” o przyzwoitym guście nierzadko pokazuje figę.

Podobne myśli wzbudzają we mnie gastronomiczne panoramy polskich miast. Podstawę oferty stanowią w nich zwykle budki ze „śmieciowym żarciem” (występującym w dwóch podstawowych odmianach, pseudo-amerykańskiej i pseudo-arabskiej) – oraz restauracje, jeśli nie dobre, to przynajmniej drogie. Głodny Polak zbyt często musi więc wybierać między rolą kulinarnego chama oraz snoba; jedynym możliwym kompromisem okazuje się wtedy nierzadko zaufana pizzeria. Czy jest jakiś szczególny powód, dla którego nadwiślański kapitalizm nie zrodził zbyt wielu rodzimych odpowiedników trattorii czy bistro?

Dojmujący brak „środka” odczuwalny jest także w ofercie telewizji i radia, kin i teatrów. Coś dla siebie bez trudu znajdą w nich zarówno gospodynie domowe (przy całym szacunku!), jak i miłośnicy „długich irańskich dramatów o trudzie żniwiarza”, jak określił ten rodzaj twórczości Kamil Śmiałkowski. Dzieła przystępne w formie, a jednocześnie ambitne, na które można czasem trafić w polskich stacjach telewizyjnych, pochodzą przeważnie z traktowanej z wyższością Ameryki, a jeśli nakręcono je w Polsce – to w latach 60. bądź 70. ubiegłego wieku. Większość producentów i akwizytorów kultury posiada szeroki katalog propozycji dla „człowieka masowego”, tak jak go sobie wyobrażają, pozostali na ogół nastawiają się na wiernych konsumentów niszowego asortymentu. A mnie się marzą polskie seriale na miarę „Rodziny Soprano”!

Nikt mnie nie przekona, że Polacy są tak mało wymagający, jak adresowana do nich oferta. Zwłaszcza, że jeśli zaproponować im coś posiadającego pewne ambicje, ale pozbawionego pretensji – przyciąga to tłumy, czy będą to lodziarnie Grycana, czy „Rewers” Borysa Lankosza. Przez resztę czasu pozostaje im samodzielne szperanie po obrzeżach mainstreamu (TVP Kultura, radiowa Trójka) oraz w Internecie – bądź tańczyć na lodzie, jak im Doda zagra.

To się może opłacać

To się może opłacać

Oficjalnie wystartowała kolejna odsłona kampanii „Tiry na tory”, od 14 lat prowadzonej przez środowisko „Obywatela”. O sens przenoszenia ładunków z dróg na tory spytaliśmy Piotra Kazimierowskiego, analityka transportu, prezesa Forum Transportu Szynowego.

 * * *

Transport intermodalny, rozwijany w wielu krajach Europy, polega na tym, że jednostka ładunkowa, np. kontener, przewożona jest przy wykorzystaniu więcej niż jednego środka transportu, np. na części trasy ciężarówką, na pozostałej – koleją. Jakie są według Pana podstawowe wady i zalety takiego rozwiązania?
Piotr Kazimierowski: Bezsprzecznie zaletą tej formy transportu jest bardziej ekologiczny przewóz ładunków w porównaniu do transportu drogowego. Ponadto, umożliwia łatwe przeładowywanie towaru pomiędzy różnymi systemami transportu drogowego, kolejowego czy morskiego. Mówiąc bardziej ogólnie, pozwala realizować zasadę łańcucha logistycznego, transportu ładunków „od drzwi do drzwi”. Problemem są niestety wyższe koszty w stosunku do „tradycyjnej ciężarówki”, zwłaszcza w przypadku krótkich i średnich odległości. Niestety, przy trasach rzędu 200-300 km koszty transportu intermodalnego są znaczne, dlatego mimo jego zalet rzadko stosuje się wtedy to rozwiązanie. Aby to zmienić, należałoby sięgnąć do zasady „zanieczyszczający płaci”, wówczas transport kombinowany byłby atrakcyjny cenowo w stosunku do innych form, szczególnie na dłuższych trasach, gdzie ładunki mogłyby być transportowane koleją czy transportem rzecznym, a tylko końcowy etap przewozu byłyby realizowany poprzez transport drogowy. Niestety, w Polsce społeczne i ekologiczne koszty tego ostatniego nie są brane pod uwagę, przewoźnicy drogowi płacą za korzystanie z dróg tylko niewielką część rzeczywistych kosztów ich utrzymania, rzędu 3-5%. Dopóki nie będą uwzględniane rzeczywiste koszty korzystania z drogi, po której przemieszcza się ładunek, dopóty transport intermodalny będzie zawsze transportem droższym i będzie musiał być subwencjonowany. Naukowcy twierdzą, że tir niszczy drogę średnio tysiąc razy bardziej, niż samochód osobowy. Gdyby wprowadzić opłaty tylko za zużycie dróg, sytuacja uległaby zmianie: okazałoby się, że transport intermodalny oparty głównie o szkielet kolejowy stałby się bardzo atrakcyjny cenowo.

Czy koszty polityki transportowej zakładającej rozwój transportu intermodalnego są możliwe do poniesienia przez Polskę?
P. K.: Biedny patrzy na świat w bardzo krótkiej perspektywie, nie liczy kosztów długofalowych. To tak, jak w gospodarstwach domowych: jeżeli brakuje nam pieniędzy, kupujemy buty o połowę tańsze niż te wykonane z dobrego materiału. W efekcie wytrzymują nam one dwa miesiące, natomiast te wykonane porządnie wytrzymałyby dwa lata. Problem w tym, że Polska jest wciąż krajem na dorobku. Kalkulowanie w perspektywie roku, dwóch, kadencji parlamentu czy samorządu wygrywa z liczeniem kosztów długofalowych i całkowitych. Obawiam się, że nawet gdyby było nas stać na określone rozwiązania, zabrakłoby do tego woli politycznej, gdyż „słupki” w krótkim horyzoncie czasowym wyglądają niekorzystnie dla rozwiązania, o którym mówimy. Dopóki nie zmieni się horyzont myślenia i patrzenia na gospodarkę, z „kadencyjnego” na perspektywę 20-30-letnią, nikt nie będzie w stanie przeprowadzić zmian w polityce transportowej.

Czy postulowane przez Instytut Spraw Obywatelskich utworzenie zespołu międzyresortowego na rzecz rozwoju transportu intermodalnego, w którego skład weszliby przedstawiciele ministra transportu, środowiska, finansów, naukowcy i społecznicy związani z transportem – może tu coś zmienić?
P. K.: Wszelkie inicjatywy tworzenia zespołów transportowych, do których oprócz elit rządzących wchodzą także naukowcy oraz przedstawiciele szeroko rozumianego środowiska użytkowników – są bardzo wskazane. Dyskusja lub rozmowa na poziomie eksperckim sprawia, że dochodzi się do pewnego konsensusu, który w szerszej perspektywie przynosi wszystkim korzyści. Ograniczanie się do wiedzy dwóch czy trzech środowisk, a tym bardziej wyłącznie grona politycznego, które nie zawsze są bezpośrednimi odbiorcami danej usługi, produktu czy ustawy powoduje, że są one wypaczone i odbiegają od rzeczywistości. Jako prezes Forum Transportu Szynowego, którego członkami są także przewoźnicy intermodalni, jak najbardziej popieram pomysł, o którym Pan wspomniał. Nasi członkowie przecierali szlaki w dziedzinie tworzenia własnych połączeń intermodalnych. Tworzyli je w oparciu o bocznice kolejowe, lokalne punkty przeładunkowe. Dlatego deklarujemy chęć współpracy w ramach takiego ciała oraz dzielenia się wiedzą i doświadczeniem – pod warunkiem, że ktoś zechce posłuchać i przemyśleć temat. Ważne, by po drugiej stronie znalazł się partner, z którym można przedyskutować pewne problemy i rozwiązania. Niektóre z nich nie wymagają wielkich nakładów finansowych, a mogłyby szybko i w znaczący sposób przyczynić się do poprawy stanu środowiska oraz do rozwoju kolejowego transportu towarowego. Wbrew pozorom, transport intermodalny ma w Polsce bardzo obiecujące perspektywy, jeśli tylko zyska określone możliwości, przede wszystkim stabilizację na okres dłuższy niż 3-5 lat.

Rozmawiał Konrad Malec, 14 czerwca 2010 r.
współpraca Marlena Wajszczyk

„Solidarność” do lamusa?

Na początek garść cytatów.

Andrzej Walicki, „Łagowskiego zmagania z PRL” (2008): „(…) antykomunizm »Solidarności« okazuje się w gruncie rzeczy protestem przeciwko zdradzie komunizmu przez władze państwowe. Tym samym upaść musi mit »Solidarności« jako fundamentu nowej, niekomunistycznej Polski. Robotnicza »Solidarność« (którą odróżnić należy od jej inteligenckich doradców) okazuje się nie początkiem kapitalistycznej Polski, w której żyjemy, lecz raczej tragicznym zakończeniem historii PRL. »Solidarność« należy do tej historii jako klasyczna próba powrotu do źródeł – buntu robotników przeciwko realnie istniejącemu państwu w imię obietnic danych klasie robotniczej w oficjalnej ideologii tegoż państwa”.

Jarosław Kaczyński w rozmowie z Teresą Torańską, z wywiadów zebranych w „My” (1994): „Nawet gdybym nie był pełnomocnikiem Moskwy, a musiałbym tutaj rządzić, to bym z »Solidarnością« jakoś się rozprawił, bo razem z nią rządzić by się nie dało. Ponieważ ten monstrualny ruch, ze względu na swój charakter i konstrukcję także organizacyjną, do demokracji się nie nadawał. Przede wszystkim z dwóch powodów. Oparty był na strukturze przedsiębiorstwa, a wyrażał w istocie ambicje polityczne, co jest klasyczną cechą komunizmu, oraz był z samego założenia, w swoich intencjach, ruchem wszechogarniającym, czyli źle tolerującym jakikolwiek pluralizm. Poza tym reprezentował sposób widzenia rzeczywistości zupełnie nieprzystający do gospodarki wolnorynkowej. (…) Zapewniam cię, że gdyby w 1989 r. »Solidarność« miała siłę z 1981 r. to w ogóle żadnego normalnego mechanizmu demokratycznego w Polsce by się nie zbudowało”.

Robert Kuraszkiewicz, „Polityka nowoczesnego patriotyzmu” (2010): „Realne uporządkowanie polskiej polityki według osi »Solidarność« – Sojusz Lewicy Demokratycznej sprawiło, że nie wykształciły się silne obozy społeczno-polityczne, które byłyby odzwierciedleniem sympatii ideowych polskiego społeczeństwa. Mimo licznych prób, żadne z ugrupowań prawicowych nie potrafiło zbudować długofalowego programu i zaplecza społecznego dla własnej polityki. W krytycznym momencie jedynym punktem odniesienia dającym nadzieję na wygraną było odwołanie do »Solidarności«. W ten sposób dopracowaliśmy się oryginalnego na skalę światową ugrupowania prawicowego, którego przywódcami de facto byli działacze związkowi. Nie udało się również zbudować żadnego ugrupowania polskiej lewicy, która przecież dysponowała wielkim demokratycznym i patriotycznym dziedzictwem. Dopiero upadek paradygmatu »Solidarności« w wyniku kompromitacji rządów AWS, a następnie radykalne osłabnięcie  formacji postkomunistycznej stworzyło przestrzeń dla porządkowania polskiej polityki według podziałów społeczno-ideowych. Nie bez znaczenia był również upływ czasu, który zdezaktualizował wiele niedawno jeszcze gorących sporów. Dzisiaj z całą odpowiedzialnością można stwierdzić, że »Solidarność«  nie będzie już w przyszłości wyznacznikiem prawicowości. A prawica będzie musiała odnaleźć nowy sztandar”.

Paweł Rojek, „Semiotyka Solidarności. Analiza dyskursów PZPR i NSZZ Solidarność w 1981 roku” (2009): „Spór o Solidarność ma ogromne konsekwencje polityczne i tożsamościowe. Jeśli ten ruch – jak sugerują zwolennicy »o odzwierciedleniu«– miał rzeczywiście totalitarny charakter, to odwołanie się do niego na scenie politycznej może dziś budzić tylko niepokój, a pamięć o jego bohaterach jest w nowoczesnym społeczeństwie zbędnym balastem. Solidarnościowy »styropian« jest bowiem wart tyle samo, co partyjny »beton«. przekonanie, rozpowszechnione w latach dziewięćdziesiątych wśród elit postkomunistycznych i częściowo postsolidarnościowych, przesądziło przypuszczalnie o tym, że wpływ idei Solidarności na ustrój polityczny III Rzeczypospolitej był znikomy, a za prawdziwy początek nowego porządku uznaje się rok 1989, a nie 1980.(…) [Jeśli jednak] idee ruchu nie są wytworem sowieckiego panowania, myślenia totalitarnego i kolektywizmu, to mogą znaleźć miejsce także w społeczeństwie demokratycznym. Co więcej, wydaje się, że nadają się one do roli fundamentu wspólnoty politycznej o wiele bardziej niż niektóre idee promowane po 1989 roku”.

Powyższe wypowiedzi ukazują wieloaspektowość i niejednoznaczność bilansu „Solidarności”. Andrzej Walicki, konserwatysta, liberał, źle jednak widziany przez wiele środowisk prawicy, jest obok Bronisława Łagowskiego reprezentantem chyba najbardziej krytycznego sposobu oceny tego ruchu. „Komunizm »Solidarności«” to właściwie obelga w ustach autora „Marksizmu i skoku do królestwa wolności”. Bardziej frapująca wydaje się być opinia Jarosława Kaczyńskiego. Mocna teza, przedstawiona w rozmowie z Teresą Torańską u zarania III RP pokazuje, jak szybko część postsolidarnościowych elit potraktowało „Solidarność” jako rzecz zaprzeszłą. Kaczyński stwierdza bez ogródek: „Solidarność” była niepluralistyczna (mocno kontrowersyjna teza), a w wymiarze gospodarczym antywolnościowa, czyli z perspektywy konserwatywno-liberalnej nieetyczna. Ten pogląd też jest zresztą dyskusyjny. Można jednak przyjąć, że – tak różni od siebie – Walicki i Kaczyński przedstawili w swoich wypowiedziach pewien obiegowy, nieźle zakorzeniony pogląd na ruch, który stał się zarzewiem zmiany systemowej i źródłem etosu sporej części współczesnych polskich elit.

Jednak najbardziej interesujące wydaje się zrozumienie i ewentualne sfalsyfikowanie tezy Roberta Kuraszkiewicza. Oto potrzebny jest nowy paradygmat polityczny, gdyż wyczerpał się ten ufundowany na sporze postsolidarność-postkomunizm. Jest to, zdaniem autora „Polityki…” spór, który wyczerpał swoją żywotność, konflikt w dzisiejszych realiach nieefektywny i anachroniczny. Dlaczego? Ponieważ nie przynosi żadnej realnej wizji nowoczesnej polskiej polityki, nie można na nim zbudować odpowiedniej dla współczesnej Polski bazy, odzwierciedlającej faktyczne problemy ekonomiczne, ustrojowe. Polityczny koniec AWS , kompromitacja i wycieńczenie SLD, obecna hegemonia PO i PiS miałyby zamknąć „postsolidarnościowy” rozdział w dziejach III RP. Kres „Solidarności”, przynajmniej w jej wymiarze najbardziej pragmatycznym, powiązanym z historią zmierzchu PRL i nastania III RP, ma stać się szansą dla nowego opisu, bardziej przystającego do realiów i funkcjonowania podmiotów politycznych na arenie państwa. „Solidarność” jest passé. Więcej: solidarnościowy paradygmat jest szkodliwy, ponieważ uniemożliwia wyjście poza dyktaturę post-polityki, mediokracji, sporów, którym kształt nadają sztaby specjalistów od marketingu politycznego, które same w sobie nie służą rozwiązywaniu rodzimych bolączek, a jedynie ich maskowaniu.

Istnieje jednak pewien szkopuł co do możliwości zdetronizowania owego paradygmatu. Wiąże się on zarówno z kwestią post-polityki, jak i z pytaniem o dziedzictwo „Solidarności”, które w opinii najmłodszego z cytowanych tu autorów, Pawła Rojka, redaktora krakowskich, konserwatywnych „Pressji”, ma w sobie wciąż niezbadany i niezaktualizowany potencjał. I jeszcze jedno: Robert Kuraszkiewicz pisał swoją książkę jesienią 2009 r., nie mógł zatem wiedzieć o tym, co stanie się 10 kwietnia 2010 r. Nie mógł także wiedzieć, że po tej dacie powstanie film, który na nowo, z całą świadomością rzeczy nawiąże do mitu „Solidarności”. I bynajmniej nie tylko w warstwie etycznej, ideowej, tożsamościowej, ale w powiązaniu z nimi stanie się narzędziem politycznym. Już nie AWS Krzaklewskiego, ale „Solidarni 2010” i mowa Janusza Śniadka w katedrze na Wawelu pozwolą wrócić do łask słowu „Solidarność”. Bo jego wymiar utylitarny jest nikły, ale symboliczny – przeogromny. Zwekslowana politycznie „Solidarność” kompromitowała się w historii III RP niejednokrotnie. Zdaniem niektórych, stało się to już w momencie podjęcia rozmów przy Okrągłym Stole. Ale jako mit pozostaje nienaruszalna i uniwersalna, a także, w jakiejś mierze, amorficzna, gotowa przyjąć niemal każdą treść, która da się zinterpretować w jej kluczu.

Ale i tu pojawia się kłopot. Mit „Solidarności” jest właściwie bezbronny: ten, kto uzna się za jego depozytariusza, może próbować go sobie przywłaszczyć. Film „Solidarni 2010”, niezależnie od jego oceny, stał się okazją do jego przejęcia. Z jednej strony buduje wrażenie dzieła opowiadającego o „przebudzeniu narodu”, z drugiej – został szybko wykorzystany na potrzeby bieżącego sporu politycznego i toczącej się kampanii wyborczej. Z  jednej strony jest dokumentem, z drugiej sztandarem, na którym przyszyto logo Prawa i Sprawiedliwości. Dlatego istnieje obawa, że poza politycznym odcięciem kuponów z mitu „Solidarności” znów nic trwałego (poza samym mitem) nie pozostanie. Z prostej przyczyny: w wymiarze społecznym myśl „Solidarności” może być poddana dowolnym interpretacjom. Nic też dziwnego, że zapytany o „Polskę Solidarną” Jarosław Kaczyński odpowiedział m.in.: „To, co w ostatnich tygodniach zobaczyliśmy na ulicach Warszawy i innych polskich miast to jest powrót do tego nastroju, jaki ja i moje pokolenie pamiętamy sprzed trzydziestu lat, z czasów Sierpnia ’80. Nastroju, który pozwalał na połączenie rzeczy wydawałoby się niepołączalnych. My dzisiaj często o tym zapominamy. Patrzymy na tamte wydarzenia przez perspektywę stanu wojennego i 13 grudnia. Proszę pamiętać, że ruch Solidarności był ruchem bardzo wielu ludzi. Było tam milion członków Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Kiedy razem z Janem Olszewskim zakładaliśmy punkt konsultacyjny na ulicy Bednarskiej w Warszawie, to bardzo duża część tego tłumu, który zaczął tam wtedy walić, to byli członkowie PZPR. A tam się działy rzeczy, które wydawały się wcześniej niesłychanie trudne. Ja KOR-owiec, Jan Olszewski ze starej opozycji, a tam były grupy, które przyjeżdżały z jakiejś fabryki i mówiły: my wszyscy jesteśmy z PZPR!”. Warto zwrócić uwagę, że w 1994 r. Jarosław Kaczyński opisywał „Solidarność” jako „źle tolerującą jakikolwiek pluralizm”, zaś po katastrofie smoleńskiej koncyliacyjnie wspomniał o niej jako o ruchu łączącym bardzo różnych ludzi! Ale właściwie czym jest dla niego „Polska Solidarna”, w wymiarze społeczno-gospodarczym? Na to odpowiedź nie pada. Czy zatem „Solidarność” znaczy to, co o niej mówią, nie zaś to, czym była? Możliwe. O treści współdecydują interpretatorzy, jedyne, co można zrobić, to oddzielać opisy prawdopodobne od fałszywych.

Czy zatem mit „Solidarności” jest skończony? Czy, jak chciałby tego Kuraszkiewicz, da się zbudować nowy paradygmat polityczny „poza »Solidarnością«”? Zresztą, jak się zdaje, dla niego samego, uczestnika Ruchu Młodej Polski, jak zapewne i dla wielu dzisiejszych „młodocianych dinozaurów” opozycji z Konfederacji Polski Niepodległej, „Wolności i Pokoju”, Solidarności Walczącej itp. inicjatyw ta głównonurtowa „Solidarność” była raczej macochą, niż matką. Dlatego spór o rolę i miejsce „Solidarności” jest wciąż sporem tożsamościowym. Bądź co bądź nie tylko dla części konserwatywnych liberałów „Solidarność” jest czymś biograficznie i mentalnie obcym, traktowanym przynajmniej z dezynwolturą, jeśli nie z resentymentem. Ale i najzagorzalsi piewcy wolnego rynku są czasem zmuszeni, jak było widać po 10 kwietnia, oddać jej (zdawkowy) hołd i przypomnieć sobie nawet to, że obok terminu „wolny rynek” istnieje choćby słowo „państwo”. Nie brzmiało to w ich ustach wiarygodnie, ale cóż – hipokryzja też bywa hołdem, jaki neoliberalizm oddaje idei solidaryzmu i państwowości.

Dla wielu mit „Solidarności” wiąże się z poczuciem jego wyczerpania i kompromitacji. Znamienny jest sposób, w jaki „solidarną Polskę” Akcji Wyborczej „Solidarność” w ubiegłym roku opisywał Remigiusz Okraska w felietonie „Co się stało z waszą klasą”: „[Pamiętam] tych cynicznych łotrów [z AWS], którzy wycierali sobie gęby solidarnością i antykomunizmem, a całą treść ich rządów stanowiły egoizm i rozbijanie wszelkich podstaw solidarności, przy których to wyczynach człowiek zaczynał tęsknić za postkomunistami, choć nigdy wcześniej ich nie popierał. (…) Pamiętam też, jak się skończyło to pasmo fachowych sukcesów rządu AWS – skokiem bezrobocia, a na Śląsku zapaścią całych miasteczek i dzielnic, wzrostem patologii, plagą kradzieży węgla z pociągów itp. Modelowy solidaryzm i konserwatyzm…”.

Takie opisy jak powyższy każą się zastanowić, czy faktycznie nie byłoby lepiej, gdyby nasza klasa polityczna, na czele z jej postsolidarnościową, prawicową wierchuszką, zapomniała słowo „Solidarność” i przestała udawać kogoś, kim dawno nie jest. Uderzający w tej materii jest brak złudzeń Ryszarda Bugaja, który w rozmowie z redaktorami „Europy” i Ludwikiem Dornem na temat Lecha Kaczyńskiego przypomina przekonania tragicznie zmarłego Prezydenta: „To były poglądy próbujące jakoś przezwyciężać sprzeczność pomiędzy polityczną prawicą i społeczną lewicą. Tak jak to przezwyciężała pierwsza »Solidarność«. To była niechęć do wielkich nierówności i odrzucenie reguł społecznych akceptujących »wyścig szczurów«. To było przekonanie, że społeczna solidarność może być urzeczywistniona i da się wpisać w program modernizacji kraju. Czy pójdziemy w kierunku takiej interpretacji? Są poważne powody, by sądzić, że nie. Spuścizna po Lechu Kaczyńskim będzie bowiem definiowana przez najbliższe wybory. Zostanie zinterpretowana przez Jarosława Kaczyńskiego. A myślę, że Jarosław wszedł w takie polityczne buty, że on już na serio do solidarystycznego przesłania Lecha Kaczyńskiego powrócić nie może, nie może wyjść z interpretacji bardziej dostosowanej do społecznej i ideowej tożsamości tej polskiej prawicy, którą on dziś reprezentuje. Ubolewam, ale jestem przekonany, że PiS poważnie do projektu Polski Solidarnej nie powróci”. Jeśli Bugaj ma rację, tym mniej przyjemny będzie dzień wyborów prezydenckich dla tych ludzi lewicy, którzy zdecydują się oddać głos na Jarosława Kaczyńskiego. Ale już teraz lepiej pozbyć się złudzeń, że w drugiej turze będzie się ewentualnie wybierać coś więcej, niż „mniejsze zło”. Bo szorstka jest przyjaźń społecznej lewicy z „solidarnymi kołnierzykami 2010”…

U kresu tej historii kryje się ni to radosna, ni smutna konstatacja, że właściwie „paradygmat Solidarności” w tej odsłonie, jaką znamy, a którego dobrodziejstw zakosztowało wielu Polaków np. w czasach AWS, faktycznie mógłby się skończyć. Jednak, jeśli przyjąć za dobrą monetę tezy Pawła Rojka z „Semiotyki Solidarności”, jej rola się nie skończyła. Etos „Solidarności” jest wciąż etosem antysystemowym, etycznym, egalitarnym, pluralistycznym, wspólnotowym, ale i wolnościowym. Nie można go wykorzenić z polskiej tożsamości i samowiedzy. Wyczerpuje się jedynie jego polityczny, z reguły cynicznie i krótkowzrocznie wykorzystywany aspekt; pozostaje wciąż treść, choć maski i przebrania polityczne nadają się już jedynie do lamusa. Im mniej różnej maści konserwatywni liberałowie, pobożni czy bezbożni, bogoojczyźniani czy korporacyjni będą dziś mówić o „Solidarności”, tym dla niej lepiej. Historia jest cierpliwa, idee mają czas.

Naród jak ten kloc z ołowiem

Najpierw spadł prezydencki samolot. Potem upadły autorytety. Po poprzednich popisach, np. Bartoszewskiego, nie powinna to być sensacja. Nowością był powód paniki luminarzy kultury, nauki i polityki – żałoba narodowa. Wajda, nawet członkowie Rady Etyki Mediów publicznie demonstrowali przerażenie. Autorytety ogłosiły wojnę, a Bronisław Komorowski pojednanie narodowe. Już o tym pisałam w poprzednim felietonie, a czujni internauci wychwytują zadziwiające brednie i skandale.

Równie szczerze i otwarcie PO sięgnęła po pełnię władzy. Komorowski obsadził już wszystkie stanowiska wakujące po tragicznie zmarłych. Marek Belka będzie prezesem NBP ponad podziałami. Cieszy się zaufaniem Amerykanów, którzy powierzyli mu ważne stanowisko w administracji Iraku. Podobno kandydatura Belki została uzgodniona z Niemcami w Akwizgranie, gdzie Donald Tusk odbierał order Karola Wielkiego. Rosja też nie powinna mieć zastrzeżeń. Z „Gazety Polskiej” dowiedziałam się, że Marek Belka, zarejestrowany jako kontakt operacyjny ps. „Belch”, zobowiązał się do zachowania „w ścisłej tajemnicy, także przed najbliższymi osobami, faktu utrzymywania kontaktów z SB MSW”. Zobowiązanie podpisał 10 października 1984 r. 19 października został zamordowany bł. Jerzy. Przewidywanie przyszłości nie jest najmocniejszą stroną Belki, ale jego dyskrecji możemy być pewni. W zarządzaniu finansami to najważniejsze.

Suwerenność III RP okazała się zjawiskiem złudnym i przejściowym jak mgła nad Smoleńskiem. Przybiera na sile potok kłamstw i arogancji nazywany „badaniem przyczyn katastrofy” i nie słabnie zaufanie rządzących Polską do Rosji. Kto próbuje dochodzić prawdy, bronić dobrego imienia ludzi, którzy w katastrofie zginęli i już sami bronić się nie mogą, ten zagraża polsko-rosyjskiemu pojednaniu.

Kilka lat temu odbywało się spektakularne pojednanie obrońców Westerplatte z żołnierzami z pancernika Schleswig-Holstein. Polski żołnierz, który odmówił uczestnictwa w tym spektaklu, powiedział, że nie była to wojna, lecz podstępny napad, wielu jego kolegów zginęło i agresorowi ręki nie poda. Odpowiedź żołnierza Wehrmachtu pamiętam do dzisiaj: „Gdybyście nie stawili oporu, ofiar byłoby mniej”. Jak określić tak niesłychaną butę omijając słowa powszechnie uważane za obraźliwe? Skomentuję to najdelikatniej, jak potrafię. Kiedy Komisja Rządowa oskarżała strajkujących w sierpniu 1980 r. o wywołanie konfliktu, członek Prezydium MKS Leszek Sobieszek powiedział: „To jest odwracanie kota ogonem”.

Kiedy okazało się, że PiS-owskiej watahy nie udało się dorżnąć, że podnosi głowę, a jej kandydat ma szanse na zwycięstwo, Komorowski łaskawie przyjął gałązkę oliwną, ale oczekuje jeszcze przeprosin. A jest za co przepraszać! Likwidacja WSI, po której trudno rozproszone specsłużby imperium pozbierać i z powrotem zatrudnić. Albo wykrycie afery hazardowej przez CBA. Mariusza Kamińskiego udało się wywalić natychmiast i do większego skandalu nie doszło. Już o wszystkim decydowała miłująca pokój Platforma, ale mleko się rozlało. Albo obrona Gruzji przed aneksją. Putin był głęboko zdegustowany, obraził się na Polskę. A awantury o zamknięcie rosyjskiego rynku dla polskiego mięsa i warzyw? Czy trzeba było zaraz angażować całą Unię Europejską do wewnętrznego sporu między sąsiadami? No i te wojownicze wyniki badań historyków. To też sprawka PiS-u. Komu przeszkadza Bolek, Alek, biedni „uwikłani” dziennikarze, sędziowie, profesorzy wyższych uczelni? Przecież nie Platformie.

PO jest zdezorientowana. Podniósł się powszechny lament: „Miłujący pokój Jarosław Kaczyński to jakaś podróbka”. Jeden jest Chorąży Pokoju Bronisław, może dwóch, bo Donald też. Wszystkich komentatorów przebił Seweryn Blumsztajn: „Gdybym był zwolennikiem Kaczyńskiego, to po wystąpieniu w Zakopanem nie głosowałbym na niego”. Z czego wynika, że jako zwolennik Komorowskiego może teraz na Kaczyńskiego głosować. Już się ucieszyłam, ale Blumsztajn po chwili namysłu wykrył „armaty w kwiatach”. Np. słowo „prawda”. Co to jest prawda – powtórzył za Piłatem. Bardzo niebezpieczne wydało mu się również stwierdzenie, że żadna doktryna nie powinna dominować nad gospodarką. Zaraz nabrał wody w usta. Dla PO to temat śliski, bo na naszych oczach zbankrutowała doktryna neoliberalna. Niewidzialna ręka potrafi wyprowadzić pieniądze z banku, ale nie zbuduje wałów.

Początkowo śledziłam zarówno kampanię wyborczą, jak i powódź. Napisałam tekst dla „Trójmiejskiego Społecznego Komitetu Poparcia Jarosława Kaczyńskiego” (jego fragmenty trafiły do tego felietonu). Od kiedy poziom rzek drugi raz przekroczył stany alarmowe, nie odrywam wzroku od telewizora, na ekranie kłębi się woda, bezradni ludzie płaczą, pływają na płytach styropianu i odbieramy telefony z południa Polski. „Wiejskie psy spuszczone z łańcucha zagryzły sarnę, pływa przed domem”. „Woda odsłoniła drogę i ukradli mi samochód, dzisiaj już by się im nie udało, znowu zalało”. „Rysiek nie może dojechać do pracy”. „Ciocia bezpieczna, ale centrum miasta zalane”. „Nie mogę przyjechać na kolegium IPN, wypompowuję wodę z piwnicy, wciąż podchodzi. Mam świetną pompę, podam ci typ”. „Na mojej łące jedno małe pęknięcie i jeśli nawet się obsunie, pójdzie bokiem”. Koczujący na wałach nie dzwonią. „Z dwóch amfibii do ewakuacji na jednej pływał minister spraw wewnętrznych, na drugiej jego samochód”. Ale był to telefon przy pierwszej fali w Sandomierskiem i teraz nie wiem, gdzie szukać ludzi, którzy mogliby to potwierdzić.

Wybory w takiej sytuacji to barbarzyństwo i kpiny z demokracji. Nie wiem, który z kandydatów na przesunięciu terminu straciłby, który zyskał, ale dzień wyborów nie jest dla kandydatów, jest dla wyborców.

Rząd jest dobrej myśli, ma sukcesy, do Brukseli przezornie poleciał kilku samolotami, zorganizuje punkty do głosowania w namiotach. Jeśli obywatele chcą wziąć sprawy Polski w swoje ręce, to i na drzwiach od stodoły dopłyną albo dolecą.

Gałczyński pisząc „Rząd jak to piórko w górę leci, a naród jak ten kloc z ołowiem…” nie przewidział, że pisze reportaż, nie fraszkę.

Nasz bliźni

6 czerwca 2010 r., dzień beatyfikacji księdza Jerzego Popiełuszki, kapelana ludzi pracy, legendy „Solidarności”.

Wydawać się może, że ta uroczystość ważna jest jedynie dla ludzi wierzących. Ale czy życie, losy, postawa tego księdza jest interesująca tylko dla chrześcijan? Nie, bo był natchnieniem i wsparciem, świadkiem i uczestnikiem najistotniejszego ruchu kształtującego współczesną świadomość Polaków, „Solidarności”. Jako kapłan był dla rzymskich katolików ikoną Jezusa Chrystusa na ziemi. Lecz dla wielu Polaków był także, jeśli nie przede wszystkim, głosem sumienia i sprzeciwu wobec systemu opresji, oszustwa i nikczemności. Głosem przypominającym, by „zło dobrem zwyciężać”. Był człowiekiem, z którym wielu się utożsamiało i wokół którego gromadzili się ci, którzy chcieli lepszej, własnej, nieskłamanej Polski.

Przyznam, że zdarza mi się myśleć, kim byłby, gdyby nie zamordowali go w imieniu władz „Polski Ludowej” funkcjonariusze Służby Bezpieczeństwa. Gdyby doczekał Okrągłego Stołu, transformacji z jej blaskami i cieniami, III Rzeczpospolitej. Co mówiłby do rządzących Polską, do ludzi opozycji, jaki czekałby go los, jaką drogę by wybrał, po czyjej stronie stawał. Kim byłby dziś ten mężczyzna o szczupłej twarzy i głębokim, żarliwym spojrzeniu. Jak układałyby się jego relacje z hierarchami Kościoła, Wałęsą, Michnikiem, Walentynowicz, Gwiazdami, ks. Jankowskim? Czy byłby fetowany, czy przemilczany? Myślę też czasem, że zginął także dlatego, by zagłuszyć wołanie sumienia, by odebrać głos pokrzywdzonym, by jawni i mniej jawni nowi włodarze Polski znacznie łatwiej mogli ciągnąć sukno, każdy w swoją stronę. Głos ks. Popiełuszki, jego sylwetka, celebrowane prze niego Msze święte i obecność były przeszkodą; mogły być dalej przeszkodą. Jednak najpewniej 19 października 1984 r. funkcjonariusze IV Departamentu Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, służącego do walki z Kościołem, w bestialski sposób położyli kres jego życiu. Jak chcą wierzący, życiu doczesnemu.

I gdy zastanawiam się nad jego osobą, stają mi w pamięci dwa teksty, oba związane z Kościołem, któremu służył. Ten pierwszy pochodzi z Nowego Testamentu, z listu św. Jakuba, nawiązującego do Starego Testamentu: „Oto woła zapłata robotników, żniwiarzy pól waszych, którą zatrzymaliście, a krzyk ich doszedł do uszu Pana Zastępów. Żyliście beztrosko na ziemi i wśród dostatków tuczyliście serca wasze w dniu rzezi. Potępiliście i zabili sprawiedliwego: nie stawia wam oporu”. To wielkie wołanie o sprawiedliwość. To groźna zapowiedź słusznej odpłaty!

Drugi tekst to fragment z Jasnogórskich Ślubów Narodu Polskiego, ułożonych przez kard. Stefana Wyszyńskiego, złożonych na Jasnej Górze 26 sierpnia 1956 r., bez wątpienia bardzo dobrze znanych ks. Jerzemu: „Zwierciadło Sprawiedliwości. Wsłuchując się w odwieczne tęsknoty Narodu, przyrzekamy Ci kroczyć za Słońcem Sprawiedliwości Chrystusem Bogiem naszym. Przyrzekamy usilnie pracować nad tym, aby w Ojczyźnie naszej wszystkie Dzieci Narodu żyły w miłości i sprawiedliwości, w zgodzie i pokoju, aby wśród nas nie było nienawiści, przemocy i wyzysku. Przyrzekamy dzielić się między sobą ochotnie plonami ziemi i owocami pracy, aby pod wspólnym dachem Domostwa naszego nie było głodnych, bezdomnych i płaczących”. To wezwanie-przysięga, złożona blisko pięćdziesiąt cztery lata temu, była równie aktualna za życia ks. Jerzego, jak tuż po jego śmierci. Jest aktualna, choć i zapomniana, także dzisiaj. A w sposób niezwykły, choć i ułomny, spełniła się w czasach Pierwszej „Solidarności”, w jej wołaniu o lepsze życie zwykłych ludzi, o sprawiedliwość, uszanowanie człowieczej godności.

Był zatem ks. Popiełuszko kapłanem „Solidarności”, kapelanem ludzi pracy. Był człowiekiem prostym, nie krasomówcą. Jerzy Urban, wtedy prominentny dziennikarz na usługach soldateski, dziś biznesmen i co najmniej milioner, nazywał jego Msze „seansami nienawiści”. Dla innych były one jednak pokrzepieniem, nadzieją, punktem odniesienia w wyborach życiowych. Był ks. Popiełuszko prorokiem, którego słowa pocieszały strapionych, a trapiły i gniewały ciemiężców. Dla wierzących jest błogosławiony. A dla niewierzących? Może i przez nich nie zostanie zapomniany. Może także w pamięci ludzi lewicy, którzy w rocznicę 13 grudnia nie dziękują gen. Jaruzelskiemu, pozostanie jako ten, który wołał o słuszną zapłatę dla robotników, żniwiarzy pól; który mówił, by zło zwyciężać dobrem i by pozostać wewnętrznie wolnym wbrew zewnętrznej opresji. Jako ten, co mówił, że „Solidarność – to jedność serc, umysłów i rąk, zakorzenionych w ideałach, które są zdolne przemieniać świat na lepsze”. Może będzie pamiętany jako nasz bliźni. Jako Człowiek.

Powodziowe fakty i mity

Powodziowe fakty i mity

Woda powoli opada, czas więc na spokojną analizę przyczyn tak dużych rozmiarów tragedii. O komentarz poprosiliśmy hydrologa, dr inż. Janusza Żelazińskiego.

* * *

Jakie działania zostały podjęte w ramach programu ODRA 2006 i jakie przyniosły one skutki podczas obecnej powodzi?
Janusz Żelaziński: Napisałem na ten temat programu dość krytyczną opinię dla Kancelarii Sejmu, jeszcze zanim program został wprowadzony ustawą. Jest on kopią tzw. projektu kompleksowego z czasów realnego socjalizmu, którego celem było uzyskanie możliwe szerokiego poparcia różnych środowisk. Skoro żegluga chciała kanalizować Odrę, włączono komponent żeglugowy, jeżeli melioranci chcieli robić małą retencję czy regulować cieki, oczywiście uwzględniono również te dążenia. „Metodą pączkowania” powstało monstrum, które nie mogło być przez nikogo kontestowane, dlatego że każdy, kto zgłosił zapotrzebowanie czy wyraził zainteresowanie, znajdował w jego ramach swoje miejsce. Dla mnie było oczywiste, że program ODRA 2006 nigdy nie zostanie zrealizowany, przede wszystkim z braku środków, ale i z braku sensu wielu jego zapisów.
W ubiegłym roku angielska firma Scott Wilson, która realizuje projekt modernizacji Wrocławskiego Węzła Wodnego, zatrudniła mnie jako hydrologa. Napisałem raport wstępny, analizując stan aktualny z punktu widzenia bezpieczeństwa Wrocławia. Niestety, firma nie upubliczniła tego dokumentu. Obawiano się, że zawarta w nim krytyka może doprowadzić do zerwania kontraktów. Zwróciłem uwagę, że projekt jest oparty o błędne dane hydrologiczne, przyjęto zbyt niski tzw. przepływ miarodajny dla Wrocławia oraz ogromnie przeszacowano efekty projektowanego zbiornika Racibórz, którego wpływ nie będzie sięgał Wrocławia. Konkludowałem, że na odcinku od Brzegu do Wrocławia powtórzenie się powodzi z 1997 r. spowoduje znacznie większe straty niż wówczas, jako że od tamtego czasu nie zrobiono nic, co zwiększałoby bezpieczeństwo, przy jednoczesnym dopuszczeniu do niekontrolowanej zabudowy terenów zalewowych. Niestety, obecna powódź pokazała, że miałem rację: nieszczęsny Kozanów znowu został zalany. Dokładnie nie wiem, na co zostały wydane miliardy złotych po 1997 r., zapewne w większości na odbudowę zniszczeń powodziowych. Z punktu widzenia bezpieczeństwa, w szczególności Wrocławia i doliny Odry powyżej stolicy Dolnego Śląska, w moim przekonaniu nie zrobiono nic. Jeśli chodzi o pozytywy, zrobiono kanał w Opolu i może dlatego w tym mieście nie było obecnie większych strat. Reasumując, program Odra 2006 jest przykładem partactwa, niekompetencji i nieudolności.

Doszło już do pierwszych medialnych starć środowiska ekologów m.in. z rządem. Zieloni twierdzą, że została w Odrę wlana masa betonu, która nie przyniosła żadnych pozytywnych skutków, a wręcz zwiększyła rozmiary katastrofy.
J. Ż.: „Masa betonu” to oczywiście chwyt retoryczny, natomiast generalnie rzecz biorąc – ekolodzy mają rację. Stan bezpieczeństwa powodziowego w najlepszym przypadku nie uległ zmianie. Realne były tylko koszty; efekty, jak się okazało, były wirtualne. Nad górną Odrą miały powstać dwie kluczowe inwestycje: zbiornik Racibórz i modernizacja Wrocławskiego Węzła Wodnego. W sprawie zbiornika nie ma nawet decyzji administracyjnej; moim zdaniem słusznie, gdyż pomysł jego budowy jest bezsensowny. Próbuje się zwiększyć przepustowość Węzła, przyjmując, że zbiornik Racibórz istnieje i ma wielki wpływ na Wrocław, co jest kłamstwem. W tym sensie Zieloni mają rację i dlatego z nimi współpracuję, gdyż jako jedyni kontestują to, co się dzieje w gospodarce wodnej przez ostatnie 20 lat. Ich interesuje ochrona przyrody, mnie – zmniejszenie ryzyka powodziowego w dolinie Odry, wspólnie – zwracamy uwagę, że marnotrawi się publiczne pieniądze, na dodatek często zdecydowanie zwiększając zagrożenie powodziowe.
W środowiskach hydrotechnicznych panuje niesłychany konserwatyzm. Nie można tu winić żadnego z rządów, politycy nie znają się na wodzie. Od początku do końca wina jest po stronie utytułowanych fachowców, którzy mniej więcej od pięćdziesięciu lat nie zmienili poglądów na metody i cele gospodarki wodnej.

Na ile rozsądne i wykonalne jest „odciągnięcie ludzi od rzeki”?
J. Ż.: To najrozsądniejsze, co można by zrobić. Bo my sobie powódź fundujemy na własne życzenie, wkraczając w dolinę zalewową z infrastrukturą, zabudową drogową itd. Powódź to wezbranie, które powoduje szkody. Gdyby nastąpiło realne wycofanie całej tej zabudowy i infrastruktury z terenów zalewowych rzek, nie mielibyśmy w ogóle powodzi! To najlepsza i najskuteczniejsza metoda – pytanie, do jakiego stopnia jesteśmy w stanie ją wdrożyć? Musimy mieć świadomość, że np. pewnie jakaś 1/3 aglomeracji warszawskiej, zamieszkała przez przynajmniej pół miliona ludzi, leży na terenie zalewowym Wisły. Gdyby któryś z wałów uległ zniszczeniu, mielibyśmy prawdziwy kataklizm. Osiedla na dawnym lotnisku Gocław czy Saska Kępa, to tereny położone kilka metrów poniżej zwierciadła wody w Wiśle sprzed paru dni. Pomysł, by przenieść zamieszkałych tam ludzi w bezpieczne miejsce, jest po prostu nierealny; nie da się tych wszystkich bloków wysiedlić. Tak więc tam, gdzie sprawy zaszły tak daleko, że w dolinie zalewowej powstało miasto czy aglomeracja, musimy ją chronić środkami technicznymi, a także nauczyć ludzi, co robić np. w przypadku awarii wału. Natomiast można zakazać dalszej zabudowy terenów zagrożonych. To jest realne, aczkolwiek spowoduje wielkie protesty ze względu na spadek wartości działek. Proszę zwrócić uwagę, że Kozanów był kompletnie zalany w 1997 r., a mimo to od tamtego czasu wybudowano tam drugie tyle domów. Skutek: o wiele mniejsze wylanie rzeki spowodowało znaczne szkody.
Znaczny procent naszych wałów chroni łąki i tereny rolnicze. Tam zakaz zabudowy powinien być bardzo twardy, połączony z likwidacją wałów, które chronią mało wartościowe tereny. Moim zdaniem, Warszawę w tym roku uratował fakt, że w wielu miejscach Wisła przerwała wały. Jest to oczywistym nieszczęściem dla mieszkańców, ale powstały olbrzymie tereny zalewowe – zmniejszyły one kulminację fali w stolicy, która wynosiła 780 cm na wodowskazie warszawskim. Wszystko wskazuje na to, że gdyby było o 30 cm więcej, znaczące obszary znalazłyby się pod wodą. Prawdopodobnie te 20-30 cm, które „zyskała” Warszawa, odbyło się kosztem wielkich szkód w okolicach Sandomierza i Kazimierza Dolnego. Sprawa wygląda w ten sposób, że w zależności od zagospodarowania terenu zalewowego trzeba stosować różne metody dla ograniczenia ryzyka. W miastach budować wały, a powyżej miast – poldery. Z kolei tam, gdzie miasta nie ma, wały przynoszą wyłącznie zwiększenie zagrożenia poniżej. Tam należy zastanowić się nad ich likwidacją.

Projekt kaskadyzacji dolnej Wisły zwiększy czy zmniejszy bezpieczeństwo powodziowe? Pytam również w kontekście tamy we Włocławku, której przerwania bardzo się obawiano.
J. Ż.: Tama we Włocławku jest najbardziej zagrożona wtedy, gdy są bardzo niskie przepływy na Wiśle, czyli nie powódź, lecz niżówka. Poniżej Włocławka nastąpiła erozja koryta ok. 3 m, dlatego przez większość roku zapora pracuje w warunkach, do jakich nie była projektowana. Ta erozja jest normalna i praktycznie nie można jej zapobiec. Gadanie, że tama była zagrożona przez powódź, to niekompetencja.
Awaria jest możliwa, jednak straszenie ludzi, że poniżej będzie straszliwa katastrofa, jest przesadą. To zbiornik mały w stosunku do przepływu Wisły. Ma 400 mln metrów sześciennych pojemności, ale to jest głównie pojemność koryta Wisły. Straszenie leży w interesie potężnej grupy interesów – energetyków. Chodzi o wybudowanie za państwowe pieniądze stopnia wodnego, dzięki czemu spółka eksploatująca elektrownię będzie mogła sprzedawać prąd.
Z punktu widzenia zagrożenia powodziowego, sama kaskada raczej pogarsza sytuację. Na Renie jest kaskada energetyczna siedmiu kolejnych stopni, która zwiększyła zagrożenie powodzią historycznych miast: Karlsruhe, Bonn, Kolonii. Obecnie Niemcy realizują potężne programy, wykupują tereny dla tworzenia polderów, żeby ratować miasta w Dolinie Renu przed skutkami zwiększenia ryzyka spowodowanego kaskadą, regulacją rzeki i skróceniem jej biegu.
Wracając do zbiornika Włocławek, to generalnie zwiększa on zagrożenie powodzią powyżej zapory. Rokrocznie występuje problem z zatorami lodowymi. Kiedy zapora zatrzymuje wodę, zatrzymuje również lód. Katastrofalna powódź z 1982 r. była wywołana właśnie zatorem. Sytuacja podbramkowa ma miejsce co kilka lat, tak było m.in. w bieżącym roku. W tym roku wielka katastrofa powyżej Dobrzykowa była repliką katastrofy z 1982 r., lecz w wydaniu wiosennym. Zalane zostały Borowiczki, co stanowi praktycznie coroczną „zabawę” dla mieszkańców tego miasteczka. Przeciwpowodziowe działanie zbiornika włocławskiego jest mitem, jego pojemność jest tak mała, że nie ma możliwości regulowania odpływu. Kiedy słyszę historie, że zbiornik ten ma wielkie znaczenie dla ochrony Torunia, Ciechocinka czy nieomal Żuław, to mi się nóż w kieszeni otwiera. Takie wypowiedzi świadczą o zupełnej niekompetencji. To nie jest zbiornik retencyjny, lecz stopień wodny służący produkcji energii – i nic więcej.

Rozmawiał Konrad Malec, 27 maja 2010 r.
współpraca Marlena Wajszczuk

Cieć na własnym

Zgodnie z duchem czasu, najwyższą formą gospodarowania oraz szczytem rozwoju osobistego zarazem, jest własna firma. Tylko ona da nam możliwość decydowania o sobie, poczucie stabilizacji, szczęście w życiu doczesnym i ewentualnym następnym.

Słuchając propagandystów z radiowych audycji ekonomicznych można dojść do wniosku, że czas rzucić pracę i przejść na samozatrudnienie, a tym samym podnieść swoją stopę życiową. Podejrzewam, że części osób naprawdę dobrze „na własnym”, niestety przykłady z życia wzięte bezlitośnie obnażają złudność powyższej generalizacji.

Przykład pierwszy: mój niezbyt bliski znajomy jest przedstawicielem handlowym dużej firmy w jednym z większych miast wojewódzkich. Chcąc zredukować koszty (choć kryzys w oczy jej nie spogląda), zaproponowała mu ona przejście na własny rachunek. Ponieważ nie była to propozycja z serii „usiądźmy, jakoś się dogadamy”, znajomy ją przyjął. Szczegółów jego sytuacji nie znam, ale daje mi do myślenia, że szuka obecnie pracy w miejscach, gdzie płacą o wiele mniej, niż wynosi obecny napływ gotówki świeżo upieczonego szefa własnej firmy.

Powyższy przykład być może nie jest aż tak przekonujący, lećmy więc dalej. Niedawno przez przypadek usłyszałem rozmowę dwóch dziewczyn na przystanku autobusowym. Pierwsza z nich zwierzała się przyjaciółce, że zaproponowano jej przejście z etatu na własny rachunek. Jak sobie ta młoda kobieta wyliczyła, miałaby o 1/3 większą pensję, jednak obawiała się, co będzie, jeśli zajdzie w ciążę…

Historia chwyta za serce, choć kiedy pomyślę o kwotach, jakie wspomniane dziewczyny wymieniały, to mnie jakaś zazdrość ogarnia… Może więc przejdźmy do przykładu trzeciego, chyba najbardziej wymownego. Znajomy, dozorca obsługujący trzy kamienice na ul. Piotrkowskiej w Łodzi, też jest biznesmenem. Administracja złożyła mu propozycję nie do odrzucenia. Dochód mu się podniósł (choć niezbyt widowiskowo), jednak przybyło także pracy, bowiem jako zewnętrzna firma nie ma obecnie prawa do urlopu. Nie ma również prawa do „fanaberii”, takich jak choroba. Nadgodziny? Przecież właścicieli firm nie obowiązuje 40-godzinny tydzień pracy…

Zapewne większość czytelników nie wie, jak wygląda lista obowiązków dozorcy. Otóż każdego dnia musi stawić się w pracy o 5:00 i posprzątać. No dobra, w niedzielę nie musi zamiatać wszystkich kątów, ale musi choć „z grubsza” uprzątnąć teren (a po sobocie na reprezentacyjnej ulicy jest co robić…); w święta również. Zimą, jeśli spadnie śnieg, do godziny 22.00 musi wszystko odśnieżać. Podczas śnieżycy musi tę czynność powtarzać praktycznie non stop, jeśli nie – grozi mu mandat. Jeśli ktoś się „połamie”, a powierzchnia nie była należycie odśnieżona, dozorcy grozi pozew o odszkodowanie, a w skrajnych przypadkach nawet proces karny.

Opierając się o dobrą, osobistą znajomość tej grupy społecznej, powiem wprost: większość osób dbających o czystość naszej okolicy, to bardzo porządni ludzie. Wspomniany znajomek lubił od czasu do czasu wypić lampkę dobrego alkoholu, jednak z uwagi na dochody o takim luksusie mógł sobie jedynie pomarzyć. Wbrew stereotypowi, nigdy go pijanego nie widziałem, za to powierzone mu tereny zwykle należały do najbardziej zadbanych. Efekty „zmiany pozycji społecznej” były następujące: kiedy ostatni raz go widziałem, już siódmy rok nie był na żadnym urlopie, ani zwolnieniu chorobowym (czytaj: od siedmiu lat pracował każdego dnia!). Zimą zdarzało mu się nie mieć sił, by wrócić do domu; spał w w puchowej kurtce w schowku na narzędzia. W pierwszej chwili dochód wyższy o niemal pół tysiąca go ucieszył, pobiegł do sklepu muzycznego zainwestować w kilka płyt ulubionych jazzmanów. Radość szybko minęła, a zmęczenie spowodowało, że nie był w stanie sam rozliczać podatków, ZUS-u itp. (choć jest inteligentną osobą) i musiał zacząć korzystać z pomocy fachowca. A ponieważ został krezusem, sąd podniósł mu wysokość płaconych alimentów.

Niewątpliwie „samozatrudniony” pracownik jest dla firmy wygodny, gdyż przestaje ona właściwie mieć wobec niego jakiekolwiek obowiązki. Niestety, realne korzyści z tej formy współpracy zwykle odnosi wyłącznie ona.

Po słowach ich poznacie

Nie tak dawno temu jedna z partii apelowała, by polityków rozliczać z „czynów, nie słów”. Czasami jednak wystawiają sobie oni wystarczające świadectwo już na poziomie sloganów.

Analiza haseł wyborczych wydawać się może zajęciem jałowym. Zwłaszcza odkąd także w Polsce zaczęli je układać specjaliści od marketingu politycznego, rzadko kiedy wykraczają one poza konwencję. I tak – może poza Januszem Korwin-Mikkem, który konsekwentnie obiecuje „benzynę po 2 zł” – nawet kandydaci i ugrupowania uważane za radykalne stawiają zwykle na niezobowiązujące i niekontrowersyjne ogólniki. Dość wspomnieć, że formacja Andrzeja Leppera, uznawana za tzw. partię protestu, w ostatnim wyścigu do parlamentu deklarowało walkę „O prawdę i godność”, a dwa lata wcześniej Maciej Giertych stawał w szranki walk o prezydenturę pod sztandarem, na którym widniało: „Z nadzieją w przyszłość”. Przede wszystkim jednak przyzwyczailiśmy się, że papier, na którym drukowane są wyborcze plakaty, jest bardzo cierpliwy, a obietnice demokratycznie wybieranych polityków warte tyle, co tych nominowanych przez monopartię. Jak władza mówi, że da, to mówi!

Mimo powyższego, warto poświęcić politycznym sloganom nieco uwagi. Okazuje się wtedy nieraz, że wybór konkretnego frazesu potrafi całkiem sporo powiedzieć na temat mentalności kandydata czy ugrupowania. Klasycznym przykładem jest tutaj sentencja „reformatorów” z Unii Demokratycznej z 1993 r., która brzmiała „Po pierwsze gospodarka”, notabene skopiowana z wcześniejszej o rok kampanii Billa Clintona. O tym, jak dalece dobro abstrakcyjnej „gospodarki” wspomniane środowisko przedkładało nad realnie istniejące interesy polskich pracowników, zaświadczyć może zwłaszcza liczne grono konsumentów zupy, którą kilka lat wcześniej serwował jeden z jego liderów.

Równie wyrazistym przykładem jest obietnica innej formacji postsolidarnościowej, przypomniana przez Cezarego Michalskiego podczas zorganizowanej przez „Obywatela” debaty nt. dwudziestolecia polskiej transformacji (jej zapis ukazał się w „Obywatelu” nr 45). Współpracowałem przy dwóch kampaniach wyborczych AWS-u: tej pierwszej, kiedy oni – my – wygrali wybory, oraz przy przegranej kampanii Krzaklewskiego. Wiedziałem, że to jest prawica, natomiast to był dla mnie ciągle jeszcze jakiś sposób odbudowy wspólnoty solidarnościowej, ponieważ w AWS-ie byli zarówno centroprawicowi inteligenci, jak i związkowcy, zarówno przedstawiciele „elit”, jak i „ludu”. Kiedy u schyłku AWS-u w małej grupie wymyślaliśmy dla Krzaklewskiego główne hasło jego kampanii, wygrał slogan „Bezpieczna przyszłość, rodzina na swoim”; tylko socjolog Tomasz Żukowski i ja głosowaliśmy przeciw. Dla mnie to był taki symboliczny koniec „Solidarności”, bo to była przecież kampania lidera związkowego, a dostała hasło neokonserwatywne, neoliberalne – powiedział wtedy Michalski, dodając, że jego pokolenie, które zaczynało jako solidarnościowe, teraz pakuje się w najgorszy upeeryzm, w traktowanie społeczeństwa jako zdziczałego stanu natury, gdzie nie panują żadne wartości i gdzie się tylko wychodzi na polowanie, żeby przynieść mięso dla „rodziny na swoim”.

W trwającej właśnie kampanii Andrzej Olechowski poszedł już na całość. „Wybierz swój dobrobyt”, zwrócił się do indywidualnego obywatela, pardon – wyborcy. Od początku kampanii staram się przekonać Polaków, że dzisiaj ich patriotycznym obowiązkiem jest bogacenie się – uzupełnia kandydat Stronnictwa Demokratycznego, zgrabnie wpisując się w tradycję rozwijaną w ostatnich dekadach przez Komunistyczną Partię Chin. Mieliśmy być drugą Japonią, jednak w ostatnich latach w wyobraźni naszych liberalnych technokratów coraz wyraźniej zastępuje ją jej większy sąsiad, któremu do demokracji daleko, za to urządził piękne igrzyska, a i chleba tam coraz więcej, gdyż PKB rośnie jak na drożdżach. Po pierwsze gospodarka

Pozostaje mieć nadzieję, że Polacy nie będą się dali nabierać na tak formułowane zachęty, co zresztą miało miejsce w dwóch poprzednich z przywołanych przykładów. Tylko z czego tu wybierać, skoro nawet „Polska Solidarna” w praktyce okazała się dobrą matką przede wszystkim dla nieźle sytuowanych „rodzin na swoim”?

…póki w Wiśle wielorybów

Media nie lubią nudy. I nazbyt wielu mądrych słów, poważanych treści. Zakładają – raczej słusznie – że odbiorcy są one niepotrzebne i mogą go znużyć. Media lubią newsa, a news musi być mięsisty. Lubią postacie wyraziste, szokujące. Lubią skandalistów. Media filtrują przekaz, dyskutowany następnie przez tzw. opinię publiczną. Filtrują przekaz i przez sito swoich preferencji przepuszczają postacie, które za tym przekazem stoją.

Polityka, jeśli brać ją serio, musi być cokolwiek nudna. Nudna, bo merytoryczna. Bądź co bądź, aby opowiadać o zagadnieniach życia społecznego, problemach państwa, kwestiach ekonomicznych – potrzeba i czasu, i skupienia, i pewnego zasobu trudnych słów. A konsument niejednokrotnie nie ma ani czasu, ani zdolności skupienia, a i nie każdy ma słowniki pod ręką.

Biorąc pod uwagę polskie wskaźniki czytelnictwa i dobór oraz jakość słownictwa konsumentów pop-medialnego przekazu, konsument unika nie tylko słowników, a pod ręką ma często albo pilota, albo laptopa. I to wystarcza. Czasem, by dać widzowi odczuć, że jest on traktowany poważnie, pokazuje się mu gadającą głowę, która na oczach potakującego i zafrasowanego funkcjonariusza mediów biada nad upadkiem debaty publicznej i nad marną jakością polityki. Po tym rytuale można już spokojnie powrócić do zwyczajowych praktyk: szybko, szybciej, łatwiej, głupiej.

Janusz Palikot jako produkt medialny okazał się strzałem w dziesiątkę. Widz, przyzwyczajony do głupich teleturniejów i skrótowego, uproszczonego przekazu informacji, do wielorybów w Wiśle, wróżek i opowiastek z życia celebrytów rodem z kolorowej prasy „dla kobiet”, szybko polubił pana Janusza. Seks, skandal, obscena: i zobaczył widz, że to jest dobre. Świński ryj, „małpeczki”, akcesoria z sex-shopu, dotąd oglądane na pornosach: świat się śmieje, publika się bawi. Ponoć prezydent jest alkoholikiem! Nie, nie tamten, ten śmieszny, Kaczor. Ktoś się oburza, irytuje, wścieka. Jest pan Janusz, jest impreza. Jest oglądalność, skandal, zaprośmy do studia pana Janusza!

Nic dziwnego. Drenaż umysłów robi swoje. Zresztą, proszę nie sądzić, że pod pręgierzem postawione tu zostają media. Stare przysłowie mówi, że jeśli Pan Bóg chce kogo ukarać, to mu najpierw rozum odbiera. Ale nie trzeba mieszać w to Najwyższego, którego i tak Polacy in gremio traktują trochę jak kogoś od załatwiania ich własnych spraw, z jakimi nie radzą sobie samodzielnie. Można raczej uznać, że postanowiliśmy ukarać się sami. Nie wiem za co, ale jak martyrologia, to martyrologia, na co dzień i od święta. Głupota procentuje: po dwudziestu latach III RP, może z lenistwa, może ze zmęczenia, może z bezradności, może z poczucia, że coraz mniej od nas zależy, a państwo wciąż jest wrogiem i nie stara się przestać nim być, dorobiliśmy się Janusza Palikota. Dorobili się go wyborcy Platformy, ale – co by dużo mówić – jest to przecież towar na eksport, „wunderwaffe” wytworzona na potrzeby pogłębianego przez lata, coraz ostrzejszego, oklepanego sporu między PO a PiS.

Janusz Palikot umarł 10 kwietnia 2010 roku. I jak powiedział, zmartwychwstał kilka dni temu. Nowego człowieczeństwa Janusz, by sparafrazować poetkę. Nowego stylu w polityce? Nowych form komunikacji? Nowych treści? Cóż. Może nastał czas subtelniejszych form szyderstwa, wojen w białych rękawiczkach. Już nie będzie walenia antagonistów w pysk, na odlew, przy wszystkich? Ale czy ludziom się to nie znudzi? Kto przyzwyczaił się do zapachu krwi, ten chyba już nigdy nie będzie wegetarianinem. Kto polubił padlinę, nie pożywi się owocami. Na kogo będą oburzać się wyborcy PiS, kogo z czystym sumieniem przeklinać? Komu dawać odpór? Dziś mają pana Janusza, a ten na ich nieszczęście właśnie został myślicielem. A przecież tylko ostatni cham będzie bluzgał myśliciela…

Ale jest nadzieja. Póki Wisłą pływać będą wieloryby, póki politycy będą nas traktować jako plebs wyborczy, a brukowa prasa i publicystyka wyznaczać standardy myślenia, jest szansa, że wszystko wróci do normy. I będzie jeszcze okazja, by się pośmiać. I oburzać… Z kogo? Na kogo? Pytajcie Horodniczego…

Polska podzielona

Teraz także na część, podobno mniejszą, hołdującą „demonom nacjonalizmu”, i większą – przyjazną, racjonalną, europejską. Większa Polska współczuje bliskim ofiar katastrofy, ale nie ulega emocjom i z ufnością patrzy w przyszłość. Trzeba cierpliwie poczekać rok, dwa, może więcej, na końcowy raport międzynarodowej komisji powypadkowej Wspólnoty Państw Niepodległych. Rosja już też nie dysponuje czarnymi skrzynkami, przekazała je komisji wyższego szczebla. Edmund Klich, Polak akredytowany przy rosyjskiej części tej komisji, też jest przeciwny ujawnianiu zapisów, ponieważ załoga w czasie lotu prowadzi rozmowy intymne. Nasza „sytuacja proceduralna” byłaby lepsza, gdybyśmy należeli do WNP, nie do UE i NATO. W pierwszym wywiadzie 10 kwietnia Andrzej powiedział, że druga tajemnica katyńska zostanie ujawniona za następne 70 lat.

W nocy z 10 na 11 kwietnia Andrzej odkrył pierwszą „czarną dziurę” w treści SMS-a odebranego na komórce służbowej Kolegium IPN. Była to informacja z Internetu, że drugi zastępca prezesa IPN, pani Maria Dmochowska, weszła do gabinetu Janusza Kurtyki. 12 kwietnia Kolegium akceptowało pierwszego zastępcę jako pełniącego obowiązki Prezesa. Marszałek Sejmu wniósł poprawkę do nowelizowanej ustawy o IPN, że to Marszałek decyduje, kto będzie pełnił obowiązki prezesa IPN w przypadku śmierci. 11 maja M. Dmochowska oświadczyła Kolegium, że do gabinetu J. Kurtyki nie wchodziła i prosiła o sprostowanie fałszywej plotki.

Z dotychczasowych ustaleń śledztwa wynika, że żadnej przyczyny katastrofy nie ma. Najbardziej prawdopodobna jest hipoteza, że to palec boży strącił polski samolot za grzech kaczyzmu. Wiemy już też, że Rosjanie spisali się na medal, dosłownie. 9 maja Marszałek w Ambasadzie RP w Moskwie na przyjęciu „na cześć rosyjskich przyjaciół Polski” („Rzeczpospolita”) wręczył przyznane przez Lecha Kaczyńskiego odznaczenia zaangażowanym w ujawnianie prawdy o Katyniu, a także zasłużonym uczestnikom akcji ratunkowej pod Smoleńskiem. Bohaterów akcji ratunkowej wytypowali zapewne Rosjanie, ponieważ Polacy nie wiedzą, kto przystawiał im do głowy broń długą, wyrywał kasety z kamer i karty z telefonów komórkowych.

W czasie pogrzebów przebywałam w mniejszej Polsce. Jedyny przedstawiciel większości, która nie uległa histerii i nekrofilii, pojawił się w dresie, na rolkach. Rosły mężczyzna pędził pod prąd konduktu żałobnego śp. Janusza Kurtyki, wrzeszcząc „Tu jest ścieżka rowerowa!”.

Po powrocie do większościowej Polski powinnam włożyć wór pokutny i posypać głowę popiołem. Od Marszałka Senatu dowiedziałam się, że uczestniczyłam w seansach nienawiści (wywiad w „Rzeczpospolitej”). Znajomej skojarzyło się to z Jerzym Urbanem. Skutek jest pozytywny. Zaniepokojona, że wracają czasy stanu wojennego, zmobilizowała proboszcza swojej parafii do intensywnych przygotowań beatyfikacji księdza Jerzego Popiełuszki. Kulturalny eurodeputowany Saryusz-Wolski politycznymi kanibalami nazwał dywagujących nad przyczynami katastrofy.

Ale Donald Tusk poszedł na całość. Na oczach telewidzów powiedział, że propozycja przejęcia śledztwa przez stronę polską wywołałaby nastroje zimnowojenne. Skojarzenie z drugą Jałtą też mi się nasunęło, ale bałam się wypowiedzieć je głośno, a tym bardziej publicznie, aby nie wyjść na kompletnego oszołoma. Premier mnie wyręczył, więc poszukajmy analogii. W momencie decydującym o przyszłości Polski prezydent Obama grał w golfa, prezydent Roosvelt kolekcjonował znaczki. Przywódcy państw Europy Zachodniej nie przybyli na pogrzeb tragicznie zmarłego prezydenta RP. Nie mogli wsiąść do mniejszego samolotu, helikoptera, pociągu, samochodu lub morskiej korwety, ponieważ honorowanie Prezydenta, który siał niepokój między UE a Rosją, byłoby niewłaściwe.

Specjaliści twierdzą, że prezydent Obama prawidłowo postrzega konflikt między biednym Południem i bogatą Północą. Konflikt między Wschodem i Zachodem uważa za załatwiony. Sami Polacy dopiero teraz dowiedzieli się, że naród jest podzielony. Transformacja się udała. Polska rozwija się pomyślnie i ma dobre stosunki i z Niemcami i z Rosją. O stanie wojennym nikt już nie pamięta. Generał Jaruzelski został pierwszym prezydentem wolnej Polski, Lech Wałęsa drugim, trzeci – Kwaśniewski – to już prezydent ponad podziałami. Tylko następny Prezydent RP się nie udał. Od ministra spraw zagranicznych, Radka Sikorskiego, każdy mógł usłyszeć, że jest jakiś mały i strasznie konfliktowy.

Marszałek Komorowski obiecuje, że na stanowisku prezydenta przywróci Polsce jedność. To znaczy, że mniejsza Polska, „archaiczna, mesjanistyczna, nacjonalistyczna”, zniknie, rozpłynie się, wymrze. Jak nas załatwi – siłą czy sposobem? Licząc realne siły i realną władzę, szanse mamy nikłe. Ale jak już jesteśmy tacy nienowocześni, podejdźmy do problemu inaczej. Taternicy, żeglarze i inni ludzie narażeni na niebezpieczeństwo, opowiadają jak w opresji pomagały im duchy kolegów, którzy zginęli w górach lub na morzu. Mnie też kilka razy to się zdarzyło.

Myślałam, że tylko Polacy maja jakąś skazę genetyczną, że wierzą w takie bzdury i jeszcze o nich opowiadają. Okazuje się, że racjonalnym Anglikom też pomagają duchy. W „Obywatelu” nr 49 przeczytałam, że w czasie I wojny światowej, kiedy Niemcy zdobywali coraz większe obszary Europy, w bitwie pod Mons w szeregach brytyjskich oddziałów pojawiły się duchy łuczników spod Aginccourt, sprzed 500 lat, i pomogły pokonać wojska niemieckie. Podobno więcej ludzi słyszało o „aniołach spod Mons” niż o samej bitwie. Ale moi znajomi nie wierzą w duchy, wierzą w cud nad urną i radzą wejść do komisji wyborczych.

Czego panicznie boi się PO? Co kryją archiwa IPN i Aneks do Raportu o WSI, którego Lech Kaczyński nie opublikował? Po co wyszydzano, komu zagrażają sentymentalne dinozaury?