Stop drożyźnie

Stop drożyźnie

Przedstawiciele spółdzielni mieszkaniowych apelują do rządu o przeciwdziałanie drastycznym podwyżkom cen ogrzewania.

Jak informuje „Rzeczpospolita”, Związek Rewizyjny Spółdzielni Mieszkaniowych RP w Warszawie w imieniu spółdzielni apeluje do premiera Tuska i ministra energii Miłosza Motyki w sprawie przeciwdziałania drastycznym wzrostom cen ogrzewania z ciepłowni.

Do 1 lipca obowiązywało zamrożenie cen ogrzewania z sieci, przyjęte przez poprzedni rząd we wrześniu 2022 roku. Od momentu wygaśnięcia moratorium na podwyżki notowany jest drastyczny wzrost cen. Wynosi on od kilkudziesięciu do nawet stu procent. Przedstawiciele spółdzielni mieszkaniowych apelują w związku z tym do rządu o ochronę przed wysokimi cenami energii cieplnej dla wrażliwych grup odbiorców. Spółdzielcy już wcześniej apelowali o to do rządu, prosząc o przygotowanie się w obliczu spodziewanych podwyżek, ale ich pisma z kwietnia pozostały bez odpowiedzi.

Spółdzielcy piszą: „Od dnia 1 lipca 2025 roku mieszkańcy spółdzielni mieszkaniowych i wspólnot zostali pozbawieni jakiejkolwiek ochrony przed wysokimi cenami ciepła, ponieważ ograniczenia wzrostu cen ciepła wynikające z ustawy z dnia 15 września 2022 r. o szczególnych rozwiązaniach w zakresie niektórych źródeł ciepła w związku z sytuacją na rynku paliw obowiązywały do dnia 30 czerwca 2025 r. Podwyżki cen ciepła spowodują, że liczba gospodarstw domowych dotknięta ubóstwem energetycznym, która w 2024 roku wynosiła ok. 1,5 mln, znacznie się zwiększy”. Autorzy apelu podkreślają, że koszty ogrzewania stanowią już nawet 70-80 procent całości opłat za mieszkanie.

Rząd od miesięcy zapowiada ogólnikowo wprowadzenie „bonu ciepłowniczego”. Ma on wesprzeć finansowo osoby z najniższych grup dochodowych. Kto choć trochę przekroczy dochody kwalifikujące do tej grupy, zostanie bez wsparcia, z wyższymi opłatami. Z ciepła systemowego korzysta w Polsce około 15 milionów osób.

Obietnice bez pokrycia

Obietnice bez pokrycia

Pracownicy obawiają się zwolnień.

Jak informuje portal Bielsko.biala.pl, właściciel fabryki akumulatorów w Bielsku-Białej zapowiadał inwestycje i zwiększenie produkcji, ale obecnie pracownicy obawiają się zwolnień.

Chodzi o zakład EnerSys w dzielnicy Leszczyny. To nowoczesny zakład produkcji akumulatorów, ładowarek modułowych oraz systemów trakcyjnych. Zatrudnia obecnie 900 pracowników. To jeden z największych takich zakładów w Europie. Do niedawna władze amerykańskiego koncernu, do którego należy polski zakład, zapowiadały inwestycje i zwiększenie produkcji. Miało to być następstwem planowanej likwidacji zakładów spółki w Meksyku, Kanadzie i USA oraz przejęcia przez zakład w Bielsku-Białej części ich produkcji.

Niestety niedawno nadeszły złe wieści. Nowe władze firmy i nowy dyrektor generalny poinformowali pracowników, że konieczne jest zwiększenie wydajności oraz poczynienie oszczędności. Za tą kapitalistyczną nowomową kryją się zamiary zmniejszenia zatrudnienia w całej spółce o 500 osób. Pogłoski mówią, że około stu z nich miałoby stracić pracę w bielskim oddziale. „Początkiem roku z zakładu odeszło ok. 20 pracowników fizycznych. Teraz docierają do nas informacje, że zwolnienia dotyczyć mają pracowników umysłowych” – mówi portalowi Jarosław Jodłowiec, przewodniczący zakładowego związku zawodowego. Bielski zakład przyniósł w ubiegłym roku ponad 15 milionów zysku.

Antyzwiązkowcy w prokuraturze

Antyzwiązkowcy w prokuraturze

Do prokuratury trafił wniosek o ukaranie utrudniania działań związkowych.

Jak informuje portal Tysol.pl, Państwowa Inspekcja Pracy zajęła się sprawą utrudniania działalności związku zawodowego w firmie August Faller w Łodzi.

W polskim oddziale tej niemieckiej firmy, stanowiącej część struktur Faller Packaging, w marcu br. powstała komisja zakładowa „Solidarności”. Do związku zapisało się już ponad 40 osób, czyli co siódmy pracownik z 300-osobowej załogi. Firma produkuje opakowania i etykiety, głównie na potrzeby przemysłu farmaceutycznego. Jest jednym z dziewięciu europejskich zakładów tego koncernu.

– „Chcemy mieć większy wpływ na to, jakie zmiany zachodzą w firmie i poprawić dialog między pracownikami a pracodawcą. Nie podobało nam się przede wszystkim narzucanie pracownikom ponadwymiarowych godzin pracy. Kolejną sprawą są niskie płace, szczególnie u osób na stanowiskach pomocników, którzy wykonują ciężką pracę fizyczną. W ubiegłym roku przed podwyżką była sytuacja, w której pracownik, aby osiągnąć ustawową pensję minimalną, miał ją wyrównaną premią. Mimo wielu prób nawiązania dialogu z pracodawcą i chęci przedstawienia naszych uwag i sugestii byliśmy ignorowani. Stwierdziliśmy, że pora coś z tym zrobić, i założyliśmy związek zawodowy” – mówi przewodniczący zakładowej „Solidarności”, Arkadiusz Bączyk.

Szefostwo zakładu jednak wbrew polskiemu prawu utrudnia działania związku. Przede wszystkim nie uznaje istnienia i utworzenia komisji zakładowej. Na wniosek związkowców kontrolę w zakładzie przeprowadziła Państwowa Inspekcja Pracy. W następstwie kontroli Okręgowy Inspektorat Pracy w Łodzi skierował zawiadomienie do prokuratury. Zarzuca szefostwu firmy uzasadnione podejrzenie popełnienia przestępstwa. „Pracodawca nie podjął współpracy z Państwa Organizacją, nadal oczekując okazania dokumentów poświadczających powstanie i funkcjonowanie związku zawodowego zgodnie z literą prawa” – napisano w dokumencie przesłanym związkowcom. Inspekcja Pracy zawiadomiła także Urząd Ochrony Danych Osobowych o nieprawidłowościach w zakresie zgodności przetwarzanych danych z przepisami o ochronie danych osobowych.

Poczcie na ratunek!

Poczcie na ratunek!

Związkowcy apelują do Prezydenta RP o pomoc w działaniach przeciwko dewastacji Poczty Polskiej.

Jak informuje Next.gazeta.pl, związki zawodowe działające w Poczcie Polskiej zaapelowały do prezydenta RP Karola Nawrockiego o wsparcie w przeciwdziałaniu dewastacji Poczty Polskiej. Apel podpisały związki zrzeszone w nieprawicowej centrali Forum Związków Zawodowych, stanowiące jej Branżę Łączności: Ogólnopolski Związek Zawodowy Straż Pocztowa, NSZZ Listonoszy Poczty Polskiej oraz NSZZ „Solidarność 80” Pracowników Poczty Polskiej.

W swoim apelu do prezydenta napisali: „Apelujemy o natychmiastową interwencję w obliczu postępującej degradacji Poczty Polskiej S.A., która w naszym przekonaniu zagraża nie tylko ciągłości działania tej instytucji, ale także bezpieczeństwu państwa i spójności społecznej”.

Związkowcy przekonują, że za rządów neoliberałów w Poczcie „panuje chaos, brak dialogu społecznego i przejrzystości, a decyzje zarządu są podejmowane za zamkniętymi drzwiami, z pominięciem prawa pracy, opinii związków zawodowych i dobra wspólnego”. Krytykują także tzw. Program Dobrowolnych Odejść. Ich zdaniem stanowi on narzędzie wymuszonej redukcji zatrudnienia. Oprócz takich nacisków stosowane są zwolnienia grupowe wedle niejasnych kryteriów, uderzające w kluczowe elementy działania firmy. Zatrudnienie tracą doświadczeni pracownicy z wieloletnim stażem. A zarazem realizowane są przyjęcia do pracy osób nowych, zupełnie niedoświadczonych, nieszkolonych itp. Związkowcy podsumowują: „To nie restrukturyzacja. To destrukcja”.

W swoim stanowisku piszą m.in.: „Kurierom postawiono ultimatum: albo przechodzą na własną działalność gospodarczą, albo zostają zwolnieni. To brutalne wypychanie ludzi na samozatrudnienie, bez gwarancji dochodu, urlopu czy ochrony socjalnej. Nie można zgodzić się na taki model wyzysku w państwowej spółce”.

Zwracają uwagę także na drastyczne redukcje zatrudnienia w punktach pracy z klientami, co skutkuje kolejkami i chaosem. Skrócono także i uczyniono niedogodnymi dla klientów godziny otwarcia wielu placówek.

Związkowcy alarmują, że prezes z nadania rządu Tuska, niejaki Sebastian Mikosz, przygotowuje wyprowadzenie poza struktury Poczty ponad 3000 pracowników Departamentu Ochrony i Logistyki Gotówki. Odpowiadają oni za bezpieczeństwo ludzi, mienia nieruchomego, gotówki, konwojów itp.

Ich zdaniem Mikosz nie ma żadnej realnej wizji poprawy sytuacji w Poczcie. „Zamiast modernizacji i reformy – mamy dezorganizację, utratę kontraktów, odejścia klientów i paniczne cięcia kosztów”.

W apelu do Prezydenta RP Karola Nawrockiego związkowcy zwracają się o: wystąpienie do Tuska i odpowiednich ministrów o wstrzymanie obecnych decyzji zarządu; powołanie niezależnej komisji audytowej, która zbada działania obecnego kierownictwa; objęcie Poczty Polskiej stałym nadzorem strategicznym ze strony państwa; zainicjowanie okrągłego stołu ws. przyszłości Poczty, z udziałem strony społecznej, ekspertów, rządu i parlamentu.

Swój apel kończą słowami: „Poczta Polska to nie tylko listy i paczki. To instytucja zaufania publicznego, symbol państwowości, bezpieczeństwa i wspólnoty narodowej. Zniszczyć ją można szybko, ale odbudować może się nie dać nigdy”.

Zwolnienia eskalują

Zwolnienia eskalują

W pierwszym półroczu 2025 zapowiedziano znacznie więcej zwolnień grupowych niż w całym poprzednim roku.

Jak informuje „Dziennik Gazeta Prawna”, w pierwszej połowie roku 2025 przedsiębiorstwa zgłosiły zamiary zwolnień grupowych obejmujących 80 tys. pracowników. To ponad dwukrotnie więcej niż w całym roku 2024 oraz więcej niż w 2020 roku, gdy miała miejsce bezprecedensowa globalna pandemia. Już przeprowadzone zwolnienia grupowe wyniosły w roku 2025 ponad 17 tys. osób, czyli tyle, ile łącznie w latach 2021-2023. W drugiej połowie bieżącego roku skala zwolnień ma jeszcze przyspieszyć.

Najwięcej zwolnień ma miejsce w branżach transportowej i gospodarki magazynowej – za nie odpowiada w sporej mierze dewastacja miejsc pracy za rządów neoliberałów w PKP Cargo i Poczcie Polskiej. Niewiele lepiej jest w przemyśle chemicznym.

Masz zysk, więc płać

Masz zysk, więc płać

Związki zawodowe w wielkim koncernie medialnym domagają się podwyżek płac.

Jak informuje portal Wirtualne Media, trzy związki zawodowe działające w koncernie Ringier Axel Springer Polska domagają się od firmy podwyżek płac. Związkowcy domagają się wzrostu funduszu płacowego o 10 proc. oraz ustalenia płacy minimalnej dla specjalisty na poziomie 8 tys. zł brutto zamiast obecnych 6 tys. brutto. Zwiększone powinny ich zdaniem być także dodatki za pracę w niedziele i święta. Zdaniem związkowców podwyżki powinny objąć przede wszystkim te osoby i stanowiska, dla których od roku 2023 nie było w koncernie wzrostów płac. Takie oczekiwania wyrazili wspólnie przedstawiciele Inicjatywy Pracowniczej, „Solidarności” oraz Syndykatu Dziennikarzy Polskich.

Związkowcy motywują swoje żądania nie tylko wzrostem kosztów życia oraz wzrostem płac w innych firmach i branżach, ale także wysokimi zyskami koncernu. Polski oddział Ringier Axel Springer miał w roku 2024 wzrost przychodów o 5%, natomiast zysk wzrósł o połowę wobec poprzedniego roku i wyniósł ponad 40 milionów złotych.

Polskie sądy kontra niemiecki wyzysk

Polskie sądy kontra niemiecki wyzysk

Duża sieć handlowa kolejny raz przegrała w polskim sądzie.

Jak informuje portal Bankier.pl, sieć handlowa Kaufland przegrała w Polsce kolejny proces z działaczami związkowymi. Sąd Okręgowy w Sosnowcu kazał niemieckiemu koncernowi przywrócić do pracy działaczkę związkową Annę Bastę. Została ona zdaniem sądu zwolniona z pracy całkowicie bezprawnie. Uznał tak już sąd pracy, ale szefostwo polskiego oddziału Kaufland odwołało się od tej decyzji do wyższej instancji. Potwierdziła ona jednak nonsensowność zarzutów stawianych zwolnionej.

Działaczka związku zawodowego Konfederacja Pracy została zwolniona za rzekome niestosowanie procedur firmowych. Jak wykazano przed sądem, pracownicy, w tym ona, nie zostali o tych procedurach w ogóle poinformowani. Prawdopodobnie był to tylko pretekst, aby zwolnić osobę aktywną w działalności na rzecz praw pracowników Kauflanda.

Nie jest to bowiem odosobniony atak na działaczy tego związku zawodowego. Dwa dni wcześniej sąd umorzył postępowanie przeciwko Wojciechowi Jendrusiakowi, jednemu z liderów Konfederacji Pracy w Kauflandzie. Firma oskarżała go o działanie na szkodę pracodawcy i szkalowanie jej dobrego imienia. Sąd nie dopatrzył się żadnego z tych czynów oraz uznał, że Jendrusiak zajmował się zwyczajną działalnością związkową i miał prawo do krytykowania niektórych aspektów działań firmy.

Niewiele wcześniej sąd nakazał Kauflandowi zapłatę odszkodowania w wysokości 15 tys. złotych Iwonie Graszyńskiej, która została bezprawnie zwolniona z marketu tej sieci w Zgorzelcu, również pod bzdurnym pretekstem, a de facto w związku z jej działalnością pracowniczo-związkową.

Zdjęcie w nagłówku tekstu: Autorstwa Warszawska róg Szerokiej w Tomaszowie Mazowieckim, w województwie łódzkim – Praca własna, Domena publiczna, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=69372930

Będzie strajk na kolei?

Będzie strajk na kolei?

Brak porozumienia w sprawie podwyżek w PKP Intercity.

Jak informuje Kolejowy Portal, nie uzgodniono podwyżek w PKP Intercity. Związkowcy zapowiadają dalsze formy protestu, nie wykluczając nawet strajku.

Od kilku miesięcy toczy się spór płacowy w PKP Intercity. Związki zawodowe domagają się podwyżki o 1000 zł brutto miesięcznie od 1 lipca dla pracowników objętych zbiorowym układem pracy oraz proporcjonalnego wzrostu płac dla pozostałych zatrudnionych. Jeden ze związków, Federacja Związków Zawodowych Kolejarzy, dopuszcza podwyżkę nieco niższą, w kwocie 800 zł.

Zarząd firmy nie zgadza się na takie żądania. Zaproponował podwyżkę o 700 zł, ale rozłożoną na dwie raty: 350 zł od 1 września oraz drugie tyle drugie tyle po wyrażeniu zgody przez związki na takie zmiany w zakładowym zbiorowym układzie pracy, które zmienią część zasad zatrudnienia w sposób niekorzystny dla pracowników. Jako alternatywę zaproponowano także podwyżkę o 350 zł brutto oraz wprowadzenie premii frekwencyjnej w maksymalnej wysokości kolejnych 350 zł.

Związkowcy odrzucili taką propozycję i wskazali, że nieprawidłowe pod względem formalnym jest samo łączenie negocjacji w sprawie podwyżek z tymi w sprawie zmian w zasadach zatrudnienia. Negocjacje zostały zakończone. Związki zawodowe rozpoczynają procedurę sporu zbiorowego. Zapowiadają, że brak realizacji zgłoszonych żądań skutkować będzie podjęciem dalszych działań przewidzianych prawem. Łącznie ze strajkiem.

Ratujcie nasze huty!

Ratujcie nasze huty!

Kolejny protest hutników w obronie przemysłu i miejsc pracy.

Jak informuje „Dziennik Zachodni”, w Rudzie Śląskiej pod Hutą Pokój odbył się wczoraj protest hutniczych związków zawodowych. Związkowcy m.in. blokowali ruch drogowy, aby zwrócić uwagę na swoją dramatyczną sytuację. Domagają się od rządu działań i wsparcia dla hutnictwa.

Sytuacja w branży jest bardzo trudna. Niedawno zadecydowano o wyłączeniu wielkiego pieca w Hucie Katowice. Maleje produkcja we wszystkich hutach w Polsce. Przyczyną jest duży wzrost importu stali z zagranicy, w tym z Ukrainy. Jest ona tańsza wskutek tego, że hutnictwo poza Unią Europejską nie ponosi takich kosztów opłat emisji dwutlenku węgla – ani za bezpośrednią produkcję, ani za zakup energii i węgla potrzebnych do wytwarzania stali.

Protestujący mieli transparenty z napisami „Stop napływowi taniej stali ze wschodu!” i „Polskie czołgi z polskiej stali”. Jeden z organizatorów protestu, Mariusz Latka ze związku „Sierpień ‘80”, mówił: „Sytuacja w branży staje się w dramatyczna. Jeżeli natychmiast nie otrzymamy wsparcia i decyzji na szczeblu premiera, to w ciągu dwóch trzech miesięcy nie będzie czego zbierać. Nie jesteśmy dzisiaj konkurencyjni. Huta Pokój Profile, Huta Pokój Konstrukcje nie mogą znaleźć żadnych kontraktów. Huta Pokój Profile sprzedaje produkty po takiej cenie, że nie przynosi to rentowności. Mamy napływ taniej stali ze wschodu, która nie jest obciążona takimi kosztami jak nasza. W ciągu pięciu lat ceny energii dla przemysłu energochłonnego w Polsce wzrosły o 80 proc.”.

Protestujący apelowali do rządu o zablokowanie importu stali ze wschodu, tak jak wcześniej uczyniono ze zbożem. Związkowcy uważają, że stal przybywa nie tylko z Ukrainy, ale także, mimo sankcji, z Rosji, za pomocą jej „legalizacji” w Kazachstanie.

Zapowiadają podjęcie bardziej radykalnych protestów, jeśli rząd szybko nie podejmie działań.

Szkodliwa reforma

Szkodliwa reforma

Duża centrala związkowa krytycznie ocenia sejmowe zmiany w szpitalnictwie.

Ogólnopolskie Porozumienie Związków Zawodowych informuje na swojej stronie internetowej:

OPZZ negatywnie ocenia uchwalone przez Sejm zmiany w sektorze szpitalnictwa w Polsce.

To ustawa o konsolidacji i daleko idącej elastyczności przekształceń podmiotów leczniczych, zmianach profilu całości bądź części placówek, z pominięciem systemowego monitorowania tego procesu. Regulacji nie przyświecała refleksja o skutkach zmian dla pacjentów i pracowników; nie poprzedzono jej diagnozą potrzeb zdrowotnych ani wzmocnieniem kontroli nad procesami własnościowymi w ochronie zdrowia.

Ponad 2 letnie prace nad zmianami w sektorze szpitalnictwa zakończyły się uchwaleniem przez Sejm w dniu 5 sierpnia br. regulacji zmieniającej 2 ustawy: o świadczeniach opieki zdrowotnej finansowanych ze środków publicznych oraz ustawy o działalności leczniczej. Obecna wersja to trzecie podejście do reformy, uchwalone w ekspresowym tempie 2 tygodni, dziś – 7 sierpnia br. finał prac w Senacie. Uchwalona ustawa ma zasadniczy cel i intencję: realizację kamienia milowego Krajowego Planu Odbudowy i Zwiększania Odporności: „restrukturyzacja sektora szpitali poprzez konsolidację lub przeprofilowanie lub zmianę zakresu i struktury usług opieki zdrowotnej świadczonych przez szpitale (…) a także odpowiednią aktualizację sieci szpitali”.

Ustawa w ocenie OPZZ budzi wiele zastrzeżeń; dotyczą ona zarówno wybiórczych konsultacji społecznych na etapie prac rządowych, obszaru spraw pracowniczych, jak i dostępności pacjentów do świadczeń opieki zdrowotnej w przyszłości. O założeniach kolejnych zmian dyskutowano w szczególności z przedstawicielami dyrektorów szpitali, związkami pracodawców czy wybranymi organizacjami zawodowymi. Rada Dialogu Społecznego w roku ubiegłym domagała się rzetelnej dyskusji na temat reformy szpitalnictwa w Polsce, jednak przyjęty tryb konsultacji nie dawał skutecznej możliwości przedstawienia stanowiska. To poważna wada proceduralna, ustawa dotyczy bowiem szeregu spraw pracowniczych czy systemowych związanych z dostępnością.

OPZZ uważa, że ustawa nie przyniesie efektów poprawy dostępności do świadczeń zdrowotnych, a temu powinna przyświecać reforma szpitalnictwa. Brakuje kompleksowego spojrzenia na leczenie pacjenta, z praktycznym wdrażaniem opieki koordynowanej i racjonalnym finansowaniem, zgodnego z potrzebami zdrowotnymi pacjentów danego regionu. Przepisy zdecydowanie marginalizują zagadnienia pracownicze i pomijają ustawowe uprawnienia zakładowych organizacji związkowych odnośnie opiniowania i konsultowania wszelkich kwestii w tym zakresie, przykładowo: opiniowania planów naprawczych, zmian w strukturze zatrudnienia, wymiaru etatu, zmian miejsca czy warunków bądź organizacji pracy. Obecne przepisy nie gwarantują związkom zawodowym wypowiadania się w kwestiach pracowniczych.

Warto także przypomnieć, że strona społeczna reprezentowana w Radzie Dialogu Społecznego w listopadzie ub. roku protestowała wobec pomysłów wprowadzających możliwość łączenia samodzielnych publicznych zakładów opieki zdrowotnej ze spółkami kapitałowymi, oceniając ten proces jako wstęp do prywatyzacji sektora szpitalnego w Polsce. Obecna ustawa dopuszcza przejmowanie należności, zobowiązań oraz mienia na wypadek likwidacji samodzielnego publicznego zakładu opieki zdrowotnej, daje także wiele innych elastycznych możliwości przekształceń. Brak kontroli i monitorowania tego procesu może dalej pogłębiać dostępie do publicznej ochrony zdrowia w takich sytuacjach.

Senat kończy prace nad ustawą, której dalsze losy już tylko zależą od podpisu Prezydenta.

Będą podwyżki

Będą podwyżki

Udało się wynegocjować wzrost pensji i premii.

Jak informuje portal Tysol.pl, związek zawodowy odniósł sukces w negocjacjach płacowych w firmie Cobra Europe w Piekarach Śląskich. Komisja zakładowa „Solidarności”, która działa w zakładzie od czterech lat, nakłoniła zarząd firmy do podwyżek pensji i premii.

Płaca zasadnicza wzrośnie dla każdego zatrudnionego o 300 zł brutto od 1 stycznia 2026. Najniższa stawka na produkcji, dla osób zatrudnionych na okres próbny, nie będzie niższa niż 5 tys. zł brutto. Już od września wzrosną natomiast premie frekwencyjne. Miesięczna premia frekwencyjna zostanie podniesiona o 560 zł brutto i wyniesie 700 zł zamiast zaledwie 140 zł, a otrzymywać ją będą wszyscy pracownicy zamiast, jak dotychczas, wybranych grup.

„Solidarność” zrzesza w zakładzie 70 osób na niespełna 130 zatrudnionych, a liczebność związku udaje się utrzymać mimo sporej rotacji pracowników.

Nagle na bruk

Nagle na bruk

Nagła likwidacja oddziału firmy i zwolnienia grupowe.

Jak informuje portal Next.gazeta.pl, zapadła decyzja o likwidacji krakowskiego oddziału Aldi Financial Hub – należącego do sieci handlowej Aldi Nord, posiadającej sieć dyskontów. Decyzja zapadła nagle i nieoczekiwanie. Szok jest tym większy, że jednostka stanowi część nowego projektu Aldi Technology Support i powstała zaledwie rok temu.

Pracę ma wkrótce stracić 96 osób, głównie z działu finansowego. To jedna trzecia całej obecnej załogi. Zapadła też decyzja o likwidacji całego krakowskiego oddziału Aldi Financial Hub, ale nie jest jasne, co z jego pozostałymi pracownikami i czy stracą zatrudnienie w całej strukturze Aldi.

Pracownicy są zaskoczeni, gdyż firma jest nowa i jeszcze niedawno zatrudniała nowe osoby. Część z nich jest przekonana, że przyczyną zwolnień jest rozwój sztucznej inteligencji, coraz chętniej wykorzystywanej w biznesie tego rodzaju.

Od 1 stycznia do 31 lipca 2025 r. do Grodzkiego Urzędu Pracy w Krakowie zamiar przeprowadzenia zwolnień grupowych zgłosiło 27 firm, a planowana liczba zwalnianych wynosi 3666 osób. Oznacza to, że w ciągu siedmiu miesięcy 2025 roku skala zwolnień grupowych w Krakowie jest większa niż w całym 2024 roku.

Luminarze postępu w służbie kapitalizmu

Luminarze postępu w służbie kapitalizmu

Książka Catherine Liu „Luminarze postępu i cnoty. Rzecz przeciw profesjonalnej klasie menadżerskiej” przeszła w zasadzie niezauważona przez tych, których dotyczy. O ile nie cała tytułowa profesjonalna klasa menedżerska czyta eseje naukowo-humanistyczne, o tyle jej część, jak np. akademicy czy dziennikarze, już tak. A na pewno powinni. Z moich obserwacji wynika, że mało kto ze świata uniwersyteckiego słyszał o tej książce. Nic dziwnego, bo krytyka obu tych grup zawodowych, szczególnie pierwszej, akademickiej, to – wiadomo – myślozbrodnia i populistyczne uderzenie w elity, resentyment, ludomania etc. Książka Liu, a w zasadzie książeczka, gdyż jest niewielkich rozmiarów (do przeczytania w kilka godzin), dotyczy także tej grupy zawodowej, gdyż są oni częścią owej klasy.

Wieść o jej istnieniu nie rozeszła się w szerszych kręgach akademicko-intelektualnych, gdyż krytykuje tych, których powinno się wychwalać. Dlatego wygodniej zbyć ją milczeniem. Lepiej poczytać Didiera Eribona, bo on wprost mówi, „socjologicznie”, jak i zaświadczając własnym doświadczeniem, o swojej pogardzie wobec klasy ludowej. Eribon tak, albowiem klasa menedżerska, której częścią są akademicy, w pełni podziela (jawnie lub skrycie) ową pogardę. Liu nie, gdyż nie jest miło słyszeć krytykę samego siebie, tj. tego, że spora część akademickiego projektu wspiera to, co jakoby krytykuje, a czego jest częścią – twierdząc, że nią nie jest.

Liu twierdzi, i słusznie, że przyszedł czas, aby klasa menedżerska stawiła czoła swojej tożsamości jako klasy. I rozpoznała własną fałszywą świadomość, w której wierzy ona w siebie jako szlachetnego aktora historii (tytułowy luminarz postępu i cnoty) oraz złożyła samokrytykę, gdyż znakomicie służy ona kapitalizmowi oraz ideologicznie zniekształciła, wręcz wypaczyła lewicowy projekt oparty na solidarności z ekonomicznie wyzyskiwanymi. Jak pisze Liu: „Rozpoznając w kapitalizmie wroga, musimy też umieć wskazać i nazwać jego najbardziej fanatycznego nadwornego pochlebcę: profesjonalną klasę menedżerską”.

Po kolei jednak.

Kim jest profesjonalna klasa menedżerska?

To pracownicy umysłowi niebędący właścicielami środków produkcji, których główną funkcją w społeczeństwie jest reprodukcja kapitalistycznej kultury i kapitalistycznych stosunków klasowych. To klasa wynarodowionych licencjonowanych profesjonalistów złożonych z twórców przemysłu kulturalnego (pojęcie T. Adorno), dziennikarzy, naukowców, profesorów uczelni, inżynierów oprogramowania, lekarzy, prawników i bankierów – wszystkich odgrywających przywódcze role w dużych organizacjach.

Co poszło nie tak?

Liu twierdzi w swojej książce, a to jedna z jej podstawowych tez, że co najmniej od końca lat 60. XX wieku, czyli od kiedy sięga pamięcią, profesjonalna klasa menedżerska była zaangażowana w walkę klasową po stronie kapitalizmu, a przeciwko klasie robotniczej, którą de facto zdradziła. Zdradziła, choć nie zawsze tak było, albowiem na początku XX wieku była ona po stronie klasy robotniczej, broniąc jej przed ekonomicznym wyzyskiem. Była wtedy względnie bezinteresowna, nie musiała zabiegać o przychylność Kapitału, który by ją utrzymywał. Od lat 60. bez żadnej refleksji i wstydu proponuje natomiast swoje usługi i zasoby intelektualne Kapitałowi.

Słowem, kiedyś walczyli oni przeciwko takim robber barons jak np. Andrew Mellon, a dzisiaj stypendia jego fundacji są dla nich źródłem prestiżu i finansowania działań naukowych. Po prostu w pewnym momencie historii stanęli po stronie kapitalizmu, porzucając ideały socjalistyczne i lewicowe. Wybrali tych, którymi kiedyś pogardzali, aby dziś pogardzać kimś innym – klasą robotniczą. Zdradzili, przenieśli swoją lojalność z pracowników na Kapitał.

To wtedy doszło w Ameryce do podziału na „ciemnych” i „oświeconych”. Gdy ekonomiczna rzeczywistość i porządek społeczny obracają się na niekorzyść amerykańskich pracowników fizycznych, klasa menedżerska wybiera Kapitał i prowadzoną przeciwko klasie robotniczej wojnę kulturową, która zdaniem Liu zawsze była zastępczą wojną ekonomiczną.

Jaka jest funkcja profesjonalnej klasy menedżerskiej w kapitalistycznej kulturze?

Profesjonalną klasę menedżerską należy opisywać/scharakteryzować właśnie w perspektywie wojny kulturowej jako wojny klasowej pomiędzy postępowymi elitami a „populistycznym” „ciemnogrodem” klasy robotniczej. Od lat 60., czyli do czasu, kiedy „profesjonaliści” solidarnie stali po stronie ludzi pracy i wspierali ich w trudnej rzeczywistości, uznali samych siebie za najbardziej rozwinięte wcielenie gatunku ludzkiego. Zaczęli wyszydzać pracowników fizycznych – jednocześnie redukując ich etaty – za ich zły gust literacki, złą dietę, niestabilne rodziny, złe nawyki wychowawcze etc. Kolekcjonowali też wszelkie formy zsekularyzowanej cnoty. Jak pisze Liu o tej grupie: „W swoich wyszukanych upodobaniach i skłonnościach kulturowych znajduje uzasadnienie dla własnego poczucia wyższości nad codziennymi ludźmi z klasy robotniczej. Podczas gdy jej polityka sprowadza się do sygnalizowania cnót, nie kocha niczego ponad panikę moralną, którą podburza swoich członków co coraz bardziej bezsensownych form pseudopolityki i hiperpoprawności”.

Profesjonalna klasa menedżerska uwielbia zatem dyskusje o uprzedzeniach, rasizmie, widzialności i reprezentacji, tolerancji, faszyzmie – ale już nie o nierównościach społecznych, o kapitalizmie, o ekonomicznym wyzysku.

W takim ujęciu uważają oni siebie za bohaterów historii i postępu, stojąc w obronie i walcząc w imię bezradnych ofiar, lecz nie są już zainteresowani klasą robotniczą, gdyż ta nie zasługuje na ocalenie. Wynika to z faktu, że nie zachowuje się ona właściwie, albowiem nie jest zaangażowana politycznie lub jest źle zaangażowana.

Z tego względu głosy klasy pracującej przejmuje konserwatywna prawica, która – jak zauważa Liu – trafnie rozpoznała słabości „nowej” klasy. Kluczowym zarzutem ze strony konserwatystów wobec liberalnej klasy menedżerów jest ich pogarda dla reszty społeczeństwa, w tym klasy robotniczej, którą demonizują. Co więcej, stają się oni wręcz wrogami ludu i ludowych interesów klasowych, co można oddać słowami „Co mnie obchodzi zdanie biednych ludzi?”, wypowiedzianymi przez przedstawiciela warszawskich liberalnych elit – przedstawiciela profesjonalnej klasy robotniczej, który uważa siebie za lewicowca.

Ponadto najwyższa świecka cnota profesjonalnej klasy menedżerskiej, tolerancja, nie ma żadnego przełożenia politycznego ani ekonomicznego.

Liu nie popiera jednak konserwatywnej prawicy. Uważa, że projekt lewicowy (blisko jej do Berniego Sandersa) musi zwrócić się przeciwko profesjonalnej klasie menedżerskiej, ale nie z wykorzystaniem polityki tożsamości. Potrzeba nowego modelu intelektualisty – intelektualisty socjalistycznego, jak go nazywa. Powinien on odmówić noszenia płaszcza cnoty, erudycji i dystansu, a być przygotowanym na wejście w pole walki klasowej po stronie pracowników i wyzyskiwanych. Powinien odciąć się od gromadzenia kapitału oraz kolekcjonowania świeckich cnót, odciąć się od kryptopurytańskiej regulacji ludzkich popędów i relacji. Nie bać się wykluczenia, gdy będzie podążał za socjalistycznymi ideałami. Klasa menedżerska kontroluje dużą część naszego życia oraz grozi heretykom pozbawieniem prestiżu i zarobku. Intelektualista lewicowy musi być odważny i gotowy do poświęcenia i ofiary, a nie – jak ma to miejsce teraz – usłużny i sklejony z Kapitałem w imię swojego dobrego życia, wygody symbolicznej i ekonomicznej.

Wspomniałem wcześniej o Eribonie, którego „Powrót do Reims” był chętnie czytany i dyskutowany w murach akademii. Nikt z komentujących jego książkę nie zwrócił uwagi, że oprócz pierwszoplanowej narracji osobistej, podbudowanej zapleczem socjologii refleksyjnej, ma ona także polityczny wymiar, w którym Eribon przyznaje, iż projekt lewicowy ulegał degradacji (szerzej patrz: https://nck.pl/upload/2024/08/kw_4-2023-pojechac-do-tej-miesciny.pdf). Jest jednak tak skupiony na swoim doświadczeniu i swojej traumie, że nie potrafi tego, co proponuje Liu, czyli dokonania klasowej samokrytyki. Wynika to z faktu, że klasa ludowa po prostu go brzydzi. Pogarda sprawia, że nie można stanąć po stronie tej klasy. Pogardzani wiedzą i na każdym kroku odczuwają tę pogardę. Z tego względu będą głosowali zawsze przeciwko profesjonalnej klasie menedżerskiej, co jest z ich perspektywy uzasadnione i racjonalne. Samokrytyka, jeśli naprawdę chcemy coś zmienić, a piszę to jako pracownik uniwersytetu, musi zacząć się od rozbrojenia pogardy klasowej.

dr Michał Rydlewski

Grafika w nagłówku tekstu: Mohamed Hassan from Pixabay.

Będzie gorzej?

Będzie gorzej?

Analitycy wskazują na negatywne sygnały z rynku pracy.

Jak informuje TVN24, istnieją poważne przesłanki, aby obawiać się wzrostu bezrobocia w Polsce. Mówi o tym Wskaźnik Rynku Pracy. To miara informująca z wyprzedzeniem o spodziewanych tendencjach w zatrudnieniu. Biuro Inwestycji i Cykli Ekonomicznych informuje, że w lipcu Wskaźnik Rynku Pracy wzrósł do 70,3 pkt. z 69,2 pkt. w czerwcu. Ten wzrost to negatywne zjawisko.

„Od grudnia 2024 wskaźnik wzrósł o 4 punkty, a jego spadek odnotowano w tym okresie tylko raz – w lutym br.” – piszą analitycy. „Dane z powiatowych urzędów pracy wskazują, że w czerwcu liczba nowych ofert rejestrowanych w PUP spadła o niemal 50 proc. w ujęciu miesięcznym i stanowiła zaledwie 33 proc. napływu ofert odnotowanego w czerwcu 2024 roku” – informuje raport.

W czerwcu spowolnił wobec maja wskaźnik podejmowania pracy przez osoby bezrobotne. To sytuacja nietypowa, bo corocznie tendencja była odwrotna ze względu na rozpoczynanie letnich prac sezonowych. W raporcie czytamy: „Dodatkowo dane z Barometru Ofert Pracy również potwierdzają pogorszenie sytuacji – czerwiec był trzecim z rzędu miesiącem spadku liczby internetowych ogłoszeń o zatrudnieniu”.

Chcą kolei

Chcą kolei

Trzy samorządy lokalne łączą siły w celu przywrócenia połączeń kolejowych.

Jak informuje portal Pless.pl, władze trzech samorządów lokalnych – Pawłowic, Jastrzębia-Zdroju i Żor – chcą wspólnie dopominać się o odbudowę połączeń kolejowych, które miałyby przebiegać między tymi miejscowościami oraz umożliwiać przejazdy na innych trasach, w tym do stolicy województwa – Katowic.

Od pewnego czasu planowane jest przywrócenie połączeń między tymi miejscowościami. Jastrzębie-Zdrój to największe w Polsce miasto bez połączeń kolejowych, które zlikwidowano w roku 2001. Do niedawna istniały konkretne plany przywrócenia połączeń lokalnych między tymi miejscowościami. Niestety po zmianie władze plany te przestano realizować – pisaliśmy o tym niedawno: https://obywatel3.macmas.pl/2025/07/21/ciecie-kolei-plus/

Obecnie władze wspomnianych miejscowości postanowiły zacieśnić współpracę w celu wywierania presji na odbudowę połączeń. List intencyjny w tej sprawie podpisali 18 lipca prezydenci i wójtowie. „Naszym wspólnym priorytetem jest poprawa dostępności komunikacyjnej. Jastrzębie-Zdrój, Żory i Pawłowice muszą być integralną częścią regionalnej siatki połączeń kolejowych i dołożymy wszelkich starań, by aktywnie tworzyć ten proces. Mieszkańcy potrzebują kolei teraz, a nie za dziesięć lat. W Jastrzębiu-Zdroju czekamy na nią zbyt długo. Wierzę, że wspólny głos trzech samorządów będzie silniejszy i pozwoli nadać inwestycji właściwą dynamikę i tempo” – powiedział prezydent Jastrzębia-Zdroju, Michał Urgoł.

Waldemar Socha, prezydent Żor, dodaje: „Kolej to transport przyszłości – ekologiczny i efektywny. Dobrze zaprojektowany jest alternatywą dla samochodów i może odciążyć nasze drogi. Inwestycja ma także wymiar gospodarczy, gdyż przebiega przez tereny Katowickiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej zlokalizowane w Żorach i Pawłowicach. Dodatkowe przystanki mogą znacząco poprawić codzienną mobilność pracowników”.

Ma być taniej

Ma być taniej

Prezydent Trump zażądał od koncernów farmaceutycznych obniżenia cen lekarstw.

Jak informuje TVN24, Donald Trump wezwał siedemnaście największych amerykańskich firm farmaceutycznych do obniżenia cen leków na receptę do poziomu cen, za które te same firmy sprzedają te same lekarstwa w innych krajach. To ciąg dalszy batalii rozpoczętej w maju. Trump wydał wtedy rozporządzenie o obniżaniu cen lekarstw, a obecnie domaga się realizacji tych żądań od koncernów farmaceutycznych.

Trump twierdzi, że dotychczasowe reakcje biznesu nie są satysfakcjonujące i polega albo na pozornych ruchach, albo na oczekiwaniu dopłat z budżetu USA. Prezydent wskazuje, że mowa o firmach, które poza granicami Stanów Zjednoczonych oferują te same lekarstwa taniej. Trump oczekuje, że koncerny będą sprzedawały je w USA po najniższych cenach spośród tych, jakie za ten sam produkt otrzymują na rynkach innych krajów OECD, czyli rozwiniętych państw świata. Obniżka cen ma dotyczyć przede wszystkim lekarstw na receptę zapisywanych w rządowym programie Medicaid oraz nowych, skutecznych lekarstw wprowadzanych na rynek.

Do 29 września Trump dał koncernom czas na przedstawienie wiążących deklaracji dotyczących obniżenia cen lekarstw. „Jeśli odmówicie współpracy, użyjemy wszystkich dostępnych narzędzi, by chronić Amerykanów przed nieuczciwymi praktykami cenowymi” – napisał Trump. Adresatem jego wezwania są m.in. koncerny Eli Lilly, Sanofi, Regeneron, Merck & Co, Johnson & Johnson i AstraZeneca. W przypadku niespełnienia żądań, Trump grozi im wprowadzeniem ustawowej regulacji cen lub masowym importem tańszych lekarstw.

Blokada nieuczciwej konkurencji

Blokada nieuczciwej konkurencji

Związkowcy blokowali dzisiaj terminal w Sławkowie w proteście wobec napływu taniej stali z Ukrainy.

Kilka związków zawodowych zorganizowało dzisiaj ponad podziałami wspólny protest. Wzięły w nim udział m.in. związki zrzeszone w Federacji Związków Zawodowych Metalowców i Hutników w Polsce oraz WZZ Sierpień ’80. Protestowali przeciwko napływowi na polski rynek taniej stali z Ukrainy. Protestujących hutników wsparli związkowcy z górnictwa.

Protestujący alarmują, że napływ taniej stali ukraińskiej zagraża miejscom pracy w polskim hutnictwie i przemyśle metalowym. Produkcja stali w Polsce maleje z powodu napływu tańszej stali z Ukrainy, a także z innych krajów spoza UE. Stal wytwarzana poza Unią jest tańsza, gdyż jej producenci nie ponoszą wysokich kosztów związanych z normami środowiskowymi, a przede wszystkim opłat klimatyczno-emisyjnych z produkcji stali oraz z produkcji węgla i prądu używanych do jej wytwarzania. W efekcie Polska i Unia tracą przemysł i miejsca pracy, a celu ekologicznego i tak nie udaje się osiągać, gdyż napływa do nas „emisyjna” stal z innych krajów.

Protestujący apelowali o przeciwdziałanie takiemu importowi. Protest miał miejsce w terminalu w Sławkowie, gdzie kończy się kolejowy szlak eksportowy ze wschodu. Wzięło w nim udział ponad 100 przedstawicieli różnych związków i zakładów. Związkowcy alarmowali, że jeśli nie zostaną podjęte odpowiednie działania, polski przemysł hutniczy czeka zagłada. Wskazywali na przykład Huty Katowice, która przed kilkoma dniami zdecydowała o wyłączeniu jednego z dwóch wielkich pieców z powodu malejącego popytu na krajową stal wskutek dużego i stale rosnącego importu.

W przypadku braku działań rządu protestujący zapowiedzieli bardziej radykalne działania.

Hutnicy chcą gwarancji

Hutnicy chcą gwarancji

Komitet Protestacyjny domaga się gwarancji zatrudnienia.

Jak informuje portal Tysol.pl, w zakładzie ArcelorMittal Poland w Dąbrowie Górniczej (dawna Huta Katowice) powstał Komitet Protestacyjny złożony z przedstawicieli związków zawodowych działających w zakładzie. To odpowiedź na niedawno ogłoszone zamiary władz huty.

Przed kilkoma dniami zarząd zakładu ogłosił plany czasowego wyłączenia jednego z dwóch wielkich pieców. Ma to być spowodowane trudną sytuacją rynkową i malejącym popytem na wyroby stalowe wskutek narastającego importu do Unii Europejskiej, w tym do Polski. Władze firmy zapowiadają, że wyłączenie pieca ma być tymczasowe i że zostanie on ponownie uruchomiony, gdy koniunktura ulegnie poprawie.

Związkowcy i pracownicy obawiają się jednak, że wyłączenie pieca może mieć charakter trwały, jak stało się to przed kilkoma laty w należącej do tego samego koncernu Hucie im. Sendzimira w Nowej Hucie. W efekcie pracę straciło tam 650 osób. Komitet Protestacyjny domaga się gwarancji zatrudnienia dotychczasowej załogi, w tym osób obsługujących wygaszany wielki piec. Przedstawiciele związków chcą także gwarancji ponownego uruchomienia instalacji, gdy tylko wzrośnie zapotrzebowanie na wyroby stalowe. Wczoraj odbyło się pierwsze spotkanie z władzami firmy, wkrótce ma dojść do kolejnych.

Komitet Protestacyjny uzależnia przebieg i scenariusz dalszych działań od decyzji firmy.

ArcelorMittal to największy producent stali w Polsce. Zatrudnia w naszym kraju ok. 10 000 osób.

Zbrodnia (1920)

Zbrodnia (1920)

Z Paryża nadeszła wiadomość o ohydnej zbrodni, którą popełnili nadzbóje, wszechwładnie rządzący światem kapitalistycznym, Millerand, Lloyd George i spółka. Rozstrzygnięto spór cieszyński w sposób tak stronniczy, że nawet najbezczelniej przez żandarmów czeskich sfałszowany plebiscyt nie byłby gorzej popsuł sprawy. Dano Czechom całe zagłębie, dano im nawet Karwinę i Górną Suchą, które się tak bohatersko przeciw najazdowi czeskiemu broniły. Dla dogodzenia swawoli czeskiej przepołowiono i zrujnowano miasto Cieszyn. Dano Czechom Trzyniec, ten dzielny, tak świadomie polski Trzyniec, gdzie każdy kamień krzyczeć, każda bryła rudy wyć będzie przeciw tej zbrodni. Dano Czechom Jabłonków wraz z jego rdzennie polską okolicą, dano wierne Nawsie polsko-ewangelickie, zaprzedano im polskie Beskidy. Ażeby zaś już żadnego ułagodzenia tej krwawej krzywdy nie było, oddano Czechom także oba stoki Tatr wysokich.

Wszystko to, co prawda, nie na długo. Żadne bowiem łajdactwo eks-socjalisty, a obecnego prześladowcy francuskiego ruchu robotniczego Milleranda, żadna zbrodnia byłego radykała, a obecnego sługusa magnatów angielskich Lloyd George’a nie potrafi nadać trwałości tej śmiesznej łataninie, jaką jest republika czesko-niemiecko-słowacko-madziarsko-rusińsko-polsko-rumuńska. Do dwóch lat ta łatanina pstrokata się rozleci, a wtenczas polski lud pracujący odbierze, co jego prawowitą własnością jest i pozostanie.

Nie boimy się więc o przyszłość polskiego Śląska. Niedorzeczne „mocarstwo” wielkoczeskie pryśnie jak bańka mydlana, a Polska Polską będzie i z woli ludu odbierze, co swoje.

Ale ciężkie i gorzkie dni czekają dwieście tysięcy zaprzedanych Polaków pod czeskim jarzmem!

Pewno że naród polski, który cały przetrwał sto pięćdziesiąt lat niewoli, przetrwa i tę nową klęskę. Ale na razie ta klęska na nas spadła, więc zastanówmy się: jak się to mogło stać?

Gdyby istotnie wiążącą ustawą świata, a nie pośmiewiskiem wszystkich przebiegłych łotrów były szlachetne zasady Wilsona – nie mogłoby się to stać.

Gdyby naprawdę obowiązującym prawem było samostanowienie narodów – nigdy by się to stać nie mogło.

Zdeptano wolę górników i hutników polskich, którzy z bronią w ręku, śmiało patrząc w oczy śmierci, na ochotnika szli odpierać najazd czeski na swoją ziemię ojczystą. Uczyniono to nawet bez tej wymówki, że trzeba koniecznie tak uczynić dla zabezpieczenia istnienia i dobrobytu narodu czeskiego. Bo wszak dowiedliśmy Czechom bodaj dwadzieścia razy z rzędu, że ani do istnienia, ani do dobrobytu im naszych polskich gmin na Śląsku nie trzeba, że węgla mają gdzie indziej dość, że połączenia kolejowe między Morawami a Słowacczyzną mają gdzie indziej, że zresztą z łatwością mogą sobie wybudować przynajmniej dwa dalsze połączenia. Dogodzono więc po prostu nienasyconej chciwości Czechów, aby ich wynagrodzić za to, że podczas wojny pomagali koalicji rozbić Austrię. Za tę zasługę nie tylko im darowano polską ziemię, której żaden francuski minister nie miał prawa darować, ale darowano im także dwieście tysięcy żywych Polaków jako niewolników.

A przecież podobno wojnę światową prowadzono o to właśnie, żeby miecz zdobywcy brutalną przemocą nie rozcinał żywych narodów i ich obszarów, nie oddawał ludności wbrew jej najświętszym uczuciom pod obce jarzmo. Wojnę, tak ustawicznie głosili obecni zwycięscy, wojnę przeciwko Niemcom prowadzi się w imię samostanowienia narodów. A teraz ci sami zwycięzcy wprost swawolnie to samostanowienie depczą!

Wojnę, tak również od sześciu lat nieustannie głoszono, prowadzi się o nie tykalność umów międzynarodowych. Niemcy naruszyli umowę o neutralności Belgii, ogłosili tę świętą umowę za „marny świstek papieru” – więc ich za to srodze ukarano i srogą tą karą przywrócono porządek boski na ziemi.

A umowa z 5 listopada? [autor ma na myśli podpisaną 5 listopada 1918 roku umowę, sygnowaną przez przedstawicieli polskiej Rady Narodowej Śląska Cieszyńskiego oraz czeskiej Narodowej Rady Ziemi Śląskiej. Mówiła ona o tymczasowym podziale tego regionu mniej więcej wedle kryterium etnicznego. Na jej mocy Polsce przypadła znaczna część spornych terenów, z powodu dużej przewagi liczebnej ludności polskiej. Ostateczne rozstrzygnięcie ws. przebiegu granicy miało zapaść na szczeblu umów międzypaństwowych z wykorzystaniem plebiscytu na tym obszarze. Nie doszło do tego nigdy, gdyż w styczniu 1919 Czesi najechali ten teren zbrojnie, a w lipcu 1920 roku, czego dotyczy niniejszy tekst, sporny teren przyznano Czechosłowacji – przyp. redakcji Nowego Obywatela].

Tę umowę Czesi złamali nie mniej swawolnie, nie mniej zbrodniczo, niż Niemcy umowę o Belgię. A za to ich nie ukarano, za to ich wynagrodzono, i to z królewską hojnością!

Wspaniałe huty żelazne w Trzyńcu, niezmiernie cenne kopalnie i koksownie karwińskie, źródła lecznicze darkowskie, pół Cieszyna, Jabłonków, Beskidy, tudzież arcyważny węzeł kolejowy bogumiński i samą kolej bogumińsko-koszycką, ułatwiającą im trzymanie pod jarzmem buntujących się Słowaków – to wszystko otrzymali Czesi pomimo to, a może raczej właśnie dlatego, że tak bezwstydnie złamali dobrowolnie z nami zawartą umowę z 5 listopada 1918 roku.

Jeśli więc nie chodzi ani o samostanowienie narodów, ani o nietykalność umów – więc o cóż chodzi właśnie? Chyba tylko o prastarą zasadę wszystkich barbarzyńców, że „łup do zwycięzców należy”!

Ależ najcelniejszym orędownikiem tej zasady był przecież Wilhelm II, cesarz niemiecki i król pruski!

Jeśli więc światem nadal mają rządzić zasady Wilhelma II, to po cóż była wojna światowa? Po co spustoszono tyle krajów, po co wywołano powszechną nędzę, po co zabito miliony ludzi?

W. G.

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w piśmie „Robotnik Śląski. Organ Polskiej Partii Socjalistycznej” nr 163/1920, Frysztat, 30 lipca 1920 roku. Od tamtej pory nie był wznawiany, poprawiono pisownię według obecnych reguł. Tekst publikujemy w 105. rocznicę decyzji aliantów o przyznaniu Czechosłowacji większościowo polskiej części Śląska Cieszyńskiego. Zdjęcie w nagłówku tekstu: Uchodźcy z Zaolzia składają wieniec na Grobie Nieznanego Żołnierza w Zawierciu. Ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego.

Pociągi wracają

Pociągi wracają

W grudniu po wielu latach przerwy pociągi wrócą do miasta powiatowego.

Od 15 grudnia Koleje Śląskie wprowadzają pociągi obsługujące Kłobuck – 12-tysięczne miasto powiatowe nieopodal Częstochowy. Oznacza to, że pociągi osobowe wrócą do tego miasta po ponad 12 latach przerwy.

Plany wznowienia skomunikowań kolejowych Kłobucka ze światem powracały od lat. Ostatnie pociągi pasażerskie obsługiwały tę stację 1 czerwca 2013 roku. W 2019 pojawiły się zapowiedzi spółki PKP Intercity, że od roku 2027 stacja w Kłobucku byłaby postojem dla pociągów dalekobieżnych na linii nr 131. W roku 2024 dzięki zaangażowaniu władz powiatu kłobuckiego rozpoczęto remont peronów na tej stacji, który został sprawnie wykonany. Opuszczony i wymagający remontu jest natomiast budynek dworca, nieużywany od lat.

Od kilkunastu miesięcy była mowa o wznowieniu połączeń do i z tej stacji w roku 2026. Okazuje się jednak, że nastąpi to wcześniej. Koleje Śląskie już 15 grudnia, w nowym rozkładzie jazdy, przewidziały wznowienie ruchu pasażerskiego na stacji Kłobuck. Codziennie będzie to 8 par pociągów – osiem wyjazdów i osiem przyjazdów. Przede wszystkim na trasie Chorzew Siemkowice – Chorzów Batory przez m.in. Bytom, Tarnowskie Góry i węzeł kolejowy Herby. Część kursów umożliwi przesiadki do Łodzi, Katowic i na lotnisko w Pyrzowicach. Przejazd z północnej części województwa śląskiego do Chorzowa Batorego w centrum aglomeracji górnośląskiej potrwa 40 minut.

Zdjęcie w nagłówku tekstu: Autorstwa Kamil Czaiński – Praca własna, CC BY-SA 4.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=147444737