Anty-Balcerowicz – odpowiedź Cezaremu Kaźmierczakowi

Cezary Kaźmierczak, Prezes Związku Przedsiębiorców i Pracodawców, rozpoczął wielką kampanię w obronie rzekomo genialnego ekonomisty Leszka Balcerowicza. W swoich artykułach opublikowanych na stronie internetowej Warsaw Enterprise Institute twierdzi, że to Balcerowicz jest naszym dobroczyńcą, że w porównaniu z krajem, który nie dopuścił do inwazji kapitału zagranicznego – biedną Serbią – różnimy się wysokim standardem życia. Te artykuły wymagają repliki, bo szkodzą elementarnej prawdzie.

Pan Cezary Kaźmierczak urodził się w 1964 roku, w epoce gierkowskiej przeżył swoje pierwsze 16 lat, już więc widział jak w okresie 1976-1980 wyglądała Polska, wyjechał do Ameryki w 1989 roku i wrócił z Ameryki w roku 1995 roku. Widział więc, jak tragicznie wyglądała Polska w drugiej połowie epoki gierkowskiej, a to był już efekt pierwszej inwazji kapitału zachodniego i amerykańskiego, sprytnego namawiania na zakup po wysokiej cenie wielu maszyn, z których duża część była nieużyteczna bez braku odpowiednio zorganizowanej całej linii produkcyjnej. Zadłużenie wysokie, także z powodu wysokoprocentowej ceny kredytowej formy zakupu, spłaciliśmy dopiero gdzieś około 2000 roku. Nie widział natomiast, jak tragicznie wyglądała Polska w pierwszych latach transformacji.

Jednak Polska według wszystkich zachodnich statystyk była jeszcze w 1980 roku 12 krajem świata z punktu widzenia swojego potencjału gospodarczego. To jednak nie przekładało się na poziom życia Polaków choć w pierwszych latach Gierka (1971-1976) ten poziom bardzo się podniósł, już widać było dużo „maluchów” – małych Fiatów produkcji polskiej.

Ułatwiono wyjazdy zagraniczne – ok. 300 000 osób  wyjeżdżało rocznie na Wschód, głównie własnymi samochodami lub autobusami na wakacje, np. do Bułgarii, tam również powszechnie sprzedawano po bardzo korzystnej, dużo wyższej niż w Polsce cenie sprzęt turystyczny, namioty  materace, naczynia, termosy. Około 100 000 ludzi rocznie wyjeżdżało na Zachód i północ Europy. Finlandia, Szwecja i Austria zniosły obowiązek wiz dla obywateli polskich. Jednak najbardziej atrakcyjne były wyjazdy do USA, na 3 miesiące ok. 100 000 Polaków rocznie wyjeżdżało do USA na zaproszenia swoich rodzin, które były liczne, bo według oficjalnego spisu ludności w USA w 1999 roku 9,5 miliona Amerykanów stwierdziło, że pochodzi z Polski. Dużo tych rodzin umożliwiało swoim gościom z Polski jakąś doraźną pracę fizyczną, z której mieszkając u rodziny można było zarobić w sumie przez 3 miesiące ok. 1000 dolarów, co w Polsce na czarnym rynku, bardzo rozwiniętym np. na bazarach warszawskich, odpowiadało kwocie ok. 120 000 złotych, a więc np. dwuletniej mojej pensji, wówczas już docenta. W czasie mego pobytu w Pittsburghu wszyscy Polacy, którzy przyjechali na krótki pobyt do krewnych, gdzieś fizycznie pracowali. Pan Kaźmierczak zna dobrze tę sytuację, bo szybko sam się zadomowił w Stanach Zjednoczonych.

Po 1976 roku warunki życia znacznie się pogorszyły, bo Polska poważnie zadłużyła się przy kredytowych zakupach zagranicznych maszyn, zbyt dużej działalności inwestycyjnej i niekorzystnych relacjach rozliczeniowych z ZSRR.

W okresie Gierka więc w pierwszych pięciu latach poziom życia wyraźnie się podniósł, już ok. 18% dochodu narodowego stanowiła produkcja prywatna podmiejskich wytwórców i rzemieślników oraz oczywiście prywatnych gospodarstw rolnych. Niestety zbyt poważne były zakupy inwestycyjne w krajach kapitalistycznych i zbyt rozwinięto działalność inwestycyjną w różnych dziedzinach, np. zbudowano autostradę przez Wisłę w Warszawie, pierwszą dwupasmową asfaltową szosę (tzw. gierkówkę) z Warszawy do Katowic, olbrzymi szpital brudnowski, olbrzymie huty i nowe zakłady przemysłowe na Śląsku. To doprowadziło do postępującego spadku poziomu życia po 1976 roku. W tym okresie Polska poważnie się zadłużyła u producentów, głównie amerykańskich.

8 maja 1988 roku przyjechał do Polski George Soros, jeden z najbogatszych ludzi świata, który chce stworzyć idealny świat, stanowiący obywatelską jedność, bez starych rygorów, ma on w wielu krajach swoje instytuty i swój uniwersytet w Budapeszcie, bo pochodzi z Węgier. Stworzył w Polsce Instytut im. Stefana Batorego i zaproponował przejście na kapitalistyczny system wolnorynkowy. Dnia 23 grudnia roku 1988 uchwalono system wolnorynkowy w Polsce – była to humorystyczna decyzja, bo podjęła ją partia głoszącą wojnę z kapitalizmem.

W styczniu 1991 roku Soros przysłał do Polski swego przedstawiciela, Jeffreya Sachsa, profesora Uniwersytetu w Harvardzie, którego program realizował dr Leszek Balcerowicz. Program i jego realizacja były tragiczne dla Polski, polegał on m.in. na koncepcji sprzedania państwowych firm, podatku o bardzo wysokiej skali (rzędu 400-500 procent) dla ponadnormatywnych płac i na nonsensownym bardzo wysokim oprocentowaniu nawet dawniejszych kredytów, co wykończyło szereg wielkich przedsiębiorstw. Jednoczenie rozpoczęto masową sprzedaż najlepszych polskich zakładów.

Roczna inflacja wyniosła 600%, ceny towarów wzrosły 6-7-krotnie, płaca spadła o 24% i odpowiadała 2-4-dniowym zarobkom Niemca, realna wartość emerytury spadła o 19%, dochody netto przeciętnego rolnika o 63%.

Stworzono 10 oddziałów terenowych Narodowego Banku Polskiego, które dawały kredyty na zakup średniej wielkości przedsiębiorstw, głównie kadrze partyjnej. Według badań prof. Juliusza Gardawskiego („Prywatna przedsiębiorczość III Rzeczypospolitej”, 2010), 62,5% małej i średniej wielkości przedsiębiorstw objęli byli funkcjonariusze PZPR, stąd nowa polska klasa postkomunistyczna to obecnie polscy kapitaliści.

Nastąpiła też olbrzymia akcja zakupu najlepszych przedsiębiorstw przez zagranicznych kupców, ocenianych przez przeważnie amerykańskie zespoły, zarabiając w sumie 88 080 475 dolarów (patrz „Czarna księga prywatyzacji” Ryszarda Ślązaka). W szeregu przypadków cena, jaką uzyskiwano ze sprzedaży, była niższa od kosztów wyceny przedsiębiorstwa przez zagranicznych ekspertów.

Jednocześnie nastąpił upadek wielu różnej wielkości przedsiębiorstw z powodu drakońskich przepisów, np. swobodnego podnoszenia ceny za kredyt obrotowy, także podjęty przed zmianą systemu politycznego. Ponieważ w socjalizmie podatek obrotowy był obowiązkowy, spłata np. o 40% więcej starego kredytu była źródłem upadku wielu przedsiębiorstw w Polsce. W ten sposób upadło szereg wielkich polskich przedsiębiorstw, wytworzyła się kolonialna struktura, w której np. drugim największym przedsiębiorstwem w Polsce jest portugalska Biedronka. W sumie upadło ponad 5000 polskich przedsiębiorstw, z których większość po prostu zbankrutowała.

Zagraniczne firmy w Polsce wysyłają rocznie ok. 190 miliardów złotych zysku do swoich zagranicznych central. To wszystko było częścią planu Sorosa – realizowanego w Polsce przez Balcerowicza – mającego na celu ogarnięcie przez wielki kapitał krajów posocjalistycznych.

Ostatecznie skończyło się to dla Polski typową strukturą kolonialną, z zagranicznym prawie w pełni handlem i z przewagą firm zagranicznych produkujących u nas, jak np. włoski Fiat, gdyż koszty produkcji są parokrotnie niższe ze względu na olbrzymią dysproporcję płac.

Obecnie sytuacja powoli się zmienia – w 2005 roku mieliśmy 263 dużych firm zagranicznych i 150 dużych firm prywatnych polskich, w 2015 już 223 polskich prywatnych i 33 państwowych wobec 238 zagranicznych. Jest więc postęp, ale po ilu latach, tragicznego wyzysku i 2,5 mln najbardziej śmiałych, przedsiębiorczych Polaków emigrujących z Polski, którzy mimo wszystko przysłali swoim rodzinom w Polsce przez wiele lat w sumie setki milionów dolarów. Teraz jeszcze jest to źródło indywidualnych inwestycji i utrzymania zadowalającego poziomu życia wielu rodzin, ale jest to także tragedia dalszego stopniowego zmniejszania się narodu polskiego w ojczyźnie poprzez proces stopniowej emigracji również rodziny dotychczas pozostającej w kraju.

To wszystko zdaniem Cezarego Kaźmierczaka było wspaniałym wyczynem Balcerowicza. Sądzę, że jednak trzeba zachować choćby minimalną obiektywność. Szanowny Panie Cezary, Serbia przeżyła problem rozpadu Jugosławii i dalszej wojny, a jej gospodarka została prawie zupełnie zniszczona. U nas szczęśliwie mamy stały pokój. W obliczu ogromnej straty dużej części polskiej gospodarki i doprowadzenia jej w wysokim procencie do skolonizowania, na jednym z zebrań Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego większość licznie zebranych członków domagała się wytoczenia procesu prof. Balcerowiczowi za współdziałanie w kolonizacji Polski. To, że Serbia jest taka biedna, to nie dlatego, że nie dała się wyzyskiwać przez zagraniczny kapitał, jak Polska, ale dlatego, że podzielono niesprawnie Jugosławię i toczono wieloletnią wojnę na Bałkanach, co zdezorganizowało i poważnie zniszczyło przemysł i handel, który w Polsce po 1945 roku nie przeżył już dalszych walk zbrojnych. Pańskie porównanie Polski i Serbii jest więc nietrafne. Podobnie jak i moich ocen. Proponuję Szanownemu Panu Cezaremu, żeby Pan nie porównywał Polski z Serbią, a zajął się studiami nad ekonomią Polski w obecnym wieku. Niech Pan starannie przeczyta moją książkę „Patologia Transformacji”. Nazywanie mnie gierkowskim ekonomistą jest również błędne. Za czasów Gierka prowadziłem Zakład Prakseologii PAN i organizowałem olbrzymi projekt radykalnej zmiany struktury ówczesnego państwa. Komisja partyjno-państwowa, prowadzona przez min. Wrzaszczyka, oceniła go jako antysocjalistyczny, a ja w efekcie tego przestałem pełnić funkcję kierownika. Skąd więc Pański pomysł, żeby nazwać mnie gierkowskim ekonomistą? Przepraszam, ale muszę szczerze wyrazić swoją dezaprobatę wobec Pańskich stwierdzeń, załączając jednocześnie wyrazy szacunku.

prof. Witold Kieżun

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się na facebookowym profilu autora, a z woli jego samego i współpracowników przedrukowujemy go u nas z drobnymi skrótami i zmianami redakcyjnymi.

Polska to stan portfela

To z reguły wygląda tak samo. Zaproszenie. Taksówka (dużo ciekawych rozmów). Pudrowanie. Kurtuazja. Kawa lub woda. Przypinanie mikrofonów. Mówienie i wyglądanie. Odpinanie mikrofonów. Kurtuazja. Gdzieś w międzyczasie powtórzony w pamięci z ironicznym tembrem fragment z Norwida: „zapomnieć ludzi, a bywać u osób, / – Krawat mieć ślicznie zapięty!”. Taksówka. Kierowca mówi, gdzie kto mieszka i jak szybko z dawnymi i nowymi VIP-ami jeździ się po stolicy. Wyjście z taksówki. I znów świat na miarę własnych zarobków, dziwnie sprofilowanych zapatrywań, umysłowych i okołotowarzyskich potrzeb. Inny świat niż tamten.

Niektórzy mówią, że Polska to stan umysłu. Tyle że umysłowość współczesna mieści się gdzieś w okolicach portfela albo w kieszeni z drobniakami najemnego, nisko opłacanego robotnika, portmonetce starej kobiety, z ostatnią w zwyczajowo zbyt długim miesiącu pięćdziesięciozłotówką, opuchniętej cierpieniem dłoni bezdomnego. Zatem Polska to stan portfela, gdyż wedle lapidarnie trafnego stwierdzenia Marksa i Engelsa, „Ideami panującymi każdego okresu były zawsze tylko idee klasy panującej”. A klasa panująca uwielbia hazard – tyle że jest jakoś tak, że przede wszystkim uwielbia grać za cudze i zawsze gra znaczonymi kartami. Właśnie tak – ta sama klasa panująca, której prominentni przedstawiciele od początku naszej transformacji przywykli do bezkarnego rzucania na wszystkie strony oskarżeniami o roszczeniowość.

Jeszcze jedno – powtórzę własną myśl z tekstu dla prasy aktualnie reżimowej – warto powiedzieć: w ciągu ponad ćwierćwiecza III Rzeczpospolitej zbudowaliśmy realia społeczno-gospodarcze o znacznym ryzyku bardzo wysokiej przegranej. Składa się na to wiele wzajem warunkujących się i płynnie dopełniających elementów: urynkowienie i komercjalizacja niemal całej sfery społeczno-gospodarczej, atrofia usług publicznych, brak polityki mieszkaniowej nastawionej na zaspokojenie potrzeb znacznej części społeczeństwa na dorobku (wszystko pod hasełkami „rodziny na swoim”), transformacja systemu emerytur w źródło zarobków wielkiego biznesu i pożyteczne, ale zrobione dla doraźnych potrzeb częściowe wycofanie się z tego projektu, systemowe przyzwolenie na masowe zadłużenie Polaków na rzecz całego mnóstwa instytucji finansowych. Dodajmy do tego trwające długimi latami ograbianie prowincji z kapitału ludzkiego poprzez taką hierarchizację rodzimej rzeczywistości, dystrybucję pieniędzy, możliwości i prestiżu, taką dostępność dóbr cywilizacyjnych czy lepszych miejsc pracy, które wymuszają na kolejnych rocznikach ucieczkę w obce i nierzadko nieprzyjazne miejsca.

Jeśli tylko coś nie zagra, jeśli źle skumuluje się kilka czynników, które nadto spiętrzą trudności przed najbardziej nawet aktywną i zdolną jednostką – wszystko pójdzie zgodnie z logiką determinantów: w realiach takich jak nasze, ludzie, którzy wciąż nie wygrywają, nie mają szans na „systemową asekurację”. I od razu zaczynają przegrywać. Nie, nie zawsze oznacza to upadek na samo dno, pożegnalny list samobójczyni czy samobójcy. Nie zawsze odbija się to w sposób zdecydowany na statusie materialnym danej osoby czy rodziny. Czasem to rzeczy drobne, które kumulują się w rosnącą frustrację: ot, rezygnacja z rodzinnych wakacji, ponieważ znacznie wzrosła rata kredytu. Albo oznacza to jeszcze krótszy sen. Coś na uspokojenie. Na nerwy. Na strach.

Czy dramatyzuję? Na portalu Rynekzdrowia.pl na początku kwietnia tego roku opublikowano artykuł „Czas rozprawić się z mitami dotyczącymi zdrowia psychicznego”. Jego autorka, Lucyna Maruszkiewicz, pisze: „Migracja mieszkańców wsi do miast i związane z tym bardzo trudne procesy adaptacyjne, czy umowy śmieciowe przy jednoczesnym zaciąganiu kredytów, to przykłady czynników życia w permanentnym stresie. Brak poczucia bezpieczeństwa, zawodowa i pracownicza niepewność, brak ekonomicznej stabilności – wszystko to często rodzi przekonanie o bezradności i beznadziejności, wywołuje poczucie nieprzydatności zdobytego wykształcenia, posiadanych umiejętności, bezwartościowości, obniża naszą samoocenę”. Z dostępnych badań i danych statystycznych wynika, że 1,34 mln Polek i Polaków w wieku produkcyjnym źle ocenia swoje zdrowie psychiczne. Skargi depresyjne dotyczą około 8 mln osób, a 1,5 mln ma rozpoznaną depresję.

Nie są to jedyne tego typu dane. Portal „Nowego Obywatela” podawał niedawno informację, że z badań Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) wynika, że 53,3 proc. polskich pracowników odczuwa stres. Na naszym kontynencie jesteśmy pod tym względem niemal bezkonkurencyjni – wyprzedzają nas tylko Grecy (58 proc.) i Turcy (67,5 proc.). Mniej zestresowani w pracy są Czesi (43,4 proc.) i Niemcy (42,4 proc.), najmniej zaś Szwedzi (14,7 proc.) czy Norwegowie (18,2 proc.). Cóż, jednym płacz i zgrzytanie zębów w ramach państwa pełnego rynku i wartości, a drugim cywilizacja.

Oczywiście, nikt tu nikogo pod pistoletem nie trzyma. Na przykład w Niemczech wciąż potrzeba rąk do pracy. Zatem ludzie wyjeżdżają. Zabierają stąd swoje niezatrudnione ciała – to bardzo dobrze robi na wskaźniki zmniejszające oficjalne statystyki bezrobocia. Wraz z niezatrudnionymi ciałami znikają stąd pasje, umiejętności, zainteresowania, marzenia, przyjaźnie. Rzadziej mówi się o tym, jak emigracja sprzyja erodowaniu tkanki społeczno-kulturowej. Co ciekawe, ludzie z opozycji z lat 80. XX w., dziś niekiedy całkiem solidnie umoszczeni w rzeczywistości, czasem coś kojarzą: poopozycyjna elita władzy i opinii potrafi się do dziś użalić, ilu zdolnych ludzi wypędziła z kraju junta Jaruzelskiego. Ale od czasu triumfów polskiego hydraulika na Wyspach nikt już tak o tym nie mówi, nie pisze – kogo obchodzi, jak wiele trudno mierzalnego dobra społecznego straciliśmy wraz z tymi, których z Polski wygnały kolejne neoliberalne rządy, urządzające kraj wedle logiki najzasobniejszych portfeli?

Wielka Polska? Wielka pustka. Chciałbym kiedyś zobaczyć film o tych, którzy wyjechali, fantasmagoryczną animację, pokazującą, jak pośród tych, co wciąż tu żyją, snują się cienie tych, co musieli wyjechać. Ulice, skwery, ławki w parkach, knajpy, baseny, muzea, domy kultury, świetlice, dworce kolejowe, poczekalnie u dentysty, filharmonie, zakłady fryzjerskie, salony piękności, warsztaty samochodowe, ścieżki rowerowe, deptaki, pawilony handlowe, polne dróżki, remizy strażackie, kościoły, burdele, przychodnie lekarskie, obory, biblioteki, sale wykładowe, parki maszyn rolniczych – pełne cieni po ludziach, ich niknących śladów w przestrzeni, którą nazywamy Polską. Ale tych ludzi już tu nie ma – jest za to mnóstwo zadęcia i rozpaczliwego upychania w miejsce pustki narodowego frazesu. Jest też otwarte pytanie o to, kto w III Rzeczpospolitej, w drugiej połowie drugiej dekady XXI wieku, będzie robił za lewicę. I czy ta lewica zajmie się również tą Polską, do której nie da się dojechać łatwo i wygodnie taksówką – jak do studia telewizyjnego.

To zawsze wygląda tak samo: wielopiętrowa produkcja przekazu. Dla widza istnieje obraz sprowadzony do rzutu kamer na monitor, ale za tym ukrywa się cała struktura: od procedur postępowania, przez formalne i nieformalne znajomości, do pewnego spektrum możliwych pytań i odpowiedzi. Na tym nie koniec: dodajmy różnice w zarobkach między prezesami tych paru istotnych telewizji, wydawcami programów, redaktorkami i redaktorami, paniami od pudru, kamerzystami, ochroniarzami przepuszczającymi gości przez bramki. Taksówki i wozy firmowe wożą i odwożą zaproszonych. Jest odpowiednio sterylnie, wstępna selekcja gości pomaga zbudować odpowiednią matrycę przekazu. Najlepiej być z Warszawy i jej suburbium, od biedy można być z kilku najlepiej skomunikowanych ze stolicą miast – wtedy też masz szanse na kooptację.

Po wszystkim wysiadasz z taksówki, widzisz reklamę kredytu konsolidacyjnego, myślisz o jednej czy drugiej historii ludzi, których nigdy do telewizji nie zaproszą, a jeśli już w niej zagoszczą, to jako przestroga lub ilustracja jakiegoś smutnego zjawiska społecznego, sprowadzonego do czyichś szybkich wzruszeń/poczucia wyższości/oburzenia/pogardy – niepotrzebne skreślić, niepotrzebnych skreślić. I wiesz, że Polska to stan portfela. A że nie każdego stać na to, by zarządzać mówieniem o niej, cóż – to niższe warstwy społeczne brudzą sobie ręce walką klas. Warstwy uprzywilejowane robią ją w białych rękawiczkach.

Równość jest najważniejsza

Równość jest najważniejsza

Z dr. Michałem Kozłowskim, adiunktem w Instytucie Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego, autorem książki „Znaki równości”, rozmawiamy o równości, sprawiedliwości i kształcie, jaki te koncepcje przyjmują w czasach neoliberalizmu.

***

Napisał Pan książkę poświęconą równości. Co stało za wyborem tematu?

M. K.: Odpowiedzi na to pytanie nie ma w samej książce, ponieważ kierowałem się w niej naukową neutralnością. Ale mam takie przekonanie, które nie jest ani antynaukowe, ani też ściśle naukowe, że dla lewicy równość jest sprawą najważniejszą. Jeśli odchodzono od niej na rzecz realizacji innych priorytetów społecznych, to działo się niedobrze. Jednak równość, jak wszystko w świecie społecznym, nie jest pozbawiona skaz. Dlatego też konieczne jest opisanie pewnej dwuznaczności równości, bo bywa ona złowroga. I nie chodzi tu o straszenie Pol Potem. Zagrożenia, które mnie interesują, nie wiążą się z „nadużyciem” równości, ze straszeniem „urawniłowką”, w tym niech celują konserwatyści. Mnie nie odstręcza nadmiar równości. Niepokoi mnie raczej to, jak za pomocą równości tworzy się nierówności. Rozmaite sposoby tworzenia społecznej równości wywołują rozmaite, często zaskakujące skutki, a podmioty ustanawiające równość także są rozmaite i realizują różne cele. Historia Polski dostarcza tu zresztą znakomitego przykładu, kiedy w XVII wieku „Panowie bracia” tworzyli swoją sarmacką wspólnotę równych, to równolegle do tego wyzuwali „chamów” z wszelkich praw, zanegowali nawet etniczne pokrewieństwo ze swoimi poddanymi.

Równość tak jak ją rozumiem, zresztą w zgodzie z tradycją socjologiczną, dotyczy dystrybucji społecznych zasobów. Wyróżniam trzy podstawowe rodzaje takich społecznie cenionych rzeczy: bogactwo (dysponowanie zasobami materialnymi), władzę (nie chodzi bynajmniej tylko o władzę polityczną czy instytucjonalną, lecz szerzej o sprawczości, zdolności do wpływania na zachowania innych, w tym do kierowania własnym życiem, czyli po prostu wolność) i prestiż (uznanie, szacunek, widzialność). One się rzecz jasna ze sobą wiążą, posiadanie pewnego zasobu ułatwia pozyskanie innego. Czasami społeczeństwo próbuje kompensować prestiżem fakt, że pozbawiło jakąś grupę zasobów ekonomicznych lub władzy. To dzieje się na przykład w nacjonalizmie: prestiż przynależności do narodu ma kompensować niską pozycję w innych hierarchiach. I choć to bywa skuteczne, to sądzę, że chodzi tu „fałszywy prestiż”. Prawdziwy to taki, który można wymienić na inne zasoby. Takim „fałszywym prestiżem” obdarzane są jednak różne grupy. Przychodzi mi tu na myśl prestiż macierzyństwa. Gołym okiem widać, że nie pociąga za sobą ani władzy, ani wzmocnienia ekonomicznego.

Wiemy dość dobrze, jak konstruowane są nierówności zasobów. Pracę tę wykonuje kapitalizm, patriarchat, państwo i wiele innych opisanych mechanizmów. Ale za denuncjacją tych mechanizmów często idzie naiwne przekonanie, że gdybyśmy usunęli przyczyny nierówności, to od razu, spontanicznie, wybuchnie nam równość. A tak nie jest. Stąd kolejne przekonanie, które przenika moją książkę: wszystko, co warte zachodu i dobre w świecie społecznym, wymaga pracy. Nic nie przychodzi samo przez się i spontanicznie.

Skoro różne idee nie są dane, ale konstruowane, to chętnie dowiedziałbym się, jakie są historyczne korzenie idei równości.

M. K.: Mamy takie zjawisko, które bardzo mocno naznaczyło całą zachodnią Europę po XVII wieku. I dla przeciwników równości, i dla jej zwolenników głównym punktem odniesienia była demokracja ateńska. I rzeczywiście, z jednej strony w demokracji ateńskiej wynaleziono coś niesamowitego – to, że jeden człowiek to jeden głos. Przy okazji właśnie w Atenach równość zaczyna wiązać się z indywidualizmem, bo przecież niezróżnicowana masa to nie jest wspólnota ludzi równych. A jednak w mojej książce nie znajdziemy ani odrobiny sympatii wobec demokracji ateńskiej, bo równolegle do ustanawiania równości między wolnymi Ateńczykami pozbawiano prawa innych: cudzoziemców, kobiety, niewolników. Potem zaś, uprośćmy nieco, głosowano nad tym, kogo napaść i jak podzielić łupy.

Idee więc, choć ważne, nie są jak widać czynnikiem rozstrzygającym. Zresztą równość jest wytwarzana także niezależnie od jakiejś klarownej idei i intencji jej wprowadzenia w życie. Wyróżniam trzy sposoby takiego wytwarzania. Pierwszym jest rządzenie. Zdarza się, że władza polityczna, oparta na hierarchii i przywileju, prowadzi określone polityki równościowe. Na swój sposób celował w tym imperialny Rzym i właśnie to było jednym z głównych źródeł jego sukcesu. Rozrost imperium wymagał wzmocnienia i rozszerzania jego podstawy: dotyczyło to ludów podbitych, lecz także kobiet i niewolników. Choć niewolnictwo trwało, to nie wiązało się z rasizmem (jak na przykład wspomniany Polski neofeudalizm), rząd promował także praktykę wyzwalania. Innym przykładem są choćby armie europejskie w XVII wieku. Żeby mogły być skuteczne, nie mogły już, jak dawniej, opierać się na przywilejach urodzenia, lecz na kompetencji i wartości bojowej. Anglicy na przykład utrzymywali przywileje w piechocie, ale w marynarce, która była podstawą ich potęgi, nie mogli sobie na to pozwolić. Pogromca Francuzów spod Trafalgaru, admirał Horatio Nelson, był człowiekiem z gminu. Innym sposobem powstawania stosunków równościowych, najbardziej zresztą fascynującym, jest sprawczość zdominowanych, czyli tych, którzy w hierarchiach zasobów stoją niżej. Jest to zjawisko fascynujące dlatego, że bycie podrzędnym oznacza właśnie względne bądź bezwzględne wyzucie z zasobów społecznych, a to właśnie one umożliwiają sprawczość w społeczeństwie. Ponadto istnieją potężne mechanizmy – Louis Althusser nazywał je ideologią, a Pierre Bourdieu przemocą symboliczną – które powodują, że zwykle podporządkowani godzą się na swój podrzędny status. Jednak historia pokazuje, że mechanizmy te nie są bezwzględnie skuteczne. Zdominowani co prawda rzadko dążą do równości jako świadomego celu (tak jak to się dzieje w rewolucjach), lecz o wiele częściej usiłują zmienić stosunek sił na swoją korzyść czy to indywidualnie, czy kolektywnie. Sądzę, że bez tych wysiłków równość nigdy nie pojawiłaby się jako problem polityczny.

Wydaje się jednak, że w książce bliższy punkt odniesienia to epoka Oświecenia i traktat Jana Jakuba Rousseau „Rozprawa o pochodzeniu i podstawach nierówności między ludźmi”.

M. K.: Rousseau wpadł na pewien pomysł, pewien sposób widzenia. Pomyślał mianowicie nierówność społeczną jako coś konstruowanego historycznie przez społeczeństwo. Po drugie, potępiał ją. Uważał również – i tym różnił się od Greków – że równość musi być rozciągnięta na wszystkich członków społeczeństwa. Niestety z wyjątkiem kobiet. Wyobraźnia XVIII-wieczna nie obejmowała wciąż rzeczywistej społecznej równości kobiet i mężczyzn. Ale wynalazek Rousseau pozwolił wyartykułować uniwersalny program równościowy jako program polityczny. W tym miejscu pojawia się trzeci sposób konstruowania równości: ustanawianie równości za pomocą władzy politycznej. Nie chodzi tu problemy związane z rządzeniem, lecz o sytuacje, kiedy rządzący dążą do wprowadzenie równości jako celu samego w sobie. W książce analizuję pod tym względem postacie Lenina i Birmao Ramji Ambedkara, przywódcy indyjskich „niedotykalnych” z pierwszej połowy XIX wieku. Charakterystyczne, że pomimo wielkich różnic między nimi (Lenin był rewolucyjnym dyktatorem a Ambedkar demokratycznym reformatorem), losy ich przywództwa zdradzają bardzo silne analogie. Choćby taką, że obaj, zupełnie wbrew własnym intencjom, zostali poddani procesowi swoistej „deifikacji”, która była równoległa do porzucenia ich egalitarnego programu. Lecz mamy też fascynujące przykłady z historii Polski. Władza po roku 1945, niezależnie od tego, skąd się wzięła, miała realne ambicje „odgórnego” ustanowienia równości i odniosła pod tym względem pewne sukcesy (oraz liczne porażki). Znakomitą książkę napisała na ten temat pracująca w USA historyczka Małgorzata Fidelis. W każdym razie to właśnie w 1950 r. uchwalono w Polsce równościowy kodeks rodzinny, który po raz pierwszy zrównywał status dzieci małżeńskich i pozamałżeńskich, znosząc haniebną instytucję bękarta…

Wróćmy do dnia dzisiejszego. Często słyszymy, ze żyjemy w świecie wyjątkowo naznaczonym nierównościami. Czy nasze czasy rzeczywiście są pod tym względem niezwykłe?

M. K.: Około XVIII wieku równość stała się jedną z idei centralnych, a stosunek do niej zaczęły definiować ruchy polityczne. Trwa to do dzisiaj. Żyjemy w systemie, który wyznaczają dwie siły: kapitalizm i państwo narodowe. Kapitalizm jest wrogiem równości i systemowo tworzy nierówności. Z tym zgadzają się nawet jego inteligentniejsi obrońcy. Jednak potrzebował on posługiwać się aspiracjami ludzi do równości, choćby ustanawiając równościowe prawo cywilne. Kapitalizm ma dwa miejsca narodzin. Z jednej strony Anglię czy Holandię, z drugiej – Haiti. Był to pierwszy w historii eksporter, na obecną skalę chińską. Ta 600-tysięczna wyspa tworzyła fortuny na skalę planetarną, eksportując cukier i kawę. Ale ceną był kapitalizm oparty na niewolnictwie. Skończył się w zasadzie pierwszą rewolucją robotniczą i niemal całkowitą zagładą plantatorów. Zasadniczo jednak rozwinięty kapitalizm gra równością. Przecież nikt nie będzie chciał konkurować na rynku, jeśli nie będzie miał wiarygodnej iluzji równości szans, dzięki której być może odniesie sukces. Z kolei państwo narodowe zbudowano do pewnego stopnia na wyobrażonym ideale równości obywateli i wspólnoty równych (mężczyzn). Jednocześnie państwo narodowe promowało kapitalizm i często konserwowało nawet przedkapitalistyczne hierarchie. No i oczywiście wykluczało obcych zewnętrznych i dyscyplinowało obcych wewnętrznych (mniejszości etniczne, religijne, kulturowe etc.). Dzisiaj, podczas kryzysu uchodźczego, widać, że obywatelstwo, atrybut równości, okazuje się jednym z podstawowych przywilejów oraz instrumentem wykluczania – nawet z prawa do życia. Co do tego, czy świat jest dzisiaj szczególnie nieegalitarny ekonomicznie niż był do tej pory, istnieją liczne badania. Nie ulega raczej wątpliwości, że elita kapitalistyczna jest dziś niesłychanie zasobna i zagarnia coraz większy kawałek tortu. Jednak z drugiej strony warto przypomnieć, że nierówności pomiędzy klasami średnimi a najniższymi bywają bardziej drastyczne i mają drastyczne skutki. To nie wielki kapitał jest dziś główną bazą skrajnej prawicy, ale z drugiej strony to nie wielki kapitał jest dla skrajnej prawicy głównym wrogiem, lecz grupy najsłabsze, naznaczone jako obce.

Na tym przykładzie widać, że równości towarzyszy zwykle jakaś forma wykluczenia, jakaś nierówność. Stańmy teraz na gruncie krajowym. Gdzie w Polsce mamy do czynienia z obszarami największych nierówności?

M. K.: Polska w perspektywie globalnej nie zalicza się do krajów bardzo nieegalitarnych majątkowo. Nierówności są duże, ale przede wszystkim między klasą średnią a tymi, którzy przegrali w wyniku dość drapieżnej transformacji ustrojowej. Co ciekawe, w Polsce wszystkie wskaźniki w ciągu ostatnich dziesięciu lat, nawet płace realne, świadczą o tendencjach rozwojowych. Wyjątek stanowi mierzona bezwzględnie nędza. I rzeczywiście jest hańbą, że w okresie rozwoju gospodarczego dopuszczono do tego. Nie jest prawdą, że większość biedniała, ale najbiedniejsi rzeczywiście biednieli. Jednocześnie nie mamy swojego 1% najbogatszych, bo nie mamy wielkiego kapitału. Mówiąc po Marksowsku, śmietanka wartości dodatkowej często trafia do zagranicznego kapitalisty. Jesteśmy państwem prawdziwie robotniczym [śmiech]. Jednocześnie nie ma żadnej gwarancji, że rodzimy kapitalista byłby bardziej dobrotliwy – przeciwnie, średni polski kapitał jest szczególnie brutalny w stosunkach pracy. Na dokładkę Polska od roku 2007 nie ma podatku spadkowego, co oznacza, że realizuje całkiem wprost program powiększania nierówności ekonomicznych. Warto dodać, że mamy – odziedziczony po PRL – dość szeroki zakres usług publicznych, które sprzyjają równości. To czyni nas krajem znacznie bardziej egalitarnym niż na przykład Argentyna czy Turcja, które są w przybliżeniu na podobnym poziomie rozwoju.

Kolejną kwestią są polityki symboliczne. Mimo że polska prawica podkreśla swój ludowy charakter i sugeruje swoisty egalitaryzm ekonomiczny, to w Sejmie mieliśmy modę na sarmacką estetykę i wychwalanie Polski przedwojennej, która była skrajnie nieegalitarna pod prawie każdym względem. Panowie „żołnierze wyklęci”, którzy trafiają właśnie na szczyt narodowego panteonu, poza innymi zasługami zajmowali się np. zwalczaniem reformy rolnej.

Wreszcie – sprawa autorytaryzmu społecznego. Powiedziałbym, że w Polsce jest on na raczej średnim poziomie, choć trzeba by tu poważnych badań porównawczych. Na podstawie doświadczenia osobistego mogę powiedzieć, że na polskich uczelniach panuje tytułomania, są Panowie Doktorzy i Profesorowie, panuje zwracanie się do siebie tytułami. To jest klasyczne świadectwo trwania hierarchicznego społeczeństwa. W Europie Zachodniej te formuły i takie zachowania zasadniczo należą do przeszłości. W Polsce modele obyczajowości egalitarnej, zwłaszcza na gruncie klasy średniej, wprowadza kultura korporacyjna, która nakazuje – od robotnika do prezesa – być ze sobą na „ty”. Musimy jednak pamiętać, że taka tendencja do kulturowego egalitaryzmu w wymiarze światowym łączyła się z niewiarygodnym rozwarstwieniem ekonomicznym, nawet w obrębie tych korporacji. Uczestniczymy więc w wielkich, planetarnych grach równością.

Tu pojawia się pytanie, które przede wszystkim w Polsce powinniśmy sobie zadać. Wydawało się, że Polska stworzyła innowacyjny ruch społeczny, jakim była „Solidarność”. Wszystkim się wydawało – i na Zachodzie, i w Polsce – że oto może wykluć się tu jakaś nowa formuła społeczeństwa egalitarnego. Niestety, nic się nie wykluło. Jestem jednak bardzo daleki od tego, by twierdzić, że przyczyną była czyjaś zdrada. W mojej książce cytuję badania polskiej historyczki Małgorzaty Mazurek z Uniwersytetu Columbia. Opisuje ona, jak w połowie lat 80. zaczęła w Polsce zanikać – zarówno po stronie opozycji, jak i partii – egalitarna, dystrybucyjna ekonomia moralna, jak dyskurs o równych płacach i „równych żołądkach” zaczął odchodzić w niebyt. I rzeczywiście, w 1989 roku brakło zgody w wielu sprawach, ale swoisty „pakt antyegalitarny” był niemal niekwestionowany.

Czy przypadkiem egalitaryzmu nie powiązano z praktykami totalitarnymi?

M. K.: To ciekawa sprawa, bo przecież w Polsce właściwie nie mieliśmy totalitaryzmu, a jeśli w ogóle, to bardzo krótko. Nigdy też dla wprowadzenia egalitaryzmu nie zastosowano przemocy na skalę masową. Powiedziałbym, że polskiej alergii na równość nie da się przyczynowo wyjaśnić traumą komunizmu. Komunizm stanowi tu raczej pretekst, by podważać ideę równości.

W ostatnich latach wiele wysiłku poszło na wykreowanie zjawiska „boomu edukacyjnego”, przy okazji którego wiele mówiono o równości. Miał on, przy jednoczesnym wycofywaniu się państwa z redystrybucji dochodu, sprzyjać wyrównywaniu szans innymi metodami. O co chodziło w tym zabiegu?

M. K.: Kluczem jest tu brzydkie słowo „neoliberalizm”. I to neoliberalizm „lewicowy”, który niekoniecznie jest zwrócony przeciw państwu. Państwo ma bowiem nadal interweniować, ma uzyskiwać pewne skutki społeczne i wpływać na stosunki społeczne, ale w inny sposób. Ponieważ redystrybucję zasobów uznano za złą, zastąpiono ją (w teorii) redystrybucją możliwości. Ale jedno bez drugiego jest niemożliwe! Kolejny problem polega na tym, że w takiej polityce zawarte jest elementarne kłamstwo. Wszystkie badania pokażą, że równość szans jest tam, gdzie mamy mniejsze rozwarstwienie majątkowe. Z socjologii wiemy, że podstawowym mechanizmem reprodukcji nierówności społecznych jest rodzina, dziedziczenie. W związku z tym, jeżeli chcemy mieć mobilność wertykalną, to trzeba przynajmniej biedne i bogate dzieci posyłać do tych samych szkół. A takie rzeczy są możliwe jedynie przy realnej polityce redystrybucji zasobów. To nie muszą być pieniądze, to może być na przykład polityka mieszkaniowa. W każdym razie trzeba redystrybuować zasoby, a nie abstrakcyjne możliwości. Tymczasem w Polsce, nie po raz pierwszy w kapitalizmie, boom edukacyjny był sposobem na uniknięcie psychologicznych, moralnych i społecznych skutków bezrobocia wśród młodych. Często zresztą za ich pieniądze i, co gorsza, tam, gdzie dostawali wykształcenie złej jakości.

W książce wystrzega się Pan projektowania bardziej równościowego społeczeństwa. Może da się Pan namówić na takie projektowanie w rozmowie?

M. K.: Istnieje pewna pułapka myślenia w kategoriach systemowych, globalnych. Ale spróbujmy przynajmniej lokalnie. Polska jest państwem półperyferyjnym, co przez polityków często stosowane jest w charakterze alibi. Innymi słowy, jesteśmy dostatecznie bogaci, by prowadzić polityki redystrybucji, a przedsiębiorcy mają wystarczające zyski, by podnosić płace. Nie mamy podatku spadkowego, mamy mocno opodatkowaną pracę i w niewielkim stopniu opodatkowany kapitał, mamy w Polsce mentalny zakaz podnoszenia podatków. A moglibyśmy zastosować narzędzia ekonomii rozwoju, które pozwoliłyby na likwidację skrajnej biedy. Od prawie dziesięciu lat nie mamy także poważniejszych strajków. Kapitał czuje się zbyt pewnie.

Teraz będę mówił jak filozof [śmiech]. Kapitalizm kiedyś się skończy, jak każdy ustrój ekonomiczny. Historia ludzkości to kilkanaście tysięcy lat, kapitalizm ma lat kilkaset. Jeśli ktoś twierdzi, że jest wieczny, to trudno to traktować poważnie. Mamy dziś gigantyczny kryzys kapitalizmu. Nie wywołuje on tak spektakularnych skutków jak Wielki Kryzys, ale wtedy było już widać światełko w tunelu. My go jeszcze nie widzimy. Po kapitalizmie coś przyjdzie, jeśli nawet nie stanie się to z dnia na dzień. Na razie zapowiada się, że będzie to coś strasznego, bo dominująca reakcja na kryzys na całym świecie jest skrajnie prawicowa i polega na poszukiwaniu kozła ofiarnego – nie strukturalnych przyczyn, nie realnych beneficjentów. Tadeusz Kowalik mawiał, że w historii liczą się interesy i liczą się idee. Wzajemnie powiązane, ale nie tożsame, Mam wrażenie, że dziś świat jest w moralnym kryzysie uczuciowym. Dominują lęki, jest mało nadziei. A to nie służy równości.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Michał Wójtowski

1050-lecie jak szkolne jasełka

Obchody 1050-lecia Chrztu Polski są dla mnie jak ta chrzcielnica znaleziona przez archeologów na poznańskim Ostrowie Tumskim, która okazała się dołem do mieszania zaprawy murarskiej. Zamiast dyskusji o stanie chrześcijaństwa w Polsce, odprawiane są niby-historyczne jasełka, z których nic wartościowego (poza powielaniem mitu założycielskiego państwa polskiego) nie wynika. Wielka pomyłka.

Badacze sami przyznają, że nie wiedzą zbyt wiele „na pewno” na temat wydarzeń, jakie miały (być może) miejsce pod koniec X w. na terenie Wielkopolski. Mogą jedynie przedstawiać swoje koncepcje, tworzone na podstawie porównań z późniejszymi, udokumentowanymi już procesami chrystianizacji w tzw. barbarzyńskich częściach Europy. Istnieją tylko regularnie aktualizowane teorie odnośnie do chrztu Mieszka I, który w polskiej tradycji jest jednoznaczny z chrztem samej Polski. Kolejna okrągła rocznica tzw. Chrztu Polski powinna być dla nas przede wszystkim inspiracją do zaktualizowania pozyskanej w szkole wiedzy o początkach naszego państwa. A dla rzeszy wiernych Kościoła Katolickiego – przyczynkiem do głębszej refleksji nad stanem życia duchowego i chrześcijaństwa w Polsce.

Nie wiem, jak to wygląda w większych ośrodkach miejskich, ale z perspektywy prowincjonalnego powiatu tureckiego odnoszę wrażenie, że wszystkie wydarzenia związane z 1050. rocznicą Chrztu to niezwykle płytkie przedstawienia, kolejne preteksty do wręczania sobie jakichś tam dyplomów za jakieś tam „zasługi”. Bo tak to przeważnie wygląda, kiedy w tego typu obchodach maczają palce wójtowie.

Właśnie takie okazje obnażają, jak bardzo nasza obywatelska SAMO-RZĄDNOŚĆ jest iluzoryczna. Przecież tak doniosła patriotyczna rocznica otwiera drogę inicjatywom licznych stowarzyszeń, które w statutach mają zapisy o szerzeniu patriotyzmu (oczywiście rozumianego na swój sposób) i idei katolickich. Zaznaczam od razu, że nie chodzi mi tu o kolejną szopkę, konkurs itp., ale o prawdziwą dyskusję o stanie polskiego patriotyzmu i wiary. Może to być debata albo i zwykły tekst opublikowany w lokalnych mediach, zachęcający do publicznej dyskusji. Niestety (dla naszych lokalnych „patriotów”), nie mamy stosownego pomnika, gdzie z tej okazji można by masowo udać się z wieńcami i odfajkować rocznicę.

Historia pokazuje, że bardzo często znaczące rocznice stawały się pretekstem do politycznej walki o pewne wartości i idee. Za czasów zaborów Polacy potrzebowali przede wszystkim „pokrzepienia serc”, fakty historyczne były sprawą drugo-, a nawet trzeciorzędną. Z kolei w okresie Polski Ludowej, w ramach rocznicy milenijnej, odbyła się wielka bitwa o rząd polskich dusz pomiędzy ekipą Władysława Gomułki a prymasem Tysiąclecia, Stefanem Wyszyńskim. Ostatecznie wygrał polski Kościół Katolicki, a projekt ateizacji i laicyzacji upadł. W Polakach odradzała się wiara.

A jakie wnioski mają płynąć z tegorocznych obchodów? Czy tak ważna rocznica w czasach tzw. Wolnej Polski zostanie sprowadzona do rangi szkolnych akademii? Rozumiem, że wszystko z naszym życiem duchowym jest w porządku. Co z tego, że ludzie, chcąc zapracować na godne życie, nie mają czasu dla swoich rodzin i przyjaciół, na samorozwój, na uczestnictwo w życiu kulturalnym i religijnym (oby posiadali jeszcze potrzebę uczestniczenia w nim!). Z kolei ci, którzy posiadają komfort wolnego czasu, najczęściej oddają się bez reszty konsumpcji.

Także sami przedstawiciele stanu duchowego bardzo wiele utracili na pogłębieniu się kryzysu materialnego. Ludzie zwyczajnie (słusznie albo niesłusznie) zazdroszczą komfortu, jaki posiadają księża. Od wielu wiernych słyszy się, że „księża sami mają diabła za skórą” i dlatego „chodzą do kościoła nie dla księdza, ale dla Boga” itp. Taką małomiasteczkową praktykę duchową porównałbym do dużego księdza jeżdżącego małym, dwuosobowym, sportowym samochodem. To wszystko staje się karykaturalne i na dłuższą metę niebezpieczne.

Nic tak nie zaszkodziło duchowemu życiu Polaków, jak wprowadzenie wolności gospodarczej w jej skrajnej postaci; nie pamiętam, aby Kościół się temu sprzeciwiał lub to krytykował. Liberalizm w wydaniu nadwiślańskim skutecznie, choć cichutko jak czad, zabija w nas wiarę. Ale z tym już nie da się walczyć tak łatwo jak z „komuną”, która miała konkretne oblicze PZPR. Więc może lepiej usiądźmy cicho nad tą trumną, bo dyskusja rozbudzi w nas tylko niepotrzebne ambicje.

dr hab. Ryszard Bugaj

dr hab. Ryszard Bugaj

„Nowy Obywatel” nie ma jak dotąd dużego nakładu, ale wyraża aspiracje, przekonania i interesy wielu Polaków. Wielu z nas chce więcej sprawiedliwości, nie chce ostatecznej likwidacji państwa opiekuńczego, chce realnej demokracji i utrzymania państwa narodowego. No i większość – tak mi się wydaje – nie jest zachwycona pomysłami radykalnej rewolucji obyczajowej. Byłoby dobrze, gdyby „Nowy Obywatel” mógł być nadal rzecznikiem naszych pragnień.

dr hab. Tomasz G. Grosse

dr hab. Tomasz G. Grosse

Obywatel – to kategoria mocno wyblakła i pozbawiona treści przez polską historię. Ale niezbędna dla tego państwa i społeczeństwa. Dlatego środowisko „Nowego Obywatela” robi dobrą robotę dla nas wszystkich.

O uchodźcach bez napinki

Kategoryczni przeciwnicy przyjmowania jakiejkolwiek liczby uchodźców dobijających do bram Europy starają się uchodzić za racjonalnych obrońców polskiego interesu, kierujących się chłodną polityczną kalkulacją. Jeśli ich argumenty czasem przyjmują formę rozemocjonowanego jazgotu, to oczywiście tylko po to, by ich tezy lepiej wybrzmiały i przekonały szersze grono odbiorców. Hasła o islamskim najeździe czy odcinanych przez islamistów głowach – to tylko licentia poetica. Wypowiadają je przecież w istocie twardo stąpający po ziemi komentatorzy, którzy nie chcą dopuścić, by w naszym kraju również zakwitły szariackie „no go zones” i miały miejsce zamachy takie, jak niedawny w Brukseli. W tej optyce, z drugiej strony, każdy, kto dopuszcza w ogóle możliwość ugoszczenia w naszych progach uciekinierów z Syrii czy Iraku, jest w najlepszym razie idealistą, który stracił kontakt z brutalną rzeczywistością, a w najgorszym – perfidnym szpionem, chcącym kuchennymi drzwiami doprowadzić do dechrystianizacji Polski przy pomocy hord Maurów.

Nie po raz pierwszy okazuje się, że głośne wykrzykiwanie polskich interesów rzadko idzie w parze z realnym ich wspieraniem. Nie przypadkiem mistrzami pragmatycznej polityki są wiecznie uśmiechnięci i przytakujący Chińczycy, którzy, zamiast wyznaczać sztywne granice, od których „dalej nawet o krok”, spokojnie próbują ugrać na wielu frontach pulę większą, niż byłaby do zgarnięcia na jednym. Napinanie się nigdy nie było dobrą strategią dla tych, którzy znają swoją wartość – a od zawsze stanowiło raczej domenę tych, którym nic poza prężeniem wątpliwych muskułów już nie zostało.

W wyniku wrześniowych negocjacji przypadło nam w udziale przyjęcie 7 tysięcy uchodźców. Jednak po zamachach w Belgii premier Szydło zapowiedziała, że w tej sytuacji Polska nie przyjmie deklarowanej wcześniej liczby. Abstrahując na razie od rozstrzygania, czy 7 tysięcy dla Polski to dużo czy mało, pytanie brzmi, po co w ogóle obecnie zabierać głos na ten temat, skoro kwestia ich rozlokowywania jak na razie de facto stoi w miejscu. Z grupy 106 tysięcy, która została, brzydko mówiąc, podzielona między kraje członkowskie, jak na razie rozmieszczono około 1000 osób. Sama Polska na początku roku ogłosiła, że ma już gotowych… 100 miejsc na przyjęcie gości z Bliskiego Wschodu. W sytuacji, gdy proces rozmieszczania uchodźców jeszcze na dobrą sprawę nawet nie ruszył z miejsca, choć minęło już pół roku od uzgodnień, kolejne podgrzewanie i tak już gorącej atmosfery wokół Polski w UE jest ostatnim, co powinniśmy robić.

Zasady przyjęcia uchodźców przez Polskę są tak wyśrubowane, że zebranie grupy tych 7 tysięcy osób, które zadeklarowaliśmy przyjąć, zająć nam może kilka lat. Już pierwszy z warunków będzie trudny do spełnienia – jasno wyrażona chęć, by zostać azylantem w naszym kraju. Konia z rzędem temu, kto znajdzie 10 imigrantów z Bliskiego Wschodu, których celem jest na stałe zamieszkać nad Wisłą. Od lat 90. przewinęło się przez nasz kraj ok. 90 tys. uchodźców z Czeczenii, a ostało się ich mniej niż 10 tysięcy. Nawet jeśli w końcu uda się zebrać odpowiednią grupę, to będzie trzeba jeszcze ją zweryfikować – sprawdzić, czy to na pewno uchodźcy z terenów ogarniętych wojną, a nie imigranci zarobkowi, a także czy nie mają powiązań z terrorystami. A to niełatwe, trzeba to przeprowadzić dokładnie, więc siłą rzeczy zajmie wiele czasu.

Rozsądna polityka Polski wobec problemu, przed którym stanęła Europa, powinna jednak wyglądać dużo bardziej aktywnie. Przyjęcie 7 tysięcy muzułmanów nie powinno stanowić dla Polski ani większego problemu, ani zagrożenia. Od lat 90. przyjęliśmy w sumie około 90 tys. Czeczenów, którzy w dużej części są salafitami, a więc reprezentują najbardziej radykalny odłam islamu. Prześwietlenie 7 tysięcy przybyszów nie powinno być dla naszych organów żadnym kłopotem. Podczas najbliższych wakacji przyjedzie do Polski na Światowe Dni Młodzieży prawie 2 mln ludzi i nikt jakoś nie krzyczy, że będzie to dla naszych służb zadanie nie do wykonania.

Trudno też brać na poważnie ostrzeżenia przed islamizacją – w Polsce jest obecnie ok. 25 tys. muzułmanów, więc nawet gdyby przyjechało ich kilkanaście tysięcy, to i tak stanowiliby promil społeczeństwa. We Francji, przed którą tak przestrzegają wieszczący islamizację, muzułmanów jest 7,5%, a w Szwecji 4,5%. Nie mówiąc już o Bułgarii (14%) oraz Cyprze (25%), choć jakoś nie słyszy się, by w tych dwóch krajach wyznawcy islamu zaczęli wprowadzać terror kulturowy. Nie ma również powodów przypuszczać, że uchodźcy przybywają tu „ciągnąć socjal”. Trudno uznać, że główne marzenie ludzi decydujących się na przepłynięcie tratwą przez morze albo przejechanie chłodnią przez Europę, to wygrzewanie się na zasiłku. Absurdem jest twierdzenie, że ktoś, kto decyduje się na tak niebezpieczną podróż, musi być szczególnie leniwy – akurat energii witalnej trudno tym osobom odmówić.

Owszem, muzułmańscy imigranci są w czołówce pobierających zasiłki na zachodzie UE, ale nie dlatego, że są generalnie leniwi, a dlatego, że są imigrantami właśnie, a ci najczęściej zasilają dolne warstwy społeczne. Powinni być na to wyczuleni szczególnie Polacy, na których temat przecież też często bywa upowszechniany krzywdzący stereotyp „przejadaczy socjalu”.

A więc zamiast zapierać się rękami i nogami przed przyjęciem tej w istocie garstki ludzi, dużo bardziej produktywnie byłoby skupić się na innych ważnych dla Polski kwestiach związanych z tym tematem. Chociażby na zwiększeniu ochrony zewnętrznych granic UE, co dla Polski, posiadającej takie granice i leżącej w dosyć niepewnym regionie, jest sprawą niezwykle istotną. Tym bardziej, że jedyną unijną agencją mającą siedzibę w Polsce jest Frontex, który odpowiada właśnie za tę sferę. Za ochronę granic zewnętrznych odpowiedzialne jest z osobna każde państwo, na którego terenie one leżą, co w obecnym kryzysie zupełnie się nie sprawdza, gdyż granice niektórych krajów (np. Grecji) są dziurawe jak sito. Sam Frontex jest obecnie jedynie kadłubkiem – zatrudnia zaledwie ok. 350 osób, które i tak pracują w jego administracji, a przy każdej akcji musi prosić państwa członkowskie o strażników granicznych oraz o pozwolenie na działanie na danym terytorium. Nawet po niedawnych podwyżkach jego budżet roczny wynosi ok. 140 mln euro, a budżet operacji morskich i lądowych to tylko 73 mln euro. Przeniesienie większej odpowiedzialności za granice zewnętrzne na Unię jako całość i zapewnienie Frontexowi stałej załogi strażników granicznych byłoby nie tylko pożądane w obliczu obecnego kryzysu migracyjnego, ale też zwiększyłoby bezpieczeństwo Polski w perspektywie ewentualnych napięć na wschodnich granicach. Szczególnie w sytuacji, gdy konflikty przygraniczne przyjmują obecnie formę toczonych cichaczem wojen hybrydowych.

Wzmocnienie mającej siedzibę w Polsce agencji wzmocniłoby pozycję Polski na arenie unijnej. Przedstawienie pomysłu na reformę ochrony unijnych granic wraz z koncepcją rozbudowy struktury i kompetencji Frontexu byłoby w oczach innych unijnych graczy dużo bardziej poważną postawą, na której moglibyśmy zyskać znacznie bardziej niż na ugraniu tysiąca czy dwóch tysięcy azylantów mniej. Wzmocniony i sprawny Frontex mógłby być niezłym substytutem stałych baz NATO, o które tak bardzo zabiegamy. Aby jednak przekonać resztę UE do naszej wizji wspólnej ochrony granic, najpierw dobrze byłoby poważnie podejść do wcześniejszych uzgodnień dotyczących rozładowania tego kryzysu migracyjnego, który już mamy.

Kolejną korzyścią z rzetelnego przestrzegania uzgodnień dotyczących relokacji byłoby czerpanie instytucjonalnego know-how. Nasze służby nie są obecnie doświadczone w inwigilacji środowisk islamskich, a ekspansja islamistycznego terroryzmu powoduje, że muszą te kompetencje posiąść jak najszybciej. Również nasze instytucje opieki nie mają pojęcia o integracji i pomocy imigrantom – nie tylko muzułmańskim, ale jakimkolwiek. A w sytuacji problemów demograficznych oraz postępującej globalizacji połączonej ze stopniowym bogaceniem się naszego kraju, takie umiejętności w niedługim czasie będą im niezbędne. Nawet gdyby założyć, że udałoby nam się „wywinąć” od obecnego kryzysu migracyjnego, to bez wątpienia podobne wyzwania dopadną nas w nadchodzącym czasie. Tymczasem teraz rysuje się znakomita szansa, by domagać się wsparcia polskich instytucji w radzeniu sobie z problemem od służb naszych sojuszników z UE. Dzięki bliskiej współpracy na tym polu moglibyśmy np. od służb francuskich czerpać wiedzę o rozpoznaniu radykalnych środowisk islamskich, a od instytucji szwedzkich przejmować know-how w zakresie asymilacji przybyszów z zagranicy. A wszystko odbywałoby się we względnym spokoju, gdyż obecnie to nie bezpośrednio na nasze granice napierają imigranci, a prześwietlenie i integracja 7 tysięcy osób nie stanowi wielkiego wyzwania. Gdy w przyszłości historia postawi nas pod ścianą z problemami o dużo większej skali, na naukę może być już za późno.

Zamiast wykłócać się o to, czy przyjmiemy 6, czy 8 tysięcy osób, lepiej przenieść dyskusję na tematy dużo bardziej kontrowersyjne z naszego punktu widzenia. Chociażby na kwestię poziomu pomocy, jaką uzyskają tu uchodźcy. Nie do pomyślenia jest, by po pierwszym okresie asymilacji otrzymywali oni wyższe wsparcie niż nasi potrzebujący rodacy, których na tle innych państw UE jest w naszym kraju mnóstwo. Sytuacja, gdy status uchodźcy jest lepszy niż status potrzebującego Polaka, byłaby absolutnie nieakceptowalna, a do tego mógłby prowadzić pomysł ujednolicenia poziomu wsparcia dla imigrantów w całej UE. Skala pomocy musi być też dostosowana do możliwości poszczególnych państw – wydatki na przybyszów nie mogą odbijać się na krajowych programach społecznych, skierowanych do własnych obywateli. Kolejną kwestią wartą nieustannego podnoszenia jest rzetelna weryfikacja – nie możemy godzić się na przyjmowanie osób, co do których nie będziemy mieli pewności, że pochodzą z terenów ogarniętych wojną i nie podejmowali współpracy z radykalnymi islamistami. Nawet jeśli oznaczałoby to, że w efekcie przyjmiemy mniejszą liczbę, niż zakładano.

Po co kreować się na czołowy antyislamski kraj w Europie? A taki obraz Polski wyłania się nie tylko z działań i wypowiedzi polityków, ale przede wszystkim z atmosfery wytworzonej przez część mediów i liderów opinii publicznej w naszym kraju. Bliska współpraca Polski z kilkoma dużymi krajami muzułmańskimi przyniosłaby nam wiele korzyści, jednak antyislamskie nastroje mogą w tym przeszkodzić. Aspirująca do UE Turcja to nie tylko niemal 80-milionowy dynamiczny rynek zbytu, do tego umiarkowanie zamożny, a więc doskonały dla naszych firm produkujących co najwyżej średniej jakości produkty. To także bardzo silna armia, należąca do pierwszej dziesiątki na świecie i kraj, który ma na pieńku z Rosją, a więc doskonały potencjalny sojusznik naszego państwa w obliczu indolencji militarnej większości krajów UE i niepewnej przyszłości wschodniej flanki NATO. Wspieranie Turcji w jej dążeniach do członkostwa w UE, co na szczęście ostatnio ma miejsce (vide spotkanie naszego MSZ z tureckim odpowiednikiem) zbliżyłoby oba kraje i mogłoby nam zapewnić bardzo silnego sojusznika w Unii. Z drugiej strony, danie Turcji realnej perspektywy członkostwa musiałoby uruchomić w tym kraju stopniową liberalizację systemu politycznego, by negocjacje akcesyjne mogły iść naprzód. A to byłoby już w interesie obywateli Turcji oraz Kurdów, z którymi obecny rząd turecki prowadzi cichaczem wojnę.

Kolejny z potencjalnych partnerów Polski to Iran, który właśnie odmraża kontakty z Zachodem. Czołowe kraje Zachodu już zacierają ręce na myśl o wejściu na irański rynek, jednak Polacy jak zawsze są dwa kroki z tyłu. Tymczasem na poziomie społecznym nasze kraje cieszą się dobrymi relacjami, mającymi początek jeszcze w czasach II wojny światowej, gdy polscy uchodźcy zostali dobrze przyjęci na irańskich ziemiach. Iran to gigant surowcowy: ma największe na świecie zasoby gazu i czwarte na świecie zasoby ropy. Dla importera surowców, jakim jest Polska, taki sojusznik to skarb, jednak bliska współpraca z Iranem wymagałaby aktywnej polityki Polski na tamtym odcinku, tymczasem jak na razie panuje w tej kwestii cisza. Bez wątpienia bardzo pomocny w tworzeniu relacji z Turcją i Iranem byłby korzystny klimat wokół Polski jako kraju przyjaznego islamowi. Obecnie uchodzimy za jeden z bardziej niechętnych islamowi krajów Europy. Z taką łatką możemy raczej zapomnieć o statusie ważnego partnera Turcji i Iranu.

Rozpalanie nastrojów antyislamskich będzie też bez wątpienia przeszkodą w zwalczeniu jednej z przyczyn masowej imigracji, czyli terroryzmu islamistycznego. Wygrać z nim można tylko przy współudziale wspólnoty muzułmańskiej oraz umiarkowanych krajów islamskich. Umiarkowani muzułmanie stanowią zdecydowaną większość wspólnoty islamskiej i to nawet w macierzystych krajach organizacji islamistycznych. Przykładowo zaledwie 8% Pakistańczyków stoi po stronie talibów, a 10% Nigeryjczyków popiera Boko Haram. W Jordanii deklaratywnych zwolenników Al Kaidy jest ok. 11%. Co więcej, te odsetki regularnie spadają. W krajach europejskich radykalnych muzułmanów jest o wiele mniej. We Francji zwolennicy salafizmu są szacowani na zaledwie 2 promile wszystkich tamtejszych muzułmanów. Oczywiście nawet tak wąska grupa islamistów może urządzić krwawą łaźnię, jednak sprowadzanie walki z islamizmem do walki z islamem jest nieporozumieniem. Wręcz przeciwnie, z islamizmem będzie można wygrać tylko przy udziale umiarkowanej większości muzułmanów, która musi podjąć walkę z islamistami nawet nie tyle fizyczną, co teologiczno-polityczną, dzięki której zdelegitymizuje terrorystów w oczach całej swojej wspólnoty religijnej. Póki umiarkowane kraje muzułmańskie (Algieria, Indonezja, Malezja itp.) nie dołączą do koalicji antyislamistycznej, umiarkowani imamowie nie wystąpią przeciw islamistom w meczetach, a zwykli muzułmanie nie zaczną wprost piętnować fundamentalizmu, ekstremiści nie zostaną zmarginalizowani i wciąż będą mogli swobodnie funkcjonować w przestrzeni religii muzułmańskiej. Jednak gdy będziemy utożsamiać islamistów z wszystkimi muzułmanami, to na zasadzie samospełniającej się przepowiedni niechybnie w końcu stanie się to prawdą i zamiast walki z islamizmem w sojuszu z islamem, zostanie nam walka z całym islamem. A wygrać ją będzie bez porównania trudniej. Tak więc rozbudzanie nastrojów antyislamskich, nie tylko w Polsce, ale też wszędzie indziej, jest szkodliwe z punktu widzenia walki z terroryzmem.

Przy „okazji” każdego dramatycznego wydarzenia związanego z islamizmem szeroko pojęci polscy przeciwnicy islamu przypominają jako przykład polskiej wiktorii „odsiecz wiedeńską”, podczas której Jan III Sobieski ruszył na pomoc Austriakom w wojnie z Turcją. Trudno o większy idiotyzm – uczestnictwo w Bitwie pod Wiedniem był jednym z największym błędów strategicznych w historii. Po pierwsze, uratowaliśmy Austriaków, którzy niewiele później uczestniczyli w naszych rozbiorach. Po drugie, osłabiliśmy Turcję, dzięki czemu umożliwiliśmy Rosji ekspansję na zachód. Po trzecie wreszcie, daliśmy się wpuścić w potyczkę z Turcją, czyli krajem, który był naszym naturalnym kandydatem na sojusznika i nigdy nie uznał naszych rozbiorów. Niestety oparta na uproszczonych schematach myślowych polityka doprowadziła do tego brzemiennego w skutki błędu. A obecnie podobne schematy każą młodym Polakom epatować wizerunkami husarii i brać na sztandary to pyrrusowe zwycięstwo, które zaszkodziło nam bardzo. Oby od podobnych schematów uwolniła się polityka współczesnej Polski, bo poza zagrożeniami związanymi z kryzysem imigranckim widać tez ewidentne szanse. Zrzucenie klapek z oczu pomogłoby je wykorzystać.

Obrotowy Szałamacha

Wybór Pawła Szałamachy na stanowisko ministra finansów w rządzie PiS określiłbym jako najbardziej zdumiewającą decyzję zwycięzców ostatnich wyborów. Oto bowiem podobno socjalny, tudzież „narodowy”, program gospodarczy PiS wesprzeć ma osoba, która wychowała się w szeregach partyjnych zaciętego wroga wszelkich rozwiązań socjalnych i państwa, zwłaszcza opiekuńczego, przeciwnika wszelkiej redystrybucji i podatków (prócz pogłównego), skrajnego neoliberała Janusza Korwin-Mikkego.

Wybór ten jest swego rodzaju politycznym „strzałem w stopę”. Szałamacha postawiony został przed zadaniem załatania systemu podatkowego zrujnowanego przez poprzednie rządy, włączając w to sam PiS, który m.in., dzięki neoliberalnemu podrzutkowi z PO w postaci Zyty Gilowskiej, zlikwidował w 2006 r. górną stawkę PIT, czego rezultatem było późniejsze podniesienie dolnej i wieloletnie zamrożenie kwoty obciążonej zerową stawką. Można mniemać, że w ostatnich wyborach Polacy zagłosowali przeciw społecznym skutkom regresywnego systemu podatkowego – zwłaszcza składek ZUS. Czy się rozczarują?

Największym zarzutem wobec poprzednich ekip rządowych jest systematyczne obniżanie podatku od zysków korporacyjnych CIT – z 40% obowiązujących do 1998 roku na 19%, które obowiązują nas od roku 2004. Efektem jest podwyższanie innych podatków dotykających bezpośrednio przeciętnego obywatela: od wartości towarów VAT oraz od dochodów osobistych PIT, ale przede wszystkim system regresywnych składek ZUS. Nawiasem mówiąc, całkowita likwidacja tych ostatnich i powrót do systemu budżetowego sprzed 1999 r. wydaje się najbardziej rewolucyjną propozycją podatkową PO z kampanii wyborczej 2015, za czym podąża nowy pomysł PiS: jednolity podatek dochodowy.

I oto mamy kolejny efekt takiej polityki – PiS-owski projekt podatku obrotowego. To podatek, którym obłożony ma zostać tylko handel, obok VAT oraz CIT. Wraz z podatkiem bankowym stanowi on feudalny sposób opodatkowywania wyodrębnionych grup podmiotów. Tymczasem głównym osiągnięciem nowoczesnych państw narodowych było wprowadzenie uniwersalnych podatków, obowiązujących wszystkich w podobny sposób. Jest to zatem krok uwsteczniający nasz system podatkowy. Jedynym pozytywnym aspektem nowej propozycji jest uczynienie podatku obrotowego podatkiem progresywnym o trzech stawkach podatkowych – 0%, 0,7% oraz 1,3%. Wszystkie podatki powinny mieć progresywny charakter, dzięki czemu niżej zarabiający płacą niższe podatki niż podmioty zarabiające więcej. Generalnie podatki należy obniżać od dołu, a nie od góry – zmieniając progi podatkowe i wprowadzając niższe stawki podatkowe dla mniejszych podmiotów, a nie obniżając najwyższe stawki.

Progresywny system podatkowy jest cywilizacyjnym osiągnięciem kultury europejskiej. To jedyny sposób na zapobieżenie monopolizacji oraz oligarchizacji gospodarki, a co za tym idzie – polityki i samej demokracji, o czym wiemy dzięki monumentalnym studiom Thomasa Piketty’ego. Innymi słowy, progresywne podatki są niezbędnym warunkiem utrzymania demokratycznego systemu politycznego. Śmiem twierdzić, że jest to mechanizm ważniejszy dla demokratycznego porządku nawet od zasady separacji władz.

Zwolennikami podatków progresywnych byli główni ojcowie nowoczesnego liberalizmu: Adam Smith oraz John Stuart Mill. Wbrew populizmowi liberalnych fundamentalistów, progresywne opodatkowanie sprzyja bowiem rozwojowi gospodarczemu. Najwyższy wzrost gospodarczy ludzkość odnotowała właśnie w okresie najbardziej progresywnego opodatkowania, czyli ok. pół wieku temu. Każdy krok w tym kierunku jest wart rozważenia.

Zamiast wprowadzania nowego podatku obrotowego należałoby zmienić strukturę podatku korporacyjnego CIT. I trzeba to zrobić w dwu krokach. Po pierwsze, uczynić ten podatek progresywnym, z minimum czterema stawkami podatkowymi – od 10 do 40% – tak aby małe, rozwijające się przedsiębiorstwa zostały zwolnione z wyższych opłat, a wielkie międzynarodowe korporacje bardziej dokładały się do rozwoju kraju, na terenie którego działają. Po drugie, należałoby ograniczyć możliwość odpisywania wydatków od przychodów. Obecnie 100% udokumentowanych wydatków może zostać odpisanych, dzięki czemu dany podmiot może wykazywać minimalne dochody, jeśli w ogóle jakiekolwiek. Ograniczenie tej możliwości do na przykład 99%, choć liczba ta stanowić powinna gruntowny obiekt analiz, spełniłoby dokładnie taką samą funkcję, jak podatek obrotowy i dotyczyłoby uniwersalnie wszystkich podmiotów gospodarczych, a nie tylko podmiotów handlowych. W ten sposób zwiększyłyby się wpływy z CIT, dzięki czemu możliwe byłoby obniżenie zawyżonego liniowego podatku konsumpcyjnego VAT.

Kolejnym problemem, który PiS zawdzięcza samo sobie, jest zniesienie w 2006 r. podatku od spadków i darowizn obejmującego osoby najbliższe. Ten ruch dziwi, zwłaszcza w kontekście diagnozy o esbeckim pochodzeniu największych polskich fortun. Stworzenie nowego progresywnego podatku, obejmującego przynajmniej spadki i darowizny o wartości powyżej 1 miliona złotych, określiłbym jako społecznie niezbędny krok zapobiegający nadmiernej koncentracji kapitału, niezależnie od jego pochodzenia.

Należy wskazać zaniedbanie istniejące od początku transformacji, czyli brak progresywnego podatku majątkowego, w tym szczególnie tego od wartości nieruchomości. Progresywne opodatkowanie nieruchomości o wartości powyżej 1 miliona złotych powinno stanowić istotny dochód państwa. Obecnie nieruchomości są opodatkowane według ich powierzchni, a nie wyceny, na czym szczególnie korzystają posiadacze wielkomiejscy, a tracą mieszkańcy ubogich terenów wiejskich. Z badań Piketty’ego wynika, że z pracy nigdy nie osiąga się takiego zysku jak z już posiadanego majątku, czyli kapitału. Dziwne zatem jest, że to właśnie kapitał nie jest w Polsce prawie w ogóle opodatkowany. Bezpośrednim skutkiem tego braku jest nadmierne opodatkowanie pracy zwykłych obywateli.

Niestety, wszystko to są podatki, które skutecznie oprotestowują od lat lobbyści pracujący dla wielkich zagranicznych korporacji i innych wpływowych, a żywotnie zainteresowanych tym podmiotów. Za pomocą posiadanych przez siebie mediów podmioty te są zdolne do mobilizacji opinii publicznej przy użyciu antypodatkowej retoryki, ale tylko wtedy, gdy chodzi o podatki zagrażające ich bezpośrednim zyskom. Tak się jednak składa, że polityka podatkowa jest kluczowym elementem suwerenności państwowej. Rząd PiS nie zdaje sobie widać sprawy, że najbardziej skuteczną drogą do osiągnięcia założonych celów budżetowych nie jest łatanie systemu nowymi, lecz naprawa już istniejących podatków. Już widać pierwsze ograniczenia w stosunku do obietnic w postaci programu 500+, bo nie dotyczy on niestety każdego dziecka. A program ten powinien być rozpatrywany jako element progresywnej polityki podatkowej w postaci tzw. negatywnego podatku dla rodziców.

Wąsko ukierunkowany technik ekonomiczny na stanowisku ministra finansów nie wydaje się być odpowiednią osobą do przeprowadzenia gruntownej reformy finansów państwa. Jednak wybór na ten urząd, jak w innych cywilizowanych państwach, osoby o szerszej znajomości procesów społeczno-gospodarczych, na przykład politologa lub socjologa ekonomicznego, wydaje się obecnie w tym kraju utopią.

Nie porzucajcie ananasów

Czy gry komputerowe mogą być pouczające i nadal sprawiać nam frajdę?

Gry uczą nas, jak radzić sobie z wyzwaniami. To właśnie ten element procesu grania może być fundamentem, na którym da się zbudować polityczne stanowisko. Albo za jego pomocą rzucić wyzwanie dominującemu sposobowi myślenia.

Podczas gdy większość twórców gier wystrzega się polityki, aby uniknąć kontrowersji i konfliktu, które ona generuje, niektórzy głoszą w swoich dziełach konkretne przesłanie polityczne. Jeden z niedawnych przykładów gry, który podjęła to niewygodne wyzwanie, to No pineapple left behind [w wolnym tłumaczeniu: żaden ananas nie zostanie za burtą; nawiązanie do przyjętego przez Kongres USA w 2001 roku programu dla szkolnictwa No Child Left Behind, opartego na standaryzowanych testach – przyp. tłumacza], wydana przez Subaltern Games. Symulator zarządzania szkołą, połączony z satyrą na amerykański system edukacji, został stworzony przez byłego nauczyciela. Ale czy gra zbudowana wokół politycznego przesłania może być przyjemna?

Pomysł stojący za No pineapple left behind jest nieskomplikowany. Gracz staje przed serią zadań będących luźną symulacją zarządzania szkołą. Mają one pokazać, że arbitralny system ocen, który napędza amerykańską edukację od momentu wprowadzenia programu No Child Left Behind, traktuje priorytetowo wyniki testów zamiast dobrostanu uczniów. Tutaj pojawiają się ananasy (ang. pineapple): kiedy uczeń zostaje efektywnie wtłoczony w rolę posłusznej maszyny do zdobywania dobrych ocen, zamienia się w ananasa.

Jedną z cech, w które uczniowie są wyposażeni w grze, jest człowieczeństwo. Kiedy jego poziom jest wysoki, zachowują się jak prawdziwe dzieci. Pozbawmy je człowieczeństwa, a zmienią się w ananasy, które rezygnują ze swoich dziecięcych spraw, żeby zdobywać dobre oceny i zarabiać pieniądze dla naszej szkoły.

Sytuacją idealną z punktu widzenia gracza jest szkoła pełna ananasów, nie dzieci. Prawdopodobnie nie jest to najbardziej subtelna sugestia, ale biorąc pod uwagę, że gra pochodzi z kraju, gdzie Donald Trump kandyduje na urząd prezydenta, twórcy prawidłowo skalibrowali poziom subtelności politycznego przekazu.

Jako satyra na amerykański system edukacji, gra ta sprawdza się bardzo dobrze, jednak nie mogłem się pozbyć wrażenia, że traci nieco poprzez jasne wskazanie graczom bezlitosnych praktyk, koniecznych do osiągnięcia sukcesu, zamiast pozwolić im na samodzielne dochodzenie do tych wniosków.

Choć często dzieje się to nieintencjonalnie, gry mogą być doskonałym sposobem ukazania wad systemów opartych na liczbach. Wiele gier, szczególnie sieciowe multiplayery, opartych jest na szeregu pracowitych i powtarzalnych czynności, określanych mianem expienia [od ang. experience, doświadczenie – zdobywanie doświadczenia pozwalającego na osiągnięcie kolejnego poziomu – przyp. tłumacza]. W każdej grze zawierającej taki mechanizm znajdą się ludzie, którzy szybko odkrywają najbardziej efektywny sposób manipulowania systemem w celu uzyskania optymalnej nagrody w jak najkrótszym czasie, zwykle bez związku z duchem i regułami gry. Każdy, kto spędził chociaż chwilę na takiej rozgrywce, zdaje sobie sprawę, jak wadliwe są takie arbitralne systemy i jak szybko ich wady zostają wykorzystane. Prowadzi to do prób wykorzystania systemu, aby przyspieszyć uzyskanie nagrody.

No pineapple left behind nie do końca osiąga zakładany cel. Jako że jest symulatorem manipulacji systemem szkolnictwa, a nie symulatorem samego systemu szkolnictwa, którym musimy manipulować, aby osiągnąć sukces, staje się raczej ogłoszeniem zamierzonego przesłania wprost, a nie demonstracją jego działania w praktyce. To właściwie niszczy cel, jakim miało być przekazanie przesłania w grze: to, co mogłoby być subwersywnym spojrzeniem na sposób zarządzania systemami takimi jak szkolnictwo (i mogłoby ostatecznie wpływać na decyzje gracza), staje się polemiką.

Inne satyryczne gry lepiej poradziły sobie z podejściem do tematu. Na przykład Big Pharma jest grą, w której prowadzimy firmę farmaceutyczną. Gracz tworzy leki zwalczające choroby, musi jednak wygenerować zysk, więc w pewnym momencie okazuje się, że wykorzystuje swoich klientów (chorych czy umierających) w celu utrzymania dodatniego bilansu handlowego. Wśród założeń gry cynizm nie jest uplasowany na pierwszym planie – zasady systemu sprawiają, że gracz sam zdaje sobie sprawę, iż chcąc osiągnąć sukces, musi iść na kompromisy natury moralnej. To właśnie jest subwersywne spojrzenie na reguły działania symulatorów biznesowych oraz na wyobrażenia, jak powinny funkcjonować firmy. Przesłanie się sprawdza, ponieważ znajduje się na głębszym poziomie gry, jest wpisane w jej system.

Polityczne przesłanie wcale nie musi szkodzić grze, nawet jeśli jest podane na tacy. Defcon: Everybody dies to dobrze zaprojektowana gra strategiczna, która dość jasno wyraża sprzeciw wobec broni atomowej. Kierujemy w niej narodem lub grupą narodów w stanie wojny atomowej, wyposażonych w rakiety, systemy przeciwrakietowe, marynarkę, łodzie podwodne i bombowce. Zwycięstwo osiągamy poprzez przedarcie się przez systemy antyrakietowe wroga i zbombardowanie dużych ośrodków miejskich głowicami atomowymi. Sterylna, pogodna gra nie poddaje żadnej ocenie naszych działań i wydarzeń – niezależnie od tego, czy mordujemy miliony, czy to nasze miasta są zmazywane z powierzchni ziemi. Na końcu rozgrywki, po wymianie atomowych ciosów, wygrywa ten gracz, który zabił więcej obywateli wrogiego kraju, tracąc najmniej swoich. Ponownie nie pada żaden osąd. Gracz patrzy na statystyki milionów zabitych i wyciąga własne wnioski.

Gry niemal zawsze zawierają element edukacyjny. Grając w nową grę, uczymy się, jak stawiać czoło wyzwaniom prezentowanym w niej. Właśnie ta część doświadczenia gry może być fundamentem, na którym można zbudować swoje polityczne stanowisko lub rzucić wyzwanie dominującemu sposobowi myślenia. Jednak aby ten cel osiągnąć, przesłanie musi być głęboko wbudowane w sam system gry, a nie napisane wielkimi literami na jej powierzchni.

Phil Hartup
Tłum. Mateusz Trzeciak, współpraca Magda Komuda

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w marcu 2016 r. na stronie internetowej magazynu „New Statesman”.

Kto nie lubi mieć pięciu stówek w kieszeni?

Uczestniczyłem niedawno w nadmorskim kurorcie w manifestacji, którą zwołano w odpowiedzi na (rozmywaną następnie) deklarację poparcia PiS oraz jego liderów dla zaostrzenia prawa reprodukcyjnego. Trzeba przyznać, że demonstracja zgromadziła kilkaset, może nawet tysiąc osób, co w polskich warunkach pozwala mówić o masowości. Jako jej uczestnika kilka razy rozbolały mnie zęby, jednak szczególnie zaniepokoił mnie jeden z okrzyków, skandowany zresztą dość długo: „Idźcie rodzić za pięć stówek”. Warto zatrzymać się na moment nad tym hasłem. Adresatami byli uczestnicy kontrdemonstracji, którzy przez biologiczne uwarunkowania męskości rodzić nie mogą. Tak przynajmniej można grupę odbiorców określić, gdy będziemy trzymać się zamierzonej trajektorii sloganowego naboju. Ale slogany, podobnie jak pociski, rażą niekiedy odłamkami.

W tym konkretnym przypadku uderzają one w pierwszy od lat śmiały gest redystrybucyjny. Wspomniana demonstracja zorganizowana została przez Razem, pojawiły się na niej również inne środowiska, którym z dobrą lub złą wolą można przypisać afiliacje lewicowe. Wściekłość wywołana przez zamiar zaostrzania ustawy częściowo usprawiedliwia to nieszczęśliwe połączenie haseł wolnościowych i antysocjalnych. Potraktowałbym jednak ten incydent jako sygnał ostrzegawczy, który powinien zwrócić uwagę na to, co może w przyszłości zagrozić lewicowej narracji.

Użyty na demonstracji slogan wpisuje się bowiem w linię wyjaśniania sytuacji, którą wkrótce po ostatnich wyborach przyjął obóz religii wolnorynkowej. Słyszeliśmy wtedy, że zwycięstwo PiS było wynikiem przekupstwa, a cały program „dobrej zmiany” – jedynie sprawną socjotechniczną manipulacją. Właściwie trudno wyobrazić sobie bardziej toksyczną mieszaninę pogardy, samozadowolenia i błędnego rozpoznania przyczyn werdyktu wyborców. Co gorsza, nie były to jedynie reaktywne okrzyki, będące wynikiem podwójnej porażki obozu uprzednio rządzącego. Dziś, gdy piszę te słowa, usłyszałem w radiowej audycji redaktora Pawła Wrońskiego, cytującego Margaret Thatcher. Cytat brzmiał: Każdy socjalizm kończy się tam, gdzie kończą się pieniądze. Zdanie to padło w kontekście rozważań nad polityką PiS, którą prowadząca audycję Janina Paradowska określała sarkastycznie jako „rewolucję”. Rewolucję, która polega na upartyjnianiu państwa. Moim zdaniem nieprzypadkowo – choć niekoniecznie w pełni świadomie – sięgnięto w określaniu praktyk partii rządzącej po leksykę kojarzoną z ideami lewicowymi i emancypacyjnymi.

Zabieg, polegający na wymieszaniu określeń z różnych porządków ideowych, znany jest dobrze w polskiej debacie ostatniego ćwierćwiecza, a jego podstawową funkcją była i jest pacyfikacja adwersarza i jego poglądów. Jest przy tym prosty i polega na utożsamieniu stanowisk różnych lub zgoła konkurencyjnych, do czego wystarcza zwykle uparta repetycja jakiejś wadliwej logicznie, lecz dobrze wpadającej w ucho analogii. W wersji prostackiej metodę tę stosowały i stosują środowiska leseferystów spod znaku Janusza Korwin-Mikkego. W ich wykładni każda polityka polegająca na wzmacnianiu państwa uderza w wolność jednostki, każdy, kto taką politykę popiera, staje się późnym wnukiem Adolfa Hitlera i Józefa Stalina, a każdy „socjal” to zwiastun totalitarnego zamordyzmu.

Gdy więc we wspomnianej audycji skojarzono socjalizm i redystrybucję z zawłaszczaniem państwa i ograniczaniem procedur demokratycznych, poczułem się jak za dawnych czasów, gdy każdego oponenta neoliberalnego kursu przemian ustrojowych odmalowywano jako homo sovieticusa lub faszystę, oszołoma lub roszczeniowego populistę. Ostatnio słyszało się tego jak gdyby mniej, ale najwyraźniej ludzie, a wśród nich publicyści, pozostają niewolnikami swych nawyków. Obawiam się, że takie dyskredytowanie polityki odwołującej się do społecznej solidarności i sprawiedliwszego podziału dochodów może być coraz łatwiejsze.

Krzysztof Posłajko pisał ostatnio w swych trzech akapitach, że jesteśmy świadkami kontynuacji polityki „zarządzania przez konflikt”. Ta metoda sprawowania władzy, polegająca na nieustanym kreowaniu wroga i podsycaniu konfliktu przy pomocy mediów tożsamościowych, daje rządzącym alibi i zwalnia z trudu rzeczywistego wysiłku na rzecz budowania lepiej urządzonego państwa. Nie jest to nowa praktyka, wszak z jej coraz słabiej ucharakteryzowanymi na plan rządzenia odmianami mamy do czynienia nieprzerwanie od co najmniej dekady. Nie jest to także nowa obserwacja, bowiem przewija się ona w opiniach o tzw. scenie politycznej od lat. Uważam jednak, że odnotowanie takiej praktyki rządzenia jest istotne właśnie teraz i w kolejnych latach, zwłaszcza jeśli będzie mu towarzyszyć staranne oddzielanie ziarna od plew. Z obecnej sytuacji wyłania się, moim zdaniem, poważne niebezpieczeństwo dla odrodzenia się wiarygodnej lewicy społecznej.

Niebezpieczeństwo to wynika z dwu, wzajemnie wzmacniających się, przyczyn. W polityce rządu mamy do czynienia z osobliwym mariażem słusznych postulatów redystrybucyjnych i solidarnościowych z nieznośnym narastaniem retoryki i działań, które kojarzą się jak najgorzej. Ksenofobia, parafiańszczyzna oraz neoendecki ton przemówień liderów i przekazu „mediów tożsamościowych” przekroczyły już dawno poziom, za którym zaczyna się przyzwolenie (jeśli nie zgoła zachęta) na bardzo niebezpieczne zjawiska. Do takich przecież należy pojawienie się w Łodzi bojówek mających stanowić ochronę przed fantomowym zagrożeniem islamistycznym, a także coraz częstsze napady na osoby wyróżniające się „nieodpowiednim” wyglądem. Jeśli do wielomiesięcznego i paskudnego rozgrywania kwestii przyjęcia uchodźców dodamy gmeranie przy Trybunale Konstytucyjnym oraz prowokowanie kolejnej wojny wokół aborcji – problemami stają się nie tylko jałowość wynikająca z „zarządzania przez konflikt” i groźba poważnego nadszarpnięcia wiarygodności i opinii Polski za granicą w czasach bardzo niepewnych. Groźne jest także to, że idee redystrybucji i społecznej sprawiedliwości, które od lat PiS rozgrywa w opozycji do tzw. Polski liberalnej i wykorzystuje do przyciągania tzw. elektoratu socjalnego, skojarzone zostaną jeszcze mocniej ze wskazanym przed chwilą tłem. Odwrotną stroną medalu jest zaś to, że owa „Polska liberalna” chętnie wykorzystuje i wykorzystywać będzie zarówno te skojarzenia, jak i wszelkie błędy w wykonaniu programów socjalnych. Nie będzie to trudne, bowiem ich finansowanie jest niepewne, a ostateczny kształt mija się z zapowiedziami z kampanii wyborczej.

Istnieje zatem poważna groźba, że postulaty socjalne oraz elementy lewicowej polityki uda się w przekazie propagandowym skojarzyć z praktykami, których demokratyczność budzi bardzo poważne zastrzeżenia. W ostatnich miesiącach podejmowano już takie próby, czego najlepszym przykładem były niejasne sugestie Ryszarda Holzera (sugerujące agenturalność partii Razem) lub wymiana polemik między Barbarą Brzezicką i Agatą Bielik-Robson, w której ta ostatnia wytykała tejże partii brzydkie totalitarne odchylenia od liberalnego minimum.

Zabieg taki nie będzie niczym nowym w naszej historii, wszak praktyki PRL nie tylko skompromitowały niemal cały słownik lewicowy, ale też stanowią niewyczerpane źródło natchnienia dla propagandy wymierzonej w lewicę. Warunkiem jej skuteczności jest zaś niemal zupełne zapomnienie demokratycznej i antykomunistycznej tradycji polskiej lewicy. I jeśli nie uda się skutecznie przywrócić jej dyskursowi oraz praktycznie odrodzić, będziemy mieli do czynienia z przedziwną, wielopiętrową ironią historii. Może się bowiem okazać, że partia PiS, odwołująca się do antykomunizmu, sięgając po lewicowe postulaty, skompromituje je tak samo, jak uczyniła to niegdyś, odwołująca się do komunizmu, Polska Zjednoczona Partia Robotnicza. A wtedy – biada nam i naszym dzieciom.

Bez „dobrej zmiany” dla opiekunów

Zapowiadaną „dobrą zmianę”, która miała przyjść wraz z ostatnimi wyborami, charakteryzować miał wyraźnie socjalny rys. Prezentowała się tak zwłaszcza w oczach tych, którzy czuli się dotąd wykluczani i pomijani w przestrzeni publicznej i politycznej agendzie. Za jedną z takich grup można uznać tzw. wykluczonych opiekunów dorosłych osób niepełnosprawnych. Warto z perspektywy pierwszego niemal półrocza nowych porządków przyjrzeć się, czy coś uległo zmianie w sytuacji tej grupy, czy zostały chociaż zarysowane jakieś koncepcje, przedstawione projekty, zmienione zasady dialogu z reprezentacją środowiska. Do przyjrzenia się sprawie skłania także fakt, że niedawno minęły dwa lata od głośnego protestu wykluczonych opiekunów, a w kwietniu mija 1,5 roku od wydania przez Trybunał Konstytucyjny niezrealizowanego wciąż wyroku, który zobowiązywał do zmiany prawa regulującego sytuację socjalną tej grupy.

Wielu przedstawicieli tego środowiska zawierzyło formacjom politycznym, które na sztandarach niosły obietnicę zerwania z dotychczasowym ładem społecznym i odwoływały się do interesów i emocji zwykłych ludzi, zdradzonych czy porzuconych ponoć przez establishment III RP. Stąd tak aktywne, wyrażane na portalach społecznościowych poparcie dla ruchu Kukiza i przede wszystkim Prawa i Sprawiedliwości. Choć częściowo poparcie to było wyrazem czerwonej kartki dla poprzedników, zapewne znaczenie miał także unoszący się wokół zwycięskiej formacji nimb partii prospołecznej i przede wszystkim prorodzinnej. Nadzieje mogło uzasadniać także to, że wspomniany wyrok Trybunału został wydany na wniosek właśnie Prawa i Sprawiedliwości, którego przedstawiciele na konferencjach z udziałem wykluczonych opiekunów wyrażali oburzenie opieszałością ówczesnej władzy.

Na czym polega problem wykluczonych opiekunów

Co jest zasadniczą treścią ich walki z kolejnymi rządami i czego dotyczył ostatni z wyroków TK w tej sprawie?

Nieco upraszczając, chodzi o nierówne traktowanie opiekunów i wykluczenie części z nich z systemu pomocy. Gdy mówię o opiekunach, mam na myśli osoby, które znalazły się poza systemem zatrudnienia w związku z zajmowaniem się bliskimi wymagającymi stałej, długoterminowej opieki. Opieka ta może dotyczyć niepełnosprawnych dzieci, zarówno niepełnoletnich, jak i już dorosłych, jeśli nie uzyskają zdolności do samodzielnego funkcjonowania w codziennych sytuacjach życiowych. Nierzadko dotyczy także osób, które utraciły tak rozumianą samodzielność już w dorosłym życiu – pod wpływem choroby, wypadku, a najczęściej w związku z podeszłym wiekiem. Podstawowe zabezpieczenie bytowe niepodejmujący pracy opiekunowie otrzymują na podstawie ustawy o świadczeniach rodzinnych, która przewiduje szereg tzw. świadczeń opiekuńczych. Wśród nich są: świadczenie pielęgnacyjne (dla opiekuna osób, które są niepełnosprawne od urodzenia lub dzieciństwa) w wysokości 1300 złotych oraz specjalny zasiłek opiekuńczy dla opiekunów osób, które samodzielność straciły już w dorosłym życiu. Ci ostatni opiekunowie mogą liczyć jedynie na 520 złotych (a więc 2,5 razy mniej niż świadczenie pielęgnacyjne), a ponadto uzyskanie tej kwoty obwarowane jest kryterium dochodowym na poziomie 764 złotych na osobę w rodzinie.

Część opiekunów, których bliscy są uprawnieni do emerytury lub renty, zostaje więc bez świadczeń, jeśli nieznacznie przekroczy ów próg dochodowy, a państwo przestaje odprowadzać za nich składki emerytalno-rentowe i zdrowotne. Wielu z nich zatem nie może korzystać bezpłatnie z podstawowej publicznej służby zdrowia, o ile nie są ubezpieczeni z innego tytułu. A środków na prywatne leczenie, a także na inne elementarne potrzeby brakuje, gdy dwie osoby (podopieczny i opiekun) żyją z renty lub emerytury tego ostatniego, tym bardziej, że wydatki związane z zakupem leków, leczeniem i rehabilitacją i tak obciążają skromne budżety tych rodzin.

Istnieje jeszcze zasiłek dla opiekuna, również w wysokości 520 złotych, ale już bez kryterium dochodowego. Otrzymują go opiekunowie osób dorosłych, którzy niegdyś otrzymywali świadczenie pielęgnacyjne, zanim w 2013 roku zaczęło obowiązywać różnicowanie ich według kryterium fazy życia, w jakiej powstała niepełnosprawność podopiecznych. Nawet elementarne poczucie sprawiedliwości wskazuje, że tak radykalne różnice w poziomie wsparcia i dostępie do niego są nieuprawnione. Część opiekunów, nawet przy identycznym poziomie obciążenia obowiązkami opiekuńczymi, będzie niezależnie od zamożności pobierać 1300 złotych, inni 520 złotych, a jeszcze inni nic.

W dodatku tak wielkie różnice występują nie tylko między opieką nad osobą starszą i dzieckiem, ale nawet między opiekunami osób w tym samym wieku. Na przykład jedna matka sparaliżowanego 30-latka otrzyma 1300 złotych, jeśli wypadek, któremu uległ, miał miejsce w 17. roku życia, a druga matka 30-latka będzie mogła liczyć co najwyżej na 520 złotych, jeśli wypadek zdarzył się, gdy chłopak miał lat 19. Te zasady zróżnicowania zakwestionował właśnie 21 października 2014 roku Trybunał Konstytucyjny, stwierdzając niekonstytucyjność istniejących zapisów i zobowiązując ustawodawcę do naprawy prawa bez zbędnej zwłoki. Poprzedni rząd przygotował po paru miesiącach projekt, który nawet przeszedł konsultacje społeczne, ale nie zyskując powszechnej aprobaty swych założeń, nie został poddany pod obrady poprzedniego Sejmu, kończącego wówczas kadencję. W nową kadencję weszliśmy zatem z nierozwiązanym problemem.

Co przyniósł polityczny przełom?

Na razie nic na przełom nie wskazuje. Opiekunowie przystąpili do szturmowania rządu zapytaniami, a wsparł ich rzecznik praw obywatelskich, a także pojedynczy posłowie piszący interpelacje do resortu. Z korespondencji z Ministerstwem płynął komunikat, że owszem, sprawa jest ważna, ale na razie priorytetem jest program 500+. Następnie pojawiła się informacja, że 8 stycznia powstał wewnątrzresortowy zespół ds. problemu niepełnosprawnych osób dorosłych oraz że niebawem ma odbyć się spotkanie z przedstawicielami tego środowiska. Ostatecznie spotkanie odbyło się dopiero w połowie marca. Jeszcze tydzień przed nim wiceminister Stanisław Szwed w audycji radiowej przekonywał, że chociaż sprawa jest trudna, bowiem poprzednicy zbyt szeroko otworzyli furtkę świadczeń i na ten rok nie ma środków, ustawa będzie jeszcze w tym roku, a zmiany wejdą w życie prawdopodobnie na początku 2017 r. Dla ludzi nie mających środków do życia te kilka miesięcy oczekiwania na zmiany, których kształtu jeszcze nie znamy, nie jest różową perspektywą.

Ale realia okazały się jeszcze bardziej ponure, niż wynikało to z powyższych zapowiedzi. Podczas spotkania przedstawiciele ministerstwa powtórzyli argument, że w 2017 roku nie będzie zmian, tłumacząc to faktem, że poprzednicy nie przeznaczyli na ten cel środków w budżecie. Co gorsza, nie zadeklarowano czy, kiedy i w jakim kształcie rząd w ogóle zamierza rozwiązać ten problem i wykonać wyrok Trybunału Konstytucyjnego.

Nie sposób nie kryć goryczy. Po pierwsze, na jednym z posiedzeń senackich przedstawicielka Ministerstwa Finansów mówiła, że pewne środki są na ten cel zabezpieczone. Po drugie, we wspomnianej audycji wiceminister deklarował, że projekt ustawy pojawi się w przyszłym roku. Po trzecie, mówienie, że nie ma pieniędzy ze względu na niezabezpieczenie ich przez poprzedników jest nieuprawnionym umywaniem rąk od problemu. Idąc za tym rozumowaniem, rząd po zmianie władzy nie mógłby w pierwszym roku realizować żadnych projektów politycznych wymagających nakładów własnych, bowiem poprzednicy nie przewidzieli na nie pieniędzy. A przecież wiemy, że jest inaczej, i to w odniesieniu do bardziej kosztowych reform. Weźmy choćby program Rodzina 500+, który tylko w tym roku będzie kosztował budżet 17 mld złotych, co jest kwotą kilkanaście razy większą niż szacowany koszt spełnienia oczekiwań wykluczonych opiekunów.

Trzeba sobie po prostu powiedzieć uczciwie, że sprawa opiekunów nie była priorytetem. Nie ujrzała ona przecież światła dziennego ostatnio, już po przyjęciu programu Rodzina 500+. Od wyroku TK mija 1,5 roku, a on sam zapadł niemal dwa lata od przyjęcia ustawy, która doprowadziła do wykluczenia opiekunów. W tym okresie sprawa wielokrotnie stawała na sejmowej komisji polityki społecznej i rodziny, której obecne kierownictwo Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej było wówczas bardzo aktywnymi członkami. Aktywność ta dotyczyła także sprawy opiekunów, co wyrażały zarówno wspomniane konferencje prasowe z udziałem opiekunów, jak i przede wszystkim wniosek do Trybunału Konstytucyjnego złożony przez posłów Prawa i Sprawiedliwości. Mamy do czynienia z dość osobliwą sytuacją, w której partia będąc w opozycji zaskarżyła prawo do Trybunału, lecz gdy ten przyznał jej rację, a partia doszła do władzy – odmawia realizacji wyroku wydanego na jej wniosek.

Wyrok Trybunału w tej materii jest ciekawy także z szerszej perspektywy. Decyzja w sprawie opiekunów (zarówno ta, jak i poprzednie) przeczy popularnemu dziś w kręgach władzy poglądowi, iż dotychczasowy skład Trybunału chodził na pasku ówczesnych elit politycznych i jest wrogo nastawiony do obecnych. Wspomniany wyrok tego nie potwierdził. Nie tylko zostały podtrzymane przynajmniej w jednym zasadniczym punkcie argumenty ówczesnej opozycji, ale i skrytykowano działania prawne poprzedniej władzy, a ona sama stanęła przed koniecznością zmierzenia się z problemem i poniesienia kosztów z tego tytułu. Wyrok ten przeczy także zarzutom, że TK jako instytucja dotychczasowych elit orzeka z pominięciem praw i interesów zwykłych ludzi, w tym wykluczonych.

Zamienił stryjek siekierkę na kijek

Wyrażony podczas ostatniego spotkania z opiekunami stosunek obecnej władzy do wyroku w ich sprawie przedstawia się niepokojąco. Można nawet zauważyć swoisty regres w porównaniu z poprzednikami. Gdy poprzednio zapadały wyroki, ówczesna władza w ciągu kilku miesięcy przynajmniej przygotowywała projekty zmian. Niektóre z nich weszły w życie, nieco łagodząc trudną sytuację opiekunów.

Tak było choćby w przypadku poprzedniego wyroku TK z grudnia 2013 r. w sprawie praw nabytych osób, które niegdyś otrzymywały świadczenia pielęgnacyjne, a po zmianach zostały bez wsparcia. Rząd już w lutym następnego roku przygotował projekt wypłaty zasiłków. Wszedł on w życie w maju 2014 r. I choć jego treść nie była satysfakcjonująca dla środowiska opiekunów (nie odzyskali prawa do utraconego świadczenia pielęgnacyjnego, a nierówne traktowanie zostało podtrzymane), mimo wszystko sytuacja wielu z nich się nieco poprawiła. W jego wyniku kilkadziesiąt tysięcy wykluczonych ludzi opiekujących się bliskimi otrzymało prawo do wspomnianego zasiłku, wraz z prawem do zabezpieczenia społecznego i wyrównaniem za okres, gdy pozostawali bez pomocy i odsetkami. Gdyby ówczesne władze podeszły do wyroku TK tak jak obecne do najnowszego, sytuacja ogromnej rzeszy opiekunów byłaby jeszcze bardziej dramatyczna.

Jeśli chodzi o najnowszy wyrok, poprzednicy przynajmniej przygotowali projekt i poddali go konsultacjom społecznym (choć to, że nie doprowadzili sprawy do końca, niewątpliwie obciąża ich politycznie, co zresztą znalazło wyraz w postaci postaw wyborczych wśród wykluczonych opiekunów). Teraz stosunek do orzeczeń Trybunału jest jeszcze bardziej lekceważący. Tracą na tym najsłabsi.

Losy wykluczonych opiekunów pokazują, że dla części poszkodowanych przez los i państwo grup społecznych zapowiadana hucznie „dobra zmiana” okazała się co najwyżej zwykłą wymianą elit, i to w dodatku dającą się zilustrować powiedzeniem „zamienił stryjek siekierkę na kijek”. A w katastrofalnej sytuacji wykluczonych opiekunów żadna zmiana nie rysuje się na horyzoncie.

Nauka i solidarność

Nauka i solidarność

Z Aleksandrem Temkinem z Komitetu Kryzysowego Humanistyki Polskiej (KKHP) rozmawiamy o zapaści polskiego szkolnictwa wyższego, ciężkiej sytuacji na uniwersytetach i wyzwaniach, jakie stoją przed środowiskiem akademickim.

***

Po co Polsce potrzebny jest uniwersytet?

Aleksander Temkin: Na pewno nie po to, żeby tworzyć/kształcić elity. A taka odpowiedź pada najczęściej. Gdyby rzeczywiście tak było, to nie warto byłoby bronić uniwersytetów. Celem uniwersytetu jest w równej mierze tworzenie elit i kontrelit. To jednak nie wyczerpuje sprawy. A to, że takie pytanie tak często i tak automatycznie się zadaje, pokazuje, że polskie uniwersytety i rodzime środowisko naukowe są tak słabe, że znalazły się na zupełnie defensywnych pozycjach i od dłuższego czasu muszą się nieustannie samouzasadniać. Ta słabość jest zresztą obiektywną winą samego środowiska naukowego. Naukowcy byli jedyną branżą, a uniwersytety jedynymi zakładami pracy, które w ostatnim ćwierćwieczu w zasadzie nie protestowały. Nie było w tym czasie żadnego strajku akademickiego. Protestowali nauczyciele, lecz naukowcy – nigdy. Samo mówienie o tym, że naukowcy są jedyną branżą, jest prowokacyjnym sformułowaniem.

Na czym polega tu prowokacja?

A. T: To środowisko nie chce myśleć o sobie jako branży, nie chce myśleć o sobie jako o pracownikach. To się zmienia, także dzięki naszej (KKHP) działalności. Środowisko nie chce myśleć również, przynajmniej otwarcie, o swoich interesach jako o interesach pracowniczych właśnie. Jednym z naszych zadań, a odnosimy tu duże sukcesy, jest przełamanie tej niechęci. Jest ona równie szkodliwa, co lęk i konformizm paraliżujące środowisko naukowe. Ten lęk również udało się nam przełamać. Jednak trzy lata temu miał on gigantyczne rozmiary. Można było wtedy mówić o pragnieniu cichego umierania. Wszyscy wiedzieli, że jest niż demograficzny, że dotknie on wszystkich, że już „demoluje” to uczelnie. Wszyscy ciszej lub głośniej pomstowali na tzw. reformy minister Kudryckiej. Były to jednak głosy bezsilne, w dużej mierze rozproszone. Ważnym wyjątkiem były tu środowiska Demokratycznego Zrzeszenia Studenckiego czy Nowego Otwarcia Uniwersytetu, którym bardzo wiele zawdzięczamy. Dominowała jednak chęć przeczekania, zaszycia się, kalkulacje, że te procesy może zmiotą innych, ale mnie osobiście jakoś może oszczędzą.

Czy mógłby Pan wyjaśnić, na czym polega zagrożenie uczelni?

A. T: Po pierwsze, istnieją zagrożenia obiektywne. Chodzi tu o niż demograficzny, który – być może – odbije się około roku 2025, ale nieznacznie. W związku z tym, że finansowanie uczelni zależy w dużej mierze od liczby studentów – 35% dotacji zależy od liczby ich oraz od liczby doktorantów – ten niż, przy dalszym trwaniu obecnego systemu, oznacza katastrofę dla mniejszych uniwersytetów oraz dla mniej popularnych kierunków. Kolejnym czynnikiem obiektywnym jest to, że uczelnie i działalność naukowa są radykalnie niedofinansowane. Jesteśmy na jednym z ostatnich miejsc w Europie, gdy idzie o wysokość odsetka PKB przekazywanego na naukę. Po drugie, istnieją przyczyny polityczne. Chodzi tu o wysiłki władz ministerstwa za rządów Platformy Obywatelskiej, a także szczytów hierarchii uniwersyteckiej, tzn. środowiska rektorskiego, mających na celu narzucenie uniwersytetom bardzo sztywnego reżimu ekonomizacji oraz instrumentalnego podejścia do nauki. Mam na myśli wymuszenie przejścia na przede wszystkim konkursowy system finansowania badań oraz ultradogmatyczne potraktowanie konkurencji o bardzo szczupłe zasoby finansowe jako remedium mającego uleczyć środowisko naukowe. Chodzi o stworzenie systemu, który – wykorzystując pewne zewnętrzne społeczne procesy, jak choćby niż demograficzny – doprowadzi do wygaszenia mniejszych ośrodków akademickich, ośrodków niemetropolitalnych, czyli innych niż Kraków, Warszawa czy Poznań, i wyłonienia właśnie tych trzech uczelni flagowych. Reszta miałaby być zachowana w stanie kadłubowym. Finansowanie ich miałoby zostać przerzucone częściowo na samorządy. Jak wygląda takie przerzucanie odpowiedzialności – bez zapewnienia odpowiednich środków finansowych – widzieliśmy już na przykładzie szkolnictwa podstawowego, gimnazjalnego i średniego. Tylko w zeszłym roku gminy zdecydowały o zamknięciu ponad dwustu szkół. Zamiast więc potraktować niż demograficzny jako szansę na zmniejszenie klas czy grup zajęciowych – a co za tym idzie: podniesienie jakości kształcenia – traktuje się to jako pretekst do wycofania się państwa z odpowiedzialności za utrzymanie i rozwijanie ośrodków myślenia, nauczania i badania w Polsce pozametropolitalnej.

Przy okazji pojawiały się też projekty komercjalizacji i prywatyzacji uniwersytetów. Chodziło o wprowadzenie odpłatności za studia. Mówiono również o konsolidacji uniwersytetów – konsolidacji bardzo specyficznej. Współpraca między uniwersytetami jest ważna, tworzenie sieci placówek umożliwia bowiem na przykład występowanie o granty europejskie. Jednak środowiska rektorskie i ministerialne promowały wizję fuzji administracyjnej, w tym fuzji podmiotów prywatnych i publicznych. My to nagłośniliśmy w maju 2015 roku, co wywołało skandal. Skutkiem takich fuzji miałoby być powstanie jednego podmiotu prywatnego, który przejmowałby majątek podmiotu publicznego.

To nic nowego, podobne zabiegi aplikowano szkołom…

A. T: Tu jednak chodzi o gigantyczne majątki. Ogromne środki unijne poszły na aparaturę, sprzęt, budowę i remonty budynków. Tej infrastruktury nie ma z czego utrzymać, także dlatego, że uprzednie wniesienie do projektów tzw. wkładu własnego przez uczelnie spowodowało ich zadłużenie się. Tych budynków czasem nie ma za co ogrzewać i komu prowadzić w nich zajęć. Nierzadko były to chybione inwestycje. Władze uczelni rzuciły się na pieniądze z Unii, fundując sobie – w sytuacji zbliżającego się niżu demograficznego – nowe kampusy. Tak jest choćby z Uniwersytetem w Białymstoku, który sprawił sobie nowy kampus, jednocześnie likwidując fakultet filozofii i bibliotekę. Dwa miesiące temu zamknięto część akademików. Widzimy tu skutki inwestycyjnej gigantomanii. Bardziej dbano o to, by się zastawić i postawić, niż o zapewnienie stabilnych etatów dla zespołów badawczych – bez czego trudno sobie wyobrazić nie tylko prowadzenie sensownych, długofalowych badań, ale także racjonalne i gospodarne zarządzanie nauką. W każdym razie: mówimy o gigantycznym majątku do przejęcia. Niestety, ostatnio te pomysły wróciły w jednym z wywiadów prasowych ministra Gowina.

Taka skala strat i zagrożeń powinna chyba wywołać opór środowiska akademickiego. Tymczasem mówi Pan o jego słabej reakcji. Jak to wytłumaczyć?

A. T: Po pierwsze, reformy Kudryckiej w dużej mierze rozbiły środowisko. Przerzucenie ciężaru finansowania na środki z grantów pozwala utrzymywać je na smyczy niepewności. Jednocześnie konieczność konkurowania o pieniądze sprawia, że na drugi plan schodzi głębokość cięć finansowania. Mówi się, że w tym systemie mogą ostać się tylko najlepsi, a kto nie otrzymuje finansowanie grantowego – widocznie nie był najlepszy i sam jest sobie winien, że nie przeżył. Przy czym cięcia zaszły tak daleko, że nawet dyrekcja agencji finansujących badania przyznaje, że konkurencja ma charakter ruletki. To wszystko ustawia środowisko naukowe w pozycji winnego, który okazuje się zbyt słaby, by pozyskać środki. A oceniają przecież „najlepsi międzynarodowi specjaliści” – proszę wziąć to w cudzysłów [śmiech]. Po drugie, mamy do czynienia z inwazją umów śmieciowych. Co gorsza, część osób reprezentujących prospołeczny punkt widzenia chwali tę elastyczność zatrudnienia i finansowania jako sposób na przezwyciężenie uczelnianego „feudalizmu”. Niestety widzimy, że zwiększona konkurencja o zmniejszone środki prowadzi raczej do odtwarzania i utrwalania układów klientelistycznych. Dowodem na to, że – rzekomo postępowa – reforma Kudryckiej nie osłabiła, ale raczej wzmocniła te niejasne sieci powiązań, mogą być chociażby niedawne wybory rektorów. Obecny system wyborczy oparty o rządy koterii i kuluarowe rozgrywki nie daje większości pracowników uczelni niemal żadnego wpływu na to, kto zostanie rektorem i niemal żadnej kontroli nad jego polityką po wyborach. Stąd takie zachowania jak niedawne uchwalenie regulaminu dla studentów UW – nie tylko bez żadnych konsultacji, ale wbrew ich głośnym protestom, dobrze zorganizowanym przez Uniwersytet Zaangażowany. Obecny system jest także mocno niereprezentatywny: skrajnie niedoreprezentowani są w nim np. doktoranci, wykonujący na rzecz swoich uczelni dużo pracy, w tym także pracy nieodpłatnej.

Kto na uniwersytecie zatrudniany jest na umowach śmieciowych?

A. T: Pracownicy techniczni: szatniarze, sprzątaczki, ochroniarze, coraz częściej bibliotekarze. Ale ekspansja umów śmieciowych dotyka także adiunktów i profesury. Nie dotyczy to, a przynajmniej nie dotyczyło do niedawna, wyłącznie profesorów „belwederskich”. Natomiast profesura niebelwederska była zatrudniana na kontraktach pięcioletnich w wieku 50 lat… W tym sensie minister Kudrycka zrobiła to, co nie udało się tzw. Polsce Ludowej. Udało się jej zniszczyć samorządność tego środowiska.

Jak udało się do tego doprowadzić?

A. T: Chodzi tu nawet nie tyle o samorządność, ile o pewien układ immunologiczny środowiska akademickiego. Było ono zawsze – w złym i dobrym sensie – przemądrzałe. Dzięki temu różne zewnętrzne naciski udawało mu się obchodzić, otorbiać, oszukiwać. Od pewnego czasu, od reform Kudryckiej, jest to niemożliwe. Bo te reformy są nie tylko antysocjalne, ale też antyliberalne. Są one radykalnie antywolnościowe i sprawiają, że zewnątrzsterowność i potulność środowiska akademickiego radykalnie się zwiększyły. Kudrycka nie wskazała drogi wyjścia z feudalizmu uczelnianego – przeciwnie, sprezentowała go nam w wersji wzmocnionej. Bo jeżeli profesura i adiunkci pracują na śmieciówkach, jeśli adiunkci zatrudniani są tylko na czas trwania grantów, to oni wszyscy są nieskończenie bardziej zależni od swoich dziekanów i swoich rektorów, niż to było wcześniej.

Co sprawiło, że udało się wreszcie poruszyć środowisko?

A. T: Jesteśmy środowiskiem działającym politycznie, ale ponadpolitycznie. Powiedziałbym nawet, że działamy politycznie w sposób drapieżny. Zaczęliśmy właściwie w dwie osoby od listu otwartego w obronie filozofii w listopadzie 2013 roku. Kiedy dowiedzieliśmy się, że w Białymstoku wobec zbyt małej liczby studentów będzie likwidowany kierunek filozofii, zorganizowaliśmy podpisywanie listu otwartego. To jedyny taki list w III RP, pod którym udało się zebrać podpisy profesorów Andrzeja Zybertowicza, Aleksandra Smolara, Kingi Dunin i ojca Salija, profesorów Głowińskiego i Krasnodębskiego. To udało się na początku, to udaje się nadal, mimo bardzo zaostrzającej się walki stronnictw w polityce pozauniwersyteckiej. My działamy politycznie jako patrioci uniwersytetu, co znaczy: wpływamy na polityków, by stanowili dobre prawo. Naszym zadaniem jest lobbying polityczny. Chcemy zmieniać prawo, a w związku z tym musimy negocjować i ugniatać polityków. Ale udaje się nam łączyć skrajnie różne środowiska: „Krytyką Polityczną”, „Teologię Polityczną”, „Kulturę Liberalną” itd. Nasze środowisko jest w trójkącie między Akademickim Klubem Obywatelskim im. Lecha Kaczyńskiego, Partią Razem i KOD-em. Jesteśmy, jak mi się wydaje – obwarowuję to jednak bardzo – jedynym środowiskiem, któremu udaje się bardzo trudna sztuka utrzymania „pokoju religijnego” w obrębie tak zróżnicowanej grupy. To bardzo trudne, ale to jedna z naszych podstawowych zalet i warunek konieczny jakiegokolwiek wspólnego działania pracowników akademii – właśnie jako pracowników akademii, a nie jako członków tej czy innej partii, tego czy innego kościoła lub kręgu towarzysko-ideowego. Udało się nam zdobyć zaufanie i zgodę środowiska, co pozwala na bardzo pragmatyczne działanie. Naszym celem nie było i nie będzie wzmocnienie prawicy, lewicy lub liberalizmu. Gramy z politykami, ale na rzecz uniwersytetu. Zdobyliśmy zaufanie poważnej części środowiska, choć gramy ostro. Udało się nam zorganizować pierwsze po 1989 roku protesty środowiska akademickiego, udało się doprowadzić do tego, że w czerwcu zeszłego roku na wszystkich polskich uniwersytetach zawisły czarne flagi.

Udało się nam protestować przeciwko polityce naukowej PO i nie zostać przypisanymi do drugiej strony sceny politycznej. Wygląda na to, że i dziś nie możemy myśleć w jasnych barwach o czekających nas perspektywach. Jednak zdołaliśmy wytworzyć i zachować twardą i jednocześnie pragmatyczną postawę, niezależną od sytuacji politycznej.

Wróćmy do wyjściowego pytania. Skoro działacie w interesie uniwersytetu, to chciałbym wiedzieć, kogo konkretnie – w wymiarze ludzkim i społecznym – dotyczą wasze działania. Proszę też o wyjaśnienie, jaki jest związek interesów środowiska akademickiego z interesem powszechnym?

A. T: Występujemy w obronie uniwersytetu, co nie znaczy – w obronie kasty profesorskiej. Jest to pierwszy krok w stronę neutralizacji wyjściowego pytania. Podnosimy problemy doktorantów, którzy są pariasami obecnego systemu. Najlepsi doktoranci są najlepszym sposobem na załatanie budżetu uczelni. Udało się nam przeforsować zmiany, które sprawiają, że znacznie bardziej opłacalny jest dla uniwersytetu doktorant ze stypendium niż doktorant pozbawiony go. Nie ma dla nich miejsc na uczelniach. Kadra naukowa starzeje się, zlikwidowano w zasadzie etaty asystenckie, w związku z tym nie ma naturalnej drogi awansu. Doktoranci na większości wydziałów nie dostają w ogóle stypendiów, a na innych dotyczy to tylko niewielkiej liczby osób. W związku z tym zaledwie kilka procent doktorantów kończy z sukcesem studia doktoranckie. Są zapchajdziurami zajęciowymi, co skądinąd jest oszustwem wobec studentów, z którymi prowadzą zajęcia. Wprawdzie to się teraz zmienia, bo studentów i zajęć jest coraz mniej, ale tak było przez wiele lat. Gdy idzie o problem finansowania badań naukowych doktorantów, to Narodowe Centrum Nauki i rektorzy umywają ręce, wskazując na siebie nawzajem jako winnych. NCN w główny programie finansującym badania doktorantów i doktorów obciął pensje do poziomu tysiąca złotych. Organizowaliśmy protest w tej sprawie wspólnie z Uniwersytetem Solidarnym.

Podejmujemy też problemy pracowników technicznych, wobec których uniwersytety pozwalają sobie na haniebne rzeczy. Pracownicy techniczni – zajmujący się sprzątaniem, ochroną, obsługą szatni – przerzucani są do firm zewnętrznych, które nie respektują podstawowych zasad prawa pracy, zatrudniają najczęściej osoby starsze, na umowach śmieciowych. A uniwersytety i rektorzy chwalą się tym, że szukają oszczędności, gdzie tylko mogą. Szukają oszczędności właśnie na najsłabszych grupach – doktorantach, pracownikach technicznych i adiunktach. Znana jest historia oszukanych sprzątaczek z Poznania, którym zewnętrzna firma nie wypłacała pensji przez trzy miesiące. Władze rektorskie stwierdziły, że to nie jest ich sprawa, lecz owej firmy. Sprzątaczki zorganizowały strajk, lecz nie odzyskały pieniędzy. Sąd uznał, że trzymiesięczna pensja to… kwota zbyt mała, by wymusić na pracodawcy zwrot. Takie rzeczy działy się także na innych uniwersytetach. Ostatnio okazało się, że na Uniwersytecie Łódzkim pracownicy techniczni zatrudniani są na umowach śmieciowych z pensją pięć złotych na godzinę. Doszły nas także wieści, że zdarzają się jeszcze niższe kwoty. Zabraliśmy głos w tej sprawie, doprowadziliśmy do konfrontacji rektora Uniwersytetu Warszawskiego z tą kwestią i do konfrontacji władz uczelni z mediami. Występowaliśmy tu, co ważne, nie tylko w obronie konkretnych osób, lecz przede wszystkim o poszanowanie standardów. Występowaliśmy, mówiąc o wspólnym losie sprzątaczek i naukowców, wskazując, że środowisko naukowe – przez solidarność względem innych środowisk i z dbałości o swój dobrze pojęty interes pracowniczy – musi zadbać o elementarne standardy. Wywołało to duży skandal, ale udało się, bez nagłaśniania tego, że uniwersytet ustępuje pod presją zewnętrzną, wprowadzić klauzule społeczne regulujące warunki zatrudnienia. To ważne zwycięstwo i krok w stronę cywilizowania rynku pracy. Pamiętajmy, że w wielu miastach to uczelnie są największymi pracodawcami. Nie mówiąc już o kulturotwórczej czy standardotwórczej roli, którą powinny odgrywać także w tej dziedzinie.

Konieczność większej solidarności mocno egoistycznego dotąd środowiska akademickiego to kluczowa, mocno podkreślana przez nas sprawa. Najbardziej realne wymiary przyjmuje ona w stosunku do środowisk nauczycielskich. Jest wstydem, wielkim wstydem środowiska naukowego, że nie zabierało wcześniej głosu w sprawach likwidowania szkół, ich skrytej prywatyzacji, obchodzenia Karty Nauczyciela itp. Co więcej, w dużej mierze legitymizowało te procesy.

Na czym polegała ta legitymizacja?

A. T.: Środowisko naukowe odwoływało się do bardzo wąskiej wizji modernizacji, utożsamianej z dyscypliną finansową, z cięciem kosztów. Ale również – odbierało innym środowiskom, w tym właśnie środowisku nauczycielskiemu, możliwość artykulacji interesów. Kneblowało to środowisko – często na poziomie czysto estetycznym, używając argumentów o roszczeniowości. Dziś formułujemy stanowiska i opinie solidaryzujące się ze środowiskami nauczycielskimi, występujemy również na demonstracjach nauczycielskich, organizowanych przez ZNP czy OPZZ. Zaproszono nas także na scenę podczas wspólnej, co ważne, demonstracji ZNP i „Solidarności”.

Jaka wizja zatem stoi za waszymi działaniami?

A. T.: Koszty społeczne obecnego nurtu zmian są gigantyczne. Jeśli zgodzimy się na likwidację albo wygaszenie i konsolidację uczelni pozametropolitalnych, doprowadzi to do ogromnej zapaści społecznej. Radykalnie wzrośnie poziom wykluczenia społecznego i geograficznego. Już teraz jesteśmy jednym z najbardziej scentralizowanych krajów. W Warszawie znajdują się media, znajdują się urzędy, centrum polityczne…

Paryż Północy…

A. T.: Tak, Paryż. Gdybym jednak był płocczaninem albo nawet krakusem, to Komitet Kryzysowy by nie powstał, a na pewno nie miałby takiego zasięgu. Tylko dzięki uprzywilejowanej pozycji Warszawy i uprzywilejowanej pozycji środowiskowej, dzięki notesom telefonicznym znajomych, dało się stworzyć sieć ludzi, która doprowadziła do jego utworzenia. Jeśli w najbliższych latach nie zostaną wdrożone reformy odwracające dotychczasowe procesy, umożliwiając rzeczywiście zrównoważony rozwój ośrodków naukowych, najpierw stabilizację i reprodukcję, a następnie rozwój kadry naukowej na prowincji, to dojdzie do społecznego pustynnienia. Byłby to proces komplementarny wobec likwidowania szkół, domów kultury, bibliotek, kolei i PKS-ów…

Jakie zatem macie plany na najbliższą przyszłość?

A. T.: Prowadzimy, między innymi, działania na rzecz wprowadzenia obowiązkowych kursów praw pracowniczych dla wszystkich studentów, prowadzonych przez związki zawodowe. Chcielibyśmy wystąpić z tym projektem do Ministerstwa Nauki, ale także do Rady Dialogu Społecznego. Tworzymy ten projekt we współpracy z czterema związkami zawodowymi: „Solidarnością”, OPZZ, Inicjatywą Pracowniczą i Forum Związków Zawodowych.

Najważniejsze jednak w tym roku na wszystkich uczelniach są wybory rektorskie. To jest okazja, z której nieskorzystanie byłoby grzechem śmiertelnym. Chcemy, aby wybory te stały się okazją do wyartykułowania rzeczywistych problemów uczelni, do wyartykułowania interesów grup najsłabszych, grup pozbawianych głosu. Chcielibyśmy doprowadzić do otwartych debat programowych. Dzięki nim chcemy sprawić, że włodarze uczelni przedstawią postulaty programowe i będą z nich rozliczani przez swoje wspólnoty. A rola rektorów jest gigantyczna i będzie jeszcze większa, gdyż prawdopodobnie dostali wolną rękę od obecnej władzy przy tworzeniu nowej ustawy. Jednym z jej celów będzie pełna swoboda w kształtowaniu polityki kadrowej na uczelni. W tym momencie autonomia uczelni sprowadza się do autonomii rektora. My zaś uważamy, że autonomia uniwersytetów jest autonomią środowiska i samorządnością całego środowiska, nie zaś władzą absolutną bardzo wąskich elit uczelnianych. Oto stawka tych wyborów. Muszę powiedzieć, że udało się nam stworzyć szerokie koalicje różnych organizacji uniwersyteckich: NZS-u, organizacji doktoranckich, ZNP. Obecnie czekamy na rozmowy z ministerstwem. Nasze wrażenia, wynikające z dotychczasowych wypowiedzi, są bardzo niejednoznaczne. Z jednej strony pojawiło się wiele dobrych, rozproszonych zapowiedzi, które są pewnym echem naszych wystąpień z przeszłości. Chodzi tu np. o zapowiedź zmiany zasad finansowania uczelni, czyli odejście od liczby studentów i doktorantów jako podstawy wyliczeń. Tu jednak jest pewien problem. Jeżeli w zamian za to – a pojawiają się takie wypowiedzi – uczelnie byłyby finansowane w istotnym wymiarze na podstawie ilości pozyskiwanych środków grantowych, to wpadniemy z deszczu pod rynnę. Widać w tych zapowiedziach dużą dezorientację ministra Gowina i widać też, niestety, że dopuszcza do głosu środowiska związane z poprzednią ekipą….

Z którą przecież był związany…

A. T.: …i daje wolną rękę ludziom, którzy tworzyli wszystkie nowelizacje i projekty przez ostatnie dziesięć lat. Tym, którzy chcieliby komercjalizować i prywatyzować uczelnie. Pomijane są także, będące dla nas strategicznym partnerem, związki zawodowe. To bardzo nas niepokoi. Wszystko to, pozwolę sobie na polityczny komentarz, sprzeczne jest z innymi segmentami polityki rządzącej partii, a przynajmniej z zapowiedziami programowymi na temat roli zrównoważonego rozwoju. Naszym sporym sukcesem było to, że podczas kampanii spotykaliśmy się z różnymi partiami. Spotkaliśmy się z Razem, rozmawialiśmy ze środowiskiem Zjednoczonej Lewicy, spotkaliśmy się z PiS-em. Sformułowaliśmy listę wspólnych celów strategicznych dla szkolnictwa wyższego. Jarosław Gowin od razu po mianowaniu na stanowisko ministra nauki publicznie powiedział, że ta lista go nie obowiązuje. Jak dotąd nie zaprosił nas na rozmowy. Mamy nadzieję, że historia naszych relacji z poprzednimi władzami się nie powtórzy.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Michał Wójtowski, Warszawa, luty-marzec 2016 r.

Być katolikiem i lewicowcem

Dorastałem z marzeniem o służeniu Bogu i swojemu krajowi. Teraz mam osiemnaście lat i nazywa się mnie „buntownikiem”.

Kapłaństwo było zawsze postrzegane jako ścieżka w dużej mierze radykalna. Moi rówieśnicy śnili Amerykański Sen, chcąc osiągnąć sukces na polu inżynierii, księgowości, handlu czy edukacji – jako że są to uznane kierunki rozwoju osobistego, jeśli pragnie się bezpieczeństwa i stabilności finansowej. Gdy spoglądam wstecz, widzę, że mój kurs dziennikarski mógł nie być wyborem gwarantującym „pewną pracę”.

Postanowiłem zostać księdzem, ponieważ zainspirowały mnie do tego przykłady świętych Franciszka i Augustyna, którzy wiedli szlachetne życie. Byli moimi bohaterami, gdy podczas nauki w szkole średniej przechodziłem przez ciężki okres. Ich doskonałość doprowadziła mnie do idealistycznego założenia, że uda mi się wypełnić słowa z Ewangelii Św. Mateusza (6:24) w ich najbardziej dosłownym sensie: fantazjowałem nawet o podjęciu bardziej pretensjonalnego kroku i złożeniu ślubów ubóstwa.

Do momentu ukończenia edukacji otworzyłem się na mnóstwo przejawów burżuazyjnego liberalizmu, który, pod względem dojrzałości, sprawił, że oglądałem świat z różnych perspektyw: New Age albo teozofii, satyr politycznych Lourda de Veyry, „bluźnierczej” sztuki Mideo Cruza, promującej seks-narkotyki-i-rock’n’roll muzyki Guns n’ Roses, „Noli” i „Fili”, nagości jako formy sztuki i innych rzeczy określanych mianem kontrkulturowych. Skończyło się to krytycznym podejściem do religii i rezygnacją ze świątobliwych czynów związanych z Kościołem.

W tym samym czasie spotkałem działaczy. Tak, działaczy lewicowych. To właśnie ta znajomość zmotywowała mnie do przeniesienia mojego młodzieńczego radykalizmu na inne tory – tory walki o sprawiedliwość społeczną.

Dowiedziałem się wiele na temat rzeczywistości filipińskich chłopów, którzy są brutalnie terroryzowani w swoich wioskach, a także o straszliwych, niebezpiecznych warunkach pracy, z którymi pracownicy fizyczni stają co dzień twarzą w twarz. Dowiedziałem się, że choć wykonują oni ciężką pracę, są wciąż ubodzy, podczas gdy właściciele ziemscy i kapitaliści się bogacą. Poznałem też odpowiedź na najbardziej podstawowe z pytań: dlaczego, choć Filipiny są tak dobrze wyposażone w bogactwa naturalne, masy ludowe nadal żyją w biedzie?

Zatrzymaj się. Spójrz. Posłuchaj. Życie ubogich to fakty, które nie obchodzą dziś młodego pokolenia. Przypominanie o ich rzeczywistości bywa nawet określane obecnie mianem propagandy.

Żeby pojąć, że militarne i gospodarcze relacje Stanów Zjednoczonych i Filipin nie opierają się na zasadach równościowych, nie musimy się nawet spierać na poziomie ideologii. Czemu oni mają prawo żeglować po niektórych z naszych mórz, podczas gdy nasi lokalni rybacy są tego prawa pozbawieni? Dlaczego wielkie zagraniczne firmy zachęca się do szerokiego inwestowania na Filipinach, a nasze zasoby surowcowe są dla nich dostępne, my za to – przeciwnie – nie mamy żadnego własnego przemysłu tego typu? Dlaczego nie ma u nas przemysłu samochodowego, pomimo posiadania przez nas odpowiednich surowców oraz całego zastępu świetnych inżynierów?

Uczestniczę w protestach ulicznych – maszeruję z masami, które walczą o autentyczne wyzwolenie narodowe i sprawiedliwość społeczną.

Obecnie studiuję marksizm, leninizm i maoizm. Zgłębianie tych doktryn sprawia, że człowiek staje się krytyczny, jeśli chodzi o podejście do filozofii, nauk ścisłych, historii, polityki, ekonomii i innych istotnych dyscyplin społecznych. Zmusza go do przełamania wstecznej, pełnej przesądów, dominującej perspektywy. Pomaga również przeprowadzić bardziej naukową i rzeczową krytykę różnych „oczywistości”.

Wraz z postępem i metamorfozami, jakim podlegał mój młodzieńczy sposób myślenia, moje podejście do religii zmieniło się. Nie wierzę już, że Bóg jest długowłosym starcem odzianym w złote szaty. Sądzę raczej, że przebywa On pośród tych, którzy są chorymi i umierającymi ofiarami naszego społeczeństwa, schwytanymi w pułapkę przez gnijący system faworyzujący tylko wąskie elity.

Nie podpisuję się już bezrefleksyjnie pod przesłaniem religii. Chciałbym raczej wierzyć, że jej biegun i biegun lewicy są do pewnego stopnia dychotomiczne. Mogę mieć rację i mogę się mylić. Bóg mnie osądzi. Ale owszem, nadal jestem dumnym katolikiem.

Jestem katolikiem i lewicowcem. Jezus Chrystus, syn boży, nie przybył na ziemię jako, jak oczekiwali tego Żydzi, Mesjasz-wojownik. Przybył jako mężczyzna skromnego pochodzenia, żyjący pośród mas ludowych. Był rewolucjonistą na własny sposób. Pomagał rybakom organizować się i demaskował pełen hipokryzji ówczesny system. Głosił wyzwolenie, leczył chorych, żył wśród ubogich. Nigdy nie potępił jednak rewolucji zelotów [ruch polityczny z I wieku n.e. – przyp. tłum.], żydowskiego ruchu społecznego, który walczył z imperium rzymskim. Nakazał nawet jednemu z nich, Szymonowi, by został jego apostołem.

Nie używam Jezusa jako wyjaśnienia i podbudowy dla mojego radykalizmu. Stanowi on dla mnie raczej model postępowania. Nie nalegał, żeby być po prostu kochanym, lecz przynaglał: „Podążaj za mną”. Podążam więc za Chrystusem i służę ludziom. Konserwatyści mówią, że pod względem ideologicznym niemożliwe jest pogodzenie tych „przeciwieństw”. Ale moim zdaniem – będą one ze sobą współdziałały, jeśli tylko zastosujemy je w praktyce.

Kościół przyjął niechrześcijańskie filozofie Platona i Arystotelesa, aby uzasadnić istnienie Istoty Najwyższej. Dlaczego nie może więc zaakceptować filozofii społecznej, która podobno odzwierciedla powołanie Kościoła we współczesnym świecie? Może nie jest do tego zdolny z powodu sugestii, że należy wyzbyć się nadmiernego nacisku na posiadanie własności prywatnej, do czego zachęcał Jezus i pobożni święci?

Jestem przeciwny awanturniczemu buntowi, który prowadzi donikąd. Jeśli jednak jest on konieczny, mam nadzieję, że doprowadzi do zaistnienia społeczeństwa opartego na pokoju i sprawiedliwości, i popieram go.

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się na portalu rappler.com w marcu 2014 r.

Tłumaczenie Magda Komuda

Razem i osobno

Do opozycji pozaparlamentarnej, która z pomocą rzutnika nawiązała bliską więź z fasadą Kancelarii Premiera Rady Ministrów, zbliżamy się od strony pomnika Józefa Piłsudskiego. Markotne słońce marca mówi o naszym kraju więcej niż wszyscy niepokorni i reżimowi publicyści razem wzięci. Cykliści pedałują. Policjanci obserwują. Palacze petują. Dzieci pokasłują. Starcy deprawują. Staruszki szerują foty w mediach społecznościowych. Marszałek patrzy spod brwi, kto i gdzie kury szczać wyprowadza. I jak się to wszystko skończy.

Najpierw mijamy stanowisko Komitetu Obrony Plutokracji w wersji alternatywnej. To rewizjoniści od Andrzeja Miszka, zamożnego antykwariusza, który w Kasince Małej oferuje wynagrodzenie około 1400 zł netto miesięcznie (przy możliwości nadgodzin i premii uznaniowych), z zastrzeżeniem, że pracownicy powinni zamieszkiwać w strefie umożliwiającej szybki dojazd do pracy, czyli nie dalej niż 15–20 km od tej miejscowości. Kapitalista ma w tym swój interes, ale i my wiemy, w czym rzecz – przy tak niskich wynagrodzeniach trzeba dobrze skalkulować relację zarobków do wydatków na paliwo/inne formy dojazdu. Ponieważ pan Miszk skłócił się z panem Kijowskim, założył Komitet Obrony Demokracji Przed PiS-em, by zadośćuczynić najpiękniejszym tradycjom polskiego bycia na swoim. Własny kawałek etosu i styropianu to chyba wciąż senne marzenie każdego z tych dziś już nieco podstarzałych opozycjonistów z samego końca PRL, niezależnie od tego, jakie konstelacje ideowo-polityczne zasilili w III RP.

Za KOD-PP mamy obozowisko partii Razem, której wielu nie może wybaczyć prób wybicia się na niepodległość myśli i organizacji partyjnej suwerennej od starych i młodych postkomunistów oraz liberalnych dzienników opinii. A dalej mamy oryginalny KOD. Namioty tych ostatnich pojawiły się naprzeciw KPRM najpóźniej. Liberalni demokraci chodzą do socjalistów i zagrzewają do wspólnego oporu. Wygląda to mimo wszystko jak przypadkowe spotkanie nie tylko dwóch różnych światopoglądów, ale i dwóch różnych pokoleń. Liberalni demokraci są na ogół starsi od Razemowców i jestem pewien, że jako nastolatek widziałem ten typ twarzo-poglądu, tę demokratycznie-liberalną pewność siebie przezierającą spod słów i mimiki. Tak, to oni przekonywali w okolicach 1990 roku i później, że wystarczy wziąć sprawy w swoje ręce i już będzie przepięknie, i zaraz będzie normalnie. I brali własne możliwości za powszechną równość możliwości, co jest dość typowym liberalnym szwindlem albo nie mniej karygodnym zaślepieniem nie tylko pod tą szerokością geograficzną. Tyle lat minęło w galopującym dobrobycie – a wciąż nie jestem do nich przekonany. Za to oni są bardzo pewni siebie. Tak dziwnie łamią im się języki, gdy wymawiają cudzoziemskie dla nich słowa „prekariat” albo „redystrybucja”. A stara siwa kobieta siedzi w czerwonym leżaku. Je zupę, która szybko stygnie. Tak, szybko robi się chłodniej. I jeszcze chłodniej, gdy znów miga w kąciku oka napis z banneru: „Rzeczpospolita Polska jest demokratycznym państwem prawnym, urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej”. Chyba jeszcze nikt tak wyraziście na oczach publiczności nie zdiagnozował tego fragmentu rodzimej schizofrenii à la III RP, jak ta grająca fioletami pozaparlamentarna partia kobiet bez garsonek i mężczyzn bez garniturów.

Jest środa, szesnastego marca, przedwiośnie 2016 roku – już nas opuszcza młodość, fałszywy towarzysz. Słyszę, że Razemowcy jutro się zwiną, że znikną namioty wykładane styropianem, który tworzy ściółkę pod ich etos. I nie będą śpiewać, że „już kormorany odleciały stąd”. A o ich miejsce losy rzucają Front Demokratycznego Oswobodzenia Polski oraz Polski Front Demokratycznego Oswobodzenia. Robi mi się trochę smutno, bo to był taki ładny piknik na skraju wiosnozimy, takie ładne spotkanie integracyjne, takie ładne flag łopotanie, brzydka ona, brzydki on, a jaka piękna partia. I to bez tego wszystkiego, co postarza i szpeci na ogół nawet młodych partyjniaków i partyjniaczki innych ugrupowań, bez eseldowskich karków i sztywnej mowy, trochę w duchu obozu letniego z czasów liceum. Wiem, wiem, chodziło zupełnie o co innego. Ale to mój felieton. Wiem też, że i oni się zestarzeją, niektórzy nawet głupio i nieetycznie.

Przy okazji: jedna z najsmutniejszych przypadłości około-KOD-owskich form obrony liberalnej demokracji polega właśnie na tym, że wykluczony z niej jest ten pracownik, który dostaje 1400 złotych na rękę. To trochę tak, że pan Miszk pewnie wyobraża sobie, że on broni demokracji liberalnej także dla swojego nisko opłacanego pracownika, pod jego nieobecność. Ale właśnie ta nieobecność jest kluczowa. Czy ściślej: wykluczająca. Otóż wbrew pewnemu modnemu wciąż stereotypowi, nisko opłacany pracownik najemny wcale nie musi być ani tępy, ani niezainteresowany, zdolny do objęcia myślą jedynie programu telewizyjnego. Spójrzcie na historię prasy robotniczej: świat pracy miał nie tylko swoją znakomicie wykształconą elitę, ale i miliony ludzi tylko na tym kontynencie, którzy ze zrozumieniem czytali sążniste artykuły prasowe. Wbrew temu, że burżuazja/klasa średnia chciała w nich nierzadko widzieć nieokrzesanych głupców, mieli swoje robotnicze głowy na karku. Tak jest i dziś. Tak zwani zwykli ludzie wciąż mają poglądy i chcą je mieć, ponieważ nawet najbardziej zdewastowany system edukacji powszechnej (czyli dobry i elitarny dla nielicznych, byle jaki, sztampowy i jedynie dostępny dla mniej zamożnych) nie jest w stanie zniszczyć pewnych przyrodzonych ludzkich predyspozycji. Wśród nich np. chęci opowiedzenia sobie świata i własnego polis.

Ale co się dzieje, gdy ludzi stać jedynie na bardzo tanie poglądy? Czyli takie, które nie wymagają zdobywania odpowiednio wyższego kapitału kulturowego, społecznego, środowiskowego. Pal licho Kasinkę Małą i pracodawcę-antykwariusza. Tyle jest innych pięknych miejsc w Polsce. Gdy mieszkasz na przykład w Mrówczym Dole, w bloku postawionym w czasach tzw. Polski Ludowej, skąd nie uciekłeś, bo jakimś cudem szwagier kuzyna od strony matki mógł ci dać robotę w okolicy, ale cudów nie obiecywał, więc przebijasz się przez kolejne miesiące, kalkulując relację czasu do pieniądza, to właściwie masz prawo nie uważać, że dałoby się o świecie pomyśleć inaczej. Niestety – wszyscy, którzy są znacznie wyżej od ciebie i odpowiadają za produkcję i dystrybucję mniemań, dobrze o tym wiedzą. I liczą na to, że właśnie od nich kupisz ich tanio i na masową skalę produkowane poglądy, za które słono będziesz płacił przez lata życia w Mrówczym Dole.

Tak, tak, jedni sprzedadzą ci historię, że walczą o demokrację i liberalizm, i wolność słowa, i przeciw państwu policyjnemu. A ty nie musisz wiedzieć, że to oni są twoim policjantem i twoim cenzorem, że oni są pałką niezapłaconych rachunków, która w nocy budzi cię z krótkiego snu, że oni są tym kneblem, który nie pozwala ci cisnąć kurwą na pana szefa, że to oni tak sprytnie zrobili Polskę, że żadna szwaczka nie zostanie Anną Walentynowicz. Nie musisz wiedzieć, że w studiach warszawskich, przy tamtejszych knajpianych stolikach, na przyjęciach dla wyfraczonej elity władzy i pieniądza, w ogrodach dla wtajemniczonych gwiazd mediów budują świat, który ułatwia im życie z takich jak ty. I skrupulatnie od lat dbają o to, żeby nikt nie reprezentował twoich realnych interesów ekonomicznych, żebyś miał pewność, że związki zawodowe to pasożyty, że instytucje publiczne to złodziejstwo, że wszystko przez imigrantów, gender, PiS, Kościół, komunę, typowo polską nienawiść do tych, co mają lepiej (niepotrzebne skreślić). Bądź pewien – jest wiele sposobów na to, żebyś siedział w Mrówczym Dole przekonany, że na przykład demokracja i liberalizm polegają na tym, że nic nie zmienia się przez długie lata w systemie finansowego wsparcia dla bardziej i mniej swoich.

Czy to teoria spiskowa? Skądże. To życie towarzysko-handlowo-polityczne kilkadziesiąt pięter nad twoją głową. Gdybyś się tam znalazł, zobaczyłbyś wszystkie te same małości, które znasz z ławki pod spożywczakiem – tyle że o znacznie większej sile rażenia i intensywności przeżyć. Gdy ty spadniesz w dół, to owszem, pieprzniesz boleśnie i może nawet ze skutkiem śmiertelnym. Ale oni, gdzieś wysoko – oni spadają naprawdę długo, pociągając za sobą bardzo wielu. Czasem mija im na tym falowaniu wysoko w górę i niżej w dół całe życie, a przynajmniej jego dekady. Dlatego tak bardzo nie lubią żadnych zmian, nawet prostej zmiany władzy politycznej. Większość z nich tego nie lubi – także ci, którzy teraz wzlatują wyżej. Ale później leży taki na ziemi i widzisz, że to nie był żaden archanioł, lecz zwykła świnia, tylko drogo uperfumowana. Tak, mówię o wielu z tych, których w Mrówczym Dole oglądasz w telewizji – w różnych rolach.

Zatem – ludzie mają dziś takie poglądy, które można nabyć bardzo tanio. A ten powszechnie dostępny towar to dziś właśnie na ogół połączenie lumpenliberalizmu z różnymi szowinistycznymi atawizmami i uprzedzeniami, które określa się mianem prawicowości. Oczywiście, niektórzy są bardziej „liberalni”, inni bardziej „konserwatywni”, ale pewna stała polska to miks bardzo różnych rodzajów kołtuństwa, czasem nawet takiego, co wcina kiełki i macha tęczową flagą, ale gdy trzeba, pobudza się na myśl o wysyłaniu policji na górników. Na marginesie: ciekawi mnie, czy publicyści prawicy z pokolenia Niezależnego Zrzeszenia Studentów ostatnich lat Polski Ludowej, ludzie często prywatnie o wiele bardziej „lewaccy”, niż opinia publiczna mogłaby przypuszczać, zdają sobie sprawę, co właściwie zaczęli obsługiwać w ramach konieczności życia na odpowiedniej warszawskiej stopie i spłat kredytów.

Wracając do meritum – walka o „zwykłego człowieka” przypomina trochę konflikt rozwodzących się rodziców o szarpane na wszystkie strony dziecko. Ono jest ofiarą całej tej sytuacji i zakładnikiem konfliktu tych dwojga. Mamusia jest endeko-patriotką, tatuś demokratycznym liberałem. Kto przekona maleństwo do swojej racji i swojej nienawiści? Może być różnie. Problem tkwi gdzie indziej: kto powie dziecku, że zostało oszukane przez nienawiść ludzi, którym powinno móc zaufać. Ktoś zauważy: ale przecież społeczeństwo nie jest dzieckiem! Zupełnie niecynicznie odpowiem – chciałbym, żeby tak było. Ale to nie ja robię z polityki i debaty publicznej marketingowe szoł o niczym.

Wszelkie kłamstwa o polskim byciu razem i osobno obala jedno słowo: wykluczenie. Otóż to właśnie ci, którzy chcą rzekomo bronić liberalizmu i demokracji, a którzy żyją z wyzysku ekonomicznego i na różne sposoby go legitymizują i głoszą – to oni budują najbardziej realne polskie osobno. I nie obchodzą mnie w tym momencie ich identyfikacje polityczne i nawet ideowe. Mówię o bazie. To oni są przeciw bardziej egalitarnemu społeczeństwu, mniejszemu rozwarstwieniu, większej stabilności bytu milionów mało zarabiających Polaków. To oni chcą murów strzegących ich majątków i pozycji społecznej albo ich obecnych aspiracji. To oni są osobno i coraz bardziej wsobnie – choćby jako ofiary realnego liberalizmu cierpiące na syndrom sztokholmski. To oni są osobno – zarzucając na innych sieć iluzji wspólnotowości. Ich demoliberalna wspólnotowość jest równie fałszywa jak ta szowinistyczna, zbudowana np. na uprzedzeniach wobec imigrantów. Razem to znaczy dziś osobno, oznacza własne miejsce, własny topos. To miejsce-tożsamość, które łączy ludzi wokół konsensusu chyba znacznie trudniejszego niż demoliberalny. Jaki to konsensus? Moim zdaniem to nadzieja na odbudowę polityki socjaldemokratycznej, sensownie etatystycznej, obywatelskiej i instytucjonalnej zarazem.

Zaprawdę, pozwólcie Razem być osobno. Inaczej okażecie się zakładnikami, strażnikami albo demiurgami paradygmatów, które dość już narobiły nam zła w III RP.

Zakazać Dnia Świętego Patryka

W ubiegłym tygodniu rzuciła mi się w oczy lista 10 najbardziej zwariowanych parad na Dzień św. Patryka, które musisz odwiedzić. Ogarnęło mnie czyste przerażenie na myśl, że mogłabym przypadkiem znaleźć się poza domem w to straszne święto. Na szczęście miałam jeszcze kilka dni, żeby się przygotować i ukryć.

Nie tak powinno być. Jak możecie wywnioskować z mojego nazwiska, wychowano mnie po irlandzku – tak bardzo po irlandzku, jak tylko irlandzka może być mała dziewczynka ze Środkowego Zachodu, której przodkowie nie widzieli Europy od czasu Wielkiego Głodu. Dostawałam książki z obrazkami mojej pięknej ojczyzny, do której mogłabym ewentualnie kiedyś wrócić. Oglądałam filmy o głodzie, podboju i prześladowaniach, jakie spotykały moich rodaków i rodaczki. Mój młody umysł wypełniał się Joycem i Yeatsem, moje uszy Enyą i U2. Oglądałam tańce ludowe i, mój boże, byłam tym poruszona.

Wtedy kochałam Dzień św. Patryka. Miałam specjalne zielone ubrania i bogatą kolekcję świątecznych ozdób, w tym świecące trzylistne koniczynki i kubki z napisem Pocałuj mnie, jestem Irlandką. Gdzieś pośród tego chaosu kryło się świętowanie naszego dziedzictwa. Ale koniec z tym.

Dziś widzę, że święto, które było dla mnie celebrowaniem historii, w rzeczywistości jest narodowym konkursem na to, kto szybciej przemieści się z baru do izby wytrzeźwień. Dzień dumy z własnej kultury nie powinien oznaczać prewencyjnego zwiększenia sił policyjnych na ulicach. Kobiety i mężczyźni, emigrując z Irlandii do USA, chcieli wielu rzeczy dla swoich dzieci. Jednak jedną z rzeczy, których na pewno nie chcieli, są nagłówki prasowe takie jak: Sukces, mało przestępstw podczas Parady na Dzień św. Patryka („tylko” dziesięć zatrzymań za pijaństwo i napaść, hurra!), Rekordowo niska liczba przestępstw podczas obchodów św. Patryka w Hoboken (jedenaście zatrzymań i 39 wezwań pogotowia) czy Żadnych aresztowań w Syracuse podczas parady na św. Patryka. Święto jest dziś tak mocno kojarzone z nadużywaniem alkoholu i przypadkową przemocą, że gazety odnotowują właśnie brak napaści.

Pewnie niektórzy z moich amerykańsko-irlandzkich znajomych wypiją za to (kolejny) toast, ogłaszając, że jesteśmy narodem zwariowanych imprezowiczów. Istnieje jednak termin na określenie sytuacji, gdy jakaś społeczność ma cały dzień, podczas którego może poświęcić się publicznemu chlaniu i popełnianiu drobnych przestępstw bez bycia stygmatyzowaną. Ten termin to biały przywilej.

Istniały kiedyś (i istnieją także dziś) dobre powody, żeby świętować irlandzkie dziedzictwo. Niektóre z nich są nawet częścią samego Dnia Św. Patryka. Obowiązek noszenia zielonego, jak irytujący by nie był, wywodzi się z radykalnej historii. Wearing o’ the green było znakiem, że identyfikujesz się z irlandzkimi rewolucjonistami, ich walką przeciw brytyjskim kolonizatorom i, jak mówi piosenka, dałbyś się za to powiesić. To antykolonialne przesłanie zostało ślicznie zapakowane w firmowy papier Hallmarka i całkowicie pozbawione znaczenia. Historia irlandzkich Amerykanek i Amerykanów jest w większości historią klasy robotniczej – historią biedy Innego w skolonizowanej Irlandii, która szybko stała się historią biedy Innego, imigranta w Ameryce.

W takim kontekście postać Świętego Patryka miała ogromne znaczenie. Dorastałam, słuchając starych kobiet opowiadających zachrypniętym od papierosów, pełnym szacunku głosem o jego cudach: usłyszał głos samej Irlandii, mówiącej do niego słowami Chrystusa! Wygnał z Irlandii węże, pokazując, że Szatan nie ma władzy nad jego ludem! Nieważne, czy mówimy o magicznej wersji postaci św. Patryka, w cieniu której dorastałam, czy o wiele mniej inspirującej wersji historycznej – nawróconego rzymskiego misjonarza, odpowiedzialnego za wyplenienie rodzimej religii. Patryk jest pamiętany jako święty ludzi biednych, chroniący ziemię podbitego ludu, strzegący jego wyzyskiwanych dzieci w nowym kraju. Jego misją, tak jak i misją wielu ludowych bohaterów, było zapewnienie tych, którzy nie liczyli się dla klas panujących, że liczą się w oczach Boga.

Powstania, społeczny radykalizm, solidarność ludzi pracy, Bóg, który kocha ubogich – gdybym miała wymyślić najmniej odpowiedni symbol dla tych wszystkich rzeczy, zatrucie alkoholowe byłoby na samym szczycie listy. Za popularnym obrazem wesołkowatego, pijanego jak Irlandczyk, Leprechauna stoi w rzeczywistości człowiek z klasy pracującej, bez dostępu do usług medycznych, leczący alkoholem bolesne i wyniszczające choroby. To prawdopodobnie najmniej pasujący do święta obrazek, jaki możemy sobie wyobrazić. Jednak Amerykanie są do niego przywiązani, pewnie dlatego, że schlanie się jak świnia jest o wiele łatwiejsze niż stworzenie klasowej polityki.

Asymilacja Irlandczyków wydarzyła się dawno temu. Ostatnia sytuacja, kiedy ktoś był zszokowany tym, że irlandzki katolik znalazł pracę, miała miejsce 20 stycznia 1961 roku, a nawet wówczas tylko dlatego, że była to praca aż tak dobra. Nazwisko tego Irlandczyka brzmiało, jeśli coś wam to mówi, Kennedy.

Wciąż istnieje wiele sposobów, na jakie da się świętować historię Irlandek i Irlandczyków: możecie opisywać to, jak intratne prywatne więzienia kontynuują historię wyzysku świata pracy, świata, który amerykańscy Irlandczycy i Irlandki zawsze uważali za swój własny, i organizować ruch przeciw takim placówkom. Możecie stworzyć własną wizję solidarności klasy robotniczej i uczyć się, jak wspierać imigranckie społeczności, które wciąż są marginalizowane. Jeżeli jesteście katolikami, możecie świętować historię radykalnego aktywizmu katolickiego i służby ubogim. A w międzyczasie nawet włączyć Enyę, co tam.

Ale nie obchodźcie dnia św. Patryka. To święto, donoszę z przykrością, zostało zrujnowane. Przyszedł czas, żeby je zlikwidować – wraz z całym tym szumem o „irlandzkości”, który zbudowano dookoła. Jestem pewna, że sprawicie tym Paddy’emu radość. Jestem pewna, że nawet siedząc w wolnej od węży części Nieba, otoczony przez trzylistne koniczyny i pobożne irlandzkie ciotki, dziergające mu swetry na drutach, ma dość ludzi rzygających w metrze na jego cześć.

Sady Doyle
tłum. Mateusz Trzeciak

Tekst pierwotnie ukazał się na stronie internetowej magazynu „The Baffler” w marcu 2015 r.

Polak-katolik a powszechne przeznaczenie dóbr

Polska to w wielu obszarach kraj paradoksów. Jednym z nich jest deklaratywne przywiązanie dużej części Polaków do katolickich wartości, połączone z życiem zupełnie oderwanym od tychże wartości – i w większości przypadków chodzi o tę samą grupę Polaków. Polacy-katolicy na przykład notorycznie stosują bluźniercze sformułowanie „święte prawo własności” oraz fetyszyzują własność prywatną, choć Kościół katolicki stworzył unikalną i bez mała rewolucyjną zasadę powszechnego przeznaczenia dóbr, która podporządkowuje własność użytkowaniu, a pretensje do niej może rościć sobie każdy, choć oczywiście w określonych przypadkach i z zachowaniem pierwszeństwa właściciela. Polacy-katolicy z ogromnym lekceważeniem podchodzą także do przyrody, choć to właśnie ją stworzył Bóg, natomiast nierzadko wręcz wielbią stworzone przez człowieka wytwory materialne. Ogrzewają więc swoje wypasione chałupy paląc najpewniej oponami (bo chyba tylko one mogą dać taki czarny dym), trując swoje siostry i braci. A na drugi dzień idą grzecznie na Mszę i stoją w ładnym rządku do Komunii, nie zwracając uwagi na fakt, że dzień wcześniej tak nagrzeszyli, że dla pokuty przez trzy miesiące powinni codziennie klepać różańce. Ewidentnie prawdziwą „dobrą zmianą” w Polsce byłoby odkurzenie stworzonej przez jednego z największych mózgów w historii Kościoła zasady powszechnego przeznaczenia dóbr. Pytanie tylko, czy św. Tomasz z Akwinu jest jeszcze dla współczesnego Polaka-katolika jakimkolwiek autorytetem.

To właściwie nic dziwnego, że w czasach wszechobecnego kultu własności środowisko naturalne traktowane jest w najlepszym wypadku podejrzliwie i z dystansem. W końcu nie da się go całego ogrodzić, postawić tabliczki „moje” i wpuszczać łaskawie tylko znajomych, i to też tylko wtedy, gdy najdzie nas na to ochota. Nie da się go całego zakupić, otoczyć płotem i postraszyć intruzów złym psem. Można tak najwyżej postąpić z drobnym i najbardziej dostępnym kawałeczkiem, ale przyroda i tak ma te wszystkie zabiegi za nic i przy najbliższej okazji spuści na teren delikwenta hektolitry wody z przemykającej obok chmury, zupełnie o to rzekomego właściciela nie pytając. Wiatr hula po naszych włościach nawet wtedy, gdy sobie tego nie życzymy, ptaki bezczelnie wlatują, siadają na ławkach i zostawiają na nich jakieś białe placki, a gdy przychodzi grudzień nawet stojący w garażu nowiutki SUV miewa problem z wyjazdem na naszą własną, starannie wcześniej utwardzoną drogę. W normalnych sytuacjach, gdy ktoś kpi sobie z mojego „świętego prawa własności”, mogę zawsze na niego nakrzyczeć, dać w twarz, ewentualnie zadzwonić po odpowiednie służby. Na przyrodę tymczasem mogę się wydzierać ile wlezie, a ona i tak nic sobie z tego nie robi.

Gdy kupię 10-calowy tablet z modemem 4G, to wiem, że jest mój, mam paragon, mogę się nim pochwalić przed znajomym, a nawet przed nieznajomym siedzącym na fotelu obok w niepolskim busie. Tymczasem gdy kąpię się w rzece, to nie do końca wiem, czyja ona jest. Niby z niej korzystam do woli, przyjemnie mnie schładza, ale obok kąpią się dziesiątki innych, jakieś rozwydrzone bachory drą się wniebogłosy i nie dają spokojnie człowiekowi poczytać książki na materacu, a jakby tego było mało, właśnie nadepnął mnie jakiś grubas i ledwo burknął „sorry”. To jak to jest w końcu z tą rzeką? Jest moja czy ich? A jeśli jest nas wszystkich, to która konkretnie część jest moja? Proszę mi sprawiedliwie wydzielić mój kawałeczek, może być nawet maluteńki, tylko żeby mi nikt na niego nie właził, a grubas niech sobie depcze innych na swojej części.

Na tym właśnie polega w naszym kraju główny problem nie tylko z naturą, ale i z całą własnością wspólną. Nie da się precyzyjnie ustalić, do kogo ona należy, a w czasach kultu własności prywatnej i jej fetyszyzacji jest to ogromna wada. Po zgrzebnych latach PRL rzuciliśmy się budować naszą prywatną własność, podobno zawsze dużo lepszą i bardziej efektywną od własności wspólnej, której przecież sama nazwa wskazuje, że jest niczyja. Odwróciliśmy się więc plecami od naszych klatek schodowych, parków czy podwórek, na rzecz nieustannego upiększania własnego mieszkania czy domu. Nieistotne stało się, że do pracy jedziemy drogą wyboistą niczym powierzchnia księżyca – ważne, że w domu mamy telewizor wielki jak pół Orlika. Ten sam los spotkał naturę – nie moja, a więc niczyja, a skoro niczyja, to nic nie szkodzi wyrzucić niedogaszonego papierosa do lasu, okazjonalnie wysikać się do jeziora czy zostawić butelki po piwie na łące, na której przed chwilą się imprezowało. Najpierw nachapać się do syta, a dopiero potem oddać następnemu w kolejce, gdy sami już i tak nie możemy – to nasza standardowa strategia korzystania z każdej formy własności. I nieważne, czy chodzi o mienie komunalne, czy o zasoby naturalne – byłem pierwszy, jestem panem. Gdzie mi się tu wpychasz, babo – zapłaciłem za bilet, to siedzę. Trzeba było wejść dwa przystanki wcześniej, to ty byś siedziała.

Katolicka zasada powszechnego przeznaczenia dóbr jest traktowana przez przeciętnego Polaka-katolika co najwyżej pobłażliwie, jako jeden z tych licznych nieszkodliwych kościelnych przeżytków, których i tak już nikt nie przestrzega i nikt nie zwraca na nie uwagi. W czasach absolutyzacji własności, wręcz jej sakralizacji („święte prawo własności”), twierdzenie, że własność obciążona jest hipoteką społeczną, aby dobra mogły służyć ogólnemu przeznaczeniu, musi się jawić jako bajanie jakiegoś niepoprawnego idealisty, w gruncie rzeczy niebezpiecznego, bo jeszcze zechce dokwaterować uchodźcę z Syrii do mojego M-3. Współczesny porządek ekonomiczny jest oparty na podziale na to, co moje i co nie moje, a poszczególne dobra może i były kiedyś powszechnie przeznaczone, ale tylko do momentu, gdy je nabyłem. To znaczy, de facto każdy mógł wejść w ich posiadanie, ale po transakcji to już jest inna historia. We współczesnej logice zasada powszechnego przeznaczenia dóbr jest więc podporządkowana własności prywatnej – obowiązuje, dopóki czegoś nie posiądzie konkretna osoba. Gdy ten kawałek pola jest już Marka czy Ilony, wtedy pieczę nad nim sprawują zasady prawa cywilnego, a nie boskiego. Tymczasem doktryna katolicka odwraca tę logikę: to własność prywatna podporządkowana jest powszechnemu przeznaczeniu dóbr, które powinno być uniwersalnym prawem ich użytkowania, a także pierwszą zasadą całego porządku społecznego.

Fetyszyzacja własności prywatnej powoduje, że z zupełnym lekceważeniem odnosimy się do własności wspólnej. To właśnie z tego powodu obojętnie patrzymy, jak niszczeje nasza własność publiczna oraz jak natura bywa przez nas bezlitośnie wykorzystywana. Za obie nie czujemy odpowiedzialności, ponieważ nie stoją u nas na biurku i nie zapłaciliśmy za nie naszą kartą bankową. Tymczasem własność prywatna powinna być tylko instrumentem ułatwiającym korzystanie z dóbr. Instrumentem, który da pewność, że gdy rano będę chciał jechać do pracy, to mój samochód będzie stał na parkingu i grzecznie czekał – nie oznacza to jednak wcale, że mogę z nim robić, co mi się żywnie podoba.

Przypomnienie sobie, że wszelkie dobra w boskim zamierzeniu mają co do zasady służyć wszystkim, może zmienić nasz stosunek do świata – zarówno do tego, co mam w torbie podróżnej, jak i tego, co mijam jadąc pociągiem. Postawienie zasady powszechnego przeznaczenia dóbr nad własnością prywatną wszystkim nam wyjdzie na zdrowie. Zaczniemy korzystać bardziej odpowiedzialnie z mienia własnego oraz publicznego, a także dostrzeżemy, że środowisko naturalne to dobro nie tylko moje, nawet nie tylko moich żyjących współcześnie sióstr i braci, ale wszystkich przeszłych i przyszłych pokoleń. Nasze place wypięknieją, a parki będą czystsze. Nasze usługi publiczne zaczną lepiej działać, a podatnicy będą bardziej sumiennie płacić na ich utrzymanie, zdając sobie sprawę, że czynią to we wspólnym interesie. No i przede wszystkim Polak-katolik będzie lepszym wiernym. Pytanie tylko, czy bycie lepszym wiernym jest jeszcze dla współczesnego Polaka-katolika jakąkolwiek wartością.

Dać czy nie dać, czyli o pomocy bez warunków

Zastanawianie się nad kwestią dzietności w Polsce z okazji 8 marca to swego rodzaju przyznanie racji retoryce, która uznaje dziecko za „sprawę kobiety”. Oczywiście w idealnych, laboratoryjnych warunkach potomstwo jest sprawą obu płci, i obie doznają z tytułu posiadania go radości i smutków oraz – co bardziej namacalne i wiążące – nabywają pewne prawa i obowiązki. Nie da się jednak ukryć, że Polska raczkuje pod względem udzielania jakiegokolwiek innego niż śladowe wsparcia socjalnego czy to samym dzieciom, czy kobietom jako ich „głównym” opiekunkom, czy, jak chce to widzieć prawica, rodzinom.

Zapowiadany na 1 kwietnia start programu pomocowego 500+ budzi definitywnie największe emocje spośród wszystkich decyzji partii rządzącej. Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że o nocnych zakusach na Trybunał Konstytucyjny nie zapisano tyle papieru i kilobajtów, co o tym, czy owe 500 zł dadzą, kiedy dadzą, komu dadzą, a komu nie, i o tym, czy to wystarczająco sprawiedliwe. Opinię na temat przegłosowanego kilka tygodni temu programu ma absolutnie każdy, bez względu na to, czy jest ojcem lub matką i czy program go bezpośrednio dotyczy.

Przypomnijmy podstawowe założenia: owe 500 zł to świadczenie, które zostanie przyznane rodzinom posiadającym dwoje lub więcej dzieci, na każde dziecko od drugiego wzwyż, bez względu na dochody. W przypadku posiadania jednego dziecka spełnić należy kryterium dochodowe, wynoszące 800 zł na osobę w rodzinie lub 1200 zł w przypadku dzieci niepełnosprawnych. Świadczenie ma być wypłacane do momentu ukończenia przez dziecko osiemnastu lat. Na pierwszy, ostrożny rzut oka program wygląda i brzmi świetnie – oto naprawdę pierwsze tak powszechne świadczenie, które obejmie miliony obywateli i którego rezultat społeczny może być bliski przyznaniu uniwersalnego świadczenia wprowadzanego przez inne kraje. Oto pierwsze świadczenie, które nie upokarza śladową kwotą lub nie jest jednorazowe, jak tysiąc złotych becikowego, starczające na używany wózek i paczkę pieluch, ani krótkotrwałe, jak świadczenie z tytułu urlopu macierzyńskiego. Oto po raz pierwszy uznano, że sam fakt, iż ktoś ma dziecko, oznacza, że ponosi realne koszty i wyrzeczenia, które, dla dobra wspólnego, państwo powinno mu rekompensować.

Drugi rzut oka zarówno na sam program, jak i na towarzyszące mu reakcje, przynosi jednak otrzeźwienie. Dziurawości podstawowych założeń 500+ nie da się ukryć pod prawicowym frazesem o „wspieraniu rodzin”. Program w zamyśle egalitarny zaprzecza swej rzekomej egalitarności, czyniąc szereg zastrzeżeń co do warunków i zasad uzyskiwania pomocy. Przez ostatnie tygodnie przez internet przetoczyła się gorąca debata, której skutkiem było wypunktowanie minusów rządowych założeń. A minusy te są poważne i zmieniają wymowę wsparcia, które znienacka okazuje się wybiórcze. Oto pomocy nie otrzyma niezamożna rodzina z jednym dzieckiem, otrzyma ją za to człowiek, któremu zdarzyło się mieć dwójkę dzieci, a w normalnym kraju płaciłby podatki według progu podatkowego dla najbogatszych. Świadczenie ma więc obiektywne wady i nie jest tak powszechne, jak chciano by je przedstawiać. Warto się jednak zastanowić, czy jest tak złe, jak niektórzy je odmalowują.

Lista zastrzeżeń wobec 500+ jest niemal nieskończenie długa, a wachlarz argumentów od prawa do lewa niesłychanie bogaty i kolorowy. Znajdziemy tu i skrajnie neoliberalne poglądy. Że świadczenie jest zbyt wysokie, gdyż jest „za nic” – wychowywanie młodego człowieka, który potrzebuje jedzenia, ubrania i przyborów szkolnych, to, jak wiadomo, zupełnie nic, żaden wręcz wysiłek. Albo że pieniądze przecież należy samodzielnie zarobić, a nie „dostać”. Mamy tu także wysoce indywidualistyczne tofu-lewicowe narzekanie, iż program wspiera rodzicielstwo, którego przecież wspierać nie należy, bo jest nas na świecie zbyt dużo, a posiadanie dzieci nie jest ekologiczne i dla dobra planety powinniśmy rezygnować z prokreacji. A kończąc na tradycyjnych frazesach o „szklance wody”, której nikt nie poda na starość tym, co dzieci nie mają – więc każdy mieć je powinien bez żadnego wsparcia ze strony państwa. Osobiście wyznaję szalony solidarystyczny pogląd, że szklankę tę musimy podawać sobie nawzajem, co powinno skutkować wprowadzaniem jak największej liczby świadczeń i programów pomocowych. Wśród nich regularnie wypłacane wszystkim dzieciom, nie tylko tym wybranym według określonych kryteriów, 500 zł jest zaledwie pierwszym krokiem na długiej drodze. Spektrum przeczytanych i zasłyszanych reakcji na plany rządu jest naprawdę szerokie. Najciekawsze zaś padają z ust polityków opozycji, którzy, choć sami nie wsławili się przesadną pomocą opiewanej od lewa do prawa „rodzinie” (nigdy „kobiecie”), a podczas kampanii wyborczej negowali program jako rozdawnictwo zasobów, których przecież „nie mamy”, roszczeniowym masom ludowym, obecnie stoją na straży jego dokładnego wdrożenia i poszerzenia jego ram.

„Polek nie można kupić za 500 zł”, mówi Ewa Kopacz, zgrabnie wskakując z pozycji premier rządu, który wszelkie powszechne wsparcie uważał za niesmaczną wręcz rozrzutność, w buty społecznie wrażliwej oskarżycielki. „PiS zaczyna dzielić dzieci, na co nie ma zgody Platformy”, wtóruje jej Grzegorz Schetyna, sprytnie (i cynicznie, ale wyborca polski pamięć ma krótką) grając na uwielbianej przez Polaków, łatwo antagonizującej strunie pod tytułem „dlaczego on ma, a ja nie”. Ryszard Petru, na liście priorytetów którego obywatel znajduje się raczej na szarym końcu, stroi się w piórka obrońcy żłobków i przedszkoli, i twierdzi, że „Polacy nie mają dzieci, ponieważ brak im poczucia bezpieczeństwa, nie tylko finansowego”. A jakiego? Co oprócz stabilnej sytuacji zawodowej i mieszkaniowej może zasadniczo wpływać na decyzję o prokreacji? Co kryje się pod pojęciem „bezpieczeństwo”, jeśli nie mieszkanie bez kredytu (i bez teściów za ścianą), zatrudnienie za kwotę wyższą od najniższej krajowej i z umową etatową, możliwość spokojnego pójścia na roczny urlop macierzyński z gwarancją powrotu na swoje miejsce pracy? Czy to takie dziwne, że pani Iza z salonu fryzjerskiego czy pani Krysia z kiosku Lotto nie rodzą po trójkę dzieci, skoro zatrudnione są na odnawianych co miesiąc umowach-zlecenie, a ich mężowie dorabiają na czarno na budowach? Czy naprawdę powinien zaskakiwać nas fakt, że symboliczne becikowe nie skłoniło szerokich mas do rzucenia się w wir prokreacji? W retoryce polityków człowiek jest jednak przedmiotem rozgrywki wyborczej i powyborczej, a nie samodecyzyjnym podmiotem.

Połączenie konserwatywnych frazesów o świętości rodziny z neoliberalnym podejściem do redystrybucji dóbr nie zaowocowało do tej pory w Polsce niczym skutecznym, jeśli idzie o podwyższanie poziomu dzietności. Oto Beata Mazurek poleca samotnym matkom, które nie łapią się w widełki programu 500+, „ustabilizowanie sytuacji rodzinnej”. Pod tą ładnie brzmiącą etykietką kryje się po pierwsze dość obraźliwe założenie, że kobieta (lub po prostu jedna osoba dorosła) i dziecko nie stanowią rodziny, a po drugie przesadna wiara w siłę owych pięciuset złotych, dla których samotna kobieta poszuka szybko partnera i zajdzie w kolejną ciążę.

Dochodzimy tutaj do problemu najistotniejszego: czy 500 zł to mało, czy dużo? Wystarczy czy nie wystarczy? Brak w Polsce kompleksowego wsparcia kobiet/matek/rodzin, wsparcia finansowego, rzeczowego, opiekuńczego, dla których to 500 zł mogłoby być zaledwie punktem wyjścia. Potrzeba kroków kolejnych: dofinansowania edukacji przedszkolnej i opieki żłobkowej, zasiłków celowych, które nie wynoszą 80 zł miesięcznie, lecz o wiele więcej, wsparcia kobiet przy bezpiecznym powrocie na rynek pracy, a nie wypychania ich z niego za pomocą wykorzystania przez pracodawcę kruczków o braku ochrony po zakończeniu urlopu macierzyńskiego. Kraje, gdzie kobieta nie boi się na rozmowie kwalifikacyjnej przyznać, że ma małe dziecko, to kraje, które autentycznie wspierają rodziny, dzieci i obywateli, to kraje, które już zwyciężyły w batalii o podwyższenie dzietności. W świetle takiego porównania wypadamy oczywiście blado, a i sama kwota nie jest oszałamiająca. Nie zgadzam się jednak z argumentem, że „takie pieniądze to wstyd dawać” i lepiej byłoby nie dać nic. 500 zł to, rzecz jasna, niewiele, bo dziecko, zwłaszcza w wieku szkolnym, kosztuje miesięcznie dużo więcej. Jednak pani Iza czy pani Krysia, porównując te 500 zł z brakiem jakiegokolwiek wsparcia, odczują różnicę. Gwarantowane, regularnie wypłacane przez szereg lat kilkaset złotych może być tratwą ratunkową dla dwudziestolatki na śmieciówce czy niezamożnej studentki po „wpadce” z równie młodym chłopakiem (niestety, tylko o ile załapią się na próg wypłat dla rodzin najuboższych). Postulowanie wycofania tego wsparcia w imię „wszyscy albo nikt” albo „takich śmiesznych kwot nie należy dawać” – to oznaka braku solidarności oraz popularnego we współczesnej Polsce źle pojętego indywidualizmu, który zakłada, że nie wspieramy potrzeb żadnej z grup, której nie jesteśmy członkami.

Piszę te słowa z perspektywy kobiety, która nie jest i nie będzie matką. Zdaję sobie sprawę ze swojego w tej kwestii uprzywilejowania – jestem w stanie sama zadecydować, czy potomstwo mieć, czy nie mieć, nie odczuwam zbyt silnej społecznej presji w sprawie jego posiadania, mogę dokonać wyboru. Część kobiet jednak podobnego wyboru nie ma, również z powodu marnej edukacji seksualnej i nie zawsze łatwego dostępu do skutecznej antykoncepcji. Mnóstwo kobiet zaś po prostu chce mieć dziecko – w dogodnym momencie, w bezpiecznych warunkach – i to często niejedno. Jako kobieta, obywatelka, socjalistka, z całego serca wspieram więc wszelkie programy i świadczenia oraz wszystkie pomysły, które byłyby w stanie zapewnić im bezpieczną realizację tej potrzeby i pomoc przez kolejne lata. Tak, aby czuły się częścią społeczeństwa, które nie tyle łaskawie „wyciąga rękę”, co bardzo mu zależy, żeby ich życie płynęło spokojnie i pewnie. To gest zwykłej ludzkiej solidarności.

Wolna Republika – w 95. rocznicę utworzenia

2 marca 2016 r. obchodzimy 95. rocznicę powstania tzw. Republiki Labińskiej (po chorwacku Labinska republika, po włosku La Repubblica di Albona) – strajku górników na Istrii, który przybrał charakter masowego buntu i uważany jest za pierwsze antyfaszystowskie powstanie na świecie.

Półwysep Istria, będący wcześniej częścią Austro-Węgier, po I wojnie światowej został przyłączony do Królestwa Włoch. Nowe władze zaczęły intensywnie eksploatować przyłączone tereny, poddając je również italianizacji. Obszar ten, zróżnicowany etnicznie, zamieszkiwała w przeważającej mierze, obok ludności włoskiej, ludność słowiańska (chorwacka i słoweńska). Nowo powstałemu Królestwu Serbów, Chorwatów i Słoweńców, które następnie przerodziło się w Królestwo Jugosławii, nie udało się objąć władzy nad tymi terenami i Istria stanowiła część państwa włoskiego do końca II wojny światowej, by po jej zakończeniu stać się częścią Socjalistycznej Federacyjnej Republiki Jugosławii, a po jej rozpadzie wejść w skład Chorwacji.

Półwysep istryjski, który dziś kojarzy się raczej z popularnym kierunkiem turystycznym i właśnie z turystyki czerpie dziś podstawowe zyski, ma jednak w swej historii znaczący, choć szerzej nieznany okres przemysłowy, związany z istniejącymi tam kopalniami i złożami węgla kamiennego. Węgiel wydobywano we wschodniej Istrii już za czasów Republiki Weneckiej, a przy jego wydobyciu w najlepszym okresie pracowało ponad 10 tysięcy górników. Choć ostatnią kopalnię w miejscowości Tupljak zamknięto w 1999 roku, tradycje górnicze, pamięć o górniczej przeszłości, a także świadomość opisanych wydarzeń mocno tkwią w kulturze i pamięci lokalnej społeczności. Łącznie we wschodniej części półwyspu istniało sześć kopalń w miejscowościach Raša, Strmac, Labin, Potpićan, Ripenda oraz Tupljak. Centralny ośrodek tego obszaru stanowi miejscowość Labin, dlatego opisywany subregion Istrii określa się mianem Ziemi Labińskiej, a powołane państewko – Republiką Labińską.

Do opisywanych wydarzeń przyczyniły się więc zmiany geopolityczne – przejście spod władzy austrowęgierskiej pod władzę włoską. Wyraźnie pogorszyły się warunki pracy i życia, postępowało też znaczne ograniczanie praw niewłoskich narodowości zamieszkujących ten zróżnicowany etnicznie teren. Bezpośrednim zaś impulsem były działania faszystów włoskich, którzy – choć nie rządzili jeszcze całym państwem włoskim – rośli w siłę i pozwalali sobie na coraz śmielsze kroki wobec wszystkich grup, które uważali za wrogie.

1 marca 1921 r. podczas drogi powrotnej z Triestu lider ruchu związkowego i socjalistycznego Ivan Pipan został w miejscowości Pazin napadnięty i pobity przez bojówki faszystowskie. Przybyły przedstawiciel władz faszystów już na miejscu nie zastał, a Pipanowi oznajmiono, żeby więcej nie przyjeżdżał do Pazinu.

Dotarłszy do miejscowości Vinež, o wydarzeniach w Pazinie poinformował on władze swojego związku zawodowego. Wiadomość o pobiciu rozniosła się szybko po całej Ziemi Labińskiej. Oburzone tymi i wcześniejszymi działaniami siłowymi faszystów (w tym samym roku oddziały faszystowskie zajęły siedzibę komitetu robotniczego w Trieście, a także napadły i podpaliły przedstawicieli związku zawodowego z kopalni Raš), związki zawodowe podjęły decyzję o przystąpieniu do strajku protestacyjnego. Rozpoczął się on 2 marca 1921 o godzinie 13.

Strajk wyszedł poza pierwotnie zakładane ramy. Przeobraził się w bunt oraz w ruch o charakterze politycznym, ekonomicznym i rewolucyjnym. Trwał 37 dni i został stłumiony po interwencji wojskowej. Uczestniczyło w nim ponad 2000 osób, przedstawicieli co najmniej siedmiu różnych narodowości.

Z braku innych dokumentów, wszystkie informacje opierają się na oficjalnych państwowych źródłach włoskich oraz relacjach świadków. Wynika z nich, że decyzję o strajku podjęła 2 marca przed południem Federacja Związków Zawodowych. Rozwiązanie takie zasugerował sekretarz federacji Ivan Pipan.

3 marca o godzinie 9 na rynku w miejscowości Vinež odbył się wiec, na który przybyło również wielu mieszkańców okolicznych wsi. Podczas wiecu na znak protestu przeciw narastającemu terrorowi faszystowskiemu potwierdzono uczestnictwo w strajku. Po zakończeniu wiecu miały miejsce incydenty pomiędzy strajkującymi a faszystami, wiele osób zostało rannych.

Narodowe Konsorcjum Spółdzielcze Produkcji Węgla i Jego Pochodnych z Florencji wydało następującą odezwę do górników, zwracając się do nich, by przejęli od obecnych zarządów w swoje ręce kopalnie węgla:

„GÓRNICY!

Na pewno wiecie, że w ostatnim czasie ukonstytuowane zostało Narodowe Spółdzielcze Konsorcjum Produkcji Węgla i Jego Pochodnych, z siedzibą we Florencji. Konsorcjum jest spółdzielczym zrzeszeniem górników.

Jego członkami są wyłącznie górnicy: należy do Generalnej Konferencji Pracy i Narodowego Związku Spółdzielni. Celem Konsorcjum jest to, aby kopalnie były użytkowane w formie spółdzielni, z wykluczeniem biurokracji państwa i kapitalistycznej spekulacji. Naszym programem jest, byśmy bez płacenia odszkodowania przejęli kopalnie, rozszerzając działania również na pozostałe gałęzie przemysłu. Uspołecznienie złóż węgla to ostateczny cel, do którego prowadzi działanie naszego Konsorcjum. ZE WSZYSTKICH KOPALNI TRZEBA USUNĄĆ WŁAŚCICIELI, prywatnych kapitalistów i wyzyskiwaczy pracy robotników!

W każdej kopalni powinna ukonstytuować się jedna spółdzielnia robotnicza – organ Konsorcjum, który powinien przejąć zarządzanie pracą pod swoją kontrolę. WSZYSTKIE KORZYŚCI I ZYSKI Z PRZEMYSŁU POWINNY PRZYPAŚĆ MASOM PRACUJĄCYM!
Konsorcjum dąży do tego, by na terenach górniczych rozpoczęło się nowe życie, nowy początek pracy i by bezpośrednio zrealizować wielkie idee społeczne, które rozwija świat pracy…”.

Odezwa została przesłana przed 2 marca, dlatego przypuszcza się, że pobity działacz związkowy Ivan Pipan pojechał do Triestu, by zająć stanowisko w tej sprawie.
Oprócz ataków faszystów i odezwy Konsorcjum z Florencji, na decyzję o podjęciu strajku wpłynęły ogólne nastroje w kopalniach, niskie płace, złe warunki życiowe oraz wysokie normy, jakie musieli wyrabiać pracujący.

W październiku 1920 roku został podpisany niekorzystny dla górników układ zbiorowy. Zgodnie z jego treścią, za jeden w ciągu miesiąca dzień nieuzasadnionej nieobecności w pracy groziła utrata całego zarobku. Jednocześnie według poprzedniego systemu austriackiego, górnicy mieli zagwarantowane 24 dni wolne od pracy rocznie, a nowy system włoski zapewniał zaledwie 12 dni.

Sam przebieg strajku świadczy o wysokim stopniu samoorganizacji uczestników. Dołączyła do niego również część administracji. Górnicy otrzymali także wsparcie od szlachcica Giovanniego Tonettiego, zwanego czerwonym baronem. Strajkujący przejęli kontrolę nas kopalniami, maszynami, zakładem oczyszczania węgla Štalije, składem materiałów wybuchowych oraz portem Brščica.

Powołano Komitet Górniczy (na czele z Ivanem Pipanem), który zarządzał wszystkimi działaniami. Zorganizowano zbiórkę żywności w okolicznych wioskach. Sformowano Czerwoną Straż (dowodził nią Francesco da Gioz), która miała bronić kopalni. Zaminowano składy węgla, szyby, zakład oczyszczania węgla, by uniemożliwić ewentualny atak. Uzbrojenie, jakim górnicy dysponowali, składało się z dziesięciu strzelb, niewielu granatów i rewolwerów oraz materiałów wybuchowych. W obawie przed łamistrajkami zatrzymano 13 górników z Sycylii, którzy sprzyjali władzom.

Komitet odpowiadał za kwestie polityczne i społeczne, do jego zadań należało utrzymywanie porządku i spokoju, a także rozwiązywanie ewentualnych sporów. Zarządowi kopalni przedstawiono postulaty ekonomiczne, dotyczące m.in. podwyższenia stawki dniówek. W związku z przedłużającymi się negocjacjami, górnicy 21 marca postanowili sami zorganizować produkcję. Zjechali pod ziemię, na kierownika wydobycia powołując technika górniczego Dagoberta Marchiga.

Przejmowanie fabryk pod hasłem Kova je naša (Kopalnia jest nasza), wzniesienie czerwonego sztandaru oraz wznowienie wydobycia były tym, co różni klasyczny strajk od buntu czy też ruchu, jaki zrodził się w Republice Labińskiej. Za strajk uważa się zaprzestanie pracy; w tym przypadku górnicy wrócili do pracy [formuła taka zwana jest strajkiem czynnym i była stosowana przez pracowników w różnych krajach, m.in. w Polsce w strajkującej fabryce żelatyny w Brodnicy pod koniec XX wieku – przyp. redakcji „Nowego Obywatela”]. 21 marca rozpoczęło się wydobycie węgla, tym razem już na własny rachunek. 7 kwietnia z portu Štalije wypłynął nawet statek wypełniony węglem, za ładunek jednak nie zapłacono, ponieważ w międzyczasie bunt został stłumiony.

Chociaż wśród faszystów od początku dominowała chęć zaatakowania zbuntowanych górników, władze nie skłaniały się ku takiemu rozwiązaniu. Liczyły, że strajk nie potrwa długo. Spodziewano się również, że ludność lokalna będzie niechętnie nastawiona do działań górników – mieszkańcy jednak okazali się przychylni strajkującym. Z upływem czasu jednak także wśród władz umacniało się przekonanie o potrzebie siłowego stłumienia buntu. Podejmowano szereg działań mających na celu przerwanie protestu: negocjacje, próby przekupstwa czy różnego rodzaju naciski. Nie osiągnąwszy jednak spodziewanego rezultatu, 7 kwietnia władze wydały rozkaz siłowego zajęcia Ziemi Labińskiej. Do działań zaangażowano około 1000 dobrze uzbrojonych żołnierzy – do portu w Štalije wpłynęły dwa okręty wojenne z żołnierzami.

Podczas rozmów z Pipanem władze zaproponowały górnikom kapitulację, którą przywódca związkowy w imieniu górników odrzucił i zdecydował się podjąć walkę. Akcja wojskowa rozpoczęła się 8 kwietnia w godzinach rannych. Otoczeni górnicy wycofali się na skraj miejscowości Štrmac, gdzie stawili zbrojny opór. Ze względu na słabe uzbrojenie oraz brak doświadczenia zostali szybko zmuszeni do rezygnacji z dalszych działań. Wiadomo, że o godzinie 13 zajęto kopalnię w miejscowości Krapan, a o 13.30 – w miejscowości Vinež. Skład węgla w Štalije przejęli urzędnicy z Puli. Wszelki opór górników ustał w godzinach popołudniowych – Pipan zarządził przerwanie ognia, biorąc pełną odpowiedzialność na siebie.

W wyniku walk zginęło dwóch górników – Maksimilijan Ortar i Adalbert Sykora, wielu zostało rannych. Po stronie wojska ranne były dwie osoby. Aresztowano 40 górników, osadzając ich w więzieniach w Rovinju i Puli. Dwóch kolejnych zmarło w efekcie odniesionych ran i złego traktowania w więzieniu. Śledztwo trwało siedem miesięcy. Główny proces przed Sądem Okręgowym w Puli rozpoczął się 16 listopada i trwał do 3 grudnia 1921. Oskarżono łącznie 52 górników.

Z aktu oskarżenia wynika, że władze postrzegały strajk i wydarzenia na Ziemi Labińskiej jako zaprowadzenie reżimu sowieckiego. Prokurator traktował oskarżonych jako buntowników przeciw władzy państwowej. Obrońcy domagali się z kolei objęcia ich dekretem o amnestii.
Ponieważ dopiero umacniającym się i walczącym o przychylność mieszkańców nowym władzom nie zależało na zaognianiu i tak już napiętych stosunków z ludnością lokalną, ogłoszono wyrok uniewinniający, a aresztowanych wypuszczono na wolność.

Jednak część górników w obawie przed represjami wyemigrowała do Jugosławii (wówczas Królestwo SHS), innych krajów europejskich oraz Ameryki. Mimo likwidacji Komitetu Górniczego, aktywność górników na Ziemi Labińskiej nie została przerwana. Pogarszające się warunki życia doprowadziły w sierpniu 1922 r. do kolejnego strajku, który również zakończył się bez sukcesów – w międzyczasie nowe władze urosły w siłę i w konsekwencji wielu górników zwolniono.

27 kwietnia 1923 r., pół roku po dojściu Mussoliniego do władzy, w ramach italianizacji wydano dekret nakazujący zmianę słowiańskich nazw miejscowości na włoskie, podobną decyzję podjęto w sprawie nazwisk. Nowo powstała Komunistyczna Partia Włoch stała się dla labińskich górników najbardziej sprzyjającym podmiotem politycznym i naturalnym sojusznikiem – do „czerwonej federacji” związkowej, której przewodziła partia komunistyczna, wstąpiło 850 z nich. Raport milicji faszystowskiej z 9 lipca 1925 roku mówił: Miasto Labin, jak wiadomo, jest niezmiennie głównym centrum bolszewizmu w Istrii.

Mimo działań faszystów próbujących uniemożliwić jakąkolwiek aktywność samoorganizacyjną górników, ci w 1925 roku zastrajkowali ponownie. Co więcej, udało im się wywalczyć 25-procetową podwyżkę płac.

Pojawia się pytanie, czy Republikę Labińską charakteryzowały elementy państwowości. Z zeznań świadków i dokumentów nie wynika jednoznacznie, by została powołana w celu ustanowienia państwa, ani żeby była formalnie zorganizowana. Ludzie mówili o „Wolnej Republice”. W prasie włoskiej ruch ten nazywano „La Repubblica Rossa”, „San Marino Comunista” bądź „Comune Parigina Istriana”.

Chociaż formalnie nie została nigdy proklamowana, Republika Labińska pozostawiła trwałe ślady w regionie Labinu, a jej istnienie miało znacznie szerszy oddźwięk. Wydarzenia te należy postrzegać i interpretować w kontekście ówczesnych możliwości, szczególnie na obszarze Półwyspu Apenińskiego i Europy Środkowej. Wielonarodowe, ale wspólne stawianie zbrojnego oporu narastającemu faszyzmowi przetarło drogę antyfaszystowskiemu nastawieniu mieszkańców Istrii. Z drugiej strony syndykalistyczna walka górników, skupiona na tradycyjnej walce o prawa pracownicze, o polepszenie warunków pracy i życia obejmowała również elementy samostanowienia i samorządności z wiarą w to, że można samodzielnie decydować o swoim losie. Powstanie górników istryjskich uważane jest za pierwsze powstanie antyfaszystowskie na świecie. Chociaż faszyści doszli we Włoszech do władzy dopiero w 1922 r., w Istrii terror, represje i italianizacja rozpoczęły się już wcześniej, zaraz po przejęciu władzy przez państwo włoskie w 1918 roku. Osoby rządzące Istrią bardzo aktywnie uczestniczyły we wprowadzaniu faszyzmu we Włoszech. Dlatego też słuszne jest stwierdzenie, że Republika Labińska była pierwszym w skali świata wystąpieniem przeciw faszyzmowi.

Warto dodać, że data 2 marca dla upamiętnienia strajku i Republiki Labińskiej była po II wojnie światowej aż do rozpadu państwa obchodzona w Jugosławii jako Dzień Górnika. Dziś święto to obchodzone jest w Chorwacji, a przede wszystkim na Ziemi Labińskiej.

Sławomir Pruski

Przygotowując tekst korzystałem z następujących źródeł:

http://www.istrapedia.hr/hrv/72/labinska-republika/istra-a-z/
http://www.srp.hr/labinska-republika-2/
https://hr.wikipedia.org/wiki/Labinska_republika
http://www.minher.eu/

Lewica fundamentalistyczna, czyli powrót do korzeni

Lewica fundamentalistyczna, czyli powrót do korzeni

Przyznaję – tytuł tekstu to prowokacja. Przecież każdy szanujący się lewicowiec wie, że fundamentalizm – tak jak populizm czy nacjonalizm – jest z gruntu nielewicowy! Jednak gdy odrzucimy epitety, okaże się, że populizm to w rzeczywistości nic innego jak solidarność z realnym (a nie wyimaginowanym) ludem, zaś nacjonalizm może oznaczać dążenie do upodmiotowienia społeczeństwa (jak w przypadku ruchów narodowowyzwoleńczych), dlatego warto też zdemistyfikować pojęcie fundamentalizmu. Jest to idea powrotu do podstaw (fundamentów) danego systemu wartości, światopoglądu czy doktryny, poprzez odrzucenie późniejszych wypaczeń, a zwłaszcza obcych naleciałości. Idea ta może się odnosić nie tylko do religii, ale też do świeckiej ideologii.

Czy również lewicowej? Gdy w dyskusjach z nowolewicowymi adwersarzami podpierałem swoje kontrowersyjne poglądy przykładami z dziejów ruchu robotniczego i społeczno-wyzwoleńczego, ci na ogół tylko wzruszali ramionami: „może i było tak kiedyś, ale nic nas to nie obchodzi, bo istotą lewicy jest ciągły postęp, rozwój, zmiana”. Przyszło nam jednak żyć w czasach, w których zmiana konfuduje nawet najbardziej zagorzałych lewicowców. Do tej pory niejako konstytutywną cechą lewicowości był historyczny i antropologiczny optymizm (spór między reformistami i rewolucjonistami toczył się jedynie o tempo historycznego postępu) – teraz zaczynają pojawiać się nuty zwątpienia i rozgoryczenia, desperacji, wręcz histerii (ot, choćby tutaj). Niestety, na ogół jest to bezradny lament dziecka, które nagle odkryło, że tak naprawdę za brodą Świętego Mikołaja ukrywa się niemiły pracownik hipermarketu, albo bunt nastolatka rozczarowanego szarą rzeczywistością swej rodziny, nijak nie przypominającą życia w modnych serialach.

Na tym tle rzeczowością i trafnymi obserwacjami wyróżnia się ważki tekst Krzysztofa Posłajki „Rok zapowiedzianej przyszłości”. Warto przeczytać go w całości, tu zacytuję tylko najistotniejszy, moim zdaniem, fragment: „Lewicowy projekt polityczny jest bowiem oparty na pojęciu postępu – a dokładniej na założeniu, że z postępem technologicznym powinien iść w parze postęp społeczno-etyczny. Lecz w sytuacji, gdy sądzimy, że mamy do czynienia z upadkiem cywilizacji, wiara w jakikolwiek postęp społeczny jawi się jako naiwność”.

Posłajko podniósł problem o absolutnie podstawowym znaczeniu, którego waga zdaje się wykraczać poza horyzont większości obserwatorów. Otóż istotą lewicowości od XVIII w. jest połączenie pewnego fundamentalnego systemu wartości (Wolność – Równość – Braterstwo) z ideą Postępu, czyli przekonaniem, że zmiany są nie tylko historycznie zdeterminowane, ale też prowadzą w nieunikniony sposób w pożądanym kierunku. Rzeczywiście, przez dwa stulecia było to prawdą. Każde kolejne pokolenie Europejczyków (na innych kontynentach wskutek kolonializmu było to bardziej powikłane) żyło w większym dobrobycie, doświadczało mniejszych nierówności, miało więcej praw i swobód. Jednak dwieście lat to króciutki wycinek w dziejach ludzkości, a formułowanie na tej podstawie praw historycznych jest dość ryzykowne.

Wątpliwości wobec tej metafizycznej (bo zapożyczonej poprzez Hegla z chrześcijaństwa) idei Postępu wyrażali nie tylko zdeklarowani reakcjoniści, ale też ludzie tacy jak Izajasz Berlin: „Ja nie dostrzegam stopniowego postępu. Oczywiście więcej wiedzy, szczęścia, dobroci, wolności, wydajności oznacza postęp. Niektórych z tych rzeczy mamy teraz więcej niż w innych epokach, innych mniej. Czy w dwudziestym wieku – niewątpliwie jednym z najgorszych w historii rodzaju ludzkiego – ktoś może jeszcze wierzyć w nieprzerwany postęp ludzkości? Albo w postęp w ogóle? Czy można w ogóle mówić o postępie, nie precyzując o jaką dziedzinę chodzi? Można mówić o systemie wartości, który większość ludzi na Zachodzie akceptuje obecnie, a nie akceptowała dwa tysiące lat temu; jest to postęp z punktu widzenia naszych wartości – pod pewnymi względami, a pod innymi nie. Ale ogólny ruch w jakimś określonym kierunku – nie, tego nie dostrzegam”…

Teraz rzeczywistość wdziera się już nawet pod najsilniej zaciśnięte powieki. Schyłek XX wieku przyniósł załamanie się progresywizmu. Vaclav Havel mówił w 1992 r.: „Upadek komunizmu oznacza koniec modernizmu. Tej ery, która zaczęła się w renesansie i rozwijała się przez oświecenie do socjalizmu, od pozytywizmu do scjentyzmu, od rewolucji przemysłowej do rewolucji informatycznej. Oznacza koniec ery, w której człowiek uważał, że może wszystko objaśnić i kontrolować, jest końcem ery ideologii, doktryn, poszukiwań uniwersalnej teorii świata i klucza do dobrobyt”.

Wbrew nadziejom „prawdziwej lewicy” upadek „realnego socjalizmu” nie otworzył drogi dla nowych eksperymentów w poszukiwaniu lepszego świata, ale zepchnął lewicowców do niekończącej się defensywy (pomijam z premedytacją kwestie obyczajowe). Kolejne dekady przynoszą pogłębianie się nierówności, demontaż osłon socjalnych, deregulację, liberalizację itd. Nie tylko w Polsce, ale w całej Europie, na całym świecie. W imię czego? W imię nowoczesności, tj. wydajności, konkurencyjności, otwartości, elastyczności, mobilności. Może to być zjawisko trwałe – Ted Kaczynski zauważył, że technologia jest z natury elitarna: im bardziej skomplikowana, tym mniej ludzi jest w stanie ją kontrolować. To dziś jest postęp – ten realny, przez małe „p”.

Już tak bywało w historii. Z górą tysiąc lat temu Słowianie żyli we wspólnotach rodowych – demokratycznych, względnie egalitarnych. Ale nadeszli książęta, możni, misjonarze i ustanowili feudalizm. Wtedy to był postęp. Rozwojowi kapitalizmu w Anglii towarzyszyło rugowanie chłopów z ziemi i pauperyzacja miejskiego proletariatu. Skutki kolonialnego „postępu” w XIX-wiecznych Indiach dobitnie opisał Marks.

Gdy postęp/nowoczesność coraz bardziej rozchodzi się ze sprawiedliwością/równością, lewica pozostaje zdezorientowana niczym żaba z dowcipu („przecież się nie rozdwoję!”). Chciałaby być za, a nawet przeciw. Być za postępem technologicznym – ale przeciw zwalnianiu pracowników, za globalizacją – ale przeciw jej neoliberalnym implikacjom, za uciskanymi mniejszościami – ale przeciw ich partykularyzmowi. Nieodmiennie jednak za postępem, a przeciw konserwatyzmowi (nawet jeśli wymaga to semantycznych i logicznych łamańców).

Dogmat, że zmiany muszą być zawsze dobre, sprawił, iż lewicowcy en masse zaakceptowali wszelkie, nawet najbardziej kontrowersyjne nowinki obyczajowe (w XX w. wcale nie było to oczywiste). Nawyk „stania w awangardzie postępu” przyniósł skutek w postaci upowszechnienia się taktyki nazwanej przez Lenina wdzięcznie „chwostyzmem” (ros. chwost – ogon). Gdy pojawia się jakieś poruszenie – wszystko jedno: na londyńskim rave party czy kairskim placu Tahrir – lewicowcy muszą tam być, choćby wirtualnie. Niestety te jaskółki lewicowej wiosny najczęściej okazują się wybudzonymi nietoperzami partykularnych konfliktów. Przymus „postępowości” prowadzi też do niezliczonych dezercji: kolejni bojownicy lewicy dochodzą do logicznego wniosku, że skoro lewicowość to postęp, a postęp to imperialistyczna globalizacja i neoliberalizm – trzeba to zaakceptować. Wymieniać by tu można i Tony’ego Blaira, i Jose Barroso, i amerykańskich neokonserwatystów, i wschodnioeuropejskich postkomunistów, ale przypadek Syrizy jest chyba najbardziej żałosny.

Wszystko to sprawia, że lewica nie jest w stanie wykorzystać potencjału oporu przeciw zmianom, który przechwytują prawicowe ruchy populistyczne, ksenofobiczne i fundamentalistyczne. I lamentuje, że lud nie dorósł do swej światłej awangardy. Że w Polsce robotnicy wolą głosować na PiS niż na Razem, we Francji wolą Front Narodowy od Nowej Partii Antykapitalistycznej.

„Co robić?”, zapytałby Lenin. Odpowiedź nie jest łatwa, bo i problem jest trudny. Odpowiedzi mogą być dwie, obie bolesne, oznaczające rozdarcie, pożegnanie się z częścią lewicowego dziedzictwa. Odpowiedź pierwsza to Lewica Postępu – lewica płynąca z prądem, akceptująca każdą zmianę, bez względu na wysokość kosztów „postępu”; lewica utożsamiająca się bez zastrzeżeń ze swoją nową mieszczańską bazą społeczną – produktem i beneficjentem przemian. Ale są też na lewicy ludzie, którzy zawsze stają po stronie przegrywających, po stronie rugowanych z ziemi chłopów czy tracących pracę górników, po stronie Indian przeciw kowbojom, choć to ci drudzy nieśli „postęp”. Bracia Strugaccy w opowiadaniu „Las” napisali: „Mam gdzieś fakt, że Kaczonóg [taka wioska – J.T.] to kamyczek w żelaznych żarnach ich postępu. Zrobię wszystko, by na tym kamyczku żarna się zaklinowały”. To odpowiedź druga – Lewica Wartości, broniąca zasad Wolności, Równości i Braterstwa nawet wbrew dominującym trendom, wbrew „postępowi”. Lewica sięgająca do swych korzeni. Lewica fundamentalistyczna.

Posłajko we wspomnianym tekście pisze: „Zadaniem dla lewicy jest zatem teraz stworzenie takiego progresywnego projektu politycznego, który będzie się przedstawiał jako możliwy do realizacji w czasach kryzysu poźnodwudziestowiecznego porządku”. Uznając, w kontekście tego, co napisałem powyżej, słowo „progresywnego” za retoryczny ozdobnik, pozwolę sobie zaproponować swoją wizję takiej lewicy na czas kryzysu. Moim zdaniem w sytuacji, gdy Postęp jest problematyczny, a Wolność niesie zagrożenia, lewicowy projekt adekwatny do ery zamętu musi ogniskować się wokół idei Solidarności (Braterstwa, jak kto woli). To właśnie poszukiwanie bezpieczeństwa, stabilizacji, oparcia w obliczu narastającego chaosu pcha ludzi w objęcia prawicy. Oczywiście solidarne społeczności mogą być rozmaicie zorganizowane – rolą lewicy jest walka, by stosunki międzyludzkie w ramach zbiorowości były oparte na zasadach maksymalnej możliwej równości i wolności.

Otwartym pozostaje pytanie o zasięg tej wspólnoty. Lewicowiec będzie oczywiście zawsze marzył o braterstwie uniwersalnym, wszechludzkim, w którym „już nie ma Greka ani Żyda” (List do Kolosan, 3). Warto jednak odróżnić program minimum od celu ostatecznego. W warunkach rozkładu więzi społecznych, atomizującego hiperindywidualizmu, postępującej anomii należy pielęgnować KAŻDĄ formę międzyludzkiej solidarności, zaczynając na najniższym poziomie, wychodząc od najbardziej elementarnych form: rodziny (niekoniecznie tradycyjnej), wspólnoty sąsiedzkiej. Myśl globalnie, działaj lokalnie! Nie oznacza to idealizowania partykularnych form wspólnotowości, które nader często pozostają ze sobą w konflikcie; zadaniem lewicy byłoby harmonizowanie interesów jak najliczniejszych grup i stopniowe integrowanie ich na coraz szerszej podstawie.

Koncepcja budowania solidarności „od dołu”, od tego, co bliskie, zrozumiałe, konkretne, może się jawić obrazoburczą. Wszak przeciętnemu lewicowcowi wszelki partykularyzm kojarzy się jak najgorzej – to Kaczyński, Orban, Trump, Państwo Islamskie… Obecnie jednak jedynym REALNYM uniwersalizmem jest uniwersalizm globalnych korporacji. W tych warunkach partykularyzm może stać się bastionem oporu – jak w przypadku Palestyńczyków, zapatystów, Kurdów. Perspektywicznie partykularyzm może być etapem pośrednim w budowie innego uniwersalizmu – szanującego, a nie niwelującego lokalne odrębności, zachowującego autentyczną wielokulturowość.

Przyjęcie takiego programu – powrotu do fundamentalnych wartości, do lewicowości starej, prastarej, archetypicznej – oznaczałoby trudne przewartościowanie, bolesną transformację. Byłaby to inna lewica, lewica pozbawiona złudzeń. Ale byłaby to lewica odpowiadająca na wyzwanie narastającego kryzysu.

Jarosław Tomasiewicz

Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Remigiusz Okraska

 

Niedomiejska gawęda o Drugiej Australii

Niedomiejska gawęda o Drugiej Australii

Latem ubiegłego roku pisałem sobie do sztambucha, czyli w mediach społecznościowych, o pewnym niezamierzonym spacerze i poczynionych wówczas obserwacjach: „Do domu ani daleko, ani bardzo blisko, jakieś pięć kilometrów – w sam raz tyle, by pieszo dotrzeć ani wcześniej, ani później niż komunikacją miejską. Bardzo ona tutaj, na południowych obrzeżach Gdańska, niedomaga, bo tkanka miejska spleciona jest nieregularnie. Raz sam beton, gdzie indziej pola, stepy, resztki lasu, staw, strumień. Dość, że poszedłem boczną ulicą, którą rozważałem wcześniej jako skrót w porannym dojeździe do przedszkola. Ulica podmiejska albo małomiejska, domy, podupadły pawilon handlowy, wystawiony na sprzedaż. Chyba od dawna, co dziwi, bo nadawałby się – w mieście bądź co bądź – na eksponat w muzeum nostalgii za PRL. Ktoś łowi ryby. Nie wiem, w jakiej wodzie, bo zasłaniają ją wybujałe trawy i chwasty. A może nie ma tam żadnej wody, a trzymana przez mężczyznę wędka to tylko oznaka jakiejś tęsknoty za wielkim jeziorem, rzeką, morzem. Zbliżając się do wylotu ustronnej ulicy, widziałem zrazu tylko łany zboża, potem jednak panorama otwiera się i spoza zbóż wyłaniają się pomniki niedokończonej nie miejskości nawet, ale niedomiejskości. Widziałem je nieraz z auta, zawsze zastanawiając się, jak to możliwe, że są w takim stanie. Na placu zabaw – już zbudowanym – żaglowiec z drabinkami, masztami i bocianimi gniazdami tonie w zielsku. Wybudowane niedawno bloki straszą pustymi oknami, od których odrywa się folia. Z żółtych tablic informacyjnych odpadają ostatnie strupy żółtej farby. Jest w tej przyszłej ruinie jakaś groźna uroda, podkreślona latem, jego słońcem, zapachami i barwami. Ghost town kredytowej gorączki złota sprzed kilku lat”.

Ostatnio zauważyłem, że na tym opuszczonym osiedlu trwają jakieś gorączkowe prace, krzątają się ludzie, krążą maszyny, wywrotki wywożą coś i przywożą. Mamy zimę bez zimy, dlatego cała robota prowadzona jest w oceanie błota, które wylewa się zewsząd i wszystko pochłania, także odzyskiwane tu właśnie szklane domy na miarę naszych pragnień i możliwości. Ponieważ jestem mądrzejszy o całe pół roku, chciałem tam podejść i powiedzieć krzątającym się, żeby lepiej tu nic nie budowali, że z tego budowania będą tylko same nieszczęścia, chciałem wyjaśnić im, że nie warto. Oczywiście nie podszedłem i nie wyjaśniłem. Wyśmialiby mnie, w końcu taka to już praca, więc budują i nie pytają, po co. Mają własne zmartwienia, a ci, dla których budują, będą mieli swoje. Ale ludzie przecież chcą i muszą gdzieś mieszkać. I zamieszkają w końcu w dzielnicy Gdańsk–Południe, gdzie wielkim wysiłkiem powstaje Druga Australia, odległy i obcy prawdziwym mieszczanom kontynent mieszkaniowy.

Australia, ta prawdziwa, aż do wieku XVIII pozostawała nieznana mieszkańcom Europy. Podobnie z okolicami, które teraz widzę za oknem. Wiedzę o historii Drugiej Australii czerpię z takich źródeł, jakie akurat mogę znaleźć. Najpierw od ciotek mojej żony, które pół wieku temu właśnie tędy jeździły na grzyby pekaesem. Według ich relacji było tu wtedy zupełnie pusto, jechało się pośród wzgórz, łąk i pól. Zresztą duża część terenów uprawnych należała do PGR-u, ten zaś powstał na terenach należących do dworu Zakoniczyn. Nie ma już PGR-u, rozprawili się z nim reformatorzy, chociaż zdaje mi się, że skarlałe krzaczki truskawkowe, jakie widuję w okolicy, to pamiątka po owocowych uprawach. Po dworze też niewiele już zostało. Czworaki wyburzone, stawy zarośnięte i stopniowo zasypywane, brukowana aleja także znika. Stoją tam zaś krzyże, które upamiętniają ostatnich właścicieli, zamordowanych podobno przez czerwonoarmistów. Budynek dworu jeszcze stoi i ktoś w nim mieszka, ale odkąd cały teren i zabudowania przejął – w zamian za obietnicę renowacji – deweloper, wszystko chyli się ku nieuniknionemu. I tak właśnie żelazna ręka wolnorynkowej konieczności dziejowej pogodziła w końcu PGR z dworem i przygotowała teren pod nowoczesne, zdobywcze osadnictwo.

Australię zbudowali osadnicy, rzadko kiedy zresztą dobrowolni. W XVIII i XIX wieku bywali to przeważnie skazańcy, a dla wielu z nich osiedlenie się na końcu świata było jedynym sposobem na uniknięcie stryczka. Tak trafili tam, między innymi, angielscy tkacze. Podstawami ich bytu zachwiał wynalazek optymalizujących zyski mechanicznych krosien, niszczyli więc maszyny i trafiali na zesłanie. Dzisiejszy kapitalizm dba o pozory, więc nikt nikogo nie zsyła pod przymusem. Jednak gdy cena zakupu jest za wysoka, a zdolność kredytowa za niska, trafisz w końcu do Australii. Tutaj też poszukasz mieszkania do wynajęcia, gdy jesteś – cytuję zasłyszane – „gdańskim słoikiem”.

Południe Gdańska jest tanie, a żeby było jeszcze tańsze – buduje się od kilkunastu już lat jak najwięcej. Domy pochłaniają polodowcowe wzgórza, zagajniki, wciskają się pomiędzy stawy i strumienie. Tam, gdzie znika natura nie powstaje jednak z konieczności cywilizacja, a gdzie buduje się domy, tam niekoniecznie jest miejsce dla ludzi. Nikomu rozsądnemu nie trzeba już dziś tłumaczyć, że deweloper nieprzymuszony do zadbania o potrzeby mieszkańców zabuduje każdy centymetr kwadratowy czymś, co może szybko sprzedać i zapomnieć. Ponieważ przymuszany nie był i nadal nie jest, trudno się dziwić, że w Drugiej Australii najwięcej jest domów i parkingów, bardzo dużo sklepów, ale bardzo mało publicznych przedszkoli, szkół i bibliotek. Największymi instytucjami publicznymi w okolicy są, co niezwykle wymowne, komunalny cmentarz oraz miejska spalarnia odpadów.

Na ironię zakrawa, że takie właśnie inwestycje miejskie znalazły się tam, gdzie tak wiele rodzi się i rośnie dzieci. Kiedy schodzę na parter, zawsze muszę przeciskać się korytarzami, bo pełno tu wózków dziecięcych, rowerków albo sanek, hulajnóg i czego tam jeszcze potrzeba maluchom – trudno tu uwierzyć, że w Polsce mamy jakiś demograficzny kryzys. To samo wynika z wiosennych i letnich obserwacji na nielicznych placach zabaw – w Australii brakuje wielu rzeczy, ale dzieci jest wcale niemało. Zwykle zresztą są to mali ludzie, którzy chodzą już lub zaraz pójdą do szkoły.

Do tej grupy zalicza się także nasz młodzieniec. Jeszcze w wakacje myśleliśmy, że lada moment wyślemy go do szkolnej zerówki, bo jest do tego zupełnie gotów. A my – nawiasem mówiąc – całkiem chętnie zdejmiemy z domowego budżetu kwotę kilku tysięcy złotych rocznie, jaką pochłaniało prywatne przedszkole. Upatrzyliśmy sobie nawet publiczną szkołę, do której będzie chodził, bardzo niedaleko – w warunkach australijskich mniej niż dziesięć minut pieszo to po prostu główna wygrana na loterii. Niestety, okazało się, że rejonową szkołą jest nie ta za górką, ale ta o dwa kilometry stąd. W dodatku polska edukacja została w międzyczasie poddana kolejnej „naprawie”, a takie zabiegi w Polsce oraz w Drugiej Australii powodują głęboką niewydolność całego systemu edukacji. Głęboką na tyle, że ktoś o odpowiednio wyczulonym słuchu mógłby usłyszeć, jak właściciele szkół niepublicznych otwierają szampany, bo umordowana chaosem, niepewnością i tłokiem klientela w końcu znajdzie drogę do ich placówek. A placówki te, których i u nas nie brakuje, mogą już wkrótce zaliczać się do największych beneficjentów programu 500+.

Przy okazji poszukiwań szkoły dowiedzieliśmy się, że w centrum Gdańska dzieci jest mało, za to miejsc w szkołach całkiem sporo. Rodzice, którzy, jak przystało na mieszkańców niedomieścia, codziennie dojeżdżają do pracy do metropolii, będą więc szukać miejsc jeśli nie w prywatnej szkole, to w publicznej podstawówce. Obydwa rozwiązania będą miały podobny skutek – dodatkowo osłabią społeczne więzi w sąsiedztwie, które sąsiedztwem jest tylko z nazwy. Nie może być inaczej tam, gdzie tyle jest ogrodzeń, a brakuje ławek, tyle jest parkingów, a tak mało placów. Przecież z niedostatku dospołecznej przestrzeni, miejsc spotkań, wynika w dużej części to, że gdańscy Australijczycy pozostają „samotnym tłumem”.

Pisząc to, przypominam sobie pewną szkolną czytankę. Nie pamiętam, do której klasy był to podręcznik, na pewno jednak z takiego samego trzydzieści parę lat temu uczyli się moi rówieśnicy w podstawówce. Tekst opowiadał o tym, jak uczą się dzieci w Australii. Na odległość, drogą radiową lub telewizyjną, nie znając się nawzajem – chodziło zapewne o dzieci z australijskiego interioru. Pamiętam, że nie brakowało w czytance zachwytów nad możliwościami oferowanymi przez nowoczesną, jak na owe czasy, technologię komunikacyjną. Pamiętam i to, że dla PRL-owskiej, znającej się z podwórka, dzieciarni miejskiej były to sprawy wyjątkowo egzotyczne. Dziś obawiam się, że mieszkańcy terenów niedomiejskich zaznają tej egzotyki codziennie. Nasze dzieci nie będą już potrafiły wyobrazić sobie innego świata społecznego niż ten, w którym żyje się osobno, bo tego uczą się od kołyski: w swoich fotelikach samochodowych, w odległych od miejsca zamieszkania przedszkolach, bibliotekach i domach kultury.

Myślę więc, że oprócz – chaotycznie prowadzonej – polityki prorodzinnej potrzeba nam wreszcie polityki prospołecznej. Takiej, gdzie publiczne środki przeznacza się na publiczne inwestycje, pełniące funkcję ośrodków życia społecznego. Taką rolę z istoty swojej pełni szkoła, zwłaszcza w mniejszych miejscowościach – staje się miejscem spotkań, zabawy, uczestnictwa w kulturze. Gdy takiego ośrodka zabraknie, jedynym liczącym się centrum społeczno-kulturalnym pozostaje parafia, a uwagę tę dedykuję wszystkim świeckim wolnomyślicielom, którzy liberalnie nie lubią państwa. Lekcja Radia Maryja nadal nie została przez was odrobiona.

Kiedy więc miałbym już podchodzić do pracujących na opuszczonej budowie robotników, powiedziałbym, że może lepiej budować z głową, to znaczy odpowiedzialnie. Prywatny inwestor nie musi się jednak przejmować takimi rzeczami. Tak pewnie zachowa się i ten, który niedokończone osiedle podnosi z ruiny. Nie zapobiegnie jednak ruinie społecznej kilku domów w szczerym polu. Dlatego troski i odpowiedzialności oczekiwałbym raczej od samorządów, zaś od państwa na szczeblu centralnym – przemyślanej strategii rozwoju dla takich pomników wolnorynkowej anarchii jak nasza Australia.

Myślę też, że jest to jedno z zadań, jakie ma do rozwiązania w Polsce społeczna lewica. Kulturalnie i edukacyjnie wykluczani mieszkańcy podmiejskich osiedli już dziś głosują nogami. Niektórzy dojdą do przekonania, że zbawi ich edukacja prywatna – świecka lub wyznaniowa – bo państwo znowu ich zawiodło. Ci najpewniej będą dla lewicy społecznej straceni, więc najwyższa pora, by pobudzić do życia, choćby i polityczne, ruchy niedomiejskie. A na zakończenie jeszcze jedna uwaga: niezależnie od kwestii politycznych trzeba się liczyć z tym, że Australia (nie tylko ta gdańska), gdy pozostawić ją samą sobie, będzie dryfowała w kierunku gettoizacji. Wtedy, jak w przypadku francuskich banlieus, będzie to już problem nas wszystkich, którzy wybudowaliśmy sobie na północy globalne Południe.