przez Tomasz S. Markiewka | środa 8 maja 2019 | opinie
W każdej dyskusji na temat Ubera prędzej czy później pojawia się opozycja między postępem a rozpaczliwym trzymaniem się starych rozwiązań. Najczęściej zostaje ona wprowadzona za pomocą metafory o dorożkach. Los taksówek jest podobno przesądzony tak, jak kiedyś był los dorożek. A ludzie, którzy tego nie rozumieją, wstrzymują postęp. Dobrym przykładem takiego podejścia jest felieton Jolanty Ojczyk dla „Rzeczpospolitej” zatytułowany „Spór o Ubera jest konfliktem starego świata z nowoczesnością”.
Na czym właściwie polega ta nowoczesność i postępowość Ubera? Ojczyk opisuje ją tak: „Mam w smartfonie aplikację Uber i jednym kliknięciem zamawiam przejazd. Mogę wybrać auto i kierowcę. Uber ściąga pieniądze z mojej karty płatniczej podpiętej do aplikacji. Nie muszę dzwonić po taksówkę, tłumaczyć, gdzie dokładnie ma podjechać, nie muszę mieć przy sobie gotówki, a przede wszystkim płacę mniej. Podstawą opłaty nie jest wskazanie taksometru, lecz długość trasy i czas przejazdu ustalane za pomocą GPS”.
Z perspektywy klienta postępowość Ubera polega zatem na wygodzie i poczuciu, że korzystamy z rozwiązań postrzeganych jako nowoczesne – jak GPS czy aplikacja na komórkę. Ale drobne udogodnienia dla konsumentów nie wyczerpują przecież tematu, istnieje jeszcze perspektywa pracownicza i społeczna.
Jak więc wygląda Uber, gdy spojrzymy na niego okiem pracowników i obywateli zatroskanych o dobro wspólne, a nie okiem klientów cieszących się z apki na telefon? Już nie tak różowo. Istnieją nawet solidne podstawy do stwierdzenia, że Uber pod względem pracowniczo-społecznym jest nie tyle postępem, co cofnięciem się w rozwoju.
Trafnie ujmuje to Filip Konopczyński w swoim tekście dla „Przekroju” pod tytułem „Osobliwa przyszłość pracy”: „Póki co innowacyjność Ubera sprowadza się do kreatywnej księgowości, optymalizacji podatkowej i udawania, że nie jest firmą transportową. Dzięki temu odpowiedzialność prawna i finansowa spada na kierowców oraz podróżnych, a firma nie jest kontrolowana równie starannie jak tradycyjne taksówki”.
W podobnym duchu pisze Jan J. Zygmuntowski w książce „Technologie 4.0”. Uber konsekwentnie upiera się, że jest platformą świadczącą usługi informatyczne, a nie firmą przewozową, przez co „mimo jawnego zarządzania ceną, trasą i płatnością przejazdów, jest w świetle prawa zwolniona z zasad chroniących rynek przez zepsuciem, ustalających np. ceny minimalne, maksymalną podaż kierowców, obowiązkowe ubezpieczenie czy wymagania stawiane kierowcom”. Z tej perspektywy Uber stanowi krok w stronę świata, w którym pracownicy mają niewiele do powiedzenia, a korporacje mogą unikać zobowiązań społecznych.
Drobne udogodnienia dla klientów, dużo bajeru promocyjnego, popularność, lekceważenie praw pracowniczych i omijanie zobowiązań podatkowych oraz regulacji państwowych – czy to naprawdę wystarcza, aby potraktować Ubera jako symbol nowoczesności i postępu? Niestety tak, bo jak piszą Carl Rhodes i Peter Bloom w książce „CEO Society”, nasze myślenie o postępie jest silnie uzależnione od korporacyjnych interesów. Kiedy spytamy jakiegoś polityka, jaki ma długofalowy pomysł na rozwój gospodarczy, to najpewniej odpowie, że jest nim wzrost PKB. A gdy zaczniemy dopytywać, jak ten wzrost ma zostać osiągnięty, to okaże się, że pomysły większości polityków sprawdzają się do pomagania korporacjom w osiągnięciu sukcesu. Czyli na przykład do podpisywania umów międzynarodowych, których najbardziej namacalnym skutkiem jest znoszenie kolejnych regulacji dla korporacji i przyznawanie im coraz większej władzy.
Wziąwszy to pod uwagę, nie powinno nas aż tak bardzo dziwić, że Uber – ze swoimi sprytnymi pomysłami na omijanie zobowiązań wobec pracowników i społeczeństwa – uchodzi za symbol nowoczesności. W społeczeństwie, które patrzy na świat oczami wielkich korporacji, to całkiem oczywiste podejście.
Warto zdać sobie jednak sprawę z tego, do czego prowadzi taka postawa. Arlie Russell Hochschild w książce „Obcy we własnym kraju” opisuje Boba Hardeya, burmistrza Westlake, miasteczka w stanie Luizjana. Okazuje się, że właściwie jedynym pomysłem Hardeya na rozwój miasta jest namawianie wielkiej korporacji petrochemicznej, aby otworzyła tam swoją siedzibę i zapewniła miejsca pracy. Jak przyciąga się potężną korporację? Trzeba zapewnić korporacyjnych bossów, że ich firma będzie płaciła tak niskie podatki i będzie podlegała tak ograniczonym regulacjom jak to tylko możliwe.
W przypadku Luizjany szczególnie zgubne jest ograniczanie regulacji, bo rozmawiamy o jednym z najbardziej zanieczyszczonych stanów w USA, naznaczonym wieloma katastrofami ekologicznymi, których przyczyną były często właśnie niedostateczne regulacje i zbyt mały nadzór nad działaniami korporacji paliwowych. Ale ludzie tacy jak burmistrz Wastelake nie bardzo wiedzą jak inaczej rozwijać miasto. Tym bardziej, że Luizjana nie słynie ani z inwestycji w edukację, ani z finansowania publicznych projektów.
Sytuacja, którą opisuje w swojej książce Hochschild, przypomina błędne koło. Władze Luizjany pod wpływem doktryny wolnorynkowej systematycznie obniżały budżet publiczny i cięły wydatki na instytucje publiczne. Im bardziej to robiły, tym bardziej jedyną perspektywą na rozwój tamtejszym miast było przyciąganie wielkich korporacji. Ale ponieważ korporacje wiedzą, że ludzie tacy jak burmistrz Hardey nie bardzo mają inne wyjście, to dyktują twarde warunki, co często prowadzi do dalszego kurczenia się sektora publicznego kosztem sektora prywatnego, bo firmy paliwowe nie lubią, gdy rząd zbyt bacznie przygląda się ich poczynaniom albo gdy muszą płacić zbyt wysokie podatki.
Tak wygląda nowy wspaniały świat, w którym korporacyjny punkt widzenia dominuje nad wszystkimi innymi perspektywami. W którym miarą innowacyjności i postępu jest to, jak bardzo z danych rozwiązań są zadowolone poszczególne korporacje. Konopczyński we wspomnianym już tekście opisuje, jak daleko były skłonne posunąć się władze Chicago, aby zachęcić Amazona do otwarcia w ich mieście swojej siedziby. Oprócz zwolnień podatkowych zaoferowano Amazonowi możliwość pobierania od pracowników danin, które ci przekazywali wcześniej do kasy publicznej. Konopczyński słusznie zauważa, że to rozwiązanie znane ze średniowiecza, gdzie lokalne władze lub Kościół mogły upoważnić lennika do pobierania podatków lub egzekwowania innych obowiązków.
To jest właśnie ten postęp, którym tak się zachwycamy. Cieszymy się z apki, która automatycznie wykona za nas opłatę, a nie zauważamy, że na naszych oczach powstają molochy zdolne dyktować coraz bardziej absurdalne warunki i podlegające coraz mniejszej kontroli demokratycznej. Rozwój dostępnych możliwości konsumowania towarów i usług oznacza często regres demokracji i naszych praw. Ceną za niewielką poprawę wygody konsumenckiej jest ograniczenie naszych możliwości wpływania na kształt społeczeństw, które zamieszkujemy.
dr Tomasz Markiewka
przez Ela Wisz | niedziela 5 maja 2019 | opinie
Rząd nie pozostawił już żadnych złudzeń co do tego, że nauczyciele są potrzebni polskiej oświacie. Bez niej państwo też może się obejść. W państwie z kartonu wystarczy jej podobizna, papierowa makieta. Podobnie fikcyjna jak publiczna służba zdrowia czy równość wobec prawa.
Inny standard jest dla uprzywilejowanych zamożnych. Ale to są segmenty coraz mniej zależne od państwa, a bardziej od kapitału. W przypadku wielu polskich fortun został on ukradziony po 1989 roku przez kolejne rządy. Do niedawna w Polsce nie było magnatów finansowych. Dziś już 10% obywateli gromadzi 40% dochodu narodowego. Bez innowacyjności i inwestycji. Większość naszych możnych to politycy, ich rodziny i szemrani wspólnicy. Za pieniądze można kupić wszystko, a przy wsparciu rządowej propagandy demoralizacja i napuszczanie wygłodzonej watahy na innych nie wymagają wysiłku. Wystarczą srebrniki. Biednymi steruje się łatwiej niż sytymi. Społeczeństwo nie poprze strajku nauczycieli, bo składa się głównie z osób, które nie otrzymują za swoją pracę więcej niż 2 tys. złotych za 40 i więcej godzin tygodniowo. Tacy ludzie stanowią 75% zatrudnionych.
Semantycznie poprawniej jest powiedzieć o nich pracujący. Różnica między zatrudnionym a pracującym jest jakościowa i zasadnicza – jak między podmiotem a przedmiotem. Podmiot kształtuje stosunki z pracodawcą, ma prawa i wpływa na swój status pracownika. Przedmiot nie ma nic do gadania. Nie może się buntować. Jak mu się nie podoba, niech weźmie kredyt, zmieni pracę, niech się zwolni, wyjedzie za granicę, bo na jego miejsce czeka dziesięciu rodaków, Ukraińców, Hindusów, maszyn i robotów. Nawet za połowę stawki. Przedmiot jest tylko wymiennym i tymczasowym elementem procesu wytwarzania dóbr i usług. I pracuje tak długo, jak pozwoli właściciel. W Polsce ma harować jak wół. Ciężko, długo i za niewiele. Ale o tym nikt mu nie mówi. Za to zawsze usłyszy coś innego. Że jest sam sobie winien, gdy straci pracę, jaka by ona nie była. Dla kogoś, kto nie ma na życie, każda jest przecież dobra. Nawet za marne pieniądze. Praca nie hańbi, ale wykonujący ją człowiek zasługuje na pogardę. To pozycja dominującego i narzucającego posiadacza.
Państwo jest dla nauczycieli pracodawcą, notabene za naszą i z naszą kasą. Z tego punktu widzenia sposób obejścia się z nimi nie wychodzi poza neoliberalną klasykę. Inaczej jest z perspektywy demokratycznego, cywilizowanego ustroju, pochodzącego z wyborczego mandatu. Chodzi o ten mandat. Obliguje on do relacji opartych na szacunku, a nie na feudalnych wzorcach.
Strajk nauczycieli pokazał dobitnie, że społeczny wizerunek PiS jest pozorny, mylący i obliczony wyłącznie na potrzeby wyborcze. Z punktu widzenia tej zbalansowanej nierównowagi ekonomicznej w gospodarce neoliberalnej, skalkulowanej na korzyść silniejszej strony, czującej się twórcą i sponsorem obecnego porządku, edukacja winna służyć jej utrzymaniu. Ale nie jakościowa oświata! Tutaj znów można zrobić rozróżnienie – tym razem między oświeceniem człowieka a formowaniem go na potrzeby rynku. Pracodawca potrzebuje sformatowanego, karnego najemnika, a nie filozofa czy wolnomyśliciela. Wystarczy powierzchowne obycie i minimalistyczne wychowanie konformistyczne, bez cienia autonomicznego umysłu, bo w wolnym myśleniu zawsze jest ukryty pierwiastek rewizjonistyczny, zapędy reformatorskie, a nawet cała rewolucja, nie daj boże lewicowa.
Dzieci zamożnych rodziców i polityków chodzą do szkół prywatnych. Ubogim rodzicom wystarczą tanie niańki w szkole na czas, gdy dorośli wstawieni do kieratu będą napychać kieszenie swoich panów zyskami, łudząc się przy tym, że zaharowują się dla awansu swoich pociech. Bo chociaż wiedzą, że sami nigdy nie przekroczą granicy swojej klasy, to nie chcą wiedzieć, że w tym systemie, poza jednostkami, ich dzieci też tej granicy nie przekroczą. Aha, i jeszcze panie powinny w świetlicy lekcje z dziećmi odrobić i pobawić się z nimi. Bo w domu po robocie nie ma sił i czasu.
Ela Wisz
przez Paul Kingsnorth | wtorek 23 kwietnia 2019 | opinie
Gdzie się podziała nasza odwieczna tradycja buntu i sprzeciwu? Dzisiaj potrzebujemy jej bardziej niż kiedykolwiek.
Wszyscy znamy historię inwazji Normanów na Anglię, a z pewnością pamiętamy przynajmniej, że najważniejszą w tej kampanii była bitwa pod Hastings, w 1066 r. Uczy się o tym na lekcjach historii w każdej brytyjskiej szkole, a wygląda to mniej więcej tak:
W roku 1066 książę normandzki Wilhelm Zdobywca dokonał najazdu na Anglię, chcąc podważyć przejęcie władzy przez niedawno koronowanego na króla Harolda II Godwina. Wilhelm był przekonany, niekoniecznie w zgodzie ze stanem faktycznym, że tron należy się jemu. Jego armia wylądowała w Pevensey, a w odpowiedzi na to wojska Harolda rozpoczęły marsz na południe, by stawić jej czoła. Do starcia obu armii doszło na zboczach Senlac Hill, na zachód od Hastings. Harold skończył ze strzałą w oku, Wilhelm – na tronie Anglii. Jego koronacja odbyła się w święto Bożego Narodzenia 1066 r. w Katedrze Westminsterskiej… i na tym historia się kończy. Następnym ważnym wydarzeniem, o którym uczą w szkołach, jest wojna domowa za czasu rządów Plantagenetów.
Tymczasem w rzeczywistości historia tego podboju wyglądała nieco inaczej. Szkolne podręczniki nie mówią ani słowa o tym, że bitwa pod Hastings była zaledwie początkiem, a nie końcem normańskiej kampanii, mającej na celu podbój Anglii. Przez następne pięć lat na obszarze niemal całego kraju prowadzona była zacięta i bezwzględna wojna partyzancka, której celem było wypędzenie Normanów. Bardziej współczesnymi odpowiednikami tej walki, oddającymi jej determinację, mogą być francuski ruch oporu, działalność Wietkongu czy wojna partyzancka w okupowanym Iraku. Czasami można było nawet odnieść wrażenie, że władanie Wilhelma I Zdobywcy będzie równie krótkie i niepewne, jak jego poprzednika. To właśnie wtedy narodził się angielski ruch oporu.
Po zwycięstwie pod Hastings, Wilhelm oczekiwał, że cała Anglia padnie pokornie do jego stóp. Rozwój wydarzeń potoczył się jednak w zupełnie przeciwnym kierunku. Rozproszone grupy szlachty i możnowładztwa zjednoczyły się i wspólnie ogłosiły, że nowym królem Anglii jest nie Wilhelm, lecz Edgar II Ætheling, 14-letni wnuk jednego z poprzednich władców, Edmunda II Żelaznobokiego. Najpoważniejszym problemem Wilhelma było bowiem to, że tron angielski nie był dziedziczny, lecz król był każdorazowo wybierany. A Wilhelma nikt nie wybrał i dlatego postanowił on rozwiązać ten problem w sposób, w jaki rozwiązywał większość trudnych sytuacji w swoim życiu: uciekając się do wyjątkowej przemocy.
Na czele armii rozpoczął marsz przez południową Anglię, mordując, niszcząc i gwałcąc wszystko, co napotkał na swojej drodze. Najpierw splądrował wybrzeże, a następnie wielkim łukiem obszedł Londyn, by odciąć stolicę od źródeł zaopatrzenia w żywność. Doszczętnie spalił Southwark, by potem wyruszyć na zachód, wyrzynając mieszkańców Buckinghamshire, Bedfordshire, Middlesex i Hertfordshire. W wyniku tych działań, zbuntowani przywódcy Anglii wycofali się w mniej dostępne rejony kraju. Edgar, któremu nigdy nie było dane objąć angielskiego tronu, oddał hołd najeźdźcy, podporządkowując się jego władzy. Ceremonia koronacji została zorganizowana naprędce w Katedrze Westminsterskiej.
Niewykluczone, że zamiarem Wilhelma było przekształcenie uroczystości koronacji w wydarzenie o wymowie pojednawczej, jednak nic z tego nie wyszło. Tradycyjnym zachowaniem kończącym każdą koronację było spontaniczne wychwalanie nowego króla i pozdrowienie go okrzykiem radości przez zgromadzoną gawiedź. Wilhelm rozkazał otoczyć opactwo kordonem żołnierzy, na wypadek gdyby sytuacja wymknęła się spod kontroli. Gdy rycerze usłyszeli w trakcie koronacji, że niektórzy spośród zgromadzonych wznoszą okrzyki w nieznanym im samym języku, pomyśleli, że to początek rebelii. W konsekwencji zaczęli podpalać stojące nieopodal domy i zabijać gapiów. Wybuchła panika i katedra niemal w mgnieniu oka opustoszała, a świeżo namaszczony król pozostał sam samiutki, dzierżąc w dłoniach berło i jabłko, trzęsąc się z gniewu, strachu i wściekłości na osamotnionym tronie.
Być może to właśnie katastrofa ceremonii i zamieszki, do których doszło w jej trakcie, wzmocniły opór Anglików wobec Wilhelma. A może przyczyna buntu była bardziej prozaiczna: pierwszą decyzją nowego króla było odebranie wszystkim ziemi i żądanie haraczu za jej oddanie. Procesowi pojednawczemu nie pomogło przejęcie ogromnych połaci kraju i rozparcelowanie gruntów pomiędzy swoich popleczników. Niezależnie od tego, jaka była przyczyna oporu, koronacja dała Wilhelmowi papierową władzę, Anglia i Anglicy musieli jeszcze zostać przez niego podbici. Na zachodzie kraju bardzo silny opór ofensywie Normanów stawili mieszkańcy hrabstwa Exeter. Synowie zmarłego króla Harolda, którzy uciekli do Irlandii, zwarli szeregi i nękali wojska Wilhelma w hrabstwach Devon i Kornwalia. Edgar udał się na wygnanie do Szkocji, gdzie udało mu się uzyskać poparcie króla Malcolma III. Na granicy z Walią, buntownik znany jako Eadric Dziki prowadził wojnę partyzancką i przy wsparciu książąt walijskich latami nękał armię Normanów.
Praktycznie bez przerwy, na obszarze całego kraju, grupy buntowników zbierały się w lasach, na bagnach i mokradłach, na terenach trudno dostępnych, by, korzystając z cichego wsparcia okolicznej ludności, gnębić i mordować okupantów. Normanowie nazywali tych bojowników silvatici – „ludźmi z lasu”. Anglicy określali ich mianem „dzikich” lub „zielonych”. Tak jak większość grup prowadzących wojnę partyzancką, tak i oni byli praktycznie nie do pokonania.
Rok 1069 to czas potężnego powstania na północy kraju. Władcy Mercji i Nortumbrii zwołali swoje armie i wezwali na pomoc króla Szwecji. Dołączył do nich młody Edgar i razem wypowiedzieli wojnę samozwańczemu królowi Anglii. Wilhelm wyruszył na północ, by się z nimi zmierzyć i ich sobie podporządkować, a na nowo zajętych terenach stawiał ogromne fortece. Po przemarszu jego armii nie pozostał kamień na kamieniu między Jorkiem a Durham, wszystko zrównano z ziemią, by pozbawić nowe oddziały rebeliantów miejsc schronienia. Każde zwierzę, każdy dom, każde pole uprawne zostało zniszczone. Aby przeżyć, ocaleni mieszkańcy musieli sprzedawać dzieci na niewolników, a w skrajnych przypadkach – wykopywać zwłoki, by mieć się czym pożywić.
Wciąż jednak jeden obszar Anglii pozostawał niezdobyty: bagna Fens, a zwłaszcza wyspa Ely, którą w XI w. otaczały nieprzebyte mokradła, chaszcze i trzęsawiska. Ely stała się ostatnim bastionem ruchu oporu przeciwko inwazji Wilhelma Zdobywcy, bastionem dowodzonym przez człowieka w równym stopniu co Wilhelm bezwzględnego, okrutnego i zdeterminowanego; człowieka, który okazał się równorzędnym rywalem dla Normanów i którego nie udało się Wilhelmowi pokonać w otwartym starciu. Nazywał się on Hereward i był ostatnią nadzieją Anglii.
Hereward, syn wielkiego posiadacza ziemskiego, został dekretem nowego króla pozbawiony majątku, dlatego pałał żądzą zemsty. Własnymi siłami przekształcił wyspę w fortecę, obsadzając ją grupą rebeliantów połączonych świętą przysięgą. Opat klasztoru na Ely, obawiając się o losy opactwa w przypadku wygranej Wilhelma, poparł Herewarda. Działania lokalnych baronów normandzkich, zmierzające do oczyszczenia wyspy z rebeliantów, zakończyły się fiaskiem. Dlatego w 1071 r. Wilhelm osobiście stanął na czele armii i wyruszył na podbój wyspy Ely.
Jednak Hereward okazał się być przeciwnikiem dużo bardziej wymagającym niż Harold. Pierwsze podejście Wilhelma mające na celu zdobycie Ely opierało się na zbudowaniu gigantycznej pływającej konstrukcji, która miała umożliwić rycerzom przedostanie się przez bagno otaczające wyspę. Hereward i jego ludzie obserwowali z rozbawieniem całą operację: gdy konstrukcja została ukończona, rycerze Wilhelma, żądni sławy i majątku, rzucili się na nią. Wówczas, pod naporem zbyt dużego obciążenia, załamała się ona, a wielu spośród wojów utonęło w mokradłach.
Wściekłość Wilhelma nie miała granic. Obmyślił kolejny fortel: za namową jednego z doradców, sprowadził lokalną wiedźmę, by ta rzuciła urok na Herewarda, co miało zapewnić zwycięstwo. Następnie odciął wyspę od świata i wybudował cztery wieże oblężnicze, uzbrojone w katapulty. Skonstruował także kolejną olbrzymią tratwę, tym razem bardziej stabilną. Nakazał wiedźmie stanąć na jednej z wież i rozpoczął bombardowanie wyspy zarówno kamieniami, jak i czarami. Hereward ze swoimi ludźmi czekali ukryci w grzęzawisku. W odpowiedzi na atak Wilhelma, oblali oliwą rosnące wokół wyspy trzcinowiska i je podpalili. Ogień rozprzestrzenił się błyskawicznie, połykając olbrzymią tratwę, cztery wieże oblężnicze oraz wiedźmę, która wrzeszcząc wniebogłosy spadła z jednej z nich, skręcając sobie kark.
Oblężenie wyspy trwało około osiemnastu miesięcy. Wilhelm atakował, Hereward umiejętnie te ataki odpierał: wyspa pozostawała niezdobyta. Koniec obrony, który w końcu nadszedł, był w pewnym sensie banalny. Wilhelm wysłał tajną wiadomość do opata klasztoru na Ely: jeżeli się nie poddasz, natychmiast zajmę twoje posiadłości. A gdy w końcu was pokonam, to odbiorę ci wszystko, wszelkie bogactwo i życie. To wystarczyło. Pod nieobecność Herewarda, który wybrał się na bagna w poszukiwaniu żywności, mnich wpuścił na wyspę wojska Wilhelma. Zdrada, nie wygrana w bitwie, zdecydowała o ostatecznym zwycięstwie najeźdźcy.
Opowieść o bohaterstwie Herewarda i o jego szaleńczym oporze przeciwko okupantom przetrwała stulecia i była powodem do dumy wielu pokoleń Anglików. Stało się tak najprawdopodobniej dlatego, że Hereward i jego ludzie byli jednymi z pierwszych angielskich buntowników. Ludzie ci stali się wzorem dla następnych pokoleń, które przez kolejne tysiąc lat przeciwstawiały się próbom ograniczania wolności na rzecz zniewolenia, wciąż anektującego kolejne obszary życia.
Historia Anglii jest bardzo często przedstawiana, nawet obecnie, jako dzieje władzy i szlachty, jako sekwencja kolejnych podbojów, wojen i bitew. Nie jest to oczywiście nic nadzwyczajnego, historia wykładana w szkołach w każdym niemal kraju wygląda bardzo podobnie, niezależnie od tego, czy ma to miejsce w Stanach Zjednoczonych, czy w Korei Północnej. Jest to historia establishmentu, opowiadająca o dokonaniach grabieżców, złodziei, morderców i psychopatów, którzy na przestrzeni wieków tworzyli to, co dzisiaj nazywamy współczesnością. Historia ta jest splotem dat wielkich bitew i traktatów pokojowych; sławi ona ludzi uwielbiających wbijać flagi w ciała pokonanych. W tak opowiadanej historii Wilhelmowie Zdobywcy występują jako wielcy bohaterowie, a Herewardowie – w charakterze przypisów.
Ale jest też i inna historia, w Anglii jak i w każdym innym kraju: historia opowiadająca o ludziach, którzy decydowali się stawić opór wzbierającym falom, zdając sobie zapewne sprawę, że stoją na straconej pozycji. Jest to historia buntowników-straceńców, którzy rzucali wyzwanie przyszłości i sprzeciwiali się marginalizowaniu ich przez wielkich tego świata. Jest to historia, którą powinniśmy dobrze sobie przyswoić, zwłaszcza dzisiaj, w sytuacji, gdy staczamy się coraz bardziej w odmęty bezmyślnego, posłusznego konsumeryzmu. Może nam to pomóc ocalić samych siebie.
Przykładem może być bunt chłopski z 1381 r. Wydarzenie to było czymś więcej niż jednostkowym i mało istotnym aktem obywatelskiego nieposłuszeństwa w wykonaniu przerzucających gnój ignorantów. Był to nie mający precedensu w historii wybuch społecznego gniewu, który – niewiele brakowało – zakończyłby się rewolucją. Przez dziesięciolecia angielska biedota była trzymana pod butem niezwykle surowego prawa, które ograniczało jej dochody i swobodę poruszania się, a z drugiej strony sankcjonowało wysokie kary, niewspółmierne do wykroczeń (stryczek za kradzież kurczaka – ktoś reflektuje?). Kościół i państwo tuczyli się bez umiaru na pracy zwykłych ludzi, aż w końcu miarka się przebrała. Kroplą, która przepełniła czarę, było wprowadzenie przez parlament podatku pogłównego. W efekcie, na terytorium południowej Anglii ludzie zaczęli protestować. Początkowo napadali i zabijali urzędników, którzy zajmowali się egzekucją podatków, następnie zaczęli podpalać domy szlachty i duchowieństwa. Wreszcie rozpoczęli marsz na Londyn.
Zanim dotarli do stolicy, było ich już ponad 100 tysięcy. Przywódca, Wat Tyler, zapowiadał rewolucję, a jego prawa ręka, radykalny duchowny John Ball, wzywał do zniesienia pańszczyzny, rozdziału kościoła od państwa, redystrybucji majątków należących do kleru i możnowładców. Rebelianci zwrócili się do króla z żądaniem audiencji. Ponieważ ten nie odpowiedział, zaatakowali Londyn. Ścięli arcybiskupa Canterbury, napadali na kościoły, grabili posiadłości bogaczy. W obliczu tych wydarzeń, Ryszard II Plantagenet, który miał wówczas zaledwie 14 lat, zbiegł do Tower of London w obawie, że „zagrożone jest dziedzictwo i chwała Anglii”.
Koniec końców nic takiego się nie stało. Młody król odważył się jednak spotkać z rebeliantami; na miejsce spotkania wyznaczono Blackheath, leżące poza stolicą. W trakcie spotkania król nakazał zgładzić Wata Tylera, pozbawiając buntowników przywództwa, a następnie wspaniałomyślnie zgodził się na wszystkie ich postulaty. Gdy chłopi wrócili do domów, okazało się, że wszystko było jedynie zagrywką taktyczną. Król nie dotrzymał żadnej ze swoich obietnic, a lokalnych przywódców buntu rozkazał pojmać i zabić. Rewolucja zakończyła się klęską, ale była także lekcją dla przyszłych pokoleń: nie wolno wierzyć obietnicom składanym przez władzę.
Przez kolejnych kilka stuleci do podobnych wydarzeń dochodziło dość często: Jack Cade był przywódcą rebelii w hrabstwie Kent w 1450 r. (uczestniczył w niej jeden z moich przodków), górnicy kornwalijscy wystąpili przeciwko królowi Henrykowi VII w roku 1497, w 1536 r. wybuchły powstania na północy kraju przeciwko rządom Henryka VIII, a w 1549 r. doszło do powstania chłopskiego w Norfolk, dowodzonego przez Roberta Ketta. Ale prawdziwy wybuch społecznego niezadowolenia miał miejsce w latach 40. XVII w., gdy Anglia znalazła się w ogniu wojny domowej. Wtedy to potężne pokłady frustracji i od zawsze niszczonego społecznego radykalizmu wypłynęły z całą mocą na powierzchnię. Zrównywacze (Levellers), podobnie jak ludzie, których 300 lat wcześniej Wat Tyler prowadził na Londyn, domagali się zniesienia władzy arystokracji i instytucjonalnego Kościoła. Z kolei Kopacze (Diggers), dowodzeni przez Gerarda Winstanleya, żądali tego samego, a ponadto wzywali do rozdysponowania ziemi pomiędzy wszystkich mieszkańców kraju. Podobnie Deklamatorzy (Ranters), Kwakrzy (Quakers), Muggletonianie (Muggletonians) czy wiele innych ruchów oddolnych, których celem było wykorzystanie upadku monarchii dla stworzenia sprawiedliwszego, bardziej egalitarnego porządku społecznego.
Niezwykle wymownym jest fakt, że wiele z tych grup odwoływało się do poglądu o istnieniu „normandzkiego jarzma” i z niego wywodziło swój bunt. Według nich, Anglia była kiedyś krajem wolnych ludzi, do czasu inwazji Wilhelma Zdobywcy i jego brutalnych baronów, którzy zepchnęli naród do rangi służby. Egzekucja Karola I, który był potomkiem najeźdźcy, ponownie uczyniła Anglię wolnym krajem, po sześciu stuleciach. Teraz najważniejszym zadaniem było utrwalenie odzyskanej wolności. Sześć wieków później, uczestnicy wojny domowej zobaczyli w sobie kontynuatorów idei i walki Herewarda. Oliver Cromwell, spadkobierca Wilhelma, gnębił ich, by chronić interesy swoje i klasy posiadaczy, do której należał.
Ironią historii jest to, że triumf parlamentu, którym zakończyła się wojna domowa, doprowadził do przeprowadzenia na ogromną skalę procesu, który stał się zarzewiem kolejnej fali oporu przeciwko rządzącym: konfiskaty ziemi publicznej. W wyniku wojny domowej, do władzy doszli przedstawiciele ziemiaństwa, którzy teraz, wyzwoleni spod zwierzchności króla, zaczęli korzystać z nowych możliwości. W ciągu kolejnych 150 lat parlament przyjmował ustawy sankcjonujące konfiskatę – czyli zwykłą kradzież – ziemi stanowiącej dotąd wspólny majątek. W XVIII w. doszło do gwałtownych protestów przeciwko temu procesowi, ludzie organizowali się i niszczyli płoty okalające skonfiskowane tereny, a także atakowali urzędników odpowiedzialnych za ich stawianie.
Jednak przejmowanie ziemi rolnej przez arystokrację stanowiło zaledwie zwiastun czegoś, co było jeszcze trudniejsze do przezwyciężenia: zniewolenia całych społeczności przez rewolucję przemysłową. Gdy właściciele ziemscy i bogaci kupcy dostrzegli potencjał technologii, które pojawiły się w końcówce XVIII w., nic nie mogło ich powstrzymać. Nagle, w analogii do wywłaszczenia małorolnych chłopów w procesie konfiskat ziemi, rzemieślnicy tracili możliwość zarobkowania na skutek ekspansji maszyn. Trwający od dłuższego czasu proces odzierania ludzi z ich niezależności przybrał znacznie na sile, w miarę jak industrializacja wymuszała migrację całych społeczności, które osiedlały się w podmiejskich slumsach, by pracować w kopalniach i hutach.
Praca najemna i powstanie miejskiej biedoty stały się wyznacznikami nowej rzeczywistości, a wraz z nimi rodził się nowy ruch oporu społecznego. Odsądzani od czci i wiary luddyści widzieli dokładnie, jaki wpływ na ich wolność i niezależność, na życie, którym kiedyś się cieszyli, ma postępująca rewolucja przemysłowa. Wzięli więc sprawy – i maszyny – w swoje ręce. Protest osiągnął taką skalę, że konieczne było wysłanie wojska dla stłumienia buntu. Owiany legendą Kapitan Swing poprowadził robotników rolnych przez południowe obszary Anglii, gdzie niszczyli oni maszyny rolnicze, które pozbawiały ich możliwości pracy i utrzymania, i gdzie napadali na „wrogów ludu”, którzy wykorzystywali maszyny, a nie ludzi, do młócenia ziarna.
XX w. przyniósł nową falę rebelii. Zrodziła się ona głównie w społecznościach poupychanych w coraz większych miastach, gdzie socjalizm, komunizm, ruch związkowy, a od niedawna ruchy ekologiczne, stawały się kolejno formą i uzasadnieniem sprzeciwu wobec systemu, którego ostatecznym celem jest całkowite zniewolenie społeczeństwa. W imię czegoś, co kiedyś okrzyknięto „postępem”, a obecnie coraz częściej nazywa się „rozwojem” i „wzrostem”, większość społeczeństwa musi bardzo ciężko pracować, by żyć, skazana jest na niskie wynagrodzenia i wysokie zadłużenie. W tym samym czasie garstka „równiejszych świnek” pożera bez opamiętania owoce pracy innych, eksploatując ponad miarę zasoby coraz bardziej nadwerężonej planety.
Dzisiejsze pokolenie doświadcza na własnej skórze, jak wygląda najnowsza faza trwającego od długiego czasu marszu od wolności. Jest to era biometrycznych dowodów osobistych, wszechobecnego monitoringu, zdalnie sterowanych samolotów szpiegowskich i znajdujących się w posiadaniu rządów baz DNA. Jest to czas, w którym społeczeństwo jest bez przerwy ogłupiane promocjami, zakupami, idiotycznymi programami w telewizji, plotkami z życia gwiazd i gwiazdeczek, pseudoinformacjami, które rozchodzą się z szybkością błyskawicy dzięki internetowym łączom. Obraz dzisiejszego świata zadziwiłby nawet Aldousa Huxleya. Świat, który stworzyliśmy, to świat globalnego ocieplenia, inżynierii genetycznej, masowego wymierania gatunków i produkcji dzieci według oczekiwań i zachcianek rodziców.
Przyszło nam żyć w kraju, w którym aparat państwa mówi nam, gdzie możemy palić papierosy, jak powinniśmy się odżywiać i ile wolno nam wypić. W kraju, w którym każdy rok przynosi kolejne ograniczenia i zakazy związane najczęściej z nieszkodliwymi przyjemnościami, połączone z wykładnią, o czym i w jaki sposób można głośno mówić. W kraju, w którym wielkie ponadnarodowe korporacje, następczynie arystokracji, lordów i baronów, nie mają oporów przed doprowadzaniem nas do bankructwa, a jednocześnie wyciągają łapy po nasze pieniądze, gdy same staną w obliczu zapaści.
Na początku I wojny światowej narodziła się przesiąknięta duchem patriotyzmu legenda, która miała poprawić morale Anglików w czasie, gdy Niemcy zdobywali coraz większe obszary Europy. Mówiła ona o tym, że w czasie bitwy pod Mons w szeregach brytyjskich oddziałów pojawiły się duchy łuczników spod Agincourt, sprzed 500 lat, i że to oni pomogli pokonać wojska niemieckie. Historia ta, choć oczywiście była czystą fantazją, pomogła wzniecić w żołnierzach ducha walki. Bohaterowie z przeszłości pojawili się na placu boju i wsparli swoich następców, dając im zwycięstwo. Można przypuszczać, że dzisiaj więcej ludzi słyszało o „aniołach spod Mons” niż o samej bitwie.
Bardzo by się nam przydało kilka zastępów aniołów. Podobnie jak postawienie sobie przed oczyma Herewarda, który przeciwstawił się Wilhelmowi, najlepiej w jaskrawych barwach na tle czarnego nieba. Dobrze by nam zrobiła wizyta „ludzi z lasu”, Kopaczy, luddystów czy czartystów. Dla opamiętania warto byłoby przypomnieć sobie w jasny i dobitny sposób o tradycji radykalizmu i buntu, która jest starsza niż Izba Lordów czy monarchia, starsza nawet niż sama Anglia.
A to wszystko dlatego, że ta chlubna tradycja oporu i walki o wolność wydaje się dzisiaj zanikać. Zapamiętali w bezmyślnym szale bożonarodzeniowych wyprzedaży, omamieni morfiną płynącą z kolorowych czasopism, otumanieni farsą polityki zmonopolizowanej przez partie polityczne, daliśmy sobie wmówić, że synonimami wolności są „wybór konsumencki” i możliwość zabrania głosu raz na kilka lat, przy urnie. W rzeczywistości jednak jesteśmy niewolnikami, dokładnie w takim samym stopniu jak narody, które padały ofiarą podbojów, a nasza strata jest równa stracie naszych przodków, którym zabierano wspólne pastwiska. Z tą różnicą, że dzisiaj najeźdźca siedzi w naszych głowach i szepcze nam do ucha, że jesteśmy wolni nawet wtedy, gdy na własne życzenie ulegamy zniewoleniu. Tracimy w ten sposób szacunek do samych siebie, niezależność w myśleniu i działaniu, a także swobodę mówienia „nie”.
Herewardowi, zgodnie z XI-wiecznym przekazem, udało się uciec z Ely, nie został pokonany ani poskromiony. Nie wiadomo, gdzie się udał i gdzie dokonał żywota. Ani nawet – czy w ogóle. W chwilach, kiedy oddaję się marzeniom, pragnę wierzyć, że Hereward wciąż jest wśród nas, czy to włócząc się gdzieś po bezdrożach, czy też pozostając w letargu w niedostępnych jaskiniach, jak król Artur ze swoimi rycerzami. I czeka na sygnał.
Doczeka się go jednak tylko wówczas, gdy my sami się najpierw przebudzimy i uświadomimy sobie, że niezależnie od tego, co nam próbują wmówić każdego dnia i z każdej strony, nie jesteśmy ludźmi wolnymi. Doczeka się go jedynie wówczas, gdy przypomnimy sobie, że wolność to coś, o co trzeba wciąż walczyć; tylko wtedy staje się rzeczywistością. To właśnie Hereward i anioły spod Mons powinni nam uświadomić, że wolność rodzi się w ogniu bitwy i tylko wtedy ma szansę ujawnić swój prawdziwy, szalony, rewolucyjny potencjał.
Paul Kingsnorth
tłum. Sebastian Maćkowski
Tekst pierwotnie ukazał się w 42 numerze czasopisma „The Idler” (www.idler.co.uk). Następnie powyższe tłumaczenie za zgodą autora ukazało się w piśmie „Obywatel” nr 49 w połowie roku 2010.
przez Benjamin Y. Fong | niedziela 14 kwietnia 2019 | opinie
Wyobrażenia, w których postrzegamy media społecznościowe jako magiczne narzędzie nawiązywania kontaktów, silnie kontrastują z rzeczywistością, w której okazują się one kloaką złożoną ze złośliwych ataków personalnych i paranoicznego oburzenia. Kusi nas, by ten ogromny rozdźwięk przypisywać nieuregulowanemu kapitalizmowi. Facebook i Twitter nie mają właściwie żadnej konkurencji i żadnego problemu z robieniem tego, co chcą – od manipulowania danymi użytkowników po zapewnianie platformy mowie nienawiści – tak długo, póki jest to w ich interesie. Być może uwolnienie mediów społecznościowych spod prywatnej kontroli pozwoliłoby nam w końcu zdać sobie sprawę, na jakiego rodzaju fantazji się opierają.
Ożywcza myśl stoi za ostatnim artykułem Evana Malmgrena pod tytułem „Socialized media”. Wskazuje on, co mogłaby oznaczać próba powstrzymania ekscesów tych cyfrowych gigantów. Zamiast w sposób sztuczny ponownie wprowadzić pomiędzy nimi współzawodnictwo poprzez kampanię wzbudzania braku zaufania, albo zamiast regulować takie usługi w sposób właściwy dla usług publicznych (lub nawet je znacjonalizować), autor zachęca nas do spojrzenia na „media społecznościowe jak na dobro publiczne” i do przekazania „kolektywnej władzy nad platformami cyfrowymi ludziom, których one łączą”. W takim ujęciu państwo nie powinno występować jako „ostateczny nadzorca” wspólnych zasobów danych, lecz raczej, biorąc pod uwagę ponadnarodową naturę tych korporacji, jako pośrednik w drodze ku powstaniu kooperatyw złożonych z użytkowników.
Jak interesujące nie byłoby zastanawianie się nad różnymi sposobami, które możemy wykorzystać do uspołecznienia monopolu tych platform, Malmgren pozostawia bez odpowiedzi jedno podstawowe pytanie: czy media społecznościowe są w ogóle warte ratowania?
W społeczeństwie socjalistycznym wykorzystywalibyśmy wiedzę naukową i techniczną pozyskaną w kapitalizmie, by produkować na z grubsza tym samym poziomie, ale bez prywatnej własności środków tej produkcji i bez niszczenia planety. W niektórych przypadkach może to oznaczać reorientację i uspołecznienie już istniejących gałęzi przemysłu – np. bankowości – jednak w innych znaczy po prostu ich celową eliminację lub drastyczne zmniejszenie ich zakresu.
Jest na przykład niewyobrażalne, by przemysł samochodowy utrzymał swój obecny rozmiar w warunkach socjalizmu. Z pewnością nie dławilibyśmy siły lokomocji, bo ludzie muszą się przemieszczać, jednak oznaczałoby to poszerzenie i poprawę systemu kolei, a nie zapewnienie każdemu samochodu. W tym przypadku potrafimy dostrzec podstawową manipulację ideologiczną i praktyczną, która odbywa się na ludzkiej świadomości. Przemysł samochodowy nie tylko zdołał przekonać ludzi, że to właśnie samochody reprezentują wolność przemieszczania się, ale także zrobił wiele, by zniszczyć transport publiczny lub zapobiec jego dalszemu rozwojowi. Chociaż w społeczeństwie kapitalistycznym faktycznie możemy potrzebować samochodów, nie potrzeba nam nawet w przybliżeniu tylu z nich, ile mamy. Nie są one produkowane dla ludzi i zrównoważonego transportu, lecz dla zysku.
Być może podobnie jest w przypadku mediów społecznościowych. W kapitalizmie ludzie spędzają większość życia wykonując prace, których nie lubią i odczuwając brak towarzystwa poza nimi, zatem oczywiste jest, że poświęcą większą część swojego „wolnego czasu” nurzając się w krótkich chwilach zalecanej przez lekarzy interakcji „społecznej”. Malmgren ma z pewnością rację, gdy twierdzi, że umieszczenie platform cyfrowych pod demokratyczną kontrolą sprawi najprawdopodobniej, iż staną się mniej uzależniające i będą w mniejszym stopniu manipulować użytkownikiem. Ale gdybyśmy wszyscy pracowali tylko dziesięć godzin w tygodniu, a zatem mieli czas na angażowanie się w bardziej sensowne czynności, to czy naprawdę spędzalibyśmy tyle czasu gapiąc się w ekrany?
Trudne rozmowy
Pytaniem pozostaje, czy negatywny wpływ, jaki „kapitalizm platformowy” wywiera na nasze życie, są specyficzne dla samego kapitalizmu – w takim przypadku, uwolnione od zakusów rynku, platformy te stałyby się uczciwymi społecznymi dobrami; czy też platformy te, tak jak prywatne samochody, są tak nierozerwalnie związane z niszczącymi normami społeczeństwa kapitalistycznego, że po zmianie systemu prawdopodobnie zniknęłyby lub uległy znaczącej redukcji.
Aby dać na to pytanie odpowiedź, zacznijmy od szokującego faktu: w internecie zdarza się niewłaściwe zachowanie. Zdarza się ono oczywiście także w realnym życiu. Ale taka gangrena ma w mediach społecznościowych swoją specjalną odsłonę, która jest właściwa i szczególna tylko dla niej. Z jednej strony chodzi o bezmyślność, która na przykład w przypadku Twittera jest związana z limitem znaków na wiadomość. Pokazuje to jednak także psychopatyczną sprzeczność: obsesję na punkcie tego, jak jesteśmy na takich platformach postrzegani przez innych, w połączeniu z niepokojącym brakiem empatii w stosunku do wielu z tych „innych”, od których jednocześnie domagamy się, w sposób bezpośredni lub pośredni, docenienia nas samych.
Według wielu badaczy takie zachowanie jest aktywnie kształtowane przez media społecznościowe, a nie tylko wyrażane za ich pomocą. Sarah Konrath i jej grupa badawcza przeprowadzili metaanalizę siedemdziesięciu dwóch badań poziomu empatii i odkryli, że jej poziom wśród studentów college’ów jest o 40 procent niższy niż przed dwudziestu laty. Zmianę tę badacze przypisują między innymi „rosnącemu znaczeniu mediów obecnych w naszym codziennym życiu”: „Przy tak dużej ilości czasu spędzanego na interakcji z innymi online, a nie w rzeczywistości, dynamika interpersonalna, taka jak empatia, musi z pewnością podlegać zmianom”.
Takie wyjaśnienie potwierdza studium zamieszczone w magazynie „Cyberpsychology”. Zauważa się w nim, że poprzez kontakt online i wysyłanie wiadomości tekstowych powstają niewielkie związki pomiędzy ludźmi, pomimo starań, by „ocieplić” konwersacje przy pomocy wielkich liter, emotikonów i znaczków imitujących śmiech. Podobnie twierdzi psycholog kognitywny z Uniwersytetu Stanforda Clifford Nass, który uznał, że nasilone użytkowanie tego rodzaju mediów wpływa na „negatywne samopoczucie społeczne”.
Co najbardziej przerażające, ta udzielona z aklamacją zgoda na uznanie prymatu cyfrowej relacji nad zwykłą rozmową międzyludzką tworzy negatywną pętlę zwrotną. Im bardziej przyzwyczajamy się do zdystansowanych i kontrolowalnych interakcji międzyludzkich, tym bardziej prawdziwa rozmowa z innym człowiekiem wydaje się nam nieprzyjemnie spontaniczna i niewygodna, a zatem uznajemy, że należy jej unikać. Według socjolożki Sherry Turkle „prawdziwi ludzie, z ich nieprzewidywalnymi zachowaniami, mogą się wydawać trudni do przełknięcia po tym, jak spędziliśmy mnóstwo czasu w symulowanym świecie”.
Wiele badań potwierdziło także, iż media społecznościowe wzmacniają rosnące poczucie izolacji społecznej. Już w 1998 r. grupa badawcza z Carnegie Mellon ukuła termin „paradoks internetu”, który polega na tym, że im więcej kontaktów online, tym silniejsze poczucie rosnącej samotności. W erze Facebooka i Twittera ten problem stał się tylko wyraźniejszy, chociaż badacze i komentatorzy wahają się powiedzieć, że te platformy powodują samotność. Facebook w mniejszym stopniu przyczynia się do atomizacji, w większym za to jest wspaniałym uzupełnieniem i wzmacniaczem dla rosnącej skali samotności w społeczeństwie.
Czując się samotni, użytkownicy Facebooka w naturalny sposób dążą do otrzymania jakiegokolwiek uznania, którym mogą zostać obdarzeni. Jedno z australijskich badań ujmuje to bez owijania w bawełnę: „Użytkownicy Facebooka mają wyższy poziom narcyzmu, ekshibicjonizmu i cech przywódczych niż osoby, które go nie używają. Właściwie można uznać, że Facebook wynagradza szczególnie potrzebę zaangażowania się w autopromocję i powierzchowne zachowania, którą odczuwają jednostki narcystyczne”.
Paradoksalnie jednak to, że media społecznościowe wzmocniły zachowania samotnicze, nie pozostawia nam wcale więcej czasu na faktyczne bycie samemu: pozwalają nam one upewnić się, że nie pozostanie nam zbyt wiele czasu na siedzenie i pogrążanie się w przedłużającej się refleksji nad sobą. To z kolei znaczy, że nie nakłania się nas do tolerowania nudy (i negocjowania prawa do jej odczuwania), a nuda jest przecież uważana za kluczowy czynnik rozwoju. Oddajmy jeszcze raz głos Turkle, która elokwentnie wyjaśnia ten problem: „pozbawieni samotności, podłączeni do sieci dniem i nocą, doświadczamy »momentów spełnienia«, ale całościowo nasze życie na tym traci”.
Wziąwszy to wszystko pod uwagę musimy przyznać, że dziwne wydaje się twierdzenie Malmgrena, iż „użytkownicy takich platform stanowią idealny podmiot polityczny dla demokratycznego modelu rządzenia”. W jaki niby sposób to, że ludzie z powodu użytkowania tych właśnie platform przywykli do braku namysłu nad sobą, braku empatii i zwyczajnej międzyludzkiej pogawędki, ma wpłynąć na powstanie „idealnego podmiotu politycznego dla demokratycznego modelu rządzenia”? Rządy demokratyczne wymagają funkcjonowania instytucji, które przyzwyczają ludzi do demokratycznego namysłu i takiegoż modelu podejmowania decyzji, czyli procesu wymagającego „ciężkich rozmów”, do których zachęca Jane McAlevey. Czy naprawdę w tym opisie możemy rozpoznać Twittera?
Swędzi i drapie jednocześnie
Ostatnio ukuto nowy termin na określenie nadmiernego korzystania z internetu – uzależnienie behawioralne. Cyfrowi giganci od dawna używają go, by wyrazić to, co jest ich wymarzonym celem.
Uzależnienie behawioralne jest bardzo podobne do uzależnienia od różnych substancji – według Adama Altera „substancje psychoaktywne pobudzają te same części mózgu, a uzależnienie się od nich jest napędzane przez część tych samych podstawowych potrzeb: zaangażowania społecznego, wsparcia, mentalnej stymulacji i poczucia skuteczności działania”. Jednak uzależnienie behawioralne nie jest stygmatyzowane w takim stopniu jak uzależnienie od substancji. To tutaj leży niebezpieczeństwo: posiadamy kategorię marginalizacji społecznej dla ludzi uzależnionych np. od heroiny, i nie potrafimy nawet pomyśleć, że wszyscy, jako uzależnieni od internetu, należymy do pewnego stopnia do tej samej grupy „marginesu”.
Firmy produkujące technologie nie mają takich zastrzeżeń. W świadomy i aktywny sposób projektują swój produkt tak, by stał się „godnym popadnięcia w uzależnienie na jego tle” obiektem obsesji. I tak jak zawsze w świecie neoliberalizmu – zachęca się nas, byśmy brali indywidualną odpowiedzialność za własne nałogi. Ale, jak mówi „etyk-projektant” i dezerter z Silicon Valley, Tristan Harris, „nie bierze się pod uwagę, że po drugiej stronie ekranu znajdują się tysiące ludzi, których praca polega na tym, byśmy uciekali od wszelkiej odpowiedzialności i trzeźwości, jaką potrafilibyśmy zachować”.
Prawdopodobnie nie ma lepszego sygnału, że te platformy w niebezpieczny sposób uzależniają, niż to, że bogaci nie pozwalają swoim dzieciom ich używać. Tacy guru technologii, jak Steve Jobs i Chris Anderson restrykcyjnie ograniczyli swojemu potomstwu czas spędzany w sieci, i choć publiczne szkoły są zarzucane iPadami, które mają za zadanie stworzyć „środowisko przyjazne nauczaniu hybrydowemu” – technologiczne rozwiązanie braków w kadrze nauczycielskiej – to inżynierowie z Silicon Valley chętnie wysyłają dzieci do prywatnych szkół waldorfskich, gdzie zabronione jest używanie gadżetów elektronicznych. Jak wyjaśnia Alter, ludzie ci kierują się znaną dilerom narkotyków zasadą: „Nigdy nie uzależniaj się od własnego towaru”.
Zatem brak empatii, namysłu nad sobą i autentycznego uspołecznienia, charakterystyczne dla osób nadmiernie używających tego rodzaju mediów, mogą być rozumiane jako symptomy swoistego uzależnienia, choroby, której istnienia bogaci są świadomi, a przy tym dostatecznie dobrze sytuowani, by „zaszczepić” przeciw niej swoje dzieci, lecz jednocześnie wystarczająco niedbali, by zarażać nią wszystkich innych.
Należy jednak uzupełnić tę wizję o perspektywę społeczną. Platformy mediów społecznościowych nie tylko tworzą i wzmacniają brak związków międzyludzkich, lecz także, podobnie jak wszelkie narkotyki, obiecują, że zaradzą brakowi związków międzyludzkich i bezduszności społeczeństwa kapitalistycznego.
Jak wyjaśnia Wolfgang Streeck: Przy braku instytucji wspólnych, struktury społeczne muszą być opracowywane indywidualnie i oddolnie. Życie społeczne tworzą jednostki, które budują sieci prywatnych powiązań pomiędzy sobą – na tyle dobrze, na ile umieją, biorąc pod uwagę środki, jakie mają pod ręką. Tworzenie relacji opartych na ludziach i ich powiązaniach owocuje powstaniem pobocznych struktur społecznych, które są dobrowolne i wchodzi się w nie na zasadzie umowy, co czyni je elastycznymi, ale i łatwo psującymi się, a zatem wymagającymi ciągłego „sieciowania”, by utrzymać je w kupie i dostosowywać je wciąż od nowa do zmieniających się okoliczności. Idealnym narzędziem do tego są „nowe media społecznościowe”, produkujące struktury społeczne dla jednostek, zastępujące obowiązkowe formy relacji społecznych dobrowolnymi, a społeczności obywateli – sieciami użytkowników.
Wady mediów społecznościowych nie są zatem ich jednym problemem – mają one także stanowić „rozwiązania” specyficznych historycznie i o wiele istotniejszych problemów społecznych. W sytuacji braku uniwersalnych programów społecznych i tradycyjnych więzi, „życie społeczne w epoce entropii jest z konieczności indywidualistyczne”, a media społecznościowe to idealna struktura, w której ta całkowicie antyspołeczna orientacja może się rozgościć. Łagodzą one izolację i bezduszność, które są charakterystyczne dla społeczeństwa kapitalistycznego, a jednocześnie przyczyniają się do tej izolacji i bezduszności. To tak jak ze swędzeniem i drapaniem – to drugie zapewnia formę ulgi, która ostatecznie tylko pogarsza problem.
Zagrożenie jest blisko
Przekonanie kogoś, że używanie mediów społecznościowych niesie ze sobą rozmaite zagrożenia, nie zajmuje wiele czasu, ale są one zamiatane pod dywan, jako efekty uboczne trendu, który ogólnie jest pozytywny. „Tak, ludzie wypisują głupstwa na Twitterze, tak, być może spędzamy zbyt wiele czasu wysyłając sobie wiadomości, zamiast rozmawiać twarzą w twarz. Ale media społecznościowe sprawiają także, iż jesteśmy dobrze poinformowani i połączeni w sposób, który jest absolutnie nowatorski”. Nawet najbardziej kąśliwi krytycy uważają, by powstrzymać się od ich bezpośredniego potępienia – „tak, oczywiście, w tych mediach są także dobre rzeczy”.
Według Malmgrena „depresja, niepokój, napędzanie nienawiści, strach i teorie konspiracyjne to wszystko akceptowalne (dla platform społecznościowych) rezultaty – tak długo, jak uczucia te są wyrażane, świadomie lub nie, i służą wzrostowi i rozwojowi tych platform”. Choć z pewnością jest to prawdą, sugeruje on na podstawie tego faktu, że wystarczy pozbawić te platformy motywu finansowego i sprawować nad nimi demokratyczną kontrolę, by zapanować nad problemami, które wymienia.
Ale idąca w przeciwną stronę konkluzja jest dwojaka: po pierwsze, bycie przyklejonym do ekranu w celu angażowania się w interakcje „społeczne” jest samo w sobie niepokojące, bez względu na to, czy odbywa się ono w imię zysku, czy czegoś innego; a po drugie, fenomen ten jest bezpośrednim objawem naszej alienacji w kapitalizmie. Innymi słowy – pomnażanie zysku to nie jest jedyny sposób, w jaki media społecznościowe służą kapitalizmowi.
Co więcej, dla lewicy stanowią one nadchodzące zagrożenie: przyciągają ludzi, którzy są naturalnym gruntem dla polityki socjalistycznej, po czym zmieniają ich w bezmyślnych narcyzów ogłaszających pseudopolityczne oświadczenia, napotykających na negatywną pętlę zwrotną, która oddala ich jeszcze bardziej od codziennej ludzkiej rzeczywistości.
Twitter nie jest zatem tylko środkiem do wyrażania siebie dla „patologii psychicznych”, jak to ujął Mark Fisher w „Wyjściu z Zamku Wampirów”. Jest on samym Zamkiem Wampirów, ponieważ wykonuje robotę kapitalizmu, coraz bardziej atomizując ludzi i oddalając ich od możliwości odbycia rozmowy, która skutkowałaby prawdziwym politycznym zaangażowaniem. Im szybciej zdamy sobie sprawę z tego, że te media tak działają, tym szybciej zabierzemy się do pracy, by je rozbroić.
Benjamin Y. Fong
Tłum. Magdalena Okraska
Tekst pierwotnie ukazał się na stronie internetowej magazynu „Jacobin” w listopadzie 2018 r.
przez Monika Kostera | poniedziałek 8 kwietnia 2019 | opinie
Mój kolega z Brytanii spostował na facebooku w czerwcu 2018 roku bardzo krótką notkę z BBC informującą o śmierci swojego kolegi z pracy. Został wówczas pouczony przez dział kadr i komunikacji uniwersytetu, że musi dokleić dopisek, który cytuję w całości: „Uniwersytet w Cardiff jest publiczny, a posty na facebooku nie różnią się od wydarzeń telewizyjnych. Proszę nie publikować komentarzy, które mogą zaszkodzić marce uniwersytetu”. Wydarzenie, które mogło zaszkodzić marce, zostało potem wielokrotnie opisane w mediach, nie przynoszę więc koledze zagrożenia relacjonując je tu. W ogromnym skrócie: człowiek odebrał sobie życie. Był oddanym pracownikiem naukowo-dydaktycznym, dbał o swoją pracę, starał się ją wykonać jak najlepiej. To jest dla mnie bardzo ważne – mój dziadek, wykwalifikowany szlifierz, zawsze mówił: jak masz robić byle jak, to nie rób wcale; te słowa o zmarłym dobrym pracowniku, dr. Malcolmie Andersonie, cytuję jako szczególną oznakę honoru, niech spoczywa w spokoju. Miał 48 lat i pracował na wydziale zarządzania. Ostatnie lata spędził pracując w dzień i w nocy, zabierał ze sobą prace studenckie do sprawdzenia, gdy odwiedzał rodzinę, w weekendy wykonywał obowiązki administracyjne, odpowiadał na służbowe e-maile do późnego wieczora.
Jego obciążenie pracą przypomina to, jakie przygniata inne znajome osoby pracujące w neoliberalnej akademii. Jednak, na swoje nieszczęście, dr Anderson starał się wszystko robić tak dobrze, jak umiał. Nie potrafił sobie odpuścić, zostawić, darować sobie. Był coraz bardziej zmęczony, coraz bardziej zestresowany. Tego ostatniego dnia dr Anderson przyszedł do pracy o 6.36 rano, napisał dwa krótkie listy, jeden z pożegnaniem do rodziny, którą kochał, drugi o tym, że jego obciążenie pracą okazuje się być ponad jego siły. W swym typowym w nowych czasach szklanym biurze, w pełni transparentnym budynku, jednym z tych, które dumnie lśnią firmując markę uczelni, zamiast przez szklane drzwi wyszedł szklanym oknem. Spadł na ziemię, krusząc po drodze szklany sufit.
Jakaż to marka jest tak ważna, że trzeba w jej imieniu wstrzymać się od komentowania tej śmierci? Czy jesteśmy w stanie o tym pomyśleć? Jeśli nam się to uda, możemy i my przebić, lecąc wyobraźnią w dół, ku Ziemi i otrzeźwieniu – nie śmierci – pewien sufit pojęciowej niemożliwości, który ogranicza nasze rozumienie obecnej, śmiertelnej fazy kapitalizmu.
Uczymy się bowiem wszyscy o marce jako o czymś solidnym, dobrym, ugruntowanym w długiej i sumiennej pracy, polegającej na rygorystycznym trzymaniu się standardów, troskliwej i stałej dbałości o jakość, zdobywaniu i budowaniu zaufania klientów. To klasyczna wizja strategii marki, znana między innymi z typologii Michaela Portera, która jest podstawą wiedzy z zarządzania, ba, sama jej uczę. Według tej teorii, pochodzącej z lat 80., strategia marki polega na wyróżnianiu się przez organizację w oczach klientów i żądanie za swój produkt lub usługę wyższej ceny. Wymaga to nieustannej koncentracji na wysokiej jakości, m.in. poprzez odpowiedni dobór pracowników i kierowanie nimi w taki sposób, by podnosili stale swoje kwalifikacje i byli autentycznie oddani wysokojakościowej pracy. Takiej, jaką wykonywał dr Anderson.
Mówimy studentom o tym, że markę bardzo ciężko jest wypracować – to dziesięciolecia starań i ciągłej poprawy, ale bardzo łatwo stracić, bo wystarczy chwila braku dbałości, drobne niechlujstwo, małe oszustwo, które zostanie ujawnione – a na konkurencyjnym rynku na pewno zostanie. I to jest mniej więcej to, co przeciętny wykształcony Polak wie na temat marki. Nie wie, a raczej nie rozmyśla na ogół nad tym, że jest to jedna z godnych i sensownych teorii pochodzących z ubiegłego stulecia, gdy zarządzanie też bywało godne i sensowne, a firmom i ludziom żyło się dostanie, często ramię w ramię – co można przyznać niezależnie od tego, czy się lubi kapitalizm, czy nie. Kapitalizm miał swoje jasne chwile i ta teoria opisuje jedną z nich. Marka to zaufanie, zaufanie to ludzie, o ludzi trzeba dbać, bo bez nich nie ma jakości, a bez jakości – równia pochyła do świata bubla, barbarzyństwa i bezmyślności…
No właśnie, tu zaczyna się problem z tym, co widzimy, patrząc w dół na ten fundament naszej wiedzy. Nadmierny blask podłoża powinien nam podpowiedzieć, że to, co widać, nie jest Ziemią, że straciliśmy z nią kontakt. To błyszcząca powierzchnia jakiegoś szklanego sufitu tam w dole ukazuje nam obraz, dzięki któremu możemy sobie dalej bujać w obłokach w naszej ekonomicznej fantazji, zamiast odszukać otrzeźwiającego widoku rzeczywistości takiej, jaka ma miejsce obecnie na naszej planecie. Porter opisuje dobre dekady oświeconego kapitalizmu, gdy „wschodnie zagrożenie” wymuszało w zarządzających szacunek dla postulatów związków zawodowych, gdy liczono się z głosem pracowników, bo istniała alternatywa, której większość mieszkańców Zachodu się bała, ale która jednak skłaniała do respektu wobec dążeń klasy pracowniczej. Socjaldemokratyczne państwo była w stanie zapanować nad korporacjami i obiecywało każdemu coś dobrego. Instytucje i struktury funkcjonowały sprawnie i były dobrze dostosowane do warunków gospodarczych i politycznych, więc obietnice można było spełnić – i wiele krajów Zachodu faktycznie je spełniało.
Tak było wtedy. Potem przyszła rewolucja Margaret Thatcher i Ronalda Reagana, deregulacja, prywatyzacja i menedżeryzacja życia gospodarczego i społecznego, padły mury między Wschodem a Zachodem i ogłoszono koniec historii. Nikt już nie starał się równoważyć interesów, bo już „nie istniała alternatywa”, zapanował monoświat, którego czystość w nowszej historii marzyła się bodajże tylko Stalinowi. Przyszły czasy nieokiełznanych podbojów i procesów konsolidacyjnych, które sprawiają, że wszelkie majaczenie o wolnej konkurencji brzmi obecnie równie żenująco jak przywoływanie ideałów socjalistycznej równości za czasów Andropowa. Przyszła finansjalizacja i przeorientowanie zarządzania z dbałości o długotrwały interes organizacji na chwilowy interes funduszy inwestycyjnych. Markę opisuje dziś nie model Portera, lecz „No Logo” kanadyjskiej aktywistki i autorki Naomi Klein.
Według niej, marka obecnie nie jest gwarantem, symbolem jakości zawartej i tworzonej gdzie indziej – wewnątrz organizacji, czy nawet oferowanej w postaci produktu lub usługi, lecz bytem samym w sobie, wartościowanym finansowo na własnych prawach, w oderwaniu od tych procesów i rzeczywistości, których wyrazem była w poprzednim stuleciu. Tworzy ją funkcja marketingu i „komunikacji” (PR), posługując się twarzami (i innymi, finansowo wartościowymi, częściami ciała) celebrytów, wiecznie wyszczerzoną bielą zębów w wizerunkach reklamowych, przekazami głównonurtowych mediów i szkół biznesu, wreszcie samych konsumentów, którzy są tak zsocjalizowani w kulcie marek, że jest dla nich równie naturalny, jak funkcje fizjologiczne organizmu.
Marka odkleiła cię całkiem od organizacji – można ją sprzedać, podzielić, przejąć itd., itp., niezależnie od przypisanej doń organizacji wraz z całą jej technologią, tradycją czy personelem. Marka ma znaczenie sama w sobie, jest bytem bardziej realnym niż usługa, produkt czy organizacja, którą miałaby wyrażać. W trakcie zebrania strategicznego poświęconego kształtowaniu jakości na Uniwersytecie w Durham, gdzie niedawno pracowałam, wszyscy, bez absolutnie żadnej skłonności do kwestionowania tego, dyskutowali przez kilka bitych godzin wyłącznie o tym, jak na tle innych internetowych wizerunków wypadają internetowe obrazki ich uczelni. Głos proponujący inne kwestie do dyskusji został zignorowany, ale nie tak, jak ignoruje się coś bez sensu czy nie na temat, ale tak, jak nie zwraca się uwagi na coś, co nie istnieje. Brand jest wszystkim, wszystko jest brandem. Na kreowanie tegoż poświęca się gigantyczne sumy, o których, rzecz jasna, nie ma mowy, jeśli chodzi o takie sprawy, jak warunki zatrudnienia i pracy czy nawet stara poczciwa uczciwość kupiecka. Inwestowane są gigantyczne sumy w działania wspierające taki oderwany od jakiejkolwiek treści branding, powstał potężny biznes rankingów, z misterną i drogocenną mechaniką i logiką utrzymania na każdym poziomie, gdzie chleb idzie do działów marketingu, a igrzyska rozgrywane są stale między symbolami różnych marek, staczających drogocenne potyczki na symbolicznych arenach rozkwitających specjalistycznych korporacji lub na łamach właściwych mediów.
Żadnej liczącej się korporacji nie obchodzi już, w jakich warunkach i przez kogo wykonywana jest praca. Żadnej korporacji nie stać na godne płacenie pracownikom. Żadna korporacja nie może sobie pozwolić na zapewnianie dobrych warunków pracy. Nie jest istotne, by zatrzymać przy sobie pracowników, a gdy mówi się o „zatrzymaniu kompetencji”, ma się na myśli własność w sensie prawa autorskiego. Tak pojętej marce służą parametry do jej pomiaru i perfekcjonowania, to ją ma się na myśli wypowiadając z dreszczem magiczne słowo „doskonałość”, to w nią inwestuje się wszelkie wartości, ba, to ona jest wartością, sama w sobie, samą dla siebie.
Wartością większą niż życie dobrego pracownika doktora Malcolma Andersona. Niż życie każdej i każdego z nas. Spójrzmy w dół, poprzez ten szklany sufit pod naszymi stopami, popatrzmy długo i dobrze, a ujrzymy to, co ukrywają błyszczące fasady. Grunt, gleba, proch – stamtąd przychodzimy wszyscy, tam zmierzamy. Między tam a teraz jeszcze dla nas, choć nie dla niego, tymczasem – przestrzeń do życia, do miłości, do kłótni, buntu, wiary, pracy… i pamięci. Pamiętajmy o Malcolmie Andersonie, naszym koledze i współprzechodniu w tych przedziwnych, strasznych i błyszczących czasach. On wiedział to, co i my wszyscy wiedzieć powinniśmy i zapłacił za to cenę, która naprawdę jest najwyższa. Przez szacunek dla niego i dla samych siebie znajmy ją i znajmy wartość, która za nią się kryje.
prof. Monika Kostera
przez Christophe Degryse | środa 3 kwietnia 2019 | opinie
Rok 2049: trzy scenariusze dla związków zawodowych
Zmiany klimatu i cyfryzacja kształtować będą oblicze XXI wieku – nie należy jednak lekceważyć zdolności społeczeństwa do współkształtowania swojej przyszłości. To, w jaki sposób ruchy społeczne, takie jak związki zawodowe, federacje biznesowe czy partie polityczne dostosują się do tych trendów, odegra kluczową rolę w tworzeniu modelu społecznego dominującego w połowie wieku.
Myślenie o świecie roku 2049 oznacza wyobrażanie sobie kształtu społeczeństwa, na którego wpływ już dziś mają dwa długofalowe trendy – zmiany klimatu oraz transformacja gospodarki w kierunku cyfrowym, określana przez niektórych mianem czwartej rewolucji przemysłowej. Na pierwszy rzut oka trendy te wydają się od siebie niezależne. Ten pierwszy przychodzi do nas z zewnątrz w formie ograniczeń narzucanych przez naturę. Ten drugi to zmiany wewnątrz systemu, spowodowane przemianami w procesach produkcyjnych. Wydaje się zatem, że z jednej strony powinniśmy poszukiwać rozwiązań prowadzących do redukcji emisji dwutlenku węgla, z drugiej zaś takich, które niwelować będą negatywne skutki społeczne cyfryzującej się gospodarki. Wyzwania te często postrzegane są jako wymagające rozwiązań w tym samym czasie, jednak rzadko łączy się je w jedną, spójną opowieść o zmianach.
Oba te wyzwania mają jednak wspólne źródło – uprzemysłowienie, będące przyczyną zmian klimatu oraz bodźcem kolejnych „rewolucji” w procesach produkcji. W obu przypadkach wystarczy zatem znaleźć odpowiedź na jedno pytanie, a mianowicie to, jak przekształcić modele produkcji tak, by tworzyły bogactwo (pytanie – ile i jak definiowane?) bez niszczenia środowiska oraz z zachowaniem spójności społecznej. Po 200 latach ciągłego wzrostu i rozwoju widać, że do tej pory model nigdy nie był zdolny do działania bez wykorzystywania olbrzymiej ilości zasobów naturalnych oraz tworzenia równie imponujących ilości odpadów. Rzut oka na rok 2049 wymaga od nas zastanowienia się nad przyszłym kształtem modelu przemysłowego, włączając w to kwestie produkcji żywności oraz handlu międzynarodowego.
Pierwszy scenariusz można określić mianem zależności od szlaku. W tej wizji odbijać się będzie suma podjętych w przeszłości decyzji, związanych m.in. z niskimi ambicjami w zakresie ochrony klimatu, konfliktami dyplomatycznymi, istotną rolą lobby przemysłowego, poszerzaniem się skali nierówności i polaryzacji społecznej. W efekcie w roku 2049 jesteśmy świadkami utrzymywania się w globalnej skali dzisiejszych modeli produkcyjnych w związku ze słabością ośrodków politycznych oraz ich niezdolnością do ograniczenia negatywnych kosztów zewnętrznych generowanych przez biznes zysków – być może poza najbardziej skrajnymi przypadkami. W rezultacie obserwujemy powolne osuwanie się naszej planety w odmęty społeczno-klimatycznego chaosu, od którego wolna pozostaje jedynie nieliczna garstka ludzkości. Coraz bardziej autorytarne rządy stawiać będą na konkurowanie ze sobą oraz na podtrzymywanie status quo dla swoich wąsko pojmowanych korzyści. Scenariusz ten wygląda na zupełnie irracjonalny, ale na rzecz jego urzeczywistnienia, niczym w zaproponowanej przez Chrisophera Clarka metaforze dotyczącej I wojny światowej, pracuje niejeden „lunatyk”. Należą do nich przedstawiciele krótkowzrocznych elit politycznych, różnego rodzaju lobby, sprzyjające biznesowi rządy, gotowe płacić dowolną cenę za nawet drobne wzmocnienie wzrostu gospodarczego, liczący na olbrzymie zwroty inwestorzy oraz udziałowcy marzący o wysokich pensjach, premiach i dywidendach. W najlepszym wypadku ich zachowanie nazwać można nierozważnym, w najgorszym – nadającym się do kryminału.
Drugi scenariusz to wizja, w której modele produkcyjne ulegają korekcie w celu zmierzenia się z wyzwaniem klimatycznym oraz zachowania spójności społecznej. W przypadku takiego obrotu spraw mamy do czynienia z czymś, co nie do końca trafnie określa się mianem „zielonego kapitalizmu” i co tak naprawdę powinniśmy nazwać społeczną eko-industrializacją. To opcja, w której modele produkcji generują zyski dla udziałowców, ale zarazem realizowane są z poszanowaniem dla środowiska i wspierają realizację zasad sprawiedliwości społecznej. W roku 2020 będziemy już być może na progu realizacji tego scenariusza dzięki naszej wiedzy o zrównoważonej produkcji, energetyce odnawialnej, recyklingu czy gospodarce o obiegu zamkniętym. Pomimo istnienia niemal powszechnego przekonania co do słuszności pójścia w takim kierunku jego realizacja wydaje się mało prawdopodobna, jako że aktualny model ekonomiczny musi dopiero udowodnić, iż potrafi pogodzić ze sobą zysk, środowisko i jakość życia – do tej pory w przypadku konfliktu między tymi trzema wartościami niemal zawsze wygrywała ta pierwsza. Ani rozwój energetyki wiatrowej i słonecznej, ani wizje zrównoważonego rozwoju i ekonomii cyrkularnej nie były w stanie doprowadzić do redukcji globalnych emisji gazów cieplarnianych, które wciąż rosną wraz ze wzrostem PKB. Jedyne momenty, w których do takich redukcji dochodziło, to okresy recesji. Od roku 2000 mieliśmy tylko dwie tego typu chwile. Fakt ten uzasadnia sceptycyzm wobec realności tego scenariusza.
Trzecia opcja oznacza rozpad dotychczasowego modelu. Jego przyczyną może być nieoczekiwany, olbrzymi kryzys gospodarczy i zmiany związane z wyczerpaniem się źródeł inwestycji, światowy kryzys energetyczny w postaci wzrostu cen ropy do poziomu drastycznie podnoszącego koszty obsługi maszyn czy transportu dóbr, ale także przedłużające się niepokoje społeczne i polityczne. Bylibyśmy świadkami końca modelu, wobec którego już dziś widzimy pewne alternatywy – opcje, które po roku 2020 mogłyby ulec gwałtownemu rozwojowi, takie jak ożywienie spółdzielczości, postawienie na dobra wspólne, demokrację energetyczną, lokalne waluty czy otwarte modele niehierarchicznej współpracy typu peer-to-peer, zastępujące rozwijające się od początku XXI wieku technologiczne oligopole.
Jak, w obliczu tak zarysowanych scenariuszy przyszłości, wyglądać ma przyszłość związków zawodowych w roku 2049? Aby móc odpowiedzieć na to pytanie musimy raz jeszcze spojrzeć na model produkcji, który przyczynił się do ich powstania. Ich przyszłość w dużej mierze zależy od jego dalszych losów. Związki zawodowe stoją zatem w obliczu szeregu możliwości.
Pierwszym – i najbardziej posępnym z ich punktu widzenia – scenariuszem byłby ich zanik. W coraz bardziej rozwarstwionym społeczeństwie ich wiarygodność jako reprezentantów świata pracy mogłaby ulec załamaniu w wyniku zmiany dominującego oblicza zatrudnienia w stronę rosnącej prekarności. Związkom grozić może również stawanie się biernymi wspólnikami destrukcyjnego modelu, który do dalszego rozwoju wymagać będzie wsparcia coraz bardziej autorytarnych rządów.
W drugiej wizji ich rola – paradoksalnie – może ulec wzmocnieniu w związku z potrzebą zachowania spokoju społecznego i znalezienia odpowiedzi na niepokoje związane zarówno z „końcem miesiąca” oraz „końcem świata” – lękami, z którymi związane były protesty francuskich „żółtych kamizelek”. Scenariusz ten oznacza budowanie nowych sojuszy i pozostanie niezwykle ambitny, jako że wymagać będzie połączenia kwestii społecznych (pracy i jej warunków, siły nabywczej czy spójności terytorialnej), klimatycznych (ograniczania emisji gazów cieplarnianych, działań adaptacyjnych, minimalizowania skutków gwałtownych zjawisk pogodowych) oraz przemysłowych (transformacji modeli produkcji, zmniejszania zużycia zasobów naturalnych, ograniczania potrzeby transportu, zwiększania poziomów recyklingu i ograniczania konsumpcji). Czy to możliwe? Czy nasze wzorce produkcji mogą zacząć uwzględniać społeczne i środowiskowe ograniczenia w ich rozwoju? Teoretycznie tak – nie ma tu bowiem żadnych ograniczeń strukturalnych. Największym wyzwaniem w tym scenariuszu jest jednak przekonanie do niego globalnych elit gospodarczych, finansowych i politycznych. Zmiany te oznaczają dla nich konieczność istotnego skoku myślowego. Jego sukces wymaga powstania potężnego sojuszu graczy społecznych i ekonomicznych, obrońców środowiska oraz obywateli, zdolnych do wytyczenia kursu i wykorzystania drzemiącej w nich siły. Porażka w walce o realizację tego scenariusza oznaczać będzie ziszczenie się pierwszej, opisanej przed chwilą alternatywy.
W przypadku opcji trzeciej – załamania się dotychczasowego modelu gospodarczego – związki bądź to zastąpione zostaną przez nowe, bardziej elastyczne i przygodne formy organizacyjne (np. grupy obywatelskie), bądź też będą zdolne do przystosowania swych struktur do bardziej lokalnego, partycypacyjnego, kolektywnego działania. Tworzenie nowych sojuszy pozwoli im na odgrywanie większej niż do tej pory roli w nowych obszarach, takich jak jakość życia, zdrowie, nowe formy zabezpieczeń społecznych mieszkalnictwo czy szkolenia zawodowe. Świat ten byłby bliski ideałom spółdzielczości. Produkcja uległaby reorganizacji w oparciu o model demokratycznych dóbr wspólnych – otwartych systemów, dzielenia się zasobami oraz zarządzania nimi przez lokalną społeczność wytyczającą reguły. W modelu tym nie byłoby już dominacji wielkich, ponadnarodowych korporacji i ich lokalnych oddziałów – dominowałoby mniejsze inicjatywy, sieciujące się ze sobą niczym baskijska grupa Mondragon.
Wspomniane trzy opcje pokrywają się z zestawem możliwości opracowanym przez ekonomistę Alberta Hirschmanna – wyborem między lojalnością, zabraniem głosu oraz rezygnacją. Lojalność związków zawodowych wobec coraz bardziej zawodzącego modelu gospodarczego może oznaczać ich skorumpowanie i klęskę. Szeroki, pełen nowych sił, głośno deklarujący swoje postulaty ruch może kierować i przyspieszać zwrot w stronę nowego, eko-przemysłowego modelu gospodarczego z silnym komponentem społecznym. Rezygnacja z podtrzymywania status quo oznaczałaby ostateczne zerwanie powiązań między uprzemysłowieniem a uzwiązkowieniem, zmieniając – lub zastępując – ruch pracowniczy innymi formami zbiorowej współpracy w nowym, wymagającym dopiero wymyślenia postindustrialnym modelu ekonomicznym.
Christophe Degryse
Tłumaczenie Bartłomiej Kozek
Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w piśmie „Green European Journal”. Dziękujemy redakcji za zgodę na przedruk. W przedruku pominięto przypisy.
Zdjęcie w nagłówku tekstu: Greater Boston CLC’s Futures Committee