przez redakcja | wtorek 7 października 2025 | aktualności
Zwolnienia grupowe w PKP Cargo były bezprawne – orzekł sąd.
Jak informuje portal Tysol.pl, zwolnienia grupowe w PKP Cargo zostały przeprowadzone z naruszeniem prawa. Tak orzekł Sąd Rejonowy w Katowicach. Zdaniem sądu złamano art. 314 prawa restrukturyzacyjnego. Mówi on, iż zaplanowane zwolnienia grupowe należy uwzględnić w planie restrukturyzacji danego przedsiębiorstwa. PKP Cargo w ogóle nie posiadało planu restrukturyzacji, gdy podjęło zwolnienia grupowe. Plan restrukturyzacji powstał wiele miesięcy później.
Proces w tej sprawie toczył się z powództwa jednej z kobiet zwolnionych z PKP Cargo. Była ona wspierana przez prawników regionu śląsko-dąbrowskiego „Solidarności”. Sąd uznał, że należy jej się odszkodowanie za zwolnienie z naruszeniem prawa, a PKP Cargo w ogóle nie mogło przeprowadzić zwolnień grupowych w tamtym momencie, nie mając przygotowanego planu restrukturyzacji. Taki plan przygotowano znacznie później, dopiero w czerwcu 2025 roku.
Pierwsza fala zwolnień grupowych w PKP Cargo objęła 2515 osób. Mogą one ubiegać się o podobne odszkodowania, jak pracownica, która wygrała sprawę w sądzie.
W dodatku, jak informuje Paweł Szczepańczyk, prawnik śląsko-dąbrowskiej „Solidarności”, również kolejne fale zwolnień grupowych w PKP Cargo wydają się w świetle omawianego wyroku pozbawione podstaw prawnych. Plan restrukturyzacyjny PKP Cargo nie został bowiem aż do chwili obecnej zatwierdzony przez sędziego komisarza. Wcześniej sąd w Warszawie uznał z kolei, że bezprawne było zwolnienie z PKP Cargo w procedurze zwolnień grupowych jednego z działaczy związkowych objętego szczególną ochroną przed zwolnieniem.
przez redakcja | poniedziałek 6 października 2025 | aktualności
Pracownicy PKP PLK obawiają się zwolnień.
Jak informuje Wirtualna Polska, pracownicy spółki PKP Polskie Linie Kolejowe boją się zwolnień. Szefostwo spółki zapowiada bowiem „reorganizację” jej struktury.
W firmie ma się dokonać „integracja”. Polega ona na tym, że zamiast 23 regionalnych zakładów spółki ma pozostać tylko 17, a pozostałe sześć zostanie włączonych do jednej z tych, które przetrwają. Wśród likwidowanych samodzielnych oddziałów mają być te w Ostrowie Wielkopolskim, Wałbrzychu, Nowym Sączu, Skarżysku-Kamiennej, Siedlcach i Częstochowie. Władze firmy uważają, że takie zmiany dostosują strukturę do podziału administracyjnego kraju i liczby województw. Wyjątkiem ma być woj. śląskie, gdzie planuje się pozostawić dwa zakłady.
Szefostwo PKP PLK twierdzi, że nikt nie straci pracy. Jednak pracownicy i związkowcy uważają, że to nierealne. Boją się centralizacji, która wymusi uciążliwe i długie dojazdy do pracy, a część osób pozostawi bez zatrudnienia. Zaniepokojeni są na przykład pracownicy biurowi z dotychczasowego oddziału w Ostrowie Wielkopolskim, których jest stu.
Związkowcy zapowiadają protest 15 października w Warszawie.
przez Michał Rydlewski | niedziela 5 października 2025 | opinie
Klasyczna polska etnografia dzieliła kulturę na trzy sfery: kulturę materialną, kulturą społeczna oraz kulturę duchową. W czasie studiów najnudniejsza wydawała mi się ta pierwsza. Do dzisiaj pamiętam lekturę pierwszego tomu „Kultury ludowej Słowian” Kazimierza Moszyńskiego, dotyczącego tej właśnie sfery kultury. Jej znajomość obowiązywała na egzaminie z przedmiotu „Etnografia Polski”. Było to nudne, gdyż trzeba było uczyć się m.in. budowy narzędzi używanych w kulturze ludowej, które w czasie lektury można było zobaczyć tylko w muzeach etnograficznych i w skansenach jako relikty czy też materialne dziedzictwo kulturowe.
Moje podejście do rzeczywistości materialnej zmieniło się jednak na przestrzeni ostatnich lat. Stało się tak nie za sprawą modnego „powrotu do rzeczy”, posthumanistycznego zwrotu ku materii czy też jakiejś naukowej refleksji. Powodem jest proces mojego starzenia się, a wraz ze mną starzenia się świata rzeczy, z którymi byłem zżyty. Moi towarzysze życia codziennego i milczący bracia mniejsi przygarbili się, a ich oblicza pokryły zmarszczki – rysy powstałe w wyniku zużycia.
Kilka lat temu byłem w Muzeum Narodowym we Wrocławiu i zobaczyłem eksponat, którym był komputer Atari. W latach dzieciństwa służył mnie i moim kolegom do grania w gry absolutnie prymitywne z dzisiejszego punktu widzenia. Komputer trzeba było podłączyć do telewizora, by ten drugi spełniał funkcję ekranu. Później wgrać grę przy specyficznych piskach mini magnetofonu-wgrywarki. Przy tym zachować absolutną ciszę, aby się udało (dziecięca praktyka magiczna). Pomyślałem: „Jak to? To przecież było tak niedawno, to nie są stare rzeczy! Stare rzeczy to lemiesze, pługi i inne takie narzędzia, ale nie mój Atari”.
Zdałem sobie sprawę, że czas nie tylko przyśpieszył, i to nie ja będę wyznaczał, co jest, a co nie jest stare, lecz upływający i umykający mi czas spowodował destrukcję tamtego świata rzeczy, które, jak w książce Marty Kozłowskiej „Berdyczów”, po prostu poznikały. Wskazujące palce i jawne drwiny szkolnej wycieczki z muzealnego Atari uświadomiły mi, jak bardzo przeszłość stała się innym światem i jak trudno uwierzyć, że była kiedyś czyimś zwykłym namacalnym światem, a nie obiektem zamkniętym w gablocie i służącym do oglądania.
Kto z tych nastolatków wiedziałby, jak wgrać grę? Jak używać innych rzeczy z przeszłości? Wiadomo: żaden. Dobrym przykładem jest kaseta magnetofonowa, co z taką lubością pokazują memy, aby choć na chwilę dać starszemu pokoleniu poczucie wiedzy tajemnej – niedostępnej dla cyfrowych tubylców; pokazać, że kultura prefiguratywna (pojęcie M. Mead), czyli taka, w której to młodzi uczą starszych, jest tylko pozorna.
Stare rzeczy mogą powracać do żywych, być reanimowane w naszych praktykach tylko na zasadzie retro sentymentu, nostalgii za „starymi dobrymi czasami”. Co więcej, tych czasów trzeba fizycznie dotknąć, gdyż wirtualność spowodowała odrzeczowienie rzeczy – z tego to m.in. względu lepiej posłuchać płyty gramofonowej niż odtworzyć daną piosenkę na laptopie. To sekwencja fizycznych czynności i kontaktu z materią, nawet trzasków i niedoskonałości, daje nam zadowolenie wynikające być może z jakiejś chęci powrotu do (jakoby) autentycznego świata cielesnego doświadczenia.
Granie na Atari obejmowało m.in. zapisywanie na kartkach wyników, tj. czasowych osiągnięć poszczególnych graczy (kto szybciej dojedzie do mety samochodem zbudowanym z kilku kwadratów), wymienianie się grami, wzajemne odwiedzanie się w celu wspólnej gry. Dobrze ukazał tę dziecięcą społeczność graczy i ich praktyki mocno osadzone w materialności oraz, co ważniejsze, emocjonalną chęć powrotu, znany mem (traktuję tę formę komunikacji jako tekst kultury). Mężczyzna mówi, że chciałbym spotkać się z kolegami, jego żona czy partnerka, odpowiada: to idź. Widzimy chmurkę jego myśli, w których jako dziecko gra z kolegami. „Tam już nie da się pójść” – mówi.
Inny mem przedstawia nastolatków grających w piłkę nożną, z podpisem „Gdyby ktoś z nas wiedział, że to już ostatni wspólny mecz”. Te wspólne mecze zawsze pojawiają się przy okazji spotkań z moimi złotoryjskimi kolegami, z którymi graliśmy w piłkę „na zawodówce”, choć nikt nie pamięta ostatniego meczu, bo przecież – właśnie – nikt nie wiedział, że to ten ostatni, jak i tego, że te mecze są dużo ważniejsze niż się wtedy wydawało. Ich ważność potęguje się z upływem czasu.
Mogę z łatwością, z naukowego punktu widzenia, opisać mechanizmy mityzacji rzeczywistości, idealizacji przeszłości etc., pomądrzyć się z wyżyn akademickiego dyskursu, ale faktem jest, że mniejszy stopień zmediatyzowania wymuszał bliższe i by tak powiedzieć, bardziej gorące kontakty osobiste, swoistą formę towarzyskości, budowania koleżeństwa i przyjaźni. Co więcej, one są stosunkowo trwałe, mam bowiem więcej kolegów i przyjaciół z podstawówki niż ze studiów – i to nawet pomimo różnic światopoglądowych czy klasowych. To po pierwsze.
Po drugie, uważam, że w tej nostalgii nie ma niczego złego, nawet jeśli nostalgiczna uczuciowość nie ma swojej reprezentacji, a znaczenie danego wydarzenia jest nadawane po jego zniknięciu. W tym sensie przedmiot nostalgii jest swoistym symulakrum, tj. znakiem bez odniesienia (pojęcie J. Baudrillarda). Z tego względu nostalgia jest zresztą łatwa do zaatakowania i wyśmiania, albowiem ktoś często tęskni za czymś, co staje się obiektem tęsknoty dopiero po czasie.
Podam przykład, który zobrazuje co mam na myśli. Jako dziecko oglądałem dobranockę „Miś Uszatek”. Pamiętam, jak Mama wolała: „Michaś, bajka”. Bajka jak bajka, leciała w telewizji to oglądałem, nie stawiałem jej wyżej ani niżej od późniejszych „Brygady RR” czy „Gumisiów”. Przypomnę, że był to czas, w którym to ja musiałem się dostosować do pory oglądania, co nadawało dniu odpowiedni rytm. Od kiedy mieliśmy video (lata 90.) można już było nagrywać z telewizji, ale dotyczyło to raczej filmów sensacyjnych niż bajek. Reżim programu telewizyjnego, a od 1993 roku wspomagany „Tele tygodniem”, dawał jakiś swoisty urok odświętnego wyczekiwania oraz budował odpowiednie rytuały wśród telewidzów i całych rodzin.
Słowem, „Miś Uszatek” był po prostu bajką mojego dzieciństwa, której oglądaniem kończyłem dzień. Dzisiaj, gdy ją oglądam, robię to inaczej niż wtedy, gdyż wiem, że czas dzieciństwa już przeminął. Miś Uszatek nie jest tym samym Misiem Uszatkiem, choć on się wcale nie zmienił, może z tą różnicą, że oglądam go na innym nośniku. Zmieniłem się ja. Widząc dzisiaj tę bajkę – widzę siebie małego, którego nie mogłem zobaczyć wtedy, gdyż jeszcze nie dorosłem. Jednego misia od drugiego dzieli czas. Tęsknię za Misiem Uszatkiem, bajką, która we mnie-dziecku nie budziła szczególnych emocji, albowiem żeby za czymś tęsknić, trzeba obiekt tęsknoty utracić, ale nie w sensie fizycznym, lecz czasowym. Czas go zmienia, tęsknię zatem za czymś, co w chwili dziania się nie istniało, gdyż dorosły Michał to nie mały Michaś.
Podobnie jest z wieloma innymi rzeczami, które oglądam czy kupuję, chcąc dotknąć oraz posmakować minionego świata. Czytane egzemplarze zielonych książek serii „Świat zwierząt” czy jedzone galaretki cukrowe przypominające ćwiartki cytrusów rozczarowują, bo choć fizycznie się nie zmieniły, to zmieniły się znaczenia, które wpływają na sam kontakt z rzeczą – nie o samą materię bowiem tutaj chodzi, ale o nadawane jej znaczenia. Rozczarowują, a jednak niczego tak jak ich nie pożądam, gdyż naiwnie ufam, że przywrócą mnie do świata, w którym byłem zżyty z rzeczami. Na tym żeruje cały znienawidzony przeze mnie retro-storyselling, któremu ze wstydem ulegam, łudząc się za każdym kęsem wafelka Danusia czy Drażami Korsarzami, że tym razem wrócę do przeszłości. Nigdy nie wracam, a szkoda.
Dla wielu osób, szczególnie młodych, których czas jeszcze nie przeminął (niechaj wykażą się cierpliwością!), to podejście taniego sentymentalizmu, jakiejś naiwno-dziecięcej potrzeby zaczarowania świata, która od razu jest deprecjonowana sformułowaniem-etykietą „Kiedyś to było”. Nie negując tego sentymentalno-magicznego wymiaru, uważam, że jest on potrzebny, wręcz niezbędny, szczególnie tym, którzy, tak jak ja, nie wierzą w przyszłość i nie mają najmniejszej ochoty „być na bieżąco”, tj. dopasowywać się i transformować własną podmiotowość do wymogów postępu (coraz zresztą głupszego).
Niektórzy badacze mówią w tym kontekście o destrukcyjnych i dysfunkcyjnych konsekwencjach nostalgii. Nasila ona uczucie dystansu pomiędzy uczestnikami życia społecznego oraz powoduje obojętność wobec rzeczywistości życia społecznego. Nostalgia jest zatem źródłem cierpień, by przywołać tytuł artykułu na ten temat, autorstwa S. Boym. Można przyjąć taką optykę, jest ona jednak uzasadniona tylko pod warunkiem, że ufa się w cywilizacyjny potęp i określone wartości, jak np. konieczność zaangażowania w życie społeczne o jego określonej formie. Nie dostrzega się przy tym, iż nostalgia może być także skuteczną ochroną przed adaptacją do nowej rzeczywistości, w imię akceptacji oraz pielęgnowania – koniec końców – własnego życia, które trzeba przeżyć tak, jak się chce i to nie pod pluszowym przymusem postępowych badaczy etykietujących wybory ludzi „dysfunkcją”. A co to? Wszyscy muszą żyć w tym czasie?
Być może przeszłość to jedyne, co mamy, czyli własną opowieść o minionym świecie i o nas samych, która nie ma realnego miejsca poza doświadczeniem istniejącym w wyobraźni. Każdemu wolno mieć swoją opowieść, a przykładanie do niej naukowej miary prawdy i fałszu jest nie tylko nudne i poznawczo jałowe, gdyż nie oddaje potrzeby sensotwórczej działalności podmiotu, ale także uniemożliwia zrozumienie, tak po ludzku, samego opowiadającego i jego idiosynkratycznego świata. Te możliwości daje nam sztuka, w tym głównie literatura oraz film, gdyż nauki społeczne coraz bardziej służą przymuszaniu do światopoglądowego postępu.
Ponadto w pewnych aspektach rzeczywistości, z punktu widzenia wracających do przeszłości, faktycznie kiedyś było lepiej. Nie wszystko da się zrzucić na idealizowanie przeszłości. Kwitowanie każdej wypowiedzi uwagami typu: „O, zaczyna się, kiedyś to były czasy teraz nie ma czasów”, to tarcza przed uznaniem, że wiara w postęp może okazać się regresem, że nie wszystko, co nowe, jest lepsze niż stare. Należy także pamiętać, że „postęp” i „regres” to tylko metafory, a nasza pamięć działa jak latarnia morska: oświetla tylko fragment, reszta pozostaje w mroku, nigdy nie chwytając całości, wszak żadna latarnia nie rozświetli nocy. Nie znaczy to jednak, że oświetlone fragmenty nie są prawdziwe.
Mówię o tym wszystkim, aby, po pierwsze, uświadomić, że często z dużą łatwością, by nie powiedzieć że ze zbyt dużą, przychodzi nam ocena tego, co minęło jako jednoznacznie negatywnego, gdyż będącego reliktem zawsze złej przeszłości, rzekomo słusznie wypartej przez postęp.
Po drugie, aby zwrócić uwagę na fakt, że nasze opowieści o przemijającej postaci świata dają się prowadzić poprzez historię pojawienia się, używania oraz zanikania rzeczy. Tworzone przez człowieka rzeczy stabilizują relacje społeczne, wspólne ich znaczenia umożliwiają i wytwarzają praktyki kulturowe, poprzez nie, i dzięki nim, działamy. Ich historie to nasze historie.
Lubię wracać wspomnieniami do dziejów różnych rzeczy, które posiadam lub straciłem z powodu bezrozumnej wiary w trwanie materialnego świata (pamiętnik, „Złote myśli”), czyli po prostu wyrzuciłem jako bezużyteczne starocie, a nawet ośmieszające śmieci, znaki pochodzenia klasowego. Nie chodzi tutaj bowiem o moje doświadczenia, ale o doświadczenia ludzi żyjących w czasach innej niż dzisiaj infrastruktury materialnej. Słowem: trzymanie w zamrażalniku posiekanego koperku w pudełku po lodach było stosunkowe powszechne, a nie jednostkowe. Co więcej, ponad dekadę temu znalazłem koperek w lodówce mojej rumuńskiej niedoszłej teściowej.
Jedną z takich rzeczy jest też patyczek, który kiedyś znalazłem w szafce na buty. Był to po prostu prosty kilkunastocentymetrowy kijek, przypominający bardziej patyk po zjedzonych lodach niż gałązkę. Gdyby nie miejsce jego odnalezienia, trudno byłoby się domyślić do czego służył. Służył do zmierzenia rozmiaru stopy. „Jak to?” – mógłby ktoś zapytać, „Nie łaska samemu iść i zmierzyć”. Dzisiaj kupienie butów nie stanowi większego problemu, jeśli posiada się pieniądze, gdyż jest to towar dostępny. Nie było tak jednak zawsze. Ten patyczek moja Mama dawała cioci, której siostra mieszkała w Niemczech, i do których, na początku lat 90., jeździła do pracy. Wtedy to mogła użyć patyczka, aby kupić buty o odpowiednim rozmiarze, wcześniej zaś, w latach 80., robiła to jej siostra i wysyłała do Polski lub przywoziła przy okazji świąt.
Na informację o patyczku jako mierze stopy i przedmiocie przekazywanym sobie w celu odpowiedniego zakupu, natrafiłem w książce Jana Głuchowskiego „Na saksy i do Bułgarii. Turystyka handlowa w PRL”. Wśród opisywanych przedmiotów towarowego obrotu handlowego pomiędzy polskimi turystami-handlarzami a węgierskimi mieszkańcami-handlarzami znalazły się m.in. buty. Jak pisze autor: „Jeśli był to zakup dla bliskiej osoby, wówczas dokonywano go w dziś już zapełnienie zapomniany sposób, a mianowicie miarą był patyczek przywieziony z kraju długości stopy osoby, dla której przeznaczone było obuwie. Problem polegał na tym, że czasem patyczek się wysuszył albo uszkodził i buty okazywały się niedobre”. Głuchowski opisuje jeden z felernych zakupów, spowodowanych skurczeniem się świeżo ściętego patyczka. Mój rodzinny patyczek okazał się bardziej profesjonalny i nie ulegał odkształceniom.
Przeglądając rodzinne zdjęcia, wprawne oko właściciela zaznajomionego z kulturą materialną PRL-u potrafi rozpoznać rzeczy pochodzące z innych krajów socjalistycznych oraz przywiezione zza Żelaznej Kurtyny, a nawet miejsc tak egzotycznych, jak Turcja, Egipt, Indie, Korea Południowa, Tajlandia, Syria czy Kuba. Jak te rzeczy znalazły się w naszym posiadaniu? Dlaczego chcieliśmy je mieć? Jakim kanałem je nabyliśmy? Od kogo i za ile?
Książka Głuchowskiego opisuje jedną z praktyk, która umożliwiała zaopatrzenie się w różne produkty. Historia rzeczy trafiających do Polski dzięki turystyce podróżniczej to jednocześnie opis konsumpcji czasów przed transformacją ustrojową oraz czegoś, co określiłbym „kulturą zaradności” czy „kulturą kombinowania”.
Warto tej kulturze poświęcić kilka słów, ujmując ją jako nadbudowaną na ekonomicznej bazie, która przymuszała ludzi do organizowania sobie różnych towarów. To o tyle ważne, że kultura ta źle się zestarzała i z dzisiejszego punktu widzenia jest oceniana negatywnie. Pytanie, jakie można zadać, brzmi następująco: czy nie przeszła ona swoistej metamorfozy i pomimo zmiennych dekoracji kulturowych wciąż ma się dobrze? Czy nie służy przypadkiem do stygmatyzacji jednych „zaradnych” (klasowo „niższych”) przez innych „zaradnych” (klasowo „wyższych”)?
Zacznę od faktów. Czasy PRL były okresem państwowego monopolu w turystyce, a rozwój turystyki handlowej był uzależniony od sytuacji politycznej w „krajach demokracji ludowej”. Mobilność zagraniczna obywateli wzrastała od czasów śmierci Stalina i tzw. odwilży. W 1955 roku na wycieczki do ZSRR udało się jedenaście tysięcy rodaków, rok później już dziewięćdziesiąt trzy tysiące, a podobny wzrost odnotowano w wyjazdach do Czechosłowacji i NRD. Przełomem był 1972 rok, w którym podpisano umowę graniczną z naszym zachodnim sąsiadem. O ile w 1971 roku do NRD wyjechały sto dwadzieścia cztery tysiące Polaków, to w roku następnym już osiemdziesiąt razy więcej. Zliberalizowano także regulacje dotyczące wyjazdów do Bułgarii, Czechosłowacji, Rumunii i na Węgry. Turystyka handlowa i wyjazdy zagraniczne osiągnęły apogeum w 1977 roku – wtedy do bratnich krajów socjalistycznych udało się ponad dziesięć milionów Polaków. Stan wojenny drastycznie ograniczył wyjazdy turystyczne – w 1983 roku Polaków wyjechało milion, a u schyłku PRL liczba turystów osiągnęła prawie trzy miliony. Od 1991 roku rząd Tadeusza Mazowieckiego zniósł monopol w handlu zagranicznym, co całkowicie podkopało nielegalny handel turystyczny.
Wyjazdy turystyczne Polaków, zdaniem autora książki, pracownika biur podróży w PRL, były bardziej przedsięwzięciami biznesowymi niż nastawionymi na zwiedzanie, poznawanie innych kultur, uczenie się czegoś nowego czy wzbogacanie własnej osobowości – jak to określa autor. Opisuje on zabawne historie mniejszości, jaką stanowili „prawdziwi” turyści, którzy np. nie chcieli się zrzucać na łapówki dla celników, gdyż nie wieźli niczego na sprzedaż. Budziło to wielkie zdziwienie, a nawet drwiny ze strony większości, czyli turystów handlowych.
Z ekonomicznego punktu widzenia nie ma w tym nic dziwnego, albowiem pensje w PRL wahały się od 10 do 30 dolarów. Te drugie należały do inżynierów, lekarzy, pracowników naukowych, a obok oficjalnego nierealnego kursu walutowego istniał kurs czarnorynkowy. Ceny dóbr konsumpcyjnych, np. sprzętu turystycznego, kryształów czy skór z lisa były w naszym kraju relatywnie tanie, wystarczyło je więc wywieźć za granicę, sprzedać, a wówczas zwracał się koszt wycieczki, a przy większej ilości sprzedanych rzeczy zysk równał się rocznej pensji lub był jeszcze wyższy. Zdarzało się, że niektóre osoby porzucały pracę zawodową i zajmowały się wyłącznie handlem turystycznym – podobno sprawdzali się w tym emeryci.
Słowa piosenki zespołu Big Cyc „Berlin Zachodni”, choć napisane w 1990 roku, trafnie oddają możliwość szybkiego zarobku: „Tu kupisz, tam sprzedasz, nie weźmie cię bieda”, „a w jeden dzień zarobisz tyle, co górnik w miesiąc w brudzie i w pyle”.
Głuchowski w swojej książce informuje, że na rynek trafiało tylko około jednej czwartej całości ogłoszeń z biur podróży do takich krajów jak Turcja czy Grecja. Reszta wyprzedawała się pod ladą za łapówki od najzamożniejszych. Turystyka handlowa kwitła nie tylko dzięki biurom podróży, ale także m.in. wyjazdom naukowym oraz wymianie kulturalnej. Choć autor nie opisuje szczegółowo struktury klasowej podróżujących, to z jego książki można wyciągnąć wniosek, że byli to raczej w większości ludzie z dużych miast, z odpowiednimi znajomościami, nierzadko wykształceni. Handlowali w zasadzie wszyscy, gdyż było to po prostu bardzo opłacalne, niezależnie od tego, czy robili to profesjonalnie czy „przy okazji”.
Autor nie ocenia ani nie stygmatyzuje tych ludzi. Docenia za to ich zaradność, spryt, a nawet odwagę, gdyż nie znając języka jechali do innego kraju handlować; ufali w swoje siły, np. w to, że nie dadzą się złapać, a nawet przyłapani na nielegalnym procederze poradzą sobie jakoś. Podkreśla za to, że nabycie tych doświadczeń oraz kontaktów przysłużyło się przedsiębiorczym osobom, które szybko uruchomiły sprzedaż z pominięciem biur podróży, co szczególnie dotyczyło handlu z Turkami. Słowem, doświadczenia w turystycznym handlu okazały się przydatne do rozwinięcia biznesu w czasach kapitalizmu, szczególnie na początku lat 90., w którym jeśli obowiązywały regulacje, to można było je obchodzić starymi sposobami. „Najobrotniejsi”, jak określa ich autor, otwierali firmy produkcyjne, usługowe i przedsiębiorstwa importowo-eksportowe.
Powstrzymując się przed oceną tych praktyk w latach 90. i późniejszych, często z dzisiejszego punktu widzenia godnych potępienia i wyśmiania pod hasłem „Januszy biznesu”, należy powiedzieć, że, po pierwsze, nie jest to praktyka szerzej opisana w historii kultury PRL (rzecz na dobre studium antropologiczno-historyczne). Jak wszystko, co wstydliwe, zostało poznawczo zaniedbane.
Po drugie, miała ona znaczenie dla rozwoju przedsiębiorczości kapitalistycznej, gdyż ukształtowała się określona „kultura zaradności” sprzężona ze zdolnościami komunikacyjnymi ułatwiającymi załatwienie określonych spraw. Kto dzisiaj potrafi dać łapówkę? Podlizywać się i schlebiać w celu osiągnięcia własnego interesu? Nie żebym takie kompetencje komunikacyjne wychwalał, ale okazywały się one przydatne, wręcz niezbędne.
Po trzecie, to raczej okoliczności zmusiły ludzi do „kultury zaradności”, opartej także na gospodarsko-wiejskim podejściu. „Zaradność”, „obrotność”, słowa często przeze mnie słyszane w latach 90., były synonimem inteligencji, sprytu życiowego skutkującego „załatwieniem sobie czegoś w życiu”. Jak sam nie zdobędziesz, to nikt ci nie da, a kapitalizm to świat walki wszystkich ze wszystkimi. Przykładowo, część mojej rodziny przenosiła wiejskie nawyki ukształtowane przez instytucję targu do życia w mieście, np. próbowali w supermarkecie winogron. Oczywiście można to „januszowate” zachowanie potępić jako niemoralne, ale było ono racjonalne, gdyż trzeba spróbować, żeby kupić to, co się chce, a nie ufać, że winogrona są słodkie, albowiem to właśnie zaufanie było „towarem deficytowym” (przynajmniej w pewnym aspekcie). „Co by było gdyby tak każdy próbował?”. – Ale nikt nie próbuje” – brzmiała odpowiedź. To też jest racjonalne.
Podzielam dzisiejszą krytykę owej mentalności, która nierzadko nie liczy się z prawem, skutkuje wyzyskiem etc. Chodzi jednak o to, żeby w tej krytyce rozumieć ducha czasów (ludzi kształtują ich realia, a nie abstrakcyjne ideały) oraz nie być jednostronnym. Prawdziwymi Januszami biznesu są także ci, którzy niekiedy wręcz chełpią się niepłaceniem przez siebie podatków, gdyż znaleźli jakąś lukę prawną lub potrafią „obejść system”. Można naśmiewać się z praktyki turystycznej nastawionej za handel, ale z równym zacięciem należy krytykować turystykę konferencyjną jako praktykę kadry akademickiej. Czy naprawdę na większe potępienie zasługuje dorabiający się od zera, tak strasznie stygmatyzowany „Janusz biznesu” niż „wielcy biznesmeni” zawdzięczający majątki współpracy z tajnymi służbami? Czy Janusz Januszowi nierówny?
Ponadto uważam, że „kultura zaradności” pomagała sobie radzić na emigracji. Spędziłem rok w Irlandii, mieszkając z chłopakami z klasy ludowej, i miałem okazję obserwować ich życie. Ci, którzy nie odnajdywali się w Polsce, stygmatyzowani jako „niezaradni”, jako gorsi, gdyż niewykształceni i bez znajomości języka, „przegrywy”, znakomicie się odnajdywali w emigracyjnej rzeczywistości, np. w sferze napraw i handlu samochodami (niewielu Irlandczyków się na tym znało), strzyżeniu kolegów za niewielką opłatą, wykonywaniu wielu rzeczy samodzielnie, żeby nie musieć wydawać pieniędzy. „Jak niezgodnie z prawem, to lewą stroną jadę. Teraz też jest wojna, kto kombinuje ten żyje” – słyszymy w piosence „To my Polacy”, trafnie obrazującej życie części polskiej emigracji. Dla biedniejszych zawsze jest wojna.
Książka „Na saksy i do Bułgarii” pokazuje także, iż kupowanie podróbek odzieży w Turcji, a nawet wakacyjna prostytucja w Turcji i krajach arabskich nie była nieznana, niekiedy wręcz turystyczne autokary były wypełnione ekskluzywnymi polskimi prostytutkami. „Dziewczyny z Dubaju” nie są czymś nowym. Dalej chodzi o to samo: mieć to, co mają inni, ci definiowani poprzez posiadanie jako lepsi, dorobić się szybciej i łatwiej. Różnica polega na tym, że kiedyś robili to prawie wszyscy, dzisiaj część społeczeństwa przynależna do klasy wyższej już nie musi, a „średniaki” dobrze udają, że nie muszą, ale nierzadko kombinują jak dawniej, aby ich sieć powiązań klientelistycznych pozwoliła na dostęp do wybranych zasobów: pracy, grantów czy opieki lekarskiej. Zmieniła się tylko pożądana materia.
W neoliberalnym kraju „kultura zaradności” jest cnotą, choć nie wszyscy się do niej przyznają, a stygmatyzacji ulegają tylko najsłabsi. W świecie nierówności społecznych oraz słabo działającego państwa, które znajduje się w rękach klasy dominującej, nie dziwi fakt, że spora część ludzi radzi sobie jak potrafi, czyli kombinuje i omija prawo. Wiedzą bowiem, że nie ma nic gorszego niż bycie biednym oraz wyzyskiwanym w świetle prawa.
Dzięki procesowi psychologizacji i psychoterapeutyzacji kultury współczesnej wyrabiamy nawyk nieustanej autoanalizy swoich uczuć, skupiania się na własnym wnętrzu, zaglądania do środka. Tymczasem ciekawszy jest gest analityczny skierowany na zewnątrz, ku światu rzeczy, jako pretekstu do opowiedzenia historii naszej podmiotowości oraz historii praktyk kulturowych, które nas ukształtowały, wręcz uformowały nasze ciała.
Pod tym kątem bardzo ciekawa jest książka Byung Chul-Hana „Nie(do)rzeczy”, którą autor kończy mini-esejem o grającej szafie dzielącej los kawałka gitary z „Powiększenia” Antonioniego: z relikwii staje się śmieciem. Tworzona przez Hana opowieść odzwierciedla, kim jest sam opowiadający, ukazując jednocześnie więcej: jak wiele straciliśmy odczarowując świat, pozbywając się poetyckiego wymiaru zamieszkiwania świata. Świata, w którym rzeczy nie są towarami, w których się dusimy, lecz czymś, z czym żyjemy i na co przenosimy nasze wyobrażenia, tęsknoty, marzenia czy aspiracje. Myślimy rzeczami, gdyż są jak lustro, rzeczą i metaforą jednocześnie.
dr hab. Michał Rydlewski
Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Magdalena Okraska
przez redakcja | sobota 4 października 2025 | aktualności
Nowy raport z badań CBOS przynosi ciekawe informacje o ocenie związków zawodowych.
CBOS opublikował nowe wyniki badań dotyczących oceny instytucji i innych wybranych podmiotów aktywnych w sferze publicznej. Część badań dotyczy związków zawodowych.
Najlepsze zdanie o działalności związków mają osoby w wieku od 18 do 24 lat, a jako grupa społeczna – uczniowie i studenci. Najbardziej krytyczne wobec związków zawodowych są osoby o dochodach przekraczających 6000 zł per capita w gospodarstwie domowym oraz mieszkańcy dużych miast.
Najbardziej rozpoznawalnym związkiem zawodowym w Polsce jest „Solidarność”. Jednak zdania o niej nie ma aż 42% badanych. Opinii na temat OPZZ nie ma 61% badanych, a o Forum Związków Zawodowych aż 74% badanych.
Najlepiej ocenianym związkiem także jest „Solidarność”. Pozytywnie ocenia ją 29% badanych, co oznacza wzrost od wiosny o trzy punkty procentowe. Negatywne opinie o niej wyraża 30% badanych, co oznacza spadek o dwa punkty wobec poprzedniego badania. Pozytywne oceny OPZZ wyraża 19% ankietowanych, a negatywne – 20% z nich. Forum Związków Zawodowych zostało pozytywnie ocenione przez 14% badanych, a negatywnie przez 13%.
przez redakcja | czwartek 2 października 2025 | aktualności
W poniedziałek pracownicy blokowali ulice, domagając się podwyżek.
Jak informuje Gazeta Krakowska, w poniedziałek miał w Chrzanowie miejsce protest pracowników firmy Valeo. Chcą oni w ten sposób zwrócić uwagę na swoje postulaty i takie poczynania zarządu firmy, które utrudniają walkę o prawa pracownicze.
Protest zorganizował Wolny Związek Zawodowy Sierpień ’80, a wspierali go działacze partii Razem. Związkowcy pozostają od dłuższego czasu w sporze z dyrekcją firmy. Pracownicy domagają się podwyżki zasadniczych pensji o 1000 złotych oraz wprowadzenia dodatku stażowego. Chcą też dopłat do posiłków pracowniczych i dojazdów do pracy, jak ma to miejsce w innych oddziałach tej samej firmy. Oczekują także przestrzegania 11-godzinnego dobowego odpoczynku, zapewnienie jednej wolnej niedzieli w miesiącu oraz ograniczenia nadmiernych nadgodzin.
Zarząd odrzuca te żądania oraz torpeduje działania związkowców. 15 września miało się w firmie rozpocząć referendum strajkowego, ale zarząd firmy nie udostępnił związkowcom wymaganej prawem listy zatrudnionych – jest ona niezbędna, aby wiedzieć, ile dokładnie wynosi liczbowo odsetek całej załogi, aby referendum było ważne. Chrzanowski oddział Valeo zatrudnia w sumie 2600 osób – zarówno bezpośrednio, jak i za pośrednictwem agencji pracy tymczasowej, więc nie jest jasne, jaka liczba głosów jest wymagana, aby ewentualny strajk był legalny na mocy ważnego referendum.
Poniedziałkowa akcja protestacyjna była reakcją na postawę zarządu firmy. Związkowcy przez dwie godziny pieszo i samochodami blokowali duże rondo oraz drogę krajową nr 79. Chcą w ten sposób wymóc właściwe działania firmy oraz skłonić władze lokalne do nacisku na szefostwo Valeo, jednego z największych pracodawców w okolicy.
przez redakcja | środa 1 października 2025 | aktualności
W dużej firmie na Pomorzu rozpoczął się spór zbiorowy pracowników z zarządem.
Jak informuje Krajowy Sekretariat Budownictwa i Przemysłu Drzewnego NSZZ „Solidarność” rozpoczął się spór zbiorowy w firmie Dovista Polska w jej zakładzie w Wędkowach (gmina Tczew). Ta spółka i jej fabryka są częścią duńskiej Grupy VKR, do której należy znana marka Velux. Zakład wytwarza drewniane okna fasadowe z okładzinami aluminiowymi.
Pracownicy zrzeszeni w „Solidarnośc” domagają się od kilku miesięcy poprawy warunków zatrudnienia. Co ciekawe, ich postulaty nie obejmują podwyżek płac. – „W październiku 2024 roku zgłosiliśmy postulat zmiany w zapisach regulaminu pracy. Chcemy skrócenia okresu rozliczeniowego z czteromiesięcznego na dwumiesięczny i zmiany organizacji czasu pracy. U nas są soboty pracujące, a w zamian są dni wolne. Jednak system jest niesprawiedliwy i niekorzystny. Nie tylko dlatego, że pracownicy administracji nie muszą pracować w soboty, a produkcyjni tak. Obecny system wymusza urlopy w terminach takich, które pasują pracodawcy, nie pracownikom. Z góry pracownicy mają narzucone dni wolne. Grafik prac jest, ale o sobocie pracującej lub wolnej nieraz dowiadujemy się w piątek. Po trzecie domagamy się zmniejszenia limitu rocznego godzin nadliczbowych z 376 godzin do 200 w skali roku” – mówi Tomasz Muszyński, przewodniczący Komisji Międzyzakładowej NSZZ „S” w Dovista Polska.
Postulaty związkowców poparło niemal 700 pracowników na 1100 ogółu zatrudnionych w zakładzie. Mimo to „Związkowe propozycje nie zostały przyjęte. Podpisano protokół rozbieżności i do 15 września br. dyrekcja w Polsce miała czas na odniesienie się do postulatów. Brak pozytywnej reakcji na związkowe postulaty spowodował, że doszło do wywieszenia flag związkowych i banerów, a pracownicy założyli opaski związkowe” – przekazuje gdańska „Solidarność”.
Odpowiedzią związku na brak uwzględnienia jego postulatów jest formalne wszczęcie procedury sporu zbiorowego. Jutro odbędzie się spotkanie z mediatorem. Kolejne przewidziane prawem etapy sporu to referendum strajkowe i strajk.
przez redakcja | środa 1 października 2025 | klasyka, opinie
Sześć tygodni trwał strajk polityczny górników na Śląsku Cieszyńskim. Zamarła praca, całe zagłębie karwińskie i część polsko-ostrawskiego stało w ogniu walki o przyłączenie części Śląska, zajętego przez Czechów, do Polski. Gdyby żaden inny argument nie miał siły przekonywającej, ten wspaniały w swojej solidarności i ofiarności strajk, musiał otworzyć oczy najbardziej zaślepionym członkom komisji alianckiej. Sprawowali ci panowie, Francuzi, Anglicy, Włosi i Japończycy władzę na Śląsku jako komisja plebiscytowa, obserwowali wszystko, co się działo na Śląsku, ale mieli dyrektywy swoich rządów, żeby nie „krzywdzić” Czechów.
Przynależność Śląska do Czech była z góry przesądzona, ale o tych pociągnięciach dyplomatycznych nie wiedzieli górnicy, nie wierzyli, żeby taka niesprawiedliwość – jak często mówili – mogła się dokonać.
Całe zagłębie karwińskie zamieniło się w obóz wojenny. Kopalnie obsadziły posterunki żandarmerii czeskiej, strajkujący górnicy pilnowali, żeby do kopalń nie dostali się łamistrajkowie sprowadzeni ewentualnie z Czech. Napięcie dochodziło do ostatecznych granic wytrzymałości, bo i niedostatek dokuczał, zwłaszcza widok głodujących dzieci był niesłychanie bolesny.
Ale padło hasło: nie damy kopalń, nie wrócimy do pracy aż Śląsk [Cieszyński; podobnie w dalszej części tekstu – przyp. redakcji NO] nie połączy się z Polską.
Po napadzie czeskim w [styczniu] 1919 r. kopalnie znalazły się za linią demarkacyjną, władze na tym terenie wykonywali Czesi, mając silne oparcie w komisji alianckiej. Ludność żyła pod terrorem nie tylko władzy, ale i bojówek przede wszystkim, które robiły „przygotowania” do ewentualnego plebiscytu. Rozpowszechniali najfantastyczniejsze wiadomości o przyłączeniu Śląska do Czechosłowacji aż po Białkę decyzją Rady Ambasadorów; grozili, że porachują się z tymi wszystkimi, którzy opowiadają się za Polską.
Polska Rada Narodowa miała swoją siedzibę w Cieszynie na zamku. Prezydium, tymczasowy rząd, znało nastroje ludności, zwłaszcza hart i ofiarność górników budziły podziw. Kierownicy związku górników utrzymywali najściślejszy kontakt ze strajkującymi, starali się o utrzymanie spokoju, w interesie samej sprawy i z obawy, żeby akty rozpaczy nie pociągnęły większych ofiar.
Podczas obrad, jednego dnia w czerwcu 1919 r. otrzymało prezydium Rady Narodowej alarmującą wiadomość, że górnicy po burzliwych naradach postanowili zatopić kopalnie, bo jak wieść głosiła Śląsk otrzymają Czesi. Na kopalniach pracowała obsługa techniczna, przy pompach, wentylacjach itp. kolejno obejmowali służbę, bo tak było postanowione przez strajkujących; ściśle wykonywano wszystkie rozkazy. Socjaliści, członkowie prezydium Rady Narodowej, przywódcy klasy robotniczej całego Śląska, zdawali sobie sprawę, że nie ma czasu na dyskusję. Należało natychmiast wyjechać do Karwiny i na miejscu porozumieć się z mężami zaufania, żeby zapobiec katastrofie.
Zdecydowano, że pojadą Kłuszyńska i dr Kunicki. Samochodem dojechaliśmy do linii demarkacyjnej, tzn. do mostu na rzeczce Stonawie. Dzieliło nas jeszcze ze dwa kilometry do terenu kopalń. Tymczasem lotem błyskawicy rozniosła się wieść, że przyjechali towarzysze z Rady Narodowej. Otoczyli nas dobrzy znajomi górnicy, kobiety i gromada dzieci.
Rozpoczęły się rozmowy, strajkujący wytaczali swoje argumenty, podyktowane rozpaczą. Nasza rola była bardzo trudna, należało przekonać roznamiętnionych i gotowych na wszystko górników, że kopalnie to warsztat pracy w każdej sytuacji i nie może być mowy o zatopieniu kopalń. Kiedy doszliśmy do centrum Karwiny, już kilka tysięcy osób zebrało się na łączce i tam postanowiliśmy przemówić. Ustawiono beczkę z cementu, położono grubszą deskę i „weszłam” na tę trybunę. Nie powitano mnie oklaskami, głuchy pomruk przeszedł przez tłum.
Zdawałam sobie sprawę z trudności, jakie należało przezwyciężyć, żeby trafić do uczuć tych zrozpaczonych ludzi. Przeważająca większość byli to nasi najbliżsi towarzysze długoletniej pracy, obdarzali nas, przywódców, zaufaniem, dopiero zupełnie wyjątkowa sytuacja doprowadziła do rozdźwięku. Już po części mojego przemówienia słyszałam, jak górnicy stojący koło „trybuny” mówili między sobą, że kopalnie będą w przyszłości ich własnością, bo będą należały do społeczności. Tak przecież zawsze nauczał socjalizm. Wyczułam zmianę nastroju, a kończyłam przemówienie już wśród oklasków i przyjacielskich okrzyków.
Z kolei przemawiał dr Kunicki, lekarz, znało go nawet każde dziecko tego rejonu, cieszył się zawsze uznaniem, górnicy kochali swojego towarzysza i doktora. Nie było już „muru chińskiego” między nami a górnikami, zrozumieli, że przyszli do nich świadomi odpowiedzialności przywódcy i przyjaciele. O zatopieniu kopalń, jako demonstracji górników na rzecz Polski, nie mogło być mowy, to stało się już pewnikiem. Udało się nam siłą argumentacji i co najważniejsze: zaufaniem i wiarą, jakie mieli górnicy do swoich towarzyszy, zapobiec katastrofie. Gdyby nawet nie udało się kopalń zatopić, mogło dojść do krwawych walk w całym Zagłębiu, bo strajkowało kilkanaście tysięcy górników i robotników z pokrewnych działów przemysłu, a kobiety brały także bardzo czynny udział w całej akcji.
Sprawiedliwości dziejowej staje się zadość, do Polski „przyjdą” kopalnie hr. Larisza, hr. Gutmana i innych baronów węglowych. „Przyjdą” z kopalniami nasi towarzysze, lud śląski, wielu z tych, którzy uczestniczyli w tym pamiętnym wiecu na łączce w Karwinie.
Dorota Kłuszyńska
Powyższy tekst Doroty Kłuszyńskiej pierwotnie ukazał się w dzienniku „Robotnik – centralny organ PPS”, nr 278/1938, 2 października 1938 r. Od tamtej pory tekst nie był wznawiany. Publikujemy go w 87. rocznicę krótkotrwałego odzyskania Zaolzia przez Polskę.
Zdjęcie w nagłówku tekstu: defilada polskich wojsk w Karwinie w październiku 1938; ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego.
przez redakcja | poniedziałek 29 września 2025 | aktualności
Wbrew wcześniejszym zapowiedziom, wielki koncern wstrzymuje budowę swojej fabryki w Polsce.
Jak informuje portal Puls HR, niemiecki koncern Bosch wstrzymuje budowę fabryki pomp ciepła w Dobromierzu w powiecie świdnickim w woj. dolnośląskim. Wartość inwestycji szacowano na 1,2 mld zł. Zakład miał ruszyć na początku 2026 r., a koncern zapowiadał utworzenie w nim 500 miejsc pracy.
Bosch uzasadnia swoją decyzję „rosnącą niepewnością polityczną i gospodarczą w Europie, która negatywnie wpływa na europejski rynek pomp ciepła”. Wzrost zapotrzebowania na pompy ciepła ma także być mniejszy i rosnąć wolniej niż uprzednio prognozowano. Koncern ma już fabryki pomp ciepła w Portugalii, Niemczech i Szwecji, których produkcja ma być wystarczająca wobec obecnego zapotrzebowania.
przez Michał Szymański | niedziela 28 września 2025 | opinie
Recesja (łac. recessio – „cofanie się” oraz recedere – „ustępować, cofać się”) to zjawisko makroekonomiczne polegające na znacznym zahamowaniu tempa wzrostu gospodarczego, skutkujące najczęściej spadkiem produktu krajowego brutto (PKB). W znaczeniu technicznym recesja definiowana jest jako spadek PKB przez co najmniej dwa kolejne kwartały.
Oficjalnie nie jesteśmy zatem w recesji.
Ale czy wszystko nie robi się droższe i gorsze? Co sprawia, że na horyzoncie nie jawi się żadne wyjście z kryzysu mieszkaniowego, a – analogicznie do myśli Marka Fishera – łatwiej nam wyobrazić sobie spadek cen mieszkań wywołany wybuchem wojny niż ten spowodowany realną polityką naszego państwa. Czekolada kosztuje prawie 10 zł. Kolejne zakłady zamykają swoje linie produkcyjne, pozbawiając mniejsze miasta miejsc pracy idących w kilka punktów procentowych wszystkich zatrudnionych. Czekolada waży o kolejne 10 g mniej. Informacje z rynku pracy wskazują na najmniejszą dostępną ilość ofert zatrudnienia od czasu pandemicznego załamania latem 2020 roku. Sok jabłkowy stanowi 20,1% składu coraz większej ilości napojów – jego idealnie wykalkulowaną ilość pozwalającą zaklasyfikować napój jako nektar (preferencyjna stawka podatku, brak opłaty cukrowej). Wszystko smakuje gorzej. Jesteśmy samotni i coraz mniej czasu poświęcamy na socjalizację z innymi. Ale nie ma gdzie się socjalizować, „trzecie miejsce” przestało istnieć. Nawet ciepła posadka grawitująca dookoła mitycznego pojęcia klasy średniej obciążona jest egzystencjalną pustką przywodzącą skojarzenia z rolą Edwarda Nortona z „Fight Clubu” i interludium „Happier Fittier” z albumu „OK Computer” zespołu Radiohead. Społeczne rozwarstwienie przyśpiesza, a jakiekolwiek marzenia o odwróceniu się tej tendencji jawią się jako dalece życzeniowe.
Od dawna wierzę – powtarzając za Yannisem Varufakisem – że giełdowe markery i makroekonomia są w dużej mierze oderwane od realiów życia człowieka funkcjonującego poza parkietami Wall Street. Rosnąca wartość rynkowych assetów nie odzwierciedla realnego wzrostu i rozwoju stojących za nimi firm, a jest jedynie rezultatem skrzętnej polityki rad nadzorczych, kooperacji z bankami i rosnącej ilości miliarderów lokujących w rynku swoje kapitały. To jednak relatywnie życzeniowa perspektywa. Lokowanie fortun w giełdę zakłada jakiekolwiek ryzyko, natomiast lokowanie ich w rynek mieszkaniowy, na którym przeciętny Jan Kowalski i John Smith konkurują z grupami pokroju BlackRock i Vanguard o dostęp do dachu nad głową, jawi się jako bezpieczniejszy biznes. Dobra kondycja gospodarki coraz częściej pokrywa się ze sloganem „bogaci mają dobrze”, a spowolnienie gospodarcze czy tytułowa recesja oznacza kłopoty wszystkich poza najbogatszymi.
Chciałbym – w kontrze do technicznych indykatorów zakładających, że recesja to dwa spadkowe kwartały – postawić przed czytelnikami ryzykowną tezę, że jednak jesteśmy w recesji. Recesji wszystkiego.
Czytelnicy Nowego Obywatela raczej dobrze znają tematykę i problematykę lat 90. i okresu transformacji. Epokę bezrobocia, szarej Polski i zaciskania pasa na szyi. Zaryzykuję jednak stwierdzenie, że czas szerokorozumianej transformacji, a także późniejszy okres dołączenia do Unii Europejskiej miały w sobie coś, czego bardzo nam dzisiaj brakuje.
Nadzieję.
Nadzieję na lepsze jutro, poczucie, że trudne czasy są wadium postawionym na poczet lepszej przyszłości. Era wyrzeczeń i ciężkiej pracy miała miarowo wprowadzać nas do świata Zachodu, a razem z nim przynieść poprawę warunków życia i swoisty awans cywilizacyjny. Nie sposób nie przyznać, że w dużej mierze udało się to zrealizować. Polska przez ostatnie dwie dekady zmieniła się nie do poznania. Mówiąc bardzo ogólnikowo, nie mamy czego się wstydzić w porównaniu z globalnym Zachodem. Jesteśmy jego integralną częścią. Ale co teraz?
Razem z awansem do pierwszej ligi (a przynajmniej ławki rezerwowych pierwszej ligi) straciliśmy namacalny cel. Już jesteśmy tym Zachodem, ale co z tego? Wyobrażenia o dobrobycie nie mają pokrycia w otaczającej nas rzeczywistości. Tej samej rzeczywistości, która cały czas organizuje castingi na najemców mieszkania oraz tej samej rzeczywistości, która płaci pracownikom sektora publicznego wynagrodzenia oscylujące w okolicach minimalnej krajowej. Tej samej minimalnej krajowej, która, biorąc pod uwagę koszty życia, od następnego roku spadnie, przywodząc na myśl waloryzacje emerytur z czasów „pierwszego Tuska”, gdy emerytury waloryzowano o kilka złotych.
Jak układać nasz emocjonalny budżet domowy, jeśli nadzieja stała się towarem deficytowym? Permanentny stres spowodowany konfliktem zbrojnym na Ukrainie i mniej lub bardziej realistyczne widmo eskalacji konfliktu w stronę Polski i państw bałtyckich. Zapowiedzi cięć w sektorze publicznym i pogarszająca się kondycja rynku pracy. Opisywana wszędzie epidemia samotności. Proszę zastanowić się nad chociaż jednym czynnikiem, jedną rzeczą, która mogłaby napawać nas optymizmem. Zauważmy różnicę, która zaszła chociażby w dyskursie dotyczącym zmian klimatu. Mimo dużego oporu możemy odnotować malejącą popularność bezpośredniej negacji zmian klimatu – ale co z tego, skoro zastępuje je narracja o indywidualnej odpowiedzialności. „Może będzie gorzej, ale zrobię co mogę, żeby moja rodzina tego nie doświadczyła”, „Może będzie gorzej, ale mnie już wtedy nie będzie”. Przestajemy negować problemy, ale zamiast zastanawiać się nad systemowymi rozwiązaniami wszczepia nam się poczucie, że każdy musi nieść swój krzyż i odnaleźć się w nowej smutnej rzeczywistości. Zamiast wierzyć, że przyszłość przyniesie poprawę sytuacji pozostaje zakładać, że jeśli dam z siebie wszystko, to przyszłość nie zawali mi się na głowę.
Wykształcenie w industrialnym kompleksie edukacyjnym dalej się pauperyzuje. Studia, które wbijano do głów obecnej młodzieży, nie okazały się przepustką do dostatniego życia i stabilnej pracy – są w najlepszym wypadku wymogiem wstępnym znalezienia jakiejkolwiek pracy. Tak wielu nadmiernie wykwalifikowanych młodych ludzi musi pogodzić się z rozjazdem ich wykształcenia oraz wykonywaną pracą, a także wynikającą z tego frustracją. Frustrację tę podsyca fakt, że pomimo naszej gry pozorów jakoby to społeczeństwo opierało się na zasadach merytokracji realne wykształcenie i wiedza nie znaczą nic, jeśli nie są osadzone w materialnym, finansowym sukcesie. Stan posiadania i stan materialny stanowią jedyną metrykę sukcesu i co za tym idzie – kompetencji. Gdyby tego było mało – dorzućmy jeszcze sztuczną inteligencję, wszak wielkie firmy coraz dumniej chwalą się inwestorom planami dotyczącymi redukcji zatrudnienia i zastąpienia mniej wykwalifikowanej kadry (tej samej kadry, która jest prawdopodobnie zbyt wykwalifikowana do sprawowanych obowiązków) oprogramowaniami AI.
AI, które było sprzedawane nam jako narzędzie porównywalne z wynalezieniem internetu, w pierwszej kolejności przywodzi na myśl bota z infolinii, który usilnie robi wszystko, aby nie połączyć nas z konsultantem. Utopijna wizja przyszłości zakładała, że roboty i komputery będą wykonywały za nas większość pracy, a my skupimy się na piciu drinków z palemką, malowaniu obrazów i uczęszczaniu do klubów dyskusyjnych, ale póki co to właśnie przestrzeń kreatywna jako pierwsza padła ofiarą generatywnych modeli językowych.
Nie sposób nie dostrzec tragizmu Hayao Miyazakiego, twórcy słynnego japońskiego studia Ghibli, które stoi za kultowymi animacjami, jak chociażby „Mój sąsiad Totoro” i „Grobowiec świetlików”. Jego charakterystyczny styl padł ofiarą trendu, w którym każdy mógł przerobić swoje zdjęcie na podobiznę rodem z jego filmów. Masowość tego zjawiska sprawiła, że Miyazaki nazwał sztuczną inteligencję i jej brak poszanowania dla praw autorskich „obrazą dla samej egzystencji człowieka”. Sztuka, która od zawsze stanowiła przestrzeń wyrażania samego siebie i budowania emocjonalnej więzi z jej odbiorcami, jako pierwsza poległa w starciu z oprogramowaniem. Kogo miałby pozwać Miyazaki skoro sposób gromadzenia danych wykorzystywany przez AI jest zupełnie nietransparentny, a prawodawstwo jest kilka kroków za rozwojem technologii.
W jakiej sytuacji stawia to wszystkich aspirujących grafików, artystów i innych przedstawicieli sztuk pięknych, skoro nie sposób dzisiaj przejść po turystycznej części dużego miasta i nie dostrzec całej plejady wygenerowanych przez AI wydruków na koszulkach, logotypów i kawiarnianych potykaczy zapraszających nas na matcha latte czy jakikolwiek inny napój będący przedmiotem obecnej hiperkonsumpcyjnej fiksacji. Czy sprzedawane w dyskontach zeszyty z podobiznami rekina w trampkach i innych AI „brainrotów” są odbiciem stanu naszej kultury masowej? Co sprawia, że umiemy tak obojętnie przejść obok zjawiska „brainrotu” (z ang. brain – mózg, to rot – gnić) i nie dostrzegać w nim regresu, recesji naszej kultury. Kiedy w jednym z popularnych dyskontów zobaczyłem dubajską czekoladę (jak się okazało – wyrób czekoladopodobny) z wygenerowaną przez AI podobizną stworka Labubu – jednej z nowszych internetowych hiperfiksacji – coś we mnie pękło. Trudno mi sobie wyobrazić większe przemielenie wszystkich panujących mikrotrendów w bardziej jarmarczny produkt. Gdzie jest miejsce na nadzieję, skoro możemy bezpiecznie zakładać, że generatywne AI będzie coraz skuteczniejsze i coraz bardziej wszechobecne, a wynikające z tego korzyści przypadną wielkim firmom.
Opium ludu, o którym pisał Marks (i które tak często błędnie interpretujemy), podaje się nam na srebrnej tacy. Nieustanny przepływ informacji, media żerujące na naszej skłonności do polaryzacji i nieskończona ilość filmików do przesunięcia. Jesteśmy społecznie spacyfikowani, a mimo to musimy ciągle walczyć o utrzymanie się na powierzchni – w poczuciu winy, że używamy zbyt dużo telefonu, nie rozwijamy się (oczywiście w przestrzeni, która wymiernie wpływałaby na naszą wartość rynkową) i za mało czytamy. Na marginesie, w czasach, gdy wszystko musi mieć jakąś wymierną wartość – samo czytanie stało się czynnością niemal performatywną i zoptymalizowaną na pokazanie swojego statusu. Rosnąca popularność Goodreads pokazuje, że po co czytać, jeśli nie mógłbym dodać danej książki do swojego „portfolio”. Znana książka „Społeczeństwo spektaklu” nie straciła ani grama trafności zawartych w niej spostrzeżeń.
„Trzecie miejsce”, o którym wspomniałem wcześniej, również przestało istnieć. Koncepcja trzeciego miejsca zakłada przestrzeń spotkań i socjalizacji, która byłaby oderwana od rutyny na linii dom-praca. Kluby dyskusyjne, sklepy z płytami, gdzie lokalni pasjonaci mogliby porozmawiać o ich ulubionych albumach, amatorskie drużyny sportowe. Nasza rzeczywistość i wszechobecna gentryfikacja dowolnej aktywności sprawiają, że znalezienie trzeciego miejsca staje się niezwykle trudne – zwłaszcza, że coraz więcej z nich wymaga zainwestowania środków, wkupienia się w hobby. Przykro było mi usłyszeć opinię byłego szefa PZPN-u, który powiedział, że w dzieci w okolicach trzynastego roku życia często tracą szanse na rozwój w ramach klubów sportowych, ponieważ ich rodziców nie stać na ponoszenie związanych z tym kosztów. Równolegle do koncepcji trzeciego miejsca należy myśleć o hobby, zainteresowaniach. Te również wymagają coraz większego samozaparcia. Tyle lat powoływania się na slogan „przekuj swoje hobby w pracę, a nie będziesz musiał pracować ani dnia” doprowadziło do tego, że wiele zainteresowań już na starcie jawi się jako bezsensownych, bo zaszczepiono w nas poczucie, że każda kaloria naszej energii musi być wykorzystywana jak najbardziej efektywnie, a po co pisać, tworzyć i wymyślać, jeśli miałoby to trafić do szuflady i „nie odniosłoby sukcesu”.
Z każdym postępującym rokiem, pomimo niedookreślonej frustracji wynikającej z życia w systemie, który łamie naszego ducha, sytuacja wygląda coraz gorzej. Paradoksalnie, socjalizacji brakuje również w mediach, które w nazwie mają słowo „społecznościowe”. Czasy dawnego Instagrama minęły bezpowrotnie, a drobne posty z ogródka, zdjęcia swojego ulubionego kubka, pokazanie ulubionej muzyki zeszły na margines. Istnieje pewny lęk przed pokazaniem się zbyt bardzo, a paradoksalnie widzimy, że internetowe postaci wpuszczają nas do coraz to bardziej prywatnych sfer swojego życia. Słowo „cringe” (oznaczające ogólną żenadę, w kontrze do nonszalanckiego zdystansowania) od czasu, kiedy to w modzie jest doza pewnej pruderyjnej nonszalancji, stało się jedną z najbardziej bolesnych obelg, jakie może usłyszeć młody człowiek. Od lat odczuwam wpływ autocenzury, która każe mi zadawać sobie pytanie „Co ja mam takiego do powiedzenia, czego nie powiedział, nie pokazał jakiś znany influencer”. Aspekt społecznościowy wypadł z auta gdzieś po drodze i nie wiemy, jak go znaleźć.
System, w którym żyjemy, to zbiór naczyń połączonych, a dziejowy pesymizm stanowi – powtarzając za Žižkiem – „spontaniczną, bezrefleksyjną ideologię” naszych czasów. Kultura, gospodarka, praca i świat naszych wewnętrznych przeżyć są ze sobą nierozerwalne. Im bardziej świadomi będziemy opresyjności systemu, w którym żyjemy, tym większa jest nasza szansa na wyrażenie wobec niego sprzeciwu. Wierzę, że nie możemy się poddawać i popaść w rezygnację – powinniśmy wiedzieć, że nie jesteśmy w tym sami – niezależnie od tego, jak bardzo próbuje nam to wmówić indywidualistyczna narracja. Kultywowanie wspólnoty jawi się jako najlepsze lekarstwo w czasach społecznej atomizacji. Ciepła rozmowa z panią ekspedientką, poznanie swoich sąsiadów, mecz w piłkę z obcymi na lokalnym Orliku – budowanie małych wspólnot potrafi być remedium na egzystencjalną pustkę. Życzyłbym wszystkim i samemu sobie więcej odwagi w nawiązywaniu relacji z innymi, drobnych pogawędkach oraz wrzuceniu do internetu piosenki, którą napisałem. Nawet jeśli jest taka sobie.
I mniej smartfona, zdecydowanie mniej smartfona. Na tyle, na ile jest to możliwe.
Michał Szymański
Grafika w nagłówku tekstu: Adina Voicu from Pixabay
przez redakcja | niedziela 28 września 2025 | aktualności
Kolejny polski zakład ma zostać zlikwidowany.
Jak informuje portal Next.gazeta.pl, grupa Apator zamierza zlikwidować jeden ze swoich zakładów – produkcję w spółce zależnej FAP Pafal w Świdnicy. Zakład wytwarza urządzenia pomiarowe i liczniki energii elektrycznej.
16 września zarząd grupy Apator poinformował o zamiarze likwidacji spółki FAP Pafal z siedzibą w Świdnicy. Decyzję zaakceptowała rada nadzorcza, a w październiku ma ją podtrzymać walne zgromadzenie akcjonariuszy. Zakład w Świdnicy ma odpowiadać za niespełna 2 proc. przychodów grupy Apator. Zakład istnieje od roku 1897 i w 2024 roku przyniósł zysk.
Spółka zatrudnia obecnie około 100 osób, z czego zakład w Świdnicy ma 24 pracowników. Prawdopodobnie wszyscy oni stracą zatrudnienie.
Zdjęcie w nagłówku tekstu: Autorstwa Macdriver (Bartek Wawraszko) – Praca własna, CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=1803641
przez redakcja | niedziela 28 września 2025 | aktualności
W Krakowie dwie korporacje planują duże redukcje zatrudnienia.
Niewesołe wieści płyną z Krakowa. Dwa polskie oddziały dużych globalnych korporacji planują znaczne zmniejszenie zatrudnienia w tym mieście.
Tamtejszy oddział wielkiego piwowarskiego koncernu Heineken planuje likwidację części etatów i przeniesienie ich do swojego nowego centrum w Indiach. W Hajdarabadzie planowane jest zatrudnienie 3000 osób. Zagraża to krakowskiego centrum usług wspólnych tej firmy, które zatrudnia około 2000 ludzi. Nie jest jasne, ile osób straci pracę, ale szacunki mówią, że krakowski oddział zwolni od 500 do 700 osób.
Podobnie dzieje się w krakowskim oddziale koncernu paliwowego Shell. Tamtejszy Shell Business Operations zatrudnia ponad 5 tys. osób. Redukcja zatrudnienia ma objąć co najmniej 250 osób. Natomiast pogłoski krążące wśród pracowników firmy mówią, że zagrożonych w krakowskim oddziale może być nawet 800 etatów.
przez redakcja | sobota 27 września 2025 | aktualności
Minister Klimczak ukrywa raport o wykluczeniu komunikacyjnym za 4 miliony złotych.
Poseł Michał Moskal (PiS) ostro krytykuje Ministerstwo Infrastruktury za systematyczne ukrywanie kluczowego raportu o wykluczeniu komunikacyjnym w Polsce, który kosztował podatników ponad 4 miliony złotych. Mimo że analiza została zakończona w kwietniu, a raport został dostarczony do ministerstwa 30 czerwca, kierownictwo resortu pod wodzą ministra Dariusza Klimczaka nadal odmawia jego upublicznienia, używając absurdalnych biurokratycznych wymówek.
„To jest skandaliczne lekceważenie obywateli, którzy sfinansowali ten raport z własnych podatków. Ministerstwo traktuje społeczeństwo jak małe dzieci, które rzekomo nie są w stanie zrozumieć wyników badań dotyczących ich własnych problemów komunikacyjnych” – mówi poseł Michał Moskal, autor dwóch interpelacji w tej sprawie.
Ukrywany przez ministerstwo dokument to „Analiza skali wykluczenia komunikacyjnego na obszarze Polski wraz z rekomendacjami zmian legislacyjnych w kontekście publicznego transportu zbiorowego” – projekt zainicjowany przez poprzedniego Ministra Infrastruktury Andrzeja Adamczyka w 2021 roku w ramach programu GOSPOSTRATEG. Badanie realizowane przez konsorcjum polskich uczelni pod kierownictwem Politechniki Poznańskiej miało dostarczyć kluczowych danych o problemie dotykającym miliony Polaków, szczególnie mieszkańców obszarów wiejskich.
Wykluczenie komunikacyjne oznacza brak dostępu do transportu publicznego, który uniemożliwia lub znacznie utrudnia dotarcie do pracy, szkoły, lekarza czy urzędów. Według wstępnych szacunków problem ten dotyczy około 28 procent mieszkańców kraju, czyli ponad 10,5 miliona osób. Na obszarach wiejskich sytuacja jest jeszcze dramatyczniejsza – tam wskaźnik wykluczenia sięga aż 54 procent, co oznacza, że ponad połowa mieszkańców wsi ma poważne problemy z dostępem do transportu publicznego.
W odpowiedzi na interpelacje posła Moskala podsekretarz stanu Piotr Malepszak przedstawił serię karkołomnych argumentów mających usprawiedliwić ukrywanie raportu. Ministerstwo twierdzi między innymi, że „publikacja niepełnych danych lub niewłaściwa interpretacja wyników może doprowadzić do podejmowania nieuzasadnionych działań negatywnie wpływając na skalę wykluczenia komunikacyjnego”. Resort argumentuje także, że raport liczący „ponad 1 770 stron opracowania bez załączników” wymaga tak długiej analizy, że nie można go upublicznić nawet po kilku miesiącach od otrzymania.
„Te argumenty to czysta manipulacja i arogancja. Ministerstwo sugeruje, że obywatele są za głupi, żeby zrozumieć wyniki badań, które sami opłacili. A jednocześnie kłamie, twierdząc że ustawa o dostępie do informacji publicznej nie zobowiązuje do udostępnienia dokumentów finansowanych z budżetu państwa” – komentuje ostro poseł Moskal.
Szczególnie oburzające jest stanowisko ministerstwa wobec prawnych obowiązków informacyjnych. Podsekretarz Malepszak fałszywie twierdzi, że stwierdzenie posła o obowiązku udostępnienia dokumentów finansowanych z budżetu państwa „nie znajduje potwierdzenia w przepisach”. To oczywista nieprawda – ustawa o dostępie do informacji publicznej jasno określa, że dokumenty wytworzone za środki publiczne powinny być dostępne dla obywateli.
Ministerstwo stosuje także manipulacyjną retorykę, sugerując że „nie wyklucza przedstawienia wyników prac w formie prezentacji”, podczas gdy poseł jednoznacznie domaga się dostępu do pełnego raportu, a nie okrojonej prezentacji przygotowanej przez urzędników według ich widzimisię.
W odpowiedziach Ministerstwa Infrastruktury uderzająca jest całkowita nieobecność konkretnych terminów upublicznienia raportu. Podsekretarz Malepszak wielokrotnie używa wymijających sformułowań jak „po szczegółowej analizie danych”, „po formalnym zaakceptowaniu” czy „po podjęciu tej decyzji przez Kierownictwo resortu”.
Najgorszym aspektem całej sprawy jest całkowite zlekceważenie przez ministerstwo społecznej wagi problemu wykluczenia komunikacyjnego. Problem ten dramatycznie wpływa na życie milionów Polaków, ograniczając ich możliwości rozwoju zawodowego, dostępu do edukacji, opieki zdrowotnej czy uczestnictwa w życiu społecznym. Ministerstwo tymczasem traktuje ten dramatyczny problem społeczny jako przedmiot biurokratycznych gier i politycznych manipulacji.
„Wykluczenie komunikacyjne to nie jest abstrakcyjna kategoria statystyczna do ukrywania w szufladach urzędników. To konkretni ludzie, którzy nie mogą dojechać do pracy, dzieci, które nie mogą dotrzeć do szkoły, chorzy, którzy nie mogą dostać się do lekarza, starsi, którzy są odcięci od świata. A minister Klimczak i jego zespół robią z tego materiał do ukrywania przed społeczeństwem” – podkreśla z emocjami poseł.
Poseł Moskal zapowiada zdecydowane dalsze działania w celu wymuszenia na ministerstwie publikacji raportu. „Nie odpuścimy tej sprawy ani o milimetr. Obywatele mają święte prawo wiedzieć, za co płacą swoimi podatkami. Będziemy używać wszystkich dostępnych narzędzi parlamentarnych, aby zmusić ministerstwo do przestrzegania prawa” – deklaruje stanowczo poseł.
Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Tomasz Chmielewski
przez redakcja | sobota 27 września 2025 | aktualności
Zakład produkujący tradycyjne wyroby został zamknięty.
Nagle zapadła decyzja o likwidacji spółdzielni mleczarskiej i jej zakładu produkcyjnego w Lidzbarku Welskim. Lokalne władze dowiedziały się o tym z mediów. Pracę straciła cała załoga – 17 zatrudnionym nagle wręczono wypowiedzenia z pracy.
Zakład funkcjonował ponad 100 lat. Wytwarzał głównie Ser Welski, który w 2007 roku został wpisany na listę produktów tradycyjnych Warmii i Mazur. Spółdzielnia od kilku lat miała problemy, jednak katastrofalny okazał się dla niej ubiegły rok, w którym miała ponad milion złotych strat. Nie pomogło wsparcie, którego udzieliła gmina, oferująca zakładowi ulgi podatkowe i umorzenie części zadłużenia podatkowego.
przez redakcja | czwartek 11 września 2025 | aktualności
Władze Poczty Polskiej zamierzają wypchnąć kilka tysięcy osób na umowy śmieciowe.
Jak informuje Onet, władze Poczty Polskiej zamierzają wypchnąć kierowców i kurierów tej firmy na samozatrudnienie w formule B2B. Zmiany miałyby dotyczyć 4000 osób.
To ciąg dalszy „restrukturyzacji” Poczty. W ramach tego procederu nowy zarząd firmy z nadania neoliberalnego rządu przeprowadził już liczone w tysiącach zwolnienia grupowe, likwiduje placówki i skraca godziny ich otwarcia, wywiera presję na „dobrowolne” odchodzenie z pracy itp. Teraz dojdzie do tego uśmieciowienie warunków zatrudnienia.
Władze Poczty planują wypchnięcie kierowców i kurierów firmy na umowy typu B2B, czyli „współpracę” z osobami, które zamiast zatrudnienia na etatach, będą zakładały własne jednoosobowe firmy. Zdaniem szefostwa Poczty da to kurierom „większą samodzielność dzięki elastyczności formuły współpracy”.
Takie zamiary ogłoszono na spotkaniu przedstawicieli władz Poczty ze związkami zawodowymi. Marcin Gallo, wiceprzewodniczący pocztowej „Solidarności”, mówi Onetowi: „Zmiany mają dotknąć nie tylko kurierów dostarczających paczki dla klientów, ale także kierowców odpowiadających za wewnętrzny transport przesyłek w Poczcie. Umowy B2B na takich stanowiskach są pogorszeniem warunków pracy. Taki pracownik nie będzie miał zagwarantowanego urlopu. Nie będzie objęty Zakładowym Funduszem Świadczeń Socjalnych, który daje zabezpieczenie jemu i jego rodzinie w sytuacjach kryzysowych. Taki pracownik, gdy będzie chciał spędzić ze swoją rodziną urlop, będzie musiał zagwarantować zastępstwo na swoje miejsce, co będzie dla niego kolejnym kosztem”.
Robert Czyż, przewodniczący Związku Zawodowego Pracowników Poczty, komentuje: „Ten model biznesowy jest bardzo wyzyskujący dla pracowników. W Poczcie od paru lat mamy już do czynienia z outsourcingiem usług polegających na dostarczaniu paczek do klienta. Ale nie spodziewaliśmy się, że to samo spotka kierowców stanowiących krwiobieg Poczty”.
przez redakcja | czwartek 11 września 2025 | aktualności
Francuski właściciel likwiduje swój zakład w Polsce.
Jak informuje portal Bankier.pl, wraz z końcem roku zakończy swoje istnienie zakład Tarkett Polska w Orzechowie w Wielkopolsce. Francuski producent podłóg podjął decyzję o likwidacji działalności wytwórczej w Polsce.
Zakład działał od połowy lat 90. Był jednym z głównych pracodawców w okolicy. Wraz z zamknięciem zakładu pracę straci cała jego załoga – 211 osób. Produkcja zostanie przeniesiona z Polski do Serbii. Na razie żadne zmiany nie są planowane w drugim z polskich zakładów firmy – w Jaśle.
przez redakcja | środa 10 września 2025 | aktualności
Czwarty miesiąc z rzędu wzrosło bezrobocie.
Z nowych danych GUS wynika, że w sierpniu 2025 znów wzrosło bezrobocie. Wyniosło ono w tym miesiącu 5,5% wobec 5,4% miesiąc wcześniej. To czwarty z rzędu miesiąc wzrostu bezrobocia, całkowicie wbrew wieloletniej tendencji spadku tego wskaźnika latem, gdy rusza wiele prac sezonowych. W skali roku bezrobocie wzrosło o 0,4 punktu procentowego. Najwyższe bezrobocie jest w woj. podkarpackim, gdzie wyniosło w sierpniu 8,9%.
W ciągu miesiąca liczba bezrobotnych wzrosła o 26,6 tys. osób. Cała liczba bezrobotnych to już 857,3 tys. osób. Oznacza to jej wzrost w ciągu roku o 11% i ponad 85 tys. osób.
Sytuacja jest tym gorsza, że stale maleje liczba wolnych miejsc pracy. Z danych GUS wynika, że na koniec II kwartału 2025 roku było o 5,2% mniej wolnych miejsc pracy niż rok temu. W liczbach bezwzględnych jest ich 95,7 tys., czyli o 15,1 tys. mniej niż przed rokiem. Na przestrzeni 12 miesięcy przybyło wolnych miejsc pracy tylko w dwóch województwach – podlaskim i pomorskim. We wszystkich pozostałych ubyło ich.
przez redakcja | środa 10 września 2025 | aktualności
W stolicy protestowali pracownicy więziennictwa.
Jak informuje portal Tysol.pl, w Warszawie odbyła się dzisiaj Ogólnopolska Manifestacja Więzienników. Protestujący demonstrowali przez Kancelarią Premiera RP, siedzibą Ministerstwa Sprawiedliwości oraz budynkiem Sejmu. Domagali się poprawy warunków zatrudnienia i spełnienia obietnic, które otrzymali dawno temu.
Przewodniczący Rady Krajowej Sekcji Służby Więziennej NSZZ „Solidarność” Andrzej Kołodziejski mówił, że formacja jest „niedoetatyzowana”. Jego zdaniem w służbie brakuje 2500 pracowników. Oznacza to dla zatrudnionych konieczność brania licznych nadgodzin – w skali roku wynoszą one 2 miliony godzin. Kolejna kwestia to niskie płace, które nie tylko są niekorzystne dla pracowników, ale także sprawiają, że ten zawód nie przyciąga wystarczającej liczby nowych osób.
Protestujący zwracają także uwagę na brak dodatku mieszkaniowego dla personelu Służby Więziennej, czyli osób, które są przenoszone w różne miejsca kraju w zależności od potrzeb kadrowych. Taki dodatek był obiecywany od dawna, a ministerstwo sprawiedliwości zobowiązało się do jego wprowadzenia w porozumieniu ze związkami, zawartym 13 marca 2025 roku. Od tamtej pory nie spełniono obietnicy. Związkowcy czują się oszukani.
przez Michał Rydlewski | środa 10 września 2025 | opinie
Pandemia Covid-19 nie jest już obiektem szczególnego zainteresowania. Medialnie temat przestał istnieć z dniem ataku Rosji na Ukrainę. W tym sensie memy ironicznie komentujące koniec pandemii dzięki Putinowi nie są bezzasadne. Miliony Ukraińców przejechało lub pozostało w Polsce i raczej nikt nie pytał o szczepienia, nikt nie zwracał uwagi na maseczki. Przestano informować o zgonach, statystykach szpitalnych, zachorowaniach, szczepieniach. Była pandemia i nie ma pandemii – powstaje zatem wrażenie, że była ona zagrożeniem zdecydowanie przesadzonym, choć owa przesada związana jest przecież nie z sytuacją faktyczną, lecz z medialną reprezentacją. To jest nie tylko z obecnością w mediach, ale i z odpowiednim przedstawieniem: obrazami, statystykami, paskami w telewizji etc.
Czy jeśli media o czymś przestają informować, to staje się to już nieważne? Czy dalej istnieje tak samo, jak gdyby dalej było relacjonowane? Co i jak zmienia medialna widzialność?
Stosunek do pandemii podzielił polskie społeczeństwo. Szczególną rolę odegrało podejście do nieobowiązkowych szczepień, które stały się papierkiem lakmusowym przynależności do dwóch obozów. Nawet na Tinderze można było oznaczyć, czy jest się zaszczepionym czy też nie, co stanowiło informację nie tylko medyczną, lecz światopoglądową. Pytanie „Szczepiłeś się?” było podobne pytaniu „Na kogo głosowałeś?”, gdyż od razu zdradzało, czy jesteś zabobonnym ciemnogrodem bojącym się oświecenia w postaci nauki, czy też przykładnym obywatelem ufającym tejże nauce. „Szurią” bazującą na teoriach spiskowych o działaniach koncernów farmaceutycznych, która na pomocą swojego nieprofesjonalnego rozumku niepotrzebnie drąży temat czy też racjonalnym odbiorcą najnowszych osiągnięć medycyny mających na celu ratowanie życia. Linia podziału była prosta: mądrzy – głupi, odpowiedzialni – nieodpowiedzialni.
Cały kłopot w tym, że kwestia stosunku do pandemii oraz szczepień nie jest taka prosta. Nie przebiega tylko na linii wiedza naukowa – niewiedza, prawda – nieprawda, autorytety medyczne – laicy. Gdyby to było takie proste, kontrowersja prawdopodobnie nigdy by się nie pojawiła. Wszak każdy chce dysponować rzetelną wiedzą, w tym naukową, i na jej podstawie podejmować racjonalne decyzje. Za takim ujęciem sprawy, tj. że jest ona prosta i trudno zrozumieć osoby niechcące się zaszczepić, stoi przekonanie, że tym ludziom brakuje wiedzy, że są niezdolni do rozpoznania i samodzielnego i krytycznego zbadania prawdy. Słowem: że są głupi, gdyż nie trafiają do nich argumenty naukowe. W takim razie należy im się tylko ironiczny gest politowania oraz wyśmianie marnych kompetencji poznawczych.
Nic bardziej mylnego!
Po pierwsze trzeba mieć świadomość, że nauka, w tym jej dziedzina, jaką stanowi medycyna, wraz z odpowiednimi technologiami, nie jest wyizolowana od kontekstu społecznego, w którym funkcjonuje. Jest nie tylko jego wytworem, lecz jest uwikłana w złożoną sieć relacji z innymi aktorami życia społecznego, w tym także szeroko rozumianych mediów i przynależnych im form komunikacji wraz z ich specyfiką.
Po drugie nauka toczy walkę o swój status i możliwości wyjaśniania świata oraz odpowiednią komunikację, która leży nie tylko w jej gestii, ale także państw oraz korporacji medycznych, w których instytucjonalnie jest ona tworzona (naukowiec nie działa w samotności we własnym garażu). Powinna być zatem zdolna do rzetelnego prezentowania swoich dokonań i odpowiedzialnego składania obietnic względem pokładanych w niej nadziei na lepszą przyszłość ludzkości. Należy pamiętać, że wraz z postępem technologicznym idą także konsekwencje, nad którymi nauka nierzadko nie panuje. Nie jest to zjawisko nowe, gdyż nauka od początku swojego nowożytnego istnienia wzbudzała kontrowersje. Kłopot w tym, że dzięki demokratyzacji nowych mediów oraz ich interaktywnej specyfice, sytuacja historycznie rzecz biorąc staje się znacznie trudniejsza niż dotychczas, gdyż trudniej ten przekaz kontrolować, co może mieć różne skutki, w tym także negatywne.
Jeśli lepiej zrozumie się ową społeczną sieć aktorów i jej fluktuację, która odbywa się w mediach i poprzez media, lepiej zrozumie się – wcale nie tak dziwne z tego punktu widzenia – powstanie ruchu antyszczepionkowców czy osób sceptycznych wobec szczepień, tj. nieprzekonanych, niekoniecznie antyszczepionkowców. Uwzględniając zmediatyzowanie współczesnej wiedzy i sposoby jej funkcjonowania, ale także wytwarzanie obszarów niewiedzy oraz wątpliwości i kontrowersji można nawet stwierdzić, że powstanie środowisk antyszczepionkowców oraz sceptyków nie jest niczym dziwnym. A wręcz dziwnym byłby ich brak.
Dlaczego część ludzi jest sceptyczna i nieufna wobec wiedzy naukowej, której prawdziwość w przypadku pandemii była żyrowana przez państwo? Dlaczego ludzie się nie szczepią? Dlaczego, tj. na podstawie jakich przekonań, wiedzy, obrazu świata społecznego, podejmują, a zasadzie nie podejmują działania odpowiedniego, tj. pożądanego przez państwo?
Przyczyn może być bardzo wiele. Zwrócę szczególną uwagę tylko na te, które są bezpośrednio lub pośrednio związane z mediami oraz komunikacją.
Pierwsza przyczyna to rozmycie się pojęcia eksperta i utrata autorytetu nauki. Influencerzy czy vlogerzy mogą mieć znacznie większy wpływ niż profesor medycyny. Nie o rację zatem idzie, tj. o siłę argumentu, lecz o argument siły w postaci zasięgów, klikalności i wszelkich zasobów w postaci widzialności. To one są zdolne narzucać temat dyskusji oraz tego, co w ogóle jest dyskutowane. Ekspert, np. profesor wirusologii, najczęściej nieprzyzwyczajony do mówienia do laików w sposób zrozumiały (zazwyczaj mówi do takich jak on profesjonalistów zaznajomionych z odpowiednią terminologią), będzie miał problem ze skutecznym dotarciem do innych odbiorców. Szczególnie, że logika komunikacyjna coraz bardziej wymusza lapidarność: od telewizji po Tik-Tok. Ekspert nie potrafi inaczej się komunikować i nie jest to jego wina, gdyż programy kształcenia uniwersyteckiego w ogóle takich kwestii nie uwzględniają – będzie zaraz o tym mowa.
Komunikacja internetowa oraz najbardziej popularne jej formy są nie tylko wtórno-oralne, lapidarne, ale także nastawione na emocje. Filmik zrozpaczonej matki pokazującej swoje chore dziecko jest o wiele więcej „wart” niż informacyjny komunikat eksperta i jego statystyki. Wylękniona matka, i trudno jej się dziwić, zapyta: czy i mojemu dziecku może się to przydarzyć? Skupienie się na wyjątkach, a nie regule, powoduje utratę konsensusu względem podstawy komunikacji, tj. podzielany obraz świata, w tym skuteczności i działania medycyny konwencjonalnej.
Te trzy czynniki nie wzmacniają analitycznego, pogłębionego i krytycznego namysłu, albowiem liczy się przekaz krótki, wyrazisty, emocjonalny. Słowem, istotna jest zdolność przyciągania uwagi, którą badacze określają mianem atencjonalizmu. Pojęcie to interesująco opisują Alexander Bard i Jan Söderqvist w mało niestety znanej książce „Netokracja. Nowa elita władzy i życie po kapitalizmie”. Wiążą je z późnym kapitalizmem, albowiem uwaga, jak wcześniej posiadanie ziemi (feudalizm) czy kapitału (wczesny kapitalizm), jest dzisiaj podstawowym zasobem.
Nawiasem mówiąc, to o uwagę właśnie walczą korporacje medialne, aby potem móc je wykorzystywać za pomocą algorytmów w celu zarządzania naszą uwagą, a koniec końców, wiedzą i decyzjami: od wyboru treści kulturalnych, potrzebne towary, które musimy kupić, po decyzje polityczne.
Kluczowy jest tutaj fakt, że zdolność przyciągania uwagi, swoista ekonomia uwagi, wpływa na to, co ludzie myślą, a to, co myślą, wpływa na ich decyzje. Uwaga to nic innego jak siła oddziaływania, wygrywanie w narzucaniu swojej narracji i poglądów kosztem uzasadnionej lub nieuzasadnionej naukowo treści samego przekazu. Kto stworzy rozleglejszą sieć skupiającą uwagę, niezależnie od prawdziwości treści, ten wygra – nauka działa jak polityka. Nie jest zatem istotne, kto ma rację, ale kto zgromadzi mocniejszych sojuszników, np. w postaci orędowników wolności wyboru, braku zaufania do koncernów medycznych i systemu ochrony zdrowia. W tym sensie np. siła antyszczepionkowych blogów jest silna słabością instytucjonalnej nauki, która nie potrafi zdobyć takiej uwagi.
Problem ten od razu naprowadza na drugą przyczynę, a jest nią niedocenienie i zaniedbanie przez polską naukę kwestii popularyzacji wiedzy naukowej, zarówno przez humanistów, jak i przedstawicieli nauk medycznych.
Przykładowo, badacze z zakresu nauk humanistycznych oraz społecznych (etnologii, socjologii, kulturoznawstwa, psychologii społecznej, politologii) piszą artykuły oraz książki z myślą o parametryzacji. Tworzą wszak naukę, która musi być recenzowana, ukazywać się w odpowiednich czasopismach oraz wydawnictwach (lista wydawnictw jest co jakiś czas aktualizowana). Ich język jest stosunkowo hermetyczny, jasny dla kręgu wtajemniczonych, słowem trudny do przebrnięcia dla kogoś spoza kręgu adeptów wykształcenia ogólnohumanistycznego. Nie idzie tutaj o brak inteligencji, lecz o (nie)umiejętność mówienia pewnym językiem. Polska nauka istnieje dla polskiej nauki. Książki, szczególne te na stopień, tj. doktorat czy habilitację, wręcz nie powinny być zrozumiałe dla ogółu społeczeństwa, gdyż podważałoby to elitarną pozycję piszącego. Ci „malutcy” nie mogą rozumieć – właśnie po to, aby uświadamiać sobie każdorazowo, że są malutcy. Niewielu jest badaczy, którzy chcą pisać innym językiem, tj. zrozumiałym dla ludzi spoza swojej dyscypliny, nie każdy potrafi tak pisać i nie wszyscy są do tego odgórnie przymuszani. Uważam że ta sytuacja sprzyja po części samym badaczom, gdyż ich tezy nie są poddawane szerszej weryfikacji, na którą zwykle reagują alergicznie. Jeśli już niektórzy z nich piszą „dla ludzi”, to zawsze pojawia się zarzut nienaukowości czy zarzut publicystycznego tonu, a przecież pisanie humanistyki nie musi być pisaniem szyfrem (warto docenić pisanie Anglosasów). Nikt, np. na uniwersytecie, nie uczy badaczy dobrej popularyzacji swojej wiedzy, z tego względu nie trafia ona do publicznego, szerszego obiegu. Siłą rzeczy nie wchodzi także na rynek wydawniczy, który promuje to, co będzie się sprzedawało, a co nie oznacza, że ma swój merytoryczny poziom. Z tego bezpiecznego i zacisznego miejsca można się poznęcać nad jakąś popularnonaukową książką, jakimś autorem-amatorem albo dziennikarzem naukowym, jak np. Łukasz Łamża, tudzież poznęcać się nad popularnością wybranych kanałów czy podcastów.
Trzecia przyczyna to brak kształcenia dziennikarzy naukowych. Specjalności takie na kierunku, jakim jest dziennikarstwo oraz komunikacja społeczna, albo nie istnieją, albo są likwidowane. Kształci się bowiem pod rynek, a nie pod społeczne potrzeby.
To o tyle dziwne, że w czasie pandemii spora część ludzi poszukiwała brakującej lub w niesatysfakcjonujący sposób przekazywanej wiedzy naukowej. Z tego względu mieliśmy do czynienia z powstawaniem różnych cyfrowych kanałów skupionych na problematyce naukowej.
Ponadto od prowadzącego kurs dziennikarstwa popularnonaukowego wiem, że nawet gdy studenci piszą dobre prace, to nie chcą ich nigdzie wysyłać w celu publikacji. Mało kto z nich wiąże bowiem swoją przyszłość z tą dziedziną dziennikarstwa. Szkoda, że ich prace licencjackie i magisterskie zakurzą się w cyfrowym archiwum uniwersyteckim, przeczytane jedynie przez promotora i recenzenta. Na palcach jednej ręki policzyłbym osoby, które podjęły trud przerobienia tych prac na artykuły naukowe lub/i popularnonaukowe.
Brak porządnego dziennikarstwa naukowego łączy się z także ze słabą obecnością w publicznej telewizji wysokiej jakości programów edukacyjno-naukowych oraz popularnonaukowych. Czy nie jesteśmy w stanie stworzyć współczesnego odpowiednika „Sondy”?
Piąta przyczyna wynika z faktu, że jeśli raz pewne przekonanie weszło w medialny obieg, trudno je zatrzymać oraz sprawić, aby ludzie przestali w nie wierzyć. Tak było w przypadku powiązania szczepionek z autyzmem oraz tzw. efektem Mozarta. Przekonania, które wydają się nam mieć jakieś naukowe uzasadnienie, często są błędne właśnie dlatego, że na pewnym etapie zdobywania wiedzy uznaliśmy je za fakt i nigdy więcej ich nie weryfikujemy. Czy niejedzenie czarnej końcówki od banana jest zasadne? Czy naprawdę nie można mieszać alkoholi? Czy koty „lubią” mleko? Czy rosół pomaga na przeziębienie? Jesteś pewien, że Twoje odpowiedzi są poparte naukowo?
Wynika to także z faktu, że mało kto z nas jest ekspertem w jakiejś dziedzinie. Każdy z nas jest w większości dziedzin laikiem, który musi bazować na zaufaniu do ekspertów, gdyż nie ma ani kompetencji ani czasu sprawdzać wszystkiego na własną rękę – życie stałoby się wtedy koszmarem. Ponadto nauka się zmienia – wystarczy porównać wiedzę o autyzmie sprzed dziesięciu lat z dzisiejszą, o „płciach mózgu” i neuroseksizmie, feromonach i różnych wymysłach psychologii ewolucyjnej.
Już te pięć przyczyn pokazuje, że daleko posunięty sceptycyzm względem wiedzy naukowej nie jest samym problemem wiedzy naukowej, ale całej złożonej i heterogenicznej sieci różnych aktorów, co już dawno temu opisał Ludwik Fleck, polski badacz mechanizmów wytwarzania i przekazywania wiedzy naukowej. Zmediatyzowanie wiedzy, utrata informacyjnego monopolu państwa oraz spadek autorytetu nauki muszą skutkować pokawałkowaniem wiedzy oraz swoistym chaosem informacyjnym.
Jeśli dodać do tego medialno-komunikacyjnego obrazu takie przyczyny, jak brak zaufania do państwa i innych ludzi (neoliberalny trening zrobił swoje), swoiste „korumpowanie nauki” (pisał o tym Sheldon Krimsky w książce pod tym tytułem), w tym także organów odpowiedzialnych za kontrolę firm farmaceutycznych, indywidualizm i troskę o własne zdrowie „tak, jak ja je pojmuję”, stan ochrony zdrowia, popularność „medycyny alternatywnej”, podsycane przez popkulturę technolęki – to nie ma się co dziwić, że część ludzi odmawia zaszczepienia się. Oni nie są głupi. Robią to, do czego byli latami warunkowani. Tego nie da się mentalnie cofnąć na pstryknięcie palcem. Sceptycy nie wzięli się znikąd. Wyjścia w takiej sytuacji są dwa: albo przymusowo szczepić obywateli, analogicznie jak to robiono w poprzednim ustroju i uznać, że zakres paternalizmu państwa jest tutaj uzasadniony, co oznacza, że państwo wie lepiej niż obywatel, albo opracować odpowiednią strategię komunikacji społecznej.
Znamy przyczyny społecznego sceptycyzmu. Trzeba teraz potrafić tej sytuacji zaradzić, a nie pomstować z wyżyn elitarnego dyskursu na „szurię”, bo to tylko pogłębia problem. Państwo polskie nie po raz pierwszy okazało się absolutnie bezradne wobec przekazania swoim obywatelom rzetelnej wiedzy dotyczącej jakiegoś zjawiska czy faktu. Z pandemii nie wyciągnięto żadnych medialno-komunikacyjnych wniosków. To bardzo źle wróży na przyszłość, szczególne, że nie widać żadnej chęci naprawy tego stanu rzeczy.
dr Michał Rydlewski
Grafika w nagłówku tekstu: Mohamed Hassan from Pixabay.
przez redakcja | wtorek 9 września 2025 | aktualności
Zaostrza się konflikt płacowy w polskich strukturach sieci Kaufland.
Jak informuje portal WP Finanse, narasta spór o podwyżki płac w Kauflandzie. Związkowcy z OPZZ Konfederacja Pracy domagają się podwyżek płac o 1200 zł od 1 stycznia 2026. Uzasadniają to brakiem poważnych podwyżek od dawna, rosnącymi kosztami życia i niskimi płacami w tej sieci handlowej.
Niemiecki koncern odrzuca ich żądania: „W naszej ocenie postulat podwyżek w wysokości 1200 zł dla wszystkich pracowników od stycznia 2026 r. jest nierealny do zrealizowania – zarówno ze względu na obecne uwarunkowania ekonomiczne, jak i standardy obowiązujące w branży handlowej”.
Związkowcy zapowiadają, że w razie niespełnienia ich postulatów rozpoczną przewidziany prawem spór zbiorowy. Kolejnym krokiem może być strajk. Rozmowy na temat podwyżek odbyły się w lipcu, a kolejne, sierpniowe, nie doszły do skutku z winy zarządu firmy.
Wojciech Jendrusiak, przewodniczący OPZZ Konfederacja Pracy w Kauflandzie, twierdzi, że sieć oferuje niskie płace. Na przykład w Żywcu już po uwzględnieniu premii nieznacznie przekracza płacę minimalną, a w stolicy, gdzie premia jest wyższa, już z nią wypłata wynosi około 4,5 tys. netto.
przez redakcja | wtorek 9 września 2025 | aktualności
Niewielkie lokalne polskie sieci handlowe tworzą sojusz zakupowy.
Jak informują Wiadomości Handlowe, powstaje sojusz zakupowy zrzeszający niewielkie lokalne polskie sieci handlowe. Kilkanaście podmiotów zakłada spółkę, która umożliwi im wspólne negocjacje z producentami i lepsze warunki dzięki większym zamówieniom. To z kolei ma pozwolić zaoferować konsumentom niższe ceny i umożliwić konkurowanie z wielkimi zagranicznymi sieciami handlowymi.
W skład sojuszu zakupowego wejdą Gram Sadeccy, Paleo-1, Polska Grupa Zakupowa Kupiec, Passa i Tomi Markt oraz pomniejsze podmioty. Gram Sadeccy posiada niemal 40 sklepów, Paleo-1 ma ich siedem, Polska Grupa Zakupowa obejmuje 416 sklepów, Passa to 90, a Tomi Markt 18.
Grupa zakupowa czeka na decyzję Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Jesienią 2024 r. powstał już podobny podmiot, zrzeszający Topaz, Polską Grupę Supermarketów, Społem Białystok i SPS Handel.