przez Tomasz S. Markiewka | sobota 26 stycznia 2019 | opinie
Nie warto zwiększać podatków najbogatszym, bo i tak uciekną do rajów podatkowych. Cieszę się, gdy słyszę tego rodzaju argumenty. Bo one stawiają sprawę wprost. Nie ma żadnej ściemy o prawach rynku, teorii skapywania czy koncepcji podażowej. Nie ma chowania się za obiektywnymi procesami ekonomicznymi. Jest nazwanie rzeczy po imieniu: bogaci nie będą płacili podatków, bo mają władzę. Mają niedostępne dla większości ludzi możliwości unikania zobowiązań podatkowych. Na różne bardziej lub mniej legalne sposoby.
Rzadko tak rozmawiamy. Najczęściej relacje władzy są chowane za ekonomicznym żargonem i tabelkami. Za prawami popytu i podaży, za różnymi wykresami i mądrymi terminami. Żeby było jasne, nie twierdzę, że to niepotrzebne – że ekonomia to bujda. W żadnym razie. Mądrze wykorzystywana ekonomia mówi wiele ważnych rzeczy o systemie gospodarczym. Rzecz w tym, że stanowi tylko częściowy opis świata.
W ekonomicznym żargonie łatwo zamazać stosunki władzy. Łatwo przeoczyć, że liberalizacja i wprowadzanie rozwiązań wolnorynkowych oznacza czasem napaść na obce państwo, opłacanie tysięcy lobbystów albo umiejętne sztuczki prawnicze. W tabelkach nie widać tego, że zniesienie antyrynkowych regulacji w Iraku było konsekwencją napaści wojskowej, w której zginęły setki tysięcy cywili. Teksty skupiające się na prawach popytu i podaży zazwyczaj nie wspominają o zbrodniach kolonializmu, na których bogaciły się zachodnie gospodarki. Z wykresów na temat wzrostu PKB nie wyczytamy, ile zamachów stanu zorganizowało CIA w interesie elit ekonomicznych USA.
Warto zwrócić uwagę na ten aspekt języka ekonomicznego, ponieważ przenika on do każdej dziedziny życia. Wyborcy są klientami, nauka jest inwestycją, a idee rywalizują na rynku. Jak pisze ironicznie Ha Joon-Chang, autor „23 rzeczy, których nie mówią ci o kapitalizmie”, „w ekonomii chodzi (prawie) o życie, wszechświat i całą resztę”. Wraz z rozprzestrzenianiem się języka ekonomicznego zapominamy o prostych rzeczach. Na przykład garstka najbogatszych ludzi na świecie ma tyle majątku co biedniejsza połowa ludzkości nie dlatego, że tak zdecydowały obiektywne prawa rynku, lecz z powodu stosunków władzy. Określonej polityki, na którą wpływali konkretni ludzie.
Co ciekawe, gdy w grę wchodzą interesy ludzi uboższych, to nie mamy problemu z dostrzeganiem wymiaru politycznego ich działań. Kiedy ludzie wyszli na ulicę w ramach protestu „żółtych kamizelek”, aby wyrazić swój sprzeciw wobec nakładania kolejnych ciężarów na biedniejszą część społeczeństwa, komentatorzy od razu dostrzegli w tym gest polityczny. Niektórzy zaczęli nawet skrupulatnie badać związki protestujących z Putinem albo ugrupowaniami ksenofobicznymi. Nie było słuchać o twardych prawach ekonomii, które w ten czy inny sposób powinny determinować prawo podatkowe. Cała złożoność, niejednoznaczność, cały „brud” polityczności – nagle stały się przejrzyste i były dokładnie analizowane.
Zachowania uboższych warstw społecznych mają charakter negocjowalny. Wszyscy wiedzą, że chodzi o działanie polityczne i że można na nie odpowiedzieć za pomocą politycznego repertuaru środków. Niezależnie od tego, czy będzie to cofnięcie się o krok, czy próba zdeprecjonowania protestów przez powiązanie ich z czymś, co kojarzy się jednoznacznie źle. Natomiast zachowania miliarderów, takie jak unikanie podatków, przyjmują zazwyczaj cechy twardej rzeczywistości. Nawet jeśli ktoś dostrzeże już, że wykraczają one poza czyste prawa ekonomiczne, to często i tak kończy się na pełnym rezygnacji wzruszeniu ramion. „Tak to już jest”, „tak działa świat”, „uciekną do rajów podatkowych”. Łatwo nam sobie wyobrazić, że stłamsimy protesty dziesiątek, a nawet setek milionów ludzi, ale zajęcie się garstką najbogatszych wykracza poza nasze wyobrażenia.
Gdybyśmy byli ze sobą szczerzy, to przynajmniej nazwalibyśmy problem po imieniu. Mówilibyśmy wprost, że miliarderzy mają ogromne wpływy polityczne. Że prawicowe think tanki – sowicie opłacane przez ludzi pokroju braci Koch – kształtują nasze społeczeństwa. Że Bank Światowy nie jest bezstronną placówką naukową, lecz instytucją polityczną sterowaną przez takie kraje jak Stany Zjednoczone. Zamiast tego wolimy chować się za prawami ekonomii i robić ludziom wodę z mózgu. Ględzimy o wartości pracy i o tym, że każdy, kto się postara, ma szansę dostać się na szczyt.
Pierwszym krokiem do zmiany rzeczywistości jest jej szczery opis. Żyjemy w świecie, w którym władza polityczna ma ogromne znaczenie. Nie dają jej tylko zwycięstwa w wyborach, ale także pieniądze. To drugie rozwiązanie jest nawet korzystniejsze dla osób u sterów, ponieważ władza dana w wyborach zazwyczaj podlega przynajmniej minimalnej kontroli społecznej. Władza, którą zapewniają pieniądze, jest często zakryta przed opinią publiczną. Jednym ze sposobów na jej ukrywanie jest bezrefleksyjne posługiwanie się językiem ekonomii tam, gdzie potrzeba również języka czułego na relacje władzy. Uważajmy na nasze słowa, bo mają one moc ukrywania ludzi i instytucji rządzących naszym światem.
dr Tomasz S. Markiewka
przez Jan Przybylski | wtorek 22 stycznia 2019 | opinie
Upłynął kolejny rok dzielący świat od przewidywanej przez korporację RAND na połowę przyszłej dekady wojny o globalną hegemonię między Stanami Zjednoczonymi a aspirującymi Chinami. Z całą pewnością można powiedzieć kilka rzeczy. Po pierwsze – wojna nie wybuchła. Po drugie – Chiny utrzymują światowy prymat pod względem PKB w jednostkach przeliczeniowych (najwyższą wartość nominalną mają Stany Zjednoczone). Wzrost gospodarczy ChRL odrobinę zwalnia, są to jednak różnice rzędu dziesiątych części procenta, wynosząc tak czy inaczej co najmniej 6,5%. Imponuje również rozwój chińskiego potencjału militarnego. W roku 2018 zwodowano tam aż sześć niszczycieli, w tym trzy bardzo dużego i silnie uzbrojonego typu 055; dla porównania – w Stanach Zjednoczonych zwodowano dwa niszczyciele. W budowie znajdują się trzy chińskie lotniskowce, które dołączą do jednego eksperymentalno-szkolnego i pierwszego będącego jednostką stricte bojową, który wejdzie do służby w bieżącym roku. Z drugiej strony, Amerykanie nie zasypiają gruszek w popiele – zatwierdzony na rok 2019 wydatki na zbrojenia wyniosą rekordowe 716 miliardów dolarów. Jawne i niejawne wydatki Chin są szacowane na „jedynie” nieco ponad 200 miliardów dolarów.
W dziedzinie stosunków między mocarstwami miniony rok był bogaty w wydarzenia. W połowie czerwca amerykańska administracja rozpoczęła proces nakładania karnych ceł na produkty importowane z Chin, motywując podejmowane decyzje dążeniem do zmniejszenia własnego deficytu handlowego w stosunkach bilateralnych, który w roku 2017 wyniósł 375 miliardów dolarów. Nałożone w czerwcu cła objęły import o wartości 50 miliardów dolarów, we wrześniu – 200 miliardów. Chiny z kolei nałożyły cła odwetowe na import ze Stanów Zjednoczonych o wartości 60 miliardów dolarów. Stan ten jest zasadnie określany wojną handlową, jednak na początku grudnia na jej froncie nastał przynajmniej czasowy rozejm. Strony zgodziły się na zawieszenie w związku z prowadzonymi negocjacjami zapowiadanej na pierwszy dzień roku 2019 aż 2,5-krotnej podwyżki pierwotnie nałożonych stawek o 90 dni.
W ramach ustępstw Chiny zgodziły się na zakup w USA znaczącej ilości produktów rolnych, w tym niesprowadzanego stamtąd od 17 lat ryżu. Wydaje się jednak, że większe szanse spełnienia ma scenariusz zaostrzania się konfrontacji. Wskazywać na to może choćby zimnowojenne w duchu, pełne bardzo ostrych i kategorycznych ocen polityki Chin przemówienie wiceprezydenta Mike’a Pence’a, wygłoszone na początku października.
Rywalizacja między mocarstwami ma wpływ również na inne kraje. W minionym roku większą inicjatywę wykazywały Stany Zjednoczone – najbardziej spektakularnym jej przejawem było spotkanie Donalda Trumpa z Kim Dzong Unem. Przyniosło ono porozumienie dające pewne nadzieje na uspokojenie Korei Północnej przez jej denuklearyzację, utrudniające Chinom domniemane wykorzystywanie „szalonego” sąsiada do testowania polityki Amerykanów i ich sojuszników, pozwalające skoncentrować się tym ostatnim na rywalizacji z Pekinem. W tej dziedzinie pewnym symbolem staje się zapowiadany powrót Japonii do klubu posiadaczy lotniskowców, który opuściła po roku 1945. Mimo poprawnych politycznie nazw dwie jednostki typu „Izumo” będą przenosić samoloty F-35B.
Kluczowym elementem globalnej układanki wydaje się jednak być Rosja. Obecnie pozostaje w aliansie z Chinami, który jednak nie jest oparty ani na zaufaniu (Pekin pamięta szokującą woltę Moskwy po 11 września 2001, która spowodowała wpuszczenie oddziałów amerykańskich do zdominowanej przez Rosję Azji Środkowej, tuż przy miękkim podbrzuszu Chin), ani na równowadze relacji, które są zdominowane przez bezapelacyjną przewagę ekonomiczną Chińczyków i wyczerpywanie się możliwości Rosji jako strategicznego dostawcy technologii militarnych. Grudzień przyniósł ważny głos Pata Buchanana, stwierdzającego wprost, że Stany Zjednoczone nie są w stanie rywalizować jednocześnie z dwoma wielkimi przeciwnikami, oraz że zasadniczym wrogiem jest Pekin i wzywającego do powtórzenia wobec Moskwy manewru dokonanego przez Richarda Nixona w latach 70. Zapowiedzią skracania frontów może być ogłoszenie przez prezydenta Trumpa wbrew współpracownikom wycofania wojsk amerykańskich z Syrii (co prawda wydłużonego wobec pierwotnych zamiarów) i widoczne dążenie do poprawy stosunków z Turcją, od 2015 co najmniej problematycznym aliantem.
Chińska aktywność zagraniczna była mniej spektakularna. Jak się wydaje, sztandarowy dla przezwyciężenia morskiej dominacji Stanów Zjednoczonych projekt Nowego Jedwabnego Szlaku napotyka znaczące opory. W Malezji zablokowane zostały wielkie chińskie projekty infrastrukturalne, problemy występują w Mjanmie i Pakistanie. Wiążą się one z hegemonicznym, niekorzystnym dla gospodarek mniejszych partnerów modelem stosunków ekonomicznych forsowanych przez Pekin. Nie widać również atrakcyjnej chińskiej oferty dla krajów Europy Środkowo-Wschodniej. Wydaje się, że opracowanie takowej przez Chiny, przyzwyczajone raczej do charakteru relacji sprawdzającego się w ubogich krajach Afryki czy Ameryki Południowej, będzie musiało wiązać się z czasochłonnymi zmianami mentalnymi. Utrudniona będzie również ekspansja gospodarcza Chin w Europie Zachodniej – w grudniu rząd Niemiec zmienił rozporządzenie do ustawy o stosunkach gospodarczych z zagranicą, w sposób zwiększający możliwość wetowania przejęć niemieckich firm przez inwestorów spoza UE. Prawo to jest nieoficjalnie określane jednoznacznie jako „Lex China”.
Znaczące zmiany zachodzą za to w polityce wewnętrznej Chin. Xi Jinping faktycznie zdemontował wprowadzony jeszcze przez Deng Xiaopinga system władzy rozproszonej między kilka ośrodków – sekretarza generalnego KPCh będącego jednocześnie Przewodniczącym ChRL, premiera i Biuro Polityczne. Xi autoryzując masowe kampanie przeciwko urzędnikom szczebli od niskiego po najwyższy, oparte na zarzutach korupcyjnych, wyeliminował konkurencję i doprowadził do powstania własnej personalnej władzy, niespotykanej od czasów Mao. Obok partii kontroluje jako przewodniczący Centralnej Komisji Wojskowej armię, a jako szef rozlicznych grup roboczych zajmujących się wszystkimi kluczowymi sprawami – całość polityki państwa. W ubiegłym roku przeforsował zniesienie konstytucyjnego limitu liczby kadencji szefa partii i państwa, co daje mu władzę de facto nieograniczoną czasowo przez względy inne niż biologiczne.
Polityka ta jest określana jako problematyczna wewnętrznie – dla ogromnego aparatu biurokratycznego marchewkę zastąpił kij i strach przez czystkami. W stosunkach zewnętrznych jest ambiwalentna. W warunkach globalnej konfrontacji jednolite, skoncentrowane przywództwo może być atutem. Może jednak też zmniejszać elastyczność reagowania i zdolność absorpcji zderzeń poniżej progu eskalacji konfliktu – skoro jeden włada wszystkim i za wszystko odpowiada, może być ze względów wizerunkowych bardziej nieustępliwy.
Do sprawdzenia sensu przepowiedni o nowej wojnie światowej pozostało jeszcze około sześciu lat. Do tego czasu prorocy będą ją głosić niezmordowanie – wszak na tej melodii budują swoją obecność w przestrzeni publicznej, a nawet spektakularne kariery. Wyjaśnienie sytuacji spowoduje sformułowanie funkcjonujących rzekomo jako żelazne konieczności ciągów przyczynowo-skutkowych, prowadzących „nieuchronnie” do takiego a nie innego wyniku. Zdarzenia wychodzące poza ciągi będą pomijane jako nieistotne dla ostatecznego rezultatu, interpretowane jako wybiegi czy inicjatywy z góry skazane na niepowodzenie. Kwestie znormalizowane przez głównych graczy i traktowane co do zasady jako neutralne i niekoniecznie stanowiące kluczowe zagrożenie zostaną z kolei zabsolutyzowane i uznane za najważniejsze przyczyny. Taka nauka wynika ze znakomitej książki „Lunatycy. Jak Europa poszła na wojnę w roku 1914” Christophera Clarka, opisującej drogę do wojny, która jest przyjmowana jako jeden z modeli starcia amerykańsko-chińskiego. Nie ma podstaw, aby przyjąć, że za kilka lat narracje będą inne – w zależności od biegu wypadków w narracjach jako nieistotne będą traktowane albo zaostrzenia, albo odprężenia.
A sprawa polska? Niestety, dyplomacja naszego kraju wydaje się być najdalsza od zdolności osiągania zysków dzięki umiejętnemu balansowaniu między głównymi graczami, względnie handlowi wymiennemu związanemu z postawieniem na któregoś z nich. Z jednej strony polityka zagraniczna Polski wpada w ogromne turbulencje w związku ze sprawami najwyżej trzeciorzędnymi. Z drugiej – stosunki ze Stanami Zjednoczonymi są zdominowane przez czczy serwilizm, wydatnie wspomagany przez lobbystów ulokowanych w krajowych ośrodkach władzy. W tej sytuacji bardzo trudno o korzyści, a niezwykle łatwo o niebezpieczeństwa.
dr Jan Przybylski
przez Piotr Wójcik | czwartek 17 stycznia 2019 | gospodarka społeczna, opinie
Od początku rządów PiS mało jest tematów równie mocno rozgrzewających emocje, jak uruchomienie programu „Rodzina 500+”. W krajach Europy Zachodniej zapewne nieźle by się zdziwili, że zwykły program polityki społecznej, wart jakieś 6 miliardów euro, może budzić aż tak gigantyczne kontrowersje w kraju tego samego kontynentu. Jednak w polskich warunkach program ten był tak wielką rewolucją, nie tylko materialną, ale bardziej nawet mentalną, że głowę tracili profesorowie uniwersytetów, opowiadając w mediach przeróżne bzdury. Według profesora Mikołejki matki zostały przekupione przez PiS, czego ma dowodzić 54-procentowe poparcie dla partii rządzącej wśród kobiet w wieku rozrodczym. Kilka lat wcześniej filozof ten pisał w „Wysokich Obcasach”, że „kariery polskich kobiet związane są bardzo często z macicą”, więc teraz musi mu być zapewne bardzo przykro, że wprowadzono stypendium dla tego rodzaju kariery. Polki zbijają niewyobrażalne kokosy na rodzeniu dzieci, a skromny profesor musi na to patrzeć i jeszcze za to płacić.
Mówienie bzdur na wyścigi
Inny wspaniały okaz polskiej elity akademickiej, prof. Andrzej Rzońca, główny ekonomista PO, twierdził w 2016 r., że realizacja obietnic PiS doprowadzi do 100-miliardowego deficytu budżetowego w 2018 roku. Prawdziwy deficyt AD 2018 będzie jakieś pięć razy mniejszy, więc liberał Rzońca powinien dziękować losowi, że pracuje na publicznej uczelni, bo w prywatnej firmie już dawno dostałby zwolnienie za tak „dokładne” analizy.
Wydawało się, że w ostatnim czasie liberałowie nieco zmądrzeli i pogodzili się z faktem, że ich opinie dotyczące „500+” to były zwykłe dyrdymały. W ostatnim czasie nagle jednak temat „500+” powrócił po wypowiedziach posła PO Jana Grabca, który stwierdził, że odbieranie świadczenia trwale bezrobotnym mogłoby być dobrym pomysłem. Poseł Grabiec chciał się zachować bardzo chrześcijańsku, według biblijnej maksymy „tym, którzy nie mają, będzie odebrane nawet to, co mają”. Skoro ktoś nie ma dochodów z pracy, to trzeba go jeszcze bardziej pognębić, może wtedy zmądrzeje. Jak widać, w liberalnym centrum głęboko zakorzenione jest przeświadczenie, że 1500 zł na trójkę dzieci daje ubogim rodzinom niespotykane możliwości życiowe. Co ciekawe, reprezentanci liberalnego centrum najczęściej żyją za znacznie większe pieniądze, a mimo to wciąż płaczą, że państwo im coś odbiera. Inaczej mówiąc, 1500 zł dla 5-osobowej rodziny to prawdziwy high life i życie jak w Madrycie, ale 10 tys. zł dla trzyosobowej rodziny to już jest bieda z nędzą.
Skoro temat „500+” powrócił na tapetę, warto sprawdzić, jak się mają liberalne mity do rzeczywistości. Przypomnijmy, że według przeciwników świadczenia, miało ono doprowadzić do spadku aktywności zawodowej kobiet, katastrofy budżetowej, a nawet wpędzić dolne grupy decylowe w krąg ubóstwa. Tymczasem wpływ na dzietność Polek i Polaków miał mieć on żaden. Poza tym program ten ma być wybitnie niesprawiedliwy dla samotnych rodziców, gdyż wyklucza ich z świadczenia już na pierwsze dziecko. Trzeba przyznać, że liberałowie dokonali niezwykłego wyczynu, gdyż dokładnie żadne z ich założeń się nie sprawdziło.
Dzietność w górę, ubóstwo w dół
Z wyżej wymienionych obszarów najlepiej zacząć od dzietności – w końcu „500+” to program prorodzinny. Oczywiście rząd często zastrzega, że aspekt socjalny jest równie istotny, co demograficzny, ale brak kryterium dochodowego na drugie i kolejne dziecko wskazuje, że to demografia w większej mierze skłoniła rządzących do uruchomienia programu, a nie ubóstwo. W 2015 roku polski wskaźnik dzietności wynosił 1,32, co było przedostatnim wynikiem w UE. Minimalnie gorzej było jedynie w Portugalii. Już w 2016, pierwszym niepełnym roku funkcjonowania programu, wskaźnik dzietności nad Wisłą wzrósł do 1,39, co pozwoliło nam wyprzedzić jeszcze Włochy, Hiszpanię, Grecję, Cypr i Maltę. Według danych GUS, w 2017 r. wskaźnik dzietności znów wzrósł, tym razem do 1,45, co według danych z 2016 pozwoliłoby nam wyprzedzić jeszcze Chorwację i Luksemburg (zbiorczych danych za 2017 dla całej UE Eurostat jeszcze nie podaje).
Zatem pod względem wskaźnika dzietności w dwa lata wyrwaliśmy się z samego dna UE i ulokowaliśmy się nieco bliżej środka (19 miejsce na 27 krajów, czyli bez Wielkiej Brytanii). Co więcej, ten wzrost był bez wątpienia zasługą „500+”, bo według komunikatu GUS za wzrost liczby urodzeń w 2017 r. odpowiadały przede wszystkie drugie, trzecie i kolejne urodzenia w rodzinie. A to właśnie na drugie i kolejne dzieci przysługuje świadczenie. Oczywiście 1,45 to wciąż sporo poniżej poziomu niezbędnego do pełnej reprodukcji pokoleń, jednak jak na dwa lata to wynik przynajmniej przyzwoity.
Skoro „500+” ma także charakter socjalny, to rozliczać go trzeba również z zasięgu ubóstwa w Polsce. Jest to tym łatwiejsze, że wpływ „500+” na ubóstwo widać dużo szybciej, w przeciwieństwie do dzietności. Ubóstwo mierzy się poziomem wydatków gospodarstw domowych, więc dodatkowe dochody powinny się szybko przełożyć na ich wydatki. Oczywiście też nie od razu, bo wiele rodzin do tej pory żyjących z dnia na dzień może zechcieć wykorzystać świadczenie na przykład na zbudowanie sobie poduszki bezpieczeństwa na przyszłość. Spadek ubóstwa od roku 2015 jest bardzo duży. Już w 2016 roku zasięg ubóstwa skrajnego (odsetek gospodarstw domowych żyjących poniżej minimum egzystencji) spadł z 6,5 proc. do 4,9 proc. Inaczej mówiąc, w zaledwie rok Polska ograniczyła zasięg skrajnego ubóstwa o jedną czwartą. Nigdy wcześniej nie zanotowaliśmy takiego spadku. Od 2008 do 2014 zasięg skrajnego ubóstwa nieustannie rósł, pomimo wzrostu gospodarczego, a w 2015 r. po raz pierwszy spadł, ale tylko o 12 proc. (z 7,4 do 6,5 proc.). Tak znaczący jednoroczny spadek, jaki miał miejsce w 2016, w oczywisty sposób musi być związany z uruchomieniem dużego jak na Polskę programu społecznego. W 2017 roku zanotowaliśmy kolejny spadek skrajnego ubóstwa, teraz już jednak mniejszy, do 4,3 proc.
Związek „500+” z ograniczeniem zasięgu ubóstwa jest jeszcze bardziej oczywisty, jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że wśród małżeństw najbardziej spadło ubóstwo w rodzinach z dwójką lub więcej dzieci. Ale, co ciekawe, najbardziej spadło ubóstwo wśród… samotnych rodziców. W latach 2015-2017 r. zasięg ubóstwa wśród singli z dziećmi spadł z 6,5 do 2,5 proc., czyli o prawie dwie trzecie. Tymczasem według liberalnych mitów, to właśnie samotni rodzice są szczególnie poszkodowani „500+”. Jak to wygląda na tle Europy? Eurostat podaje poziom zagrożenia ubóstwem, który jest siłą rzeczy wyższy. W latach 2015-2017 odsetek Polek i Polaków zagrożonych ubóstwem spadł z 23,4 proc. do 19,5 proc. Był to… najwyższy spadek ze wszystkich krajów UE. Jeszcze w 2015 r. poziom zagrożenia ubóstwem w Polsce był bliski średniej UE, obecnie jest już niższy od niej o 3 pkt. procentowe.
Marchewka zamiast kija
Spadek ubóstwa w Polsce i wzrost dochodów najuboższych gospodarstw domowych wpłynął na wyraźne ograniczenie polskich nierówności. Już w 2016 r. wskaźnik Giniego spadł nad Wisłą z 30,6 do 29,8. Oczywiście również był to największy jednoroczny spadek nierówności dochodowych w III RP – trudno uznać to za przypadek. W ubiegłym roku Gini znów spadł, tym razem do 29,2. Średnia unijna jest o ponad punkt wyższa. Obecne nierówności w Polsce liczone wskaźnikiem Giniego są na poziomie Francji i Niemiec. Co ciekawe, na horyzoncie widać już Szwecję (Gini 28), choć to przede wszystkim efekt tego, że szwedzkie nierówności bardzo szybko w ostatnich latach rosną. Niestety Szwecja przestała już być egalitarnym rajem i pod tym względem wyprzedzają ją nie tylko najbardziej egalitarne w Europie kraje słowiańskie (Czechy, Słowacja i Słowenia) oraz pozostałe kraje nordyckie, ale nawet kraje Beneluksu i Austria.
Spadek nierówności widać także w pozostałych wskaźnikach. Pokazuje to chociażby podawany przez GUS dochód rozporządzalny gospodarstw domowych z podziałem na grupy kwintylowe. Dochód rozporządzalny rodzin należących do 20 proc. najuboższych wzrósł w okresie 2015-2017 o prawie połowę (z 457 zł na głowę do 655 zł), tymczasem dochód górnych 20 proc. wzrósł jedynie o 9 procent (z 2824 zł do 3084 zł). Absolutnie nie chcę przez to powiedzieć, że poziom nierówności jest obecnie w Polsce satysfakcjonujący – jednak wpływ „500+” na wyraźny spadek nierówności jest niezaprzeczalny. Bo trudno to uznać za zbieg okoliczności.
„500+” miało też doprowadzić do spadku aktywności zawodowej kobiet. Program ruszył w kwietniu 2016 r. W drugim kwartale 2016 r. aktywność zawodowa kobiet powyżej 15. roku życia wynosiła 48,4 proc. Na koniec drugiego kwartału 2018 roku wyniosła 48,8 proc. Aktywność kobiet zatem nie tylko nie spadła, ale nawet wzrosła bardziej niż u mężczyzn (u nich wzrost z 64,7 do 64,9). A przecież oprócz „500+” obniżono wiek emerytalny kobiet do 60. roku życia. Według Eurostatu aktywność zawodowa kobiet w wieku produkcyjnym (15-64 lata) w latach 2015-2017 wzrosła z 61,4 do 62,6, czyli rosła nawet troszkę szybciej niż średnia unijna. Oczywiście aktywność zawodowa kobiet w Polsce wciąż jest zbyt niska (średnia UE to 67,8 proc.), ale to efekt wieloletnich zaniedbań w polityce społecznej (np. dopiero od niedawna szybko rośnie liczba miejsc w żłobkach), a nie „500+”. Dość powiedzieć, że jeszcze w 2008 roku aktywność zawodowa Polek w wieku produkcyjnym wynosiła zaledwie 57 procent…
Zresztą najświeższe dane pokazują, że Polki i Polacy coraz częściej decydują się wracać na rynek pracy. W III kwartale 2018 roku równocześnie wzrosło nieco bezrobocie, z 3,6 proc. do 3,8 proc., oraz aktywność zawodowa, z 56,5 do 56,8 proc. Wzrost bezrobocia wynika nie z utraty pracy przez zatrudnionych, lecz z powrotu na rynek pracy osób wcześniej biernych zawodowo, które decydują się znów zarejestrować w UP. Jak widać, biernych zawodowo Polaków nie trzeba koniecznie brać głodem, jak marzy sobie poseł Grabiec – gdy warunki na rynku pracy się poprawiają, sami decydują się na niego wrócić.
Zmiana mentalna
A jak się sprawdziły przewidywania liberałów dotyczące katastrofy budżetowej i drugiej Grecji? Tak samo jak pozostałe. W 2015 roku dług publiczny w Polsce wynosił 51,3 proc. PKB. Na koniec 2017 roku wyniósł 50,6 proc. Czyli zamiast katastrofy mamy ograniczenie polskiego zadłużenia. Wynika to głównie z szybkiego wzrostu gospodarczego, napędzanego w dużej mierze konsumpcją. Sprawdziły się teorie, według których działania propopytowe po pewnym czasie same się zwracają, gdyż napędzają gospodarkę. Oczywiście teorie te w liberalnym centrum to zwykłe herezje. Według zapowiedzi Ministerstwa Finansów, deficyt w 2018 roku wyniesie jedynie połowę zakładanego, czyli ok. 20 mld zł. Przypomnijmy, że prof. Rzońca „oszacował” go na 100 miliardów. Przy 5-procentowym wzroście gospodarczym oznacza to, że dług publiczny w Polsce znów spadnie, tym razem już poniżej 50 proc.
Program „Rodzina 500+” oczywiście nie jest pozbawiony wad. Przede wszystkim należałoby zmodyfikować próg dochodowy na pierwsze dziecko tak, by po jego przekroczeniu traciło się jedynie część świadczenia odpowiadającą tej nadwyżce, a nie całość (tzw. złotówka za złotówkę). Poza tym w przyszłości należałoby rozszerzyć go na wszystkie dzieci, także te pierwsze w rodzinie. Nie zmienia to faktu, że dotychczasowe jego rezultaty są więcej niż satysfakcjonujące – ograniczył on ubóstwo oraz nierówności, a także pozytywnie wpłynął na wskaźnik dzietności. No i przede wszystkim przyzwyczaił polskie społeczeństwo do tego, że państwo prowadzi aktywną politykę społeczną. A to być może jego największa zaleta, bo będzie procentować w przyszłości kolejnymi programami. To także dzięki realnym efektom „500+” przychylności polskich wyborców nie będzie można już sobie łatwo zapewnić dyrdymałami o odchudzaniu państwa – teraz trzeba będzie im pokazać, że ma się pomysł na rozwiązywanie problemów społecznych.
Piotr Wójcik
przez Silvia Federici | niedziela 13 stycznia 2019 | opinie
W szesnastowiecznej Europie polowanie na czarownice to była walka klas prowadzona przez elitę.
Polowania na czarownice rzadko pojawiają się w historii proletariatu. Do dziś są jednym z najmniej rozpoznanych wydarzeń w historii Europy, czy raczej świata, bo przecież zarzutu o czczenie diabła używali misjonarze i konkwistadorzy w Nowym Świecie jako narzędzia podboju miejscowej ludności. Fakt, że w Europie ofiarami polowań były głównie chłopki, może tłumaczyć dotychczasową obojętność historyków względem tego ludobójstwa, obojętność graniczącą z współudziałem. Bo eliminacja czarownic z kart historii przyczyniła się do trywializowania ich fizycznej eliminacji na stosach. Sugerowano, że było to zjawisko o niewielkim znaczeniu, jeśli nie część folkloru.
Nawet ci, którzy badali polowania na czarownice (do niedawna prawie wyłącznie mężczyźni), byli zwykle godnymi następcami szesnastowiecznych demonologów. Nawet opłakując eksterminację czarownic, wielu wciąż opisywało je jako żałosne przygłupki cierpiące na halucynacje. To pozwalało przedstawiać prześladowania jako proces „terapii społecznej”, służący wzmocnieniu społecznej, sąsiedzkiej jedności lub opisywać je w terminach medycznych, jako „panikę”, „obłęd” czy „epidemię”, co usprawiedliwiało łowców czarownic i odpolityczniało ich zbrodnie.
Ruch feministyczny wcześnie odkrył, że setki tysięcy kobiet nie zostałyby zmasakrowane i poddane najokrutniejszym z tortur, jeśli nie stanowiłyby zagrożenia dla hierarchii władzy. Zdał sobie również sprawę, że wojna przeciw kobietom, prowadzona przez prawie dwa stulecia, była punktem zwrotnym w historii kobiet w Europie, „grzechem pierworodnym” w procesie ich społecznej degradacji, do którego musimy ciągle powracać, jeśli chcemy zrozumieć mizoginię, wciąż charakteryzującą praktykę instytucjonalną i relacje męsko-damskie.
Natomiast historycy marksistowscy, z niewieloma wyjątkami, nawet badając „przejście do kapitalizmu” skazywali polowania na czarownice na zapomnienie, jak gdyby były nieistotne dla historii walki klas. A przecież rozmiary masakry powinny wzbudzić wątpliwości: setki tysięcy kobiet zostało spalonych, powieszonych i torturowanych w ciągu niespełna dwóch stuleci.
Nie można też nie zauważyć, że polowania wystąpiły równocześnie z kolonizacją i eksterminacją ludności Nowego Świata, grodzeniami w Anglii, początkiem handlu niewolnikami, wprowadzeniem „karania krwią” włóczęgów i żebraków, a swój punkt kulminacyjny osiągnęły w interregnum między końcem feudalizmu a „startem” kapitalizmu, kiedy chłopstwo w Europie osiągnęło szczyt swojej potęgi, ale zaraz potem poniosło historyczną porażkę. Do tej pory jednak ten aspekt akumulacji pierwotnej pozostaje właściwie tajemnicą.
Czas palenia czarownic i państwowa inicjatywa
Czas uznać, że polowanie na czarownice było jednym z najważniejszych wydarzeń w rozwoju społeczeństwa kapitalistycznego i formowania nowoczesnego proletariatu. Rozpętanie kampanii terroru przeciw kobietom, nieporównywalne z jakimikolwiek innymi prześladowaniami, osłabiło opór europejskiego chłopstwa przeciw atakowi szlachty i państwa w czasie, kiedy społeczności chłopskie już rozpadały się pod połączonym ciężarem prywatyzacji ziemi, zwiększonego opodatkowania oraz rozszerzenia kontroli państwa na wszystkie aspekty życia społecznego.
Polowania na czarownice pogłębiły podziały między kobietami a mężczyznami, ucząc tych ostatnich strachu przed siłą kobiet, oraz zniszczyły wszechświat praktyk, wierzeń i podmiotów społecznych, których istnienie było niekompatybilne z kapitalistyczną dyscypliną pracy, redefiniując w ten sposób podstawowe elementy reprodukcji społecznej. Wbrew twierdzeniom propagowanym przez Oświecenie, polowania na czarownice nie były łabędzim śpiewem umierającego feudalizmu. Osiągnęły kulminację między rokiem 1580 a 1630, kiedy relacje feudalne ustępowały pola instytucjom ekonomicznym i politycznym typowym dla kapitalizmu kupieckiego. To w długim „Wieku Żelaza” płonęły stosy, a kraje często pozostające ze sobą w stanie wojny, niemalże w milczącym porozumieniu postawiły czarownice w stan oskarżenia i wystąpiły z inicjatywą prześladowań.
Zanim sąsiad oskarżył sąsiadkę, zanim całe społeczności objęła „panika”, prowadzono konsekwentną indoktrynację. Władze publicznie wyrażały lęk przed szerzeniem się czarów i podróżowały od wioski do wioski, by uczyć ludzi, jak rozpoznać czarownice. W niektórych przypadkach miały już gotowe listy nazwisk podejrzanych czarownic, grożąc karami tym, którzy chcieliby je ukrywać lub im pomóc.
Ale to juryści, urzędy i demonologowie, często ucieleśnieni w jednej osobie, najbardziej przyczynili się do prześladowań. To oni układali argumenty, odpowiadali na krytykę i dopracowali do perfekcji prawną machinę, która pod koniec XVI wieku nadała już zestandaryzowaną, niemalże biurokratyczną formę procesom, odpowiadając za podobieństwo zeznań ponad granicami. W swojej pracy mężowie prawa mogli liczyć na wsparcie najbardziej cenionych intelektualistów tamtych czasów, włącznie z tymi filozofami i naukowcami, którzy do dziś są hołubieni jako ojcowie nowoczesnego racjonalizmu.
Nie można mieć wątpliwości, że polowania na czarownice były potężną inicjatywą polityczną. Na polityczną naturę wskazuje również fakt, że narody katolickie
i protestanckie, prowadzące ze sobą wojnę we wszystkich innych obszarach, połączyły siły i argumenty w prześladowaniu czarownic. Dlatego nie jest przesadą twierdzenie, że polowania na czarownice były pierwszą wspólną płaszczyzną w polityce nowych europejskich państw narodowych, pierwszym, po schizmie Reformacji, przykładem europejskiej unifikacji.
Diabelskie wierzenia a zmiany w sposobie produkcji
Pierwszy wgląd w znaczenie europejskich polowań na czarownice znajdujemy w klasycznej pracy Michaela Taussiga z 1980 r. „The Devil and Commodity Fetishism in South America” („Diabeł i fetyszyzm towarowy w Ameryce Południowej”), gdzie autor stawia tezę, że diabelskie wierzenia rosną w siłę w tych okresach historycznych, w których jeden sposób produkcji zastępuje drugi. W takich okresach radykalnym zmianom podlegają nie tylko materialne warunki życia, ale i metafizyczne podstawy porządku społecznego – na przykład koncepcje tego, jak powstaje wartość, jak tworzy się życie i wzrost, co jest „naturalne”, a co przeciwne ustalonym zwyczajom i związkom społecznym.
Taussig rozwinął swoją teorię studiując wierzenia kolumbijskich robotników rolnych i boliwijskich górników pozyskujących cynę w czasach, kiedy w obu krajach pojawiały się relacje monetarne, które w oczach ludzi jawiły się jako śmiertelne, a nawet diaboliczne. Jednak, w przypadkach, które badał Taussig, to biedni stawiali na wiarę w diabła. Jego skojarzenie pomiędzy diabłem a formą towarową przypomina nam, że również w tle polowań na czarownice leżała ekspansja kapitalizmu rolnego, która wiązała się z obaleniem zwyczajowych praw i pierwszą falą inflacji w nowoczesnej Europie.
Te zjawiska prowadziły wyłącznie do wzrostu ubóstwa, głodu i migracji, przekazały również władzę w ręce nowej klasy „modernizatorów”, którzy ze strachem i obrzydzeniem patrzyli na wspólnotowe formy życia, typowe dla przedkapitalistycznej Europy. To z inicjatywy tej proto-kapitalistycznej klasy rozpoczęły się polowania na czarownice, które posłużyły jako broń do zniszczenia oporu wobec zmian społecznych i ekonomicznych.
Ekspansja kapitalizmu rolnego, ze wszystkimi tego konsekwencjami (rugowanie z ziemi, pogłębienie podziałów społecznych, zniszczenie kolektywnych form życia społecznego), była decydującym czynnikiem leżącym u podwalin polowań na czarownice. Dowodzi tego również fakt, że większość oskarżonych stanowiły biedne chłopki, dzierżawiące ziemię lub świadczące pracę najemną, podczas gdy oskarżający je byli bogatymi i poważanymi członkami społeczeństwa, często wynajmującymi im ziemię lub kupującymi ich pracę, a więc jednostkami, które były częścią lokalnych struktur władzy, często blisko powiązanymi z centrum państwa.
W Anglii czarownice były z reguły starszymi kobietami utrzymywanymi przez społeczność lub żebrzącymi o jedzenie, wino i mleko; jeśli były zamężne, ich mężowie pracowali za dniówki, jednak częściej były samotnie mieszkającymi wdowami. Ich bieda przebija się w zeznaniach z procesów. Diabeł ukazywał się im w ciężkich czasach, zapewniając, że od teraz „nie będą pożądać”, jednak pieniądze, które dawał im przy tych okazjach, szybko zmieniały się w popiół, co można powiązać z doświadczeniem powszechnej w tym czasie superinflacji.
Jeśli chodzi o diaboliczne zbrodnie czarownic, to wydają się niczym więcej niż walką klasową rozgrywającą się na poziomie wioski: „złe oko”, klątwa żebracza rzucana na tych, którzy odmawiali pomocy, niepłacenie czynszu, potrzeba wsparcia przez społeczność.
Polowanie na czarownice i bunt klasowy
Jak możemy zaobserwować na tych przykładach, polowania na czarownice wyrosły w środowisku, w którym „lepszy sort” żył w ciągłym strachu przed „klasami niższymi”, które z pewnością można było podejrzewać o gromadzenie złych myśli, skoro w tym czasie traciły wszystko, co miały. To, że ten strach został wyrażony w ataku na ludową magię, nie jest zaskakujące. Wojna z magią towarzyszy rozwojowi kapitalizmu od zawsze, aż do dziś. Magia opiera się na wierzeniu, że świat jest ożywiony, nieprzewidywalny, że moc istnieje we wszystkich przedmiotach, więc każde wydarzenie jest interpretowane jako manifestacja nadprzyrodzonej siły. To wierzenie musi zostać „odmagicznione” i nagięte do woli jednostki.
Magia była również przeszkodą w racjonalizacji procesu pracy oraz zagrożeniem dla ustanowienia zasady jednostkowej odpowiedzialności. Przede wszystkim – magia jest formą odmowy pracy, niesubordynacji i narzędziem oddolnego sprzeciwu wobec władzy. Świat musi zostać „odczarowany”, żeby mógł zostać zdominowany.
W XVI wieku atak na magię był już szeroko zakrojony, a kobiety stały się jego najbardziej prawdopodobnym celem. Nawet jeśli nie były czarownicami czy magiczkami, to wzywano je, żeby oznaczyły chore zwierzęta, wyleczyły sąsiadów, pomogły znaleźć zgubione lub skradzione przedmioty, wyposażyły w amulety i napoje miłosne, przepowiedziały przyszłość. I choć polowania na czarownice obrały za cel szeroki wachlarz kobiecych praktyk, to przede wszystkim te role – czarownic, uzdrowicielek, recytujących zaklęcia, wróżbiarek – stały się przyczyną prześladowań. Ich roszczenie do magicznej mocy podważało władzę urzędów i państwa, dawało biednym wiarę w możliwość wpływu na środowisko naturalne i społeczne oraz w szansę obalenia ustanowionego porządku.
Z drugiej strony wątpliwe jest, żeby sztuki magiczne, praktykowane przez kobiety od pokoleń, zostały rozdmuchane do rozmiarów demonicznego spisku, jeśli nie wystąpiłyby na tle intensywnego kryzysu i walk społecznych. Mowa o „wojnach chłopskich” przeciw prywatyzacji ziemi, włącznie z powstaniami przeciw grodzeniu w Anglii (w 1549, 1607, 1628 i 1631 roku), kiedy setki mężczyzn, kobiet i dzieci, uzbrojone w widły i łopaty, niszczyły płoty postawione wokół wspólnej ziemi i ogłaszały, że „od teraz nie musimy już pracować”. To kobiety często inicjowały i prowadziły te działania.
Prześladowania czarownic wyrosły na tym gruncie. Były walką klas, tylko prowadzoną innymi środkami.
Polowania na czarownice, polowania na kobiety i akumulacja pracy
Wydaje się prawdopodobne, że polowania na czarownice były, przynajmniej po części, próbą kryminalizacji kontroli urodzeń i umieszczenia kobiecego ciała, macicy, w służbie wzrostu urodzeń oraz produkcji i akumulacji siły roboczej. Nietrudno sobie wyobrazić, jaki efekt wywarł na kobietach widok sąsiadek, przyjaciółek i krewnych spalonych na stosie, i uświadomienie sobie, że każda próba stosowania antykoncepcji może być zinterpretowana jako efekt diabelskiej deprawacji. Z tego punktu widzenia nie można mieć żadnych wątpliwości, że polowanie na czarownice pogrzebało metody, których kobiety używały w celu kontroli urodzeń, poprzez przedstawienie ich jako diabelskich forteli. Zinstytucjonalizowało również kontrolę państwa nad kobiecymi ciałami, co było pierwszym krokiem do poddania ich prymatowi reprodukcji siły roboczej. Były więc polowania na czarownice wojną przeciw kobietom, zaplanowaną próbą poniżenia i zdegradowania kobiet, zniszczenia ich siły społecznej.
Kiedy to zadanie zostało wykonane – kiedy dyscyplina społeczna została przywrócona, a klasy panujące skonsolidowały swoją hegemonię – procesy o czary zakończyły się. Wiara w czarostwo mogła nawet stać się obiektem drwin, okrzyczana przesądem i szybko wyparta z pamięci. To państwo rozpoczęło polowania na czarownice, więc to rządy podjęły inicjatywę na rzecz ich zakończenia.
Kiedy wywrotowy potencjał czarów został zniszczony, można było nawet pozwolić na praktykowanie magii. Po zakończeniu polowań na czarownice wiele kobiet wciąż utrzymywało się z przepowiadania przyszłości, sprzedaży uroków i praktykowania innych form magii. Ale władze nie były już zainteresowanie prześladowaniem za te praktyki, były skłonne raczej postrzegać je jako efekt niewiedzy lub zaburzeń wyobraźni.
Jednak widmo czarownic wciąż krążyło nad wyobraźnią klas panujących. W 1871 r. paryska burżuazja instynktownie powróciła do demonizowania kobiet komunardek, oskarżając je o zamiar podpalenia Paryża. Nie można mieć wątpliwości, że modele dla postaci z ponurych bajek i obrazów, które burżuazyjna prasa wykorzystała do stworzenia mitu Podpalaczek, zostały wyciągnięte bezpośrednio z repertuaru polowań na czarownice.
Silvia Federici
tłum. Mateusz Trzeciak
Tekst pierwotnie ukazał się w na stronie internetowej jacobinmag.com w październiku 2018 r. Jest on fragmentem książki „Witches, witchhunting and women”, która ukaże się w polskim przekładzie w 2019 r. w tłumaczeniu Michała Pospiszyla, Agnieszki Kowalczyk i Krzysztofa Króla.
przez Monika Kostera | środa 9 stycznia 2019 | opinie
Rozmowa z osobami „spoza bańki” ideologicznej jest trudna. W naszym kraju chyba trudniejsza, niż gdzie indziej. Jeśli nie poddamy się od razu i nie rozstaniemy w obrazie i płomieniach gniewu, to po jakimś czasie, być może, czeka nas bardzo dziwne poczucie – coś, co przypomina te sny, gdy stoimy z rozmówcą po dwóch stronach szklanej ściany i krzyczymy do siebie, ale nic nie słychać, bo ściana jest idealnie dźwiękoszczelna. Można nawet próbować się uśmiechnąć. Czasami uśmiech zostanie odwzajemniony. To bardzo miłe, ale też nie zmienia faktu podstawowego, jakim jest brak możliwości porozumienia. Takie poczucie – to wyobcowanie.
Wyobcowanie bierze się stąd, że brak nam tego, co ludzi wiąże w sposób umożliwiający komunikowanie się na poziomie naszego człowieczeństwa, poziomie kulturo- i strukturotwórczym. Brak nam wspólnego języka, w którym można by wyrazić ważne kwestie dotyczącego aktualnego kontekstu. Używamy słów, które nas dzielą, nie łączą, używamy określeń, które nie przystają do sytuacji. Nie możemy się dogadać. To nie dlatego, że wszyscy Polacy to ksenofobiczni prawacy. Nie dlatego, że młodzież jest rozwydrzona i kapryśna. Nie dlatego, że w Warszawie i wielkich miastach mieszkają wypasieni na sojowym latte lewacy zawracający wszystkim głowę wywodami o jakichś wydumanych żeńskich końcówkach. Nie mamy wspólnego języka, bo nie działa publiczna sfera odpowiedzialna za tworzenie go w formie będącej w stanie odzwierciedlić to, co dla obywateli najważniejsze, aktualne i zajmujące. Jak w koszmarnym śnie jesteśmy skazani na nieartykułowany wrzask, który czasami posługuje się słowami i wtedy są to słowa plugawe, złe, pełne agresji. Brak nam słów, które łączą i budują, metafor, obrazów, ideałów, które kuszą, wartości, które pobudzają do wspólnego działania.
Taki język powinny tworzyć media. Nasze media na ogół, w swej ogromnej masie, zajmują się raczej własnymi projektami – kultywują bańki, w których gromadzimy się i zbijamy razem w małe, odrębne gromadki. Często są to gromadki niezdolne do wspólnego twórczego działania, bo język baniek nie inspiruje, lecz zapewnia coś w rodzaju ciepła. Między nimi szaleje chaos coraz bardziej groźnego, niezrozumiałego świata. Tak to wygląda, mniej więcej. Dlatego właśnie każda obywatelka i każdy obywatel pragnący wyjść poza bańkę teraz lub w przyszłości powinien uznać za swój obowiązek wspierać niezależne media. Akcja finansowego wspierania „Nowego Obywatela” to jeden ze sposobów wywiązania się z tego obowiązku. Prenumerować, czytać, wspierać, podarować w prezencie wujkowi „Nowego Obywatela”, „Magazyn Kontakt”, „Tygodnik Powszechny”. Zaprosić niezależnego dziennikarza na piwo. Złapać za klawiaturę i napisać tekst.
Tak, wiem, że to ostatnie jest trudne. Bardzo trudne. Pisać jest ciężko, nie każdemu dane jest pióro lekkie, zwinne, sprężyste. Ja, na przykład, mam bardzo ciężkie pióro, jak większość naukowców. Każdy ze swoich tutejszych felietonów pisałam długo, po kawałku, wracałam i zmieniałam, przerabiałam i wymyślałam na nowo. Każdy zajmował mi właściwie bity miesiąc i wiem, że efekt jest daleki od dziennikarskiej lekkości i lotności. Piszę tak jak piszę, inaczej nie umiem. Ale też piszę to, co piszę i nie umiem inaczej.
Nie jestem w tym osamotniona. Ba, jeśli chodzi o udrękę pisania, to jestem w świetnym towarzystwie (z efektami niestety już nie, ale trzeba być wdzięcznym za dobrą kompanię tam, gdzie się przytrafia). „Gdybym wiedział, skąd biorą się dobre pieśni, chodziłbym tam częściej” – powiedział Leonard Cohen. „Bycie twórcą to trochę tak jak bycie zakonnicą – jest się zaślubionym tajemnicy”. Podobnie uważała pisarka Ursula Le Guin. Pisanie to ciężka fizyczna praca, do wykonania której niezbędne są żywotność, cierpliwość i dyscyplina. Dobre dzieło jest darem i przychodzi wtedy, kiedy chce, jeśli szanuje się tajemnicę i trud jego narodzenia. Czytanie i pisanie, według Le Guin, nie są czynnościami programowalnymi i wyraźnie osadzonymi w miejscu i czasie, ale uczestnictwem w czymś poza ich granicami, w przestrzeni, która ma swoje własne rytmy i swoje prawa. Z podobnym szacunkiem o twórczym pisaniu mówili poeci właściwie od zawsze, między innymi wielki wizjoner epoki romantyzmu William Blake i współczesna twórczyni Patti Smith.
W taki sposób piszą czasami też mniej uduchowieni pisarze – pisarze naukowi. Szwedzki socjolog Stefan Svallfors poświęcił pisaniu swoją najnowszą książkę „Forskningens mörker” (Mroki badań naukowych). Aby napisać tekst naukowy, trzeba wejść w najmroczniejszą przestrzeń ducha: niepewności, gniewu, lęku, walki z własnymi ograniczeniami aż do samo-nienawiści. Gdy pisze się coś, czego jeszcze nie ma, nie istnieją łatwe ścieżki ani oczywiste kreacje. Trzeba czasami wbić się w nieracjonalność, zaufać własnej słabości, po omacku zmagać się z pojęciami, które nie wiadomo w co się ułożą – i czy w ogóle to zrobią. Naukowiec, tak samo jak poeta, jak pisarz, choć z mniej pięknym skutkiem, chwyta gołymi rękami chaos za gardło. Jak pisze Svallfors, pisarz naukowy musi nauczyć się być wystarczająco obsesyjnym, osiągać odpowiedni poziom przerażenia, poczuć właściwą dozę panicznego poszukiwania wyrazu tego, co niewyrażone. Często nie wychodzi nic, czasami coś, z rzadka – to, co trzeba, by pogłębić zrozumienie świata.
Wszystkie te próby, podejmowane szczerze, są potrzebne. W nauce rozumianej jako instytucja społeczna sukcesem nie jest Noblista. Sukcesem jest środowisko, w którym jedni chybią, inni trafią, ale wiele osób próbuje i czasami osiągają pozytywny rezultat w wyniku tej szalonej walki z chaosem. Z rzadka jest to rezultat doceniony, wyróżniony nagrodą. W takim ujęciu uroczystości noblowskie to święto nas wszystkich, szarych naukowych mrówek w naszych szarych mrowiskach. Taka praca jest przede wszystkim trudna, ale także cudownie satysfakcjonująca, choć nie na żadnym oczywistym i prostym poziomie. Idzie na nią dużo energii. Pisanie o nauce do mediów to z kolei inna działalność, która nie zawsze z naukową obsesyjnością idzie w parze. Nauka absorbuje, ciężko dzielić czas i uwagę między nią a coś innego. A popularyzacja nauki lub pisanie felietonów wymagają innych umiejętności, innego warsztatu. I tak na przykład amerykański pisarz i biochemik Isaac Asimov świetnie pisał o nauce, ale wielkim naukowcem nie był. Wiele i wielu z nas widzi, że brakuje im do tego talentu, że ich pióro jest, jak moje, ciężkie i toporne. A gdy próbujemy, to po to, by dorzucić się do tworzenia wspólnego sensownego języka. Podać cegłę. Budujemy.
Budujemy na obrzeżach, bo tam jest przestrzeń do takich działań. Centrum od dawna się zamknęło, bywało chwilami naprawdę szczelne na treści odmienne od wąsko określonego przekazu. Wiem coś o tym, bo od dość dawna próbowałam zabrać głos w mediach na tematy, które uważam za istotne. Bywało, że kontaktowali się ze mną dziennikarze z dużych pism. Mówiłam lub pisałam to, co wiem o różnych zjawiskach zarządzania, na przykład o kulturze organizacji: że nie należy nią manipulować, że jest to żywy oddolny twór ludzki. Potem dostawałam do autoryzacji wypowiedź zmienioną w swoje przeciwieństwo, gdzie niby głoszę, że manipulować trzeba, a zysk uświęca środki. Nie autoryzowałam. Tekst szedł do śmieci, a nauczony przykrym doświadczeniem dziennikarz więcej nie dzwonił. Albo od razu cała wypowiedź szła do lamusa i nigdy nie ujrzała światła dziennego. Odwiedzali mnie dziennikarze dużych stacji telewizyjnych i przeprowadzali wywiad po starannym wymakijażowaniu mojej twarzy i naświetleniu pomieszczeń. Mówiłam, że uczenie się zarządzania to nie jest elitarny program tylko dla szefów i biznesmenów, lecz wiedza, która przede wszystkim przydaje się szeregowym pracownikom. Wywiad nie był puszczany na wizji. Nie tak dawno temu dobra dziennikarka dostała od jednej z głównych polskich gazet zamówienie na wywiad ze mną i współautorem książki o zarządzaniu. Wywiad był świetnie przygotowany i przeprowadzony, a my mówiliśmy o sprawach bliskich nam i naszym badaniom: o zarządzaniu jako głęboko problematycznej i trudnej funkcji społecznej. Ku zdziwieniu dziennikarki wywiad zapadł się w czeluść. Nie było żadnego odzewu. Wreszcie redakcja odpowiedziała jej, że nie, bo za to trudne. Nikt nie zrozumie. Poszła z tekstem do jednej z bardziej marginalnych gazet i wywiad ukazał się szybko i sprawnie. Czy ktoś przeczytał i zrozumiał? Myślę, że tak, wiele razy spotkałam osoby, które mówiły, że czytały i że to nowe rzeczy, ale ciekawe i pobudzające do myślenia.
Czemu akurat nieprawomyślne zarządzanie było (i jest!) tak silnie odrzucane przez główny nurt mediów? W innych znanych mi krajach też bynajmniej nie króluje ono w prasie i telewizji, ale jednak pojawia się, można je znaleźć nawet w wysokonakładowej prasie lub w popularnych kanałach telewizji. U nas większość ludzi nie ma pojęcia, że w ogóle istnieje coś takiego, czym się zajmuję całe moje zawodowe życie: zarządzanie dla ludzi (nie dla zysków). Nieobecna jest zarówno tematyka, jak i zrozumiały język jej opisu. Dlaczego? Naprawdę nie mam pojęcia. Nie wiem i będę wdzięczna za wszelkie podpowiedzi Czytelników. Jak to w ogóle jest możliwe? Ten język może się przecież przydać nie tylko moim studentom, nie tylko organizatorom z mojego terenu badawczego, takim jak spółdzielcy z Kooperatywy Dobrze czy Spółdzielni Margines. Może się przydać do opisu niedostatków otaczającej nas wszystkich rzeczywistości, ale też do opisu własnych celów i aspiracji. Nie jest to może najważniejsza i najpilniejsza potrzeba przeciętnego Polaka i Polki, ale też i nie najmniej istotna. Więc dlaczego nie? A może inaczej – skoro nie umiem na to pytanie odpowiedzieć, to zamiast tego zapytam: komu takiego języka może brakować? Myślę, że przede wszystkim klasom społecznym oprócz obecnie dominującej.
Media głównego nurtu w Polsce mówią przede wszystkim językiem klasy średniej – transformacja miała wszak polegać na tym, że inne klasy staną się niepotrzebne, a cała rzeczywistość społeczna będzie radośnie współtworzona i współdzielona przez gigantyczną, coraz bardziej zamożną, coraz lepiej wykształconą i mobilną globalnie klasę średnią. Takie nadzieje rozpalała w nas wizja ciągłego postępu i wzrostu, wymagająca poświęcenia i rezygnacji z konfliktów, wyrzeczenia się dążeń i interesów innych klas, odrzucenia form realizacji tych interesów poprzez, na przykład, działalność związków zawodowych. Mieliśmy się edukować, brać na klatę przejściowe błędy i wypaczenia, w pocie czoła pracować, czcić szefa jaki by nie był, być wdzięcznym praco-„dawcy”, że pracę „dał”, a, jeśli jesteśmy wystarczająco dzielni i wyedukowani – sami firmę założyć. Mieliśmy wziąć się za inwestowanie w siebie i nasze dzieci, nasze wnuki, a świat miał nam to wynagrodzić i obsypać nas złotem. Ta obietnica – że teraz wszyscy będą klasą średnią – od samego początku była niemożliwa. Zostaliśmy wprowadzeni w błąd. Kapitalizm nie jest i nie będzie nigdy oparty na klasie średniej. Ludzie w wielu krajach zaczynają sobie to uświadamiać, ale nie ma już etosu ani języka innych klas.
Mieszczanie wszystkich krajów nie połączą się, bo zostali stworzeni raczej do siedzenia w swych mieszkaniach. Nie-mieszczanie też się nie połączą, bo nie mają wspólnego języka. Nie wystarczy złapać się za ręce. Ba, jak się przekonaliśmy ostatnio, nie wystarczy nawet odpalić race. Człowiek, by móc z drugim człowiekiem coś społecznie tworzyć, musi porozumieć się na poziomie wartości i symboli. Do tego niezbędny jest język. Ale jest i druga strona medalu: jak dowodził już sto lat temu Ludwig Wittgenstein, język istnieje tylko wtedy, gdy służy porozumiewaniu się. Tylko wtedy można go rozbudzać, pielęgnować, uczyć się wyrażać swoje wyższe uczucia – podobne troszkę, wbrew pozorom, do mięśni: niećwiczone zanikają. Do tego potrzebne są człowiekowi sztuka, język i metafory. Wspólnoty myślenia, czucia i komunikacji tworzą zaś i rozpowszechniają media. Gdy media głównego nurtu spłaszczają i ujednolicają rzeczywistość, potrzeba mediów niszowych i marginalnych. Dlatego są one u nas absolutnie arcyważne, a wśród nich „Nowy Obywatel”.
To miał być w założeniu mój pożegnalny felieton. Miałam powiedzieć, jak bardzo jestem wdzięczna za przestrzeń, którą tu otrzymałam i z pewną ulgą powtórzyć za profesorem nauk zarządzania Gibsonem Burrellem, jednym z naszych największych: „niech teraz zamilknę… aż do następnego razu…”. Ale właśnie następny raz wcale nie musi być odległy w czasie. Może być dokładnie za miesiąc. Będę pisać dalej, choć dużo krótsze (zapewne) teksty, bo jednak potrzebuję więcej czasu i energii na naukowe obowiązki pisarskie. Będę pisać tak jak umiem i o tym, co umiem – dotąd, aż ktoś nie chwyci za pióro bardziej lotne, bardziej błyskotliwe i nie napisze o tych wszystkich postaciach, tworach i problemach, które nas współcześnie tak bardzo dotyczą i poruszają – o szefach, pracownikach, strukturach, etycznej sprzedaży, iluzji wzrostu gospodarczego, kłamstwach marketingu, i dlaczego to jest ważne dla naszego człowieczeństwa, dla wspólnego dobra i dla naszej planety. Wtedy odetchnę, wzniosę toast za powodzenie narodzonego języka i zamilknę… oczywiście – aż do następnego razu…
prof. Monika Kostera
przez Hubert Walczyński | niedziela 6 stycznia 2019 | opinie
Wstąpcie do najlepszego ze światów, do raju na ziemi, do państwa szczęścia, murowanego sukcesu i wiecznej młodości! W tej cudownej krainie z nieodmiennie błękitnym niebem żadne kwaśne deszcze nie psują lśniącej zieleni liści, na niemowlęco różowej cerze dziewcząt nie wykwita najmniejszy pryszcz, nie zdarza się, by jakieś tam zadrapanie szpeciło lustrzaną powierzchnię karoserii samochodów. Młode kobiety o długich opalonych nogach jadą po wymiecionych do pusta ulicach w połyskujących limuzynach, które dopiero co opuściły myjnie. Te pojazdy nie znają karamboli, gołoledzi, kontroli radarowych ani pękających opon. Prześlizgują się niczym węgorze przez zatory wielkich miast, na skrzyżowaniach pod światłami wymykają się spalonym na brąz czyścicielom szyb samochodowych i nigdy nie trafią przez pomyłkę do dzielnic biedy, gdyż suną bezszelestnie w kierunku rozległych mieszkań w starym budownictwie bądź do luksusowych dacz, zastawionych niewyobrażalnie drogimi meblami.
O. Toscani, Reklama: uśmiechnięte ścierwo
Manipulacja: wykorzystywanie jakichś okoliczności, naginanie lub przeinaczanie faktów w celu udowodnienia swoich racji lub wpływania na cudze poglądy i zachowania.
Słownik Języka Polskiego PWN
Reklamy niszczą nasz świat. Pochłaniają kolosalne sumy pieniędzy, wprowadzają w błąd, wykorzystują słabości naszej psychiki, przeszkadzają nam w codziennym funkcjonowaniu, wreszcie – promują szkodliwe normy, wpędzając całe pokolenia w kompleksy i przekonując, że o naszej wartości świadczy przede wszystkim to, ile kupujemy. Wszystko to sfinansowane z naszych kieszeni, zawarte w cenie każdego produktu, po który sięgamy, gdy jesteśmy w sklepie. Narzekamy na nie każdego dnia, przewijając Facebooka, oglądając video w internecie, czekając na film czy słuchając radia. Sprawę trzeba więc postawić jasno – pokaźną część sektora marketingowego należy zaorać, zalać wapnem i zadbać o to, żeby nigdy nie odrodził się w równie pasożytniczej formie, jaką przyjmuje dzisiaj.
Jeszcze kilka dekad temu dało się jakoś uzasadniać istnienie marketingu, mówiąc o jego funkcji informacyjnej czy o roli w zaspokajaniu potrzeb konsumentów (choć już wówczas wymagało to złożonych akrobacji intelektualnych). Dziś jednak nie ma już najmniejszych wątpliwości, że reklamy nie niosą informacji, lecz dezinformację, nie pomagają zaspokajać potrzeb, a potrzeby te kreują, napędzając tym samym błędne koło konsumpcji szkodliwe zarówno dla naszej psychiki i naszych portfeli, jak i dla środowiska naturalnego.
Jak wyglądałby świat bez reklam?
Bardzo podobnie do tego, jak wygląda teraz. Zapewne mniej wydawalibyśmy na impulsywne zakupy, zatem mielibyśmy nieco więcej oszczędności lub po prostu rozważniej gospodarowalibyśmy pieniędzmi. Sprzedawcy nie byliby zmuszani oferować nam promocyjnego hot-doga, nie musielibyśmy więc nieustannie im odmawiać. Produkty mogłyby być tańsze, bo marketing swoje kosztuje. My nieco szczęśliwsi, gdyby nie bombardowano nas obrazami wyidealizowanego świata, który nigdy nie będzie przypominać tego, w którym żyjemy. Przestrzeń byłaby bardziej estetyczna, odetchnęłoby również środowisko naturalne. Nie przerywano by nam filmów i nie musielibyśmy czekać w kinie 20 minut na seanse. Kuba Wojewódzki miałby kilka milionów mniej na koncie. Same plusy.
Istnieją już dziś sektory, w których możliwość prowadzenia działań reklamowych jest poważnie ograniczona, takie jak branża tytoniowa czy mocne alkohole. Nie sprawia to, że konsumenci są zdezorientowani i nie brakuje im informacji – znają różnice między produktami i wiedzą, co wybrać. Dlaczego więc wizja delegalizacji reklamy, co najmniej na tę skalę, w jakiej obecnie ma to miejsce w wymienionych sektorach, jest postulatem tak egzotycznym, zupełnie nie dyskutowanym w debacie publicznej?
Wojna reklamowa
Wydaje mi się, że wszystkie wymienione powyżej argumenty wystarczą, aby podejść do tematu poważnie i radykalnie, ale reklama to bardzo podatny teren i można ją zdelegitymizować wychodząc z bardzo różnych pozycji. Problem polega nie tylko na tym, że reklama jest szkodliwa i jeśli komuś służy, to korporacjom, które mogą wciskać nam więcej produktów, których nie potrzebujemy. Problem też w tym, że marketing to przestrzeń niesamowitego marnotrawstwa. To gra o sumie zerowej, a jej ramy są sztywno określone ograniczonymi środkami, które możemy wydać na zakupy (wyznaczonymi przez poziom płac) i ograniczonym czasem skupienia i uwagi, podczas którego można nami manipulować. Na żadne z tych dwóch zmiennych nie wypływa powiększanie budżetów reklamowych firm, które globalnie rosną z roku na rok o dziesiątki miliardów dolarów, wielokrotnie przewyższając tempo wzrostu realnych płac.
Strukturalnie marketing przypomina nieco świat militarny. Od pewnego momentu sam poziom uzbrojenia staje się coraz mniej istotny, bardziej znaczący jest balans sił, niż bezwzględna liczebność wojsk czy czołgów. W świecie, w którym jesteśmy bombardowani przekazami marketingowymi w niemal każdym momencie, ulice szpecą setki banerów czy billboardów i nie sposób odwiedzić strony internetowej, na której nie ma reklam, ich liczba przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie. Nie ma wielkiego znaczenia ile jeszcze banerów przygotuje Coca-Cola, istotne jest to, żeby miała ich więcej niż Pepsi. Znacznej części z nich i tak w ogóle nie zauważamy, bo wykształcają się w nas mechanizmy niedostrzegania reklam i banerów (zjawisko takie jak ad blindness opisane zostało ponad dwie dekady temu).
Mam w związku z tym uzasadnione podejrzenie, że marketing jest nie tylko szkodliwą i destrukcyjną machiną, która niszczy naszą psychikę, ale też przestrzenią kolosalnego marnotrawstwa środków w drodze do tego niecnego celu. Jeżeli wyobrazimy sobie, że pewnego dnia, za dotknięciem czarodziejskiej różdżki (różdżka nie musi wcale być czarodziejska, może być mugolska i nazywana jest wówczas ustawą), połowa billboardów, reklam w telewizji, internecie i radiu zniknęłaby, to najprawdopodobniej nic by się nie stało. A z całą pewnością nic, czego moglibyśmy żałować. Mamy tu do czynienia z modelowym przykładem dylematu więźnia – sytuacji, w której wszyscy gracze (korporacje) robią to, co jest w ich doraźnym indywidualnym interesie (pompowanie budżetów marketingowych) i wszyscy kończymy przez to w miejscu znacznie gorszym niż punkt wyjścia.
Oznacza to też, że marnujemy kolosalne zasoby ludzkiej pracy, które nie tylko nie uczestniczą w żadnym społecznie użytecznym procesie produkcyjnym, ale też katalizujemy ludzką kreatywność i potrzebę tworzenia na opracowywanie nowego kształtu kubeczka jogurtu. Sektor reklamowy zatrudnia dziś w Polsce dziesiątki tysięcy osób, które wykonują albo społecznie szkodliwą, albo zupełnie nieistotną pracę.
Nie jest to również żadna nowość, o zjawisku powstawania prac, które nawet według tych, którzy je wykonują nie powinny istnieć, pisał parę lat temu David Graeber (później wydana została książka na ten temat). Badania wskazują, że odsetek ankietowanych, którzy twierdzą że ich zawody należą do tzw. bullshit jobs, sięga od kilku do kilkudziesięciu procent. Ale i Graeber nie był tu pierwszy ze swoją obserwacją, bo już w latach pięćdziesiątych szydził z tego C. Parkinson, a zdarzyło mi się nawet kiedyś czytać powieść na ten temat.
Ale i to nie jest koniec historii degeneracji utkanej na przekonaniu, że jakaś niewidzialna ręka kieruje działaniami przedsiębiorców, prowadząc ich do osiągnięcia społecznie pożytecznych celów. Warto przyjrzeć się również temu, kto i za co szkoli kadry potrzebne do rozwijania tego sektora. Problem jest poważny, bo od dekad do systemu uniwersyteckiego (w Polsce na szczęście wciąż publicznego), wnikają nowo powstające dziedziny wiedzy, których jedynym celem jest kształcenie młodych ludzi do dbania o maksymalizację zysków banków czy korporacji. Mówię tu oczywiście o wydziałach zarządzania, katedrach marketingu, ale i ekonomii, która zaskakująco rzadko poświęca uwagę zastanawianiu się nad dobrem konsumenta, chętnie natomiast zmusza studentów do uczenia się na pamięć tego, jak na wykresie określić punkt maksymalizacji zysków przedsiębiorstwa.
Opłacamy to wszystko z naszych podatków, wydajemy miliony na to, żeby wyszkolić specjalistów ds. tworzenia nowych potrzeb, zwodzenia nas i dezinformowania, robienia wszystkiego, co się da, żeby wycisnąć z naszych kieszeni ostatnie złotówki. Celem marketingu nie jest badanie rzeczywistości, lecz wpływanie na nią, zaprzęgając do tego dokonania nauk humanistycznych i społecznych. Marketing to technologia sprzedaży i nie ma żadnego powodu, dla którego mielibyśmy finansować ją z publicznych środków tak długo, jak służy nielicznej, uprzywilejowanej grupie do opracowywania nowych wzorców konsumpcjonizmu i drenowania naszych kieszeni.
Obwód zamknięty
O degeneracji systemu dobitnie świadczy moment, w którym jego elementy zaczynają pełnić role, do jakich nigdy nie były powołane, a robią to wyłącznie ze względu na poziom akumulacji kapitału, do jakiego doszło. Trzeba zauważyć, że sektor reklamowy pełni dziś, po cichu, o wiele więcej funkcji, niż tylko pobudzanie konsumpcji i zaśmiecanie miast czy umysłów. Finansuje na przykład kulturę, utrzymuje przy życiu gazety, stacje radiowe i telewizyjne. Pieniądze płyną szerokim strumieniem od prywatnych firm (i spółek skarbu państwa) do mediów i kultury.
Nie ma wątpliwości, że pieniądze mogłyby płynąć bardziej konwencjonalnymi drogami, dając przy tym dużo wyższy poziom stabilności mediom i nie budując ich niezdrowej zależności od wielkiego kapitału. Ten sam, a być może lepszy efekt możemy osiągnąć finansując media ze środków publicznych (i nakładając stosowne podatki na korporacje), co nie tylko uwolni nas od konieczności oglądania spotów przed każdym filmem albo słuchania reklam suplementów diety w radiu, ale też, na pewnym wąskim, ale bardzo istotnym terenie, uczyni naszą sferę publiczną nieco bardziej demokratyczną.
Odwaga myślenia
Nie trzymam w szufladzie projektu ustawy zakazującej reklamy, i nie wiem, jak dokładnie powinien on wyglądać. Nie twierdzę też, że nie ma takich sektorów, gdzie reklama, a przynajmniej pewne jej formy mogą być przydatne i potrzebne (przychodzi mi na myśl chociażby sektor kultury lub akcje społeczne). Sądzę natomiast, że chwila zastanowienia nad bilansem społecznych kosztów i korzyści, jakie płyną z wszechobecności reklam, prowadzi nieuchronnie do wniosku, że nie ma żadnych powodów, dla których mielibyśmy zgadzać się na taki stan rzeczy, z jakim stykamy się na co dzień. Statystyki, do których dotarłem, mówią o tym, że globalne wydatki marketingowe sięgają pół biliona dolarów. Zniszczenia psychiczne i środowiskowe, które powodują, są niepoliczalne. Jest to więc temat, który musimy poważnie przedyskutować.
Hubert Walczyński
Zdjęcie: praca amerykańskiego artysty Mela Bochnera pt. „Blah Blah Blah” z roku 2014.