przez dr hab. Rafał Łętocha | piątek 13 kwietnia 2012 | inspiracje, z Polski rodem
Konrad Sieniewicz w swoich wspomnieniach dotyczących Jana Hoppego pisał, iż był on przede wszystkim patriotą i całe swe życie, swą pracę i swe myśli oddał służbie Polsce /…/. Był żarliwym wyznawcą zasad chrześcijaństwa. Swym prywatnym i organizacyjnym czy politycznym życiem świadczył o niezmienności i jedności chrześcijańskiej etyki. Był gorącym demokratą, który szanował poglądy i opinie innych i który nigdy swego zdania nie narzucając umiał przekonywać. W każdym człowieku widział towarzysza pracy lub towarzysza dyskusji, dyskusji zorganizowanej, wiodącej do uzgodnień, a potem do realizacji. /…/ Był niezrównanym nauczycielem i wychowawcą politycznym, promieniując szeroko swym umysłem i sercem. Dawał przykład swoją postawą, zapalając do pracy i do czynu entuzjazmem i porywającym słowem. Był przyjacielem oddanym i wiernym, gotowym do ofiar i samowyrzeczenia, gdy zachodziła potrzeba był surowy w krytyce, ale zawsze pełny taktu i serdeczności; można było na nim bezwzględnie polegać1.
***
Jan Władysław Hoppe urodził się 27 grudnia 1902 r. w Skierniewicach. W czasach szkolnych angażował się mocno w działalność harcerską. W latach I wojny światowej został ewakuowany do Rosji, wrócił do kraju w 1918 r. i rozpoczął studia na Wydziale Prawa Uniwersytetu Warszawskiego. W 1920 r. wziął udział jako ochotnik w wojnie polsko-bolszewickiej.
Po wojnie mocno zaangażował się w działalność związków zawodowych. Pełnił funkcję wiceprzewodniczącego Rady Okręgowej Związku Zawodowego Pracowników Umysłowych, a następnie sekretarza centrali tej organizacji. W 1928 r. został redaktorem naczelnym pisma „Pracownik”. W tych właśnie środowiskach tworzą się zalążki grupy „Jutro Pracy”, tam poznaje jej późniejszych znaczących członków.
W 1930 r. powstał tygodnik „Jutro Pracy”, wokół którego narodziło się wkrótce środowisko polityczne – jego czołowymi postaciami byli Wacław Budzyński, Julian Dudziński, Zbigniew Madeyski czy Brunon Sikorski. Pismo początkowo zajmowało się przede wszystkim tematyką pracowniczą i związkową, będąc organem Unii Związków Zawodowych Pracowników Umysłowych. Stopniowo jednak rozszerzało zakres tematyczny, podejmując problemy z zakresu polityki państwowej, kultury i życia narodowego.
W 1932 r. Hoppe został sekretarzem Rady Naczelnej Organizacji Pracy Obywatelskiej Młodzieży „Straż Przednia”, powołanej z inicjatywy Adama Skwarczyńskiego. Jej celem było powstrzymanie rosnących wpływów ruchu narodowego wśród młodzieży szkół średnich, jej konsolidacja w duchu „wychowania państwowego” oraz przygotowanie do udziału w akademickiej organizacji „Legion Młodych”2. Idee głoszone przez „Jutro Pracy” znalazły uznanie jednej z czołowych postaci obozu sanacyjnego – Walerego Sławka, pełniącego funkcję prezesa Bezpartyjnego Bloku Współpracy z Rządem (BBWR). Hoppe został nawet osobistym sekretarzem pułkownika oraz kierownikiem referatu społecznego BBWR. Dzięki jego poparciu, w wyborach z 1935 r. grupa „Jutro Pracy” wprowadziła do Sejmu 16 posłów. W latach 1935-38 Hoppe pełnił mandat poselski, sprawując przy tym eksponowane funkcje sekretarza Prezydium Sejmu oraz Komisji Prawniczej. Jak wspominał Karol Popiel, wśród sześciu okręgów wyborczych, na które podzielono Warszawę /…/ w okręgu najbardziej robotniczym, obejmującym Wolę z przyległymi dzielnicami, liczba głosujących była nieporównanie wyższa niż w innych okręgach, w których przeważali wyborcy z kół inteligencji i mieszczaństwa. Po bliższym zbadaniu tego bądź co bądź niezwykłego zjawiska okazało się, że ta rekordowa frekwencja była rezultatem kampanii wyborczej, prowadzonej przez kandydata, którym był… Jan Hoppe3.
W 1937 r. na zaproszenie płk. Adama Koca, Hoppe podjął rozmowy w sprawie wejścia grupy „Jutra Pracy” do nowo powstałego Obozu Zjednoczenia Narodowego (Ozon). Jak pisał: Po długich rozważaniach „za i przeciw” postanowiono całej grupy formalnie nie angażować, a mnie zlecono podjąć próbę współpracy. Może w ten sposób uda się choć w pewnym stopniu hamować nadmierne apetyty wielu rozpolitykowanych wojskowych, wyznawców metod twardej ręki4. Hoppe został sekretarzem Sektora Miejskiego oraz członkiem Rady Naczelnej Ozonu – jak pisał, aby całkowicie się nie zaprzedać i nie uzależnić, zrezygnował z proponowanego wynagrodzenia. Przynależność do Obozu nie była jednak zbyt długa i owocna, od początku Hoppego cechował duży krytycyzm wobec tego tworu. Przekonanie to gwałtownie pogłębiło się wraz z czynionymi obserwacjami dotyczącymi jego ewolucji ideowej i organizacyjnej.
W związku z tym w 1938 r. wystąpił z Ozonu, co rozpoczęło represje i szykany wobec tygodnika i środowiska skupionego wokół niego. Obejmowało to m.in. częstą konfiskatę numerów pisma, utrudnianie kolportażu, wyrzucenie starego legionisty dr. Zbigniewa Madeyskiego ze Związku Legionistów, a nawet planowano czynną napaść na Hoppego, która została udaremniona na skutek ostrzeżenia ze strony gen. Jana Jur-Gorzechowskiego, męża Zofii Nałkowskiej5.
Politykę Ozonu nazwał później Hoppe mianem kiczu politycznego, pisząc: Kicz lubi operować świętościami. Twórcy kiczów umieją grać na wielkich uczuciach, wiedzą na przykład, że miłość ojczyzny to samograj niezawodny /…/ Pójdziesz z nami – wołano – zdobędziesz tanim kosztem patent na patriotyzm. Ociągasz się, ważysz – nie kochasz Polski i wodza! /…/ Tu już zaczęła się gra symboli i grzmiących haseł. Buława /…/, „byczo jest” i „ani guzika” – to akcenty tamtych dni, a gorliwi dziennikarze do każdego z nich dorabiali kadzidlane głosy6.
Po rozstaniu z Ozonem, grupa „Jutra Pracy” zaczęła nawiązywać coraz ściślejsze kontakty z opozycją. Prowadzono rozmowy i podejmowano współpracę z różnymi środowiskami politycznymi: ludowcami, Stronnictwem Pracy czy ONR „ABC”. Hoppe propagował w tym okresie swoisty ekumenizm polityczny, wzywając do pojednania wszystkich sił, którym dobro Polski leży na sercu. Nic mi to nie przeszkadza – pisał – że byłeś endekiem czy pepeesowcem. Jeszcze parę lat temu /…/ nie mógłbym z Tobą gadać – zapewne odwróciłbym się plecami i odszedł. Dziś, jeżeli ożywia nas dobra wola zespalania wysiłku i chęć wspólnego poszukiwania rozwiązań – wyciągam dłoń. /…/ Czym byłeś wczoraj? Endekiem? Pepesowcem? Nic mnie to nie obchodzi. Wiem tylko to, że wczoraj byliśmy słabi, a dziś musimy być mocni7.
***
Grupę „Jutra Pracy” i jej lidera trudno jednoznacznie zakwalifikować do którejś ze stron sceny politycznej. Jedni widzą w niej prawicę obozu piłsudczykowskiego, ze względu na deklarowany przez jej członków nacjonalizm oraz mocne akcenty antymasońskie czy krytykę wpływów Żydów w sferze gospodarczej. Inni skłonni są wskazywać na lewicowe komponenty w ich programie, walkę o polepszenie bytu robotników, projekty syndykalistyczne itp. Adam Skwarczyński, będący niekwestionowanym autorytetem dla Hoppego, trafnie, jak się wydaje, podsumował swoiste zawieszenie tego środowiska pomiędzy różnymi obozami politycznymi: …dla marksistów za dużo w was śladów romantyzmu, za dużo chrześcijańskiej miłości bliźniego. Myślę, że kolor krwi nie jest waszą ulubioną barwą. Dla bezkompromisowych klasowców za dużo macie w sobie wyniesionych z harcerstwa, a zaczerpniętych z dawnego arsenału, pojęć. Takie słowa jak służba, honor, obowiązek, niesienie pomocy słabym, to mieszanina słownictwa dawnych formacji społecznych. /…/ wy macie duże skłonności do kompromisów społecznych. Rewolucjoniści nie lubią tych tendencji. Przejęliście od Brzozowskiego, a zwłaszcza od Sorela wiarę w moc legend i mitów, ale sorelowski mit strajku generalnego, jako końcowy akcent działań rewolucyjnych, nie należy do waszego programu. Szukacie półśrodków8.
Najbardziej charakterystycznym jednak elementem programu tego środowiska jest idea „uspołecznienia państwa”, aktywizacji społeczeństwa, które śmiało winno wejść w życie publiczne, przejmując część uprawnień od państwa. Hoppe sam przyznawał, iż z dorobku myślowego piłsudczyków najwięcej interesowała go wciąż nieskrystalizowana, ale zaprzątająca umysły wielu ludzi, koncepcja czy idea uspołecznienia państwa9. Odrzucał on koncepcję państwa jako „stróża nocnego” nie tylko jako szkodliwą, ale przebrzmiałą, nie przystającą do warunków aktualnych10. Z drugiej jednak strony obawiał się nadmiernego rozrostu jego prerogatyw, zbyt dużej etatyzacji wszystkich dziedzin życia, przesadnej jego ingerencji w życie obywateli, wiedząc, że więcej władzy oznacza automatycznie mniej społeczności i wewnętrznego życia.
Zdawał sobie sprawę, że jeśli wspólnota będzie nakładać na swych członków stale rosnące zobowiązania, wówczas zacznie obumierać ich autonomia, a wspólnotowe więzi osłabną, bowiem powinności społeczne zamienią się w przykre, narzucane z zewnątrz obowiązki. I odwrotnie: nadmierny wzrost sił odśrodkowych powoduje poważny uszczerbek wspólnoty, ale i zmniejszenie autonomii pojedynczych osób, zależnych od tejże wspólnoty w sferze zaspokojenia podstawowych potrzeb. Jak pisał Hoppe, „stróż nocny” rozrósł się, zbogacił i zagospodarował. Widzimy dalej, że ten „stróż” coraz silniej zaczyna wkraczać w ramy życia zbiorowego. Zaczyna wychowywać i pouczać, zaczyna sam gospodarować, regulować przez swe organa stosunki na rynku pracy, kontrolować życie gospodarcze, budować porty, okręty, drogi i fabryki. /…/ Masy ludzkie – obywatele, też zmieniają swój charakter. Na miejsce dawnych, niezależnych przedsiębiorców, kupców i rzemieślników widzimy coraz liczniejsze szeregi pracowników najemnych, robotników i urzędników. /…/ Dotychczasowa zasada nieograniczonej wolnej konkurencji zaczyna być rewidowana i poddawana krytyce, gdyż życie gospodarcze doszło do takiego stanu komplikacji, gdzie kryterium interesu jednostki nie daje gwarancji rozwiązania nagromadzonych trudności. Na pytanie: obywatele czy poddani? – odpowiadał zdecydowanie – obywatele11. Już po wojnie pisał, iż obywatelskość i samorządność – to podstawowe cechy naszej społecznej kultury. Prawo na pewno musi zawierać elementy przymusu, ale polski model współżycia – to dobrowolność plus przymus12.
Zauważał Hoppe, iż społeczeństwo staje się coraz bardziej znaczącym czynnikiem w życiu publicznym i pragnął, aby ten proces nabrał jeszcze większej dynamiki. Stojąc na gruncie zasady subsydiarności państwa, podkreślał, iż społeczeństwo domaga się coraz mocniej oficjalnego miejsca w konstrukcji państwa, chce być jego organiczną i uznaną częścią składową, spełniającą szereg przekazanych mu funkcji. Tak, jak kiedyś jednostka chciała ograniczać uprawnienia państwa, tak teraz organizujące się społeczeństwo walczy o nowe zadania i prace, pragnie przejmować szereg uprawnień, dąży do wyodrębnienia pewnych dziedzin życia, na których zamierza pod nadzorem władz państwowych samodzielnie gospodarować13.
Warto wspomnieć, iż Hoppe nie stworzył żadnego całościowego i szczegółowego programu reform społeczno-gospodarczych. Pisał, iż nie ma zamiaru wskazywać nowych form ustroju gospodarczego, nie chcąc naśladować tych wszystkich, którzy w kawiarniach, salonach i na wiecach lekkomyślnie konstruują formy przyszłości i wypisują recepty na dzisiejsze choroby życia publicznego14. Cechowała go mająca wręcz konserwatywny rys wstrzemięźliwość, jeśli chodzi o budowanie sztucznych, gotowych koncepcji czy programów. Nie wierzył w możliwość ich mechanicznego wdrożenia bez przemian na płaszczyźnie psychicznej, bez zmian oddolnych i spontanicznych.
Pozbawiony był też złudzeń co do tego, że społeczeństwo obywatelskie można stworzyć ad hoc za pomocą odgórnego dekretu. W jednej z jego prac czytamy: to musi być rezultat ciężkiej i systematycznej pracy zwartych gromad i zespołów, pracy zharmonizowanej z głoszonymi hasłami, pracy i trybu życia, opartego o przymus praktykowania zasad, pracy, w której pełne nastawienie woli i energii będzie zwrócone w kierunku realizacji idei. Drogi do istotnego uzdrowienia są proste: redukcja blagi – więcej prostoty – podobnie jak w sztuce, jak w architekturze, jak w obyczajach więcej prawdy, ale blagi nie niszczy się suchą formą przepisu – dekretem, dlatego nie przywiązujmy tak wielkiej wagi do spraw formalnych, do form ustrojowych, do programów. Pracę tę należy rozpoczynać z innego końca, od dołu, od podstaw15. Uspołecznienie państwa to – jak podkreślał – ciężka praca, przejęcie niektórych funkcji od państwa wiąże się z nowymi zadaniami i obowiązkami. Ten zatem, kto głosi tego rodzaju ideały, niech na pierwszym miejscu stawia twardą szkołę nowych obowiązków, pracy i odpowiedzialności, a w drugim rzędzie dopiero niech myśli o rozbudowie uprawnień16.
***
Główna idea, jaka mu przyświecała zwłaszcza w drugiej połowie lat 30., to Polska i jej dobro. Przeczuwając zbliżającą się katastrofę, wzywał wszystkie patriotycznie nastawione siły polityczne do zdecydowanego działania na rzecz wzmocnienia kraju. Stąd też jego coraz mocniej deklarowany nacjonalizm. Zdawał sobie sprawę z geopolitycznego położenia Polski i rozumiał, że jeśli chcemy mieć jakiekolwiek szanse przeciwstawienia się sąsiadującym z nami państwom totalnym, to musimy wypracować własną doktrynę, która zdołałaby wzmocnić potęgę narodową, uwolnić drzemiącą energię, zogniskować wszystkie siły społeczne na wspólnych zadaniach i celach. Wzdragał się jednak przed kopiowaniem wzorów obcych, zwłaszcza tych totalitarnych. Z pesymizmem konstatował co prawda, iż zapewne i nas moda na totalizm nie ominie, gdyż „prawa wojny są totalne”, jednak apelował aby odrzucić to słowo, będące dobrą glebą dla przeróżnych hitlerkowatych pomysłów o zamachach, przewrotach, wstrząsach, a zastąpić je terminem „polska myśl żołnierska”17.
W pracy z 1937 r. Hoppe, sam przecież będący admiratorem Sorela, pisał: Towarzysze soreliści i socjaldemokraci, jesteście we mgle, w takich razach znacznie praktyczniej jest patrzyć na ziemię, aniżeli w słońce. Bardzo to niebezpieczna i zwodnicza metoda ulokować cały kapitał swego entuzjazmu i umiłowań w jakiejś, choćby najbardziej czcigodnej, ale do warunków własnej ojczyzny niedopasowanej teorii. Jest to metoda studencka – dobra dla peleryniarzy, ale nie dla odrodzonych Polaków, których los postawił w roli strażników kraju z natury bezbronnego. Jeżeli słowo naród jest dla was czymś żywym, jeżeli okrzyk „proletariusze wszystkich krajów łączcie się!” nie zamroczył was doszczętnie, to zostawcie w spokoju mit strajku generalnego, weźcie się lepiej do studiów nad historią Sparty – to pewno będzie dla Polski pożyteczniejsze18. Wzywał: Zróbmy wielkie święto palenia. Na oczach narodu spalmy kukły sanacji, endecji, PPS, Partii Pracy itp. i wprowadźmy na tron symbol zjednoczenia. Rozpuśćmy na kraj wici – niech popłynie gromkie wołanie o wspólny wielki, nowy front narodu polskiego. /…/ Własność, praca, drobny warsztat, rodzina, bez marksizmów, bez materializmów. Kultura musi być polską kulturą. Wyprzedaż starych zabawek – antykwariusze smutnej przeszłości do dymisji19.
***
Okres okupacji to dla Hoppego przede wszystkim czas ożywionej działalności w konspiracyjnej organizacji Unia. Do jej narodzin doszło w wyniku połączenia kilku mniejszych inicjatyw wiosną 1940 r. Główny trzon ugrupowania stanowiły trzy podziemne grupy: Warszawianka, Grunwald i Nowa Polska. Pierwsza z nich założona została już 6 października 1939 r. w środowisku związanym z osobą prezydenta Warszawy Stefana Starzyńskiego. Inicjatorami jej powołania były właśnie osoby wywodzące się z przedwojennego „Jutra Pracy”: Jan Hoppe, Cyprian Odorkiewicz, Henryk Pawłowicz i Bronisław Chajęcki. Hoppe obok Jerzego Brauna, Kazimierza Studentowicza czy Stanisława Bukowskiego należał do czołowych postaci tej organizacji. W czasach, gdy hitlerowskie hordy okupowały Polskę, a hordy bolszewickie szykowały się by nas „wyzwolić”, kiedy – jak pisze Hoppe – na ulicach płynęła krew, a niestety i alkohol, w melinach „Unii” kipiała i burzyła się myśl20, tworzono fantastyczne projekty uniwersalnej reformy moralno-politycznej świata poprzez odnowienie wszystkiego w Chrystusie, stosując się do maksymy Norwida, iż „równocześnie do powstania mieczem, trzeba powstania siłą myśli”.
13 lutego 1943 r. doszło do połączenia Unii ze Stronnictwem Pracy. Jak podkreślał Hoppe: Unioniści weszli do Stronnictwa Pracy, ale nie zmienili swej postawy myślowej i nadal pozostawali unionistami, bo formy nie mogą zmieniać tego, co jest znacznie silniejsze, co się narodziło w innym duchowym laboratorium21. Co więcej, unioniści nie tylko nie zrezygnowali z wypracowanych przez siebie koncepcji, lecz potrafili je zaszczepić Stronnictwu, a tym samym zdominować je ideologicznie. Hoppe pełnił również od 1943 r. funkcję redaktora naczelnego oficjalnego organu prasowego Stronnictwa Pracy, jakim było pismo „Reforma”, był także przewodniczącym komisji koordynującej działalność wydawniczą ugrupowania22.
W marcu 1945 r. został aresztowany przez NKWD podczas spotkania w Brwinowie z przewodniczącym krajowego Stronnictwa Narodowego, Aleksandrem Zwierzyńskim, na którym próbowano uzgodnić wspólną taktykę w zaistniałej sytuacji. Zaopatrzony w sfałszowane dokumenty na nazwisko Jan Chmielewski, został wywieziony na początku kwietnia do Swierdłowska23. W ZSRR przebywał do 1947 r., wrócił schorowany, jednak władza komunistyczna nie zapomniała o nim. W lutym 1949 r. został aresztowany, a następnie skazany w procesie działaczy Stronnictwa Pracy na karę dożywotniego więzienia. Jerzy Braun, który zetknął się w jednej celi z Hoppem w 1953 r., pisał, że cechą tego już poważnie schorowanego po pobycie na Syberii człowieka był niczym nie zmącony spokój i stoicyzm w znoszeniu przeciwności losu. U ludzi małego wzrostu – a Hoppe miał wzrost i wygląd niemal chłopięcy – zaznacza się nieraz dążność do rekompensaty i górowania nad otoczeniem władzą, wolą, samokontrolą, niezłomnością charakteru. W Hoppem wyczuwało się ciągłą dbałość o „zachowanie twarzy”, o powagę postawy i decyzji, odpowiedzialność za słowa i czyny, by żaden jego postępek, żadna wypowiedź nie kolidowała z wypracowanym w sobie ideałem człowieka, przywódcy i działacza społecznego. /…/ W więzieniu, w ciągłym obcowaniu wzajemnym, w warunkach niezmiernie uciążliwych, wymagających opanowania i wielu wyrzeczeń, wychodzą na jaw wszystkie ujemne i pozytywne cechy charakterów. /…/ Nic nie da się ukryć i zakamuflować. Odebrane są wszystkie akcesoria władzy, posiadania, stanowiska, piastowanego urzędu. /…/ W takim klimacie duchowym i scenerii „zachować twarz” i zdobyć autorytet jest niesłychanie trudno. Autorytet ten zdobywał Hoppe gdziekolwiek się zjawił, zarówno wśród ludzi wybitnych, olśnionych jego logiką, jasnością ocen, etyczną nieskazitelnością, jak i wśród maluczkich, nawet prawdziwych bandytów i złodziei. Był nie tylko podziwiany i szanowany, lecz i kochany. Jego talent wychowawcy, kierownika dusz ludzkich, wypróbowany już w harcerstwie, zjednywał mu szczególnie młodych, którzy jeszcze po wyjściu z więzienia lgnęli do niego jak do ojca, uważali go za swój drogowskaz i wzór życiowy24.
W 1956 r. opuścił więzienie. Lekarze zalecili mu zmianę klimatu na łagodniejszy w miesiącach zimowych. Starania o zezwolenie na wyjazd do Włoch w celu podreperowania zdrowia zakończyły się sukcesem. Obserwując z bliska na Zachodzie politykę prowadzoną przez niektóre środowiska emigracyjne wobec kraju, a w zasadzie społeczeństwa polskiego, stawał się wobec niej coraz bardziej krytyczny. Karol Popiel pisał, iż odgradzanie się, bojkotowanie zwykłych ludzkich stosunków między emigracją a społeczeństwem w kraju, wszystkie te przejawy emigracyjnej niezłomności były dla niego /…/ świadomym kopaniem przepaści pomiędzy synami jednej ojczyzny i budowaniem pomiędzy nimi jakiegoś niesamowitego „chińskiego muru”. I to w sytuacji, gdy tylko zacieśnienie stosunków między społecznością emigracyjną a macierzą mogło skutecznie hamować proces utraty dla polskości młodych pokoleń25.
Władze jednak postanowiły nie dać mu o sobie zapomnieć. Jesienią 1967 r. zażądano od niego wysłania do trzech wybranych osobistości w Rzymie listu, w którym poddałby krytyce postawę Prymasa Stefana Wyszyńskiego. Hoppe nie przystał na to, co zaowocowało wstrzymaniem paszportu. Odmowę tę powtórzono w roku następnym, co prawda po odwołaniach uzyskał w końcu zgodę na wyjazd, ale było już za późno. Wiadomość o tym przyszła do niego bowiem 17 lutego 1969 r., w przeddzień śmierci26.
Ciężka praca, a nie blaga czy gra; służba zamiast interesu; czyn, a nie hasła; świadomy obywatel w miejsce poddanego; konkret zamiast frazesu – to idee, które przez całe życie przyświecały Hoppemu w pracy społecznej, politycznej czy pisarskiej. Jego zdaniem, stanowiły one kluczowe elementy życia publicznego, od których zależeć miało powstanie, jak dziś zwykło się mówić, „społeczeństwa obywatelskiego”.
Przypisy:
1 K. Sieniewicz, Jan – pragmatyk /w:/ J. Braun, K. Popiel, K. Sieniewicz, Człowiek ze spiżu, Wrocław 1987, ss. 71-72.
2 M. Grzybowska, Adam Skwarczyński jako ideolog obozu sanacji. Koncepcje publiczno-ustrojowe, Kraków-Kielce 1997, ss. 168-169.
3 K. Popiel, Droga ideowego piłsudczyka /w:/ J. Braun, K. Popiel, K. Sieniewicz, op. cit., s. 12.
4 J. Hoppe, Wspomnienia, przyczynki, refleksje, Londyn 1972, s. 190.
5 Ibid., s. 223.
6 Ibid., ss. 227-228.
7 J. Hoppe, Wierzyłem (Artykuły), Warszawa 1938, ss. 12, 14.
8 Idem, Wspomnienia…, ss. 32-33.
9 Ibid., s. 136.
10 Myśl społeczna. Gawędy i wykłady, oprac. J. Hoppe, Warszawa 1933, ss. 30-32.
11 Ibid., s. 36.
12 Idem, Wspomnienia…, s. 260.
13 Myśl społeczna…, ss. 41-42.
14 Ibid., s. 32.
15 Ibid., s. 59.
16 J. Hoppe, Adam Skwarczyński. Myśli o związkach zawodowych, Warszawa 1934, s. 30.
17 J. Hoppe, Wierzyłem…, s. 11.
18 Idem, Mozaika robotnicza (Artykuły), Warszawa 1937, ss. 42-43.
19 Idem, Wierzyłem…, ss. 51, 53.
20 Idem, Wspomnienia…, s. 289.
21 Ibid., s. 341.
22 K. Sieniewicz, op. cit., ss. 86-87.
23 Ibid., s. 104.
24 J. Braun, Jan Hoppe – polityk w służbie idei /w:/ J. Braun, K. Popiel, K. Sieniewicz, op. cit., ss. 213-214.
25 K. Popiel, op. cit., s. 34.
26 Ibid., s. 31.
przez dr hab. Rafał Łętocha | piątek 13 kwietnia 2012 | inspiracje, z Polski rodem
Nigdy nie uwierzę, żeby rozdawnictwo ciepłej zupy zmarzniętym, kula w łeb tyranowi, kolonie wakacyjne dla dzieci, jasne mieszkanie dla biednych, organizacja minimum utrzymania dla każdego, kto się w społeczeństwie urodził i chce w nim żyć, nawet opieka nad zwierzętami, żeby to były rzeczy w oczach Pana Boga mniej ważne i mniej warte niż uniesienie św. Teresy i jej ucznia św. Jana – deklarował Karol Ludwik Koniński1.
O nim samym natomiast, ponad czterdzieści lat temu, Bronisław Mamoń, niestrudzony popularyzator spuścizny Konińskiego, pisał: …to pisarz niezwykły, nie mający swoich poprzedników oraz następców w literaturze polskiej, z rodziny wielkich gwałtowników chrześcijańskich: Pawłów i Orygenesów, Pascalów i Newmanów, Kierkegaardów i Mounierów. W dwudziestoleciu międzywojennym zajmujący ważną i bardzo własną pozycję w życiu intelektualnym – Irzykowski zaliczał go do pierwszej dziesiątki publicystów – dziś prawie nieznany przez szerokie kręgi czytelników, wyłączony z żywego obiegu kulturowego, czekający wciąż na odkrycie i „zaszeregowanie” w historii myśli polskiej, odpowiednie jego randze2. Od tamtego czasu niewiele się zmieniło, jeśli chodzi o recepcję jego niezwykle bogatej twórczości. Nawet gdy mamy do czynienia z pewnymi symptomami świadczącymi o odkrywaniu Konińskiego w ostatnich latach, to przede wszystkim jako krytyka literackiego, popularyzatora kultury ludowej oraz pisarza religijnego3, mniej natomiast znany jest jako myśliciel społeczny i polityczny4.
***
W jednym ze swoich niedokończonych pamiętników Koniński zanotował: Urodziłem się 1. XI [1]891 we Lwowie; musiało to być w nocy, gdyż matka moja mówiła mi z naiwną dumą żem od razu patrzył na lampę: chętnie bym stwierdził mój horoskop, choć astrologia wydaje mi się nonsensem: nieraz myślę o tym, że dzień umarłych, w którym przyszedłem na świat, położył się cieniem swoim na całym moim życiu5.

CC BY-NC-SA Rob Ireton, http://www.flickr.com/photos/aoisakana/483863069/
Szkołę elementarną Karol wraz z rodzeństwem przerabiał w domu. Gdy jego rodzina przeprowadziła się do Krakowa, tamże ukończył szkołę średnią i rozpoczął w 1911 r. studia. Uczęszczał głównie na zajęcia z historii i literatury. W owym czasie zwrócił się w kierunku nacjonalizmu, czytał pisma Dmowskiego, Balickiego, Popławskiego.
Odkrył jednak wówczas także twórczość Stanisława Brzozowskiego i Karola Irzykowskiego, dwóch osób, które kto wie, czy nie w największym stopniu odcisnęły piętno na jego twórczości.
Jeszcze jako student podjął pracę w krakowskim magistracie, a jesienią 1916 r. został wcielony do 16. pułku strzelców. Służba wojskowa zaważyła na jego całym późniejszym życiu – wiosną 1917 r. zachorował na zapalenie płuc, złe warunki w wojsku i nieprawidłowe leczenie powodują w późniejszym czasie nawroty choroby oraz kilkumiesięczny pobyt w szpitalu, a wreszcie gruźlicę kręgosłupa. W 1918 r. polska komisja zwalnia go z wojska jako osobę o stuprocentowej niezdolności zawodowej, od 1919 r. przechodzi zaś na rentę inwalidzką.
W tamtym czasie Koniński coraz śmielej włącza się w życie intelektualne Krakowa, nawiązuje kontakt z „Głosem Narodu”, na łamach którego publikuje swoje teksty, wkrótce podejmuje współpracę z kolejnymi periodykami, jak „Przegląd Warszawski”, „Przegląd Współczesny”, „Przegląd Wszechpolski”, „Myśl Narodowa” czy „Trybuna Narodu”. Na ich łamach zaczynają się krystalizować zręby jego publicystyki, ześrodkowanej wokół zagadnień narodowych, literackich i religijnych. W 1929 r. ze względu na stan zdrowia przeprowadza się z Krakowa do Zakopanego, gdzie nawiązuje kontakty m.in. z Marią Kasprowiczową i Stanisławem Ignacym Witkiewiczem, które przerodzą się w trwałe przyjaźnie.
W latach 30. jego związki z obozem narodowym rozluźniają się, Koniński coraz bardziej zniesmaczony jest nasilaniem się antysemickich akcentów w publicystyce narodowców. Jego zdaniem, tego typu działalność powoduje, że uwaga społeczeństwa skierowana zostaje na Żydów, zamiast na poczynania Niemców, będących rzeczywistym, ogromnym zagrożeniem. Postrzegał to nawet jako zakamuflowaną formę dywersji, mającej na celu moralne rozbrojenie polskiego narodu. Wyrazem niechęci do tego rodzaju postaw i działań był chociażby artykuł, w którym bezpardonowo zaatakował Adolfa Nowaczyńskiego6. W związku z tym coraz mniej publikuje w pismach endecji, nawiązuje natomiast kontakt z „Gazetą Literacką”, a następnie pismem „Zet” Jerzego Brauna, „Prosto z mostu” i „Marchołtem” Stefana Kołaczkowskiego, a wreszcie pod koniec lat 30. ze związanymi z Frontem Morges, a później Stronnictwem Pracy periodykami „Polonia”, „Odnowa” czy „Zwrot”. W 1938 r. wstępuje w szeregi Stronnictwa Pracy.
Mimo poważnej choroby realizuje się również jako działacz społeczny. W 1937 r. razem Jerzym Płomieńskim oraz S. I. Witkiewiczem organizują letnie kursy naukowo-literackie w Zakopanem, które w zamierzeniu miały się przerodzić w uniwersytet wakacyjny. W 1938 r. program kursów obejmował 40 odczytów wygłaszanych pomiędzy 11 VII a 1 VIII w sali hotelu „Morskie Oko”, w gronie prelegentów obok Konińskiego i Witkiewicza znajdowali się m.in. Roman Ingarden, Karol Irzykowski i Leon Chwistek. Wkrótce zaś wraz z Marią Kasprowiczową podejmuje działania mające na celu utworzenie Uniwersytetu Wiejskiego im. Jana Kasprowicza na Harendzie, prace nad wdrożeniem tego pomysłu przerwała jednak wojna. W 1938 r. wydaje natomiast dwutomową antologię pt. „Pisarze ludowi. Wybór pism i studium o literaturze ludowej”, której poświęcił wiele lat życia. Zawierała ona fragmenty pamiętników nie tylko chłopów, ale także bezrobotnych oraz amatorską poezję, prozę, dramaty i publicystykę.
W lutym 1939 r. Koniński wyjeżdża do sanatorium w Lanckoronie, gdzie zastaje go wojna. Tam powstaje dziennik „Wojna” oraz jego najdojrzalsze, obok późniejszego „Nox atra”, dzieła z gatunku medytacji religijnych – „Ex labiryntho” i „Uwagi”. Prace te, jak pisał Konrad Górski, to …rodzaj intymnego dziennika, odtwarzającego różne etapy zmagań wewnętrznych o zdobycie pewności prawd religijno-moralnych i filozoficznych, które by uregulowały wewnętrzny stosunek autora do Boga i świata7. Bieda, postępująca choroba, poczucie bezsensu, oderwanie od rzeczywistości, brak książek, towarzystwa i miejsca do pracy dają mu się mocno we znaki, pogrążając go w coraz większej rozpaczy: Gdybym mógł ludziom pomagać, pomagałbym, gdybym mógł pracować i walczyć, pracowałbym i walczył; ale ani ludziom pomagać, ani pracować i walczyć nie mam sposobności ani możliwości […]. Po co właściwie żyć? Na co czekać? Jaki obowiązek mnie łączy z tą ziemią smutku? Nie pomogę nikomu, nikomu nie kupię mleka i chleba, kto głoduje8.
Pod koniec 1940 r. Konińscy przenoszą się rodzinnego domu żony w Rudawie k. Krakowa. Tam powstają m.in. dwie rozprawy dotyczące tematów społecznych – „Gospodyn” i „Humanizacja własności”. Umiera 23 marca 1943 r. w związku ze zwyrodnieniem nerek na tle gruźliczym.
***
Bronisław Mamoń dzieli publicystykę polityczną Konińskiego na dwa okresy. Pierwszy obejmuje lata 1926-1935 i wiąże się z oddziaływaniem ideologii endecji, drugi natomiast lata 1937-1939 i związany jest ze zbliżeniem do Frontu Morges i Stronnictwa Pracy. Oczywiście podział tego rodzaju jest umowny, trudno bowiem dostrzec jakąś radykalną woltę w myśli samego Konińskiego. Co najwyżej mamy do czynienia z narastającym krytycyzmem pod adresem obozu narodowego i zmianą zainteresowań, jednak ta następowała bardziej ewolucyjnie. Poza tym trochę na wyrost Koniński bywa niekiedy klasyfikowany jako przedstawiciel nacjonalizmu integralnego spod znaku obozu narodowego. Owszem, współpracował z pismami narodowymi, określał się mianem nacjonalisty, jednak ciężko go zaliczyć w poczet teoretyków endeckich. Jego wersja nacjonalizmu zawsze różniła się od propagowanej w obozie narodowym, np. brak było w niej choćby śladów antysemityzmu; zajmował tam niewątpliwie własne, odrębne miejsce9. Jak pisał już w późniejszym okresie, odnosząc się do swego skomplikowanego i bogatego drzewa genealogicznego, obfitującego w przodków różnych stanów i narodowości: Czuję się Polakiem zrośniętym fanatycznie z tą ziemią i tym narodem. Tylko jak widzę czasami polskie niedołęstwo, myślę o sobie, że jestem trochę kalwinem szwajcarskim, trochę Niemiaszkiem, trochę arystokratą francuskim10.
Stałym punktem publicystyki politycznej Konińskiego jest duży krytycyzm wobec sanacji i wprowadzonych przez nią metod rządzenia, obniżenia standardów moralnych w polityce, nepotyzmu i serwilizmu; przewrotu majowego (który oceniał jako zbrodnię), cenzury, Brześcia i Berezy. W 1938 r. na łamach „Zwrotu” pisał, iż patrząc na …tę obojętność, bezsilność, martwotę, na ten przy tym nasz polski blichtr i polor, beztroskę, dobry humor, parady, ambasady, biesiady, luksusy, limuzyny, fraki, ordery, bubki, zgrzybiałość, elegancję, dystynkcję, mocarstwowość, pawiość, papużenie się, słowem całe to polskie pozoróbstwo, to nam się zmarszczki robią na czole, zdaje się nam niekiedy, że jesteśmy Naród-Jesień, i że skrawe kolory to jest załgana purpura i zgniłe złoto uwiądu…11 Konsekwentnie przez lata uważał, że największe niebezpieczeństwo dla Polski stanowią Niemcy i zarzucał sanacji nie tylko niezrozumienie tego, ale wręcz umizgi wobec Hitlera. Wyrażał przekonanie, że nazizm stanowi nową niemiecką wiarę, opartą na „micie krwi”, przeciwstawiał się postrzeganiu go jako kierunku ideowego narzuconego od góry narodowi niemieckiemu przez garstkę ideologów – zwracał uwagę na jego mocne zakorzenienie w społeczeństwie, masowy charakter i niebezpieczeństwa stąd płynące. Wreszcie zaś konstatował, nie bez pewnej dozy profetyzmu, iż nazizm może niejako utorować drogę komunizmowi, gdyż dla narodów podporządkowanych przez Niemcy w pewnym momencie „marzeniem stałby się komunizm”. Stąd akcentował doniosłą cywilizacyjną rolę Polski: W naszej pozycji pomiędzy bolszewizmem a gotującym się do skoku neohakatyzmem niemieckim, dźwigamy na sobie los kultury chrześcijańskiej i humanitarnej12.
Szukając możliwości jakiegoś wyjścia z tej rozpaczliwej sytuacji wysuwał fantastyczne koncepcje Cesarstwa Polskiego pod panowaniem Habsburgów, jednoczącego kraje położone w międzymorzu B.P.A. (Balticus – Pontus – Adria). Koniński uważał, iż jedynie unia dynastyczna pomiędzy Węgrami i Austrią, a następnie Polską, jest w stanie doprowadzić do stworzenia organizmu skupiającego kraje Międzymorza oraz trwałego ośrodka personalnego i dyspozycyjnego, będącego warunkiem funkcjonowania takiego tworu; iż tylko w ten sposób można odciągnąć Austrię, a być może i południową, katolicką niemczyznę, od Niemiec hitlerowskich13. Odrzucał jednak przy tym zdecydowanie ideę europejskiego narodu wysuniętą przez Juliena Bendę. Nie wierzył w jej urzeczywistnienie, ponadto pokusy rozpuszczenia narodów w jednym paneuropejskim tworze, wizje ich niwelacji, uważał za niebezpieczne. Jedna Europa miała się urzeczywistniać nie poprzez destrukcję narodów, ale federacje, bloki państw tworzone z potrzeb geopolitycznych. Nie ma bowiem, jego zdaniem, …wyrzeczenia się narodowego bez nadpsucia się już nie jakiejś specjalnie narodowej, ale ogólnoludzkiej moralności. Tej samej moralności, bez której nie zakwitnie żaden w ogóle ideał14.
***
Pod koniec życia, w latach wojny, Koniński mocniej zainteresował się kwestiami społeczno-gospodarczymi, problemem sprawiedliwego ustroju. Zagadnienia te pojawiały się w jego publicystyce już wcześniej, jednak zazwyczaj marginalnie, natomiast w czasach okupacji pokusił się wręcz o wypracowanie spójnego, przemyślanego programu, który określił mianem socjalizmu chrześcijańskiego, uznając, iż jedynym socjalizmem w pełni humanistycznym, mogącym zagrodzić drogę socjalizmowi materialistycznemu, ustrzec przed przemocą, walką klas, terrorem – może być socjalizm religijny, rozwinięty pod dewizą …Boga, który jest Miłość i który jest Światło15. Pisał o tym, iż szerzy się coraz bardziej przekonanie, że po wojnie będzie musiała zostać ustanowiona jakaś forma socjalizmu, …przez co ja rozumiem, że będzie musiała przyjść sprawiedliwość od władcy, ktokolwiek nim będzie, sprawiedliwość rozdzielcza: nikt za mało, nikt za wiele; nędzarz bezrobotny, robotnik nędzny – próżniaczy bogacz ze swoją kurtyzaną wykwintną, ślubną czy nieślubną – te typy muszą zaniknąć i to nie tylko na skutek kaznodziejstwa i moralistyki, ale na skutek interwencji władzy w życie gospodarcze16.
Koniński zawsze wykazywał dużą wrażliwość na krzywdę społeczną. Już w 1929 r. pisał: Przenieśmy się myślą do któregoś z krajów, gdzie w wieku XIX nastąpił intensywny rozwój wielkiego przemysłu; uprzytomnijmy sobie dolę ówczesnego robotnika; uprzytomnijmy sobie zarazem sytuację moralną w ówczesnych warunkach człowieka na serio chrześcijańskiego. W latach czterdziestych ub. w. rząd angielski przeprowadził po kopalniach ankietę, z której wynika, że dzieci pracowały pod ziemią po 11, 12, 13, 14 godzin na dobę, że pracowały dzieci częstokroć poniżej 5 lat życia, a nawet zdarzało się, że dziecko 3-letnie, cały dzień siedząc pod ziemią, otwierało drzwi i zamykało je za przejeżdżającymi wózkami. I któż wobec takich faktów będzie śmiał jeszcze twierdzić, że nastroje i ruchy rewolucyjne w. XIX są do przypisania wyłącznie spiskom ludzi zaprzysiężonych przeciwko chrześcijaństwu?!17
Od tego czasu, jak konstatuje, wiele zmieniło się na lepsze, jednak ciągle dużo jest do zrobienia. Winą za taki stan rzeczy obarczał w dużej mierze liberalizm, który stworzył współczesnego homo oeconomicusa, kierującego się wyłącznie egoizmem. Nie podzielał też liberalnego optymizmu, że likwidacja ubóstwa i niesprawiedliwości w stosunkach społecznych dokona się automatycznie, za sprawą działania samych mechanizmów rynkowych. Efekty, które przynosi gospodarka liberalna, są bowiem wręcz odwrotne. Są nimi nie tylko powszechne zglajszachtowanie i standaryzacja, co drażniło konserwatywną naturę Konińskiego, ale i coś, co poruszało jego wrażliwość społeczną, czyli olbrzymie kontrasty i rozwarstwienie. We wspomnianym systemie masy, jak pisze, giną …w nędzy ostatniej, gdy tymczasem liberalna gospodarka światowa daje oczom przerażonym zdumiewające widowisko milionów ton owoców, kaszy, zboża, tłuszczu, palonych i niszczonych, aby uniknęły spadku cen, doczekaliśmy się paradoksalnej i bluźnierczej „klęski” gospodarczej, klęski nadprodukcji.
Liberalna teoria mówiąca o samoregulującym się mechanizmie rynkowym, jak konstatował, do pewnego momentu jest prawdziwa, jednak nie uwzględnia …jednego momentu tej naturalnej równowagi, którym jest czas. Zawsze jakiś czas mija, zanim nastąpi automatyczne wyrównanie między konsumpcją a produkcją, jakiś czas, kiedy zawsze jest czegoś gdzieś za dużo, a czegoś za mało; wobec czego, zawsze jest gdzieś jakiś zastój w produkcji i gdzieś jakieś niedomaganie po stronie konsumpcji. Zawsze więc gdzieś jacyś robotnicy są niepotrzebni, a zwłaszcza, gdy maszyna zastępuje człowieka, gdy zarazem podział dochodu społecznego nie jest taki, aby przy wzroście produkcji, ona znalazła w czas odpowiednią sobie konsumpcję; zawsze leżą jakieś nieskonsumowane zapasy a bezrobocie utajone trwa ciągle, od czasu do czasu, nieomal regularnie wybuchając klęską żywiołową. Dodajmy, że znaczna część kapitału produkcyjnego obracana jest na produkcję zbędną, luksusową i pseudoluksusową, nieraz wprost szkodliwą. I dodajmy, że znaczna część kapitałów, która by mogła być pożytecznie produkcyjnie użyta, jest trawiona konsumpcyjnie, często głupio i niezdrowo18.
W związku z tym nawoływał do podjęcia wysiłku w celu ustanowienia ustroju społecznej sprawiedliwości, wskazywał, iż miłosierdzie indywidualne (jałmużna), jak i miłosierdzie indywidualno-społeczne (dobroczynność, fundowanie czy wspieranie przez osoby prywatne instytucji użyteczności publicznej) nie wystarczą, nie są w stanie rozwiązać kwestii społecznej. Oczywiście są potrzebne jako swoiste dopełnienie, ale nie można wszystkiego składać na ich barki, z natury rzeczy nie są one bowiem zdolne poradzić sobie z poważnymi problemami społecznymi. Indywidualna działalność charytatywna, jak podkreślał, im bardziej żarliwa, …tym prędzej uczuje się beznadziejną: kropla w pustyni. Lecz i miłosierdzie indywidualno-społeczne jest niedostatecznym do wyplenienia nędzy, w której tylu się marnuje; np. nie jest w stanie rozwiązać kwestii mieszkaniowej, podjąć się przebudowy miast; lecz przede wszystkim nie jest w stanie zlikwidować głównej plagi społecznej naszych czasów, chronicznego bezrobocia. Nawet heroiczne miłosierdzie indywidualno-społeczne chorobę społeczną, którą nazywa się nędzą mas, leczy objawowo a nie przyczynowo; nie przykłada siekiery do samego korzenia zła. A zatem: Jałmużny? Tak. Fundacje dobroczynne i składki na te fundacje? Tak. Ale obok tego i ponad to polityczny instytucjonalizm w duchu sprawiedliwości społecznej19.
Liczenie jedynie na dobrą wolę i wyrzekanie się przymusowego zinstytucjonalizowania walki z biedą, to dla niego wyraz moralizatorskiego utopizmu, bujanie w obłokach i manifestowanie niewiary w możliwość lepszego urządzenia stosunków w tej sferze. Jałmużna to rzecz dobra, ale – jak podkreśla Koniński – nie po to istnieje nędza, aby służyła bogatym jako okazja do dobrych uczynków. Lepszy od jałmużny jest sprawiedliwy ustrój społeczny, w którym jeśli nawet nie dojdzie do zaniku jej potrzeby, to będziemy mieli do czynienia ze znacznym ograniczeniem konieczności uciekania się do takich form. Wizję tego nowego ustroju Koniński zarysowywał już w latach dwudziestych. W jednym z artykułów odniósł się do niektórych pomysłów Othmara Spanna – łatwo można w nim zauważyć konstatacje i recepty, które później zostaną niejako usystematyzowane w koncepcji socjalizmu chrześcijańskiego. Ideałem indywidualisty jest wolność, uniwersalisty – sprawiedliwość – pisał Koniński – […] Idzie bowiem o to, żeby znieść owo głębokie osamotnienie, w jakim żyjemy, owo nowożytne, atomistyczne rozproszenie społeczne – osamotnienie i rozproszenie w grozie całej występujące zawsze wtedy, gdy człowiek został przez los zwyciężony – osamotnienie i rozproszenie tym potworniejsze, że za tło służy mu cywilizacja, która się zowie „chrześcijańską”. Należy więc wytworzyć naokoło człowieka znacznie gęstszą, tęższą i trwalszą niż obecnie tkań społeczną, która by podtrzymywała go fizycznie i moralnie20.
Chodzi więc w pierwszym rzędzie o ponowne „zakorzenienie” liberalnego człowieka-indywiduum w różnorakich wspólnotach, odwrócenie postępującego procesu erozji więzi międzyludzkich. Ustrój sprawiedliwości społecznej, jak podkreślał, musi też zerwać z liberalną wiarą w zbawienną moc niewidzialnej ręki rynku, nie może obejść się bez pewnej dozy planowania. Koniński pisał wprost o potrzebie gospodarki planowej, choć z jego pism wyłania się raczej obraz czegoś, co moglibyśmy określić, za Czesławem Strzeszewskim, „gospodarką z planem”21. Chodzi bowiem nie o centralne sterowanie i regulowanie całokształtu sfery społeczno-gospodarczej przez państwo, ale o działanie w imię jakiegoś planu, umiarkowany interwencjonizm, powodujący, iż niknie pojęcie własności absolutnej, właściciel traci nieograniczoną swobodę dysponowania nią, następuje lepsza redystrybucja dóbr, zostaje zlikwidowane zjawisko lichwy.
Koniński kładł wyjątkowo mocny nacisk na kwestie związane ze sprawiedliwością rozdzielczą, podziałem dochodu społecznego. Wskazywał na zbyt wielkie skupienie gospodarki liberalnej na produkcji, na przesadną wiarę w to, że wzrost PKB musi się przekładać na poprawę położenia szerokich mas społeczeństwa. Tymczasem nie ma tutaj prostej zależności, a jeśli redystrybucja dochodu społecznego jest wadliwa, to o niczym takim nie można mówić. Równocześnie jednak jawił się jako obrońca instytucji własności, wszelkie próby jej likwidacji, zastąpienia tzw. wspólnym posiadaniem, stanowiły dla niego zamach na ludzką godność. Nieodłącznym składnikiem godności jest bowiem wolność od cudzej ingerencji; nie może być zatem, jak pisał, …wolności bez własności. Albowiem wolność bezczynna jest czczym słowem; każdy zaś czyn w świecie rzeczywistym […] polega czy to na jakimś zmienianiu tych rzeczy, czy przynajmniej na przenoszeniu ich z miejsca na miejsce; czyn więc, a przeto wolność niekłamana, domaga się, abym miał jakieś privatum dominium nad jakimiś rzeczami. Bardziej po prostu powiedziawszy, kto nic nie ma, ten jest niewolnikiem, a kto jest niewolnikiem, ten nie może zachować godności22.
Rodzi się więc problem, w jaki sposób pogodzić postulowaną przez niego potrzebę ograniczania tego prawa własności w niektórych wypadkach, z traktowaniem jej jako warunku zachowania ludzkiej godności. Koniński stwierdza, iż syntezą stanowiska altruistyczno-socjalnego i liberalno-indywidualistycznego jest podejście personalistyczne, wskazujące na prymat osoby nad społecznością, ale jednocześnie podkreślające, że człowiek jest istotą społeczną i w związku z tym winien mieć na uwadze również dobro wspólne, które nie jest tylko liberalną sumą dóbr jednostkowych. W argumentacji w obronie prywatnego posiadania ujawnia się też konserwatywny wymiar sposobu myślenia Konińskiego o rzeczywistości, swoista ostrożność i szacunek dla zastanych instytucji. Jego zdaniem, …wszystko co już istnieje, ma prawo istnieć nadal, o ile jawnym i oczywistym nie jest, że nie powinno istnieć […] na reformatorze spoczywa obowiązek ścisłego i słusznego dowodu, że dany stan bycia nie zasługuje na dalsze trwanie. Niech trwa wszystko, co nie jest jawnie szkodliwe, i niech trwa wszystko co po uleczeniu jeszcze zdolne będzie do życia23.
Przedstawiając wizję ustroju sprawiedliwości społecznej, Koniński zwracał uwagę na konieczność zmian także na innych płaszczyznach, przemian, które stanowią kluczowy warunek powodzenia całego przedsięwzięcia. Poddając krytyce katolicyzm społeczny za pewien pasywizm, stawianie kwestii społecznej na gruncie cnoty miłosierdzia, a nie sprawiedliwości, stwierdzał, iż dalszy rozwój chrześcijańskiego dynamizmu socjalnego, walczącego o zmiany instytucjonalne, wymaga również pewnych przeakcentowań metafizyczno-teologicznych. Im bardziej dynamiczna wizja Boga – pisał – tym żarliwsza i niecierpliwsza religia24. Wołał o teologię twórczości, czynu, która miała zastąpić tę dominującą dotychczas, kontemplatywną; o teologię …akcentującą Boga jako działacza, jako tego, który „dotąd pracuje” […] przy tej akcentuacji teologicznej, praca przestaje być dopustem Bożym, a staje się radosną sprawą człowieka; jego nie tyle obowiązkiem cierpliwej pokory, ile motywem religijno-metafizycznej dumy […] praca jako rodzaj modlitwy – lecz i modlitwa jako rodzaj pracy…25.
Postulował również powstanie i rozwój w Polsce typu człowieka, który określał mianem Gospodyna. Wszelkie reformy i zmiany techniczne na nic się bowiem jego zdaniem nie zdadzą, jeżeli nie dojdzie do przemian mentalnych i jak najszerszego upowszechnienia takiego wzorca osobowego: Gospodyn czyli władca, ale władca dobry, nie typu najezdniczego, lecz typu ojcowskiego […] We władcy typu ojcowskiego koncentrują się i kondensują wartości typu civis, obywatel; każdy czujący się obywatelem Rzeczpospolitej, tę żywiący ambicję, aby być obywatelem rzeczywiście wartościowym, jest zarazem jednym z patres patriae, jednym z dobrych władców, potencjalnym Gospodynem. Demokratyczny ustrój państwa powołuje wszystkich dojrzałych uczestników społeczeństwa do obywatelstwa: a przeto i do władztwa26. Jest to ideał silnego, zdecydowanego człowieka, obywatela działającego na rzecz dobra wspólnego, rozumiejącego i śmiało podejmującego obowiązki, które nań ciążą, mocnego a dobrego, mocnego mimo dobroci, dobrego, mającego do dyspozycji rozkazodawczą siłę woli27.
Nie bał się przy tym głosić niepopularnych opinii, grzmieć, krytykować, prowokować i zmuszać do myślenia jednocześnie. Przykładem mogą być mocne słowa, wskazujące na bezwarunkowość udzielania jałmużny: Wasza gościnność: im kto biedniejszy, tym mniej z nim gościnnie; im kto więcej ma, tym lepiej go przyjmować. Ktoś, kto by biednych przyjmował lepiej niż bogatych, ten byłby wariatem i dziwakiem. Chrystus skandalizuje, dziwaczy, przewraca szablony do góry nogami. Chrystianizm ekscentryczny, oryginalny, paradoksalny, antyfilisterski, mistyczna bohema, profetyzm; walka z faryzeuszami, to nie walka z jakimiś niegodziwcami, ale z wami właśnie porządni, pobożni, sformalizowani, oschli ludzie. […] pamiętam, jak ks. pastor przyjmował biednego włóczęgę z takimi samymi szykanami, na jakie by sobie pozwolił każdy rzymskokatolicki ks. Bezduszek. Filisteria jest międzywyznaniowa.
„Nie dam nic, na pewno na wódkę chcecie”.
„Macie ode mnie na wódkę”.
„Pan demoralizuje człowieka”.
„A czy Pan nigdy wódki nie pije? Ja też piję wódkę, my wszyscy pijemy wódkę, wszyscy, którzy ciepło mieszkamy i dobrze się odżywiamy i tylko biedny, który marznie i głoduje ma się popisywać abstynencją”28.
***
Bronisław Mamoń pisał o Konińskim, iż każdy objaw niesprawiedliwości pogrążał go w cierpieniu, szarpiącym nim nieustannie; że próbował każdej możliwości, aby pomagać drugim, odbierać im część bólu. Świadomość, że nie może zaradzić pewnym rzeczom, pogrążała go w rozpaczy. Koniński, jego zdaniem, nigdy nie chciał zamykać się w kręgu własnego bezpieczeństwa, przeciwnie – żył wiecznymi, niezawinionymi wyrzutami sumienia, że ma co jeść i gdzie mieszkać, podczas gdy inni są głodni, brudni, bez pracy. To pragnienie sprawiedliwości stanowiło główny wektor jego życia i podłoże etyczne dla filozofii przezeń głoszonej29.
Taka charakterystyka przywodzi na myśl Simone Weil. Wydaje się, że można dostrzec wiele podobieństw między tymi dwoma postaciami: zbliżone wyczulenie na krzywdę społeczną, wrażliwość, a nawet nadwrażliwość wynikająca może z uwarunkowań fizycznych, doświadczenia choroby i cierpień z nią związanych, troska o najuboższych, najbardziej poniewieranych, najsłabszych. Pragnienie zmiany, przebudowy świata na bardziej sprawiedliwych zasadach, swoiste zmaganie się z Bogiem, zainteresowanie problematyką teodycealną, stawianie pytań dotyczących sensu cierpienia i zła. Wreszcie zaś specyficzna religijność, mistycyzująca, heterodoksalna, zdaniem niektórych wręcz gnostycka, w każdym razie z pewnością wymykająca się ciągle z bezpiecznych terenów ortodoksji.
Koniński jednak wierzył, iż świat można zmienić, przetworzyć, zbudować ustrój sprawiedliwości; u Weil tej wiary jakby mniej, większa zaś fascynacja pracą i ubóstwem oraz silniejsze położenie akcentu na empatię. Mimo tego ona również pisała, że Ludzie, których jedyną troską jest dobro powszechne, mogą być zdolni – albo niezdolni – zapewnić je swoim współobywatelom. Jest za to absolutnie pewne, że tam, gdzie nikt nie skupia uwagi na dobru ogółu, nie dokona się nic, co by służyło dobru powszechnemu30.
Przypisy:
1 K. L. Koniński, Uwagi 1940-1942, Poznań 1987, s. 55.
2 B. Mamoń, Karol Ludwik Koniński, Kraków 1969, s. 5.
3 Zob. A. Kalbarczyk, U podstaw krytyki. O aksjologii literackiej Karola Ludwika Konińskiego, Lublin 2001; A. Fitas, Głos z labiryntu. O pismach Karola Ludwika Konińskiego, Wrocław 2003.
4 Oprócz wspominanej pracy Mamonia, zagadnieniom tym poświęcono więcej miejsca jedynie w artykule T. Sikorskiego, „Nacjonalizm humanistyczny”, czyli patriotyzm wolny od uprzedzeń w pisarstwie politycznym i krytyce literackiej Karola Ludwika Konińskiego (1891-1943), „Templum Novum” nr 7, 2007/2008.
5 K. L. Koniński, Mój pamiętnik [w:] Idem, Kartki z brulionów, Kraków 2007, s. 28.
6 Idem, O panu Nowaczyńskim i jego frankofobii, „Zwrot” nr 28, 1938.
7 K. Górski, O pismach religijno-filozoficznych Karola Ludwika Konińskiego [w:] K. L. Koniński, Ex labiryntho, Warszawa 1962, s. 5.
8 K. L. Koniński, Wojna [w:] Idem, Kartki…, s. 273.
9 Zob. T. Sikorski, op.cit.
10 K. L. Koniński, Pamiętnik [w:] Idem, Kartki…, s. 26.
11 Idem, Moment, „Zwrot” nr 32, 1938.
12 Idem, Logika swastyki, „Przegląd Powszechny” t. 197, 1933.
13 Idem, Cesarstwo polskie, „Zet” nr 1-2, 1936; Idem, Cesarski pomysł, „Zet” nr 5, 1936. Zob. też Idem, Dyskusja o „Bloku Trzech Mórz”, „Prosto z mostu” nr 32/1939.
14 Idem, Idea narodu europejskiego, „Gazeta Literacka” nr 4, 1934.
15 Idem, Humanizacja własności (chrystianizm, socjalizm, liberalizm) [w:] Idem, Kartki…, s. 107
16 Idem, Uwagi…, s. 82.
17 Idem, Z tęsknot i myśli kryzysu, „Przegląd Współczesny” nr 80, 1928.
18 Idem, Humanizacja własności…, ss. 114-115.
19 Ibid., ss. 110-111.19.
20 Idem, Z tęsknot…, zob. też: Idem, Uniwersalizm całości, „Myśl Narodowa” nr 29, 1934; Idem, Uniwersalizm „dziejowości”, „Myśl Narodowa” nr 31-32, 1934.
21 Zob. Cz. Strzeszewski, Gospodarka planowa czy z planem, „Kultura” nr 13, 1939.
22 K. L. Koniński, Humanizacja własności…, s. 118.
23 Ibid., s. 119.
24 Ibid., s. 101.
25 Ibid., s. 112.
26 Idem, Gospodyn czyli władca. Uwagi o typie przodowniczym trzeciej Polski [w:] Idem, Kartki…, s. 67.
27 Ibid., s. 83.
28 Idem, Uwagi…, s. 81.
29 B. Mamoń, op. cit., s. 41.
30 S. Weil, Myśli, Warszawa 1985, s. 11.
przez dr hab. Rafał Łętocha | piątek 13 kwietnia 2012 | inspiracje, z Polski rodem

CC BY-SA Klapi (http://pl.wikipedia.org/wiki/Wikipedysta:Klapi),
http://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/c/cb/Piotr_Wawrzyniak_tablica_%C5%9Arem.jpg
W drugiej połowie XIX w. wzmogły się w Wielkopolsce naciski germanizacyjne przy zastosowaniu nowych metod. Zmagania odbywały się na kilku płaszczyznach, zarówno duchowej, jak tzw. walka o duszę, kulturę i język, jak i materialnej – o ziemię czy miasta. Sprawy religijne ściśle splatały się tutaj z narodowościowymi, choćby z tego powodu, iż antyreligijne i antypolskie zarządzenia władz zaborczych szły w parze. Stąd też duże zaangażowanie duchowieństwa we wspomniane kwestie i czołowa pozycja, jaką odgrywało ono na froncie tej walki.
Jednym z pionierów i liderów zmagań na tym odcinku, ale i działalności społecznej duchowieństwa na ziemiach polskich, był niewątpliwie ks. Piotr Wawrzyniak. Można wręcz powiedzieć, iż stanowił punkt odniesienia i wzór kapłana-społecznika. Liczba różnego rodzaju inicjatyw, w które się zaangażował, a najczęściej je współtworzył, jest imponująca. Sama lista funkcji pełnionych przez niego społecznie, może przyprawić o zawrót głowy: prezes Towarzystwa Przemysłowego św. Wojciecha w Śremie, dyrektor Banku Ludowego w Śremie, patron Związku Towarzystw Przemysłowych, patron Związku Spółek Zarobkowych i Gospodarczych, prezes Związku Kapłanów „Unitas”, prezes Związku Fabrykantów na Rzeszę Niemiecką, i kilkanaście innych.
Był osobą, która realizowała się przede wszystkim w konkretnej „robocie”. Nie zostawił po sobie w zasadzie żadnych pism (oprócz tekstów wykładów, zazwyczaj o charakterze stricte instruktażowym), nie tworzył rozwiniętych koncepcji teoretycznych, skupiając się na codziennej, mozolnej pracy. Jak sam podkreślał, praca społeczna w warunkach, z jakimi miano wówczas do czynienia, stanowiła wręcz obowiązek kapłana. Pisał, iż księża muszą naśladować onych mężów izraelskich, którzy oblężoną Jerozolimę fortyfikowali, dzierżąc w jednej ręce miecz, a w drugiej kielnie dla wznoszenia murów. Tym mieczem jest dla nas praca około społeczeństwa w jednej ręce, podczas gdy drugą trzymamy się ołtarza i krzyża. Kto by z nas zadania swego nie rozumiejąc, obydwu rękami trzymał się ołtarza, ten święty zostanie, ale obowiązków całego człowieka nie wykona.
***
Piotr Wawrzyniak urodził się w zamożnej rodzinie chłopskiej w Wyrzece (powiat kościański) 30 stycznia 1849 r. Jako dziecko podjął naukę w wiejskiej szkole elementarnej, w 1858 r. natomiast w gimnazjum w Śremie, którą wkrótce musiał przerwać w związku z brakami w wykształceniu. Dopiero po ich uzupełnieniu w domu, wrócił po pół roku do szkoły.
Drugi raz przerwał naukę w 1863 r., gdy na wieść o wybuchu powstania styczniowego udał się do lasów, gdzie przez kilka tygodni bez powodzenia szukał jakiegoś oddziału zmierzającego do Królestwa Polskiego. W czasie nauki w śremskim gimnazjum zetknął się z organizacją konspiracyjną „Marianie”, której program zakładał samokształcenie w dziedzinie historii i języka polskiego. Wawrzyniak został członkiem organizacji w 1865 r., a już w 1866 r. wybrano go prezesem.
Po ukończeniu gimnazjum, w 1867 r. rozpoczął studia filozoficzno-teologiczne w Poznaniu, które od 1870 r. kontynuował w seminarium w Gnieźnie. Bardzo dobre wyniki na egzaminach sprawiły, iż zainteresował się jego osobą ks. abp Mieczysław Ledóchowski, który doprowadził do przyznania Wawrzyniakowi stypendium i wysłania go na studia teologiczne do Monastyru. Uniwersytetu w Monastyrze jednak nie ukończył, w lipcu 1872 r. wrócił na studia w gnieźnieńskim seminarium, które wkrótce sfinalizował, po czym 11 sierpnia otrzymał święcenia kapłańskie z rąk ks. bpa Józefa Cybichowskiego.
Po przyjęciu święceń, władze kościelne skierowały ks. Wawrzyniaka na stanowisko wikariusza w parafii pw. Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny w Śremie, gdzie początkowo pracował z innym znanym społecznikiem, późniejszym prymasem Polski, ks. Florianem Stablewskim. On właśnie zaszczepił w ks. Wawrzyniaku zainteresowanie sprawami społecznymi wciągając go do pracy w funkcjonującej w Śremie Kasie Oszczędności i Pożyczek.
Wawrzyniak dość szybko, mimo iż nigdy wcześniej nie zajmował się systematycznie ekonomią, mocno zaangażował się w działalność placówki. Robił to na tyle szybko i skutecznie, iż wkrótce zaczął pełnić funkcję opiekuna Kasy, która w 1873 r. z jego inicjatywy została przekształcona w Bank Ludowy. Ksiądz Wawrzyniak wszedł w skład jego zarządu w charakterze wicedyrektora, natomiast od 1876 r. przez następne 20 lat pełnił obowiązki dyrektora śremskiego banku, po rezygnacji z tego stanowiska objął natomiast funkcję prezesa jego rady nadzorczej, którą sprawował aż do śmierci. Bez żadnej przesady można powiedzieć, że to właśnie on przekształcił wegetującą instytucję w dynamiczną placówkę, dysponującą pokaźnym kapitałem – liczba członków i wysokość udziałów pieniężnych za czasów jego rządów zwiększyły się ponad trzydziestokrotnie. W sprawozdaniu tej spółdzielni kredytowej z 1883 r. dano temu wyraz, pisząc, iż Jemu zawdzięczamy owo powszechne zaufanie, jemu rozwój i wzrost naszego banku.
Od początku działalności w banku, ks. Wawrzyniak dążył do powiązania go z innymi inicjatywami. Dlatego już w 1873 r. wziął udział w zjeździe Związku Spółek Zarobkowych i Gospodarczych, pierwszego zrzeszenia polskich spółdzielni, powołanego w 1871 r. przez Mieczysława Łyskowskiego, Franciszka Rakowicza i ks. Augustyna Szamarzewskiego. Stanowiło ono centralę koordynującą działalność rodzimych banków i spółdzielni oszczędnościowo-kredytowych. Kierowany przez niego bank przystąpił do Związku 5 lat później. Sam ks. Wawrzyniak w 1883 r. został wybrany do zarządu ZSZiG, od 1887 r. pełnił w nim obowiązki wicepatrona. Po śmierci w 1891 r. kierującego Związkiem ks. Szamarzewskiego, to właśnie Piotr Wawrzyniak został jednogłośnie wybrany na stanowisko patrona – funkcję tę pełnił do końca życia.
O roli patrona tak pisał dr Józef Kusztelan: Czuwa nad porządkiem w Spółkach, daje rady i wskazówki, służy pomocą w trudnych okolicznościach, bada niedomagania i poucza, jak je usunąć, wytyka błędy, wskazuje drogę do poprawy, gdzie potrzeba gani i karci, to znowu staje w obronie, gdy niepowołani szarpią dobre imię spółek. W spółkach samych jest tym, który dogląda dobra wszystkich tych, którzy składają w kasach spółkowych swe oszczędności i swe mienie – wobec społeczeństwa przejmuje odpowiedzialność za prawidłowe i sumienne wykonywanie tych funkcji, które zarządy i władze kontrolujące wypełniać powinny w administracji Spółek.
Sprawując funkcje kierownicze w spółdzielczości, ks. Wawrzyniak skupiał się na propagowaniu wśród ludności polskiej nawyku oszczędzania oraz lokowania nadwyżek pieniężnych w bankach. Na zebraniach, spotkaniach, wiecach, ale i podczas kolędowania głosił, iż przyzwyczajenie oszczędzania należy w sobie wykształcić. Jednocześnie po powstaniu pierwszych polskich spółek kredytowych apelował o pobieranie z nich pożyczek. Przyniosło to pożądany skutek, tak iż po latach mógł z satysfakcją skonstatować usunięcie lichwiarstwa, które – jak stwierdzał – należy u nas już do legendy i wspomnień minionych czasów.
Obserwując działalność poszczególnych spółdzielni, ks. Wawrzyniak zauważył, że jedne z nich mają nadwyżki pieniędzy, inne cierpią na niedobór środków. W związku z tym zrodziła się w jego głowie idea powołania banku spółdzielczego, w którym jedne ze spółek mogłyby deponować niewykorzystywane zasoby pieniężne, drugie zaś zaciągać kredyty. W ten sposób powstał w 1886 r. Bank Związku Spółek Zarobkowych. Pomysłodawca zasiadał w jego pierwszej radzie nadzorczej, a później aż do śmierci pełnił funkcję kuratora.
Spółdzielczość odgrywała istotną rolę, jeśli chodzi o utrzymanie polskiego stanu posiadania w gospodarce w Wielkopolsce i Prusach Zachodnich. Stanowiła skuteczne narzędzie walki z polityką realizowaną przez pruską Komisję Kolonizacyjną, dążącą do wykupienia ziemi z rąk polskich i przekazania niemieckim osadnikom. Ksiądz Wawrzyniak, aby być skutecznym, musiał działać na tym polu bardzo ostrożnie. Pilnował bardzo skrupulatnie, aby nie dać władzom zaborczym żadnego pretekstu do działań wymierzonych w polskie spółki. W związku z tym musiały one powstrzymywać się od jakiejkolwiek działalności politycznej. Jak podkreślał, spółki przede wszystkim mają na celu podnoszenie dobrobytu i muszą stać ponad wszelkimi walkami stronnictw, różnicami wyznaniowymi i narodowościowymi. Wyrazem takiej polityki ks. Wawrzyniaka była jego reakcja na zarządzenie władz pruskich z 1904 r., nakazujące wycofanie przez niemieckich urzędników i członków ich rodzin depozytów z polskich banków. Część polskich spółdzielni w odpowiedzi miała zamiar zażądać od Niemców natychmiastowego zwrotu udzielonych pożyczek. Wawrzyniak jednak skutecznie odwiódł je od tego typu rewanżystowskich działań, zdając sobie sprawę, iż mogłyby one w perspektywie długofalowej wyjść im samym na szkodę.
Zasługą ks. Wawrzyniaka było również uporządkowanie spraw wewnątrzorganizacyjnych w Związku. Z jego inicjatywy powstał w 1891 r. statut Związku, a w 1892 r. regulamin patronatu. Określiły one obowiązki i uprawnienia poszczególnych funkcjonariuszy i ciał kolegialnych organizacji, jej zakres terytorialny, najwyższą i najniższą liczbę spółek związkowych, warunki przynależności do zrzeszenia, zasady rewizji itp. W pracy organizacyjnej Związku ważną rolę odgrywało jego walne zebranie, zwane sejmikiem – ks. Wawrzyniak zwiększył częstotliwość zebrań, zamiast raz na trzy lata, miały obradować rokrocznie. Zmiana ta okazała się niezwykle doniosła w skutkach, bowiem częstsze spotkania pozwoliły na szybsze reagowanie w przypadku nieprawidłowości, a także na lepsze koordynowanie działalności i częstszą wymianę członków poszczególnych komisji, którzy nie sprawdzali się w pracy.

Z inicjatywy Wawrzyniaka zaczął się ukazywać w 1892 r. oficjalny organ Związku – „Poradnik dla Spółek”. Na jego łamach informowano o przepisach dotyczących pracy związkowej, podatkach, sposobie prowadzenia dokumentacji oraz o sukcesach ruchu spółdzielczego. Dla tych samych celów ks. Wawrzyniak napisał swoisty podręcznik spółdzielcy pt. „Wskazówki dla członków rady nadzorczej w spółkach”, stąd też mówi się czasami nawet o „szkole” Wawrzyniaka, jeśli chodzi o kształcenie administracji spółdzielczej. Dzięki tego rodzaju działaniom, a także organizowanym z jego inicjatywy wykładom i kursom doszło bowiem do wykształcenia odpowiednio licznej i kompetentnej kadry spółdzielczej, z czym wcześniej były poważne problemy.
Wielką uwagę przykładał również do kontroli poszczególnych spółdzielni, zwanej rewizją – przez lata sprawowania urzędu patrona dokonał ich osobiście ponad 500. W związku z tym, iż chciał mieć pieczę nad wszystkim, osobiście wielu rzeczy dopilnować, ciągle był w rozjazdach. Niezwykłą aktywność ks. Wawrzyniaka dobrze ilustruje fragment listu, w którym przedstawia najbliższe plany: We wtorek dnia 19 VI 1897 roku będę w Berlinie, w piątek w Raszkowie, w poniedziałek w Brodowie, w środę w Krakowie. Tam myślę trochę pobobrować po Galicji, zwłaszcza u Hucułów za Kołomyją. Nie wiem, czy się to uda, jeżeli będę musiał być około 20 VII w Berlinie. Zamierzam wpaść na parę dni do Sztokholmu. W liście zaś pisanym trzy lata później, czytamy: Dziś wyjeżdżam do Śremu, a wracam w piątek; we wtorek po Wielkiej Nocy będę w Węgiercach, a w środę w Hrabsku na rewizji gospodarczej, czwartek w Pakości, w niedzielę w Gębicach, w poniedziałek 23 mamy wielki wiec w Gnieźnie od godz. drugiej. Wieczorem wyjadę o godz. 8.22 z Gniezna i przybędę do Bydgoszczy o godz. 10.44. We wtorek dnia 24 wyjadę rano o godz. 8, skąd wrócę tak, iż w Mogilnie będę na 9 wieczorem. Nazajutrz mam tutaj procesję św. Marka.
W latach sprawowania przezeń funkcji patrona Związku organizacja przeżyła niezwykły rozkwit. Liczba spółdzielni w nim zrzeszonych wzrosła z 76 w 1891 r. do 248 w 1910 r., liczba członków z 26 553 do 116 849, zaś aktywa spółdzielni przyrosły z 18 mln marek do 234 mln.
Wawrzyniak utrzymywał ścisłą współpracę ze spółdzielniami z ziem polskich z innych zaborów, pozostawał w przyjaźni z czołowym ich działaczem w Małopolsce, dr. Franciszkiem Stefczykiem, również w Królestwie Polskim wygłaszał odczyty nt. spółdzielczości czy wizytował tamtejsze kooperatywy kredytowe. Za sprawą ks. Wawrzyniaka Związek rozwinął kontakty międzynarodowe, na jego zaproszenie przybył w 1893 r. do Wielkopolski działacz spółdzielczości angielskiej, Henry W. Wolff, na którym duże wrażenie zrobiły dokonania polskiego kooperatyzmu pod panowaniem pruskim. Na skutek tego Związek Spółek Zarobkowych i Gospodarczych został przyjęty do powstałego dwa lata później International Co-operative Alliance, na czele którego stał właśnie Wolff.
Obok spółdzielczości kredytowej, ważnym polem działalności ks. Wawrzyniaka było rolnictwo, a przede wszystkim kółka rolnicze, z którymi współpracował od początku kapłaństwa. Już w 1872 r. uczestniczył w charakterze obserwatora w zebraniach pierwszego w Wielkopolsce Kółka Rolniczego w Dolsku, wkrótce potem został wybrany prezesem Kółka w Zbrudzewku Śremskim, następnie zaś, w 1878 r. – w Śremie. Temu ostatniemu prezesował aż do 1898 r., kiedy to objął probostwo w Mogilnie, w nowej parafii od razu zresztą wszedł do zarządu Towarzystwa Kółek Rolniczych na powiat mogileński. Brał również aktywny udział w zebraniach Związku Kółek Rolniczych prowincji poznańskiej. To wszystko natchnęło go do utworzenia polskich spółdzielni handlowych, zajmujących się skupem produktów rolnych i zaopatrywaniem wsi w nawozy oraz inne artykuły. Pierwsza tego rodzaju spółdzielnia powstała w Poznaniu w 1901 r. pod nazwą „Rolnik”, następne zostały zorganizowane przez niego w Żninie, Wrześni, Śremie, Pakości, Kcyni, Barcinie. „Rolniki” stanowiły niezwykle ważny instrument w walce handlu polskiego z ekonomicznie silniejszymi i dyktującymi w związku z tym wyższe ceny przedsiębiorstwami niemieckimi i żydowskimi.
Na tym nie koniec jego zaangażowania społecznego. Innym polem aktywności księdza stały się inicjatywy edukacyjne. W 1873 r. wybrany został prezesem Towarzystwa Przemysłowego, skupiającego głównie rzemieślników – jego zasadniczym celem było podniesienie kultury zawodowej i osobistej członków. Podczas spotkań Towarzystwa ks. Wawrzyniak wygłaszał liczne wykłady z zakresu religii, historii, ekonomii, techniki, organizował zabawy, wieczornice, obchody rocznic narodowych, wycieczki. Z jego inspiracji powołano także szkołę wieczorową dla rzemieślników, w której nauczał arytmetyki, geografii gospodarczej i korespondencji kupieckiej – niestety placówka po pół roku została zamknięta przez władze pruskie. Po przeniesieniu na parafię w Mogilnie, zrezygnował z funkcji prezesa Towarzystwa Przemysłowego w Śremie, wszedł jednak natychmiast do zarządu Towarzystwa Przemysłowego w Mogilnie. W 1876 r. założył w Śremie pierwszą czytelnię ludową, która przekształcona została w ogniwo Towarzystwa Czytelni Ludowych, którego zresztą ks. Wawrzyniak był aktywnym działaczem. Również z jego inicjatywy rok później powołano stowarzyszenie czeladzi katolickiej, mające sprawować opiekę nad młodzieżą rzemieślniczą.
Pomimo fiaska „szkoły wieczorowej dla rzemieślników”, ks. Wawrzyniak nie porzucił idei stworzenia polskiego szkolnictwa zawodowego. W 1896 r. założył w Śremie Szkołę Gospodarstwa Kobiecego i Pracy Domowej, która w ciągu 14 lat istnienia wychowała 1000 uczennic z Wielkopolski, Prus Zachodnich, Śląska, ale i Królestwa Polskiego. Również jako członek Towarzystwa Pomocy Naukowej im. Karola Marcinkowskiego wspierał Wawrzyniak, także materialnie – w 1897 r. przekazał z własnych oszczędności na jej „fundusz żelazny” 10 000 marek – polską młodzież pobierającą nauki w szkołach zawodowych, średnich i na uniwersytetach. W latach 1893-1898 pomagał finansowo i służył wsparciem również Towarzystwu Naukowemu i Bratniej Pomocy oraz polskim organizacjom studenckim w Berlinie.
W 1893 r. kandyduje do sejmu pruskiego i wygrywa wybory w okręgu Śrem, Środa, Września. Mandat poselski pełnił do 1898 r., wykazując dużą aktywność w działalności sejmowego Koła Polskiego. Po wygaśnięciu mandatu ubiegał się o reelekcję, jednak bezskutecznie. W 1902 r. objął natomiast szefostwo w Księgarni św. Wojciecha w Poznaniu. Pod jego wodzą nabrała rozmachu, drukując coraz więcej książek i czasopism o tematyce religijnej i narodowej. Jedną z cenniejszych inicjatyw tamtego okresu było powołanie do życia dwutygodnika „Ruch Chrześcijańsko-Społeczny”, będącego pismem o profilu społeczno-ekonomicznym, które spełniło nieocenioną rolę w propagowaniu na ziemiach polskich społecznego nauczania Kościoła.
Nowatorskie i pomysłowe były też jego inicjatywy na rzecz poprawy doli księży. W 1907 r. założył Związek Kapłanów „Unitas”, będący swego rodzaju związkiem zawodowym duchowieństwa. Organizacja zajmowała się ubezpieczeniami od nieszczęśliwych wypadków, chorób, śmierci, odpowiedzialności prawnej, ognia czy włamań, a także emeryturami, organizowaniem życia naukowego i towarzyskiego. „Unitas” promował polskie towarzystwa ubezpieczeniowe, z których wcześniej księża często nie korzystali m.in. wskutek braku informacji. W 1909 r. zaangażował się zaś w ideę powołania do życia domu wypoczynkowego dla kapłanów, organizując Towarzystwo Domu Zdrowia dla Kapłanów Katolickich i samemu przeznaczając na ten cel 10 000 koron. „Księżówkę” otwarto w Zakopanem wiosną 1910 r.; w pensjonacie mogli wypoczywać duchowni z całej Polski.
***
Ks. Piotr Wawrzyniak zmarł 9 listopada 1910 r. wieczorem (urzędowe stwierdzenie śmierci nastąpiło po północy, stąd czasem podaje się datę 10 listopada). Uroczystości żałobne rozpoczęły się 12 listopada w Domu Katolickim w Poznaniu, stamtąd kondukt żałobny przeszedł do świątyni farnej w tym mieście. Homilię wygłosił ks. Jan Kłos, który nazwał w niej ks. Wawrzyniaka „królem czynu”. Przy tym wszystkim, jak zauważył, ks. Wawrzyniak nie po to rozsiewał zasady spółkowego gospodarstwa i zakładał spółki na dobrodziejstwo i na dźwignię maluczkich i wyzyskiwanych, aby społeczeństwo zbogacone zawodziło taniec bałwochwalny około złotego cielca, lecz aby wzmożony dobrobyt stał się stopniem, z którego łatwiej sięgnie po dobra wyższej natury. Za to, że Spółkom Zarobkowym taki dał rozmach, że zbudził przez nie cnotę rozumnej oszczędności, że wywiódł niewolników z jarzma lichwiarzy, że granitowe kładł fundamenty pod rozwój zdrowego stanu średniego, za to błogosławi dziś naród cały jego dzieło.
Trumna z ciałem ks. Wawrzyniaka przewieziona została do Mogilna, gdzie został pochowany następnego dnia. Spełniając prośbę zmarłego, na grobie nie składano kwiatów, a zaoszczędzone pieniądze przekazano Towarzystwu Czytelni Ludowych. Na łamach niemieckiego czasopisma „Die Ostmark” mimo woli uhonorowano ks. Wawrzyniaka, pisząc, iż śmierć mogileńskiego proboszcza wyrwała ze społeczności najniebezpieczniejszego, ale zarazem i najskuteczniejszego przeciwnika wschodnich marchii Niemiec. Był on rzeczywistym przywódcą polskiego społeczeństwa. Jako finansista oraz mężczyzna z żelazną wolą i niewyczerpaną energią musiał mądrze łączyć zagorzałą nienawiść wobec niemczyzny ze zdrowym rozsądkiem; był on nie tylko polskim ministrem finansów, ale w wyniku równoczesnego pełnienia wielu różnych ważnych funkcji społecznych również osobą wywierającą decydujący wpływ na wszystkie duże polskie organizacje. W każdym razie jego śmierć spowodowała w wojującej społeczności polskiej w Wielkopolsce dużą lukę, którą niełatwo będzie wypełnić.
Bibliografia:
- M. Banaszak, Pokolenie księdza Piotra Wawrzyniaka [w:] Na okazanie drogi. Praca zbiorowa poświęcona pokoleniu księdza Piotra Wawrzyniaka, Poznań 1975.
- R. Dzwonkowski, Ksiądz Piotr Wawrzyniak jako działacz społeczny [w:] Na okazanie drogi op. cit.
- Historia katolicyzmu społecznego w Polsce 1832-1939, Warszawa 1981.
- Ksiądz Piotr Wawrzyniak – król czynu, Poznań 1936.
- Cz. Łuczak, Ks. Piotr Wawrzyniak (1849-1910), Poznań 2000.
- A. Poszwiński, Pamięci Księdza Piotra Wawrzyniaka, Poznań 1935.
- M. Rezler, Piotr Wawrzyniak 1849-1910, Poznań 1985.
- K. Śmigiel, Ks. Piotr Wawrzyniak. Człowiek, kapłan, społecznik, Poznań 1985.
- G. Wrońska, Śladami ks. Piotra Wawrzyniaka, Poznań 2008.
- K. Zimmermann, Ks. Patron Wawrzyniak, Kraków 1911.
przez prof. dr hab. Zofia Chyra-Rolicz | piątek 13 kwietnia 2012 | inspiracje, z Polski rodem
Tworzenie spółdzielczej polskiej organizacji kobiecej było procesem długotrwałym, ze względu na warunki polityczne kraju pozbawionego suwerenności, powolny i nierównomierny rozwój ruchu kooperatywnego oraz niewielkie wyrobienie społeczne kobiet wkraczających w sferę publicznej działalności gospodarczej.
***
Przykładem do naśladowania dla polskiej Ligi Kooperatystek (i innych lig narodowych) była organizacja angielskich entuzjastek spółdzielczości. Utworzyło ją w 1883 r. kilka pań z klasy średniej, zainteresowanych zminimalizowaniem kosztów prowadzenia gospodarstwa domowego. Do tego celu znakomicie nadawała się spółdzielczość spożywców, w owym czasie szybko się rozwijająca w większych miastach Wielkiej Brytanii. Tutaj dygresja: brytyjska inicjatywa była jedną z pierwszych organizacji skupiających kobiety do walki o pełnię praw obywatelskich. Otwarty charakter ruchu spółdzielczego, programowo odrzucającego wszelkie formy dyskryminacji, sprawił, że kobiety nie musiały tu dokonywać wyłomu w tradycyjnie ukształtowanych strukturach.
Zaczęto od ogłoszenia w „Co-operatives News”. Gazeta spółdzielcza umożliwiła siedmiu współzałożycielkom Angielskiej Ligi Kooperatystek szerszy rozwój tej organizacji. Na pierwszych jej zebraniach – pisała w 1910 r. przyszła znana pisarka, wówczas stypendystka Warszawskiego Związku Stowarzyszeń Spożywczych, Maria Dąbrowska – przedmiotu do dyskusji dostarczały ceny towarów zbyt wygórowane w niektórych spółkach. Liga wpłynęła na ich obniżenie. Zapanowało ogólne ożywienie wśród kobiet. Jęły teraz uczęszczać i na zebrania własnych towarzystw spółdzielczych. Poszczególne filie zakładają od razu tzw. w Anglii „kluby” odzieży, węgla, zapomóg, wycieczek, organizują wykłady dla dzieci, zebrania z praktycznymi odczytami o sztuce gotowania, pielęgnowania chorych itd. […] Jednocześnie podnoszą się głosy za uczestnictwem kobiet w zarządach spółek1. Chociaż organizacja nie podnosiła haseł emancypacyjnych, dzięki konkretnej, efektywnej pracy dostrzeżono zmysł praktyczny kobiet i dojrzałość do szerszej działalności społecznej.
Schemat organizacyjny był bardzo prosty. Filie Ligi, pozostając w ścisłym związku ze spółdzielniami spożywczymi, liczyły od 10 do 70 członkiń. Składały się one na 34 okręgi oraz 5 większych grup, czyli sekcji. Po dwóch dekadach istnienia Angielska Liga Kooperatystek liczyła w 1904 r. 18,6 tys. członkiń i 363 filie. W 1911 r. zrzeszała już ponad 26 tys. kobiet i 521 filii. Podobne organizacje powstały również w Szkocji i Irlandii2. Corocznie odbywał się wspólny zjazd organizacji angielskiej, szkockiej i irlandzkiej. Najwyższą władzę brytyjskich lig sprawował Kongres zbierający się także corocznie, oraz Komitet Centralny, złożony z 7 członkiń wybieranych na 3-letnią kadencję. Wewnętrzna organizacja Ligi zasadza się na najszerszej stosowanym samorządzie lokalnym, łącznie z obowiązkiem solidarności względnie spraw poruszanych przez centralę. Stosunek między członkami jest najszerzej demokratyczny, w atmosferze czuć swobodę i humor. Przez sprawiedliwe równouprawnienie kobiety, związek spółdzielczy w Anglii pozyskał dla swych interesów olbrzymią siłę. Liga przysparza mu wytrwale członków, otwiera w miastach w dzielnicach upośledzonych i zaniedbanych spółki dla najuboższej ludności, wszelkimi siłami ułatwiając wstęp do nich i wpłatę udziału3.
Kooperatystki, wspierając ruch zawodowy, zyskiwały akceptację społeczną i uznanie dla swej działalności. Przyczyniły się do skrócenia dnia pracy we wszystkich niemal placówkach spółdzielczych. Warunki pracy i wynagrodzenia w fabrykach spółdzielczych uważano wówczas w Anglii za wzorowe.
Formy życia społecznego wewnątrz organizacji były bogate: cotygodniowe zebrania w każdej filii, częste odczyty i wykłady, wycieczki służące poszerzaniu horyzontów umysłowych zrzeszonych. Tworzono biblioteki i czytelnie, organizowano kursy dla dorosłych i dzieci, zakładano przytułki dla sierot. Poszczególne sekcje zajmowały się zbieraniem składek dla zaspokojenia miejscowych potrzeb. Obszar wzajemnej pomocy rozszerzano także na instytucje zapomogowo-pożyczkowe, organizując tzw. banki groszowe dla kobiet, młodzieży i ubogich. Kooperatystki próbowały objąć opieką również wychowanie młodzieży, a nawet budownictwo spółdzielcze.
Liga nie zasklepiła się w interesach samej kooperacji, przeciwnie podjęła ogólny sztandar interesów klas pracujących – pisała Dąbrowska. Agituje niezmordowanie przy wyborach do parlamentu, kiedy chodzi o posła przychylnego zefirom ustawodawczym w kierunku ograniczenia godzin pracy, przymusowego wynagrodzenia w razie wypadków, emerytur, ograniczenia lat wyrostków przyjmowanych do fabryki itp. Bojkotuje towary zakładów przemysłowych, gdzie warunki pracy uważa za złe i nieodpowiednie potrzebom robotników. Dalej bojkotuje przedsiębiorców gotowych ubrań i bielizny za powszechnie znany wyzysk szwaczek4.
Liga stała się doskonałą szkołą obywatelską, terenem solidnej pracy społecznej, wiodącej do faktycznej emancypacji kobiet. Omawiając historię angielskich kooperatystek, sekretarz generalna ALK, Llewelyn Davies, stwierdziła w 1904 r.: Nie tylko uświadomiona przez Ligę jednostka z poczuciem zewnętrznej siły, lecz wprost nowy element pojawia się w życiu publicznym. Pracujące kobiety tworzą największą grupę społeczną. Obecnie cztery miliony kobiet i dziewczyn są wytwórcami bogactwa. […] Wszelako liczniejszym jest zastęp pracownic domowych: mężatek, których robota nie wynagradzana przyczynia się równie bezpośrednio, jak tamtych zarobkujących, do utrzymania rodzin przy życiu. Otóż ta klasa kobiet za pomocą organizacji przychodzi dziś do głosu, wyraża swoje potrzeby i bierze udział w trudach administracji ze stanowiska kobiety i obywatelki5.
Angielska Liga inspirowała kobiety w innych krajach. W Szwecji w latach 1902-1907 powstało 29 kół kooperatystek przy spółdzielniach i dała się odczuć potrzeba organizacji centralnej, m.in. by umożliwić współpracę z krajowym związkiem spółdzielczym. Kongres założycielski szwedzkiej Ligi odbył się w 1907 r. w atmosferze wielkiego entuzjazmu6. Naśladowano wzory pracy spółdzielczyń angielskich. Niewątpliwym sukcesem było zwerbowanie wielu nowych członków do spółdzielni i znaczne powiększenie ich kapitału udziałowego. Z innych prac Ligi – odnotowała Maria Orsetti – wymienić należy budzenie zrozumienia konieczności współpracy pomiędzy spółdzielniami spożywców i rolników, zakładanie szkół gospodarstwa domowego, utworzenie funduszu pomocy dla chorych spółdzielców. Również wiele wysiłków poświęciła Liga zaznajomieniu gospodyń z racjonalnym nowoczesnym sposobem prowadzenia prac w gospodarstwie domowym7. Podobnie było w Norwegii i w monarchii Habsburgów.
***
Pomimo żywego zainteresowania ruchem spółdzielczym na ziemiach polskich, pozostawał on przez długi czas domeną mężczyzn. Dawało się jednak dostrzec zaangażowanie kobiet w spółdzielcze inicjatywy, by wspomnieć w Galicji Zofię Daszyńską-Golińską, Zofię Moraczewską, Henrykę z Habichtów Starzewską i Władysławę Habichtównę, w Wielkopolsce siostry Tułodzieckie, a w Królestwie – Marię Dąbrowską, Marię Orsetti i Wandę Papiewską.
Entuzjastki idei spółdzielczej z uwagą śledziły rozwój ruchu na świecie i wypracowane tam wzory działania. Po I wojnie światowej grono działaczek z różnych krajów nawiązało zerwane kontakty i podczas kongresu Międzynarodowego Związku Spółdzielczego w Bazylei w 1921 r. utworzyły Międzynarodową Ligę Kooperatystek. Polskę na Zjeździe reprezentowała Maria Orsetti jako delegatka Związku Spółdzielni Spożywców RP.
W następnych latach żywo zaangażowała się ona w tworzenie organizacji kobiecej, wspomagającej rozwój spółdzielczości w Polsce. Po doświadczeniach pracy oświatowej i społeczno-wychowawczej w Lubelskiej Spółdzielni Spożywców, w 1917 r. przeniosła się do Warszawy, stwarzającej większe możliwości działalności społecznej. W okresie międzywojennym uczestniczyła w kolejnych konferencjach Międzynarodowej Ligi Kooperatystek, wyróżniono ją funkcją członka Komitetu Wykonawczego tej organizacji.
Niedostatkom kobiecej działalności spółdzielczej poświęciła kilka artykułów. W licznych wystąpieniach na zjazdach organizacji spółdzielczych wypowiadała się zdecydowanie w sprawie pełnego równouprawnienia kobiet. Na pracę domową, zawodową i działalność kobiet patrzyła przez pryzmat ich udziału w życiu gospodarczo-społecznym jak na „organizatorki spożycia rodzinnego”. Chciała je widzieć w pełni świadome swych zadań i możliwości ich realizacji. Dlatego też chętnie przywoływała przykłady sukcesów zagranicznych kobiecych organizacji spółdzielczych.

Zjazd Ligi Kooperatystek w Warszawie,
4 maja 1937. Źródło: Narodowe Archiwum
Cyfrowe, sygn.: 1-G-579
Zjednanie kobiet dla spółdzielczości było jednym z zasadniczych problemów rozwoju tego ruchu w Polsce. Poza szczególnie wyrobionymi jednostkami, rozumiejącymi korzyści płynące z kooperatywy, kobiety nie garnęły się do spółdzielni. Dużą rolę odgrywał fakt, że to na ogół mężczyzna reprezentował rodzinę na zewnątrz domu i podejmował czynności prawne, jak wstąpienie do spółdzielni czy wpłacanie udziałów. Kobiety pozostawały formalnie poza spółdzielniami, choć dokonywały w nich zakupów. Problem ów gnębił wówczas także spółdzielczynie w większości krajów zachodnioeuropejskich.
Szerzenie propagandy spółdzielczości i starania Orsetti wokół stworzenia w niej organizacji kobiecej wspomagał od początku lat 20. Związek Spółdzielni Spożywców RP, udostępniając łamy pisma „Społem”, publikując odpowiednie broszury i udzielając wsparcia organizacyjnego. W wyniku tej współpracy powstało kilka kół kobiecych przy spółdzielniach w Zagłębiu Dąbrowskim (Milowice, Piaski, Sosnowiec) oraz w Łodzi i Pabianicach. W tych środowiskach praca społeczna kobiet miała już pewne tradycje, sięgające czasów żywiołowego rozwoju robotniczej spółdzielczości spożywców w latach I wojny światowej. Zdarzało się nawet, że przedstawicielki tych kół brały udział w zebraniach rad okręgowych ZSS RP.
Okazją do wzmożenia starań o stworzenie organizacji polskich spółdzielczyń stała się podróż sekretarz Międzynarodowej Ligi Kooperatystek, Alice Honory Enfield, do krajów Europy Wschodniej w 1928 r. Miała ona na celu zbadanie możliwości utworzenia w tej części kontynentu kooperatywnych stowarzyszeń kobiecych oraz nawiązanie kontaktów handlowych. Enfield odwiedziła wówczas stolicę Polski, gdzie spotkała się z Marią Orsetti, zamieszkałą w osiedlu Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej. W tym środowisku, skupiającym inteligencję o demokratycznych i lewicowych przekonaniach, zawiązała się kobieca inicjatywa propagująca działania spółdzielcze.
Początki Koła Czynnych Kooperatystek sięgały 1929 r. Duszą inicjatywy była Orsetti, która skupiła początkowo kilka pań i opracowała wzorcowy statut8. Było to niewielkie, lokalne przedsięwzięcie, realizowane w oparciu o miejscową „Gospodę Spółdzielczą” (kierowaną przez męskie grono) w celu poprawy jej gospodarki. Panie utworzyły komitet sklepowy przy spółdzielni, organizowały konkursy lojalności w zakupach, propagowały zasady racjonalnego gospodarowania i oszczędzania, uczyły rachunkowości domowej. Żoliborskie kooperatystki nawiązały współpracę z Klubem Kobiet Stowarzyszenia Lokatorów WSM „Szklane Domy”, Towarzystwem Kooperacji Pracy i Towarzystwem Reformy Mieszkaniowej. Rozwijano pracę oświatowo-wychowawczą, organizowano pogadanki, dyskusje, pokazy i kursy. W tym środowisku powstała Pierwsza Pralnia Spółdzielcza zorganizowana w formie spółdzielni pracy, utworzono także spółdzielnię pracy służby domowej i biuro pośrednictwa pracy. Podejmowane działania miały bardzo praktyczne cele, zorientowane na pomoc w prowadzeniu gospodarstwa domowego. Adaptowano do miejscowych warunków wzory działania wypracowane znacznie wcześniej przez angielskie kooperatystki.
Wielki kryzys gospodarczy przełomu lat 20. i 30. zwrócił uwagę szerokich warstw społeczeństwa na różnorodne możliwości oferowane przez spółdzielczość. Poszukiwano sposobów tańszego zaspokajania codziennych potrzeb konsumpcyjnych czy zdobycia mieszkania. Kolejny więc raz entuzjastki idei kooperatywnej zabrały się do dzieła. Jesienią 1930 r. w gorącej atmosferze dyskusji o możliwościach ruchu spółdzielczego i wzmożonej propagandy spółdzielczej, sformułowano program działania zmierzający ku stworzeniu własnej organizacji.
Zalecał on łączyć doświadczone, świadome swej misji kooperatystki w koła samodzielnej organizacji kobiecej lub też w wydziałach społeczno-wychowawczych przy spółdzielniach. Kobiety nie znające jeszcze ideologii spółdzielczej należało agitować i wciągać do spółdzielni w charakterze członkiń i nabywczyń. Pracę społeczno-wychowawczą i kulturalno-oświatową radzono prowadzić tak, aby całokształt zainteresowań i potrzeb gospodarczych oraz kulturalnych kobiety był w możliwie najwyższym stopniu zaspokojony, a przy tym pogłębiona została świadomość spółdzielcza. W istniejących organizacjach spółdzielczych postulowano umożliwienie kobietom widocznego awansu poprzez zwiększanie ich udziału w walnych zgromadzeniach i powoływanie do władz spółdzielni. Nie byłyby to już tylko gospodynie-nabywczynie, utrzymujące swoją lojalnością istnienie spółdzielni, lecz pełnoprawne partnerki, współdecydujące o istotnych sprawach. Przeciwko argumentowi o małym wyrobieniu organizacyjnym i gospodarczym kobiet, wysuwano inny – nie do podważenia – iż są one doświadczonymi gospodyniami, najlepiej zorientowanymi w zakresie i sposobach zaspokajania codziennych potrzeb rodzin. Podkreślano, że niechętne politykierstwu, będą one współdecydować o sprawach spółdzielni kierując się ich dobrem, a nie programem czy taktyką tej czy innej partii.
Najpełniej wykład zadań kobiet w ruchu spółdzielczym zawarła Maria Orsetti w broszurze „Kobieta, której na imię miliony” (1933). Pisała w niej: Aby siły gospodarcze opanować, aby zaprząc je do służby pomyślności ogółu, jednostki wybitne, a nawet genialne, szerokie plany Rooseveltów i trusty mózgowców, same niewiele poradzą, jeśli nie pociągną mas. […] Tym bardziej dotyczy to milionowych rzesz kobiet, które organizują spożycie domowe, a więc rynek wewnętrzny kraju. Zanim wszakże to wielkie poczucie odpowiedzialności społecznej nie dotrze do świadomości milionów kobiet, trzeba, aby początek robiły dziesiątki, setki i tysiące pionierek, szerząc słowem i przykładem idee współdziałania, idee braterstwa w dziedzinie gospodarczej, jako nieodzownego warunku rozwoju pełnego człowieczeństwa9.
Pomimo nasilonej propagandy i niewątpliwych w skali lokalnej sukcesów żoliborskich kooperatystek, tworzenie organizacji kobiecej o szerszym zasięgu okazywało się zbyt trudnym zadaniem. Wprawdzie żoliborskie KCK skupiało w 1933 r. już 96 członkiń, lecz w następnym roku doliczono się w kraju zaledwie 9 podobnych kół (oprócz Warszawy w Łodzi, Nowym Sączu, Sławkowie, Rudzie Pabianickiej, Bolesławcu, Drohobyczu, Siemiatyczach i Milowicach; w sumie 291 członkiń) oraz pewnej ilości grup nieformalnych przy spółdzielniach spożywców. Niezbędne było wsparcie organizacyjne i materialne solidnego mecenasa, jakim był ZSS RP. Kierownictwo Związku, deklarującego neutralność polityczną, obawiało się wówczas rozwoju ruchu łączącego postulaty równouprawnienia kobiet z trudnymi do zaspokojenia potrzebami społecznymi, a zwłaszcza z radykalizmem niektórych działaczek o lewicowych zapatrywaniach.
Czynne kooperatystki (szczególnie Orsetti, Janina Święcicka, Olena Hauboldowa) wytrwale przekonywały władze Związku do swoich racji i ostatecznie o wsparciu kobiecej inicjatywy zadecydowały względy praktyczne, czyli chęć zwiększenia szeregów spółdzielców, których liczba topniała w czasie kryzysu gospodarczego. Święcicka tak wspominała: Związek Spółdzielni Spożywców zmuszony był szukać jak najszerszego oparcia w masach członkowskich. Masy te widział wśród kobiet. Postanowił przeto dopomóc kobietom w powołaniu krajowej organizacji, która połączyłaby samorzutnie powstające koła i pomagałaby w powstaniu nowych. W 1934 r. przeprowadził ze mną rozmowę Józef Dominko […] proponując ze strony Związku pomoc moralną i materialną w zorganizowaniu Ligi Kooperatystek10.
Obie strony starannie przygotowywały się do nowego zadania. Podczas III Konferencji Przewodników Rad Okręgowych Spółdzielni Spożywców „Społem”, 24 marca 1935 r. żywo dyskutowano nad zwiększeniem udziału kobiet wśród spółdzielców i w organach zarządzających. Kooperatystki rozesłały ankietę do terenowych środowisk spółdzielczych z zapytaniem o celowość tworzenia odrębnej organizacji kobiecej. Aby zapewnić jej grono wyrobionych społecznie aktywistek, zorganizowały latem 1935 r. w Drohobyczu kurs przygotowawczy do działalności spółdzielczej dla kobiet.
***
W zjeździe organizacyjnym Ligi Kooperatystek w Polsce, obradującym 24 listopada 1935 r. w sali Towarzystwa Kooperatystów, uczestniczyły 123 delegatki terenowych kół kooperatystek i sekcji kobiecych przy spółdzielniach spożywców z całego kraju. Obrady zaszczycili obecnością przedstawiciele administracji państwowej oraz organizacji wspomagających i współpracujących, jak Związek „Społem” i Bank „Społem”, Związek Spółdzielni Rolniczych i Zarobkowo-Gospodarczych, Towarzystwo Popierania Kooperacji Pracy.
Maria Orsetti wygłosiła referat programowy, nawołując do szybkiego tworzenia oddziałów nowej organizacji w całym kraju i w różnych dziedzinach spółdzielczości, nie tylko spożywców, lecz również rolniczo-handlowej, mieszkaniowej, wytwórczej. Została ona przewodniczącą tymczasowej Rady nowej organizacji. Funkcję wiceprzewodniczącej powierzono Zofii Bednarczykowej (przedstawicielce Centralnej Organizacji Kół Gospodyń Wiejskich), a sekretarza – Olenie Hauboldowej (nauczycielce Szkoły Spółdzielczej w Warszawie). Ponadto w skład Rady weszły zasłużone w krzewieniu kooperacji: Helena Augsburgowa (przewodnicząca Koła Kooperatystek PPS w Katowicach), Cecylia Bieńkowska (przewodnicząca koła w Lidzie na Wileńszczyźnie), Jadwiga Golińska (przewodnicząca koła w Nowym Sączu), Natalia Lubowiecka (przewodnicząca koła w Łodzi), Wanda Wawrzyńska (przewodnicząca koła w Warszawie), Maria Zalewska (przewodnicząca koła w Radomiu). Pierwszy Zarząd przedstawiał się następująco: Maria Rapacka (żona prezesa ZSS RP) – przewodnicząca, Wanda Radziejowska – zastępczyni, Janina Święcicka (żoliborskie KCK) – sekretarz, Stanisława Perkowska (KCK) i Wanda Pospieszyńska – obie skarbniczki.
Statut LKwP stanowił, iż jej członkiem może być każda kobieta mająca ukończone 18 lat i bezpośrednio lub przez osoby swojej rodziny należąca do jakiejkolwiek spółdzielni. Choć była to organizacja wyłącznie kobieca, wykraczała poza ramy feminizmu, będąc otwarta na współpracę z wieloma innymi środowiskami gospodarczo-społecznymi, a nawet politycznymi. LKwP zamierzała skupić swe starania na krzewieniu kooperacji, przede wszystkim spółdzielczości spożywców, jako użytecznej dla niemal wszystkich gospodarstw domowych. Orsetti od początku nadała organizacji rozmach działania i wprowadziła w międzynarodowe grono kooperatystek. W lutym 1936 r. uczestniczyła w posiedzeniu egzekutywy MLK już jako oficjalna przedstawicielka polskiej Ligi.
Pierwsze lata to okres szybkiego rozwoju kół terenowych oraz współpracy z wieloma organizacjami i stowarzyszeniami o różnym charakterze, zorientowanymi na krzewienie postępu cywilizacyjnego w różnych środowiskach. Liczba kół wzrosła z 80 w 1937 r. do 122 w 1939 r. Odpowiednio zwiększyła się liczebność organizacji – z 2,3 tys. do ok. 3,5 tys. członkiń przed wybuchem wojny. Akcja propagandowo-szkoleniowa miała coraz szerszy zasięg, organizowano setki kursów, odczytów i pokazów, w których uczestniczyło łącznie prawie 30 tys. kobiet. Liga nawiązała wkrótce kontakty aż z 22 organizacjami o różnej klienteli. Oprócz związków spółdzielni różnych branż, wymienić należy tu zwłaszcza prorządowy Związek Pracy Obywatelskiej Kobiet i Stowarzyszenie Samopomoc Społeczna Kobiet, zainteresowane rozwijaniem przedsiębiorczości kobiecej, a także Związek Pań Domu, Towarzystwo Klubów Kobiet Pracujących, Stowarzyszenie „Rodzina Wojskowa”. Podjęto także współpracę z Centralnym Towarzystwem Organizacji Kółek Rolniczych oraz z organizacjami młodzieżowymi ruchu ludowego (Centralny Związek Młodzieży Wiejskiej, Związek Młodzieży Wiejskiej RP). Liga angażowała się także w propagowanie nauki oszczędzania, walkę z plagą pijaństwa oraz poprawę na drodze spółdzielczej warunków mieszkaniowych ludzi gorzej sytuowanych.
Powiązana ściśle z ZSS „Społem”, podzielała jego stanowisko ideowe, programowo wyłączając sprawy polityczne ze swej działalności. Jednocześnie, praca oświatowa organizacji miała na celu poszerzanie horyzontów umysłowych członkiń także o znajomość aktualnych problemów życia społecznego. Sposobu pewnej, choć powolnej poprawy bytu szerokich kręgów społeczeństwa upatrywała Liga w ewolucyjnych przekształceniach gospodarki w kierunku jej uspołecznienia poprzez uspółdzielczenie. Miała więc charakter antykapitalistyczny i – w opinii ówczesnych – uchodziła za bardzo postępową, lewicową organizację społeczną. W jej szeregach znalazło się wiele działaczek socjalistycznych. Lewicowe sympatie członkiń Ligi przejawiały się w szukaniu ścisłego kontaktu z ruchem robotniczym i organizacjami robotnic.
Wysiłki działaczek Ligi wiele uczyniły dla propagowania spółdzielczości wśród kobiet. Kooperatystki często pisały na tematy spółdzielcze na łamach „Społem” oraz pism kobiecych i innych, zwłaszcza „Prostej Drogi”, „Pracy Obywatelskiej”, „Pani Domu” i „Kobiety Współczesnej”. W sposób przystępny starały się tłumaczyć korzyści płynące z kooperacji i zachęcały do wstępowania do spółdzielni i tworzenia nowych. Dla kobiet bezskutecznie poszukujących pracy i zwalnianych w pierwszej kolejności, duże znaczenie miało popularyzowanie wzorów spółdzielni pracy i wytwórczych różnych grup zawodowych. Szeroką akcję podjął w tym kierunku Jan Wolski i Towarzystwo Popierania Kooperacji Pracy. Na łamach „Spólnoty”, „Spółdzielczości Pracy” oraz pism kobiecych ukazywały się reportaże ze spółdzielni wytwórczych i usługowych, budzące wiarę we własne możliwości, zachęcające do tworzenia kobiecych spółdzielni. Propaganda spółdzielcza docierała również na wieś, zarówno do ziemiaństwa, jak i kobiet chłopskich. Gościła na łamach „Ziemianki Polskiej”, czasopism ruchu ludowego oraz literatury przeznaczonej dla gospodyń wiejskich.
Wydawano comiesięczny biuletyn wewnętrzny, zamierzano rozwijać działalność wydawniczą, edytując miesięcznik „Spółdzielczyni” przeznaczony dla szerokich kręgów czytelniczek; ostatecznie ukazał się tylko jeden numer – w czerwcu 1939 r., pod redakcją Marii Kleindienstowej (Klonowskiej).
Gdy realna stała się groźba nowej wojny, Liga włączyła się w pacyfistyczne akcje podejmowane przez międzynarodowe kobiece środowisko spółdzielcze. W latach 1938-1939 uczestniczyła w szeroko zakrojonej akcji przygotowywania kobiet do obrony kraju. Obradujący w czerwcu 1939 r. III zjazd organizacji poświęcony był przygotowaniu moralnemu i gospodarczemu kobiet do wojny. Zamierzano rozpocząć szkolenia w gospodarowaniu w warunkach wojennych, zakładano przeszkolenie ok. 5 tys. kobiet traktowanych jako rezerwa kadrowa na wypadek powołania mężczyzn-spółdzielców pod broń. Propagowano tworzenie zapasów żywności w gospodarstwach domowych oraz w spółdzielniach spożywców i rolniczych. Na przeszkodzie szerszej realizacji tych planów stanął wybuch wojny.
***
Władze Generalnego Gubernatorstwa włączyły funkcjonowanie spółdzielczości w swoją gospodarkę wojenną, pozbawiając ją samorządności i bardzo poważnie ograniczając prace oświatowo-kulturalne. Organizacje społeczne z wyjątkiem Rady Głównej Opiekuńczej zostały rozwiązane, nie pozwalano na zakładanie nowych. Niemożliwe więc okazało się wznowienie działalności LKwP jako samodzielnej jednostki.
Znalazła ona oparcie w strukturach „Społem”. W ciągu lat 1940-41 w ramach Wydziału Lustracyjnego utworzono tam autonomiczną Sekcję Kobiecą, która skupiła się na szkoleniu instruktorek do pracy w terenie. W styczniu 1941 r. Wydział zalecił, by w każdym okręgu organizacji, przy radach okręgowych, ustanowiono funkcję instruktorki społecznej dla prowadzenia pracy wśród kobiet. W warunkach wojennych Sekcja Kobieca, kierowana przez Wandę Bogdanowiczową, rozwinęła szeroką akcję szkolenia gospodarczego kobiet, wykraczając daleko poza ramy dozwolone przez okupanta. Pod koniec 1941 r. zorganizowano w Bukowinie Tatrzańskiej pierwszy kurs dla kandydatek na instruktorki. W 1942 r. zorganizowano ogółem 245 różnych kursów dla 6256 uczestniczek, w następnym roku liczba kursów i uczestniczek wzrosła ok. dwukrotnie. Za tą fasadą nierzadko wspierano tajne nauczanie, zbrojny ruch oporu (Bataliony Chłopskie, Armia Krajowa) i prace charytatywne. Przy spółdzielniach zakładano biblioteczki, w 1942 r. aż 197 – pomimo dużych trudności organizacyjnych Instruktorki korzystały z pomocy łączniczek ze spółdzielniami, ich grono tylko w pierwszym półroczu wzrosło z 396 do 1177 osób. W organizowaniu kursów pomagały 372 spółdzielnie. Działalność kobiet wspomagała planowy rozwój sieci spółdzielni spożywców. Wkrótce, w maju 1944 r. okupant zakazał prowadzenia kursów gospodarstwa domowego. Stołeczna centrala zakonspirowanej Ligi funkcjonowała aż do powstania warszawskiego.
***
W okresie powojennym nie udało się rozwinąć działalności LKwP jako samodzielnej organizacji, pomimo próby rejestracji w 1947 r. Kooperatystki odsunięto na dalszy plan. W 1946 r. schorowana Orsetti zrezygnowała z członkostwa w Komitecie Wykonawczym MLK. Wkrótce, w latach 1947-1948 Związek „Społem” (na którym opierała się Liga) został poddany ostrej krytyce politycznej. W spółdzielczości naśladownictwo modelu angielskiego zastąpiło narzucanie wzorów z ZSRR i postępujący centralizm działalności społeczno-gospodarczej.
Przypisy:
1 M. Dąbrowska, Znaczenie kobiety w ruchu spółdzielczym, cz. II Angielska Liga Kooperatystek, „Społem” 1910, nr 17.
2 M. Dąbrowska, Kobieta a czyn polski, „Tygodnik Polski” 1913, nr 12.
3 Tamże.
4 M. Dąbrowska, Znaczenie kobiety…, op. cit.
5 Tamże.
6 M. Orsetti, Liga Kooperatystek w krajach skandynawskich, „Społem” 1937, nr 17.
7 Tamże.
8 J. Święcicka, O pracy spółdzielczej wśród kobiet w latach 1928-1939, [w:] Wspomnienia działaczy spółdzielczych, t. I, Warszawa 1965.
9 M. Orsetti, Kobieta, której na imię miliony. Rzecz o zadaniach kobiet w ruchu spółdzielczym, Kraków 1933. Broszura ta jest w całości dostępna na portalu Lewicowo.pl, pod adresem: http://lewicowo.pl/varia/viewpub/tid/2/pid/363
10 J. Święcicka, O pracy spółdzielczej…, op. cit.
przez dr hab. Rafał Łętocha | piątek 13 kwietnia 2012 | inspiracje, z Polski rodem
Leszek Gawor nazwał go jednym z najwybitniejszych Polaków ubiegłego stulecia1. Nawet jeśli trochę w tym przesady, to nie ulega wątpliwości, że Młynarski był postacią nietuzinkową. Socjolog, filozof, działacz polityczny i gospodarczy, współtwórca reformy walutowej z 1924 r., światowej klasy ekspert w sprawach finansowych. W dodatku był ekonomistą-samoukiem, co jeszcze lepiej pokazuje format tej postaci.
***
Urodził się 20 listopada 1884 r. w Gniewczynie k. Przeworska2. Już w gimnazjum w Jarosławiu zetknął się z ruchem narodowym w organizacji Czerwona Róża, kierowanej przez Związek Młodzieży Polskiej (tzw. Zet). Jako organizator nielegalnych obchodów rocznicy Konstytucji 3 Maja, w ostatniej klasie zmuszony został do przerwania nauki, ostatecznie maturę eksternistyczną pozwolono mu zdawać w Sanoku. Następnie studiował na Wydziale Filozoficznym UJ, gdzie kontynuował działalność patriotyczną. W 1903 r. wszedł do „Zetu”, trzy lata później został jego sekretarzem i równocześnie członkiem tajnej Ligi Narodowej.
Od 1907 r. jego drogi z obozem narodowym zaczynają się jednak rozchodzić. Stawał się coraz bardziej krytyczny wobec prorosyjskiej orientacji endeków. W 1908 r. ukończył pracę „Socjologia wobec teorii poznania”, na podstawie której uzyskał stopień doktora filozofii (ówczesne magisterium). W 1909 r. był współorganizatorem i jednym z liderów Związku Niepodległości, grupującego rozłamowców z obozu narodowego. Blisko współpracował również z Organizacją Młodzieży Niepodległościowej „Zarzewie”, która powstała w 1909 r. we Lwowie wskutek podziału w tamtejszym „Zecie”. Rok później zaowocowało to powołaniem akademickiej organizacji Legia Niepodległości, utworzonej z połączenia obu grup rozłamowych.

PD Nationaal Archief, http://www.flickr.com/photos/nationaalarchief/2838956731
Wydał wówczas, pod pseudonimem Jan Brzoza, pracę „Zagadnienie polityki niepodległości”. Książka stanowiła głos w sporze między narodową demokracją a nurtem niepodległościowym Piłsudskiego. Autor wyszedł od konstatacji o istnieniu dwóch zasadniczych postaw wobec kwestii niepodległości. Obóz narodowy traktuje ją jako swoistą ideę moralną, niepodległościowy zaś jako bezpośredni cel polityczny. Obie postawy są błędne, bowiem brakuje w nich dążeń państwowotwórczych. Naczelną ideą Młynarskiego była zatem potrzeba myślenia w kategoriach państwowości, i to nie tylko przyszłej, ale również realizowanej już w warunkach niewoli. Postulował rozbudowę struktur konspiracyjnego państwa, uważając, że ich wykreowanie musi poprzedzić odzyskanie suwerenności. Nawoływał więc do stworzenia tajnej Konstytucji, Sejmu, rządu z aparatem skarbowym, armii. Ich autorytet należało umacniać tak, aby wszelki partykularyzm był postrzegany jako naganny, żeby ten nadrzędny cel skupiał osoby rozmaitych orientacji ideowych oraz integrował społeczeństwo rozrywane różnymi waśniami. Problem Państwa Polskiego – jak pisał – to problem zwycięskiej wojny o wolność. Problem polskiej państwowości to zagadnienie organizacyjne, rzucone na tło naszego życia narodowego3.
W tamtym czasie uczestniczył w formowaniu Polskich Drużyn Strzeleckich – paramilitarnej organizacji powołanej przez „Zarzewie”, której w latach 1913-1914 był prezesem. Jako reprezentant Związku Niepodległości brał udział w naradach zmierzających do powołania Komisji Tymczasowej Skonfederowanych Stronnictw Niepodległościowych, której celem była koordynacja działań niepodległościowych w oparciu o Austro-Węgry; w 1912 r. wszedł w skład jej władz.
Po wybuchu I wojny światowej PDS zostały podporządkowane Józefowi Piłsudskiemu, a Młynarski jako szeregowiec wstąpił do Legionów, skąd oddelegowano go do Departamentu Wojskowego Naczelnego Komitetu Narodowego. Z ramienia NKN został wysłany wraz z socjalistą Arturem Hausnerem do USA, aby informować Polonię o celach Legionów oraz zabiegać o pomoc materialną i poparcie.
Po powrocie do Polski podjął pracę jako kierownik Wydziału Spółdzielczości w Ministerstwie Pracy w Królestwie Polskim. Opracował wtedy szkic reformy społecznej, opartej na systemie spółdzielczym, do którego zapałał sympatią jeszcze przed wojną za sprawą Edwarda Abramowskiego4. W kwietniu 1923 r. minister skarbu Władysław Grabski powołał Młynarskiego na stanowisko wicedyrektora w Departamencie Kredytowym. Stał się on wówczas współautorem reformy walutowej oraz statutu Banku Polskiego. W sierpniu 1924 r. objął stanowisko wiceprezesa tej instytucji.
W 1929 r. po wygaśnięciu kadencji odszedł z Banku i został członkiem Komitetu Finansowego Ligi Narodów w Genewie. Z jego ramienia pojechał w 1933 r. do Grecji jako ekspert – za doradztwo w czasie tej misji otrzymał od rządu greckiego order Feniksa I klasy. W tym samym roku został wybrany na dwa lata przewodniczącym Komitetu. Międzynarodowa kariera była m.in. pokłosiem pracy „Złoto i banki biletowe” (1928), która przetłumaczona na angielski i japoński przyniosła mu uznanie w środowisku ekonomicznym. W 1937 r., po zmianie Konstytucji Komitetu Finansowego, Młynarski wraz z resztą członków podał się do dymisji, rozpoczął natomiast działalność w Międzynarodowej Izbie Handlowej w Paryżu oraz w Komitecie Złota LN. Pod koniec lat 30. ponownie włączył się w krajowe życie polityczne, zbliżając się do Frontu Morges.
W czasie II wojny światowej Niemcy zaproponowali mu objęcie prezydentury Banku Emisyjnego z siedzibą w Krakowie. Wyraził zgodę dopiero po licznych konsultacjach z polskimi sferami gospodarczymi i społecznymi, uznając, że pomimo okupacji życie gospodarcze powinno zachować ciągłość zapewniającą minimalną stabilizację. Od jego nazwiska pieniądze emitowane przez Bank popularnie nazywane były „młynarkami”. Urząd piastował do końca wojny, lawirując pomiędzy niemieckimi naciskami a polskimi interesami – jego działalność pozytywnie oceniał m.in. Delegat Rządu na Kraj, Cyryl Ratajski. Po wojnie postawiono mu zarzut kolaboracji, jednak dochodzenie zostało szybko umorzone. W lipcu 1945 r. wybrano go czynnym członkiem Wydziału Historyczno-Filozoficznego PAU, objął też wykłady w Krakowskiej Akademii Handlowej i na Wydziale Prawa UJ. W 1951 r. został dyrektorem biblioteki Wyższej Szkoły Ekonomicznej w Krakowie (powołanej w miejsce KAH) i pozostał na tym stanowisku aż do emerytury w 1961 r.
Po wojnie nadal pisał. Obok problematyki ekonomicznej, w coraz większym stopniu zaczęła interesować go filozofia. Główna praca z tej dziedziny, „Filozofia śmierci”, nie doczekała się jednak druku. Na łamach paryskiej „Kultury” ukazał się natomiast w częściach na przełomie lat 1963 i 1964 jeden z jego ostatnich artykułów, „Szkice literacko-filozoficzne”. Konstatował w nim pogłębiający się kryzys duchowy współczesnego świata, tzw. retrogresję totalistyczną. Polegać miała na nasileniu się form przymusu i powstaniu nowych rodzajów ucisku. Wyrażał też zaniepokojenie zakłócaniem przez człowieka równowagi w świecie przyrody5. Zmarł 13 kwietnia 1972 r. w Krakowie, pochowany został na Cmentarzu Salwatorskim.
***
Przemyślenia dotyczące spraw społeczno-politycznych i gospodarczych przedstawił w trzech pracach z lat 30.: „Człowiek w dziejach”, „Proporcjonalizm ekonomiczny” i „Totalizm czy demokracja w Polsce”. Jak podkreślał w przedmowie do tej ostatniej: Wszystkie trzy prace stanowią jedną całość i celem ich jest dać społeczeństwu systemat myślenia politycznego, zgodny z tradycją i charakterem umysłowości polskiej6.
Młynarski wyróżnił w dziejach Europy trzy zasadnicze etapy: starożytność, która kończy się w 313 r. edyktem mediolańskim; średniowiecze zamykające się rewolucją francuską z 1789 r.; czasy nowożytne, trwające do I wojny światowej, która rozpoczyna nową epokę. Na jakiej podstawie dokonał tej niestandardowej periodyzacji?
Punktem wyjścia są relacje między uniwersalizmem a indywidualizmem – pochód dziejowy to dowartościowywanie jednostki jako podmiotu dziejów. Dla nikogo nie jest rzeczą wątpliwą, […] że człowiek był, jest i będzie zarówno podmiotem, jak i przedmiotem dziejów. Co jednak jest zjawiskiem podstawowym: czy człowiek jako twórczy podmiot, czy społeczeństwo, ogarniające go jako jeden z licznych swoich przedmiotów? Przyjęcie pierwszego stanowiska wyzwala indywidualistyczny pogląd na świat. Przyjęcie drugiego rodzi pogląd na świat uniwersalistyczny7.
Okres starożytny stanowił dla Młynarskiego czas dominacji uniwersalizmu, polegającego na podporządkowaniu jednostki społeczeństwu zorganizowanemu w związek państwowy. […] Człowiek jest czymś znikomym, przejściowym, mizernym punktem na ekranie dziejów8. Uniwersalizm ten szukał uzasadnienia w religii, sankcjonującej autorytet władców. Konsekwencją była sakralizacja państwa i władzy. Młynarski stwierdza, że to, co w czasach współczesnych określa się mianem totalizmu, to skrajna forma uniwersalizmu antycznego.
Zaczął być on stopniowo przezwyciężany wraz z pojawieniem się chrześcijaństwa. Emancypuje ono jednostkę, wprowadzając zasadę powszechnej równości ludzi wobec Boga, oraz doprowadza do desakralizacji państwa. Obowiązujący monizm religijno-polityczny zastąpiono dualizmem ewangelicznej zasady „cesarzowi, co cesarskie, a Bogu, co boskie”. Dzięki chrześcijaństwu Niebo zaczęło przede wszystkim opromieniać człowieka jako człowieka, spychając państwo w cień, jako rzecz wtórną, przemijającą, mizerną w obliczu wieczności. Państwo w ten sposób zostało zdegradowane do rzędu instytucji świeckiej9.
Średniowiecze to dla Młynarskiego okres, gdy starożytny system gospodarczy, oparty na niewolnictwie, został zastąpiony przez feudalizm, wprowadzający znaczną decentralizację władzy. Omnipotencja państwa odchodzi w przeszłość, poszerza się sfera indywidualnych uprawnień. Właśnie w okresie feudalizmu należy szukać prapoczątków indywidualizmu. Równie wielką wagę przywiązuje do sporu o uniwersalia. Miał on rewolucyjne konsekwencje praktyczne. Delegacja […] pojęć ogólnych podniosła znaczenie jednostki jako jedynego bytu realnego, czy to w przyrodzie, czy w społeczeństwie. Rzeczą główną, istotną, stało się indywiduum. […] Podobnie w zagadnieniach politycznych, wstrząsających ówczesnym światem, nominaliści podtrzymują autorytet jednostki ludzkiej i przez to osłabiają autorytety wielkich utworów społecznych, jak Kościół i cesarstwo10.

PD Nationaal Archief, http://www.flickr.com/photos/nationaalarchief/2838954879
Proces kształtowania się indywidualizmu znajduje ukoronowanie w idei równości wobec prawa. Recydywa antycznego totalizmu, jaką był absolutyzm oświecony, nie potrafiła już zatrzymać tego procesu. Rewolucja francuska proklamuje deklarację podstawowych praw człowieka i w tym momencie dopiero, zdaniem Młynarskiego, możemy mówić o końcu średniowiecza.
Czasy nowożytne pozostają pod znakiem dalszego rozwoju indywidualizmu, którego przejawy stanowią kapitalizm i liberalizm. Efektem jest bezprzykładny rozwój gospodarczy i postęp w różnych dziedzinach życia. Jednak rozwój ten nie jest nieprzerwany i bezproblemowy. Już pod koniec XIX w. zasada indywidualizmu zaczęła być podważana. Z jednej strony winowajcą jest wedle Młynarskiego demokracja parlamentarna, która z obywatelskiego systemu reprezentatywnego przeistoczyła się w system działający w imię państwa. Z drugiej zaś kapitalizm, który zaczął zaprzeczać zasadom, na jakich się opierał. Świat kapitalistyczny wychodził teoretycznie z równości szans, ale doprowadzał w praktyce do nierówności tych szans. Pozycja silniejszych stawała się bowiem z natury rzeczy coraz silniejsza i coraz trudniej było wydobywać się na wierzch nowym elementom11.
Kapitalizm nie zdołał też rozwiązać najistotniejszego problemu współczesności, jakim jest realizacja zasady równości praw do udziału w dochodzie społecznym. Próby takie podejmują totalitaryzmy, ale stanowią lekarstwo gorsze od choroby i nie mają szans powodzenia. Dochód narodowy winien być dzielony proporcjonalnie między wszystkie grupy społeczne, bo w przeciwnym razie równowaga zostanie szybko zachwiana na skutek tego, iż jedni będą zyskiwać kosztem drugich.
Jak istotna jest kwestia proporcjonalizmu w podziale nadwyżki, widać na przykładzie USA: Ameryka cieszyła się przed październikiem 1929 r. stabilizacją poziomu cen i równoczesnym szybkim przyrostem dochodu narodowego. Repartycja odbywała się jednak wadliwie. Praca jako producent usług nie korzystała proporcjonalnie z postępu gospodarczego, ponieważ skala płac i pensji pozostawała w tyle. Natomiast przemysł gromadził tym większe zyski. Pociągnęło to nadpłynność przemysłu, nadmierną zwyżkę kursów akcyz i ogólną grę spekulacyjną. Walcząc z destabilizacją cen akcji i obligacji władze bankowe musiały zastosować środki deflacyjne pomimo względnej stałości poziomu cen towarowych. Skończyło się ogólnym załamaniem równowagi. […] błędna repartycja nadwyżek dochodu społecznego przy stabilizacji poziomu cen stała się w Ameryce jedną z ważniejszych przyczyn ogólnego kryzysu12.
Proporcjonalizm nie ogranicza się do kwestii redystrybucji dochodu. Stabilizacja bowiem poziomu cen zakłada postulat stałej opłacalności wytwarzania. Ów postulat zakłada z kolei stałość relacji poszczególnych cen. Nie można osiągnąć i utrzymać takiej stałości, jeżeli produkcja dóbr i usług nie rozwija się proporcjonalnie, a więc w tempie równomiernym. Punkt ciężkości leży więc w proporcjonalizmie produkcji i wymiany. Jest to nowa zasada polityki ekonomicznej13. Proporcjonalizm wymaga ciągłości postępu, czyli stałych nadwyżek w dochodzie społecznym, w miarę równomiernie dystrybuowanych między świat pracy a kapitał. Dlatego niedopuszczalne jest pozostawienie podziału dochodu dobrej woli czy prywatnej inicjatywie. Konieczna staje się normatywna interwencja państwa, a więc siłą rzeczy propocjonalizm nie jest w stanie współistnieć z „liberalną formą ustroju kapitalistycznego”14.
Młynarski doszedł do wniosku, że ani wielkość przedsiębiorstw, ani rola obiegu pieniężnego czy instytucja prywatnej własności środków produkcji nie mogą być uznane za cechy charakterystyczne kapitalizmu, ponieważ są to właściwości wspólne z niektórymi formami z przeszłości. Cechę naprawdę odróżniającą kapitalizm od niewolnictwa czy poddaństwa stanowi dopiero system salariatu: umowa najmu pomiędzy cywilnie równymi przedsiębiorcą i pracownikiem. Jej konsekwencją jest współdziałanie „kapitału żywego” (siły roboczej) oraz „martwego”, czyli środków produkcji, będących w posiadaniu przedsiębiorcy. Proces produkcji ma więc charakter społeczny, jednak jego efekt – już nie.
Kapitał martwy i ukryty za jego plecami przedsiębiorca mają stanowisko uprzywilejowane, ponieważ do nich należy całość owoców produkcji – a robotnik może być skwitowany przy pomocy płacy zarobkowej, której wysokość reguluje się według cen żywności i potrzeb elementarnych robotnika, a nie według tego, jaką wartość zamienną osiągnie suma wytworzonych towarów na rynku. Pozycja prawna robotnika nie różni się zasadniczo od pozycji wydzierżawionej na jakiś czas maszyny, której praca nie stwarza tytułu do udziału w owocach produkcji. Istota kapitalizmu wyraża się w najemnictwie. Istota najemnictwa polega na nierówności praw do owoców produkcji15.
Cena, a tym samym zysk, stanowią kategorię społeczną, będąc wypadkową gry podaży i popytu, stanu waluty, warunków politycznych. Natomiast podział zysku jest już czymś prywatnym. Młynarski wskazuje na to zjawisko jako jedną ze sprzeczności kapitalizmu. Antynomie, które nawarstwiły się w ustroju kapitalistycznym, są możliwe do rozwiązania jedynie poprzez działania prowadzące do zmiany roli państwa, zależności pomiędzy klasami czy przekształcenia produkcji dla rynku w produkcję służącą zaspokojeniu potrzeb poprzez zmianę organizacji spożycia. Wówczas dopiero może nastąpić współmierność produkcji i spożycia, współmierność ilości dóbr materialnych i potrzeb – a tym samym nastąpi względna stabilizacja wartości zamiennej dóbr i usług w gospodarstwie społecznym16.
Jak stwierdza Młynarski, w dążeniu do organizacji spożycia zarysowały się dwa zasadnicze kierunki. Pierwszy to socjalizm, widzący rozwiązanie w upaństwowieniu środków wytwarzania. Drugim jest solidaryzm, pragnący osiągnąć ów cel przez dobrowolną akcję od dołu – akcję wyrażającą się w tworzeniu spółdzielni spożywczych17. Pierwsza z metod zostaje przezeń odrzucona jako nieefektywna i szkodliwa. Takich wad i braków nie ma natomiast spółdzielczość spożywcza jako forma uspołecznienia produkcji i spożycia. Jest to forma przedziwnie mądra i prosta w swej konstrukcji teoretycznej, a egzamin życiowy zdała świetnie. Biorąc udział w spółdzielni spożywczej, jednostka ma możność oszczędzać przez wydatkowanie, stwarzać własną produkcję przez organizację spożycia, wreszcie łączyć najemnictwo i prawodawstwo w jednym ręku18.
Kreśląc proponowane rozwiązania, Młynarski jawi się też jako zwolennik korporacjonizmu. Jego główną zaletę stanowić miały autonomia, rozwijanie twórczej inicjatywy człowieka, odrzucenie omnipotencji państwa, współodpowiedzialność robotnika i przedsiębiorcy za losy produkcji, stępienie antagonizmów klasowych. Korporacje miałyby konsolidować odrębne grupy społeczne, Młynarski przewidywał istnienie odrębnych związków zawodowych dla pracobiorców oraz dla pracodawców, a obok tego korporacji skupiających wszystkich przedstawicieli danej branży, niezależnie od ich pozycji na rynku pracy. Korporacja posiadałaby autonomię ustawodawczą i być może nawet sądową. Do jej zadań należałoby ustalanie regulaminu fabrycznego, czasu pracy, wypełnianie zadań sądów pracy, planowanie rozmiarów produkcji, wysokości cen, przygotowywanie projektów ustawodawstwa dotyczącego ogólnej polityki gospodarczej, celnej i podatkowej itp.
Zauważał jednak, że korporacjonizm, atakując pewne elementy kapitalizmu, zapomina o najważniejszym: umowie najmu separującej robotnika od efektów wspólnej pracy. Jeśli w tej sferze nie nastąpią radykalne zmiany, to powstanie jedynie lepsza forma kapitalizmu. Koniecznym jest zatem zagwarantowanie udziału robotnika w zyskach przedsiębiorstwa. W takich warunkach umowa najmu nie będzie już tylko środkiem prawnym, który umożliwia dzierżawę siły roboczej, ale tytułem prawnym do udziału w owocach wspólnego procesu wytwarzania – do udziału w zyskach wynikających z koniunktury rynkowej. W miejsce najemnictwa, przy którym istnieje separacja pracy i kapitału przy podziale owoców wspólnej produkcji – powstanie „koalicja pracy i kapitału”19.
Udział w zyskach nie musi przy tym polegać na dzieleniu ich pomiędzy poszczególnych robotników – kwoty takie byłyby stosunkowo niewielkie. Właściwsze byłoby odprowadzanie zysku przeznaczonego dla robotników do kasy znajdującej się w rękach organizacji robotniczo-społecznej, która będzie mogła go spożytkować wyłącznie na cele przewidziane odpowiednimi przepisami. Z takiego funduszu można byłoby wykupywać zamykane czy bankrutujące przedsiębiorstwa prywatne. Zakładając działanie powyższego urządzenia nie tylko unikamy dewastacji substancji i zabezpieczamy daną okolicę przed wzrostem bezrobocia – ale zarazem zakładamy podwaliny dla tworzenia się nowej formy własności. Będzie to własność wybitnie społeczna…20.
Jeśli chodzi o administrowanie tego rodzaju funduszem, najwłaściwsze byłyby spółdzielnie spożywców, mające na tym polu doświadczenie. Z teoretycznego punktu widzenia rozwiązanie takie jest idealne, bowiem poprzez obowiązkowy udział w zyskach atakujemy klasową umowę najmu – zaś przez ruch spółdzielczo-spożywczy atakujemy ryzyko rynkowe, które obok umowy najmu stanowi drugą cechę ustroju kapitalistycznego21. W związku z tym należałoby wprowadzić obowiązek przynależności robotników do spółdzielni spożywców. Młynarski wysuwa tutaj analogię z obligatoryjnymi ubezpieczeniami, które w pewnym momencie wprowadziły wszystkie państwa –powszechna spółdzielczość to swoiste ubezpieczenie od wyzysku handlowego i strat na rynku.
Spółdzielnie zachowałyby autonomię gwarantującą ich rozwój, lecz byłyby kontrolowane przez państwo pod kątem ksiąg i praworządności wewnętrznej. Cel ostateczny stanowiłoby, jak to ujął, powstanie Rzeczpospolitej Spółdzielców. Robotnik przestanie być najmitą – zdobędzie bowiem równość prawa do udziału w owocach wspólnej produkcji, dokona się jego wyzwolenie, ponieważ osiągnie równouprawnienie społeczne, obok już dzisiaj posiadanego równouprawnienia pod względem cywilnym i politycznym22.
Dzięki temu społeczeństwo klasowe przekształci się w federację społeczną, stąd Młynarski określił swój projekt mianem federalizmu społecznego. Zalety takiego ustroju są jego zdaniem wielostronne: redystrybucja dochodu społecznego wreszcie będzie miała charakter racjonalny i sprawiedliwy, zmaleje też niebezpieczeństwo kryzysów i wahań koniunktury.
Zasadniczą wartość stanowi pogodzenie dwóch zasad politycznych, pozostających w konflikcie: prywatnej inicjatywy oraz etatystycznej interwencji. Dopiero proporcjonalizm sprzymierzony z federalizmem społecznym sprowadza obie zasady do właściwych im zakresów. Obok bowiem własności i przedsiębiorczości społecznej może żyć i rozwijać się własność i przedsiębiorczość prywatna. Zamiast zaś etatyzacji unicestwiającej przedsiębiorczość prywatną, rola państwa ograniczy się do planowania normatywnego, stwarzającego ramy dla równoległych wysiłków obu form własności, zarówno prywatnej, jak społecznej23.
Tak pomyślany system gospodarczy urzeczywistniony miał zostać w państwie nacjokratycznym, zachowującym odpowiednie relacje pomiędzy aparatem państwowym (reprezentującym zasadę uniwersalistyczną) a narodem (wyrazicielem zasady indywidualistycznej). W takim ustroju rola państwa miała zostać zminimalizowana, naród bowiem zajmowałby pozycję nadrzędną, państwo zaś miało stanowić jedynie organ wykonawczy jego woli.
Drugą charakterystyczną cechę stanowić miało pierwszeństwo jednostki nad narodem, jednak mające charakter relatywny, albowiem naród jednocześnie ma nad jednostką prymat moralny. Naród budzi się do życia – pisał Młynarski – jako forma pojęciowa uświadomienia jednostek i sprzęga się jednocześnie z samowiedzą etyczną, z poczuciem obowiązku służenia dobru wspólnemu. I jedno, i drugie jest sprawą duchową, sprawą twórczą osobowości ludzkiej, sprawą indywidualną. Wobec tego zaś również pierwszeństwo interesu narodowego przed interesem jednostki musi wywodzić się z aktu wolnej woli człowieka, z jego decyzji i wyboru, a nie jest czymś danym przez naturę, jako rzecz gotowa, z góry przychodząca i ogarniająca człowieka24.
Ujęcie takie wydaje się bardzo bliskie personalizmowi chrześcijańskiemu, eksponującemu prymat jednostki wobec społeczeństwa i jednocześnie obowiązki na niej ciążące. Tak rozumiany nacjokratyzm musi zostać dopełniony przez homokrację, zgodnie z którą nie przywilej, majątek lub przynależność do partii czy elity rządzącej powinny stanowić tytuł do większego wpływu na organizowanie, względnie reorganizowanie spraw państwowych – lecz uzdolnienie, kompetencja, polot twórczy, męstwo przekonań i w ogóle charakter człowieka25.
Feliks Młynarski. Piotr Świderek, kooperatywa.org
Przypisy:
1 L. Gawor, Feliksa Młynarskiego filozofia dziejów [w:] Tenże, Polska myśl historiozoficzna I połowy XX wieku. Analiza wybranych poglądów, Rzeszów 2005, s. 118.
2 Na temat Młynarskiego zob. Z. Landau, Feliks Młynarski, Polski Słownik Biograficzny, t. XXI/1, Wrocław-Warszawa-Kraków-Gdańsk 1976, ss. 443-446.
3 Jan Brzoza (wł. F. Młynarski), Zagadnienie polityki niepodległości, Kraków 1911, s. 97.
4 F. Młynarski, Wspomnienia, Warszawa 1971, s. 153.
5 Idem, Szkice literacko-filozoficzne, „Kultura” (Paryż) 1963 nr 12, 1964 nr 1.
6 Idem, Totalizm czy demokracja w Polsce, http://www.polskietradycje.pl/article.php?artykul=328
7 Idem, Człowiek w dziejach. Jednostka – państwo – naród, Warszawa [1937] (wyd. II), s. 31.
8 Ibid., s. 33.
9 Ibid., s. 54.
10 Ibid., s. 74.
11 Ibid., s. 111.
12 Idem, Proporcjonalizm ekonomiczny. Zagadnienie nowego kierunku, Warszawa 1937, s. 23.
13 Ibid., s. 24.
14 Ibid., s. 105.
15 Ibid., ss. 126-127.
16 Ibid., s. 134.
17 Loc. cit.
18 Ibid., s. 136.
19 Ibid., ss. 143-144.
20 Ibid., s. 149.
21 Ibid., s. 151.
22 F. Młynarski, Proporcjonalizm…, s. 160.
23 Ibid., s. 179.
24 Idem, Człowiek…, s. 160.
25 Ibid., s. 168.
przez dr hab. Rafał Łętocha | piątek 13 kwietnia 2012 | inspiracje, z Polski rodem
Nazwisko Władysława Grabskiego kojarzy się przede wszystkim z reformą walutową, którą przeprowadził w 1924 r., pełniąc funkcje premiera i ministra skarbu.
Wówczas to, w ramach pełnomocnictw udzielonych przez Sejm, dokonał uzdrowienia finansów państwa poprzez m.in. radykalne cięcia kosztów administracji, podwyższenie podatków, usprawnienie systemu ściągania danin majątkowych, stabilizację cen, wprowadzenie jednolitego systemu podatkowego oraz państwowego monopolu spirytusowego, tytoniowego i zapałczanego. Przede wszystkim jednak ustanowiono nową walutę – złotego polskiego i powołano jego emitenta, Bank Polski.
Reforma była rozmaicie oceniana. Dziś generalnie dominują pozytywne oceny, mówi się wręcz o imponującym sukcesie. Jej rangę i charakter dobrze obrazuje, jak się wydaje, zestawienie z reformą Leszka Balcerowicza, która oparta była na zupełnie odmiennych przesłankach. Grabski, jako zwolennik szkoły historycznej w ekonomii, odrzucał możliwość generalizowania zjawisk gospodarczych i wyodrębnienia niezmiennych motywów gospodarowania. Charakterystyczne dla niego było podkreślanie podmiotowości (polegającej na szukaniu oparcia dla reform w siłach wewnętrznych kraju) oraz wielowymiarowości życia gospodarczego, solidaryzmu społecznego i potrzeby harmonijnego rozwoju wszystkich grup społecznych.
Grabski, w przeciwieństwie do Balcerowicza, postanowił obciążyć kosztem reform głównie bogatszą część społeczeństwa.Jak pisali Zbigniew Landau i Jerzy Tomaszewski, jego program uderzał przede wszystkim w interesy klas posiadających. One w pierwszym rzędzie miały płacić daninę majątkową, one zostały dotknięte waloryzacją podatków. […] Ludzie żyjący z płacy roboczej, jak również drobnotowarowi rolnicy byli zbyt biedni, aby obciążenie ich nowymi świadczeniami na rzecz państwa mogło dać zadawalające efekty finansowe.
Grabski był jednak również działaczem społecznym. Niemało uwagi poświęcił kwestiom rozwoju polskiej wsi, był jednym z rodzimych teoretyków agraryzmu oraz twórcą socjologii wsi. Te płaszczyzny jego działalności są o wiele słabiej znane, dlatego warto omówić je szerzej.
***
Władysław Dominik Grabski urodził się 7 lipca 1874 r. w Borowie nad Bzurą w rodzinie ziemiańskiej jako trzecie dziecko. Starszy brat, Stanisław, był współorganizatorem PPS, a później wybitnym politykiem i ekonomistą obozu narodowego. Starsza siostra, Zofia, również angażowała się w życie polityczne jako działaczka PPS. Zainteresowanie wsią i stosunek do ludności wiejskiej Grabski wyniósł z domu rodzinnego. Jego ojciec jeszcze przed powstaniem styczniowym, w 1859 r. uwłaszczył chłopów na terenie swego majątku, żywo interesował się sprawami wsi, współpracował z włościanami z obszaru gminy.

Władysław Grabski
W latach 1883-1892 Władysław uczęszczał do V Gimnazjum Filologicznego w Warszawie. Tam wraz z bratem organizował kółka samokształceniowe i wszedł w skład tajnej Centralizacji Związku Kółek Gimnazjalnych Królestwa Polskiego. Jej program zawierał postulaty awansu cywilizacyjnego ludu i walki w obronie interesów najbiedniejszych. W owym czasie wykazywał wyraźne sympatie socjalistyczne, jednak jak pisał Józef Wojnarowski, Już pod koniec swego pobytu w szkole zraził się do socjalizmu, dostrzegając sprzeczność między postępowaniem socjalistów a wyznawanymi przez nich poglądami. Władysław był bodajże pierwszym z grona swego rodzeństwa, który socjalistyczną teorię walki klasowej zastąpił koncepcjami solidaryzmu społecznego i narodowego, co nastąpiło zresztą nie bez wpływu myśli Abramowskiego. Wrodzone predyspozycje intelektualne oraz wyniesione z domu rodzinnego umiłowanie prawdy i sprawiedliwości skłoniły go do podjęcia wysiłku stworzenia własnego światopoglądu.
Po zdaniu matury udał się na studia do Paryża, tam w latach 1892-1894 pobierał nauki w École des Sciences Politiques, skupiając uwagę na finansach, prawie, ekonomii politycznej i historii. Równocześnie w latach 1893-1895 studiował historię i archiwistykę na Sorbonie. W 1895 r. wrócił do kraju, wkrótce jednak ponownie wyjechał na studia, tym razem agronomiczne w Halle, jednak po roku przerwał je w związku ze śmiercią ojca. Wrócił wówczas do Borowa, aby zająć się prowadzeniem rodzinnego majątku. Kontynuując dzieło ojca, przekształcił folwark w nowoczesne gospodarstwo rolne oraz dokonał parcelacji ziemi, umożliwiając rolnikom jej wykup za pośrednictwem Banku Włościańskiego.
Intensywnie angażował się także w prace społeczne. W 1899 r. założył pod Kutnem rolniczą stację doświadczalną, instytucję naukową o charakterze społecznym, drugą tego rodzaju w Królestwie Polskim. W 1901 r. zorganizował w tych okolicach pierwszą w Królestwie fabrykę spółdzielczą drenów, o nazwie „Spójnia”. Dwa lata później zaś w Bocheniu pod Łowiczem utworzył drugie w zaborze rosyjskim kółko rolnicze, przy którym powołał pierwszą spółdzielnię mleczarską. W 1904 r. zorganizował w Warszawie Towarzystwo Melioracyjne, na czele którego przez jakiś czas stał. W 1905 r. utworzył natomiast Powiatowe Towarzystwo Rolnicze w Łowiczu, którego pracami kierował do 1919 r., zakładając również kasy spółdzielcze dla chłopów czy wspierając finansowo szkoły rolnicze. Sam w rodzinnym Borowie utrzymywał nielegalną szkołę dla chłopskich dzieci. W latach 1901-1906 pełnił obowiązki sekretarza Sekcji Rolnej przy Towarzystwie Popierania Przemysłu i Handlu w Warszawie. Przyczyniła się ona do rozwoju szeregu towarzystw rolniczych, na czele z Centralnym Towarzystwem Rolniczym, skupiającym całe społecznie czynne ziemiaństwo polskie (około 2000 członków) oraz ogromną większość uspołecznionego włościaństwa (około 20000 członków kółek).
W 1904 r. wydał pierwsze ważniejsze dzieło, pt. „Historia Towarzystwa Rolniczego”, za które otrzymał nagrodę Akademii Umiejętności w Krakowie. Zwracał w nim uwagę na szkodliwość pańszczyzny i poddaństwa, a także akcentował siły twórcze, drzemiące w polskim społeczeństwie. Pisał tam, iż Idealizm w Towarzystwie Rolniczym polegał na tym, że wierzono, iż ludzie są w stanie wznieść się ponad poziom własnych osobistych i stanowych interesów, że sumienie społeczne może stać się potężną dźwignią czynów, że rozum na usługę tego sumienia oddać należy. We własnym zakresie, w łonie własnych członków, w łonie obywatelstwa wiejskiego dokonano w tym względzie wiele. A nawet i zatwardziałe uprzedzenia ludu wiejskiego zaczęły się kruszyć.
W tamtym czasie Grabski związał się z obozem narodowo-demokratycznym, z jego ramienia trzykrotnie posłował do kolejnych Dum rosyjskich w latach 1906-1912, pracując tam w Komisji Budżetowej Ministerstwa Rolnictwa Rosji. O pracy w Kole Polskim Dumy pisał: W sprawie agrarnej postawiłem tezę o tym, że nie Rosja, a tylko Polska sama może zreformować swój ustrój agrarny, przy czym stanąłem na gruncie konieczności tej reformy, w sprawach podatkowych wykazałem pokrzywdzenie Królestwa w porównaniu z Rosją i udowodniłem, że na przeprowadzeniu uwłaszczenia włościan rząd rosyjski zarobił na czysto […] W sprawach finansowych wykazałem, że Rosja czerpała większe dochody z Królestwa, niż na nie wydawała, a w sprawach rolniczych postawiłem tezę konieczności subwencji dla ich rozwoju nie tylko w Rosji, ale i w Królestwie wobec ujemnych skutków dla ludności włościańskiej polskiej, wynikających z konkurencji zbóż i bydła rosyjskiego. Praca ta moja przyczyniła się gruntownie do podkopania zaufania do rządu rosyjskiego ze strony mas włościańskich, na mnie zaś ściągnęła karę administracyjnego aresztu w 1906 r., z którego zostałem po kilku tygodniach zwolniony.
W czasie pobytu w więzieniu pracował nad studium „Materiały w sprawie włościańskiej”. Postulował w nim przyspieszenie procesów parcelacyjnych, wprowadzenie udogodnień kredytowych dla chłopów oraz mocniejsze zwrócenie się w kierunku ludu. Wówczas, jak tłumaczył, przekonamy się o tym, że w nim samym tkwią głębokie zasady cywilizacyjne, które wszelkie barbarzyńskie eksperymenty w nas udaremnią […]. Dziś lud to wielkie zbiorowisko świadomych swego położenia jednostek, które nie przeciwstawiają się społeczeństwu, lecz stanowią jego prawdziwą podporę. Potrzeba tylko oświaty i nauki, potrzeba dużo szczerości ze strony inteligencji w stosunku do ludu, potrzeba lepszych urządzeń ekonomicznych krajowych, a lud nasz, zespolony już dziś z całym narodem, wykaże zdolność swoją do odrodzenia cywilizacyjnego Polski.
W kolejnym etapie życia, jak sam wspominał, oddał się przede wszystkim przygotowaniu przyszłej państwowości polskiej poprzez organizowanie jej surogatów, jakimi były Biuro Pracy Społecznej czy Centralny Komitet Obywatelski. Gros aktywności w Biurze poświęcił problematyce wiejskiej, a w jej ramach kwestiom edukacyjnym. Konstatując katastrofalny stan edukacji w Królestwie oraz, jak pisał, w ciemnocie ludu główną siłę, na której system panowania rosyjskiego był oparty, podjął działania zaradcze. Jego książka „O nauczaniu powszechnym i zakładaniu szkół ludowych” stanowiła analizę sytuacji, a jednocześnie konkretny program działania. Tematykę tę kontynuował w okresie międzywojennym w studiach „Kultura wsi polskiej i nauczanie powszechne”i„Oświata ludu i sprawy agrarne w Polsce”. Odwołując się tam do przykładów duńskich, belgijskich i amerykańskich, Grabski postulował gruntowną reformę szkolnictwa ludowego w naszym kraju.
Dostrzegał on ścisły związek między rozwojem i kulturą wsi, a stanem oświaty ludowej, która, jak podkreślał, wpływa także na standardy mieszkaniowe czy dochody. Stąd warunkiem usunięcia niedomagań życia ekonomicznego miała być właśnie reforma oświaty. Jej szerzenie nie miało być jedynie akcją społeczną, działaniem warstw wyższych na rzecz ludu, lecz przede wszystkim wprowadzeniem potężnego czynnika produkcji rolnej, wpływającego na jej wzrost, poprawę stosunków agrarnych i dobrobytu ludności. Na przykładzie monografii powiatu wadowickiego, autorstwa Franciszka Dziedzica, wskazywał, iż jego mieszkańcy, pomimo dużego rozdrobnienia ziemi, właśnie za sprawą lepszego wykształcenia częściej znajdują pracę poza rolnictwem lub uzyskują wyższe dochody dzięki wprowadzeniu nowych metod gospodarowania. Niestrudzenie więc przez lata akcentował, iż należy reformować ustrój, upełnorolnić gospodarstwa, komasować grunty, meliorować – ale to nie wystarczy. Wieś bowiem nie przestanie być siedliskiem biedy, jeśli nie wydobędzie z siebie sił ekonomicznych, gospodarczych, tkwiących w człowieku samym, jak te, które dały typ życia wsi i społeczeństwa w tych krajach, gdzie nędza ze wsi dawno znikła.
Wiedza nabywana dzięki oświacie pełni rolę kapitału kulturowego, który pozwala skuteczniej rozwiązywać problemy, doskonalić rolnictwo i podnosić wieś pod względem cywilizacyjnym. Wieś niekulturalnanie wydobywa z siebie tych wszystkich wartości, jakie kryje i które wydać by mogła jako wkład swój do ogólnej skarbnicy dobra narodowego. […] Wieś jako ognisko życia ogromnej większości narodu musi mieć pewien poziom moralno-umysłowy, zabezpieczający narodowi możność swego rozwoju. Szkoły wiejskie, jak podkreślał, nie spełniają tych zadań. Mieszczące się w dusznych pomieszczeniach, z dużą liczbą uczniów, nie budzą nowych potrzeb kulturalnych, nie uczą porządku, systematyczności czy łączenia w działalności gospodarczej własnych korzyści z korzyściami rodziny, wsi, miasta czy narodu. Nauczycielom zarzucał natomiast izolowanie się od społeczności lokalnych, wynikające z poczucia wyższości. Wskazywał, że szkoły wiejskie potrzebują specjalnie przygotowanych programów, podręczników i pedagogów. Inteligencja nasza stoi na wysokości, lekceważy potrzeby ludu, bo lekceważy producentów w ogóle, bo jest nastawiona na odczuwanie jedynie intelektualizmu i czynnika konsumpcji.
Okres niepodległości do zamachu majowego wypełniła Grabskiemu przede wszystkim służba państwowa, po jej zakończeniu natomiast poświęcił się pracy naukowej. Już w 1923 r., pomimo braku doktoratu i habilitacji, na podstawie wcześniejszego dorobku w dziedzinie agronomii społecznej i polityki agrarnej został mianowany profesorem zwyczajnym polityki ekonomicznej w Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego. Dwukrotnie pełnił obowiązki rektora tej uczelni, równocześnie od 1926 r. kierował Katedrą Polityki Ekonomicznej SGGW, w ramach której powołał do życia w 1927 r. Sekcję Agronomii Społecznej, drugą tego typu placówkę w Europie. Jak pisał jego uczeń i współpracownik, Czesław Strzeszewski, przygotowywała ona działaczy, których zadaniem jest rozbudzenie świadomości i podniesienie ekonomiczne wsi polskiej. Oprócz wykładów organizowała wyjazdy w teren, do szkół rolniczych, zakładów doświadczalnych, drobnych gospodarstw, związków rolniczych itp.
Grabski wychodził z założenia, iż problemów polskiej wsi nie da się rozwiązać doraźnymi działaniami, dzięki pracy społecznikowskiej w typie XIX-wiecznym. Potrzeba dobrego przygotowania i systematyczności. Jednocześnie rozumiał, iż największy potencjał kraju tkwi właśnie w społecznościach wiejskich. Należy go jednak rozbudzić, który to proces wiązał z profesjonalizacją pracy rolniczej oraz aktywności instytucji i organizacji wiejskich, z wykształceniem fachowych wiejskich działaczy społecznych. Odwoływał się tutaj do wzorców zza oceanu, do roli agronomii społecznej w USA. Nie jest ona – pisał – dawnej daty, ale doszła do wielkich rozmiarów: 3195 osób personelu fachowego pełni czynności agronomów społecznych. Organizacje rolnicze obejmują 22 miliony osób, wśród których prócz farmerów i dzierżawców są liczni robotnicy.
Postulował więc przygotowanie szeregów fachowych agronomów społecznych. Przytaczał przykłady działań amerykańskich, angielskich czy włoskich – bezpośredniego docierania do rolników z odczytami i kursami uzupełniającymi wiedzę. Skrzętnie wyliczył, że aby ośrodki promieniowania wiedzy rolniczej były dostępne dla ogółu, należy tworzyć jedną placówkę na 106 gospodarzy (500 hektarów), wówczas poradnictwo fachowe będzie miało charakter indywidualny. W każdym ośrodku powinno funkcjonować gospodarstwo pokazowe. W sumie przewidywał 30 tys. takich placówek, po 2-3 na każdą gminę, 120 na powiat. W każdym powiecie miało być przeciętnie 8 nauczycieli, którzy prowadziliby zimowe kursy rolnictwa i kontrolowali ośrodki kultury rolniczej.
Upowszechnieniu pożądanych wzorców służyć też miał system subwencjonowania rolnictwa przez państwo. Grabski proponował przejście od systemu dowolnego czy zryczałtowanego do premii za dobre wyniki gospodarowania. Zwracał również uwagę, że dawne formy współdziałania ludności wiejskiej, jak pomoc sąsiedzka, nie odpowiadają już potrzebom czasów. On sam był jednym z pionierów organizowania się rolników do zbiorowych działań, postulował tworzenie i zakładał różnego rodzaju stowarzyszenia rolnicze, kooperatywy, kółka włościańskie, spółki handlowe itp. Kółka rolnicze w jego ujęciu miały znacznie poszerzać zakres działań, stać się szkołą życia publicznego i narodowego, zajmując się nie tylko problemami gospodarowania, ale i stosunków na wsi, w gminie, parafii czy budową szkół wiejskich. Jednocześnie ostro przeciwstawiał się ich upolitycznianiu, uznając, że rozpolitykowanie zabija ducha pracy społecznej.
Kooperatywy wiejskie miały być gwarantem szybszej absorpcji nowych rozwiązań w dziedzinie gospodarowania w drobnych gospodarstwach. Jak zauważał, w Polsce postęp rolniczy wprowadzali wyłącznie właściciele dużych gospodarstw, tymczasem na Zachodzie, gdzie od lat funkcjonowały kooperatywy drobnych rolników, problem ten nie istniał. W Belgii, Holandii czy Danii mniejsza własność nie ustępowała większej pod względem postępu właśnie dzięki formom kooperatywnym, np. tworzeniu spółek wodnych w celu przeprowadzenia melioracji.
Przyszłość wsi polskiej Grabski widział w silnych gospodarstwach farmerskich o wysokiej produktywności i niskich kosztach produkcji. Ubolewał, że Polska ma za dużo gospodarstw wielkich i karłowatych, zbyt mało zaś średnich. W 1929 r. pisał w związku z tym: Nie możemy rozwinąć działalności eksportowej naszego rolnictwa na poważną skalę, nie możemy skompensować eksportem rolniczym ujemności naszego bilansu handlowego w zakresie surowców i towarów przemysłowych, pomimo że na wsi pracuje u nas 66% ludności […]. Wydajność pracy naszego rolnictwa jest bardzo słaba.
Jako środki zaradcze proponował ochronę celną polskich produktów rolnych, regulowanie obrotu zbożem wewnątrz kraju za pośrednictwem skupu przez aparat państwowy, obniżanie kosztów produkcji rolnej poprzez wdrażanie nowych technik, szeroko zakrojoną meliorację gruntów czy rozbudowę elewatorów zbożowych. Nie żądał jednak całkowitego zniesienia wielkiej własności ziemskiej, uznając, iż ma ona do spełnienia ważne cele, rozwijając uprawy wyspecjalizowane (chmielu, buraków) oraz przemysł rolniczy (drzewny, ceramiczny itp.). Działalność taką winno państwo wspierać, stosując odpowiednie instrumenty polityki gospodarczej. Tego rodzaju gospodarstwa mogą również stanowić doskonałe narzędzie walki z bezrobociem na wsi. Przy czym, jak podkreślał, państwo musiałoby tutaj wykazać się troską o robotników najemnych, zabezpieczając takie kwestie, jak odpowiednie wynagrodzenie czy ubezpieczenia.
Wreszcie zaś podkreślał, iż konieczna jest zmiana mentalności, wyrobienie swoistej samoświadomości na wsi polskiej i zrozumienie zadań, które przed nią stoją: Wieś polska ma pełnię praw – czytamy w„Historii wsi w Polsce” – ma większość liczebną, ale nie czuje w pełni swych sił. Brak jej wyrobienia i umocnienia gospodarczego, brak wyrobienia umysłowego, brak przywódców, na których by liczyć mogła, brak świadomości, co jest istotnie najbardziej potrzebne. Liczni są, którzy jej to pragną podpowiedzieć. Ale ona sama musi do tego dojść, by zrozumieć swoją rolę w społeczeństwie współczesnym.

CC BY Biblioteca de la Facultad de Derecho y Ciencias del Trabajo Universidad de Sevilla, flickr.com/photos/fdctsevilla/4726510185
Jeden z uczniów Grabskiego, Tadeusz Cywiński, pisał, iż punkt wyjścia jego agronomii społecznej można streścić w sposób następujący: Podniesienie poziomu gospodarczego i kulturalnego warstwy włościańskiej zadecyduje o przyszłości Polski. Cały wysiłek światłego społeczeństwa rolniczego winien być skierowany do tej warstwy ludności wiejskiej nie dlatego, że ktoś ma ten czy inny światopogląd, lecz z tej przyczyny, że stan włościański z tytułu władania przytłaczającą większością obszaru rolnego o wiele więcej waży z punktu widzenia państwowego niż jakikolwiek inny. Że poza tym zgodnie z „prawem zmniejszającego się dochodu” podnoszenie tych gospodarstw jest zabiegiem najbardziej uzasadnionym z punktu widzenia gospodarstwa narodowego, gdyż przy obecnym niskim ich poziomie, każdy najmniejszy, a racjonalny nakład już daje tu bardzo widoczne skutki – że wreszcie obok całego szeregu czynników mogących zadecydować o przyszłości wsi, zawsze poczesne miejsce będzie przysługiwało czynnikowi ludzkiemu, który musi być odpowiednio wyszkolony.
Ukoronowaniem działalności Grabskiego na tej niwie była niewątpliwie praca „System socjologii wsi”, nieukończona z powodu śmierci autora. Jej pierwsze trzy części ukazały się na łamach założonego przez Grabskiego periodyku pt. „Roczniki Socjologii Wsi” – pierwszy numer wydano w tym samym 1936 r., w którym zaczął się ukazywać pionierski w skali światowej amerykański kwartalnik „Rural Sociology”. Na potrzeby rozwoju tej subdyscypliny, na wniosek Grabskiego Rada Wydziału Rolniczego SGGW powołała do życia 27 października 1936 r. Instytut Socjologii Wsi. Niemal równocześnie prezydent Ignacy Mościcki powołał Państwowy Instytut Kultury Wsi, w którym Grabski pełnił funkcję prezesa Rady Naukowej. Instytut zajmował się badaniami naukowymi nad kulturą wsi oraz doradztwem. Badania miały dotyczyć przede wszystkim: 1) wpływu ekonomicznych warunków życia wsi na jej kulturę, 2) zbiorowego życia wsi, 3) potrzeb społeczno-kulturalnych wsi, 4) akcji społeczno-kulturalnej wsi […]. W zakresie metod pracy nad podniesieniem kultury wsi Instytut opracowuje: 1) metody organizowania zbiorowości wiejskiej dla działania zespołowego, 2) metody wychowania jednostki dla działania zespołowego, 3) wzory różnych urządzeń społeczno-kulturalnych, jak np. dom ludowy, biblioteka, oraz metody podniesienia sprawności tych urządzeń, 4) projekty planowego zaspokajania potrzeb wsi w różnych dziedzinach jej życia społeczno-kulturalnego.
***
Grabskiemu generalnie chodziło o awans ekonomiczny, polityczny i kulturalny włościaństwa. Zdając sobie sprawę, iż przez długi czas stanowiło ono narzędzie realizacji celów warstwyziemiańskiej, utożsamianej z narodem, postulował gruntowne przeobrażenie tego stanu rzeczy. Nie miało ono jednak polegać na wyrugowaniu ziemiaństwa i zastąpieniu go włościaństwem, gdyż w takim wypadku mielibyśmy znowu do czynienia z dzieleniem narodu i realizacją partykularnych interesów stanowych. Nawoływał natomiast do przywrócenia równowagi sił społecznych, harmonijnego współdziałania w imię solidarystycznych ideałów, którym przez całe życie był wierny.
Zainteresowanie Grabskiego wsią to wynik przekonania, że awans chłopów stanowi warunek konieczny właściwego rozwoju państwa i narodu.Podkreślał, że próby reformowania wsi skazane są na porażkę, jeżeli nie zostanie w nie wciągnięty sam lud. W pracy „Idea polska” pisał w związku z tym: Gdy władza państwowa opiekuje się i kieruje biernym ludem, jest to metoda rządzenia przeszłości. Dziś jest konieczne, aby władza współpracowała z ludem nad jego dobrem.
dr hab. Rafał Łętocha
Bibliografia:
M. M. Drozdowski, Władysław Grabski, Rzeszów-Warszawa 2004.
A. Golec, Wieś i rolnictwo w poglądach społeczno-ekonomicznych Władysława Grabskiego [w:] Z dziejów gospodarki i myśli ekonomicznej Drugiej Rzeczypospolitej, pod red. R. Orłowskiego, Lublin 2001.
W. Grabski, Dwa lata pracy u podstaw państwowości naszej, Warszawa-Rzeszów 2003.
W. Grabski, Wybór pism, oprac. i wstęp J. Wojnarowski, Warszawa 1987.
K. Korab, Władysław Grabski, Warszawa 2004.
K. Korab, Władysław Grabski jako socjolog wsi, Warszawa 2004.
Z. Landau, J. Tomaszewski, Od Grabskiego do Piłsudskiego. Okres kryzysu proinflacyjnego i ożywienia koniunktury 1924-1939, Warszawa 1971.
P. Sieliwończyk, Władysław Grabski: wieś i rolnictwo na tle solidarystycznej koncepcji narodu [w:] Szkice z historii socjologii polskiej, pod red. K. Z. Sowy, Warszawa 1983.
Władysław Grabski. Uczony i mąż stanu, pod red. J. Konefała, S. Wójcika, Lublin 2005.
Wspomnienia i relacje o reformach Władysława Grabskiego, wyb. i oprac. M. M. Drozdowski, Warszawa 2004.

CC BY Biblioteca de la Facultad de Derecho y Ciencias del Trabajo Universidad de Sevilla, flickr.com/photos/fdctsevilla/4723566805
przez Remigiusz Okraska | piątek 13 kwietnia 2012 | inspiracje, z Polski rodem
W oskarżycielskim tekście „Słowo o bandosie”, poświęconym niedoli chłopów i robotników rolnych, Stefan Żeromski wymienia garstkę Polaków, którzy dokonali wielkich dzieł, a zarazem byli nieobojętni na krzywdę ludu. Nazwiska ich są znane bardziej (Mickiewicz, Norwid, Witkiewicz) lub mniej (Lelewel, Trentowski, Worcell). Tylko jedna z przywołanych postaci jest dzisiaj niemal całkowicie zagadkowa. Autor „Ludzi bezdomnych” pisze o niej: ten za naszych dni czysty przechodzień z góry ducha, przynoszący obłudnym faryzeuszom pozew przed ołtarz, Antoni Szech, który nim słowo zwiastujące mówić począł, oczyścił się w zimnej kąpieli czynu: sprzedał, co miał, i wykupił nieszczęsne dusze, jęczące w jarzmie rozpusty.
***
Antoni Szech naprawdę nazywał się Izydor Kajetan Wysłouch. Urodził się 25 lipca 1869 r. w Pirkowiczach nieopodal Drohiczyna jako najmłodszy z trzech synów. Rodzina prowincjonalnej szlachty wyróżniała się spośród wielu podobnych. Pradziad Zenon Wysłouch to poseł na Sejm Czteroletni. Jego dwaj synowie Kazimierz i Jan byli żołnierzami Legionów Dąbrowskiego, zaś trzeci, Wiktor, miał potomka o imieniu Antoni. Był on uczestnikiem powstania styczniowego oraz ojcem bohatera naszego tekstu. Siostra Antoniego, Katarzyna, to matka legendarnego nestora polskiego ruchu socjalistycznego – Bolesława Limanowskiego. Jeden z dwóch braci ojca, Ludwik, miał z kolei syna – twórcę ruchu ludowego w zaborze austriackim, Bolesława Wysłoucha. Z kolei matka Izydora Kajetana, Teofila z Butowt-Andrzejkowiczów, to przyjaciółka Elizy Orzeszkowej, sportretowana przez nią jako „piękna Tośka” w opowiadaniu „Oficer”. Ludwik Krzywicki po latach pisał: Wziął po paru pokoleniach Wysłouchów mocne instynkty natury społecznej, a także ich niezdolność, aby czynami swoimi byli w rozterce z przekonaniami.
Po gimnazjum Izydor Kajetan wybrał studia historyczne w Warszawie. Był wyróżniającym się żakiem, lecz nie angażował w życie społeczne. Dopiero nagła śmierć jednego z braci, Witolda, zaowocowała refleksjami natury religijnej i zwrotem ku Kościołowi.
Wkrótce trafił w krąg późniejszego błogosławionego, a wówczas jednego z najbardziej prężnych kościelnych działaczy społecznych, o. Honorata Koźmińskiego, twórcy opiekuńczych inicjatyw kościelnych (pomoc ubogim, chorym, sierotom, samotnym kobietom). Po powstaniu styczniowym i kasacie zakonów przez władze carskie Koźmiński organizował podziemne struktury. Z klasztoru w Nowym Mieście nad Pilicą kierował niejawnym ruchem „świeckich zakonników”, którzy powołanie łączyli z działalnością w środowiskach „zaniedbanych” społecznie.
Izydor Kajetan po ukończeniu studiów pojechał do Nowego Miasta i oznajmił Koźmińskiemu chęć współpracy. Carskie regulacje zabraniały przyjmowania nowicjuszy do klasztoru kapucynów, wstąpił zatem do bezhabitowego Zgromadzenia Braci Sług Maryi. W 1893 r. odbył nowicjat wśród łódzkich robotników i rzemieślników. Brat Marcin, bo takie imię przybrał, wkrótce został wybrany generalnym przełożonym zgromadzenia, a już kilka miesięcy później z najbardziej aktywnych członków stworzył nową strukturę – Zgromadzenie Synów Boleści Maryi. Popularnie zwane dolorystami, prowadziło działalność w miejscowościach, gdzie nie docierały inicjatywy religijne i społeczne, m.in. walczyło z analfabetyzmem i prowadziło kursy rzemiosł dla ubogich.
Wysłouch błyskawicznie zyskał uznanie jako znakomity organizator, a także z uwagi na wykształcenie i zdolności przywódcze oraz z powodu wyjątkowo skromnego, ascetycznego życia. W 1894 r. został przełożonym kolejnej niejawnej inicjatywy – Zgromadzenia Sług Świętej Rodziny. Rok później sprzedał swą część majątku w Pirkowiczach i przekazał pieniądze kapucynkom z galicyjskich Kęt, które pomagały kobietom ze środowisk ubogich i patologicznych – do tego czynu nawiązują słowa uznania, które wyszły spod pióra Żeromskiego.
Po śmierci Aleksandra III, na fali „odwilży” podjęto starania o zgodę na nowicjat w klasztorze w Nowym Mieście. Była to jedyna szansa przetrwania zakonu skazanego na dosłowne wymarcie. Pierwszym kandydatem został właśnie Izydor Kajetan Wysłouch, a władze carskie pozytywnie rozpatrzyły tę prośbę. Otrzymał imię zakonne Antoni. Wykorzystując chwilową liberalizację, nadano wyjątkowe tempo odbywaniu nowicjatu oraz zdobywaniu wykształcenia teologicznego. Latem 1899 r. złożył śluby wieczyste, a święcenia kapłańskie otrzymał w listopadzie.
Wkrótce u młodego zakonnika pojawiły się pierwsze wątpliwości, gdy studiował dostępną literaturę teologiczną – przestarzałą i kiepsko napisaną. Zetknął się wówczas z modernizmem katolickim, sceptycznym wobec dosłownego traktowania tekstów biblijnych i nauczania Ojców Kościoła. Z powodu poważnych problemów zdrowotnych dwukrotnie dla podreperowania zdrowia przebywał w Egipcie. Gdy zmagał się ze sceptycyzmem wobec form wiary, historia nagle przyspieszyła. Wybuchła rewolucja 1905 r.
Wówczas rozkwitła jego polityczna i publicystyczna pasja. Głównie pod pseudonimem Antoni Szech – pochodzącym od zasłyszanego w Egipcie słowa oznaczającego przywódcę czy przewodnika duchowego, a wedle innych opinii z „Ojca zadżumionych” Słowackiego – opublikował wiele artykułów i broszur. W ciągu zaledwie 3-4 lat Wysłouch wyartykułował program ideowo-polityczny, łączący chrześcijaństwo z socjalizmem i romantycznym patriotyzmem.
***
Szech dostrzegł, że współczesna mu epoka to czasy gruntownych przemian. Czy to dynamiczne przeobrażenia gospodarcze, czy konflikty społeczne towarzyszące brutalnemu kapitalizmowi, czy krępowany, lecz stale postępujący proces emancypacji warstw ludowych – wszystko to znacząco odmienia świat. Wymaga więc aktywności intelektualnej i organizacyjnej, które Kościół zaniedbuje.
O tym mówią pierwsze publikacje Szecha wykraczające poza tematykę stricte religijną. Ich „wysyp” następuje w roku 1906. W broszurze o mariawitach, „W sprawie mankietnictwa”, potępiając zerwanie przez nich związków z Kościołem, pisał jednocześnie, że rozłam ujawnił to, w co nie chcieliśmy wierzyć dotąd, […] że lud obecnie rozgoryczony jest na duchowieństwo. Że kapłanów takich, jakich lud mieć by pragnął, mało bardzo […]. W broszurze „Do braci kapłanów” dodawał, mając na myśli rozbudzenie dążeń ludu do samodzielności w sprawach społecznych, że Na wszystkie te wołania odpowiadamy formułkami zatęchłych, średniowiecznych książek.
W rozprawie „O pracy katolickiej” stawia diagnozę, iż Działalność katolicka […] odłączyła się zanadto od wszystkiego, co obchodzi społeczeństwo. Kościół w pewnym sensie obraża się na rzeczywistość, w efekcie przestaje być dla ludu partnerem i zmierza w kierunku sytuacji, w której Ecclesia stanie się depopulata. Rezygnując z udziału w nowoczesnych procesach społecznych, traci też szansę na formowanie ich oblicza, na nadanie im chrześcijańskiego wymiaru. Katolicy ograniczają się do działalności czysto religijnej, z niewielkimi wyjątkami, jak filantropia. A jeśli czasem podejmują aktywność społeczną, to w ekskluzywnym, wyłącznie katolickim gronie. W ten sposób Kościół stopniowo przekształca się w anachroniczną sektę.
Bądźmy […] wszędzie, gdzie trzeba bronić wielkich ideałów ludzkości lub wcielać je w życie. By świat cały poznał, że katolicy tam są, gdzie walka o najświętsze i najwyższe rzeczy. […] Że wszystko, co piękne, wzniosłe, wielkie, czyste w nich ma obrońców – apeluje Szech. I dodaje, że gdyby pierwsi chrześcijanie naśladowali obecnych, to byśmy na pewno poganami byli dotąd, a gdy się trzymać [tych zasad] będziemy dziś – to na pewno za sto lat Europa znowu pogańską będzie. Musimy – przekonuje współwyznawców – zrozumieć pragnienia społeczeństwa – i nie zwalczać ich, jeśli są słuszne, ale je uświęcić i oczyścić.
Oczywiście kapłan z Nowego Miasta nie był tak naiwny, aby mniemać, że postawa kleru wynika tylko z ciasnych horyzontów czy wygodnictwa. Konserwatyzm Kościoła ma także wymiar interesowny. Obojętność na krzywdę ludu i na protesty przeciwko niej to postawa przynosząca wymierne profity. Jednak wedle Szecha krótkowzroczna: Katolicy […] zatracili niejako świadomość, w czym istotna potęga Kościoła. Im chodziło o to, by rządy zjednać sobie, te rządy skompromitowane dziś powszechnie, znienawidzone […] A przecież potęga Kościoła – nie w przyjaźni rządów, i nie w przyjaźni możnych […] Jego moc w potędze moralnej. Jego siła we wzniosłości nauki, w podniosłości czynów. Jego potęga w tym, by on, Kościół Chrystusowy, jaśniał jak słońce wśród ciemności świata. […] By ludzkość widziała, że to, co idzie stamtąd – to Boże, to wielkie, to święte, że w tym nic nie masz ludzkiego, nic z tego, co małe, co ziemskie, co egoistyczne.

commons.wikimedia.org/wiki/File:Early_life_of_Christ_in_the_Bowyer_Bible_
print_21_of_21._healing_of_a_paralytic_by_Jesus._Vos.gif
W artykule „Wrogom Kościoła, tłumicielom wiary”, będącym odpowiedzią na ataki klerykalnej prawicy, pisał: Chcecie uczynić z Kościoła miejsce zbiorcze tych, co w egoizmie swoim zastraszeni, w niskich, poziomych interesach swoich zachwiani – ludzkość chcą wstrzymać i dzień wszelki zgasić, i ruch wszelki stłumić, i ducha skarlić, i serca ścieśnić i zdławić.
***
Szech nie proponował zmian w praktyce Kościoła ze względów taktycznych – aby utrzymać dotychczasową pozycję w społeczeństwie. Jego zdaniem, istniejący porządek jest do głębi sprzeczny z ideałami chrześcijańskimi. Zatem Kościół ma moralny obowiązek wspierania ludu, ponieważ jego bunt i dążenia są słuszne.
W „O pracy…” pytał: I któż wziąć powinien najwięcej do serca te krzywdy ubogich i maluczkich, tych ubogich – ukochanych przez Chrystusa […], ubłogosławionych przez Ewangelię, jeśli nie uczniowie tegoż Chrystusa, jeśli nie wyznawcy i głosiciele Ewangelii? Bieda, głód, wyzysk czy handel żywym towarem powinny wywoływać reakcję katolików. W broszurze „Wyjaśnienia” przekonywał: Kościół Chrystusowy na ruch społeczny, w imię pogwałconej sprawiedliwości wszczęty, patrzeć musi sympatycznym okiem. Wszak to plon wyrosły z Ewangelii posiewu. Wszak to zaczyn Ewangelii, co przeniknął społeczeństwo całe.
W broszurze „Gdzie wróg?”, napisanej u schyłku rewolucji 1905 r., krytycznie ocenia tendencje reakcyjne, których przedstawiciele uważają, że wraz z uśmierzeniem buntu społecznego rozwiązano istotne problemy. Zakonnik przekonuje, że mniemanie to jest błędne, a socjalizm stanowi skutek, nie przyczynę niepokojów społecznych. […] nieprzyjacielem strasznym, nieubłaganym, nie ugłaskanym nigdy, tym nieprzyjacielem, co grozi, co grozić będzie, co grozić musi, co zemstą wre, i zemstę wywrze w swoim czasie, nie dziś to jutro, tym wrogiem krwawym i okrutnym – nie socjalizm i nie socjaliści. Tym wrogiem – niesprawiedliwość społeczna, krzywda milionów. I co za tym idzie – nienawiść milionów. […] Krzywda, co wygląda zewsząd i jest wszędzie; w mieście i po wsiach, po fabrykach i folwarkach, w pałacach i suterynach, warsztatach i pracowniach, wśród najmodniejszych ulic i zaułków nędzy. […] Ta krzywda milionów, ta niesprawiedliwość społeczna, ta nędza, co się wzmaga […]. Słowem – kwestia socjalna. Oto wróg – oto nieprzyjaciel. Z nim rozprawić się trzeba – tego wroga przemóc.
***
Wskutek takich refleksji powstały publikacje dotyczące socjalizmu, w tym jedna z głównych rozpraw Szecha, „Uwagi o socjalizmie”. W jego przekonaniu, socjalizm był swoistym zwieńczeniem buntu mas w epoce dzikiego kapitalizmu. Tego rodzaju postawy nieprzypadkowo zrodziły się w Europie – tyleż wskutek dynamicznego rozwoju gospodarczego (jak chciał Marks), co i chrześcijańskiego dziedzictwa kontynentu. Zakonnik uważał, że tylko na gruncie ideałów ewangelicznych mogły się zrodzić masowe dążenia do sprawiedliwości społecznej.
Przywołuje pionierów katolicyzmu społecznego, von Kettelera i Manninga, jednak konstatuje, że większość katolików nie podjęła się – ze wspomnianych już względów – wspierania wykluczonych. Ogół dbał więcej o garstkę zboża, co ukradł z głodu biedny wyrobnik, niż o krzywdę całych pokoleń. O przełamanie piątkowego postu, niż o zgwałcenie i zdeptanie przez społeczeństwo chrześcijańskie prawa wiekuistej sprawiedliwości – pisał w „Uwagach…”. Ludowe poczucie krzywdy zostało więc „zagospodarowane” przez socjalizm.
W odróżnieniu od katolickich przeciwników socjalizmu, rozpowszechniających czarną legendę, Szech rzetelnie omawia jego założenia. Wskazuje, że znaczna część ruchu odeszła od postulatów hedonistycznych („wolna miłość”) czy od forsowania rewolucyjnej drogi przeobrażeń ustrojowych, a doktryna socjalizmu podlega rewizji wraz z rozwojem wiedzy i zmianami społecznymi. Zauważa, że swoisty „program minimum” socjalistów (swobody obywatelskie, równość wobec prawa, powszechne nauczanie, podatek progresywny, cywilizowane zasady i warunki pracy najemnej) został przyjęty także przez chrześcijańską demokrację.
Autor „Uwag o socjalizmie” akcentuje nie tylko ekonomiczne i społeczne aspekty programu socjalistycznego, lecz także jego wymiar etyczny. Wedle Szecha, kapitalizm jest ustrojem niekorzystnym pod względem moralnym, przy czym jego ofiary widzimy także wśród niewolników u góry – tych bogaczów zbydlęconych, i ogłupiałych, i zdeprawowanych przez złotego cielca, co zakuci także w kajdany ustroju dzisiejszego. Zakonnik powtarza marksowską tezę, że wyzysku nie da się sprowadzić do indywidualnych decyzji „złych ludzi”, stanowi on bowiem immanentną cechę systemu wolnokonkurencyjnego. Nawet jeśli pracodawca ma świadomość skutków własnych poczynań, musi krzywdzić i wyzyskiwać. To jego być – albo nie być.
Tym bardziej bieda i upodlenie odciskają piętno na moralności. Wysłouch dostrzegał – do dziś nie jest to powszechne wśród kleru i katolickiej prawicy –społeczno-ekonomiczne przyczyny wielu grzechów. Niedostateczne pożywienie i ubranie […] pobudza od wczesnej młodości do kradzieży i oszukaństwa. Brak pracy […] popycha bardzo wielu do podstępnego korzystania z cudzego majątku. […] Prostytucja […],ta ohyda wieku naszego i to źródło zgnilizny i zguby społeczeństw – to zło, które zrodzone przez obecny ustrój społeczny – także przecie dzieckiem nędzy i ekonomicznych dzisiejszych warunków – pisał w „Uwagach…”. Był też autorem broszury„W jaki sposób można zapobiec prostytucji”, w której – jak pisze Henryk Syska – pragnie wskazać na tak zwane nierządne kobiety nie jako na ofiary wrodzonych skłonności, tajemniczego przekleństwa nadprzyrodzonych sił miotających […] człowiekiem, ale przede wszystkim jako na ofiary kapitalistycznego ustroju.
Nie twierdził, że wszystkie złe czyny można wyjaśnić warunkami społecznymi. Należał jednak w łonie Kościoła do prekursorów myślenia, które wskazuje, że określone realia stanowią bardziej urodzajną glebę dla grzechu. Stanisław Gajewski pisze, iż Wysłouch dostrzegał […] to, co obecnie Jan Paweł II […] nazywa „strukturami zła”, czyli takie warunki ustrojowo-instytucjonalne, w których znaczniej trudniej żyć wedle zasad katolickich.
Wedle Szecha, błędem jest oddzielanie wymiaru doczesnego od wiecznego, a indywidualnego od zbiorowego. Modlitewne wezwanie „Przyjdź Królestwo Twoje” to wskazówka, iż tutaj i teraz powinniśmy tworzyć świat jak najlepszy, świat, w którym grzech i nieprawość miałyby znacznie mniejsze pole do popisu. Program socjalistyczny jest – pisze w „Uwagach…” – wprowadzeniem idei chrześcijańskiej w urządzenie społeczne. Jeżeli socjaliści zdołają zmniejszyć skalę niesprawiedliwości i wyzysku, to największą przysługę wyrządzą religii – przygotują grunt pod posiew Boży. Tak rozumiany socjalizm nie tylko nie sprzeciwia się Kościołowi – ale owszem jest [ideą] arcychrześcijańską.

PD Punch, flickr.com/photos/georgedthompson/2558252454
Jak podsumowuje Jerzy Mazurek, wymowa rozpraw Szecha z tego okresu brzmi: katolicyzm nie musi wiązać się z aktualnym porządkiem społecznym; socjalizm nie jest antytezą chrześcijaństwa.
***
Docenieniu zalet socjalizmu towarzyszyły w jego rozważaniach uwagi krytyczne – zarówno wobec taktyki i działalności bieżącej ruchu, jak i sedna idei.
Zarzuty mniejszego kalibru dotyczyły stosunku socjalistów wobec religii i obyczajowości. Szech krytycznie oceniał „wolnościowe” postulaty tego obozu jako prowadzące do rozkładu moralnego warstw ludowych. Przyznawał socjalistom prawo do krytyki kleru czy Kościoła za uchybienia moralne lub zaangażowanie polityczne po stronie reakcji, jednak surowo oceniał antyreligijne wątki ich doktryny i propagandy. Uważał, że są one wtrącaniem się w osobistą, wręcz intymną sferę przekonań człowieka, a także błędem polityczno-taktycznym. Te godne pożałowania wybryki przeciw obrazom, krzyżom, te głoszone bluźnierstwa, które rozbrzmiewały po ulicach, polach, fabrykach […] mogły oburzyć i odstręczyć bardzo wielu, najżyczliwiej nawet dla samej sprawy usposobionych – pisał w „Uwagach…”. Ludowy antyklerykalizm, dość powszechny i nierzadko ostry, nie oznacza bowiem występowania przeciwko religii. Ataki socjalistów na tę ostatnią skutkują niechęcią względem nich, a nawet silniejszym utożsamieniem się ludu z klerem.
Jednak główną kością niezgody między Szechem a socjalistami, a zarazem clou ideowego przesłania zakonnika, był stosunek wobec kwestii klasowych. Kapłan popierał większość postulatów społeczno-gospodarczych ruchu socjalistycznego, zwłaszcza w jego wydaniu reformistycznym i ewoluującym wraz z przeobrażeniami społecznymi (Czy nie śmieszną jest rzeczą pasować Marksa na nieomylnego proroka przyszłości? – pytał). Sceptycznie oceniał natomiast „klasowość” i przewagę wątków negatywnych.
W „Uwagach…” pisał, że Idea socjalistyczna – idea powszechnej sprawiedliwości – usunięcia krzywdy raz na zawsze, praktycznego zastosowania haseł braterstwa, jedności i miłości – piękną jest i wzniosłą. […] jeśli z niej zrobić interes tylko klasy jednej, interes życiowy robotnika, w imię której on nastaje na interesy tych, którym dziś dobrze, traci swą piękność, swój urok, a z nimi swą potęgę. Przeradza się w wyraz egoizmu klasowego. Staje się czymś brzydkim, jak brzydkim samolubstwo i egoizm bogatych. […] Na tym gruncie oparty socjalizm, staje się walką brutalną o byt, walką jednych przeciw drugim […] Socjalizm w tym znaczeniu – jest walką głodnych psów nad pełną miską strawy.
Choć przekonywał, że bez zaspokojenia potrzeb nie można godnie funkcjonować, a o idealizmie mówią zazwyczaj żyjący w dobrobycie, których takie wywody nic nie kosztują, to jednak przestrzegał przed „obniżeniem” ideałów. Inspirowany tyleż chrześcijaństwem, co poglądami Edwarda Abramowskiego, z którym współpracował, przekonywał w piśmie „Siewba” w tekście „Jeszcze jedno”, że ludowi potrzeba postępu ekonomicznego i zdobyczy cywilizacyjnych, Ale to jeszcze nie wszystko. […] Prócz dobrobytu, prócz oświaty, potrzeba jeszcze czegoś. Potrzeba ducha. Konieczne są nie tylko reformy socjalne, lecz także piękny ideał i dążenie doń poprzez zmiany we wzorcach kulturowych i postawach, czyli reformy etyczne.
Opowiadał się zatem za walką nie w imię egoizmu – ale szczęścia wszystkich. Nie z nienawiści do innych, ale z miłości dla idei – i dla wszystkich ludzi. Socjalistom radził, by na sztandarach zamiast walki klas – wypisali hasło sprawiedliwości ogólnej. Dawne zawołanie „za Waszą i naszą wolność” proponował przekuć na „za Wasze i nasze szczęście”.
W „O pracy katolickiej”, książce skierowanej do ludzi Kościoła, apelował o syntezę wartości chrześcijańskich z przeciwdziałaniem krzywdzie społecznej, o socjalizm naprawdę chrześcijański, oparty na chrześcijańskich ideałach, […] ożywiony duchem ewangelicznej miłości. Byłby to socjalizm – ale taki, co nie poniżałby, ale podnosił duszę, uszlachetniał […]. I pięknością swoją i podniosłością zrobiłby on więcej niż socjalizm niechrześcijański ze swymi bombami. Z kolei chłopów na łamach „Siewby” wzywał do przepojenia swych dążeń duchem chrześcijańskim. W artykule „Ty, ludu polski” pisał: Idź swoją drogą – w przyszłość Twą, ku słońcu. I świętej chwili przebudzenia Twego nie zbrukaj gniewem, nie plam nienawiścią. […] w świętym Twym pochodzie – Chrystusa weź na krzyż. I męką Jego zagrzej się do czynu. […] I w Ewangelię Jego przystrój duszę Twoją. A wtedy nie zbłądzisz […].
***
Postulat „szczęścia dla wszystkich” miał związek z innym ważnym aspektem poglądów Szecha – stanowiskiem w sprawie niepodległości. Jej odzyskanie było zarazem wartością samą w sobie, jak i drogą do przeobrażeń w duchu egalitarnym – tylko wolne państwo może być jednocześnie sprawiedliwym społecznie.
Szech głosił poglądy znane bodaj od czasów Wielkiej Emigracji, które nabrały jeszcze mocy po klęsce powstania styczniowego. Nierealne jest odzyskanie niepodległości na drodze elitarnej walki „Polski pańskiej”. W broszurze „Wolności!…” rzuca pod ich adresem gorzkie słowa: Żeśmy o braciach naszych nie myśleli, i pragnąc sami wolności, i oburzając się na własne krzywdy, tyranami byli i krzywdzicielami ludu. […] Żeśmy dla wolności, za wolność walczyli po świecie całym […] a dla braci własnych nie mieliśmy miłosierdzia […] Kainami chcieli być dalej dla braci swoich – a wolność pozyskać dla siebie. I cieszyć się sami, i chodzić w blaskach słońca, w promieniach wolności, nie dbając o to, że miliony braci cierpią i płaczą i że krzywda im się dzieje.
Polska – ale jaka? W „Uwagach…” tak przedstawiał tę kwestię: Jeśli kochamy Polskę, to […] pragnąć musimy nie tylko, […] by się stała wolną, ale […] aby ona, ta wymarzona ojczyzna, ukochana nasza, była cudną w rzeczywistości […] By wolnych i szczęśliwych ludzi – wolną i szczęśliwą stała się ojczyzną. Aby wolność nadeszła, nie dość usunąć krzywdę polityczną – trzeba usunąć krzywdę ekonomiczną. Że nie dość wyzwolić się z kajdan najeźdźców – że trzeba się wyzwolić i z kajdan kapitalizmu– pisał w „Wolności!…”. W broszurze „Sursum corda” dodawał, iż nie może być szczęścia klasy jednej, kiedy druga cierpi. I szczęścia narodu – bez szczęścia wszystkich.
Program Szecha był solidarystyczny, ale w odmiennym rozumieniu niż solidaryzm warstw posiadających. Tamte głosiły, że niepodległość jest wartością nadrzędną, dla której lud musi pokornie znosić zły los. Płaskiej idei „zgody narodowej” przeciwstawiał kapłan wyrzeczenie się przez możnowładców swoich przywilejów, aby lud czuł się partnerem w dziele odzyskania suwerenności, a przyszła Polska jawiła mu się jako sprawiedliwa społecznie. W „Przyjdź Polsko” o Niepodległej pisał tak: W niej będzie jedność – jedność wszystkich bratnia. W niej cud się stanie, ale nie ten, co ze szlachtą polską lud miał polski złączyć. W niej ani szlachty, ani ludu nie będzie. W niej będą bracia. W broszurze „Orzeł Biały” dodawał: Polska wolna będzie, gdy wszyscy wolnymi zostaną.

CC BY-NC-SA Tobias Higbie, flickr.com/photos/higbie/2571028941/
Jego wizja braterstwa obejmowała nie tylko kraj ojczysty. Polska nie zbrodnią wstanie – ale cnotą. Nie szowinizmem, ani hakatyzmem, ani nienawiścią. Ale miłością bratnią wszystkich ludów. I ukochaniem wszystkiego, co święte, i podniosłością ideałów swoich. I apostolstwem ich po świecie całym, by wszyscy z nią – je pokochali razem. I wtedy przyjdzie wolność wszystkich ludów. I wolność ludzi wszystkich – przekonywał w „Przyjdź Polsko”.
***
Nie ograniczał się do publicystyki. W listopadzie 1905 r. wziął udział w warszawskiej filharmonii w wiecu zainicjowanym przez PPS. Głośnym echem odbiły się jego słowa, stanowiące streszczenie wywodów św. Hieronima: Każdy posiadacz jest złodziejem lub potomkiem złodzieja. Współorganizował też późniejszy o miesiąc zjazd duchowieństwa zaboru rosyjskiego, inspirowany tym razem przez Ligę Narodową. Przemówienie zakonnika odbiegało od pozostałych akcentowaniem problematyki socjalnej i radykalizmem wniosków.
Nazwisko Szecha widnieje w stopce redakcyjnej „Życia Gromadzkiego” – tygodnika Polskiego Związku Ludowego, pierwszej radykalnej chłopskiej organizacji w Królestwie Polskim. Sygnował wraz z m.in. Abramowskim, Władysławem Orkanem i Żeromskim tzw. prospekt tego pisma, zawierający deklarację obrony wyłącznie interesów ludu […] a cel tej pracy widzimy jasny: uczynić z każdego samodzielnego, rozumnego obywatela.
Wydawnictwa PZL były efemeryczne, a sama organizacja szybko została rozbita przez carską policję. Jednak już wkrótce kapłan wszedł do grona współpracowników „Siewby”, pierwszego polskiego czasopisma tworzonego wedle zamysłu i pod kierunkiem samych chłopów. Redagowane od jesieni 1906 r. przez grupę włościan z Tłuszcza i okolic, miało profil postępowo-lewicowy. Pierwszy numer otwierała odezwa autorstwa Szecha, w której zakończeniu pisał: Niech żyje lud – niech żyje siewba ta, co na dobro ludu. Niech żyje Polska przyszła, co z ludu wstanie – w imię Boże. Jak pisał Tomasz Szczechura, Współpraca księdza Wysłoucha była dla […] „Siewby” bardzo cenna. Dla wychowanych w duchu religijnym i posłuchu dla Kościoła chłopów głos księdza miał szczególną wymowę. Nakładem pisma ukazały się też trzy broszury Szecha.
W środowisku „Siewby” zrodziła się też polityczna inicjatywa z udziałem zakonnika. Był to nielegalny, zrzeszający kilkaset osób Związek Młodej Polski Ludowej, powołany 2 września 1906 r. Wysłouch opracował jego program, przyjęty kilka miesięcy później. Dokument zapowiadał walkę o niepodległość (nie wykluczając działań zbrojnych) i zjednoczenie ziem polskich, a podwaliną odrodzonej ojczyzny miał stać się lud. Głosił hasła tolerancji religijnej i narodowościowej, sojuszu-federacji z Rusinami (Ukraińcami) i Litwinami, a w wymiarze ponadlokalnym – federacji krajów europejskich. „Na dziś” walczyć należało m.in. o autonomię Królestwa Polskiego, powszechne szkolnictwo polskie, swobody obywatelskie, równouprawnienie kobiet. Ważnym elementem programu były oczywiście sprawy chłopskie – wywłaszczenie, za odszkodowaniem, wielkich właścicieli ziemskich, a także podniesienie kultury rolnej (od szkolnictwa rolniczego poczynając, na komasacji gruntów kończąc) i nacjonalizacja obszarów leśnych. System fiskalny opierałby się na podatku progresywnym, aby bogaci mieli większy wkład w dobro wspólne. Postulaty robotnicze to m.in. 8-godzinny dzień roboczy, płaca minimalna, zniesienie pracy dzieci, równość wynagrodzeń kobiet i mężczyzn, swoboda działalności związkowej, tanie budownictwo mieszkaniowe.
Bez wątpienia silnie inspirowany wizjami Abramowskiego, program ZMPL kładł nacisk na rozwój inicjatyw społecznych. Kooperatywy (spółdzielnie) to zarówno praktyczne narzędzia poprawy doli warstw ludowych, jak i szkoły demokracji, uczące wspólnej pracy i współzarządzania. A także instytucjonalne zręby nowego ustroju, celem było bowiem przeobrażenie obecnego ustroju społecznego klasowego na ustrój kooperatywny. Ustrój taki stanowić będzie wyższą formę przyszłego współżycia narodów, w której nie masz miejsca dla sobkostwa, krzywdy i ucisku braci przez braci, a wszyscy społem w pracy koło dobra społecznego zabiegać będą, by ojczyzna jaśniała szczęściem, sprawiedliwością, miłością bratnią!
Kolejną inicjatywą było Towarzystwo Kółek Rolniczych im. S. Staszica. Powołane na zebraniu w Tłuszczu w grudniu 1906 r., wkrótce posiadało oddziały w całym Królestwie. Wśród założycieli był Wysłouch, który wszedł do Tymczasowego Zarządu organizacji. TKR było nie tylko inicjatywą przekuwającą hasła programowe w konkretne chłopskie inicjatywy o charakterze spółdzielczym i samopomocowym. Ważny był też jej symboliczny i praktyczny wymiar emancypacyjny. Dotychczasowe kółka rolnicze pozostawały bowiem – mimo większościowego udziału drobnych posiadaczy – pod kontrolą i kuratelą, jak mawiano wówczas, „patronów”, czyli ziemian i kleru. Natomiast nowo powołane kółka były niezależnymi inicjatywami chłopów, pracujących w myśl zasady „sami sobie”. Hasło to stało się znakiem firmowym kolejnego ludowo-postępowego pisma, „Zaranie”, założonego w kręgu „staszicowsko-siewbiarskim” w roku 1907. Również z nim współpracował Wysłouch.
Zakonnik z Nowego Miasta nad Pilicą był więc wśród ojców-założycieli ruchu ludowego w zaborze rosyjskim, a jednocześnie pełnił ważną rolę w środowisku postępowej inteligencji. Kapłan, publicysta, społecznik, wspierający lud głównie piórem, ale gdy trzeba także autorytetem, przykładem i dobrą radą doświadczonego organizatora.
***
Jego działania i poglądy – zarówno wspomniane już, jak i np. optowanie za równouprawnieniem kobiet (o którym pisał: Kto wolność kocha, ten niewoli matek swych i żon i córek nie zniesie. I ludzie wolności niegodni, jeśli jej nie chcą dla wszystkich) – spotkały się z licznymi głosami krytyki. „Szechizm” – bo dla jego przekonań ukuto wręcz taką nazwę – zaowocował mnóstwem polemicznych artykułów, oświadczeń, a nawet broszur.
Prasa katolicko-prawicowa odsądzała go od czci i wiary. Oto próbka ze szczególnie napastliwej „Roli”: Kto zacz ów Antoni Szech i jaką wytwarza truciznę? Ma to być „kapłan”, nawet kapłan-zakonnik, ale kapłan taki, którego […] admirują i wysławiają najnędzniejsze świstki wywrotowe i żydowsko-socjalistyczne. Ataki te przyniosły początkowo skutek odwrotny od zamierzonego. Jak pisał, Rozgłos to mi zrobili moi przeciwnicy. A najlepszym dowodem, że podczas, gdy przez kilka miesięcy przed artykułami „Roli” mój wydawca sprzedał zaledwie paręset egzemplarzy moich broszur, w czasie kampanii […] rozeszło się kilka tysięcy.
Jednak nagonka przyniosła efekty – „sprawą Szecha” zainteresowała się hierarchia kościelna. Chodziło wszak o czynnego zakonnika – i to nie byle jakiego, bo lidera licznych środowisk katolickich, w dodatku postrzeganego jako wielka nadzieja swego zgromadzenia. Wątpliwości hierarchii budziła dokonana przez niego obrona socjalizmu, wskazywanie związków przesłania chrześcijaństwa z koniecznością radykalnych reform ustrojowych, modernistyczny sceptycyzm wobec tradycyjnej narracji historyczno-teologicznej, a także krytyka Kościoła za niedostateczną aktywność wobec palących problemów społecznych. Krytyki Wysłoucha dokonali publicznie m.in. biskup łucko-żytomierski Karol Niedziałkowski, biskup wileński Edward Ropp i arcybiskup lwowski Józef Teodorowicz.
Atakujący nie mieli łatwego zadania z uwagi na nienaganną postawę jako zakonnika i kapłana. Choć usiłowano go pogrążyć za pomocą plotek o lekceważenie wymogów stanu duchownego, to zwierzchnicy i współpracownicy z kręgów kościelnych wystawili mu jak najlepsze świadectwo w tej kwestii. Jego religijność, sumienność praktyk, niezwykle skromne życie i brak zainteresowania pokusami świata doczesnego stawiano wręcz za wzór do naśladowania. To wszystko jednak nie miało znaczenia w obliczu światopoglądu.
Pod koniec roku 1906 próbowano „uciszyć” o. Antoniego. Nakazano mu publikować wyłącznie po uzyskaniu każdorazowej aprobaty u zwierzchników. Wysłany został do Kolegium Jezuickiego w Innsbrucku dla pogłębienia wiary i wiedzy teologicznej. Wrócił po niespełna roku i przerwał milczenie. Nowe publikacje były bezkompromisowe, choć zawierały też wyjaśnienia. Zakonnik miał jeszcze nadzieję na jakiś modus vivendi z władzami kościelnymi. W liście do innego buntowniczego kapłana, Edwarda Miłkowskiego, krytycznie ocenił jego decyzję o opuszczeniu Kościoła: Reforma musi być w Kościele, nie poza Kościołem. […] Walcząc z tym, z czym walczyć należy śmiało, narażając się na sądy ludzkie i może na kary konsystorskie, ale z kościołem nie zrywać.
Jednak hierarchia twardo zareagowała na złamanie zakazu publikowania bez konsultacji. W czerwcu 1908 r. Wysłouch otrzymał nakaz opuszczenia klasztoru w Nowym Mieście, w jego sprawie miało się toczyć postępowanie dyscyplinarne. Jednak 28 sierpnia 1908 r. zakonnik ogłosił decyzję o wystąpieniu ze stanu duchownego. Tłumaczył ją w broszurze pt. „Dlaczego?”, pisząc, iż działalność w łonie Kościoła uświadomiła mu straszliwą przepaść między ideałem chrześcijańskim a tym, co widzimy wcielone w społeczeństwie wiernych – między ideą Chrystusową a tym obozem reakcji, bezduszności, bezruchu, faryzeizmu, obłudy, jakimi w przeważnej części stał się Kościół […]. Do pewnego momentu miał przesłanki sądzić, że Kościół otwiera się na świat współczesny, jednak encyklika „O modernizmie” rozwiała resztki, przebłyski złudzeń, których jeszcze dusza […] rozpacznie chwytać się próbowała. Dodawał, że nie chce być księdzem-hipokrytą, choć z wielu względów dla mnie i dla innych wygodnie by było.
Wkrótce przyszły kolejne, ostrzejsze publikacje Szecha-Wysłoucha, wymierzone w polityczny i kościelny obóz zachowawczy oraz w atmosferę po upadku zrywu z lat 1905-07. W broszurze „Hańba” powtarzał tezy o egoizmie warstw posiadających jako przyczynie niepowodzeń walk o niepodległość. Tekst kończył z goryczą: Hańba nam, że bezruchem swym do trupa uczyniliśmy Polskę podobną, że bezduszną, trupią i zgniłą jest ta, co wyroki feruje wszelkie – nasza „oświecona” opinia, że w imię dobra ojczyzny, której zgniłego snu nikomu mącić nie wolno, tłumi się wszelką myśl śmielszą, że w każdym słowie szlachetnym, odważnym, zdradę się widzi ojczyzny i zamach na „jedność” jej i spokój, że […] „prawdziwy Polak” to sługa reakcji i wstecznictwa […] a katolik u nas synonimem głupoty, bezmyślności, niewolnictwa ducha.
W broszurze „Na sąd was wzywam” konstatował moralny upadek kleru i obojętność na problemy nurtujące społeczeństwo. Zarzucał mu też, że wychował wiernych w bezmyślnym posłuszeństwie, a chrześcijański Bóg jest przez szeregowych wyznawców traktowany jak pogańskie bożki, bądź to krwawe i okrutne, bądź przebłagane, więc łaskawe. Kościół miast być dźwignią świata, stał się zaporą dla wszelkiego ruchu – miast być przewodnikiem ludzkości do przyszłego świata, do Bożego Królestwa, stał się gnębicielem jej, więziennym dozorcą.
Przypieczętowaniem ewolucji ideowej Izydora Kajetana Wysłoucha stały się jego ostatnie większe publikacje. W broszurze „Katolicyzm a polskość” z 1909 r., opatrzonej wymownym mottem – cytatem ze Słowackiego: „Polsko, Twa zguba w Rzymie”, przekonywał, że katolicyzm nie przyniósł Polsce zbyt wiele dobrego, lecz wzmacniał tendencje negatywne i hamował wartościowe. Uważał też, że fałszywe jest utożsamienie polskości z katolicyzmem. Tak jak Niemcy porzucili go na rzecz luteranizmu, a Francuzi dla laicyzmu, tak i Polacy nie muszą być katolikami, aby pielęgnować tożsamość. Wręcz przeciwnie – katolicyzm nierzadko jest sprzeczny z interesem narodowym, zaś Rzymski katolik, o ile naprawdę nim jest, nie zawaha się, gdy o wybór idzie między Ojczyzną a Watykanem. […] W tym znaczeniu i na tym polu katolicyzm nie tylko nie jest podporą polskości, ale jest owszem, szkołą narodowego zaprzaństwa.
Jeszcze dalej szedł w wydanej rok później broszurze „Być albo nie być”, stanowiącej odpowiedź na artykuł Bolesława Prusa, który przyłączył się do napaści kleru na szkołę ludową w Kruszynku, utworzoną w środowisku „Zarania”. To już nie jest krytyka „błędów i wypaczeń” jednostkowych czy zbiorowych. Ex-zakonnik stwierdza, że polski katolicyzm uległ tak wielkiej degeneracji, że obezwładnia ducha, osłabia energię, niszczy wszelką inicjatywę, wypacza i usypia umysł, kaleczy serca, sprzymierzeńcem jest wszelkiej reakcji. Szech apelował: Jeśli przyszłość ludu naprawdę na sercu nam leży, jeśli lud z bierności jego i duchowego serwilizmu wyprowadzić chcemy – w wolnych ludzi go zamienić […] choćby dlatego, że lud – to Polska, to jedyna Polski nadzieja, musimy nie księżom jedynie wypowiedzieć walkę, ale na walkę z Kościołem się zgodzić. […] katolicyzm wśród ludu osłabić trzeba, walkę mu wydać otwartą. Walka to o Prawdę, światło, wolność. Walka o lud. O Polski lepszą przyszłość. […] jestem głęboko przekonany, że walka z Kościołem – to obowiązek w imię dobra ludu i miłości ojczyzny.
Nie oznaczało to porzucenia samej wiary. Wiosną 1910 r. pisał w „Zaraniu”, w duchu dawnych tekstów, o ideałach ewangelicznych, kładąc jednak szczególny nacisk na to, że o człowieku nie świadczą formułki. Blisko Boga może być ktoś nominalnie niewierzący lub innowierca, jeśli czyni dobro, natomiast wielu deklaratywnych chrześcijan przekreśla swoim postępowaniem takie autoidentyfikacje. […] nie w słowach Bóg żąda świadectwa, ale w życiu, w czynie. Bo On nie ofiar pragnie całopalnych, lecz ofiar serca. Bo nie w modlitwie się kocha bezmyślnej, lecz w życiu godnym tej nazwy, w uczynkach szlachetnych, w wielkości serca, w świętym pożądaniu. Bo Mu nie chodzi o cześć jaką inną, prócz tej, co miłością bliźnich się wyraża.
***
Choć nie krępowany już zasadami kościelnymi, wkrótce po opuszczeniu zakonu zaprzestał działalności publicystycznej. Kilka broszur, kilkanaście artykułów – to wszystko, co Szech zrobił po zrzuceniu sutanny, czyli niewspółmiernie mało w porównaniu do lat 1906-08. Początkowa satysfakcja jego przeciwników nie miała się czym żywić, zawiodły nadzieje na jakiś „skandal” – prowadził żywot iście zakonny (mająca nadzieję na romans z nim Zofia Nałkowska konstatowała, że sposób bycia Wysłoucha nie zmienił się po opuszczeniu klasztoru).
Choć jego stanowisko ideowe zradykalizowało się, to na tle innych świeckich postępowców było umiarkowane, a on sam nie chciał „prać brudów” z czasów zakonnych. Okazało się też, że wielu uprzednich sojuszników traktowało Szecha instrumentalnie – jako ksiądz był wygodnym listkiem figowym lub przynętą na plebejuszy, jako świecki okazał się niepotrzebny. Nie pasował do żadnego z obozów. Był nie tylko zbyt „lewacki” dla Kościoła i zalążków chadecji, ale i – jak pisał – postępowi […] zanadto widzą we mnie religijnego, bym się im podobać mógł. Socjaliści takich idealistów nie aprobują. Jak pisał Andrzej Chwalba, nie znalazł on zrozumienia w partiach robotniczych, które widziały w nim człowieka Kościoła.
Aleksander Świętochowski konstatował: Z Szecha nie wyjdzie więc szechizm. Rzeczywiście, nie stał się liderem żadnej inicjatywy społecznej czy nurtu ideowego. Pod koniec 1910 r. wyjechał do Paryża, gdzie był wolnym słuchaczem w École des hautes études, uczęszczał też na wykłady francuskiego modernisty, ekskomunikowanego Alfreda Loisy. W stolicy Francji funkcjonował w kręgu skupionym wokół anarchosyndykalisty i wolnomyśliciela, lekarza Józefa Zielińskiego. Ponoć wygłaszał – ubrany w habit – radykalne antyklerykalne przemówienia podczas demonstracji robotniczych.
W przededniu I wojny światowej powrócił do Polski ze względu na odnawiające się problemy z płucami. Popierał czyn zbrojny i działalność Piłsudskiego, ale z uwagi na stan zdrowia nie brał udziału w akcji niepodległościowej.
1 stycznia 1919 r. zatrudniono go w Ministerstwie Pracy i Opieki Społecznej. W ciągu 8 lat przeszedł kolejne szczeble kariery urzędniczej, zostając naczelnikiem jednego z wydziałów. Choć uległa zmianie forma, treść jego aktywności pozostała podobna. Izydor Kajetan Wysłouch był bowiem współtwórcą zrębów polskiego ustawodawstwa socjalnego, a pamiętajmy, że nasz kraj należał wówczas do ścisłej światowej czołówki w tej dziedzinie. Przygotował nowelizację ustawy o obowiązkowych ubezpieczeniach na wypadek choroby oraz był współautorem projektu ustawy o Kasach Chorych. Doprowadził – i był jej sygnatariuszem – w 1931 r. do polsko-niemieckiej umowy o wzajemnym respektowaniu zobowiązań wynikających z ubezpieczeń społecznych obywateli obu krajów. W 1933 r. pod jego kierownictwem przygotowano projekt nowej ustawy o ubezpieczeniach społecznych. Reprezentował Polskę w pracach na forum Ligi Narodów jako jeden z liderów międzypaństwowej Komisji Ubezpieczeniowej. Za całokształt tego rodzaju działalności otrzymał Order Polonia Restituta oraz Złoty Krzyż Zasługi.
Prowadził ascetyczny i samotniczy tryb życia, zmagając się stale z kłopotami zdrowotnymi. Jedynym wyjątkiem była aktywność w masonerii. W listopadzie 1932 r. przyjęto go w poczet członków warszawskiej loży „Kopernik”, gdzie działał pod pseudonimem Antoni Sławicz. W 1935 r. został przewodniczącym tej najstarszej polskiej wspólnoty wolnomularskiej.
Zmarł nagle, w samotności, 25 lub 26 czerwca 1937 r. w swoim warszawskim mieszkaniu po powrocie z wakacji w Pirkowiczach. Pochowano go na skraju lasu w tradycyjnym miejscu grzebalnym nieopodal rodzinnego dworku.
***
Choć minęło ponad 100 lat od zakończenia politycznej aktywności Antoniego Szecha, sytuacja jest zadziwiająco podobna. Zajadła antyreligijność środowisk lewicy oraz ich bezrefleksyjne zachwyty nad wszelkimi nowinkami obyczajowymi skutecznie odstraszają osoby wierzące i bardziej zachowawcze. Polski Kościół pozostaje niemal całkowicie impregnowany na postawy i idee egalitarne. Większość księży bez wahania święci pałace i limuzyny nawet największych krwiopijców, zaś wśród politycznie aktywnych wiernych dominują osoby, które wydają się służyć raczej Mamonie i Złotemu Cielcowi, zwanemu wolnym rynkiem, niż Bogu. W takich czasach warto wracać do wspólnych ideałów Ewangelii i socjalizmu.
przez Kamil Piskała | piątek 13 kwietnia 2012 | inspiracje, z Polski rodem
Straciliśmy nie tylko Człowieka – pisał Adam Próchnik w pierwszą rocznicę śmierci Mieczysława Niedziałkowskiego – który zdobył sobie jedno z pierwszych miejsc w moralnej hierarchii społeczeństwa. Pożegnaliśmy w Nim rok temu symbol tego, co najcenniejsze w polskim socjalizmie i tego, co najcenniejsze w polskiej kulturze politycznej. Jako socjalista M. Niedziałkowski podkreślał w całej swej działalności publicystycznej i politycznej wartość elementu humanistycznego. Ideał socjalistyczny łączył nierozdzielnie z ideałem wolności i kultury. Wizja socjalistycznej przyszłości świata była dlań wizją człowieka szczęśliwego, wolnego, światłego i dobrego […].
***
Urodził się w 1893 r. w Wilnie. Pochodził z rodziny inteligenckiej, wywodzącej się ze zubożałego ziemiaństwa. Wychowywano go w atmosferze kultu powstania styczniowego oraz wszechstronnego zainteresowania sprawami publicznymi.
Czas jego dojrzewania to okres szczególnie intensywnego i bogatego życia politycznego w środowisku polskiej młodzieży. Jako 16-latek, zafascynowany ideą walki o niepodległość i postulatami sprawiedliwości społecznej, Niedziałkowski zaangażował się w działalność młodzieżowego ruchu „filareckiego”, inspirowanego przez PPS. „Filareci” łączyli hasła czynnej walki z zaborcą w oparciu o masy ludowe z postulatami głębokiej demokratyzacji i reform społecznych w odrodzonej Polsce.
Aleksander Hertz, wspominając po latach zaangażowanie w ruch filarecki, pisał: Nie ulega wątpliwości, że postulat walki o niepodległość narodową dominował w motywacjach wielu moich kolegów organizacyjnych. Bez większej walki wewnętrznej wysiedli oni z czasem na „przystanku niepodległość”. Jednak dla wielu innych postulat socjalizmu był czymś zasadniczym i nie dającym się oddzielić od postulatu odrodzenia narodowego i walki o niepodległość. Do drugiej grupy, łączącej niepodległość i socjalizm, należał również Niedziałkowski.
***
W 1912 r. ukończył wileńskie gimnazjum i przeniósł się do Petersburga. Tam podjął studia na wydziale prawa miejscowego uniwersytetu. Oczytany i wszechstronnie uzdolniony zwrócił uwagę prof. Leona Petrażyckiego, uczonego o europejskiej sławie. Wpływ Petrażyckiego jest wyraźnie widoczny w późniejszych poglądach Niedziałkowskiego. Bliska była mu szczególnie sformułowana przez niego teoria państwa, przy której, jak pisał po latach, leninowskie pojmowanie państwa trąci jaskrawym konserwatyzmem umysłowym. Podzielał także poglądy Petrażyckiego nt. konieczności rozumnej „polityki prawa”, która realizowana w przemyślany sposób przez władze państwowe mogłaby stać się katalizatorem i moderatorem pożądanych zmian społecznych.
Był już wówczas bardzo aktywny jako publicysta, regularnie współpracował z redakcjami kilku pism, m.in. z opiniotwórczym „Przeglądem Wileńskim”. Cechą charakterystyczną tych wczesnych tekstów jest duży dystans wobec inspirowanego myślą K. Kautsky’ego tzw. marksizmu II Międzynarodówki, będącego wówczas oficjalną doktryną większości europejskich partii socjalistycznych. Niedziałkowski w koncepcjach Kautsky’ego piętnował nadmierny wpływ pozytywistycznego dziedzictwa oraz przekonanie o „obiektywnym” i niepodważalnym charakterze raz ustalonych praw rozwoju społecznego. Zdecydowanie bliżsi byli mu Sorel i Brzozowski, z aktywizmem swojej filozofii, kultem pracy i czynu oraz krytyką alienacji inteligencji.
***
Wybuch I wojny światowej zmusił Niedziałkowskiego do przerwania studiów. Na wezwanie władz „filarecji” wyruszył do Warszawy, żeby wzmocnić w tych – jak się wówczas wydawało – przełomowych chwilach siły obozu niepodległościowego.
W stolicy od razu zaangażował się w prace PPS, szybko awansując do grona członków ścisłego kierownictwa partyjnego. Częściowe odmłodzenie władz PPS i usunięcie się niektórych działaczy związanych z Piłsudskim wpłynęło korzystnie na sytuację partii. Socjaliści potrafili wykorzystać narastający w polskim społeczeństwie opór wobec rabunkowej gospodarki austriackich i niemieckich okupantów. PPS propagowała wówczas hasła niepodległej i demokratycznej Polski, w której dzięki głębokim społecznym reformom poprawie ulec miał byt warstw pracujących. Postulaty te znajdowały również odbicie w publicystyce Niedziałkowskiego, który był m.in. współredaktorem „Jedności Robotniczej” (legalnego organu PPS), a także legendarnego „Robotnika”.
W głoszonym wówczas haśle „najpierw niepodległość, później socjalizm” wyrażały się poglądy Niedziałkowskiego na taktykę, jaką powinna stosować PPS. Konkurentom z SDKPiL oraz PPS-Lewicy zarzucał, że poprzez schematyczne i uproszczone interpretacje myśli Marksa odrywają się od faktycznych potrzeb społeczeństwa. Uważał, że pierwszym celem polskiej lewicy powinno być rozwiązanie kwestii narodowej. Dopiero w warunkach demokratycznego i niezależnego państwa polskiego socjaliści będą mogli rozpocząć stopniową budowę ustroju społecznej sprawiedliwości.
***
Jesienią 1918 r. PPS stanął przed dylematem: czy decydować się na budowę socjalizmu drogą rewolucyjną, podobną do obranej przez bolszewików, czy pójść śladem zachodnioeuropejskich socjaldemokratów, nastawiając się na ewolucyjne, długotrwałe przemiany społeczne. W dyskusji tej, zakończonej zdecydowanym zwycięstwem zwolenników rozwiązań bardziej umiarkowanych, znaczący udział miał również Niedziałkowski, będący już wówczas jednym z najważniejszych publicystów PPS.
Niedziałkowski zdecydowanie odrzucał lansowany przez rewolucyjną lewicę pogląd o jednoznacznie klasowym charakterze instytucji państwa. Triumf idei demokratycznych i upowszechnienie prawa wyborczego sprawiały jego zdaniem, że dzięki umiejętnej polityce partii socjalistycznej możliwe jest stępienie antyrobotniczego ostrza rządów burżuazyjnych. W ramach systemu demokratycznego proletariat staje się jedną z klas posiadających faktyczny wpływ na kreowanie składu instytucji sprawujących władzę. Dzięki liczebności, zdyscyplinowaniu, a także umiejętnej polityce koalicyjnej socjaliści mają realną szansę stać się jedną z najważniejszych sił w życiu politycznym kraju.

PD Mieczysłąw Niedziałkowski, http://commons.wikimedia.org/wiki/
File:Mieczys%C5%82aw_Niedzia%C5%82kowski_%28pose%C5%82%29.jpg?uselang=pl
Tym samym państwo burżuazyjne nie tylko realizuje interesy klasy panującej, ale w coraz większym stopniu pełni funkcje ogólnospołeczne, czy wręcz staje się w rękach klasy robotniczej narzędziem przygotowującym przejście do ustroju socjalistycznego. Zamiast rewolucyjnego zniszczenia państwa burżuazyjnego Niedziałkowski preferował więc stosowanie przez socjalistów polityki stopniowego odsuwania klas uprzywilejowanych od wpływu na państwo i poszerzania w tym względzie możliwości warstw pracujących.
Innym problemem budzącym kontrowersje wśród polskiej lewicy, był stosunek do tzw. kwestii narodowej i wzajemnej relacji pojęć „patriotyzm” i „internacjonalizm”. Niedziałkowski żywo polemizował z tymi, którzy uważali, iż nie można być jednocześnie patriotą i zwolennikiem międzynarodowej solidarności proletariatu.
Polskim komunistom, którzy w PPS widzieli partię „socjalpatriotów” i „socjalzdrajców”, zarzucał uproszczone i naiwne interpretowanie słynnych słów z „Manifestu komunistycznego”, mówiących,że robotnicy nie mają ojczyzny. Jego zdaniem, to niefortunne zdanie odnosiło się do kapitalizmu z połowy XIX w., istniejącego w warunkach rządów monarchicznych i przy bardzo ograniczonej świadomości politycznej proletariatu. W ciągu 70 lat, które minęły od publikacji manifestu, gospodarcza i polityczna rola proletariatu uległa znacznemu powiększeniu, stał się on aktywnym i pełnoprawnym uczestnikiem życia narodowego. Jak pisał, proletariat ma ojczyznę i będzie ją zdobywał, odkrywał ją w sobie coraz bardziej w miarę wsiąkania jego własnych wartości duchowych do skarbnicy kultury narodowej i wzrostu wpływów na życie społeczno-państwowe.
Niedziałkowski odrzucał poglądy mówiące, że „narody” to jedynie sztuczne konstrukty, wymyślone przez klasy panujące dla umocnienia uprzywilejowanej pozycji. Bliski był za to stanowisku Otto Bauera, który widział w narodzie wspólnotę losu historycznego, a w socjalizmie najwyższą formę patriotyzmu. Idea socjalistyczna – pisał Niedziałkowski – łączy się ściśle z patriotyzmem, ukochaniem ojczyzny, przyszłej Polski socjalistycznej, teraźniejszej Polski walczącej.
Przewidywał, że powszechny triumf idei socjalistycznej nie tylko nie przyniesie unifikacji kultur, ale raczej zaowocuje ich jeszcze większym zróżnicowaniem i braterskim dialogiem. W pracy „Teoria i praktyka socjalizmu wobec nowych zagadnień” retorycznie pytał: Dlaczego piękniejszy ma być bukiet jednego tylko gatunku kwiatów, niż harmonijnie ułożony z różnych? Dlaczego kultura wszechludzka nie ma być wspaniałą, jeżeli obejmie bajeczną skalę bujnych kultur narodowych? Jednostajność, chociażby imponująca ogromem, zawsze prędzej czy później nuży i zawsze zabija postęp.
W rozważaniach nad drogami wiodącymi do socjalizmu Niedziałkowski nie mógł pomijać doświadczeń rosyjskich i taktyki stosowanej przez bolszewików. W przeciwieństwie do wielu partyjnych kolegów, pozostawał w swoich sądach bardzo wyważony i umiarkowany. Z dużym uznaniem traktował początkowo Lenina i jego zwolenników, widząc w nich jedyną siłę w rewolucyjnej Rosji, która konsekwentnie i bezwarunkowo stoi na stanowisku uznania prawa narodów do samostanowienia. Stąd też z pewnym zadowoleniem przyjął przewrót październikowy, a rok 1917 w okolicznościowym artykule ochrzcił nawet mianem pierwszego roku demokracji europejskiej.
Polemizując z burżuazyjną prasą, pisał: mówicie, panowie, o mordach rozpętanej tłuszczy, o chaosie i anarchii. Zaprawdę, jeżeli istotnie mają miejsce w Rosji „ekscesy”, toć nie rewolucja była ich matką. Zrodziła je cała przeklęta historia państwa carów, zrodziły tortury męczonych chłopów, rządy „ochronki”, katorgi, szubienice i zesłania, egoizm szlachty, samowola biurokracji. Podkreślić trzeba jednak, że nigdy nie był zwolennikiem przenoszenia doświadczeń rosyjskich na polski grunt. Zresztą z czasem jego nadzieje związane z przejęciem władzy przez bolszewików okazały się złudne, a on sam znalazł się wśród najbardziej przenikliwych krytyków radzieckiej rzeczywistości.
Jego zdaniem, Rosja w 1917 r. nie była państwem, w którym dojrzały warunki do budowy socjalizmu. W „Teorii i praktyce socjalizmu…” pisał, że dokonywanie przebudowy gospodarstwa narodowego za pomocą centralizmu komisarskiego jest tak samo skuteczne, jak naprawianie zegarka biciem pięścią i przesuwaniem gwałtem naprzód opornych wskazówek. Inny cytat z tej pracy wyraża istotę poglądów Niedziałkowskiego: […] w myśl sposobu myślenia szkoły marksowskiej rozumiemy, używając pojęcia rewolucji społecznej, pewien okres historyczny o cechach określonych. Porównaliśmy go z wojną. Lata 1917-1924 w Rosji byłyby w takim razie jedną z kampanii bojowych, prowadzoną przez sztab szaleńców, zarozumiałych półgłówków, niekiedy zdrajców, prowadzoną o cele nieziszczalne środkami bądź nierealnymi, bądź zbrodniczymi, z lekkomyślnością bez precedensu. Niewątpliwie i ta kampania wchodzi w skład wojny, w roli przykładu, jak prowadzić akcji nie należy.
W toczonych na lewicy debatach na temat optymalnego kształtu ustrojowego odradzającej się Rzeczypospolitej, Niedziałkowski zdecydowanie stał na stanowisku demokracji parlamentarnej. Polemizując z zapatrzonymi w Rosję komunistami, wskazywał, że Polska – kraj słabo rozwinięty gospodarczo, zniszczony w wyniku działań wojennych i z niezbyt licznym proletariatem – nie dojrzała jeszcze do socjalistycznej przebudowy. Na zegarze dziejówwskazówka nie doszła jeszcze do godziny socjalizmu polskiego. A sztuczne popychanie jej czy to metodą komunistów, czy też oportunistów, kończy się klęską – pisał.
Niedziałkowski uważał, że Europa po I wojnie światowej weszła w swoisty „okres przejściowy” między kapitalizmem i socjalizmem. I choć ostateczne zwycięstwo było pewne, to proletariat powinien przygotować się na długotrwałą walkę. Ustrój socjalistyczny nie będzie owocem jakiejś uchwały parlamentu albo postanowienia rządu robotniczego. Z wolna, stopniowo dojrzewa nowe życie w łonie społeczeństwa dzisiejszego, krok za krokiem, wyłom za wyłomem łamie socjalistyczny ruch robotniczy twarde mury kapitalizmu, wielkie wypadki, rewolucje, wojny, przewroty popychają jeno szybciej naprzód bieg strumienia historii. Historia pracuje dla socjalizmu. W owym „okresie przejściowym” za najbardziej pożądaną formę rządów uważał republikę demokratyczną, z równym i powszechnym prawem wyborczym oraz dominującą rolą jednoizbowego sejmu.

PD Redakcja „Robotnika” w latach 30., http://pl.wikipedia.org/w/index.php?title=
Plik:RedakcjaRoba.jpg&filetimestamp=20090629183823
Demokracja przede wszystkim pozwala wszystkim obywatelom brać realny udział w sprawowaniu rządów. Umożliwia kompromis pomiędzy antagonistycznymi grupami i klasami. Stanowi również „szkołę” przygotowującą dotychczas odsunięte od spraw publicznych masy ludowe do udziału we władzy, co wzmacnia integrację narodu, a także otwiera przed klasą robotniczą możliwości zdobycia parlamentarnej większości i tym samym „legalnej” przebudowy ustroju. Feliks Perl, tłumacząc istotę stanowiska PPS, ukuł słynne powiedzenie o rewolucji w majestacie prawa, Niedziałkowski zaś, mając na myśli ten sam proces, formułował hasło: przez Sejm i Rzeczpospolitą Ludową do socjalizmu.
***
Własną propozycję konstrukcji ustroju odrodzonej Rzeczypospolitej przedstawił w przygotowanym przez siebie projekcie konstytucji. W styczniu 1919 r. został wybrany do Sejmu Ustawodawczego (zasiadał w ławach poselskich do 1935 r.), a Ignacy Daszyński skierował go jako przedstawiciela PPS do pracy w Komisji Konstytucyjnej, której został sekretarzem. Przenikliwy sprawozdawca sejmowy, Bernard Singer pisał o nim: Gdy […] należało w czasie ogólnej debaty konstytucyjnej zabrać głos w imieniu PPS, wówczas przemawiał poseł Niedziałkowski. Mówił jak profesor, cytował uczonych po francusku, niemiecku i angielsku. […] Był ozdobą i skarbem partii.
Przygotowana przez Niedziałkowskiego Tymczasowa Ustawa Konstytucyjna Rzeczypospolitej Polskiej stanowiła rozwinięcie poglądów formułowanych przez niego już wcześniej na łamach prasy socjalistycznej. Art. 2 projektu wyraźnie mówił, że Władzę najwyższą sprawuje w Rzeczypospolitej Sejm, wybrany przez ogół obywateli, pod bezpośrednią kontrolą narodu. Projekt socjalistów przewidywał szeroki katalog praw i swobód obywatelskich oraz takie instytucje demokracji bezpośredniej, jak referendum ludowe i społeczna inicjatywa ustawodawcza. Ponadto, co warto podkreślić, przewidziane było uspołecznienie dojrzałych gałęzi produkcji, a państwo miało przystosowywać formy własności do potrzeb społecznych i interesów pracy.
Tym jednak, co najbardziej wyróżniało projekt Niedziałkowskiego, był rozdział „Praca i jej przedstawicielstwo”. Zawierał on gwarancje wielu praw socjalnych i pracowniczych, a także omawiał organizację i sposób wyboru Izby Pracy. Miało to być specjalne ciało powołane dla reprezentowania i obrony potrzeb i dążeń wszystkich obywateli Rzeczypospolitej, utrzymujących się z pracy najemnej. W trakcie debaty konstytucyjnej mówił: Przez Izbę Pracy myśmy Polskę chcieli wprowadzić na tę drogę, o której od 2 lat mówimy robotnikom polskim, na drogę rewolucji w majestacie prawa […] bylibyśmy dumni za Polskę i szczęśliwi z siebie, gdyby cała droga naszej Ojczyzny do socjalizmu mogła się odbyć w majestacie prawa.
Stosunkowo umiarkowany projekt Niedziałkowskiego, ochrzczony przez jednego z posłów prawicy mianem drogi do „eldorado sowieckiego”, nie miał większych szans na zdobycie sejmowej większości. Jednak dzięki zręcznej taktyce sejmowej lewicy, której jednym z najlepszych polemistów był właśnie Niedziałkowski, udało się oddalić większość najbardziej reakcyjnych postulatów prawicy i uchwalić nowoczesną, na wskroś demokratyczną konstytucję.
***
Pierwsze wybory w warunkach stabilizacji politycznej kraju i ukształtowanych granic przeprowadzono jesienią 1922 r. Wśród posłów wybranych z listy PPS znalazł się Niedziałkowski i mimo młodego wieku szybko stał się jedną z centralnych postaci sejmu. Dzięki erudycji i rozległej wiedzy zdobył uznanie zarówno partyjnych towarzyszy, jak i reprezentantów sejmowej prawicy i centrum.
W wolnej Polsce szybko awansował także do grupy uznanych publicystów politycznych. W redakcji „Robotnika” przez długi czas był prawą ręką nestora socjalistycznej prasy, F. Perla. Zygmunt Zaremba, wybitny działacz PPS, a zarazem daleki kuzyn Niedziałkowskiego, wspominał: Powściągliwy w wyrażaniu swoich uczuć, w odezwaniach zawsze rzeczowy, a nawet suchy, obdarzony był rozległym talentem pisarskim, pozwalającym mu władać każdym rodzajem publicystyki, od teoretycznego wywodu do lekkiego felietonu, a nawet okolicznościowego wiersza. Po śmierci Perla w 1927 r. władze partyjne jednogłośnie powierzyły Niedziałkowskiemu pieczę nad redakcją „Robotnika”, będącego jednym z najważniejszych i najlepiej redagowanych dzienników w kraju.
***
Spektakularny triumf idei demokracji po I wojnie światowej okazał się krótkotrwały. Rządy parlamentarne w wielu państwach Europy wykazały się dużą nieskutecznością w zwalczaniu nabrzmiałych problemów społecznych i gospodarczych. Coraz głośniej zaczęto mówić o „kryzysie parlamentaryzmu”, a władzę poczęły przejmować mniej lub bardziej represyjne reżimy autorytarne. Niedziałkowski, jeden z twórców powszechnie krytykowanej konstytucji marcowej, dostrzegając pewne wady polskiej konstrukcji ustrojowej, należał do najbardziej zagorzałych obrońców demokracji.
Niestabilność polskiego życia politycznego wiązał z ogólnym kryzysem politycznym, charakterystycznym jego zdaniem dla „okresu przejściowego” między kapitalizmem a socjalizmem. Pisał na ten temat: kryzys parlamentaryzmu istnieje w samej rzeczy o tyle, o ile pozostaje w ścisłym związku z ogólnym kryzysem politycznym, społecznym, gospodarczym, kulturalnym naszej epoki. Okoliczności specjalne nadają mu w różnych państwach swoiste zabarwienie […], nie rozstrzygają wszakże o zagadnieniu. Usunąć go całkowicie środkami sztucznymi, ustawowymi ograniczeniami itp. – niepodobna.
Odpowiedzią Niedziałkowskiego na niedomagania demokracji w trudnych, pełnych społecznych konfliktu czasach było… jeszcze więcej demokracji. Jest ona bowiem formą najbardziej elastyczną, najbardziej subtelną, przy której gra sił klasowych łatwo znajduje swój wyraz […]. Demokracja parlamentarna uzależnia politykę państwową w sprawach wielkich i małych od fluktuacji opinii publicznej […]. Przyśpieszone niepomiernie, nerwowe, wytężone tętno życia współczesnego wymaga właśnie takiej konstrukcji ustrojowej; im subtelniej odbrzmiewa machina rządowo-parlamentarna na ton każdorazowy społeczeństwa, jego poszczególnych klas społecznych i grup politycznych – tym większe szanse pokojowegona wewnątrz i na zewnątrz rozwoju państwa i narodu.

PD Kukiełki teatralne przedstawiające Mieczysława Niedziałkowskiego i marszałka Józefa Piłsudskiego
Z dużym dystansem przyjął zamach majowy, a z czasem stał się jednym z surowych krytyków rządów sanacyjnych. O dawnym przywódcy PPS, a obecnym dyktatorze pisał, wbrew żywym wciąż wśród socjalistów sentymentom, że jest wodzem „Gasnącego świata” starej Polski, Polski związku ziemian, „Lewiatanów”, biurokracji i sanacji moralnej. Tamten Piłsudski [sprzed 1918 – K.P.] jest częścią historii PPS. Ten Piłsudski jest taranem, który uderza w Socjalizm i Demokrację.
***
Ostateczna likwidacja w Polsce resztek demokracji, przypieczętowana uchwaleniem konstytucji kwietniowej z 1935 r., zbiegła się z wielkim kryzysem gospodarczym i wzrostem popularności w całej Europie idei faszystowskich. W 1933 r. władzę w Niemczech objął Hitler, rok później zaś prawicowa dyktatura zlikwidowała silną partię socjalistyczną w Austrii. Dla przywódców PPS był to szok, ulice będącego dla nich wzorem „Czerwonego Wiednia” spłynęły krwią tysięcy socjalistów. Obserwujący te przemiany Niedziałkowski z niepokojem notował, że faszyzm uświęcił gwałt jako jedyną skuteczną broń w walkach społeczno-politycznych. Redaktor „Robotnika” traktował ruch faszystowski jako narzędzie w rękach klas posiadających, służące obronie niewydolnego systemu kapitalistycznego. Wielki kryzys dowodził jego zdaniem jednoznacznie, że ostateczny krach kapitalizmu nastąpi niebawem – pisał, że społeczeństwa nie mieszczą się już […] w ramach ustroju kapitalistycznego.
Zaostrzająca się od początku lat 30. atmosfera walki politycznej sprzyjała narastaniu w szeregach PPS nastrojów radykalnych i rewolucyjnych. Zwolenników zdobywały hasła dyktatury proletariatu i „jednolitego frontu” z komunistami. Również Niedziałkowski dostrzegał zmianę w stanowisku zajmowanym przez komunistów, doceniał ich gotowość do poświęcenia, zdawał sobie też sprawę, że sama PPS nie jest w stanie skutecznie walczyć o obalenie sanacji i demokratyzację kraju. Mimo to jednak pisał: Nie wierzę w „jednolity front” Socjalizmu i komunizmu; wymagałby on ze strony komunistów nie tylko zmiany ideologii, ale i rzeczy trudniejszej – zmiany psychologii. Wierzę natomiast, że robotnicy, dziś komunistyczni, otrząsną się kiedyś z obłędnej taktyki swych przywódców. Pisał także, iż Współpracę PPS i KPPuznajemy za wręcz niemożliwą, dzielą nas różnice nie tylko praktyczne, ale również ideowe, ośrodek organizujący i skupiający ruch masowy i walki masowe w Polsce musi być ośrodkiem działającym w Polsce.
W latach 30. szczególnie dużo uwagi poświęcał Niedziałkowski polemice ze zwolennikami wpisania do programu PPS postulatu „dyktatury proletariatu”. Traktował rewolucję społeczną jako długotrwały proces, którego pomyślne zakończenie osiągnięte może zostać przy użyciu różnych środków. Redaktor „Robotnika” uważał, że decyzja o tym, czy przejęcie władzy przez socjalistów nastąpi za pomocą „kartki wyborczej”, czy też drogą konfrontacji zbrojnej, jest kwestią taktyki i decyzji podejmowanych w zależności od warunków; nie uważał za zasadne wpisywania konkretnych „scenariuszy” do partyjnego programu. Drogę gwałtownej rewolty uważał jednak za ostateczność. Jeżeli ktoś do mnie strzela – tłumaczył partyjnym towarzyszom – nie będę mu prawił o miłości bliźniego, ale też wystrzelę. Jednocześnie w prywatnych rozmowach trzeźwo zauważał: nie możemy się szarpać, bo staniemy się poligonem na podobieństwo Hiszpanii.
Bez wątpienia był natomiast zdecydowanym przeciwnikiem „dyktatury proletariatu” w formie znanej z bolszewickiej Rosji. Twierdził, że długotrwała dyktatura jest nie do pogodzenia z demokracją, stanowiącą jego zdaniem istotę socjalizmu.Powtarzał przy tej okazji często stare powiedzenie Kautsky’ego, że socjalizm to nie tylko chleb dla wszystkich, socjalizm to także wolność dla wszystkich. Ponadto podkreślał, iż dyktatura całej klasy (tj. proletariatu) jest niemożliwa do praktycznej realizacji. Faktycznie bowiem władza spoczywa zawsze w rękach wąskiej rewolucyjnej elity, która albo jest kontrolowana przez społeczeństwo (a wtedy nie mamy do czynienia z dyktaturą), albo też ulega zamknięciu i izoluje się od społeczeństwa.
Co ciekawe, w tym wypadku myśl Niedziałkowskiego szła podobnym tropem, co prognozy J. W. Machajskiego, a także popularne w późniejszym okresie wśród sowietologów teorie „nowej klasy”. Teoretyk PPS w 1934 r. pisał: „Nowa biurokracja” – prędzej czy później – zaczęłaby żyć życiem samoistnym, system dyktatorski rządzenia koncentrowałby się w niej, a nie w masach pozostałych po fabrykach, warsztatach, folwarkach. Masy byłyby faktycznie obiektem władzy dyktatorskiej, reprezentującej w swoim przynajmniej przekonaniu – ich potrzeby oraz pragnienia.
Oczywiście krytyka „dyktatury proletariatu” nie była dla Niedziałkowskiego równoznaczna z nawoływaniem do kapitulacji przyszłego rządu socjalistycznego przed atakami ze strony sił kontrrewolucyjnych. Protestował przeciwko podnoszeniu dyktatury do rangi trwałego systemu, natomiast w warunkach zbrojnego wystąpienia przeciwko władzy robotniczo-chłopskiej krótkotrwałe ustanowienie władzy dyktatorskiej było dla niego czymś koniecznym.
***
W latach 30. ostatecznie ustaliła się pozycja Niedziałkowskiego jako jednego z głównych liderów PPS. Kierował redakcją „Robotnika”, był zdecydowanie najważniejszym teoretykiem i publicystą partii, jej reprezentantem w stosunkach z socjalistami z innych krajów, a także w rozmowach z liderami pozostałych obozów politycznych w Polsce. Jemu też powierzono przygotowanie nowego programu PPS. Projekt jego autorstwa został jednogłośnie przyjęty na kongresie w Radomiu na początku 1937 r.
Tzw. program radomski jest niewątpliwie jednym z najważniejszych punktów w ideowym dorobku międzywojennej PPS. Stanowił on dojrzałą i przemyślaną próbę odpowiedzi na najważniejsze wyzwania stojące przed rodzimym ruchem socjalistycznym. W obszernym dokumencie poddano analizie aktualną kondycję kapitalizmu i przesłanki przyszłej ustrojowej transformacji, wskazano drogi prowadzące do zwycięstwa socjalizmu i zarysowano bardzo interesującą wizję przebudowy społeczno-ekonomicznej. Partia miała według Niedziałkowskiego dążyć do utworzenia Polskiej Rzeczypospolitej Socjalistycznej, z wszystkich ziem polskich złożonej, złączonej z innymi Republikami Socjalistycznymi węzłami stałego pokoju i ścisłej braterskiej współpracy gospodarczej, politycznej i kulturalnej.
Aktualności nie straciło przesłanie zawarte w ostatnim akapicie tego dokumentu. Socjalizm – pisał Niedziałkowski – przestał być tylko celem, stał się zadaniem praktycznym. Niesie on ze sobą ludziom nieograniczone możliwości pochodu naprzód ku najdumniejszym ideałom ludzkości. Zwycięstwo Socjalizmu oznacza wyzwolenie całej ludzkości. Socjalizm stworzy nie tylko nowy ustrój gospodarczy i społeczny, ale także wyższą kulturę i wyższą moralność wolnego człowieka.
***
Tymczasem jednak nad Europą zbierały się ciemne chmury – Hitler odbudowywał militarną potęgę Niemiec. Niedziałkowski od dawna już przestrzegał przed rewizjonistycznymi zapędami Trzeciej Rzeszy i zwalczał realizowaną przez ministra Becka politykę odprężenia w stosunkach polsko-niemieckich. Polska, wciągnięta w orbitę światowego prądu faszystowskiego, uderza piersią o sprzeczność zasadniczą; ten prąd w swojej obiektywnej treści historycznej musi być skierowany przeciwko Polsce – przestrzegał na łamach „Robotnika”.
Pogarszające się położenie kraju budziło w szeregach PPS duży niepokój. Z czasem odrzucono twarde, konfrontacyjne wobec obozu pomajowego stanowisko, proponując zamiast tego zgodę i współpracę. PPS postulowała powołanie rządu obrony narodowej, który reprezentując wszystkie liczące się siły polityczne mógłby, wzorem rządu Witosa-Daszyńskiego z 1920 r., skutecznie pokierować walką z ewentualnym agresorem. Jednak wizyta przedstawicieli PPS, a wśród nich Niedziałkowskiego, u prezydenta Mościckiego nie przyniosła żadnych rezultatów. Ten i ów widział w nich nawet podstępną próbę zawłaszczenia przez opozycję owoców przyszłego zwycięstwa (!).
Gdy wojna wybuchła, Niedziałkowski wyrósł ponad ludzką miarę. Był to szczególny rodzaj bohaterstwa. Wciąż spokojny, beznamiętny, niemal chłodny, a przecież posągowy – wspominał Adam Ciołkosz. Sam Niedziałkowski, w często cytowanym artykule z 2 września, pisał: Nie wywołaliśmy tej wojny i nie chcieliśmy jej. Została nam narzucona. Będzie to wojna o całe jutro świata. Są tylko dwie drogi rozwojowe: albo podporządkowanie się Trzeciej Rzeszy w jej planach hegemonii, albo złamanie tych planów i ocalenie zarazem wolności narodów, wolności ludów i wolności ludu polskiego. Wkroczyliśmy na drogę drugą. To jest polski dziejowy szlak.
Redaktor „Robotnika”, obok Stefana Starzyńskiego i gen. Waleriana Czumy stał się jednym z symboli bohaterskiej obrony stolicy. Wspólnie z działaczami PPS organizował Robotnicze Bataliony Obrony Warszawy, doradzał prezydentowi Starzyńskiemu, do samego niemal końca redagował też „Robotnika” – ostatnie pismo wydawane w wolnej Warszawie. Każdego dnia – wspominał Szmul Zygielbojm – artykuły Niedziałkowskiego w „Robotniku” budziły na nowo odwagę. A każdy Jego artykuł przeniknięty był wiarą w jakąś wyższą sprawiedliwość, tchnął przekonaniem, że żadna kropla krwi nie pójdzie na marne.
Nazajutrz po kapitulacji Niedziałkowski zaangażował się w tworzenie pierwszych podziemnych organizacji. Stanął na czele Głównej Rady Politycznej przy komendancie Służby Zwycięstwu Polsce, gen. Tokarzewskim-Karaszewiczu. Praca ta jednak nie potrwała długo. Odrzucił oferty potajemnego wyjazdu na Zachód, nie chciał też ukrywać się przed Niemcami. Gestapo aresztowało go w grudniu, a 21 czerwca 1940 r. został rozstrzelany w zbiorowej egzekucji w Palmirach.
***
W dziejach polskiej lewicy jest Niedziałkowski niewątpliwe jedną z najwybitniejszych postaci. Uosabiał wszystko to, co najlepsze w tradycji PPS: przywiązanie do niepodległości Polski, szczery i głęboki demokratyzm oraz żarliwą wiarę w możliwość zbudowania lepszego świata. Wartości te nie straciły do dziś nic ze swojej aktualności. Życie i myśl Niedziałkowskiego mogą wciąż być inspiracją w ich realizacji.
przez dr hab. Rafał Łętocha | piątek 13 kwietnia 2012 | inspiracje, z Polski rodem
Spośród dużego grona katolickich myślicieli społecznych w Polsce międzywojennej na szczególną uwagę zasługuje postać ks. Jana Piwowarczyka. Pozostawił olbrzymią spuściznę – kilkanaście większych prac i ok. 5 tys. artykułów – więc śmiało można powiedzieć, że wywarł intelektualny wpływ na całe pokolenie działaczy i myślicieli związanych z tym nurtem ideowym.
Jerzy Turowicz, następca ks. Piwowarczyka na stanowisku redaktora naczelnego „Tygodnika Powszechnego”, napisał, iż był on człowiekiem wysokiej próby, żarliwym chrześcijaninem i kapłanem, dalekim od – jeśli tak wolno się wyrazić – klerykalnej kastowości. Człowiekiem mocnego charakteru, odwagi przekonań, wyraźnie skrystalizowanych, wierności sprawie, której służył. Był w nim jakiś chłopski upór, stanowczość, nieustępliwość jeśli chodziło o ortodoksję religijną czy o poglądy społeczne. A równocześnie autentyczny szacunek dla cudzych przekonań i wielka lojalność. Namiętny szermierz i polemista nie dawał się ponosić emocjom. Cechował go obiektywizm i zdrowy rozsądek, konkretność i rzeczowość w słowie i piśmie1.
***
Jan Piwowarczyk urodził się 27 stycznia 1889 r. w Brzeźnicy niedaleko Wadowic, w małorolnej rodzinie chłopskiej. W Wadowicach ukończył gimnazjum, później podjął studia na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Jagiellońskiego. W 1910 r. otrzymał święcenia kapłańskie. Pracował jako wikariusz w Podgórzu i w parafii św. Szczepana w Krakowie, mansjonarz Kościoła Mariackiego oraz katecheta w krakowskich szkołach.
W 1922 r. został członkiem redakcji związanego z chrześcijańską demokracją krakowskiego dziennika „Głos Narodu”, w którym w latach 1936-1939 pełnił funkcję redaktora naczelnego. Od 1921 r. był członkiem Polskiego Stronnictwa Chrześcijańskiej Demokracji, dla którego opracował zasady programowe. Czynnie uczestniczył również w działalności chrześcijańskich związków zawodowych. Jego zainteresowania polityczne miały jednak charakter raczej teoretyczny, nie angażował się w bieżącą politykę.
Równocześnie kontynuował studia na UJ, które w 1933 r. zwieńczył doktoratem na podstawie pracy pt. „Kryzys społeczno-gospodarczy w świetle katolickich zasad”. Rozprawa ta była jednym z ważniejszych opracowań spod znaku katolicyzmu społecznego w Polsce międzywojennej. Na Wydziale Teologicznym UJ wykładał też od 1928 r. nauki społeczne, jednak w 1933 r. odebrano mu prawo wykładania, na co w dużym stopniu wpłynęły jego poglądy krytyczne wobec władz sanacyjnych.
W 1934 r. utworzono Radę Społeczną przy Prymasie Polski, w skład której obok m.in. ks. Antoniego Szymańskiego, Leopolda Caro, Ludwika Górskiego, Czesława Strzeszewskiego czy ks. Stefana Wyszyńskiego wszedł ks. Jan Piwowarczyk. Instytucja stawiała sobie za cel propagowanie programu społecznego encykliki Quadragesimo anno2. Na tym polu ks. Piwowarczyk położył szczególne zasługi choćby jako tłumacz encykliki, która z jego znakomitym, dogłębnym komentarzem ukazała się w roku 1935.
W 1939 r. opuścił redakcję „Głosu Narodu” w związku z nominacją na proboszcza parafii św. Floriana w Krakowie. W czasie okupacji pełnił obowiązki rektora krakowskiego Seminarium Duchownego. Na przełomie 1941 i 1942 r. został aresztowany przez Gestapo i spędził kilka miesięcy w więzieniu, odzyskując wolność dopiero dzięki zabiegom abp. Adama ks. Sapiehy. W 1945 r. powołał do życia „Tygodnik Powszechny” – jego redakcją de factozawiadywał, pełniąc w nim oficjalnie funkcję asystenta kościelnego. W ciągu pierwszego roku istnienia pisma przekazał obowiązki redaktora naczelnego Jerzemu Turowiczowi. W 1951 r. ustąpił z redakcji „TP” i wyjechał do Zebrzydowic, gdzie przebywał do 1955 r. Związane to było, jak twierdzi Turowicz, przede wszystkim z ciągłą inwigilacją Piwowarczyka przez służbę bezpieczeństwa, a nie – jak twierdzą niektórzy – z konfliktem z pozostałymi członkami redakcji. Nie ulega jednak wątpliwości, iż z biegiem czasu coraz bardziej dystansował się od linii przyjętej przez pismo.
W 1946 r. Stanisław Stomma opublikował w „Znaku” programowy artykuł środowiska związanego z „TP” pt. „Maksymalne i minimalne tendencje społeczne katolików”. Odrzucono w nim „maksymalne tendencje” wśród katolików chcących urobić na własną modłę dziedziny życia społecznego. Uważano, iż w sytuacji, w jakiej znalazł się kraj, należy zrezygnować z własnego programu społecznego i ograniczyć się do pracy formacyjnej, pielęgnując katolicką religię, moralność i kulturę3. Ks. Piwowarczyk na łamach „Tygodnika” wystąpił przeciwko takiemu „realizmowi politycznemu”, zdobywającemu wśród katolików coraz większą popularność. Podkreślał, iż katolicyzm jest nie tylko dogmatem religijnym, ale także ideologią wyjaśniającą i normującą życie społeczne, a katolicy nie mogą rezygnować z dążenia do pełnej realizacji ideału państwa chrześcijańskiego4. Piwowarczyk nie zrezygnował jednak ze współpracy z założonym przez siebie pismem, publikował w nim do 1959 r. (z przerwą na lata 1953-1956, gdy zostało zamknięte przez władze, a następnie przejęte przez „Pax” Bolesława Piaseckiego). W tamtym czasie powstało też jego opus magnum, dwutomowa „Katolicka etyka społeczna”, wydana najpierw w formie skryptu, a dopiero po śmierci autora w postaci książkowej w Londynie. Zmarł 29 grudnia 1959 r. w Krakowie.
***
Kluczowy w poglądach ks. Jana Piwowarczyka jest problem relacji między ekonomią a etyką. Jak podkreślał, mają one ten sam przedmiot materialny, którym jest życie gospodarcze. Różny jest natomiast przedmiot formalny, ponieważ etyka bada życie gospodarcze z punktu widzenia moralności, ekonomia zaś – gospodarki, usiłując odnaleźć prawidłowości kierujące tą sferą. Przestrzeganie praw etycznych ma życie gospodarcze uczynić zgodnym z obiektywną moralnością. Przestrzeganie praw gospodarczych ma zapewnić dostateczność dóbr zaspakajających potrzeby społeczeństwa5.
Mamy więc do czynienia z dwoma różnymi celami i naukami, ale czy tak różnymi jak etyka i np. chemia? Na to pytanie ks. Piwowarczyk zdecydowanie odpowiada „nie”. Świat chemii jest dziedziną, w której rządzą wyłącznie właściwe jej prawa, które człowiek może jedynie wykrywać i śledzić, natomiast prawidła gospodarcze nie mają charakteru ostatecznego. Człowiek może bowiem na nie wpływać, istnieje więc współzależność zjawisk ekonomicznych i etycznych oraz nauk, które tymi dziedzinami się zajmują. Ich wzajemny stosunek najczęściej ujmowany jest w postaci dwóch skrajnych rozwiązań, tzn. uznania prymatu ekonomii nad etyką lub odwrotnie. Ks. Piwowarczyk nie przyjmował żadnego z nich, podkreślał natomiast, iż możemy mówić o dwóch rodzajach zależności ekonomii od etyki: powszechnej (bezpośredniej) i częściowej (pośredniej).
Zależność pierwszego rodzaju nie istnieje, gdyż mamy do czynienia z całym wielkim zespołem zjawisk ekonomicznych, które wymykają się spod wszelkiego wpływu etyki, np. zagadnienia przyrodnicze lub techniczne w gospodarstwie społecznym. Ekonomia stara się zrozumieć ich mechanizm, dochodząc w ten sposób do ustalenia tzw. praw gospodarczych. W tym zakresie jest w pełni autonomiczna w stosunku do etyki. Istnieje jednak także drugi rodzaj zależności – częściowa, czyli dotycząca zagadnień, które mają określony aspekt moralny. Zdaniem ks. Piwowarczyka nie można przyjąć argumentów o całkowitej niezależności ekonomii od etyki (w każdej sferze), powołując się na jakoby absolutne i nienaruszalne prawa czy mechanizmy rządzące tą dziedziną życia.
Ekonomia klasyczna, tworząc „teorię praw gospodarczych”, wychodziła ze słusznych założeń, jednak wyciągnęła fałszywe wnioski. Życie gospodarcze, choć składa się ze zjawisk indywidualnych i od siebie odrębnych, jednak tworzy pewną jedność, w której poszczególne elementy są od siebie współzależne i jakby zdeterminowane bez udziału woli ludzkiej. Jest to spostrzeżenie słuszne, ale fałszywym było wyjaśnienie go przez ekonomię „klasyczną”. Mianowicie ekonomiści tego kierunku rozumieli owo zdeterminowanie życia gospodarczego jako mechanizm, […] poczęli się dopatrywać przyczyn determinujących życie gospodarcze w „prawach gospodarczych”, które kierują nimi, jak prawa przyrodnicze, absolutne i powszechne kierują chemią lub fizyką6. Skoro przyjmuje się tego rodzaju pogląd, to oczywisty jest wniosek, iż życie gospodarcze musi być wolne od oceny etycznej oraz wszelkiej ingerencji ze strony państwa; że nieład, zamieszanie i samowola, implikowane przez nieskrępowaną wolność rynku, to jedynie etap przejściowy. Wkrótce bowiem mechanizm ten sam się wyreguluje, doprowadzi do powszechnego dobrobytu i pokoju.
Ustrój gospodarczy wprawiają jednak w ruch, jak podkreślał ks. Piwowarczyk, nie jego wewnętrzne prawa, lecz jednostki, które wskutek powiązania ze sobą wytwarzają zjawisko usuwające się już spod ich wpływów, ale przez nie utworzone. Ich stosunek do niego nie jest ani stosunkiem jednostki do dzieła bezpośrednio wytworzonego, ale i nie stosunkiem jednostki do przyrody, lecz stosunkiem jednego ze współtwórców do dzieła wielkiej ilości jednostek. Na skutek tego prawa rządzące tym dziełem […] nie są ani prawami jednostki tworzącej określone dzieło, z którym ona może uczynić co zechce, ani też prawami przyrody, skoro wytwarza je zbiorowość ludzka, lecz prawami społecznymi, które można ustalić obserwując reakcje mas ludzkich, czyli na podstawie statystyki. Jednym z tych praw, najgłośniejszym, jest prawo podaży i popytu, które mówi: im większa podaż, tym niższa cena, im większy popyt, tym wyższa cena, i na odwrót. Zapytajmy: jak doszło do sformułowania tego prawa? Odpowiadamy: przez obserwację zachowania się ludzi, przez statystykę7.

CC BY-NC-SA Banksy, Foto: bna Jan Slangen, flickr.com/photos/janslangen/5556907046
Są to więc prawa społeczne, wyrastające z określonego podłoża politycznego, gospodarczego i kulturalnego, a nie prawa uniwersalne i ostateczne, jak te w świecie przyrody. Wniosek z tego, iż życie gospodarcze nie reguluje się samoczynnie. Regulują je działania ludzi, a jako dziedzina działalności ludzkiej jest ono poddane wpływom namiętności i egoizmu; dlategoczynnik, który – jak państwo – ma troszczyć się o dobro ogółu, ma także prawo i obowiązek wkraczania w życie gospodarcze, ile razy dobro ogółu byłoby na szwank narażone8. Życie gospodarcze winno podlegać ocenie moralnej oraz interwencji państwa, uzasadnionej dobrem wspólnym.
W związku z tym, pisząc o dominującym w jego czasach modelu życia społeczno-gospodarczego, ks. Piwowarczyk nie wahał się nazwać go pogańskim. Stwierdzał, iż w pojęciu tym mieści się zarówno ateizm jako jego naczelna zasada, naturalizm i materializm jako wnioski, wreszcie zaś autonomia poszczególnych dziedzin ludzkiego życia jako skutek9. Po chrześcijańskim średniowieczu następuje jego zdaniem reakcja pogańska, która daje o sobie znać już w renesansie, jednak pogłębianie się tego procesu przypada na II połowę XVIII w. Dwie postaci, zdaniem ks. Piwowarczyka, odegrać miały w owym procesie szczególną rolę: Rousseau i Adam Smith. Roussowski indywidualizm i przekonanie o wrodzonej dobroci człowieka, idea umowy społecznej – miały doprowadzić do atomizacji, zaniku życia społecznego, narastania podziałów klasowych oraz do likwidacji różnego rodzaju ciał pośredniczących, wcześniej wypełniających przestrzeń między jednostką a państwem. Te same założenia stać się miały podwaliną ekonomii politycznej Adama Smitha.
Poganizm, o którym pisał ks. Piwowarczyk, uwidacznia się przede wszystkim w oddzieleniu ekonomii od etyki, w materializmie i nastawieniu na konsumpcję, zapatrywaniu na instytucję własności, która traktowana jest w sposób skrajnie indywidualistyczny, czego konsekwencją jest przyznanie właścicielowi prawa do jej nadużywania. Temu ostatniemu zagadnieniu poświęcił zresztą szczególnie wiele uwagi, uznając je za główną przyczynę postępującego proletaryzmu oraz wszelkich innych niedomagań życia społeczno-gospodarczego. Powołując się na Wilhelma von Kettelera, stwierdził nawet, iż osławiony pogląd Pierre-Josepha Proudhona, iż własność jest kradzieżą, obok oczywistego kłamstwa zawiera w odniesieniu do współczesności również wielką prawdę, prawdę, którą należy zniszczyć, aby ów bon mot stał się jedynie kłamstwem10.
Filozofom liberalizmu, jak pisał, udało się odkryć w człowieku kilku „ludzi”, jak homo oeconomicus, który żyje tylko motywami gospodarczymi, homo religiosus, homo politicus itp. I te koncepcje człowieka przenieśli na życie zbiorowe. Dlatego według nich życie gospodarcze kieruje się własnymi prawami (podaży i popytu), a państwo lub etyka nie ma w nim nic do powiedzenia – własnymi prawami rządzi się także życie polityczne („cel uświęca środki”) – obyczajowe itd. Liberalizm, jak zatomizował społeczeństwo czyniąc z niego tylko sumę suwerennych jednostek, tak znów rozbił życie społeczeństwa na szereg dziedzin od siebie niezależnych, rządzących się własnymi rzekomo prawami, a związanych z sobą co najwyżej negatywnie przez ideę wolności…11.
W swych poglądach na organizację życia społeczno-gospodarczego ks. Piwowarczyk jawił się jako zwolennik „trzeciej drogi”. Zdecydowanie odrzucał rozwiązania socjalistyczne, polegające na pełnej nacjonalizacji środków produkcji. Wyrażał jednocześnie przekonanie, że ustrój kapitalistyczny odchodzi w przeszłość, że wielki kryzys gospodarczy to nie tylko chwilowe przesilenie czy załamanie koniunktury, ale ostateczny krach tego systemu. Źródła kryzysu widział w koncentracji własności, atomizacji społeczeństw wskutek panowania indywidualistycznego światopoglądu oraz w odejściu od chrześcijańskiej nauki o naturze ludzkiej i społeczeństwie12.
Ustrój przyszłości był w jego wizji oparty o zasadę prywatnej własności, jednak miałaby ona posiadać podwójny charakter i cel, zarówno indywidualny, jak i społeczny. Naczelnym zadaniem miała być likwidacja proletaryzmu poprzez uwłaszczenie pracy, zarówno indywidualne w rolnictwie czy drobnej wytwórczości, jak i zbiorowe poprzez system akcjonariatu pracowniczego czy spółdzielczość. Własność publiczna natomiast ograniczona miała być do tych przedsiębiorstw i działów gospodarki, w których prywatne posiadanie wywiera zbyt wielki wpływ na życie społeczne, tam, gdzie wymaga tego dobro ogółu (przemysł zbrojeniowy, poczta, komunikacja, bankowość itp.).
Jak niemała liczba myślicieli katolickich tamtego okresu, ks. Piwowarczyk był zwolennikiem i propagatorem idei korporacjonizmu, zaproponowanej przez Piusa XI w encyklice Quadragesimo anno. Zdaniem kapłana, główną cechą jego czasów jest odwrócenie się od zasad liberalizmu,z czym idzie w parze szukanie instytucji, które by państwu zapewniły stałość, życiu społecznemu równowagę, a życiu gospodarczemu celowość13. Walka o przyszłe państwo, o docelowy ustrój, rozegra się pomiędzy trzema koncepcjami: liberalną, totalną oraz korporacyjną. Jak wierzył, zwycięstwo przypadnie w udziale tej ostatniej14. Świadom tego, że w kontekście korporacjonizmu nasuwały się określone skojarzenia, zwłaszcza z faszystowskimi Włochami, podkreślał, iż nie jest on skonkretyzowaną w szczegółach doktryną, a jedynie kierunkiem społecznym i gospodarczym, o programie dalekim od skostnienia15.
Wyróżniał w związku z tym dwa typy korporacjonizmu: autorytarny i demokratyczny. Pierwszy jest charakterystyczny dla państw, w których mamy do czynienia z rządami dyktatorskimi. Korporacje stały się tam organami administracji, a nawet państwa policyjnego. Służą specjalnym celom politycznym czy partyjnym, dążąc do podporządkowania całego społeczeństwa władzy państwowej, jego ubezwłasnowolnieniu i tłumieniu inicjatywy prywatnej. Korporacjonizm demokratyczny jest natomiast związany z instytucją samorządu, chroni zbiorowość przed omnipotencją państwa, służy celom ogólnospołecznym, pobudza inicjatywę prywatną i stoi na stanowisku personalistycznym16. Oczywiście ten drugi typ zgodny jest z nauczaniem chrześcijańskim.
Wiele uwagi poświęcił ks. Piwowarczyk także reformie rolnej. Wraz z Leopoldem Caro analizowali i podnosili to zagadnienie na forum Rady Społecznej przy Prymasie Polski, zajmując zresztą w tych kwestiach najbardziej radykalne stanowisko wśród jej członków. Stało się to przyczyną znacznych kontrowersji podczas prac nad „Deklaracją w sprawie stanu gospodarczo-społecznego wsi polskiej”, wydanej ostatecznie w 1937 r. Naprzeciw ks. Piwowarczyka i Leopolda Caro stanęła bardziej konserwatywna większość w osobach ks. Antoniego Szymańskiego, Ludwika Górskiego czy Czesława Strzeszewskiego i ostatecznie to ich opinie znalazły odzwierciedlenie w dokumencie. Zasadniczą tezą deklaracji było wspieranie przez państwo i kontrolowanie parcelacji prywatnej, w razie jej nieskuteczności nie wykluczano przymusowych wywłaszczeń za należytym odszkodowaniem17.
Ks. Piwowarczyk, wbrew pojawiającym się w środowiskach katolickich głosom krytycznym wobec pomysłu parcelacji, zdecydowanie ją popierał. Uzasadniał, iż nie ma żadnych przesłanek, aby przewłaszczenie uważać za niezgodne z katolicką nauką społeczną, ponieważ ustrój posiadania nie jest czymś z natury niezmiennym, zaś państwu przysługuje prawo do regulowania go w pewnym stopniu. Przymusowa parcelacja jest uprawniona, gdy grunty są niewykorzystywane lub źle uprawiane, albo ich nadmierna koncentracja sprzyja sproletaryzowaniu ludności wiejskiej. Ks. Piwowarczyk uważał, iż z taką sytuacją mamy do czynienia właśnie w Polsce i że w związku z tym nie ma innego wyjścia, ponieważ wieś nasza formalnie dusi się. Nie tylko od własnego przyrostu naturalnego, ale i z powodu tych mas bezrobotnych, którzy straciwszy pracę w przemyśle z powodu zastoju wracają do swych rodzin wiejskich – i z powodu powrotnej fali emigrantów z Francji, z Czechosłowacji itd.18
Jednocześnie miał świadomość, iż sama parcelacja nie stanowi panaceum na bolączki wsi. Obok niej musi bowiem dojść do całego szeregu innych działań, jak rozwój przemysłu, polszczenie handlu, spółdzielczość, melioracja, podnoszenie techniki i kultury rolnej itp.19
***
Z bogatej spuścizny, którą pozostawił ks. Piwowarczyk, to oczywiście tylko wybrane zagadnienia, którym poświęcał uwagę. Kwestie pracy, jej praw, ochrony czy też społecznego i indywidualnego charakteru, sprawiedliwej płacy, zysku, handlu, pieniądza, kredytu, redystrybucji dóbr, dobroczynności, problemy polityczne oraz wychowawcze zajmowały również ważne miejsce w jego dorobku.
Choć nie stworzył w pełni autorskiego systemu, spójnego programu dotyczącego zagadnień społeczno-gospodarczych, lecz realizował się jako komentator i krzewiciel społecznego programu Kościoła, był postacią nietuzinkową, jedną z tych, które wywierały przemożny wpływ na kierunek i kształt debaty publicznej w swoich czasach. Inicjował poważne dyskusje, zapładniał umysły, wychowywał uczniów i następców. Jego przemyślenia i wskazania ciągle stanowić mogą punkt odniesienia i źródło inspiracji. To nie tylko świadectwo epoki, ale jakże często analizy przystające do czasów nam współczesnych, zachowujące aktualność, która musi niepokoić.

CC BY-NC-ND GenBug , flickr.com/photos/genbug/4006300924
dr hab. Rafał Łętocha
Przypisy:
1. J. Turowicz, Słowo wstępne [w:] ks. J. Piwowarczyk, Wobec nowego czasu (z publicystyki 1945-1950), Kraków 1985, s. 10.
2. E. Kozłowski, Aktualne zadania dla katolickich stowarzyszeń robotniczych, „Przewodnik Społeczny” nr 12/1933.
3. S. Stomma, Maksymalne i minimalne tendencje społeczne katolików, „Znak” nr 3/1946.
4. Zob. m.in. ks. J. Piwowarczyk, Kościół i państwo, „Tygodnik Powszechny” nr 47/1947, idem, Państwo chrześcijańskie, „Tygodnik Powszechny” nr 28/1947.
5. Idem, Katolicka etyka społeczna, t. II, Londyn 1963, s. 22.
6. Ibid., s. 28.
7. Ibid., s. 29.
8. Ibid., s. 31.
9. Idem, Pogaństwo i chrześcijaństwo w życiu gospodarczym, „Ruch Katolicki” nr 3/1933.
10. Idem, Wielkie zagadnienie własności, „Tygodnik Powszechny” nr 8/1945.
11. Idem, Spór o liberalizm, „Tygodnik Powszechny” nr 20/1950.
12. Idem, Kryzys społeczno-gospodarczy w świetle katolickich zasad, Kraków 1932, s. 5.
13. Idem, Korporacjonizm i jego problematyka, Poznań 1936, s. 7.
14. Idem, Przyszłość myśli katolicko-społecznej i możliwości jej realizacji w Polsce, „Ruch Katolicki” nr 9-10/1937.
15. Idem, Korporacjonizm… op. cit., s. 11.
16. Ibid., ss. 32-33.
17. Deklaracja Rady Społecznej przy Prymasie Polski w sprawie stanu gospodarczo-społecznego wsi polskiej, „Przewodnik Społeczny” nr 11/1937.
18. ks. J. Piwowarczyk, Katolicyzm a reforma rolna, Poznań 1938, s. 29.
19. Ibid., s. 35.
przez Feliks Gross | czwartek 12 kwietnia 2012 | inspiracje, nasze tradycje
Ruch radykalny, a raczej pseudoradykalny na uniwersytetach amerykańskich, jest zjawiskiem marginesowym. W nowoczesnej historii ruchów politycznych, używających nazwy „partii demokratycznych i robotniczych”, nie znam grup tak bardzo odizolowanych od klasy pracującej jak tzw. Nowa Lewica Ameryki. Nieufność klasy robotniczej do pseudoradykalnych ruchów studenckich objawiła się zresztą także i w Europie.
By zrozumieć to nowe zjawisko społeczne owych inteligenckich „mikropartii”, a więc niewielkich ugrupowań politycznych, głośnych i gwałtownych, których przywódcy głoszą ideologie mętne, a przy tym niemal wyłącznie negatywne, zapoznać się trzeba z sytuacją społeczną, z której grupy te się wywodzą i na którą chcą oddziałać, a potem ze składem klasowym tego ruchu.
Stany Zjednoczone Ameryki mimo wojny znajdują się w okresie niezwykłego dobrobytu. Istnieją oczywiście „podklasy” niedostatku, ale niedostatek ten w niczym nie przypomina europejskiej biedy i poniżenia. W tym społeczeństwie wielkiego dobrobytu obecność ludzi, którzy bogactwa tego nie dzielą w pełni, jest zjawiskiem nie tylko bolesnym, ale i godnym protestu, bo zagadnienie to przecież można rozwiązać. Ale i tu są plany pozytywne, jak plan tzw. negatywnego podatku dochodowego. W myśl tego planu, rząd federalny gwarantować będzie każdemu obywatelowi, każdej rodzinie dochód roczny 2400 dolarów. W wypadku niższego dochodu rząd federalny dopłacać będzie różnicę. Ponadto rządy stanowe – jest i taka możliwość – płacić będą sumy dodatkowe. Zagadnienie trudniejsze, to zagadnienie urbanizacji, przeludnienia miast, sprawa mieszkaniowa, która czeka na radykalną i naprawdę konstruktywną odpowiedź.
Mimo tych problemów, amerykańska klasa robotnicza uzyskała najwyższe płace i najkrótszy czas pracy w historii przemysłowej świata. Robotnicy stalowni wysunęli już projekt czterodniowego tygodnia pracy i czasu takiego się doczekamy. Są dzisiaj już przemysły, w których tydzień pracy wynosi mniej niż 40 godzin tygodniowo (37 czy 35 godzin).
Stany Zjednoczone znajdują się w okresie rewolucyjnych przemian społecznych. Wzrasta zatrudnienie robotników wysoko kwalifikowanych i zawodowej inteligencji, pracowników umysłowych. Zmniejsza się zatrudnienie w zawodach niekwalifikowanych i rolnictwie. W rolnictwie zatrudnienie spadło poniżej 8% siły roboczej. Natomiast wzrasta liczba studentów w szkołach akademickich, przekracza ona dzisiaj liczbę siedmiu milionów. Liczba pracowników naukowych i profesorów uniwersytetu czy wykładowców w roku 1960 wynosiła już pół miliona. (Pisałem o tym szerzej w „Drugiej rewolucji przemysłowej” i w „Uwagach o zmianie społecznej”,czytelnik znajdzie w obu tych pracach dane statystyczne). Powstaje cała warstwa społeczna pracowników umysłowych, którzy mają wykształcenie akademickie i są wysoko wyspecjalizowani. Jest to klasa nowa, nazwijmy ją klasą inteligencką. Także studenci są w takiej masie elementem nowym w historii Stanów Zjednoczonych. Razem z fakultetami uniwersyteckimi, liczbą swoją dorównują lub przeważają dzisiaj liczbę zatrudnionych w rolnictwie.
Przyjrzyjmy się tej klasie, a także i szkołom akademickim, uniwersytetom. Klasa inteligencka jest zróżnicowana, ale na ogół gospodarczo dzisiaj dostatnia. Płace nauczycielskie i płace uniwersyteckie w ostatnich latach bardzo się poprawiły i wahają się mniej więcej w granicach od 8 do 20 tysięcy dolarów rocznie. Nie objęły one co prawda wszystkich szkół i wszystkich pracowników, ale przecież sytuacji tej nie można porównać z sytuacją sprzed lat dziesięciu. Jednakże inteligenci w swej masie mają swoiste problemy psychiczne. Klasą robotniczą kieruje zasada solidarności. Awans społeczny, poprawa bytu opiera się przede wszystkim na awansie całości załogi fabrycznej, na postępie wszystkich w równym stopniu. W świecie naukowym i akademickim przeciwnie, góruje zasada współzawodnictwa i indywidualności. Oczywiście, są organizacje zawodowe, które pilnują całości interesów. Lecz w ramach uniwersytetu zachodzą znaczne różnice. Awans społeczny w nauce opiera się na różnicy, na indywidualności, na zasłudze osobistej w pracy naukowej, czy też na chytrej manipulacji „politycznej” wewnątrz zakładu, praktykowanej przez tych, którzy zasług naukowych nie mają. Stwarza to inne wartości, inne zagadnienia. Naukowiec czy wykładowca wykazać się musi pracami w dziedzinie naukowej, a więc zasługami we własnej dziedzinie. W świecie akademickim stanowisko naukowe zawdzięcza się pracy naukowej, a nie jest łatwo prace drukować. Nie wszyscy mogą się wyróżnić, lecz nacisk jest bezustanny i niekończący się jest wysiłek. Ciągłe gromadzenie wiadomości, zapoznawanie się z nowymi wydawnictwami, pracami w własnej dziedzinie, stwarza w naszym okresie rewolucji naukowej atmosferę bezustannego napięcia nerwowego, bezustannej pogoni. Nie wszyscy w równym stopniu wytrzymują to tempo. W konsekwencji dążenia do wyników w pracy twórczej we własnej specjalności, pole zainteresowań naukowców ulega zawężeniu. Nie sposób czytać wszystkiego, własna specjalność wymaga ogromnego wysiłku. Zwężenie to łączy się także z izolacją od codziennego życia. Praca naukowa chłonie poza zwykłymi zajęciami uniwersyteckimi także i czas wypoczynku. Tak więc naukowcy – chociaż w swej specjalności znakomici – są często odizolowani od wielkich prądów społecznych swych czasów, od rzeczywistości życia codziennego. Wielka umiejętność team work,współpracy, jest jedną z wielkich zalet społecznych narodu amerykańskiego. Zespoły specjalistów zadziwiają świat swą produktywnością i umiejętnością. Amerykański inteligent jest jednak inny niż jego rosyjski krewniak sprzed stu lat, który przede wszystkim zajmował się polityką i sprawami społecznymi, w swej większości nie pracował regularnie, codziennie w biurze, zakładzie naukowym czy laboratorium. Różnią się też inteligenci amerykańscy od inteligencji zawodowej polskiej, która zawsze miała czas na szerokie, lecz dyletanckie rozmowy i polityczne pogawędki.
Specjalizacja ta spotyka się często z krytyką, z domaganiem się „zliberalizowania” uniwersytetów, z rozbudową tzw. programu wolnych sztuk (Liberal Arts Program). Uniwersytety w tym okresie rewolucyjnych zmian wymagają przeobrażeń. Dawna struktura uniwersytetów amerykańskich, szczególnie tzw. kolegium sztuk wolnych (Liberal Arts College) często nie odpowiada zmienionym czasom. Kiedyś w szkołach tych kształciła się zamożna młodzież, która szła z nich do przedsiębiorstw i majątków rodziców. Dzisiaj – szkoły te przygotowują przyszłych pracowników naukowych i technicznych, kierowników przedsiębiorstw, polityków, urzędników federalnych. Pogląd na społeczeństwo uległ także zmianie. Uniwersytety znalazły się w okresie kryzysu ideologicznego. W jakim kierunku prowadzić wyższe szkolnictwo? Czy mają to być wyłącznie uczelnie przygotowujące ludzi do zawodów i pracy naukowej (research),czy też uniwersytety winny być ośrodkami nowej myśli, służyć nie tylko społeczeństwu, ale i wartościom wyższym – etycznym, estetycznym, doskonałości w myśleniu, w sztuce, literaturze, nawet jeśli ideały te bezpośrednio nie wpływają na dzisiejsze zagadnienie społeczne? Oto niektóre z problemów, które dzisiaj niepokoją amerykański świat akademicki. Uniwersytety europejskie są pod tym względem konserwatywne, kierują się odwiecznymi zasadami, filozofią ustaloną, której nie rewiduje się bezustannie, jak to czynią uczelnie amerykańskie.
Ale na tym nie koniec. Szybka zmiana techniczna powoduje masowe ruchy wewnętrznej migracji. Wędruje więc ludność na wybrzeżu wschodnim z południa na północ. Jest też masowa wędrówka, migracja z wybrzeża wschodniego na zachód – do Kalifornii. Przy wielkich przemianach technologicznych pojawia się i inna, nowa klasa, klasa ludzi produktywnie nieczynnych. Nie mam tu na myśli bezrobotnych czy emerytów, lecz ludzi, którzy z powodu ułomności czy chorób pracować nie mogą lub też nie mogą podjąć się pracy z powodów społecznych. Należą tu np. w Nowym Jorku dziesiątki tysięcy matek ze ślubnymi i nieślubnymi dziećmi, opuszczonych przez mężów i ojców. Największa liczba korzystających z pomocy społecznej (tzw. Relief) w Nowym Jorku, to owe matki z czworgiem czy więcej dziećmi. Należą tu także i ludzie, którzy z takiego czy innego powodu pracować nie chcą. Pomoc społeczna, skromna co prawda, pozwala jednak na przeżycie, bez dolegliwości głodu.
Socjalista angielski, John Ruskin, sto lat temu nazwał tę klasę „idlers”, bezczynnymi, ale widział w niej głównie ludzi zamożnych, a niepracujących, chociaż dostrzegał i innych, nieproduktywnych. Dzisiaj elementy marginesowe, bezczynne, pojawiły się w większej liczbie. Określenie owego stanu bierności jako „lenistwa” byłoby błędne. Nie rozumiemy jeszcze dzisiaj dobrze tego zjawiska. Są to często ludzie, którzy ze względów psychicznych podjąć się stałej pracy nie mogą, są też tacy, których dzieciństwo było trudne, którzy nie mieli możliwości szkolenia się w okresie wczesnym, którzy nie nabyli samodyscypliny potrzebnej dla pracy w zakładzie przemysłowym.
Jest wreszcie w Stanach Zjednoczonych problem murzyński. Za czasów administracji Johnsona kraj dokonał w tej dziedzinie prawdziwej rewolucji. Sytuacja ludności murzyńskiej ogromnie się polepszyła. Nastąpiło silne przesunięcie w zatrudnianiu Murzynów od zajęć niekwalifikowanych i rolnych do zajęć kwalifikowanych. Murzyni znaleźli się w bankach, w szkołach, a także na stanowiskach kierowniczych, na uniwersytetach, w służbie zagranicznej, w ambasadach. W okresie tej poprawy pozostały jednak – szczególnie wśród młodzieży – marginesy, które z ogólnego postępu albo nie skorzystały, albo też których tryb życia jest inny, związany z podupadłym środowiskiem wielkiego miasta, z tzw. slums.Tu, w tych marginesowych grupach murzyńskich, często bezczynnych, „sfrustrowanych” niepowodzeniami, pojawiły się ideologie rasizmu murzyńskiego, zmieszane z sympatiami dla ideologii komunistycznej kubańskiej czy chińskiej. Dominuje w ich poglądach nienawiść do białych.
Cały ten epokowy proces przemian społecznych i kulturalnych wszedł nagle w okres niepopularnej wojny w Wietnamie. Jest to wojna w kraju dalekim, nieznanym, prowadzona przez naród demokratyczny, przez Amerykanów, którzy nie po raz pierwszy demonstrują przeciw wojnie. W okresie wojny amerykańsko-hiszpańskiej (1898) nie brakło też protestów. Wojna stworzyła w ustroju zupełnej swobody politycznej warunki podatne dla działalności grup młodych, zwartych, a głośnych, wyzyskujących nastroje antywojenne i działających w charakterze awangardy.
Grupą taką jest tzw. Nowa Lewica. Składa się ona z elementów marginesowych: żywiołów inteligenckich, ze studentów (w większości takich, którzy mało się interesują studiami) i z mniejszości młodzieży murzyńskiej, nastawionej rasistowsko. Oczywiście są też problemy społeczne, które trzeba jak najszybciej rozwiązać. Lecz pseudoradykalnym mikropartiom nie o to chodzi. Nie chodzi im nawet o zakończenie wojny w Wietnamie. „Więcej Wietnamów” jest zawołaniem niektórych z tych grup. Wierzą one bowiem, że nowa taktyka partyzantki wewnętrznej, miejskiej (tzw. urban guerilla)powali demokrację w Stanach Zjednoczonych. Ruch ten – jak już wspomniałem – jest zupełnie odizolowany od klasy robotniczej i farmerów. Nie ma żadnego wpływu w wojsku czy administracji. Wyobcowany jest też ze znacznej części inteligencji pracującej i twórczej. Ma jednak swój wpływ w owym luźnym i niezwiązanym elemencie studenckim i akademickim, wśród niektórych profesorów i w marginesowych grupach mniejszości murzyńskiej.
Na ów pseudoradykalizm, bardzo zresztą naiwny, który można znaleźć tu na uniwersytetach, wpływa raczej powierzchowność niż specjalizacja naukowa i odizolowanie od codziennego życia. Nie jest to zjawisko nowe. Jest też w owych pseudoradykalnych grupach wiele młodzieży zamożnej, pędzonej jakimś poczuciem winy za luksus i bogactwo, a także i pustkę własnej rodziny, czy też podświadomym poszukiwaniem przygody. Nie są oni jedynymi przedstawicielami owych ruchów marginesowych, tak typowych dla naszego okresu. Należą tu „bitnicy” i nowe pokolenie „hippies”. W swej mętnej ideologii teoretycy owych grup tłumaczą swój ruch oporu buntem przeciwko mechanizacji i automatyzacji społeczeństwa, przeciwko opanowaniu środków masowego przekazu – radia czy telewizji – przez wielkie przedsiębiorstwa, protestem przeciw panowaniu wielkich przedsiębiorstw. Nie proponują jednak w miejsce obecnego ustroju niczego poza mętną jakąś fuzją totalizmów. Małe grupki mniejszości studentów czy też tzw. militants (aktywistów) uzurpują sobie prawo do narzucania większości społeczeństwa siłą fizyczną swej woli. Większość, masa – twierdzą – jest „konserwatywna”, przekupiona dobrobytem, otumaniona telewizją. Tylko mniejszość może gwałtem zmienić obecną strukturę społeczną. W rzeczywistości grupy te mają nastawienie wrogie wobec klasy robotniczej. Robotnik amerykański jakoś nie pasuje do ich własnego pragnienia i obrazu, czym robotnik być powinien. Robotnik żyje w dostatku – i to już jest zbrodnią. Robotnik ze swej strony wyczuwa, że ruch ten jest ruchem ludzi niepracujących, ludzi uprzywilejowanych, którzy mieli i mają dostęp do nauki, do uniwersytetów, mają wiele czasu wolnego. Oczywiście, w kraju wolnym każdy winien móc się ubierać wedle swego upodobania. Robotnik bierze jednak na zdrowy rozum, że człowiek z łańcuchem na szyi i z włosami po ramiona nie pracuje na „assembly line”, przy fabrycznej taśmie, ani też nie siedzi na traktorze. Na zdrowy też rozum, zwolennik narkotyków – marihuany, haszyszu czy LSD – nie może być kierowcą ciężarówki czy też odpowiedzialnym pracownikiem w fabryce czy w transporcie, np. w linii lotniczej. A przecież owe marginesowe grupy Nowej Lewicy i murzyńskie grupy pseudoradykalne ocierają się o koła nieszczęśliwych narkomanów, skupionych w pewnych dzielnicach Nowego Jorku.
Mikropartie amerykańskie są zjawiskiem marginesowym. Przemiany społeczne i protest społeczny są jednak znacznie szersze. Jest to protest przeciw wojnie, który obejmuje większe warstwy inteligencji i klasy zamożne, choć nie ogarnął (i to zupełnie) klasy robotniczej czy farmerów. Jest też walką mniejszości murzyńskiej o prawa, walką szerszą niż działalność marginesowych grup. I właśnie w tej sytuacji kryzysu i potężnych przemian małe dynamiczne grupy odgrywają rolę większą, niżby to wynikało z ich liczby. W swym charakterze dalekie są od ideologii demokratycznej, chociaż używają i nadużywają symboliki demokratycznej. Psychologicznie, aktywiści przypominają pierwowzory totalitarne ubiegłego pokolenia. Jest to bowiem ruch, którego dzisiejszy akcent położony jest na walce z instytucjami demokratycznymi, a przy tym ruch bez wyraźnych celów pozytywnych.
Oblicze polityczne Nowej Lewicy jest zakamuflowane symbolami demokracji, socjalizmu i pacyfizmu. Wszystkie dyktatury XX wieku też używały symboli „ludowych” i „robotniczych”. Za tą zasłoną słów i okrzyków kryje się program i ideologia totalitarna. Przyznaję, że ruch SDS (Students for Democratic Society) miał za sobą dwa lata temu czy nawet rok temu ugrupowania demokratyczne. Może i dzisiaj są tam jeszcze pomniejsze takie ugrupowania. Ale była to od początku luźna federacja różnych ugrupowań, która w konsekwencji fuzji różnych frakcji opanowana została przez neototalistów. W grupach tych są następujące kierunki: stalinowski (wpływowy wśród nich i gwałtowny), maoiści, castroiści i guevaryści. Rozróżnienia między tymi grupami nie są łatwe. Podobnie jak w przeszłości, jest tu licytacja ideologiczna – kto jest radykalniejszy; radykalizm oznacza tu gotowość użycia gwałtu. Ugrupowania skupione wokoło murzyńskich ideologii totalistycznych, tzw. Black Power, mają też swoje pierwowzory. Przecież pierwowzory i modele przyszłego ustroju, który proponują pseudoradykałowie amerykańscy i europejscy, można dzisiaj już oglądać w „naturze”, można je studiować „empirycznie”. Rosja Stalina, Chiny Mao Tse-tunga, Kuba Castro, Haiti pod dyktaturą Duvaliera (jest to przecież prawdziwa „Black Power”), niedawna Ghana pod dyktaturą Nkrumaha, oto wzory państwa zalecanego przez ideologów tego obozu. Taktyka jest oczywiście zapożyczona z wzoru kubańskiego i chińskiego. Są to więc ruchy neototalitarne, w działaniu i metodzie przypominające wczesne okresy faszyzmu w różnych krajach.
Inteligenci odizolowani od masowego, rzeczywistego ruchu robotniczego, odizolowani od robotników – w wielkich procesach historycznych zawsze hołdowali tendencjom totalnym i jakobińskim. (Mam tu na myśli późny jakobinizm, który miał już cechy totalizmu). W konsekwencji były to ruchy elitarne, walczące w końcu o władzę dla politycznej, względnie permanentnej elity, roszczącej sobie prawo do reprezentowania ludu i posługującej się legitymacją jakobińską. Demokratyczna legitymacja władzy opiera się na swobodnie wyrażonej woli obywateli, jakobińska legitymacja – na koncepcji, że monopartia, a więc jedna, jedynie dozwolona partia, reprezentuje wolę ludu bez odwoływania się do tej woli. Koncepcją teoretyczną jest tu założenie, że partia jest awangardą mas. Nikt oczywiście nie pyta ludu o zgodę na reprezentowanie go. Wacław Machajski, półanarchista z Kielc, w swym „Umstwiennym raboczym”(Robotniku umysłowym) wyczuwał z górą pół wieku temu tendencje elitarne inteligencji zawodowej pod maską „zawodowych rewolucjonistów”.
Podobnie jak w przeszłym doświadczeniu, także i w Stanach Zjednoczonych neototaliści w obozie Nowej Lewicy opanowują organizacje i elementy demokratyczne. Obozem postępowym i wolnościowym pozostają ugrupowania naprawdę oddane demokracji. Postępowe ruchy inteligenckie, tzw. liberałów czy demokratycznych socjalistów w Stanach Zjednoczonych, tradycyjnie związane były i są ze związkami zawodowymi i klasą robotniczą. Partia Liberalna w Nowym Jorku do czasu ostatnich wyborów na burmistrza miasta była związana z potężnym związkiem robotników odzieżowych (International Ladies’ Garment Workers’ Union), podobnie jak dawna Federacja Socjaldemokratyczna. Socjaliści demokratyczni w Detroit mieli zawsze swoje powiązania z organizacją robotników samochodowych (Automobile Workers’ Union, AWU).
Można rozmaite zarzuty stawiać systemowi politycznemu i gospodarczemu Stanów Zjednoczonych. Faktem historycznym jest atoli, że jest to jedyna demokracja w dziejach świata, która obejmuje od lat dwustu cały kontynent, dzisiaj – dwieście milionów ludzi. Stany Zjednoczone to jedyna demokracja, w której wolność osobista i znaczna wysokość płac robotniczych, dobrobyt robotnika, rozciągnęły się na przestrzeni całego kontynentu. Demokracje europejskie to państwa znacznie mniejsze. W ogóle, system demokratyczny z trudem tylko obejmuje wielkie masy ludzkie. Klasyczna demokracja ateńska nie liczyła więcej niż 150 000 obywateli. Unia Indyjska jest oczywiście demokracją, ale ideologia demokratyczna nie przeniknęła tam jeszcze do całości instytucji, a problem społeczno-gospodarczy przedstawia wciąż wielkie trudności. Więc Stany Zjednoczone są tworem wyjątkowym – w sensie dodatnim, przykładowym. Dzisiejszy ruch pseudoradykalny, terror tego ruchu w Stanach Zjednoczonych skierowany jest nie przeciw tyranii, nie przeciw totalizmowi, lecz przeciw instytucjom demokratycznym. Nie jest to pierwsza próba obalenia demokracji. Podstawą demokracji jest eliminacja gwałtu z polityki wewnętrznej. Tym samym małe grupy terrorystyczne, jak uczy doświadczenie historyczne, osłabić mogą i wielkie systemy polityczne. Na tym polega niebezpieczeństwo, jakie przedstawia sobą pseudoradykalizm amerykański.
Stany Zjednoczone mają dzisiaj środki, by zmienić zupełnie środowisko fizyczne miast, by wybudować miasta nowe, przestrzenne, pełne zieleni i powietrza. Po raz pierwszy w swych dziejach mogą stworzyć warunki życia wolne od nędzy, gdyż środki po temu są dostateczne. Ameryka posuwa się też w tym właśnie kierunku. W budownictwie miast zmiana jest co prawda zbyt wolna, zbyt chaotyczna. Nie uratuje się już sytuacji przez wybudowanie kilku nowych osiedli czy drogą odnawiania ulic. W okresie wielkiej urbanizacji, napływu ludności do miast, budować trzeba nowe, wzorowe miasta, nowe osiedla wśród pól uprawnych czy lasów. Rządy stanowe czy też zarządy miejskie nie rozwiążą lokalnych zagadnień biedy czy bezrobocia. Bezrobotny górnik węglowy z Kentucky może i nie znajdzie zatrudnienia we własnym stanie, ale znajdzie je zapewne gdzieś na zachodzie, w Oregonie, w Waszyngtonie czy w Idaho. Obecne przemiany społeczne i problemy wymagają rozwiązań wielkich, planów śmiałych, pełnych imaginacji, lecz przeprowadzonych w systemie wolności i demokracji. Utrzymanie instytucji demokratycznych jest nie tylko warunkiem dobrobytu mas ludzkich w Stanach Zjednoczonych, jest także warunkiem dalszego postępu kulturalnego. Dyktatury Ameryki Łacińskiej, podziwiane przez pseudoradykałów, totalizm azjatycki (flagi tych totalizmów obnoszą oni w swoich pochodach i wywieszają na balkonach i bramach uniwersyteckich), są ostrzeżeniem, że proponowaną alternatywą nie jest wolność, którą głoszą, lecz niewola i dyktatura.
Za czasów [prezydenta] Johnsona zrobione już zostały początki owych wielkich reform. Dynamika społeczna tego kraju wymaga dalszych zmian, których tu dokonać można tylko w klimacie wolności. Czas już nadszedł, by robotnicze organizacje zawodowe odegrały bardziej czynną rolę w budowaniu tej demokracji społecznej – nowego okresu w dziejach Stanów Zjednoczonych. Siła i wola zorganizowanej klasy robotniczej, w połączeniu z prawdziwie demokratyczną inteligencją pracującą, jest pozytywnym elementem, mogącym podjąć czy poprzeć twórczą inicjatywę w ramach instytucji i porządku demokratycznego, któremu ludność Ameryki zawdzięcza zarówno wolność, jak i dobrobyt. Zorganizowana klasa robotnicza reprezentuje i siłę i idee porządku demokratycznego, w przeciwieństwie do pseudoradykalnych, zwarcholonych ugrupowań, które w rzeczywistości są ruchami prototalitarnymi, ruchami totalitarnymi w zarodku.
Komentarz
Prezentowany tekst miałby mniejszy ładunek znaczeniowy, gdyby wyszedł spod pióra liberała lub konserwatysty. Napisał go jednak konsekwentny socjalista.
Feliks Gross urodził się 17 czerwca 1906 r. w Krakowie. Studiował prawo na Uniwersytecie Jagiellońskim, które ukończył w 1929 r. ze znakomitymi wynikami. Rok później otrzymał tytuł doktora. Był wówczas działaczem m.in. Towarzystwa Uniwersytetu Robotniczego (TUR), związanego z Polską Partią Socjalistyczną, oraz Akademickiego Związku Pacyfistów. W 1931 r. studiował nauki polityczne w Paryżu. Zamiast kontynuować karierę naukowca-prawnika, został asystentem wybitnego socjologa i etnografa, Jana St. Bystronia, blisko współpracował także z Bronisławem Malinowskim.
W 1929 r., w apogeum sanacyjnej nagonki na „partyjniactwo”, opublikował wraz z bratem, Zygmuntem, rozprawę „Socjologia partii politycznej”, mimochodem wskazującą zalety demokracji parlamentarnej. Rok 1938 przyniósł niemal 400-stronicową pracę „Proletariat i kultura”, do dziś będącą wzorcem rzetelnego, ale i empatycznego zainteresowania etosem warstw plebejskich. W tym samym roku pod redakcją Grossa i Zygmunta Mysłakowskiego ukazał się zbiór biografii-pamiętników pt. „Robotnicy piszą”. W owym czasie Gross był członkiem PPS, kierował Szkołą Nauk Społecznych przy krakowskim TUR.
W roku akademickim 1939/40 miał na wniosek Malinowskiego zostać wykładowcą w prestiżowej London School of Economics. Wybuch II wojny światowej zastał go we Lwowie. Ukrywał się przed sowieckim okupantem, przedostał do Japonii, a stamtąd do USA. Został m.in. sekretarzem generalnym Rady Planowania Europy Środkowej i Wschodniej, która propagowała wizję utworzenia po zakończeniu wojny konfederacji krajów tego regionu.
Początkowo był wykładowcą Uniwersytetu Wyoming w Laramie, później zatrudniały go uniwersytety Nowy Jork, Columbia, Wirginia i Vermont, gościnnie wykładał m.in. w Rzymie i Londynie. Otrzymał tytuł profesora socjologii i antropologii w Graduate School of Brooklyn College. W USA wiele lat badał społeczności rezerwatów indiańskich, m.in. zbiorowe rytuały i sposoby rozwiązywania konfliktów. Był również współzałożycielem Polskiego Instytutu Naukowego, wspierającego polonijne ośrodki naukowe i naukowców-emigrantów z Polski. Prezydent Lyndon B. Johnson powołał go w skład zespołu analizującego problem przemocy i sposoby zapobiegania jej. Zmarł 9 listopada 2006 r. w Nowym Jorku w wieku 100 lat.
Przez całe życie pozostał wierny lewicowym ideałom. Stale publikował na łamach pism związanych z emigrantami PPS-owskimi, nie akceptującymi komunizmu i władzy PRL-owskiej. Pisywał także do paryskiej „Kultury” i londyńskich „Wiadomości Literackich”. Również na gruncie nauki podejmował tematy społeczne. Dość wspomnieć książki „Druga rewolucja przemysłowa” (1958), „O wartościach społecznych” (1961), „Violence in Politics” (1973), „The Revolutionary Party: Essays in the Sociology of Politics” (1974), „Tolerancja i pluralizm” (1992).
W prezentowanym tekście Gross idzie dalej, niż choćby „wielki umysł” lewicy, Theodor W. Adorno, który z pozycji humanistycznych i „estetycznych” skrytykował kontrkulturową rewoltę końca lat 60. jako parafaszystowską, mającą rys totalitarny. Gross oprócz bojówkarskich metod owego ruchu i totalitarnych fascynacji jego uczestników, krytycznie ocenił również strukturę klasową.
Zastosował wobec niego marksowski papierek lakmusowy lewicowości. Okazało się, że „nowa lewica” nie ma nic wspólnego z klasowym ruchem robotniczym, z interesami pracowników najemnych. Jest zbieraniną znudzonych dzieciaków z klasy średniej oraz – jak zwał go autor „Kapitału” – lumpenproletariatu. Niczego nie zmieniają ultralewicowe hasła, bo to nie one decydują o obliczu danej inicjatywy, zresztą nawet te są mocno wątpliwe – koncentrują się bowiem wokół „nadbudowy”, nie zaś „bazy”.
Właśnie takie stanowisko czyni tekst Grossa wartym ocalenia od zapomnienia. Tym bardziej, że elitarystyczna i quasitotalitarna „nowa lewica” jest nadal wpływowa i szkodliwa.
(rem)
przez redakcja | czwartek 12 kwietnia 2012 | inspiracje, nasze tradycje
I
Są idee pochodzące ze słabości, tak samo jak są pochodzące z siły. Ludzie znużeni życiem i walką, wątpiący, „psychostenicy” z natury, pesymiści z urodzenia, poszukują jak gdyby usprawiedliwienia przed samymi sobą własnej niemocy czy bojaźni – i szukają idei, więcej nawet, szukają systemów filozoficznych lub programów społecznych, które by wytłumaczyły i uzasadniły ich słabość. Rodzą się wtedy owe idee smutnej rezygnacji, hasła wstydliwe, wypowiadane z zastrzeżeniami, hasła, które już w samym początku swych narodzin noszą piętno śmierci. Jeżeli przyjmują się wśród jakiegoś narodu i żyć zaczynają, to znak nieomylny, że naród ten skazany jest na zagładę. Jeżeli spotykają atmosferę życzliwą dla siebie, w której mogą rozszerzać się, to znaczy, że jest to atmosfera upadku energii życiowej, okres tchórzostwa, zmalenia dusz, zwyrodnienia.
W przeciwieństwie do tego, jak idee z siły pochodzące przynoszą z sobą wszędzie, gdzie powstaną, radość życia i dumę, upojenie bohaterstwa i przedziwny urok cnót rycerskich, romantyzm młodości, który sam przez się starczyć może niekiedy za broń niezwalczoną; w przeciwieństwie do tego – idee słabości przynoszą z sobą upokorzenie i wstyd, zgrzybiały, bezsilny rozsądek, starający się uczyć ludzi, jak trzeba żyć, ażeby żyć jak najmniej, jak najskromniej, najciszej, żyć nie zawadzając nikomu, zadowalając się najmniejszą ilością powietrza i słońca, ziemi i wolności, pokarmu i uciechy. Są to idee, uczące życia bojaźliwego, życia ludzi na wymarciu, życia pariasów.
W narodzie polskim, którego duszą było rycerstwo hojne i odważne, dumne i wspaniałomyślne, idee tego rodzaju nie miały dotychczas pola, aby się rozwinąć mogły. Tradycja bohaterstwa, idąca nieprzerwanie poprzez pokolenia, aż do ostatnich czasów nie pozwalała krzewić się myśli, którą rodziła bojaźń, a hodowała niemoc i zwątpienie.
Dopiero w ostatnich latach, w pokoleniu wychowanym na „materializmie” filozoficznym i społecznym, szerzyć się zaczęły nieśmiałe szepty „ideologii trzeźwej”. Któż z nas nie spotykał ludzi, należących do ziemiaństwa kresowego lub z inteligencji wschodnio-galicyjskiej i poznańskiej, którzy, opowiadając o ciężkich warunkach życia, o przemożnej sile żywiołów wypierających, wypowiadali jednocześnie, bojaźliwie i niepewnie patrząc w oczy, swój „program” rezygnacji z dawnych siedzib? Czyż zdołamy ostać się! – mówili – jest nas coraz mniej, fala obca zalewa, a jeżeli nie zalewa jeszcze dzisiaj, to na pewno zaleje jutro. Po co zatem daremna walka i straty? Czy nie lepiej, nie wygodniej, nie korzystniej wynieść się z tej ziemi praojców, z której nas pędzą; czy nie lepiej skupiać się nad Wisłą, przenieść do Warszawy swoje fortuny i siły? Tych ustępujących zawczasu można spotkać wszędzie: na Litwie i na Wołyniu, pod Kołomyją i pod Lwowem nawet! Boją się oni wszystkiego, czują się pariasami wobec każdego obcego nawet przybysza; gotowi są ustąpić z własnego domu na pierwsze wezwanie, na pierwszą groźbę. Są to „ugodowcy” z urodzenia, „pomniejszyciele ojczyzny” z własnej woli, a raczej z własnego niedołęstwa. Bismarck wysyłał ich ironicznie do Monte Carlo. Rusińscy prowodyrzy w Galicji wyrzucają ich za San; litewscy „nacjonaliści” wskazują im bez ceremonii, że mają wynosić się nie tylko z Litwy, ale i z całej Suwalszczyzny. Czesi wreszcie pędzą ich ze Śląska Cieszyńskiego.
Ale ci wszyscy bojący się i ustępliwi nie mieli dotychczas swego oficjalnego hasła, swojej ideologii, swego programu, któryby w imię „dobra ojczyzny” usprawiedliwiał ich małe dusze. Mówiono o tym, ale szeptem, mówiono jakby wstydząc się, o smutnej konieczności, zarzekając przy tym, że to nie przekonania ich, ale mus działa.
I oto – zjawia się dla „nich” ideologia; zjawia się w chwili wzmożonego ataku na naród polski, głośnego wezwania, by się wynosił za Bug i San, za Niemen i Wartę. Spotkałem się z tą smutną ideologią w broszurze p. Czesława Jankowskiego pt. „Naród polski i jego Ojczyzna” (Warszawa 1914). Tym przykrzejsze jest zjawienie się tego nowego „programu pomniejszycieli”, że wychodzi on nie spod obcego nam pióra, że wygłasza go dziennikarz polski, dziennikarz i poeta, sympatyczny i popularny.
Ale historia miewa takie tragiczne momenty; a miewa je szczególnie historia polska. To, co dotychczas mówiło się cicho, po kryjomu, w chwilach upadku ducha, z rumieńcem wstydu na twarzy, jest podniesione do znaczeniahasła i programu. Hasło takie nie powinno było zjawić się; etyka narodowa nie pozwala na dyskutowanie pewnych kwestii, bo ojczyznama swoje dogmaty nietykalne, jak każda religia. Ale stało się! Podniesiono program „pomniejszycieli”, więc trzeba go przedyskutować choćby w kilku słowach.
Autor broszury streszcza ów program w aforyzmie następującym: Nabycie i utrzymanie w polskim ręku jednej kamienicy w Warszawie jest czynem patriotycznym sto razy donioślejszym, niż tkwienie z pełną kabzą i w pełni sił życiowych, albo z resztkami jednej i drugich, gdzieś w mińskich błotach, pod kurlandzką granicą, na czernichowskich czarnoziemach, albo gdzieś pod Kołomyją (str. 60). W innym zaś miejscu mówi: Należałoby przede wszystkim wykreślić ścisłe granice Polski etnograficznej; nie cofając się przed uznaniem np. części gubernii suwalskiej za terytorium etnograficznie litewskie, a wschodnich dzielnic Galicji za terytorium etnograficznie rusińskie, oczywiście godząc się na wszelkie takiego uznania konsekwencje. Należałoby następnie uznać za pożądane, a nawet za obowiązek narodowy, zasilanie Polski etnograficznej wszystkimi siłami kulturalnymi i kapitalistycznymi, wycofywanymi z tzw. kresów byłej Rzeczypospolitej (str. 59). Owe „kresy”, o których mowa, mieszczą w sobie bardzo wiele; wchodzi w nie Litwa i Białoruś, Ukraina, Wołyń i Podole, nawet wschodnia Galicja (zapewne ze Lwowem) i Suwalszczyzna. Według tego programu, ojczyzna polska ma być zredukowana do Polski etnograficznej. Autor byłby zapewne w kłopocie, gdyby go zapytać o wykreślenie granic tej nowej Polski. Czy decydowałaby o tym procentowa większość ludności mówiącej po polsku? W takim razie spora liczba powiatów wschodniej Galicji weszłaby do owej etnograficznej Polski; natomiast wiele powiatów Księstwa Poznańskiego, Śląska, Prus zachodnich i wschodnich znalazłoby się poza jej granicami, a całe Pomorze gdańskie uznalibyśmy za legalną posiadłość niemiecką. Zresztą granice tej nowej Polski zmieniałyby się zapewne co lat kilka. Gdyby się okazało, przy nowym spisie ludności, że obwód gnieźnieński np. ma większość niemiecką, to według programu pana J. Gniezno zostałoby wyłączone z Polski itd.
Na szczęście jednak sama zasada Polski etnograficznej jest zasadą fałszywą, pojęciem utopijnym, nierealnym. Historia nie zna narodów etnograficznych; są tylko szczepy lub plemiona etnograficzne – to, co służy do tworzenia narodu. Narody najbardziej dziś rozwinięte i jednolite, posiadające swoistą duszę i cywilizację, młodsze i silne, są wielkim zbiorowiskiem różnych ras, szczepów i plemion. Na przykład Francja: przejdźmy jejposzczególne kraje od celtyckiej Bretanii zaczynając, przezNormandię, Pikardię, Sabaudię itd. do południowej Prowansji; spotkamy nie tylko odmienne rasy i typy etnograficzne, zamieszkujące jednolicie owe kraje, lecz także odmienne języki lub gwary ludowe, tak dalece niepodobne do siebie, że włościanie tych krajów, nie znającymowy literackiej francuskiej, nie mogą się między sobą porozumieć. A jednak jest tylko jedna Francja jako ojczyzna, jednakowo miłowana i broniona bohatersko przez Bretonów, jak i przez Prowansalczyków.
Zobaczmy taką Anglię. Celtowie, zamieszkujący Walię i południowe brzegi Anglii, nie mogą porozumieć się ze Szkotami; Szkoci nie rozumieją języka londyńczyków itd.; spotykamy tu odmienną mowę, odmienne zwyczaje, podania, ubiory. Pomimo to jest tylko jedna ojczyzna angielska dla nich wszystkich. Albo Niemcy. Zdawałoby się, że jest to ów par excellence jednolity etnograficznie naród. A jednak chłop bawarski, stając przed sądem pruskim, potrzebuje tłumacza; a nawet powierzchowny obserwator potrafi odróżnić typ Prusaka, mieszańca krwi Słowian, Niemców, Prusów, Litwinów, od typu Niemca południowego lub z okolic Hamburga i ze Szlezwigu. W przeciwieństwie do tych narodów, etnograficznie mieszanych, mamy tylko plemiona czyste etnograficznie, Słowaków, Chorwatów, Ormian itd., ludy bez ojczyzny, dążące dopiero do tego, aby się przetworzyć w naród i ojczyznę stworzyć.
Widzimy więc, że tzw. jedność etnograficzna a „ojczyzna” są to pojęcia niewspółmierne. Ojczyzna tworzy się ewolucyjnie; tworzy się historią współżycia ludów na tej samej ziemi; tworzy się przez ciągłe krzyżowanie się krwi i ducha, przez przeżywanie tych samych wypadków zbiorowego życia, tych samych walk, uczuć, wspólnych nadziei i radości, klęsk i smutków. Ojczyznę mam dlatego, że we krwi mojej na dnie mojej duszy, w najtajniejszych głębinach jaźni, żyją ciągle przodkowie moi – ich uczucia i przeżycia,ich pożądania i ideały, ich wiara i pamięć. Dlatego ludy i plemiona, odmiennymi nawet językami mówiące, ale które krzyżowały się ciągle przez wieki i pokolenia i które przeżywały razemtę samą historię, które mają te same wspomnienia dziejowe, we krwi przechowane, ludy takie mają zawsze jedną ojczyznę, i ta ojczyznanie jest czymś zewnętrznym dla nich, sztucznym, narzuconym, albo tylko wspólnym państwowym dachem nad głową, lecz przeciwnie, stanowi ich własną duszę, jest głębszą i najważniejszą cząstką jaźni każdego człowieka. Wybitny przykład tego, jak się tworzy „ojczyzna”, stanowią dla nas Żydzi;ponieważ krzyżowaniu z nami nie podlegali i mieli zawsze własne życie zbiorowe, zamknięte i odgraniczone od naszego, dlatego też, pomimo życia wśród nas przez tylewieków, nie mają jednak wspólnej z nami ojczyzny i zachowali swoją odrębną, bez ziemi i granic, nawet bez języka własnego.
II
A teraz zobaczmy, czym byłaby owa etnograficzna Polska (marzenie polityczne różnych panów z „Nowoje Wremia”, „Diła” [rosyjskie i ukraińskie czasopisma niechętne idei „wielkiej” Polski – przyp. redakcji „Obywatela”] itp.)? Odpowiem na to wprost: Nie byłaby to Polska, ale „Kraj Nadwiślański”, nowe plemię słowiańskie, żyjące na gruzach narodu. Polska rzeczywista, istniejąca dzisiaj, zginęłaby wtedy. Nowa Polska, etnograficznie określona, musiałaby do tej swojej „etnograficzności” przystosować cały swój dorobek duchowy, całą swą kulturę; musiałaby zatem wyrzecsię nie tylko Mickiewicza, Słowackiego i Kościuszki, jako obcych sobie, ale przekreślić także całą swą historię, wszystko, co w tej historii było wielkiego. Grunwald i Unię Lubelską, zwycięskie pochody Batorego i wojny szwedzkie, zapasy z najazdem Wschodu, z hordami Tatarów i Turków, Konfederację Barską – wszystko jednym słowem, czym żyje dotychczas ojczyzna polska, całą świetność tradycji, całe bohaterstwo pokoleń, wszystkie sejmy i konfederacje, elekcje i pospolite ruszenia, zwycięstwa i przegrane pełne poświęceń, aż do Filaretów i Konarskiego, i dalej jeszcze. Bo w tym wszystkim, wszędzie, na każdej karcie dziejów naszych, w każdym poruszeniu duszy polskiej, nie występuje nigdy owa wydzielona sztucznie Polska etnograficzna.
Dla etnograficznej Polski trzeba byłoby utworzyć nową kulturę i nową duszę. Nie miałaby ona ani historii, ani przeszłości. Czy z takim okaleczeniem duchowym naród mógłby żyć? Niech na to odpowiedzą szczerze zwolennicy „pomniejszenia”; niech odpowiedzą nie mnie, ale sami sobie, bo to jest sprawa ich własnego sumienia.
Pójdźmy jednak dalej i wyobraźmy sobie, że ów program ogłoszony przez p. Czesława Jankowskiego jest wykonywany; bo przecież po to tylko stawia się nową ideę społeczną czy polityczną. Co by z tego wynikło? Przypuśćmy, że przejęci tą ideą i ośmieleni ziemianie polscy i przemysłowcy z Litwy i Rusi zaczynają sprzedawać tam swoje majątki, likwidować interesy i przenosić się do Królestwa, kupując kamienice w Warszawie i w innych miastach właściwej Polski. Na całej przestrzeni między Bugiem, Dźwiną i Dnieprem nikną więc dwory polskie, topnieje polskie mieszczaństwo, zaludniające Wilno, Grodno, Żytomierz, Kamieniec itd.; zostają się tylko ci, którzy przenieść się nie mogą, zostają wsie polskie, rozrzucone po całej Litwie, zaścianki drobnej szlachty, rzemieślnicy i służba. Z ubytkiem polskich majątków i przedsiębiorstw, cała ta rzesza ludu polskiego, licząca z górą dwa miliony (bez Galicji wschodniej) zostaje na łasce losu i w miarę słabnięcia polskiego stanu posiadania i kultury w tych krajach musi z konieczności rzeczy zatracaćswą narodowość, poddawać się innym wpływom, innej kulturze. I oto ideał nowego programu zostaje osiągnięty: za Bugiem nie słychać już mowy polskiej, nie spotyka się polskiej książki, ani utworu polskiego, ani kościoła.
Czy można przypuścić, że po takiej zmianie Polska „etnograficzna” stałaby się silniejszą? Nawet gdyby wszystkie kamienice Warszawy były w rękach Polaków? Stałoby się wprost przeciwnie: Warszawa, która dziś jest ogniskiem umysłowym i cywilizacyjnym dla całej przestrzeni Królestwa, Litwy i Rusi, do której ciążą z najodleglejszych zakątków kresowych nie tylko umysły, ale i interesy polskie finansowe, która jest wielkim rynkiem nauki i handlu dla całej tej przestrzeni b. Rzeczypospolitej, dlatego właśnie, że jesteśmy jeszcze ,,w mińskich błotach” i na „czarnoziemach” Ukrainy – Warszawa stałaby się wyłącznie i jedynie stolicą „Nadwiślańskiego kraju”, zubożałaby materialnie i duchowo.
Odpowiedzieć mi może na to pan Jankowski, że natomiast zgromadziłyby się tutaj kapitały wycofane stamtąd, że bogactwo narodowe nie zmniejszyłoby się, lecz tylko zgęstniałoby na mniejszej przestrzeni, stając się odporniejsze. Otóż, z punktu widzenia ekonomii społecznej jest to absurd, bo kapitały dla swego życia i rozwoju potrzebują przede wszystkim rozległych rynków i rozległych stosunków; nagromadzanie się w jednym miejscu jest zarazem zatamowaniem ich rozwoju, słabnięciem żywotności. Unarodowienie przemysłu i handlu w Królestwie, spolszczenie miast jest sprawą pierwszorzędnej wagi, na to musimy zgodzić się wszyscy, ale czyż dlatego handel i przemysł jest dziś w obcych rękach, że brak nam owych kapitałów, tkwiących w ziemiach Litwy i Ukrainy? Bynajmniej! Wiemy dobrze, jak wielkie kapitały arystokracji rodowej polskiej spoczywają bezczynnie w zagranicznych bankach, jaka masa pieniędzy polskich tkwi w rozmaitych przedsiębiorstwach w Rosji, na Syberii i na Kaukazie, ile drobnych oszczędności nagromadza się i marnieje bezpłodnie w różnych kasach powiatowych i gminnych. Czyż nie te raczej kapitały, szczególnie operujące na dalekim Wschodzie i przechowywane w londyńskich i paryskich bankach powinny być przeniesione na teren dzisiejszy walki ekonomicznej, którą Królestwo rozpoczęło, zamiast by miały być osiągnięte z hańbiącej sprzedaży ojcowizny? Zaiste, dziwna jest logika tego nowego „patriotyzmu nadwiślańskiego”!
Inna jeszcze kwestia, którą ów program wysuwa, kwestia mająca pewien pozór użyteczności, to skupianie się narodu. Ale i tu także widzimy jakby rozmyślne zamykanie oczu na to, jakie to masy rozproszone ludu polskiego skupiać by należało, i takie stawianie kwestii, jak gdyby autorowi szczególnie szło o odpolszczenie Litwy i Rusi, o przyzwyczajenie nas do tej myśli, że jesteśmy tam nie narodem, mieszkającym u siebie w domu, ale jakąś kolonią, podobną do kolonii amerykańskich lub galicyjskich. Jeżeli chodzi o skupianie narodu – to dlaczego zapominać o tym, że corocznie wychodzi z kraju paręset tysięcy ludu polskiego do Ameryki lub Niemiec, do Danii i Francji, i że te tysiące, przy innym układzie stosunków społecznych, w miarę unaradawiania handlu i przemysłu, w miarę rozwijania się kooperatyzmu rolnego i planowej parcelacji, mogą zostać w kraju i skupiać się istotnie, korzystając ze źródeł zarobkowych, zajętych dzisiaj przez obcych? Dlaczego zapominać o tym, że w samej Ameryce przebywają stale przeszło 3 miliony Polaków, których powrót do ojczyzny, choćby częściowy tylko, wraz z kapitałami zdobytymi tam, zasiliłby w olbrzymim stopniu nasze jądro etnograficzne, nie uszczuplając przy tym Polski ani duchowo, ani terytorialnie? Dlaczego nie wzywać do powrotu owego pół miliona Polaków rozrzuconych na całym Wschodzie rosyjskim, gdzie dorabiają się fortun albo marnują swoje zdolności i siły, nie dając nic ojczyźnie? To są właściwe kolonie, którym należałoby rzucić mocne i głośne hasło powrotu do kraju, wezwanie stanięcia do walki o odzyskanie miast, o wyrugowanie kapitałów niemieckich i żydowskich, kapitałów i talentów fachowych. Ma się jakieś przykre, gnębiące wrażenie, czytając broszurkę p. Jankowskiego, wrażenie takie, jak gdyby autor uległ sam pewnym sugestiom, dobrze nam znanym, jak gdyby za innymi powtarzał, że tam, za Bugiem i Sanem, jesteśmy już obcymi, że jesteśmy kolonią przybyszów, których osadził ongi „imperializm” polski; jak gdyby istotnie nie wiedział tego, że Polska żadnego z ludów, wchodzącego w skład Rzeczypospolitej, nie podbijała i żadnego nie wynaradawiała nigdy i że większość nawet tej ludności, która zamieszkuje ziemie Litwy i Rusi, jest ludnością polską, przed wiekami tam osiadłą i która właśnie wskutek braku wszelkiego „imperializmu” polskiego i wskutek zbyt bliskiego spokrewnienia z ludem białoruskim i ukraińskim zatraciła w znacznej części swój rodowity język.
Ta jedność narodowa, zarówno mas włościańskich, jak i szlachty, wspominana nieraz przez dawnych historyków i pamiętnikarzy, tłumaczy nam tę łatwość, z jaką wytwarzała się Unia Korony i Księstwa Litewskiego, Unia dokonana bez najmniejszego przymusu, bez jakiegokolwiek użycia siły państwowej. W taki sposób, jak zjednoczyła się Litwa i Ruś z Polską, w taki sposób nie odbyło się nigdy żadne zjednoczenie obcego ludu z najeźdźcą,inie mogłoby się odbyć, gdyby lud Litwy i Rusi był ludem obcym, a my garstkami kolonistów. Cytowane zwykle przez wrogich nam historyków sławne wojny kozackie nie były nigdy walką narodową, lecz klasową; były to bunty chłopskie, skierowane przeciwko możnowładztwu panów, podobne zupełnie do buntów chłopskich, jakie wówczas rozpalały wielkie łuny wszędzie, w Niemczech, Francji, Anglii, bunty, które przeszły zresztą i u nas granice „etnograficzne”, jeżeli takie były, i zaczęły szerzyć się płomieniem daleko poza San, stawiając te same hasła wyswobodzenia się od panów. Kostka Napierski mógł odegrać taką samą rolę jak Chmielnicki, gdyby poparły go siły i intrygi sąsiedniego państwa. Że z tych walk klasowych sąsiedzi nasi umieli skorzystać, a nawet przemienić je na walki plemienno-religijne, to jest inna sprawa; zbuntowany chłop ukraiński szukał sprzymierzeńców, jacy mu się ofiarowywali, i szedł razem nawet z chanem tatarskim, aby tylko uwolnić się od jarzma ekonomicznego poddaństwa. Ognisko tego ruchu walki, Sicz Zaporoska, miała w swych zastępach całe mnóstwo nie tylko chłopów, ale i szlachty polskiej, która z rozmaitych powodów garnęła się pod jej sztandary. I nawet wtedy, gdy siły zbrojne buntu były u szczytu swego rozwoju i potęgi, nawet wtedy nie zjawiła się wśród ludu tego idea osobnej ojczyzny, dążność do wywalczenia państwowo-niepodległej Ukrainy. Nie zjawiła się zaś dlatego, że był to zatarg wewnętrzny Rzeczypospolitej, zatarg społeczny klas tego samego narodu.
Idea Polski „etnograficznej” nie jest na nieszczęście ideą u nas nową. Są jednostki, których przemoc sugestionuje, które gotowe sąnawet uznać, że Polski nie ma wcale i jak owi znajomi p. Jankowskiego szukać palcem po karcie Europy, gdzie jest ich „ojczyzna”. Bywają i tacy, którzy z poczuciem winy przepraszają za swoje istnienie jako Polaków i gotowi są ustąpić grzecznie miano „Polski” choćby na rzecz „Polsko-Judei”. Ale czegóż to dowodzi? Czy dlatego, że są między nami tacy „ugrzecznieni” ludzie, mamy przekreślać całą swą historię i stwarzać dla nich jakąś nową Polskę etnograficzną? Powinniśmy raczej zgoła inne wnioski wyprowadzić. Gdyby każdemu dziecku wpajano dumę należenia do swego narodu, narodu, który stworzył rzeczpospolitą przez unię ludów, nie przez imperializm, natenczas nie byłoby tchórzliwego zapisywania w badach zagranicznych [chodzi o uzdrowiska – od słynnej tego typu miejscowości niemieckiej, Baden, od 1931 r. noszącej nazwę Baden-Baden – przyp. redakcji „Obywatela”] (jak opowiada pan Jankowski), zapisywania „Varsovie” dla oznaczenia, że się jest Polakiem. Jeżeli zaś chodzi o realną sprawę wzmocnienia jądra narodowego, jakim są ziemie nad Wisłą położone, to nie przez okrawanie ojczyzny, nie przez wywłaszczanie się dobrowolne z siedziby ojców, osiągniemy to wzmocnienie. Dotego prowadzą inne drogi i inne idee – idee siły. O nich teraz muszę powiedzieć słów kilka.
Więc przede wszystkim doprowadźmy do końca, konsekwentnie i wytrwale, wielką sprawę, najpilniejszą dzisiaj, sprawę unarodowienia miast, spolszczenia całego handlu i przemysłu. Dopóki tak ważne dzisiaj ogniska życia społecznego znajdować się będą w rękach obcych i wrogich nam, dopóty nie może być mowy o odporności narodu. Wiem, że w kwestii tej występują różne zasadzki uczuciowo-ideowe, różne „humanizmy”, „tolerancje”, „idee asymilatorskie” itp., ale trzeba spojrzeć odważnie niebezpieczeństwu w oczy, spokojnie i logicznie odpowiedzieć sobie na to, czym jest dziś naród bez własnych miast, bez własnego handlu i przemysłu, dzisiaj, gdy w miastach, w ogniskach gospodarki kapitalistycznej, tworzy się cały ruch życia zbiorowego, skupiają się wszystkie siły ekonomiczne społeczeństwa. Nie można być „humanistą” kosztem własnej ojczyzny, bo „humanizm” staje się wtedy zwyczajnym tchórzostwem życiowym, maskowaną słabością, udekorowaną ładnymi słowami zdradą.
Po wtóre – jest sprawa umiejętnego i zgodnego z interesami narodu zorganizowania wychodźstwa. Chodzi tu nie tylko o wydarcie tysięcy ofiar ze szpon ajentów i z niewoli junkierstwa pruskiego, lecz o to także, że wychodźstwo zorganizowane umiejętnie stać się może wzmożeniem dobrobytu ludowego, a skierowane częściowo poza Bug, do wielkich gospodarstw Litwy i Rusi, może przyczynić się do zaciśnięcia węzłów narodowych i zbliżenia się z pobratymczymi ludami, które od wieków zamieszkują jedną z nami ziemię i tę samą co my przeżyły historię. Wiemy o tym dobrze, że gdzie nie ma agitatorów, szczujących i tworzących nienawiści, tam chłop polski i rusiński lub litewski żyją w zupełnej zgodzie, rozumieją się i współczują. Tym, którzy propagują etnograficzną Polskę i śpiewają „Requiem” nad Unią Lubelską, radziłbym przemieszkać jakiś czas w zaściankach szlacheckich Litwy, poznać ciche wsie Wołynia i Podola, do których nie doszła jeszcze agitacja nacjonalistyczna, a przekonają się wtedy z łatwością, że „Unia” nie jest martwym wspomnieniem historii, lecz faktem przyrodzonym i żywym, wspólnością synów tej samej ziemi. Zetknięcie się szersze tych ludów, przez wychodźstwo sezonowe, utrwaliłoby tylko te naturalne węzły i zatamowało nieraz robotę agitatorów nienawiści i sztucznie tworzonych plemion.
Po trzecie – jest sprawa ściągania kapitałów polskich i sił przemysłowych ludzkich do kraju. Zarówno w Ameryce, jak i na dalekim Wschodzie powinien rozwinąć się ruch narodowy, głoszący ideę powrotu.W miarę tego jak wzrasta polski handel i przemysł i opróżniają się zajęte dotychczas przez obcych placówki gospodarstwa społecznego, wyciśnięty dawniej z kraju przedsiębiorczy żywioł polski, który na obczyźnie doszedł do zamożności i zdobył umiejętność fachową, żywioł ten, liczony dziś na miliony ludzi, powinien wracać.
Zamiast bezcelowych i szumnych manifestacji patriotycznych, urządzanych na polskich obchodach i sejmikach w Ameryce, stokroć bardziej patriotycznym byłoby zorganizowanie tam Ligi, która by ideę powrotu do ojczyzny szerzyła jako obowiązek narodowy i która by ułatwiała takie przenoszenie się kapitałów, interesów i przedsiębiorstw przez odpowiednie informacje i nawiązywanie stosunków ekonomicznych. Z owych trzech czy czterech milionów Polaków amerykańskich niechby wróciła do kraju choćby szósta część tylko, tych zamożniejszych i wykwalifikowanych fachowców, a już to samo wystarczyłoby na wypełnienie znacznejczęści luk, jakie dziś przedstawia etnograficzne jądro narodu w swym stanie posiadania. Dla skupienia sił swoich nad Wisłą nie potrzebujemy pomniejszać ojczyzny; wystarczy zupełnie, jeżeli zgromadzimy te siły, jakie są rozproszone poza jej granicami.
Broszura p. Jankowskiego, jakkolwiek powodzenia szerszego u nas mieć nie będzie, dzięki zdrowemu instynktowi narodu, stać się jednak może pewnym oświetleniem i maską ideową dla tych wszystkich natur słabych, bojaźliwych, stroniących od walki, dla tych „sprzedawczyków” i dobrowolnych wygnańców z własnej ziemi, jakich nigdy nam nie brak. A takim nie trzeba dawać do ręki broni ideowej, możności usprawiedliwiania się przed własnym sumieniem i przed narodem; przeciwnie, trzeba ich bezwzględnie nazywać po imieniu, trzeba zmusić, aby spojrzeli w sumienie swoje i zdali rachunek ojczyźnie ze swego postępowania.
Komentarz
Prezentowany tekst Edwarda Abramowskiego (1868-1918) wymaga specjalnego komentarza.
Abramowski to jeden z legendarnych polskich myślicieli i działaczy społecznych. Inspirował wielu Polaków – tych spośród elit i tych z grona „zwykłych ludzi” – zarówno w międzywojniu, jak i w PRL (choćby w kręgach KOR-u i niektórych odłamach sympatyków „Solidarności”), a do dziś jest popularny w szeroko pojętych środowiskach „alternatywnych” (anarchiści, socjaliści antyautorytarni itp.) i wśród badaczy myśli społecznej. I niemal wszyscy oni starannie omijają takie poglądy Abramowskiego, jakie wyraża zamieszczony tutaj tekst – manifest żarliwego patriotyzmu.
Abramowski funkcjonuje dziś w dwojakiej roli. Po pierwsze, jako ktoś na kształt anarchisty: zdecydowany krytyk odgórnego przymusu, instytucji państwa, zwolennik oddolnych inicjatyw społecznych, socjalista krytykujący marksizm z pozycji wolnościowych, piewca wyzwolenia jednostek z więzi narzuconych przez instytucje. Po drugie, kreśli się jego portret jako swoistego świętego – w znaczeniu kogoś tak uduchowionego i idealistycznego, że niemal nie oddychającego i unoszącego się pół metra nad ziemią, roztaczającego aurę miłości i wyrozumiałości niczym skrzyżowanie Buddy i św. Franciszka.
Obie te wizje są do pewnego stopnia uprawnione w świetle dorobku i biografii Abramowskiego. Nie biorą one jednak pod uwagę takich poglądów Abramowskiego, jakie prezentuje on w przypominanym przez nas tekście „Pomniejszyciele ojczyzny”.
Podobieństwa poglądów Abramowskiego do anarchizmu rzeczywiście występują, jednak wskutek abstrahowania od kontekstu historycznego – czyli krytyki władzy zaborczej i traktowania obcego państwa jako głównego wroga – są znacząco wyolbrzymiane.
Badacze i miłośnicy Abramowskiego nie są też zbyt pracowici i dociekliwi – niemal wszystkie omówienia jego poglądów bazują na tendencyjnych, niereprezentatywnych, powojennych, głównie PRL-owskich wyborach tekstów myśliciela („Filozofia społeczna. Wybór pism” – 1965; „Pisma popularnonaukowe i propagandowe 1890-1895” – 1979; „Rzeczpospolita przyjaciół. Wybór pism społecznych i politycznych” – 1986; „Abramowski” – biografia i wybór pism – 1991). Tak jakby sympatycy, a zwłaszcza naukowcy nie wiedzieli o przedwojennej, czterotomowej, dwukrotnej edycji znacznie większego zbioru jego rozpraw, starannie zebranych przez prof. Konstantego Krzeczkowskiego. Wśród wielkiej liczby tekstów poświęconych Abramowskiemu (w tym kilku książek), na palcach jednej ręki można policzyć te, które biorą pod uwagę poglądy wyrażone w „Pomniejszycielach ojczyzny” oraz w podobnym w wymowie artykule „Ludność Polski”, których zabrakło w powojennych prezentacjach dorobku myśliciela.
Paradoksalnie, rzetelny okazał się Zbigniew Krawczyk, autor rozprawy „Socjologia Edwarda Abramowskiego”, wydanej przez PZPR-owską oficynę „Książka i Wiedza” w 1965 r. Co prawda krytycznie, ale wspomina on o takich właśnie poglądach Abramowskiego: /…/ zaufaniem obdarzał Piłsudskiego i wiązał daleko idące nadzieje z reprezentowaną przez niego linią polityczną. Wypowiadał się za polską wielonarodową w granicach przedrozbiorowych, wysuwając na uzasadnienie tego stanowiska argumenty historyczne i negując program »Polski etnograficznej«. W artykułach poświęconych tym zagadnieniom abstrahował całkowicie od własnego programu społecznego, a deklarując równouprawnienie narodów w przyszłej Polsce, popierał jednocześnie politykę eliminacji żywiołu niemieckiego i żydowskiego z kluczowych dziedzin gospodarki narodowej oraz politykę mnożenia kapitałów rodzimych, m.in. poprzez reemigrację ludności polskiej z zagranicy. /…/ Jest rzeczą bardzo charakterystyczną, że z publicystyki lat 1914-1918 całkowicie wyeliminowana została niechęć do instytucji państwa. Wręcz przeciwnie, Abramowski wiązał z przyszłym państwem polskim daleko idące nadzieje radykalnych przemian społecznych (ss. 133-134).
Spośród sympatyków Abramowskiego uczciwie omawia ten aspekt dorobku jedynie Bohdan Urbankowski w swych „Kierunkach poszukiwań” (1983). Pisze on: Z tych rozważań płynie wniosek jednoznaczny: hasło „Polski etnograficznej” to hasło przekreślenia ojczyzny, idea przekreślenia historycznych czynów i prac dokonywanych wspólnie z Litwinami i Rusinami. To przekreślenie Unii, Grunwaldu i walk z Turkami, przekreślenie wypraw Batorego, Wiednia i Konfederacji Barskiej. „Etnograficzni Polacy” rezygnujący z kresów byliby tworem karłowatym, jakimś /…/ plemieniem, które nawet utraciło prawa do Mickiewicza, Słowackiego i innych kresowych bohaterów (s. 216).
Wspomina tę kwestię także Wojciech Giełżyński w sympatycznej, acz dość swobodnej książce „Edward Abramowski – zwiastun »Solidarności«” (1986), zarzucając mu „tonację szowinistyczną” i składając ją na karb choroby. Jednak w marcu 1914 r., gdy ukazał się artykuł „Pomniejszyciele ojczyzny”, Abramowski cieszył się jeszcze niezłym zdrowiem – gwałtowne pogorszenie jego stanu datuje się dopiero na styczeń 1915 r. Zapewne jednak Giełżyński ma rację, że z dzisiejszej perspektywy można poglądy takowe nazwać, przy pewnej dozie złej woli, szowinistycznymi. Nie ma też sensu żadna czołobitność wobec konkretnych propozycji autora „Idei społecznych kooperatyzmu”, który – jak każdy – miał prawo się mylić i źle oceniać sytuację. Pewne jest jednak, że Abramowskiemu należy się pamięć nieocenzurowana i niewybiórcza – pamięć o całokształcie jego poglądów.
Przede wszystkim jednak – i to jest główna przyczyna prezentacji „Pomniejszycieli ojczyzny” na naszych łamach – warto przypomnieć tekst Abramowskiego (pamiętając też o podobnym, „Ludność Polski”) z tego względu, że w kontekście całokształtu poglądów autora dobitnie zaświadcza on o jednej kwestii. Takiej mianowicie, że patriotyzm, również w wersji „bojowej”, nie jest sprzeczny ani z reformami socjalnymi, ani ze śmiałymi wizjami ustrojowymi, ani z apoteozą wolności jednostki i samorządności społeczeństwa. Patriotyzm nie musi oznaczać tępego konserwatyzmu, obawiającego się jakichkolwiek przeobrażeń, a szczególnie radykalnych. Natomiast dążenie do znacznego powiększenia zakresu swobód jednostek oraz do stworzenia społeczeństwa oddolnie zorganizowanego, aktywnego, dynamicznego i samorządnego – nie musi być równoznaczne z wybrzydzaniem na swoją ojczyznę, nie musi oznaczać głoszenia dziecinnych „kosmopolitycznych” sloganów, jakimi są przepełnione wywody współczesnych fanów Abramowskiego. Fanów, którzy, jak widać na załączonym obrazku, niewiele pojęli z dorobku swego Mistrza lub go po prostu nie znają.
(rem)
przez redakcja | czwartek 12 kwietnia 2012 | inspiracje, nasze tradycje
Problem podatkowy jest bezsprzecznie jednym z najważniejszych problemów, którymi się musimy zająć. Również i tu można znaleźć rozwiązanie, jeśli zgodzimy się na zastosowanie metod gospodarki planowej. Jednakowoż nie należy zapominać, że o ile zamierzamy w ogóle cokolwiek podjąć dla zmniejszenia nacisku śruby podatkowej i przeprowadzenia lepszego podziału ciężarów podatkowych, musimy równocześnie szukać rozwiązania i innych problemów państwowych, najściślej z tym związanych i musimy też mieć odwagę zastosowania takiego rozwiązania. /…/
Kwestia podatkowa zmusza nas znowu do zbadania funkcji aparatu rządowego, wynikiem zaś każdego podobnego badania musi być zawarty od A do Z system finansowy. Dlatego w przeważającej części wypadków jest rzeczą zupełnie niemożliwą jakikolwiek szczegół działalności rządu oddzielić od jego kosztów, obojętnie, czy chodzi o przedsięwzięcia faktyczne, czy też planowane.
Nowoczesne państwo musi się zająć gospodarką, niezależnie od tego, czy jest mu to na rękę, czy też nie. Nasza nowoczesna cywilizacja zmusza nas do tego. W dawniejszych czasach na przykład budowaliśmy dom, w tym zaś domu umieszczaliśmy umysłowo chorych spośród nas. Od tej chwili ludność już wcale się o nich nie troszczyła.
Nie czyniliśmy tego nawet z wszystkimi umysłowo chorymi. Tysiące ich żyło rozproszonych po różnych gminach, ukrytych gdzieś w ciemnych komórkach lub na poddaszach. W całym państwie była moc niedorozwiniętych umysłowo dzieci, o które państwo podówczas w ogóle się nie troszczyło. Wtenczas istniały jeszcze więzienia mające po sześćdziesiąt do siedemdziesięciu lat, o celach dwóch metrów długości, siedemdziesięciu pięciu centymetrów szerokości i dwóch metrów wysokości – i jeszcze przed dwudziestu laty uważaliśmy to za rzecz zupełnie w porządku. Ba, zakłady takie jeszcze dziś są w użytku. Przytoczyłem ten przykład dlatego, że dopiero w ostatnich dziesięciu latach stało się w naszej nowoczesnej cywilizacji powszechnym uczucie, iż w administracji naszych zamkniętych zakładów nie stosujemy odpowiednich metod.
W r. 1930 było w stanie Nowy Jork około sześć do siedmiu tysięcy więzień i domów wariatów. Przy tym nie wliczono zakładów rozmaitych hrabstw, miast i gmin. Nowoczesna cywilizacja zmusiła nas do zmiany metod dotychczas stosowanych w tej dziedzinie. Co się tyczy na przykład chorób umysłowych, to znacznie rozszerzyliśmy nasze wiadomości psychiatryczne. Leczymy choroby, które przed dwudziestu laty uchodziły za nieuleczalne. Tempo postępu ciągle wzrastało tak, że w roku 1930 mogliśmy już wyleczyć około dwadzieścia do dwudziestu pięciu procent tych nieszczęśliwych. Jeśli znowu chodzi o więzienia, to ideałem naszym pozostaje dzień, w którym znaczna większość z dziewięćdziesięciu czterech procent wypuszczonych na wolność skazańców, powracających do naszego środowiska, będzie mogła prowadzić przez resztę lat uczciwy tryb życia. /…/
Z konieczności państwo wmieszało się w sprawy, które dla niego dwadzieścia lat temu jako problemy państwowe w ogóle nie istniały – na przykład budowa dróg. Wtenczas mieliśmy plan, na pozór wspaniały plan, który miał kosztować dziesięć lub piętnaście milionów dolarów; plan ten przewidywał budowę wielkich dróg komunikacyjnych z Nowego Jorku do Buffalo, z Albany do Montrealu, a wówczas nie było jeszcze tyle powodów do komunikacji z Montrealem, jak dzisiaj. Dziś są betonowane nie tylko główne arterie ruchu drogowego. Każdy farmer przy każdej bocznej dróżce chce mieć przed bramą swą kawał betonowej ulicy.
Z innego jeszcze powodu wzrosły wydatki państwowe. Wymagania w dziedzinie szkolnictwa stały się wyższe. W roku 1920 stan Nowy Jork uczestniczył w wydatkach na szkolnictwo sumą dziesięciu milionów dolarów, dziś wynoszą te zapomogi przeszło sto milionów dolarów. Prawie jedna trzecia wszystkich wydatków rządu stanu przypada na wychowanie. Polityka ta jest może błędna, odpowiada ona jednak myśli nowoczesnej i nie sądzę, aby ktoś mógł zaproponować jakąś inną drogę, która by nie była bezwzględnie reakcyjna.
Obok szeregu wzrastających wad organizacyjnych, które wymieniłem /…/ istnieją jeszcze inne bardzo ważne przyczyny powiększenia się wydatków państwowych. /…/
Bardzo ważny wpływ wywarła opinia publiczna na ogólne koszta departamentu dobra publicznego. Pieniądze dla tego departamentu wynosiły w r. 1922 dwieście dziewięćdziesiąt tysięcy dolarów. Przez długie lata utrzymywał się budżet prawie na tym samym poziomie. W roku 1932 jednak wzrósł on nagle do sumy dziewięciu milionów stu tysięcy dolarów, prawie wyłącznie na podstawie nowych ustaw o ubezpieczeniu na starość, które włożyły na państwo nowe obowiązki.
Czy stan sobie życzy zaoszczędzić rocznie osiem milionów dolarów przez to, że wstrzyma swoje dodatki do pensji starczych, i znowu przeniesie pełną odpowiedzialność za dobrobyt starców bez środków do życia na gminy miejskie i hrabstwa i powróci w tej dziedzinie do stanu z roku 1922?
Weźmy stanowy departament pracy. Robotnicy wiedzą, że za pośrednictwem tego departamentu mogą oni otrzymać pracę. Jeszcze w roku 1931 departament ten zapośredniczył przeszło sto tysięcy placówek pracy. Kupiec i fabrykant w stanie Nowy Jork wiedzieli, że jest to placówka, która reguluje kwestie sporne między nimi i ich pracownikami i że proponuje im szczególne ulepszenia, które mają lub muszą wprowadzić dla ochrony zdrowia i bezpieczeństwa zatrudnionych u siebie robotników. Agenci tego departamentu skontrolowali w roku 1931 więcej aniżeli osiemset pięćdziesiąt tysięcy przypadków działalności zakładów fabrycznych i przedsiębiorstw biurowych.
Ta placówka stanowa w codziennej pracy usiłuje uchronić robotnika przed wyzyskiem, wprowadzić w życie zakaz pracy małoletnich, zapewnić ochronę pracy fabrycznej kobiet, uskutecznić opiekę nad robotnikami w razie nieszczęśliwego wypadku, aby nie stali się ciężarami gminy i zapobiec katastrofom takim, jak wielki pożar w roku 1911, podczas którego straciło życie sto czterdzieści siedem osób. To jest właśnie z ludzkiego stanowiska ta dziedzina działalności, którą mamy rozpatrzyć pod kątem widzenia kosztów.
Administracja departamentu kosztowała w r. 1931 trzy miliony trzysta tysięcy dolarów, a więc o milion siedemset tysięcy więcej aniżeli kosztowała dziesięć lat temu, czyli więcej niż podwójnie. Co było przyczyną tego wzrostu i czy był on rozsądny? Czy należy politykę, której on jest wynikiem, obalić, aby podatki zmalały?
W najszerszym pojęciu odpowiedź na te pytania zależy od stanowiska, jakie się chce zająć. Filozofowie dziewiętnastego stulecia przywiązywali do myśli, że rząd ma uznać i przejąć daleko sięgające zobowiązania socjalne, małą albo nawet żadną wagę. Przyłączając się do tego wąskiego punktu widzenia, można bardzo śmiało uważać departament pracy jako niewłaściwe urządzenie, nie bacząc na to, że jego działalność na niwie społecznej może być tak bardzo nawet użyteczna.
Z drugiej strony jednak można się też przyłączyć do owego poglądu o obowiązkach rządu, który niewielu słowami, a tak dobrze sformułował delegowany wolnego państwa irlandzkiego na Imperialnej Brytyjskiej Konferencji Gospodarczej w Ottawie. Określił on cel nowoczesnego państwa, jako stworzenie takich warunków gospodarczych, które możliwie największej ilości ludzi pozwalają na prowadzenie spokojnego i wygodnego życia. Przyłączając się znowu do tego poglądu można łatwo dojść do przekonania, że nasz departament pracy nie za wiele, lecz za mało wydaje. /…/
Chciałbym jeszcze w kilku zdaniach poruszyć działalność departamentu zdrowia /…/. Koszta jego stanowią nieznaczną część ogólnych kosztów aparatu państwowego, wzrosły jednak szybko, ponieważ zakres działania stale się rozszerzał, a kontakt jego z życiem ludności stawał się coraz żywszy i serdeczniejszy. Nikt wszakże nie może zarzucić coś idei, że zdrowa ludność jest najcenniejszym skarbem, jaki państwo posiada, bardziej wartościowym i ważnym, aniżeli bogactwo materialne. /…/ Ten wzrost kosztów należy na ogół przypisać rozwojowi, który nastąpił dopiero przed kilku laty, kiedy to doszliśmy do przekonania, że zdrowie narodu da się nabyć za pieniądze. Wiemy, że za pewną określoną sumę możemy zakupić dla ogółu ludności wyższą ochronę przed pewnymi chorobami, jak malarią, żółtą febrą, tyfusem i nawet gruźlicą.
Zwalczanie śmiertelności dzieci i poparcie higieny dziecka kosztowało jeszcze przed dziesięciu laty tylko dwadzieścia trzy tysiące dolarów. W roku 1931 koszta te wzrosły siedmiokrotnie. W ciągu tego okresu czasu śmiertelność dzieci niezwykle spadła i chociażby po części można to przypisać naszej działalności. W roku 1915 na każde tysiąc niemowląt umierało sto przed osiągnięciem pierwszego roku życia. W roku 1922 było ich już według tego samego rachunku tylko siedemdziesiąt, w roku zaś 1930 tylko pięćdziesiąt dziewięć. Gdyby stopień śmiertelności z roku 1915 pozostał ten sam, musiałoby w roku 1930 w ciągu jednego roku umrzeć dziewięć tysięcy niemowląt więcej. Czy państwo ma zaoszczędzić sto czterdzieści cztery tysiące dolarów przez to, że ograniczy ono opiekę nad macierzyństwem i niemowlęciem do zakresu z roku 1922? /…/
Wzrost kosztowności aparatu rządowego przysparza nam coraz więcej trosk. Ciężary bowiem podatkowe tak szybko przybierają na wadze, że wielu obawia się, że mogą się one jeszcze za ich życia stać całkowicie nie do zniesienia. Już dzisiaj ich ciężar wpływa na całe nasze życie w daleko sięgającej mierze. Ale pominąwszy już wszystkie te ekstrawagancje i nie bacząc na wszelkie wady organizacyjne i marnotrawstwa, nie możemy wszakże zaprzeczyć, że wzrost kosztów ogólnych w znacznym stopniu wypływa z nowego pojęcia państwa, które dąży do wyższego rodzaju szczęścia i bezpieczeństwa dla całego narodu.
Urządzenia państwowe będące do dyspozycji przeciętnego obywatela znacznie się zwiększyły. /…/ W rzeczywistości chodzi o kwestię, czy mamy dopuścić do tego, aby nasze trudności gospodarcze i nasza niezdolność organizacyjna skrzyżowały się ze zdrowym i koniecznym rozwojem naszej cywilizacji. Moim zdaniem, muszą nam właśnie nasze cele społeczne dodać bodźca do rozprawienia się z tymi problemami.
Szczególnie dwa plany socjalno-polityczne, wysuwające się teraz właśnie na plan pierwszy, dotyczą całego zasięgu naszej dzisiejszej i przyszłej cywilizacji amerykańskiej. Dziewięćdziesiąt procent naszych obywateli – wszyscy ci, którzy pracować muszą i nie żyją z inwestowanego kapitału – troszczy się ryzykiem bezrobocia (nawet w tym wypadku, gdy jeszcze mają pracę) i możliwością, że na starość będą skazani na pomoc obcych. Dotychczas opinia publiczna nie starała się o rozwiązanie tego problemu; po pierwsze dlatego, że jako młode państwo mieliśmy do dyspozycji nietknięte rezerwy bogactw, po drugie, że nauki społeczne znajdują się jeszcze w powijakach i do niedawna głód, bieda i nędza w szczególnej mierze, traktowane były jako konieczne i nieodzowne zło.
Należy koniecznie dokonać małego przeglądu obecnego stanu rzeczy, abyśmy to, co mamy zamiar usunąć, widzieli przed sobą czarno na białym! Musimy przy tym wyjść ze stanowiska ogólnonarodowego, ponieważ każdy poszczególny stan związkowy i każda okolica kraju znajdują się wobec tego samego problemu i pod wpływem warunków panujących również w każdym innym stanie i okolicy kraju. Pewien przypadek z roku 1929 dostarcza tu dobrego przykładu. Gdy przemysł samochodowy w Detroit zwolnił ze swych tamtejszych zakładów kilkadziesiąt tysięcy robotników, przybyło czterdzieści tysięcy tych robotników do stanu Nowy Jork w poszukiwaniu pracy – wędrówka masowa przez prawie jedną trzecią kontynentu. Dziś, gdy kraj jest tak dalece uprzemysłowiony, zamknięcie dziesięciu procent zakładów przemysłowych w każdej gminie, staje się już bardzo widoczne.
Sama przez się staje się jasną absurdalność nowej teorii gospodarczej, sugerowanej narodowi w latach 1928 i 1929, że mimo wszystkich nauk dziejów możliwy jest wzrost produkcji w nieskończoność, dopóki tylko płace są dostatecznie wysokie i propaganda sprzedaży, zapewniająca zbyt wytworów, uprawiana jest z wielkim naciskiem i rozmachem. Gdy każdy ma pracę i dobrze zarabia, może on wszystko nabyć i za wszystko zapłacić. Gdyby więc każda rodzina w Stanach Zjednoczonych posiadała w r. 1930 jeden samochód i jeden aparat radiowy, musiałaby ona w r. 1940 koniecznie mieć dwa auta i dwa radioaparaty, w 1950 – trzy – dawniejszą teorię punktu nasycenia usunięto zupełnie w kąt. Że jednak nie pojęto starego prawa podaży i popytu, było już zbrodnią. Do tego jeszcze przyłączyła się smutna gra wysokich urzędników państwowych i kierowników kół finansjery, żonglujących cyframi, aby celowo przesłonić wymowę faktów. Jeżeli w bardzo wielu gałęziach przemysłu na każdych stu zatrudnionych od dwunastu do piętnastu nie ma pracy, to nie odpowiada to ani prawdzie ani też celowi rzeczy, kiedy się im mówi, że stopień zatrudnienia faktycznie jest znowu normalny – obojętnie, czy jakieś tam przyczyny czysto psychologiczne mogą stać na przeszkodzie w zbycie produktów. W istocie rzecz się ma w ten sposób, że znajdujemy się na przełomie nowego okresu gospodarczego i że produkcja w przeważającej ilości wypadków prześcignęła konsumpcję. Do tego kryzysu domowego [krajowego] przyłączył się jeszcze olbrzymi spadek naszego wywozu [eksportu]. Dla zbadania bliższych przyczyn tych zjawisk, nie ma tu oczywiście miejsca.
W dalszym ciągu musimy wziąć pod uwagę skutki najbardziej nowoczesnych metod fabrykacji i zbytu. Tak zwana racjonalizacja doprowadziła do tego, że granica starości przy zastosowaniu pracy ludzkiej nie leży już pomiędzy sześćdziesiątym piątym rokiem życia a siedemdziesiątym, lecz spadła do czterdziestu pięciu, pięćdziesięciu lat. Coraz większa liczba wielkich przedsiębiorstw, acz praktyka ta na szczęście nie jest jeszcze powszechnie stosowana, przyjmowała ostatnio już tylko młodych ludzi, przy zmniejszaniu [zatrudnienia] zaś tych przedsiębiorstw wyrzucano na bruk przede wszystkim starszych pracowników. Oznacza to, że problem zaopatrzenia na starość, który jeszcze kilka lat temu za powszechną zgodą zaczynał się dopiero z siedemdziesiątym rokiem życia, dziś już dotyczy tysięcy ludzi z rozpoczęciem lat pięćdziesięciu lub sześćdziesięciu. Nigdy może nie będziemy w stanie stwierdzić, do jakiego stopnia przemianę tę należy przypisać katastrofom ostatnich paru lat; jednakowoż nie zmienia to ani na jotę prawdopodobieństwa, że również nadal musimy się liczyć z podobnym rozwojem.
Jeśli teraz zbierzemy oznaki obecnej sytuacji, tedy znajdziemy się wobec bardzo skomplikowanego problemu – przy którym bezrobocie i nędza na starość coraz ściślej wiążą się ze sobą tak, że nie należy zapominać o jednym, jeśli się chce zwalczać drugie; przedsięwzięcia więc zaradcze rządu winny być zorganizowane na podstawie naukowych ekonomicznych rozważań, a nie ograniczać się do bezplanowej akcji filantropii społecznej lub dorywczych wybuchów histerii politycznej.
Sądząc po przeszłości i teraźniejszości, zawsze będzie u nas istniało bezrobocie – na przemian, odpowiednio do każdorazowego cyklu koniunktur gospodarczych. W różnych dziedzinach gospodarczych i w różnych gałęziach przemysłu poszukuje się pewnych środków i metod dla częściowego przynajmniej wyrównania dolnej i górnej krzywej rozwoju gospodarczego. Tak na przykład rozwój bardzo wyraźnie biegnie w kierunku pięciodniowego tygodnia pracy. Oznacza to przyjmowanie nowych robotników lub przynajmniej mniej redukcji [zatrudnienia]. W tym samym kierunku porusza się również dążenie do skrócenia dnia pracy w ogóle.
Następnie mamy liczne dążenia do bardziej planowego podziału pracy. Tak zwany system Cincinnati, który zapewnia robotnikowi pewien określony okres pracy, powiedzmy czterdzieści osiem tygodni do roku, na który go się właśnie przyjmuje. Ręka w rękę za tymi dążeniami idą system Krümpera, współpraca pomiędzy różnorodnymi gałęziami przemysłu i przyspieszenie tempa budownictwa publicznego oraz prywatnego w czasach kryzysów.
Jest to niewątpliwie piękną rzeczą, że właściwie we wszystkich stanach związkowych rządy pojęły powagę położenia i przedsięwzięły pewne środki zaradcze. Tak na przykład ja, jako gubernator, otrzymałem w r. 1930 od parlamentu stanu Nowy Jork dziewięćdziesiąt milionów na roboty publiczne, dwadzieścia milionów więcej aniżeli w roku poprzednim. Również gminy miejskie i hrabstwa przyczyniły się w tym kierunku, składając sumę czterokrotnie przewyższającą zapomogi dotychczasowe. Wszystko to jednak są tylko środki tymczasowe, na które w przyszłości liczyć nie można, ponieważ zadłużenie rządów lokalnych wzrasta w groźnej i może nawet niebezpiecznej mierze.
W niektórych częściach kraju chwycono się środków o wiele trwalszych i bardziej wytrzymałych. Tak na przykład w Nowym Jorku ustanowiona przeze mnie komisja, składająca się z czterech przedsiębiorców, jednego przywódcy robotników i stanowego komisarza przemysłu weszła w narady z koncernami przemysłowymi na zasadzie podjęcia ściślejszej planowości wewnątrz samych gałęzi przemysłu celem lepszego ustabilizowania stopnia zatrudnienia. Przy tych wszystkich jednakże próbach i planach wciąż ujawnia się brak podkładu statystycznego. Wiedzieliśmy na przykład dość dokładnie, jak wielka była ilość zatrudnionych, liczbę bezrobotnych natomiast znaliśmy tylko zupełnie powierzchownie. Tu powstaje bezpośrednia potrzeba akcji organizacyjnej ze strony rządu i sfer prywatnych dla poznania prawdziwego wymiaru bezrobocia. Wyjaśnienia wysokich placówek urzędowych w Waszyngtonie zostały zdyskredytowane – a przecież jasnym jest, że naród ma prawo poznać prawdziwe oblicze stanu faktycznego bezrobocia.
Poza tym należy liczyć się z następującym faktem. Dla wielkiego przedsiębiorcy, który w normalnych czasach układa sobie plan wytwórczości z góry na lat kilka jest planowość rzeczą doskonałą, natomiast dla drobnego przedsiębiorcy lub kupca, mającego do czynienia li tylko z jednym gatunkiem towarów są metody planowo-gospodarcze mniej do przyjęcia.
Wnioski nasze są również tutaj jasne. Troskliwa planowość, skrócenie dnia roboczego, dokładniejsze statystyki, roboty publiczne i z tuzin innych paliatyw będą w stanie w przyszłości, szczególnie w czasach kryzysu, zmniejszyć bezrobocie. Jednakowoż to wszystko razem nawet, nie będzie w stanie bezrobocia usunąć. Również w przyszłości będziemy może przeżywali ciężkie czasy, również w przyszłości będziemy zmuszeni przejść dłuższe okresy, które z roku na rok nasuną nam nowe trudności, bądź polityczne, bądź gospodarcze. Jak dawniej, będziemy nadal narażeni na „przypadkowe” wahanie stopnia zatrudnienia, jakie nieraz przeżywaliśmy; na przykład zmiany mody, które doprowadziły do zastąpienia materiałów bawełnianych przez jedwab sztuczny i kryzys teatru, spowodowany wprowadzeniem filmu, szczególnie zaś filmu dźwiękowego. Dalej, mogą powstać nowe wynalazki, które dadzą się porównać ze zjawieniem się samochodu i możemy stracić również dalsze rynki zagraniczne. Jedne z tych zmian dadzą się już przewidzieć, inne jeszcze nie. Nie można ich inaczej oczekiwać, aniżeli przez pewną określoną formę ubezpieczenia od bezrobocia.
Nieuniknienie zmierzamy do ubezpieczenia od bezrobocia tak, jak niegdyś byliśmy zmuszeni wprowadzić odszkodowanie [od] nieszczęśliwych wypadków i tak, jak obecnie wznosimy gmach ubezpieczenia społecznego na starość.
Wypadków bezrobocia, niezawinionych przez robotników, jest dziewięćdziesiąt procent. Inne narody i rządy przystąpiły już do zastosowania różnych systemów, zapewniających robotnikowi pewną pomoc na wypadek bezrobocia. Dlaczego my, w czterdziestu ośmiu stanach Związku, mielibyśmy się obawiać podjęcia tego zadania?
Przy tym musimy się oczywiście uchronić przed dwoma niebezpieczeństwami. Ubezpieczenia od bezrobocia nie wolno przypadkowo lub pod jakimkolwiek pozorem uczynić jedynie tylko instytucją dobroczynności, prowadzącą do lenistwa i przeczącą własnym swym celom. Tworząc system ubezpieczenia od bezrobocia musimy wytknąć stałą i nieprzesuwalną granicę dla tych, którzy wahają się w przyjęciu proponowanej im pracy oraz znaleźć możliwości takiego ukształtowania zatrudnienia, aby nikt dłużej aniżeli dwa lub trzy miesiące w jednym ciągu nie pozostawał bez pracy. Drugie niebezpieczeństwo tkwi w naturalnej skłonności do pokrywania kosztów ubezpieczenia z bieżących dochodów rządu. Jest jasnym, że ubezpieczenie od bezrobocia musi się oprzeć na zasadzie kas ubezpieczeniowych i że sami robotnicy winni uiszczać składki ubezpieczeniowe. Dobrze przemyślany system ubezpieczenia bezrobotnych, jeśli ma odpowiadać naszym ideałom, musi być samowystarczalny. A jest on bez wątpienia do osiągnięcia.
Propozycje, poczynione z początkiem roku 1930 przez międzystanową komisję ubezpieczenia od bezrobocia w sprawozdaniu wystosowanym do zwołanej przeze mnie konferencji gubernatorów, zasługują na to, aby jak najszybciej obrócono je w czyn. /…/ Opracowany przez nią plan cechuje się rozsądkiem i zawiera szereg troskliwie przemyślanych zabezpieczeń na różne możliwe wypadki. Uwzględnia on nieregularność charakteru działalności przemysłowej, zachęca przedsiębiorcę do bardziej planowej regulacji tej działalności i utwierdza moralność i poczucie własnej godności robotnika, tak wielce przez obywatela państwa demokratycznego cenione przymioty. /…/
Stanom proponuje się przedsięwzięcie natychmiastowych kroków celem rozbudowy sieci publicznego pośrednictwa pracy, ponieważ żaden system ubezpieczenia bezrobotnych słusznie nie spełniłby swego zadania, gdyby nie istniało dobrze zorganizowane i dobrze prowadzone pośrednictwo pracy.
Komisja bezrobocia winna popierać współpracę poszczególnych przedsiębiorstw i gałęzi przemysłu, ponieważ pojedyncze przedsiębiorstwo nie jest w stanie przedsięwziąć skutecznych środków zaradczych dla osiągnięcia bardziej stałych stosunków zatrudnienia.
Sprawozdanie wspomina o dwóch przyczynach, które dały asumpt do zaproponowania obowiązkowej składki przedsiębiorcy. Przede wszystkim naszym zdaniem robotnik nie powinien być zmuszony do dalszego obcinania sobie swego zarobku wskutek uiszczania składek na rzecz funduszu rezerwowego, następnie zaś finansowe zobowiązanie przedsiębiorcy ustanowione w planie będzie dla niego stałym bodźcem do przeciwdziałania bezrobociu w granicach jego własnych możliwości. /…/
Fakt, że w stanie Nowy Jork plany ubezpieczenia na starość zyskują już wyraźne kontury, coraz bardziej zakorzeniają się w ustawach i mimo trudności finansowych, spowodowanych kryzysem, stają się rzeczywistością, daje mi tę pewność, że na polu socjalno-polityczno również nadal będziemy robili postępy. Zdumiewająca jest ta głęboka przemiana myśli, jaka dokonała się w stosunkowo nieznacznym czasie w umysłach ludzkich – jeszcze dwadzieścia lat temu poglądy na zadania państwa, wyznawane obecnie przez niektórych z nas, wzbudziłyby ogólny śmiech lub może nawet obawę.
Dziś nie trzeba zbyt wiele argumentów, aby dowieść, że ubezpieczenie na starość logicznie i w sposób nieunikniony związane jest z całością problemu bezrobocia i że w tej kwestii da się rzeczywiście coś zrobić. Każdy wie, że starzy ludzie z chwilą tylko, gdy nie potrafią się utrzymać pracą swych rąk, zasilają szeregi bezrobotnych tak, jak gdyby zostali zredukowani wskutek zastoju w przemyśle. Jedyną różnicą jest to, że ich zwolnienie nie jest zjawiskiem przejściowym, lecz trwałym.
Do problemów tych nie można oczywiście inaczej podejść aniżeli częściowo i to z pewnych stron. Tak na przykład ustawa o ubezpieczeniu na starość, wydana w r. 1930 w stanie Nowy Jork była tylko drobnym krokiem na drodze do rozwiązania tego problemu w całości. Nowa zaś ustawa odnosi się tylko do mężczyzn i kobiet mających lat siedemdziesiąt i więcej, ale opiera się na słusznym założeniu, że na dłuższą metę jest rzeczą tańszą, i przyjemniejszą dla pobierających zapomogi, jeśli spędzają resztę swego żywota w swoich własnych domach, nie zaś w domu starców.
przez redakcja | czwartek 12 kwietnia 2012 | inspiracje, nasze tradycje
Plan Beveridge’a powstał jako wynik prac specjalnej komisji powołanej w Anglii w roku 1941 w celu „zbadania istniejących systemów ubezpieczeń społecznych i pokrewnych instytucji ze szczególnym uwzględnieniem ich wzajemnych powiązań oraz sformułowania odpowiednich zaleceń”. Ogłoszenie planu nastąpiło w końcu 1942 r. po blisko półtorarocznym okresie gruntownych badań prowadzonych w oparciu o materiały i opinie, dostarczone zarówno przez zainteresowane resorty państwowe, jak i przez liczne instytucje społeczne oraz rzeczoznawców i uczonych, zaproszonych indywidualnie do wzięcia udziału w pracach Komisji. Wojna nie umniejszyła w niczym gruntowności tych prac; stwarzała raczej dla nich klimat korzystny. Opracowywanie planów przyszłej przebudowy społecznej odpowiadało bowiem w tym czasie szczególnie silnie odczuwanej potrzebie bliższego określenia wizji nowego, lepszego świata, jaki miał powstać w wyniku zmagań wojennych.
Ta ogólna atmosfera udzieliła się niewątpliwie pracom komisji, działającej pod przewodnictwem Williama Beveridge’a, które przybrały niezwykle szeroki zasięg, wykraczając w wielu wypadkach poza dziedzinę objętą bezpośrednim zakresem jej zadań. Raport komisji ogłoszony w listopadzie 1942 r. stał się czymś więcej niż planem reformy ubezpieczeń społecznych „i pokrewnych instytucji”; stwarzał nową konstrukcję świadczeń społecznych, opartą na gruntownej przebudowie wszystkich istniejących uprzednio systemów i pomyślaną w ten sposób, aby świadczenia te mogły przyczynić się do zupełnego usunięcia niedostatku i nędzy. Co więcej, koncepcje walki z niedostatkiem wiązały się w tym ujęciu z szerszymi planami przebudowy społeczno-gospodarczej, dotyczącymi w szczególności spraw zatrudnienia i organizacji służby zdrowia. Nic zatem dziwnego, że plan Beveridge’a, ujmujący tak szeroki zasięg spraw w płaszczyźnie realnych i umotywowanych wniosków, a nie luźnych postulatów, stał się wydarzeniem – i to nie tylko na miarę angielską. /…/
U podstaw planu Beveridge’a leży postulat wolności od niedostatku, sformułowany w ramach programu czterech wolności prezydenta Roosevelta i włączony następnie do karty atlantyckiej. Przedmiotem planu jest właśnie wskazanie środków, które mogłyby zapewnić w stosunkach angielskich całkowitą realizację tej wolności, tj. zupełne usunięcie nędzy i niedostatku. Analiza stosunków związanych z rozwojem gospodarczym Wielkiej Brytanii pozwala na stwierdzenie, że cel ten jest w pełni możliwy do osiągnięcia. Dochód społeczny na głowę ludności wzrósł poważnie w okresie 1913-1938, pomimo przypadającej na ten okres wojny światowej i następującego po niej kryzysu masowego bezrobocia. Wzrosła również w tym samym czasie stopa życiowa rodzin robotniczych, czemu towarzyszyła poprawa stanu zdrowotnego i znaczny spadek śmiertelności. Badania przeprowadzone w latach 1929-1937 we wschodniej dzielnicy Londynu, w Bristolu i w Yorku, wykazały, że rodziny robotnicze o dochodach przekraczających minimum egzystencji są znacznie liczniejsze od rodzin nie dochodzących do tej normy, co więcej, że globalna nadwyżka dochodów ponad minimum egzystencji pierwszej grupy przewyższa wielokrotnie łączny niedobór grupy drugiej. Ten stały wzrost dochodu społecznego kraju, pomimo wielu niesprzyjających okoliczności, stwarza dogodne podstawy dla upowszechnienia dobrobytu. Niezbędne jest tylko zastosowanie pewnych, stosunkowo łatwych w tych warunkach do przeprowadzania, korektyw w podziale dochodu, aby usunąć całkowicie zjawiska nędzy i niedostatku, których utrzymywanie się jest – jak twierdzi Beveridge – skandalem na tle ogólnego wzrostu zamożności.
Rodzaj tych niezbędnych korektyw i przesunięć wskazują badania społeczne nad przyczynami nędzy i niedostatku, przeprowadzone w wielu ośrodkach Anglii w latach bezpośrednio poprzedzających wojnę światową. W świetle tych badań okazało się, że 3/4 do 5/6 przypadków niedostatku wiąże się z przerwą w zarobkowaniu lub utratą możności zarobkowania na skutek tzw. wydarzeń losowych, podczas gdy pozostała 1/6 do 1/4 – związana jest z niedostosowaniem wysokości zarobków do potrzeb rodzin mających większą liczbę dzieci. Dla usunięcia niedostatku konieczne jest zatem stworzenie powszechnego systemu świadczeń społecznych, które by z jednej strony zastępowały zarobek we wszystkich przypadkach jego odpadnięcia, a z drugiej uzupełniały jego wysokość w stosunku do rodzin o liczniejszym składzie. Pierwszą grupę świadczeń reprezentują przede wszystkim ubezpieczenia społeczne, które pomyślane są w planie Beveridge’a jako główny trzon akcji zwalczania niedostatku i stąd zajmują w nim niejako miejsce centralne.
Wymagają one jednak pewnych uzupełnień nawet we właściwej im dziedzinie łagodzenia skutków wydarzeń losowych. Uzupełnienia te dotyczyć muszą z jednej strony tej kategorii osób, dla których świadczenia ubezpieczeniowe – pomimo najszerszego ich ujęcia – okażą się niedostępne; z drugiej zaś tych osób, które są w stanie zapewnić sobie na wypadek ryzyk losowych wydatniejsze świadczenia ponad minimum egzystencji, stanowiące podstawę orientacyjną wymiaru świadczeń w ubezpieczeniach społecznych. Te dwa uzupełniające systemy to: w pierwszym wypadku opieka społeczna, której nie da się usunąć, mimo że rola jej ulegnie znacznemu zacieśnieniu, a w drugim – ubezpieczenia dobrowolne, którym zostawia się zgodnie z tradycjami angielskimi szerokie pole działania, polegające na uzupełnianiu świadczeń społeczno-ubezpieczeniowych.
Zupełnie odrębną dziedzinę świadczeń stanowić mają natomiast dodatki rodzinne (czy raczej dodatki na dzieci – children’s allowances), których zadaniem jest uzupełnianie zarobków w stosunku do liczniejszych rodzin. Chodzi tu zarówno o usunięcie ważnego źródła niedostatku, jak i o pośrednie oddziałanie na wzrost rozrodczości, co ma w Anglii szczególne znaczenie, ze względu na silny spadek przyrostu naturalnego i związane z tym niebezpieczeństwo zahamowania wzrostu ludności.
Dodatki na dzieci łącznie z ubezpieczeniem społecznym, opieką społeczną i ubezpieczeniem dobrowolnym mają stanowić konsekwentnie pomyślany system zabezpieczenia społecznego (social security), gwarantującego wszystkim obywatelom pewne minimum dochodu w przypadku wystąpienia potrzeb nie dających się zaspokoić przy pomocy własnych środków i starań. Minimum to traktowane jest wprawdzie skromnie, ale realnie, jako dochód niezbędny dla utrzymania się i zaspokojenia podstawowych potrzeb. Ponad tak pojęte minimum egzystencji wychodzą jedynie świadczenia ubezpieczeń dobrowolnych, stwarzając możliwości zagwarantowania dochodu o wyższym wymiarze.
System zabezpieczenia społecznego oznacza zatem zabezpieczenie dochodów szerokich rzesz ludności na poziomie niezbędnym co najmniej dla usunięcia niedostatku i nędzy. Plan Beveridge’a, poświęcony skonstruowaniu tego systemu, traktuje go wyraźnie jako część – choć bardzo istotną – ogólnego programu przebudowy społecznej, do którego należą m.in. takie dziedziny, jak walka z brakiem oświaty, bezrobociem i chorobą. Koncentrując się w zasadzie na problemie walki z niedostatkiem, plan Beveridge’a podkreśla równocześnie bardzo silnie wzajemną łączność tych wszystkich dziedzin. /…/
Plan Beveridge’a /…/ domaga się objęcia zakresem ubezpieczeń społecznych ogółu obywateli, bez względu na charakter ich pracy (najemny czy samodzielny), a nawet bez względu na to, czy pracują w ogóle zarobkowo, czy też utrzymują się z innych źródeł. Oznaczałoby to włączenie do zasięgu ubezpieczeń 47 milionów osób, z których circa 18,1 milionów stanowiliby pracownicy najemni, 2,6 miliona – samodzielnie zarobkujący, 9,45 miliona – kobiety zamężne, 2,3 miliona – osoby w wieku produkcyjnym nie pracujące zarobkowo, 9,8 miliona – dzieci poniżej 15 lat oraz 4,75 miliona – starcy powyżej 65 lat (liczby wg szacunku na r. 1944). Ogół tych osób ma otrzymać pełne ubezpieczenie w stosunku do wszystkich grożących im ryzyk losowych, ponieważ jednak ryzyka te nie są dla całej masy ubezpieczonych jednakowe, więc dzieli się ją na 6 klas, odpowiadających podanemu wyżej wyliczeniu. Najszerszy wachlarz ryzyk przewiduje się w stosunku do pracowników najemnych, którzy mają mieć prawo do świadczeń w razie starości, niezdolności do pracy (tzn. zarówno choroby, jak i inwalidztwa), bezrobocia, wypadku przy pracy, a ponadto do zasiłku pogrzebowego i pełnego leczenia w razie choroby. W stosunku do innych klas odpadają pewne świadczenia, np. zasiłek bezrobocia dla samodzielnie zarobkujących i niepracujących zarobkowo, wchodzą w grę natomiast inne, nie stosowane wobec pracowników najemnych, jak np. zasiłek na przeszkolenie zawodowe (training benefit), mający umożliwić nabycie nowych umiejętności w razie zmiany sytuacji życiowej. Najbardziej powszechny charakter mają świadczenia na starość i pogrzebowe oraz pomoc lecznicza, których wprowadzenie przewiduje się w stosunku do wszystkich klas ubezpieczonych.
Podkreślić należy, że plan Beveridge’a zrywa z tradycyjnym schematyzmem ujmowania ryzyk ubezpieczeniowych, wprowadzając w tej dziedzinie wiele zmian i uzupełnień, mających na celu lepsze dopasowanie świadczeń do potrzeb. Szczególnie interesujące z tego punktu widzenia, jest potraktowanie w planie grupy kobiet zamężnych, które w dotychczasowych systemach ubezpieczeniowych objęte są zazwyczaj ogólnymi przepisami, tzn. ich uprawnienia do świadczeń uzależnione są od faktu zarobkowania – poza pomocą leczniczą i położniczą oraz rentą wdowią, przyznawaną im niekiedy z tytułu ubezpieczenia męża. Rozwiązania te nie biorą pod uwagę, że sytuacja kobiety zamężnej ma charakter szczególny i wiąże się z szeregiem swoistych ryzyk, wymagających zastosowania odrębnego układu świadczeń. Nie wydaje się również właściwe wiązanie tych świadczeń z zarobkowaniem samej kobiety zamężnej, gdyż jej praca w domu na rzecz rodziny, mająca tak doniosłe znaczenie społeczne, powinna być dostatecznym uzasadnieniem dla pełnego udziału w planie ogólnego zabezpieczenia.
Wychodząc z tych założeń, plan Beveridge’a wyodrębnia kobiety zamężne w osobną klasę ubezpieczonych, stwarzając dla nich szeroko rozbudowany system świadczeń, opartych na ubezpieczeniu męża, bez obowiązku opłacania składek przez same kobiety na własny rachunek. Świadczenia te obejmują częściowo szereg nowych, nie uwzględnianych dotychczas ryzyk, jak np. ryzyko separacji, rozwodu lub porzucenia, które traktowane są w zasadzie na równi z ryzykiem wdowieństwa. Przewiduje się również świadczenia na wypadek choroby połączonej z niemożnością prowadzenia gospodarstwa domowego; świadczenie polegać ma w tym wypadku na opłaceniu kosztów pomocy domowej. Z drugiej strony poddaje się natomiast pewnej korekcie zasady udzielania znanych uprzednio świadczeń. I tak np. renty wdowie mają być wypłacane długoterminowo tylko w przypadkach stwierdzonej niezdolności do pracy, poza tym zaś mają nosić charakter krótkoterminowych zasiłków, przedłużanych jednak w razie posiadania nieletnich dzieci – na okres do ukończenia przez nie nauki szkolnej, a w razie potrzeby nabycia pewnych kwalifikacji zawodowych dla stworzenia sobie własnych podstaw egzystencji – na okres przeszkolenia, nie dłuższy niż 6 miesięcy. W ten sposób stwarza się pewną ciągłość świadczeń, gwarantując pełne pokrycie potrzeb, przy uniknięciu jednak wszelkich przerostów, wynikających z automatycznego udzielania świadczeń w przypadkach nieuzasadnionych istotnymi potrzebami.
Ryzyka losowe, dotykające rodzinę w osobie zarobkującego męża, stwarzają – według planu Beveridge’a – uprawnienia do świadczeń, wymierzanych z uwzględnieniem potrzeb nie samego pracownika, lecz pary małżeńskiej, o ile żona nie pracuje zarobkowo. Wymiar tego łącznego świadczenia równa się sumie świadczeń, do jakich mieliby prawo współmałżonkowie w razie, gdyby oboje zarobkowali. W przypadku macierzyństwa kobiecie zamężnej przysługiwać mają obok pomocy leczniczej i położniczej także świadczenia pieniężne (zasiłek macierzyński). Fakt wykonywania pracy zarobkowej nie warunkuje uzyskania tego zasiłku, wpływa jedynie na jego większy wymiar. Jest to zresztą jedyny wypadek, w którym Beveridge dopuszcza wpływ zarobkowania kobiety zamężnej na wysokość przysługujących jej świadczeń. We wszystkich pozostałych przypadkach ubezpieczenie kobiety zamężnej z tytułu własnego zarobkowania nie odgrywa w ogólnym systemie zabezpieczenia tej kategorii osób poważniejszej roli, dając prawa do świadczeń zredukowanych i skalkulowanych w taki sposób, że równają się one kwocie przypadającej na żonę w łącznym świadczeniu dla pary małżeńskiej, wspomnianym powyżej. Plan Beveridge’a przewiduje jeszcze jednorazowy zasiłek małżeński, udzielany kobiecie na podstawie uprzedniego ubezpieczenia w momencie zawarcia małżeństwa.
Konstrukcja i wymiar świadczeń ubezpieczeniowych to następna dziedzina, w której plan Beveridge’a postuluje duże zmiany, zgodnie ze swym zasadniczym dążeniem do pełnego pokrycia potrzeb i usunięcia źródeł niedostatku. Nastawienie to rozstrzyga o konieczności znacznej podwyżki świadczeń, przedłużenia okresów ich wypłacania oraz złagodzenia warunków uzyskania świadczeń, w przeciwstawieniu do reguł, obowiązujących dotąd zazwyczaj w ubezpieczeniach. Opierając się na tradycji anglosaskiej, Beveridge postuluje jednolity wymiar świadczeń, odpowiadający minimum egzystencji, pragnie jednak nadać tej jednolitości szersze niż dotychczas znaczenie, uniezależniając wysokość świadczeń nie tylko od pobieranych uprzednio zarobków, lecz także od rodzaju ryzyka losowego, które wywołało utratę zarobku. Staje on bowiem na stanowisku, że potrzeby człowieka czy rodziny, pozbawionej dotychczasowych źródeł egzystencji, są w zasadzie we wszystkich przypadkach ryzyk jednakowe, nie ma zatem podstaw do stosowania różnic, uzasadnianych zazwyczaj względami finansowymi lub technicznymi, a nie rzeczowymi. W nielicznych przypadkach, gdy potrzeby mają szczególny charakter, jak np. w razie macierzyństwa, dopuszcza się wyższy od ogólnego wymiar świadczeń; ma to jednak charakter wyjątku. W zasadzie obowiązywać mają jednolite normy świadczeń, co nie tylko upraszcza w ogromnym stopniu ich wymiar i usuwa wiele nieusprawiedliwionych i krzywdzących różnic w ich wysokości w stosunku do różnych grup otrzymujących zasiłki, lecz ponadto realizuje w znacznej mierze postulat głębiej pojętego scalenia ubezpieczeń. /…/
Okresy udzielania świadczeń unormowane są w planie Beveridge’a zgodnie z ogólną zasadą pełnego pokrycia potrzeb, wynikających z wydarzeń losowych. Odrzuca się wszelkie automatyczne ograniczenia, stosowane zwłaszcza w ubezpieczeniach krótkoterminowych, ze względu na równowagę finansową ubezpieczeń. I w tym wypadku, podobnie jak w innych, na plan pierwszy wysuwa się układ potrzeb, który decyduje o strukturze ubezpieczenia, natomiast kalkulacja finansowa zepchnięta zostaje niejako do roli wtórnej, polegającej na znalezieniu technicznych rozwiązań, zgodnych z zasadniczymi założeniami. Jako zasadę przyjmuje się, że wypłata świadczenia nie może ulec przerwie lub zawieszeniu, jeśli potrzeba wywołana wydarzeniem losowym trwa nadal. I tak np. zasiłek z tytułu bezrobocia ma być udzielany przez cały okres braku pracy, z tym tylko ograniczeniem, że po półrocznym okresie pobierania zasiłku, warunkiem dalszej wypłaty ma być uczęszczanie na kurs przeszkolenia zawodowego lub do ośrodka pracy. Podobnie bezterminowa ma być wypłata zasiłku inwalidzkiego z warunkiem poddania się przeszkoleniu, o ile okoliczności na to zezwalają. Niektóre świadczenia mają z natury rzeczy charakter wypłat ograniczonych w czasie, jak np. zasiłek chorobowy, macierzyński czy wdowi /…/. Wówczas jednak stwarza się możliwość kontynuowania bez żadnej przerwy świadczeń z innego tytułu, jeśli potrzeba – choć o zmienionym charakterze – trwa nadal. I tak np. zasiłek chorobowy przechodzi po upływie pewnego czasu automatycznie w inwalidzki, zasiłek wdowi może być zastąpiony zasiłkiem na przeszkolenie zawodowe lub na opiekę nad dziećmi etc. To wiązanie świadczeń przy zachowaniu pełnej ich ciągłości nadaje ubezpieczeniom społecznym charakter jednolitego, wewnętrznie zharmonizowanego systemu.
Szczególną uwagę poświęca Beveridge rentom starczym, które ze względu na wprowadzenie ich we wszystkich klasach ubezpieczonych i ogólną tendencję, wzrastania liczbowego starszych roczników wieku, wysuwają się spośród wszystkich świadczeń jako najliczniejsze i najbardziej kosztowne. W tym jedynym przypadku dopuszcza Beveridge odstępstwo od ogólnych zasad wymiaru świadczeń na rzecz konieczności finansowych, przewidując, że renty te będą przejściowo wypłacane w zaniżonej wysokości i osiągną pełny wymiar, na drodze stopniowych podwyżek, dopiero po 20 latach. W tym przejściowym okresie uzupełnianie rent ma przypaść opiece społecznej. Ustalając jako granicę wieku starczego 65 lat dla mężczyzn i 60 lat dla kobiet, Beveridge postanawia równocześnie, że warunkiem uzyskania tej renty ma być faktyczne zaprzestanie pracy. Przewiduje się przy tym premiowanie opóźnionych zgłoszeń o rentę starczą, w celu stworzenia pewnej dodatkowej zachęty do dłuższego pozostawania w aktywności zawodowej i korzystania ze świadczeń tylko w razie niezbędnej potrzeby.
Uwagi powyższe wprowadzają już nas w dziedzinę warunków przyznawania świadczeń, które w planie Beveridge’a ulegają znacznemu złagodzeniu, na skutek pewnego rozluźnienia związku pomiędzy uprawnieniami do świadczeń a opłacaniem składek. Wiąże się to z przyjęciem zasady, że przerwy w zarobkowaniu, wynikające z niektórych wydarzeń losowych, przede wszystkim z bezrobocia i inwalidztwa, zaliczane są do okresu uprawnień ubezpieczeniowych, na równi z okresami opłacania składek. /…/
Składki odgrywają /…/ dużą rolę w planie Beveridge’a, stanowiąc podstawowe źródło finansowania całego systemu. Odpowiada to wysokiej zdolności ubezpieczeniowej społeczeństwa angielskiego, które zdolne jest do bezpośredniego poniesienia dość znacznych ciężarów, związanych z zaspokojeniem przyszłych potrzeb. Wiąże się to również z ogólnym nastawieniem tego społeczeństwa, które docenia w pełni znaczenie własnego aktywnego wkładu w urządzenia społeczne, niechętne jest natomiast wszelkiej akcji świadczeniowej o charakterze zapomóg (doles), udzielanych na gruncie badania stanu potrzeby (means test). Pojęcia te leżą u podstaw planu Beveridge’a, który harmonizuje w swoisty sposób tendencje kolektywno-zaopatrzeniowe z zachowaniem pewnych zasad czysto ubezpieczeniowych. /…/
Opieka społeczna to uzupełnienie działalności ubezpieczeń społecznych w stosunku do tych kategorii osób, które pomimo szerokiej rozbudowy świadczeń ubezpieczeniowych nie będą w stanie w ich ramach się pomieścić. Żaden system ubezpieczeniowy, nawet tak liberalnie i szeroko pomyślany jak w planie Beveridge’a – nie może pokryć całkowicie wszystkich potrzeb, związanych z wydarzeniami losowymi. Zwykle pozostaje tu pewien margines potrzeb, możliwych do uwzględnienia tylko w ramach akcji opiekuńczej, jako mniej schematycznej i nie związanej tak ścisłymi przepisami prawnymi. W przypadku planu Beveridge’a margines ten jest stosunkowo wąski, obejmuje jednak pewne kategorie osób, które bądź to nie zdołają – pomimo mocno zliberalizowanych przepisów – nabyć uprawnień do świadczeń, bądź utracą te świadczenia wskutek nie poddania się rygorom ubezpieczeniowym (np. bezrobotny odmawiający poddania się przeszkoleniu), bądź wreszcie mają specjalne potrzeby, nie mieszczące się w ramach akcji świadczeniowej ubezpieczeń (np. choroby wymagające szczególnej kuracji i opieki, niektóre przypadki separacji małżeńskiej lub porzucenia żony etc.). Ponadto w przejściowym okresie zadaniem akcji opiekuńczej ma być uzupełnianie rent starczych, do czasu wypłacania ich w pełnej wysokości. Niezbędne jest zatem utrzymanie opieki społecznej, choć należy oczekiwać, że zasięg jej w miarę rozbudowy świadczeń ubezpieczeniowych będzie się zacieśniał. Reforma w tej dziedzinie polegać ma /…/ na uproszczeniu struktury administracyjnej władz opiekuńczych oraz ustaleniu jednolitych zasad oceny potrzeb i wymiaru zasiłków, na miejsce stosowanych obecnie w tej dziedzinie kilku odrębnych systemów.
Odrębny rodzaj świadczeń stanowić mają /…/ dodatki na dzieci, których rola polegać ma na zagwarantowaniu minimum dochodu dla licznych rodzin w czasie zarobkowania, podobnie jak świadczenia ubezpieczeniowe gwarantują to minimum podczas przerw w pobieraniu zarobku lub jego utraty. Konstrukcja dodatków na dzieci, mających usunąć następne ważne źródło niedostatku, pomyślana jest w planie Beveridge’a w ten sposób, aby stanowiły one istotną pomoc dla rodzin posiadających większą liczbę dzieci, nie pokrywając jednak pełnych kosztów ich utrzymania. W ten sposób zaakcentowana jest raz jeszcze zasada harmonizowania akcji zabezpieczeniowej państwa z wkładem własnym jednostki, opartym na jej inicjatywie i poczuciu odpowiedzialności. Dodatki mają być wypłacane, poczynając od drugiego dziecka, w wysokości 8 szylingów tygodniowo, co odpowiada na ogół kosztom wyżywienia i ubrania dziecka, bez uwzględnienia jednak innych potrzeb (jak np. zwiększone wydatki na mieszkanie). Finansowanie dodatku na dzieci planowane jest w całości z funduszów publicznych.
Wszystkie omówione powyżej rodzaje świadczeń składają się na pełny system zabezpieczenia społecznego, który ma zagwarantować wolność od niedostatku i nędzy ogółowi obywateli. System ten, pomyślany jako konsekwentna i wewnętrznie zharmonizowana całość, ma być również w praktycznym wykonaniu zwarty i jednolity. W tym celu planuje Beveridge utworzenie specjalnego resortu pn. Ministerstwa Zabezpieczenia Społecznego (Ministry of Social Security), któremu podlegać mają zarówno ubezpieczenia i opieka społeczna, jak i administrowanie funduszami przeznaczonymi na dodatki na dzieci. W ten sposób ma być osiągnięte scalenie organizacyjne systemu świadczeń społecznych, czemu towarzyszy jednak dążenie do decentralizacji i rozbudowy różnych form lokalnych agend wykonawczych w dostosowaniu do potrzeb poszczególnych kategorii ubezpieczonych. Duży nacisk kładzie się na dobór i szkolenie personelu administracji społecznej, ze szczególnym uwzględnieniem problemów człowieka, które wysuwają się w sferze działania tej administracji na miejsce naczelne. Ministerstwu Zabezpieczenia Społecznego podlegać ma fundusz ubezpieczeń społecznych (social insurance fund), w którym koncentrować się mają wszystkie wpływy ubezpieczeń i z którego mają być dokonywane wypłaty na wszelkie świadczenia. Wreszcie, przy Ministerstwie Zabezpieczenia Społecznego przewidziana jest Komisja ubezpieczeń społecznych (Social Insurance Statutory Committee), której zadanie polegać ma na kontrolowaniu sytuacji finansowej ubezpieczeń oraz realnej wartości wypłacanych przez nie świadczeń. Zaliczenie tej ostatniej sprawy do głównych zadań komisji świadczy o dążeniu twórców planu do trwałego zharmonizowania wysokości świadczeń z potrzebami, także na wypadek przyszłych zmian kosztów utrzymania i siły nabywczej pieniądza.
Sprawy opieki nad zdrowiem wykraczają już poza dziedzinę walki z niedostatkiem, nie są zatem objęte bezpośrednio planem zabezpieczenia społecznego. Ścisły związek tych spraw z ubezpieczeniami społecznymi i opieką sprawił jednak, że nie mogły być one w planie Beveridge’a całkowicie pominięte. Już przy omawianiu świadczeń ubezpieczeniowych zatrąca on wielokrotnie o sprawy lecznictwa, traktując pomoc lekarską jako jedno ze świadczeń powszechnych, dostępnych dla wszystkich ubezpieczonych. /…/ plan Beveridge’a pragnie oprzeć służbę zdrowia na zasadzie pełnej powszechności bez wiązania jej jednak organizacyjnie i finansowo z ubezpieczeniami społecznymi. Przejawia się w tym znana już przed wojną tendencja połączenia różnych form społecznego lecznictwa, wraz z lecznictwem ubezpieczeniowym w jednolity system powszechnej służby zdrowia, dostępnej bezpłatnie dla wszystkich obywateli, przy równoczesnym ograniczeniu ubezpieczeń społecznych do ich właściwej roli: udzielania świadczeń pieniężnych w przypadkach wydarzeń losowych. Plan Beveridge’a wyciąga pełne konsekwencje z tego stanowiska, postulując stworzenie służby zdrowia, udzielającej wszelkich form pomocy leczniczej wszystkim obywatelom bez pobierania od nich jakichkolwiek opłat. Odpowiadałoby to realizacji powszechnego prawa do zdrowia, analogicznie do uznanego już wcześniej prawa do oświaty. /…/
Plan Beveridge’a, tak rewolucyjny niekiedy w swej treści, stanowi jednak w istocie jedynie wyciągnięcie konsekwencji z dotychczasowej linii rozwojowej świadczeń społecznych w Anglii, do której stale w swych koncepcjach nawiązuje. Sam Beveridge, podnosząc tę cechę planu, określa go jako rewolucję typu brytyjskiego. /…/
przez redakcja | czwartek 12 kwietnia 2012 | inspiracje, nasze tradycje
20 czerwca 1947 r.
w debacie nad ustawą i preliminarzem budżetowym na rok 1947
Wysoki Sejmie! Najlepszą charakterystyką każdego rządu jest zawsze jego budżet. Cecha obecnego zaś to przede wszystkim jego tajemniczość. Dominuje w nim bowiem kolosalna, nieokreślona ściśle, zagadkowa pozycja blisko 50 miliardów na wyżywienie ludności, rzekomo po to, by po zniesieniu osobnego Funduszu Aprowizacyjnego osiągnąć jednolitość i powszechność całej gospodarki. Tylko wtedy w tym jednolitym budżecie powinno się ustalić, ile łącznie wynosi wydatek w poszczególnych działach gospodarczych, np. na obronę narodową, począwszy od kosztów wyżywienia robotnika, wydobywającego węgiel i żelazo, by zrobić karabin lub buty dla żołnierza, a nie wtłaczać tego w ryczałtową pozycję wydatków na „wyżywienie ludności” bez określenia, czy ta ludność pracuje dla celów wyżywienia, dla odbudowy czy też dla nowego uzbrojenia.
Brak również w tym budżecie szczegółowych wydatków na obronę i na bezpieczeństwo, tak że razem z tą nieokreśloną pozycją 50 miliardów „na wyżywienie ludności” tajemnicze pozycje wynoszą aż 90 miliardów złotych, a więc przeszło połowę wszystkich wydatków.
W budżecie tym, jak za czasów endeckich, jak za czasów Piłsudskiego i Śmigłego, wysunęły się na czoło wydatki na obronę narodu i na wojsko. To charakteryzuje też ten rząd dosadniej niż wszystkie piękne, roztaczane plany. Preliminuje się bowiem na wojsko ogromną kwotę 25 miliardów, nie licząc tego, co jest ukryte w 48-miliardowej pozycji na wyżywienie ludności. I chociaż przekonano się już boleśnie, że w warunkach, w których żyjemy, nie jesteśmy w stanie zapewnić swej niepodległości żadną własną siłą, żadną armią narodową i żadnymi sojuszami, znowu z uszczerbkiem dobrobytu całego społeczeństwa budujemy wielką armię i tworzymy obronę słowiańskich narodów, nie bacząc, że to jest właśnie rasizm słowiański, który jutro może wywołać powstanie bloku innych szczepów i rozpętać nową wojnę, w której – pomijając moralne względy – możemy się okazać słabsi, bo szczep słowiański nie jest największy i najsilniejszy na świecie.
I wtedy nie pomogą nam żadne buńczuczenia: „na wieki” i „zawsze”, i „nigdy”, tym bardziej, iż widzieliśmy, jak „nigdy” i „zawsze” zmieniały się nawet w ciągu jednego pokolenia.
My swój niepodległy byt możemy zabezpieczyć tylko przez swoją politykę – nie ludowo-demokratyczną, lecz szczerze demokratyczną i pokojową, przez respektowanie woli całego narodu i budowanie solidarności międzynarodowej bez względu na rasy i szczepy.
Jeżeli zaś jest tak, to po co ten ogromny wysiłek powstającego z gruzów państwa w kierunku budowania narodowego wojska? Z kim my się to mamy bić? Z Niemcami? Oni są rozbrojeni, a nad tym, aby nie powstawały wśród nich nowe tendencje agresji czy odwetu, czuwać musi cała międzynarodowa organizacja narodów, a nie armia polska. Z Czechosłowacją, z którą dopiero co zawarliśmy pakt przyjaźni, czy – jak dawniej z Moskwą, która dziś sama daje nam broń, nawet na kredyt? Po co więc ta droga zabawa w wojsko, tym bardziej, że trzeba zawsze pamiętać, że kto stwarza armię, stwarza równocześnie i możliwość wojny.
Druga z kolei najwyższa pozycja w wydatkach to bezpieczeństwo, na które wydajemy przeszło 17 miliardów, znowu nie licząc tego, co jest już ukryte w pozycji „na wyżywienie ludności”.
A teraz te pozycje wydatków na utrzymanie władzy porównam z wydatkami dla obywateli.
Niestety, ze względu na brak czasu nie mogę omówić sposobów szerzenia tej reklamowanej dziś oświaty, obecnych głodowych pensji nauczycieli, poziomu nauki i jego kontroli przy egzaminach ze strony związków zawodowych i politycznych partii i przejdę do odbudowy.
Mimo że naszym głównym zadaniem ma być odbudowywanie z gruzów, które zostały po tej strasznej wojnie, preliminujemy na tę odbudowę – poza obietnicami wielkich inwestycji – wszystkiego razem aż 1700 milionów.
Na opiekę społeczną chcemy wydać niespełna 5 miliardów, a zatem znacznie mniej niż dała nam pomoc zagraniczna z Zachodu.
Przez cały wiek walczyliśmy o to, by człowiek, gdy sterał już swe siły w pracy, miał zapewnioną spokojną starość i nie był traktowany jak śmieć niepotrzebny. Dziś, gdy partie robotnicze przyodziały się w purpury władzy – niestety – apoteozują znowu tylko siłę i młodość. A przecież zapewnienie życia tym, którzy lata całe pracowali ofiarnie i pracą swoją zdobyli swoje uprawnienia, to nie łaska, ale pierwszy obowiązek spoczywający na państwie, które głosi sprawiedliwość społeczną.
Powoływanie się na konieczność utrzymania równowagi w budżecie i na brak pieniędzy – dla mnie nie jest żadnym usprawiedliwieniem.
Co bowiem, Panowie, w tym budżecie chcecie zrównoważyć i co w nim stawiacie po dwóch stronach? Czy tak jak w najlepszych burżuazyjnych, kapitalistycznych czasach – złoto, którego nie macie, i banknoty? W budżecie państwowym faktycznie są zawsze tylko potrzeby społeczne – i to są wydatki – i uruchomiona energia ludzka, i praca, która ma je zaspokoić.
Obowiązkiem więc rządu jest nie to, by stwarzał silne armie i korpusy bezpieczeństwa, bo tej apoteozy siły mieliśmy już dość za sanacji, lecz to, by był sprawiedliwy, by sprawiedliwie rozdzielał plony pracy ludzkiej, by nie deklarował, lecz rzeczywiście nie dopuszczał do wyzysku jednego człowieka przez drugiego, i by umiał zorganizować pożytecznie i celowo pracę ludzką, która jest jedynym bogactwem społeczeństw.
Co wyście, Panowie, z tego wszystkiego spełnili prócz rzucania coraz głośniejszych obietnic i prócz bezkrytycznych chwalb, które – jak powiedziałem już raz – nie mają żadnego znaczenia? Samo zadowolenie rządzących jeszcze nie wystarcza i budzi w społeczeństwie tylko wielką obawę, że nie potrafią poprawić zła ci, którzy go nawet nie widzą. Czy to naprawdę ta nowa rzeczywistość i te nowe urządzenia to już świtająca wolność i sprawiedliwość społeczna? Czy zmniejsza się w niej wyzysk?
Porównajmy sposób życia ustosunkowanego działacza społecznego, który syty i zadowolony może składać dziesiątki tysięcy na cele społeczne i wzywa do tego samego swych przyjaciół. Porównajcie ich – choćby tylko na wygląd. Posłuchajmy głosów i skarg przeciętnego obywatela na drożyznę, na ceny, które rząd oficjalnie ustanawia.
Nie umiano również w dostatecznej mierze uruchomić pracy i energii ludzkiej. Słyszę coraz częściej o ustawicznych redukcjach to w tym, to w innym mieście i patrzę na zastój ruchu budowlanego, a równocześnie na te masy kramów w Warszawie, zaś w Krakowie na nową tandetę, na Sukiennice, na Planty. To wszystko bezrobotni, przeważnie robotnicy budowlani i niekwalifikowani, którzy nie mogąc się utrzymać z pracy handlują i wyzyskują się nawzajem, demoralizując się coraz bardziej. To złuda, że usunięto bezrobocie i że dziś nie ma już bezrobotnych.
A przecież jeżeli my jako socjaliści żądaliśmy uspołecznienia produkcji – to nie po to, by zmieniać tytuł jednych władców na drugich, lecz by usunąć wszelki wyzysk, uruchomić pracę ludzką i wprowadzić sprawiedliwość społeczną.
Chwalą się władze przemysłowe ustawicznym wzrostem produkcji i tym, że jednak dziś upaństwowione przedsiębiorstwa oddają swe plony i towary całemu społeczeństwu. Tylko zapominają, że kapitaliści też chcieli oddać wszystko, co robiły ich przedsiębiorstwa, i byli nawet nieszczęśliwi, gdy tego zrobić nie mogli – tylko zawsze chcieli to zrobić tak, by otrzymać zysk.
Pisałem kilkakrotnie przed wojną w prasie robotniczej, że samo upaństwowienie nie usunie jeszcze krzywdy społecznej i nie wyzwoli człowieka z jarzma drugiego człowieka. Dla ludzi kwestia: kto ich wyzyskuje – kapitał czy państwo – jest obojętna. Obojętne jest też dla nich, czy otrzymają zapłatę w zakładzie państwowym, czy prywatnym i czy kupią towary w spółdzielni, czy w sklepie. Tylko nie jest obojętne dla nich, ile mają pracować, jaką otrzymają zapłatę za ich pracę, ile muszą płacić za towary, i nie jest dla nich obojętny stopień władzy jednych nad drugimi i stopień ich wolności.
Powiedział mi przed laty starszy marynarz szwedzki, kiedy zachwyciłem się wobec niego dobrobytem i kulturą Szwecji, że on pamięta jednak w swym dzieciństwie, jak jego kraj był jeszcze krajem ciemnoty, nędzy i pijaństwa, a pojęcie „Szwed” było równoznaczne z pojęciem brutala i głupca. Jeśli zaś w ciągu trzech czy czterech pokoleń naród szwedzki osiągnął swój obecny wysoki poziom, to tylko przez coraz większe równouprawnienie i przez coraz większą wolność.
Byłoby też wielkim błędem, gdyby ktoś, jak zrobił to w poprzedniej sesji p. wicemarszałek Zambrowski, wolność oceniał wedle wzrostu i stanu członków związków zawodowych, które zresztą dziś zmieniły swój dawny charakter organów walki przeciwko wyzyskowi przedsiębiorców, a stały się – razem z rządem jako przedsiębiorcą – organizacją sprawowania władzy. Czy zresztą w hitlerowskiej Rzeszy w ciągu dwóch lat Ley nie podwoił czy nawet nie potroił stanu członków związków zawodowych? /…/
To nie są przejawy wolności, której podstawą jest zawsze równość praw wszystkich obywateli – nie tylko bez różnicy ich urodzenia i majątku, lecz również bez różnicy ich przynależności partyjnej i przekonań.
Natomiast bezsprzecznie pewien postęp w kierunku prawdziwej wolności zobaczyłem w pięknej deklaracji Sejmu o wolnościach obywatelskich, chociaż przyznaję, że wolałbym znacznie, gdyby te piękne zasady przejawiały się również w odpowiednich, chociażby suchych ustawach i w życiu. /…/
Nie chciałbym jednak, aby to, co mówię, wywołało tylko znowu ataki na moją osobę. Przez całe życie walczyłem szczerze o wolność człowieka i o demokrację przeciwko wszelkim dyktatorskim zakusom i przez całe życie byłem z tego powodu przedmiotem ataków: to rządzącej konserwy, to rządzącej endecji, to rządzącej sanacji, a dziś znowu rządzącego Bloku, który przywłaszczył sobie wyłączne prawo na postęp i słuszność. Przyznam jednak otwarcie, że właściwie powinienem być dumny, że niemal po półwiekowej mojej działalności ci nowi moi przeciwnicy nie mogą mi zarzucić nic, jak tylko to, że dziś jestem stary, i nieprzyzwoicie, po chamsku naśmiewają się z moich niedomóg fizycznych i braku sił, które sterałem w walce. Albo szarpią i szczypią mnie tam, gdzie sięgną: po stopach, po łydkach, i obrzucają mnie ordynarnymi wyzwiskami – „odszczepieniec”, „warchoł”, „zwolennik liberum veto”, „reakcjonista” czy „zdrajca”. Czy naprawdę było to wyrazem mojego warcholstwa i takim „zabawnym incydentem” – jak napisał „Robotnik” – gdy głosowałem sam przeciwko pełnomocnictwom dla rządu, do którego nie mam zaufania? Czy też zabawne było to, że ci, którzy przez całe życie zasadniczo walczyli przeciwko wszelkim pełnomocnictwom, zaczęli swe rządy właśnie od tych pełnomocnictw? Czy to naprawdę ja jestem reakcjonistą?
Jeszcze w roku 1927 napisałem wyraźnie, że zdążamy do władzy klasy robotniczej, opierając się na zasadzie demokracji i na zasadzie, że prawem jest wola większości. Do tej chwili – pisałem – większości tej w społeczeństwie nie mamy. Mimo to od zasady demokracji nie odstąpiliśmy i nie odstępujemy. Rozumiemy bowiem, że mając do rozporządzenia wolność prasy, wolność zgromadzeń, stowarzyszania się i prowadzenia walki – zdobywamy przez naszą pracę organizacyjną, agitacyjną i kulturalną, z roku na rok, coraz większy wpływ w społeczeństwie, coraz więcej zwolenników i w ten sposób stwarzamy dla siebie stałą podstawę do ujęcia władzy w państwie przez ludzi pracy, stanowiących przecież większość narodu. Tak pisałem jeszcze przed 20 laty i pod tym względem nie zmieniłem swego przekonania. Toteż śmieszy mnie bardzo, gdy dziś słyszę górne zapowiedzi, że „nie dopuścimy już nigdy do błędu z roku 1918”, który my, socjaliści, mieliśmy popełnić przez to, że mając za sobą nie więcej niż 25% społeczeństwa, nie próbowaliśmy sięgnąć po władzę dyktatorską.
Błąd popełniliśmy nie w 1918 r., lecz popełniamy go dziś przez zbytnią swoją niecierpliwość i przez zrywanie zielonych jeszcze jabłek w sadzie.
A zdrada? W pojęciu zdrady mieści się przede wszystkim korzyść. Co ja zdradziłem kiedykolwiek w życiu? Swoje socjalistyczne ideały czy nasz wspólny program PPS, w którym nigdy nie było hasła „jednolitego frontu” ani z PPR, którego wówczas jeszcze nie było, ani z komunistami, których dziś znowu już nie ma.
To nie ja się zmieniłem, to wyście się zmienili i stanęliście na stanowisku dyktatury proletariatu, choć pokrywacie ją nową nazwą „demokracji ludowej”. To wam wolno. Ale nie wolno wam nazywać mnie zdrajcą za to, że wspólnie z wami nie chciałem dokonać tej karkołomnej zmiany.
Stanąłem więc wśród was sam, choć nie sam w społeczeństwie i w klasie robotniczej – i sam razem z niezłomnym PSL walczę o te same ideały wolności, o które walczyłem przez pół wieku, przekonany głęboko, że prędzej czy później one zwyciężą.
Moją bronią zaś – tak jak przez pół wieku – są tylko słowa, które w tej chwili kieruję też nie do tych ław, lecz do całego narodu. A jeśli ktoś uzna je za podburzające i ze strachu je skonfiskuje, to przypomnę, że w tej samej sali przed 15 laty, zwalczając przedłożony budżet, powiedziałem bez przeszkody, że chcę „zburzyć spokój mas” przeciwko wszelkiemu złu i niesprawiedliwości – i dziś tylko dotrzymuję swoich zobowiązań.
Parlament niemy jest nonsensem, a Sejm winien być miejscem wolnego słowa – napisał Daszyński. Dziś na niego i na mego szczerego przyjaciela Niedziałkowskiego powołuje się dzisiejsza PPS, chociaż obaj byli zaciętymi przeciwnikami wspólnego frontu [z komunistami] i bronili wolności słowa.
Moje słowa, rzucone z tej trybuny – nawet najostrzejsze – z pewnością mniej sprzeniewierzają się już nie wierności dla Rzeczypospolitej, lecz jej prawom, niż to, gdy po zamknięciu sesji sejmowej zwołało się komisje sejmowe, gdy oddawało się w nich pod obrady przedmioty, których im Sejm nie przekazał; gdy lekceważy się jednomyślną uchwałę, powziętą jeszcze przed półtora rokiem, że w przeciągu 2 tygodni ma być znowelizowany dekret mieszkaniowy, gdy wbrew istniejącemu prawu znosi się obowiązujące święta narodowe.
Praworządność i prawo – o czym dopiero co tak pięknie mówił p. premier Cyrankiewicz – obowiązują nie tylko obywateli, szarych ludzi, lecz również tych, którzy mają władzę, którzy to prawo wydali i którzy są jego wykonawcami.
Kończąc tym oświadczam tedy, że z polityką tego rządu nie zgadzam się i jako wyraz tego będę głosował przeciwko przedłożonemu budżetowi, który ani nie zapewnia powszechnej wolności, ani nie jest wyrazem sprawiedliwości społecznej.
przez redakcja | czwartek 12 kwietnia 2012 | inspiracje, nasze tradycje
Słowo – to wyraz społeczny myśli. Zadaniem słowa jest łączyć, wiązać. Lecz, że słowo – więź społeczna przechodzi przez pryzmaty dusz milionów jednostek, więc otrzymuje niezliczone mnóstwo odcieni, zabarwień, nie tylko więc łączy, lecz i dzieli. Zwłaszcza dotyczy to słów nie przedmiotowych, lecz pojęciowych.
W słowa „ewolucja” i „rewolucja” kładą ludzie treść najróżniejszą. W ładnej broszurze, poświęconej odrodzeniu socjalizmu w duchu, Jan Hempel kilka razy przytacza zwroty poetyckie Słowackiego o „duchu, wiecznym rewolucjoniście”.
Ten zwrot w poezji brzmi barwnie i jaskrawo. Lecz jeżeli wmyślimy się weń, musimy przyjść do przekonania, że rewolucjonizm wieczny, to to samo, co rewolucjonizm ciągły, a rewolucjonizm ciągły – to nic innego, jak ewolucjonizm. Bo właśnie ze słowem „ewolucja” łączy się pojęcie ciągłości, w przeciwieństwie do pojęcia załamania, uskoku, katastrofy, które się łączą ze słowem „rewolucja”.
Tak właśnie ujmuje pojęcie rewolucji Mickiewicz w jednej z prelekcji paryskich: Nie łudźmy się tym mniemaniem, że ludzkości nie pozostaje nic więcej, tylko postępować bezpiecznie i spokojnie powolnym krokiem. Nie! W krainie życia wszystko posuwa się przez wstrząśnienia. Człowiek nie staje się pomału i nieznacznie z dziecka starcem; są w rozwijaniu się i schyłku jego ciała chwile wstrząśnień. Jest chwila, kiedy wychodzi na młodzieńca, jest druga, kiedy poczyna być mężem [dorosłym], jest inna, kiedy zapada w starość.
Życie nie może obyć się bez wstrząśnień, bez katastrof, bez rewolucji. Na to się zgodzić trzeba. Zwłaszcza, o ile chodzi o formę, ciało. Bo z tej dziedziny czerpie przykład Mickiewicz.
Wstrząśnienia – to widome, namacalne znaki przemian, zachodzących zarówno w człowieku-jednostce, jak i zbiorowościach ludzkich.
Chodzi przecież o ustalenie, czy te znaki stanowią o przemianach samych. Jaka ich jest rola dziejowa? Jaki winien być nasz stosunek do ewolucji i rewolucji?
Są ludzie, którzy gotowi są do tych znaków sprowadzać cały sens wiecznie pulsującego życia. Są ludzie, którzy wszelkie przemiany utożsamiają z rewolucją. Jest to stanowisko z gruntu fałszywe i szkodliwe.
Rewolucja – to tłumacząc na język naszych doświadczeń narodowych, znaczy tyle, co przewrót społeczny. Jeżeli zaś nie używamy tego określenia, to bodaj dlatego, że w dziedzinie społecznej nie przeżywaliśmy, jako naród, takiego przewrotu społecznego, któryby odpowiadał tym zjawiskom i wstrząśnieniom, które doświadczenie obce włożyło w słowo „rewolucja”.
Istotę ewolucji i rewolucji tak ujmuje myśliciel polski, August Cieszkowski: Otóż jak każdy organizm w żywotnej naturze wzrastać i przekształcać się może bez koniecznej choroby – jeśli tylko zewnętrzne przyczyny jej zarodu weń nie wniosą – tak też i organizm ludzkości wkroczyć by mógł zaiste w okres dojrzałego zdrowia, bez dalszych konwulsji – bez zwykłych dotąd cierpień i rozdarcia. I to właśnie zowie się ewolucją bez rewolucji. Lecz skoro tylko organiczny postęp dozna jakiejkolwiek tamy – skoro normalna ewolucja przygłuszona zostanie – oczywiste, iż oddziaływa na tamę, sprawia dopiero rewolucję w samym organizmie, i rodzi boleść, której można było uniknąć!
Życie jest płynne, jest zmienne. Życie wciąż się staje i wciąż zmienia. Treść społeczna wciąż narasta, wciąż się zmienia. Jest to prawo ewolucji, a nie rewolucji. Ewolucja – oto istota i treść życia w skali wiecznościowej. Każda chwila, każdy dzień, każde wydarzenie najdrobniejsze, każda myśl, każde uczucie wnoszą do życia pewne zmiany nieuchwytne być może, lecz istotne. Inna rzecz, że te zmiany w różnych warunkach bytu są różne zarówno co do ilości, jak i jakości. Inna rzecz, że w pewnych warunkach nie wszystkie zmiany mogą się uzewnętrznić; zwłaszcza o ile chodzi o zmiany w dziedzinie form spożycia. Są formy życia tak ścisłe i tak mało elastyczne, że dostosować się do treści życia nie mogą. Wtedy z myśli i uczuć nieobleczonych w ciało czynu, tworzy się jakby atmosfera pełna gazów i pary, która w pewnym momencie dziejowym powoduje wybuch, rozsadzenie form, rewolucję.
Czy więc rewolucja, jako zjawisko dziejowe jest przemianą treści społecznej? Czyż więc rewolucja, jeżeli zastosujemy to słowo do jednostki, jest przemianą treści duchowej człowieka?
I tak, i nie!
W życiu społeczeństwa ciągła zachodzi zmiana. A więc zburzenie formy, w której społeczeństwo żyło być może wieki całe, nie może nie spowodować zmian. Zmiany te po części, jeżeli chodzi o treść społeczną, nie są tak raptowne, głębokie, jak sądzą niektórzy. Cała doniosłość wydarzenia dziejowego polega na tym, że zmiany te zostały uwidocznione przez wstrząśnienia powstałe wskutek zburzenia formy.
Mieszczaństwo francuskie nie przeobraziło się do gruntu przez zburzenie form bytu dotychczasowych przez rewolucję. Mieszczaństwo to zmieniało się i dojrzewało w ciągu całych wieków monarchii i absolutyzmu oświeconego.
Filozofia XVIII wieku słusznie uważana jest za jedną z głównych przyczyn Rewolucji – pisze de Tocqueville w swej pracy „Dawny ustrój i rewolucja”. A kwestii nie ulega, że tych przyczyn główniejszych było więcej i istniały dawniej. I mieszczaństwo francuskie nie zdawało sobie zupełnie sprawy, kiedy wybuch rewolucji nastąpi, ani jakie będzie miał skutki. Tak samo było w Rosji. A różnica była ta tylko, że doświadczenia Wielkiej Rewolucji Francuskiej nauczyły ludzkość rozumieć, że formy nie odpowiadające treści społecznej, o ile nie zostaną przystosowane do niej, muszą pęknąć i prysnąć prędzej lub później. Tzw. rewolucjoniści rosyjscy zdawali sobie sprawę, że bezmyślny carat musi doprowadzić do wybuchu; i przystosowali się do walki, gdy ten wybuch nastąpi. Lecz tak samo, jak moment i skutki Wielkiej Rewolucji Francuskiej były nieznane i nieprzewidziane przez wodzów ówczesnego mieszczaństwa, tak samo nikt w marcu 1917 roku w Petersburgu, na parę dni przed wybuchem Wielkiej Rewolucji Rosyjskiej, nie wiedział, kiedy ona nastąpi.
Rewolucja – to wybuch społeczny, którego świadomie zrobić ani spowodować nie można, bo nie sposób ani wymierzyć dokładnie stanu napięcia treści społecznej, ani stanu prężności [elastyczności] form uciskających.
Rewolucja to przemiana gwałtowna form bytu – wskutek ciągłej zmiany treści społecznej.
I tu dochodzimy do istotnej różnicy między rewolucją i ewolucją. Ewolucja – to zmiana ciągła treści społecznej, czyli Ducha Społecznego. Rewolucja – to gruntowna, periodyczna zmiana formy.
Treść społeczna, która płynie z Ducha, jest wieczna, ciągła, ewolucyjna. Formy społeczne, które mają swe podstawy w materii, są nietrwałe, rwące się, rewolucyjne. W dziedzinie życia duch przejawia się przez formę. Nie tylko duch oddziaływa na formę, lecz i forma oddziaływa na ducha. Nic przeto dziwnego, że zburzenie form dotychczasowych, przeobrażenie ich, wpływa na zmianę ducha, treści społecznej. Ma to miejsce zarówno w życiu społeczeństwa, jak i jednostki poszczególnej.
Wydarzenia życiowe oddziaływają na stan i rozwój naszego ducha. Spośród danych nam cech naszego ducha – przeżycia mogą jedne w nas przytłumić, inne rozwinąć. Wstrząśnienia spowodowane przez formy bytu mogą oddziałać na tok zmian w nas się dokonujących, lecz przeobrazić treści duchowej, która jest nam dana, nie są w stanie. Wstrząśnienia te będą znakiem widomym zmian naszego ducha; będą słupem umówionym czy pomyślanym tych zmian, lecz nie stanowią o jakimś przeobrażeniu się, o pojawieniu się cech ducha, których nie było, ani o zaniku innych całkowitym.
Człowiek ma dane raz na zawsze wszystkie właściwości ducha. Zmiany, które w nim zachodzą – przy świadomym wysiłku czy podświadomie – to rezultat rozwijania właściwości jednych ducha, a tłumienia innych, to rezultat opanowywania formy, ciała, lub kapitulowania przed nią.
Człowiek, który żyje świadomie duchem, zmienia się ciągle. Różne tylko jest tempo, różna bywa skala tych zmian.
Tak samo człowiek, który nie żyje duchem, zmienia się ciągle. Różnica jest ta tylko, że w tym ostatnim zmiany widoczne są nie tyle w treści, w duchu, co w formie, ciele.
Rewolucja w życiu jednostki – to tragiczne zderzenie formy, ciała, z duchem, treścią. Taką rewolucję przeżywa człowiek, gdy poświęca swe życie cielesne na ołtarzu idei. Rewolucja ta – to załamanie pewne, uskok, kataklizm wewnętrzny. Rewolucja ta – to moment życiowy. I ta rewolucja nawet nie przesądza zmian dalszych, zmian ciągłych, a więc ewolucji. I ta rewolucja niemożliwa jest, jeżeli jej nie poprzedził proces świadomych wysiłków ducha, zmian ciągłych, ewolucyjnych.
To zestawienie wykazuje nam, że jeżeli chodzi o pracę w duchu, o doskonalenie ciągłe, proces ten odbywa się nie przez rewolucję, lecz przez ewolucję.
Duch rewolucjonistą nie jest wiecznym, lecz ewolucjonistą. Bo duch wymaga pracy ciągłej, a nie dorywczej. Bo duch wymaga pracy twórczej, a nie burzącej. Duch zniszczenia, burzenia – to zjawisko chorobliwe, wyjątkowe.
Inna rzecz, że duch, wciąż stający się, ciągły, ewolucyjny, oddziaływa na formę, która z natury rzeczy jest bardziej ścisła, mniej chaotyczna, jako rzecz materii, a więc powoduje wstrząśnienia tej ostatniej, rewolucję. Rewolucjonizm ten ducha jest przecież rzeczą przypadkową, pochodną, nie stanowi o nastawieniu ducha.
Nadużywanie słowa rewolucji i oddawania mu poniekąd przewagi nad ewolucją płynie z motywów uczuciowych. Już sam wzgląd na to, że ewolucja to wysiłek ciągły, a rewolucja – to wysiłek doraźny, usposabia życzliwiej dla rewolucji niż dla ewolucji. Bardziej skłonni jesteśmy podjąć wysiłek choćby bardzo ciężki, mocarny, byle raz na zawsze pozbyć się trudu, niż rozkładać go na każdy dzień powszedni. A i efekt rewolucji jest bardziej pociągający, niż szary ciąg zmian powszednich. W rewolucji wszystko wre, kipi, łamie się, druzgoce. Nasuwają się tysiące możliwości, złud, nadziei. Toteż rewolucja bardziej pociąga serca, zwłaszcza młodzieży, która wierzy w cuda zmian gwałtownych, jednorazowych, do dna zmieniających rzeczywistość. Lecz nie tylko na młodzież rewolucja oddziaływa przede wszystkim uczuciowo.
Rewolucja – to przewrót społeczny. I dlatego zrozumiałe jest, że w stosunku do rewolucji nie są obojętni ani ci, którzy o formach stanowią i ich strzegą, ani ci, którzy je łamią. Rewolucja wyzwala jednych, a powala drugich. Stąd momenty sympatii i antypatii. Rewolucja staje się bożyszczem dla jednych, szatanem – dla drugich. Około rewolucji rośnie legenda. Jedni oczekują od rewolucji wybawienia od wszelkich trosk, bólów, niedoli poprzedniego życia. Inni widzą w niej dopust Boży, żywioł złowrogi i niszczące dzieło szatana.
Te uczuciowe momenty, otaczające pewną atmosferą pojęcie rewolucji, zrozumiałe psychologicznie, nie są zgodne z głębiej ujętym doświadczeniem dziejowym, szkodliwe są ze stanowiska ideowego.
Rewolucja, jako zjawisko dziejowe, to zło, to żywioł ślepy i niszczący. To zło jest w pewnych warunkach nieuniknione, lecz złem być nie przestaje. Rewolucja łamie tamy na drodze rozwoju ludzkości, stwarza możliwość dalszego rozwoju, dalszych przemian. Lecz nie należy zapominać, że rewolucja tylko łamie i tylko niszczy. Rewolucja to nie wyraz światowy wysiłków Ducha Społecznego, lecz żywioł instynktów, żywioł brutalny, a nie twórczy w swej istocie. Na gruzach rewolucji Duch Społeczny musi przedsiębrać pracę ciężką, mozolną, ciągłą, ewolucyjną.
Rewolucja to etap bolesny w rozwoju, a nie cel. I dlatego nie może być pragnieniem i dążeniem społecznym. Rewolucja jako hasło, to bałwan, przesłaniający ideę, prowadzący na manowce.
Droga do celów ideowych, zmierzających do ustroju lepszego stosunków międzyludzkich, a zbliżających nas do społeczności Bożej na ziemi, najgłębszego pragnienia, najserdeczniejszej tęsknoty dusz ludzkich, to droga ciągłego stawania się, ewolucji, a nie rewolucji. Aby ustrój mógł być lepszy, aby stosunki międzyludzkie były oparte na podstawie wolności, sprawiedliwości, braterstwa, ludzie muszą się stawać lepsi, bardziej dojrzali społecznie. Tymczasem rewolucja, jako gwałt zbiorowy, jako przemoc, jako walka krwawa i wyczerpująca, osłabia ducha i znieprawia go. W rewolucji na czoło wysuwają się instynkty, chucie.
Idea społeczna urzeczywistnia się przez walkę. Lecz nie przez walkę tylko zewnętrzną z otoczeniem wrogim. Idea społeczna urzeczywistnia się przez walkę ciągłą, zarówno wewnętrzną, człowieka w sobie, w duchu, jak i zewnętrzną z wrogami idei. Bo idea społeczna jest tylko wtedy ideą żywą, gdy żyje w nas samych, gdy wcielamy ją sami życiem własnym. Jeżeli idea jest tylko formułą, hasłem, doktryną, która nie obowiązuje tych, co ją głoszą, jeżeli jest poza nami niejako i uwarunkowana jest zwycięstwem nad pokonanym wrogiem, żadna to idea.
Wielkim błędem socjalizmu ortodoksyjnego, materialistycznego, który dziś bankrutuje na korzyść ideowego, było sprowadzenie idei do konieczności dziejowej, która ma się stać i stanie się pomimo nas, bez świadomego naszego wysiłku duchowego. To stanowisko musiało się wyrodzić w brutalny determinizm, głoszony przez bolszewików rosyjskich. Uważają się oni za narzędzie ślepe w ręku dziejów. Czują się uprawnieni do zbrodni najpotworniejszych. Nic to nie znaczy. Ustrój nowy, lepszy, sprawiedliwy staje się – ich zdaniem – przez sam fakt zwycięstwa fizycznego tych, co dotąd byli na spodzie, byli gnębieni, krzywdzeni i grabieni. Wystarcza, jeżeli krzywdzeni i gnębieni uświadomią sobie krzywdę, niewolę, gwałty i w imię tego uświadomienia i poczucia zduszą, powalą gnębicieli. Wystarczą napisane nowe formy bytu.
To bezideowe stanowisko spowodowało wyolbrzymienie znaczenia rewolucji jako aktu boju ostatecznego o zwycięstwo.
To bezideowe stanowisko spowodowało używanie i nadużywanie słowa rewolucji, jako z jednej strony pobudki i nadziei, z drugiej – groźby.
To bezideowe stanowisko spowodowało, że z rewolucji uczyniono bałwana, który zastąpił światło idei.
To bezideowe stanowisko zrodziło potworne i ohydne hasło: im gorzej, tym lepiej, bo bliżej rewolucji.
To nic, że teraz jest źle; to nic, że jest i będzie gorzej, bo przyjdzie rewolucja i zmieni wszystko na nowe. To, co było ciemne, złe, głupie, stanie się światłym, dobrym, mądrym.
Widzimy rezultaty tej ideologii w Rosji i we Włoszech. Cały sens dziejów z treści dokonywanych przeobrażeń został przeniesiony na formy. Gdy forma się zmieni, a właściwie gdy znienawidzona i przytłaczająca forma zostanie zburzona do tła, nowe nastanie życie, zmieni się od razu treść społeczna. Ewolucji w sferze ducha nie ma, są tylko cuda rewolucji, a ewolucja jedynie – w dziedzinie materii.
Stanowisko takie mogło ugruntować się i urobić tylko tam, gdzie Duch Społeczny był w stanie niemowlęctwa, w warunkach najstraszniejszej niewoli, a płynąć mogło z bezsiły społecznej tych, co je głosili. Hasła rewolucyjne i wyolbrzymienie znaczenia rewolucji najbardziej krzewiły się w Rosji, pod caratem. W ponurych i dusznych warunkach bytu hasło rewolucji było zaklęciem czarodziejskim, które miało budzić promień nadziei w duszach niewolników, a jednocześnie być groźbą [pod adresem] ciemiężycieli.
Czekano na rewolucję jak na zbawienie; wierzono w rewolucję jak w bożyszcze; pokładano w niej nadzieję jak w cudzie. I oto przyszła! A, jak na ironię, najwięcej ucierpieli od niej ci, którzy jej hasło najbardziej głośno obnosili, którzy nawet w nazwie partyjnej umieścili to słowo. Socjaliści-rewolucjoniści [Partia Socjalistów-Rewolucjonistów, tzw. eserów – przyp. redakcji „Obywatela”] są najbardziej prześladowani w Rosji Sowieckiej; stokroć bardziej niż kapitaliści.
Mamy tu jaskrawą ilustrację różnic pomiędzy założeniami idealizującymi rewolucję a rewolucją jako zjawiskiem społecznym. Rewolucja – to żywioł ślepy, który nie zna założeń i nie zna idei. Rewolucję i rewolucyjność wyzyskać potrafią nie ci, którzy mają założenia ideowe i pragną je wcielać w życie, lecz ci, którzy wyczują instynkty mas ciemnych i na nich zagrać potrafią.
Bolszewicy nie dzięki programowi i doktrynie opanowali rewolucję, lecz dzięki temu, że rzucili w miliony chłopskie dwa hasła: „Precz z wojną!” i „Ziemia dla pracujących!”. Nie robotnik, najmita był tą siłą, która im dała w ręce władzę nad olbrzymim krajem, lecz chłop-żołnierz, który stanowił olbrzymią większość ludności.
Niewolnik, który zrzuci kajdany, nie zmienia się wewnętrznie, nie staje przez to nowym człowiekiem. Niewolnik rosyjski po zaspokojeniu swojej zemsty nad ciemiężycielami i po zabraniu ziemi, jest dziś w dużym stopniu tym samym niewolnikiem. Nowe formy bytu zmieniają go, lecz zmiany te dokonywają się bardzo powoli, ewolucyjnie. Na to rozważniejsi zwolennicy rewolucji powiadają zwykle: rewolucja od razu nie zmienia niewolnika w obywatela, lecz przez rozkucie kajdan stwarza warunki, które umożliwiają budowanie nowego życia.
Istotnie. Są formy tak potworne, które nie tylko nie są w stanie przystosować się do [nowej] treści społecznej, lecz oddziałują na treść tę w sposób taki, że rozkłada się ona wewnątrz z braku ruchu, czynu i tworzy gazy trujące, które muszą doprowadzić do rewolucji. Formami Ducha Społecznego, formami, w których Duch Społeczny może się rozwijać, są formy demokratyczne.
Lecz demokracja dopiero się staje. Formy poprzedzające demokrację polityczną były z natury swej ciasne, ujmowały społeczeństwo jak kajdany. Przejście do form demokratycznych nie mogło obejść się bez wybuchu, bez kataklizmu, bez zderzenia. Wyzwalająca się większość społeczna musiała zrywać więzy nałożone na nią przez panującą mniejszość. Ten proces miał miejsce wszędzie, gdzie treść społeczna, tj. większość dojrzewała na tyle, czy cierpiała tak bardzo, że dłużej wytrzymać nie mogła. W Polsce stosunkowo łatwo doszliśmy do form demokratycznych. Darowała je nam wojna i rewolucja w krajach ościennych. I dlatego rewolucja społeczna u nas jest bodaj na długo wykluczona.
Z tego możemy i powinniśmy sobie zdawać sprawę. Tak mówi nam doświadczenie dziejowe, przeżycia własne i rozum. Formy nasze nie tylko nie są za ciasne, nie tylko nie potrzeba ich rozpychać, lecz przeciwnie, są tak luźne, że możemy je zgubić, że mogą z nas oblecieć [opaść]. Wrogowie demokracji, wskazując na to, jak one pociesznie na nas wiszą, starają się je ośmieszyć i obrzydzić, a jednocześnie próbują z nas je zedrzeć. Te próby są czynione dziś natarczywie. I te próby są najbardziej brzemienne rewolucją. Bo reakcja polska pragnęłaby na nas nałożyć – w razie zwycięstwa – formy tak ciasne i tak nieodpowiednie, że katastrofa rewolucji byłaby prędzej lub później nieunikniona.
Ze stanowiska idei, ze stanowiska rozwoju Ducha Społecznego należy dziś utwierdzać wszędzie formy demokratyczne, formy ciągłe, ewolucyjne. Formy te, będące odpowiednikiem i wyrazem Ducha Społecznego, są tak zmienne, jak Duch sam. Stają się one wraz z rozwojem Ducha Społecznego, są elastyczne i luźne. Nie obiecują cudów, bo cudów, jako przeobrażeń doraźnych, a całkowitych w układzie stosunków międzyludzkich nie bywa; lecz otwierają przed nami pole szerokie pracy w duchu w imię idei.
Formy ewolucyjne są ważne nie tylko dla poszczególnych społeczności narodowych i dla całej ludzkości, lecz i dla poszczególnych jednostek ludzkich. W formach tych dojrzewa nie tylko Duch Społeczny, lecz i dusze poszczególnych ludzi. Rozwój ich wewnętrzny staje się bardziej pełny, wszechstronny i ciągły. Jednostka nie będzie się potrzebowała zrywać do krótkich okresów rewolucyjnego buntu, lecz nie będzie też zapadać w długie okresy reakcyjnego znużenia.
Rewolucja – to zderzenie treści społecznej z formą. Ewolucja – to harmonijne rozwijanie treści społecznej przez formę i formy przez treść społeczną.
Dążeniem, ideą ludzkości jest harmonia treści społecznej z formą. I dlatego ludzie idei, ludzie wierzący w Społeczność Bożą na ziemi, społeczność pracy, wolności, sprawiedliwości i braterstwa, muszą wierzyć w ewolucję, muszą liczyć przede wszystkim na rozwój wieczny i zwyciężanie Ducha Społecznego, a nie na katastrofy formy, materii.
przez Adam Pragier | czwartek 12 kwietnia 2012 | inspiracje, nasze tradycje
Wygląda to dziwacznie – ale do Marksa można zastosować bez większego błędu określenie „pisarz nieznany”. Napisał Marks wiele prac, które są przełożone na wszystkie języki i wciąż na nowo wydawane. Ale napisał także mnóstwo artykułów, porozsyłanych po pismach europejskich i amerykańskich w sprawach bieżących, i tysiące listów treści politycznej. Za dobrych czasów socjalizmu niemieckiego, ten rozproszony dorobek marksowski skrzętnie zbierano i po części wydawano. Także jeszcze po pierwszej wojnie światowej nie brakło opracowań monograficznych różnych fragmentów marksowskiej myśli politycznej i ekonomicznej, ale docierała ona w małym stopniu do szerszych kół. Upadek socjalizmu europejskiego, zarysowujący się współrzędnie z urzeczywistnianiem znacznej części jego programu (interesujący przykład dialektyki historycznej), sprawił, że Marks, wraz z całym jego dorobkiem, został dziś przejęty przez komunizm, bez żadnego oporu ze strony socjalizmu demokratycznego.
Sytuacja Marksa jako ekonomisty jest podobna do sytuacji Darwina w biologii. Nie podobna przejść mimo darwinowskiej teorii ewolucji i wszystkie rozważania współczesne i przyszłe o rozwoju życia na Ziemi, muszą uwzględniać – przyjmując czy odrzucając – dokonania Darwina. Spisane przed niespełna stu laty dzieło Marksa okazuje się w świetle późniejszej historii pełne błędnych przewidywań i jednostronnych sformułowań. Ale wiedza akademicka w zakresie socjologii i ekonomii, choć czasem nie wspomina Marksa, nie posuwa się naprzód ani na krok w swoich dociekaniach z górą od pół wieku, bez przyjmowania czy obalania jego twierdzeń.
Marks-polityk jest spadkobiercą i kontynuatorem myśli demokratycznej, stworzonej przez rewolucję francuską i choć tego nigdzie nie przyznaje, przez niektóre prądy socjalizmu utopijnego. W ekonomii, z początku zwłaszcza, interesuje się nie tyle konkretną stroną zjawisk, ile tworzeniem systemu, opartego na przyjętych z góry założeniach. Odwraca dialektykę Hegla od idei do czynnika materialnego i tworzy w taki sposób swą własną dialektykę materialistyczną, która w powiązaniu z materializmem historycznym ma się stać kluczem do zrozumienia wszystkich zjawisk i świadomego kierowania ich rozwojem. W polityce wszakże Marks nie jest doktrynalny, nie buduje abstrakcyjnego systemu, lecz zmaga się z układem sił w świecie, jaki widzi przed sobą i jaki wciąż zmienia się w jego oczach. Jego busolą jest wolność człowieka i narodu, tak jak ją proklamowała deklaracja praw człowieka, siły działające ocenia wedle roli, jaka im przypada w danej chwili dziejowej.
A teraz – słoń a sprawa polska. Marks zajmował się Polską żywo i wiele o niej pisał. Nie dlatego wcale, by szczególnie pokochał Polskę czy nawet znał ją bliżej. Ale dlatego, że najżywiej interesował się – Rosją. W Rosji widział groźbę dla wolności Europy i świata, i to nawet nie tylko dlatego, że nienawidził despotyzmu carskiego, ale dlatego, że doceniał znaczenie rosyjskich dążeń do ekspansji. Chciał odbudować niepodległą Polskę nie jako samotne „przedmurze” broniące Europy od wschodu, ale dlatego, żeby wolne i zjednoczone narody, Włochy, Polska, Niemcy i Węgry, stworzyły w Europie bastiony demokracji, narodowej i społecznej, zdolne do oporu wobec reakcyjnych monarchii. Dla tego samego celu chciał też rozbić monarchię austriacką i obalić zarysowującą się przewagę pruską.
Szczególnie interesujące są mało znane wypowiedzi Marksa z roku 1866 w londyńskim piśmie „Commonwealth” i jego przemówienie na łącznym posiedzeniu Rady Międzynarodówki i Polskiego Towarzystwa Robotniczego w Londynie 22 stycznia 1867 r. ku uczczeniu czwartej rocznicy powstania [styczniowego] roku 1863. Artykuł w „Commonwealth” zaczyna się od słów: Gdziekolwiek klasa robotnicza występowała samoistnie w ruchu politycznym, jej polityka zagraniczna, od samego początku, wyrażała się w słowach – odbudowanie Polski. Tak było z ruchem czartystów, póki istniał, tak było z francuskim ruchem robotniczym przed rokiem 1848, jak i w owym pamiętnym dniu, gdy robotnicy paryscy demonstrowali przed Zgromadzeniem Narodowym z okrzykiem „Vive la Pologne!”. Tak było także w Niemczech w latach 1848 i 1849, gdzie pisma robotnicze domagały się wojny z Rosją i odbudowania Polski. Marks przypomina, że mieszczaństwo w czasie wszystkich powstań polskich, choć nie opowiadało się głośno za Rosją, ale ją zawsze popierało, a tylko jedna Międzynarodówka Robotnicza wołała głośno o „opór przeciw wkraczaniu Rosji do Europy i o odbudowanie Polski”.
Marks sprzed niespełna stu laty jest i dziś aktualny. Zwraca się jakby przeciw dzisiejszym lewicowym snobom z „New Statesmana”1, przeciw prof. Carrowi2, prof. Cole’owi3 i prof. Laskiemu4, chwalcom i obrońcom Rosji sowieckiej. Wspomina gniewnie, że z frontu polityki zagranicznej robotników Europy Zachodniej i Środkowej wyłączyli się zwolennicy Proudhona, którzy odprawiają sąd nad uciśnioną Polską i wyrokują, że zasłużyła na swój los. Mają oni podziw dla Rosji jako dla wielkiego państwa przyszłości, jako dla narodu najbardziej postępowego na globie ziemskim, z którym w zestawieniu taki mizerny kraj jak Ameryka nie jest godzien wspomnienia. Oskarżają Radę Międzynarodówki Robotniczej o to, że wyznaje bonapartystowską zasadę wolności narodowej i że chce wyłączyć z Europy wielkoduszny naród rosyjski, co jest grzechem przeciw zasadom powszechnej demokracji i braterstwa wszystkich ludów. Marks zauważa, że ta postawa rewolucyjnych proudhonistów, obrana z frazeologii, godzi się dosłownie ze stanowiskiem skrajnych torysów wszystkich krajów w stosunku do Polski i Rosji. Jakże żywo przypominają te słowa okres Jałty, gdy obok londyńskiego „Daily Workera”5 i wszystkich asów Labour [Party], także „Times” doradzał Polakom pogodzenie się z rzeczywistością i uznanie światowej misji państwa rosyjskiego.
Marks wskazuje, że rozbiór Polski wpłynął na zahamowanie demokracji nie tylko w podbitym kraju, ale także w Europie Zachodniej. W szczególności Prusy związały się z Rosją solidarnością łupieżców i wsparte jej potęgą sięgają po opanowanie całych Niemiec. W samych Prusach ucisk rządu wobec Polaków, ograniczanie ich wolności obywatelskich, swobody prasy i stowarzyszania się, grozi równocześnie wolności wszystkich Prusaków. Tylko polityka robotnicza rozumie płynące stąd niebezpieczeństwo. Robotnicy – pisze Marks – nie tylko w Prusach, ale w całych Niemczech są zainteresowani bardziej, niż robotnicy jakiegokolwiek innego kraju, w odbudowaniu Polski i dawali temu wyraz we wszystkich swoich ruchach rewolucyjnych. Odbudowanie Polski oznacza dla nich zarazem wyzwolenie ich własnego kraju od stosunku wasalnego do Rosji.
Pod koniec drugiej wojny światowej, gdy wymyślono plan podziału świata na strefy wpływów sowieckich i anglosaskich, „Times” londyński przypomniał po wielekroć święte przymierze i jego główne dzieło: traktaty wiedeńskie z roku 1815. Zachwalał zalety tych traktatów: zgodę wielkich mocarstw opartą na lojalnym porozumieniu, stuletni pokój w Europie, swobodny rozwój narodów, w szczęściu i bezpieczeństwie. Układy w Teheranie, Jałcie i Poczdamie polityka brytyjska przedstawiała opinii swego kraju jako wznowienie założeń kongresu wiedeńskiego, i ta argumentacja poczytywana była za ostateczne uzasadnienie wartości tych traktatów. Marks pisze o tym: Układy z roku 1815 nakreśliły granice różnych państw europejskich wyłącznie dla dogodności dyplomatycznej, a szczególnie dla dogodzenia największej podówczas potędze kontynentalnej – Rosji. Pominięto życzenia, interesy i różnice narodowe ludności. W taki sposób podzielono Polskę, podzielono Niemcy, podzielono Włochy, nie mówiąc już o mniejszych narodach Europy południowo-wschodniej, o których podówczas mało kto wiedział. W następstwie, wszelki ruch polityczny w Polsce, w Niemczech i we Włoszech musiał rozpoczynać się od dążenia do przywrócenia jedności narodowej, bez której samo życie narodowe stawało się cieniem. Marks przypomina, że w związku z rewolucjami we Francji w latach 1830 i 1848 powstały porozumienia radykalnych przywódców z wielu krajów Europy, oparte na wspólnym programie, zmierzającym do wyzwolenia narodów uciśnionych i podzielonych, i że zmierzało to w praktyce do unicestwienia dzieła traktatów wiedeńskich. Dążenia te znajdowały poparcie w polityce zagranicznej ruchów robotniczych, które wiązały walkę o wolność narodową ze swą własną walką. Można to uzupełnić uwagą, że opór ten trwał nieprzerwanie, acz z różnym natężeniem, przez sto lat z górą i że jemu właśnie należy przypisać przywrócenie wielu narodom wolności przez traktat wersalski z roku 1919. Zainteresowana w obronie dzieła kongresu wiedeńskiego była jedyna tylko Rosja, którą święte przymierze wprowadziło w głąb Europy i usankcjonowało jako „dzierżyciela nieprzebranych zasobów skradzionego dobra”.
Czymże była Rosja – pyta Marks – gdy tworzyło się wielkie państwo polskie po połączeniu z Litwą? Jedną z podbitych prowincji mongolskich. A przecie w niewiele wieków później Polska, osłabiona przez niedorozwój polityczny, przez brak warstwy średniej i przez ciągłe wojny, padła jej ofiarą. Przez cały wiek XVIII trwało przenikanie rosyjskie w Polsce. A gdy rozbiory położyły koniec jej istnieniu, Europa tak już przywykła do rządów rosyjskich w Polsce, że była zdziwiona, iż Rosja nie zagarnęła jej sama, lecz dopuściła do udziału w łupie Prusy i Austrię. W tym miejscu czyni Marks uwagę zadziwiająco przenikliwą o znaczeniu propagandy w akcji rozbiorczej. Pisze: Nie było wtedy jeszcze oświeconej „opinii publicznej” w Europie. Jakkolwiek gazeta „Times” nie fabrykowała jeszcze wówczas tego szczególnego towaru, to jednak istniał pewien rodzaj opinii publicznej, opartej na olbrzymim wpływie Diderota, Woltera, Russa i innych pisarzy francuskich XVIII w. Katarzyna II przyhołubiła niejednego z tych pisarzy i to samo czynił Fryderyk II. Oni zrobili legendę „Semiramidy Północy” i „filozofia z Sanssouci”. Oni przedstawili światu Rosję jako kraj najbardziej postępowy na świecie, ostoję liberalizmu i obrończynię wolności religii. Bo przecie w imię wolności religii wkraczała Rosja w sprawy polskie. Prawdziwie pięknym przykładem wojny klasowej było – pisze Marks – gdy żołnierze rosyjscy i chłopi małoruscy palili społem dwory polskie po to tylko, by przygotowywać podbój tych obszarów przez Rosję, po czym ci sami żołnierze rosyjscy poddali znowu tych chłopów pod władzę ich panów.
Ta analiza działań propagandowych i ich znaczenia w polityce rosyjskiej jest jakby proroczą wizją tego, co działo się pod koniec minionej wojny. Nie było już wtedy „olbrzymiego wpływu” pisarzy francuskich, ale był „Times” ze swoim prof. Carrem i byli obrońcy religii, chłopów małoruskich i wolności społecznej z „New Statesmana” i była „oświecona opinia publiczna” lewicy brytyjskiej. Zdemokratyzowali się goście dworu rosyjskiego, zamiast kilku filozofów przybywali przed oblicze Stalina liczni podróżnicy ze związków zawodowych i parlamentu, a ponadto uczeni i artyści, kwakrzy, pastorowie, nauczyciele, listonosze i postępowe matki. Oni także przedstawiali światu Rosję jako kraj najbardziej postępowy na świecie, ostoję liberalizmu i obrończynię wolności religii.
Marks przypisuje duże znaczenie w ułatwianiu przenikania Rosji do Europy także bezpośredniemu działaniu propagandy brytyjskiej. Przypomina: Kiedy ostatnie ukazy [dekrety] dotyczące zniesienia państwa polskiego doszły do wiadomości czynników brytyjskich, główny organ giełdy zwracał się do Polaków z wezwaniami, by stali się Moskalami. Czemuż by nie miał tego czynić, skoro był to sposób dodatkowego zabezpieczenia sześciu milionów funtów, które niedawno właśnie kapitaliści angielscy pożyczyli carowi? To przypomnienie także nie jest pozbawione aktualności. Oto pod koniec minionej wojny wysłannicy rządu i koncernów sowieckich odbywali w City londyńskiej narady z przedstawicielami banków i przemysłu, w sprawie poczynienia większych zamówień „na odbudowę kraju”. Na ekranie marzeń City zarysowała się globalna suma tych zamówień – 400 milionów funtów. Następstwem tych urzekających rozmów była jednolita postawa brytyjska w ocenie błogosławieństw płynących z układów zawartych z Sowietami i pretensje do Polaków, że wyłamują się z powszechnego entuzjazmu. Ton nadawał w tych pretensjach „główny organ giełdy”, londyński „Times”, który w tym właśnie czasie był żartobliwie nazywany trzypensowym wydaniem „Daily Workera”.
Marks pisze: Nie brak ludzi naiwnych, którzy sądzą, że dziś wszystko się zmieniło, że Polska przestała być „potrzebnym narodem”, jak napisał pewien Francuz, i pozostała tylko sentymentalnym wspomnieniem, a sentymenty i wspomnienia nie są notowane na giełdzie. Ale cóż się właściwie zmieniło? Czy zmniejszyło się niebezpieczeństwo? Nie. Tylko ślepota intelektualna klas rządzących w Europie doszła do swego zenitu. Dalej następuje zdanie, które i dziś można wypisać jako kanon wszelkiej możliwej polityki europejskiej i światowej: Polityka Rosji jest niezmienna, co przyznał oficjalny historyk moskiewski Karamzin. Jej metody, jej taktyka czy manewrowanie, mogą się zmieniać, ale gwiazda polarna tej polityki – opanowanie świata – jest gwiazdą stałą. Marks przewiduje trafnie także niebezpieczeństwo płynące dla Europy z uczynienia Polski rosyjskim państwem satelickim. Powołuje się przy tym na Pozzo di Borgo, najwybitniejszego dyplomatę rosyjskiego. W czasie kongresu wiedeńskiego tłumaczył on Aleksandrowi I, że Polska może być dla Rosji bądź skutecznym narzędziem w jej zamysłach światowych, bądź niepokonaną przeszkodą: Polska będzie w ręku cara mocnym biczem, gdy Polacy uświadomią sobie, ile razy zostali przez Europę zdradzeni. Gdy dziś Rosja buduje w Polsce swoją najsilniejszą armię satelicką, pod dowództwem marszałka Rokossowskiego, bez wątpienia kieruje się względami, o których mówił Pozzo di Borgo przed 137 laty.
Istnieje jedna tylko alternatywa dla Europy: – pisze Marks – albo azjatyckie barbarzyństwo pod przywództwem moskiewskim zaleje ją jak lawina, albo Europa musi odbudować Polskę, stawiając między sobą a Azją 20 milionów bohaterów, by zyskać na czasie dla dokonania swego społecznego odrodzenia. Obco brzmi dzisiejszemu uchu określenie „20 milionów bohaterów” i nierealna jest także w obliczu praw nowoczesnej wojny koncepcja Polski jako przedmurza. Ale są to szczegóły raczej drugorzędne. Alternatywa pozostała w swojej istotnej treści bez zmiany. Jej pierwsza część, groźba zalewu barbarzyńskiego pod przywództwem moskiewskim, nie budzi wątpliwości. Jej część druga nie jest jeszcze wyraźnie sformułowana. Do niedawna obowiązywała formuła „containment”6, wsparta uzbrojeniem Europy Zachodniej. Z wolna zaczyna sobie torować drogę koncepcja „liberation”, co oznaczać ma politykę bardziej czynną. W chwilach większej śmiałości mówi się, że oznacza ona dążenie do wydobycia narodów satelickich z niewoli.
Jest rzeczą uderzającą, że Marks, wyznaczając Polsce tak ważną rolę w polityce europejskiej i w strategii walki z naporem rosyjskim na Europę, nie zastanawia się bliżej nad wewnętrznym życiem współczesnej mu Polski i nad istniejącym w Polsce układem sił społecznych. Niejako z góry przesądza, że przyrodzoną rolą Polski jest opór przeciw Rosji i związana z tym pomoc dla Europy, której Rosja zagraża. Do tego jedynego punktu ogranicza się jego zainteresowanie losami Polski.
Zgodnie z jego teorią, najbardziej dojrzałe do rewolucji są kraje o najwyższym stopniu rozwoju gospodarki kapitalistycznej. Gdy pisał swoje główne dzieło i gdy tworzył pierwszą międzynarodówkę, istniał jedyny tylko taki kraj, Anglia. Marks przewidywał swoją rewolucję społeczną w bardzo bliskiej przyszłości. Nie wiązał jej jednak z Anglią wiktoriańską, ale raczej z Francją, kapitalistycznie podówczas niedorozwiniętą, za to mającą wielkie tradycje rewolucyjne i Napoleona III na karku. Nieśmiało włączał do tych perspektyw rewolucyjnych także i Niemcy, choć rozważania w tym zakresie psuły mu Prusy, wspierane przez Rosję, i cesarska Austria. Polska ze swoimi „20 milionami bohaterów” znalazła się, jak widać, całkiem poza obrębem marksowskiej dialektyki rozwoju, ale za to z serwitutem na rzecz rewolucji społecznej w Europie Zachodniej.
Realne i aktualne w tych rozumowaniach pozostały wszakże i dziś dwa elementy: napór Rosji na Europę i Azję oraz związanie losów Polski z oporem Europy wobec Rosji. Realny i aktualny pozostał jeszcze trzeci element – zdrada Polski przez Europę Zachodnią.
________________
Powyższy tekst pochodzi z książki Adama Pragiera „Puszka Pandory”, wydanej przez Polską Fundację Kulturalną w Londynie w roku 1969. Książka zawiera zbiór artykułów autora z londyńskich „Wiadomości Polskich” i „Wiadomości”, jednak nie podano w niej szczegółów dotyczących pierwodruku zebranych tekstów. Od tamtej pory artykuł nie był wznawiany. Uwspółcześniono pisownię wedle obecnych reguł.
_________________
Przypisy redakcji „Obywatela”:
1 „New Statesman” – brytyjski tygodnik o profilu lewicowym, założony w roku 1913 w kręgu Towarzystwa Fabiańskiego (wśród jego twórców byli m.in. Sidney i Beatrice Webb oraz George Bernard Shaw) i ukazujący się do dziś. W okresie, który opisuje Pragier, zajmował on stanowisko prosowieckie (co krytykował m.in. George Orwell; nb. redakcja „NS” odmówiła opublikowania jego reportażu z wojny w Hiszpanii, w którym demaskował sowieckie wpływy i czystki po stronie republikańskiej).
2 Edward Hallett Carr (1892-1982) – znany i wpływowy brytyjski historyk, dyplomata, dziennikarz i publicysta. Od początku lat 30. zadeklarowany sympatyk ZSRR, autor m.in. 14-tomowej historii pierwszych dekad państwa sowieckiego. W czołowych brytyjskich czasopismach opublikował szereg prosowieckich artykułów. Znany był także z niechęci i lekceważenia wobec narodów Europy Środkowo-Wschodniej oraz m.in. z zajadłych ataków na wywodzące się z Armii Krajowej i obozu londyńskiego polskie siły opozycyjne wobec Sowietów i PPR.
3 George Douglas Howard Cole (1889-1959) – myśliciel, politolog, ekonomista i historyk brytyjski o lewicowych poglądach, wykładowca Oxfordu. Działał w Towarzystwie Fabiańskim, był jednym z czołowych teoretyków oddolnego i demokratycznego „socjalizmu gildyjnego”, krytycznego wobec marksizmu, wniósł także znaczny wkład do teorii i badań historii ruchu spółdzielczego. Autor wielu książek poświęconych myśli lewicowej, kooperatyzmowi, ruchowi robotniczemu i związkowemu. Wobec ZSRR zajmował naiwne, idealistyczne stanowisko, bagatelizując zbrodnie reżimu sowieckiego i brak swobód obywatelskich w stalinizmie.
4 Harold Joseph Laski (1893-1950) – politolog, ekonomista, profesor London School of Economics, członek władz Labour Party, w latach 1945-1946 jej sekretarz. W brytyjskich kręgach lewicowych należał do „frakcji” prosowieckiej.
5 „Daily Worker” – organ prasowy Komunistycznej Partii Wielkiej Brytanii, założony w roku 1930 (nie mylić z ukazującym się pod tą samą nazwą organem komunistów w USA). W roku 1966 dziennik zmienił nazwę na „Morning Star”, pod którą ukazuje się do dzisiaj. W opisywanym przez Pragiera kontekście był czasopismem wybielającym – z oczywistych względów – politykę władz Rosji sowieckiej.
6 Chodzi o tzw. doktrynę powstrzymywania, stworzoną przez George’a Kennana w roku 1947. Bazowała ona na wysiłkach mających na celu niedopuszczenie do dalszej ekspansji komunizmu na świecie (za pomocą tworzenia sojuszów wojskowych typu NATO, zabiegów dyplomatycznych, interwencji zbrojnych itp.), jednak w zasadzie godziła się z istniejącym stanem rzeczy, czyli z dotychczasowym zasięgiem sowieckiej strefy wpływów.
przez redakcja | czwartek 12 kwietnia 2012 | inspiracje, nasze tradycje
Uczniowie szli pierwsi, Ty za nimi. Oni byli głodni. A Ty? – Ewangeliści nic nie mówią o tym. Zajęty byłeś rozmową z gronem tych, którzy Cię otaczali. To oni dostrzegli, że uczniowie, idący przodem, zrywali kłosy, wycierali je w złożonych dłoniach i zjadali oczyszczone ziarna. Ci, którzy z Tobą rozmawiali, nie pomyśleli o głodzie Twych uczniów i o tym, jak by ich posilić podczas podróży. Ale jako „pobożni”, od razu pomyśleli: „Jest szabat; tego w szabat nie godzi się czynić; w święto nie wolno żąć i młócić; a to, co robią, to przecież – co prawda w małych rozmiarach – żniwo i młocka! To grzech! Nie wolno!”.
Ty, Jezu, stanąłeś w obronie swych uczniów. Przypomniałeś wolę Ojca Niebieskiego: „Miłosierdzia chcę!”.
I nam jest bardzo potrzebne to przypomnienie. Gdy zobaczymy, że ktoś nie zachowuje jakiegoś przepisu, zwyczaju czy nawet prawa, nie mamy od razu wołać z oburzeniem: „To grzech! Nie wolno!”. Ale mamy się najpierw zastanowić nad tym, dlaczego ten człowiek to zrobił lub to powiedział. Dlaczego zrywa kłosy, choć jest szabat? Dlaczego po kryjomu ściągnął bochenek chleba w sklepie? Dlaczego tych dwoje się rozeszło, a tamtych dwoje żyje ze sobą bez ślubu? Dlaczego ta dziewczyna poszła na ulicę? Dlaczego ten chłopiec się rozchuliganił? Dlaczego ten się rozpił? Dlaczego ten fałszował pieniądze, a ten dawał łapówki, a tamten je przyjmował? Dlaczego?
Trzeba nieraz długo i cierpliwie szukać odpowiedzi na to „dlaczego”. A gdy się zrozumie „dlaczego” – trzeba natychmiast myśleć o tym, jak pomóc temu bratu. Tak, to najpierw: jak pomóc? Rwą kłosy w dzień świąteczny, zjadają ziarno nie ze swego pola i powtarzają to wielokrotnie – widocznie są bardzo głodni. Gdzie tu jest gospoda, w której będzie można ich posilić? Do swych bowiem domów mają daleko. A i ten ich Mistrz też chyba jest głodny. Trzeba pomyśleć o tym, gdzie ich wszystkich przyjąć i czym nakarmić. A potem pomówmy z nimi o szabacie.
Podobnie mamy postępować we wszystkich wypadkach, gdy w kimś coś nam się nie będzie podobało. Zrozumieć, dlaczego ten człowiek jest taki, a potem skutecznie mu pomóc.
przez redakcja | czwartek 12 kwietnia 2012 | inspiracje, nasze tradycje
Miarą katolickości danego ustroju społeczno-gospodarczego, względnie jego tendencji rozwojowych, będzie stopień realizowania przezeń warunków zabezpieczających wolność jednostek, ale w taki sposób, by nie powstawały jakieś możliwości nadużywania tej wolności, a z drugiej strony, by ustrój umożliwiał i ułatwiał służbę na rzecz całości, by niejako uwydatniał solidarność interesów, a równocześnie – dodajmy – stwarzał formy rozstrzygania zatargów przez państwo, jako najwyższego arbitra oraz dawał państwu możliwość kierownictwa w stopniu zabezpieczającym przed nędzą, a zwłaszcza przed bezrobociem.
Cechą ustroju katolickiego będzie też przepojenie życia społecznego ideami chrześcijańskimi, gdyż bez tego każdy ustrój społeczno-gospodarczy wyrodzi się w jakichś formach wyzysku. Rzecz w tym, że bez względu na to, czy podstawą teoretyczną danego ustroju jest dążenie do całkowitej wolności jednostki, czy też, przeciwnie, całkowite podporządkowanie jednostki celom i potrzebom całości społecznej – rezultaty bywają dziwnie podobne. We współzawodnictwie silnych powstają najpierw duże różnice bogactw, z tego rodzi się instynkt władzy, jaką daje bogactwo i tendencje do… usunięcia współzawodnictwa, czyli do wprowadzenia planowania prywatno-gospodarczego. Takie planowanie prywatno-gospodarcze rodzi się najpierw w pewnej dziedzinie życia gospodarczego, potem objąć może działy pokrewne, wreszcie, przeważnie z inicjatywy kapitału finansowego, rozciąga się na coraz większą ilość działów gospodarstwa społecznego i w pewnym stopniu przypomina planowanie socjalistyczne, mimo istnienia własności prywatnej w sensie kapitalistycznym. Co więcej, takie planowanie może być wykonywane nawet przez państwo, gdy jego aparat jest poddany wpływom pewnych grup wielkokapitalistycznych.
Skądinąd w ustroju planowania socjalistycznego i upaństwowienia wszystkich czy prawie wszystkich narzędzi produkcji, rodzą się inne przemiany. Oto zróżniczkowanie dochodu społecznego postępuje w miarę jak rośnie faktyczne opanowanie życia gospodarczego przez aparat kierowniczy. Używając takich pojęć, jak „państwo socjalistyczne”, czy też „aparat socjalistycznego planowania”, skłonni jesteśmy – co wynika nawiasem mówiąc z błędnych założeń totalizmu – zapominać o tym, że ten aparat i to państwo są jednak reprezentowane przez żywych ludzi, a abstrakcyjne pojęcie należy tu po prostu zastąpić konkretnym obrazem biurokracji. Jest przecież faktem, że w gospodarce np. Rosji Sowieckiej zróżniczkowanie dochodu poszczególnych warstw jest nie mniejsze niż w krajach najjaskrawszych wybryków kapitalistycznych, a na pewno nie mniejsze niż w wielu krajach o zrównoważonej strukturze, które okrzyczano jako „kraje wyuzdanego wyzysku kapitalistycznego”.
Czyż więc nie widzimy wielkich analogii między rzeczywistym układem sił społecznych w krajach, które oficjalnie posługują się zupełnie rozbieżną frazeologią? Może różnica między pewnymi formami planowania kapitalistycznego i socjalistycznego jest raczej różnicą po prostu genezy niż aktualnego stanu rzeczy?
Amerykański socjolog [James] Burnham w swej głośnej (typowo zresztą amerykańskiej przez liczne symplifikacje i uproszczenia) książce o rewolucji menedżerów przeprowadza tę analogię i ma sporo racji. Nie dostrzega jednak nowych sił, przeciwstawiających się dyktaturom menedżerów, choć narastanie ich jest faktem oczywistym. Rzecz przy tym ciekawa, że pewne szablony socjalistyczne okazują się mało przydatne w praktyce tam, gdzie właśnie rozwój tych sił – mirabile dictu [rzecz zadziwiająca] pod hasłami socjalistycznymi – posunął się daleko.
Rosja Sowiecka nie miała kłopotów ze związkami zawodowymi, ponieważ były one tam słabo rozwinięte. Nieco więcej kłopotu było z nimi już w Polsce. W procesie Adama Doboszyńskiego1 prokurator, który nawiasem mówiąc wygadywał przy wielu okazjach niestworzone bzdury, powiedział, że prawdopodobnie Doboszyński chciał organizować „żółte związki zawodowe”. Otóż „żółtymi” nazywało się te związki, które były organizowane przez pracodawcę dla otumanienia robotników i pokierowania nimi w sposób zgodny z interesami pracodawcy. Według tego określenia, w dzisiejszej Polsce wszystkie związki zawodowe są żółte i bardzo jaskrawo żółte, gdyż są narzędziem trzymania w karbach żelaznej dyscypliny rzesz robotniczych, utrudniania im walki o ludzkie życie, nakłaniania do zwiększonej wydajności. Ale z początku były ze związkami zawodowymi pewne trudności. Podobne trudności występują także w socjalizowanych dziedzinach życia gospodarczego Anglii i tu nie dadzą się tak łatwo przezwyciężyć, gdyż wolność osobista jest niemożliwa do pogodzenia z socjalizacją, jak ją pojmują współcześni marksiści, to znaczy ze zwyczajnym upaństwowieniem narzędzi produkcji. Konflikty między pracą a kapitałem nie ustają przez to, że kapitalistą staje się państwo. Nową siłą społeczną są związki zawodowe – ich rozwój jest wyrazem emancypacji klasy robotniczej. Otóż jest rzeczą znamienną, że narastające nowe siły społeczne nie znajdują zdrowego ujścia dla swych energii ani w ustroju kapitalistycznym, ani w ustroju socjalistyczno-marksistowskim jaki wzoruje się na Rosji i polega na zwyczajnym zniesieniu własności prywatnej.
Jest rzeczą niesłychanie znamienną i powiedzmy dla niekatolika wprost zagadkową, że społeczna nauka Kościoła katolickiego, akceptując niejako rozwój związków zawodowych (nb. zgodnie z dawnymi tradycjami), wyznaczała mu dalszą drogę w formie zwiększonego udziału robotnika we własności już wówczas, kiedy rozwój związków zawodowych łączony bywał raczej z tendencją ku zupełnemu zniesieniu tej własności. Dziś jeszcze nie dla wszystkich ten dylemat będzie zrozumiały, dlatego, że związki zawodowe używane są przez komunizm do rozsadzania kapitalistycznego porządku rzeczy. Natomiast w razie zwycięstwa komunizmu, powiedzmy sobie w krajach zachodniej Europy lub w Ameryce, związki zawodowe stałyby się automatycznie największą przeszkodą dla urzeczywistnienia komunizmu według wzorów rosyjskich.
Natomiast organicznie postępuje proces wzrostu udziału robotników we własności także w krajach kapitalistycznych, choć nie dla każdego proces ten jest widoczny – przeoczył go mianowicie zupełnie wyżej wspomniany Burnham. Jeżeli rady załogowe podejmują współpracę z kierownictwem przedsiębiorstwa i uzyskują – w zgodzie czy w walce – wpływ na to kierownictwo, to oczywiście jest to rozszerzeniem władztwa robotników, choć nie jest z tym złączone żadne przepisywanie formalnych tytułów własności. Jestem pewny, że dzień, w którym robotnicy General Motors w zatargu o płace zażądali przedstawienia sobie kalkulacji produkcji samochodów, będzie kiedyś uważany za początek historycznego przełomu.
Od udziału w kierownictwie przez udział w zyskach droga prowadzi nieuchronnie ku udziałowi we własności. Własność prywatnych narzędzi produkcji nie jest dla Kościoła katolickiego dogmatem. Ale własność jest symbolem wolności jednostek, jest też tej wolności zabezpieczeniem. Chodzi zatem o to, by własność była upowszechniona, gdyż wolność, wynikająca z godności człowieka, jest przyrodzonym prawem wszystkich ludzi, a nie drobnej garstki wyzyskiwaczy. Coraz dalej postępujące zrozumienie tej problematyki jest – często nieuświadomionym – zbliżeniem do katolickich idei społecznych.
Być może, że ideał społeczeństwa bezklasowego jest możliwy do osiągnięcia. Nie oznacza to, by wszyscy ludzie mieli mieć równe dochody, ale oznacza brak nieprzebytych murów i różnic między ludźmi, takich, jakie stwarza czy to kapitalizm, czy komunizm z jego niedostępną elitą za murami Kremla. Droga do urzeczywistnienia ideału społeczeństwa bezklasowego nie prowadzi bynajmniej przez zupełne zniesienie prywatnej własności środków produkcji, lecz przez jej upowszechnienie.
Katolicka doktryna społeczna, w pełni świadoma węzłów łączących ludzi w społeczeństwo, nie ma powodu do odrzucania planowości gospodarstwa. Będzie jednak zawsze wolała planowanie kierunkowe w połączeniu z państwową polityką inwestycyjną od planowania ścisłego, czyli ilościowego. Pojęcia te są może niezrozumiałe dla czytelników, gdyż sama koncepcja gospodarki planowanej jest nowa, a terminologia z nią związana nieustalona. Przez planowanie kierunkowe rozumiem stwarzanie warunków szybszego rozwoju pewnych działów wytwórczości, oparte czy to na przewidywaniu spodziewanego popytu, czy na założeniach pozagospodarczych, przy pomocy najróżniejszych narzędzi polityki gospodarczej bez upaństwowienia narzędzi produkcji, a co za tym idzie bez przepisywania poszczególnym przedsiębiorstwom ścisłych ilości i jakości wytwarzanych dóbr. W połączeniu z zasadą subsydiarności [pomocniczości] odbiera to planowaniu ostrze totalistyczne, tak niebezpieczne dla wolności ludzi. Bez daleko idących luzów planowanie sprowadzić się musi do narzucenia przez nieliczną grupkę planistów wszystkiego: rodzaju i spożycia, sposobu pracy i całego życia.
Przemiany – oparte na stopniowej emancypacji mas robotniczych i zwiększeniu ich roli w życiu gospodarczym – rozwijają się po linii wytkniętej. Wydaje się, że wywrą one na kształtowanie się przyszłego ustroju wpływ o wiele większy niż eksperymenty totalistów, których efektowne, ale krótkotrwałe sukcesy zewnętrzne oszałamiają współczesnych. Na długą metę dynamiczność życia gospodarczego może być o wiele skuteczniej osiągnięta przez rozsądne związanie wynagrodzenia z wynikami pracy, co bywa na ogół osiągane najlepiej przez pracę na własny rachunek. Wielkie konflikty społeczne rodziły się zawsze tam, gdzie masowo wprowadzano pracę najemną, przy której tego związku nie ma. Problem istotnej przebudowy życia gospodarczego polega właśnie na tym, by w przedsiębiorstwach wielkich przywrócić ten związek, czyli w ostatecznym rezultacie zlikwidować walkę klasową przez likwidację klasy wydziedziczonych. Chodzi o nadrobienie opóźnienia w rozwoju form gospodarczych, powstałego wskutek oszałamiających postępów techniki.
Oczywiście, jak każdy ustrój gospodarczy, tak i ten, którego zarysy staram się zakreślić, może być narażony na niebezpieczeństwo wyrodzenia się w jakichś nowych formach wyzysku. Są jednak ustroje gospodarcze, które mogą doprowadzić do kryzysów, niedoli i wyzysku, a są takie, które do nich doprowadzić muszą. Dlatego same formy ustrojowe nie są jeszcze gwarancją ich dobrego funkcjonowania, ale są takie formy, które na pewno dobrze funkcjonować nie mogą, gdyż wypływają ze złego ducha i fałszywych doktryn, jak kapitalizm i komunizm.
Gwarancją dobrego funkcjonowania ustroju nie mogą być jednak tylko „instytucje”, czyli formy organizacyjne. Nie chodzi przecież, jak to się niektórym ludziom wydaje, o kompromis czy zlepek zaleceń obu bankrutujących kierunków, lecz chodzi o syntezę wolności i związania obowiązkiem moralnym, która musi się opierać o coś więcej niż same instytucje ludzkie. Tylko wtedy będzie syntezą prawdziwą, a nie zlepkiem.
Nie bądźmy przesadnymi optymistami, nie przepowiadajmy łatwych triumfów syntezy. Ale nie zapominajmy o tym, że świat, miotany między skrajnościami, tej syntezy szukać musi, bo takie jest jego przeznaczenie. Skrajności są tylko objawami niepokoju poszukiwania, a rozkosz i triumf znalezienia bywa nagrodą za udręki poszukiwań.
Przypisy:
1 Adam Doboszyński (1904-1949) – polityk i ideolog ruchu nacjonalistycznego, autor programu gospodarczego, który zakładał przezwyciężenie sprzeczności i negatywnych cech kapitalizmu i komunizmu poprzez rozpowszechnienie drobnej własności środków produkcji oraz różne formy uspołecznienia dużych zakładów. W międzywojniu był również działaczem związanych z obozem narodowym związków zawodowych „Polska Praca”. W czasie wojny przebywał na emigracji, powrócił do kraju pod koniec roku 1946 z zamiarem odbudowy środowiska katolicko-narodowego. W lipcu 1947 r. został aresztowany, następnie poddany śledztwu z użyciem tortur. Po pokazowym procesie politycznym, w lipcu 1949 r. został skazany na karę śmierci. Wyrok wykonano 29 sierpnia 1949 r. W roku 1989 Doboszyński został oczyszczony z zarzutów i pośmiertnie rehabilitowany.
przez redakcja | czwartek 12 kwietnia 2012 | inspiracje, nasze tradycje
Grzech pierworodny ma zasięg powszechny. Każda dziedzina życia ludzkiego ma swój grzech pierworodny; ma go również życie społeczno-gospodarcze. /…/
Powstała nowa religia – pieniądza i bogactwa. Jej dogmaty – to nieograniczona wolność gospodarcza, wolna konkurencja, rozdział kapitału i pracy, najemnictwo, prawo podaży i popytu, mechanizm cen. Jej moralność – to brak wszelkiej moralności, przewaga kapitału nad człowiekiem i pracą, dobro produkcji, zysk jako dobry uczynek. Jej ołtarze – to wielkie fabryki, maszyny, narzędzia, kartele, syndykaty, banki, gdzie za cenę chciwości ofiarowywano życie ludzkie.
Cel ostateczny – błogosławiony bogaty. Bogatymi bądźcie za wszelką cenę – kto może i jak tylko może!
Oto bóg świata – spoganiały kapitalizm. Wszystko, co odtąd świat spotyka, łączy się ściśle z tym systemem; bowiem „przepaść przepaści przyzywa” (Ps 41, 8).
Spoganiały kapitalizm jest rodzonym ojcem wszystkich kierunków rewolucyjno-społecznych: socjalizmu, komunizmu, bolszewizmu – tych wszystkich dążeń, które działając na mocy prawa reakcji, stanęły w obronie pogwałconych praw człowieka.
Ale czyż złe drzewo może dobre owoce rodzić? Grzech rodzi grzech. Grzechowi kapitalizmu przeciwstawił się grzech socjalizmu, komunizmu, bolszewizmu. Herezje marksistowskie dowodziły, że technika kapitalistyczna rodzi ustrój kolektywistyczny. „Bo korzeniem wszelkiego złego jest chciwość, której gdy się niektórzy oddali, zabłądzili w niewiarę i ściągnęli na siebie wiele cierpień” (I. Tym. 6, 10). Mówicie, że to wygląda radykalnie? Każdy grzech jest radykalny, czy to będzie indywidualistyczny grzech kapitalizmu, czy kolektywistyczny grzech bolszewizmu. Wszystkie grzechy należą do jednej rodziny, dlatego i złota, i czerwona międzynarodówka płyną z jednego źródła – z chciwości.
W rozważaniach naszych zajmiemy się przede wszystkim duchem kapitalistycznym, gdyż on właśnie jest najbardziej przeciwny duchowi chrześcijańskiemu; to on rodzi owoce, którymi zatruwa się całe życie gospodarcze, społeczne, polityczne, a swój wpływ rozkładowy przerzuca nawet na życie moralne i religijne całych państw, narodów i społeczeństw.
Czyż Kościół może pozostać obojętny wobec tego zatrutego źródła, którym upajają się tak często jego dzieci?
Całe życie ludzkie ocenia Kościół swą miarą ostatecznej i najwyższej celowości. I w życiu gospodarczym ta miara jest niezawodna: wszystko, co człowiekowi ułatwia osiągnięcie tego celu, jest użyteczne i dobre; wszystko, co odeń oddala lub drogę utrudnia – jest złe lub nieużyteczne, i choćby największe zapewniało korzyści gospodarcze – musi być odrzucone, gdyż „nie samym chlebem żyje człowiek” (Pwt 8, 3).
Tą miarą ocenia też Kościół wszystkie prądy i kierunki gospodarcze, tę miarę przykłada również do oceny kapitalistycznej gospodarki. Zobaczmy, co z niej należy odrzucić, co zaś można zatrzymać.
I. Kościół wobec urządzeń gospodarki kapitalistycznej
Ileż to razy w szeregach rozgoryczonych robotników padały zdania: „Kościół trzyma z kapitalistami”, „Kościół zaprzedał nas bogaczom”. Komunistyczna propaganda i socjalistyczna taktyka, ukrywające starannie przed ludźmi prawdziwą naukę katolicką, jeszcze umacniały ten pogląd. Sami zaś kapitaliści nieraz osłaniali powagą Kościoła swe praktyki, rzucając cień podejrzeń na tego najwyższego stróża prawdy i moralności, który z jednakową siłą wszystkim przypomina ich obowiązki.
Nie jest prawdą, jakoby Kościół popierał bezbożny kapitalizm.
Jest wielką niesprawiedliwością głosić, że Kościół tylko robotnikom zalecał posłuszeństwo i cierpliwe znoszenie niewoli kapitalistycznej, natomiast sprzyjał przemysłowcom i ochraniał plutokrację. Czyż nie słyszeliście o tym, że do ostatnich niemal czasów tylko Kościół miał odwagę stawiać wytrwale czoło rozpowszechnionej praktyce pobierania procentów od kapitału, choć cały ówczesny system gospodarczy natrząsał się z niego, jako głosiciela ciemnoty i zacofania. A przecież jak długo dawano posłuch Kościołowi, rozwój kapitalizmu w dzisiejszej jego postaci był wśród narodów katolickich powstrzymany. Czyż nie widzicie, że to właśnie niekatolickie kraje są najsilniejszymi twierdzami kapitalizmu? Czyż nie słyszeliście, że właśnie Kościołowi zarzuca się, iż jego nauka i moralność zahamowały w krajach katolickich rozwój przemysłu i handlu? /…/
Kościół nigdy nie pochwalał ani nie popierał kapitalizmu, natomiast od najdawniejszych czasów aż do naszych dni zawsze zwalczał zawzięcie wszelkie rodzaje lichwy. Wszak w okresie największego rozprzężenia lichwiarskiego Leon XIII potępiał „żarłoczną lichwę”, którą dziś ludzie „chciwi i żądni zysku uprawiają w nowej postaci” (RN, 2) [Rerum novarum]. A prawo kanoniczne, ogłoszone przez Benedykta XV, zabrania wszelkich lichwiarskich kontraktów, a więc i wyzyskującej umowy o pracę, lichwiarzom zaś grozi karami kościelnymi (kan. 1543).
Także dziś można usłyszeć w świątyniach katolickich słowa Księgi Przypowieści: „Kto kryje zboże, przeklnie go pospólstwo, lecz błogosławieństwo nad głową sprzedających” (Prz 11, 26). I inne: „Obrzydliwością jest u Pana waga i waga; szala zdradliwa nie jest dobra” (Prz 20, 23).
Wyzyskujący i bezbożny kapitalizm jest potępiany zawsze przez całą naukę Kościoła świętego.
Kościół odrzuca nie ograniczoną żadnym prawem wolność samolubnego kapitalizmu.
Kościół broni wolności, gdyż wolność jest nieodzownym warunkiem działalności ludzkiej i najlepiej odpowiada rozumnej naturze człowieka. Zdecydowanie jednak potępia Kościół taką wolność, która wyzwala z prawa przyrodzonego i Bożego, z wszelkich nakazów moralnych. Wolność taka staje się zatrutym źródłem; z takiej wolności bogatego płynie niewola ubogiego.
Właśnie dlatego, że liberalizm gospodarczy głosił wolność od wszelkiego prawa Bożego, spotkał się z potępieniem Kościoła. Nowoczesny kapitalizm odrzucił wszelką pomoc Bożą w życiu gospodarczym. /…/
Nie to jest tragiczne, że bezbożny kapitalizm wyrzekał się Boga w fabryce; Bóg chrześcijański zbyt wnikliwie patrzy w serca i na dłonie. Rozpoczęli służbę bogu – mamonie, która napełniła ich kieszenie. Wzięli zapłatę swoją za zdradę Boga – judaszowe srebrniki. A co zyskali na zdradzie Boga robotnicy? Dlaczego wypędzali Go z fabryk i warsztatów, ze swoich programów, partii i związków? Czy po to, by przyspieszyć zwycięstwo bezbożnego i samolubnego kapitalizmu? Właśnie ta zdrada praw Bożych przez świat kapitalistyczny i przez świat robotniczy – ta wspólna wina! – ułatwiła rozbicie gospodarczego organizmu zdrowego życia zawodowego, zaprowadziła nieład, a w następstwie – wyzyskanie gospodarczej przewagi kapitału. Czyż możliwe było utrzymanie moralności życia gospodarczego bez praw Bożych? Stara mądrość objawiona mówiła: „Jako w pośrodku spojenia kamieni kół się wbija, tak i między sprzedawanie a kupowanie wciśnie się grzech” (Syr 27, 2). Nic więc dziwnego, że życie gospodarcze wyzwolone z Bożego prawa wspólnym wysiłkiem fabrykantów i robotników stało się krainą grzechu, nowoczesną Sodomą i Gomorą, która tu i ówdzie zamieniła się w Morze Martwe.
Kościół uznaje godziwe instytucje gospodarcze.
Świat Boży jest wielkim domem, w którym życie ludzkie powinno rozwijać się według wzorów Bożych. A przecież Bóg jest twórcą tej wspaniałej „maszyny”, o której czytamy w Księdze Przypowieści: „Mądrość zbudowała sobie dom, wyciosała siedem filarów. Ofiarowała ofiary swoje, zmieszała wino i stół swój zastawiła” (Prz 9, 1-2). /…/ Człowiek jest wezwany do wielkiej pracy stopniowego przebudowywania świata. Rozwój gospodarstwa światowego jest wynikiem praw postępu. Nie może więc i współczesny wielki przemysł, sam w sobie, być czymś złym i zasługującym na potępienie, jeśli pracuje zgodnie z prawem Bożym, bo „robota sprawiedliwego ku żywotowi” (Przy 10, 16). Każda uczciwa praca ludzka, jeśli poświęcona jest tworzeniu dóbr prawdziwie użytecznych, jest współpracą człowieka z Bogiem w Jego planie wyżywienia świata.
Kościół nie potępia również gospodarki kredytowej, którą posługuje się wielki przemysł, o ile jest ona prowadzona sprawiedliwie. Pan Jezus postawą swoją dał dowód, że w każdej dziedzinie życia ludzkiego mogą być zalety i wady, które przy dobrej woli człowieka można naprawić. Dlatego przyjął zaproszenie na ucztę u Lewiego, gdzie „wielka rzesza celników i innych z nimi siedziała u stołu” (Łk 5, 29); a gdy się z tego gorszyli ówcześni purytanie, zapewnił ich, że i ci ludzie mogą wejść do królestwa niebieskiego, jeśli będą pełnić uczciwie swoje obowiązki (zob. Łk 5, 27-32). Dlatego Chrystus Pan wszedł pod dach Zacheusza, aby i jego domowi stało się zbawienie; dlatego na apostoła i ewangelistę powołał Mateusza, aby pouczyć świat, jak pod mocą łaski Bożej może i powinna się uświęcić wszelka praca ludzka.
Kościół również nie potępia tego, że robotnicy współcześni pozostają w stosunku najemnym do pracodawcy, zachęca tylko do tego, by wysiłki ludzkie szukały innych form tego stosunku, lepiej odpowiadających godności człowieka. Już dzisiaj jednak Kościół każe zabezpieczać robotników najemnych przez sprawiedliwą zapłatę, rozbudowę ustawodawstwa społecznego, zakłady dobroczynne i powszechną wolę podnoszenia stopy życiowej robotnika.
II. Co zwalcza Kościół we współczesnym kapitalizmie?
Ewangelia święta podaje nam opis uczty zgotowanej przez króla, który przez sługi swoje wezwał na nią wybranych, ale ci odmówili wzięcia udziału w uczcie, „zaniedbali i odeszli, jeden do wsi swojej, a drugi do kupiectwa swego” (Mt 22, 5). Jest to obraz współczesnego życia gospodarczego, którego organizatorzy i kierownicy zupełnie nie biorą udziału w uczcie króla niebieskiego, całkowicie oddani swoim wołom, wsiom i kupiectwu. Stąd się rodzą wszystkie grzechy kapitalizmu.
Kościół odrzuca doczesność dążeń gospodarki kapitalistycznej.
Odrzuciwszy prawo Boże, kapitalizm upaja się złudą szczęścia ziemskiego i – podobnie jak komunizm – chce stworzyć raj na ziemi. W tym celu żąda nieograniczonej wolności dla własności prywatnej i odrzuca wszelkie obowiązki społeczne. Wyznawcom swoim wskazuje jako cel zasadę potępioną przez Kościół: Naprzód bogaćcie się, a wszystko inne będzie wam przydane. Wraz z tą zasadą zaleca jako środki bogacenia się: zbyt łatwe zyski, szybkie zarobki spekulacji, wyrzucanie na bruk robotników i pracowników, panowanie kłamliwej reklamy, podstępne upadłości, oszukaństwo, zamachy giełdowe, „walkę na noże” między trustami, kartelami, domami handlowymi, wyuzdaną rywalizację towarzystw akcyjnych – wszystkie te dzikie formy anarchii gospodarczej, wiodące nieliczną garść ludzi do opanowania świata przy pomocy pieniądza i kredytu. Cóż dziwnego, że Stolica św. w [encyklice] Quadragesimo anno [QA] potępia zdecydowanie te nowoczesne grzechy, z których nikt się nie oskarża i których win nikt nigdy nie naprawia?
Prawdą jest, że prawa właściciela są wyłączne, że dobra przeznaczone są przede wszystkim do zaspokojenia jego potrzeb; ale te prawa nie są nieograniczone, gdyż człowiek nie jest bezwzględnym panem swych dóbr, a tylko ich włodarzem, a więc z włodarstwa swego, z zarządu i użycia dóbr musi zdać sprawę przed Bogiem.
By ustrój gospodarki kapitalistycznej mógł spełnić swe zadania, domaga się od swych kierowników wielu cnót moralnych. Żadne bowiem społeczeństwo nie może istnieć bez cnót moralnych, a cóż dopiero cała dziedzina życia gospodarczego.
Usilnie potępia Kościół ducha zysku, tworzenie bogactw dla nich samych.
Kapitalizm istotę swego całego gospodarstwa zasadzał nie na zaspokojeniu potrzeb ogółu, ale na możliwie największym wzbogaceniu jednostek. Tu tkwi największy jego błąd – zysk postawił za cel gospodarowania.
W tym też duchu kapitalizm wychował człowieka. Człowiek rządzący się duchem kapitalistycznym wszystkie kamienie chce w chleb zamienić, cały cel swego życia, prac, trudów widzi w osiąganiu zysku. W oczach jego upadają wszystkie związki naturalne między ludźmi: wspólnota rodzinna, zawodowa, narodowa, religijna – pozostaje tylko związek pieniądza i umowa odpłatna. Człowiek taki ma przywiązanie tylko do tego, co przynosi zysk. Wszystkie dzieła rąk Bożych nikną mu sprzed oczu: przyroda to już nie piękno, ale surowce, to dochody z gleby i hodowli. Ba, nawet człowiek przestał być dlań bliźnim, a został tylko siłą najemną, rękoma roboczymi lub też właścicielem pakietu akcji.
Duch zysku rodzi gorączkowy pośpiech i pogoń za groszem. Kapitalista dąży do tego, by zyskać na czasie, by włożonym kapitałem w jak najkrótszym czasie obrócić największą ilość razy. Rozpoczyna się opętana pogoń, by oszczędzić na czasie, na procencie, na pracy i płacy robotnika, by umożliwić nową inwestycję. Oto tajemnica gorączkowego tempa nowoczesnej produkcji, maszynizmu, akordowej płacy, w której kapitaliści idą w zawody ze stachanowskimi bolszewikami, w kuszeniu robotnika widokiem zarobku, aby go zmusić do zwiększenia wysiłku choćby kosztem dobra własnej duszy i ciała.
Jakiż z tego owoc? Czyż nie staje nam w tej chwili przed oczyma ów gospodarz opisany w Ewangelii, który zgromadziwszy w nowych gumnach nadspodziewany urodzaj, przemówił do swej duszy: „Odpoczywaj, jedz, pij, używaj”? Ale los ich jest jednaki: „Tej nocy zażądają duszy twojej od ciebie” (Łk 12, 19-20).
Śmierć stoi u wrót chciwości. „Nie ma nic niegodziwszego jak miłować pieniądze; bo taki i duszę swą ma przedajną, gdyż w życiu swoim wyrzucił wnętrzności swoje” (Syr 10, 10). Człowiek owładnięty żądzą zysku „wyrzuca wnętrzności swoje” w nerwowym pośpiechu, w nieustannej pogoni za zarobkiem. Nerwy, nerwy, a stąd wariaci, degeneraci, zboczeńcy, półludzie, którzy już nie mają czasu i sił na nic, co nie jest pieniądzem, groszem, zyskiem…
Oto nowoczesny homo oeconomicus.
Kościół zwalcza kapitalistyczny wyzysk i poniżenie ludzi pracy.
Z niezwykłą stanowczością ostrzegał Kościół cały świat przed zgubnymi następstwami kapitalizmu, który uderzał w godność osobistą wyzyskiwanego robotnika.
Kapitalizm najpierw zrównał człowieka z maszyną, a ludzi sprowadził do rzędu bezdusznego narzędzia; w dalszym ciągu uszlachetnił i wyniósł do poziomu bóstwa maszynę, poddając jej służbie człowieka. W smutnym wyniku tego niewolnictwa wysiłek człowieka ciągle wzrasta, wyniszczając przedwcześnie, wskutek przyśpieszenia tempa pracy, siły robotnicze. /…/
Przez daleko posunięty podział, mechanizację i racjonalizację pracy ugodził kapitalizm w największy dar człowieka, w jego rozumną naturę, niszcząc wszelkie jego zainteresowania w odniesieniu do przedmiotu pracy. Jakże słuszne jest zdanie Piusa XI, że w epoce kapitalizmu martwa natura wychodzi z warsztatu pracy uszlachetniona, podczas gdy człowiek staje się gorszym i pospolitym. Co więcej, zepchnąwszy człowieka poniżej maszyny, kapitalizm zatracił wrażliwość na wszelkie podstawowe potrzeby i warunki życia ludzkiego. Zdawało mu się, że jak maszyna nie ulega znużeniu, a tylko prawom amortyzacji, podobnie i człowiek. Dlatego nakłada nań ciężary, których sam nie dźwiga. Jakże podobni są współcześni kapitaliści do tych niegodziwych rolników, na których żalił się Job: „Nagiemu dopuszczają chodzić bez odzienia, a o głodzie chowają tych, którzy ich snopy znoszą” (zob. Hi 24, 10).
Nie liczył się też kapitalizm z potrzebami moralnymi i religijnymi człowieka, samą organizacją pracy utrudniając spełnianie obowiązków podstawowych wobec własnej duszy i jej zbawienia. Gdy do tego dodamy lichwę płacy – stałe obniżanie zapłaty za pracę – albo sabotowanie robotników widmem redukcji i bezrobocia, wtedy powody do protestu Kościoła staną się jeszcze bardziej oczywiste.
Groził ongiś Izajasz wyzyskiwaczom: „Biada wam, którzy przyłączacie dom do domu, a rolę do roli przyczyniacie aż do granicy miejsca! Izali wy sami mieszkać będziecie wpośród ziemi?” (Iz 5, 8). Chciwość zamyka oczy na tę prawdę ekonomiczną, że zubożenie mas odbije się fatalnie na ich sile nabywczej, a zatem na produkcji i na stanie przedsiębiorstw. Owoce ducha kapitalistycznego są straszliwe. Pracownik zubożał duchowo, odbiegł od prawa Bożego i ludzkiego, ratując się za wszelką cenę przed gwałtem i tyranią gospodarczą. Zawiedziony w swym szczęściu doczesnym, robotnik duszę swą napełnił niepokojem, chciwością, bezwzględnością, zazdrością, pożądliwością zabronionych dóbr ziemskich. Poddany nędzy materialnej, brnął w nędzę moralną, a zubożały duchem i ciałem, sprowadzony do poziomu życia proletariackiego, niegodnego człowieka, uległ wszelkim pokusom rewolucji, przewrotu, komunizmu i bolszewizmu. Oto gorzkie owoce grzechów wołających o pomstę do nieba.
W bezwzględny sposób potępia Kościół plutokrację, czyli panowanie pieniądza nad całym życiem gospodarczym.
Duch indywidualistyczny, panujący w życiu gospodarczym, doprowadził do kapitalizmu, który w skrajnej swej formie doprowadził do dyktatury pieniądza. Pius XI zwraca uwagę na smutne zjawisko naszych czasów – w ręku nielicznych jednostek skupia się niebezpieczna potęga i despotyczna władza ekonomiczna. A władza ta „najgorszą przybiera postać w działalności tych ludzi, którzy, jako stróże i kierownicy kapitału finansowego, władają kredytem i rozdzielają go według swej woli. W ten sposób regulują oni niejako obieg krwi w organizmie gospodarczym i sam żywioł gospodarczego życia trzymają w swych rękach, że nikt nie może wbrew ich woli oddychać” (QA, 106). Przez skomplikowany system monopolów, trustów i koncernów cennikowych doprowadziła ona do opanowania wszystkich środków życia, z pogwałceniem sprawiedliwości. Dla egoistycznego bogacenia się wykorzystywano różne stowarzyszenia przemysłowe i handlowe, różne użyteczne instytucje bankowe i kredytowe, aby odtąd – zamiast służyć dobru obywateli, dla których zostały powołane do życia – służyły wyzyskowi już nie tylko jednostek, ale całych klas, warstw społecznych, narodów i państw.
Odtąd – jak mówią w swym liście pasterskim biskupi katoliccy Austrii – plutokracja prowadzi systematyczne okradanie narodów z oszczędności, planowe zubożenie mas, aby uzależnić od siebie już nie tylko robotników, ale rzemieślników, stan średni, a nawet przedsiębiorców i fabrykantów. Świat bankierski – czytamy w tymże liście – doszedł w poszczególnych państwach do nowej potęgi panującej, jakiejś samozwańczej władzy nad władzą państwową, tak że władza ta już nie jest suwerenna. Zamieniwszy pieniądz na towar, który sprzedaje po lichwiarskich cenach w swych złoconych kramach bankierskich, finansjera bezbożna, chcąc się wzbogacać bez granic, wpada „w pokusy i w sidła diabelskie – jak mówi św. Paweł – i w wiele nierozumnych i szkodliwych pożądliwości, które pogrążają ludzi na zatracenie i zgubę” (I. Tym. 6, 9).
„To skupienie potęgi i bogactw w rękach niewielu prowadzi do dalszej, potrójnej walki: naprzód do walki o ujarzmienie samego życia gospodarczego, dalej – do walki o opanowanie państwa, aby jego środki i jego władzę wyzyskać potem do walki gospodarczej” (QA, 103). Zyskawszy te dwie władze, finansjera rozpoczyna walkę z urządzeniami państwowymi, zwalcza ustawodawstwo społeczne i wszelkie reformy, mnożąc liczne grzechy wołające o pomstę do nieba. Oto skromna ich lista:
Obarczają lichwiarskim, nadmiernym oprocentowaniem usługi instytucji bankowych i kredytowych; wyzyskują zarówno robotników, jak i drobnych wytwórców i dostawców przez złe warunki pracy, niesprawiedliwą płacę i cenę; niesprawiedliwie oprocentowują albo wprost przywłaszczają sobie oszczędności, zwłaszcza drobne, przez sztuczne bankructwa, inflacje, sztuczne zwyżki i zniżki, przedsiębiorstwa akcyjne itp.; pieniądz, który miał być pomocnikiem, zamienili w kierownika życia gospodarczego, odrzuciwszy zaś zaradzanie potrzebom ludności, z zysku pieniężnego uczynili cel czynności gospodarczych.
Nic dziwnego, że ta olbrzymia potęga doprowadziła do powszechnej walki wszystkich przeciwko wszystkim: kapitału przeciwko pracy, wielkiego kapitału przeciwko małemu, burżuazji przeciwko proletariatowi itd.; że wreszcie owładnęła i sponiewierała godność rządzących, sprowadzając ich do roli niewolników zaprzedanych ludzkim namiętnościom i samolubnym interesom. /…/ Ale nie koniec na tym! Prowadzi „wreszcie do walki między państwami, czy to w ten sposób, że poszczególne państwa oddają swoje siły polityczne w służbę gospodarczych interesów swoich obywateli, czy też w ten, że swojej gospodarczej przewagi używają do rozstrzygania międzynarodowych sporów politycznych” (QA, 108). Tu rozpoczyna się najstraszliwszy rozdział dziejów ludzkości – okrutne, krwawe, bezlitosne wojny, których brudne, handlarskie cele osłaniane są nieraz najszczytniejszymi hasłami; wojny, które poniewierają do reszty wszystko, co powinno być i święte, i wzniosłe.
***
Wszelkie nadużycie prawa Bożego ma swój odwet; Bóg nie pozwoli naśmiewać się ze swoich praw.
„Korzeniem wszelkiego złego jest chciwość, której gdy się niektórzy oddali, zabłądzili w niewiarę i ściągnęli na siebie wiele cierpień” (I. Tym. 6, 10).
Dziwna rzecz, jak niebezpieczne jest niesłuszne zbieranie kosztem duszy swojej (zob. Syr 14, 4), jak wielkie bogactwa podnoszą pychę ludzką przeciwko Bogu, a świat pogrążają w materializmie używania i w niewierze. Cóż jest dziś bardziej ateistyczne – komunizm czy kapitalizm? Kogo wolicie w gumnach waszych – czy jawnego podpalacza, który trąbiąc na wszystkie strony świata podkłada żagiew pod wasz dom, czy też skrytego, który o północy cicho i nieznacznie się skrada, by ojcowiznę waszą w popiół obrócić? Oceńcie sami!
przez redakcja | czwartek 12 kwietnia 2012 | inspiracje, nasze tradycje
W związku z wydanymi dotychczas rozważaniami na temat treści i formy przyszłej Polski spotkaliśmy się z uwagami, że dziś to jeszcze za wcześnie, że na razie cel: Polska Niepodległa – wystarcza całkowicie, i dyskusja nad tym, jak ona ma wyglądać – rozprasza energię i zwartość polskiego społeczeństwa. Czy takie stanowisko jest słuszne? Wydaje się nam, że nie.
Jesteśmy zdania, że właśnie teraz jest czas na przemyślenie popełnionych błędów i znalezienie dróg dla uniknięcia ich w przyszłości. Właśnie teraz jest czas na gruntowne przepracowanie tych zagadnień i na wewnętrzne przygotowanie się do nowego okresu państwowej niezawisłości. Jesteśmy przekonani, że ukazanie zarysu jej form i wewnętrznej treści w wyraźniej określonych kształtach nie tylko energii walczących o nią nie osłabi, ale wręcz przeciwnie – spotęguje. Głębokie przekonanie, iż przyszłe państwo polskie podstawową warstwę narodu – chłopów – przestanie traktować po macoszemu, że zapewni im należyte warunki życia i rozwoju – pozwoli masom chłopskim utrzymać dotychczasową twardą postawę. Zacięta nienawiść przeciwko nowemu, na starej metodzie gwałtu opartemu terrorowi – połączona z perspektywą dobrej, sprawiedliwej Polski, nie da im upaść na kolana przed okupantem i pozwoli na przetrzymanie prześladowań i ponoszenie ofiar takich, jakich wymaga każdy dzień powszedni systematycznej i wytrwałej walki. Mając to na uwadze prowadzić będziemy dalej nasze rozważania.
Niezbędne uzupełnienie
W ostatniej, III części, po omówieniu poszczególnych kierunków rozwojowych przedwojennej Polski, doszliśmy do wniosku, iż jedyną formą rozwojową przyszłej Rzeczypospolitej może być tylko demokracja. Demokracja wyleczona ze swych wad, demokracja usprawniona, zdolna do wciągnięcia do pracy nad organizowaniem nowego życia wszystkich żywych sił społecznych.
Aby tego rodzaju demokracja mogła całkowicie spełnić swoje zadanie, niezbędne jest uzupełnienie o odpowiednią przebudowę gospodarczą, która stworzy należyte warunki jej rozwoju.
Proces kształtowania życia gospodarczego musi obecnie pójść w innym nieco kierunku, aniżeli po pierwszej wielkiej wojnie światowej. W latach 1919 i 1920 warstwy pracujące, chłopi i robotnicy, nie zastosowały żadnych poważniejszych cięć przeciwko tym, co nimi wieki całe pomiatali. W radości z odzyskania niepodległości wspaniałomyślnie przebaczono i uszanowano całkowicie interesy elementów, które później okazały się wrogami demokracji. Historia dwudziestolecia powstałej po wojnie światowej Polski dobitnie wykazała, iż był to błąd. Błędu tego po drugiej powszechnej wojnie powtórzyć nam nie wolno.
Wyrównanie praw i możliwości życiowych człowieka pracującego – w płaszczyźnie politycznej – uzupełnione być musi wyrównaniem stanu życiowego na płaszczyźnie gospodarczej. Przepaście różnic majątkowych i władania na polu gospodarczym muszą zostać o ile możności zwężone, względnie zasypane.
To nic, iż w nielicznych bezpośrednio zagrożonych ośrodkach podniosą się okrzyki protestu przeciwko rzekomo wyrządzonej im „krzywdzie”. W dążeniu do celu, jakim jest pełna demokracja, nie można zatrzymywać się w połowie drogi, trzeba być konsekwentnym. Wspaniałomyślność nie zawsze jest dobrą bronią. Często mści się. Czasem konieczne są zdecydowane posunięcia, którym nie zawsze wszyscy przyklasną, ale które dalszy bieg historii w pełni usprawiedliwi.
Z przeprowadzeniem gruntownych reform ustroju gospodarczego nie można czekać, aż dalsze lata powojenne mieć będą sprzyjające po temu warunki. Dotychczasowy bowiem system gospodarczy został przez wojnę mocno nadwerężony. Zaborcy przyswoiwszy sobie najbardziej okrutne metody gwałtu i rozboju, jakie na przestrzeni dziejów wymyślili tyrani, poniszczyli i poprzewracali wszystko, co się tylko dało. Konfiskaty, przesiedlenia, całkowite podporządkowanie sobie wszystkich dziedzin życia gospodarczego mocno zmieniły dotychczasową strukturę ustroju gospodarczego. Nie poprawiły jej, ale przeciwnie – wielokrotnie pogorszyły.
Po przepędzeniu okupantów, zamiast zajmować się łataniem dziur i wyrw porobionych nie tylko w domu i ścianach, ale i fundamentach, celowiej będzie zacząć przebudowę ustroju w myśl nowego planu. Będzie to tym łatwiejsze, iż podobne procesy rozwojowe odbywać się będą w większej ilości krajów. W miarę przedłużającej się wojny coraz wyraźniej rysuje się charakter tych przemian, w bloku państw koalicji, przy bliższym określaniu porządku, jaki trzeba będzie wprowadzić po zlikwidowaniu hitlerowsko-faszystowskiego rozboju, coraz większy głos zdobywają ludzie pracy. Sprawy społeczno-gospodarcze są coraz mocniej akcentowane.
Cel i kierunek przebudowy ustroju gospodarczego
Wymieniony wyżej prąd nurtuje również w szerokich masach polskiego społeczeństwa. Coraz bardziej zaczyna upowszechniać się przekonanie, iż po wojnie nie może być dalej uświęcana tego rodzaju forma gospodarki, w której olbrzymia część dochodu społecznego skupiać się będzie w rękach nielicznych grup, pozostawiając warstwom pracującym tylko ochłapy. Podział tego dochodu musi być równomierny, sprawiedliwy.
Nie jest i nie będzie w stanie dokonać tego zbiurokratyzowana, niszczycielska, podporządkowana interesom uprzywilejowanej kliki gospodarka totalistyczna; nie jest i nie będzie w stanie spełniać tego czyniąca z człowieka zwykłe bydlę robocze gospodarka bolszewicka. Bliższe zetknięcie się z tymi formami ustrojowymi wszystkim, nawet ich entuzjastom, dostatecznie je obrzydziło.
Nowy system gospodarczy budowany być musi na nowych podstawach, wypracowanych i wykonanych przez szerokie masy społeczne nie tylko z imienia, ale i w rzeczywistości.
Podstawowym tytułem do uczestniczenia w dochodzie społecznym będzie praca. Kryjący się pod różnymi formami wyzysk człowieka przez człowieka musi zostać zlikwidowany.
Zastanawiając się nad realizacją takiego systemu gospodarczego, nasuwa się jedno nadzwyczaj ważne zastrzeżenie. Przebudowa i budowa nowych form i instytucji gospodarczych dokonać się musi w sposób, który nie tylko nie obniży wydajności produkcji, ale ją usprawni i zwiększy. Jest bowiem rzeczą zrozumiałą, że tylko w tym wypadku osiągnąć będzie można powszechne podniesienie stopy życiowej ludzi pracy zarówno na wsi, jak i w mieście. Solidarność i ścisła współzależność interesów tych dwóch warstw, obejmujących olbrzymie większości ludności w państwie, musi stać się punktem wyjścia przy przebudowie. Polityka gospodarcza państwa musi mieć to stale na uwadze i zmierzać musi do równowagi przy podziale dochodu między poszczególne zawodowe grupy świata pracy.
Podstawą i ośrodkiem budowy nowego ustroju będzie wolny, samodzielny i uspołeczniony człowiek.
Zapał i entuzjazm, jaki wywoła zbrojne usunięcie okupantów, świadomość, iż ten nowy ustrój, nowy dom budować będziemy dla siebie, pozwoli nam wykrzesać z siebie olbrzymią masę energii i uporać się z różnymi trudnościami, jakie wysuną poszczególne etapy realizacji. Przyjdzie nam nieraz pracować bardzo ciężko, ale robić to będziemy z przekonaniem, iż system gospodarczy, który tworzyć będą szerokie masy dobrowolnie, a nie pod przymusem – łącząc zdobycze techniczne z wolnością – udać się musi.
Zagadnienie zapewnienia należytego udziału w dochodzie społecznym, po prostu odpowiedniej zapłaty za pracę, rozwiązane być może z jednej strony drogą uspołecznienia niektórych działów życia gospodarczego i z drugiej strony poprzez zmniejszenie rozpiętości w posiadaniu i należytą organizację nieuspołecznionych gałęzi gospodarki.
Umówmy się i określmy, co rozumiemy przez szerokie słowo: uspołecznienie. W naszym pojęciu będzie to przejęcie określonych przedsiębiorstw, względnie spełnianych przez nie funkcji, przez zespoły ludzi zorganizowane w formie spółdzielczej, względnie różnego rodzaju samorządu. Życie wypracowało już cały szereg typów jednego i drugiego. Trudno wyliczyć w tej chwili szczegółowo, co ulegnie tego rodzaju uspołecznieniu. Nie ulega jednak wątpliwości, że dotyczyć ono będzie tych gałęzi życia gospodarczego, których działalność dotyczy szerszych kół ludzi, a których uspołecznienie nie spowoduje obniżenia produkcji. Uspołecznieniu w formie spółdzielczej ulegną zatem te przedsiębiorstwa, których działalność dotyczy przetwórstwa i zbytu artykułów rolnych, dalej te przedsiębiorstwa, co do których specjalnie zainteresowana jest spółdzielczość spożywców. Duże możliwości w tej dziedzinie może mieć również spółdzielczość pracy.
Uspołecznieniu w formie przejęcia przez samorząd podlegać będą przedsiębiorstwa produkujące dobra o charakterze użyteczności publicznej, jak: zakłady elektryfikacyjne, gazowe, wodne, komunikacji tramwajowej, autobusowej itp., co właściwie w pewnej mierze miało już miejsce.
Szczególną formą uspołecznienia może być upaństwowienie. Stosowane jednak być winno tylko w wypadkach specjalnie uzasadnionych i tylko do tych działów życia gospodarczego, które mają związek z obronnością państwa lub mają charakter kluczowy dla całości gospodarki społecznej, jak np. kolej, poczta, komunikacja, przemysł wojenny, przemysły surowcowe, jak górniczy, hutniczy itp. Przy demokratycznym systemie rządów społeczeństwo będzie miało zapewniony wgląd i kontrolę do przejętych i prowadzonych przez państwo przedsiębiorstw, co w dużej mierze pozwoli na uniknięcie tych wad i niedomagań, jakie przynosi tego rodzaju forma gospodarki.
Szczególnie dojrzałe do uspołecznienia, względnie upaństwowienia wydają się przedsiębiorstwa, które należały do skartelizowanych gałęzi życia gospodarczego. Im uspołecznienie wcale nie zaszkodzi, wręcz przeciwnie, pomoże zarówno do rozwinięcia i zwiększenia produkcji, jak również do obniżenia cen wytwarzanych artykułów.
Poza wyżej wymienionymi dziedzinami, w rękach organizacji społecznych i państwa znaleźć się musi tak ważny dział dla rozwoju całości gospodarstwa, jakim jest aparat bankowo-kredytowy. W ten sposób o polityce gospodarczej państwa decydować będą nie egoistyczne interesy jednostek, względnie sprytnie zamaskowanych klik, ale interesy ogółu.
Te przedsiębiorstwa, które pozostaną w ramach gospodarki prywatnej, zostaną objęte kontrolą społeczną ze strony uspołecznionych związków danej gałęzi produkcji, reprezentujących zarówno producentów, jak i spożywców.
Rzemiosło pozostanie oczywiście w prywatnym władaniu. Ważne zagadnienia, jak: zakup surowca, zbyt gotowych artykułów, wspólne korzystanie z urządzeń technicznych, rozwiązywać będą poszczególne grupy rzemiosł w formie spółdzielczej. Na zasadach spółdzielczych oprzeć się będzie również mogła wytwórczość chałupnicza i przemysłu ludowego.
Do najważniejszych, nieuspołecznionych gałęzi gospodarki należeć będzie rolnictwo. Nie może ono jednak obyć się bez gruntownych reform. Ponieważ sprawa ta najbardziej nas interesuje, zatrzymamy się przy niej nieco dłużej.
Reforma rolna jako zagadnienie państwowe
Nie bez przyczyny budziło zagadnienie reformy rolnej mnóstwo różnych odgłosów na wsi i w mieście. Już z tego sądząc można by w tytule niniejszego napisać: reforma rolna jest sprawą pierwszorzędnej wagi w życiu państwa polskiego.
Obok najliczniejszych głosów potakujących odzywały się jednak w sprawie reformy rolnej, zrozumianej jako podział dużych majątków folwarcznych na mniejsze gospodarstwa chłopskie, również pewne głosy nie tak życzliwe. Byli np. tacy, którzy bagatelizowali znaczenie reformy, będąc właściwie przeciwnikami wielkiego czynu. Przeto słyszeliśmy, że reforma rolna nie zapobiegnie wiejskiej biedzie, że są inne ważniejsze i pilniejsze w tej mierze sprawy, jak choćby wychodźstwo do miast, do przemysłu za granicą czy do kolonii, czy jeszcze gdzie indziej. A nam się wtedy zdawało, że wieś zachowała w istniejących warunkach trzeźwy chłopski rozum, gdy z myślą o reformie szukała podstawy utrzymania i polepszenia bytu w pracy najbliższej wiekowemu umiłowaniu, a co najważniejsza i rzeczywistemu dzisiejszemu przygotowaniu chłopów.
Czy na wsi nie myślano o życiu miejskim, o kształceniu się w handlu albo w fachu? Owszem. To jednak prosty człowiek wiedział i wie, że trzeba gotówki, przygotowania i mozołu, aby wychodząc ze wsi zająć samodzielne stanowisko w rękodziele czy w handlu miejskim, czy choćby stanowisko odpowiedzialnego robotnika. Jeżeliby miało być takim prostym zaradzeniem na biedę wiejską wychodźstwo do miast, to dlaczego klęską miast było bezrobocie, jakim dobrym prawem ma być chłopu łatwiej w mieście, niż mieszczaninowi, robotnikowi czy inteligentowi? Niech więc tymczasem ludzie miejscy robią reformę miejską w rękodziele, przemyśle i handlu, a ludzie wiejscy potrzebują reformy wiejskiej w rolnictwie. I ten pogląd o konieczności reformy rolnej nie było to demagogiczne hasło Stronnictwa Ludowego, bo ono nie miało na to hasło monopolu. Żądanie reformy przeniknęło masy wiejskie bez względu na ich światopogląd ogólny i przynależność ideową. I z tym zjawiskiem ogólnowiejskim, jako ze zjawiskiem o pierwszorzędnej doniosłości państwowej, trzeba się liczyć.
Ze swej strony wyrażaliśmy niejednokrotnie zamiary w sprawie reformy, wiemy, czego się po niej spodziewać, a czego nie trzeba się spodziewać – i wiemy, że ją trzeba nie robić, ale zrobić raz i dobrze. Położyliśmy na szalę interes prywatny tych kilkudziesięciu setek właścicieli ziemskich, którzy są panami zapasu ziemi, a z drugiej strony interes więcej niż paruset tysięcy tych chłopów gospodarzy, którzy z rodzinami żyją na kilkumorgowych gospodarstwach. Po tej stronie szali widzimy, że tylko twardy mus trzyma ludzi przy życiu – pół-życiu, w którym ani pracy, ani jadła, ani widoków dla rodziny nie znajdzie. Od tego musu i głodowania stałego przed wojną musi się oderwać tysiące tysięcy osób, jeśli pokolenie narodu chłopskiego ma nie skarleć lub nie wykoleić się. To wydaje się nam zgodne z wyższym interesem społecznym. A jeżeli nam mówią, że nie zaspokoimy nadmiernego głodu ziemi, że w myśl dotychczasowej ustawy pozostał już tylko niewielki zapas ziemi do parcelacji, to godząc się, że tak jest istotnie, dochodzimy do przekonania, że trzeba ów zapas powiększyć, zmieniając ustawy w tym miejscu, gdzie mówi się o maksimum posiadania. Społecznie biorąc nie ma racji, aby w ręku pojedynczych właścicieli obszary rolne miały dochodzić do 180 ha, gdy za miedzą tłoczą się przy tej ustawie ludzie pozbawieni minimum egzystencji. Pewne zrównanie szans majątkowych zwiększy równowagę ustroju społecznego, zdemokratyzuje go w miarę, i utrudni prawe i lewe nań zakusy. Za tym idzie sprawa odszkodowania. Co do tego, jak się obejść z prawem własności rodzin ziemiańskich, opinia wiejska jest zależna od różnic światopoglądu społecznego i politycznego, tak że można jeszcze usłyszeć rozmaite głosy. Wszyscy chłopi są jednak bez względu na sympatie polityczne na ogół zgodni w ocenie niedawnej swej przeszłości gospodarczej, a stąd może nietrudno będzie o uzgodnienie zdań w przyszłości.
Ogół wiejski uważa za błędną minioną politykę takiej reformy, która stwarzała gospodarstwa nadmiernie zadłużone, niezdolne przez to do życia. Był czas, kiedy wysoko szacowano ziemię, udzielając na jej kupno wysokooprocentowanego kredytu. Wysokie ceny ziemi stworzyła przejściowa koniunktura powojenna dla rolnictwa, a obok niej nieustający głód ziemi, który swoją drogą również prowadził do podbijania ceny kupna ziemi, ponieważ ludzi przybywało, a o zajęcie poza rolnictwem było trudno. Szczęśliwcy kupowali za amerykańskie dolary, inni gromadzili niejakie oszczędności zaciskaniem pasa, najwięcej jednak zaciskali zęby i w krytyce tego, co się dzieje, żądali parcelacji bez odszkodowania, nie widząc innego dla siebie i rodzin wyjścia.
Jakież ma być wyjście, jeżeli się zdecydujemy masowo usamodzielnić istniejące gospodarstwa niesamodzielne czy też tworzyć przez parcelację nowe gospodarstwa, których szanse robienia interesów są, powiedzmy od razu, małe. Wprawdzie rolnictwo ma obecnie chwilę, której mu inne dziedziny gospodarcze zazdroszczą, ale nie możemy rentowności normalnej mierzyć kupą dzisiejszego papieru i nie wiemy, jaki naprawdę majątek z tej chwili na dłużej w papierkach się przechowa. A w tym normalnym czasie rolnictwo europejskie, w szczególności krajów eksportujących, wobec konkurencji rolnictwa amerykańskiego na rynku światowym, nie może uprawiać polityki wysokich cen ziemi. To cała wieś rozumie i z tym się zgadza. Wybór w przyszłości może być tylko między niskimi szacunkami i zarazem niskim oprocentowaniem kredytów na ziemię, albo też radykalną uchwałą o bezpłatnym jej przejmowaniu na cele reformy. My przed wojną wyboru w tym ostatnim kierunku już dokonaliśmy. Dalszy bieg rzeczy będzie zależał od państwowych ciał ustawodawczych, w których uchwały nasze będziemy zmieniać w obowiązujące ustawy państwowe.
Ale na przejęciu ziemi, czy uchwale o przejęciu, nie może się kończyć państwowy program ustroju rolnego. On się właściwie w tym miejscu na dobre zaczyna. Musi być dalej podjęty odpowiednio wielki wysiłek finansowy i organizacyjny. Nie może się powtórzyć pod względem wyposażenia finansowego ten stan, który w poprzednich dwóch dziesięcioleciach był poza momentami politycznymi jednym z hamulców wykonania ustawy. Przyjdą też nowe zadania organizacyjne. Wszak największe nasze zapasy ziemi na parcelację znajdują się na zachodzie, a największa ilość wymagających upełnorolnienia albo przesiedlenia na południu i w środku kraju. Stąd muszą na zachód i północ odpłynąć zorganizowane gromady do przewidzianych z góry powiatów z zapasem ziemi. Procesów w tej skali, przychodzących jako konieczność społeczna i dziejowa, nie można puścić na tory dzikiej, dobrowolnej parcelacji, w której braliby udział z jednej strony jako dostarczyciele ziemi różni pośrednicy, czy choćby sami właściciele, z drugiej pojedynczy ryzykanci wiejscy. Należyty ład i celowość, a tym samym właściwe uporządkowanie stosunków władania ziemią na całym obszarze kraju może dać całkowite przejęcie akcji przez państwo, które jedno może rozporządzać dostateczną siłą, opieką i kierownictwem.
Czy trzeba dodawać, że w ramach planu wykonania ustawy o reformie rolnej musi być przewidziana zabudowa i urządzenia osad oraz początkowa opieka nad rozwojem produkcji rolnej, która musi się budować na zasadach spółdzielczych? Czy trzeba dodawać, że w tychże ramach musi się znaleźć miejsce na rozwijanie kultury człowieka, zaspokojenie jego dawnych oraz nowych potrzeb społecznych?
Te ważne sprawy są same przez się zrozumiałe.
Sumując to, o czym piszemy z myślą o reformie rolnej, jako wielkim zagadnieniu państwowym, podkreślamy:
a) zapas ziemi na parcelację trzeba wydatnie zwiększyć, aby umożliwić życie milionowej liczbie niesamodzielnych i półsamodzielnych rolników;
b) ze względu na niską opłacalność wytwórczości rolnej w europejskich krajach eksportu rolnego trzeba pozyskać konieczny zapas ziemi bez odszkodowania wielkich właścicieli;
c) zorganizować dobrowolne, zgodne z wymaganiami struktury rolnej przesiedlenia ludności i zbiorową zabudowę nowych osiedli, zwłaszcza na terenach północnych i zachodnich Polski;
d) przyjść nowym osiedlom z pomocą w początkach rozwijania produkcji rolnej, dając im dobry fundament spółdzielczości w jej różnych formach: spożywczej, kredytowej, przetwórczej, handlowej.
Całość tak podjętej i przeprowadzonej reformy rolnej winna stanowić twórczy wysiłek państwa i narodu demokratycznego, dokonany w związku z odmłodzeniem społecznej i narodowej kultury, po zrzuceniu marazmu przeszłości.
Oczywiście całkowicie zdajemy sobie sprawę z tego, że zagadnienie poprawy bytu ludności wiejskiej nie zależy li tylko od samej parcelacji. Pod pojęciem reformy rolnej rozumiemy znacznie więcej, a więc również komasację, meliorację, uporządkowanie stanu posiadania, organizację zabudowy itp. Ten zespół środków ma stworzyć wydajność i dochodowość gospodarstw rolnych. Ale to także nie stanowi całości. Niesłychanie doniosłe znaczenie dla ludności wiejskiej będzie mieć uzyskanie odpowiedniego wpływu na kierunek polityki gospodarczej państwa i czuwanie nad tym, aby była zachowana równowaga cen w poszczególnych gałęziach życia gospodarczego i równowaga dochodu społecznego między poszczególnymi warstwami społecznymi. Przed wojną widzieliśmy, że nie ilość posiadanej ziemi stanowi o stopie życiowej ludności wiejskiej. Punkt ciężkości zagadnienia przesunął się w kierunku cen i ich wzajemnego do siebie stosunku. Dlatego też w przyszłości cała organizacja życia gospodarczego będzie zmierzać ku temu, aby utrzymać sprawiedliwą równowagę cen. Cel ten będzie można osiągnąć z jednej strony środkami polityki gospodarczej, z drugiej strony przez odpowiednią organizację życia gospodarczego, w czym doniosłą rolę będzie odgrywać spółdzielczość handlowa i przetwórczo- przemysłowa. Spółdzielczość musi usunąć nie tylko wyzysk ze strony prywatnych pośredników, ale przede wszystkim znieść wpływ hurtowników i karteli kupieckich na kształtowanie się cen.
Lipiec 1941