Magdalena Okraska: Najtrudniejszy zawód na świecie

Magdalena Okraska: Najtrudniejszy zawód na świecie

To jest książka, którą już dawno ktoś powinien napisać. Nie reportaż z „prawdziwego życia oddziału”, nie raport naukowy z przypisami na temat warunków pracy w służbie zdrowia. To prawdziwa historia zawodu pielęgniarskiego, widzianego oczami kobiety, która była, jest i zamierza pozostać pielęgniarką. Ale nie jest to jednocześnie historia indywidualna. Nie dowiemy się, jakiej muzyki słucha Weronika Nawara, co lubi jeść i w którym roku skończyła studia. Nie wiemy tego, bo nie stawia się ona w roli głównej bohaterki swojej książki „W czepku urodzone”. Oddaje za to miejsce wszystkim pielęgniarkom i pielęgniarzom, z jakimi zetknęła się na swej drodze. Ta książka to niesłychanie konkretny wielogłos. Podczas lektury nietrudno o łzy.

Nawara podeszła do wielowątkowego tematu pracy pielęgniarskiej właściwie najszerzej, jak się dało. Opisuje edukację, pracę na różnego typu oddziałach, brak czasu wolnego, wołającą o pomstę do nieba kwestię niskich zarobków. Opowiada o kontaktach z lekarzami, rodzinami pacjentów i – czasem niełatwych – z samymi pacjentami. Nie pomija kwestii konfliktów między pielęgniarkami, mobbingu i emigracji za pracą do Niemiec czy Irlandii. Przytaczane przez nią historie oparte są na najwiarygodniejszym ze źródeł – na opowieściach samych osób wykonujących zawód pielęgniarki czy ratowniczki medycznej. To krótkie opowieści, czasem jedna strona książki, czasem nawet kilka zdań, bez tła, zaplecza, a nawet imienia osoby wypowiadającej się – dowiadujemy się tylko, od ilu lat pracuje ona i na jakim z grubsza oddziale, np. „pielęgniarka z trzydziestoletnim stażem na internie”. Dlaczego książka jest tak skonstruowana? Myślę, że to bardzo dobry zamysł, który pozwala zauważyć, jak bardzo problemy z zarobkami, pracą na wiele etatów i przemęczeniem są w tym środowisku powszechne.

Za pomocą takiego wielogłosu Nawara przechodzi przez wszystkie tematy, które dotyczą lub mogą dotyczyć jej pracy. Czasem przedstawia kilka spojrzeń na daną kwestię lub głosy wzajemnie się wykluczające, co tylko dodaje opowieści wiarygodności. Rozmawia też na temat pracy pielęgniarskiej z lekarzami, którzy niestety potwierdzają funkcjonujący w społeczeństwie stereotyp feudalnych stosunków w szpitalach. Przepytywany przez nią lekarz „oczywiście docenia ciężką pracę pielęgniarek”, ale, indagowany, nawet nie wie, ile lat trwają ich studia i czy mogą one robić specjalizację (tak, mogą).

O czym opowiadają bohaterki i bohaterowie książki? Narracja toczy się kilkoma torami, ale można wskazać główne dwa motywy – skandalicznie niskie płace, których konsekwencją jest wielozatrudnienie (praca w kilku miejscach, zazwyczaj trzech, to dla pielęgniarek właściwie chleb powszedni) i bardzo wysoki poziom przepracowania oraz odpowiedzialności – bohaterki opowiadają o czterdziestogodzinnych dyżurach bez snu, bo „nie wypada spać, bo ktoś będzie gadał”, o przemieszczaniu się z pracy do pracy, o nieudanych małżeństwach, problemach ze zdrowiem (zazwyczaj z kręgosłupem, od przewracania i podnoszenia chorych), nerwach i stresie, czy podało się dobry lek, nie pomyliło godziny, o niczym nie zapomniało. Bardzo wiele z nich podkreśla, że pielęgniarka i pielęgniarz muszą naprawdę dużo umieć, często właściwie tyle, co lekarz. Że nie tylko przynoszą baseny i zmieniają pościel. I każda z nich, jak i sama Nawara, rozprawia się z obiegowym mitem o piciu kawy w kantorku. Jeśli pielęgniarka siedzi, to dlatego, że nowoczesne metody zarządzania oddziałem wymagają od niej wprowadzania danych pacjenta nie tylko ręcznie do książki/zeszytu, ale także do komputera. Kawę pije zimną lub wcale. Często przez siedem godzin dyżuru nie ma czasu odpakować kanapki czy iść do toalety. Bohaterki Nawary dosadnie o tym opowiadają: „Twoja energia, twoja siła i twój głód też jest ważny w pracy. Nie można się poświęcić bez reszty, codziennie nie pić, nie jeść, bo pacjent, pacjent, pacjent. Zawsze jest coś do zrobienia”, „I to mówienie, że pielęgniarki śpią… Przez czterdzieści lat się z tym nie spotkałam. Robi się obchody co godzinę. Jak słyszę, że pacjenci opowiadają, jak pielęgniarki chrapią, to mnie szlag trafia. Zresztą o pielęgniarkach już słyszałam wszystko: że biorą łapówki, okradają pacjentów, wyrzucają z kroplówki do śmieci, nie podają leków”. Inna pielęgniarka opowiada: „Przysługuje mi niby pół godziny przerwy, ale to tylko teoria. Wychodzę z oddziału, jak muszę zanieść krew do badań, ale żeby iść do bufetu coś sobie zjeść – odpada. Muszę być na oddziale, bo u mnie najważniejszy jest pacjent, wiec lepiej, jak go nakarmimy, podamy mu leki. Wtedy siadam przy komputerze te leki odhaczyć i napisać raporty, i staram się zjeść. Ale to nigdy nie jest jedzone w spokoju, bo ciągle trzeba wstawać, odchodzić”.

Autorka nie poprzestaje na osobistych historiach i plotkach z oddziałów, lecz próbuje badać kwestię pracy w służbie zdrowia systemowo. Cytuje raport GUS, zgodnie z którym pielęgniarki znajdują się na liście najmniej zarabiających specjalistów, z pensją niecałe 3000 zł netto. Pisze o tym, że początkująca pielęgniarka zarabia od 1600 do 2500 zł netto. Wspomina o strajkach i zżyma się na tzw. zembalowe, podwyżkę wynegocjowaną przez środowisko pielęgniarskie w 2015 r. z ówczesnym ministrem zdrowia Marianem Zembalą. Zembalowe okazało się wielkim kłamstwem, o czym wspomina wiele rozmówczyń Nawary. Dodatek ten miał być wypłacany w transzach i docelowo w 2019 r. podwyżki miały dzięki niemu łącznie sięgnąć 1600 zł brutto w porównaniu do kwot z maja 2015 r., czyli sprzed rozpoczęcia negocjacji. Kwoty podwyżki 1600 zł brutto użyła zresztą „Gazeta Wyborcza” na swojej skandalicznej okładce z zeszłego tygodnia. Tylko że po dokładnym przeliczeniu ostateczna kwota ma wynosić ok. 700 zł na rękę, a szpitale wprowadzają ją w różnym tempie i używają różnych kruczków, by zembalowe ominąć, m.in. uznają, że część dodatków już uzyskiwanych przez daną pielęgniarkę może się do niego wliczać. Jedna z rozmówczyń opowiada, jak zadzwoniła do niej matka, która usłyszała z telewizji, że córka dostanie dodatkowo 1600 zł. Była pewna, że w takim razie przestanie pracować na kilka etatów. „Mamo, ja to w telewizji dostałam” – odpowiedziała zrezygnowana pielęgniarka.

Poruszające są tez fragmenty na temat niszczącego wpływu pracy na tyle etatów na codzienność rodzin. Pielęgniarka opowiada: „Czasem odreagowujemy stres na własnej rodzinie. Przychodzimy do domu, jesteśmy tak mocno nabuzowane od środka, że wystarczy jedna iskra do awantury […]. Najczęściej w ogóle się nie odzywam, burczę coś pod nosem albo się odcinam zupełnie. Siadam gdzieś i czytam. Coraz częściej tak robię, więc to źle wróży. Czasami słyszę »bardzo się zmieniłaś«. Stres powoduje, że człowiek się robi złośliwy, ciągle mu coś przeszkadza”. Inna nazywa to wprost: „Jeśli któraś mówi, że oddziela dom od pracy, to kłamie”. Pielęgniarka pracująca na dwóch etatach wspomina: „Kiedy ostatnio poszłam gdzieś zaraz po pracy? Nie przypominam sobie w ogóle, żebym ostatnio gdzieś była poza pracą! Po pracy to ja idę do domu. Raz byłam na pizzy z koleżankami, ale to było dawno”. „Dla dziecka to niedobre, widzieć mamę tak zmęczoną” – opowiada pielęgniarka ze stażem trzydziestu lat w zawodzie. – „Dziś córka jest dorosła i mówi: »To było bardzo złe i nie chcę tego pamiętać«”.

„W czepku urodzone” to bardzo smutna książka, na sporej próbie reprezentatywnej pokazująca, jak są traktowane i w jakich warunkach pracują osoby, bez których przecież nie można wyobrazić sobie sprawnie funkcjonującego społeczeństwa. Pielęgniarki mówią o potrzebie docenienia ich pracy nie tylko na płaszczyźnie finansowej, ale także godnościowej. Dużo tutaj gorzkich słów, ale wiele również ciepłych wspomnień na temat kontaktów z pacjentami i ich rodzinami. Mało o sztucznie pompowanym micie „powołania do zawodu”, wiele za to o poczuciu, że są odpowiedzialne za czyjeś życie, a pacjent jest najważniejszy i są na oddziale dla niego. Wiele o pokonywaniu własnego ciała, o leceniu z nóg, o liczeniu niemal przez sen, o przykrych słowach, które się usłyszało. Dominuje jednak ciepło – nie to objawiające się sztucznymi uśmiechami i słodkim głosem, ale wewnętrzne. Ciepło, którego konsekwencją jest siła, pozwalająca być na nogach dwadzieścia cztery godziny na dobę, zmieniać pampersy, smarować odleżyny, zmieniać opatrunki i asystować przy śmierci.

Spędziłam w życiu wiele czasu na oddziałach szpitalnych różnych specjalizacji. Pielęgniarki były różne, czasem uprzejme, czasem szorstkie. Zdarzało się, że ktoś wyrzucił mnie za drzwi gabinetu, gdy usiłowałam o coś zapytać, ale dwa lata temu położna bardzo przejęła się tym, że, pomimo bólu, nie dzwonię po pomoc, i sama prawie ze łzami w oczach dopytywała się: „Ale dlaczego pani płacze?”. Dominują w tym zawodzie na pewno osoby uprzejme, dobrze zorganizowane, a przy tym tytanki pracy. Zawsze podziwiałam wybór, którego dokonały. Szorstkość może zaś wynikać z przemęczenia, o czym mówią same rozmówczynie Weroniki Nawary – że pielęgniarka, która nieprzyjemnie odburknęła pacjentowi, też się tym potem całymi dniami „truje”, bo wie, że pozostawiła mu obraz służby zdrowia, którego nie chciała. A chce mu pozostawić obraz pozytywny, o czym sama autorka pisze we wstępie do książki: „Jesteśmy zazwyczaj pierwszymi osobami, z którymi masz kontakt, kiedy przychodzisz do placówki zdrowia. To my przyjmujemy do szpitala, izby przyjęć, przychodni. To my jesteśmy z tobą całe dnie i noce. Jesteśmy, kiedy ból nie pozwala ci zasnąć. Jesteśmy, kiedy tęsknisz za domem. Jesteśmy, kiedy czekasz na decydującą diagnozę, zabieg czy badania. Podajemy ci leki zlecone przez lekarzy. Słuchamy o dolegliwościach, staramy się żartować, rozmawiamy o pogodzie. […] To my biegniemy z zespołem reanimacyjnym. Jesteśmy z tobą, kiedy się rodzisz i kiedy umierasz”.

Warto przeczytać tę książkę. Co więcej – sądzę, że ktoś powinien napisać kolejne części, o innych zawodach, które bagatelizujemy, tzw. opartych na „powołaniu” (ale nie tylko o nich!). Zastanawiam się też, jak w ferworze kilku prac i w wirze dyżurów Nawara znalazła w ogóle czas na napisanie takiej książki. Tym bardziej ją podziwiam.

Magdalena Okraska

Weronika Nawara, W czepku urodzone. O niewidzialnych bohaterkach szpitalnych korytarzy, Wydawnictwo Otwarte, Kraków 2019.

Piotr Wójcik: Egalitarna polityka rodzinna

Piotr Wójcik: Egalitarna polityka rodzinna

Polska jest jednym z najbardziej familiarnych społeczeństw w Europie. Nieprzypadkowo politycy nie tylko prawicy wciąż mówią o polskich rodzinach, o ich dobru, szczęściu i tak dalej. To oczywiście jest często czysty PR, ale wynika on z tego, że Polacy są autentycznie przywiązani do życia rodzinnego w większym stopniu niż inne narody Europy. Przesadny familiaryzm bez wątpienia może mieć mnóstwo negatywnych konsekwencji (mniejsza solidarność ogólnospołeczna, większe poważanie „obowiązków wobec rodziny” niż przepisów prawa czy instytucji itd.), jednak umiarkowany familiaryzm, polegający na trwałym przywiązaniu się członków rodzin do siebie, zły sam w sobie bez wątpienia nie jest.

Polski „crude marriage rate”, czyli odsetek małżeństw rocznie na tysiąc mieszkańców kraju, wynosi 5,1 i jest jednym z wyższych w UE. Przeciętna dla strefy euro to 4,1, a w Holandii czy Hiszpanii jest niższy niż 4. Jeszcze bardziej charakterystycznie wypadamy pod względem rozwodów – „crude divorce rate” wynosi nad Wisłą zaledwie 1,7, co jest szóstym najniższym wynikiem w UE. Wiele krajów ma „divorce rate” wyższy od 2,5, a kilka nawet wyższy od 3. W gigantyczny wręcz sposób odstajemy już w przypadku dzieci rodzących się poza małżeństwem. Tylko co czwarte dziecko w Polsce rodzi się poza małżeństwem, tymczasem średnia unijna jest niemal dwa razy wyższa. We Francji czy Słowenii dzieci ze związków pozamałżeńskich stanowią aż 60 proc. noworodków, a wielu krajach UE odsetek ten przekracza 50 proc.

Socjal dla rodzin

W tak familiarnym społeczeństwie jak Polska, nierówności szans powstają przede wszystkim w rodzinie. Ironicznie cytując klasyka, od tego, jak celnie wybierzemy sobie rodzinę, zależy cała nasza przyszłość. Jeśli urodzimy się w rodzinie majętnej, z wysokim kapitałem kulturowym, to niski poziom polskiego wsparcia socjalnego (który i tak drastycznie się podniósł po wprowadzeniu „500+”) nie przeszkodzi nam specjalnie w osiągnięciu czegoś w życiu. Tym bardziej, że będziemy mogli wykorzystać jeszcze rodzinne znajomości, a koneksje to kolejny kluczowy czynnik życiowego powodzenia nad Wisłą. Jeśli zaś źle wybierzemy sobie rodzinę, możemy mieć nieźle przechlapane. Od urodzenia będziemy mieli pod górkę, nie skorzystamy z większości dobrodziejstw familiaryzmu, a z dobrodziejstw instytucji państwa socjalnego też nie, bo takie wciąż nad Wisłą nie powstało (choć w ostatnich latach powoli zaczyna się wykluwać).

Dlatego nie jest niczym dziwnym, że ostatnie rozwiązania socjalne wprowadzane przez PiS trafiają przede wszystkim do rodzin z dziećmi. Po prostu najłatwiej w ten sposób wesprzeć szerokie grupy społeczne, bo powiązania rodzinne są w Polsce niezwykle silne. Wyprowadzka z domu rodzinnego następuje bardzo późno, nie tylko z powodów ekonomicznych, choć oczywiście też dlatego, a bliskie relacje z rodziną utrzymywane są długo po usamodzielnieniu się. Przykładowe „500+”, które formalnie trafia tylko do dzieci, które nie ukończyły 18 lat, wspiera też pośrednio dzieci dorosłe. Dzięki nadwyżkom finansowym rodziny mogą na przykład bardziej dofinansowywać dorosłe dzieci studiujące w innym mieście. Wspieranie rodzin w Polsce „rozchodzi się” na szerokie masy społeczne w dużo większym stopniu, niż ma to miejsce w krajach mniej familiarnych.

Często twierdzi się, że PiS wprowadza rozwiązania socjalne dla rodzin, by zdobyć ich głosy w wyborach. Jest to jednak argument zupełnie idiotyczny – generalnie politycy w demokracji walczą o głosy wyborców, próbując wprowadzać rozwiązania poprawiające byt społeczeństwa. Nie ma w tym niczego dziwnego. To w autokracjach można wprowadzać rozwiązania bez oglądania się na głosy wyborców, a przecież przeciwnicy PiS to podobno obrońcy demokracji. Zresztą rozwiązania wprowadzane przez ugrupowania liberalne równie dobrze można tak oceniać – obniżają podatki dla przedsiębiorców, więc walczą o ich głosy. A tak dziwnie się składa, że akurat tak się nie mówi, przynajmniej w mediach głównego nurtu.

Matczyne emerytury

Najnowszym rozwiązaniem wprowadzonym przez PiS, który wzbudził wielkie kontrowersje po stronie liberalnej, jest „emerytura dla matek czterech dzieci”, co jest trochę zwodnicze, gdyż w pewnych sytuacjach przysługiwać będzie ona też ojcom. Powszechnie twierdzi się, że jest to wsparcie dla matek, które nigdy nie pracowały, co będzie skłaniać młode kobiety do zaniechania kariery zawodowej i skupieniu się na rodzeniu dzieci. Z tych teorii przebija zwyczajna klasowa pogarda dla kobiet z klasy ludowej, bo przecież twierdzący tak komentatorzy nie myślą w ten sposób o swoich koleżankach z klasy średniej lub wyższej klasy średniej. Inaczej mówiąc, kobiety z klasy ludowej w momencie wchodzenia na rynek pracy podejmować mają decyzję, że pracę oleją i skupią się na rodzeniu i wychowywaniu np. piątki dzieci, gdyż dzięki temu już za kilkadziesiąt lat otrzymają szalone tysiąc złotych co miesiąc – doprawdy wspaniale, świetlana przyszłość! Przecież to absurd, takie rzeczy się nie dzieją. Nikt w ten sposób nie podejmuje decyzji na całe swoje życie, nawet przedstawiciele pogardzanej przez klasę średnią klasy ludowej. Abstrahując już od tego, że wychowywanie kilkorga dzieci to praca równie ciężka, jak zatrudnienie w korporacji, które cieszy się powszechnym szacunkiem.

Przede wszystkim, „emerytury dla matek” nie są świadczeniami dla rodzicielek czwórki i więcej dzieci, które nigdy nie pracowały, lecz dla tych, które nie uzbierały składek nawet na minimalne świadczenie. A to jest fundamentalna różnica. Kobiety wychowujące wiele dzieci mają zdecydowanie więcej problemów z utrzymaniem okresu składkowego na stabilnym poziomie. Mają dużo częstsze przerwy w pracy, ich CV nie jest potem okazałe, więc trudniej im zdobyć nieźle płatne zatrudnienie. Brak wystarczających na emeryturę minimalną składek wynika ze specyficznej sytuacji życiowej, a nie z lenistwa. Poza tym wprowadzenie „emerytury dla matek” jest nie tylko wsparciem, ale też symbolicznym docenieniem pracy w domu – jako właśnie pracy. To jest przecież feministyczna przesłanka.

Z drugiej strony jest faktem, że wiele kobiet wychowujących np. trójkę dzieci, albo nawet i czwórkę czy dwójkę, zdobędzie emeryturę minimalnie wyższą, powiedzmy na poziomie 1200 zł. One w takiej sytuacji mogą czuć się autentycznie poszkodowane. Przecież wychowanie i wcześniej urodzenie dwójki czy trójki dzieci również ogranicza ich możliwości zarobkowania – także one mają przerwy w pracy i mniejsze możliwości zwiększania swych kompetencji. Gdyby nie miały dzieci, ich emerytury najpewniej byłyby znacznie wyższe. Zamiast jednak krytykować „emerytury matczyne”, należałoby raczej wprowadzić dodatkowe rozwiązanie, które zwiększałoby wymiar emerytury dla każdej matki, zależnie od liczby urodzonych dzieci – np. za pierwsze dziecko dodatkowe 50 zł do emerytury, za drugie dodatkowe 100 (czyli w sumie 150 zł), a za trzecie i kolejne dodatkowe 200 zł (czyli matka trójki dzieci miałaby w sumie dodatkowe 450 zł do emerytury). To bez wątpienia nie tylko polepszyłoby sytuację emerytalną kobiet, ale też oddałoby im sprawiedliwość.

Usługi razem ze świadczeniami

Oczywiście samymi transferami nie da się poprawić bytu rodzin jako całości ani kobiet w rodzinach. Potrzebne są też rozwinięte usługi opiekuńcze, aby matki (i ojcowie zresztą też) miały dużo większe możliwości łączenia pracy z rodzicielstwem. PiS często oskarżany jest o to, że chce zostawić kobiety w domach, co trochę się kłóci z faktem, że to właśnie ta partia zwiększyła trzykrotnie (do 450 mln zł) środki dostępne w programie „Maluch+”, z którego jednostki samorządu terytorialnego mogą dofinansowywać żłobki na swoim terytorium.

O ile oferty przedszkoli i szkół w ostatnich latach wyraźnie się poprawiły, to dostępność żłobków nadal jest fatalna. Do żłobków chodzi wciąż mniej niż co dziesiąte dziecko w wieku do lat trzech. Co gorsza, są w tej kwestii gigantyczne różnice terytorialne – o ile w dolnośląskim do żłobków chodzi 14 proc. dzieci w tym wieku, to już w warmińsko-mazurskim jedynie 6 proc. W 2017 roku liczba miejsc w żłobkach wzrosła o 15 proc., co na papierze wygląda doskonale, ale łatwo o tak duże wzrosty przy tak niewielkich liczbach. Co gorsza, zaledwie 50 tys. ze 106 tys. miejsc jest w placówkach publicznych, które są zdecydowanie tańsze niż prywatne. Wiele rodzin rezygnuje z posłania dziecka do żłobka, jeśli nie dostanie się ono do placówki publicznej.

Z tej perspektywy 450 mln zł na nowe żłobki to i tak wciąż kropla w morzu potrzeb. Nawet jeśli roczny wzrost liczby miejsc w żłobkach będzie sięgać 20 proc., to minie wiele lat zanim sytuacja stanie się satysfakcjonująca.

Egalitaryzm w domu

Fundamentalnym czynnikiem określającym sytuację kobiet na rynku pracy jest równy podział obowiązków w domu. Mógłby ktoś powiedzieć, że nie jest rolą państwa wprowadzać takie zmiany. Wręcz przeciwnie, tym bardziej, że państwo ma ku temu instrumenty. Może przede wszystkim wprowadzić obowiązkowy urlop tacierzyński. Obecnie istnieje dodatkowy urlop ojcowski, ale to raczej listek figowy, bo może trwać on najwyżej 14 dni. W aktualnej sytuacji rodziny mają do dyspozycji 20-tygodniowy urlop macierzyński, który może wykorzystać matka, oraz 32-tygodniowy urlop rodzicielski, który może wykorzystać jeden z dowolnych małżonków. W związku z tym, że kobiety w Polsce (i nie tylko) mniej zarabiają, w zdecydowanej większości przypadków urlop rodzicielski również bierze matka (otrzymuje wtedy 80 proc. wynagrodzenia).

To oczywiście powoduje, że kobiety mają większe przerwy w zatrudnieniu, a pracodawcy patrzą na nie mniej łaskawym okiem, gdyż wiąże się z nimi ryzyko odejścia na rok na zwolnienie (i to niekoniecznie jedno). W czasie pozostawania młodej matki w domu w sposób naturalny kreuje się też podział domowych obowiązków, który potem zostaje na następne lata. Tymczasem 32-tygodniowy urlop rodzicielski mógłby być np. również podzielony na połowę – jedna część dla dowolnego rodzica, a druga obowiązkowo dla ojca. Oczywiście najlepiej byłoby, gdyby całe 52 tygodnie podzielić na dwie części – pierwsza obowiązkowo dla matki, a druga obowiązkowo dla ojca. Dzięki temu sytuacja kobiet na rynku pracy byłaby bliższa sytuacji mężczyzn (oczywiście w przypadku kobiet dochodzi jeszcze czasem dosyć długie L4 związane z ciążą), a w domach nie utrwalałby się nierówny podział zadań.

Bardzo ciekawy pomysł zgłosili jakiś czas temu posłowie PSL. Zaproponowali oni 7-godzinny dzień pracy dla rodziców opiekujących się dzieckiem do lat 15. Obecnie funkcjonuje coś podobnego w bardzo, ale to bardzo szczątkowej formie – z pracy o godzinę wcześniej mogą wychodzić matki karmiące piersią. Wprowadzenie tego rozwiązania mogłoby być pierwszym krokiem ku ograniczeniu czasu pracy, co postulowała niedawno Partia Razem. Trochę tak, jak „500+” może być pierwszym krokiem ku wprowadzeniu kiedyś w Polsce bezwarunkowego dochodu podstawowego. Dzięki temu rodzice, którzy mają mniej czasu wolnego niż pracownicy bezdzietni, mieliby więcej wytchnienia i czasu dla rodziny. I to zresztą również mogłoby się przyczynić do bardziej egalitarnego podziału obowiązków w domu.

Nie ma nic złego w tym, że PiS wprowadza polską wersję państwa dobrobytu skierowaną w pierwszej kolejności do rodzin. Przy tak familiarnym społeczeństwie, jak Polska, takie wsparcie ma szanse bardziej społecznie rezonować. Jednak zatrzymanie się na „500+”, 300-złotowej wyprawce szkolnej i na „emeryturach matczynych” byłoby wielkim błędem. Potrzebne są kolejne reformy, przede wszystkim znacznie zwiększające nakłady na publiczne usługi opiekuńcze oraz zmiany prowadzące do bardziej egalitarnego podziału obowiązków w domu. Oczywiście, żeby móc wprowadzić nowe programy na szeroką skalę, niezbędne będzie zdobycie nowych środków budżetowych. Czyli podniesienie podatków, szczególnie dla dobrze zarabiających, a także zniesienie szeregu ulg dla firm. Pytanie tylko, czy partia Jarosława Kaczyńskiego jest na takie zmiany podatkowe gotowa. Historia uczy, że akurat w tym obszarze PiS bardzo nie chce nadepnąć na odcisk najsilniejszych ekonomicznie grup w Polsce. Pozostaje więc czekać na rządy lewicy – ale autentycznej lewicy, a nie progresywnych liberałów, takich jak Robert Biedroń.

Piotr Wójcik

Zdjęcie w nagłówku tekstu: Tomasz Chmielewski

Brak jakości

Brak jakości

Co byłoby, gdyby Polskę odwiedził ktoś z Europy Zachodniej, zaznajomiony z naszym językiem, i sprawdził przekaz medialny głównych mediów? Zapewne byłby zdziwiony. Na tzw. jedynkę czy pierwszą stronę lądują kolejny sukces polskich skoczków, transfer Krzysztofa Piątka do AC Milan, nieznaczące wypowiedzi polityków lub kronika wypadków samochodowych. Ewentualnie można pokazać łosia w Wiśle. Tego, który wszedł do rzeki w stolicy pewnego sierpniowego dnia, żeby się ochłodzić.

Ba, przed łosiem uciec się nie da, gdyż zmieniając kanał telewizyjny spotkamy się z nim ponownie. Oczywiście jeśli chodzi o stacje informacyjne. Tymczasem ktoś przyzwyczajony do oglądania anglojęzycznych stacji informacyjnych może złapać się za głowę. Kilkakrotnie prześledziłem niedawno czołowe europejskie stacje informacyjne. Wiadomości wyglądały mniej więcej tak: 1. Kryzys polityczny w Wenezueli, 2. Protesty „żółtych kamizelek” we Francji, 3. Zawieszenie traktatu o INF przez USA i Rosję, 4. Konferencje dot. Bliskiego Wschodu.

Obecnie media w Polsce żyją kolejnymi zatrzymaniami przez CBA oraz tzw. taśmami Kaczyńskiego. Często, a nawet bardzo często, komentatorami w tej sprawie są politycy. Rzadko pyta się politologów, ekonomistów, prawników, a np. w informacyjnym kanale France24 zazwyczaj goszczą eksperci, a polityk jest tylko jednym z kilku komentujących dany temat. Telewidzom niuanse sprawy wyjaśniają eksperci, a nie, jak u nas, od wielu dziesięcioleci Leszek Miller i podobni. A już robienie sensacji z tego, że Mariusz Kamiński ponoć całował się z psem na jednej z alkoholowych imprez i szukanie owego czworonoga, wołają o pomstę do nieba. Akurat to jest mało istotne. Ważne jest to, czy koordynator służb specjalnych w Polsce nadużywa alkoholu. W tym całym gąszczu niepotrzebnych informacji oraz mglistego przedstawiania tych istotnych, zwykły Kowalski może się pogubić. Powstaje pytanie, czy to nadal informacja, czy raczej dezinformacja. Bardzo podobnie działają media internetowe. Sieć stała się ważnym obiegiem informacji, ale w sporej części znakomitym narzędziem dezinformacyjnym.

Nieistotne informacje pojawiają się często już na pierwszych stronach lub tuż za kluczowymi tematami. Częste jest robienie newsa z czyjejś opinii, co nie jest żadną rzetelną informacją. Wiadomości o tematyce WAGs (partnerki znanych sportowców), dziewczyny z instagrama lub tindera, jak ktoś sławny wyglądał 20 lat temu, oburzanie się „krągłościami” kobiet tuż po urodzeniu dziecka, jak mieszkają celebryci, info z seriali, gole Lewandowskiego i Piątka – to tematyka, która w ogóle nie powinna trafić do bloku poważnych informacji i w wielu krajach wciąż nie ma tam wstępu.

Owszem, można nadal informować o atakach dzików na ludzi, łosiu w Wiśle czy debatować nad twitterowym wpisem trzeciorzędnego polityka. Pewnie, że można! Cały tydzień drążenia tematu. Łatwiej się sprzeda sensacyjny news powstały szybko, niż wyważony materiał, nad którym pracuje się wiele dni lub nawet tygodni. Prędkość, z jaką podąża taki news w TV czy internecie, jest niebywała. Pytanie jednak, czy współczesny dziennikarz ma być niczym kasjerka w hipermarkecie lub pracownik fast foodu? Przecież zawsze należy wątpić i sprawdzać.

Media mają kontrolować władze. W III RP media publiczne często służą za tubę propagandową opcji, która rządzi. Media prywatne starają się kontrolować władzę, ale nasilenie ich funkcji zależy od tego, kto jest u sterów państwa. Gdy nie jest to opcja liberalna, po części wypełniają swoją rolę. Jednak gdy do władzy dojdzie blok o podobnym do nich profilu ideowym, często te same media przymykają oko na nieprawidłowości w wykonaniu rządzących.

Za najbardziej rzetelny serwis informacyjny w Polsce uchodzą „Wydarzenia” w telewizji Polsat (59,3% ogółu takich opinii; badania IBRiS dla „Rzeczpospolitej” z lutego 2019), lecz jest to dość niski wynik jak na lidera. Jednak to z właścicielem tej stacji Zygmuntem Solorzem-Żakiem musiał porozmawiać aż Prezydent RP Bronisław Komorowski, by tamten odkodował finał mistrzostw świata z udziałem polskich siatkarzy w 2014 r. Sytuacja rodem z jakiegoś z krajów afrykańskich: nie dość, że transmisje meczów z udziałem Polaków są płatne, to jeszcze głowa państwa musi interweniować w tak błahej sprawie.

Media radiowe, z wyjątkiem części publicznych (wciąż są tam naprawdę ciekawe audycje naukowe czy literackie), jakościowo pozostawiają wiele do życzenia. Stacje prywatne mają fatalnej jakości bloki informacyjne i kulturalne. Serwisy informacyjne trwają góra pięć minut. Oczywiście nie brakuje tam informacji o tym, że ktoś gdzieś w Polsce wpadł pod samochód.

Najwięcej ciekawych mediów znajdziemy poza mainstreamem, często o charakterze publicystycznym czy popularnonaukowym. Niestety nie o takich budżetach jak media głównego nurtu. Zwykle stoi za nimi grupa hobbystów i pracowników naukowych. Coraz częściej tego typu magazyny są wydawane w całości dzięki darczyńcom, część tylko jako e-wydanie. Wsparcie ze środków publicznych bardzo często idzie w parze z ideologią, którą wspiera partia rządząca. Za koalicji PO-PSL, „apolityczny” konkurs o dofinansowanie wygrywały głównie pisma liberalne i lewicowe, za rządów Zjednoczonej Prawicy z kolei te o charakterze konserwatywnym i narodowym.

W rankingu wolności prasy według organizacji „Reporterzy bez granic” w roku 2018 r. Polska zajęła 58. miejsce. W zestawieniu, które obejmuje razem 180 państw, sąsiadujemy z Fidżi, Dominikaną i Haiti. Wielu dziennikarzy ma wytaczane procesy za samo zadawanie kłopotliwych pytań. Innych straszy się karami o w kolosalnych wartościach. Jeszcze inni muszą szukać sprawiedliwości w Strasburgu. Dzieje się to od lat i ponad podziałami politycznymi – Wojciecha Sumlińskiego próbowano umieścić w areszcie śledczym. Być może dlatego stan polskiego dziennikarstwa jest taki, jaki jest. Ktoś samym pytaniem poczuje się zniesławiony. Jakaś „gruba ryba” będzie chciała sądownie zakazać pisania na dany temat, jak to miało miejsce niedawno z NBP i KNF. Inni będą „tylko prosić”, by nie pisać o nich, jak Żandarmeria Wojskowa za poprzednich rządów. Jeszcze inni, jak koncern Amazon, straszyć pozwami za artykuły prasowe. Lepiej zajmować się nieistotnymi sprawami, lepiej pisać dobrze o wszystkim, bo inaczej napotkamy kłopoty różnego rodzaju.

Piotr Wildanger

Poza sprzeciw wobec opresji kobiet

Poza sprzeciw wobec opresji kobiet

Jak można zinterpretować poparcie polskich i węgierskich kobiet dla prawicy? „Co jest z nimi nie tak?” – pyta felietonistka „Guardiana”, kwestionując niezmienne poparcie kobiet dla Republikanów w USA. Problem ten nie jest wcale nowy, jednak komentatorzy o bardziej postępowej wizji świata wciąż powtarzają takie pytania – i zazwyczaj towarzyszy im ponura opowieść o tym, jak patriarchat rozwija ponownie skrzydła pod patronatem prawicowych rządów populistycznych.

Jednak zamiast pogłębiać nasze zrozumienie genderowych aspektów wznoszącej fali prawicowego populizmu, pytania te dryfują w innym kierunku, w poszukiwaniu wyjaśnienia poparcia kobiet dla takich projektów. Kobietom zarzuca się „fałszywą świadomość” – brak świadomości opresji, ewentualnie „wykorzystanie własnego przywileju”, czyli zdradę interesów własnej płci lub interesów grup mniejszościowych, by osiągnąć indywidualne cele. Tyle że takie stawianie sprawy sytuuje kobiety w pozycji ofiar lub podwójnych agentek patriarchatu, zamiast zmusić nas do potraktowania ich życia i ich samych poważnie. Dopuszczamy się także przeoczenia ideologicznej złożoności prawicowych projektów, które nie są po prostu i wyłącznie antykobiece, lecz łączą elementy reakcyjne z postępowymi, jeśli chodzi o niektóre interesy kobiet jako grupy. Przedstawiając istnienie kobiet o prawicowych poglądach w kategoriach problemu, który domaga się natychmiastowej reakcji, odciągamy uwagę od strukturalnych przyczyn poparcia wielu kobiet dla polityki prawej strony.

Zatem zamiast pytać, co jest nie tak z kobietami o prawicowych poglądach czy decyzjach wyborczych, powinniśmy zadać sobie pytanie, co jest nie tak z systemem polityczno-gospodarczym, w którym one muszą żyć oraz z politycznymi alternatywami, które byłyby dla nich dostępne. W tej materii Polska i Węgry mogą nam dostarczyć materiału badawczego. W obu tych krajach partie rządzące – Prawo i Sprawiedliwość (od 2015) oraz Fidesz-KDNP (od 2010), angażują się we wprowadzanie antyliberalnych zmian i rozmontowywanie liberalnych instytucji demokratycznych za pomocą np. zmian zasad prawnych, kolonizowania aparatu państwowego, obierania sobie za cel zaistnienia społeczeństwa opartego na wartościach prawicowych czy zwijania liberalnej infrastruktury odpowiedzialnej za faktyczną realizację praw kobiet.

Pomimo tak radykalnego programu, obie te partie otrzymały w wyborach władzę dzięki wyborczyniom – zagłosowało na nie trochę więcej kobiet niż mężczyzn. Cieszą się też nadal niesłabnącym poparciem ze strony wielu kobiet. W 2015 r. PiS wsparło aż 39,7 proc. ogółu głosujących polskich kobiet, w porównaniu z 38,5 proc. mężczyzn, a po dwóch latach sprawowania przez partię władzy liczby te tylko nieznacznie się obniżyły, pomimo niezmiennego zagrożenia praw reprodukcyjnych. W 2018 r., gdy frekwencja w węgierskich wyborach była najwyższa w historii, 52 proc. kobiet zagłosowało na Fidesz-KDNP – w porównaniu do 46 proc. mężczyzn. Jak możemy wytłumaczyć to trwałe poparcie?

Nie głosują tylko jako kobiety

Po pierwsze i najważniejsze: rzeczywistość polityczna, którą pomija dyskurs feministyczny, mówi nam, że problemy wyborców przebiegają nie wzdłuż, a w poprzek linii podziałów płciowych i że często są determinowane przez szersze ujęcie socjalno-ekonomiczne. Kobiety głosują na takie partie nie tylko „jako kobiety”, ale także z powodu problemów i nadziei, które dzielą z mężczyznami ze swojej lokalnej zbiorowości lub klasy społecznej – co przypomina nam o ograniczeniach, jakie napotykają na swojej drodze projekty polityczne oparte tylko na konstrukcie interesów samych kobiet. Jak informuje niedawno przeprowadzone na Węgrzech badanie, kobiety wskazują jako najbardziej palące takie problemy, jak wyzysk na rynku pracy oraz kiepski stan systemu ochrony zdrowia i systemu edukacji.

U podwalin tych kwestii leży oczywiście wymiar płciowy – np. feminizacja najgorzej płatnych zawodów albo praca opiekuńcza spadająca głównie na barki kobiet – ale problem rozciąga się poza ten wymiar. W sytuacji, gdy kobiety nie dostrzegają, by jakakolwiek partia polityczna rozwiązywała kwestie związane z płcią, nadal wierzą, że Fidesz najlepiej je reprezentuje.

Innym tropem jest to, że prawicowi populiści właściwie odpowiadają na potrzeby i interesy genderowe niektórych kobiet: na te, które, jak zauważyła Maxine Molyneux, wypływają raczej z pozycji kobiet w podziale pracy ze względu na płeć niż z teorii opresji kobiet. Zarówno PiS, jak i Fidesz przystąpiły do odwracania niektórych społeczno-gospodarczych konsekwencji transformacji po 1989 r. – tych, które dotknęły w szczególności kobiet, jako najbardziej odpowiedzialnych za budżet domowy, wychowanie dzieci i inne prace opiekuńcze. W Europie Środkowej przejście ustrojowe ku liberalnej demokracji zostało splecione z przynależnością do świata o porządku neoliberalnym, a cały region zyskał półperyferyjną pozycję. Skutkowało to między innymi wycofywaniem się państwa z odpowiedzialności za usługi publiczne i opiekę socjalną, a rezultatem było rosnące utowarowienie tych usług i powstanie grup osób, które mogły sobie na nie pozwolić, oraz rosnąca refamiliaryzacja wśród tych, którzy nie mogli [refamilialisation – powrót kobiet do sfery domowej i do świadczenia pracy reprodukcyjnej – przyp. tłum]. Zmiany te dały więcej możliwości kobietom z pewnych klas społecznych, ale złożyły ciężar ekonomiczny kryzysu na barki tych, których sytuacja finansowa nie była dobra. Dominująca narracja – feminizm kulturowy – sprawiła, że trudno było sformułować odpowiedź na problemy strukturalne. Niepewność jutra i nierówności stworzone przez ten dwulicowy genderowy reżim to właśnie krynice, z których obie nieliberalne partie Europy Środkowej czerpały, gdy zwracały się do swoich wyborczyń.

Redystrybucja z sukcesem

Dobrym przykładem jest Rodzina 500+, flagowy program PiS, wprowadzony natychmiast po dojściu przez tę partię do władzy. Gwarantuje rodzinom bezwarunkowy miesięczny przelew w wysokości 500 PLN (120 euro) na każde drugie i kolejne dziecko, do ukończenia przez nie 18. roku życia, oraz także na pierwsze dziecko w rodzinach, których miesięczny dochód na głowę nie przekracza 190 euro.

Ta najszersza po 1989 r. polityka redystrybucyjna znacznie obniżyła wskaźniki ubóstwa wśród rodzin z dziećmi i zyskała społeczną popularność. Choć opozycja słusznie wskazuje na jej ograniczenia – a szczególnie na związek z tradycyjnym modelem rodziny, który wyklucza z programu samodzielnych rodziców – wprowadzenie programu wymiernie wskazuje wyborcom, że ich rząd faktycznie rządzi i że ma możliwość ukierunkowania polityki ku nowego socjalnemu kontraktowi, który uszanuje godność elektoratu.

Na Węgrzech istnieje silny prąd, który priorytetyzuje rodziny, a robi to w celach demograficznych. Rozszerzono program zasiłków, które są związane z posiadaniem płatnego zatrudnienia, co jasno wskazuje, że węgierski rząd koncentruje się na potrzebach nieromskich, heteroseksualnych rodzin z przyzwoitym dochodem. Jeśli chodzi o klasy niższe, trzy wskaźniki informują o namacalnych zmianach w codziennym życiu kobiet: ekspansja programu prac publicznych, za które zapłata wynosi mniej niż pensja minimalna, ale więcej od zasiłków i dodatków; interwencja państwa w sektorze energii, skutkująca niższymi kosztami indywidualnymi jej zużywania; oraz spora podwyżka pensji minimalnej, dzięki której zmniejszyła się płacowa luka pomiędzy płciami, co jest ważne, ponieważ kobiety stanowią większość pracowników w najgorzej wynagradzanych sektorach gospodarki.

Nie widzą alternatyw

Na kogo powinny głosować kobiety? Bez względu na rodzaj elektoratu, nawoływanie do wyboru „mniejszego zła” lub do powrotu do przeszłości traci impet jako narzędzie mobilizacji. Jak twierdzi węgierska historyczka Andrea Pető, opór sam w sobie już nie wystarczy – trzeba wyciągnąć wnioski z tego, jak znaleźliśmy się w obecnej sytuacji.

Jednak podczas ostatniej węgierskiej kampanii wyborczej opozycja skoncentrowała się na ograniczeniach systemu wyborczego i na tym, czy i jakie taktyczne koalicje są konieczne. Nie poczyniła przez poprzednie osiem lat żadnych wysiłków, by zbudować wokół siebie oddolny ruch poparcia ani też by zbudować alternatywną narrację, wykraczającą poza „albo Orbán, albo Europa”. Jeśli zatem partie opozycyjne są zajęte bronieniem upadających szańców, albo po prostu postępują tak jak zawsze, nie jest zaskakujące, że nieliberalna prawica wciąga na pokład i mężczyzn, i kobiety.

Zaprzężenie do pracy „feministycznej ciekawości”, jak określiła to zjawisko amerykańska badaczka Cynthia Eloe, i potraktowanie poważnie wszystkich kobiet, ich życia i tego jak głosują, może być pouczające. Jeśli dostrzeżemy ograniczenia polityk tożsamościowych, wagę praktycznych interesów i brak realnych alternatyw, wykroczymy poza tradycyjne ramy sprzeciwu, gdy będziemy próbować zrozumieć kobiece wsparcie dla prawicy na Węgrzech i w Polsce.

Zamiast postrzegać promowany przez prawicową politykę zwrot ku rodzinie i tradycjonalizm jako wyłącznie reakcyjne i patriarchalne, być może byłoby korzystne próbować zobaczyć je jako politykę emancypującą niektórych w sytuacji, gdy polityka progresywna napotyka na szerszy kryzys uprawomocnienia. Zyskują one na znaczeniu, oferując bezpieczeństwo socjalne i polityczną reprezentację konkretnej grupie społecznej, podczas gdy inne, szersze siatki bezpieczeństwa w postaci solidarności i pozostałych kanałów politycznego wpływu są rozmontowywane.

Dwa minusy nie dają kobietom plusa

Populistyczna prawica zdołała tymczasowo zdobyć poparcie kobiet z Europy Środkowej dla swoich projektów, ponieważ podkreślała nieprawidłowości transformacji ustrojowej i niewielką zdolność ruchów i partii progresywnych do stworzenia gruntu dla prawdziwej emancypacji. Taki stan rzeczy idzie pod prąd życzeniowemu myśleniu, że to kobiety ocalą nas przed prawicą.

Jednak fakt, że dominujący paradygmat neoliberalny, wraz z białymi plamami na mapie feminizmu kulturowego i tożsamościowego, nie potrafiącymi odpowiedzieć na kwestie strukturalne, stanowiły problem, a nie jego rozwiązanie, nie czyni nieliberalnej odpowiedzi jedyną właściwą. Kaczyński i Orbán nie budują wcale socjaldemokracji, lecz życzliwy kapitalizm narodowy z socjalem dla rodzin.

Prawicowy model rządzenia niesie ze sobą niepewność i nieinkluzywność: wysoki poziom polaryzacji, ograniczanie wolności mediów i nauki, kolonizację państwa, likwidację perspektywy genderowej na uczelniach, w polityce i poza nią, bezwzględny produktywizm wprowadzony przez nowe „prawo niewolnicze” [mowa o znacznym zwiększeniu dopuszczalnej liczby nadgodzin w pracy i wydłużeniu okresu płatności za nie – przyp. redakcji] na Węgrzech, a także odrzucenie żądań osób niepełnosprawnych, jeśli chodzi o politykę socjalną w Polsce.

Jednak aby wyprostować to, co złe, potrzebujemy więcej niż tylko protekcjonalnego określania kobiecego elektoratu prawicy mianem sojuszniczek patriarchatu. Potrzebujemy polityki, która uczy się na własnych błędach i łączy praktyczne interesy wyborców ze strategicznymi celami feminizmu – czyli polityki, która odpowie na socjalno-ekonomiczne problemy kobiet w takim duchu, by zmienić raczej niż utrwalić relacje pomiędzy płciami.

Weronika Grzebalska, Eszter Kováts

tłum. Magdalena Okraska

Tekst pierwotnie ukazał się w wersji anglojęzycznej na stronie internetowej International Politics and Society w grudniu 2018 r. Obecna polska wersja został przygotowana we współpracy z autorkami.

Zdjęcie w nagłówku tekstu: Tomasz Chmielewski

Ewangelia Konsumpcjonizmu

Ewangelia Konsumpcjonizmu

Prywatne samochody były w roku 1919 rzadkością, a ludzie przemieszczali się głównie za pomocą dorożek. W dzielnicach mieszkalnych królowały lampy gazowe, elektryfikacja posuwała się bardzo powoli. Energia elektryczna w prywatnych domach była luksusem dostępnym jedynie dla najbogatszych.

Już dziesięć lat później sytuacja przedstawiała się zupełnie inaczej. Samochody dominowały na ulicach miast, w większości domów były żarówki, elektryczne żelazka, odkurzacze. W domach zamieszkanych przez wyższą klasę średnią standardem były pralki, lodówki, tostery, lokówki do włosów, elektryczne ogrzewacze czy maszyny do prażenia kukurydzy. I chociaż pierwsza komercyjna rozgłośnia radiowa zaczęła nadawać dopiero w 1920 r., społeczeństwo amerykańskie, ze 122 milionami dorosłych obywateli, w samym tylko 1929 r. kupiło prawie 4,5 miliona radioodbiorników.

Jednak pomimo tej potężnej fali nowych produktów i rosnącego apetytu na ich nabywanie, szefowie przedsiębiorstw byli mocno zaniepokojeni. Obawiali się, że trudno będzie zmienić typowy dla ówczesnych Amerykanów oszczędny styl życia. Jeszcze bardziej groźną wydawała się realna perspektywa, że wzrost mocy produkcyjnych przekroczy tempo, w jakim obywatele będą nabywać nowe przedmioty w przekonaniu, że są im one niezbędne.

Właśnie to ostatnie zagrożenie było główną motywacją do napisania w 1929 r. przez dyrektora General Motors Research, Charlesa Ketteringa, artykułu pod znamiennym tytułem: „Konsument musi być niezadowolony”. I bynajmniej nie było celem tego artykułu namawianie producentów do wytwarzania bubli, które po niedługim czasie nadawałyby się jedynie na śmietnik. Wyrażając poglądy szerokiej rzeszy kapitalistów, Kettering zdefiniował w nim strategiczny zwrot w filozofii funkcjonowania amerykańskiego przemysłu: produkcja dla zaspokajania potrzeb ludzi miała ustąpić miejsca ciągłemu tworzeniu nowych potrzeb, które zastępowałyby te już zaspokojone.

Z kolei w wywiadzie udzielonym w 1927 r. czasopismu „Nation’s Business”, minister pracy James J. Davis przytoczył kilka obrazowych wskaźników, aby zilustrować problem nazwany przez „New York Times” „nasyceniem potrzeb”. Davis zauważył, że „działające w kraju fabryki odzieżowe w ciągu zaledwie pół roku normalnej pracy są w stanie wyprodukować taką ilość ubrań, która zaspokoi potrzeby mieszkańców”, a tylko 14% amerykańskich fabryk obuwia byłoby zdolne wytworzyć tyle par butów, ile Amerykanie kupują w ciągu roku. W komentarzu do tego wywiadu dziennikarze stwierdzili, że „można sobie łatwo wyobrazić sytuację, w której zaspokojenie potrzeb konsumpcyjnych ludności świata wymagałoby zaledwie trzydniowego tygodnia pracy”.

Nietrudno się domyślić, że szefowie firm i właściciele fabryk wykazywali niewielki entuzjazm wobec wizji społeczeństwa, które nie byłoby zorganizowane wokół celu, jakim jest produkcja dóbr materialnych na jak największą skalę. Z ich punktu widzenia, prowadząca do oszczędności pracy ludzkiej mechanizacja przemysłu była nie tyle szansą na wyzwolenie człowieka, co poważnym zagrożeniem dla ich pozycji w systemie sprawowania władzy. John E. Edgerton, przewodniczący Krajowego Zrzeszenia Producentów (National Association of Manufacturers – NAM), wyraził typowy dla swojej grupy społecznej pogląd w następującej deklaracji: „Opowiadam się całym sercem za rozwiązaniami, które uczynią pracę bardziej przyjemną, ale jednocześnie sprzeciwiam się wszelkim zmianom, które mogą doprowadzić do dalszego podważania jej znaczenia. Główny akcent powinien zostać położony na pracę – więcej lepszej pracy”. Jego zdaniem, „nic nie przyczynia się bardziej do powstawania radykalnych nastrojów niż niezadowolenie z życia – chyba, że czas wolny”.

W końcówce lat 20. elitom politycznym i gospodarczym w Stanach Zjednoczonych udało się znaleźć sposób na to, by zredukować zagrożenia związane ze stagnacją gospodarki i radykalizacją klasy robotniczej. Odpowiedzią była „Ewangelia Konsumpcjonizmu” (określenie jednego z konsultantów współpracujących z przemysłem), z jej podstawowym założeniem, że da się ludzi przekonać do tego, iż niezależnie jak wiele posiadają, jest to wciąż za mało. Powołana przez prezydenta Herberta Hoovera w 1929 r. Komisja ds. Aktualnych Przemian Gospodarczych w swoim optymistycznym raporcie tak podsumowała efekty wprowadzania w życie tej filozofii: „Dzięki reklamie i innym działaniom promocyjnym /…/ możliwy był znaczący wzrost produkcji, co pozwoliło wykorzystać dotychczas zamrożone zasoby kapitałowe”. W raporcie stwierdzono z nieskrywaną satysfakcją, że doszło do jakościowego przełomu w rozumieniu i wykorzystaniu mechanizmów rynkowych: „Z punktu widzenia rozwoju gospodarczego, możliwości stojące przed nami są praktycznie nieograniczone. Wynikają one z ciągłego nienasycenia, z tego, że zaspokojenie dzisiejszych żądz skutkować będzie zawsze natychmiastowym powstaniem nowych”.

W dzisiejszych czasach dewiza „pracuj, pracuj i jeszcze raz pracuj” jest powszechnie akceptowanym sposobem na życie i funkcjonowanie w społeczeństwie. Zastępowanie pracy ludzkiej coraz doskonalszymi maszynami jedynie przyspieszyło ten trend. Nie ulega wątpliwości, że zastosowanie maszyn i nowoczesnych technologii może prowadzić do oszczędności pracy, ale jedynie wówczas, gdy przestają one pracować w momencie zaspokojenia naszych potrzeb. Innymi słowy, automatyzacja daje ludziom możliwość krótszej pracy, możliwość, którą jako społeczeństwo każdego dnia odrzucamy. Tym samym dajemy właścicielom owych maszyn przyzwolenie, by to oni definiowali ich funkcję, którą ma być nie redukcja pracy, lecz „wyższa wydajność” i wynikający z niej wprost imperatyw konsumpcji wszystkiego, co cały ten system jest w stanie wytworzyć.

Już w pierwszych dniach Ery Konsumpcjonizmu znaleźli się ludzie, którzy poddawali ją ostrej krytyce. Jednym z najbardziej wpływowych był Arthur Dahlberg, którego wydana w 1932 r. książka pt. „Jobs, Machines, and Capitalism”, była bardzo dobrze znana decydentom w Waszyngtonie. Pisał on, że „niemożność skrócenia dnia pracy /…/ jest podstawową przyczyną nierówności szans, nadmiernego rozwoju przemysłu, ogromnych strat czasu i wysiłku w związku z ciągłą konkurencją, potężnego wpływu reklamy oraz naszego imperializmu gospodarczego”. Ponieważ znaczna część produkcji nie miała już na celu zaspokojenia podstawowych potrzeb społeczeństwa, czterogodzinny dzień pracy, według Dahlberga, stawał się koniecznością, by uniknąć stoczenia się społeczeństwa w katastrofalny materializm. Utrzymanie dnia pracy w dotychczasowym wymiarze, w sytuacji zaspokojenia podstawowych potrzeb życiowych, prowadzi jego zdaniem do tego, że chęć zysku staje się „zarówno twórcą, jak i narzędziem zaspokajania potrzeb duchowych”. Nie mogąc znaleźć innych sposobów powiększania zysku, przemysł „zaczyna pakować mydło w piękne pudełka, wmawiając nam, że jest ono balsamem dla duszy”.

Przez pewien czas istniała wizjonerska w swojej istocie alternatywa dla Ewangelii Konsumpcjonizmu. W 1930 r., Kellogg Company, jeden z największych światowych producentów płatków śniadaniowych, ogłosił, że wszyscy spośród niemal 1500 pracowników zatrudnionych w jego zakładach przejdą na sześciogodzinny dzień pracy. Prezes firmy Lewis Brown i jej właściciel W. K. Kellogg wskazywali, że „system czterech zmian sześciogodzinnych /…/ zamiast trzech ośmiogodzinnych, zapewni pracę i tym samym źródło utrzymania dodatkowym trzystu rodzinom żyjącym w Battle Creek”.

Kroki podjęte przez dyrekcję firmy spotkały się z oczywistym poparciem załogi, zwłaszcza, że kraj bardzo szybko staczał się w Wielki Kryzys. Jednak, jak wskazuje Benjamin Hunnicutt w swojej książce „Kellogg’s Six-Hour Day” (Sześciogodzinny dzień Kellogga), wizja Browna i Kellogga sięgała dalej niż do stworzenia dodatkowych miejsc pracy. Mieli oni mianowicie nadzieję wykazać, że „swobodna wymiana towarów, usług i pracy w warunkach wolnego rynku nie musi skutkować bezmyślną konsumpcją, wyzyskiem ludzi czy nieograniczoną eksploatacją środowiska naturalnego”. Ich marzeniem było „wyzwolenie robotników poprzez stopniowe skracanie dnia pracy i wzrost płac, by ostatecznie osiągnęli oni wolność obiecaną w Deklaracji Niepodległości – dążenia do szczęścia”.

Oczywiście zmiany wprowadzane w firmie nie oznaczały rezygnacji z zysków. Jej kadra zarządzająca była po prostu przeświadczona, że kobiety i mężczyźni zatrudnieni w zakładzie będą pracować znacznie bardziej efektywnie w cyklu krótszych zmian. Spodziewano się też, że zatrudnienie większej liczby ludzi spowoduje wzrost siły nabywczej lokalnej społeczności i, co z tym związane, konsumpcji dóbr, włączając w to produkowane przez Kellogga płatki owsiane i kukurydziane.

Krótszy dzień pracy łączył się z obniżeniem całkowitych wynagrodzeń pracowników. Aby to złagodzić, Kellogg zdecydował się podwyższyć stawkę godzinową, wprowadził też system premii, które miały zachęcić ludzi do bardziej wydajnej pracy. Zlikwidowano przerwy na lunch, wychodząc z założenia, że pracownicy będą woleli przepracować swoje skrócone zmiany i wracać jak najszybciej do domów. W wysłanym do każdego pracownika liście, Brown podkreślał rolę „dochodu psychicznego”, związanego z „radością płynącą z przebywania w domu, cieszenia się jego otoczeniem, zadowolenia z wykonywanej pracy, życzliwości sąsiadów, a także tych wszystkich przyjemności, które trudno przeliczyć na dolary i centy”. Dłuższy wypoczynek i większa ilość wolnego czasu, wyrażał nadzieję, doprowadzą do „wyższych standardów w szkołach oraz życiu publicznym”, co z kolei umożliwi firmie „pozyskiwanie nowych pracowników z porządnych środowisk i dobrych dzielnic”.

Była to atrakcyjna wizja, i co ważniejsze, sprawdzała się. Nie tylko firma kwitła, ale jak odnotowywali dziennikarze gazet takich jak „Forbes” czy „Business Week”, zdecydowana większość pracowników zatrudnionych w Kellogg’s bardzo pozytywnie przyjęła krótszy tydzień pracy. Jeden z nich opisywał, że zmiany te skutkowały „większym zaangażowaniem w ogrodnictwo i upiększanie okolicy, uprawianie sportów i osobiste pasje; kwitło czytelnictwo i rozwijali się umysłowo ci, którzy mieli szczęście tam pracować”.

Badania opinii przeprowadzone przez ministerstwo pracy w tamtym czasie, podobnie jak wywiady Hunnicutta z byłymi pracownikami, w pełni potwierdzają ten obraz. Rządowi ankieterzy wskazywali na „niewielki stopień niezadowolenia z powodu obniżonych wynagrodzeń wskutek skrócenia czasu pracy, pomimo tego, że w większości przypadków obniżki te były wyraźnie odczuwalne”. Jeden z ankietowanych chwalił sobie „możliwość spędzania większej ilości czasu z rodziną”. Inny wspominał, że dzięki skróceniu dnia pracy „mógł po powrocie do domu zająć się swoim ogrodem”. Jedna z kobiet wskazywała, że jej mąż dzięki krótszym zmianom mógł spędzać więcej czasu „z czwórką synów, w okresie, gdy kontakt z ojcem był szczególnie ważny dla ich rozwoju”.

Te dodatkowe godziny wolnego czasu pozwoliły części pracowników zająć się rzeczami, które w innym przypadku pozostawałyby poza ich zasięgiem. Hunnicutt opisuje jak pod koniec jednego z wywiadów, 80-letnia kobieta zaczęła opowiadać o tenisie stołowym. „Bardzo często się spotykaliśmy. W naszym domu stał stół do ping-ponga i krewni przychodzili na obiad, a potem wszyscy w niego graliśmy”. Z czasem doszła do takiej wprawy, że zwyciężyła w zawodach stanowych.

Wiele spośród kobiet zatrudnionych w zakładach Kellogga przeznaczało dodatkowy czas wolny na prace domowe. Ale nawet wówczas organizowały one życie w taki sposób, by te prace angażowały całą rodzinę; przykładem może być robienie przetworów. Jedna z nich wspominała, jak stało się ono „projektem rodzinnym”, który sprawiał wszystkim dużo radości i satysfakcji, nawet synom, dla których było to okazją „do otworzenia się i prowadzenia szczerych rozmów”. Według Hunnicutta, robienie przetworów stało się instytucją znacznie wykraczającą swoim znaczeniem poza konserwację produktów żywnościowych. „Było okazją do dzielenia się historiami, radościami i problemami dnia codziennego, do żartowania, sprzeczania się, wspólnego śpiewania. Współczesne standardy wyalienowanej pracy zawodowej zostały odrzucone na rzecz starszego, /…/ bardziej »biesiadnego« modelu pracy wspólnej”.

Wszystko to efekt działania tysięcy maleńkich, niemal niewidocznych więzi łączących krewnych, przyjaciół i sąsiadów. Składają się one na złożoną strukturę stanowiącą fundament życia społecznego, w sposób podobny do tego, w jaki żyzna ziemia jest podstawą naszej egzystencji. W momencie, gdy za naszym przyzwoleniem jeden z członków społeczności, czy to w wyniku własnej nieroztropności czy czynników zewnętrznych, zostaje zepchnięty w biedę, wystawiamy na ryzyko przetrwanie całej naszej wspólnoty.

Nasze obecne położenie w doskonały sposób obrazuje to zagadnienie. W 2005 r. wydatki amerykańskich gospodarstw domowych były, po uwzględnieniu inflacji, 12-krotnie wyższe niż w 1929 r., a na produkty trwałe, jak samochody czy artykuły AGD, wydawały one ponad 30-krotnie więcej. Jednocześnie, w 2000 r. przeciętna rodzina spędziła w pracy prawie 500 godzin więcej niż 20 lat wcześniej. A zgodnie z danymi zebranymi przez Bank Rezerw Federalnych w latach 2004 i 2005, wydatki ponad 40% rodzin w USA przekraczają ich dochody. Przeciętne gospodarstwo domowe jest zadłużone na kwotę 18654 dolarów, nie wliczając w to kredytów hipotecznych na zakup domów. Poziom zadłużenia w ciągu ostatnich dwóch dekad uległ podwojeniu i znajduje się obecnie na rekordowym poziomie. Bez przesady można powiedzieć, że pracujemy jak w kieracie po to tylko, by móc skonsumować tę ogromną ilość dóbr i produktów, które wychodzą z naszych fabryk.

A moglibyśmy pracować mniej, wydawać mniej i wciąż żyć na bardzo przyzwoitym poziomie. Na początku lat 90. ilość produktów i usług wytwarzanych na godzinę pracy była dwukrotnie wyższa niż w drugiej połowie lat 40., a do 2006 r. wzrosła o kolejne 30%. Innymi słowy, gdyby amerykańskie społeczeństwo kolektywnie podjęło decyzję by wrócić do poziomów produkcji i konsumpcji sprzed 17 lat, moglibyśmy skrócić standardowy 40-godzinny tydzień pracy do 5,3-godzinnego dnia pracy, lub – gdyby „cofnąć się” do 1948 r. – do 2,7-godzinnego dnia pracy. Już wtedy byliśmy najbogatszym krajem świata i do dnia dzisiejszego społeczeństwom wielu państw nie dane było osiągnąć tamten poziom życia.

Zamiast docenić zalety bogatszego życia społecznego, będącego wynikiem wprowadzonej w życie wizji Kellogga, podporządkowaliśmy się modelowi, w którym więzi społeczne uległy redukcji. Materializm skutecznie izoluje nas od rodziny, znajomych i sąsiadów: po prostu nie mamy dla nich czasu. W przeciwieństwie do naszych pradziadków, którzy przeżywali swoje życie, my je tracimy. Każdy, kto przyglądałby się temu z zewnątrz, doszedłby do wniosku że staliśmy się ofiarą jakiegoś dziwnego czaru, nowoczesnej odmiany klątwy rzuconej na króla Midasa, która wszystko czego się dotkniemy, zamienia w produkt wytworzony przez coraz doskonalszą technologię.

Rzecz jasna nie wszyscy w równym stopniu uczestniczą w tym zakupowym szaleństwie, choćby ze względów finansowych. Miliony Amerykanów zmuszone są do pracy na kilku etatach za głodowe stawki, wielu też pozostaje przed długi czas bez zatrudnienia. Tym niemniej, bieda nie stanowi bariery ochronnej przez Ewangelią Konsumpcjonizmu, z czego doskonale zdają sobie sprawę specjaliści od reklamy i marketingu.

W międzyczasie, dobra nowina konsumpcjonizmu dociera daleko poza granice kraju, w którym ją pierwszy raz ogłoszono. Odzież, gry wideo, meble, zabawki i inne towary kupowane codziennie przez miliony Amerykanów, są obecnie wytwarzane w odległych krajach, często przez marnie wynagradzanych robotników pracujących w skandalicznych warunkach. Surowce niezbędne do wytwarzania tych produktów uzyskiwane są nierzadko w wyniku rabunkowej eksploatacji. U nas w kraju aktywność biznesowa kręci się wokół projektowania tych towarów, finansowania ich produkcji, prowadzenia zakrojonych na olbrzymią skalę kampanii reklamowych oraz – rzecz jasna – liczenia zysków.

Wizja Kellogga, pomimo dużej popularności wśród jego pracowników, nie spotkała się z ciepłym przyjęciem innych przedsiębiorców. Tym niemniej książka Dahlberga wywarła ogromny wpływ na poglądy senatora Hugo Blacka (późniejszego sędziego Sądu Najwyższego), który w 1933 r. wystąpił z projektem ustawy wprowadzającej 30-godzinny tydzień pracy. Prezydent Roosevelt, który z początku wydawał się zgadzać z propozycjami Blacka, szybko przeszedł jednak na stronę przedstawicieli biznesu, którzy w większości sprzeciwiali się im. Co więcej, jego administracja przygotowała cały pakiet ustaw sankcjonujących 40-godzinny tydzień pracy w kształcie, w jakim występuje on do dziś.

Co najmniej dekadę przed tym, jak projekt Blacka trafił pod obrady Kongresu, apostołowie Ewangelii Konsumpcjonizmu rozpoczęli opracowywanie strategii obronnych. Jednak w obliczu pogłębiającego się Wielkiego Kryzysu, społeczeństwo było co najmniej niezdecydowane w sprawie roli, jaką w państwie powinny odgrywać wielkie koncerny przemysłowe. Związki zawodowe zyskiwały nie tylko społeczne poparcie, ale także ustawowe uprawnienia, a administracja prezydenta Roosevelta, w ramach programu Nowego Ładu, wprowadzała regulacje działalności gospodarczej na skalę niespotykaną w historii kraju. Wielu magnatów przemysłowych uznało Nowy Ład za poważne zagrożenie. James A. Emery, szef doradców prawnych NAM, ogłosił „wezwanie do broni” i nawoływał do walki przeciwko „okowom irracjonalnych regulacji” i „hamującym postęp obciążeniom podatkowym”, charakteryzując doktrynę Nowego Ładu jako wytwór „obcych najeźdźców godzący w naszą myśl narodową”.

Idąc za tym wezwaniem, reprezentowana przez NAM elita przemysłowo-gospodarcza USA – General Motors, wielkie huty stali, General Foods, DuPont itp. – postanowiła stworzyć własną propagandę. Wewnętrzna notatka NAM nawoływała do „przedstawiania wszystkiego z punktu widzenia korzyści, jakie przeciętny Amerykanin odnosi z gospodarki wolnorynkowej”. NAM zorganizowała także wielką kampanię pod nazwą „American Way”. Zgodnie z protokołem jednego z zebrań NAM, jej celem było wytworzenie w społeczeństwie przekonania, że „wolny rynek na równi z wolnością słowa, prasy i religijną, stanowi integralny element demokracji”.

Konsumpcja nie była jedynie osią kampanii perswazyjnej – próbowano ją także wbudować w system polityczny. W broszurze programowej, opracowanej przez agencję reklamową J. Waltera Thompsona, czytelnik dowiadywał się, że „w systemie kapitalizmu prywatnego to właśnie On, Konsument i Obywatel, jest szefem”, który „nie potrzebuje czekać na kolejne wybory ani posiedzenie ławy przysięgłych. »Głosuje« bowiem za każdym razem, gdy podejmuje decyzję o nabyciu jednego produktu a odrzuceniu drugiego”.

Zdaniem Edwarda Bernaysa, jednego z pionierów nowoczesnego zarządzania wizerunkiem i głównego architekta „American Way”, wybory, przed którymi staje obywatel w lokalu wyborczym, niczym się nie różnią od decyzji podejmowanych na stoisku w pawilonie handlowym czy przed półką sklepu spożywczego. Podstawową regułą w obu przypadkach jest to, by wybór obejmował ograniczony zestaw możliwych opcji, które są z kolei starannie wyselekcjonowane przez „niewidzialny rząd” stworzony przez speców od marketingu i reklamy wielkiego biznesu. Bernays przekonuje, że w „społeczeństwie demokratycznym” obywatele „są i muszą być zarządzani, konieczne jest odgórne formowanie /…/ ich poglądów, sposobów myślenia i gustów, w większości rękami ludzi, z których istnienia społeczeństwo nawet nie zdaje sobie sprawy”.

NAM utworzyło ogólnokrajową sieć, której celem było zapewnienie, by broszura J. Waltera Thompsona i inne podobne materiały trafiały do bibliotek i programów nauczania w szkołach w całych USA. Efektem kampanii były także liczne artykuły w prasie, w których cytowano „niezależnych ekspertów”, w rzeczywistości opłacanych przez środowiska biznesowe. Powstały też nowe czasopisma i krótkie filmy dla dzieci i dorosłych. Ich tytuły mówią same za siebie: „Tworzymy Lepszych Amerykanów”, „Sprzedawać jest rzeczą amerykańską” czy „Ameryka Podąża Naprzód”.

Prawdopodobnie jednym z największych sukcesów tej kampanii była wystawa „American Way” w czasie targów światowych, które odbyły się w Nowym Jorku w 1939 r. Ich dyrektor określił tę wystawę jako „największe wydarzenie z dziedziny public relations w historii przemysłu”, zdolne do stawienia czoła „propagandzie Nowego Ładu”. Hasłem przewodnim targów było „Budujemy Świat Jutra”, a one same stały się forum, na którym przedstawiciele amerykańskich korporacji w sposób dosłowny stworzyli fundamenty przyszłego modelu gospodarczego i społecznego. Najsłynniejszą ekspozycją była przygotowana przez General Motors na powierzchni prawie 4 tys. m2 Futurama, gdzie zwiedzający mieli możliwość odwiedzenia aglomeracji Democracity, miasta wielopasmowych autostrad, które niosły obywateli z ich wiejskich domów do pracy w szklanych drapaczach chmur.

Przy całym swoim impecie i ogromie zaangażowanych środków, „American Way” nie poskutkowała natychmiastowym, masowym, entuzjastycznym poparciem dla korporacji i prezentowanej przez nie wizji przyszłości. Tym niemniej, możliwe było stworzenie ideologicznych podwalin pod zmiany, do których doszło po zakończeniu II wojny światowej, zmiany, które stworzyły to, co do dnia dzisiejszego określa się „powojenną Ameryką”.

Wybuch wojny zmusił ludzi do pracy w wymiarze nigdy nie osiągniętym za czasów Nowego Ładu, co budziło obawy o silny wzrost bezrobocia po zakończeniu działań zbrojnych. Robotnicy zatrudnieni w zakładach firmy Kellogg’s podczas wojny pracowali 48 godzin w tygodniu, ale większość z nich gotowa była na powrót do 30-godzinnego tygodnia pracy. Niestety, krótko przed wojną W. K. Kellogg i Lewis Brown przekazali zarząd nad firmą nowemu zespołowi menedżerów.

Nowy zarząd widział w krótszym dniu pracy jedynie zagrożenie i źródło kosztów, nie dostrzegając korzyści płynących z niego. Praktycznie zaraz po zakończeniu wojny rozpoczął kampanię podważającą sens takiego rozwiązania. Zaoferowano pracownikom kuszący plan dodatków finansowych w przypadku, gdy poprą wprowadzenie ośmiogodzinnego dnia pracy. Pomimo tego, w głosowaniu przeprowadzonym w 1946 r., 77% mężczyzn i 87% kobiet zatrudnionych w firmie wyraziło chęć powrotu do 30-godzinnego tygodnia pracy. Co warte podkreślenia, decyzja ta wiązała się ze znacznym obniżeniem wynagrodzeń, ze sztucznie zawyżonego poziomu z czasów wojny.

Odpowiedzią zarządu było wydanie sześciogodzinnemu dniowi pracy wojny pozycyjnej. Wysokokwalifikowanym robotnikom zatrudnionym na wydziałach, na których pomysł wydłużenia dnia pracy spotkał się z najmniejszym sprzeciwem, zaoferowano specjalne przywileje. W Ameryce, która właśnie wydostała się z wojny i wcześniejszego kryzysu, metoda ta musiała przynieść oczekiwane skutki. Ale nie wszyscy poddali się temu trendowi. W zakładach Kellogga istniała silna, choć kurcząca się z czasem grupa ludzi, których Hunnicutt określa mianem „Indywidualistów” (mavericks), sprzeciwiających się wprowadzeniu dłuższego dnia pracy. Na wydziałach, w których się skupiali, udało się utrzymać sześciogodzinny dzień pracy aż do 1985 r., kiedy to całkowicie i ostatecznie go zlikwidowano. „Indywidualiści” odrzucali forsowaną przez zarząd, związki zawodowe i wielu kolegów z pracy tezę, że dodatkowe wynagrodzenie związane z wydłużeniem czasu pracy warte jest przejścia na ośmiogodzinny dzień pracy. Pomimo ogromnych różnic pomiędzy zasobnością społeczeństwa w latach 30. i 80. ubiegłego wieku, korzyści z sześciogodzinnego dnia pracy opisywano niemal identycznie. Jedna z kobiet, zaniepokojona tym, że jej syn musi dużo pracować, powiedziała, że „przez to nie ma on wcale czasu na cieszenie się życiem, na odwiedziny krewnych i znajomych, na przebywanie z rodziną, na zajmowanie się innymi rzeczami, które kocha i które sprawiały mu wcześniej wiele radości”.

Niektórzy wskazywali na bezpośrednią zależność pomiędzy dłuższym dniem roboczym a konsumpcjonizmem. „Pracując sześć godzin dziennie bardzo dobrze sobie radziłem z utrzymaniem rodziny i zaspokojeniem jej podstawowych potrzeb. Dłuższa praca była mi zupełnie niepotrzebna – twierdził jeden z mężczyzn. – Wielu myślało, że po wydłużeniu dnia pracy wszyscy nagle staną się bogatsi, ale nic takiego nie nastąpiło. /…/ Niektórzy korzystając z większych zarobków szybko kupili sobie samochody, ale niewiele na tym zyskali, bo utrzymanie samochodu pochłaniało większość z dodatkowych poborów”.

Grupy „Indywidualistów”, zdając sobie sprawę z tego, że wydłużenie dnia pracy będzie skutkowało redukcją zatrudnienia, określali ludzi wzywających do modelu ośmiogodzinnego „tucznikami pracy” (work hogs). „Kellogg’s zwalniał pracowników – zauważała jedna z kobiet – a jednocześnie niektórzy z zatrudnionych wyrabiali ogromne ilości nadgodzin – to ze sprawiedliwością nie ma wiele wspólnego”. Inny przywołał słowa historyka Arnolda Toynbee, który powiedział: „Albo podzielimy się pracą, albo będziemy musieli zacząć troszczyć się o tych, dla których jej zabraknie”.

Ludzie żyjący w wyniszczonych depresją latach 30., z perspektywy dnia dzisiejszego ubodzy w dobra, skwapliwie zabiegali o to, by pracować mniej – i mieć więcej czasu dla siebie i swoich rodzin. Podobnie myślały ich dzieci i wnuki w latach 80. My, jako społeczeństwo, moglibyśmy dzisiaj dokonać podobnego wyboru.

Ale nie jest możliwe przeprowadzenie tego na poziomie jednostek. Chociaż „Indywidualiści” w Kellogg’s wytrzymywali przez lata presję wywieraną na nich przez firmę i pozostałych pracowników, koniec końców jednak rynek nie był w stanie zaoferować im możliwości pracy w niższym wymiarze godzin za cenę ograniczenia konsumpcji. Przyczyna jest niezwykle prosta: wybór ten stałby w sprzeczności z podstawami gospodarki rynkowej – przynajmniej jej obecnej formy. Ludzie, którzy stworzyli społeczeństwo konsumentów, doskonale zdawali sobie sprawę, że był to proces polityczny i że zmiana systemu wymagałaby stworzenia potężnego ruchu politycznego.

Wizja „społeczeństwa demokratycznego” prezentowana przez Bernaysa, w której obywatele są konsumentami a decyzje polityczne podlegają prawom marketingu, ma obecnie wielu zwolenników. Przykładem może być wypowiedź Andrew Carda, byłego szefa doradców w administracji prezydenta George’a W. Busha. Zapytany, dlaczego czekała ona kilka miesięcy zanim przedstawiła argumenty za przeprowadzeniem inwazji na Irak, odpowiedział: „W sierpniu nikt przecież nie wprowadza nowych produktów na rynek”. Z kolei w roku 2004, jeden z ważniejszych amerykańskich teoretyków prawa, sędzia federalny Richard Posner, oświadczył, że demokracja przedstawicielska „zakłada podział między rządzącymi a rządzonymi”; ci pierwsi stanowią „klasę rządzącą”, a wszyscy pozostali mogą cieszyć się w sferze politycznej jedynie „suwerennością konsumenta”, która daje „przywilej odrzucenia konkretnego produktu, przywilej wyboru, nie zaś możliwość aktywnego wpływu na rzeczywistość”.

Czasami postawy antydemokratycznego elitaryzmu w jeszcze bardziej bezpośredni sposób przebijają z analiz przygotowanych przez think-tanki powiązane z elitą i reprezentujące jej interesy. Jednym z przykładów może być tekst napisany w 1975 r. przez Samuela Huntingtona, znanego politologa z Uniwersytetu Harvarda, włączony do przygotowanego przez Komisję Trójstronną raportu pt. „Kryzys demokracji”. Huntington ostrzegał w nim przed „nadmiarem demokracji”, twierdząc, że „system polityczny oparty na demokracji wymaga pewnego stopnia apatii i braku bezpośredniego zaangażowania ze strony pewnych obywateli i grup społecznych”. Rozwijając tę myśl, zauważa on, że „grupy znajdujące się obecnie na marginesie życia społecznego, jak ludność murzyńska, stają się jego pełnoprawnymi uczestnikami”, co „może stanowić zagrożenie dla systemu politycznego” i prowadzić do podważenia autorytetu władzy.

Zgodnie z tego typu poglądami, powszechnymi w kręgach elit, ludzie są zbyt nieprzewidywalni i głupi, by móc decydować o swoim losie. „Plebs”, uważany za narzędzie produkcji w fabryce i narzędzie konsumpcji poza jej bramą, musi podporządkować się ustalonemu z góry porządkowi i przyjąć narzuconą mu rolę po to, by zachowana została stabilność społeczeństwa. Posner, na przykład, odrzucił pomysł wprowadzenia narodowego dnia dyskusji społecznej [National Day of Deliberation – propozycja mająca na celu zachęcenie Amerykanów do dyskusji o polityce i rzeczywistych problemach społecznych. Dzień ten, obchodzony na dwa tygodnie przed wyborami prezydenckimi, miałby być wolny od pracy. Ludzie spotykaliby się, aby uczcić pamięć Ojców Założycieli i przy okazji porozmawiać o najważniejszych problemach poruszanych w trakcie kampanii wyborczej – przyp. tłumacza], jako że jego skutkiem będzie „niewielkie, ale znaczące ograniczenie produkcji”. Można go zatem uznać za kontynuatora ideologii wyznawanej przez niegdysiejszych biznesmenów, że złagodzenie imperatywu „więcej pracy, lepszej pracy” skutkuje rodzeniem się postaw „radykalnych”.

Już w 1835 r. bostońscy robotnicy, strajkujący i domagający się krótszego tygodnia pracy, przekonywali, że czas od niej wolny jest im potrzebny do tego, aby byli lepszymi obywatelami: „Mamy prawa i powinności wynikające z bycia obywatelami Stanów Zjednoczonych i członkami społeczeństwa”. Doskonale zdawali sobie sprawę z tego, że autentyczna demokracja istnieje jedynie wówczas, gdy obywatele mają chęć i możliwość tworzenia rządu i wpływania na prowadzoną przez niego politykę, a nie wtedy, gdy są oni zaledwie masą zmarginalizowanych wyborców, których rola ogranicza się do wyboru dania z oferty przedstawionej przez jakiś „niewidoczny rząd”. Postawa obywatelska wymaga poświęcenia czasu i uwagi, na co nie stać ludzi żyjących w coraz szybszym cyklu pracy i konsumpcji.

Jeffrey Kaplan

tłum. Sebastian Maćkowski

Artykuł pierwotnie ukazał się w czasopiśmie „Orion”, w numerze majowo-czerwcowym 2008 r. Następnie przedrukowano go za zgodą autora w piśmie „Obywatel” nr 43, 2008.

Grafika w nagłówku tekstu: fragment obrazu Christophera Dombresa.

Prof. Monika Kostera: Imperatyw kategoryczny neoliberalizmu

Prof. Monika Kostera: Imperatyw kategoryczny neoliberalizmu

Jeśli kogoś można wykorzystać, to absolutnie trzeba. To nowy imperatyw kategoryczny. Najbardziej dramatycznym jego przejawem są sprawy takie jak ta z podwójnym morderstwem w podkaliskiej wsi Tłokinia Wielka, gdy skazany został niepełnosprawny intelektualnie Piotr M., jedynie na podstawie własnego zeznania i wbrew zasadzie domniemania niewinności. W jego winę nie wierzą bliscy ofiar zabójstwa i nie świadczą o niej ani ślady ani nawet poszlaki. Piotr M. był pod ręką, ulegał wpływom, przyjmował rację innych osób, z którymi rozmawiał, więc został oskarżony i skazany. Nie wiemy, co się stało naprawdę, ale narracja brzmi jednocześnie przerażająco nieludzko i swojsko.

Jeszcze bardziej zwyczajnie swojsko-nieludzko brzmi opowieść wcześniejsza. Zanim to wszystko się stało, Piotr M. był zatrudniany dorywczo za grosze do ciężkiej pracy fizycznej, spał w budynkach gospodarczych nieprzeznaczonych do mieszkania przez ludzi. Nie protestował, nie domagał się swego, nie sprzeciwiał. Można było go wykorzystać, a więc – naturalnie – należało. To właśnie nowy imperatyw kategoryczny w działaniu codziennym – co bardziej ogarniętych rolników, pomniejszych Januszów biznesu i wielkich korpobossów. A także i zwykłych biedaszaraków, jeśli starczy refleksu.

Kilka przykładów ze świata zarządzania. W dużej, szacownej firmie są i środki, i świadomość przepisów prawa pracy, dotyczących nadgodzin. Ale spośród pracowników nikt nie idzie do domu po przepracowaniu 8 godzin, to nie do pomyślenia! Nadgodzin też się nie płaci. Dlaczego? Pytam szefa. „Bo nikt tak nie robi, bylibyśmy śmieszni. A poza tym pracownicy też by się źle z tym czuli, myśleliby, że ich zaangażowanie nie jest dla firmy ważne”. Dodam, że szef, Dominik, jest sympatycznym człowiekiem, oczytanym i refleksyjnym. To nie jest tak, że on lubi łamać kodeks pracy. Nawet wierzę mu, że nie jest zachwycony sytuacją, gdy ludzie przesiadują w biurze zamiast śmigać z dzieckiem do kina. Robi „to, co wszyscy”. Gdyby robił inaczej, na jego miejsce przyszedłby szybko psychopata. A poza tym „trzeba troszkę powykorzystywać”, bo inaczej jest frajerstwo, a wtedy cię ludzie nie szanują.

Drugi przykład – przy projekcie pracuje zespół pracowników. Jeden spośród nich, Kazik, chętnie dzieli się swoją wiedzą i doświadczeniem, pomaga innym. Projekt z nim w zespole świetnie idzie i dobija szczęśliwie do mety. Pracownicy składają projekt w ręce szefa, razem z dodatkowym nowatorskim opracowaniem. Jest znakomicie przygotowane i bardzo przydatne. Tyle że nie ma na tym ostatnim nazwiska Kazika, w ogóle nie figuruje, choć wszystko, co tam jest zamieszczone, pochodzi właśnie od niego. Po co się dzielił? Mógł zachować wiedzę dla siebie. A tak – jest mniej ludzi do dzielenia się nagrodą. Kazik traktowany jest w firmie jak ktoś pomiędzy kozłem ofiarnym a Kopciuszkiem, ludzie śmieją się z niego na korytarzach. A klienci go uwielbiają. Jednak współpracownicy Kazika są tak bardzo przywiązani do swojej wizji jego postaci, że za każdym razem, gdy pojawi się pozytywna opinia klienta na jego temat, reagują zdziwieniem. Mam wrażenie, że autentycznym.

Kolejny przykład. Idąca jak błyskawica w górę hierarchii Bianka zaprosiła do współpracy przy ważnym międzynarodowym projekcie zatrudnioną na umowę zlecenie Grażynę. Grażyna pracuje w firmie od 10 lat, zawsze na zlecenie, bo skromna, pracowita i „nieasertywna”. Jednak „samo się przez się rozumie”, że umowy są jej przedłużane. Grażyna robi tak znakomitą robotę, że zagraniczni goście zwracają uwagę na jej wkład i wyrażają to w swych pożegnalnych przemówieniach. Grażyna zabiera głos, również dziękuje. Popełnia jednak katastrofalny dla siebie błąd – dziękuje nie tylko Biance, ale także jej starej mentorce, dzięki której cały projekt w ogóle zaistniał. Po przyjęciu Bianka zaprasza Grażynę i ze spokojną radością w głosie ogłasza jej, żeby pakowała swoje rzeczy, bo chyba rozumie, że nie ma tu po co wracać. Grażyna pakuje. Bianka ostro awansuje. Wszyscy w firmie starają się być jak Bianka.

Samo w sobie zjawisko nie jest ani szczególnie odkrywcze. Weźmy, na przykład, takiego szekspirowskiego Tymona z Aten. Tymon był starożytnym Ateńczykiem, znaczącą postacią w polityce i kulturze. Był hojny, dzielił się wszystkim z potrzeby serca. Jego przyjaciele uczestniczyli we wszystkim, wszystko chętnie brali, ale gdy Tymonowi skończyło się bogactwo, odmawiali pomocy, „bo nie mogą”, mają tyle „ważnych i wielkich problemów”, „nie ten moment”, „ten drugi jest gorszy, a został poproszony o pomoc wcześniej, to dla mnie zniewaga” itd. Są przy tym bardzo z siebie wszyscy zadowoleni, każdy ma świetny powód, a Tymon sam przecież jest sobie winien – po co tak rozrzutnie się zachowywał?

Nowość imperatywu kategorycznego, o którym tu mowa, nie polega na tym, że ludzie wykorzystują innych. To wszystko już było. Jego specyfika w dzisiejszych czasach wiąże się z rolą legitymizacji systemu, jaką obecnie pełni. Za Gierka takie postępowanie znane było raczej jako cwaniactwo (albo gorzej). Obecnie pomaga nadawać sens społecznym działaniom pod szlachetnym sztandarem przedsiębiorczości. Wreszcie stanowi podwalinę pod system, który potrafi zaprząc niskie rejestry natury ludzkiej w imię postępu i rozwoju – pamiętamy wszyscy, co mówił Gordon Gekko z filmu „Wall Street”: „greed is good”, chciwość jest dobra!”. Dzięki temu neoliberalizm nawet przez przeciwników bywa określany jako „naturalny”. Może jest brzydki, ale przecież taki jest człowiek, taka jest ludzka natura.

Tak, zapewne to część ludzkiej kondycji (bo co jest, a co nie jest ludzką naturą, to temat na dłuższą dyskusję i niekoniecznie z teoretyczką od zarządzania). Przypomnijmy sobie przyjaciół Tymona czy licznych niemiłych cwaniaków uprzykrzających życie bliźnim w czasach gospodarza domu Anioła albo Balladyny. Ale – nie, nie jest to definicja tego, kim jest człowiek i na co nas stać. Nawet w Alternatywy 4 czy w Balladynie nie ma takiego przesłania. Człowiek nie jest wyłącznie potworem, a w każdym razie stać nas na więcej.

Najnowsza książka australijskiego profesora zarządzania Petera Fleminga, „The worst is yet to come” (Najgorsze jeszcze przed nami), dopowiada do końca liczne systemowe opowieści, które rozwijają się teraz na naszych oczach. Wątki stają się coraz mroczniejsze – zniszczenie planety, ostateczne zohydzenie pracy, wstrętne dyktatury nazywające siebie bezczelnie demokracjami, odarcie ludzi z resztek praw i godności, jeszcze większa koncentracja bogactwa… Autor jest celowo dosadny i nie podaje żadnych środków znieczulających. Ma do zaoferowania niewiele budujących rad. Z wyjątkiem tych, gdy proponuje, by patrzeć na siebie wzajemnie z życzliwością, być solidarnymi, organizować się – i cwaniakować, owszem, ile dusza zapragnie, ale wobec systemu, który faktycznie jest na ostatnich nogach i naprawdę upada, ale po jego upadku nie czeka nas raj na Ziemi. Zamierza zabrać w niebyt ze sobą nas i całą planetę. Od swojej słabości odwraca naszą uwagę na różne sposoby – siejąc strach, potęgując poczucie niepewności, podsycając zawiść i szerząc pogardę. Więc tak, należy być czujnym, ale zamiast patrzeć, jak można wyrolować Piotra M., Kazika, Grażynę czy Tymona, trzeba patrzeć uważnie na słabości algorytmów, dostrzegać, jak bardzo korporacje boją się zjednoczonej pracowniczej siły. Hojność nie jest słabością, a dzielenie się nie jest frajerstwem. Frajerstwem jest dawanie się robić w konia upadającemu systemowi, a słabością jest hojne obdarowywanie go naszą energią, pomysłowością i zaufaniem. W obecnej fazie żywi się on właśnie tym, czego sam nie posiada i czym my go obdarowujemy – wartościami, których sam nie jest w stanie wytworzyć i które wyłudza od nas. Nie róbmy tego. Oddajmy neoliberalnemu cesarzowi co cesarskie – jego własny imperatyw; bądźmy hojni, bądźmy razem cwani, bądźmy solidarnymi hojnymi cwaniakami!

prof. Monika Kostera