przez Piotr Wójcik | środa 31 stycznia 2018 | opinie
Zima to ta pora roku, która najdobitniej unaocznia, że ruch samochodowy jest realnym problemem obniżającym poziom życia w Polsce. Okres świąteczno-noworoczny zawsze przynosi śmiertelne żniwo wśród fanatyków szybkiej jazdy oraz amatorów prowadzenia auta po pijaku. Trudniejsze niż zwykle warunki drogowe jeszcze zwiększają poziom zakorkowania polskich miast, który już i tak jest ogromny nawet w piękne wiosenne dni. Natomiast sezon smogowy sprawia, że częściej niż zazwyczaj zwracamy uwagę na stan powietrza. Oczywiście smog jest przede wszystkim skutkiem ogrzewania domów, jednak w miastach ruch samochodowy odczuwalnie się dokłada do złego stanu powietrza. Zbyt duża w stosunku do polskich realiów skala ruchu samochodowego uderza w nasze najbardziej podstawowe potrzeby – bezpieczeństwo, zdrowie oraz ilość czasu do dyspozycji.
Autem za wszelką cenę
Ranną podróż autobusem do pracy zawsze umilałem sobie puszczaną w słuchawkach muzyką oraz obserwacją kierowców stojących w korkach. Mieszkam w jednej z południowych dzielnic Katowic, więc okazji miałem ku temu co niemiara. W drodze z południa do centrum mija się co najmniej kilka wąskich gardeł, z którymi od lat władze lokalne nie do końca wiedzą co zrobić. Zawsze zwracały moją uwagę dwa fakty. Po pierwsze niemal we wszystkich autach siedział tylko kierowca, a po drugie – zdecydowana większość stanowiły samochody na katowickich rejestracjach, chociaż połączenia autobusowe z południa są zupełnie przyzwoite, z mojego osiedla autobus odjeżdża regularnie co 10 minut. Infrastruktura dzielnic południowych jest zwykle położona blisko, więc najczęściej nie ma potrzeby dowożenia dziecka do przedszkola czy szkoły, można spokojnie je odprowadzić. Jeżdżę samochodem od kilkunastu lat, jednak nie wyobrażam sobie, jak można w zwykły dzień pracy jechać do centrum autem – męczyć się ze znalezieniem miejsca parkingowego, potem dreptać 15 minut do biura, w zimie jeszcze odśnieżać pojazd itd. I na dodatek płacić za całą tę „przyjemność” dużo więcej niż za dojazd komunikacją publiczną. Tymczasem w mojej pracy były osoby, którym cały dojazd autem z dojściem z parkingu włącznie zajmował więcej czasu niż dojście na piechotę lub podjechanie dosłownie kilku przystanków tramwajem.
Oczywiście zdaję sobie sprawę, że wielu Polaków musi dojechać własnym autem z powodu braku połączeń z miejscem zamieszkania lub ze względu na konieczność załatwienia spraw – odebrania dziecka z daleko położonej placówki lub zrobienia tygodniowych zakupów. Takie sytuacje są zupełnie zrozumiałe, jednak nawet pobieżna obserwacja codzienności dowodzi, że Polacy masowo korzystają z aut nie tylko wtedy, gdy nie jest to niezbędne, ale nawet wtedy, gdy jest to dużo mniej komfortowe i opłacalne.
Według związku ACEA, liczba zarejestrowanych w Polsce w 2015 roku wyniosła 628 na tysiąc mieszkańców, co było czwartym wynikiem w UE. Z większych krajów wyprzedzały nas jedynie Włochy (poza nimi przed Polską były Malta i Luksemburg) z 706 pojazdami na tysiąc osób. W Niemczech, w których przemysł samochodowy jest jednym z największych powodów do dumy, wskaźnik ten wynosi 593, w Wielkiej Brytanii 587, na Słowacji 438, a na Węgrzech zaledwie 372. Oczywiście wielu zauważa, że te dane są zawyżone, gdyż wiele samochodów w Polsce nie jest wyrejestrowywanych. Zapewne, tylko że tak jest we wszystkich krajach. Trudno dać wiarę, że wszystkie narody w Europie grzecznie biegną do wydziałów komunikacji zaraz po skasowaniu auta, a tylko Polacy masowo ignorują ten obowiązek. Dane ze wszystkich krajów są zawyżone, więc sama liczba 628 jest zapewne niedokładna, jednak bez wątpienia w stosunku do innych państw liczba samochodów w Polsce jest bardzo wysoka.
Nie ma więc co się dziwić, że nasze miasta należą do najbardziej zakorkowanych na kontynencie. Według Tomtom Traffic Index, Łódź jest najbardziej zakorkowanym miastem Europy, wyprzedzającym Bukareszt i Moskwę. Na 12. miejscu znajduje się Lublin, wyprzedzając między innymi czternasty Paryż. Siedemnasty Kraków wyprzedza osiemnaste Ateny, a znajdująca się na 19. miejscu Warszawa wyprzedza o jedno oczko Lizbonę. Wrocław (26. miejsce) jest zaraz nad Stuttgartem, a Poznań (29. miejsce) nad Kolonią.
Śmierć na czterech kołach
Zbyt duża liczba pojazdów to nie tylko korki, ale też gorszy stan powietrza. Polska rocznie emituje średnio 3,5 kg pyłów zawieszonych PM10 na osobę. To ósmy najwyższy wynik w UE – średnia unijna wynosi kilogram na osobę mniej. Podobnie jest z pyłami PM2.5 – emitujemy ich rocznie 1,84 kg na osobę, co jest siódmym wynikiem w UE, przy średniej UE wynoszącej 1,38 kg. Oczywiście ruch samochodowy odpowiada za mniejszość tej emisji. Spaliny samochodowe odpowiadają za około 7 procent emisji pyłów zawieszonych, a kolejne kilka procent dokładają ścierane opony i klocki hamulcowe. Jednak w miastach, w których zanieczyszczenie powietrza jest szczególnie uciążliwe, udział ruchu samochodowego jest znacznie wyższy niż w skali kraju. Szacuje się, że w Warszawie ruch samochodowy odpowiada za ponad połowę zanieczyszczenia powietrza, a w Krakowie za jedną trzecią.
Fatalny stan powietrza w Polsce realnie odbija się na zdrowiu Polaków. Wskaźnik śmiertelności z powodu raka płuc wynosi nad Wisłą 69 przypadków na 100 tys. osób. Średnia unijna to tylko 54. W Niemczech śmiertelność z powodu raka płuc wynosi 51, na Słowacji równe 50, a w Szwecji zaledwie 39.
Ruch samochodowy zbiera śmiertelne żniwo także bezpośrednio – w wyniku wypadków. Bardzo duża liczba śmiertelnych ofiar w Polsce to oczywiście w dużej części efekt złego stanu infrastruktury. Choćby dziurawych dróg, na których łatwo stracić kontrolę nad pojazdem, braku oświetlenia czy chodnika wzdłuż pobocza dróg w gminach wiejskich, a także dużej liczby przejść dla pieszych pozbawionych sygnalizacji świetlnej. Jednak bez wątpienia olbrzymią rolę gra żałosna kultura jazdy nad Wisłą oraz dosyć niskie umiejętności polskich kierowców. Oczywiście sami wyobrażamy sobie, że jesteśmy narodem mistrzów kierownicy, jednak prawda jest zupełnie inna – większość z nas nie potrafi zachować się w sytuacji nagłego poślizgu czy niespodziewanego ruchu innego pojazdu. A połączenie ignorancji i przekonania o własnej genialności to najgorszy możliwy koktajl, w wyniku którego młodzi właściciele BMW rozjeżdżają rodaków na pasach lub zabijają własnych przyjaciół siedzących na fotelach pasażerów. Nie wspominając już o skończonych chamach prujących lewym pasem na łeb, na szyję i wymuszających zjechanie na pas prawy.
Wskaźnik śmiertelności w wyniku wypadków komunikacyjnych wynosi w Polsce 10,3 przypadków na 100 tys. mieszkańców i jest czwartym najwyższym w UE. Wyprzedzają nas jedynie dwa kraje bałtyckie (Litwa i Łotwa) oraz Rumunia. Średnia unijna wynosi 5,8, a więc jest niemal dwa razy niższa. Szwedzi giną na drogach trzy razy rzadziej, a Brytyjczycy niemal cztery razy rzadziej. Także śmiertelność pieszych jest dosyć wstrząsająca – wskaźnik śmiertelności wynosi 3,2, a więc jest… trzykrotnie wyższy od średniej unijnej. Przypadki zabitych pieszych wracających z pasterki czy sylwestra, których było ostatnio sporo w mediach, nie są więc czymś okazjonalnym, lecz tragiczną codziennością polskich dróg.
Rozwiązanie: zakaz wjazdu
Konieczność ograniczenia ruchu samochodowego w Polsce wydaje się więc oczywista. Pojawiają się jednak pomysły zarówno dobre, jak i nietrafione. Zdecydowanie najbardziej przereklamowanym sposobem na ograniczanie ruchu samochodowego jest upowszechnianie transportu rowerowego. Przy polskim klimacie, w którym dosyć często pada, a temperatura spada poniżej 5 stopni, rower nigdy nie będzie masowym sposobem poruszania się. Jest on też środkiem transportu głównie dla osób młodych lub w średnim wieku, nie mających problemów z układem ruchu. Przede wszystkim jednak nieefektywnym środkiem transportu – w końcu to środek transportu indywidualnego. Zabiera niewiele mniej miejsca niż ruch samochodowy (oczywiście w hipotetycznej sytuacji przewożenia takiej samej liczby osób) i bardzo słabo komponuje się z ruchem pieszym, a to piesi powinni być grupą uprzywilejowaną w mieście. Efektywność ruchu rowerowego jest zupełnie nieporównywalna z transportem zbiorowym: tramwajami czy autobusami.
Bardzo złe są pomysły selektywnego wykluczania kierowców z ulic. Mowa np. o zakazie wjazdu do centrum starszych samochodów, emitujących więcej spalin, czy samochodów spoza danego miasta (takie pomysły pojawiają w Warszawie, co w przypadku stolicy jest szczególnie skandaliczne). De facto selektywne są także opłaty za wjazd do centrum, np. wysokości 30 zł, co poparła ostatnio nowa minister Jadwiga Emilewicz. Są one zwyczajnie niesprawiedliwe, gdyż uderzają w osoby mniej zamożne, których nie stać na opłatę lub zakup nowego samochodu. W ten sposób nie skłonimy do korzystania z komunikacji zbiorowej osób zamożnych, bo one tego nawet nie odczują, za to zrazimy do niej osoby mniej zamożne.
Dobra strategia ograniczania ruchu samochodowego jest więc dosyć prosta – to przede wszystkim wyłączanie z indywidualnego ruchu samochodowego coraz większych obszarów śródmiejskich, co będzie zmuszało do korzystania z transportu zbiorowego wszystkich, a nie tylko mniej zamożnych. Poza kijem należy oczywiście też stosować marchewkę, czyli zwiększać komfort i efektywność komunikacji publicznej. Zagęszczać siatkę połączeń, także w nocy i poza godzinami szczytu. Budować centra przesiadkowe, które pozwolą korzystać z komunikacji miejskiej również osobom spoza aglomeracji. Tworzyć buspasy, które pozwolą unikać korków autobusom, dzięki czemu będą one dowozić pasażerów szybciej niż prywatne auta. I budować nowe linie tramwajowe, gdyż to tramwaj jest najbardziej efektywnym środkiem transportu w mieście. Powyższe to żadne odkrycia, tylko „oczywiste oczywistości” znane od lat. Czas je wreszcie wprowadzić w życie, bo zbyt duży ruch samochodowy realnie wpływa na zmniejszenie standardu życia w Polsce. Ograniczenie ruchu samochodowego powinno być więc jednym z celów polityk publicznych w najbliższych latach – nawet za cenę jazgotu ultrasów motoryzacji.
Piotr Wójcik
przez dr Łukasz Moll | środa 24 stycznia 2018 | opinie
Obóz euroentuzjastów w krajach postkomunistycznych nie przestaje zachowywać się jak najpilniejszy uczeń w brukselskiej klasie, który posłusznie wkuwa na pamięć nawet te formułki, które bez szczególnej wiary wykłada już sam nauczyciel. Jeżeli lewica nie wybije się z tego obozu ze swoim niezależnym głosem i nie odbierze nacjonalistycznej prawicy monopolu na krytykę Unii Europejskiej, coraz trudniej będzie utrzymać poparcie dla integracji.
Chorwacki politolog Boris Buden w wydanej także w Polsce książce „Strefa przejścia”, zauważył, że po upadku reżimów realnego socjalizmu nawiązała się między Europejczykami ze Wschodu i Zachodu relacja pedagogiczna. Ci pierwsi mieli zostać przez tych drugich wychowani do wolności, nowoczesności, demokracji, kapitalizmu czy europejskości. Pokojowe rewolucje w dawnych „demokracjach ludowych” nie wywołały u zachodnich obserwatorów entuzjazmu znanego z przeszłych rewolucji. Nie zostały uznane za wydarzenia, które otwierają historię Europy na zupełnie nowy etap, który podda transformacji tak Wschód, jak i Zachód kontynentu. Postrzegano je jak dopełnienie dziejowej epopei Zachodu, która teraz zagości wreszcie za dotychczasową „żelazną kurtyną”. Transformacja Wschodu miała być transformacją w Zachód, w ślad za słowami popularnego wówczas przeboju grupy Pet Shop Boys: Go West / Life is peaceful there / There in the open air / Where the skies are blue / This is what we gonna do.
W szkole europejskości
Jednak obietnica „doganiania Zachodu” czy „powrotu do Europy” okazała się ideologiczną bujdą. Akcesja do UE odbyła się dla nowych państw członkowskich na warunkach peryferyjnych. Zajęły one podrzędne miejsce w gospodarczym podziale pracy, zlikwidowały lub oddały za bezcen znaczną część swojego potencjału przemysłowego, wyspecjalizowały się jako montownie zachodniego kapitału z tanią siłą roboczą, którą na dodatek można było eksportować. Systemy polityczne byłych krajów postkomunistycznych zareagowały na tę nową rzeczywistość polaryzacją. Z jednej strony ukształtował się obóz euroentuzjastów, przyjmujący pozycję najlepszego ucznia w klasie, który zasiada w pierwszej ławce i stara się zaimponować belfrowi. Z tyłu klasy zasiadły ugrupowania eurosceptyczne, które na zajęcia trzeba było zaciągać siłą. W trakcie lekcji rzucały papierkami w kujonów i przedrzeźniały nauczyciela, ale gdy były wywoływane do tablicy, na ogół pokornie rozwiązywały zadania, chcąc zdać kolejny egzamin. Swój bunt okazywały przede wszystkim na przerwach, przewodząc antybelferskiej krucjacie, która wygasała ilekroć rozległ się szkolny dzwonek.
Gdzieś pomiędzy tymi dwiema klikami rozsiadła się lewica. Czasem garnęła się do przodu, zafascynowana nauczycielem. Niekiedy z dumą demonstrowała swoje zdolności, pokazując, że w przeciwieństwie do naiwnych euroentuzjastów, potrafi przyswajać wiedzę bardziej refleksyjnie i krytycznie. Gdy w swoim młodzieńczym buncie i sceptycyzmie wobec autorytetów posuwała się za daleko, lądowała w oślej ławce, w oczach nauczyciela upodabniając się do eurosceptycznej bandy. W części przypadków gotowa była zaprzyjaźnić się z nowym towarzystwem, tworząc sojusz autsajderów. Ostatecznie jednak lewica nie wybiła się w stosunku do UE na autonomię, nie wykształciła własnego wyrazistego języka, który przebiłby się szerzej poza jej kółko pozalekcyjne, gdzie miała trochę więcej swobody.
Upadek belfra
Tymczasem z biegiem lat stawało się coraz bardziej oczywiste, że nauczyciel zestarzał się, nie nadąża za rzeczywistością i tkwi przy swoich pożółkłych podręcznikach. Jego niedomagania przestały być jedynie uprzedzeniami wobec hultajów z ostatniego rzędu. Posuwanie się naprzód w edukacji stało się możliwe tylko poprzez zmianę relacji pedagogicznej, dzięki wyjścia z „niezawinionej niedojrzałości” ku Oświeceniu, którego beneficjentem byliby już nie tylko uczniowie, ale i sam nauczyciel.
Przedstawiony tu metaforycznie upadek autorytetu nauczycielskiego, jakim jest Unia Europejska rozpoczął się na dobre wraz ze światowym kryzysem gospodarczym 2008 roku, po którym przyszedł kryzys zadłużeniowy strefy euro. Ujawnił on błędy w konstrukcji unii monetarnej, która okazała się na taki scenariusz nieprzygotowana. Brak mechanizmów solidarnościowych spowodował, że koszty pokrywania strat w sektorze bankowym spadły przede wszystkim na słabsze gospodarki strefy euro – Grecję, Hiszpanię, Włochy, Portugalię, Irlandię – które pogrążyły się w kryzysie długu publicznego. Brak woli politycznej w państwach o najlepszej kondycji, w szczególności w Niemczech, które rozdawały karty w zarządzaniu kryzysem, przyczynił się do wzrostu antyunijnej reakcji.
Kryzys systemowy nie był zatem widoczny dla wszystkich. Zarówno sam nauczyciel, jak i zapatrzeni w niego prymusi poszli w zaparte, zmuszając słabszych uczniów do przyswajania jeszcze większej dawki bezużytecznej wiedzy, która przyczyniła się do kiepskich ocen. Na porażki neoliberalnego programu nauczania zaaplikowano jeszcze więcej neoliberalizmu: cięć budżetowych, oszczędności w wydatkach socjalnych, wyprzedaży majątku publicznego, osłabiania prawa pracy. Kiedy zagrożeni tym programem uczniowie podnieśli wreszcie bunt, zrobiono z nich wyrzutków, którzy nie potrafią się dostosować do jedynie słusznych zasad i wystraszono ich groźbą odmowy promocji do następnej klasy.
Lekcja Piketty’ego
Na szczęście znaleźli się bardziej wiarygodni krytycy nauczyciela i jego pupilków. Wśród nich Thomas Piketty, najgłośniejszy ostatnimi czasy ekonomista na świecie, który wykazał systemowy wpływ kapitalizmu na wzrost nierówności. W odróżnieniu od licznych marksistów, alterglobalistów i prawicowych suwerenistów, którzy próbowali stawać w obronie buntowników, jego nie można było tak łatwo zdyskredytować. Był wzorowym uczniem dawnego nauczyciela, który opanował jego zestaw wiedzy po to, by poddać ją korektom, które były nie tylko zrozumiałe, ale nawet akceptowalne dla znacznej części grona pedagogicznego. Nie można było go obsadzić w roli niedorosłego, nieodpowiedzialnego bachora czy zadufanego w sobie wolnomyśliciela, który w swojej krytyce nadmiernie się zagalopował (potraktowano tak na przykład Janisa Warufakisa, swego czasu ministra finansów Grecji).
Tenże Piketty opublikował właśnie krótką, acz pouczającą diagnozę dla UE na rok 2018. Poświęcił w niej specjalną uwagę Polsce i pozostałym krajom Europy Środkowo-Wschodniej. Przyswojenie sobie jego wniosków nie powinno ujść uwadze polskiej lewicy. Stanowią one zaproszenie do wyrwania się z pozycji bezrefleksyjnych euroentuzjastów, którzy pozostają ślepi na oczywiste pomyłki nauczyciela. A przy tym chronią one przed pójściem „do kąta”, po którym lewica zbliżyłaby zanadto do prawicowych eurosceptyków.
Autor głośnego „Kapitału w XXI wieku” twierdzi, że w 2018 roku nierówności będą narastały w UE podług trzech osi. Dla polskiej lewicy najistotniejsza powinna być trzecia z nich.
Pierwsza oś to globalny trend ku nierównościom, który wynika z rywalizacji państw, by poprzez obniżki opodatkowania przyciągnąć obcy kapitał. Rywalizacja ta osłabia bazę podatkową, a zatem i możliwości aktywnego przeciwdziałania nierównościom poprzez redystrybucję bogactwa.
Druga oś to pęknięcie Europy na Północ i Południe, czyli pogłębienie kryzysu państw-wierzycieli i państw-dłużników w strefie euro. Państwa zadłużone uginają się pod wpływem wyższego oprocentowania obligacji, na czym korzystają państwa-wierzyciele. Te drugie mamią swoich wyborców, jak to podobno pompują pieniądze w biedną Grecję i resztę, podczas gdy w rzeczywistości płacą za przywilej niższego zaciągania pożyczek.
Wreszcie trzecie pęknięcie bazuje na podziale Zachód-Wschód. Piketty przytacza tu bardzo interesujące dane. Wynika z nich, że po 1989 roku w Polsce i innych byłych krajach bloku radzieckiego, które otworzyły swoje gospodarki dla obcego kapitału, doszło do znacznego zagarnięcia majątku przez zagranicznych inwestorów, w szczególności niemieckich. Niższy wzrost nierówności w tej części Europy niż w Rosji czy w USA ma wynikać z odpływu kapitału za granicę. Oznacza to, że krajowe nierówności wzrosły mniej, ponieważ pogłębiły się nierówności między Polską a krajami, z których pochodzą inwestorzy zagraniczni. Zdaniem Piketty’ego, oznacza to, że Polska i kraje naszego regionu znalazły się w sytuacji podobnej jak sprzed okresu realnego socjalizmu.
W latach 2010-2016 zagraniczny odpływ zysków z kapitału wyniósł 4,7% PKB w przypadku Polski, 7,2% na Węgrzech, 7,6% w Czechach i 4,2% w Słowacji. Dla porównania, przypływ kapitału z obszaru UE wynosił 2,7% PKB dla Polski, 4,0% dla Węgier, 1,9% dla Czech i 2,2% dla Słowacji. Oznacza to, że w przypadku każdego z krajów Grupy Wyszehradzkiej nastąpił większy ODPŁYW niż przypływ (2,0% PKB dla Polski, 3,2% dla Węgier, 5,7% dla Czech i 2,0% dla Słowacji).
Dać świadectwo dojrzałości
Wnioski polityczne płynące z tej analizy są czytelne. Polska, Czechy, Węgry i Słowacja mają, podobnie jak kraje Południa, wszelkie powody, by wskazywać na to, że obecny model gospodarczy Unii Europejskiej przyczynia się do pogłębienia dysproporcji rozwojowych pomiędzy krajami. Ponadto, słabiej rozwinięte kraje, realizujące strategię przyciągania obcego kapitału, kuszą go obniżkami podatkowymi, przez co osłabiają swoje funkcje redystrybucyjne i pozwalają na wzrost nierówności wewnątrz kraju. Mówiąc krótko: UE w obecnym kształcie napędza nierówności między krajami i w obrębie krajów (przede wszystkim krajów słabszych gospodarczo).
Lewica nie powinna z tego wyciągać wniosku, by z UE wyjść – Polexit, podobnie jak przerwanie edukacji, nie daje narzędzi do odwrócenia tego negatywnego trendu. Powinna natomiast nabrać odwagi, by domagać się reformy UE w duchu redystrybucji na poziomie tak europejskim, jak i krajowym. Jeżeli lewica nie stanie na czele konstruktywnego buntu przeciwko stetryczałemu nauczycielowi, narastające pęknięcia jeszcze lepiej niż dotychczas wykorzysta antyunijna, antyimigrancka, nacjonalistyczna prawica. Aby przedstawić korektę integracji, lewica musiałaby najpierw odważnie zakwestionować błędną diagnozę, która przyrost nastrojów antyunijnych w państwach Europy Środkowo-Wschodniej zrzuca na karb jakiegoś istotowego konserwatyzmu tych społeczeństw, wynikającego z „zapóźnienia kulturowego”. Do przyrostu tego zapóźnienia – czy też „rozwoju niedorozwoju” – przyczynia się obecny kształt integracji, który powoduje dezintegrację i polaryzację UE. To właśnie jest ta nieprawomyślna wiedza, z którą absolwenci ze Wschodu mogą opuścić szkolne mury i na jej podstawie zaproponować integrację w bardziej przyjaznym, równościowym środowisku, w którym nie będzie obowiązywało już ślepe posłuszeństwo wobec neoliberalnej wulgaty oraz kapłanów stających w jej obronie.
Łukasz Moll
przez Tomasz S. Markiewka | środa 17 stycznia 2018 | opinie
Na początku stycznia mogliśmy przeczytać dwa teksty, które, potraktowane łącznie, doskonale streszczają sytuację polityczną w kraju. Pierwszy to wywiad z Agnieszką Holland opublikowany na stronie „Kultury Liberalnej”. Znana reżyserka uważa, że Polska znajduje się w stanie wyjątkowym – demokracja upada, PiS niszczy kraj, faszyzm stoi u bram. Sposobem na rozwiązanie tych problemów jest zdaniem Holland mówienie o nich najgłośniej, jak tylko się da. Kto tego nie robi, ten nie rozumie skali zagrożenia i szkodzi Polsce. Na uwagę, że ta strategia nie działa, Holland odpowiada: „Problemem nie jest to, iż ludzie obojętnieją, ale że od początku nie chcieli słuchać ostrzeżeń. A jeśli ludzie zatykają uszy, musisz krzyczeć coraz głośniej”.
Drugi tekst to krótkie omówienie sondażu CBOS, opublikowane na stronach „Gazety Wyborczej” pod wymownym tytułem „2017 był dla Polaków najlepszym rokiem od 1989”. 65% badanych rodaków stwierdziło, że poprzedni rok był dobry dla nich i ich rodzin. 49% oceniło, że 2017 był rokiem dobrym także dla Polski, co mogłoby się wydawać nieszczególnym wynikiem, gdyby nie to, że to najlepszy rezultat od 1989 roku. Polacy i Polki optymistycznie patrzą także w przyszłość – aż 46% uważa, że kolejny rok będzie lepszy, a tylko 6% sądzi, że czeka nas gorszy. Pozostałe osoby albo nie mają zdania, albo lokują się pośrodku.

Takie wyniki oczywiście zupełnie nie pasują do alarmistycznego tonu Agnieszki Holland. Forumowicze na stronie „Wyborczej”, najwyraźniej stojący po stronie polskiej reżyserki, próbowali sobie tłumaczyć ten stan rzeczy na różne sposoby: a to niewiarygodnością CBOS-u, a to rządową propagandą, a to głupotą swoich rodaków. Prawda jest jednak taka, że większość ludzi, co zauważa sam CBOS, ocenia dany rok przez pryzmat swojej sytuacji materialnej, a ta w porównaniu z poprzednim latami dla sporej części Polaków była całkiem niezła, choć oczywiście daleka od doskonałości.
Większość ludzi nie interesuje się sprawami związanymi z sądami czy Trybunałem Konstytucyjnym tak bardzo, jak czyni to grupka polityków, dziennikarzy i intelektualistów. Zazwyczaj to jest ten moment, gdy jakiś zwolennik totalnej opozycji unosi się oburzony i zaczyna tłumaczyć, jak wielkie znacznie dla rządów prawa i demokracji ma to, co wyprawia PiS z Konstytucją oraz sądami. Jak można to lekceważyć? Jak można to usprawiedliwiać? Jak można to relatywizować? Ale tu nie chodzi o to, że działania PiS-u w tych obszarach są usprawiedliwione (bo nie są), lecz o proste zauważanie, że dla dużej części Polaków nie jest to aż tak istotne. Żaden krzyk ani szantaż moralny nie zmienią letniego nastawienia rodaków w odniesieniu do tych spraw. Każdy, kto mieni się obrońcą demokracji, musi to zrozumieć i wziąć pod uwagę. Ostatecznie w demokracji chodzi też o ludzi, prawda? O ich odczucia, dobrobyt i poglądy.
Brutalne fakty są więc takie, że mamy potężny rozdźwięk między elitami a społeczeństwem. Te pierwsze krzyczą, że Polska się wali i jest tak strasznie, że trzeba się zacząć zastanawiać, czy istnieje jakieś słowo gorsze niż „faszyzm”, bo nazwanie PiS-u faszystami to już za mało. Społeczeństwo z kolei odpowiada: wiele rzeczy nas denerwuje, ale w porównaniu z poprzednimi latami jest w sumie całkiem dobrze. Agnieszka Holland próbuje za ten stan rzeczy winić środowiska takie jak „Kultura Liberalna”, które niedostatecznie mocno biją na alarm. Ale nikt rozsądny nie może uwierzyć, że „Kultura Liberalna”, „Nowy Obywatel”, Rafał Woś czy partia Razem, które wspólnie mają mniejszy wpływ na opinię publiczną niż pojedyncze autorytety liberalne, są w stanie otumanić Polaków i Polki. Prawda jest banalniejsza: ludzie nigdy nie walczyli o abstrakcje i piękne idee, za to zawsze – o życiowe konkrety. Gdy Dominika Wielowieyska narzekała, czemu lekarze, domagając się lepszych warunków płacy, sięgają po tak drastyczne środki jak głodówka, słusznie przypomniano jej, że wiele słynnych protestów, w tym te najbardziej uświęcane w polskiej tradycji, brało się właśnie z takich „błahych” spraw. I właśnie dlatego do dziś jedną z najskuteczniejszych akcji przeciwko PiS-owi pozostaje „czarny protest”. Wiele kobiet zrozumiało, że oto istnieje bliskie, namacalne zagrożenie dla ich praw. Nie potrzebowały do tego pouczeń ze strony Tomasza Lisa o wartości demokracji.
Tak właśnie powinna wyglądać walka tych, którym rzeczywiście na sercu leży dobro kraju. Mniej naburmuszonych haseł o końcu demokracji, Polsce poza Europą i PiS-owskim totalitaryzmie, a więcej wskazywania na konkretne bolączki poszczególnych grup społecznych, którym partia Kaczyńskiego albo nie pomaga, albo wręcz przeszkadza w prowadzeniu godnego życia. Więcej mówienia o ludziach do ludzi, a mniej podniecania się własną elitarnością. To oczywiście bardzo nie spodoba się części opozycji. Wywiad z Holland dobitnie pokazuje, że wiele osób wciąż jest na etapie „im głośniej, tym lepiej i skuteczniej”. Nie bardzo potrafią zrozumieć, że rzeczywistość jest trochę bardziej skomplikowana, a najgroźniejszym przeciwnikiem danego polityka niekoniecznie jest ten, który najgłośniej go krytykuje. Czego jednak spodziewać się po środowisku, w którym wciąż pokutuje naiwna wiara w to, że za władzę PiS-u odpowiedzialność ponosi dobry występ Zandberga w studiu TVP, co rzekomo doprowadziło do wyeliminowania Zjednoczonej Lewicy z sejmu (a gdyby tylko ludzie Millera i Palikota znaleźli się w sejmie to ho ho, demokracja kwitłaby w najlepsze!). Nie ogólnoświatowy bunt przeciwko neoliberałom, nie błędy poprzedniego rządu, nie fatalna kampania wyborcza Bronisława Komorowskiego, ale przedstawiciel partii, która uzyskała 3% w wyborach, ukształtował naszą scenę polityczną…
Zaciekli liberałowie nie pomogą w najbliższym czasie w budowaniu lepszej Polski. Zbytnio są zajęci własnymi fantazjami. Ale zawsze są ludzie „pomiędzy”, do których warto i trzeba mówić. Ludzie, którzy czują, że liberalna opowieść o naszym kraju uległa wyczerpaniu, ale PiS od czasu do czasu przeraża ich na tyle, że odczuwają słabość wobec haseł o potrzebie stworzenia totalnej opozycji pod przywództwem Petru czy innego Kijowskiego. Im warto nieustannie przypominać kilka prostych prawd. Wielkie słowa sprzeciwu, którymi tak lubią szafować liberalne elity, od dwóch lat jedynie umacniają władzę Kaczyńskiego. Mówienie o tragicznej sytuacji Polski jest wyrazem pogardy dla ludzi, którym, np. z powodu 500 plus, dopiero od niedawna zaczęło się w tej Polsce znośnie żyć. Wszystkie pomysły jednoczenia się w obronie demokracji okazują się po czasie pomysłami na zebranie się wokół kilku facetów z rozbuchanym ego. W naszym kraju jest wiele rzeczy do poprawy. Nikt nie potrafi zagwarantować, że PiS nie pójdzie w stronę faszyzacji Polski. Nieporadność rządu na arenie europejskiej może w końcu skończyć się bardzo źle. Ale rozwiązaniem tych bolączek nie jest obrażanie się na rzeczywistość wokół nas, lecz próba uwzględnienia jej w naszych działaniach politycznych.
dr Tomasz S. Markiewka
przez Karol Trammer | poniedziałek 15 stycznia 2018 | opinie
Koniec z likwidowaniem linii kolejowych – zadeklarował po wygranych wyborach rząd PiS. Tymczasem Grupa PKP nadal demontuje tory.
Ostatnia decyzja o likwidacji linii kolejowej została wydana 5 listopada 2015 r. Był to sam koniec rządów Platformy Obywatelskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego – decyzję likwidacyjną dotyczącą linii z Kępna do Namysłowa ówczesna minister infrastruktury i rozwoju Maria Wasiak podpisała już po wyborach wygranych przez Prawo i Sprawiedliwość, lecz przed zaprzysiężeniem rządu tej partii. Po nastaniu rządów PiS postanowiono: koniec z wydawaniem decyzji o likwidacji linii kolejowych.
Czarna lista linii kolejowych
W lutym 2016 r. wyszło na jaw, że spółka PKP Polskie Linie Kolejowe jak gdyby nigdy nic dąży do uzyskania decyzji likwidacyjnych dla 29 odcinków sieci kolejowej liczących w sumie 432 km. Na czarnej liście, wydobytej z PKP PLK przez Fundację ProKolej, znalazły się między innymi linie Racławice Śląskie – Głubczyce, Mieszków – Śrem, Elbląg – Braniewo, Gryfów Śląski – Świeradów-Zdrój i Jelenia Góra – Karpacz. Ministerstwo Infrastruktury i Budownictwa poinformowało jednak, że spółka PKP PLK nie ma co liczyć na uzyskanie decyzji likwidacyjnych. – „Polska kolej ma się rozwijać, dlatego spółka PKP PLK nie będzie podejmowała działań prowadzących do likwidacji linii kolejowych” – oznajmił minister Andrzej Adamczyk, podkreślając, że wśród celów, jakie stawia przed spółką, jest poszukiwanie możliwości uruchomienia nieczynnych linii.
Odejście od likwidacji linii kolejowych potwierdzali wiceministrowie odpowiedzialni za kolej: „Zostały podjęte działania polegające na wstrzymaniu likwidacji linii kolejowych oraz systemowym odejściu od likwidowania infrastruktury kolejowej” – informował w marcu i maju 2016 r. ówczesny wiceminister Piotr Stomma, odpowiadając na interpelacje poselskie. Deklaracje te podtrzymał następca Stommy wiceminister Andrzej Bittel, zapewniając w styczniu 2017 r., że „nie zakłada się dalszej likwidacji linii kolejowych”.
Infrastruktura i inne odpady
Mimo deklaracji rządu o odejściu od likwidacji infrastruktury kolejowej, Grupa PKP wcale nie zaprzestała rozbiórek linii kolejowych – od początku 2016 r. zlecono demontaż w sumie 272 km linii kolejowych. Przez ostatnie dwa lata spółka PKP – która przejmuje od PKP PLK linie po decyzji likwidacyjnej – zleciła rozbiórki linii między innymi z Sulechowa do Świebodzina, ze Skoków do Janowca Wielkopolskiego, ze Ścinawy do Legnicy, z Kamieńca Ząbkowickiego do Złotego Stoku czy z Brodnicy do Kowalewa Pomorskiego.
Wraz z demontażem 50-kilometrowej linii Brodnica – Kowalewo Pomorskie bezpowrotnie od kolei odcięte zostało powiatowe miasto Golub-Dobrzyń. Spółka PKP, ogłaszając pod koniec stycznia 2017 r. przetarg na rozbiórkę tej linii, zaznaczyła bowiem, że wykonawca ma „przeprowadzić rozbiórkę infrastruktury kolejowej, zabezpieczyć załadunek i transport, zutylizować gruz, podkłady kolejowe i inne odpady oraz uporządkować teren”. Tak brzmi standardowy zapis stosowany przez PKP przy zamówieniach na rozbiórki poprzedzające przekazanie samorządom lub sprzedaż gruntów po linii kolejowej.
To nie linia kolejowa, to naniesienia
Tory między Brodnicą a Kowalewem Pomorskim zostały zdemontowane mimo apeli polityków i organizacji pozarządowych. „System kolejowy powoli jest odbudowywany i nawet jeżeli obecnie na części linii nie jest prowadzony ruch, to nie można przesądzić, że nie ma on szansy na nie powrócić za 5, 10 czy 15 lat. Dlatego należy zachowywać nieeksploatowaną infrastrukturę kolejową, gdyż jej czas prawdopodobnie jeszcze nadejdzie” – wspólnie przekonywały ministra infrastruktury Fundacja ProKolej oraz Centrum Zrównoważonego Transportu. Interpelację w tej sprawie wystosowała także posłanka Nowoczesnej Joanna Scheuring-Wielgus: „Linia kolejowa Brodnica – Kowalewo Pomorskie ma zbyt duży potencjał, żeby go tracić w wyniku pochopnej decyzji o rozbiórce. Przywrócenie jej do życia zapewniłoby mieszkańcom Brodnicy, Golubia-Dobrzynia i Kowalewa Pomorskiego najkrótszą możliwą drogę do największego miasta regionu, jakim jest Bydgoszcz”.

Ministerstwo nie wstrzymując rozbiórki prowadzonej przez PKP, tłumaczyło, że decyzję o likwidacji podjął rząd Marka Belki we wrześniu 2005 r. i dodawało, że od tego czasu tory, rozjazdy i perony stanowią już tylko „naniesienia po nieczynnej linii kolejowej”.
Do ministerstwa nie przestawały spływać pytania od kolejnych polityków, dlaczego – mimo deklaracji rządu o zaprzestaniu demontażu sieci kolejowej – Grupa PKP wciąż zleca rozbiórki linii. W maju 2017 r. wiceminister Andrzej Bittel, odpowiadając na interpelację posła Tomasza Jaskóły z klubu Kukiz’15, przeciął złudzenia: „Minister systemowo rozstrzygnął, że w zakresie dalszej likwidacji linii kolejowych, zostaną wstrzymane tego typu działania. Nie oznacza to jednak, że dla linii kolejowych dotychczas zlikwidowanych zostanie przywrócony status linii kolejowych. Decyzje dotyczące likwidacji linii kolejowych, które wydane zostały do końca 2015 r., nadal obowiązują”.
Choć rzeczywiście od dwóch lat nowe decyzje likwidacyjne nie zapadają, to w przypadku decyzji wydanych przed przełomem 2015 i 2016 r. proces likwidacji jest kontynuowany. I to w najbardziej nieodwracalnym zakresie: przejścia od decyzji istniejącej na papierze do rozbiórki infrastruktury kolejowej w terenie i „odkolejowienia” gruntów.
Zlikwidować likwidacje
W listopadzie 2017 r. do komisji infrastruktury sejmu i senatu trafiła petycja z apelem o wstrzymanie prowadzonego przez Grupę PKP intensywnego procesu demontowania linii kolejowych z wydaną decyzją likwidacyjną: „Zwracamy się z prośbą o doprowadzenie do jak najszybszego przyjęcia moratorium na fizyczną likwidację nieczynnych linii kolejowych” – czytamy w petycji, którą poparło 75 podmiotów z całej Polski, wśród których są organizacje prokolejowe, obywatelskie i ekologiczne, stowarzyszenia miłośników kolei, związki zawodowe oraz samorządy terytorialne (sygnatariuszem apelu jest również dwumiesięcznik „Z Biegiem Szyn”).
Kolejnym krokiem po wstrzymaniu rozbiórek infrastruktury kolejowej powinno być przeanalizowanie decyzji likwidacyjnych przyjętych do końca 2015 r.: „Szlaki, które niegdyś wydawały się nierentowne, dziś stają się przydatne lub wręcz niezbędne” – czytamy w petycji. – „Liczymy, że rozbiórki zostaną wstrzymane, decyzje likwidacyjne uchylone, a linie zakwalifikowane do likwidacji zostaną z czasem przywrócone do ruchu”.
Jak zwracają uwagę sygnatariusze petycji, po zdemontowaniu infrastruktury kolejowej i „odkolejowieniu” gruntów jest już zwykle za późno na odtworzenie ciągu kolejowego: „Pas ziemi pozostały po rozebranej linii kolejowej jest niejednokrotnie przerywany poprzez sprzedaż pojedynczych działek, co definitywnie uniemożliwia ewentualną odbudowę infrastruktury”.
Karol Trammer
Tekst pochodzi z dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn” (nr 1/93 styczeń-luty 2018), www.zbs.net.pl
przez Monika Kostera | środa 10 stycznia 2018 | opinie
„Jeśli nie mogę do tego tańczyć, to nie jest moja rewolucja” – powiedziała w ubiegłym stuleciu Emma Goldman, urodzona na Litwie anarchosocjalistka i feministka. Właściwie to nie wyrzekła tego zdania dosłownie, jest to parafraza dłuższej wypowiedzi, jednak być może nie miałaby nic przeciwko temu, żeby przypisywać jej tę wypowiedź. Jej rewolucja była świetlistą, lekką ideą, otwarciem drzwi do ekspresji, do wyobraźni, do tego, by móc robić piękne, promienne rzeczy. Moja rewolucja, choć poglądy ekonomiczno-polityczne mam nieidentyczne z poglądami Emmy – w odróżnieniu od niej, wierzę w struktury i instytucje społeczne – jest wydarzeniem podobnym, wyzwalającym energię, sprawiającym, że chce się żyć.
Nie jestem osobą skłonną do tańca. Imprezy spędzam od wczesnej młodości raczej w kuchni, na rozmowach o upadku kapitalizmu, Star Warsach i ostatniej płycie Zeppelinów. Nie mam wyczucia rytmu, nie mam za grosz zmysły równowagi, co sprawia, że ani ja nie mam ochoty tańczyć, ani nikt specjalnie nie marzy o tym, żeby przetańczyć ze mną cały wieczór. Nie było takiej chwili, gdy mnie lub moim bliskim marzyła się dla mnie kariera baletnicy czy tancerki.
Jednak zdarzyło mi się kilka razy w życiu, że stopy same podrywały mnie do tańca. Pierwszy raz do muzyki hippisów – gdy potańcówka zamierała, bo ktoś puścił „Schody do nieba” ja, odwrotnie, nie mogłam się powstrzymać przed podskakiwaniem, tak samo przy Floydach, a najchętniej „Echoes” albo „Set the controls”, albo melorecytacjach Doorsów. Zdarzało mi się to też, kiedy słuchałam tych utworów sama.

Drugi raz niedawno, tuż przed ostatnimi wyborami w Wielkiej Brytanii. Zespół ska/reggae Captain SKA nagrał piosenkę „Liar, liar” o Theresie May i torysowskich politykach naszych czasów, którzy z kłamstwa uczynili strategię i światopogląd. Piosenka zdobyła na początku czerwca 2017 czwarte miejsce na brytyjskiej liście przebojów (mimo całkowitej cenzury ze strony wielkich radiostacji, z BCC włącznie). Wszystkie dochody uzyskane z jej sprzedaży zostały przekazane na banki żywności w Wielkiej Brytanii. W Polsce ludzie często nadal mają wyobrażenie o Wielkiej Brytanii jako o wyspach dobrobytu, jednak sytuacja od dłuższego czasu jest radykalnie odmienna od tego mitu. Lata erozji struktur społecznych i ostrego neoliberalnego kursu doprowadziły tam do stanu katastrofy społecznej. Z jednej strony to nadal jeden z najbogatszych krajów świata. Z drugiej natomiast zarządzanie i podział dochodu sprawiają, że na ulicach miast dosłownie mieszkają i powoli (a czasem szybko) marnieją ludzie. Bezdomni siedzą i żebrzą przy sklepach i bankomatach miast północnej Anglii, czasami po jednym z każdej strony. Często są to osoby z problemami i uzależnieniami, którym nie ma kto pomóc z powodu drastycznych i stale nasilających się cięć wydatków na sprawy socjalne. Ale coraz częściej to zwykli ludzie, którym coś się nie powiodło i wypadli z systemu. Są wśród nich byli żołnierze, którzy nie mieli do czego wrócić. Młody bezrobotny, który pojechał za pracą do Londynu, pracy nie dostał, ale za to zadłużył się, by płacić za mieszkanie (prawie wszystko sprywatyzowane) i znalazł się po kilku miesiącach na ulicy. Udało mu się wrócić, mówi: „przynajmniej na północy Anglii ludzie są lepsi”. Młody mężczyzna mieszkał ze starym ojcem. Nie miał pracy. Gdy ojciec umarł, musiał się wyprowadzić. Ulica była jedynym miejscem, które na niego czekało.
Tak, ludzie na ulicy piją i biorą narkotyki. A co my, po szczęśliwej stronie tej cienkiej linii, robilibyśmy na ich miejscu? Bieda nie jest testem charakteru – jest nieszczęściem niszczącym charakter. W Wielkiej Brytanii staranie się o pracę jest wyczerpującym zajęciem, a sprywatyzowane służby pośrednictwa wynagradzane są za wyrzucanie z systemu osób niekwalifikujących się do zasiłków. Kontakt z instytucjami jest lodowaty, często nieludzki. Biurokracja neoliberalna jest machiną bezosobową, śmiało może konkurować z instytucjami państw totalitarnych ubiegłego stulecia. Ktoś, kto pragnie dowiedzieć się więcej o tym, jak wygląda obecnie życie w Wielkiej Brytanii, powinien obejrzeć najnowszy film Kena Loacha „Ja, Daniel Blake”. Film oparty jest na prawdziwych ludzkich historiach i wielu widzów rozpoznaje w nim świat wokół siebie. Ludzie wychodzą z kina z płaczem.
Jednak nawet ci szczęściarze, którzy mają pracę, a nawet niezbyt rzadko spotykaną pracę stałą, nie mają słodkiego życia. Profesor zarządzania Peter Fleming opisuje brytyjski rynek pracy jako zorganizowany na podobieństwo obozu pracy. Ci, którzy pracy nie mają, to kandydaci do przeprowadzki na ulicę. Ci, którzy pracują, cierpią z powodu nienawistnych warunków pracy, alienacji sięgającej poziomu placówki karnej, gdzie praca ma być dodatkową karą. Nie ma już zawodów wyjętych z tej reguły. O tym właśnie świecie śpiewał ubiegłego lata Captain SKA. O państwie kłamstwa i pogardy, alienacji, niepotrzebnego cierpienia. Neoliberalne media, skupione w posiadaniu oligopoli, przede wszystkim będących własnością Ruperta Murdocha, robią co mogą, by wpoić ludziom przekonanie, że winni są temu nie rządzący, nie banki i właściciele tego świata, ale… biedni imigranci, w tym także Polacy. Piosenka „Liar, liar” przebiła się przez ten mur zakłamania rzeczywistości. Skoczny rytm, prześmiewczy tekst, a jednocześnie przesłanie dające nadzieję i zachęcające do oporu, trafiły do milionów odbiorców. Partia Pracy pod kierownictwem socjalisty Jeremy’ego Corbyna, choć wyborów nie wygrała, to jednak zdobyła znaczącą część głosów i pokazała silnie swoją polityczną obecność. Uczyniła to ku zaskoczeniu czy wręcz niedowierzaniu medialnych komentatorów, którzy od dłuższego czasu nie pozostawiali na Corbynie suchej nitki, twierdząc między innymi, że jest niewybieralny. Moje stopy czuły tę rewolucję od pierwszego razu, gdy usłyszałam piosenkę. Nie mogłam powstrzymać się od tańczenia, ku zdziwieniu moich bliskich i mojemu własnemu.
Trzecim miejscem, gdzie moje stopy podrywają mnie do tańca, jest warszawska Kooperatywa Dobrze. Od pięciu lat prowadzę badania w terenie w organizacjach prowadzących działalność gospodarczą, której głównym celem jest wartość wyższa, a dochód i zysk są jedynie środkami do osiągnięcia tego celu. Są to bardzo różne organizacje polskie i brytyjskie. Są wśród nich małe prywatne biznesy, spółdzielnie, organizacje pozarządowe, nieformalne i publiczne. W większości są małe i średnie. Kooperatywa Dobrze, zrzeszająca ponad 250 osób, prowadząca sklepy spożywcze w dwóch atrakcyjnych lokalizacjach w Warszawie i osiągająca dobre wyniki finansowe, jest jedną z większych i sprawniej zarządzanych. Jest organizacją dobra wspólnego zajmującą się sprzedażą zdrowej i ekologicznej żywności. Jej struktura jest demokratyczna i zdecentralizowana, a relacje międzyludzkie opierają się na radykalnych wartościach równościowych i ekologicznych. Ludzie pracują dla idei, w które wierzą, dla siebie i dla wspólnego dobra, nie dla zewnętrznych inwestorów. Praca uważana jest za wartość samą w sobie, co wiąże się zarówno z szacunkiem dla praw pracowniczych, jak i z całym zestawem poważnie traktowanych obowiązków, przede wszystkim związanych z koniecznością pracy każdego członka i członkini na rzecz spółdzielni. Miałam okazję pracować razem ze spółdzielcami, prowadząc obserwację uczestniczącą. Często odwiedzam obie lokalizacje w charakterze badaczki, a czasami też klientki. Na pewno uczuciu taneczności sprzyja muzyka, która często jest tu grana: reggae, ska, rock. Ale jest też coś więcej w atmosferze tych miejsc, co sprawia, że chce mi się tańczyć – taki jakby wewnętrzny rytm, poczucie zgrania i harmonii.
Myślę, że właśnie to grało w duszy polskiemu uczonemu, jednemu z prekursorów nauk o zarządzaniu, Karolowi Adamieckiemu, który sto lat temu sformułował prawo harmonii jako jedną z głównych zasad organizowania. Podkreślał on znaczenie harmonii duchowej, jak ją określał, niedającej się ująć w wykresy, a jednak koniecznej dla sprawnego funkcjonowania całości. Adamiecki uważał, że prawo harmonii jest blisko związane z życiem jako takim. Przyroda w ten sposób oszczędza energię, a może wręcz ją zwiększa i mobilizuje. Już starożytni Grecy wiedzieli o tym, a nawet u nich „rytm i harmonia były pewnego rodzaju kultem religijnym”.
Co wspólnego mają hippisi, Jeremy Corbyn i Kooperatywa Dobrze, oprócz taneczności? Może właśnie odpowiedź kryje się w idei harmonii duchowej Adamieckiego. We wszystkich trzech przypadkach organizacja zawiera silny impuls sięgający do zbiorowej wyobraźni. Muzyka hippisów wprost nawiązywała do romantyzmu, do otwierania drzwi percepcji, mniej lub bardziej wyraźnych skojarzeń z poezją Williama Blake’a. Jeremy Corbyn za swoje hasło wyborcze przyjął silne wezwanie Percy’ego Bysshe Shelleya: „For the many, not for the few” – wyrecytował bardzo przekonująco fragment tego wiersza podczas festiwalu młodzieżowego w Glastonbury w czerwcu 2017 roku. Kooperatywa natomiast jest organicznym przekraczaniem granic i tworzeniem nowych form struktur, jakby poezją w codziennym działaniu. Taki program zmian jest głęboko rewolucyjny, ale nie jest ciężki – ani przemocowy, ani wykalkulowany. Jest w nim lekkość, która z dystansem czy ironią nie ma nic wspólnego. To rodzaj nadziei, który pojąć można tylko zanurzając się w niej, tak jak w muzyce.
I tego właśnie życzę Wam, drodzy Czytelnicy i sobie – nowego roku, do którego chciałoby się tańczyć.
Prof. Monika Kostera
przez Olivier Petitjean | czwartek 4 stycznia 2018 | gospodarka społeczna, opinie
Rekomunalizacja usług publicznych nabierała w ostatnich latach tempa w miastach i miasteczkach w całej Europie. W trendzie tym nie chodzi tylko o proste odwrócenie prywatyzacji, ale także o ponowne przemyślenie lokalnych usług publicznych w kontekście zmian klimatu i globalizacji, jak również o tworzenie nowych przestrzeni aktywności obywatelskiej. Czy może on wskazać nowy kierunek dla naszego kontynentu?
Narracją dominującą przez szereg lat w Europie, powtarzaną zasadniczo przez wszystkie strony sceny politycznej, była ta o „kryzysie” – ekonomicznym, demokratycznym, klimatycznymi i oczywiście tak zwanym uchodźczym. Problem z tą kryzysową opowieścią – niezależnie od tego, jak mocne ma ona zakorzenienie w faktach – wiąże się z tym, że jest ona często używania do podminowania naszych chęci i możliwości odpowiadania na wspólne wyzwania za pośrednictwem instytucji publicznych (choć oczywiście nie ograniczając się tylko do nich). Towarzyszy ona zatem poczuciu nieuchronnego zwijania się roli władz na różnych szczeblach oraz samej przestrzeni publicznej.
Potrzebujemy zatem kontr-narracji. Szczęśliwie kilka z nich mamy już pod ręką. Jedną z nich jest rekomunalizacja – opowieść o obywatelach i miastach odwracających procesy prywatyzacji i z powodzeniem opracowujących lepsze, bardziej demokratyczne usługi publiczne dla wszystkich, potrafiące zarazem odpowiadać na wyzwania takie jak zmiany klimatu. Trend prywatyzacyjny oraz dążenie do zmniejszania roli sektora publicznego, a także innych nienakierowanych na zysk sposobów dostarczania usług, być może nigdy jeszcze nie był w Europie i na świecie silniejszy, co widać po polityce Donalda Trumpa w USA czy Michela Temera w Brazylii. Jest jednak czymś podnoszącym na duchu widok tak wielu ludzi w większych i mniejszych miastach – polityków, członkiń służby publicznej, pracowników firm komunalnych oraz obywatelek – chcących naprostować klęski sprywatyzowanych usług i stworzyć model usług publicznych przyszłości.
Europejska fala rekomunalizacji
Opowieść tę przybliża wydana niedawno książka „Reclaiming Public Services: How Cities and Citizens Are Turning Back Privatisation”. Choć dokumentuje ona szereg działań na rzecz rekomunalizacji z różnych stron świata, to zauważalnie wyróżnia się w niej (zarówno ilościowo, jak i w kwestii znaczenia oraz ambicji prowadzonych walk) Europa Zachodnia. Czytamy w niej o dobrze znanych przypadkach, takich jak niemiecka transformacja energetyczna (Energiewende), w trakcie której dziesiątki lokalnych sieci przesyłowych wróciło w publiczne ręce, a także stworzono sporą ilość nowych – publicznych i należących do samych obywateli – producentów energii ze źródeł odnawialnych. We Francji batalie o rekomunalizację dostarczania wody pojawiały się w serwisach informacyjnych przez wiele lat, zauważalne są również dążenia do powrotu w publiczne ręce podmiotów z sektorów takich jak transport zbiorowy czy stołówki szkolne. Nawet w kolebce i pionierce polityk prywatyzacyjnych i liberalizacyjnych w Europie, czyli w Wielkiej Brytanii – miasta takie jak Nottingham, Leeds czy Bristol stworzyły nowe spółki energetyczne, stawiające sobie za cel walkę z ubóstwem energetycznym i zwrot w stronę odnawialnych źródeł energii (OZE). Spora część hiszpańskich miast, w których władzę w roku 2015 przejęły progresywne koalicje obywatelskie, również podążyła szlakiem rekomunalizacji. Na drugim krańcu kontynentu, w Norwegii, toczy się podobny proces – rady miejskie z postępowymi większościami cofają prywatyzację usług publicznych w ścisłej współpracy ze związkami zawodowymi.
Jak widać po powyższej liście, rekomunalizacja może przybierać zróżnicowane formy. W jednych sektorach, takich jak woda, oznacza powrót w ręce publiczne usługi mającej charakter monopolu naturalnego. W innych, w których doszło do liberalizacji, oznacza tworzenie nowych, nienastawionych na zysk przedsięwzięć dostarczających „opcję publiczną” – mogących być własnością publiczną, spółdzielczą lub hybrydową. Wiele przykładów rekomunalizacji było i pozostaje politycznie kontrowersyjnych – nie dotyczy to jednak ich wszystkich. Czasem obywatelki i obywatele sami zasiadają na fotelu kierowcy, dzięki czemu nowe usługi publiczne stają się przestrzenią dla partycypacji społecznej – czasem zaś ogranicza się wyłącznie do sali obrad rady miasta. Wątpliwości pojawiają się przy samym słowie „rekomunalizacja”, jako że część usług nigdy nie była świadczona za pośrednictwem publicznego podmiotu albo nigdy wcześniej nie istniała. Czasem też pojawia się wątpliwość co do tego, że trend ten pojawia się na szczeblu międzymiejskim bądź regionalnym, a nie jedynie miejskim. Innym razem dotyczy faktu, że w części przypadków chodzi o spółdzielnie czy inne formy własności, nie zaś o spółki należące do samego miasta.
Mimo wspomnianych wątpliwości da się z tych różnorodnych zjawisk zbudować jednolity obraz sytuacji. Nie mamy tu do czynienia z odwrotem fali prywatyzacji (poza niektórymi sektorami w poszczególnych krajach) ani też ze spójnym ruchem, lecz z powstającym na naszych oczach trendem rekomunalizacyjnym, mającym potencjał do zmiany reguł gry nie tylko w sektorze usług publicznych. Trend ten w dużej mierze powstawał bez większego szumu medialnego, nie licząc pewnych istotnych wyjątków w rodzaju niemieckiej Energiewende. Dokonuje się on bowiem przede wszystkim na szczeblu lokalnym, a lokalne władze nie zawsze mają ochotę rozgłaszać swoje działania z powodu lęku przed oskarżeniami o ich „zideologizowany” charakter. Dużą rolę odgrywa tu również istnienie potężnych graczy, chcących, żeby obywatelki i obywatele nie posiedli wiedzy o możliwościach, jakie mają w swych rękach.
Nie tylko deprywatyzacja
Czemu zatem Europa – i czemu właśnie teraz? Jeśli chodzi o kwestie krótkoterminowe, to kryzys ekonomiczny oraz towarzysząca mu polityka cięć i zaciskania pasa, narzucana również władzom lokalnym, zmusiły je do mocniejszego przyjrzenia się swoim finansom i lepszego kontrolowania wydatków. Często okazywało się, że, w przeciwieństwie do tyrad propagandzistów z sektora prywatnego, prywatyzacja okazywała się droższa niż bezpośrednie publiczne dostarczanie usług. Kiedy Paryż odzyskał kontrolę nad swoimi wodociągami w roku 2010, miastu udało się oszczędzić 35 milionów euro rocznie tylko z powodu braku konieczności płacenia firmom-matkom. Regionalna instytucja zajmująca się audytem potwierdziła, że rekomunalizacja pozwoliła Paryżowi „zmniejszyć ceny wody przy utrzymaniu wysokich poziomów inwestycji”.
W Newcastle (Wielka Brytania) modernizacja systemów sygnalizacyjnych oraz sieci światłowodowej zrealizowana została przez wewnętrzny miejski zespół za 11 milionów funtów, co było kwotą dwukrotnie niższą niż w przypadku, gdyby dokonała jej firma prywatna. Norweskie Bergen wzięło z powrotem pod swoje skrzydła dwa domy opieki nad osobami starszymi, co dało miastu pół miliona euro zysku, choć spodziewano się miliona euro strat. Koszty zbiórki odpadów oraz usług sprzątania zmniejszyły się w hiszpańskim Leon z 20 do 10 milionów euro, a 224 pracownic i pracowników otrzymało od sektora publicznego umowy o pracę.
Minęło około 20 lat od dużych fal liberalizacji i prywatyzacji usług publicznych, które przetoczyły się przez zachód i wschód Europy na przełomie XX i XXI wieku. To dobry moment, by sprawdzić realne osiągnięcia i niedociągnięcia zarządzania nimi przez sektor prywatny. Żyjemy również w okresie, w którym spora część koncesji, dzierżaw oraz „partnerstw publiczno-prywatnych” (PPP) powoli wygasa i kiedy można je przedłużać lub nie. Podczas gdy przez lata skupiano uwagę na prywatyzacji usług takich jak wodociągi, dochodziło również do postępującego outsourcingu do sektora prywatnego lokalnych usług społecznych i zdrowotnych czy też procesów administracyjnych. To w tych właśnie segmentach możemy dziś obserwować aktywność rekomunalizacyjną w Norwegii, Szwecji czy Austrii – krajach, w których nie sprywatyzowano nigdy usług takich jak dostarczanie wody. Lokalne władze zaczęły dostrzegać, że mogą samodzielnie świadczyć wspomniane usługi – niższym kosztem i gwarantując lepsze warunki zatrudnionym przy ich świadczeniu.
Opowieść o rekomunalizacji nie kończy się jednak na odwróceniu prywatyzacji czy na naprawie tego, co ona popsuła. W wielu przypadkach chodzi o przemyślenie na nowo usług publicznych jako takich, a więc o zmianę paradygmatu. W przypadku sektora energetycznego widać to po wzroście znaczenia inicjatyw rozproszonych, opartych na źródłach odnawialnych. Wspomniana zmiana nie ogranicza się jednak wyłącznie do odpowiedzi na wyzwania związane z wąsko rozumianymi zmianami klimatu. Widać to po sektorze odpadowym, w którym mamy do czynienia z działaniami na rzecz ograniczenia ich ilości do zera. Redukcja ilości odpadów jest jednym z kluczowych argumentów stosowanych przez miasta decydujące się na rekomunalizację ich zbiórki – stoi on bowiem w sprzeczności z modelem biznesowym prywatnych firm, skupiających się na ich spalaniu oraz składowaniu na wysypiskach.
Głównym argumentem, z powodu którego mniejsze i większe francuskie miejscowości zdecydowały się na odzyskanie stołówek szkolnych, było dostarczanie dzieciom lokalnej, organicznej żywności. Firmy takie jak Sodexo z reguły polegały na zestandaryzowanych, międzynarodowych łańcuchach dostaw. Niektóre mniejsze miasteczka we Francji decydują się nawet na dostarczanie do szkół żywności z lokalnych miejskich farm lub pozyskanej we współpracy z miejscowymi spółdzielniami rolnymi. Silne powiązania między rekomunalizacją a „relokalizacją” gospodarki (oraz pieniędzy wygenerowanych przez publiczne wydatki) są zauważalne we wszystkich opisywanych sektorach.
Priorytet dla miast i aktywności obywatelskiej
Nie jest przypadkiem, że na czoło tych trendów wybijają się miasta. To one są dziś na pierwszej linii zmagania się z konsekwencjami cięć i zaciskania pasa, jak również nowych wyzwań związanych ze zmianami klimatu i niedoborem surowców. Rzeczywistość uderza najmocniej na szczeblu lokalnym, a operującym na nim politykom trudniej niż ich koleżankom i kolegom ze szczebla krajowego i europejskiego ignorować konkretne, odczuwane na co dzień skutki takich, a nie innych polityk publicznych. Można również sądzić, że miasta kontynentu zachowały nieco ze swych politycznych tradycji wolności, gościnności i obywatelstwa. Nie ma wątpliwości, że aktywność obywatelek i obywateli, ich partycypacja – dla której miasta pozostają najbardziej oczywistą przestrzenią – jest dla wspomnianej zmiany paradygmatu kluczową kwestią, napędzającą wiele spośród najbardziej interesujących europejskich inicjatyw na rzecz rekomunalizacji, niezależnie od tego, czy realizowane są one we współpracy czy też w opozycji do lokalnych polityków.
Obywatelki i obywatele wymuszali na lokalnych władzach odzyskiwanie usług publicznych – w wielu przypadkach odgrywali wręcz aktywną rolę w ich tworzeniu i zarządzaniu nimi. Prowadzi to do wymyślenia na nowo tego, co kryje się za określeniem „publiczne”. Chodzi tu przede wszystkim o (od)budowę wspólnotowej zdolności do działania i solidarności, która nie ogranicza się do usług publicznych. Istnieją silne powiązania między walką o lokalne usługi publiczne a zmaganiami o prawa uchodźców czy imigrantek. Przykład Barcelony i innych miast hiszpańskich, w których lata mobilizacji przeciwko eksmisjom oraz odcinaniu dostępu do bieżącej wody i prądu doprowadziły do wybrania progresywnej większości we władzach lokalnych, skupiającej się na rekomunalizacji oraz prawach migrantów, pokazuje praktyczny wymiar tego typu powiązań.
Wszystko to zmusza jednak do zadania pytania o to, na ile aktualny nacisk na rolę miast w dostarczaniu usług publicznych – ale też w kwestii zmian klimatu lub przyjmowaniu uchodźców i imigrantek – nie jest związany przede wszystkim ze słabnącą rolą postępowych sił politycznych na szczeblu narodowym/państwowym. Czy narodowe rządy nie są w tym samym czasie coraz bardziej skupione na zaspokajaniu interesów wielkiego biznesu i na wymuszaniu zaciskania pasa na społeczeństwie – w tym na samorządach? Choć rekomunalizacja ma się dobrze w sporej części Europy, nie brak również przykładów rządów próbujących aktywnie się jej przeciwstawić. Władze Hiszpanii, wraz z prywatną firmą i innymi ciałami biznesowymi, pozwały miasto Valladolid za przejęcie kontroli nad swą siecią wodociągową. Przyjęły również prawo mające na celu zapobieżenie tworzenia nowych spółek miejskich czy nowych miejsc pracy w sektorze publicznym. W Wielkiej Brytanii obowiązuje obecnie prawo zabraniające samorządom tworzenia nowych lokalnych firm autobusowych.
Nawet jeśli nie wszystkie państwa decydują się na tego typu działania, to trudno wymienić choćby jeden europejski rząd wspierający dziś (albo chociaż umożliwiający w przyszłości) rekomunalizację. W przypadku instytucji europejskich oficjalnie prezentują one „neutralność” co do tego, czy kluczowe usługi realizowane są przez podmioty publiczne czy prywatne. Dominująca w Komisji Europejskiej kultura oraz układ sił w Europarlamencie i Radzie Europy kończy się przyjmowaniem reguł i praw, które – nawet jeśli nie wspierają interesów wielkich korporacji w sposób bezpośredni – skupiają się na zintegrowanych, zliberalizowanych rynkach na poziomie europejskim, na którym konkuruje ze sobą małe grono dużych, nakierowanych na zysk graczy, uważając ten model za „normalny”, uniwersalny sposób organizacji pola gry. Wielki biznes dobrze wie, jak uczynić swój głos słyszalnym w Brukseli, podczas gdy samorządy i ruchy społeczne stojące za rekomunalizacją mają znikomą, a czasem wręcz żadną reprezentację w stolicy Europy.
Sieci miast – przeciwwaga dla wpływów korporacji
Czy trendy rekomunalizacyjne są w stanie utrzymać dynamikę bez poparcia na szczeblu krajowym i europejskim? Czy miasta posiadają możliwość samodzielnego poradzenia sobie w starciu z większymi siłami ekonomicznymi i geopolitycznymi, nad którymi nie mają zbyt wielkiej kontroli? Na krótką metę rekomunalizacja oraz walka o lepsze, bardziej demokratyczne, zrównoważone i inkluzywne usługi publiczne wciąż zależeć będzie od osobistej energii i zaangażowania tak zwykłych obywateli, jak i decydentów. Z pewnością wyglądać ona będzie na bardziej kruchą od dobrze naoliwionej maszynerii sektora prywatnego oraz niekorzystnych polityk krajowych i unijnych. Istnieje jednak potencjał do skutecznej odpowiedzi na wyzwania. Sieci współpracy między zrekomunalizowanymi usługami publicznymi kiełkują na szczeblach regionalnych, krajowych i europejskim – szczególnie zaś w sektorze wodociągowym i energetycznym. Wzajemne wsparcie miast może być skutecznym sposobem poszukiwania rozwiązań dla ograniczeń stojących wobec mniejszych, publicznych usługodawców w stosunku do wielkich, ponadnarodowych korporacji. Może wręcz stać się efektywnym sposobem na powstrzymywanie ich wpływu na polityki publiczne.
Sieci te muszą rzecz jasna rozwijać się również poza Europą Zachodnią – szczególnie w miejscach, w których układ sił między miastami a wielkimi międzynarodowymi firmami (mającymi najczęściej siedziby i udziałowców na zachodzie) jest znacznie bardziej niekorzystny. Oczywistą przestrzenią tego typu jest wschód Europy. Wilno zdecydowało się ostatnio nie przedłużać umowy z Veolią, dotyczącej lokalnego systemu grzewczego. Miastu grozi teraz wypłacenie miliona euro rekompensaty, o którą firma walczy przed międzynarodowym trybunałem arbitrażowym. Kilka lat temu władze Sofii odwołały referendum na temat rekomunalizacji sieci wodociągowej, prawdopodobnie z powodu groźby podobnego sporu prawnego. Podczas gdy kraje takie jak Francja, Niemcy, Hiszpania, a nawet Wielka Brytania doświadczają fali dążeń rekomunalizacyjnych, ich rządy oraz Unia Europejska zmieniają się często w aktywnych orędowników roli sektora prywatnego w dostarczaniu kluczowych usług w innych krajach i na innych kontynentach, włączając w to subsydiowanie europejskich firm realizowane pod płaszczykiem „pomocy rozwojowej”.
Ruch na rzecz rekomunalizacji usług publicznych w Europie już dziś pokazuje, że istnieje dla nich wizja przyszłości alternatywna wobec tych dominujących na szczeblu unijnym i narodowym. Jednym z kluczowych wyzwań będzie konsolidacja wokół tejże wizji i jej promowanie za pomocą agend instytucjonalnych – zarówno w samej Europie, jak i jej relacjach z resztą świata, w szczególności zaś z Globalnym Południem. Europa ma szansę wykorzystać trend rekomunalizacyjny i towarzyszące mu często przemyślenie usług publicznych jako dar, którym może podzielić się z resztą świata.
Olivier Petitjean
Tłumaczenie: Bartłomiej Kozek
Artykuł pierwotnie ukazał się na łamach magazynu Green European Journal.