Piotr Wójcik: Klasy w szkole

Piotr Wójcik: Klasy w szkole

Szkoła to jedno z najważniejszych miejsc we współczesnym społeczeństwie opartym o gospodarkę rynkową. Jej wagę doceniają niemal wszyscy – konserwatyści, liberałowie i socjaldemokraci. Oczywiście wszyscy w inny sposób. Konserwatyści uważają szkołę za najlepsze miejsce zakorzeniania wartości tradycyjnych i patriotycznych w narodzie. Dla liberałów szkoła to jeden z obszarów polityki społecznej, na którą wydali koncesję państwu – dajmy szansę wyedukować się społeczeństwu, a potem niech już ono radzi sobie same. Dla lewicy szkolnictwo publiczne to jeden z kluczowych instrumentów redukowania nierówności szans. Oczywiście wszystkim tym środowiskom ideowym szkoła przynosi srogie rozczarowanie. Konserwatyści muszą się mierzyć z tym, że szkoła w naturalny sposób, jako środowisko młodzieży, staje się ośrodkiem buntu wobec skostniałych struktur i archaicznych wartości. Liberałowie wnet przekonują się, że zaoferowanie możliwości edukacyjnych społeczeństwu nie wystarczy, aby dać każdemu szansę – nie wszyscy będą mogli z niej w równy sposób skorzystać. Natomiast zawód socjaldemokratów polega na tym, że pomimo wysiłków szkoła i tak jest płaszczyzną, na której reprodukują się różnice klasowe i przewagi grup hegemonicznych.

Szkoła jednej klasy

Szkoła nie tworzy równych szans wszystkim z dwóch głównych powodów. Pierwszym są różnice w kapitale kulturowym i materialnym rodzin uczniów. Dzieci z zamożnych domów mają stworzone komfortowe warunki do nauki także poza budynkiem szkoły. Często są dowożone i odbierane samochodem przez rodziców, więc są bardziej wypoczęte i mają więcej sił i czasu na pracę w domu. Są też dobrze odżywione i nie muszą się martwić o trywialne szczegóły egzystencji. Ich rodzice mają zwykle większy kapitał kulturowy, więc zawsze mogą pomóc swoim potomkom w nauce, a jeśli czegoś nie będą wiedzieć, to mogą zatrudnić korepetytora. Dzieci z „dobrych domów” wielu rzeczy uczą się też mimochodem – słuchają dyskusji rodzinnych, mają łatwy dostęp do książek dużo ciekawszych, niż szkolne lektury, dzięki czemu rozwijają zainteresowanie światem. Często są też wciągane przez rodziców do różnych podejmowanych przez nich projektów, społecznych czy kulturalnych, które także są znakomitym polem do nauki. Dzieci z niezamożnych domów, których rodzice nie dysponują odpowiednim kapitałem kulturowym, są tego wszystkiego pozbawione.

Drugim z powodów są specyficzne postawy społeczne reprezentantów poszczególnych klas. Szkoła jest dostosowana zdecydowanie do postaw reprezentowanych przez klasę średnią. Promuje wśród uczniów obowiązkowość, systematyczność, karność i nastawienie na pracę nad sobą, niezbędną do podejmowania rywalizacji. Dzieci z klasy ludowej, których życie jest zdecydowanie mniej stabilne, takich postaw nie mają zakorzenionych, także dlatego, że w codziennych zmaganiach niekoniecznie im się one przydadzą. Żeby przetrwać w swoim środowisku pozaszkolnym, muszą wykształcić w sobie twardy charakter, odwagę i nieustępliwość. Tymczasem w szkole te cechy są bezlitośnie tępione. Żyją więc w pewnym rozkroku – w środowisku pozaszkolnym potrzebny jest im do przetrwania pewien zbiór cech, jednak w szkole jest on dla nich balastem. Więcej czasu spędzają jednak poza szkołą, więc naturalnie przyswajają postawy typowe dla klas ludowych. A w szkole przyjmują postawę obronną – wagary, kultura szkolnego oporu czy tworzenie grup ludzi o podobnym nastawieniu, które często żyją w kontrze do „frajerów” z dobrych domów.

Szkoła zajmuje się też tematami typowymi dla klasy średniej. Dzieci z klasy ludowej wchodząc do niej znajdują się w innym świecie. Historyjki czytane w podręcznikach zupełnie do nich nie trafiają, bo nie odzwierciedlają ich codziennych przeżyć. Nic więc dziwnego, że szybko dochodzą do wniosku, iż szkoła to strata czasu. Zresztą sami nauczyciele to jedna z najbardziej wpływowych grup w klasie średniej – co prawda nie dysponują znacznym kapitałem materialnym, ale bardzo dużym kapitałem kulturowym. Nic więc dziwnego, że tworzą środowisko typowe dla klasy średniej, jednak zupełnie obce dla klasy ludowej. Z tych wszystkich powyższych powodów szkoła, zamiast wyrównywać szanse, często reprodukuje niektóre rodzaje nierówności. Problem w tym, że gdyby jej nie było, nierówności byłyby zdecydowanie większe.

Fikcyjna rejonizacja

Chyba najbardziej kompleksowe opracowanie nierówności w polskich szkołach przedstawił Przemysław Sadura w książce „Państwo, szkoła klasy”. Wyłania się z niej obraz nieustannie reformowanej polskiej szkoły, która choć formalnie stara się wyrównywać szanse, to klasy wyższa i średnia bez trudu znajdują sposoby wykorzystywania swych przewag, za to klasa ludowa jest coraz bardziej zagubiona. A negatywne skutki reform dotykają właśnie ją.

Sadura zaczyna analizować sytuację już od edukacji przedszkolnej. To na tym etapie najłatwiej zakorzenić w dzieciach chęć do nauki. Badania prowadzone przez OECD i IEA pokazują, że dzieci chodzące do przedszkola osiągają później lepsze wyniki w czytaniu i matematyce. Niestety transformacja mocno dotknęła również przedszkola – o ile w 1989 r. było 910 tys. miejsc w przedszkolach, to w 2004 już tylko 683 tys. Od 2006 r. liczba miejsc w przedszkolach zaczęła rosnąć, jednak wciąż daleko Polsce do krajów, w których opieką przedszkolną objęte są niemal wszystkie dzieci powyżej lat 3. W 2014 r. do przedszkola chodziło 74 proc. dzieci w wieku 3-5 lat. Z tej perspektywy negatywnie należy ocenić reformę edukacyjną PiS, która zlikwidowała obowiązek przedszkolny 5-letnich dzieci. Tym bardziej, że z dobrowolnej opieki przedszkolnej korzystają przede wszystkim dzieci z klasy średniej i wyższej. W 2010 r. pełne trzy lata w przedszkolu spędziło 59 proc. dzieci rodziców z wyższym wykształceniem, tylko 14 proc. dzieci rodziców z wykształceniem zawodowym i zaledwie 3 proc. dzieci rodziców z wykształceniem podstawowym.

Kolejnym ważnym aspektem w egalitaryzmie edukacyjnym jest późny etap selekcji na uczniów lepszych i gorszych. W Polsce był on stosunkowo późny dzięki 8-letniej podstawówce. Reforma edukacji z 1999 r. miała go jeszcze opóźnić o rok, dzięki rejonizacji gimnazjów. Jednak szkoły oraz rodzice znaleźli sposoby, by realną selekcję rozpocząć dużo wcześniej. Już w wielu szkołach podstawowych dzielono klasy dla uczniów „zdolnych” oraz „wyrównawcze”. Oczywiście w większości przypadków robiono to nieformalnie, lecz zdarzało się nawet, że rodziców proszono o wypełnienie ankiet, w których mieli opisać swoją sytuację materialną czy zawodową, na podstawie których dzielono klasy. Sam mogę potwierdzić taką praktykę – w podstawówce chodziłem do klasy „f”, do której trafiali niemal wszyscy spadkowicze, za to w klasie „e”, do której chodziły dzieci nauczycieli, spadkowiczów nie było wcale.

Szkoły oraz rodzice nauczyli się także jak obchodzić rejonizację gimnazjów, przez co po reformie realny etap selekcji następował już po 6 latach podstawówki. Miało to miejsce szczególnie w dużych miastach – w miastach mniejszych i na wsiach to zjawisko nie występowało na dużą skalę. Elitarne miejskie gimnazja tworzyły więc osobny nabór uczniów spoza rejonu, w ramach którego trafiali tylko „najzdolniejsi”, czyli dzieci z dobrych domów. Klasa średnia miała zatem możliwość „ulokowania” swoich pociech w szkołach skupiających talenty ze swojego środowiska, a do gimnazjów z gorszych dzielnic trafiały te dzieci z rejonu, które nie miały tyle szczęścia. O ile jeszcze w 2003 r. zróżnicowanie międzyszkolne egzaminów gimnazjalnych wynosiło 15 proc., to już w 2013 r. wzrosło do 24 proc. Gdyby policzyć same miasta powyżej 100 tys., zróżnicowanie międzyszkolne wynosiło w 2013 r. aż 40 proc., co jest już poziomem typowym dla edukacji po progu selekcyjnym. W tym czasie zróżnicowanie międzyszkolne wyników podstawówek wynosiło w dużych miastach jedynie 10 proc. Widać więc jak na dłoni, że rejonizacja gimnazjów w miastach powyżej 100 tys. mieszkańców, a takich mamy ponad 30, była fikcją. A reforma z 1999 r., zamiast opóźnić selekcję o rok, przyspieszyła ją o dwa lata.

Z tej perspektywy ocena reformy PiS, która likwiduje gimnazja, jest ambiwalentna (to już moje zdanie, Sadura ocenia ją jednoznacznie źle). Owszem, dzięki niej skończy się patologia omijania rejonizacji i tworzenia elitarnych gimnazjów w miastach. Pytanie jednak, czy nie byłoby lepsze zostawienie gimnazjów i likwidacja po prostu możliwości omijania rejonizacji. Dzięki temu etap selekcji następowałby dopiero po 9 latach, co bardziej wyrównywałoby szanse.

Czesne jak wypłata

Kolejnym czynnikiem nierówności w edukacji było umożliwienie zakładania szkół prywatnych. Uczniowie takich szkół w Polsce osiągają znacznie lepsze wyniki w badaniach PISA. Jest wiele elitarnych prywatnych szkół w Polsce – chyba najsłynniejsza to Zespół Szkół Bednarska w Warszawie, do którego chodzi duża część dzieci warszawskiej elity (druga część chodzi do innej szkoły prywatnej). W szkołach tych następuje „naturalna” selekcja – są one płatne, więc są dostępne tylko dla dzieci z zamożnych domów. Czesne w Bednarskiej kosztuje 1500 zł za miesiąc – wielu rodziców w Polsce zarabia niewiele więcej. Dzieci z takich prywatnych szkół i gimnazjów mają otwartą drogę do najlepszych liceów i uczelni w Polsce. Kolejny aspekt nierówności to coraz bardziej popularne korepetycje, które wielu nauczycieli wykorzystuje do dorabiania do pensji. Wśród uczniów pobierających korepetycje widać zdecydowaną przewagę dzieci z klas wyższej i średniej. Według badań opisanych przez Sadurę, korepetycje pobierało 69 proc. dzieci wyższej kadry zarządzającej i specjalistów, 52 proc. dzieci pracowników średniego szczebla, 33 proc. dzieci z klasy robotniczej i jedynie 10 proc. dzieci rolników.

Sadura opisuje również, jak specyficzne postawy prezentowane przez przedstawicieli poszczególnych klas pomagają lub przeszkadzają im w osiągnięciu sukcesów szkolnych. Zwraca uwagę, że szkoła została podporządkowana wartościom klas wyższej i średniej. „Warstwy wyższe kontrolują sfery symboliczne, na których oparty jest system szkolny. W ten sposób narzucają mu właściwe sobie wartości, schematy postrzegania i myślenia oraz kody językowe (Bernstein 2003). Uczniowie z warstw uprzywilejowanych mają więc ułatwione uczestnictwo w przekazywanych treściach, łatwiej im też osiągnąć sukcesy szkolne”. Sadura przedstawia też wywiady z uczniami z trzech klas – wyższej klasy średniej, niższej klasy średniej oraz klasy ludowej. Uczniom z niższej klasy średniej szkoła kojarzyła się bardzo dobrze. Cenili w niej jasne zasady, wspieranie etosu systematycznej pracy, nastawienie na rywalizację i osiąganie sukcesów. Czyli za wszystkie wartości typowe dla klasy średniej. Najgorzej wspominali szkołę uczniowie z klas ludowych, którzy często nie potrafili się przystosować do dominujących w niej wartości. Pozytywnie wspominali jedynie relacje w grupie rówieśniczej oraz zajęcia wychowania fizycznego.

Aby rzeczywiście otworzyć możliwości edukacyjne dla klasy ludowej, potrzebna byłaby głęboka zmiana nie tylko administracyjna, ale też programowa. Taka, która przybliżyłaby nauczaną materię oraz promowane postawy do dzieci z klasy ludowej – obecnie w wielu aspektach są to dla nich rzeczy zupełnie oderwane od rzeczywistości. Niestety tu reforma PiS również nie poprawi sytuacji – PiS raczej dąży do tego, by podstawę programową jeszcze bardziej nasycić kwestiami patriotycznymi, karty podręczników bohaterami narodowymi, a listę lektur literaturą z XIX wieku. Taki przekaz trafia może do dzieci starych rodów żyjących od pokoleń w stolicy lub Krakowie, ale raczej średnio do ucznia spędzającego pół dnia na śląskim podwórku. Jedyną nadzieją jest w takiej sytuacji to, że nauczyciele wyjrzą wreszcie poza swoją średnioklasową perspektywę i postarają się dotrzeć do uczniów myślących zupełnie innymi schematami. Przecież wcale nie gorszymi.

Piotr Wójcik

Zdjęcie w nagłówku tekstu Tomasz Chmielewski

Zrób sobie własny wskaźnik [2002]

Zrób sobie własny wskaźnik [2002]

Według raportu opublikowanego w lipcu przez jedną z najbardziej znanych firm konsultingowych Arthur D Little International, palenie może być korzystne dla gospodarki, ponieważ palacze umierają młodo i dlatego w mniejszym stopniu korzystają z usług publicznych niż niepalący. Ci ostatni częściej dożywają wieku emerytalnego, co naraża państwo na kosztowne zasiłki emerytalne i świadczenia opieki lekarskiej – w tym drugim przypadku bardzo niepraktyczne jest to, że korzystają z nich jednostki nieprodukcyjne. Mówi się o tym, że konsultanci pracowali też nad szeregiem innych zagadnień związanych z zagadnieniem wydajności ekonomicznej – prawdopodobne wyniki mają potwierdzać, że rozwój przemysłu budowlanego można osiągnąć przez zniesienie przepisów BHP, ponieważ taniej jest zastąpić martwego pracownika niż opłacać wydatki związane z bezpieczeństwem pracy. Inna propozycja: dzieci, które nie dają sobie rady w szkole, w wieku jedenastu lat powinny być natychmiast wysyłane do prostej pracy fizycznej, nie można tracić pieniędzy na kosztowne wykształcenie, które nie przyniesie odpowiednich korzyści ekonomicznych. Podobno nowym pomysłem na zrównoważenie bilansu płatniczego ma być propozycja, aby przestać wypłacać emerytury i zaoszczędzone w ten sposób pieniądze zainwestować w produkcję broni na eksport.

Nie, nie oszalałem, ani nie bluźnię. Pierwszy raport tej agencji został już zaprezentowany rządowi czeskiemu przez giganta tytoniowego Philip Morris (no dobra, resztę przykładów wymyśliłem – niedługo się okaże, czy przesadziłem). Według niego, przedwczesna umieralność spowodowana paleniem pozwoliła rządowi czeskiemu zaoszczędzić w 1997 roku 147 mln brytyjskich funtów z pieniędzy, które ów rząd – gdyby Czesi np. palili tylko z okazji zawartych umów – musiałby wydać na emerytury. Raport wydaje się mieć na celu przekonanie czeskiego rządu do „szerszego obrazu”, który wygląda mniej więcej tak: palenie jest dobre na poziome makroekonomicznym, więc jakiekolwiek ruchy w celu jego ograniczenia, jak np. opodatkowanie, ostrzeżenia lekarskie, ograniczenia reklamy, są sprzeczne z celami gospodarczymi.

Myślę, że większość ludzi czytając powyższe stwierdzenia pomyśli: to jakiś absurd – cóż, aberracje wydarzają się w każdej populacji od czasu do czasu. Jest mi przykro, ale muszę im powiedzieć, że się mylą. Nie jest to przykład odchylenia, ale „nieubłaganej logiki” stojącej za raportem brytyjskich konsultantów, która po prostu bazuje na treściach nauczanych w większości podręczników ekonomii. Czeszka zajmująca się kampaniami związanymi ze zdrowiem wskazała, że idąc dalej tym tropem powinno się zabijać emerytów w chwili osiągnięcia wieku emerytalnego.

Jeśli każdy z nas weźmie do ręki gazety gospodarcze, to bez trudu odnajdzie podobne wątki. Naturalnym pytaniem podsuwanym przez zdrowy rozsądek jest: czemu, gdzie tkwi błąd? Odpowiedź leży w naszym własnym postrzeganiu tego, co ważne, komunikowaniu tego innym i – bo diabeł tkwi w szczegółach – w sposobach, w jakich mierzymy te rzeczy.

Czym jest wskaźnik i dlaczego jest ważny

Ludzie od zawsze myśleli o wskaźnikach, z podstawowych powodów – dzięki nim każdego dnia staramy się zrozumieć i przewidywać otaczający nas skomplikowany świat. Czasem jesteśmy zmuszeni konstruować bardziej skomplikowane wskaźniki, jednak zazwyczaj posługujemy się znacznie prostszymi: sen i apetyt dziecka da nam wskazówkę co do jego zdrowia, ilość robaków w ziemi powie nam coś o jakości gleby, a ptaki i chmury nad oceanem są oznaką pobliskiego lądu. Mało ludzi ma jednak świadomość, że źródłem wskaźników są wartości (to, na czym nam zależy, o co dbamy). Filtrujemy więc wiele szczegółów w naszym życiu, starając się zwracać uwagę na to, co wydaje nam się ważne i właśnie owe najważniejsze rzeczy staramy się „mierzyć”. Jeśli coś uznajemy za ważne, to znaczy, że ma dla nas wartość. Napotykamy na te wartości w momencie, gdy docierają do nas takie pytania jak: Dlaczego czuję się dobrze/źle w miejscu, w którym pracuję? Dlaczego chciałbym pozostać albo opuścić miejsce, w którym żyję?

Idąc dalej, nie da się nie zauważyć, że nasze środowisko naturalne i kultura ukształtowały różnorodność wartości, które są dla nas ważne. I tak w np. w USA ludzie uważają za „ważne” takie kwestie jak: Czy musimy zamykać nasze domy i samochody? Czy w naszych rzekach pływają łososie (stan Washington)? Inaczej wygląda rzecz np. w Portugalii, gdzie częstszymi pytaniami są: ile mamy kilometrów czystej plaży? Czy kiedy idę ulicą ludzie odnoszą się do mnie przyjaźnie? Natychmiast nasuwa się wniosek, że aberracją jest narzucanie wszystkim jednakowego wskaźnika dobrobytu, bo prędzej czy później musi się to skończyć konfliktem.

Nie wiem dokładnie jak to się stało, ale faktem jest, że nie zauważamy pewnego cyklu: wskaźniki potrafią tworzyć wartości i odwrotnie. Jeśli w naszej świadomości często goszczą takie miary jak indeksy giełdowe, wskaźniki cholesterolu, wydajność spalania benzyny przez samochód (litry na 100 km) czy wreszcie PKB, to większość z nas myśli, że owe miary muszą być istotne – w przeciwnym razie nie słyszelibyśmy o nich tak często. Owo sprzężenie zwrotne sprawia, że właśnie te wskaźniki wydają się ważne, niezależnie od tego, czy dobrze mierzą nasze zadowolenie lub dobrobyt czy też w ogóle się do tego nie nadają. Są wykorzystywane w edukacji, propagandzie i dyskusjach politycznych. Lecz jeśli są wybrane arbitralnie lub źle zbudowane, mogą napełnić nasze mózgi bezużyteczną i mylącą informacją, zniekształcać nasz obraz świata i sprawiać, że przestajemy dostrzegać nasze wartości. Co więcej, w takim przypadku jest dużo trudniej znaleźć naprawdę ważne informacje i przekazać je innym. Tak czy inaczej wpływają na rzeczywistość – wyobraźmy sobie, jak odmiennie wyglądałoby nasze dążenie w kierunku dobrobytu, gdyby zamiast PKB jego głównym wskaźnikiem był stosunek bogactwa najbogatszych i najbiedniejszych 10% społeczeństwa!

Jest jeszcze jedna sprawa. Miary, których używamy, potrafią bardzo szybko zmieniać percepcję ludzi i kreować siły zdolne zmieniać przyszłość. Ogromna ilość podejmowanych decyzji, od szczebla gospodarstwa domowego do poziomu państwa, kręci się wokół wybranych wskaźników, ponieważ większość z nas polega na ich „odpowiedniości”. Jeśli np. niezależnie od całej różnorodności świata najważniejszym indeksem staje się PKB per capita, to kraje zaczynają postępować tak, aby go maksymalizować, do czego świetnie nadaje się między innymi promocja palenia tytoniu.

Zrób to sam

Czy naprawdę dobrym wskaźnikiem zdrowia ludzi jest ilość pieniędzy wydawana na opiekę zdrowotną? Czy o poziomie edukacji świadczy ilość komputerów w szkole? Czy wzrost PKB oznacza to samo, co rozwój gospodarczy, jeśli może następować dzięki zwiększonej przestępczości, handlowi bronią lub rozkwitowi takich dziedzin gospodarczych jak hazard? Czy wzrost oznacza to samo, co rozwój? Idę o zakład, że większości z czytelników tego typu pytania przyszły choć raz do głowy. Niektórzy zdają też sobie sprawę, że większość wskaźników, których się dziś używa, została stworzona w tzw. Pierwszym Świecie i zazwyczaj właśnie jego instytucje dysponują zasobami zdolnymi do zbierania potrzebnych informacji (pieniądze, uniwersytety, infrastruktura). Podejście ich twórców i rodzaje informacji, które są zbierane, mogą być zwyczajnie niedopasowane w stosunku do rzeczywistości nawet tak zbliżonego do Zachodu kraju jak Polska.

Zatem pierwszą zasadą, kiedy czytamy, że coś wzrasta albo spada, powinna być wzmożona uwaga, żeby nie powiedzieć nieufność. Potem najlepiej zadać sobie pytania: czy dany indeks nie jest zbyt ogólny, czy nie nastąpiło wyraźne przekłamanie, czy nie odwraca uwagi od tego, czego bezpośrednio doświadczamy (większość wskaźników gospodarczo-społecznych), czy jego heroldzi nie są zbyt pewni siebie i – w końcu, dla najbardziej dociekliwych – czy wskaźnik nie został oparty na fałszywym obrazie świata.

Obywatelu, jeśli uważasz się za takiego, powinieneś śmiało zastanowić się, czy nie jest możliwe, abyś wymyślił własny indywidualny wskaźnik dobrobytu. Co jest dla Ciebie ważne, w Twoim mieście, regionie, w Polsce? Co jest ważne dla Twojej rodziny? Może następnie warto pogadać o tym z sąsiadami i zastanowić się, jakie są wspólne elementy waszych „linijek”. Podobno sam dialog na ten temat potrafi wiele zmienić…

Nie twierdzę, że jest to proste zadanie, ale ważne jest choćby to, że my sami stajemy się świadomi, co jest nam drogie, co jest możliwe do osiągnięcia, a co nie. Jeśli stwierdzamy, że warto takie ćwiczenie przeprowadzić, powinniśmy wiedzieć o kilku zasadach:

– wskaźniki nigdy nie są doskonałe, ponieważ tylko częściowo oddają rzeczywistość. Nasze mózgi nie „zawierają” rzeczywistości, ale pewne założenia na temat naszego otoczenia, oparte na naszej osobowości, kulturze czy doświadczeniu. Choć dzięki konstruowanym miarom staramy się ograniczyć niepewność, to lepiej pamiętać, że nigdy nie są one doskonałe. Jedna z czołowych postaci XX wieku piszących na ten temat, niedawno zmarła Donella Meadows, napisała kiedyś: „stosowanie złego modelu albo błędnego wskaźnika nie jest jeszcze powodem do wstydu; jest nim kurczowe trzymanie się tego wskaźnika pomimo podważających go dowodów”.

– czasem potrzebujemy „obiektywnych” wskaźników, które mierzą ilość, ponieważ możemy ich użyć do zmierzenia czegoś przez dowolną osobę albo w dowolnym czasie (np. wszystkie miary, które służą nam do ostrzegania przed nadchodzącą powodzią). Zazwyczaj uważamy je za bardziej wiarygodne, co więcej są łatwiejsze do zakomunikowania lub powtórnego przetestowania. Lecz jednocześnie są też bardziej niebezpieczne, bo mają tendencję do zagłuszania.

– wskaźników „subiektywnych”, które mierzą jakość, zazwyczaj nie stosując liczb. Przypomina mi się zasłyszane kiedyś zdanie: „Najpiękniejsze rzeczy w życiu – wolność, harmonia, miłość, nawet piękno naukowej precyzji – nie są rzeczami”.

– wzrost oznacza, że coś staje się większe – rozwój, że coś staje się lepsze. Co dla Ciebie oznacza lepsze życie: nowy samochód czy lepsze powietrze w Twoim mieście, a w kraju – więcej autostrad czy lepiej zorganizowany system komunikacji?

I na koniec: myślenie konsultantów firmy Arthur D Little, jak każde „rozumowanie” będące żonglowaniem fragmentarycznymi danymi, przypomina węża zjadającego swój własny ogon. Badania medyczne potwierdzają, że palenie może być przyczyną niewydolności jajników lub wcześniejszej menopauzy. W związku z tym, niestety, palenie może być przyczyną nie tylko usuwania „zużytych” podatników, ale także może ograniczać produkcję nowych.

Jednak ten fakt nie zrazi krawców posługujących się ową „logiką”. Według niej możesz być tylko urzędnikiem, konsumentem, przedsiębiorcą, pracownikiem bądź podatnikiem; z tej „logiki” wypływają wskaźniki, którymi żonglują ekonomiści, politycy i gazety. Jeśli nie chcemy, aby owi krawcy przycinali nas stosując miary, które uważamy za głupie bądź szkodliwe, musimy zacząć myśleć o miarach własnych i sprawdzić, czy inni ludzie obok nas przypadkiem nie myślą podobnie.

Maciej Muskat

Tekst pierwotnie ukazał się w piśmie „Obywatel” (poprzedniku „Nowego Obywatela”) nr 4, w roku 2002.

W nagłówku tekstu wykorzystano grafikę Marco Melgratiego.

Trudne powroty

Trudne powroty

Rząd obiecał przywrócenie połączeń do dużych miast pozbawionych kolei. Tymczasem część z nich ma poczekać na pociągi jeszcze wiele lat.

W siedmiu polskich miastach, które licząc więcej niż 50 tys. mieszkańców, pozbawione są komunikacji kolejowej, mieszka prawie pół miliona ludzi. – „Są bardzo duże miasta, jak Jastrzębie-Zdrój czy Lubin, które nie mają połączeń” – mówił jesienią 2018 r., przed wyborami samorządowymi, premier Mateusz Morawiecki. – „Chcemy w kolejnych latach odtwarzać różnego rodzaju połączenia kolejowe”.

Wszyscy na to czekają

Już wkrótce pociągi mają wrócić do 73-tysięcznego Lubina, który, jest drugim pod względem liczby ludności polskim miastem pozbawionym połączeń kolejowych. Ostatni pociąg pasażerski odjechał z Lubina w 2010 r. Przed likwidacją połączeń oferta przewozowa kompletnie nie przystawała do potrzeb tak dużego miasta: cztery na dobę pociągi pokonywały 23-kilometrowy odcinek z Lubina do Legnicy w 50-54 min., a ostatni pociąg odjeżdżał z Lubina o godz. 15:46.

Po reaktywacji podróż z Lubina do Legnicy ma trwać 21 min. Pociągi Kolei Dolnośląskich mają na tej trasie jeździć między godz. 5:00 a 23:00. Ogółem z Lubina do Legnicy będzie kursować 12 połączeń na dobę – w szczycie porannym i popołudniowym pociągi będą odjeżdżać nawet raz na godzinę. Większość pociągów z Lubina nie skończy biegu w Legnicy, lecz zapewni możliwość dotarcia bez przesiadki aż do Wrocławia.

– „Wiem od mieszkańców i samorządowców, że wszyscy na to bardzo czekają” – powiedział wojewoda dolnośląski Paweł Hreniak, gdy w lipcu 2017 r. PKP Polskie Linie Kolejowe zleciły remont przecinającej Zagłębie Miedziowe linii Legnica – Lubin – Rudna Gwizdanów. Celem prac jest wprowadzenie dla pociągów osobowych prędkości 120 km/h oraz poprawa przepustowości dla pogodzenia potrzeb ruchu pasażerskiego i towarowego. Niestety, remont – którego przeprowadzenie jest warunkiem zapewnienia mieszkańcom Lubina atrakcyjnej oferty przewozowej – przedłużył się. Przez to termin reaktywacji połączeń, pierwotnie zaplanowanej na grudzień 2018 r., przesunięto na czerwiec 2019 r.

Również w grudniu 2018 r. miała nastąpić reaktywacja kursowania pociągów na łączącej Dolny Śląsk z Wielkopolską trasie Wrocław – Milicz – Krotoszyn. Jednakże z powodu opóźnień w realizacji remontu termin przywrócenia połączeń był już dwukrotnie przesuwany: najpierw na 11 lutego 2019 r., następnie na 25 marca 2019 r. Gdy w końcu to nastąpi, powiat milicki zyska przecinający go przez środek kręgosłup kolejowy z pięcioma stacjami i przystankami.

Bielawskie przyspieszenie

Jeszcze w 2019 r. połączenia kolejowe ma odzyskać Bielawa – z tego położonego u stóp Gór Sowich miasta ostatni pociąg odjechał już w 1977 r. Prawie 40 lat później, wiosną 2014 r., powstała społeczna akcja „Kolej dla Bielawy”: petycja – pod którą zebrano ponad 3 tys. podpisów poparcia dla powrotu pociągów do miasta – trafiła do samorządu województwa dolnośląskiego oraz Kolei Dolnośląskich.

– „30-tysięczne miasto, jakim jest Bielawa, nigdy nie powinno zostać pozbawione połączenia kolejowego. Mimo to pomysłu jego przywrócenia wiele osób na początku nie brało poważnie pod uwagę. Niemniej władze samorządowe patrzyły pozytywnie na ideę reaktywacji linii kolejowych” – mówi Patryk Hałaczkiewicz, inicjator akcji „Kolej dla Bielawy”. – „Bielawa ma szansę dostać mocny impuls rozwojowy: mieszkańcy dostaną bezpieczne i szybkie połączenie z dużymi miastami regionu, z drugiej strony może ożywić się turystyka. Jedyną szansę w mojej opinii na przywracanie takich połączeń są samorządy. PKP nie jest zainteresowane takimi połączeniami”.

Póki zarośnięte tory z Dzierżoniowa do Bielawy należały do PKP, sprawa rzeczywiście stała w miejscu. Problem w tym, że jednocześnie PKP długo były głuche na podejmowane przez samorząd województwa dolnośląskiego próby przejęcia nieczynnej linii.

Zmiana podejścia PKP do przekazywania nieczynnych linii samorządowi stała się jedną z kwestii, którą po wyborach samorządowych Bezpartyjni Samorządowcy postawili jako warunek zawarcia w sejmiku dolnośląskim koalicji z Prawem i Sprawiedliwością. Umowa koalicyjna została podpisana w listopadzie 2018 r. i już w połowie grudnia 2018 r. PKP oddały linię Dzierżoniów – Bielawa samorządowi. – „Pracujemy nad dokumentacją niezbędną do przejęcia kolejnych linii” – oznajmił wówczas marszałek województwa dolnośląskiego Cezary Przybylski z Bezpartyjnych Samorządowców.

W styczniu 2019 r. nowy zarządca linii z Dzierżoniowa do Bielawy – Dolnośląska Służba Dróg i Kolei – ogłosił przetarg na jej rewitalizację, która obejmie wymianę toru z wprowadzeniem prędkości 80 km/h oraz budowę dwóch przystanków w Bielawie. Jak zapowiada DSDiK, prace przywracające przejezdność ciągu Dzierżoniów – Bielawa potrwają do sierpnia 2019 r. i wkrótce potem możliwe będzie przedłużenie do Bielawy relacji dziewięciu pociągów Kolei Dolnośląskich z Wrocławia i Legnicy, które obecnie kończą bieg w Dzierżoniowie.

Duże miasto, mało połączeń

Za około dwa lata pociągi mają wrócić do 60-tysięcznego Mielca, największego na Podkarpaciu miasta bez połączeń kolejowych. Ostatni pociąg pasażerski opuścił Mielec w 2009 r. Od tego czasu na trasie Dębica – Mielec – Tarnobrzeg kursują tylko składy towarowe, a stan techniczny linii pogarsza się: dopuszczalna prędkość wynosi obecnie zaledwie 20-40 km/h.

Samorząd województwa podkarpackiego modernizację linii do Mielca zaliczył do priorytetów Regionalnego Programu Operacyjnym na lata 2014-2020. W ślad za tym w październiku 2018 r. spółka PKP PLK zleciła projekt i wykonanie modernizacji liczącego 32 km odcinka z Dębicy do Mielca oraz przygotowanie projektu przebudowy dalszego 17-kilometrowego odcinka do stacji Padew, gdzie odgałęzia się tor do terminalu przeładunkowego w Woli Baranowskiej na Linii Hutniczej Szerokotorowej. Koszt całego przedsięwzięcia to 187,7 mln zł.

Zakres prac na odcinku Mielec – Dębica obejmuje wymianę toru, remont mostów i przepustów oraz budowę nowych peronów na dziewięciu stacjach i przystankach. Prace mają potrwać do końca 2020 r. W ich efekcie pociągi pasażerskie z Mielca do Dębicy na magistrali Kraków – Rzeszów będą docierały w około 30 min.

Problem w tym, że samorząd województwa podkarpackiego planuje obsługę Mielca niewielką liczbą pociągów. – „Jesteśmy gotowi uruchomić połączenia najwcześniej po zakończeniu pełnej rewitalizacji linii” – mówi Tomasz Leyko, rzecznik prasowy Urzędu Marszałkowskiego Województwa Podkarpackiego. – „Po wykonaniu wszystkich prac rozważymy uruchomienie w relacji Mielec – Dębica trzech-czterech pociągów w dobie”.

Taka oferta – mimo niezłego czasu jazdy i świetnego położenia stacji w centralnym punkcie miasta – raczej nie przekona zbyt wielu mieszkańców Mielca do kolei.

– „Ta linia jest ważna nie tylko dla ruchu pasażerskiego, ale też z punktu widzenia gospodarczego, łączy bowiem dwie strefy ekonomiczne, a także daje połączenie z siecią szerokotorową” – przekonuje podkarpacki marszałek Władysław Ortyl z PiS.

Biała plama

Samorząd województwa podlaskiego – planując uruchomienie połączeń pasażerskich między Białymstokiem a Łomżą – uznał rewitalizację 78-kilometrowego ciągu z Łap przez Śniadowo do Łomży za jedno z priorytetowych zadań Regionalnego Programu Operacyjnego na lata 2014-2020. I wkrótce potem PKP PLK zapowiedziały, że prace na ciągu do Łomży będzie można zrealizować w latach 2019-2020.

Gdy już wydawało się, że Łomża – którą ostatni pociąg pasażerski opuścił w 1993 r. – wkrótce wróci na mapę połączeń kolejowych, spółka PKP PLK jesienią 2018 r. zaskoczyła samorząd województwa sugestią, aby – z uwagi na rosnące koszty inwestycji kolejowych – fundusze zarezerwowane na rewitalizację ciągu z Łap do Łomży przesunąć na sfinansowanie prac na liniach szerokotorowych obsługujących terminale przeładunkowe koło Sokółki i Siemianówki. W tej sytuacji inwestycja mająca na celu przywróceniu połączeń do Łomży zostałaby ograniczona jedynie do zaprojektowania rewitalizacji znajdującego się w najgorszym stanie odcinka Śniadowo – Łomża, zaś same prace remontowe mogłyby się rozpocząć w kolejnej unijnej perspektywie finansowej, czyli dopiero po 2021 r.

„Apeluję o jak najszybsze podjęcie prac związanych z rewitalizacją kolei do Łomży” – napisał prezydent Łomży Mariusz Chrzanowski w liście otwartym do rządu, spółki PKP PLK, samorządu województwa i parlamentarzystów. – „Istniejące od ćwierć wieku zaniedbania doprowadziły do braku inwestorów i degradacji gospodarczej regionu łomżyńskiego, który jest białą plamą na mapie kolejowej województwa, Polski i Europy”.

Potencjalne propozycje

W województwie łódzkim największym miastem, do którego nie da się dotrzeć koleją, jest 58-tysięczny Bełchatów. Miasto zniknęło z mapy połączeń kolejowych w 2000 r., kiedy zlikwidowano ruch pociągów pasażerskich na trasie Piotrków Trybunalski – Bełchatów Miasto. Samorząd województwa łódzkiego na razie jedynie bardzo luźno rozważa przywrócenie połączeń do Bełchatowa, uzależniając to od wybudowania całkowicie nowego odcinka sieci kolejowej, który miałby stanowić wydłużenie istniejącej linii Piotrków Trybunalski – Bełchatów dalej na zachód w kierunku Wielunia.

– „Linia kolejowa Piotrków Trybunalski – Bełchatów jest linią jednotorową, niezelektryfikowaną, a jej stan techniczny nie pozwala na prowadzenie przewozów o charakterze użyteczności publicznej. W związku z tym nie została ona objęta siecią komunikacyjną określoną w »Planie zrównoważonego rozwoju publicznego transportu zbiorowego dla województwa łódzkiego do roku 2020 z perspektywą do roku 2030«” – informuje Małgorzata Kamińska z Urzędu Marszałkowskiego Województwa Łódzkiego, pozostawiając jednak cień nadziei na reaktywację połączeń w przyszłości: „Linia Piotrków Trybunalski – Bełchatów, wraz z koncepcją jej wydłużenia w kierunku Magistrali Węglowej i Wielunia, znalazła się wśród potencjalnych propozycji linii kolejowych rozważanych do objęcia pracami w przyszłej perspektywie finansowej Unii Europejskiej na lata 2021-2027. Możliwość uruchomienia połączeń Piotrków Trybunalski – Bełchatów – Wieluń plan transportowy przewiduje w przypadku modernizacji i rozbudowy tego ciągu”.

Znikają pociągi, znikają mieszkańcy

W grudniu 2018 r. połączenia kolejowe po 19 latach wróciły do Knurowa na Śląsku. Jednak oferta dla 39 tys. mieszkańców tego miasta jest jak na razie symboliczna. Pociągi pojawiają się tu jedynie w soboty i niedziele: Przez Knurów skierowano bowiem tylko weekendowe połączenie relacji Gliwice – Wisła. – „Na obecną chwilę obserwujemy jak kształtuje się zainteresowanie połączeniami weekendowymi. Niewykluczone jest oczywiście rozszerzenie częstotliwości kursów w przyszłości” – mówi Magdalena Iwańska, rzecznik prasowy Kolei Śląskich.

Największym pozbawionym połączeń kolejowych miastem nie tylko w województwie śląskim, ale i w całej Polsce jest Jastrzębie-Zdrój. Jeszcze w latach 90. zbiegały się tu trzy linie kolejowe, na których w granicach miasta funkcjonowało siedem stacji i przystanków.

W 1990 r. z Jastrzębia-Zdroju wyruszały 32 pociągi dziennie, które zapewniały bezpośrednie połączenia nie tylko z Cieszynem, Wodzisławiem Śląskim i Żorami, ale również z Bielskiem-Białą, Gliwicami, Katowicami, Rybnikiem, Raciborzem, Ustroniem czy Wisłą. Ostatnia dekada XX wieku była okresem stopniowego przerzedzania rozkładu jazdy. W końcu w 1997 r. zlikwidowano ostatnie kursy na liniach w kierunku Wodzisławia Śląskiego oraz Cieszyna, zaś w 2001 r. – wraz z likwidacją połączeń na trasie w kierunku Żor – z Jastrzębia-Zdroju odjechał ostatni pociąg. Po paru miesiącach zdemontowano sieć trakcyjną, a po kilku latach rozebrano tory.

Wraz z połączeniami kolejowymi Jastrzębie-Zdrój traciło mieszkańców: w 1995 r. w mieście mieszkało 103 tys. osób., dziś jest niespełna 90 tys. W 2001 r., gdy miasto opuszczał ostatni pociąg, Jastrzębie-Zdrój liczyło 98 tys. mieszkańców.

Naprawiamy błąd

– „Nasi poprzednicy zlikwidowali linie do Jastrzębia-Zdroju. To miasto jest ewenementem w Europie. Teraz naprawiamy ten błąd” – powiedział jesienią 2018 r. minister infrastruktury Andrzej Adamczyk. Jego zastępca Andrzej Bittel, odpowiadający w resorcie infrastruktury za kolej, stwierdził w sejmie, że inicjatywa w kwestii powrotu kolei do Jastrzębia-Zdroju powinna należeć przede wszystkim do samorządu województwa śląskiego, w którego gestii znajduje się regionalny transport pasażerski

Urząd Marszałkowski Województwa Śląskiego ustami rzecznika prasowego Witolda Trólki informuje, że nie zapadła jeszcze decyzja, który z ciągów do Jastrzębia-Zdroju powinien zostać odtworzony: „Odpowiedź na to pytanie może przynieść studium wykonalności, które będzie określało pożądane warianty przyszłej trasy. O wyborze powinno zdecydować kryterium czasu dojazdu. Za przygotowanie dokumentu odpowiedzialna będzie spółka PKP PLK – jego szacunkowy koszt wynosi około 3,2 mln zł. Potrzebne będzie jednak finansowe zaangażowanie jednostek samorządu terytorialnego. W sprawie udziału w kosztach przygotowania tego dokumentu urząd marszałkowski wystąpił do władz Jastrzębia-Zdroju”.

Przed wyborami samorządowymi szef PiS Jarosław Kaczyński przekonywał, że oddane w regionach głosy na jego partię zagwarantują synergię działań rządu i samorządów: „Czy chcemy samorządów, które będą wojowały z rządem? Czy chcemy takich, które będą współpracować ku wspólnemu dobru, by podnosić jakość życia?”.

Kwestia przywrócenia kolei do dużych miast będzie najlepszym sprawdzianem tej współpracy. Tak się bowiem składa, że wszystkie miasta liczące powyżej 50 tys. mieszkańców, które pozbawione są połączeń kolejowych, leżą w województwach, którymi w rozpoczętej kadencji rządzi PiS.

Karol Trammer

Tekst pochodzi z dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn”, nr 2/100 (marzec-kwiecień 2018)
www.zbs.net.pl

Zdjęcie w nagłówku tekstu: Tomasz Chmielewski

Piotr Wójcik: Przeciw klasie średniej

Piotr Wójcik: Przeciw klasie średniej

Największą nieufność wzbudzają we mnie ci, którzy natrętnie opowiadają o klasie średniej – o jej potrzebach, problemach i postulatach. Gdy ktoś zaczyna mówić o klasie średniej, to nie tylko wiem, że będę się z nim nie zgadzał. Jestem również pewien, że będę musiał prostować manipulacje i być nieustannie czujny, by nie dać się zwieźć jego słownym gierkom i zapewnieniom o dobrych intencjach. Z osobami, które twierdzą, że nie należy utrudniać życia najbogatszym, bo dzięki temu polecimy w kosmos i wymyślimy szczepionkę na raka, gra jest przynajmniej czysta. Nie opowiadają one przy tym, że chcą sprawiedliwego społeczeństwa, z otwartą przyłbicą deklamują swoje przedpotopowe teorie. Ich poglądy są brzydkie jak Polonez, ale też, podobnie jak Polonez, przynajmniej się z tym specjalnie nie kryją. To jest jednak spora wartość.

Największym przeciwnikiem egalitarysty nie jest wcale zwolennik współczesnej arystokracji, lecz lobbysta wielkomiejskiej burżuazji. Ten pierwszy zupełnie oficjalnie przyznaje, że chciałby dać mi w twarz. Ten drugi wyciąga przyjaźnie dłoń, zapewnia, że myślimy podobnie, stawia kolejkę przy barze, a gdy tylko poczuję się po nich trochę słabiej, weźmie mi portfel, zdejmie i zabierze ubrania, następnie wykorzysta i zostawi nad brzegiem rzeki w samych bokserkach. Zdecydowanie wolę pierwszą sytuację – w niej przynajmniej mam nie takie małe szanse.

Na zakupach w Paryżu

W pojęciu polskiej klasy średniej najbardziej fałszywa jest już sama nazwa. Wskazuje ona, że mamy do czynienia z grupą społeczeństwa, która obejmuje bardzo duży obszar położony pośrodku drabiny społecznej. Gdy tylko jednak wgłębić się w tezy głoszone przez lobbystów klasy średniej, to okazuje się, że po pierwsze to grupa raczej wąska, a po drugie jest przesunięta mocno w stronę szczytu drabiny. Nad nią znajdują się już jedynie garstka tych, którzy mają tak wiele, że jest im zwyczajnie głupio zapewniać, iż należą do średniaków. Do polskiej klasy średniej, według wygłaszanych mniej lub bardziej wprost deklaracji, należą więc czołowe pióra polskiej publicystyki, popularni pisarze czy prezenterzy telewizyjni. Jeśli zapytacie Jarosława Kuźniara, Elizę Michalik albo Łukasza Warzechę, do jakiej klasy należą, bez wątpienia wskażą klasę średnią. Polska klasa średnia jest tak gęsto obsadzona przez osoby z pierwszych stron gazet, że nad nią zostaje miejsce jeszcze co najwyżej dla dzieci Kulczyka, Janusza Filipiaka i polityków szczebla centralnego. Choć ci ostatni często mają więcej wspólnego z prawdziwymi średniakami, niż większość tych, którzy się za nich uważają.

W 2015 roku na łamach „Obserwatora finansowego” Bohdan Wyżnikiewicz opublikował tekst „Klasa średnia rośnie w Polsce w siłę”. To tekst, który powinien przeczytać absolutnie każdy z klasy ludowej, jeśli uważa, że wspieranie klasy średniej jest w interesie pracowników. A takich przypadków mamy przecież w Polsce wiele, szczególnie na lewicy. Otóż Wyżnikiewicz wymienił cechy klasy średniej, a zrobił to tak wprost zapewne tylko dlatego, że pisał dla pisma eksperckiego, którym zaczytują się głównie zainteresowani zaawansowaną debatą ekonomiczną. Według Wyżnikiewicza reprezentanci klasy średniej powinni tworzyć miejsca pracy, kreować wzorce zachowań, mieć wpływ na legislację, kształtować opinię publiczną i uczestniczyć w życiu publicznym. W takim układzie prezes Comarchu Janusz Filipiak powinien bez mrugnięcia okiem twierdzić, że należy do klasy średniej. Bo już właściciel hurtowni meblowej w mieście powiatowym to nie – zapewne jego wpływ na legislację jest niewielki, zapewne też nie uczestniczy w życiu publicznym. Ale za to Jarosław Kaczyński i Grzegorz Schetyna spokojnie spełniają wyśrubowane kryteria Wyżnikiewicza, o ile za „tworzenie miejsc pracy” uznamy wstawianie ludzi na listy wyborcze.

Tekst zupełnie wspaniały popełniła Agnieszka Rybak w styczniu 2018 dla „Dziennika Gazety Prawnej”. Nosił on tytuł „Między stanami. Jak teraz w Polsce wygląda klasa średnia?”. Redaktorka Rybak z troską pochyla się nad polską klasą średnią, opisując jej obecne nawyki, zachowania i upodobania konsumpcyjne. „Większość zatrudnia pomoc domową, jeden na czterech korzysta z pomocy trenera personalnego, jeden na pięciu – z usług ogrodnika. Samochód kupuje za minimum 285 tys. zł”. Biorąc na tapetę polską klasę średnią autorka opisuje między innymi rodzinę, która podejmuje decyzję o zmianie mieszkania. Kupuje zwykłe trzypokojowe mieszkanie na obrzeżach Katowic albo Wrocławia od popularnego dewelopera? No nie bardzo – nabywa duży apartament w centrum Warszawy, z widokiem na Stadion Narodowy. Jeśli tego wszystkiego wciąż jest mało, to przytoczę jeszcze jeden ze śródtytułów: „Obowiązkowe zakupy w Paryżu”. To nie pomyłka – naprawdę tak jest tam napisane. Polski średniak przechadza się leniwie po Champs-Élysées, wchodzi do przypadkowych butików, wybiera coś dla siebie, płaci, wychodzi, a po chwili już zapomina o tej niewielkiej przyjemności.

Milionerzy z klasy średniej

Przy tak zdefiniowanej klasie średniej nic dziwnego, że wszystkie postępowe reformy były w Polsce torpedowane przez jej lobbystów. Wprowadzenie jednolitego progresywnego podatku dochodowego, wymyślone jeszcze przez PO i planowane przez PiS, miało więc zarżnąć polską klasę średnią. Dlaczego? Ponieważ wyższe podatki miały płacić osoby zarabiające powyżej 120 tys. zł rocznie. Czyli należące do około 5 procent polskiego społeczeństwa. Z tego samego powodu powstał sprzeciw wobec zniesienia limitu składek ZUS, w wyniku którego wyższe składki mieli płacić etatowcy zarabiający rocznie w okolicach wspomnianej kwoty. Obie zmiany zostały skutecznie storpedowane – z pierwszej rząd zrezygnował samodzielnie, z drugiej w kooperacji z Trybunałem Konstytucyjnym (jakkolwiek dziwacznie by to nie brzmiało). Udało się wprowadzić za to daninę solidarnościową, czyli dodatkowe 4 proc. podatku płacone przez osoby zarabiające powyżej miliona złotych rocznie. Głównie dlatego, że dochód z ich tytułu ma być wykorzystany na wsparcie niepełnosprawnych, więc trudniej było przedstawić sprzeciw wobec daniny w sposób atrakcyjny dla opinii publicznej.

Mimo to i tak podejmowane były próby storpedowania daniny solidarnościowej wspierając się argumentami rzekomo broniącymi średniaków. W Gazeta.pl opublikowano kompletnie już absurdalny tekst zatytułowany „Podatek solidarnościowy uderzy w klasę średnią. A mieli go płacić tylko najbogatsi”. Andrzej Mandel w swym tekście próbuje udowadniać, że podatek płacony od zarobków powyżej miliona złotych uderzy w zwykłych polskich średniaków. A to dlatego, że w 70 procentach zapłacą go przedsiębiorcy. Tak jakby było tajemnicą, że najbogatsi w Polsce funkcjonują jako osoby fizyczne prowadzące działalność gospodarczą, czyli formalnie jako przedsiębiorcy. Redaktor Mandel oburza się, że daniny nie zapłacą… korporacje, bo one płacą CIT. Ale przecież korporacje nie są ludźmi – nie należą więc do najbogatszych obywateli. Co więc w tym dziwnego? Autor przytacza również zdanie eksperta Michała Wojtasa z kancelarii EOL, według którego danina nie uderzy w menedżerów, gdyż ci rozliczają się za granicą. Niestety ekspert nie tłumaczy, w jaki sposób osoba fizyczna może za granicą legalnie płacić podatki od dochodu uzyskanego w Polsce.

Lewica złapana na haczyk

Nie tylko wyodrębnienie grupy zwanej w Polsce klasą średnią trąci grubą manipulacją. Również określenie jej cech jest działaniem zamierzonym na konkretny cel. Polskiej klasie średniej przypisuje się protestanckie cnoty, takie jak pracowitość czy oszczędność. Oczywiście ma to udowodnić, że klasa średnia w pełni zasłużyła na swoją zamożność. Uwarunkowania ekonomiczno-społeczne, które sprawiają, że jedni mają, a drudzy wręcz przeciwnie, schodzą w tych analizach na drugi plan. Te przypisywanie klasie średniej protestanckich cnót wcale nie jest domeną prawicy. Socjolog Maciej Gdula w wydanym przez „Krytykę Polityczną” opracowaniu „Klasy w Polsce” przywołuje teorię Pierre’a Bourdieu, według której klasa średnia ma określone dyspozycje, takie jak samodyscyplina, nastawienie na porządek i aspirowanie. Klasa średnia jest więc zafiksowana na szeroko rozumianym osobistym rozwoju oraz na dbaniu o dobrobyt własny oraz rodziny. Te koncepcje są oczywiście chętnie przywoływane przez samozwańczych średniaków, którzy używają ich, by udowodnić, że nawet jeśli im się przelewa, to sami na to zapracowali. Chyba każdy, kto wychował się w klasie ludowej, jednak przyzna, że dyscypliny, oszczędności i pracowitości jej nie brakuje. Zapewne doskonale pamiętamy rodziców pracujących po kilkanaście godzin dziennie na półtorej etatu, odmawiania sobie przeróżnych potrzeb konsumpcyjnych czy przymuszanie do nauki, by wyrwać się z położenia swoich przodków.

Klasa średnia to w Polsce konstrukt od początku do końca wymyślony na potrzeby zamożnych. Nazwano w ten sposób grupę doskonale zarabiających, których trudno w ogóle porównywać z przeciętnymi Polakami. Dzięki temu uzyskali oni doskonały instrument dbania o własne interesy. Każdą egalitarną zmianę można storpedować, nazywając ją uderzeniem w klasę średnią. O pozytywny odbiór takiej narracji przez opinię publiczną można być wtedy spokojnym – w końcu większość obywateli czuje się przeciętna. Jak to, średniacy mają za to zapłacić? Niech płacą najbogatsi! Fakt, że za tych średniaków uważa się właśnie zamożnych, umyka już w otchłani szczegółów, w które mało kto chce się zagłębiać. Szczególnie tragiczne jest to, że na tę narrację daje się nabierać duża część lewicy. Zgrupowana głównie w dużych miastach lewica czuje większą wspólnotę z samozwańczą klasą średnią, niż z klasą ludową. W efekcie jest przeciwna wielu egalitarnym zmianom, takim jak obniżenie wieku emerytalnego, gdyż instynktownie podąża za przekazem średnioklasowym. A mówiąc klasycznie: burżuazyjnym. Tymczasem polska narracja średnioklasowa jest absolutnie nielewicowa. Wręcz przeciwnie, jest elitarystyczna, nieegalitarna i petryfikująca hierarchię społeczną. Celowo wprowadza w błąd i manipuluje podstawowymi pojęciami w interesie klasy posiadającej. Skoro lewica daje się na te sztuczki nabierać, nic dziwnego, że nie zdobywa posłuchu wśród polskich mas, które nie jeżdżą na zakupy do Paryża i nie kupują apartamentów z widokiem na Stadion Narodowy.

Piotr Wójcik

Prof. Monika Kostera: Ucieczka z piekła

Prof. Monika Kostera: Ucieczka z piekła

We wczesnej szkole podstawowej chodziłam na lekcje religii chrześcijańskiej, wówczas jeszcze programowo organizowane w szwedzkiej szkole. Na jednej z lekcji przerabialiśmy temat nieba i piekła. Dowiedzieliśmy się, że w niebie wszyscy są szczęśliwi, a piekło to najgorsze, co możemy sobie wyobrazić. Poszłam do domu i zaczęłam sobie wyobrażać. Wyszło mi coś takiego – człowiek żyje w próżni, nic nie widzi, nie słyszy, nie czuje, po prostu jest – i jest. To mnie tak przeraziło, że długo jeszcze budziłam się w nocy z atakiem paniki. Ale przynajmniej była pewna, że trafiłam, bo nie jestem w stanie wyobrazić sobie nic gorszego. Nie wiedziałam, że przyjdzie mi żyć w czasach, gdy tak wyobrażone piekło stanie się pożądaną i znormalizowaną społeczną rzeczywistością. Na tym właśnie polega smutek i jałowość współczesnego życia w Sieci.

Gdy niedawno pracowałam w jednym z czołowych uniwersytetów brytyjskich, szczycącym się swoją wybitną nowoczesnością, w bardzo szybkim czasie uzyskałam coś, czego nigdy dotąd nie miałam – fobię e-mailową. Na ogół odpowiadam błyskawicznie na e-maile i uważam tę technologię za bardzo ułatwiającą (i potaniającą) mi życie i pracę. Dawno temu zaczęłam ją przyjmować jako coś oczywistego, jak tramwaj lub bieżąca woda w domu. Wiedziałam już wcześniej, że brytyjscy koledzy i koleżanki skarżą się z powodu opresyjności e-maila, ale nigdy do końca nie wierzyłam, że to może dotyczyć zwykłych ludzi, w tym na przykład mnie. Wydawało mi się, że może niektóre uczelnie są dziwnie zarządzane, albo niektóre osoby nie lubią e-maila. Tymczasem sama znalazłam się w rzeczywistości, gdy otwarcie skrzynki e-mailowej powodowało fizyczną reakcję, na którą nic nie mogłam poradzić – jakby trafił mnie w sam środek mostka potężny cios pięścią i uchodziło z mojej klatki piersiowej całe powietrze. Serce zaczynało mi bić szybciej, drżały mi dłonie. To uczucie było wycieńczające i mocno nieprzyjemne, nie byłam nań przygotowana. Zaczęłam robić coś, czego robić mi nie było wolno i czego nie robiłam nigdy dotąd – zwlekałam z otwarciem skrzynki dniami, a zdarzało mi się, że tygodniami. Miałam z tego powodu kłopoty. Jednym z moich obowiązków było wszak odbieranie e-maili w zasadzie przez całą dobę i natychmiastowe odpowiadanie na nie. Zaczęłam mieć poważne obawy i wątpliwości co do swojego zdrowia psychicznego. Po jakimś czasie złożyłam wypowiedzenie i przyszedł dzień, gdy odebrałam ostatnią porcję e-maili – i skasowałam służbową skrzynkę. Od tej pory nie doświadczam uczucia paniki i staje się ono coraz bardziej odległe i nierzeczywiste w mojej pamięci. Pisząc te słowa, musiałam się wysilać, by przypomnieć sobie, jak było. E-mail jest znów jedną z moich ulubionych, łatwych i tanich technologii komunikowania się ze światem, prywatnie i zawodowo. Gdy nie myślę o tym, to nie rozumiem, jak mogłoby być inaczej.

A jednak przecież wiem, że mogło. Troje brytyjskich uczonych – Olivier Sibai, Bernardo Figueiredo i Marcia Christina Ferreira – piszą o badaniach, z których wynika, że prawie połowa pracowników brytyjskich uniwersytetów jest desperacko samotna w swojej pracy zawodowej. Wśród doktorantów odsetek ten jest szczególnie dramatyczny – wynosi 64%. Dominuje poczucie izolacji, przeciążenia i przepracowania – jednak bez energetyzującego kontaktu z innymi ludźmi. Większość takiej pracy odbywa się online, zabierając tyle czasu i energii, że nawet życie prywatne nie jest w stanie przynieść poczucia sensu. Cóż, wielu akademików w neoliberalnym świecie nie ma zbyt wiele życia prywatnego, czuwa cały czas nad e-mailem, niezależnie od tego, co myśli sobie na ten temat np. współmałżonek. Zresztą rodziny są coraz częściej standardowo bezwzględnie dzielone, bo „merytokracja” i inne wymysły świata on line – nie ma komu zapłakać nad tym, że małżeństwo mieszka od dziesięciu lat osobno. Rzadko trafia się na małżeństwa naukowców szczęściarzy mieszkających w tym samym mieście, ba, zaczyna być luksusem mieszkanie w tym samym kraju. Wszystko koncentruje się na samym czy samej sobie – jest się poddawanym ocenie jednostkowo, za pośrednictwem internetu, dostaje się anonimowe uwagi recenzentów, studentów, często lodowate, pozbawione jakiegokolwiek współczucia; przychodzą wciąż nowe polecenia, nakazy, imperatywy, z którymi nie można dyskutować. Często wręcz praktycznie nie jest to sensowne i powoduje jedynie stratę czasu i energii.

W wielu neoliberalnych miejscach pracy niektóre funkcje, takie jak HR (czyli kadry), są sfragmentaryzowane – e-maile trafiają do puli, z której uzyskuje się odpowiedź od przypadkowych odbiorców. Żaden człowiek nie zajmuje się żadną konkretną sprawą. Powoduje to, że system jest sprawny i tani, ale nie uczy się i nie ponosi absolutnie żadnej odpowiedzialności. Nie można też liczyć na ludzki kontakt, solidarność, współczucie. Człowiek na końcu takiego systemu komunikacji jest kłębkiem bolesnej plątaniny nerwów i myśli, obnażonym mózgiem zawieszonym w doskonałej próżni, izolującej od jakiegokolwiek kontaktu mogącego ogrzać czy przynieść sens. Bardzo często pisze się w prasie na tak zwanym Zachodzie o problemach zdrowia psychicznego w zawodach najbardziej narażonych na takie warunki funkcjonowania, na przykład akademików. Neoliberalizm także ten problem prywatyzuje, często dyskutowany jest jako problem indywidualny takich pracowników. Zaleca się im, na przykład, mniej czasu poświęcać na rozrywki i więcej spać – to oczywiście ich odpowiedzialność, że czują się niedobrze. Często w domyśle raportów medialnych na ten temat jest prosty morał: trzeba zadbać o siebie, brak zdrowia jest kosztowny i ryzykowny, a na miejsce każdego, kto wypadnie z gry, są tłumy wygłodniałych oczekujących.

W tym natłoku ludzkim, w tym przeludnieniu, tej nadmiarowości każdego i każdej z nas, jesteśmy zawieszeni w próżni samotności. Dla rozrywki wypełniamy wolne chwile przeglądaniem internetu, komentowaniem cudzych postów, wrzucaniem własnych. W swej bardzo pobudzającej do myślenia książce pod tytułem „Kultura cyfrowego narcyzmu” socjolożka Magdalena Szpunar prezentuje świat pozornie polegający na intensywnym porozumiewaniu się, który w rzeczywistości odcina nas od innych ludzi i zwraca całą uwagę ku nam samym, czyniąc z nas narcyzów nawet mimo woli. Autorka stwierdza, że w ten sposób narcyzm staje się najważniejszym wyznacznikiem ludzkiej kondycji w obecnej epoce. Uwielbienie sukcesu, pogarda dla porażki i imperatyw rywalizacji znajdują w internecie doskonałe medium dla wywoływania rezonansu, zwracającego całą uwagę we własnym kierunku i utrwalające kategorię sukcesu jako jedyne dopuszczalne kryterium oceny wartości człowieka. „Imperatywem współczesnego człowieka nie jest bycie szczęśliwym, a jedynie osiąganie sukces” – pisze autorka (a więc możemy zapomnieć o niebie, tam wszyscy mieli być szczęśliwi). Internet nakłania do koncentracji na sobie i wzmacnia skłonność do pozowania. Autentyczność w sieci staje się pozą, jak wszystko inne, liczą się wyłącznie fasady, ba, tylko one istnieją. Uczymy się, że tylko to jest ważne i zanika nasza zdolność do nawiązywania głębszych więzi. Jednocześnie rozwija się strach przed sobą i przed zaangażowaniem. Profesor nauk zarządzania Nancy Harding wstępnie twierdzi, na podstawie badań, które nadal są w toku, że internet to coś w rodzaju zbiorowego cienia ludzkości – ludzie wypisują tam rzeczy, z którymi nie do końca świadomie sami się identyfikują, wyłażą z nich mroki, okrucieństwa, agresje, ekshibicjonizmy, których nigdy nie użyliby w komunikacji twarzą w twarz. Widzę to troszkę podobnie do tego, jak kiedyś funkcjonowała ściana w szkolnej toalecie – uczniowie wypisywali tam wulgaryzmy, czasami pisali, że Gośka prowadzi się niezbyt ciężko, a Waldek to wybitnie niemiły facet, oczywiście z użyciem właściwego języka. Ten sam język, ta sama anonimowość, funkcjonują dziś w sieci, tyle że na większą skalę i z wyłączeniem świata poza nią. Ktoś, kto ma wielgaśną stronę w Wikipedii, jest wielki, ktoś, kto jej nie ma – nie jest; poza internetem nie ma społecznej obecności.

Jednak w internecie nie ma obecności fizycznej, śmiertelnej. Nie ma więc śmierci, a na wieść, że ktoś znany umarł, fejsbukowców nie ogarnia smutek czy żałoba, lecz wybuch triumfalizmu, hymnów ubóstwienia lub zbiorowej nienawiści, kampanie ogłaszania siebie ofiarami przez osoby, które nigdy nie miały do czynienia z człowiekiem zmarłym, gdy chodził w swoim ciele po naszej wspólnej Ziemi. Nie ma w internecie człowieczeństwa podatnego na zranienie i możliwego do pocieszenia – chyba że zna się osoby, z którymi się tam rozmawia z życia twarzą w twarz i internet służy jako skrzynka komunikacyjna. Wtedy jest przydany, dobry, może czasami liniowy i spłaszczający, ale zawsze można to sobie odbić przy okazji spotkania. To nie internet jest zły, to my nie umiemy z niego korzystać.

Wynalazki same w sobie nie są ani dobre, ani złe. Sposób ich użycia może być dobry, zły, mądry, szkodliwy, może ułatwiać życie wielu lub budować twierdze ze złota nielicznym, może wyzwalać, może zniewalać. W 1922 roku północnoamerykański socjolog William Ogburn pisał o nienadążaniu kultury za warunkami materialnymi (cultural lag). Ma to miejsce także wtedy, gdy ludzkość tworzy nowe rozwiązania, nowe technologie, lecz nie umie ich używać w sposób korzystny dla siebie (i, dodajmy, dla planety). Zdaniem autora konieczna jest zmiana społeczna, adaptująca kulturę do nowych warunków. Dodam, że zmiana ta czasami powinna być systemowa i strukturalna i tylko wtedy umożliwić może sensowne i humanitarne korzystanie z osiągnięć techniki. Technologia, którą dziś dysponujemy, mogłaby, tak jak my, wychowani w latach 60. i 70. tego oczekiwaliśmy, przynieść wszystkim wygodne życie bez konieczności harówki. Tymczasem straszy się nas, że roboty odbiorą nam pracę.

I co z tego? – spytałby młody człowiek, jakim byłam w 1979 roku, to bardzo dobrze, przecież będziemy wszyscy artystami w świecie przyszłości, będziemy się ciągle uczyć, rozwijać, i wykonywać te prace, które są szczególnie ludzkie. Gdzie się podziała tamta przyszłość, dokąd poszły tamte marzenia? Co uzyskaliśmy zamiast tego? Ponure roboty zabierające nam pracę, rozwścieczone stada demonicznych e-maili bez uczuć i empatii, które zabierają nam po kawałku duszę, zatruwają nam krew, odbierają chęć życia. Czy to my, ludzie, nagle staliśmy się zgrają psychopatów, dbających wyłącznie o własne zaspokojenia? Czy raczej – świat, który nas otacza i wymaga dostosowania zmienił się w coś bardzo strasznego, coś, co wtedy, będąc uczennicą wczesnej podstawówki, wyobrażałam sobie po tamtej lekcji religii? Skomunikowanie, które czyni nas wyizolowanymi, media społecznościowe, które sprawiają, że jesteśmy aspołeczni. Paradoksy na poziomie tak powszechnym, że zostały zinstytucjonalizowane. To nie my, to nie media, to nie technologie ani roboty, ani nawet nasze bezduszne organizacje nie są winne – to dzieje się na poziomie wyższym od nich wszystkich, bardziej globalnym, bardziej powszechnym. To neoliberalny kapitalizm jest piekłem. A jeśli piekło – to zabija, biologicznie, niszczy nasze zdrowie, wycina drzewa, zatruwa powietrze, niszczy pola i lasy. I zabija duszę. Zapycha nam to, co kiedyś nazywane było świętą ciszą czy pustką po bóstwie, kneblem zewnętrznego absolutnego bytu bez transcendencji, zagadki bez tajemnicy, wszechmocy bez pokory. Wreszcie – przynależności bez obecności.

A przecież można uciec z piekła, jest nawet dość łatwa droga. Gdy skasowałam ostatni e-mail, w mojej skrzynce pojawił się napis „you have no more mail” i zagrała z głośniczka fanfarka, jak w grze. Wyskoczyłam na dwór, wykrzyknęłam „łuhuuuu”, moje nogi same mnie poniosły, ręce same mi się uniosły do góry, zaczęłam biec jak wypuszczona z klatki, przez park – a tam kos!, między drzewami – a tam dzieciaki grają w piłkę!, zatrzymałam się na moście i patrzyłam, jak płynie rzeka. Nawet, jeśli łatwo mi zapomnieć, z jakim uczuciem otwierałam pracowe e-maile, tej drogi na dworzec nie zapomnę nigdy.

Chris Hedges opisuje ruch Extinction rebellion, jego niesłychaną żywotność i sprawność mobilizacji ogromnej ilości ludzi. Zauważa, że wiele innych ruchów politycznych i społecznych, na przykład ostatnio Żółte Kamizelki, powstało poprzez media społecznościowe, w internecie. Tymczasem te media działają jak heroina – dają szybkiego kopa, a potem społeczność dezintegruje się błyskawicznie, rozsypuje w proch. Staje się przemocowa, gwałtowna lub chaotyczna. Internet nie tworzy więzi, pasie trolle, sprzyja pustosłowiu i fasadowości – a to wszystko jest śmiertelne dla tworzenia tak przynależności, jak i struktur. Extinction rebellion tworzy się „powolną drogą”, fizyczną, twarzą w twarz, przez ludzi zbierających się razem w lokalach, spotykających w domach, rozmawiających i podających sobie dłonie. Potem wychodzą na ulice. I są silni. Podobnie tworzy się obecnie lewicowy ruch Reformisterna w ramach szwedzkiej socjaldemokracji. Mój kolega, szwedzki badacz zarządzania, doktor habilitowany Markus Kallifatides, jeden z współtwórców ruchu, opowiadał mi o tym, jak ważne są to spotkania zanim wyjdzie się na plac, na ulicę – wspólne bycie w przestrzeni, gdzie powstaje zaufanie, gdzie możliwa jest nieśmiałość, zaskoczenie, zauroczenie, przerażenie – wszystko to, co czyni nas wrażliwymi, śmiertelnymi, łatwymi do zranienia – kanciastymi kawałkami nieskończenie wielowymiarowych układanek, które, jak wszystko dobrze się składa, w jakimś momencie znajdują wspólne kąty i płaszczyzny. I to jest to, co nas łączy – nasze chropowatości, niedoskonałości, nie zaś gładkie, idealne, boskie – czy raczej demoniczne – internetowe ego.

prof. Monika Kostera

Tomasz Markiewka: Kupowanie wyborców

Tomasz Markiewka: Kupowanie wyborców

Nie ufamy sobie. Brakuje nam poczucia solidarności społecznej. Jesteśmy głęboko podzieleni. Rządzi nami egoizm. Zapewne nie raz i nie dwa słyszeliście tego rodzaju tezy na temat polskiego społeczeństwa. Za każdym razem, gdy rozmawiamy o Polsce, prędzej czy później ktoś rzuci jedno z takich zdań, a reszta przytaknie. Jeśli zgadzamy się w jakiejkolwiek sprawie, to właśnie w tej. Polska może być krajem „Solidarności”, lecz nie jest krajem solidarności – przynajmniej nie na co dzień. Nie jeśli chodzi o tak przyziemne kwestie jak płacenie podatków, pomoc socjalna, dbałość o dobro wspólne czy zrozumienie dla ludzi wywodzących się z innych środowisk niż nasze.

Istnieje wiele możliwych wyjaśnień tego stanu rzeczy. Może to wina dziedzictwa sarmatyzmu? Albo katolicyzmu? Albo nigdy nieprzepracowanego feudalizmu? A może winna jest nasza szkaradna, wschodnia dusza, która raz po raz wyłazi na wierzch i uniemożliwia nam przeistoczenie się w człowieka cywilizowanego? To ostatnie wyjaśnienie lansuje część prominentnych dziennikarzy i komentatorów politycznych, dla których starcie Zachodu ze Wschodem jest odpowiednikiem manichejskiego konfliktu Dobra i Zła.

Czasem jednak wyjaśnienie jest o wiele prostsze. Nie trzeba cofać się w odmęty historii ani sięgać po kategorie religijne. Wystarczy rozejrzeć się wokół, aby zobaczyć, dlaczego brakuje nam solidarności i myślenia w kategoriach „my, społeczeństwo”, a nie „ja, samowystarczalna jednostka”.

Doskonałym przykładem była reakcja części mediów i liderów opozycji na ostatnią konwencję PiS-u i propozycje polityki socjalnej partii Kaczyńskiego. Wyjaśnijmy sobie na wstępie jedną rzecz. Propozycje PiS-u nie są poza krytyką. Nie tylko dlatego, że możliwość krytykowania rządzących jest w demokracji świętym prawem opozycji i mediów. Chodzi też o to, że te propozycje mają oczywiste ograniczenia. Wypowiedź Krzysztofa Szczerskiego – szefa Gabinetu Prezydenta RP – który zaproponował nauczycielom, aby skromne zarobki zrekompensowali sobie większą rozrodczością, mającą im zapewnić pieniądze z programu 500+, bardzo dobrze pokazuje, na czym te ograniczenia polegają. Konserwatywna polityka socjalna promuje konserwatywny model społeczeństwa i nie obejmuje tych, którzy się w tym modelu nie odnajdują.

Niezależnie jednak od naszego stosunku do rządów PiS-u, jak i do konkretnych rozwiązań proponowanych przez tę partię, trzeba sobie powiedzieć jedno: język, za pomocą którego część dziennikarzy oraz komentatorów krytykuje wizję polityki socjalnej partii Kaczyńskiego, jest niefortunny i na dłuższą metę szkodliwy społecznie.

„PiS kupuje wyborców za nasze pieniądze” – tak można podsumować przekaz, który popłynął ze strony opozycji skupionej wokół Platformy Obywatelskiej. Trafił on między innymi na pierwszą stronę „Gazety Wyborczej”. Zdegustowało to nawet część jej dziennikarzy, ponieważ do grona „kupowanych” zostali zaliczeni także nauczyciele i pielęgniarki. Dlatego „Wyborcza” jeszcze tego samego dnia zamieściła w internecie sprostowanie, tłumacząc się pokrętnie „błędnie opisaną grafiką” i deklarując, że całym sercem popiera starania pracowników budżetówki o godne płace.

Nikt rozsądny nie jest w stanie uwierzyć w to tłumaczenie. Nie tylko dlatego, że problem z okładką „Wyborczej” daleko wykraczał poza „błędny opis grafiki” (cokolwiek miałoby to oznaczać w tym kontekście). Prawda jest taka, że mamy do czynienia z symptomem szerszego zjawiska, które jest związane z tym, jak myśli się w Polsce o polityce socjalnej i jej odbiorcach. Zresztą nawet w swoich przeprosinach „Wyborcza” dalej używała frazy o „kupowaniu wyborców” – po prostu uznała, że nie odnosi się ona do podwyżek dla budżetówki, lecz do takich propozycji jak przywrócenie lokalnych połączeń autobusowych czy rozszerzenie programu 500 plus.

Część osób stara się bronić tej frazy, mówiąc, że nie odnosi się ona do polityki socjalnej jako takiej, lecz do nietrafionych, nieszczerych, podyktowanych czystą kalkulacją wyborczą propozycji PiS-u. Raz jeszcze trudno w to uwierzyć, ponieważ budowanie skojarzeń na zasadzie „polityka socjalna to rozdawnictwo”, „polityka socjalna to przekupstwo polityczne”, „polityka socjalna to oddawania NASZYCH pieniędzy nierobom” jest stałym elementem polskiej debaty politycznej, pojawiającym się zawsze, gdy ktoś odchodzi od dogmatów fundamentalizmu rynkowego. Celem takich sformułowań nie jest krytykowanie trybu, w jakim są zgłaszane konkretne propozycje, lecz polityki socjalnej jako takiej. Zresztą już dzień później w tej samej „Wyborczej” Magdalena Środa znowu uderzyła w podobne tony. Politykę socjalną nazwała „lizakami”, a jej odbiorców „dziećmi”.

Co ciekawe, ci sami dziennikarze, którzy rzekomo tak bardzo troszczą się o odpowiedzialność budżetową, nie wysuwali podobnych zastrzeżeń, gdy partie takie jak PO czy Nowoczesna proponowały podatek liniowy i obniżkę stawek podatkowych dla najbogatszych. Nie było słychać głosów o „kupowaniu wyborców” kosztem budżetu państwa. Nie było dumania nad tym, na ile te propozycje są szczere i korzystne dla państwa, a na ile wynikając z czystej kalkulacji wyborczej. Obawy wzbudziła dopiero propozycja walki z wykluczeniem komunikacyjnym.

Smutna prawda jest taka, że część środowiska polityczno-medialnego po prostu dała upust swojemu wewnętrznemu Balcerowiczowi. Konwencja PiS-u okazała się doskonałą okazją do wykrzyczenia większości dogmatów fundamentalizmu rynkowego i klasowych przesądów. Po stronie opozycji skupionej wokół Platformy Obywatelskiej już od dawna widać poirytowanie wynikające z tego, że debata publiczna przesunęła się ociupinkę na lewo. Całe to gadanie o nierównościach społecznych, o braku reprezentacji politycznej, o zaniedbaniach III RP – jest dla niej zbyt przekombinowane i „zbyt socjalistyczne”. Przecież ostatecznie to jest tak, że my od dawna jesteśmy mądrzy, europejscy, nowocześni, a tamci to ciemnota i patologia, czyż nie? Rynek zaś sprawiedliwie oddziela ludzi zaradnych od miernot. Niektórzy fani PO, jak Andrzej Saramonowicz czy Przemysław Szubartowicz, mówią to w zasadzie wprost. Pozostali starają się zachowywać pozory, co jest męczące, a konwencja PiS dała okazję, żeby się trochę wyżyć. W internecie nagle odżyły memy z wypowiedziami Miltona Friedmana i Margaret Thatcher. Jeden z nich pojawił się nawet na stronie facebookowej Krystyny Jandy i cieszył się ogromnym uznaniem na tle pozostałych postów.

Niestety społeczne skutki takiej postawy są fatalne. Ostatecznie całe to przesłanie o „rozdawaniu NASZYCH pieniędzy” jest tak naprawdę szczuciem jednej części społeczeństwa na inną. Jest dalszym dzieleniem i tak już rozbitego kraju. Efekty widać choćby w komentarzach zostawianych przez czytelników „Wyborczej” pod różnymi tekstami, które są wariacjami na temat zgubnych wpływów rozdawnictwa. „Jaka ulga, że przestaliśmy się certolić z elektoratem specjalnej troski” – pisze jeden czytelnik. „Mieszkańcy wsi chcieliby wprowadzić pańszczyznę à rebours. Chcą zmusić mieszkańców miast, żeby płacili im ze swoich podatków emerytury, zasiłki, zapewniali bezpłatne leczenie” – dodaje inny. „Od złodzieja brać lizaki? To jest paserstwo. Mamy około 1/3 społeczeństwa o mentalności pasera” – stwierdza kolejny.

Można powątpiewać, czy rozkręcanie histerii wokół rozdawnictwa przyniesie skutek wyborczy w postaci wygrania z PiS-em. O wiele bardziej prawdopodobne jest to, że przyczyni się do utrwalenia przesądów klasowych i dalszego osłabiania społecznej solidarności. Takie dziedzictwo zostawiają nam po sobie ludzie święcie przekonani, że są ostatnią nadzieją demokracji i nowoczesnej Polski.

dr Tomasz Markiewka