Nadchodzą kiepskie czasy

Nadchodzą kiepskie czasy

O tym, czy w walce z dziurą budżetową rzeczywiście musimy sięgać do kieszeni najbiedniejszych, rozmawiamy z Franciszkiem Bobrowskim, wiceprzewodniczącym Ogólnopolskiego Porozumienia Związków Zawodowych.

* * *

Jaki dla pracowników będzie przyszły rok?
Franciszek Bobrowski: Kiepski, szczególnie jeśli chodzi o wynagrodzenia, które w projekcie przyszłorocznego budżetu zostały zamrożone. W sferze budżetowej zero wzrostu płac, w gospodarce podwyżki będą niewielkie. Płaca minimalna w przyszłym roku wzrośnie z obecnych 1317 zł do 1386 zł brutto, z czego do ręki pracownika trafi 1048 zł! Na to się nałoży wzrost cen, m.in. podwyżka stawek VAT i uwolnienie cen prądu, za czym pójdą podwyżki cen produktów zależnych od energii. W szczególności uderzy to w najbiedniejszych. Dane GUS już pokazują spadek spożycia przez nich podstawowych produktów, jak mleko, chleb i makaron. Przy czym mówię tutaj o pracujących, bo sytuacja rencistów czy emerytów wygląda jeszcze gorzej. Także cięcia budżetowe generalnie będą dotyczyły najmniej zamożnych, a to znacząca część społeczeństwa. Z danych GUS wynika, że aż 25 mln naszych współobywateli żyje poniżej poziomu minimum socjalnego, z czego 2,5 mln poniżej poziomu ubóstwa. W tej dziedzinie jesteśmy niechlubną czołówką UE.
W projekcie budżetu na 2011 r. brakuje odniesień do poprzedniego roku, musieliśmy samodzielnie szukać informacji, by obraz sytuacji był porównywalny. Oszczędzanie kosztem najbiedniejszych będzie miało postać m.in. cięcia wydatków na wsparcie aktywnego poszukiwania pracy, tymczasem budżet Sejmu wzrośnie o 9%, a wydatki na utrzymanie partii politycznych – o 12%. Wartości przyjęte jako podstawa polityki fiskalnej są często mało wiarygodne. Weźmy chociaż planowane przychody z prywatyzacji, które mają wynieść 15 mld zł. Na ten rok planowano uzyskać z tego źródła 25 mld zł i już wiadomo, że jest to nieosiągalne. Naszym zdaniem niedoszacowana jest stopa bezrobocia, którą przewidziano na poziomie 9,9%. Nie wiem, jak rząd chce to osiągnąć, skoro w obliczu czynionych przez niego oszczędności oraz zaciskania pasa przez przedsiębiorców nastąpi spadek konsumpcji, co zdaniem OPZZ przełoży się na znaczący spadek koniunktury – mówiąc kolokwialnie, gospodarka zaczyna się wolniej kręcić. Rządowe oszczędności są więc oszczędnościami pozornymi.

W powyższym kontekście zupełnie inaczej wygląda sprawa minimalnego wynagrodzenia.
F. B.: Do jego wzrostu OPZZ dąży z uporem maniaka. Proponowaliśmy rządowi, by na przestrzeni 4-5 lat wzrosło ono do 50% średniej krajowej. Teraz jest wielka burza w prasie, że w całej Unii minimum to ma osiągnąć poziom 60% średniej płacy. My mówiliśmy o 50%, choć wiedzieliśmy, jakie standardy obowiązują w „starej Unii” – związkowcy są bowiem odpowiedzialni i nie chcą pracodawców „udusić”, żądając z dnia na dzień zbyt wiele. Postulowaliśmy, by iść spokojnym kursem, co roku podnosząc minimum o dwa punkty procentowe. Tymczasem stoimy w miejscu, bo chociaż nastąpiło porozumienie, to słowa Pana Premiera niewiele ważą. Obiecał ścieżkę dojścia do poziomu 50%, ale rząd jej nie opracował. Mamy do czynienia z dialogiem pozorowanym. Wcześniejsze ekipy często uciekały od dyskusji ze związkowcami, teraz dyskusje są, ale nie przekłada się to na decyzje. Na spotkania z nami przyjeżdżają przedstawiciele rządu bez żadnego upoważnienia i mocy decyzyjnej.
Wiele się mówi, że podwyżka minimum uderzy w pracodawców i zwiększy bezrobocie, ale ustanawiający obecne minimum nie żyją za 1000 zł miesięcznie. Już nie mówię o dużej rodzinie, ale o jednej osobie, która z tych pieniędzy musi zapłacić za czynsz, energię, gaz itd. Co zostaje w kieszeni po dokonaniu wszystkich opłat? Nic!

Rząd ewidentnie nie ma pomysłu na rozwiązanie problemu bezrobocia, poza ciągłym cięciem kosztów ponoszonych przez pracodawców.
F. B.: Oznacza to niestety, że produkujemy ciągle nowych bezrobotnych, umywając ręce od problemu, bo obniżając koszty i tak nie przebijemy krajów azjatyckich. Przykładem na brak rozwiązań jest wypowiedź byłego wiceministra, Jacka Męciny, który stwierdził, że w przypadku wzrostu płac pracodawcy „pójdą w nowe technologie” i ludzi zastąpią maszyny. Cały świat wysoko rozwinięty pracuje na nowych technologiach i jakoś nie ma takich problemów z bezrobociem jak u nas. Problemy dotyczą nie tylko pracujących, np. wskaźnik waloryzacji rent i emerytur jest niski, wskutek niedoszacowania inflacji.

Jakie są alternatywy dla planowanych cięć budżetowych?
F. B.: Jeśli chodzi o podatek dochodowy, to mamy obecnie dwie stawki – trzecia, najwyższa, niestety została zniesiona. To kuriozum: dołożono tym, którzy mają bardzo dużo, zupełnie nie bacząc na solidaryzm społeczny. Od grupy najlepiej zarabiających, stanowiących ok. 10% społeczeństwa, pochodziła połowa wpływów do budżetu. Wcześniej przedsiębiorcy otrzymali wiele ulg. Liczono, że dzięki temu poczynią inwestycje i stworzą nowe miejsca pracy. Niestety, praktyka nie potwierdziła pięknych założeń. Powinniśmy iść w drugą stronę i ustalić granicę dochodów, poniżej której podatek byłby symboliczny, z kolei najlepiej zarabiający powinni płacić więcej niż obecnie.
W celu zrównoważenia budżetu konieczne jest także – zamiast sięgania do kieszeni najmniej zarabiających – powstrzymanie prywatyzacji w niektórych obszarach. Za przykład może posłużyć ENEA, której Skarb Państwa chce się pozbyć. I któż do tej „prywatyzacji” się garnie? Rząd francuski! Energetyka jest u nich własnością państwa, podobnie jak w Niemczech czy Szwecji. Inwestorzy prywatni są dopuszczeni do tego rynku, ale ich udziały nie przekraczają 50%, ponieważ jest to sektor strategiczny i dochodowy. My natomiast chcemy się wyzbyć państwowej własności w tym sektorze. A przecież jeśli mam krowę, to mam mleko, a gdy sprzedam krowę, to mam jedynie pieniądze, które kiedyś wydam, zostając i bez pieniędzy, i bez mleka. Co prawda są eksperci mówiący, że prywatyzacja i uwolnienie cen spowodują konkurencję i ich spadek. Mamy wiele przykładów świadczących, że tak nie będzie, np. na rynku papieru czy cukru w pierwszej fazie ceny rzeczywiście spadły, ale potem poszybowały w górę. To się wiąże jeszcze z czymś innym. Jeżeli wchodzi inwestor zagraniczny, to wszystkie podzespoły nie są już dostarczane przez krajowych kontrahentów. Za przeproszeniem: nawet papier toaletowy płynie z państwa, z którego pochodzi inwestor.
Kolejnym punktem jest szara strefa. Rząd nie stara się jej ograniczać. Tajemnicą poliszynela jest sposób dokonywania wypłat: „coś tam płynie nad stołem, coś tam płynie pod stołem”. A to przecież oznacza, że znaczne środki omijają wspólną kasę. Mało tego, rozmiary szarej strefy powodują, że najdalej za kilkanaście lat będziemy mieli emerytów-nędzarzy. Jeśli przyszłe władze będą chciały im zapewnić godziwe emerytury, będą zmuszone ponosić na ten cel znaczące wydatki.

Jak sprawić, by w portfelach mniej zamożnych Polaków znalazło się więcej pieniędzy, by mogli nakręcać koło gospodarki?
F.B.: Najlepiej – zapewniając im godną płacę, czyli „odmrażając” płace w budżetówce i podnosząc zarobki minimalne. Sektor usług uległ stagnacji, a nawet się kurczy, ponieważ ludzie nie mają pieniędzy, tymczasem w znacznej mierze to on generuje wzrost. Może to nic odkrywczego, ale sektor usług publicznych w krajach rozwiniętych jest bardzo, nomen omen, rozwinięty. Jednocześnie zanika tam przemysł ciężki, a tamtejsze społeczeństwa idą w kierunku społeczeństwa informacyjnego. Patrzmy uważnie na tych, którzy już się czymś poparzyli. Korzystajmy z dobrych wzorców, ale z pominięciem elementów, które parzą. Oczywiście wzory z Zachodu wpasowujmy w lokalny kontekst i wykorzystujmy unikalne możliwości – to, co mamy u siebie. Niestety, wiele już zaprzepaściliśmy. Co np. przez ostatnie 20 lat zrobiliśmy, by produkować zdrową żywność, do czego mieliśmy bodaj najlepsze predyspozycje w Europie? To był kraj mocno rolniczy, czemu nie poszliśmy w tym kierunku? Teraz może już być za późno na odwrócenie trendu, a szkoda, bo wieś to olbrzymia rzesza ludzi, którzy w szybkim tempie zasilają wspomniane 25 mln…

Rozmawiał Konrad Malec, 25 października 2010 r.

Samoróżnicujące się społeczeństwo

Samoróżnicujące się społeczeństwo

W ostatnich latach znacząco wzrósł odsetek Polaków kończących studia wyższe. O tym, jakie są obecnie związki między wykształceniem a pozycją społeczną rozmawiamy z prof. Henrykiem Domańskim z Instytutu Filozofii i Socjologii PAN.

* * *

Mamy do czynienia z niespotykanym dotąd w Polsce wzrostem liczby osób szczycących się wyższym wykształceniem. Coraz częściej słyszy się jednak, że poszczególne dyplomy mają nieraz bardzo różną „wagę”.

Henryk Domański: Opierając się na danych z badań ogólnopolskich, analizowałem, jak pochodzenie społeczne wpływa na lokowanie się ludzi w uczelniach: stacjonarnych i niestacjonarnych, prywatnych i państwowych, takich, w których za naukę trzeba bądź nie trzeba płacić. Można było założyć, że wyższą jakość kształcenia oferują te, na których jest więcej studentów o pochodzeniu inteligenckim, gdyż inteligencja ma aspiracje do lokowania swoich dzieci na lepszych uczelniach. Zgodnie z intuicjami okazało się, że inteligenci częściej lokują swoje dzieci na uczelniach państwowych, na studiach bezpłatnych i stacjonarnych, z czego wniosek, że są to studia wyższej jakości. Wynikałoby stąd, że zróżnicowanie na uczelnie lepsze i gorsze już się dokonało, oraz że nie liczy się już tylko sam dyplom uczelni, ale i jakość tego dyplomu. Tutaj dotykamy pewnej uniwersalnej prawidłowości. Stratyfikacja społeczna funkcjonuje w ten sposób, że jeżeli następuje nasycenie pewnym dobrem w społeczeństwie, np. wyższym wykształceniem, to następuje obniżenie jego wartości, a ludzie zaczynają kreować nowe symbole wyższości społecznej. W omawianym przypadku jest nim jakość wyższej uczelni.

Mechanizm ten jest „gatunkową” cechą rodzaju ludzkiego. W średniowieczu mieszczaństwu i stanom niższym zabraniano nosić się jak szlachta, ale trudno było ten zakaz wyegzekwować. Kiedyś szlachta i arystokracja, a teraz różne elity kreują coraz to nowe symbole wyższości, po tym jak nastąpi nasycenie dotychczasowymi; przykładem jest telefon komórkowy, który na początku lat 90. był dobrem elitarnym, aby stać się obecnie dobrem masowym. Co jakiś czas pewne atrybuty przestają różnicować i wtedy muszą się pojawić nowe, wykreowane przez tych „najlepszych”.

W jakim stopniu gwałtowny wzrost liczby osób kończących studia przyczynił się do zmian w strukturze społeczno-zawodowej społeczeństwa?

H. D.: Ciekawe, że prawie w ogóle się to nie przełożyło na odpowiedni „przyrost” wyższych pozycji zawodowych, kojarzonych z inteligenckością. Inteligencję zwykło się definiować poprzez zajmowaną pozycję zawodową. Są to ludzie, którzy wykonują najbardziej złożone zawody, wymagające na ogół wyższego wykształcenia. Otóż, w zawodach inteligenckich od 20 lat pracuje 10-13% zatrudnionych i odsetek ten nie ulega większym zmianom. To mało; dla porównania, w Szwecji odsetek ten wynosi 26-27%.

W 1982 r. na pozycje inteligentów wchodziło ok. 75-76% ludzi kończących wyższe studia, czyli istniała duża szansa wejścia absolwenta na pozycję zaspokajającą jego aspiracje. Według danych z badań dla 2008 r., ten odsetek wynosi obecnie 35%. W dużym stopniu wyższe wykształcenie utraciło moc alokacyjną, wskutek wzrostu liczby magistrów. Pozostaje pytanie, kiedy zostaną wykreowane nowe pozycje inteligenckie, żeby zaspokoić aspiracje ludzi kończących wyższe uczelnie?

Co robią ludzie, którzy ukończyli wyższe studia i „nie załapali się do inteligencji”?

H. D.: Częściowo idą do biznesu, częściowo jeszcze nie pracują – wśród absolwentów wyższych uczelni występuje bezrobocie, choć jest ono znacznie mniejsze w porównaniu do ludzi z wykształceniem średnim, zasadniczym zawodowym itd. Niektórzy z nich wyjeżdżają za granicę, a jeszcze inni lokują się na pozycjach niższych pracowników umysłowych. Jest to, na ogół, punkt wyjścia do awansu na wyższe pozycje, do zawodów inteligenckich i na stanowiska kierownicze.

Hierarchia społeczna ma w naszym kraju charakter merytokratyczny?

H. D.: Wskaźnikiem merytokracji może być wpływ poziomu wykształcenia, będący pewnym odzwierciedleniem „zasług”, na zarobki, czyli wynagradzanie odpowiednio do „zasług”– im silniejsza jest ta zależność, tym większa merytokracja. Otóż, w Polsce zależność ta przez kilkanaście ostatnich lat stawała się coraz silniejsza. Im wyższe ktoś ma wykształcenie, tym więcej zarabia. W PRL-u ten związek był słaby, w latach 90. znacznie się wzmocnił i rósł do 2005 r. Natomiast mniej więcej od 2005 r., zależność ta uległa osłabieniu. Można by sformułować hipotezę, że zmiana ustrojowa przyczyniła się do wzrostu merytokracji.

Trochę inaczej wygląda to jeśli chodzi o wpływ wykształcenia na pozycję zawodową – żeby mieć odpowiednie zarobki, najpierw należy osiągnąć pewną pozycję. Interesujące jest to, że od początku lat 90. mamy do czynienia ze spadkiem tej zależności, co można tłumaczyć wspomnianą inflacją wyższego wykształcenia. Z danych GUS wynika, że obecnie studiuje prawie połowa każdego rocznika w wieku 19-24; można to uznać za typowy przykład wzrostu podaży „dobra”, jakim jest wyższe wykształcenie, co powinno było skutkować obniżeniem jego ceny, czyli wartości. Oznacza to mniejszą możliwość lokowania absolwentów wyższych uczelni na odpowiednio wysokich pozycjach, których liczba jest ograniczona. Generalnie można powiedzieć, że kapitalizm w Polsce zaczął być merytokratyczny, chociaż tylko częściowo i trudno powiedzieć, jak będzie się to dalej rozwijać. Wyższe wykształcenie będzie miało raczej słabnącą „siłę alokacyjną” i wynagradzającą. Być może jednak później odwróci się to, o ile system wykreuje wysokie pozycje zawodowe, zaspokajające aspiracje i odpowiadające poziomowi edukacji kolejnych roczników. Podobnie wyglądało to w Stanach Zjednoczonych, gdzie takich fal inflacji wyższego wykształcenia było już kilka.

A jak teza o merytokracji ma się do częstych opinii o blokowaniu dostępu do pewnych intratnych zawodów, jak adwokaci czy lekarze?

H. D.: Strategie blokowania awansu stosowane były wszędzie i zawsze. Obecnie polegają one m.in. na kreowaniu barier w postaci dodatkowych egzaminów lub specjalizacji wymaganych, żeby wejść do uprzywilejowanego zawodu. Na przykład, w celu uzasadnienia, że syn adwokata zasługuje bardziej na to, aby zostać adwokatem niż – powiedzmy – syn robotnika, korporacje adwokackie postanawiają, że kandydaci do tego zawodu muszą się wykazać doświadczeniem i kwalifikacjami, które niełatwo uzyskać. Większe prawdopodobieństwo ich uzyskania mają synowie i córki adwokatów. Podobne mechanizmy, niekoniecznie w postaci egzaminów, regulują dostęp do branży profesji medycznych, naukowych itd. Uważam jednocześnie, że tego typu działania mają pewne uzasadnienie i nie muszą się kłócić z merytokracją, bo dla zagwarantowania jakości wykonywania zawodu jakieś weryfikacje być muszą. Dążenie do pewnej elitarności jest potrzebne w każdym zawodzie, chociaż ubocznym skutkiem tworzenia tych barier jest to, że zdolni ludzie nie są dopuszczeni do odpowiednich dla nich stanowisk.

W przypadku adwokatów decydują nie tylko egzaminy, ale też niewielka liczba miejsc i bardzo często – dziedziczenie.

H. D.: Nie przeczę, że dziedziczenie jest częste i należy z tym walczyć, choć z drugiej strony – jeżeli w nowoczesnych demokracjach zachodnich praktyk monopolistycznych nie udało się w pełni wyeliminować, to i w Polsce to się nie powiedzie. Poza tym często dzieci adwokatów są naprawdę najlepsze i nie ma w tym nic dziwnego, skoro obcowały z adwokaturą w domu. Nie zmienia to faktu, że efekt dziedziczenia jest niesprawiedliwy w rozumieniu potocznym i niezgodny z ideałem równości szans – syn robotnika i syn adwokata nie startują z jednakowej pozycji. To, że ten drugi jest „obiektywnie” lepiej przygotowany do zawodu, może być właśnie świadectwem nierówności szans, a nie blokowania kanałów awansu. Jest ona związana z pochodzeniem społecznym i występuje w każdym zawodzie: syn robotnika również ma większe szanse zostania robotnikiem, tylko, że może chciałby zostać lekarzem.

Jak dzisiejsi inteligenci wywiązują się z tradycyjnie przypisywanych im powinności, np. z przekazywania społeczeństwu swojej wiedzy i umiejętności?

H. D.: Wielu ludzi uważa, że o przynależności decydują nie tylko pozycje zawodowe, ale i etos inteligencki, czyli kształtowanie tożsamości narodowej, edukowanie społeczeństwa, aktywność obywatelska, postawy społecznikowskie, kreowanie pozytywnych wzorów zachowań itd. Innymi słowy, nie wystarczy wykonywać zawód związany z wysokimi kwalifikacjami, ale trzeba robić coś więcej. Tymczasem w krajach zachodnich inteligenci nie są ludźmi, którzy koniecznie muszą spełniać warunek służby społeczeństwu – wystarczy porządne wykonywanie zawodu.

Z badań nad młodym pokoleniem inteligencji, a właściwie specjalistów zajmujących wysokie pozycje, wynika, że bardzo chętnie realizowaliby oni tradycyjny etos inteligencki, ale nie jest to – ze względu na brak czasu – możliwe. Wyłoniły się dwa konkurencyjne etosy: profesjonalisty i tradycyjnego inteligenta. Ten pierwszy stwarza silną presję na sukces zawodowy, zarabianie pieniędzy, pokusę ekskluzywności i demonstrowania wysokiej konsumpcji. Postawy te są charakterystyczne dla kategorii „profesjonalistów” w krajach zachodnich. Tyle, że tam nie doszło do utraty państwowości jak w przypadku naszego kraju i etos inteligencki zbliżony do polskiego w ogóle nie zaistniał, bo nie było na niego zapotrzebowania. W sytuacji, gdy Polska odzyskała pełną suwerenność, też się ono skończyło. Obecnie mówi się o odchodzeniu od tradycyjnego etosu inteligenckiego – pod presją mechanizmów rynkowych.

Nie tylko po 1989 r., ale już po odzyskaniu niepodległości w 1918 r. wielu inteligentów porzuciło pracę dla dobra wspólnego.

H. D.: Nie mam pewności, czy inteligenci kiedykolwiek realizowali etos, o którym mówimy, czy też jest to raczej literacki stereotyp. Oczywiście zawsze byli ludzie, którzy pasowali do tego etosu – jak np. obecnie Janina Ochojska. Teza o odchodzeniu od etosu inteligencji opiera się na niepotwierdzonym założeniu, że był on kiedyś powszechnym zjawiskiem, co nie jest oczywiste.

Jakie strategie przyjmują Polacy podczas walki o swoje miejsce w hierarchii społecznej?

H. D.: Takie, jakie stosowane są w innych krajach. Prawie każdy chce się jakoś wyróżnić, niewielu ludziom nie zależy na prestiżu i uznaniu ze strony innych. Nie wystarczą pieniądze, czasem nie wystarczy władza; chodzi o to, żeby inni o nich wiedzieli, o zademonstrowanie swojej wyższości lub wyjątkowości. Polega to m.in. na nabywaniu ubrań, które mogą zaświadczyć o ekskluzywności, albo samochodów, które są coraz częściej traktowane jak wyznaczniki statusu. Własny samochód staje się nie tylko środkiem komunikacji, ale ponosi samoocenę, gdy np. facet na stacji benzynowej podbiega w pierwszej kolejności, żeby przetrzeć szyby, do Mercedesa, a nie do zwykłej Toyoty.

Wyznacznikiem ekskluzywności staje się także własny dom i mieszkanie w zamkniętym osiedlu. Tego co prawda nie widać, ale poprawia to samopoczucie. Zamieszkiwanie w zamkniętych osiedlach jest przykładem wznoszenia barier społecznych i kreowania symboli wyższości. Ludzie w nich mieszkający chcą mieć na to „monopol” i „nie mieszać się” z osobami o niższej pozycji społecznej, bo takie sąsiedztwo może ich „skazić” niższością.

Czasami w Internecie widuje się obrazki pokazujące, jak mieszkają celebryci, np. znani aktorzy, lub dziennikarze o głośnych nazwiskach, którzy nie mają nic przeciwko temu, by ludzie zobaczyli ich wielkie domy, przypominające pałace – w sytuacji, kiedy wielu z oglądających ma problemy z utrzymaniem rodziny. Jest to interesujący przejaw niefrasobliwości, jakby ci, którzy znajdują upodobanie w ostentacyjnej konsumpcji nie mieli instynktu samozachowawczego, zważywszy, że ci, którzy tych zasobów nie mają, mogą się zdenerwować i np. zmobilizować się do działania na rzecz bardziej wyrównanej redystrybucji bogactwa. Mamy w Polsce partie polityczne i grupy nacisku, które mogłyby wymusić wprowadzenie drastycznie wysokich podatków dla najbogatszych, takich jak np. w Szwecji.

Liberałowie powtarzają za Friedrichem von Hayekiem, że zaprzestanie walki z nierównościami spowoduje, że skorzystają wszyscy, i biedni, i bogaci. Jednak nie biorą pod uwagę tego, że nawet jeżeli biedny skorzysta, to istnieje psychologiczny mechanizm względnej deprywacji, który rodzi napięcia i jest podłożem niechęci do elit.

Rozmawiał Konrad Malec, Warszawa, 20 września 2010 r.

Pośród bieli, czerwieni…

Święto Niepodległości – czym jest? Rozpamiętywaniem dawnych cierpień, walki, pracy? Refleksją nad mizerią dnia dzisiejszego?

Znamy tę tezę, tak popularną w pierwszych latach wyzwolenia Polski – pisał w czasie międzywojnia PPS-owiec Adam Uziembło – że „wszyscy” wzięli udział w zdobywaniu wolności. Wszyscy – i ci, co tworzyli armię – siłę zbrojną narodu; i ci, co konspirowali dla niepodległości; i ci, co siedzieli na urzędach zaborców – bo przygotowywali kadry urzędnicze, niezbędne dla państwa; i ci, co służyli w policji rosyjskiej czy austriackiej; i ci, co byli w Legionach; i ci, co te Legiony zwalczali… Jednym słowem, wszyscy Polacy – wszyscy. Teza ta skwapliwie została przyjęta, zwłaszcza przez tych, którzy nic nie uczynili, oczywiście przede wszystkim dla uzyskania prawa do udziałów – że użyjemy słów Bogusława Radziwiłła z Potopu – w szarpaniu „postawu sukna”, jakim dla wszystkich wyzwolona ojczyzna się stała.

Społeczeństwo uwierzyło w to kłamstwo. Z wolna, im dalej w przeszłość odsuwają się czasy niewoli, które dla jednych były istotną gehenną, tułactwem, walką – dla innych „życiem o wiele łatwiejszym, spokojniejszym i dostatniejszym niż dziś” – tym łatwiej każdy urodzony przed wielką wojną zostaje pasowany na bojownika wolności. A jeżeli już komuś przydarzyło się założyć kawał straży pożarnej albo czytelenki – to staje się „nieugiętym żołnierzem”, co to „stał na posterunku”, co to „przez całe życie marzył…”. […] Kłamstwo oblało całą Polskę. I walka z nim jest bardzo trudna. […]

Ze względów praktycznych pożytek obalenia tego powszechnego zakłamania może być względny. Przecież na każde stanowisko znacznie odpowiedniejszy jest człowiek o odpowiednim przygotowaniu – niż zdarty w walce z caratem wykolejeniec. Głupstwem by było wypominanie inżynierowi, który świetnie buduje kolej czy port, że w czasach niewoli nie myślał o walce zbrojnej.

Ale sumienie narodowe, które się przez sztukę, literaturę objawia, musi być pod tym względem zupełnie świadome. Musi ono zajrzeć aż do dna duszy polskiej, musi ją przejrzeć do głębi – by wyplenić chwast nie w imię praktycznych korzyści czyichkolwiek, nie dla potępienia grupy czy odłamu, nie dla pognębienia ludzi, ale dlatego, byśmy mogli jasno i szczerze patrzeć w przeszłość, byśmy byli z jej rzeczywistością, nie z jakąś ckliwą legendą powiązani, byśmy nie stracili kontaktu z tradycją prawdziwą.

Tekst powyższy odnosi się do innych realiów, do innej niż dzisiejsza Polski i sytuacji historycznej. Jednak ze względu na swój „życiowy charakter”, na tę brutalną szczerość wobec rodaków, na jaką pozwala sobie Uziembło, na odrzucenie „ckliwej legendy” i postawienie jasno spraw polskich, zasługuje na pamięć. Bo i też radość ówczesnej niepodległości, tamtej, międzywojennej Polski, nie była radością pełną. I tym, co w miarę regularnie zaglądają choćby na Lewicowo.pl kwestii tych wyjaśniać od podstaw nie trzeba.

A dziś? Cóż, dziś też pewnie miłują Polskę ci, co kochali ją, gdy byli w SB, ORMO, PRON, Zjednoczeniu Patriotycznym „Grunwald”; co w ZMS zdobywali pierwsze szlify politycznego obycia; co się „życiowego pragmatyzmu” i „liczenia z realiami” uczyli jeszcze w PRL. Zresztą, obecnie ta „święta miłość kochanej ojczyzny” nie jest tak istotną kartą przetargową. Umęczone słowo „patriotyzm” wielu sobie odpuściło, bo życie, praca, płaca, kariera, kredyt jeden i drugi, obowiązki rodzinne i towarzyskie… Tymczasem „Jeszcze Polska”, „papież-Polak”, „Solidarność”, „ojczyznę wolną racz nam wrócić Panie”, te trumny, co niby nami rządzą, a cholera wie, czyje – cóż, może to i ładne, może wzrusza, ale nieżyciowe przecież i jeść nie da ani dachu nad głową nie zapewni. Zresztą gdy patrzeć na gorzkie żale specjalistów od załamywania rąk nad „umęczoną ojczyzną”, co sami jeszcze rozmieniają ją na drobne z fachowością „zawodowych patriotów”, dziwić się trudno, że od „ojczyzny” takiej, ckliwej i rozmemłanej, fałszem i biznesikami podszytej, bardziej podobnej fantasmagorii niż krwi i ciału, ludzie odchodzą i o niej zapominają. Bo ile można słuchać o tych nieszczęściach, o krzywdach nieprzetrawionych, gdy nic, kompletnie nic – poza niemocą lub prywatą – z tego nie wynika? A z drugiej strony, ile można patrzeć na te obojętne, pewne siebie gęby, spoglądające wokół lekceważąco albo cwanie, bo się swojego już dochapały i nic więcej im nie trzeba, żadnego obowiązku, żadnej tożsamości, skoro w domu i w zagrodzie dostatek. „Mnie”, „moje”, „dla mnie” – to ich codzienny pacierz, modlitwa nieustająca.

A przecież trzeba pamiętać, trzeba w tej bieli i czerwieni widzieć i krew przelaną w pracy i w walce, i biel straszliwą, co się otwierała przed zesłańcami, gdy rąbali „z tymi co zostali w śniegach pnie zmarznięte na kamień”, tę biel, która jest znakiem czystości idei i pragnień, jakich dziś powszechnie się już nie rozumie i nie szanuje. Bo przeszło tamto wszystko i została raz jeszcze, w nowej odsłonie „radość z odzyskanego śmietnika” i złośliwie czasem powtarzane: „chcieliście Polski, no to ją macie”… No i mamy Polskę, choć znów jakby nie do końca tę wymarzoną, inną od tamtej, której pod powstańczym i wojennym niebem nucili nasi przodkowie swoje tęskne pieśni. Mamy Polskę chyba bardziej z „Poematu dla dorosłych”, niż z „Pierwszej Brygady”, bardziej Polskę pogrobowców Piaseckiego, niż synów i córek Dmowskiego, bardziej Polskę po Bierucie i Kiszczaku, niż Daszyńskim czy Pużaku. Polskę od lokalnych podróbek „Chicago Boys”, nie od Eugeniusza Kwiatkowskiego. Ale cóż, przecież i ona jest nasza i wyrzec się jej nie sposób, bo jest taka, a nie inna. Trzeba z nią żyć pod jednym dachem, pośród jej bieli i czerwieni, choć biel przybrudzona, a czerwień wyblakła. W inne ciało i krew, w inne kości, w inne niż nasze myśli – już jej nie odziejemy. I tylko o to można pytać, czy warto.

Tak, mimo wszystko, warto.

Czas na małe „es”?

Jeśli Piotr Duda spełni obietnice, „Solidarność” stanie się normalnym związkiem zawodowym. Zajmie się pracownikami, nie prawicą.

Zakończony niedawno XXV zjazd delegatów NSZZ „Solidarność” przyniósł raczej nieoczekiwane zwycięstwo Piotra Dudy w starciu o stanowisko lidera Związku. Pozycja jego rywala, Janusza Śniadka, wydawała się dość mocna, w czasie poprzedniej kadencji nie popełnił większych błędów, można też mówić o stosunkowo dobrej kondycji „Solidarności”. Pozostaje ona nie tylko związkiem największym, ale i jedynym dynamicznym. Dość licznie powstają nowe komisje zakładowe – i to często w prywatnych firmach – ale i działania ogólnopolskie nabrały nowej jakości, zgodnej z duchem czasu, czego przykładami są kampanie społeczne „Czy IKEA jest OK?” (prawa pracowników ochrony z firm zewnętrznych) i „UśmiechniętaKasjerka.pl” (warunki pracy w sieciach handlowych). Gdy OPZZ wydaje się pogrążony w biurokracji i marazmie, a związki małe, jak „Sierpień ’80”, spalają się w bezproduktywnym „radykalizmie” i niszowym politykierstwie, „Solidarność” jako jedyna wydaje się mieć przynajmniej zalążki pomysłu na działanie skuteczne. Skuteczne, czyli zdolne pomóc pracownikom konkretnych branż, jak i zainteresować opinię publiczną problemami grup zawodowych czy wręcz całego świata pracy.

Oczywiście pewne rzeczy można zapewne było zrobić lepiej, ale w kontekście stale malejącego uzwiązkowienia, przy wciąż istniejącej chamskiej nagonce liberalnych mediów na związki zawodowe, przy trwającym od kilku lat kryzysie gospodarczym – kadencję Janusza Śniadka można uznać za całkiem udaną. Stąd też zwycięstwo Piotra Dudy jest nieco nieoczekiwane, aczkolwiek być może zwiastuje ono bardzo pozytywną tendencję. Wydaje się, że Śniadek padł ofiarą procesu, który lapidarnie opisuje powiedzonko o rewolucji pożerającej własne dzieci. Przed laty, przejmując fotel lidera po Marianie Krzaklewskim, zapoczątkował proces częściowego odpolitycznienia „Solidarności” i skoncentrowania się na tym, czemu związki zawodowe służyć z definicji powinny – na obronie interesów swoich członków i dbałości o jak najlepsze warunki dla ogółu pracowników najemnych.

Nie był jednak Śniadek w tej postawie konsekwentny, a niedawne wybory przegrał z kandydatem, który o zwycięstwo ubiegał się pod hasłami znacznie silniejszego niż dotychczas zerwania z zajmowaniem się przeszłością, „etosem” i polityką. W zamian zapowiedział skoncentrowanie się na teraźniejszości: na rozwiązywaniu bieżących problemów pracowników najemnych, na stworzeniu takiego związku, który będzie atrakcyjny dla młodszych pokoleń, a także na zmianach struktury organizacyjnej „Solidarności”, aby była lepiej dostosowana do wyzwań, jakie stwarza dynamiczna i niełatwa sytuacja współczesnego rynku pracy. Słuchając deklaracji Piotra Dudy, aż chciałoby się powiedzieć: nareszcie.

„Solidarność” jest specyficznym przypadkiem organizacji, która swojej historii zawdzięcza chyba tyle samo atutów, co i „kul u nogi”. Wywodząc własną przeszłość ze szlachetnego masowego ruchu zrodzonego w sierpniu roku 1980, może przedstawiać się w pięknych barwach, o co trudno zarówno w przypadku OPZZ-u, powołanego w stanie wojennym, jak i w przypadku związków niewielkich, które są – zazwyczaj słusznie – kojarzone z ambicjami i prywatnymi interesami rozmaitych watażków. Dawnym wydarzeniom zawdzięcza też „Solidarność” bardziej wymierny atut, jakim jest zwarta struktura Związku, podzielonego na regiony, nie zaś na branże – jest jednolitą całością, nie zaś zlepkiem sfederowanych podmiotów, jak OPZZ czy Forum Związków Zawodowych.

Ten medal ma jednak również drugą stronę. Historia „Solidarności” zawiera wiele poważnych błędów czy poczynań wątpliwych moralnie. Nawet okres „mityczny”, dotyczący czasów opozycji antykomunistycznej, nie jest wcale taki piękny, jak przedstawiają to liderzy Związku przy okazji rocznicowych obchodów. „Solidarność” została bowiem u schyłku „komuny” reaktywowana w oparciu o pewien „mord symboliczny”, jakim było odtworzenie władz i struktur w oparciu o pretorianów Wałęsy, przy lekceważeniu ostatniej legalnej i posiadającej powszechny mandat władzy Związku, czyli Komisji Krajowej wybranej przed stanem wojennym. Dlatego w nowy ustrój „Solidarność” wkroczyła bez sporej części historycznych liderów, jak choćby Andrzej Gwiazda czy Marian Jurczyk.

Ale chyba nie to jest najgorsze. Przede wszystkim specyficzna przeszłość „Solidarności”, jako tyleż związku zawodowego, co ruchu społecznego, sprawiła, że przez lata – nierzadko aż do dziś – w jej łonie funkcjonowało mnóstwo osób, które były zapewne szczerymi antykomunistami i wiernymi adeptami etosu „styropianowego”, natomiast ani trochę nie były działaczami związkowymi i wyznawcami etosu obrony pracowników. Na „etos Sierpnia” mogą się powoływać nie tylko skrajni liberałowie, jak Balcerowicz, Tusk czy Lewandowski, których na szczęście z „Solidarnością” nikt nie kojarzy już od dawna. O wiele dłużej byli z nią kojarzeni ludzie, których z każdego normalnego związku zawodowego powinno się wyrzucić na zbity pysk i jeszcze mocno kopnąć na pożegnanie.

Lista takich postaci jest długa, mnie szczególnie zapadł w pamięć niejaki Marek Kempski, swego czasu przewodniczący Regionu Śląsko-Dąbrowskiego. Facet ten, stojący na czele regionalnej struktury, w której niemałą część bazy członkowskiej stanowią górnicy, zapisał się w historii światowego absurdu tym, że w mediach wychwalał politykę Margaret Thatcher wobec ich brytyjskich kolegów. Polityka owa polegała na likwidacji w ciągu zaledwie kilku lat ponad 120 tysięcy miejsc pracy w górnictwie, a ostatecznie na całkowitej likwidacji tej branży w Anglii. Tacy ludzie jak Kempski są właśnie spadkiem „Solidarności” z czasów, gdy mniej była związkiem zawodowym, bardziej zaś ruchem antykomunistycznym. Było ich przez lata w Związku sporo, choć powinni być raczej w UPR-ze.

To właśnie uwikłanie Związku w przeszłość sprawiło, że popełniał on kolosalne błędy. Najpierw rozłożył słynny „parasol ochronny” nad „naszym rządem” w pierwszych, kluczowych latach transformacji ustrojowej. Efektem było nie tylko bezrobocie i likwidacja wielu zakładów pracy (czyli podkopywanie własnej bazy członkowskiej), ale także łatka związku zawodowego, który nie broni pracowników, lecz sprzyja antypracowniczym posunięciom władzy i pracodawców. Przede wszystkim jednak taka postawa oznaczała zgodę na neoliberalny model przeobrażeń ustrojowych – i to w czasie, gdy istniały jeszcze szanse, aby wybrać alternatywną ścieżkę.

Gdy „Solidarność” w końcu wypowiedziała posłuszeństwo „naszemu rządowi”, uczyniła to nie tyle w imię obrony interesów pracowniczych, co w ramach zwrotu w prawo. Walczyła nie tyle z Balcerowiczem, co z Suchocką, nie tyle o prawa pracowników i prospołeczny model gospodarczy, lecz o zakaz aborcji, przeprowadzenie lustracji i z urojonym spiskiem elit przeciwko Kościołowi, narodowi, wartościom chrześcijańskim itp. Zamiast być skuteczną reprezentacją interesów pracowniczych – stała się główną siłą w obozie antykomunistycznej prawicy.

Nie chodzi bynajmniej o to, że organizacje pracowników nie powinny angażować się w politykę – mrzonką jest wizja apolitycznych związków zawodowych. Jednak zaangażowania takie powinny dotyczyć problematyki pracowniczej i społeczno-gospodarczej. Nie ma nic złego w tym, że „Solidarność” ze swoją przeszłością i tradycją jest związkiem chadeckim, że odwołuje się do wartości chrześcijańskich czy antykomunizmu. Staje się to problemem wtedy, gdy sprawy obyczajowo-kulturowe czy dotyczące przeszłości są główną i/lub najbardziej wyrazistą, medialną sferą działania związku oraz swoistą osią jego orientacji wobec bieżących wydarzeń. Związek, który urządza manifestacje przeciwko aborcji, którego liderzy zajmują się „intronizacją Chrystusa Króla” i zapisami o „wartościach chrześcijańskich” w Konstytucji, a jednocześnie bardzo niemrawo walczy o ochronę miejsc pracy, o standardy socjalne i o prospołeczne oblicze reform – to groteska. Związek, który atakuje rząd za „postkomunizm”, nawet gdy postkomunista Grzegorz Kołodko podejmował decyzje bardzo rozsądne na tle poprzedników-„etosiarzy”, a jednocześnie wspiera polityków antykomunistycznych, choć są skrajnymi liberałami – to absurd.

Związek zawodowy ma zrzeszać możliwie wielu pracowników i dbać o ich prawa, nie zaś narzucać im poglądy na kwestię aborcji albo nakłaniać do emocjonowania się teczkami SB. Jeśli jacyś członkowie związku – choćby nawet znaczna ich większość – chcą się zajmować tego rodzaju zagadnieniami, to istnieje cała paleta dostępnych struktur poza nim: partie polityczne, stowarzyszenia, ruchy społeczne itp. Ktoś powie: każdy może zmienić związek na taki, jaki mu odpowiada. Po pierwsze, nie w każdym zakładzie są dwa związki, po drugie tak się też stało: z „Solidarności” odchodzili nie tylko ludzie jej „lewego skrzydła” (było ich niemało, bo Związek przed rokiem 1989 wcale nie był – wbrew dzisiejszym mitom – ideologicznym monolitem spod znaku prawicy), ale także wielu „centrystów” czy po prostu osoby krytyczne wobec tak daleko posuniętych uwikłań politycznych. Nie zawsze mogły iść do konkurencji, bo nie trzeba być prawicowcem, żeby nie móc się przełamać do wstąpienia do OPZZ. Stąd też wiele osób w ogóle „wypadło” z działalności związkowej – jeśli dziś uzwiązkowienie w Polsce obejmuje zaledwie 7-8% pracowników, to oprócz wielu przyczyn strukturalnych inną jest to, że ich macierzysty, a zarazem największy w kraju związek zajmował się nie tym, czym powinien.

Apogeum uwikłania w kwestie z przeszłości i zarazem w skręt w prawo przypadło na okres rządów Akcji Wyborczej Solidarność. Wówczas to w znacznej mierze dzięki strukturom i finansom związku zawodowego, w parlamencie największą grupę stanowili religijni antykomuniści ze styropianową przeszłością. Co z tego mieli pracownicy najemni? Ogromny skok bezrobocia, spadek poziomu życia, prywatyzacyjne szaleństwo, dewastację ważnych branż (likwidacja wielu kopalń) i chybione „cztery reformy”, z których przynajmniej jedna – systemu emerytalnego – jest dla ludzi pracy i ich zabezpieczenia na starość po prostu szkodliwa. Co z tego miał Związek? Wylewane nań – w znacznej mierze zasłużenie – kubły pomyj, fatalny wizerunek, odpływ członków i utratę zaufania pracowników, dewastację części „bazy” (nie ma silnych związków zawodowych bez istnienia przedsiębiorstw i wysokiego poziomu zatrudnienia) oraz alergiczne reakcje na słowo „Solidarność” ze strony wielu osób.

Na szczęście przyszło opamiętanie. Krzaklewskiego, którego nazwisko w dziejach związków zawodowych powinno być symbolem hańby i obłędu, zastąpił na stanowisku lidera „Solidarności” Janusz Śniadek. Ten z kolei powinien w przyszłości otrzymać medal za to, że w ostatniej chwili uratował Związek przed całkowitym blamażem – zatrzymał i odwrócił negatywne trendy. Osiem lat jego władzy oznaczało powrót do zasadniczych zadań związków zawodowych. Jeśli dziś Piotr Duda wydaje się lepszy niż Śniadek, to nie dlatego, że ten drugi był zły, lecz ponieważ był za mało dobry. Czy to ze względu na poglądy, czy z uwagi na istniejący układ sił w Związku, Śniadek zrobił wiele, ale nie wszystko, co zrobić należało.

Wciąż za dużo było „etosu”, wspominków, święcenia sztandarów, mszy za ojczyznę, a przede wszystkim – takiego uwikłania w politykę, które nie było wyznaczane przez interesy społeczne, lecz przez stosunek do przeszłości czy „wartości chrześcijańskich” albo przez orientację wobec podziałów w łonie „obozu posierpniowego”. „Solidarność” podczas kadencji Janusza Śniadka zbyt słabo wyzwoliła się z błędów popełnionych po roku 1989. Zamiast być prospołeczna – choćby w duchu nauki społecznej Kościoła – była przede wszystkim prawicowa, co prowadziło do aliansów z prawicą mniej lub bardziej liberalną. Zamiast wspierać ugrupowania, które podejmują działania korzystne dla pracowników najemnych, Związek wspierał tych, którzy mocniej akcentowali antykomunizm – jakby w epoce globalizacji i szalejącego neoliberalizmu problemem był jakiś komunizm. Przykładowo, „Solidarność” była niezwykle oburzona – i słusznie – gdy za rządów PO doprowadzono do upadku polskich stoczni, tyle że niestety była znacznie mniej oburzona, gdy wcześniejszy rząd PiS-u nie robił nic, aby owemu upadkowi zapobiec. Co więcej, w miarę zaostrzania się sporu politycznego, Związek coraz wyraźniej stawał po stronie PiS-u, co groziło popadnięciem w te same jałowe i szkodliwe koleiny, które znamy z czasów AWS-u.

O ile jeszcze w roku 2005 można było z pozycji prospołecznych popierać kampanię wyborczą PiS-u i Lecha Kaczyńskiego, na serio, zdawałoby się, głoszących hasło „Polski solidarnej” przeciwko koncepcjom i interesom liberałów z PO, o tyle w roku 2010 nie ma to już żadnego sensu. „Polska solidarna” okazała się wabikiem na naiwnych, bo w praktyce PiS był solidarny wyłącznie z bogatymi (którym znacząco obniżono podatki), co nie powinno dziwić, gdy „twarzami” tego, pożal się Boże, solidaryzmu stali się Zyta Gilowska i Paweł Poncyljusz. Dziś natomiast PiS nawet nie udaje już, że chciałby realizować politykę gospodarczą i społeczną znacząco różną od tej w wydaniu PO, z tą może różnicą, że prywatyzację „złodziejską” ma zastąpić „uczciwa”, choć i to nie jest pewne. Sednem politycznego sporu staje się cały ten zestaw, który świetnie znamy z czasów AWS – walka z „Układem”, niekończące się spory o lustrację, „ochrona życia” i wyścigi w tym, kto bardziej czapkuje biskupom. Tymczasem związek zawodowy powinien być zainteresowany np. tym, aby instytucjonalnie ograniczyć wyzysk pracowników, nie zaś wiarą w bajeczki, że biznesmen, który nie współpracował z SB, będzie ich z natury rzeczy wyzyskiwał mniej niż ten, któremu w rozkręceniu biznesu pomagali faceci z WSI.

Nie mam nic przeciwko temu, żeby „Solidarność” była związkiem chadeckim, żeby pamiętała o swej antykomunistycznej przeszłości i żeby ze swego „sierpniowego” etosu była dumna. Ale nie to jest sednem związku zawodowego – jest nim skuteczna obrona pracowników najemnych i walka o taki model gospodarki, który sprzyja zarówno im, jak i innym, jeszcze słabszym grupom społecznym (np. bezrobotnym) w starciu z interesami Kapitału. Deklaracje Piotra Dudy złożone podczas wyborczej batalii i po jej zakończeniu, a także uchwały programowe przyjęte przez XXV Krajowy Zjazd Delegatów – m.in. krytyczne wobec liberalnego „uelastyczniania” zasad pracy, deklarujące solidarność z bezrobotnymi, postulujące globalizację solidarności i ochronę interesów ludzi pracy na forum europejskim, akcentujące konieczność „ekspansji” Związku w nowych, „trudnych” sektorach (np. wielkie sieci handlowe i firmy usługowe) – dają nadzieję na to, że „Solidarność” wkroczy na nową drogę. Na drogę, którą powinna podążać od roku 1989. Drogę solidarności – tej przez małe „es”, autentycznej solidarności słabszych i wyzyskiwanych.

Duperele i inne

Los zrządził, że przez długi czas nie mogłam śledzić sytuacji w Polsce i na świecie. Czas był gorący, spodziewałam się dużych zmian. Kiedy zaczęłam czytać, słuchać, oglądać – odniosłam wrażenie, że czas stanął w miejscu.

Rząd nadal nie może rozwinąć skrzydeł, bo wszędzie czai się złowrogi PiS. Premier się ośmiesza, ale po napadzie na biuro PiS w Łodzi nikomu nie jest do śmiechu. Po tamtym morderstwie wystarczyło parę godzin, aby napad na PiS przedstawić jako atak na całą klasę polityczną. Nawet Miller poczuł się zagrożony. Konie kują, a żaba nogę podnosi.

W Polsce zrobiło się ciasno i duszno. Licencje na miłość i nienawiść zostały rozdane. Przepustką do obozu miłości europejskiej, postępowej, optymistycznej – jest nienawiść do nienawiści, czyli do tych, którzy pamiętają Smoleńsk i zadają pytania dotyczące śledztwa. Nie szukam niszy ekologicznej dla normalnego felietonu, bo jej nie ma.

Stwierdziłam u siebie objawy zastraszenia. Są trochę nietypowe, ponieważ w przeciwieństwie do większości Polaków nie boję się Jarosława Kaczyńskiego. Nie boję się nawet Donalda Tuska. To czego się boję, to symbioza Platformy z bezpieką. Np. muchomory i brzozy żyją w symbiozie. Nic o sobie nie wiedzą, a obok siebie rosną lepiej. Gdyby poszukać genezy kolejnych oskarżeń o łamanie przez PiS praw człowieka, zasad demokracji i awanturnictwo polityczne, znajdujemy lustrację, zdemaskowanie Lecha Wałęsy, rozwiązanie WSI i zagrożenie interesów Rosji. Platforma nawet tego nie ukrywa. To nie jest walka o władzę. Platforma ma pełnię władzy, robi co chce, ale nie panuje nad historią. Nie spocznie, dopóki Jarosław Kaczyński nie ukorzy się, nie przyzna, że jego brat stracił życie na własne życzenie. Trudno racjonalnie wytłumaczyć, dlaczego to jest takie ważne. Polecam film „Oto jest głowa zdrajcy”, historię Tomasza Morusa.

Katastrofa w Smoleńsku kojarzy mi się z procederem piratów. Fałszywymi sygnałami nawigacyjnymi doprowadzić statek do rozbicia, szczątki zatopić w morzu, a ciała ofiar ukryć w zalutowanych trumnach. Ta interpretacja to mój autorski pomysł, Jarosława Kaczyńskiego znam z widzenia.

Komisja pani Anodiny pracowała pełną parą i w odpowiednim czasie wszystkiego się dowiemy. Wzorowy obywatel nie narzeka, czeka, cieszy się z nowych chodniczków w Smoleńsku, wybudowanych na cześć Pierwszych Dam Polski i Rosji. Oglądamy niekończący się spektakl szukania drugiego dna w samobójczej śmierci Barbary Blidy i wykrywania zaniedbań w śledztwie w sprawie Olewnika. Pracują komisje sejmowe. Jak to pogodzić z bezczynnością w sprawie Smoleńska?

Wiara w rzetelne śledztwo rosyjskie nie ma żadnych podstaw, a w sprawie tej katastrofy nie można liczyć na zbiorową amnezję. Tkwi w pamięci jak cierń, który mogłoby usunąć tylko wiarygodne śledztwo.

W serwisach dominują nieszczęśliwe wypadki, katastrofy i informacje o ofiarności społeczeństwa. Początkowo cieszyły mnie akcje pomocy, ale teraz nie mogę już tego słuchać. Powodzianie nadal są bez dachu nad głową, dzieci mdleją z głodu, a młodzież z prowincji może studiować jeśli dostanie stypendium z jakiejś zbiórki. Równocześnie organizuje się uniwersytety dla przedszkolaków. Państwa nie ma. Komuna była państwem policyjnym, ale studiować mógł każdy, dopóki nie rozdawał ulotek.

Po katastrofie ekologicznej w Zatoce Meksykańskiej mamy katastrofę na Węgrzech w dorzeczu Dunaju. W obu przypadkach przyczyną jest pogoń za zyskiem korporacji uwolnionych od kontroli państwa. Ale o tym się nie mówi. Do Polski nie docierają dyskusje nad ważnymi problemami światowego systemu. Jesteśmy zieloną wyspą, czyli zaściankiem.

W komentarzach uderza powierzchowność. Nawet tragiczna w skutkach katastrofa prywatnego busa dowożącego ludzi do pracy nie wywołała problemu likwidacji transportu publicznego. Kolej praktycznie przestała działać. W dyskusjach o bezpieczeństwie na drogach piesi występują w roli zawalidrogi. Nie ma poboczy, nie ma chodników nawet na terenach zabudowanych. Dyskutuje się tylko o autostradach.

Po katastrofie smoleńskiej Platforma sprawnie obsadziła wszystkie stanowiska swoimi ludźmi, ale na tym wyczerpał się jej pomysł na rządzenie. Od wygranej batalii o zmianę ustawy o IPN minęło już wiele miesięcy, a Rady, która ma zastąpić Kolegium i przedstawić kandydata na prezesa, wciąż nie ma. Przypuszczam, że ostatecznie prezesa wyznaczy Sejm. Nieporadność PO mnie zaskoczyła. Sprawne rozgrywanie sytuacji politycznych nie zastąpi rządzenia. Opinia publiczna jest epatowana nowymi pomysłami, które potem są porzucane.

Telewizja dostosowała się do polityki, jest niewiarygodnie nudna. Pojawia się jakiś hit, wszystkie stacje powtarzają w kółko kilka nieistotnych informacji i pojawia się hit następny. Na szyldzie sklepu w Małopolsce widziałam napis: „Duperele i inne”. Jeśli do hitów dodamy reklamy i tzw. rozrywkę, w telewizji same duperele. Istotnych treści, czyli innych – na lekarstwo.

W całej Europie trwają rozruchy społeczne. Telewizja pokazuje migawki z walk ulicznych nie siląc się na żadną analizę. Wszystko wskazuje na to, że cierpliwość społeczeństw do zaciskania pasa wyczerpała się. W Polsce przeszło dwa miliony ludzi żyje w nędzy, ale nie buntują się, śledzą losy Palikota, Kalisza, dopalacze, in vitro i sukcesy Platformy w walce z PiS.

Mimo przygnębiającej atmosfery i niepomyślnych prognoz dla Polski, jestem dobrej myśli. Spędziłam kilka tygodni w Polsce południowej. Z dala od metropolii i autorytetów ludzie są przytomniejsi i bardziej życzliwi. Walcząc o byt mniej czasu i uwagi poświęcają politycznemu maglowi. Nadzieję widzę w Polsce prowincjonalnej.

Dwa bratanki – mądry i głupi

Jeśli Polacy i Węgrzy są bratankami, my jesteśmy tym znacznie mniej udanym. Oni właśnie likwidują Otwarte Fundusze Emerytalne.

Premier Węgier, Viktor Orbán, właśnie zapowiedział likwidację prywatnych funduszy emerytalnych. Początkowo rząd, któremu przewodzi, deklarował czasowe ograniczenie wpłat z budżetu do OFE, w ramach zmniejszania deficytu finansów publicznych. Nie było w tym niczego szczególnie rewolucyjnego, gdyż po podobne rozwiązanie sięgnęły w obliczu kryzysu ekonomicznego inne kraje Europy Środkowo-Wschodniej. Łotwa i Litwa zmniejszyły wysokość składek przekazywanych funduszom, Estonia zaprzestała czasowo przekazywać je w ogóle, Rumunia wycofała się z planowanej podwyżki ich wysokości, Słowacja pozwoliła wszystkim chętnym na rezygnację z przynależności do OFE i powrót do państwowego systemu ubezpieczeń.

Szef węgierskiego rządu początkowo deklarował zawieszenie przekazywania składek OFE do końca roku 2011, jednak obecnie mowa o całkowitej likwidacji tego rozwiązania. „Tylko państwo jest w stanie zapewnić ludziom godziwą emeryturę” – miał powiedzieć Orbán, porównując fundusze do hazardzistów, którzy w dążeniu do zysków ryzykują wielkie kwoty, tyle że nie swoje.

Tu warto poczynić pewną dygresję. Słowa premiera Węgier o hazardzistach są najbardziej zwięzłą metaforą neoliberalizmu. Zwolennicy tzw. wolnego rynku, którego notabene świat nigdy nie widział (nawet w epoce tzw. dzikiego kapitalizmu, czyli w XIX wieku, państwo pozostawało bardzo aktywne w dziedzinie polityki gospodarczej, a jednym z głównych aktorów owego „wolnego” rynku były kanonierki Jej Królewskiej Mości Imperium Brytyjskiego), lubują się w argumencie, że dziś wszędzie i wszystko reguluje państwo. Przekonują oni, że jeśli coś „nie działa”, winny nie jest rynek, lecz jego niedobór, że wszystko, co złe, od państwa pochodzi, że rynku krytykować nie można, bo wszak go nie ma. Argumentacja ta jest bliźniaczo podobna do wywodów ortodoksyjnych komunistów, którzy przekonują, że „prawdziwego” komunizmu nigdy nie było, że mieliśmy tylko „błędy i wypaczenia”. Zwolennicy Adama Smitha i Lwa Trockiego podają sobie ręce.

Owszem, wolnego rynku w postaci idealnej nigdy nie było od czasu, gdy wyszliśmy z jaskiń. Są tylko różne formy interwencjonizmu państwa w gospodarkę. Sęk w tym, po co państwo to robi. W systemach socjalno-demokratycznych (model europejski, model skandynawski, państwo opiekuńcze) czyni tak w imię poprawy doli ogółu obywateli, zmniejszenia nierówności społecznych i powszechnego awansu cywilizacyjnego. W modelu liberalnym państwo również jest na wiele sposobów aktywne w sferze gospodarczej, tyle że po to, aby zwiększać różnice majątkowe i zmniejszać równość szans rozwojowych między bogatą elitą a „dołami” społecznymi – przy czym owe „doły” obejmują, jak to było w USA przez lata rządów neokonserwatystów, również klasę średnią, stale ubożejącą. Nawiasem mówiąc, model liberalny ma wiele wspólnego z tzw. realnym socjalizmem, w którym polityka państwa również służyła wąskiej kaście, z tą różnicą, że oligarchię biznesową zastąpiła partyjna klika.

Neoliberalizm nie jest liberalizmem takim, jaki istnieje w wywodach Adama Smitha i autorów libertariańskich czytanek. To liberalizm realny, tj. taki, w którym „zły” jest interwencjonizm państwa, gdy służy uboższym, „dobry” zaś wtedy, gdy potęguje potęgę już potężnych. Państwo ma nie przeszkadzać wielkiemu biznesowi w osiąganiu coraz większych zysków, natomiast powinno pokrywać koszty wszelkich „skutków ubocznych” jego działań. Czy będą to wojny o ropę, żeby paliwowi giganci mogli zarabiać, czy finansowanie policji, aby chroniła zamożnych przed „wyrzutkami społecznymi”, czy dotacje dla banków upadłych wskutek ryzykownych operacji, czy pokrywanie kosztów dewastacji środowiska – za to wszystko płacą biedni ze swoich podatków, bo podatki dla bogaczy są coraz mniejsze, a ich dochody coraz lepiej ukryte. Noam Chomsky nazwał to bardzo trafnie: uspołecznianiem kosztów i prywatyzowaniem zysków.

OFE są wręcz modelowym przykładem realnego liberalizmu. Państwo ustawowo zmusza ogół obywateli do przekazywania ogromnych kwot prywatnym funduszom. Cały proces jest skonstruowany tak, że „darczyńcy” w zasadzie niczego nie mogą żądać w zamian ani na nic konkretnego liczyć – wystarczył jeden kryzys gospodarczy, który zresztą nasz kraj nieco ominął, abyśmy dowiedzieli się, że wartość aktywów zgromadzonych w OFE przez dekadę ich istnienia, zmalała o… W zasadzie nie wiadomo o ile, bo to wszystko jest mocno niejasne, ale mowa o utracie nawet połowy środków. Prywatny biznes dostaje od nas olbrzymie kwoty, kontrola nad nimi jest niewielka, prowizje za obsługę tych pieniędzy spore (wyższe niż w ZUS-ie) i w zasadzie nienegocjowalne, a spodziewane korzyści – co najmniej enigmatyczne.

Co będzie, jeśli jakiś OFE na przestrzeni lat zbankrutuje i powie to, co oznajmiły klientom i społeczeństwu amerykańskie banki: „nie mamy pieniędzy na wasze roszczenia”? Że co? Że ZUS też jest niepewny? Nic nie wiadomo, żeby w ciągu ostatnich kilku dekad jakieś poważne państwo na serio zbankrutowało, za to bankructw prywatnych firm było całkiem sporo. W dodatku państwo posiada instrumenty, dzięki którym niedobory wpływów w jednej dziedzinie może rekompensować dochodami z innych źródeł. Ot, choćby podnieść podatki bogatym.

O tym, że OFE nie mają sensu z punktu widzenia interesu społeczeństwa, lecz służą jedynie interesom biznesowej oligarchii, wiedzą fachowcy. Nie miejsce tu na długie wywody – mówiła o tym w wywiadzie dla „Obywatela” prof. Józefina Hrynkiewicz już ponad 4 lata temu, zaś nowsze spojrzenie na tę kwestię można znaleźć tutaj. Decyzja Viktora Orbána jest więc ze wszech miar sensowna.

Jest ona także bardzo wymowna w kontekście porównawczym. Historia najnowsza Polski i Węgier jest bowiem podobna, a obecny szef węgierskiego rządu to ulubieniec znacznej części naszej rodzimej prawicy liberalnej. Orbán był wielokrotnie komplementowany przez czołowych polityków i ideologów nadwiślańskiej prawicy – antykomunista, piewca „wartości chrześcijańskich”, niezłomny bojownik z węgierskim „układem” (synteza postkomuny i części „opozycji demokratycznej”), polityk proamerykański i antyrosyjski. Peany na jego cześć drukowała „Rzeczpospolita”, książkę Orbána wydała „Fronda” itd. Wypisz, wymaluj: węgierski „trzeci bliźniak”.

Istnieje taki termin, jak „mąż stanu”, używany zazwyczaj na wyrost, w dodatku kryteria za nim stojące są niejasne i czysto uznaniowe. Ogólnie mówiąc, odnosi się on do tych polityków, którzy w imię interesu społecznego/narodowego potrafili podejmować decyzje nie tylko idące pod prąd postawom z głównego nurtu, ale także takie, które były wbrew poglądom ich własnego zaplecza politycznego. Viktor Orbán nie jest politykiem z „mojej bajki” – nie ta orientacja ideowa oraz wiele decyzji, których bym nie poparł. Nie wiem, czy zasługuje on na określenie „mąż stanu”, wiem natomiast, że potrafi wykroczyć poza schematy własnego środowiska, gdy uzna, że będzie to dobre dla ojczyzny, narodu, społeczeństwa.

Natomiast w Polsce tym środowiskom, które tkwią w przekonaniu o własnej wyjątkowej wartości, nieomylności, szlachetności i wizjonerstwie, nic takiego się nie zdarza. Są albo papugami (bądźmy tacy jak Ameryka), albo mechanicznymi anty-papugami (jeśli coś popiera UE, Niemcy lub Rosja, to my jesteśmy przeciw), albo zakładnikami sztampowych poglądów własnego środowiska i elektoratu. Viktor Orbán zaczynał jako gospodarczy liberał. Gdy zorientował się, że tego rodzaju poglądy są zasłoną dymną dla drenażu Węgier jako państwa oraz przeważającej części węgierskiego społeczeństwa, odszedł od nich. Już wcześniej miał na koncie posunięcia prospołeczne (m.in. likwidacja opłat za leczenie szpitalne, wprowadzonych przez tamtejszą… centrolewicę), teraz zaś demontuje złodziejstwo zwane OFE. W Polsce natomiast wyborczym hasełkom o „Polsce solidarnej” towarzyszyła Zyta Gilowska w rządzie i znacząca obniżka obciążeń fiskalnych dla bogatych podatników, a o jakichkolwiek choć trochę rewolucyjnych decyzjach, w rodzaju likwidacji OFE, nie było nawet mowy.

Jeśli więc Polak i Węgier to dwa bratanki, my jesteśmy tym głupszym.

Prawie jak w Skandynawii…

Prawie jak w Skandynawii…

Rząd przygotowuje nowelizację ustawy o prawach pacjenta i Rzeczniku Praw Pacjenta. O komentarz na temat planów resortu zdrowia poprosiliśmy dr. Adama Sandauera, honorowego prezesa Stowarzyszenia Pacjentów „Primum Non Nocere”, członka Rady Honorowej „Obywatela”.

* * *

Jakie są założenia projektu przygotowanego przez stronę rządową?
Adam Sandauer: Innowacyjny jest plan powołania komisji, które na drodze pozasądowej miałyby przyznawać prawo do wypłacanego przez ubezpieczyciela odszkodowania za błędy lekarskie. Wprowadzając to rozwiązanie rząd powołuje się na wzorce skandynawskie. Niestety, jest to jedynie udawanie, że coś się robi: w efekcie końcowym niewiele się zmieni. Wspomniane komisje mają orzekać o popełnieniu błędu medycznego, który spowodował szkodę na zdrowiu, i dopiero to będzie podstawą do uzyskania odszkodowania. Zasada postępowania będzie zatem taka sama, jak w sądzie cywilnym, gdzie wymaga się od pacjenta by udowodnił, że poniesiona przez niego szkoda jest zawiniona. Mówienie, że jest to analogia do systemu skandynawskiego, to wprowadzanie w błąd. W państwach skandynawskich nie ma orzekania winy; wystarczy udowodnić, że szkoda jest prawdopodobnie skutkiem niewłaściwego leczenia i nie powinna była wystąpić. Przykładowo: wyobraźmy sobie, że ktoś wyszedł ze szpitala z wirusowym zapaleniem wątroby. W myśl kryteriów zapisanych w projekcie ustawy będzie musiał dowieść, że gdzieś popełniono błąd, np. ktoś wielokrotnie używał tych samych strzykawek, automat do sterylizacji sprzętu był źle ustawiony, ktoś nie umył rąk itp. – przy czym oczywiście wszyscy będą zaprzeczać, że coś takiego miało miejsce. W systemie skandynawskim wystarczy orzeczenie, że zakażenie żółtaczką w trakcie leczenia szpitalnego jest skutkiem nieprzestrzegania zasad higieny i nie jest czymś normalnym. Przyjęcie takiej zasady umożliwia uzyskanie odszkodowania i środków na życie tym, których pozwy były wcześniej oddalane. W Szwecji po wprowadzeniu tego rozwiązania liczba osób otrzymujących odszkodowania wzrosła do ok. czterech tysięcy rocznie – z kilkudziesięciu, które uzyskiwały wcześniej odszkodowania w sądach.
Wspomniany system jest bardzo szeroki i stanowi rodzaj ubezpieczenia od następstw, które nie powinny nastąpić; gwarantuje wypłatę odszkodowania nawet wtedy, gdy nie można znaleźć winnego. W Polsce postanowiono przyjąć zasadę konieczności stwierdzenia błędu medycznego, jednocześnie ograniczając maksymalną wysokość odszkodowań: za okaleczenie proponuje się do 100 tys. zł, za śmierć – do 300 tys. Uzasadnia się to źle działającymi sądami powszechnymi oraz wieloletnimi postępowaniami. Komisje mają szybciej przyznawać odszkodowania, ale w zamian żąda się odstąpienia od roszczeń cywilnych. To skandal, że szantażuje się poszkodowanych złym funkcjonowaniem sądów i przewlekłością postępowań, by zrezygnowali z części roszczeń. Jeżeli władze państwa zdają sobie sprawę z wad systemu sprawiedliwości, to powinny go naprawić. Odszkodowanie, zgodnie ze swoją nazwą, ma rekompensować szkodę, a nie jej część. W krajach skandynawskich pacjenci otrzymują niższe odszkodowania, gdy ustalenie winnego uszczerbku na ich zdrowiu jest niemożliwe. Tam powstał system zabezpieczeń społecznych dla poszkodowanych, u nas tworzy się system ograniczania wydatków.

Może chociaż dzięki zmianom pacjentom łatwiej będzie dochodzić swoich praw?
A. S.: By być sprawiedliwym, trzeba przyznać, że proponowany system posiada jeden plus. Zdarza się, że dyrektor szpitala wie, iż w jego placówce stało się coś złego – i chciałby zawrzeć ugodę pozasądową. Obecnie podpisując takie porozumienie, naraża się na oskarżenia o brak dyscypliny budżetowej, niegospodarność i wydatki bez podstawy prawnej. Dyrektorzy unikają więc takich ugód, obawiając się złamania kariery. W najprostszych przypadkach, gdzie strony są zgodne, nikt nie chce „zamiatać sprawy pod dywan”, orzeczenie komisji da możliwość szybkiego zakończenie sprawy i wypłaty środków. Niestety, o wysokości odszkodowania nie będzie orzekać komisja, lecz proponował ją będzie zakład ubezpieczeniowy, z którym placówka ma zawartą umowę. Jeżeli poszkodowany nie zgodzi się na przyjęcie odszkodowania w zaproponowanej wysokości, nie będzie miał możliwości odwołania się. Do tego w projekcie ustawy nie ma zapisanych żadnych kryteriów, według których ubezpieczyciel miałby obliczać wysokość odszkodowania, choć jest oczywiste, że będzie się starał wypłacić jak najmniejszą kwotę.

Jak powinny wyglądać zmiany przepisów, by realnie poprawić sytuację ofiar błędów lekarskich?
A. S.: Najlepiej wprowadzić system rzeczywiście wzorowany na skandynawskim, w którym komisja nie orzekałaby, gdzie popełniono błąd, tylko czy dane powikłanie miało prawo wystąpić. Po drugie, nawet jeżeli ktoś otrzyma odszkodowanie, nie powinno mu to zamykać drogi do postępowania sądowego. Jeżeli pacjent będzie w stanie udowodnić, że szkoda jest zawiniona, kwota przyznana mu na mocy wyroku sądowego byłaby pomniejszona o tę otrzymaną wcześniej.

Rozmawiał Konrad Malec, 15 października 2010 r.

Przeszłość dla przyszłości

Przeszłość dla przyszłości

W całym kraju działacze stowarzyszenia Młodzi Socjaliści czynią zabiegi o nadanie ulicom imion wybitnych działaczy lewicowych, jak Irena Sendlerowa, która uratowała w czasie wojny tysiące żydowskich dzieci. O motywacje przyświecające inicjatorom akcji spytaliśmy Aleksandrę Zarzeczańską, koordynatorkę regionalną stowarzyszenia w woj. śląskim.

* * *

Jakiś czas temu Młodzi Socjaliści rozpoczęli starania o nadanie ulicom w całej Polsce imion szeregu postaci o lewicowych przekonaniach. Jakie są to osoby?

Aleksandra Zarzeczańska: Pomysł nadania ulicom patronatów zasłużonych działaczy lewicy zrodził się po śmierci Ireny Sendlerowej, w 2008 r. Zastanawialiśmy się wówczas, w jaki sposób możemy godnie upamiętnić tę wielką bohaterkę, która powinna być dla każdego z nas wzorem do naśladowania. Początkowo organizowaliśmy akcje tylko na rzecz pielęgnowania pamięci o Sendlerowej, później zaczęliśmy wnioskować o uhonorowanie także innych działaczy: Marcela Szarego w Gdańsku, a ostatnio również w Bydgoszczy, czy Edwarda Bettmana we Włocławku. W przyszłości chcemy rozszerzyć to grono o takich ludzi lewicy, jak Kazimierz Pużak, Ignacy Daszyński czy Edward Abramowski. Naszym celem jest zachowanie społecznej pamięci o tych wybitnych postaciach.

Jak w praktyce wyglądają Wasze usiłowania?
A. Z.: W poszczególnych miastach funkcjonują inne zasady regulujące nadawanie nazw ulicom, więc nie jesteśmy w stanie ujednolicić naszych działań – w każdej miejscowości musimy dowiedzieć się, w jaki sposób można wcielić nasz pomysł w życie. W moim rodzinnym Bytomiu, gdzie wraz z lokalnymi działaczami Młodych Socjalistów staraliśmy się o nadanie ulicy imienia Ireny Sendlerowej, mieliśmy teoretycznie cztery możliwości zgłoszenia naszej inicjatywy do Rady Miejskiej: wnioskiem prezydenta miasta, grupy minimum trzech radnych, przy poparciu co najmniej 100 mieszkańców lub jako instytucja mająca swoją siedzibę w Bytomiu. Postanowiliśmy porozmawiać z jednym z radnych miasta, który zdecydował się nam pomóc i zdobył wymagane poparcie ze strony Rady Miejskiej. Dzięki temu wniosek mógł trafić do porządku obrad zbliżającej się sesji. Ponadto, jako wnioskodawcy, byliśmy zobowiązani do wskazania takiej ulicy, której patronką można by uczynić właśnie Sendlerową. W czerwcu ubiegłego roku odbyła się sesja Rady, podczas której przegłosowano nasz wniosek i po kilku miesiącach bohaterska socjalistka została patronką jednej z bytomskich ulic.
Podobne działania podjęliśmy m.in. w Lublinie, Toruniu, Wałbrzychu, Olsztynie i Elblągu. Oprócz Bytomia pomyślny finał znalazła także inicjatywa lubelska; nad pozostałymi wnioskami nadal pracujemy.

Ktoś mógłby zapytać, czy nie szkoda Wam czasu na „zabawę w symbole”, skoro można by go poświęcić na rozwiązywanie palących kwestii społecznych.
A. Z.: Oczywiście nie jest tak, że przedkładamy sprawę nazywania ulic naszych miast nazwiskami zasłużonych lewicowców ponad realną pracę w walce o prawa człowieka. Powodów, dla których zajmujemy się właśnie tą kwestią, jest kilka. Po pierwsze, jesteśmy dość młodzi – wiele moich koleżanek i kolegów jest jeszcze nastolatkami i jest to dla nich jedna z prostszych form zaangażowania się w działalność stowarzyszenia. Łatwiej jest zebrać podpisy pod petycją do Rady Miejskiej i czekać na efekty, niż przejechać połowę Polski na demonstrację pracowniczą czy blokadę eksmisji. Dzięki takim akcjom, które nie są nadzwyczaj absorbujące, możemy zrobić coś dobrego na własnym podwórku. Co więcej, poza ich symbolicznym wymiarem – upamiętnieniem bohaterów, często zapomnianych – mają one także walor praktyczny. Dzięki nim poznajemy swój samorząd oraz prawa, jakimi się rządzi, a także wykorzystujemy narzędzia demokracji partycypacyjnej, niestety bardzo ubogie w naszym kraju. Mam nadzieję, że to doświadczenie wykorzystamy w walce o poprawę losu „zwykłego Kowalskiego”.
Nie bez znaczenia pozostaje aspekt edukacyjny. Osoby, które chcemy uczynić patronami naszych ulic, są wzorami godnymi naśladowania. Liczymy na to, że utrwalając pamięć o nich i ich dokonaniach, jednocześnie zainspirujemy kogoś do podążania drogą pracy dla znajdujących się w trudniejszej sytuacji.

Z jakim przyjęciem spotyka się Wasza akcja?
A. Z.: Zwykle z bardzo pozytywnym, i to nie tylko wśród osób o lewicowych poglądach. Zdarzyło nam się nawet usłyszeć uprzejme opinie ze strony prawicowych aktywistów, którzy ciepło wspominali postać Ireny Sendler. W Bytomiu radni potrafili wspólnie przegłosować nasz wniosek, mimo różnic, które ich na co dzień dzielą. „Za” byli nawet ci, którzy z trudem wymawiają słowo „socjalizm”; w kontekście naszych bohaterów nie mają z tym problemów. Lewica w Polsce musi niestety ciągle udowadniać społeczeństwu, że nie dąży do powrotu systemu sprzed 21 lat. Takie inicjatywy to z pewnością kolejny krok w kierunku normalizacji wizerunku lewicy – pokazujemy w ten sposób, że prawdziwy socjalizm to synonim walki o człowieczeństwo, czego dowód dali swoim życiem wspomniani działacze, a nie patologie rodem z PRL.

Rozmawiał Konrad Malec, 1 października 2010 r.

Palikot na prezydenta?

Wywiad-rzeka z Januszem Palikotem („Ja, Palikot”) jest o tyle interesujący, że pokazuje mniej widowiskowe oblicze sposobu myślenia tego polityka.

Cezary Michalski pytał posła Platformy m.in. o prawicę. Padła odpowiedź:

„Najpierw przez lata zbierali w każdych wyborach ponad 50 procent głosów, ale ponieważ dzielili je na kilkanaście partii, politycy prawicowi stanowili w Sejmie mniejszość. Potem był rzekomy sukces, czyli AWS, będący eksperymentem bycia ze sobą razem. Jednak ceną za to były pomysły na intronizację Chrystusa-Króla, staroświecki klerykalizm, obsesyjny antykomunizm (…). Potem nadszedł PiS z Kaczyńskim, który zbudował pierwszą stabilną prawicową partię, ale za cenę sprowadzenia prawicowości do jej karykatury, do kształtu, którym sam się zawsze brzydził. Prawicowi intelektualiści biją mu brawo, ale przecież Kaczyński nie okazał się przywódcą, przeciwnie, to radykalne żywioły zbudowały mu partię i podyktowały program. Kaczyński jest dziś zakładnikiem, a nie liderem. Kaczyński doprowadził prawicowość do tego, że jest niezdolna do przetrwania. Gdyby stworzył partię umiarkowaną i budował koalicję z radykałami, byłaby w tym polityczna zręczność, ale Kaczyński zrobił coś odwrotnego – wszystko, co wartościowe na prawicy, pozwolił zabrać Tuskowi, a sam wziął odpadki. I ludzkie, i programowe.

A mniejsze środowiska? Np. konserwatyści?
Mili ludzie, ale politycznie wielkie dzieci. Kto dziś uprawia politykę mówiąc tylko o wartościach rodzinnych, autorytecie czy roli tradycji. Przecież to co najwyżej literatura. (…) Konserwatyści stali się, nie tylko w Polsce, bezobjawowi, oni nawet nie próbują ingerować w rzeczywistość, oni stylizują się na znaki sprzeciwu. Ubierają się inaczej, mówią inaczej, chodzą po niszowych programach, wierzą, że w ten sposób stają się elitą. Nic dziwnego, że każdy używa ich jak mu wygodnie.

A co pan myśli o czołowych politykach?
Polscy politycy nie wiedzą, do czego jest państwo. Balcerowicz sądził, że jest to narzędzie do zaprowadzenia racjonalnej utopii. Wałęsa widział w nim berło dla wodza »Solidarności«, Kwaśniewski równie narcystycznie widział w państwie instrument odzyskania postkomunistycznej dumy. Krzaklewski chciał użyć państwa do złożenia hołdu Kościołowi i polskiej historii, Kaczyński próbował państwem przeorać umysły. Te dwie dekady to seria wielkich nieporozumień. Z drugiej strony, oni byli samoukami, nie zastali normalnego państwa i sensownej polityki, każdy z nich powoli odkrywał, o co chodzi (…).

Jest pan konserwatystą?
Jeśli pyta pan, czy chcę adopcji dzieci dla par homoseksualnych, albo czy uważam aborcję za naturalny sposób rozwiązywania problemu niechcianej ciąży, to jestem konserwatystą.

Liberałem?
Chętnie dam gejom związek partnerski a kobietom – mimo mej niechęci do aborcji – prawo do decyzji.

Prawicowcem?
Nie znoszę tej patriotycznej dyscypliny. Tego zmuszania wszystkich do stałego, czynnego kochania ojczyzny. Tych tysięcy rocznic, które trzeba obchodzić. To jest dramatycznie defensywne. (…)

Krytykuje pan wszystkie generalnie projekty polityczne.
Krytykuję te projekty, które zamieniają politykę w teorię (…).”

Nie byłoby powyższego cytatu, ani tego felietonu, gdyby nie myśl, że Janusz Palikot – pomijając tu jego kostium błazna i zimnego drania – uosabia w polskiej polityce pewną tendencję, która może się nasilać. W dużym skrócie wiąże się ona z przejściem od polityki opartej na „wielkich narracjach” i mitologii narodowej, do kultu pragmatyzmu i demitologizacji państwa/narodu. Wiąże się to także z założeniem, że współczesne polskie społeczeństwo swoje rozumienie np. roli Kościoła w życiu publicznym przeżywa inaczej niż jeszcze kilkanaście lat temu. Inaczej także podchodzi do kwestii etycznych czy aksjologicznych, dogmatów związanych czy to z życiem rodzinnym (mniejsza liczba dzieci, wzrastająca liczba rozwodów), czy to ze sferą seksualną; wydaje się wręcz stawać nieco indyferentne moralnie.

Wbrew pozorom, problem ten nie dotyczy wyłącznie „młodych, wykształconych, z wielkich miast”. Jest to szerszy proces, związany z przyswojeniem wzorców czerpanych z Zachodu, choćby za pośrednictwem popkultury. Także procesy społeczno-ekonomiczne, generujące większą mobilność, a także tymczasowość form egzystowania w społeczeństwie, wymuszają istotne zmiany. I to bynajmniej nie ze względu na atrakcyjność bądź siłę oddziaływania doktryn liberalizmu obyczajowego czy Nowej Lewicy. Idzie raczej o to, że płytsze zakorzenienie w lokalnych strukturach społecznych pociąga za sobą mniej zobowiązujące uczestnictwo w stabilnych, z natury bardziej konserwatywnych wzorcach kulturowych i etycznych. Trudno być autentycznym tradycjonalistą żyjąc na walizkach, często zmieniając pracę, w której spędza się czasem więcej niż pół dnia; w obliczu niepewności jutra, bez bycia-u-siebie.

Nie można zatem wykluczyć, że chcąc nie chcąc nasza prawica, także za sprawą zmiany pokoleniowej, będzie coraz bardziej upodabniała się – w swoim głównym, najsilniej oddziałującym realnie nurcie – do swojego odpowiednika na Zachodzie, który z polskiej perspektywy jest przez wielu konserwatystów odbierany wręcz jako lewicowy. Charakterystyczna jest tu opinia Palikota na temat związków partnerskich homoseksualistów, czy jego podejście do aborcji. Jest to zapowiedź polityki kompromisu, który dziś jeszcze może być nie do przyjęcia. Jednak o doktrynach politycznych poszczególnych partii decyduje także elektorat, jego stosunek m.in. do wyżej wspomnianych kwestii. Jeśli będzie się on stawał coraz bardziej obojętny (jeśli nie wprost przyzwalający), wtedy ów model liberalnej centroprawicy, jaki dziś uosabia Janusz Palikot, stanie się faktem. I nie ulega wątpliwości, że jego medialny sposób bycia jest swego rodzaju sondą, zapuszczaną w świat wyobrażeń społecznych: co jest już do przyjęcia, co – jeszcze nie. Popularność, jaką cieszy się polityk rządzącej, mainstreamowej partii bodaj nie tylko wśród jej elektoratu, daje do myślenia.

Przeobrażenia społeczne w Polsce są faktem. Hierarchia kościelna, co pokazuje nie tylko jej rozdarcie w sprawie krzyża z Krakowskiego Przedmieścia czy problemy z dziwnymi typami w Komisji Majątkowej, ma spory problem sama ze sobą i z własnym wizerunkiem – także, a może przede wszystkim, na prawicy. Jeśli istnieją jak dotąd silne, środowiskowe, czasem wręcz towarzyskie powiązania między wyższym duchowieństwem a politykami, to przecież nie musi to oznaczać, że będzie tak już zawsze. I tu postać Palikota pokazuje, jak można atakować kler bez większej szkody dla siebie. A co, jeśli za lat kilka, kilkanaście politycy uznają, że nie potrzebują już wsparcia Kościoła w swoich zabiegach o popularność wśród Polaków? Bez złudzeń: rozstaną się z nim w mniej lub bardziej kulturalny sposób.

Zagadnienia te nie dotyczą jedynie prawej strony sceny politycznej, ale mają charakter ogólnospołeczny. Dziś może brzmieć to baśniowo, ale można sobie wyobrazić polskich polityków na prawicy jawnie deklarujących homoseksualizm, odcinających się od tzw. mitologii narodowej czy wprost odżegnujących się od Kościoła. Przecież już dziś, zdaniem części polityków i publicystów, związanych choćby ze środowiskiem „Christianitas”, lojalność prawicy wobec (nauki) Kościoła pozostawia wiele do życzenia. I trudno odmówić im racji. Utożsamienie prawicowości z Kościołem rzymskokatolickim dla wielu jest przede wszystkim wygodnym narzędziem politycznym i dopiero wtórnie wiąże się z recepcją jego doktryny.

Gdyby model prawicy, który już w jakimś stopniu realizuje się m.in. w Platformie Obywatelskiej stał się faktem, stawiałoby to nowe wyzwania także przed lewicą. Dla części z niej, co interesujące, byłby to problem z kategorii: „być albo nie być”. Bo o co miałaby walczyć lewica obyczajowa z wyemancypowaną, podobną sobie „nową prawicą”? Chyba że o hasła jeszcze dalej idącej „emancypacji”. W gruncie rzeczy czyniłoby to te formacje trudnymi do odróżnienia, faktycznie post-politycznymi bytami. Z drugiej strony, może wtedy wreszcie na serio potraktowano by spory o charakterze ekonomicznym, socjalnym, klasowym, gdyby Nowa Lewica straciła ten punkt odniesienia, który dziś czyni ją tak popularną i „awangardową”. Cóż, trudno orzec; być może przekonamy się o tym za prezydentury Janusza Palikota.

Krzysztof Wołodźko

 

Są skuteczniejsze instrumenty

Są skuteczniejsze instrumenty

O komentarz w sprawie wysokości płacy minimalnej poprosiliśmy dr hab. Ryszarda Bugaja z Instytutu Nauk Ekonomicznych PAN, doradcę ekonomicznego m.in. NSZZ „Solidarność” (od 1980 r.) oraz prezydenta RP, Lecha Kaczyńskiego.

* * *

W przyszłym roku płaca minimalna wyniesie 1400 zł. Czy da się za tę kwotę godnie przeżyć?
Ryszard Bugaj: Nie istnieje tutaj żadna obiektywna i ścisła miara, którą moglibyśmy zastosować. Odpowiedź na tak postawione pytanie jest w gruncie rzeczy kwestią przekonań społecznych – tego, co uznajemy za zupełne minimum. Równie istotna okoliczność to kwestia tego, na ile umiemy respektować tę normę. Trzeba bowiem zdać sobie sprawę, że jeżeli istnieje możliwość ucieczki pracodawców do szarej strefy, to owa norma ma wtedy dość ograniczone znaczenie – działa przede wszystkim w większych zakładach pracy, w których sprawnie funkcjonuje chociażby system ewidencji. Do sprawy płacy minimalnej nie przywiązywałbym zatem tak ogromnego znaczenia. Inne czynniki, wśród których wskazałbym przede wszystkim poprawę samoorganizacji i ochrony prawnej pracowników, odgrywają w moim przekonaniu dużo ważniejszą rolę.
Jednakowoż uważam, że podwyższenie wspomnianej kwoty jest absolutnie konieczne, i że wysokość płacy minimalnej winna być powiązana z wysokością płac maksymalnych. Nie chodzi nawet o to, aby ustawowo ograniczać najwyższe wynagrodzenia, ale o to, aby zdać sobie sprawę z tego, że tak niskiej stopy podatkowej od wysokich dochodów nie ma nigdzie na Zachód od Polski. W ślad za tym faktem powinna iść „hojna” regulacja dotycząca płacy minimalnej. Czy może się to przełożyć na spadek zatrudnienia, jak utrzymują liberalni ekonomiści? W bardzo szczególnych sferach, jak gastronomia, może wystąpić taki efekt. Natomiast generalnie rzecz biorąc, wysokość płacy minimalnej ma moim zdaniem bardzo niewielkie znaczenie dla rozmiarów zatrudnienia. W przypadku większości gałęzi gospodarki jest ono funkcją technologii i niezależnie od tego, czy płace są w nich trochę wyższe, czy trochę niższe – zatrudniają tyle samo ludzi.

Nawet jeśli wszyscy dorośli członkowie kilkuosobowej rodziny mają pracę, zarobki zbliżone do płacy minimalnej stawiają ją w trudnej sytuacji społecznej.
R. B.: Problem ubóstwa nie powinien być, moim zdaniem, rozwiązywany za pośrednictwem podwyższania płacy minimalnej. Zawsze byłem i wciąż jestem zwolennikiem ulg podatkowych na dzieci, chociaż nie musi to być jedynym słusznym rozwiązaniem. Jeżeli dochód jest tak niski, że faktycznie nie można odliczyć ulgi, powinno istnieć jeszcze inne rozwiązanie. Paradoksalnie, idea bardzo liberalnego ekonomisty, Miltona Friedmana – wprowadzenie tzw. podatku negatywnego – jest w takim przypadku koncepcją, z której powinno się skorzystać. Stosuje się wtedy wyliczenie dotyczące sytuacji rodziny i szuka jakiejś formy rekompensaty, pozwalającej na dopełnienie dochodów – nie płacy! – do pewnej minimalnej wysokości. Tego rodzaju rozwiązania nie są w Polsce w ogóle stosowane.

Tysiąc czterysta złotych to mniej więcej tyle, ile pochłaniają co miesiąc wszystkie moje opłaty…
R. B.: Możliwie zobiektywizowany rachunek od strony wydatków nie jest prosty, dlatego że sytuacja poszczególnych ludzi jest pod tym względem bardzo zróżnicowana. Jeżeli np. weźmiemy gospodarstwo domowe, nawet z dzieckiem, ale mieszkające przy rodzicach w domu jednorodzinnym i de facto nie ponoszące kosztów utrzymania mieszkania, to jest to sytuacja nieporównywalna z gospodarstwem, które zmuszone jest wynająć mieszkanie na wolnym rynku, zwłaszcza w większym mieście; w tym drugim przypadku płaca minimalna może nie wystarczyć nawet na czynsz. Albo inna sytuacja, wcale nie taka rzadka: ktoś zatrudniony na umowę o pracę otrzymuje pensję zbliżoną do minimalnej, ale ma relatywnie spore dochody z prac zleconych czy honorariów. Sytuacja dochodowa takiej osoby może być zupełnie dobra. Ponownie zatem podkreślam – płaca minimalna to instrument, którego skuteczność w rozwiązywaniu problemów społecznych jest dość ograniczona.

Nierównowaga na rynku pracy zmusza część pracowników do przyjmowania bardzo niekorzystnych warunków. Sam przez kilka lat pracowałem m.in. w zakładzie komunalnym, gdzie płacono żałośnie mało.
R. B.: Obawiam się, że zwiększając płacę minimalną nie rozwiążemy także tego problemu. Jest to bowiem instrument, który działa mało selektywnie. Myślę, że przykłady, które podałem – zróżnicowania sytuacji mieszkaniowej, rodzinnej, czy dochodowej – pokazują, że płaca minimalna ma ograniczony potencjał oddziaływania jako regulator minimalnych dochodów.
Nie zmienia to w niczym faktu, że podział dochodu narodowego powinien być w naszym kraju znacznie bardziej egalitarny, niż ma to obecnie miejsce. Najlepiej dążyć do tego przy pomocy wydajnych instrumentów podatkowych, a nie administracyjnych. Tymczasem Polska poszła w kierunku prawie że zwolnienia najwyższych dochodów z opodatkowania. Trzeba bowiem pamiętać, że najbogatsi samozatrudnieni mają prawo do niskiego podatku liniowego, co skutkuje ogromnymi nierównościami dochodowymi. Tego problemu nie da się rozwiązać zwiększając wysokość płacy minimalnej, choć jest to recepta dość spektakularna.

Rozmawiał Konrad Malec, 28 września 2010 r.

Związkowe racje (bytu)

Tegoroczna jesień upłynie pod znakiem manifestacji. Przeciwnicy aktywności związkowej już znaleźli sposób na ich delegitymizację.

Mowa o przedstawianiu pracowniczych protestów jako inspirowanych przez PiS – cała ta zawierucha miałaby mieć na celu torowanie osłabionej ostatnio formacji Jarosława Kaczyńskiego drogi do zwycięstwa w nadchodzących wyborach samorządowych. Nawet jeśli interpretacja ta zawiera ziarnko prawdy, pomija ona – moim zdaniem świadomie – dwie bardzo ważne kwestie. Po pierwsze, protesty o których mowa są elementem większego przedsięwzięcia, którego inicjatorem i organizatorem jest Europejska Konfederacja Związków Zawodowych. Równolegle manifestacje związkowe mają odbyć się w wielu krajach europejskich i wynikają z niekorzystnej sytuacji społeczno-gospodarczej, w jakiej znalazły się państwa i społeczeństwa UE, m.in. wskutek kryzysu finansowego. Po drugie, o manifestowaniu na polskich ulicach zdecydowały nie tylko władze „Solidarności”, ale także związkowcy z OPZZ, których trudno posądzić o PiS-owskie sympatie.

Samospełniające się proroctwo
Te dwie okoliczności sprawiają, że mówienie o pracowniczych protestach jako strategii przywrócenia do władzy jednej z sił opozycyjnych są mocno naciągane. Straszenie w tym kontekście PiS-owską „inwazją” jest bardzo wygodne. Pozwala mianowicie uciec od zmierzenia się ze związkowymi postulatami, który mają charakter ekonomiczny i społeczny, a w niektórych kwestiach są całkiem konkretne.

Gdyby związkowcy szli z hasłami typu „Komoruski ma krew na rękach”, czy „Tusk i Putin zabili nam Prezydenta”, wówczas rzeczywiście utraciliby swój społeczny mandat, także w moich oczach. Jednak protestujący co innego mają wypisane na sztandarach. Nawet jeśli ktoś uznaje poszczególne z ich postulatów za niesłuszne lub np. nierealne do spełnienia w bieżącym kontekście, związkowcy i ich legalna reprezentacja mają prawo, a nawet powinność ich artykułowania – i to właśnie o nich, a nie o rzekomych motywach politycznych należy z nimi rozmawiać. Natomiast uciekanie od dialogu (choćby w postaci merytorycznej konfrontacji) i przypisywanie drugiej stronie niecnych intencji działa raczej jak samospełniające się proroctwo. Kiedy zablokuje się ludziom kanały artykulacji tak czy inaczej rozumianego interesu ekonomicznego, jedynie przykłada się rękę do tego, by część z nich zwróciła się ku narracjom środowisk, które żerują na gniewie wykluczonych.

Nie tylko manifestacje
Warto też wspomnieć, że przedstawiany przez główne media jako banda politycznych pieniaczy związek „Solidarność” opublikował w ostatnim czasie m.in. ciekawy dokument analityczny pt. „Praca Polska 2010”. Zamieszczone w nim dane, zaczerpnięte w znacznej części z międzynarodowych ekspertyz porównawczych, pokazują, że rozgoryczenie deficytem solidarności w polskim systemie społeczno-gospodarczym nie jest bezpodstawne. Dość przypomnieć o wysokości wskaźnika nierówności dochodowych, która sytuuje nas bliżej USA i Meksyku, niż większości krajów „starej UE” (ale także niektórych postkomunistycznych sąsiadów, jak Czechy czy Węgry). Z punktu widzenia pracownika najemnego nasz kraj szczególnie słabo wypada m.in. pod względem wysokości minimalnego wynagrodzenia oraz udziału ludzi biednych pośród pełnoetatowych pracowników. Jak piszą autorzy: Według danych Eurostatu, w 2008 r. z udziałem 11% ubogich pracowników zatrudnionych na pełnym etacie, Polska zajmuje w Europie po Grecji i Rumunii trzecie miejsce i plasuje się przed krajami, które charakteryzują się bardzo silnym dualizmem na rynku pracy oraz często znaczącą obecnością imigrantów, tak jak ma to miejsce np. w Hiszpanii. Oznacza to, że podjęcie pracy, nawet w pełnym wymiarze godzin, dla co dziesiątego zatrudnionego nie jest gwarancją wynagrodzenia gwarantującego życie powyżej granicy ubóstwa (s. 23). Od siebie dodam, że deficyt solidarności dotyka nie tylko pracujących, ale też tych, którzy pracę stracili, o czym świadczy ponadprzeciętnie niski odsetek bezrobotnych, którzy mają prawo do zasiłku, a także niewielka wysokość tego świadczenia, wypłacanego przez krótki okres.

Warto podkreślić, że wspomniany raport – choć można się spierać z wysnutymi w nim interpretacjami danych i rekomendacjami – wykracza poza wąsko rozumiany interes zawodowy, stanowiąc próbę holistycznej diagnozy społeczno-ekonomicznych realiów dnia dzisiejszego. Dobrze byłoby, gdyby rządowi eksperci, których stać było na pisany z dużo większym rozmachem intelektualny wyczyn w postaci raportu „Polska 2030”, zmierzyli się z treścią opracowania zamówionego przez związkowców, które uzupełnia naszą wiedzę o tym, co owi eksperci przemilczeli lub potraktowali nazbyt zdawkowo.

Podkładanie głowy pod topór
W aktualny kontekst gorącego politycznego sporu trudno byłoby wrzucić chłodniejszą refleksję. Łatwiej przecież przyprawić „Solidarności” gębę PiS-owskiej przybudówki, a jej intelektualne wytwory zbyć milczeniem. Dodatkowo irytujące jest to – mówię o tym bez satysfakcji – że „Solidarność”, zwłaszcza pod wodzą Janusza Śniadka, częściowo zapracowała sobie na reputację ruchu bezwarunkowego poparcia dla Kaczyńskiego, niezależnie od jego kolejnych politycznych wolt, bynajmniej nie zawsze w kierunku wizji „solidarnego państwa”. W tym wszystkim uderza nie to, że centralna związkowa udzieliła poparcia kandydatowi, który mógłby reprezentować ludzi pracy, ale to, że udzieliła mu go jeśli nie wbrew, to przynajmniej w oderwaniu od interesów społecznych swoich członków. Bo jakie zasługi miał we współczesnej Polsce Jarosław Kaczyński dla świata pracy, czy szerzej dla urzeczywistnienia wizji Polski Solidarnej – jako żywo nie mam pojęcia.

Jeśli przewodniczący Janusz Śniadek jest innego zdania, powinien to jasno wyartykułować i przekonująco uzasadnić, żeby odrzucić podejrzenia o sprzyjanie partyjnym partykularyzmom, zamiast walki o uniwersalne prawa społeczne.

Związki mogą być polityczne
Wiąże się z tym jeszcze jeden problem z polską debata publiczną i życiem społecznym po ’89 r. Śledząc obecne dyskusje na temat „Solidarności”, można odnieść wrażenie, że wielu komentatorów kwestionuje nie tylko treść politycznego zaangażowania tego związku, ale sam fakt jego współudziału w polityce. Kryje się w tym nieporozumienie, dość zaskakujące w obliczu faktu, że to na bazie struktur związkowych dokonano największego przełomu w najnowszej historii Polski i całego regionu. Tymczasem w wielu krajach, nie mających podobnej historii za sobą, zinstytucjonalizowane, ale pozaparlamentarne reprezentacje ludzi pracy stanowią istotną siłę współkształtującą politykę gospodarczą i społeczną państwa. Tak dzieje się np. krajach skandynawskich. Jak zauważył dr Rafał Chwedoruk, gdyby związki unikały wszelkiego umocowania politycznego, byłyby bezradne.

U nas natomiast próbuje się podważyć zasadność takiego mechanizmu budowania ładu społecznego. A szkoda. Aktualne postulaty głównych związków zawodowych, które w tym wypadku mówią jednym głosem, odnoszą się bowiem do sytuacji ludzi pracy jako całości, a pośrednio – do funkcjonowania całej wspólnoty i sytuacji bytowej jej poszczególnych członków, niezależnie od tego, czy głosują na SLD, PiS czy PO. Spór dotyczy – a właściwie powinien dotyczyć, gdyby nie był zaciemniany – praw socjalnych, ich rozumienia i możliwości realizacji. Chyba najwyższy czas zacząć na niego patrzeć w ten właśnie sposób.

Rafał Bakalarczyk

Oddajcie parki narodowi!

Oddajcie parki narodowi!

W połowie sierpnia ruszyła zbiórka podpisów pod obywatelskim projektem ustawy zmieniającej przepisy dotyczące ochrony przyrody. Aktualne zapisy Ustawy o ochronie przyrody dają władzom lokalnym prawo blokowania powstania lub rozszerzenia parków narodowych oraz pozwalają na ingerencje w ich plany ochrony. O rozwiązaniach postulowanych przez społeczników działających na rzecz ochrony dzikiej przyrody rozmawiamy z Radkiem Szymczukiem z Pracowni na rzecz Wszystkich Istot, zastępcą pełnomocnika Obywatelskiego Komitetu Inicjatywy Ustawodawczej.

* * *

Skąd wziął się impuls do rozpoczęcia inicjatywy ustawodawczej?
Radek Szymczuk: Od 2001 r. nie powstał żaden nowy park narodowy, mimo iż mamy w Polsce jeszcze kilka unikatowych, bezcennych terenów, które na to zasługują – fragmenty Jury Krakowsko-Częstochowskiej, Krainy Wielkich Jezior Mazurskich oraz Pogórza Przemyskiego. Starania o powiększenie istniejących parków również nie przynoszą rezultatów, czego najbardziej jaskrawym przykładem są wysiłki w kierunku pełnej ochrony Puszczy Białowieskiej, trwające bez mała dwie dekady. Również ostatnie zabiegi, zapoczątkowane przez prof. Macieja Nowickiego, poprzedniego ministra środowiska, nie przyniosły oczekiwanych efektów. Przyczyną są obowiązujące przepisy, dające samorządom prawo weta w takich przypadkach. Kolejne ustawy o ochronie przyrody od 2001 r. gwarantują samorządom to, że aby poszerzyć park narodowy lub utworzyć nowy, wymagana jest zgoda wszystkich gmin, na terenie których znajdują się tereny planowane do objęcia ochroną. W konsekwencji, bez racjonalnej przyczyny samorząd może zablokować włączenie do parku narodowego terenów należących do skarbu państwa, czyli całego społeczeństwa. Zmiana tej możliwości stała się dla nas punktem wyjścia do dalszego działania. Inicjatorami były organizacje ekologiczne, społecznicy, przyrodnicy i naukowcy.

Co zawiera Wasz projekt?
R. Sz.: Zakłada on dwie kluczowe zmiany. Pierwsza dotyczy sformułowania, że gminy muszą wyrazić zgodę na poszerzenie czy utworzenie parku: chcemy zastąpić ten wymóg obowiązkiem uzyskania opinii samorządów. Pilnej korekty wymaga także regulacja prawna dająca możliwość odwoływania dyrektorów parków bez podania przyczyny. To rozwiązanie paraliżuje ich pracę, co więcej – daje możliwość nacisków na dyrektorów, by podejmowali decyzje sprzeczne z interesem ochrony przyrody. Obecnie dyrektorzy parków narodowych są powoływani przy udziale Państwowej Rady Ochrony Przyrody, dlatego decyzje o ich odwołaniu powinny być z nią konsultowane. Zapis o konieczności uzasadnienia dymisji zmniejsza ryzyko podejmowania decyzji pochopnych, jak to miało miejsce w listopadzie 2009 r. przy odwołaniu dyrektor Białowieskiego Parku Narodowego, zwolenniczki ochrony całej Puszczy Białowieskiej, Małgorzaty Karaś. Na jej miejsce mianowano nowego dyrektora, którego zadaniem jest łagodzenie relacji z samorządowcami i leśnikami.
Zaproponowane przez nas rozwiązania nie powodują dodatkowego obciążenia dla budżetu państwa ani budżetów jednostek samorządu terytorialnego. Nie mają też wpływu na rynek pracy. Pomimo większej liczby koniecznych poprawek, zdecydowaliśmy się do projektu wpisać tylko te dwie, gdyż duża liczba proponowanych zmian zwiększa ryzyko odrzucenia projektu.

Jakie inne problemy z ochroną przyrody parków narodowych wymagają pilnego rozwiązania?
R. Sz.: Parki narodowe są najważniejszą formą ochrony dziedzictwa przyrodniczego, jednak obecnie często funkcjonują jak duże nadleśnictwa (zdarza się nawet, że wycinają więcej drzew niż pobliskie leśnictwa). Problem wynika z braku pieniędzy, ale nie tylko. Parkami zarządzają głównie leśnicy, oni też stanowią trzon ich pracowników.
W parkach narodowych wyróżnia się trzy strefy ochrony: ścisłej, częściowej i krajobrazowej. Pracownia na rzecz Wszystkich Istot wychodzi z założenia, że na ich terenie powinno występować jak najwięcej stref ochrony ścisłej, które rzeczywiście służą ochronie przyrody. Jest ich jednak niewiele i ograniczają się do najcenniejszych przyrodniczo miejsc. Tymczasem w parkach dominują obszary ochrony częściowej lub krajobrazowej, na których możliwość ingerencji człowieka w przyrodę jest znacząca. Nie powstanie tam co prawda fabryka, ale już infrastruktura sportowa, po uzyskaniu pozwolenia ministerstwa środowiska, jest dopuszczalna. Taka sytuacja istnieje obecnie w Karkonoskim Paku Narodowym, gdzie powstała nowa kolejka linowa na Szrenicę oraz poszerzono istniejące tam nartostrady.
Kolejną karygodną praktyką są polowania. Co prawda na terenie parków narodowych są one oficjalnie zabronione, jednak w ich otulinach, tuż przy granicy parków – są dopuszczalne. Przykładowo, do niedawna w Puszczy Białowieskiej mieliśmy kilkanaście ambon, przy samej granicy parku! W parkach mają natomiast miejsce odstrzały redukcyjne, które de facto są polowaniami, ale dla wybrańców. To patologia, którą ciężko zmienić.

Aby projekt trafił pod obrady Parlamentu, konieczne jest zebranie pod nim stu tysięcy podpisów. Jaki jest odzew społeczny na akcję?
R. Sz.: O przeforsowanie tej propozycji walczą najważniejsze polskie organizacje zajmujące się ochroną przyrody, m.in. Pracownia na rzecz Wszystkich Istot, z którą współpracuję, Klub Przyrodników, PTOP Salamandra, Ogólnopolskie Towarzystwo Ochrony Ptaków, WWF, Greenpeace, Fundacja „Dzika Polska”, a także organizacje działające w regionach, jak Stowarzyszenie „Sadyba” z Mazur, Ruch Inicjatyw Społeczno-Ekologicznych „Przytulia” z Częstochowy czy Fundacja Dziedzictwa Przyrodniczego.
Choć akcja niedawno się rozpoczęła, zgłasza się wielu zainteresowanych współpracą. Ciężko na tę chwilę określić liczbę już zebranych podpisów. Przed nami dwa miesiące zbiórki, która potrwa do początku listopada. Jest to inicjatywa obywatelska, a tym samym jej siła tkwi w wolontariuszach, sympatykach idei ochrony przyrody z całej Polski. Wszystkich, którzy chcą się włączyć w nasze działania, zachęcam do wejścia na stronę internetową Pracowni na rzecz Wszystkich Istot, gdzie można znaleźć wszelkie informacje o inicjatywie i formularz do zbiórki podpisów, a także do kontaktu (606 932 591, radek@pracownia.org.pl).

Rozmawiała Marlena Wajszczyk, Bystra, 9 września 2010 r.

Wy, albo Moc okrzepła

Jego bohaterem jest robotnik stoczniowy o nazwisku Ufnal, „zwykły robol” wedle pewnej nomenklatury. Wegetuje wraz z rodziną, łatwo nim manipulować, gdyż jest podatny na propagandę, myśli i mówi nowomową, którą traktuje jako coś naturalnego, w co się wżył, czego jest poślednią częścią.

O sobie mówi:

Nie mogę narzekać. Zbudowany jestem w wysokim stopniu topornie, jako narzędzie pracy jestem wydajny i mam szerokie zastosowanie. Jako prawdomówca dodaję od razu, że po wypadku, jakim mnie niedobry los pokarał w pierwszych dniach pracy w stoczni sławnej imieniem W. Lenina w charakterze rdzacza, moja prawa strona jest bardziej wydajna niż druga. Co przy porównaniu z pracownikami, których przy tym samym wypadku zwęgliło bez reszty, był czysty śmiech. Owszem, daje znać o sobie rwaniem czy sztywnieniem albo nawet opuchnięciem przetrąconej nogi, tak że muszę dawać jej odsapnąć, ale dzieje się to tylko po jakichś dwudziestu, dwudziestu sześciu godzinach nieprzerwanych prac ukończeniowych. Kiedy to za pośrednictwem czynu rzucamy całemu światu bezlitosne wyzwanie.

Teraz, kiedy już jestem urządzony z rodziną w wozie o byłym zastosowaniu cyrkowym, muszę się zgodzić, że przechodziłem koleje losu. W poprzedniej działalności rolniczo-hodowlanej, jako osoba pozbawiona partyjności, padałem ofiarą nieludzkich stosunków i wyzysku ze strony tłumiciela i dławiciela księgowego, przynależnego z prezesem do kliki zmownej, który do tego drastycznie obchodził się z moją żoną, tak że aż musiała zemrzeć, żeby się od niej odczepił.

Nie będę tu szczegółowo opisywał kolei losu Ufnala, który m.in. staje się mimowolnym kapusiem, gdy obiecują mu mieszkanie w bloku zamiast barakowozu, a później z tym zrywa; grożą mu sankcje, łącznie z utratą pracy. Na utrzymaniu ma dwójkę dzieci i starych rodziców. Jest świadkiem podpisania porozumień sierpniowych. Na koniec relacjonuje:

Okularnica, niedużo widząc przez zalane łzami okulary, ucieszyła się, że jestem, a nawet pocałowała mnie w policzek, tak że aż opuściłem od zadawnionego wstydu głowę. Ale ona mnie tylko pogłaskała ze słowami: – Nic się, synku, nie przejmuj.

/…/ Wolno wylałem się na ulicę przez bramę, koło której kręciła się już regularna straż przemysłowa. Dookoła huczała szczęśliwie ulica, a ja szedłem zatopiony w myślach, aż koło mnie raz i drugi zatrąbił samochód Fiat Polski. Patrzę, a ze środka wychyla się, machając do mnie zaciśniętą chyba na znak solidarności pięścią, Przełożony Wysokiego Towarzysza. /…/

Dalej to już trudno opisać, w każdym razie z naszego odpucowanego i przybranego zieloną trawą na kolor nadziei wozu wysypała się rodzina – trzylatek, pięciolatek, matka, do tego stopnia, że nawet wylazł dziadek i ojciec wychylił się z głową. Matka gotowała rzepę na obiad i żałowała, że nie ustawiła się po chleb, ale i tak ze wzruszenia nikt by na pewno nic nie zjadł. A ja wyciągnąłem się najpierw wygodnie na skrzyni w otoczeniu najbliższych, myśląc że po pierwsze, w szerokim planie nie można całkiem na pewno wykluczyć, że rząd dotrzyma tego, co podpisał, że w tym roku to już na pewno będzie czym w mrozy palić, dostanę nie cztery, nie pięć, ale najmniej siedem drewnianych skrzynek, a w ogóle do zimy jeszcze daleko, zresztą, kto wie, może mieć łagodny przebieg.

Następnie poszedłem na miejsce, gdzie była pochowana kicia, a potem już osobiście na grób półtoraroczniaka, gdzie najpierw pomodliłem się żarliwie, dodając: – Widzisz, synku, teraz to już chyba jakoś pójdzie.

Dziś Ufnal powinien mieć około sześćdziesięciu, siedemdziesięciu lat. Nie wiadomo, co działo się z nim w stanie wojennym i później; czy spotykał się w pracy z Okularnicą, która musiała dopracować do emerytury, czy widywał ją później. Czy i jemu po latach, jak jej, brakowało na leki. A może nie wytrzymał, zaczął pić, z barakowozu przeniósł się żebrać na ulicę i zmarł gdzieś tam, na jakimś dworcu kolejowym, we Wrzeszczu może, może w Gdyni lub Gdańsku, albo skończył w przytulisku dla bezdomnych, na przykład w Przegalinie. A może wprost przeciwnie, powodzi mu się teraz całkiem nieźle; może, choć schorowany, z pogodnym sercem prowadzi wnuki na spacery i tęskni za robotą w stoczni, za robotą w charakterze rdzacza. I może nawet, jak mu się zbierze na narzekanie, gada że za komuny było lepiej. Albo zaciął się w sobie, nic już nie mówi, pogrążony w myślach chodzi na groby i starymi palcami, ledwo się schylając w bólu, zapala tanie znicze. Nie wiem też, za kim lub przeciw komu jest i co sądzi o Henryce Krzywonos, a co o Wąsaczu, kryptonim „Bolek”, co o doradcach, o stanie stoczni. Nieważne to zresztą, mało ważne. Kogo obchodzi jakiś tam Ufnal.

Opowiadanie Głowackiego ukazało się w PRL w drugim obiegu. Powstało m.in. na podstawie niezrealizowanej noweli filmowej, którą autor napisał wespół z Michałem Mońko. Przeczytałem je po raz pierwszy – zadziwiony, spod czyjego wyszło pióra – chyba w 1997 r., gdy nakładem „Świata Książki” wydano zbiór opowiadań Głowackiego „Rose Café i inne opowieści”.

Dziś jest świetna okazja, by sobie ten tekst przypomnieć. Na naszym rynku wydawniczym ukazuje się właśnie Kanon Literatury Podziemnej: w 20. rocznicę historycznej daty 1989 Oficyna Wydawnicza Volumen i wydawnictwo Bellona we współpracy z Europejskim Centrum Solidarności, Narodowym Centrum Kultury, Radą Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa oraz Stowarzyszeniem Pokolenie przedstawiają kolekcję książek nazwaną Kanonem Literatury Podziemnej. Celem przedsięwzięcia jest pokazanie wielkiego wkładu podziemnego ruchu wydawniczego w polską kulturę – utrwalenie w świadomości współczesnego pokolenia obrazu tzw. drugiego obiegu wydawniczego lat 1976-1989 jako przestrzeni, w której działali najlepsi z najlepszych pisarze, poeci, dziennikarze. Lista książek jest tak dobrana, aby obraz ten był obrazem wolnej wspólnoty poszukiwań i sporów, swobodnej umysłowo i zróżnicowanej estetycznie, aby zawierał i reprezentował wszystkie lub prawie wszystkie główne gatunki literackie, aby pokazywał wielkie bogactwo duchowe pozaoficjalnego życia tamtej epoki. Za kryterium formalne wydawcy przyjęli fakt pierwszego wydania dzieła w drugim obiegu; czyli na Kanon składają się książki wybrane spośród tych, które w drugim obiegu miały swoją premierę, które nieprędko ujrzałyby światło dzienne albo i wcale, a być może nie zostałyby napisane, gdyby nie powstała fenomenalna przestrzeń wolnego słowa, jaką stworzył niezależny ruch wydawniczy – zjawisko niespotykane na skalę światową. Komunistyczna reglamentacja obowiązywała nie tylko w sklepach spożywczych, ale i w księgarniach. Niektóre produkty literackie były po prostu nie do kupienia. Dodam, że na publikację książek w tej serii nie zgodzili się wdowa po Zbigniewie Herbercie i Adam Michnik. A cały wykaz publikacji znajdziecie tutaj.

Nie idzie mi jednak przede wszystkim o literaturę. Opowiadanie Głowackiego raz jeszcze pozwala sobie uświadomić, sprzeciwem wobec jakiego syfu była „Solidarność”. Warto, żeby o tym pamiętali i co bardziej naiwni lewacy oraz sympatycy „komunistycznego patrioty”: dlaczego, w czyim imieniu, w reakcji na co ludzie zbuntowali się. Dlaczego wybuchały strajki, rozruchy, dlaczego dochodziło do masowych wystąpień na ulicach. Skąd brały się czołgi i zabici. Skąd pytanie: „za czym kolejka ta stoi?”. Czego chcieli ludzie: poszanowania swojej pracy, uznania godności, normalnych słów, oraz – cóż w tym złego? – poprawy warunków bytu. I chcieli też tego banalnego „lepszego jutra”, jeśli już nie dla siebie, to dla swoich dzieci.

I dlatego jest mi dziś wstyd, gdy obserwuję swary wokół „Solidarności”. Gdy widzę jej ludzi, obrosłych władzą i wpływami, którzy upodobnili się do Przełożonego Wysokiego Towarzysza i mają dziś pięść zaciśniętą (na znak solidarności, oczywiście). I patrząc na Was teraz myślę ze smutkiem, chyba podobnie jak myśleli przed trzydziestu laty moi Rodzice, patrząc na ludzi tamtej władzy: kim Wy właściwie jesteście? Co z Was za ludzie?

Wy jesteście Moc, która znów okrzepła? Co się z Wami stało? Kim Wy jesteście, do cholery?

VAT to zły wynalazek

VAT to zły wynalazek

1 stycznia 2011 r. wchodzi w życie nowa ustawa o podatku VAT. O komentarz poprosiliśmy prof. UW, dr hab. Jerzego Żyżyńskiego z Zakładu Gospodarki Publicznej Wydziału Zarządzania Uniwersytetu Warszawskiego.

* * *

Co nowe przepisy podatkowe oznaczają dla społeczeństwa?
Jerzy Żyżyński: Wzrost kosztów utrzymania „szarego obywatela”. Przede wszystkim, jak oszacowałem, od kilkunastu do kilkudziesięciu złotych wzrosną miesięczne wydatki na podstawowe zakupy; oczywiście jak ktoś kupuje coś szczególnego – pralkę, lodówkę czy samochód – wzrost kosztów będzie jeszcze większy. W związku ze wzrostem cen ludziom zostanie mniej pieniędzy na inne wydatki, co negatywnie odbije się na koniunkturze gospodarczej. Podatek VAT jest w ogóle szkodliwym rodzajem opodatkowania, wbrew temu, co czasami twierdzą laicy, którzy proponują, żeby wyższymi podatkami pośrednimi objąć konsumpcję, bo wtedy, jak powiadają, więcej pieniędzy zostanie na inwestycje. To jest oczywiście bzdura, dlatego że jak się opodatkowuje konsumpcję, to zmniejsza się sprzedaż, a jak jest mniejsza sprzedaż, to przedsiębiorcy nie mają motywacji do inwestowania. Warto tu przypomnieć, że w niektórych przypadkach zwiększenie wpływów budżetowych może być wynikiem obniżki, a nie wzrostu podatków, gdyż wtedy rośnie sprzedaż i w rezultacie zwiększają się dochody sprzedawców i producentów.
Wydaje się, że najlepiej by było, gdyby państwo pozyskało dodatkowe dochody przez ściągnięcie pieniędzy od tych, którzy mają znaczną nadwyżkę dochodów w stosunku do swych wydatków; to by nie szkodziło koniunkturze, ale z drugiej strony zniechęcałoby ich do oszczędzania. Ale oczywiście nie ma takiej możliwości, państwo dla pozyskania dochodów musi opodatkować wszystkich obywateli, szukając pewnego optimum, równowagi w obciążaniu różnych grup podatników. Natomiast w sytuacji kryzysowej, kiedy trzeba pobudzać gospodarkę, obciążanie siły nabywczej zwykłych ludzi jest niepożądane, gdyż jest szkodliwe dla koniunktury. Ale trzeba przyznać, że ten błąd jest popełniany nie tylko u nas, w niektóry krajach opodatkowanie podatkami pośrednimi jest silnie lansowane przez grupy nacisku. Jeśli ktoś ma wysokie dochody, to podwyższenie podatku pośredniego specjalnie mu nie szkodzi, gdyż choć w pewnym stopniu obciąży jego wydatki, to nie wpłynie to na stopień zaspokojenia jego potrzeb, co najwyżej zmniejszy nieco jego nadwyżkę – ale nadal będzie miał tę nadwyżkę, czyli wykreuje oszczędności. Zdrowy system podatkowy ma natomiast charakter progresywny, tj. w większym stopniu obciąża bogatszych. Oczywiście to nie jest prawda, że po zwiększeniu progresji podatkowej obywatele będą uciekać ze swoimi dochodami za granicę, przeprowadzać się itd.
Warto zauważyć, że nasze podatki są stosunkowo niskie dla bogatych, ale wysokie dla biednych. I w gruncie rzeczy problem polega na tym, że Polacy generalnie mają bardzo niskie dochody. Obecnie mamy dwie stawki PIT, 18% oraz 32%, a granicą między nimi jest miesięczny dochód w wysokości 7127 zł. Ale tę pierwszą stawkę w 2009 r. płaciło aż 98,4% podatników, a ich średni dochód brutto po odliczeniu składek na ubezpieczenia społeczne wynosił niecałe 1700 zł miesięcznie. Tylko 1,6% podatników weszło w drugą stawkę, to znaczy od kwoty następnych dochodów ponad 7127 zł miesięcznie zapłacili podatek 32%. Znaczna część osób z pierwszej grupy podatkowej to ludzie tak biedni, że prawie wszystko wydają na bieżącą, niezbędną konsumpcję, dlatego gdy wzrasta podatek VAT, to są w stanie zaspokoić mniejszą część swoich podstawowych potrzeb.
Ale należy zdawać sobie sprawę z tego, że opowiadanie, że poprzez płacenie podatków społeczeństwo jako całość – traci, jest bardzo mylące, gdyż w skali ogólnej podatki to nie zabieranie, ale transfer pieniędzy. Państwo od jednych bierze część dochodów, ale innym – olbrzymiej rzeszy zatrudnionych w tzw. sferze budżetowej – płaci wynagrodzenia z tych pieniędzy. Tyle, że jeśli dzieje się to kosztem wydatków konsumpcyjnych znacznej części podatników, to cierpi na tym koniunktura.
Najlepiej by było szukać dodatkowych pieniędzy tam, gdzie są one jakby nieczynne gospodarczo, a takich miejsc w gospodarce jest wiele. Istnieje mnóstwo słabo uzasadnionych przywilejów podatkowych. Nie chodzi tutaj o ulgi, które mogą spełniać bardzo ważną rolę gospodarczą, bo uelastyczniają gospodarkę, sprzyjają pewnym decyzjom ekonomicznym korzystnym dla niej. Chodzi tu zwłaszcza o przywileje dla zagranicznych inwestorów, które nie służą naszej gospodarce, ale jedynie zwiększają ich zyski, transferowane następnie za granicę. Zauważmy, że jeśli jakieś korzystne ulgi czy nawet przywileje podatkowe uzyskuje podmiot rodzimy, wydający pieniądze w kraju – to środki te wracają do gospodarki, a jeśli podmiot zagraniczny, to odpływają za granicę. Dlatego korzyści podatkowe dla podmiotów zagranicznych muszą być dobrze skalkulowane, by było jasne, że gospodarka ostatecznie w jakiejś innej formie na tym zyskuje.

Czy oprócz budżetu państwa ktoś skorzysta na podniesieniu podatku VAT?
J. Ż.: Zapewne zwolnieni z tego podatku, bo to zwiększy ich konkurencyjność, oraz szara strefa. Wysoki poziom VAT-u stwarza silną pokusę unikania opodatkowania, sprzyja rozwijaniu szarej strefy, dlatego ten podatek uważam za szkodliwy. To przecież oczywiste: jeśli ktoś może zapłacić za usługę 1000 bądź 1230 zł, zawsze wybierze tę pierwszą możliwość. Amerykański podatek od sprzedaży, zróżnicowany w zależności od stanu i produktu (ma on bowiem charakter lokalny), wynosi do 10% (zwykle 3-7%), to ludzie go tak bardzo nie unikają, bo nie powoduje wielkiej różnicy w płaconej cenie (pozostając przy naszym przykładzie: wzrost ceny z powodu podatku z 1000 do 1070 nie jest aż tak odczuwalny). Zwolennicy podatku VAT kompletnie tego nie rozumieją. Innymi słowy, sam VAT nie byłby takim problemem, gdyby nie był tak wysoki; myślę, że pomysłodawcy tego podatku nie przypuszczali, że osiągnie on takie, można by powiedzieć, monstrualne rozmiary: w niektórych krajach sięga 25%. Oczywiście gdyby był niski, to nie dawałby tak dużych wpływów budżetowych (VAT to ponad połowa wpływów podatkowych). Uważam, że lepszym rozwiązaniem jest podatek od sprzedaży, gdzie nie ma odliczeń, co upraszcza system i eliminuje pokusy nadużyć (istotą podatku VAT jest to, że na pośrednich etapach można odliczyć podatek naliczony, co oznacza, że podatnik dostaje zwrot znacznych kwot VAT-u od dóbr i usług stanowiących jego koszty – ale dotyczy to tylko przedsiębiorców, którzy są płatnikami VAT-u, czyli do cen sprzedawanych przez siebie dóbr czy usług mogą doliczać VAT). VAT to zły wynalazek, a podwyższając to, co złe, dodatkowo pogarsza się sytuację.
Na podwyżce stracą nie tylko zwykli konsumenci (tzw. ludzie pracy), ale ostatecznie także przedsiębiorcy, bo im mniejszy będzie popyt, tym mniej zarobią. W relatywnie lepszej sytuacji są bogatsi obywatele, bo oni znacznie mniejszą część dochodów przeznaczają na zaspokajanie swych potrzeb – w ekonomii nazywa się to malejącą w funkcji dochodów stopą konsumpcji. Jak się zwiększa obciążenie zwykłych ludzi, to nie zwiększa się go dla bogatych – w tym sensie bogaci korzystają. Tymczasem państwo powinno obciążyć kosztami kryzysu właśnie najbogatszych, bo to oni mają nadwyżki i mogą z powodzeniem część oddać. We wszystkich krajach rozwiniętych istnieje progresywny system podatkowy, ze stawkami sięgającymi w niektórych z nich nawet 50%.

Dlaczego został podniesiony właśnie podatek konsumpcyjny, a nie dochodowy czy akcyza?
J. Ż.: Akcyza też jest podatkiem konsumpcyjnym, tylko obejmującym określone produkty i inaczej niż VAT. Z jej wysokością też nie można „przeholować”.
Moim zdaniem dobrym rozwiązaniem byłby powrót do poprzednich stawek podatku dochodowego, tj. przywrócenie trzeciego progu, zlikwidowanego przez PiS i prof. Zytę Gilowską – w czasach dobrej koniunktury. Warto wręcz wrócić do propozycji, by stworzyć dodatkowy, czwarty próg podatkowy, od zarobków przekraczających 50 tys. zł miesięcznie: najbogatsi oddawaliby na rzecz społeczeństwa 50% nadwyżki od tej kwoty. Stać ich przecież na to, ale taka progresja ma sens tylko wtedy, gdy istnieją ulgi podatkowe na określone inwestycje czy na specyficzne potrzeby, które także bogaci mają prawo zaspokoić (np. mieszkaniowe, czy inwestycyjne). Państwo nie powinno żyć kosztem podstawowych potrzeb zarówno bogatych, jak i biednych – i od tego są właśnie ulgi podatkowe, co niestety nie wszyscy rozumieją, stąd głosy za likwidacją ulg. Polecam tutaj lekturę mojej książki pt. „Budżet i polityka podatkowa”.

Rząd broni się, że podniesienie stawek podatku VAT jest jedynym sposobem na załatanie dziury budżetowej, poza cięciem wydatków publicznych.
J. Ż.: Jestem przeciwny obniżaniu wydatków, gdyż państwo i tak już żyje na krańcach swoich możliwości. Przeciwnie, jego wydatki – na naukę, oświatę, ochronę zdrowia, obronę narodową – powinno się wyraźnie zwiększyć.
Państwo ma swój zakres odpowiedzialności, od której nie może uciekać, a by ją właściwie wypełniać, musi być na odpowiednim poziomie sfinansowane. Media podały niedawno, że polscy żołnierze ciężko ranni w Afganistanie mają zasiłki uwłaczające wszelkiej godności. Państwo, które wysłało ich na wojnę, na której zostali okaleczeni, powinno im dać solidną rentę – czy go na to nie stać? Nieprawda, że państwa na to nie stać, bo tych żołnierzy jest bodaj kilkudziesięciu – jest to kwestia woli i elementarnej uczciwości wobec tych ludzi. Niestety, naszym krajem rządzą ludzie nie dostrzegający znaczenia, jakie dla stabilności społecznej i rozwoju w długim okresie ma ustanowienie pewnych wydatków na wyraźnie wyższym poziomie. I trzeba to wyraźnie powiedzieć. Dla przykładu, powiem z mojego podwórka, jeżeli profesor polskiego uniwersytetu zarabia 10 razy mniej niż jego kolega w Wielkiej Brytanii, podczas gdy nasz PKB na głowę mieszkańca jest „tylko” dwa razy mniejszy niż brytyjski, to chyba coś tu nie gra. A efektem jest degradacja polskiej nauki, która traci potencjał twórczy, a naukowcy zamiast tworzeniem – zajmują się odtwarzaniem zachodniego dorobku. Tracimy ważny czynnik rozwojowy, stając się prowincją, zaściankowym peryferium zdolnym tylko do kopiowania. Przypominają się słowa wieszcza: „Polska papugą narodów”…
Trzeba obywatelom jasno powiedzieć, że państwo musi istnieć i że trzeba na nie płacić podatki, jeśli ma dobrze funkcjonować. Jak jest mało pieniędzy, zaczyna się o nie walka, która staje się źródłem różnego rodzaju patologii i w gruncie rzeczy marnotrawstwa, bo za patologią zawsze idzie marnotrawstwo. Te patologie i marnotrawstwa nagłaśnia się i stają się one źródłem niechęci wobec własnego państwa, a to bardzo źle, bo w efekcie podkopujemy fundament naszej wolności i niezależności (względnej niezależności, ale i taka jest ważna). System podatkowy funkcjonował w miarę nieźle jeszcze w latach 1995-97 (choć miał pewne wady, jak sławetne ulgi z tytułu darowizn), ale co charakterystyczne wtedy przy ogólnie wyższych podatkach, gospodarka nieźle się rozwijała. System zaczął psuć wicepremier i minister finansów Leszek Balcerowicz z ekipą swoich młodych, mało kompetentnych a bardzo zarozumiałych współpracowników. Teraz trzeba zrekonstruować system, pewne rzeczy przeliczyć i zbudować go w całości od nowa – łatanie i naprawianie tego, co jest, będzie znacznie trudniejsze, a praktycznie jest niemożliwe. Niestety, będzie to niezmiernie wymagające zadanie i nie wiem, czy ktoś by się tego podjął. Może prof. Witold Modzelewski, wybitny fachowiec, z którego opinią, że system potrzebuje radykalnej przebudowy, ponownego przepracowania, całkowicie się zgadzam?

Rozmawiała Maria Wierzbowska, 27 sierpnia 2010 r.

Słaby puls biznesu

Ponad połowa spośród 12 marek wskazanych przez czytelników „Pulsu Biznesu” jako powód do narodowej dumy należy do ponadnarodowych korporacji.

Sześciu laureatów plebiscytu to napoje alkoholowe, wiodące marki na rynku krajowym i/lub eksportowym; wszystkie przejęte przez międzynarodowe podmioty gospodarcze (jeden wytwarza swój produkt także w zakładach poza Polską). Dużym uznaniem cieszy się również marka E. Wedel, obecnie w posiadaniu… japońsko-koreańskim. Pierwsza firma, która szczyci się wyłącznie rodzimym (i rodzinnym) kapitałem, to producent autobusów z Bolechowa, Solaris, który zajął w rankingu 4. miejsce. Na pozycji 8. znalazł się Ludwik, płyn do mycia naczyń, którego wytwórca na swojej stronie internetowej również chwali się w pełni polskim właścicielstwem. Na liście znalazły się ponadto koszule Vistuli i Wólczanki, należące do polskiej grupy kapitałowej, i dwie firmy o własności rodzinnej (Melex i Dr Irena Eris).

Wyniki internetowej zabawy dziennika pozwalają uchwycić powszechny sposób postrzegania rzeczywistości: coś, co zawsze było wytwarzane w kraju – jest polskie, nawet jeśli producentem jest obcy podmiot, wyprowadzający wypracowany zysk za granicę (w dwudziestoleciu międzywojennym Austriacy stosowali podobne metody produkując na nasz rynek kosy „Kosynier”). Wielu rodaków kupując produkty opatrzone tradycyjnymi polskimi znakami towarowymi nawet nie wie, że przyczynia się do drenażu ekonomicznego własnego kraju. Inna rzecz, że często niełatwo o alternatywę, np. rynek napojów alkoholowych czy słodyczy zostały niemal w całości zdominowane przez obcy kapitał.

Jeśli spojrzymy na ranking z szerszej perspektywy, uderza fakt, że wśród marek, które wygrały „casting”, tylko trzy reprezentują innowacyjne, a więc perspektywiczne dziedziny przemysłu. Jak określił to na łamach „Obywatela” dr hab. Andrzej Karpiński, dominuje u nas przemysł „dymiący”, ustępujący z państw rozwiniętych, natomiast produkcja w branżach nowoczesnych stanowi 0,1-1,7% produkcji „starej” Unii, podczas gdy ludność Polski stanowi ponad 10% ludności Piętnastki. Sytuacja pod tym względem znacznie pogorszyła się w ciągu dwudziestu lat transformacji, zwłaszcza że powyższe, nikłe procenty w ogromnej części dotyczą montowni. To spuścizna przyjętego modelu prywatyzacji, ale i braku aktywnej polityki przemysłowej państwa. Wysokorozwinięte kraje zachodnie aktywnie wspierają swoje przemysły, pompując duże ilości pieniędzy w badania naukowe istotne dla rozwoju poszczególnych branż, podczas gdy u nas zdarzają się co najwyżej nakłady na „twardą” infrastrukturę. Skutki najlepiej obrazuje przykład przemysłu okrętowego. Niedozwolona pomoc publiczna okazała się gwoździem do trumny dla części naszych stoczni (choć rząd miał szersze pole manewru – pisaliśmy o tym w nr 46), podczas gdy Niemcy na swoje okrętownictwo przeznaczali znacznie większe kwoty, podnosząc jednocześnie jego konkurencyjność.

Dominujące w strukturze naszego przemysłu dziedziny opierają się o proste przetwórstwo i zaspokajają najbardziej podstawowe potrzeby. To samo dotyczy naszego eksportu, w którym królują produkty rolne i półfabrykaty. W medialnym szumie o rzekomej mocy polskiej gospodarki („odpornej na kryzys”) ginie alarmująca informacja, że udział importu w sprzedaży krajowej sięga 54%, podczas gdy udział produkcji wytworzonej w kraju (łącznie z firmami zagranicznymi) tylko 46%. Co gorsza, dominuje tendencja, by w ramach branż schyłkowych walczyć z zagraniczną konkurencją za pomocą niskich cen. Problem w tym, że wschodniej taniochy i tak nie przebijemy, a zbijanie kosztów przez obniżanie płac pomniejsza siłę nabywczą pracowników, będącą siłą napędową gospodarki, przez co wpadamy w błędne koło niedorozwoju.

Jeśli zrobimy solidny gospodarczy rachunek sumienia, okaże się, że de facto jesteśmy krajem półkolonialnym: sprzedajemy surowce i półprodukty, natomiast dobra wysokoprzetworzone i luksusowe sprowadzamy z zagranicy. Bezpośrednio po odzyskaniu niepodległości, choć kraj był w totalnej ruinie, inwestowano w rozwój rodzimej wytwórczości – początkowo na zagranicznych licencjach, a następnie we własne konstrukcje, co najlepiej widać na przykładzie przemysłu zbrojeniowego. Ostatnie przedwojenne polskie czołgi, samoloty czy karabiny były nowoczesne, bardzo dobrej jakości, a przy tym zaprojektowane i wykonane w kraju. Dziś, w bez porównania bardziej sprzyjających warunkach historycznych, gdy mowa o rozwoju przemysłu, najczęściej chodzi o żebraninę u zagranicznych inwestorów o wybudowanie u nas ich montowni. „Stymulowanie rozwoju gospodarki” ogranicza się do kolejnych zwolnień podatkowych dla najlepiej sytuowanych, liberalizacji prawa pracy i utrzymywania niskiej płacy minimalnej, natomiast rozwój nauki sprowadzono do zwiększania „produkcji” studentów, opuszczających akademickie mury z coraz mniejszą wiedzą.

Na „polską Nokię” będziemy musieli poczekać – na razie pozostaje nam prawie-piwo.

Konrad Malec

Sierpień, wzniosły Sierpień

Mamy zatem trzydziestą rocznicę Sierpnia. Ładna, okrągła data. Padają przy tej okazji ładne, okrągłe słowa.

Bodaj najważniejszym dokumentem Sierpnia ’80 jest 21 postulatów Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego ze Stoczni im. Lenina w Gdańsku. Szacowna pamiątka, która znalazła się na liście UNESCO „Pamięć świata”. Z dzisiejszej perspektywy, patrząc czysto formalnie, rzecz już kompletnie nieaktualna: żądania „wprowadzić na mięso i przetwory kartki – bony żywnościowe (do czasu opanowania sytuacji na rynku)” (postulat 13), czy „skrócić czas oczekiwania na mieszkania” (postulat 19) mają przecież charakter czysto dokumentalny.

Inne postulaty, jak choćby trzeci – „Przestrzegać zagwarantowaną w Konstytucji PRL wolność słowa, druku i publikacji, a tym samym nie represjonować niezależnych wydawnictw oraz udostępnić środki masowego przekazu dla przedstawicieli wszystkich wyznań” – także zdają się dziś kompletnie nieaktualne. Choć twórcy współczesnych „półkowników” i reprezentanci myśli i działań źle widzianych, albo niedostrzeganych przez mainstream mogliby w tej materii mieć inne zdanie.

Także w kwestii postulatów pierwszego i drugiego, odpowiednio „Akceptacja niezależnych od partii i pracodawców wolnych związków zawodowych, wynikająca z ratyfikowanej przez PRL Konwencji nr 87 Międzynarodowej Organizacji Pracy dotyczącej wolności związkowych” oraz „Zagwarantowanie prawa do strajku oraz bezpieczeństwa strajkującym i osobom wspomagającym”, wiele ciekawego do powiedzenia mogą mieć choćby pracownicy FIATA w Tychach i wielu innych, próbujących w swoich zakładach pracy zakładać związki zawodowe i bronić praw pracowniczych. Kłopot w tym, że o ile da się już dziś nawet w niektórych ekspozyturach mainstreamu dobrze mówić o Annie Walentynowicz, o tyle o związkach zawodowych i strajkujących wciąż wypada mówić źle, w neoliberalnej manierze. Chyba że są to pielęgniarki z „Białego Miasteczka” z czasów, gdy rządziło Prawo i Sprawiedliwość.

Postulat czwarty („Przywrócić do poprzednich praw: ludzi zwolnionych z pracy po strajkach w 1970 i 1976 r., studentów wydalonych z uczelni za przekonania, uwolnić wszystkich więźniów politycznych (w tym Edmunda Zadrożyńskiego, Jana Kozłowskiego, Marka Kozłowskiego), znieść represje za przekonania”) jest w zasadzie nieaktualny. Jeśli dziś zwolnią cię z pracy, bo bruździsz pracodawcy, to sam sobie jesteś winien i możesz szukać roboty gdzie indziej: „rynek ma zawsze rację”, a demokracja nie jest po to, „żeby każdy mógł gadać, co chce”. Nikt też nikogo nie represjonuje za przekonania. Co najwyżej przemilcza, a to spora różnica. A jeśli za przekonania trafisz przed sąd, jak Stanisław Remuszko czy Krzysztof Wyszkowski, to przecież jest to instytucja niezawisła, niezależna od wpływów politycznych czy środowiskowych, zaś atak na Adama Michnika – jak wykazał już sąd niepodległej III RP – „godzi w podstawy życia społecznego”, czyli idzie tu o praworządność.

Postulat piąty: „Podać w środkach masowego przekazu informację o utworzeniu się Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego oraz publikować jego żądania” – nieaktualny. Poza tym dziś obiektywne i bezstronne media rzetelnie informują o wszystkim, co dzieje się w Polsce. W dodatku, jeśli kogoś interesuje gospodarka i ekonomia, to może sobie poczytać „Gazetę Wyborczą”, albo „Rzeczpospolitą”, by zetknąć się z całym spektrum poglądów. Oczywiście, słusznych poglądów. Do tego raz po raz opublikują Ryszarda Bugaja, żeby było bardziej pluralistycznie.

Postulat szósty: „Podjąć realne działania mające na celu wyprowadzenie kraju z sytuacji kryzysowej poprzez:  podanie do publicznej wiadomości pełnej informacji o sytuacji społeczno-gospodarczej, umożliwienie wszystkim środowiskom i warstwom społecznym uczestniczenia w dyskusji nad programem reform”. Spełnione: otrzymujemy na co dzień pełne informacje o sytuacji społeczno-gospodarczej. Na przykład od niezależnych ekspertów z Centrum im. A. Smitha, regularnie pokazywanych w mediach. A debata publiczna nad zakresem, rodzajem, strategią planowanych reform? Ktoś wątpi w rzetelność dyskusji, jaka odbyła się kilka lat temu przy okazji wprowadzania systemu emerytalnego? W udział obywateli w życiu publicznym? No cóż, żadna z obywatelskich inicjatyw ustawodawczych nie została jak dotąd zrealizowana, ale naród mamy ciemny i niczemu tu nasze elity nie są winne. Należy im raczej współczuć, że męczyć się muszą z tak głupim społeczeństwem.

Postulat dwunasty: „ Wprowadzić zasady doboru kadry kierowniczej na zasadach kwalifikacji, a nie przynależności partyjnej oraz znieść przywileje MO, SB i aparatu partyjnego poprzez: zrównanie zasiłków rodzinnych, zlikwidowanie specjalnych sprzedaży, itp.”. No cóż, może mamy jeszcze jakieś niezdrowe przejawy kapitalizmu politycznego, może ktoś tam do kogoś nie wiedzieć czemu przychodzi, korytarze są pionowe i poziome, najlepsze ustawy robi się na cmentarzach, a lobbyści lubią je nie tylko jesienią, może raz po raz jakiś Staszek musi się sprawdzić w biznesie, może „teraz, kurwa, my!”, a później, k…, oni, ale generalnie nie ma powodów do narzekań. Przywileje MO, SB, aparatu partyjnego? Zaraz tam przywileje, emerytury po prostu. Aparatu partyjnego PZPR już zresztą nie ma, są biznesmeni, politycy, właściciele firm ochroniarskich, windykacyjnych, działacze sportowi. Czyli tu też pełna normalizacja.

Postulat czternasty: „Obniżyć wiek emerytalny dla kobiet do 50 lat a dla mężczyzn do lat 55 lub przepracowanie w PRL 30 lat dla kobiet i 35 lat dla mężczyzn bez względu na wiek”. Kochani, no tak się nie da, musicie pracować więcej. Naprawdę, musicie zrozumieć, trzeba raczej wydłużać wiek emerytalny, pracujecie wciąż za mało, drodzy rodacy. Zrozumcie, w skali globalnej rosną różnice między przeciętnym wynagrodzeniem a zyskami elity finansowej i tak być musi, a wy dla dobra wszystkich powinniście zacisnąć pasa i dłużej porobić na spłacanie kredytów. Taka to nowa konieczność dziejowa…

Reszta postulatów nieaktualna i nieciekawa, typowe narzekanie cholernych roszczeniowców i roboli, a że takich trzeba krótko, o tym powie wam każdy menedżer w najlepszym z możliwych systemów ekonomicznych. Nie po to przecież walczyliśmy o wolną i niepodległą Polskę, żeby przy okazji wzniosłej rocznicy psuć sobie humor kwestiami zabezpieczeń socjalnych, przestrzegania prawa pracy, niskimi pensjami, życiem na kredyt sporej części rodaków, albo emigracją zarobkową.

Mamy rocznicę Sierpnia. Ma być wzniośle. Aż do wymiotów. Wzniośle i nieprawdziwie. I tak już zostanie.

Pieniądze wyrzucane na śmietnik

Pieniądze wyrzucane na śmietnik

Polskie miasta powszechnie przymierzają się do budowy spalarni odpadów. O to, czy jest to dobre rozwiązanie, zapytaliśmy Jerzego Ziaję, prezesa Ogólnopolskiej Izby Gospodarczej Recyklingu.

* * *

W największych miastach Polski spalarnie były praktycznie jedyną technologią wziętą pod uwagę w ramach planów gospodarowania odpadami komunalnymi. Czy wybór tej właśnie technologii jest korzystny?
Jerzy Ziaja: Niestety nie. Spalarnie są ideą sprzed pięćdziesięciu lat. Powstające wówczas instalacje termicznego przekształcania odpadów komunalnych miały na celu wytwarzanie energii elektrycznej. Stosunkowo szybko okazało się jednak, że ten rodzaj odpadów nie posiada odpowiedniej kaloryczności, niezbędnej do efektywnej realizacji tego założenia. W konsekwencji dopalano je za pomocą gazu lub ciężkiego oleju (mazutu); otrzymywana w ten sposób energia była zamieniana na elektryczną i cieplną. W tamtym okresie nie mówiło się jeszcze głośno o ekologii i powstające w tym procesie spaliny nie stanowiły przeszkody. W Europie Zachodniej wiele osób spalało odpady w domach, podobnie jak dziś w Polsce. Dopiero po stwierdzeniu, że spaliny zawierają szkodliwe substancje, zaczęto się zastanawiać nad tym, jak je oczyścić. Aktualnie są one oczyszczane, czyli w znacznej mierze pozbawiane związków silnie trujących.

Tym niemniej, zgodnie z obecnie obowiązującą hierarchią postępowania z odpadami, technologia termicznego przekształcania odpadów komunalnych jest przedostatnia na liście, przed najbardziej uciążliwym ekologicznie składowaniem. Wynika to z faktu, że powietrza nie da się w pełni przefiltrować, a ponadto w trakcie spalania powstają odpady niebezpieczne – żwiry, żużle i pyły. Z danych Ogólnopolskiej Izby Gospodarczej Recyklingu wynika, że stanowią one ok. 30% masy odpadów poddanych procesowi spalania. Osobiście uważam, że powinniśmy zabronić spalania zmieszanych odpadów komunalnych. Z jednej strony kraje wysoko uprzemysłowione, których mieszkańcy wytwarzają w granicach 500 kg odpadów komunalnych w przeliczeniu na osobę rocznie, nie poradziłyby sobie bez ich spalania, z drugiej – mamy do czynienia z olbrzymim naciskiem lobby spalarniowego. Spalarnie to bardzo lukratywny biznes, dlatego nikt nie dopuści do tego, by go zlikwidować. Dla przykładu, dzisiejsze gminne wysypiska walczą o to, by mogły dalej składować odpady, ponieważ oznacza to dodatkowe wpływy do samorządowego budżetu. Podobnie jest w przypadku spalarni, które walczą o to, by mogły spalać odpady komunalne.

Instalacje termicznego przekształcania odpadów mają swoje wady, ale może chociaż umożliwią rozwiązanie problemu ich nadmiaru?
J. Z.: Nie. Przede wszystkim trzeba kłaść nacisk na niwelowanie przyczyn zjawiska, czyli zapobiegać wytwarzaniu odpadów. W wielu krajach Unii Europejskiej, by poradzić sobie ze skalą problemu, obciążono jego kosztami producentów wyrobów w opakowaniach, co jest zgodne z zasadą „zanieczyszczający płaci”. Wdrożenie tej zasady spowodowało, że selektywną zbiórkę i sortowanie zaczęli finansować producenci (faktycznie – konsument), a jeśli dany odpad posiadał tzw. wartość ujemną, jak np. niektóre opakowania po artykułach spożywczych lub opakowania wielomateriałowe – producent pokrywał również koszty recyklingu. To były lata 90. Dziś można ocenić efekty zastosowania tych rozwiązań. Z danych Europejskiego Urzędu Statystycznego wynika, że w krajach, gdzie faktycznie przeniesiono koszty zbiórki i unieszkodliwiania odpadów powstających po produktach na przedsiębiorcę, występuje wysoki poziom recyklingu, następnie termicznego unieszkodliwiania z odzyskiem energii i bardzo minimalny – składowania.

Śmieci w procesie spalania powinny być źródłem energii. Czy w przypadku polskich spalarni będzie to możliwe?
J. Z.: Nie wszystko da się spalić, a energię zawartą w odpadach szkoda zużywać do tego, żeby zamienić jeden odpad w inny, np. poprzez roztopienie metali bądź stłuczki szklanej. Istnieją zapisy w Krajowym Planie Gospodarki Odpadami, które mówią, że aby ograniczyć ilość składowanych biodegradowalnych odpadów należy wybudować spalarnie. Tyle że jeżeli wybudujemy dziesięć spalarni, to będziemy mogli zagospodarować maksymalnie ok. 2 mln ton odpadów komunalnych rocznie, a wytwarzamy ich pięciokrotnie więcej. Przy założeniu, że w tej ilości 50% stanowi frakcja „bio”, jesteśmy w stanie efektywnie spalić 1 mln ton odpadów, czyli osiągnąć cel ograniczenia składowania frakcji „bio” na rok 2010.

Dotacje Unii Europejskiej otrzymują tylko projekty spalarni, które budowane są z zastosowaniem kogeneracji, tj. takie, gdzie energia powstająca przy spalaniu odpadów służy produkcji energii elektrycznej i cieplnej. Jeżeli kogeneracji nie ma, instalacja może być finansowana wyłącznie ze środków własnych (prywatne lub gminne). Nasuwa się pytanie, czy Polskę stać na taką rozrzutność. Budowa zakładów unieszkodliwiania odpadów będzie kosztowała blisko 2 mld euro, wybudowane instalacje unieszkodliwią około 2 mln ton odpadów komunalnych rocznie. Za taką kwotę można wybudować w innej technologii 50 zakładów odzysku, które pozwolą przetworzyć 7,5 mln ton zmieszanych odpadów komunalnych, z których powstanie około 4 mln ton wysokoenergetycznego paliwa.

Spalanie odpadów nie jest korzystniejsze ekonomicznie niż ich sortowanie i ponowne użycie?
J. Z.: W latach 80. na zlecenie ONZ powstał raport o rozwoju społecznym, w którym określona została zasada zrównoważonego rozwoju społeczeństwa. W myśl tej zasady powstała hierarchia postępowania z odpadami, która stawia na najwyższym poziomie ponowne użycie, następnie odzysk i recykling. W celu finansowania wspomnianej hierarchii dopracowano zasadę „zanieczyszczający płaci” i zobowiązano przemysł do współfinansowania „droższych” metod zagospodarowania odpadów. Przy czym jeżeli weźmiemy pod uwagę całe tzw. cykle życia produktów, to okaże się, że spalanie jest droższym sposobem pozbycia się odpadu od ponownego użycia czy recyklingu.

„Droższe” metody gospodarki odpadami, czyli odzysk i recykling, UE rozwiązała Dyrektywą 94/62/WE w sprawie opakowań i odpadów opakowaniowych, opartą o wspomnianą już kilkakrotnie zasadę „zanieczyszczający płaci”. Producent wyrobów w opakowaniu jest zgodnie z jej zapisami odpowiedzialny za zebranie odpadu opakowaniowego. Każdy tzw. właściciel odpadów w pierwszej kolejności ma je przekazać do recyklingu, dopiero brak takiej możliwości umożliwia ich spalenie. Niestety, w Polsce wciąż brak jest nacisku na ograniczanie wytwarzania odpadów, a w dalszej kolejności na ich zagospodarowanie poprzez wtórne wykorzystanie bądź recykling. Prawnie wszystko jest uregulowane, ale brakuje jasnych bodźców ekonomicznych, podobnych do tych, które stosowane są z widocznym efektem w innych krajach Unii. Przykładowo, w Niemczech obligatoryjnie każde opakowanie od napoju objęte jest kaucją w wysokości 25 eurocentów, czyli około złotówki. Jestem pewny, że gdyby u nas wprowadzić kaucję na opakowania od wody mineralnej w wysokości 1 zł, to żadna by nie została spalona w domowym piecu, albo wyrzucona do lasu czy podrzucona do osiedlowej altany na śmieci.

Jeżeli w Polsce nie nastąpią zmiany w ustawie o odpadach, które spowodują współfinansowanie recyklingu przez producentów, to sortownie odpadów komunalnych zaprzestaną swojej działalności ze względów ekonomicznych. Dziś przytłaczająca większość butelek na rynku jest jednorazowego użytku. Można powiedzieć, że ze względu na rzekomo „niską szkodliwość społeczną” w naszym kraju nie ma żadnego przepisu, który by obligował jednostki handlowe do wprowadzenia kaucji i przyjmowania opakowań. W UE funkcjonują przepisy mówiące, że wszystkie opakowania wprowadzone na rynek po wykorzystaniu ich zawartości stają się odpadem, który producent ma obowiązek na swój koszt zebrać i przekazać do recyklingu. W krajach „starej” Unii mieszkańcy sortują odpady w domach, do spalarni trafiają odpady po sortowaniu. Za wywóz posortowanych odpadów mieszkaniec nie płaci, ale za pozostałe, zmieszane odpady – tak. Nasza ustawa o odpadach, implementująca Dyrektywę 98/2008, zawiera zapis wskazujący, że 50% odpadów opakowaniowych z gospodarstw domowych powinniśmy poddawać recyklingowi. Nie spowoduje to drastycznego wzrostu cen: przykładowo, po doliczeniu kosztów zbiórki lub unieszkodliwienia, butelka u producenta może zdrożeć o 5 groszy (przy czym nie oznacza to, że wyrób w butelce musi zdrożeć dla konsumenta o taką kwotę; pomiędzy producentem a konsumentem są pośrednicy, a ostateczną cenę ustala podaż).

Z powyższych powodów praktyczne byłoby wprowadzenie obligatoryjnego wymogu organizacji zbiórki przez producenta. Niestety, w naszym kraju politycy z uwagi na głosy wyborców uważają, że zagospodarowywanie śmieci powinny być „za darmo”; jest to olbrzymi błąd, bo w życiu nie ma nic za darmo. Ze względów politycznych wielu prezydentów, wójtów i burmistrzów nie podnosi stawki opłat za odbiór odpadów bądź za ich składowanie, gdyż boją się utraty poparcia mieszkańców.

Jak kształtują się koszty budowy i funkcjonowania instalacji termicznego przekształcania odpadów?
J. Z.: Był czas, kiedy w Polsce masowo budowano nowe składowiska. Dziś, gdyby były własnością prywatną, zostałyby zamknięte ze względu na brak rentowności, ale jest to własność gmin, które utrzymują je z pieniędzy podatników. I tu trzeba raz jeszcze wyraźnie powiedzieć, że planowana technologia termicznego przekształcania odpadów komunalnych jest najdroższym sposobem postępowania ze śmieciami. Obecnie jej koszt mieści się w granicach 100-150 euro za tonę, czyli pomiędzy 400 a 600 zł. To są koszty wstępne, przy czym niektóre zakłady wyliczyły je na sumę 250 zł, jak choćby w Warszawie. Zaowocowało to odrzuceniem wniosku o dofinansowanie rozbudowy przez Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej, z powodu zaniżonych kosztów: eksperci uznali, że przy kwocie przyjęcia 250 zł/tonę odpadów, sprzedaży energii elektrycznej i cieplnej oraz tzw. zielonego certyfikatu, jest to inwestycja czysto komercyjna. W przypadku Łodzi koszt ma wynieść 350 zł za tonę, istnieje więc podobne ryzyko odrzucenia wniosku.

Obecnie nigdzie w Polsce nie buduje się spalarni; planowanych jest pięć tego rodzaju inwestycji, wszystkie zostały oprotestowane. Jesienią odbędą się wybory samorządowe, po których nastąpią przetasowania kadrowe. Wiele osób liczy na nowe, lukratywne posady. Przy inwestycji o wartości rzędu pół miliarda złotych zarząd będzie miał odpowiednie apanaże, a do tego dochodzą jeszcze nieobsadzone miejsca w radach nadzorczych. Dodatkowo, tajemnicą poliszynela jest fakt, że w całym kraju tylko dwie firmy sporządzają raporty oddziaływania na środowisko dotyczące spalarni. Są to Socotec z Warszawy i Południe II z Krakowa.

Jakie technologie utylizowania odpadów byłyby najkorzystniejsze dla Polski?
J. Z.: Dyrektywy UE nakazują ograniczać ilość składowanych odpadów biodegradowalnych. Od ok. 15 lat niemieccy, włoscy czy francuscy inżynierowie zastanawiają się, jak z tej kategorii odpadów uzyskać większą ilość energii niż podczas spalania. W tych krajach, a także w Grecji czy na Cyprze buduje się instalacje do mechaniczno-biologicznego przetwarzania odpadów z produkcją paliwa alternatywnego. U nas o takim rozwiązaniu myśli się jedynie w Olsztynie. Tam przez 6 lat trwał spór o spalarnię, w końcu prezydent miasta podjął decyzję, że m.in. z uwagi na prawdopodobny brak odpowiedniej ilości materiału do palenia ryzyko towarzyszące inwestycji za blisko 600 mln zł jest zbyt wysokie. Na dziś jest podpisana umowa przedwstępna na budowę instalacji do produkcji paliwa alternatywnego, docelowo ma być wybudowany zakład energetyczny funkcjonujący w oparciu o nie. Oczywiście i tak na końcu procesu paliwo zostanie spalone, ale wcześniej zostanie oddzielona frakcja mineralna, odpady żelazne czy baterie, zawierające bardzo dużo związków niebezpiecznych, np. metali ciężkich. I to jest ta różnica pomiędzy produkcją paliwa z odpadów, które jest wykorzystywane i chroni zasoby naturalne, a tradycyjną spalarnią, która jest już technologicznym przeżytkiem.

Rozmawiała Marlena Wajszczyk, 13 sierpnia 2010 r.
Powrót do Ojczyzny

Powrót do Ojczyzny

12 kwietnia br. w Sejmie miał zostać złożony obywatelski projekt ustawy o repatriacji. Na czele tej oddolnej inicjatywy stał b. marszałek Izby, Maciej Płażyński, który zginął w katastrofie lotniczej pod Smoleńskiem. Syn tragicznie zmarłego, Jakub Płażyński, zdecydował się podjąć przerwane dzieło ojca.

* * *

Stoi Pan na czele Obywatelskiego Komitetu Inicjatywy Ustawodawczej „Powrót do Ojczyzny”. Celem nowej ustawy jest ułatwienie powrotu naszych rodaków do ojczyzny. Jakie zmiany zakłada Wasz projekt?
Jakub Płażyński: Ustawa o repatriacji funkcjonuje w Polsce od 2000 r. Jej adresatem są osoby deportowane lub zesłane w ramach stalinowskich represji i ich potomkowie, którzy pozostali na terenie byłego ZSRR. Obecnie większość z nich mieszka w Kazachstanie i z myślą głównie o nich był tworzony ten projekt, choć nie zakłada on żadnych ograniczeń terytorialnych. Proponujemy zmianę procedury powrotu takich osób do ojczyzny, ponieważ dotychczasowe rozwiązania są nieskuteczne. Ciężar odpowiedzialności za powrót repatriantów do Polski spoczywa na samorządzie lokalnym. Jak pokazuje praktyka, samorządy nie są w stanie mu podołać – z rożnych względów, w tym finansowych.
Aby przyjechać do Polski w charakterze repatrianta, trzeba najpierw otrzymać zaproszenie. Gmina, która zgłasza gotowość do przyjęcia określonej liczby osób, zobowiązuje się tym samym do zapewnienia im środków utrzymania, tzn. mieszkania oraz pomocy finansowej potrzebnej w początkowym okresie pobytu. Niestety, nasze gminy bardzo rzadko wystosowują takie zaproszenia, co sprawia, że czas oczekiwania na powrót do kraju wynosi 5-10 lat. Oczywiście nie ma sensu za „całe zło” obwiniać samorządów, które mają dużo różnych obowiązków i sprawa repatriacji nie jest dla nich najważniejsza. Z pewnością nie bez znaczenia jest też brak lokali komunalnych oraz obawy o pracę dla tych osób. Efekt jest jednak taki, że często jedyną drogą, by dostać się do Polski, jest przyjazd na własną rękę, czyli próba znalezienia w kraju kogoś, kto by wysłał takie zaproszenie. Chcemy ciężar obciążeń związanych z powrotem do ojczyzny przerzucić na państwo polskie, które zapewniałoby repatriantom mieszkanie i podstawową pomoc finansową na starcie.

Jakie trudności napotykają powracający i chcący powrócić do Polski?
J. P.: Najczęściej nie potrafią pokonać bariery związanej ze znalezieniem źródła utrzymania oraz mieszkania; to głównie problem powracających na zaproszenia indywidualne. Proponowana przez nas ustawa zobowiązuje ministra spraw wewnętrznych i administracji do znalezienia repatriantowi mieszkania w ciągu dwóch lat od dnia wydania promesy wizy wjazdowej. Sama wiza wydana będzie po przygotowaniu w Polsce miejsca dla repatrianta. Chodzi o to, aby ludzie nie czekali latami w kolejce, tylko wiedzieli, kiedy otrzymają wizę. Wymaga to zabezpieczenia pakietu mieszkań rotacyjnych dla repatriantów. Zakładamy, że każdemu przysługiwałoby mieszkanie na okres minimum dwóch lat. W tym czasie powinni „stanąć na własnych nogach”, uniezależnić się.
Drugim elementem jest zapewnienie pomocy finansowej na zasadach analogicznych do tych, które obowiązują w stosunku do uchodźców. Mowa o świadczeniu socjalnym w kwocie 1175 zł miesięcznie na osobę, wypłacanym przez okres 36 miesięcy. To wystarczy na adaptację społeczną i środowiskową.
Ponadto repatrianci napotykają na problemy aklimatyzacyjne związane z codziennym funkcjonowaniem. By ułatwić ich integrację ze społeczeństwem, powinien powstać system wsparcia przez pracę, obejmujący np. ulgi podatkowe dla zatrudniających takie osoby. Niezbędne dla powracających będą kursy zawodowe oraz języka polskiego, bowiem wielu potomków naszych rodaków słabo zna mowę ojczystą.
Celem ustawy jest umożliwienie powrotu do ojczyzny ludziom, którzy tego potrzebują, i danie im szansy na odnalezienie się w niej. Ci ludzie nie oczekują, że państwo będzie ich prowadziło za rękę w każdym aspekcie. Pierwsze 2-3 lata są najtrudniejsze, wówczas budują swoje życie na nowo i państwo powinno im pomóc w stawianiu pierwszych kroków i uzyskaniu niezależności.

Proszę opowiedzieć o zbiórce podpisów – niezbędnych, by parlament miał obowiązek rozpatrzyć obywatelski projekt.
J. P.: Inicjatorami akcji są Stowarzyszenie „Wspólnota Polska” i Związek Repatriantów, dużego wsparcia udzielają NSZZ „Solidarność”, Naczelna Rada Adwokacka, Związek Harcerstwa Rzeczypospolitej, Związek Miast Polskich, Polska Akcja Humanitarna, Spółdzielcze Kasy Oszczędnościowo-Kredytowe, Międzynarodowy Motocyklowy Rajd Katyński, Urząd Marszałkowski Województwa Pomorskiego, Urząd Miasta w Sopocie oraz inne samorządy lokalne. By projekt mógł trafić pod obrady Sejmu, musimy zyskać dla niego poparcie 100 000 polskich obywateli. To to bardzo dużo, przy niewielkiej ilości czasu. Do 14 września musimy wszystkie podpisy złożyć w kancelarii Marszałka Sejmu RP. Zachęcamy do współpracy wszystkie osoby i organizacje, które chciałyby włączyć się w nasze działania, zarówno przez zbieranie podpisów, jak i pomoc w rozpropagowaniu akcji. Całe przedsięwzięcie jest oddolną, niepartyjną inicjatywą obywatelską, nie mamy dużych struktur kadrowych – nasza działalność w całości opiera się na dobrej woli zaangażowanych wolontariuszy i organizacji, tak jak oni współpracujących społecznie. Poprzeczka ustawiona jest bardzo wysoko, liczę jednak, że uda się ją przeskoczyć. Nasza siła tkwi w jednostkach; każdy się stara, daje z siebie tyle, ile może.
By włączyć się w zbiórkę podpisów wystarczy wejść na stronę internetową www.repatriacja.org.pl Znaleźć tam można pełne informacje o działaniach Komitetu i projekcie ustawy. Z witryny można pobrać listę do zbierania podpisów oraz baner do umieszczenia na własnej stronie WWW. Przede wszystkim jednak namawiam do złożenia podpisu i przesłania go do jednego z naszych punktów (lista adresów dostępna na stronie Komitetu), których mamy w całej Polsce już kilkanaście.

Rozmawiała Marlena Wajszczyk, 4 sierpnia 2010 r.

* * *

W akcję włączyła się też redakcja „Obywatela” – podpisy pod projektem można składać w naszej siedzibie, na ul. Więckowskiego 33/127 w Łodzi.

Łagodna rewolucja

Niezwykłe, że choć tak często porządek świata stoi na przemocy i ucisku, o treści cywilizacji stanowi jednak opór wobec nich, a zwycięstwo dobra rodzi się z „siły bezsilnych”.

Dziś także zacznę garścią cytatów.

W pierwszym tomie „Rzeczy minionych i rozmyślań” Aleksander Hercen wspomina: Pewien młody oficer opowiadał mi, że wysłano go w 1831 roku, by znalazł i ujął jakiegoś polskiego ziemianina, który ukrywał się w pobliżu swego majątku i był podejrzany o stosunki z emisariuszami. Po zebraniu informacji oficer udał się na miejsce, gdzie ukrywał się ziemianin; zjawił się tam z oddziałem, otoczył dom i wszedł do niego z dwoma żandarmami. Dom był pusty: przeszli przez wszystkie pokoje, poszperali – nie było nigdzie nikogo, a tymczasem niektóre drobiazgi wyraźnie świadczyły o tym, że w domu niedawno znajdowali się mieszkańcy. Pozostawiwszy żandarmów na dole, młody człowiek po raz drugi wszedł na strych; po uważnym obejrzeniu go zauważył niewielkie drzwi, prowadzące do alkierza lub do jakiejś komórki; drzwi były zamknięte od wewnątrz; pchnął je nogą; drzwi się otworzyły i stanęła przed nim piękna, wysoka kobieta; w milczeniu wskazała mu mężczyznę, trzymającego na rękach nieprzytomną dziewczynkę lat około dwunastu. Był to właśnie poszukiwany ziemianin ze swoją rodziną. Oficer się zmieszał. Wysoka kobieta spostrzegła to i zapytała: – „Czy będzie pan tak okrutny i zgubi ich?”. Oficer przepraszał mówiąc zwykłe banały o obowiązku bezwzględnego posłuszeństwa, o powinności i wreszcie zrozpaczony, widząc, że słowa jego absolutnie nie działają, skończył swoją przemowę zapytaniem: – „Więc cóż mam począć?”. Kobieta dumnie spojrzała na niego i rzekła wskazując mu drzwi: – „Zejść na dół i oświadczyć, że tu nikogo nie ma”. – „Jak Boga kocham, nie wiem” – opowiadał oficer – „jak to się stało i co się wówczas ze mną działo, lecz zszedłem ze strychu i kazałem podoficerowi zwołać oddział. Po dwóch godzinach gorliwie szukaliśmy go w innym majątku”.

W swojej „Autobiografii” Gandhi opisuje podróż do Charlestown w Afryce Południowej: …do przedziału wszedł inny pasażer i zaczął mi się bacznie przyglądać. Widział, że jestem „kolorowym”. Najwidoczniej to sąsiedztwo nie odpowiadało mu. Wyszedł z przedziału, by wkrótce wrócić w towarzystwie jednego czy dwóch urzędników kolejowych. Zachowywali się spokojnie, gdy naraz zjawił się jeszcze jeden urzędnik kolejowy i zwrócił się do mnie ze słowami: „Wyjdź stąd, przesiądź się do bagażowego wagonu!”. – „Ależ ja mam bilet pierwszej klasy!” – odpowiedziałem. – „To nie ma znaczenia” – odparł tamten – „powiadam, że masz się przesiąść do bagażowego wagonu!”. – „A ja powiadam, że od Durbanu mam prawo jechać w tym właśnie przedziale i nie mam zamiaru rezygnować z tego prawa!”. – „Nie będziesz jechał w tym przedziale” – obstawał przy swoim urzędnik. – „Masz natychmiast go opuścić, inaczej zawołam policjanta, który cię stąd wyrzuci”. – „Możesz to zrobić, ale dobrowolnie nie wyjdę stąd”. Wkrótce zjawił się policjant. Wziął mnie za rękę i wypchnął z przedziału. Wyrzucono z niego również mój bagaż. Odmówiłem udania się do innego wagonu. Po chwili pociąg ruszył w dalszą drogę. Poszedłem do poczekalni na dworcu, zabierając ze sobą ręczną walizkę i zostawiając bagaż tam, gdzie go rzucono. Władze kolejowe zaopiekowały się nim. Była to zima, a w górzystych prowincjach Południowej Afryki zazwyczaj o tej porze panują dotkliwe mrozy. Maritzburg był położony dość wysoko i mróz był duży. Mój płaszcz znajdował się wśród bagażu, nie miałem jednak odwagi zapytać o niego w obawie, że znów zostanę zelżony – siedziałem więc i dygotałem z zimna. /…/ Zacząłem się zastanawiać nad tym, jak mam postąpić: walczyć o swoje prawa czy też raczej wrócić do Indii, a może udać się w dalszą podróż do Pretorii, nie robiąc sobie nic z doznanych obelg? /…/ Przykrości jakie na mnie spadły, były czymś ubocznym i świadczyły jedynie o ciężkiej chorobie przesądów rasowych. Moim obowiązkiem – myślałem w duchu – jest starać się w miarę swoich sił wyrwać korzenie tej choroby i ponosić przykre konsekwencje, jakie pociąga za sobą uzdrowienie z niej świata. Trzeba się temu przeciwstawić i jedynie zastanowić nad zakresem, jaki powinna objąć walka o zwalczanie tego przesądu.

1 grudnia 1955 r. Rosa Parks, czarnoskóra krawcowa, która miała wówczas dwadzieścia pięć lat, odmówiła białemu ustąpienia miejsca w autobusie, w Montgomery w stanie Alabama na południu USA. Nazwano ją „matką ruchu walki o prawa obywatelskie”. Martin Luther King rzucił wówczas hasło bojkotu autobusów, będących w posiadaniu tamtej spółki przewozowej. Kilka lat później, opisując ruch protestu 1963 r., pisał w książce „Dlaczego nie możemy czekać”: Dlaczego tysiąc miast zadrżało prawie jednocześnie i dlaczego cały świat – od lśniących stolic po wsie z lepianek – wstrzymał oddech w czasie tych miesięcy? Dlaczego właśnie w tym roku Murzyn amerykański, tak długo ignorowany i skreślany z kart podręczników historii, własnymi stopami wydeptał deklarację wolności na czołówkach gazet, pism i ekranów telewizyjnych? Sarah Turner zamknęła kredens kuchenny i wyszła na ulicę; John Wilkins zamknął windę i zapisał się do armii biernego oporu; Bill Griggs docisnął hamulec ciężarówki i podjechał do krawężnika; ksiądz Artur Jones wyprowadził swoją gromadkę na ulicę i odprawiał nabożeństwo w areszcie. Słowa i czyny parlamentów, mężów stanu, królów i premierów, gwiazd filmowych i atletów zostały zepchnięte z pierwszych stron dzienników, aby zrobić miejsce dla historycznych czynów kierowców, służących, windziarzy i duchownych. Dlaczego w 1963 roku? [pogrubienie – K.W.] /…/ Tradycja religijna Murzyna uczyła go, że bierny opór dawnych chrześcijan stanowił silną broń moralną, która wstrząsnęła imperium rzymskim. Historia Ameryki uczyła go, że bierny opór stosowany w obronie w formie bojkotów i protestów zaszachował monarchię brytyjską i przyczynił się do wyzwolenia kolonii spod niesprawiedliwego panowania. W obecnym stuleciu etyka biernego oporu Mahatmy Gandhiego i jego zwolenników pozwoliła obezwładnić artylerię imperium brytyjskiego w Indii i wyzwolić z kolonializmu ponad trzysta pięćdziesiąt milionów ludzi. Podobnie jak jego poprzednicy, Murzyn gotów był narażać się na ofiary, aby poruszyć sumienie społeczne swojego środowiska i narodu. Zamiast narażać się na ukryte okrucieństwo w tysiącach mrocznych cel i na niezliczonych rogach ciemnych ulic, zmusi swego ciemięzcę do jawnej brutalności – w świetle dnia – na oczach reszty świata. /…/ Nie jest rzeczą prostą przyjąć zasadę, że siła moralna ma taką samą moc i zalety, jak zdolność odparowania ciosu siłą, albo że powstrzymanie się przed odwzajemnieniem ciosu wymaga większej siły woli i odwagi niż automatyczny odruch obronny.

Na kartach „Anny Solidarność” Sławomir Cenckiewicz cytuje wspomnienia Andrzeja Gwiazdy z „Gwiazdozbioru w »Solidarności«”, dotyczące przystąpienia Anny Walentynowicz do Wolnych Związków Zawodowych: Anna Walentynowicz – pracowitość, obowiązkowość, niezłomne zasady. /…/ Ania to była firma – starsza od nas stateczna pani, świetny fachowiec, znana w Stoczni Gdańskiej z wielu poprzednich działań. Pracowała wówczas jako suwnicowa, ale wiele lat była utalentowanym spawaczem. Wszystko, co osiągnęła w życiu, zawdzięczała tylko swojej ciężkiej pracy i wytrwałości. Wciąż szukała nowych wyzwań i wiedzieliśmy, że jeśli zaangażuje się w WZZ-y, to zyskamy niezawodnego, kompetentnego działacza.

Są to opowieści z różnych epok, miejsc, dotyczące przeróżnych ludzi i wydarzeń. Jest jednak kilka rzeczy, ważkich kwestii, które je łączą. Nicią przewodnią jest moralny opór, tematem: bunt wobec opresji – zadekretowanej, strukturalnej, często głęboko zakorzenionej, wspartej fizyczną i symboliczną przemocą. To opór, który słabych czyni silnymi, skazanym na porażkę daje jednak możliwość ocalenia, a nawet zwycięstwa. Jest to opór heroiczny, a jego bohaterstwo rodzi się stąd, że wcielają go w życie ludzie zwykli, właściwie przeciętni, którzy do stracenia mają wszystko, którym silniejsi mogą nie tylko uczynić życie gehenną, ale – ostatecznie – także je odebrać. A przecież odnajdują siłę i szansę, by to niewiele, co mają, postawić na jedną kartę – i wygrać. Czy jest to czarnoskóra, młoda Amerykanka, która ma odwagę nie wstać z miejsca, z którego ją wyrzucają, czy samotna Polka stająca w obronie mężczyzny, wroga caratu, to przecież te kobiety, którym grozi pobicie, pohańbienie, których racja ma charakter jedynie etyczny, bardzo kruchy wobec ludzi, którzy są dla nich zagrożeniem, zwyciężają. I trudno zaprzeczyć, że to zwycięstwo jest największą rzeczą, jaka może się przydarzyć na świecie.

Trudno jednoznacznie ocenić, co jest ostateczną przyczyną, że takie zwycięstwa są możliwe. Nie jest przecież tak, jak niejednokrotnie przekonywano, że świat sam z siebie zmierza ku moralnemu udoskonaleniu. Owszem, zdarzają się epoki, które z perspektywy czasu uznać można za bardziej etyczne, za bardziej prawe; bywa, że mądre rządy, sprzyjające warunki ekonomiczne, powszechny zmysł moralny, kultura społeczna czynią niektóre narody, państwa czy miejsca na świecie lepszymi, czy jak kto chce – sprawiedliwszymi, szczęśliwszymi. Nie jest to jednak dane na zawsze i nie jest powszechne. Nawet jeśli mówić o współczesnej Europie, która wydaje się miejscem spokojnym, to przecież – od handlu ludźmi, prostytucji nieletnich, korupcji władzy i dominacji nad handlem, społeczeństwami i państwami ze strony korporacji, tych współczesnych, utajonych Imperiów, przez niepokoje społeczne, hipertrofię konsumpcjonizmu, rządy mafii, do niedawna jeszcze obecny na Starym Kontynencie terroryzm, aż po wojny na Bałkanach – porządek etyczny jest czymś nader kruchym, a ład kulturowy sprawą niejasną i dyskusyjną, czymś, co ciągle wymaga odbudowywania, co zmusza do zachowania bacznej uwagi i ostrożności. I ostatecznie, znów wraca pytanie o możliwość tego buntu moralnego i o jego treść. W imię czego jest to bunt, co stanowi zło świata tu i teraz? Jak mu się sprzeciwić i jaką cenę można za to zapłacić?

Coraz częściej, jak pewien refren, słychać dziś myśl, że solidarnościowy bunt był sprzeciwem „roboli, którzy potrafili walczyć jedynie o kiełbasę”. I że na kiełbasie, w gruncie rzeczy, kończyły się żądania mas. Jest to pogląd równie pełen ignorancji, co arogancji. Słychać go często z ust ludzi młodych, o których poglądach społeczno-ekonomicznych nie chcę tu teraz pisać. Opinie takie i oni gdzieś zasłyszeli, myślę, że dawni decydenci, pretorianie i pomagierzy reżimu są z takich przekonań bardzo zadowoleni. Podobnie dzisiejsi menadżerowie firm. Nie wspominałbym o tym, gdyby nie rzecz istotna. Walka o chleb, czy kiełbasę nie jest niczym zdrożnym, tak jak nie było nic „pomniejszego” w oporze czarnoskórej kobiety przeciw roszczeniu białego, by zeszła mu z drogi, ponieważ jest czarna. Bo człowiek jest istotą fizyczną i etyczną zarazem i te dwie rzeczy ściśle się ze sobą przenikają. Ten, kto walczy o chleb, walczy o godność, bo tym chlebem ma nakarmić swoje dzieci, bo godny zarobek pozwala jego rodzinie żyć w godziwych warunkach, bo pieniądze są sprawiedliwym oddaniem mu tego, co poświęcił, pracując. Ci, co walczyli o „kiełbasę”, co strajkowali i za „kiełbasę” byli prześladowani, bici i mordowani, tą kiełbasą karmili swoich bliskich, ten pokarm dawał im siły, by żyć, by mieć odwagę, by się sprzeciwić. Jeśli ktoś uważa, że etyka nie ma nic wspólnego z „kiełbasą”, czyli całą ludzką przyziemnością, z banałem życia, ten albo nigdy nie zaznał głodu i trudu życia, bądź jest zwykłym głupcem.

I zabawne, jak często przeciw „robolom walczącym o kiełbasę” występują ludzie, których aspiracje i spojrzenie na człowieka są czysto materialne, tyle że z wyższej półki. Ci, co prostytuują się mentalnie, wyzyskują swoich pracowników, intrygują w pracy, byle wygryźć z lepszego stanowiska swoich współpracowników, a wszystko to z czystymi rękoma, w białych kołnierzykach – ile w nich pogardy wobec „roboli” i „kiełbachy”. Bo rzeczywiście: oni walczą o lepsze samochody, egzotyczne wakacje, droższe mieszkania, snobistyczne gadżety, a swoje „wyższe potrzeby materialne”, w których grzęzną nieraz jak świnia w pomyjach, uważają za bardziej subtelne i kulturalne, niż „kiełbasa robola”. Takim ludziom kobieta tej miary co Anna Walentynowicz niegdyś stała solą w oku i dziś byłoby podobnie.

Bo i obecnie sprzeciw moralny słabych wobec silnych, prześladowanych wobec prześladowców – ma podstawę i sens. I ta pogardzana „walka o kiełbachę”, o miejsce w autobusie, przedziale pociągu, czy wreszcie w społeczeństwie, które jest czymś więcej niż zbiorowiskiem konsumujących jednostek – walka przeciw wykluczeniu ma sens. Nie zatraciła znaczenia walka o godne życie własne, bliskich, swojej społeczności; walka o miejsce w przestrzeni publicznej, przeciw skundleniu, przeciw przemożnym koniecznościom, jakie często głoszą ci, którzy sami robią wszystko (choćby przyznając sobie wysokie premie), by im nie podlegać. Wciąż jest czas łagodnej rewolucji. To rewolucja uniwersalna. Jej zwycięstwo jest możliwe. A to już bardzo dużo.

O czym warto pomyśleć

Moja uczona koleżanka twierdzi, że destrukcyjny wpływ mediów na życie publiczne nie polega na lansowaniu jednostronnych opinii i podawaniu fałszywych informacji. Krytycznie myślący i uważny odbiorca może sobie wyrobić własny pogląd, dotrzeć do innych źródeł. Problem w tym, że media mają decydujący wpływ na to, o czym myślimy, czym się interesujemy.

Komentatorzy oceniali kampanię prezydencką jako nudną, ponieważ brakowało im ostrych pyskówek. Palikot robił co mógł, aby wyręczyć Komorowskiego w chamskich atakach na Kaczyńskich. Nie zastąpiło to popisów samych kandydatów, na których skupia się uwaga wyborców. Pamiętamy barwne występy Wałęsy, który Kwaśniewskiemu podawał nogę, chyba lewą, którą poprzednio wzmacniał. Kampania była nudna również dla wyborców. Kandydaci podejmowali tylko tematy dyżurne politycznej gry. Uważnie śledziłam kampanię, a dopiero po jej zakończeniu uświadomiłam sobie, o czym nie było mowy.

O nieobecności problemu GMO już pisałam. Spór o in vitro sprowadzono do kwestii światopoglądowych. Jeśli przeszło połowa wyborców głosowała na Komorowskiego, to Kościół ma poważny problem. Zrzucanie tego problemu na głowę prezydenta jest nie fair. Król Polski wieki temu zadeklarował, że nie jest panem sumienia swoich poddanych. Zadaniem władzy państwowej jest przeciwdziałanie obniżaniu się naturalnej płodności. Kaczyński wspomniał o leczeniu bezpłodności, ale o takich przyczynach, jak np. karmienie chłopców mięsem kurczaków faszerowanych żeńskimi hormonami, nie mówił jeszcze żaden polityk, nie tylko w kampanii wyborczej.

Jak zwykle mówiono o budowie autostrad, ale nie było ani słówka o kolei. Zastanawiające, że dramatyczna sytuacja pasażerów nie jest teraz ważnym tematem. O potrzebie utrzymania transportu publicznego nie wspomniał nawet lewicowy Napieralski, ale to polityk nowoczesny, jeździ samochodem.

Stałym tematem są zarobki nauczycieli. Politycy nie interesują się problemem obciążania nauczycieli idiotyczną sprawozdawczością, ponieważ dominacja biurokracji nad zdrowym rozsądkiem płynie z Brukseli. Tematem tabu są skandaliczne błędy w podręcznikach i ogłupiający systemem nauczania w oparciu o testy i gotowe szablony do kolorowania i do myślenia. Polska szkoła ma kształcić wykonawców, którzy dostosują się do poleceń, procedur i wymagań nadzorców.

Jedynym kryterium nowoczesności szkoły albo wsi jest Internet, nie lekarz, pielęgniarka, dentysta, wodociąg, kanalizacja, wysypisko śmieci, komunikacja, czysta rzeka i las, kąpielisko albo basen. Chluba PO, stadiony Orliki to tylko kwiatek do kożucha.

Zastanawiające, że jednym z dominujących tematów kampanii były emerytury służb mundurowych. Platforma ma pełnię władzy, skutecznie dyscyplinuje media, świetnie rozgrywa akcje propagandowe. Czyżby mimo tego spodziewała się masowych protestów i buntów? W przypadku ostrego konfliktu policja nie stanie po stronie społeczeństwa, ale do brutalnych akcji „morale” musi mieć wysokie. Przypuszczam, że emerytury mundurowe nie są problemem finansowym. Jak mówi Szeremietiew, cała nasza armia zmieści się na dużym stadionie piłkarskim, ale o bezpieczeństwie Polski nie wypada mówić ze względu na przyjaznych sąsiadów. Zdaniem Kremla wzmacnianie sytemu obrony Polski zagraża bezpieczeństwu Rosji. Jeszcze kilka takich oświadczeń i uwierzymy, że Polska jest potężnym mocarstwem. A wtedy odbijemy nie tylko nasz samolot w Smoleńsku, ale pójdziemy na Moskwę.

Partie spierają się o podatek liniowy i progresywny, ale nikt nie wspomina rajów podatkowych i wyprowadzania korporacyjnych zysków za granicę. Kryzys finansowy i recesja gospodarcza pojawiają się w politycznych sporach tylko przy wydatkach na cele ważne dla społeczeństwa. Komorowski hojnością przebił wszystkich. Oczekujący na realizację kolejnych obietnic wyborczych mogą stracić cierpliwość. Jedynym sposobem utrzymania władzy PO na czas nieograniczony jest doprowadzenie do wcześniejszych wyborów parlamentarnych. Idąc za ciosem PO może jeszcze jesienią wygrać wybory samorządowe i parlamentarne.

Najwyższe władze w państwie; premier, prezydent, marszałkowie Sejmu i Senatu, a także już wszyscy szefowie ważnych instytucji państwa stanowią zgodny chór. Mogą się kłócić o stanowiska dla swoich akolitów, ale wobec opozycji będą trzymali wspólny front.

Z zasad demokracji PO stosuje tylko prawo większości do przegłosowania ustawy i prawo osoby upoważnionej do złożenia podpisu pod decyzją. Platforma od dawna korzysta z tych praw demonstracyjnie. Wyborcy demokrację ograniczoną do formalnej fasady akceptują, co potwierdzili w wyborach prezydenckich. W takiej sytuacji opozycja parlamentarna nie ma żadnych szans wywierania wpływu na politykę partii rządzącej, chyba że utworzy wspólny front. Na to liczyć nie można, ponieważ partie muszą dbać o tożsamość wobec swoich elektoratów. PO nie ma żadnego oblicza ideowego czy światopoglądowego. W każdej sprawie, wzorem Lecha Wałęsy, może być za, a nawet przeciw. PO jest partią władzy w czystej postaci. Jej jedynym celem i programem jest zdobycie i utrzymanie władzy, jedyną ideologią – niewidzialna ręka rynku. Daje to nieograniczone pole manewrów politycznych. Niewidzialnej ręki nie widać, a kto zajrzy za kurtynę, dostaje po łapach. Nawet zaglądanie za kulisy władzy w czasach PRL jest traktowane przez cały Układ jak zamach na państwo.

W tej sytuacji warto pomyśleć o utworzeniu Sieci Obywatelskiego Społeczeństwa. Taki SOS, choćby na wypadek, gdyby działo się coś niedobrego. Po smoleńskiej tragedii ludzie się zaktywizowali, nie wierzą już ślepo propagandzie, organizują się spontanicznie, są zaniepokojeni stanem państwa. Warto utrzymywać kontakt, wymieniać się informacjami. Taka sieć nie wymaga wielkich pieniędzy, profesjonalnych społeczników i sztywnych ram organizacyjnych. Przykładem może być od dawna działająca sieć Klubów „Gazety Polskiej”. Jedne działają lepiej, inne gorzej, zapraszają tych lub innych prelegentów, ale są oparciem dla autorów książek, których władza świecka lub kościelna nie lubi, ponieważ ujawniają działania bezpieki.

Nie podzielam poglądu, że klasyczne organizacje pozarządowe są tożsame ze społeczeństwem obywatelskim. Większość z nich koncentruje się na celach ważnych i szlachetnych, ale cząstkowych. Aby je realizować muszą pozyskiwać fundusze, rywalizować ze sobą i dobrze żyć z każdą władzą. Nie wszystkie są niezależne.