Złe wieści z rynku pracy

Złe wieści z rynku pracy

Nowe dane GUS przynoszą szereg złych wieści.

Najnowsze tendencje na rynku są niekorzystne, a w dodatku negatywny trend dotyczy kilku obszarów zatrudnienia.

Po pierwsze, w lipcu 2025 bezrobocie wzrosło miesiąc do miesiąca do 5,4% z poziomu 5,2% w czerwcu. Sam wzrost wskaźnika to nie wszystko. W sierpniu ogólna liczba zarejestrowanych bezrobotnych wyniosła 830,8 tys. osób, choć miesiąc wcześniej było to 797 tys. Liczba nowych bezrobotnych wyniosła do końca lipca 108,4 tys., podczas gdy do końca czerwca było to 85,3 tys.

To nie koniec złych wieści. Po drugie bowiem wzrosła skala zwolnień grupowych. Od 1 stycznia do 25 sierpnia br. pracę w procedurze zwolnień grupowych straciło w Polsce 18,9 tys. osób. To o 38% więcej niż w analogicznym okresie roku 2024, choć już tamten rok był rekordowy pod tym względem od wielu lat.

Po trzecie, skala ogłoszonych zamiarów zwolnień grupowych objęła od stycznia do lipca 2025 roku aż 85,4 tys. osób, czyli znacznie więcej niż w tym samym okresie poprzedniego roku.

Po czwarte w lipcu tegoroczna liczba bezrobotnych, którzy stracili pracę z powodu decyzji pracodawcy, a nie własnej, wyniosła już 258,7 tys. osób, czyli o 26 tys. więcej niż w analogicznym okresie roku 2024.

Po piąte, w Polsce szybko przybywa osób długotrwale bezrobotnych. Osoby nie mogące znaleźć zatrudnienia dłużej niż sześć miesięcy to już ponad 476 tys. To tendencja wzrostowa, choć w poprzednich latach notowano w tej kategorii corocznie kilkuprocentowe spadki. Przybywa także osób bezrobotnych co najmniej rok oraz dwa lata. Obecnie jest ich już ponad 300 tys., choć przed rokiem było ich 293 tys.

Po szóste, stale rośnie bezrobocie wśród osób młodych i wynosi w Polsce w tym momencie już 12,7% w kategorii osób do 25. roku życia.

Zwolnieniem w związek

Zwolnieniem w związek

Liderka związku zwolniona z pracy – związek reaguje.

Jak informuje portal Tysol.pl, trwa konflikt między szefostwem firmy Omega Trade a „Solidarnością”. Firma zwolniła z pracy przewodniczącą struktur zakładowych związku. Jest to działanie bezprawne, gdyż liderzy związku podlegają ustawowej ochronie przed wyrzuceniem z pracy.

Liderka zakładowej „Solidarności” pracowała w markecie Mrówka w Nowej Soli. Sprawa bezprawnego zwolnienia trafiła już do sądu. Oprócz tego związkowcy przeprowadzili akcje ulotkowe przed dwoma z trzech okolicznych marketów Mrówka prowadzonych przez firmę Omega Trade – w Nowej Soli i Świebodzinie.

Związkowcy domagają się przywrócenia swojej liderki do pracy i zaprzestania szykanowania działaczy związkowych. Zielonogórskie struktury regionalne związku piszą: „Nie pozwolimy zastraszać pracowników i związkowców z NSZZ Solidarność. Solidarność naszą siłą. I tak wygramy”.

Dokerzy walczą

Dokerzy walczą

Już jutro protest pracowników terminalu kontenerowego.

Jak informuje portal Tysol.pl, w piątek odbędzie się protest pracowników Baltic Hub Container Terminal w Gdańsku – największego terminala kontenerowego nad Bałtykiem. Związkowcy zrzeszeni m.in. w „Solidarności” domagają się polepszenia warunków zatrudnienia.

Związkowcy krytykują: proceder nieprzedłużania umów o pracę; ograniczenie możliwości udzielania ustawowych dni wolnych krwiodawcom za oddawanie krwi (pracodawca sugeruje oddawanie krwi tylko w dni wolne od pracy) oraz podważaniu zwolnień lekarskich; zwolnieniu pracownika z 18-letnim stażem tylko za brak „dyspozycyjności” podyktowany względami zdrowotnymi (L4), pomimo że pracownik zatrudniony jest w warunkach szczególnych i o szczególnym charakterze; pozbawiania pracowników prawa do emerytury pomostowej poprzez nieopłacanie składek na Fundusz Emerytur Pomostowych przez pracodawcę na wybranych stanowiskach; zwiększanie skali zatrudnienia poprzez Agencje Pracy Tymczasowej kosztem pozbywania się własnych pracowników; pozbawiania pracowników obsługujących suwnice RMG dodatków i zastępowania ich – przy pomocy aneksów do umowy o pracę – mniej korzystnymi warunkami, które są zmieniane bez zgody pracowników pomimo wcześniejszych ustaleń.

Krytykowane zachowania władz firmy mają miejsce od kilku miesięcy i nastąpiły po zmianie zarządu przedsiębiorstwa. Wszystko to ma miejsce mimo znakomitych wyników portu i rekordowych przeładunków. Odpowiedzią na takie zachowanie władz firmy jest protest pracowników zrzeszonych w związkach zawodowych.

Kolejne cięcie Kolei Plus

Kolejne cięcie Kolei Plus

Z programu Kolej Plus wypadło następne miasto. Przyjęta przez radę ministrów w sierpniu 2025 r. uchwała z aktualizacją rządowego programu uzupełniania infrastruktury kolejowej mówi o rezygnacji ze zgłoszonego przez samorząd województwa dolnośląskiego przedsięwzięcia mającego na celu powrót kolei do liczącej 16 tys. mieszkańców Bogatyni: „Odstąpienie od realizacji projektu z uwagi na znaczny wzrost szacowanych kosztów robót budowlanych oraz brak oczekiwanego efektu w stosunku do przewidywanych nakładów finansowych. Nieprzelotowy charakter linii kolejowej uniemożliwia wykonywanie połączeń innych niż regionalne” – zapisano w rządowej uchwale.

Jeszcze w czerwcu 2025 r. na posiedzeniu sejmowej komisji infrastruktury, które było poświęcone weryfikacji Kolei Plus, pełnomocnik zarządu spółki PKP Polskie Linie Kolejowe ds. przygotowania inwestycji Rafał Banaszkiewicz informował, że z programu wykreślono tylko Turek w Wielkopolsce oraz Jastrzębie-Zdrój na Śląsku, będące największym polskim miastem pozbawionym kolei. Przedstawiciel PKP PLK, referując w sejmie rozpoczętą po zmianie rządu weryfikację programu Kolej Plus, wówczas nawet nie zająknął się, że zagrożone jest też przywrócenie kolei do Bogatyni. – „Następny projekt, który przygotowujemy, to jest połączenie Zgorzelec – Bogatynia. Tu trwają prace projektowe” – mówił posłom.

Warte 8,4 mln zł prace projektowe zostały zlecone przez PKP PLK w sierpniu 2023 r. – w zawartej wówczas umowie termin ich zakończenia ustalono na sierpień 2026 r. Następnie miał zostać wybrany wykonawca rewitalizacji linii kolejowej. Pociągi miały wrócić do Bogatyni w 2029 r. Położona w Worku Turoszowskim na południowo-zachodnim skraju Polski Bogatynia to drugie pod względem liczby mieszkańców miasto województwa dolnośląskiego, do którego nie da się dojechać koleją (największe są 21-tysięczne Polkowice).

Do Bogatyni pociągi pasażerskie przestały kursować w kwietniu 2000 r. – zlikwidowano je w ramach największego cięcia połączeń, które objęło 1028 km linii w całej Polsce. Do 1992 r. z Bogatyni kursował bezpośredni pociąg do Warszawy. Na 41-kilometrowy ciąg ze Zgorzelca do Bogatyni, który miał zostać objęty przedsięwzięciem w ramach programu Kolej Plus, składają się głównie czynne odcinki: na 20 km prowadzony jest ruch pasażerski i towarowy, a na 19 km tylko ruch towarowy. Całkowitej odbudowy wymaga liczący 2 km odcinek od kopalni węgla brunatnego w Turoszowie do centrum Bogatyni.

Karol Trammer

Tekst pochodzi z dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn” (nr 5/138 wrzesień-październik 2025), https://www.zbs.net.pl

Pracodawca czy złodziej?

Pracodawca czy złodziej?

300 pracowników jednej z łódzkich firm domaga się w sądzie wypłaty zaległych wynagrodzeń.

Jak informuje łódzka „Gazeta Wyborcza”, około trzystu pracowników Aquinos Bedding Poland z Łodzi przystąpiło do pozwów zbiorowych. Chcą w ten sposób zmusić pracodawcę do wypłaty zaległych wynagrodzeń. Od miesięcy nie otrzymują należnych wypłat. Kwietniową pensję i zaliczkę za maj otrzymali latem – to ostatnie pieniądze, jakie do nich wpłynęły. Teraz przed sądem domagają się nie tylko zaległych kwot, ale także odszkodowań za brak wynagrodzeń w terminie. Pozwy zbiorowe właśnie trafiły do sądów.

Aquinos Bedding Poland należy do Aquinos Group – jednego z największych europejskich producentów mebli tapicerowanych i materaców. W łódzkim zakładzie wytwarzane są wysokojakościowe materace. Od początku roku w polskim zakładzie źle się działo: opóźniano wypłaty pensji, pracowników wysłano na tzw. postojowe płatne w wysokości 80% zarobków, zwalniano pracowników, a wiosną zapowiedziano zwolnienia grupowe ponad połowy załogi. Firma nie płaci także za wynajmowane hale. Sprawę po zawiadomieniu Państwowej Inspekcji Pracy bada także prokuratura. Zaległości na rzecz pracowników wynoszą kilka milionów złotych.

Do broni, piraci!

Do broni, piraci!

Duchy i upiory wracają ze zdwojoną mocą, by znowu zadać nam pytanie znane od tysiącleci (a przynajmniej od czasu, gdy w MTV królowali Michael Jackson i Peter Gabriel) – jaka jest cena słuchanej przez nas muzyki. Mija ponad dwadzieścia lat, odkąd Lars Ulrich z Metalliki, ubrany w garnitur i występujący w asyście dwóch prawników, zarzucił przedstawicielom firmy Napster kradzież muzyki zespołu. Czytelnikom, którzy nie mieli okazji korzystania z programów peer-to-peer we wczesnych latach dwutysięcznych, wyjaśnię tylko, że Napster był jednym z pierwszych programów, które pozwalały na pobieranie muzyki (czy innych treści) bezpośrednio z dysków innych użytkowników. W wielkim skrócie: tzw. file sharing zakładał, że nie istnieje żaden centralny serwer, do którego możemy się połączyć, ponieważ pliki pobierane są po kawałku od innych użytkowników, udostępniających go w zamian za możliwość pobierania kolejnych. Fakt, że sieć była oparta na prywatnych użytkownikach, sprawiał, iż trudno było wskazać, kto dokonał naruszenia prawa własności intelektualnej. Dystrybutor programu tłumaczył się, że w żadnym momencie nie rozpowszechniał nielegalnych utworów, a prywatni użytkownicy byli poza radarem wielkich holdingów dysponujących prawami autorskimi.

Pozew Larsa Ulricha był ważny dlatego, że przełamał nienamacalną barierę odpowiedzialności – poza atakiem na Napstera pokazał, iż przy odpowiedniej dawce dociekliwości możliwe jest również wskazanie, z imienia i nazwiska, wszystkich osób, które pobrały dany plik. Popularność perkusisty Metalliki sprawiła, że proces był relacjonowany w prasie oraz w głównych wydaniach amerykańskich wiadomości telewizyjnych. Zamiast przynieść zamierzony sukces, rezultat okazał się jednak odwrotny – medialny szum powiększył tylko grono użytkowników, którzy nie dowiedzieliby się o istnieniu Napstera gdyby nie szerokie zainteresowanie tematem w mediach. Bezpowrotnie odbiło się to także na reputacji zespołu, który w świetle postępowania jawił się jako banda bogaczy, którzy zapomnieli o swoich korzeniach; jako oderwanych od fanów biznesmenach optymalizujących zyski. Rozwój technologiczny sprawił, że formalne zwycięstwo Ulricha nie miało żadnego znaczenia – Napster, który przestał istnieć, został zastąpiony całym repertuarem nowych programów oraz stron z torrentami.

Mając za sobą to historyczne wprowadzenie – rozejrzyjmy się dookoła. Spotify i Apple Music stały się najpopularniejszymi abonamentami na świecie. Ostatnia dekada wypełniona była deklaracjami o śmierci piractwa i konkluzjami, jakoby dobra jakość świadczonych usług oraz atrakcyjna z punktu widzenia konsumenta cena były kluczem do sukcesu. Żaden artysta nie musi już przeżywać dramatu Zbigniewa Hołdysa, który wiele lat temu deklarował, że gdyby nie internetowi piraci to byłby jak Eric Clapton. Bezkres muzyki w cenie jednego obiadu w barze mlecznym. Piractwo się skończyło, a artyści wreszcie znaleźli parasol ochronny, który gwarantuje im uczciwe zarobki. Cięcie.

0,004 dolara. Tyle wynosi uśredniona stawka, którą Spotify wpłaca dystrybutorowi (bo nie mylmy tego z artystą) za jedno przesłuchanie piosenki. W zależności od ilości kont premium może ona wynosić mniej lub więcej, aż do zawrotnej kwoty 0,005 USD. Artysta otrzyma wynagrodzenie odpowiednio pomniejszone przez dystrybutora, który również ma swój udział – będzie to wytwórnia muzyczna, albo jeden z dostępnych w internecie dostawców, którzy w zamian za miesięczny abonament „wrzucą” naszą muzykę do serwisów streamingowych. O ile internetowi dystrybutorzy oferują bardzo dobre warunki, które pozwalają artystom na zachowanie praw do 100% należności od streamingów o tyle nie pomogą oni przy promocji i pozycjonowaniu potrzebnym do osiągnięcia rozgłosu – promocja pozostaje na barkach artysty. W przypadku wytwórni muzycznych potrącany muzykom procent nie jest już tak zadowalający. Szanowni czytelnicy muszą mi uwierzyć na słowo, że w swoich rękach trzymam właśnie umowę z jedną z czołowych wytwórni muzycznych na rodzinnym rynku fonograficznym. Przechodząc do ustępu zatytułowanego „Wynagrodzenie”, można w niej przeczytać następujący podpunkt:

„W zamian za przeniesienie praw, udzielenie wszystkich licencji i zezwoleń, o których mowa w niniejszej umowie NASZA FIRMA zobowiązuje się płacić wynagrodzenie w wysokości 18% od wszystkich Przychodów uzyskanych przez NASZĄ FIRMĘ na podstawie i wykonaniu niniejszej umowy z dystrybucji cyfrowej oraz 10% od wszystkich przychodów uzyskanych przez NASZĄ FIRMĘ na podstawie i wykonaniu niniejszej umowy ze zwielokrotniania i wprowadzania nagrania do obrotu na Płytach”.

Możemy oczywiście wspomnieć, że w przypadku wielkich artystów, obecnych na rynku od lat, ich umowy wyglądają zupełnie inaczej. Zwłaszcza jeśli dodatkowo są oni właścicielami własnych albumów. Natomiast w świecie młodych twórców standard jest daleki od zadowalającego. Zwykło się mawiać, że na albumach nie da się już zarobić, dlatego służą one jedynie jako pretekst do trasy koncertowej. Jednak od czasu pandemii pojawiają się głosy, które wskazują, że koncertowanie staje się coraz mniej opłacalne, a trasa służy jako pretekst do sprzedawania koszulek i płyt. Zestawmy to teraz z pytaniami, które pojawiają się za każdym razem, gdy jeden z tych wielkich zespołów ogłasza koniec kariery: „Kto ich teraz zastąpi?”, „Legendy odchodzą, a gdzie ich zastępstwo?”. Gdzie? Od 8:00 rano w pracy. Jak w wielu innych dziedzinach życia. Rynek sprzyja wielkim graczom i ulubieńcom tłumów, a wszystkich innych pozostawia w przydrożnym rowie.

Problem jest bardzo złożony. Po pierwsze – Spotify nie jest jednym winnym. Jest jedynie tym najbardziej winnym. Łatwo powiedzieć, że stawki konkurencji (Apple Music i Tidala) są wielokrotnie wyższe, ale i tutaj trudno mówić o rewelacji. Przewagą konkurencji jest jednak ich powściągliwość w komentowaniu obecnego stanu rynku fonograficznego. Damian Elk, CEO Spotify, od czasu do czasu wychodzi na sceny różnorakich konferencji, by powiedzieć z dumą, że „minęły już czasy, w których nagrywa się album co dwa lata i można z tego żyć”, podkreślając, że w dzisiejszych czasach artyści powinni „angażować swoje grono odbiorców jak najczęściej i nie dać o sobie zapomnieć”. Zakładam, że ma na myśli powrót do lat 60. i wydawanie singli, które nijak nie mają związku z albumem. Prezes Elk spotkał się także z falą krytyki (która była bezpośrednią inspiracją dla napisania tego tekstu), gdy niedawno postanowił zainwestować pieniądze zarobione na Spotify. Jego inwestycja w niemiecki startup, produkujący bojowe drony oparte na sztucznej inteligencji, opiewała na ponad 600 milionów euro. Doprowadziła do ucieczki ze Spotify wielu rozpoznawalnych wykonawców, którzy mieli poczucie, że należne im pieniądze trafiły do niemieckiej zbrojeniówki.

Gdyby tego było mało – kierownictwo Spotify podjęło decyzję o zaprzestaniu wypłat należności za utwory, które nie wygenerowały przynajmniej tysiąca odsłuchań. Ku zaskoczeniu nikogo, chwilę po podjęciu tej decyzji spotkała ich fala krytyki, bo skoro można podjąć decyzję o wyznaczeniu arbitralnej ilości odsłuchań, które uprawniają utwór do należności licencyjnych to czemu nie można byłoby tej ilości podnieść? Są pewne granice, których nie powinno się przekraczać, jednak kierownictwo szwedzkiej platformy nie bierze tego pod uwagę, bo podczas wystąpienia dla inwestorów (tzw. Investors call) przekazano, że granica „wypłacalności” ulegnie zmianie. Z przyzwyczajenia zaryzykuję prognozę – na gorsze.

Wojskowe drony oparte na AI nie są jednym wątkiem związanym ze sztuczną inteligencją. Spotify nie ma problemu z tworzeniem własnych „artystów” AI, którzy pozwalają uniknąć im wydatków na najbardziej kłopotliwy koszt ich działalności – wypłatę wynagrodzeń należnych artystom.

Warto pamiętać o jeszcze jednej kwestii, która dotyczy wszystkich platform streamingowych. Yannis Varoufakis, grecki minister finansów z czasów kryzysu strefy Euro, lubi w swoich wystąpieniach podkreślać, że 2008 rok (upadek banku Lehmann Brothers i kryzys na giełdzie) nigdy się nie skończył, a problem, który wypłynął wówczas na wierzch – nigdy nie został rozwiązany. W podobnym tonie mógłbym powiedzieć, że 1998 rok również się nigdy się nie skończył i skandal tak zwanej payolla został zamieciony pod dywan, dalej podtruwając wszystkich w pomieszczeniu. Payolla polegała, w telegraficznym skrócie, na podporządkowaniu lokalnych nadawców i rozgłośni radiowych wielkim holdingom, co doprowadziło do sytuacji, w której ramówka programowa nie była indywidualna dla każdej z nich. Zamiast setki lokalnych DJ’ów i ich osobistych gustów muzycznych amerykańskie stacje radiowe dostawały listy piosenek, które miały pojawiać się w repertuarze rozgłośni. Ku zaskoczeniu nikogo, na ramówki i ich kompozycję miały wpływ licytujące się ze sobą wytwórnie muzyczne pokroju Sony ATV czy Universal Music Group. Ten, który zapłacił najwięcej, mógł skuteczniej lansować artystów ze swojej stajni. Naiwnym byłoby zakładanie, że proceder ten został w jakikolwiek sposób ukrócony – nagłośnienie tej patologii w końcówce lat 90. było jedynie wypadkiem przy pracy. Odczucia mówiące, że „w kółko leci to samo”, nie biorą się znikąd.

Wyprzedzająco chciałbym odnieść się do pytania, które może krążyć w głowie czytelnika: „Czego w takim razie używać, jeśli nie Spotify”. Odpowiedzi jest wiele i każdy znajdzie coś dla siebie. Najprostszym rozwiązaniem będzie przejście na inną aplikację, na przykład na Tidala, który płaci artystom wielokrotnie więcej, a ponadto oferuje specjalną bonifikatę, która zakłada, że najpopularniejszy artysta w miesięcznym zestawieniu otrzyma 25% wysokości abonamentu opłacanego przez użytkownika. W sieci można znaleźć mnóstwo programów i stron internetowych, które gwarantują bezbolesne przenosiny i zachowanie skrzętnie układanych playlist. Opcją drugą, równie stosowną, jest powrót na burzliwe morza i dołączenie do pirackiej załogi. Zyskujący na popularności slogan: „Jeśli kupno nie czyni mnie właścicielem, to piractwo nie jest kradzieżą”, popycha coraz więcej osób w tym właśnie kierunku. Mógłbym przytoczyć anegdotę o tym, jak próbowałem, w legalny sposób, obejrzeć film biograficzny o Elvisie – tylko po to, żeby się poddać (mimo płacenia za AppleTV) i skorzystać z pewnej rosyjskiej strony, ale tematykę filmów pozostawię na osobny materiał.

Moglibyście zadać pytanie: jaki jest sens rekomendowania piractwa, skoro punktem wyjścia dla artykułu było stwierdzenie, że Spotify jest złe, bo nie płaci artystom. Czy korzystanie z torrentów i zatoki piratów nie jest jeszcze gorsze? W mojej opinii nie – groszowe stawki wypłacane muzykom nie są warte tego, by legitymizować biznes pokroju Spotify. Stąd coraz częstsza praktyka wykonawców, którzy publikują swoje nagrania na pirackich serwisach, z dopiskiem „jeśli ci się podoba, to kup naszą płytę na Bandcampie”. Jeśli słuchacze mają możliwość, chęć i środki na kupowanie albumów i biletów na koncerty, to powinni wspierać swoich ulubionych artystów w ten sposób, ale marginalne wynagrodzenia oferowane przez korporację dowodzoną przez Elka nie powinny brać nas na zakładnika. To właśnie przedstawienie piractwa jako niemoralnego nijako legitymizuje płacenie firmie pokroju Spotify za dostęp do muzyki.

W czasach, gdy domyślną formą konsumpcji muzyki było kupowanie albumów, piractwo jawiło się, mniej lub bardziej słusznie, jako kradzież. Dzisiaj staje się wyrazem buntu przeciwko cyfrowym gigantom i ich wrodzonej potrzebie maksymalizacji zysków i cięcia kosztów. Sytuacja na rynku fonograficznym nie poprawi się, dopóki nie podupadnie pozycja szwedzkiego giganta. Tego samego giganta, który na rynku pojawił się jako firma zajmująca się obsługą reklamodawców – muzyka nigdy nie była tu priorytetem.

Michał Szymański

Zdjęcie w nagłówku tekstu: Gerd Altmann from Pixabay

Dajcie forsę na szkoły

Dajcie forsę na szkoły

Przedstawiciele samorządów lokalnych domagają się od rządu większych nakładów na szkoły.

Jak informuje Business Insider, przedstawiciele samorządów lokalnych krytykują rząd i alarmują w sprawie braku stabilnego finansowania szkół. Uważają oni, że rząd przerzuca na władze lokalne rosną koszty funkcjonowania szkół, podwyżek dla nauczycieli i odpraw dla nich. Samorządy z różnych gmin w kraju uważają, że w ślad za decyzjami rządu nie idzie zwiększenie dotacji dla władz lokalnych, które są w świetle prawa odpowiedzialne za utrzymanie placówek szkolnych na swoim terenie.

Sześć organizacji zrzeszających przedstawicieli samorządów wspólnie zorganizowało konferencję prasową. Skrytykowali na niej politykę rządu, który na władze lokalne przerzuca coraz więcej wydatków związanych z oświatą, a zarazem proporcjonalnie nie zwiększa dotacji na te cele. Ich zdaniem różnica między wydatkami na szkoły a środkami przekazanymi przez rząd sięgnie w 2026 roku około 40 mld zł. Grzegorz Kubalski ze Związku Powiatów Polskich mówi: „Liczyliśmy, że w przyszłorocznym budżecie potrzeby oświatowe zostaną uwzględnione rzetelniej, ale niestety tak się nie stało”.

Zdaniem przedstawicieli władz lokalnych nowe decyzje rządu tylko pogłębiają problem. Uchwalone niedawno zmiany w Karcie Nauczyciela zwiększają np. wysokość odpraw dla nauczycieli. Grzegorz Cichy, burmistrz Proszowic i prezes Unii Miasteczek Polskich, wyliczył, że w jego niewielkiej gminie oznacza to dodatkowe wydatki w wysokości 2 milionów złotych w przyszłym roku, a rząd nie przekazuje stosownych środków.

Przedstawiciele samorządów coraz częściej postulują, aby całość wydatków na oświatę przejął budżet centralny.

Walka o swoje

Walka o swoje

Zaostrza się spór między pracownikami a szefostwem firmy.

Organizacje związkowe weszły w spór zbiorowy z szefostwem firmy Sempertrans Bełchatów. Główną przyczyną takiej decyzji jest brak porozumienia płacowego w 2025 roku. W trakcie negocjacji zmieniono system pracy, co pozbawiło niemal 400 pracowników dodatków do wynagrodzenia – średnio o około 1000 zł miesięcznie przez cztery miesiące.

W międzyczasie Pracodawca jednostronnie, bez uzgodnień ze stroną społeczną, podjął decyzję o podwyżkach, które nie zostały zaakceptowane przez znaczną część załogi. Brak realnego dialogu i konsultacji ze związkami zawodowymi doprowadził do wypowiedzenia przez stronę społeczną Zakładowego Układu Zbiorowego Pracy w zakresie:

1. Warunków płac

• ustalenia średniego wzrostu wskaźnika wynagrodzeń w 2025 r.,

• wypłaty jednorazowego dodatku,

• zmiany stawek zasadniczych określonych w tabeli wynagrodzeń,

• zmiany zasad dotyczących tzw. dodatku systemowego – tak, aby przysługiwał za każdą godzinę pracy w systemie trzyzmianowym, a nie tylko za niedziele i święta.

2. Warunków pracy

•zmiany w regulaminie pracy, tak aby rozkład czasu pracy obejmował dni od poniedziałku do piątku (zamiast od poniedziałku do niedzieli),

•skrócenia okresu rozliczeniowego z trzymiesięcznego na jednomiesięczny.

Obecnie spór zbiorowy znajduje się na etapie mediacji – został spisany protokół rozbieżności i wybrany mediator. Przygotowywane są również skargi do Państwowej Inspekcji Pracy oraz innych instytucji.

Sempertrans Bełchatów jest częścią austriackiego koncernu Semperit Group, globalnego producenta wyrobów gumowych działającego w 14 zakładach na 5 kontynentach i zatrudniającego około 7 tys. osób.

Sempertrans specjalizuje się w produkcji taśm przenośnikowych ze wzmocnieniami tekstylnymi i stalowymi, które znajdują zastosowanie w przemyśle górniczym, cementowym, stalowym, chemicznym, a także w portach i kamieniołomach.
Zakład w Bełchatowie ma ponad 50-letnie doświadczenie, zatrudnia około 700 osób, a jego zdolność produkcyjna sięga 60 tys. ton rocznie. Dzięki wysokiej jakości produktów Sempertrans Bełchatów jest największym producentem taśm przenośnikowych w Polsce i jednym z największych w Europie.

Wielkie zyski, małe płace

Wielkie zyski, małe płace

Związkowcy weszli w spór zbiorowy z szefostwem dużego banku.

Organizacja Międzyzakładowa Pracowników Bankowości i Usług OPZZ Konfederacja Pracy, działająca w Alior Banku, wraz z pozostałymi organizacjami związkowymi prowadzi obecnie spór zbiorowy z pracodawcą.

Spór został zainicjowany w związku z wieloletnim brakiem realnego dialogu społecznego oraz brakiem jakichkolwiek konkretnych działań ze strony pracodawcy w odpowiedzi na postulaty dotyczące warunków zatrudnienia i wynagradzania.

W 2019 roku Alior Bank podpisał Zakładowy Układ Zbiorowy Pracy (ZUZP), którego ewentualne wdrożenie miało według ówczesnych szacunków kosztować maksymalnie kilkanaście milionów złotych rocznie – a realnie było to zaledwie kilka milionów złotych rocznie. Dla porównania, w tamtym czasie bank notował istotnie niższe niż obecnie wyniki finansowe: zysk netto wyniósł ponad 700 mln PLN w 2018 roku oraz prawie 250 mln PLN w 2019 roku. ZUZP do dziś nie został wdrożony.

Tym bardziej niezrozumiałe i nieakceptowalne dla strony związkowej i pracowników jest stanowisko zarządu, który w 2025 roku – przy zysku netto przekraczającym 1 miliard 160 milionów PLN w pierwszym półroczu oraz prawie 2,5 miliarda PLN zysku za cały 2024 rok – twierdzi, że nie ma ekonomicznych możliwości wdrożenia ZUZP.

Co więcej, pracodawca informuje organizacje związkowe, że w obecnej sytuacji finansowej banku nie stać go na realizację jakichkolwiek finansowych propozycji/wniosków związkowych, całkowicie ignorując fakt, że Alior Bank jest obecnie w najlepszej kondycji finansowej w swojej historii, a prognozy średnioterminowe pozostają niezagrożone. Zarząd nie przedstawił przy tym żadnych wyliczeń ani symulacji finansowych, które mogłyby uzasadniać takie stanowisko.

Naszym zdaniem takie działanie świadczy o agresywnym, wręcz drapieżnym podejściu do generowania zysku, które nastawione jest na jego maksymalizację w krótkim okresie – kosztem pracowników i ich godziwego wynagradzania. A przecież bez pracy tych samych pracowników osiągnięcie tak imponujących wyników byłoby niemożliwe.

Wspólne postulaty wszystkich organizacji związkowych obejmują:

• podwyżkę wynagrodzenia zasadniczego,

• wprowadzenie transparentnego i sprawiedliwego systemu premiowania,

• przywrócenie nagród jubileuszowych (rocznicowych),

• ustalenie satysfakcjonujących zasad dotyczących wysokości odpraw,

• ustalenie stawki minimalnego wynagrodzenia.

Alior Bank zatrudnia obecnie ponad 6 tysięcy pracowników, którzy każdego dnia przyczyniają się do sukcesu firmy. Pomimo tego, że bank od lat osiąga rekordowe zyski, nie przekłada się to na poprawę sytuacji zatrudnionych ani na wdrożenie korzystnych dla nich rozwiązań.

Zarząd banku do tej pory nie uznał formalnie toczącego się sporu zbiorowego, co stanowi naruszenie przepisów ustawy o rozwiązywaniu sporów zbiorowych oraz próbę osłabienia pozycji strony społecznej. Pomimo zmian na najwyższych szczeblach zarządczych Alior Banku, polityka wobec pracowników i związków zawodowych nie uległa zmianie. Zakładowy Układ Zbiorowy Pracy nadal traktowany jest przez zarząd jako dokument drugorzędny, a współpraca ze stroną społeczną ma pozorowany charakter.

Wyczerpawszy wszelkie możliwości prowadzenia konstruktywnego dialogu z nowym Zarządem, organizacje związkowe zdecydowały się na otwarcie sporu zbiorowego w celu ochrony interesów pracowniczych. Działania te są szczególnie ważne w obliczu niepewności co do dalszego losu Alior Banku, wynikającej ze zmian własnościowych w ramach Grupy PZU.

Złe wieści z gospodarki

Złe wieści z gospodarki

Zahamowanie tempa wzrostu płac i spadek zatrudnienia – oto nowe zjawiska w polskiej gospodarce.

Jak wynika z nowych danych GUS, w Polsce w lipcu 2025 roku nastąpił nieoczekiwany spadek tempa wzrostu płac. Przeciętne miesięczne wynagrodzenie brutto w sektorze przedsiębiorstw wzrosło rok do roku o 7,6%. Wynosi ono obecnie 8905,63 zł brutto. To znacznie poniżej przewidywań ekonomistów, którzy spodziewali się wzrostu w lipcu na poziomie 8,6% rok do roku. Wzrost miesięczny wyniósł 0,3%, gdy analitycy spodziewali się wzrostu o 1,2%.

Drugą niekorzystną tendencją w tym sektorze jest spadek zatrudnienia. W ujęciu rocznym zatrudnienie w sektorze przedsiębiorstw spadło o 0,9%. Wynosi ono obecnie 6,432 mln. Spadek, który miał miejsce w lipcu 2025, zdarzył się wobec czerwca pierwszy raz od 10 lat. W ciągu miesiąca ubyło 4 tys. etatów, choć zazwyczaj liczba miejsc pracy wzrastała między czerwcem a lipcem.

Czas na strajk?

Czas na strajk?

Ważą się losy strajku w Stoczni Gdańskiej.

Jak informuje portal Trojmiasto.pl, w Stoczni Gdańskiej narasta konflikt związkowców z zarządem. Zakładowa „Solidarność” apeluje o wypłaty dodatku inflacyjnego za lata 2023 i 2024. Oznaczałby on podwyżkę o 5 zł za każdą godzinę pracy. Wśród postulatów są także wstrzymanie zwolnień pracowników oraz ograniczenie o 50 proc. liczebności kadry menedżerskiej w Grupie Przemysłowej Baltic, do której należy stocznia.

Związkowcy żądają obietnicy spełnienia tych postulatów do 28 sierpnia. W przypadku odmowy grożą strajkiem ostrzegawczym.

Stocznia Gdańska jest częścią Grupy Przemysłowej Baltic, która należy do państwowej Agencji Rozwoju Przemysłu. To publiczny holding, w którym działają trzy firmy: Baltic Operator, Stocznia Gdańska i Energomontaż-Północ.

Będą zwalniać

Będą zwalniać

Duży producent z sektora automotive rozpoczyna zwolnienia grupowe.

Jak informuje Auto Świat, polskie struktury koncernu motoryzacyjnego ZF przygotowują zwolnienia grupowe. Pracę mają stracić osoby zatrudnione w Centrum Inżynieryjnym Elektroniki ZF w Częstochowie. Zwolnionych do końca roku ma zostać 110 osób.

Koncern zatrudnia w Polsce 11 tys. osób w fabrykach w Bielsku-Białej, Czechowicach-Dziedzicach, Częstochowie, Gliwicach i we Wrocławiu oraz w centrach badawczo-rozwojowych w Bielsku-Białej, Łodzi i Częstochowie.

Firma w swoim komunikacie napisała: „procedura zwolnień grupowych została rozpoczęta w dniu 4 sierpnia 2025 r. i zostanie zakończona 31 grudnia 2025 r. Zamiarem zwolnienia objętych jest ogółem do 110 pracowników realizujących projekty dla Dywizji ZF Electronics and Advanced Driver Assistance Systems (ADAS). Jednocześnie w Centrum został uruchomiony Program Dobrowolnych Odejść, który daje możliwość zakończenia współpracy na jasno określonych, korzystniejszych warunkach”.

Disco polo jako powyborcza epifania

Disco polo jako powyborcza epifania

Pojęcie epifanii, poza znaczeniem religijnym, odnosi się do olśnienia poznawczego, nagłego zrozumienia czegoś, specyficznego wglądu w dane zagadnienie wynikającego z pozornie zwykłego doświadczenia czy odkrycia szczegółu.

Takiej epifanii doświadczył dziennikarz „Rzeczypospolitej” Mariusz Cieślik. Na łamach tejże gazety, 8 sierpnia, a więc w dwa dni po zaprzysiężeniu nowego prezydenta, stwierdził, iż „Mapy poparcia dla Karola Nawrockiego i popularności disco polo z grubsza się pokrywają”.

Rzecz jasna deklaruje on, że przez lata wzruszał ramionami na skojarzenie łączące ten gatunek muzyki z PiS-em oraz telewizją pod rządami Jacka Kurskiego. Przenikliwie zauważa, iż antypatia i ostentacyjna niechęć do disco polo to deklaracja nie tylko estetyczna (disco polo jego zdaniem nie może być dobre, jest po prostu złe z natury i obciachowe), lecz także światopoglądowa oraz polityczna. Stwierdza, że nie pogardza ludźmi słuchającymi tej muzyki i uważa, że powinna mieć ona swoje miejsce w telewizji, byle działo się to z umiarem. Tego umiaru zabrakło ponoć w czasie prezesury Jacka Kurskiego, który wykorzystał disco polo nie tylko dla oglądalności, ale przede wszystkim do sprowokowania elit – i to sprowokowania cynicznego, gdyż sam disco polo zapewne nie słucha. Polski dziennikarz zauważa, że jeśli Kurski, jak deklaruje, lubi twórczość Jacka Kaczmarskiego, to nie może słuchać disco polo, gdyż to dwa estetycznie różne światy, które nie są ze sobą współmierne, nie mogą, by tak to ująć, pomieścić się w jednej osobie.

Mówiąc w skrócie, Cieślik zauważa, iż Zenek stał się twarzą PiS-owskiej zemsty na elitach, analogicznie jak Shoshana z „Bękartów wojny” była twarzą zemsty żydowskiej.

Mnie to natomiast nie przeszkadza. Kultura, funkcjonująca w mediach i poprzez media, jest obszarem ideologicznego starcia pomiędzy klasą dominującą a klasą podporządkowaną. Dzisiaj, powiedzmy, m.in. profesjonalną klasą menadżerską złożoną np. z dziennikarzy a ludem, który ma swój gust niespełniający wyśrubowanych wymagań elit (zresztą w sporej części przypadków tychże elit ich „inteligenckość” to naiwny performance). Przyznam, że odczuwałem satysfakcję płynącą właśnie z muzycznej zemsty, gdy Zenek królował na jednym z telewizyjnych sylwestrów, a mainstreamowi dziennikarze, jak Bartłomiej Chaciński, ogłaszali, iż schodzą do podziemi.

Wiadomo, że gdy elita wyśmiewa i upokarza klasę ludową za jej gust, przykładowo muzyczny, to jest okej, wolno jej, gdyż jest elitą, ale jeśli partia ów lud reprezentująca pokazuje disco polo, to oznacza „prowokację elit”. Ich prowokować nie wolno ani złym spojrzeniem skrzywdzić.

Cieślik zauważa, że nie chodzi o samo disco polo (niech sobie będzie w telewizji), byle nie było go za dużo. To dobrze, że łaskawca dopuszcza w ogóle obecność tej muzyki w publicznej telewizji – podkreślę: publicznej, a nie elitarnej, gdyż w latach 90. rzecz miała się zgoła inaczej, co dobrze obrazują wypowiedzi twórców w filmie pt. „Bara, Bara”. Pytanie kluczowe brzmi: na podstawie jakich danych uznaje on, iż disco polo było za dużo? Jak przedstawia się procentowy wzrost disco polo w stacjach telewizyjnych oraz radiowych zarządzanych przez PiS-owską władzę? Od jakiej skali zaczyna się discopolowe przegięcie oraz kto ma je wyznaczać? Cieślik?

Disco polo od czasów transformacji ustrojowej było wciągnięte w swoistą wojnę kulturową między „elitami” a „ludem”, a dokładniej mówiąc między wyobrażeniami wyobrażonych elit na temat wyobrażeń wyobrażonego ludu. W tym sensie disco polo jest czymś więcej niż tylko gatunkiem muzycznym. Ujmowane w perspektywie klasowej jest etykietą służącą do stygmatyzowania i ośmieszania ludzi mniej zamożnych, ze wsi i małych miasteczek. To oni bowiem w wyobrażeniach elit dysponują mniejszym czy po prostu innym kapitałem kulturowym, w związku z czym nie pasują do modernizującej się Polski ze względu na swój jakoby „ludowy” gust estetyczny, kojarzony z kiczem, a ogólniej z pewnym stylem życia wyrażanym poprzez tę muzykę. Jego słuchacze muszą zostać poddani edukacji muzycznej, w tym przemianie wizerunkowo-estetycznej oraz przemianie mentalnej, aby dołączyć do wyobrażonej klasy średniej, reprezentującej odpowiednie dla niej wartości, objawiające się między innymi w guście muzycznym czy szerzej kulturalnym, budującym obraz pożądanego, w domyśle liberalnego obyczajowo i neoliberalnego ekonomicznie stylu życia.

Przyglądając się historii disco polo należy odnotować, że okres największej popularności tego gatunku muzycznego przypadł na lata dziewięćdziesiąte XX wieku, przy czym w pierwszej ich połowie miał się chyba lepiej niż w drugiej. Do roku 2012, kiedy zawrotną karierę zrobiła piosenka Weekendu, o disco polo stosunkowo niewiele się mówiło (zresztą ten fenomen zasługuje na porządną monografię naukową). Monika Borys trafnie zauważyła, że piosenka „Ona tańczy dla mnie” stała się „symbolem nowej fali disco polo”. Jako że jest to utwór całkiem dobry, z miłym dla oka teledyskiem, osiągnął ogromny sukces (pierwsza polska piosenka, która trafiła na listę stu najpopularniejszych piosenek na YouTubie, po czterech latach mając sto milionów odsłon). Warto jednak podkreślić, że w chwili pojawienia się tej piosenki, a dobrze pamiętam ten czas, była ona powszechnie kojarzona nie tyle z disco polo, choć miała wiele cech gatunku, ile raczej z muzyką pop, co pokazuje, że disco polo w nowej formule, w nowych estetycznych dekoracjach, może się odnaleźć i być słuchane zarówno na weselu, jak i w dyskotece.

Ażeby zobaczyć argumentacyjną „strukturę długiego trwania”, jaka była stosowana przez elity intelektualne w latach dziewięćdziesiątych, a dziś jest powielana, przyjrzę się kilku wybranym narracjom medialnym na temat disco polo.

Monika Borys w książce „Polski bajer” przypomina dyskusję dotyczącą disco polo, jaka miała miejsce na łamach „Tygodnika Powszechnego” w 1996 roku. Była ona próbą nakreślenia granic pomiędzy sacrum sztuki wysokiej a profanum kultury popularnej. A także, co nie mniej ważne, próbą wyznaczenia miejsca w okresie potransformacyjnym inteligencji jako grupie społecznej. Borys ma rację stwierdzając, że Tadeusz Sobolewski, który dyskusję tę wywołał, nie zwraca uwagi na podziały warunkujące pozycje w hierarchii społecznej, a więc i dostęp do kultury. Jak pisze warszawska kulturoznawczyni: „Sobolewskiemu nie tyle chodzi o krytykę konkretnych cech disco polo – traktuje je powierzchownie, nie zagłębiając się w muzyczne niuanse – ile raczej o wyznaczenie jasnych granic estetycznych i jednocześnie społecznych; chce uświęcić swoją pozycję, a wszystko co jest «disco polo», uznać za profanum. W takiej wizji kultury linie podziału są ostre. Sobolewski pisze o tym wprost: «stoimy za blisko siebie»”.

Postawa Sobolewskiego uwidacznia kilka istotnych kwestii, które będą się niezmiennie pojawiały aż do dyskusji o disco polo dzisiaj. Pierwsza to kwestia klasowości i absolutyzacji własnego gustu estetycznego jako znaku rozpoznawczego przynależności do klasy wyższej. Drugą jest brak najmniejszej choćby próby zrozumienia fenomenu disco polo jako interesującego zjawiska kulturowego. Część intelektualistów tamtego czasu, wypowiadająca się o disco polo, uważała, że nie trzeba poznawczo wnikać w ten fenomen, żeby móc się o nim wypowiadać, gdyż to, co gorsze nie zasługuje na antropologiczną czy socjologiczną refleksję. Disco polo jakie jest, każdy widzi. To właściwie zadziwiające, że fenomen disco polo nie doczekał się pogłębionego namysłu, a refleksja nad nim istnieje, poza kilkoma artykułami naukowymi, jedynie w formie dziennikarsko-publicystycznej. Ten brak szerszego spojrzenia osadzonego w kontekście społeczno-historycznym lat dziewięćdziesiątych XX wieku, sprawia, że zamiast mówić o rzeczywistości disco polo, mówi się o swoich wyobrażeniach, do tego tak mocno przenikniętych oceną i wartościowaniem, że wręcz uniemożliwiających jej zrozumienie. Sformułowaniem, które ma załatwić całą sprawę, jest kicz, jak określa się disco polo. Nie ma gorszej obelgi, kicz jest granicą klasowości, społecznej dystynkcji. Nie zajmujmy się tą szmirą, chciałoby się powiedzieć, albowiem, jak twierdzi trafnie Borys: „Piętno społecznego wstydu, którym obarczona jest discopolowa kultura, ma obezwładniającą moc – do tego stopnia, że nie pozwalało to na dokładniejsze przyjrzenie się chodnikowej twórczości i kryjącym się w niej fantazjom. Uznanie tego nurtu w całości za nieinteresujący kicz spowodowało, że ogromny obszar polskiej wyobraźni nadal pozostaje nieodkrytym lądem”.

Jednym z najciekawszych z mojego punktu widzenia głosów dotyczących disco polo była wypowiedź Roberta Leszczyńskiego, odnotowującego z radością – choć zupełnie błędnie, jak się okaże – śmierć disco polo. Leszczyński, w odróżnieniu od Sobolewskiego, ma pojęcie o samej muzyce, co jednak nie zmienia tego, że jest do niej wrogo nastawiony. W artykule „Pogrzeb disco polo”, opublikowanym w „Gazecie Wyborczej”, odnotowuje z lubością: „Od kilku miesięcy nakłady kaset z muzyką disco polo spadają na łeb, na szyję! Disco polo przegrywa z muzyką pop i na powrót staje się prowincjonalnym folklorem”. Dalej pisze: „Można powiedzieć, że disco polo wraca do domu. Oczywiście ta muzyka nie zniknie z dnia na dzień, ale spadek zainteresowania publiczności wymusi taką samą reakcję w mediach. Disco polo będzie się marginalizować, aż zajmie miejsce, jakie zajmują jej odpowiedniki w innych krajach. Całe to zjawisko, które napędziło takiego stracha elitom kulturalnym, okazało się krótkotrwałą eksplozją. Wybuch był proporcjonalny do siły, z jaką ta muzyka była przez lata tłamszona przez «oficjalny obieg». Kiedy przyszedł wolny rynek w mediach i fonografii, publiczność upomniała się o «swoją muzykę». Z czasem jednak spowszechniała i nawet najwytrwalsi fani zauważyli jego monotonię. Sięgnęli po więcej. Wyedukowali się. To najwspanialszy finał, jaki można sobie wyobrazić”.

W jego ujęciu muzyka disco polo to prowincjonalna muzyka niewyedukowanych słuchaczy, która przegrała ze znacznie lepszą, „o piekło lepszą”, jak mówi Leszczyński, muzyką pop. Pomijając już, że tym o „piekło lepszym” zespołem miała być według dziennikarza muzycznego m.in. Mafia (wystarczy samemu zapoznać się z tekstami kilku ich piosenek, by zobaczyć w nich banał, a nawet grafomanię), to należy podkreślić pewną wymowną sprzeczność w jego wypowiedzi. Otóż wprost przyznaje, z jednej strony, że ta muzyka była „latami tłamszona” przez „oficjalny obieg”, z drugiej zaś strony „wolny rynek” spowodował, że disco polo umiera, bo publiczność sama wybiera, czego chce słuchać.

Ta sprzeczność jest znakomitym przykładem pewnego z ducha neoliberalnego zakłamania elit intelektualnych, w tym szczególnie dziennikarzy muzycznych, jako funkcjonariuszy systemu medialnego będącego w rękach klasy uprzywilejowanej. Media miały na celu zbudowanie hegemonii kulturowej poprzez narzucenie ludziom z klasy podporządkowanej własnego gustu, w tym ideologii za tym gustem stojącej. Jak ma się „tłamszenie” do „wolnego rynku” nie sposób pojąć, trudno też uznać coś za świadomy wybór odpowiedniej muzyki, jeśli ta jest po prostu narzucana. Elity intelektualne, w tym dziennikarze muzyczni pokroju Leszczyńskiego, tkwią w zaklętym kręgu swoich wyobrażeń, albowiem najpierw sami medialnie „tłamsili” disco polo, mówiąc potem, że to nie oni, lecz wolny rynek, który przecież, jak widać, wolny nie jest. Przemoc, jak to u neoliberałów, zawsze uzasadniania jest wolnym rynkiem.

Z kolei inny elitarny krytyk disco polo, Zbigniew Mikołejko, wpisywał kontrowersję wokół disco polo w napięcie między paternalizmem państwa i wolnością jednostki a sztuką wysoką, ujawniając jednocześnie swój stosunek do relatywizmu kulturowego. W wywiadzie z filozofem dziennikarka stwierdza: „Od lat panowała moda na zrównywanie wartości, kultur, dzieł sztuki. I w jakimś sensie byliśmy za tym. Chcieliśmy być poprawni politycznie, czyli oszukiwaliśmy, nie chcieliśmy mówić jak jest. Było modnie uważać, że opowieści przekazywane ustnie w plemionach afrykańskich są równe dziełom Szekspira. Powstały po prostu w innej kulturze, w innym kontekście, w innej tradycji”. Mikołejko skwapliwie podchwytuje tę wypowiedź, dodając: „Ja nie byłem tego zwolennikiem. Jestem orędownikiem silnej demokracji, ale też silnego państwa, które w sposób rozumny tworzy granice dla zbyt szeroko rozumianej wolności. Takiej, która pozwala każdemu na wszystko, co mu się żywnie podoba”.

Odpowiedź Mikołejki zmusza do zadania pytania o to, kto i jaką miarą „rozumności” będzie ograniczał tę artystyczną wolność, wyznaczał granice zbyt daleko idącej wolności estetycznej, bo jest jasne, że w przypadku disco polo należy je poza te granice usunąć. Powodem tego jest to, że – jak stwierdza dziennikarka – „nasza demokracja dokonała wielu niewłaściwych wyborów”, sprawiając, że „na szczycie sukcesu finansowego i medialnego są więc często ludzie, którzy nie tworzą trwałych wartości, nie pracują dla wartości i rzeczy naprawdę istotnych”. Pomijając już, czy to faktycznie demokracja jest tutaj jedynym i głównym sprawcą, Mikołejko stwierdza, że „oglądalność disco polo w telewizji będzie większa niż oglądalność wyrafinowanego teatru lub filmu. Tyle że po piosenkach disco polo nie zostaje w nas nic, one nic w nas nie zmienią, niczego nie nauczą, nie rozproszą naszych lęków. Zostaje tylko – z reguły bezczelne – usprawiedliwienie dla złego gustu, dla schlebiania mu i zwolnienia ludzi z myślenia”. W tej wypowiedzi widać absolutyzację swojego elitarnego gustu, z punktu widzenia którego wszystko inne jest godne pożałowania. Jeśli jest się profesorem filozofii, można zakładać, że teksty piosenek discopolowych oraz przynależna im estetyka nie spełnią wymagań stawianych im z zupełnie innego pułapu. To oczywiste. Problem w tym, że nie wszyscy są intelektualistami i profesorami filozofii.

Wzmiankowane przez Mikołejkę „nas” jest, po pierwsze, stosunkowo nieliczne, a po drugie, dlaczego media miałyby ograniczać prawa większości do reprezentacji swojego własnego gustu w postaci danego gatunku muzycznego? Media są publiczne, a nie elitarne, by przywołać wcześniejsze słowa. Mikołejko ma po prostu nadzieję na ręczne regulowanie tego, co powinno być w mediach, zgodnie z jego własnym gustem. Ponadto zupełnie nie rozumie on, że muzyka disco polo raczej nie rości sobie prawa do bycia sztuką wysoką, ma ona na celu dostarczyć prostej rozrywki i ten cel dobrze realizuje. Nie ma ambicji tworzenia trwałych i istotnych wartości czy zmieniania ludzi, nie jest po prostu czymś mającym taką funkcję spełniać, gdyż jest to rola sztuki wysokiej. Muzyka disco polo nie jest od rozpraszania lęków (w domyśle egzystencjalnych), bo jest gatunkiem do zabawy, w tym tańczenia. Widać zatem wyraźnie, że Mikołejko mówi o własnych wyobrażeniach o disco polo, a nie o gatunku muzycznym osadzonym w określonym kontekście społecznym.

Ponadto, jeśli wziąć pod uwagę całość rynku muzycznego, skupiając się na muzyce popularnej, do której należy zakwalifikować disco polo, to czy inne obecne w jego ramach gatunki spełniają warunki nakładane przez Mikołejkę? Nie, nie spełniają. Czy teksty piosenek popowych rozpraszają nasze lęki? Czy w ogóle je wywołują? Czy są to dobre teksty, dające do myślenia? Nie, nie są. Łatwo wziąć je na warsztat i pokazać, że są banalne czy nawet grafomańskie. Ale te inne nie interesują Mikołejki, gdyż jego inteligencki obraz świata nakazuje mu skupić się na disco polo. Mikołejko po prostu nie akceptuje różnic gustów między ludźmi, uważa, że „mój gust jest lepszy niż twój”.

Wróćmy do Cieślika, którego wypowiedź stała się pretekstem dla mojej refleksji.

Cieślik, chcąc zrozumieć ten ponoć niezrozumiały wcześniej fenomen, zauważa, iż „teraz już wie” (oto epifania!), że disco polo to muzyka polskiej prowincji, popularnej na wsi i w małych miasteczkach, szczególnie we wschodniej Polsce. Jak pisze: „Po ostatnich wyborach prezydenckich zupełnym przypadkiem odkryłem, że mapy poparcia dla Karola Nawrockiego i popularności disco polo z grubsza się pokrywają. Rafał Trzaskowski wygrał w Polsce zachodniej i północnej. Przede wszystkim na tzw. Ziemiach Odzyskanych, gdzie żyją przesiedleńcy, którzy disco polo słuchają mniej chętnie. Natomiast tam, gdzie mieszkają ludzie zakorzenieni od pokoleń, zwyciężył popierany przez PiS Karol Nawrocki. I nie jest to przypadek. Słuchacze disco polo (zresztą wbrew faktom) uważają, że to muzyka typowo polska, nasza, swojska. I podobnie myślą o PiS czy, dziś może nawet szerzej, o formacjach prawicowych. Jak wyraził się jeden z członków mojej rodziny z Kieleckiego: może i robią błędy, ale przynajmniej są propolscy”.

Odkrycie faktu pokrywania się mapy wyborczej z rzekomą mapą wstępowania słuchaczy disco polo to dla autora epifania wyjaśniająca obciachowy wybór nowego prezydenta. Przecież jeśli disco polo jest obciachowe, to i sam prezydent taki jest, skoro disco polo nie może być dobre, to i wybór nie jest dobry – nawet ta „propolskość” nie jest tutaj zaletą. W delikatnie podskórny sposób Cieślik stwierdza po prostu, że prowincja wybrała nam prezydenta i jest to nie do zniesienia z elitarnego punktu widzenia, gdyż disco polo jest po prostu głupie, o czym świadczą słowa discopolowych piosenek odnoszących sukcesy przywołane na początku jego tekstu, które pozbawione są jakiegokolwiek wymiaru estetycznego, artystycznego i poznawczego. Kto słucha głupiej muzyki, sam jest głupi, a gdy jest głupi, to i głupich wyborów dokonuje. Ot, taka pluszowa chamofobia elit, tutaj dziennikarskich, które od lat 90. nie mogą przeżyć faktu, iż spora część ludzi tej muzyki po prostu słucha. A nie powinna, gdyż winna słuchać tego, co elity dziennikarskie jej każą.

Disco polo jako gatunek muzyczny ma ciekawą genezę, o czym trafnie pisała Monika Borys w książce „Polski bajer”. Jest on hybrydą piosenek ludowych, więziennych, emigracyjnych, przyśpiewek biesiadnych (i kilku jeszcze innych) pochodzących z terenów Polski, Rosji, Ukrainy. Zawiera nawet elementy folkloru romskiego, co swoją drogą trafnie ukazał film „Zenek”. Nie jest „czysto” polski (a co takie jest?), co nie oznacza, że przez słuchaczy nie jest jako taki traktowany, nie mówiąc już o tym, że faktycznie uznaje się disco polo za swojskie, bo wyraża w pewnej mierze wartości bliskie konserwatyzmowi życia: rodzinność, lokalność, wspólnotowość, tradycję, przywiązanie do krajobrazu, szacunek dla rodziców, polskości, doświadczenie emigracji etc.

Wbrew pozorom, co często lubią podkreślać dziennikarze muzyczni i elity symboliczne, disco polo nie jest ani „kościółkowe”, ani przesadnie zseksualizowane – owszem stawia na ciało, urodę, piękno, ale wcale mężczyzna nie jest tutaj jakoś szczególnie dominujący. Wręcz przeciwnie, nierzadko jest porzucony, nieszczęśliwie zakochany, a kobieta ma nad nim władzę. Bohater piosenki to często romantyk, marzyciel. Oczywiście jeśli skonstruuje się obraz disco polo z wybranych fragmentów piosenek i sprowadzi całe disco polo do „majteczek w kropeczki”, jak to swojego czasu zrobił Grzegorz Sroczyński i jak czyni to Cieślik, to wyciągamy z kapelusza królika, którego sami tam włożyliśmy. Poznawczo to bardzo marna strategia, ale charakterystyczna dla polskiego dziennikarstwa mainstreamowego.

Jest ona niczym innym jak elementem walki klasowej rozgrywanej w mediach i poprzez media (szerzej patrz: https://czasopisma.uni.lodz.pl/zwiej/article/view/9301/9139), a mającej na celu „zarządzanie wstydem”, tj. dyscyplinowanie „wieśniaków”, aby nie przyznawali się do swoich gustów. Wystarczy jednak poczytać komentarze pod tekstem Cieślika na facebookowym profilu „Rzeczypospolitej”, aby zobaczyć, że to już nie działa. Z tego powodu elity są wściekłe, gdyż ich zdanie nikogo nie obchodzi i skończyła się ich estetyczna dyktatura. Długotrwałe budowanie hegemonii kulturowej się nie powiodło, dlatego im bardziej elity coś obrzydzają, tym większą budzi to podejrzliwość tych, którym coś jest obrzydzane, ale dla nich wcale obrzydliwe nie jest. Dotyczyło i dotyczy to zarówno disco polo, jak i nowego prezydenta.

Cieślik powinien naprawdę wsłuchać się i zrozumieć słowa swojej rodziny: tak, propolskość jest ważna, i dlatego Polacy wybrali Nawrockiego, a nie traktować tę propolskość z poznawczym politowaniem, że wszak skoro disco polo nie jest „prawdziwie” polskie („głupie wieśniaki się nie znają”), a wybrano Nawrockiego jako „propolskiego”, to wyborcy się mylą, bo przecież Trzaskowski też jest propolski. Problem w tym, że nie jest, analogicznie jak nie jest cała polityka Platformy Obywatelskiej i działania obecnego rządu, które służą osłabianiu i „zwijaniu” polskiego kapitału: od ekonomiczno-gospodarczego po symboliczno-kulturowy.

Im bardziej polski układ polityczno-medialny jest sobą, im bardziej jest szczery, daje upust swoim obsesjom klasowym, pisze często i dużo – tym bardziej będzie przegrywać. Pogarda, upokarzanie i wyśmiewanie prowincji będą skutkowały zupełnym odrzuceniem elitarnego przekazu rodem z lat 90., typu: znam francuski, znałem prof. Geremka itd. Liberalno-lewicowe elity mentalnie pozostały w latach 90. i nie potrafią zbudować żadnego pozytywnego przekazu dla sporej części „zwykłych” Polaków. Takiego przekazu, który nie byłby oparty na wymuszeniu na nich zmiany siebie samych. Prowincja widzi tę pluszową przemoc i wyśmiewanie ich gustów: od muzycznych po kulinarne. Co więcej, dostrzega zakłamanie, albowiem nic tak bardzo nie ośmieszyło Trzaskowskiego jak bratanie się z Zenkiem na potrzeby kampanii. Rozumiem, że dla zdobycia władzy można zawrzeć nawet pakt z tym, kim się pogardza i wyśmiewa. Ale nawet i to się nie udało, bo ci ludzie widzą znacznie więcej niż się wydaje elitom, a przede wszystkim widzą fałsz, do którego nieprzekonani nie dadzą się przekonać.

W dwa dni po wyborze Karola Nawrockiego na prezydenta rozpoczyna się przemysł pogardy 2.0., w którym wojna polsko-polska pod klasową flagą disco polo jest wiecznie żywa.

dr Michał Rydlewski

Zdjęcie w nagłówku tekstu: omar sahel from Pixabay

Ponad 800 osób bez pracy

Ponad 800 osób bez pracy

Duża firma technologiczna zwolni setki osób.

Jak informuje portal Bankier.pl, wielka firma technologiczna Fujitsu Technology Solutions zgłosiła do Wojewódzkiego Urzędu Pracy w Warszawie zamiar przeprowadzenia dużych zwolnień grupowych. Koncern zamierza zwolnić 834 osoby. Pracę stracą zatrudnieni w jej oddziałach w Katowicach i Łodzi. Nie poinformowano póki co, ile osób straci pracę w każdym z tych miast. W obu z nich firma posiada Global Delivery Center firmy, świadczące usługi w zakresie wsparcia IT dla klientów korporacyjnych, głównie z branży finansowo-bankowej i telekomunikacyjnej.

Fujitsu Technology Solutions to jeden z największym dostawców infrastruktur informatycznych. W Polsce posiada trzy oddziały – oprócz wspomnianych także stołeczny. Zatrudnia w Polsce w sumie około 3800 osób.

Przeciw złej reformie

Przeciw złej reformie

Trzy wielkie centrale związkowe razem apelują do prezydenta o zawetowanie ustawy o „reformie” szpitali.

Jak informuje strona Ogólnopolskiego Porozumienia Związków Zawodowych, ta centrala związkowa wraz z NSZZ „Solidarność” oraz Forum Związków Zawodowych wspólnie skierowały do Prezydenta RP Karola Nawrockiego apel o zawetowanie ustawy „reformującej” system szpitalnictwa.

Związkowcy napisali: w piśmie wspólnie wyrażamy obawy, że skutkiem wdrożenia zmian mogą być głębokie przekształcenia struktury i zakresu funkcjonowania publicznych szpitali w Polsce, co w sposób bezpośredni lub pośredni może zmienić lub ograniczyć dostęp pacjentów do gwarantowanych świadczeń zdrowotnych. Ustawa nie wprowadza żadnej kontroli i monitorowania procesu przekształceń własnościowych sektora szpitalnictwa, także marginalizuje obszar zagadnień pracowniczych. Tak duża zmiana systemowa wymaga kompleksowej diagnozy potrzeb zdrowotnych mieszkańców danego regionu, uwzględnienia aspektów demograficznych czy deficytów dostępności pacjentów do opieki zdrowotnej. Nie odnajdujemy tych elementów w uchwalonej regulacji.

Najważniejsze zastrzeżenia naszych organizacji związkowych do uchwalonej ustawy dotyczą m.in.:
• wybiórczych konsultacji społecznych: ustawa, na etapie projektu (jest to trzecia wersja) nie była przedmiotem konsultacji społecznych w ramach rządowego procesu konsultacji z centralami związkowymi, a błyskawiczny proces legislacyjny w parlamencie nie dawał szans na rzetelną debatę;

• marginalizowania zagadnień pracowniczych i pomijania ustawowych uprawnień zakładowych organizacji związkowych do opiniowania i konsultowania wszelkich kwestii pracowniczych, zwłaszcza w procesie przekształceń, zmian profilu, konsolidacji, przeniesienia, a nawet likwidacji części czy całości podmiotów leczniczych – zakładów i miejsc pracy dla pracowników ochrony zdrowia;

• pogorszenia dostępności do świadczeń zdrowotnych finansowanych ze środków publicznych poprzez elastyczne i niekontrolowane w sposób systemowy przekształcenia oddziałów szpitalnych, łączenie szpitali czy procesy naprawcze – ustawa nie daje jakiejkolwiek gwarancji czy dostęp ten nie ulegnie pogorszeniu;

• całościowego podejścia do procesu przekształceń własnościowych w ochronie zdrowia, braku systemowego monitorowania tego procesu przez władze publiczne i przeniesienia tej odpowiedzialności na samorządy;

• znacznie zwiększonych obowiązków nałożonych na Narodowy Fundusz Zdrowia (NFZ) i Agencję Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji (AOTMiT), instytucji ustawowo powołanych do pełnienia innych ról w systemie ochrony zdrowia niż włączenie ich w procesy naprawcze i decyzyjne;

• powstawania powiatowych centrów zdrowia bez jakiejkolwiek diagnozy potrzeb zdrowotnych mieszkańców powiatów w tym zakresie, zabezpieczenia kadrowego czy finansowego oraz jakichkolwiek środków finansowanych na ten cel;

• braku odpowiedzialności ministra właściwego ds. zdrowia jako kreatora polityki zdrowotnej publicznego systemu ochrony zdrowia za funkcjonowanie systemu i gwarancją dostępności świadczeń finansowanych ze środków publicznych dla pacjentów oraz – co istotne – zabezpieczeniem dominującej sfery publicznej pod względem usług i własności w systemie ochrony zdrowia.

Koniec zakładu, koniec pracy

Koniec zakładu, koniec pracy

Kolejny zakład na prowincji zostanie zlikwidowany.

Jak informuje portal tuOlawa.pl, likwidacji ma ulec zakład firmy Greenbrier Poland w Oławie. Zakład jest producentem nowoczesnych wagonów kolejowych. Zmniejsza on produkcję, a jej całość zamierza skonsolidować w drugim ze swoich zakładów – w Świdnicy.

Decyzja została ogłoszona nagle, bez konsultacji ze związkiem zawodowym. Pracownicy dowiedzieli się, że zakład zakończy działalność do końca października. Oni sami stracą pracę w procedurze zwolnień grupowych.

Działaczka związkowa mówi portalowi: „Wielu z nich to osoby pracujące w Oławie od kilkunastu czy kilkudziesięciu lat, które dziś – z dnia na dzień – zostały postawione przed faktem dokonanym, bez możliwości wcześniejszej rozmowy o przyszłości. Wieloletni pracownicy, osoby w wieku przedemerytalnym, samotni rodzice czy opiekunowie osób niepełnosprawnych dowiedzieli się nagle, że za kilka tygodni mogą stracić pracę. To nie jest tylko problem firmy – to problem setek rodzin w Oławie i całej lokalnej społeczności”.

Pracę straci cała załoga – 161 osób.

Potraktowani jak śmieci

Potraktowani jak śmieci

Pół tysiąca pracowników szpitala trafi do firmy zewnętrznej.

Jak informuje „Gazeta Wyborcza”, około 500 pracowników Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego we Wrocławiu zostanie przeniesionych do firmy zewnętrznej. To jedna z największych placówek medycznych w Polsce. Pracownicy są oburzeni i zaniepokojeni decyzją władz szpitala.

Likwidacji ma ulec Dział Higieny Szpitalnej i Transportu Wewnątrzszpitalnego Pacjentów. Zatrudnia ona salowe, noszowych, osoby zajmujące się wywożeniem śmieci itp. z placówek i oddziałów wielkiego szpitala. Mają oni trafić do firmy zewnętrznej. Oznacza to prawdopodobnie pogorszenie warunków zatrudnienia.

Władze szpitala deklarują, że w umowie z firmą zewnętrzną zawrą warunek zatrudnienia wszystkich osób z likwidowanego działu na umowach o pracę na cały czteroletni okres trwania kontraktu. W żadnej mierze nie chroni to jednak przed zwolnieniem z pracy, pogorszeniem warunków pracy (brak premii, dodatków stażowych itp.). Przeciwko zmianie występuje zakładowa „Solidarność”. Pisze ona w swoim liście protestacyjnym o „utracie bezpośredniej kontroli nad częścią działalności szpitala, obniżeniu jakości usług, obniżeniu standardów, pogorszeniu warunków pracy”.
Jedna z pracownic powiedziała „Gazecie Wyborczej”: „Tutaj ludzie pracują po 18-19 lat, a potraktowali nas jak śmieci”. Pismo w tej sprawie do ministerstwa zdrowia skierowała posłanka Razem Marta Stożek, która uważa, że outsourcing nie powinien być receptą na trudną sytuację finansową szpitali.

Marne perspektywy

Marne perspektywy

Maleje liczba ofert pracy i jest ona najniższa od lat.

Jak informuje Next.gazeta.pl, kiepskie wieści dochodzą z rynku pracy. Z nowego wydania cyklicznych analiz agencji Grant Thornton wynika, że lipiec 2025 przyniósł najmniej ofert pracy od lipca 2020, czyli okresu apogeum pandemii i związanych z nią zawirowań w zatrudnieniu. Obecny spadek liczby ofert oznacza także znaczne ich zmniejszenie wobec początku obecnego roku. Liczba ofert pracy spadła od czerwca 2025 poniżej 250 tys. i jest to najniższa liczba od pięciu lat – okresu pandemicznego.

W lipcu 2025 roku pracodawcy przedstawili o 9 proc. nowych ogłoszeń mniej niż w lipcu 2024. „Średnia krocząca dynamika roczna z trzech miesięcy (która wydaje się najlepszą miarą, biorąc pod uwagę wysoką zmienność danych miesięcznych) mocno spadła – do -5 proc. z -2 proc. w czerwcu i 5 proc. w maju” – napisano w raporcie Grant Thornton. Największe spadki nowych ofert pracy wystąpiły w Bydgoszczy (o 12% mniej rok do roku), Katowicach (o 10%) oraz Szczecinie (o 9%). Nawet w Warszawie, gdzie ofert pracy jest najwięcej, ich liczba zmniejszyła się rok do roku o 4%.

Spadek liczby ofert zatrudnienia dotyczył w ciągu roku wielu grup zawodowych. Największą skalę miał w przypadku prawników (o 26% mniej ofert rok do roku), pracowników fizycznych (o 15%), finansistów (o 12%), marketerów (o 8%) i osób z branży IT (o 7%).

„Na rynku rekrutacyjnym tegoroczne lato jest równie chłodne i kapryśne, jak w pogodzie. Wiosna była niewiele lepsza. A przecież właśnie okres kwiecień-lipiec to zwykle najbardziej intensywny czas na rynku pracy, kiedy liczba ofert rośnie, ponieważ wiele branż budzi się z zimowego snu i zaczyna zatrudniać pracowników do prac sezonowych, np. na budowach, w rolnictwie czy turystyce. Tym razem tego sezonowego »doładowania« nie widać” – komentuje Monika Łosiewicz z Grand Thornton.

Strach przed zwolnieniami

Strach przed zwolnieniami

Niemal jedna trzecia polskich pracowników obawia się zwolnień grupowych.

Jak informuje portal Filary Biznesu, nowe badania pokazują dużą skalę obaw dotyczących zwolnień grupowych. Według nowego badania firmy LiveCareer Polska aż 28% ogółu pracowników obawia się utraty pracy w wyniku zbiorowej redukcji etatów. Co prawda tylko 7% ogółu zatrudnionych bardzo obawia się zwolnień, a kolejne 21% w mniejszym stopniu, ale i tak niemal co trzeci zatrudniony wyraża lęk tego rodzaju. W grupie obawiających się zwolnień grupowych co trzecia osoba pracuje w miejscu, w którym zapowiedziano zwolnienia grupowe. 44% z nich uważa, że zatrudniająca ich firma ma widoczne problemy finansowe.

Wśród ogółu ankietowanych 26% już doświadczyło na własnej skórze zwolnień grupowych w trakcie swojej pracy zawodowej. 36% zatrudnionych nie posiada żadnych oszczędności na wypadek utraty pracy i zarobków. 64% nie ma planu awaryjnego i przemyślanej alternatywy, gdyby stracili zatrudnienie.

Zbadano także odczucia zatrudnionych wobec informacji o zwolnieniach grupowych w jakimkolwiek dziale gospodarki. – „Z naszego badania wynika, że gdy media poruszają temat zwolnień grupowych, aż 31% Polaków odczuwa głównie smutek. Kolejne 22% z nas czuje złość, a 21% nawet lęk. Te trudne emocje to nasza reakcja na niepewność na rynku pracy” – komentuje Żaneta Spadło z LiveCareer.pl, autorka raportu z przeprowadzonych badań.

Wśród badanych aż 66% uważa, że zbyt niskie są odprawy, które przysługują pracownikom zwalnianym grupowo. 45% badanych ocenia swoje szanse na znalezienie nowej pracy jako średnie, 23% jako niskie lub bardzo niskie. Tylko 22% ocenia je jako wysokie lub bardzo wysokie.

Późne przebudzenie Europy?

Późne przebudzenie Europy?

W kontekście odbudowy potencjału zbrojeniowego kraje unijno-NATOwskiej Europy nie mogły narzekać na niedostatek coraz donośniejszych dzwonów alarmowych. Zlekceważono jednak co do zasady tak wojnę rosyjsko-gruzińską, jak i pierwszą wojnę rosyjsko-ukraińską. Nawet rok 2022 przyniósł niewiele poza zastanawianiem się. Wystarczająco wyrazistym mementem stały się dopiero rozwianie się nadziei na „wywrotkę” putinizmu na krachu pierwotnych zamierzeń krótkiej i łatwej operacji specjalnej, przestawienie gospodarki Rosji na tory wojenne umożliwiające upartą kontynuację prymitywnej i tępej wojny oraz wyraźne tężenie aliansu Pekin-Moskwa. Europie grozi kolejna wojna z Rosją, a jedynym sposobem uniknięcia jej jest szybka odbudowa potencjału militarnego, która odstraszy agresora. A jeżeli nawet nie, da możliwość wystarczająco wczesnego powalenia go.

Do decyzji podjętych – z zastrzeżeniem pozostawania ich wciąż na etapie deklaratywnym – w roku 2025 przyczyniła się także prezydentura Donalda Trumpa. Z jednej strony nieprzewidywalna, unilateralna, sprawiająca co najmniej wrażenie gotowości do czynienia strategicznych dealów z Rosją. Z drugiej strony domagająca się od Europejczyków końca jazdy na gapę pociągiem „Pax Americana” ciągniętym przez zaoceaniczną lokomotywę.

Wnioski wyciągnięte z II wojny światowej i Zimna Wojna spowodowały zasadnicze przeobrażenie krajobrazu militarnego Europy. Nawet kraje dysponujące przed 1939 mocno symbolicznymi potencjałami wojskowymi, takie jak Dania, Holandia, Belgia i Norwegia, w ramach NATO rozwinęły armie liczące po kilka setek czołgów i samolotów bojowych. Gwarantem całego systemu bezpieczeństwa była oczywiście amerykańska potęga z nuklearnym ostatecznym argumentem królów. Jednak europejscy sojusznicy nie zasypiali gruszek w popiele, początkowo korzystając z obfitej amerykańskiej pomocy wojskowej, rzeczowej i finansowej, później już na własny rachunek. W roku 1985, w szczytowym punkcie wyścigu zbrojeń podczas Zimnej Wojny, europejscy członkowie NATO wydawali na zbrojenia średnio około 3,8% PKB (wartość ważona, liczona według metodologii Paktu).

Jednak wygrana w tej konfrontacji spowodowała daleko idącą demobilizację. Wydatki spadały – dwie dekady później wynosiły już tylko średnio 1,9% PKB, aby w roku 2014 osiągnąć dno na poziomie około 1,3%. Skutki tego stanu rzeczy były bardzo proste. Redukowano zakupy. Realizacja programów takich jak europejski wielozadaniowy samolot bojowy Eurofighter Typhoon przeciągała się, a koszty jednostkowe w sytuacji stałych nakładów wymaganych na opracowanie rosły zatrważająco. Liczące tysiące czołgów armie lądowe schodziły do rzędu setek, a w niektórych krajach, takich jak Belgia i Holandia, ciężkie komponenty pancerne w ogóle zlikwidowano, uznając je za przeżytek i przyjmując, że w peryferyjnych wojnach z terroryzmem nie będą potrzebne – a wojna pełnoskalowa z potężnym przeciwnikiem stała się niepodobieństwem.

Tego przekonania nie zmieniła nawet pierwsza inwazja Rosji na Ukrainę. Zresztą uległa ona dość szybkiej „normalizacji” i w Europie przyjęto powszechnie, że skończy się na zamrożonym marginalnym froncie, obchodzącym tylko Ukraińców. Mimo wszystko sytuacja zatrzymała dalsze redukcje wydatków zbrojeniowych, a nawet, w szczególności w państwach frontowych Paktu, spowodowała ich powolny wzrost. Aczkolwiek do zadeklarowanego na szczycie NATO w Newport w roku 2014 jako cel w perspektywie dekady poziomu wydatków zbrojeniowych wynoszącego 2% dochodzono powszechnie z założenia jak najwolniej.

Ostateczne otrzeźwienie przyszło dopiero w roku 2021, kiedy wojna stała się już nieuchronna. Chociaż na przykład Niemcy trzeba było wyciągać z błogostanu za uszy. Jednym z efektów ponad trzech dekad zaniedbań stały się ograniczone możliwości wsparcia Ukrainy.

Sama pełnoskalowa agresja Rosji na Ukrainę nie spowodowała jeszcze radykalnej zmiany kursu zachodniej części Europy w dziedzinie zbrojeń. Obawy o rychłą klęskę Ukraińców nie spełniły się, a do połowy 2023 wydawało się wręcz, że mogą oni odbić przynajmniej część terenów zajętych w 2014 i 2015. Ponadto Stany Zjednoczone rządzone przez Joego Bidena zapewniały limitowane względami politycznymi, ale bardzo znaczące i stabilne wsparcie Ukrainy, demonstrując jednocześnie pełne oddanie więziom transatlantyckim. Mimo pożaru na wschodniej flance sytuacja Europejczyków była zatem całkiem komfortowa. Wydatki zbrojeniowe wzrastały w stosunkowo niewielkim stopniu. Na przykład Niemcy zwiększyły je między 2023 a 2022 symbolicznie, z 1,51% do 1,64%. Jednak tężenie rosyjskiego naporu, umożliwione przez militaryzację gospodarki, rozwiało nadzieje na względnie szybkie, łatwe i niedrogie zażegnanie zagrożenia. Kropkę nad „i” postawiła jednak dopiero wygrana w amerykańskich wyborach nie Kamali Harris, popieranej przez elity polityczne całej UE, lecz trickstera Donalda Trumpa.

Nowy-stary prezydent jął siać panikę proklamowanymi, odwoływanymi i wznawianymi wojnami handlowymi, polityką gestów wobec Rosji, czasowym wstrzymywaniem wsparcia dla Ukrainy, kwestionowaniem roli NATO. A wreszcie – obiektywnie zupełnie słusznymi postulatami wzięcia przez Europejczyków znacznie większej niż dotychczas odpowiedzialności za własne bezpieczeństwo.

Odpowiedzią na te wyzwania stało się ogłoszenie w marcu bieżącego przez Unię Europejska planu „ReArm Europe”, nazwę którego zmieniono później na „Readiness 2030”. Plan ten ma wskazanym tą datą horyzoncie czasowym zmobilizować 800 miliardów euro na ogólnie pojęte cele obronne. Jego manifestacją na niwie finansowania stał się wprowadzony w życie pod koniec maja program Security Action for Europe (SAFE), będący obejmującym 150 miliardów euro funduszem pożyczek na preferencyjnych warunkach na cele obronne. Równolegle na forum Rady Północnoatlantyckiej ujawniono przyjęty w lutym przez NATO „Plan działań na rzecz produkcji obronnej”, które mają dotyczyć agregowania zamówień, produkcji i bazy przemysłowej, interoperacyjności i standaryzacji oraz szybkiego wdrażania innowacyjnych technologii.

Dotychczasowe podsumowanie w aspekcie planistycznym stanowi szczyt NATO w Hadze, który odbył się w dniach 24–25 czerwca. Zadeklarowano (przy votum separatum Hiszpanii) na nim zwiększenie przez sojuszników do roku 2035 nakładów na cele obronne do 5% PKB. 3,5% będą stanowiły nakłady zbrojeniowe sensu stricto, natomiast na pozostałe 1,5% będą mogły składać się inwestycje w infrastrukturę podwójnego zastosowania, istotne dla potrzeb wojskowych, ochrona infrastruktury krytycznej, cyberbezpieczeństwo, rozbudowa przemysłu zbrojeniowego oraz obrona cywilną i odporność państwa.

Zadeklarować można dokładnie cokolwiek, papier wszak zniesie wszystko. Wiarygodność zmiany polityki potwierdzą dopiero czyny. Oczywiście zbrojenia nie są supermarketem, w którym kilkaset miliardów euro można wydać w ciągu kilku miesięcy. Póki co do programu SAFE ustawiła się kolejka chętnych, na czele z Polską zgłaszającą zapotrzebowanie na 45 miliardów euro, Francją (15–20 miliardów), Włochami (15 miliardów), Rumunią (10 miliardów), Belgią (7–11 miliardów) i Litwą (5,0–8,76 miliarda). Niemcy co prawda nie planują zaciągania pożyczek z SAFE, ale media donoszą o bardzo poważnych planach tamtejszego resortu obrony, które można by określić jako „Make Bundeswehra Great Again”.

Niemieckie siły zbrojne miałyby zostać zwiększone z obecnych 182 000 żołnierzy do 250–260 000. Temu rozwinięciu, przekładającemu się zgodnie z planami na utworzenie siedmiu nowych brygad pancernych i zmechanizowanych, miałby towarzyszyć zakup za kwotę 25 miliardów euro nawet 1000 nowych czołgów (Leopard 2A8 lub 2AX) oraz 2500 bojowych wozów piechoty/transporterów opancerzonych Puma Boxer. Dla porównania, obecnie niemieckie siły zbrojne dysponują około 300 Leopardami 2, 400 Pumami w linii i w dostawach oraz nieco ponad 400 Boxerami.

„Twardą” decyzję o zakupie 44 Leopardów 2A8 ogłosiły ostatnio Czechy, dołączając do kupujących takie same liczby Szwecji i Litwy (do zakupu tych czołgów przymierza się także Hiszpania). Dania podjęła przekładającą się na faktyczne działania decyzję o odbudowie trójwarstwowej naziemnej obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej, zamawiając systemy Mistral 3, VL MICA, IRIS-T oraz NASAMS dla warstw niższych, natomiast decyzja o tym, czy wyższą będą stanowiły europejskie SAMP/T, czy Patrioty, ma zostać podjęta jesienią. Umowy na zakup systemów SAMP/T NG w ramach programu modernizacji obrony przeciwlotniczej zawarły ostatnio Włochy, poszukujące też nowych czołgów, których dostawcami będą według wszelkiego prawdopodobieństwa firmy niemieckie.

To oczywiście tylko przegląd najnowszych planów i umów, które uzupełnią programy zbrojeniowe realizowane od lat. Jeżeli jednak Europa ma być gotowa na danie odporu Rosji, będą musiały dojść do nich kolejne, i to niedługo. Można oczekiwać, że z uwagi na potencjał niemieckiego przemysłu obronnego, europejskie zbrojenia prawdopodobnie staną się nowym motorem gospodarki tego kraju. W szczególności te lądowe. Dominacja wśród europejskich Leopardów 2 i być może KF-51 Rheinmetalla wydaje się niezagrożona, a tamtejsze koncerny wytwarzające sprzęt pancerny wyrażają zainteresowanie przejmowaniem obiektów produkcyjnych od borykających się ze strukturalnymi problemami branży motoryzacyjnej.

Warto byłoby, aby Polska też uszczknęła coś z tego tortu. Spore zainteresowanie budzą systemy obrony przeciwlotniczej Piorun, które zdobyły klientów z „prawdziwego Zachodu” – Norwegów i Belgów. A krajowy przemysł będzie wszak koproducentem rodziny systemów przeciwlotniczych CAMM. Dysponuje też bojowym wozem piechoty Borsuk. Być może europejskie zakupy staną się dla Polski okazją do efektywnego wejścia do wspólnych programów (np. środków rażenia dalekiego zasięgu), wypierając lub przynajmniej ograniczając „znane i lubiane” zakupy z półki, w których przemysł dość rozpaczliwie stara się uzyskać jakikolwiek udział.

Tu jednak potrzebne jest myślenie w kategoriach interesu państwa, a nie tylko obozu politycznego i decyzyjność – a z tym, jak wiadomo, jest u nas kiepsko.

dr Jan Przybylski

Zdjęcie w nagłówku tekstu: Marek Studzinski from Pixabay