Lewica na wojnie plemion

Lewica na wojnie plemion

Lewico, oczywiście, że odnieśliśmy sukces i zaczynamy wiosenne porządki. Oczywiście, że pójście w wielkiej Koalicji Europejskiej miało sens. Oczywiście, że lewica nie wymięka. Oczywiście, że każdy ma swoją narrację i oczywiste jest, z czego ona wynika. Kiedy jednak wracamy do swoich obozów i patrzymy na mapę, to jesteśmy w tragicznej sytuacji. Odpływy elektoratu, efekty znacznie poniżej oczekiwań, widmo powrotu na kanapę lub w polityczny niebyt. Zieloni praktycznie przestali istnieć jako samodzielny byt, Razem jest w przedsionku powrotu na kanapę, Wiosna ma do wyboru same ryzykowne posunięcia, zagrażające spadkiem pod próg w jesiennych wyborach. Tym, co nas łączy, jest fakt, że nie mamy za bardzo gdzie rosnąć. Ostatnie wybory pokazały, że zwiększenie frekwencji działa na naszą niekorzyść, bo my przez to nie rośniemy, za to rośnie duopol PiS i PO, a my jeszcze bardziej się w nim rozpływamy.

Ile byśmy nie patrzyli na tę mapę i jakich skomplikowanych konstrukcji nie tworzyli, to wszyscy widzimy tę samą opcję, która wydaje się rozsądna – jedna wspólna lista lewicy i centrolewicy.

Gdzie jesteśmy i dokąd idziemy

Wybory do parlamentu są najważniejsze. Nikt nie wie, co się do tego czasu wydarzy, ale pewnie okoliczności można z dużym prawdopodobieństwem założyć już teraz. Wszystko wskazuje na to, że scena polityczna to arena walki plemiennej. Mamy z jednej strony plemię dobrej zmiany, które grupuje ludzi o naprawdę ogromnym rozstrzale poglądów, od fanów wyklętozy, przez konserwatywną inteligencję, po elektorat ludowy i głos sprzeciwu wobec powrotu PO do władzy. Z drugiej strony jest plemię antypisu, w którym znajdziemy fajnopolaków, liberałów, konserwatystów z innego salonu, warszawskie elity, lewicujące środowiska i głos sprzeciwu wobec dalszych rządów PiS. Ostatnie wybory, które według wszystkich uważane są, obok swojego pierwotnego celu, za sondaż i wielkie liczenie szabel przed wyborami do polskiego parlamentu, pokazały, że duopol PiS i PO (z koalicjantami) zbiera 85%, trzecia siła polityczna notuje wynik 6%, a reszta ląduje pod progiem. Na naszych oczach domyka się właśnie duopol, który miażdży wszystko, co staje mu na drodze i jeśli układ list nie zmieni się do jesieni, to możemy spodziewać się nawet wzrostu głosów na duopol do 90%, co w połączeniu z metodą liczenia głosów da nam 100% mandatów dla dwóch tych bloków.

Palec pod budkę, bo za minutkę

Wszyscy zmierzamy do jesiennego starcia i wszystko wskazuje na to, że będzie to także walka tych dwóch plemion. Nawet jeśli chcielibyśmy inaczej ramować dyskurs czy wytyczyć nowe linie sporu, to jest na to za późno i jesteśmy na to jako lewica za słabi. Niewiele też możemy uczynić samą konstrukcją programu, nawet jeśli zostanie on przebudowany i inaczej opowiedziany. Program polityczny nie odgrywa większej roli w takich starciach, nawet w obozie PiS, a różnica jakości w obu obozach widoczna jest tylko dlatego, że KE nie miała żadnego programu i się z tym specjalnie nie kryła. W tak wyglądających warunkach powalczyć można tylko tworząc własne plemię i nie w oparciu o konkretnie wypunktowany program, lecz o wspólnotę wartości, tak samo jak na karczemną bijatykę nie zabiera się szachownicy i kalkulatora, lecz zgraną ekipę, która nie zadaje za dużo pytań.

Nie rozwiążemy w ten sposób własnych problemów, nie udowodnimy, kto jest bardziej lewilny, nie rozstrzygniemy sporów o wiele kwestii, nie uleczymy naszego środowiska. To tylko wybory parlamentarne, a nie deklaracja wiary czy ostateczne rozstrzygnięcie kształtu i przywództwa lewicowego ruchu w Polsce. Na szali tych wyborów nie leży życie lub śmierć lewicy, lecz istnienie lub nieistnienie w kolejnej kadencji lewicowej formacji politycznej w sejmie. Jeśli te wybory znów przegramy jako lewicowe środowisko, to duopol się domknie, a my w ciągu następnych lat będziemy oglądać politykę parlamentarną przez szybkę i pisać sążniste posty w mediach społecznościowych.

Spójrz w lustro i nakrzycz na lewicę

Stworzenie takiej listy to ogromny i niełatwy wysiłek, z pewnością na granicy realności. Jeśli chcemy tego dokonać, to musimy porzucić dotychczasowe myślenie i złamać parę własnych gnatów, żeby je ustawić na nowo. Przede wszystkim ustalmy wreszcie, że nasze organizacje polityczne nie są wiele warte, co raz za razem przypominają nam wybory. W partii politycznej nie chodzi o to, żeby sobie zbudować bunkier do wygodnego oglądania globalnej katastrofy. Powinna ona być natomiast narzędziem realizacji polityki w systemie parlamentarnym. Organizacje polityczne nie muszą pokrywać się z ideowymi środowiskami, nie muszą być jednolite poglądowo i towarzysko, nie muszą wyczerpywać lewicowego środowiska ani się na nim zamykać. Partie muszą być przede wszystkim skuteczne w działaniu, do którego zostały powołane. Jeśli nie są, to należy je zmienić lub przeorganizować, a nie robić z nich kapliczki zadumy nad smutnym losem polskiej lewicy.

Obecnie nasze (lewicowe) organizacje polityczne są podzielone bardziej towarzysko niż ideowo (choć oczywiście nie do końca), a ich układ na scenie politycznej jest podyktowany bardziej strategią niż celem działania. W rzeczywistości w krótkiej perspektywie czasowej, np. jednej czy dwóch kadencji parlamentarnych, mielibyśmy w ogromnej większości zbieżne postulaty i poglądy, lecz z różnych mniej istotnych przyczyn (często zupełnie niezrozumiałych dla nowych osób na politycznej lewicy) nie umiemy dowartościować tego wspólnego mianownika. Nie bez znaczenia jest fakt, że zazwyczaj między nami zachodzą mniejsze różnice w poglądach niż między różnymi grupami wchodzącymi w skład jednego czy drugiego wielkiego plemienia duopolu. Paradoks polega na tym, że nie-lewica gra dzisiaj dużo bardziej zespołowo i inkluzywnie niż lewica, która lubuje się w mnożeniu ekskluzywnych klubików rozpychających się łokciami na małej przestrzeni.

Liderki i liderzy – to wasz sprawdzian

Jeśli już nawet uznamy, że taka koalicja/porozumienie/sojusz/układ ma jakiś sens, to niestety schody dopiero się zaczną. Przede wszystkim jest mało czasu i jeśli coś ma się wydarzyć do jesieni, to trzeba zacząć już teraz, zaraz. Po drugie, szalenie istotne będzie ustalenie, kogo zapraszamy do listy całej lewicy, bo to jest temat, w którym lewica ma wieloletnie doświadczenie autodestrukcji. Moim zdaniem jedynym możliwym rozwiązaniem jest po prostu zaproszenie wszystkich osób i środowisk, które się za lewicowe czy lewicujące uważają – bez wykluczeń i bez warunków wstępnych. Od tego, kto się pojawi i z jakim nastawieniem, będzie zależeć to, czy będziemy mieli sobie coś do powiedzenia, czy nie. Tutaj już jednak będą działać liderki i liderzy organizacji i ruchów na lewicy. Tak samo będą musiały się potężnie napracować przy tworzeniu list, decyzji z jakiej partii startujemy (koalicja jest zbyt dużym ryzykiem powtórzenia klęski Zjednoczonej Lewicy) i jak rozwiążemy kwestie finansowania i ewentualnej subwencji – to nie jest nic wstydliwego ani nic nieczystego. W polityce ogromną rolę odgrywają pieniądze i nie ma co tego ukrywać, lecz po prostu to załatwić.

Mówię tutaj o wielkiej roli liderek i liderów, bo nie mamy czasu na kongresy i wielkie dyskusje, żeby wyrobić się przed wyborami – oczywiście takie powinny nastąpić, ale raczej w celu zatwierdzenia ustaleń niż otwierania coraz to nowych paneli dyskusyjnych. Nie ma też sensu w tym całym procesie rozgrzebywać przeszłości i zastanawiać się, kto komu i kiedy wyjadł dżem z pączka. Rozmowy prowadźmy w takich ramach, jakie one są teraz, a jeśli nasze liderki i nasi liderzy nie będą w stanie wypracować takiego projektu, to być może czas najwyższy przewietrzyć kadry.

Na kanapę zawsze zdążymy

Oczywiście, że mamy co do siebie zastrzeżenia. Mamy całe lata wspólnych doświadczeń, dawnych kłótni i ran, świeżych dosrywek i podszczypajek. Jeśli każdy miałby wymienić, co ma do wszystkich innych na lewicy, to z pewnością zapełnilibyśmy przestronną bibliotekę. Jeśli mamy zamiar sobie to wszystko wypominać, to szkoda czasu i nerwów. Zresztą znamy to na pamięć, obrzucamy się tym codziennie. Pytanie brzmi, czy jesteśmy w stanie wyjść ponad własne ograniczenia. Oczywiście musimy być gotowe i gotowi na pewne ustępstwa i niekomfortowe towarzystwo, ale nie wybieramy się na dyskotekę i biesiadę, lecz do sejmu. Nie jest to też droga dla wszystkich i bez wątpienia w wielu organizacjach posypią się legitymacje. To już każda jednak musi sobie odpowiedzieć, czy bardziej martwi się odpływem aktywu czy odpływem elektoratu. Z pewnością lista nie będzie idealna i dla wielu osób będzie za bardzo „zbyt” – zbyt radykalna, zbyt lewicowa, zbyt obyczajowa, zbyt liberalna, zbyt szeroka, zbyt wąska. Polityka to gra zespołowa, a w pojedynkę można zawojować parkiet na potupajce, a nie scenę polityczną – gdybym chciał być w partii, z którą mam 100% zgodności w poglądach, taktyce i narracji, to musiałbym założyć Ruch Bartosza Migasa, na co się nie zanosi.

Sukces wyborczy możemy odnieść tylko wtedy, jeśli przestaniemy grymasić i wyrobimy w sobie pewne poczucie solidarności z lewicową społecznością – że gdy już jest ta lewica, może nieidealna, może nie taka, jaką sobie wymarzyliśmy, ale jest ona samodzielna, to zamiast rozdzierać szaty głosujmy tak, jak głosują liberałowie czy konserwatyści – na swoich. Nie sądzę żeby przeciętny wyborca PiS czy przeciętny wyborca KE zastanawiali się długo nad oddaniem głosu. Bierzesz listę „swoich”, wybierasz osobę, która ci najbardziej odpowiada, zaznaczasz i wrzucasz do urny – tak musimy to zrobić, bo inaczej wszyscy możemy się znaleźć pod progiem.

Nie jest to szczególnie chwalebne i bohaterskie, nie jest to rozwiązanie idealne ani najbardziej komfortowe. Jest to jednak rozwiązanie, które przynosi szansę na wyrąbanie sobie przestrzeni w duopolu i niedopuszczenie do sytuacji, w której jedyną alternatywą dla dwóch największych bloków jest gabinet faszyzujących osobliwości. Zdecydowanie nie jest to szczyt marzeń politycznej lewicy. Nie ma też co rozdymać balona, że to kres czasów i ostatnie akordy w historii polskiej lewicy, w której poluzowanie ideologicznego gorsetu przekreśli nasze istnienie na zawsze. Alternatywą dla niektórych środowisk jest bohaterska szarża, by zbudować legendę tych, co nigdy nie ugięli kolan. Może są osoby, którym wystarczy poczucie dobrze spełnionego obowiązku, ale ja mam 31 lat i zdecydowanie za wcześnie na bój mój ostatni.

Bartosz Migas

Od redakcji „Nowego Obywatela”: Powyższy tekst wyraża stanowisko autora i nie należy go postrzegać jako stanowiska naszej redakcji.

Alter-pieniądze – ABC walut lokalnych

Alter-pieniądze – ABC walut lokalnych

Podczas trwania wielkiego kryzysu finansowego w dwudziestoleciu międzywojennym, w małym miasteczku Wőrgl w Austrii miał ciekawy i skuteczny eksperyment gospodarczy. Za sprawą burmistrza Michaela Unterguggenbergera, wprowadzono walutę lokalną (komplementarną/uzupełniającą), nie rezygnując przy tym z pieniądza narodowego. Decyzja ta spowodowała rozwój miejscowości zamiast jej dalszej stagnacji. Dziś walut lokalnych używa się w wielu miejscach na świecie.

Cud gospodarczy w Wőrgl

Kryzys finansowy z roku 1929 dotknął cały świat. Kiedy mówiło się o „tańcu na wulkanie” współczesnych elit, tak bardzo bezradnych i lekkomyślnych w stosunku do nadchodzącego zagrożenia, jeszcze większego niż kryzys gospodarczy, w małym miasteczku w ówczesnej Austrii miał miejsce pewien eksperyment.

W Wőrgl, w reakcji na rosnącą biedę i wysokie bezrobocie, z dniem 5 lipca 1932 r. wprowadzono walutę lokalną. Miała ona inne zastosowanie niż pieniądz narodowy, którego był deficyt. Różnica polegała na tym, że oficjalna waluta była zadłużeniowa. Do dziś tak jest. Natomiast waluta lokalna, nazywana też komplementarną, była oprocentowana ujemnie (-1%). Ekonomiści nazwali to demurażem, od francuskiego demurrage – opłaty pobieranej od uczestników kolejki samochodów lub statków czekających na wjazd lub wejście do portu; trzeba było dokonać stosownej opłaty, by w niej stać. Taka funkcja powodowała, że nowa waluta traciła na wartości w miarę upływu czasu. W przeciwieństwie do pieniądza zadłużeniowego, czyli oficjalnej waluty emitowanej przez bank centralny i banki prywatne, nie opłacało się jej gromadzić.

Walutę lokalną wyemitowano w trzech nominałach: 1, 5 i 10 szylingów. Pierwsza emisja wynosiła tylko 5000 szylingów, co jednak wystarczyło, by rozpocząć eksperyment „freigeld” („wolne pieniądze”). Decyzja ta spowodowała, że w mieście można było czymś zapłacić i regulować zobowiązania zadłużeniowe wobec innych. Zyskali głównie mali i średni przedsiębiorcy oraz przedstawiciele klasy robotniczej. Jak pisze Bernard Lietaer w książce „The Future of money. A new way to create wealth, work, and a wiser world”, waluta ta, mimo iż wyemitowano ją w zaledwie kilku tysiącach, cyrkulowała 416 razy przez okres trwania projektu. Powstał lokalny wolny obieg waluty, niezależny od banku centralnego. W ten sposób konsumpcja dóbr wzrosła, gdyż w końcu było można sobie czymś zapłacić. Inwestycje w produkcję w mieście wzrosły o 219% wobec poprzedniego roku.

Waluta ta miała również inną cechę. Nie tylko nie było w niej lichwy, ale też była niewymienialna. Nie można było jej wywieźć poza miasto i zapłacić nią gdzie indziej, dlatego nie ubywało jej w lokalnej społeczności. Kolejną właściwością był brak kursowości, czyli wartość 1:1 do waluty narodowej. Powodowało to, że komplementarna waluta nie była podatna na spekulacje.

Społeczność miasta szybko wyszła z biedy. Wcześniej, w epoce kryzysu, liczyło się tylko zaspokojenie podstawowych potrzeb. Po wprowadzeniu waluty lokalnej sięgnięto także po realizację wyższych potrzeb społecznych i indywidualnych. Powstały też nowe domy mieszkalne. Zainwestowano w remont dróg. Udało się uporać z niepokojami społecznymi i zminimalizować drobną przestępczość. Poza tym wzrosła konsumpcja. W dodatku nie wystąpiły inflacja ani deflacja.

Mieszkańcy mieli wybór, czy dokonywać płatności w walucie lokalnej czy w narodowej. Lokalną można było wydać, nie opłacało się jej gromadzić, gdyż istniał przeciw temu bezpiecznik w postaci wspomnianego demurażu. Natomiast w pieniądzu narodowym można było oszczędzać. Wobec tego w Wőrgl mieliśmy do czynienia z sytuacją systemu dwuwalutowego. Pamiętajmy jednak, iż pieniądza narodowego było mało w obiegu, więc przeważał ten lokalny.

Ten cud gospodarczy wzbudził zainteresowanie nie tylko w Austrii, ale też w Niemczech i we Francji. Premier tego ostatniego kraju, Edouard Dalladier, złożył nawet wizytę w Wőrgl. W ponad 150 miastach, głównie Austrii i Niemiec, rozpoczęto przygotowania do emisji własnej waluty uzupełniającej.

Jednak finansowy monopolista na emisję waluty w Austrii, czyli jej Bank Centralny, dość szybko ukrócił to przedsięwzięcie. Z dniem 21 listopada 1933 roku waluta lokalna w Wőrgl została zakazana. W ciągu kilku miesięcy sytuacja w mieście wróciła do stanu poprzedniego. Burmistrz tego miasta, Micheal Unterguggenberger został postawiony przed Trybunałem Konstytucyjnym. Pierwszym zarzutem, jaki mu postawiono, była ingerencja w emisję pieniądza, za którą konstytucyjnie odpowiada Bank Centralny. Drugim – przyjmowanie podatków w lokalnej walucie.

Historia jednak inaczej osądziła M. Unterguggenbergera. Dziś w Wőrgl, przed Instytutem Wolnych Pieniędzy, stoi jego pomnik. Burmistrz w swoim eksperymencie kierował się zaleceniami ekonomisty Slivio Gesella.

Silvio Gesell i „Naturalny Porządek Ekonomiczny”

Silvio Gesell urodził się w 1862 r. na terenie dzisiejszej Belgii. Pochodził z rodziny walońsko-niemieckiej. W wieku 24 lat wyemigrował do Argentyny, by prowadzić tam biznes. Około roku 1890 kraj ten dotknął kryzys gospodarczy, a wszelkie próby jego złagodzenia nie przyniosły rezultatów. Obserwując to, Gesell zaczął zastanawiać się nad istotą współczesnego pieniądza.

Zauważył, że istniejący system monetarny prowadzi do utowarowienia pieniądza, gdyż ten nie traci w czasie na wartości. Innymi słowy: nie psuje się. A zatem jego właściciel stoi w pozycji lepszej niż dostawcy dóbr i usług. Posiadając walutę zadłużeniową, jej właściciel może odwlekać kupno jakiegoś produktu w czasie. Co za tym idzie, zakupi ten produkt wtedy, kiedy będzie on wystarczająco tani. Oznacza to, że dostawcy są uprzedmiotowieni i nie ma zasady równości między kimś, kto kupuje a tym, który sprzedaje dany produkt. Sytuacja taka zmusza zazwyczaj handlarzy do zaciągnięcia kredytu. Skoro pieniądz jest odsetkowy, czyli oprocentowany, to druga strona, tj. kupujący (posiadacz gotówki), jest w lepszej sytuacji. Dochody uzyskane z dodatniego oprocentowania waluty nie wpływają zatem do budżetów samorządów czy państw. Tworzy się mechanizm odsetek od odsetek, gdyż te dalej są pożyczane. Wobec tego na rynku jest coraz mniej pieniędzy, co widać dokładnie podczas kryzysów gospodarczych. Zamiast tego pieniądze płyną tam, gdzie jest już ich nadmiar. To dlatego bogaci bogacą się, a biedni biednieją.

W swojej książce „Naturalny Porządek Ekonomiczny” Gessel postulował ujemne oprocentowanie pieniądza. Wtedy to mechanizm pieniądza zadłużeniowego oraz życie ponad stan, konsumpcja na kredyt, nie mają racji bytu. Majątek tworzy się w realnym procesie, a zapotrzebowanie na dobra jest optymalne, bez kreacji sztucznych potrzeb. Oszczędzający wnosiliby opłatę dewaluacyjną, która miałaby za zadanie stymulowanie cyrkulacji pieniądza. Wobec tego ten, kto posiada pieniądze, zacząłby raczej je wydawać, niż oszczędzać. Nie przechowywałby tych pieniędzy zbyt długo, a jedynie nie dłużej niż to konieczne. W ten sposób zdrowego wolnego pieniądza byłoby zawsze na wolnym rynku pod dostatkiem, w przeciwieństwie do pieniądza zadłużeniowego.

Szwajcaria i WIR

W 1934 roku w Szwajcarii, wzorując się na eksperymencie z Wőrgl, 16 mieszkańców Zurychu stworzyło kolejną walutę uzupełniającą – WIR (niem. „my” lub „nasze”). Znaczącą rolę w projekcie odegrali Werner Zimmerman i Paul Enz. Obaj znali pracę Gesella. Grupa ta, mądrzejsza o doświadczenia burmistrza Unterguggenbergera, zdecydowała się nie przyjmować podatków w walucie lokalnej.

Przedsięwzięcie z lokalną walutą ponownie okazało się sukcesem, mimo ataków ze strony ekonomistów i dziennikarzy. Zanim biznes zaczął rozkwitać, zebrano na ten cel 140 tys. ówczesnych franków szwajcarskich, by uruchomić projekt, co było dużym osiągnięciem podczas trwania kryzysu gospodarczego. Uczestnicy systemu zaczęli świadczyć sobie usługi płacąc WIR Frankiem.

Rezultaty były podobne jak eksperyment z lokalną walutą
z poprzedniego roku w Austrii. Jak podaje Lietaer, liczba uczestników systemu niezależnego od banku centralnego wyniosła ok. 3000 osób w 1935 r. Po wojnie okresowo zmalała, lecz w 1960 r. wzrosła do 12,5 tys. uczestników. WIR Frank działa do dzisiaj. Liczba uczestników wynosi ok. 80 tys., a łączną wysokość obrotów szacuje się na 2,5 miliarda franków szwajcarskich. Posiadają też własny bank.

Praktyka

W praktyce wygląda to tak. Załóżmy, że żyjemy w jakimś mieście. Zbiera się grupa osób, najlepiej stowarzyszona w jakiejś organizacji. Płaci ona swoim członkom za dane usługi w walucie lokalnej, oprocentowanej ujemnie lub na zero. Stosunek do waluty narodowej wynosi 1:1. W obrębie stowarzyszenia ktoś wykonuje komuś daną usługę, np. ktoś jest hydraulikiem i akurat koledze ze stowarzyszenia zepsuł się zlew. Hydraulik wykonuje naprawę i dostaje za tę usługę walutę lokalną, a nie państwową.

Hydraulik nie może wymienić lokalnej waluty na pieniądze państwowe. Ale kolega ze stowarzyszenia jest z zawodu malarzem pokojowym. Hydraulik chce, by kolega mu wymalował pokój, ten tak czyni. W zamian dostaje lokalną walutę. W ten sposób waluta lokalna krąży w społeczności – czy będzie to organizacja społeczna, czy całe miasto lub gmina. Nie rezygnuje się przy tym z waluty narodowej (oficjalnej). W tym obiegu mogą też funkcjonować prywatne firmy, jeśli za swoje usługi przyjmą zapłatę w lokalnej walucie. Na przykład ktoś ma w danej chwili mało gotówki narodowej (oficjalnej), ale za swoje usługi posiada dużo waluty lokalnej, i chce ostrzyc włosy. Sprawdza w internecie, które zakłady fryzjerskie w mieście przyjmują lokalną walutę. Okazuje się, że jakiś przedsiębiorca działa w dwuwalutowym systemie. Wobec tego ktoś idzie do niego się ostrzyc i płaci mu za usługę w lokalnej walucie.

Alternatywa?

Współczesny kapitalizm prowadzi do reifikacji, tzn. do urzeczowienia człowieka i stosunków międzyludzkich. Można by napisać, że współczesny system monetarny robi to samo z pieniądzem. Pieniądz, zamiast być tym, czym być powinien – informacją, staje się towarem samym w sobie. Prowadzi to do maksymalizacji zysków tych, którzy są na samej górze tego piramidalnego systemu. Wmówiono nam, że nie ma żadnych alternatyw. A jednak żyjemy w świecie wielu możliwości.

Na całym świecie podczas kryzysów finansowych, systemy walut lokalnych lub tzw. banków czasu (tu walutą rozliczeniową jest po prostu jednostka czasu poświęcanego na wykonanie wymienianych usług) wyrastają jak grzyby po deszczu. Obecnie system ekonomiczny przechodzi okres lepszej koniunktury, która jednak nie będzie trwać w nieskończoność. Wcześniej czy później przyjdzie większe załamanie. Waluty lokalne mogą być odtrutką na zatruty organizm. Obecnie lokalne systemy walut praktykowane są w niektórych samorządach, NGO’sach i przez podmioty prywatne.

Większa demokratyzacja obecnego systemu politycznego i systemu ekonomicznego powinna polegać m.in. na docenieniu możliwości, jakie niosą ze sobą systemy walut komplementarnych.

Piotr Wildanger

Na kogo głos?

Na kogo głos?

Dziś wszyscy gadają o Unii, o jej przyszłości, dorzucając swoje naiwne banialuki, bo takie są prawa tego czasu. Czasu baśni z mchu i paproci. Większość z tego, o czym słyszymy, to mrzonki, bo Unia to zwykły drętwy biurokratyczny moloch, której reforma wymaga czegoś więcej niż tylko czczych deklaracji kandydatów do diet. Potrzebuje rewolucyjnych porywów i zdolnych do ryzyka buntowników z wyboru. Na wzór żółtych kamizelek. Nie pań i panów w uniformach, znamionujących sznyt rodem z high class, albo kandydatów gotowych się dać konformistycznie przerobić na wszystko. Chyba że pod taką etykietą schowany jest początek nowej rewolucji, koń trojański rebelianta, wiedza o tym, co trzeba, by móc ruszyć bryłę z posad świata. I karne trzymanie się busoli swoich słusznych celów i zasad.

Unia dziś jest bardziej niż kiedykolwiek oddalona od tego, co ją u zarania ukonstytuowało. A były to idea wspólnotowości i solidaryzmu społecznego. Wszyscy mieliśmy, według tych samych reguł, korzystać z owoców jej cywilizacyjnego postępu, w tworzeniu którego przecież mamy udział, każdy na miarę własnych kompetencji. Sam kapitał bez pracy jest jałowy, jest niczym i nie tworzy żadnej wartości. Ale to kapitał, poprzez swoich politycznych zarządców, wysyła siły porządkowe na ulice do tłumienia gniewu ludzi pracy. Unia to koterie nienaruszalnych wpływów politycznego establishmentu i biznesu, niezwykle mocno osadzonych na strukturalnym i formalnym jej kośćcu. To żadna nowość w liberalnych satrapiach, ale nie w demokracji. Ta jawi się tutaj okazjonalnie i tylko jako użyteczna wydmuszka i pusty slogan wyborczy. Deputowani udają, że poważnie traktują swoje codzienne zajęcia, podczas gdy w gruncie rzeczy poświęcają czas na tworzenie kwestii ustalonych gdzie indziej. Ich rola sprowadza się do legitymizowania kuluarowych prowizoriów w legislacyjnym kształcie i nadawania mu trybu implementacji.

Coraz bardziej drażni arogancja decydentów unijnych, którzy myślą, że obywatele nie zdają sobie sprawy, że założenia polityk wychodzą nie z forum parlamentu, a najważniejsze konsensusy nie są ucierane na salach plenarnych, lecz w dyskretnych i kameralnych lożach miłośników najdroższych cygar. Paryż i Berlin okazały się w tym stuleciu warte mszy, za cenę demokracji. Piotr Ikonowicz przypomina, że co dwa lata podczas spotkań w ramach Transatlantic Business Dialogue kapitanowie największych korporacji po obu stronach Atlantyku ustalają shopping list celów handlowych na kontynencie. 80% omawianych tam transakcji zostaje przeformułowanych na dyrektywy unijne. To są prawdziwe kuluary globalnej polityki.

Solidarność to ładne słowo w marketingu politycznym unijnych kampanii. Realna rzeczywistość to Nord Stream 2, pobłażanie Amazonowi, Google’owi czy Uberowi, które pomimo osiągania gigantycznych zysków na europejskim rynku nie płacą eurocenta podatku. Pytanie, dlaczego unijni dyplomaci nie dość skutecznie komunikują prawdę o tym, komu Unia służy, tylko bezczelnie ładują się w kolejnych zaciągach do Europarlamentu? Nie wystarczy ograniczać się do grzecznego utyskiwania slangiem kulturalnego inteligenta na wady i obłudną podwójną grę Unii. Ale wystarczy to w kontekście chłodnej matematycznej kalkulacji zysku. Dziwię się, niejako przy okazji, zbędnej ogładzie i certoleniu się, gdy nazywa się Macrona prezydentem. Demokratyczny, moralny mandat stracił już dawno. Dziś jest bardziej prezydentem establishmentu i nowego korporacyjnego światowego ładu niż Francuzów. Państwowy urząd kompromituje kolejnymi zbrojnymi akcjami rozprawiania się z żółtymi kamizelkami i gdy makiawelicznie deprecjonuje ich głupim pomawianiem o grabież mienia, jak w ostatnich tygodniach.

Przykłady działania Unii zdają się wystarczająco tłumaczyć głosy sceptycyzmu i zrozumiałego dystansu wobec obecnego projektu pogłębiania jej integracji. Ten sceptycyzm to także zasługa polskich delegacji zabiegających o utrącenie naszego kraju w unijnym budżecie. Motywy tych peregrynacji są absolutnie egoistyczne, społecznie nieuzasadnione, a nawet rozbieżne z powszechnym odczuciem, w kontekście dotykającego polskich obywateli wykluczenia prawnego. Jest mi osobiście bardzo nieprzyjemnie, gdy mój kraj jest kreowany na czarną owcę Europy, wobec którego trzeba użyć całego zestawu technik specjalnych i korekcyjnych działań, tylko po to, by pokazać, kto tu rządzi. Jak z żółtymi kamizelkami. Na obecnym etapie robi to wrażenie pomiędzy tolerowaniem innego na granicy obrzydzenia a groźbą wysłania go do poprawczaka.

Dziś krytyka wspólnoty jest szansą dla niej jak nigdy, szczególnie gdy widzimy, że Unia przechyla się ostro na kurs liberalny, sprzyjający kapitalistycznym monopolom i korporacjom. Przyszłość i dalsze jej trwanie będą zależały od jej zdolności do reform. To jest od jakości nowego desantu deputowanych obecnej kadencji, chcących czegoś więcej, niż tylko poklepywania się po plecach. Jeśli nie przyjmie reform, okaże się tworem kompletnie fasadowym, niezdolnym do samonaprawy, za to zdolnym co najwyżej dryfować przez jakiś czas, by wbrew faktom uzasadniać swoje istnienie. Dla obywateli będzie to tylko monstrum na glinianych nogach, trwające do ostatniego exitu. Teraz wystarczy pudrowanie polityką odwracania uwagi od centralnego kryzysu i didaskalia. Całe to gadanie kandydatów i narodowych rządów o ekologii i innych kwestiach wydaje się być z takiej perspektywy wyłącznie dziecinną paplaniną.

Zwykły obywatel nie ma w Unii nic do załatwienia i to jest jedno z jej paskudnych oszustw opakowanych w etykietę demokracji.

Obywatel co najwyżej może liczyć na dobrą radę za pośrednictwem jednego z banków, w stylu: jak cię nie stać na kawę na mieście, to zaparz ją sobie w domu. To zwyczajowo aroganckie stereotypizowanie ludzi i przerzucanie na nich odpowiedzialności za swój los, który jest rzekomo niczym więcej, niż prostą konsekwencją ich charakterów. To także socjotechniczny zabieg trzymania ich w ryzach winy i wstydu, jako zapory roszczeniowości i, nie daj Boże, uspołecznionego gniewu.

Mamy wybory. Uważajmy na kogo głosujemy. Sprawdźmy ludzi, a nie ich deklaracje. Gadanie nie kosztuje. Wybierając niewłaściwych zapłacimy cenę złej Unii. Egoistycznej, partykularyzmów, nierówności społecznych, biedy, wykluczonych i zmarginalizowanych, więcej niż jednej kategorii. Nie wierzę żadnemu politykowi, który obiecuje ludziom Unię proobywatelską i prospołeczną, a który nie ma na swoim koncie próby rozwiązania zawikłanych spraw tych, którzy żyją w państwie z kartonu. I angażując się na rzecz innych nie nabił sobie sińców, odbijając się od ściany do ściany urzędniczej obojętności na krzywdę polskiego biedaka. Nie wierzę żadnemu z tych jałowych gości, którzy trawią swój czas i nasze pieniądze na dyżurach w biurach poselskich. W oczekiwaniu na petentów wdzięcznych za gest kiwania głową, w gratisie dorzucając rozkładanie rąk. I niech za długo nie siedzą, i nie mają oczekiwań – bo takie mamy, proszę państwa, prawo, a prawo trzeba szanować.

Nasze wyborcze zaufanie wobec nich wymaga dowodu prawdy, a ten pochodzi wyłącznie z działania, ze stawania po stronie słabszych tutaj, w naszym państwie z kartonu. Urządzonego dla biednych, bo władza i zamożni mają swoje, pierwszej klasy, z własną infrastrukturą oświatową, zdrowotną i własną sprawiedliwością. W Polsce biedni swoich praw nie mają, bo z powodu wykluczenia prawnego nie mogą ich dochodzić. A to jest integralny warunek tej sławionej we frazesach wszelkiej podmiotowości. Dlatego można im nadal zabierać, dławić wszelkim przymusem, pogardzać i nawet używać pro bono do poprawy swego samopoczucia w sezonach na dobroczynność.

Na takich kandydatów do europejskich diet nie będę w wyborach głosować, bo wiem, że podobnie jak tutaj, tak później w Unii nic nie załatwią i nie zrobią rewolucji proobywatelskiej i prospołecznej. I żadnych obietnic wyborczych nie dotrzymają. Do tego trzeba świetnie zmobilizowanych i zorganizowanych, gotowych wozić się tam i z powrotem dla obrony więcej niż prywatnego ustroju. Takich obrońców obywatelskich interesów dziś potrzebujemy. Jak ci co niektórzy, dla jednych Ikonowicz, dla innych Kamiliańska Misja Pomocy Społecznej, do wyborów, niestety, nie idąca.

Ela Wisz

Piotr Wójcik: Różnice w nierównościach

Piotr Wójcik: Różnice w nierównościach

Debata o polskich nierównościach nie jest specjalnie wiekową damą. Dosyć późno zaczęliśmy rozmawiać w III RP o różnicach ekonomicznych, choć od momentu jej utworzenia błyskawicznie one rosły. W latach 90. i w pierwszych latach XXI wieku debatę publiczną bardziej zajmowała kwestia biedy jako takiej, a mniej sposób podziału rosnącego tortu. Choć przecież różnice w zarobkach były równie widoczne na ulicy, co ubóstwo. Doprowadziło to do tego, że polityka ekonomiczna kolejnych rządów była ślepa przynajmniej na jedno oko – decydenci nie widzieli nierówności jako przyczyny biedy, lecz jedynie jako jej skutek. Co gorsza, samo pojęcie biedy było pojmowane wyjątkowo prymitywnie, jako efekt negatywnych cech osobowości, a nie jako rezultat nieprzyjaznego i niesprawiedliwego porządku społecznego. Przynajmniej w głównym nurcie społecznego dyskursu. Na szczęście trochę się od tego czasu zmieniło i wiele Polek oraz Polaków zaczęło kwestionować wyroki rynku, a zjawisko nierówności dochodowych i majątkowych na stałe zagościło w debacie ekonomicznej. Dziś już ludziom zorientowanym w kwestiach społecznych nie trzeba zwykle tłumaczyć, czym jest wskaźnik Giniego i które kraje są najbardziej egalitarne, a które wręcz przeciwnie.

Oczywiście nie znaczy to, że w temacie nierówności nastąpił konsensus. Wciąż wielu komentatorów kwestionuje znaczenie nierówności i ich negatywne skutki. Innym obszarem debaty w tym temacie była wielkość polskich różnic ekonomicznych. Jedni uparcie przekonują, że są one umiarkowane, inni zwracają uwagę, że w wielu krajach UE są wyraźnie niższe, a jeszcze inni, że są dużo większe, niż się powszechnie wydaje. Dr Michał Brzeziński z UW w rozmowie z telewizją internetową dziennika „Rzeczpospolita” stwierdził wręcz, że o polskich nierównościach wiemy bardzo mało, więc trudno cokolwiek wyrokować. Niedawno pojawił się raport kilku francuskich ekonomistów, według którego nierówności w Polsce są jednymi z najwyższych w Europie. Przeczy to oficjalnym danym, więc zamiast rozjaśniać sprawę, jeszcze ją komplikuje. Mimo to doskonale się stało, że raport ujrzał światło dzienne, gdyż rzuca nieco inne światło na tę sprawę. A jego publikacja jest doskonałą okazją, by przyjrzeć się polskim nierównościom dochodowym z wielu perspektyw. Tylko dochodowym, gdyż wiemy o nich bez porównania więcej, niż o majątkowych, które w Polsce wciąż są obszarem niezwykle słabo zbadanym, a niektóre raporty są wręcz ze sobą sprzeczne.

Równoległe rzeczywistości

Według Eurostatu, który posiłkuje się informacjami płynącymi z krajowych urzędów statystycznych, w tym z polskiego GUS-u, nierówności dochodowe nad Wisłą są umiarkowane. Co więcej, w ostatnich latach wyraźnie spadają i zbliżamy się do krajów, w których tradycyjnie są one niskie. Wskaźniki Giniego w 2017 r. wyniósł 29,2, a więc jest niższy od średniej UE (30,7). Jeszcze w 2015 r. wynosił on 30,6, a więc w dwa lata dokonaliśmy znacznego ich ograniczenia. To efekt zarówno rekordowo niskiego bezrobocia, jak i ekspansji socjalnej w czasach rządów PiS, z programem „Rodzina 500+” na czele. Szczyt polskich nierówności przypadł na 2005 r., gdy Gini wyniósł 35,6 i byliśmy pod tym względem czwartym krajem w UE. W kolejnych kilku latach jednak one spadły, by ustabilizować się na poziomie ok. 31. Począwszy od 2016 r. jesteśmy w trendzie spadkowym i mieścimy się dokładnie między Francją i Niemcami, nieco poniżej środka stawki. Co więcej, niewiele już nam brakuje do krajów niegdyś egalitarnych, w których jednak zanotowano w ostatnich latach szybki wzrost nierówności. Mowa np. o Szwecji (Gini 28) oraz Węgrzech (28,1).

Także inny popularny wskaźnik nierówności, czyli zróżnicowanie dochodowe między kwintylami dochodów (kolejne 20 proc. drabiny zarobków), pokazuje, że polskie nierówności są przeciętne i spadają. Według tego wskaźnika górne 20 proc. polskiego społeczeństwa ma średnio 4,6 razy wyższe dochody niż statystyczny przedstawiciel dolnych 20 proc. Mniej więcej podobnie jest w Niemczech (4,5), a średnia unijna wynosi 5,1. W Szwecji i na Węgrzech wynosi on 4,3, a więc nie tak wiele mniej. Choć już w Finlandii i Słowacji tylko 3,5, a w Czechach i Słowenii zaledwie 3,4 – te kraje to globalni liderzy ekonomicznego egalitaryzmu.

A jednak dane z raportu ekonomistów tworzących „World Inequality Lab” (m. in. Thomas Piketty i Gabriel Zucman) pokazują zupełnie inną rzeczywistość. Polska okazuje się być wręcz najbardziej nierównym krajem UE. Zastosowali oni jeszcze inne wskaźniki – części krajowych dochodów, które przypadają na poszczególne odsetki społeczeństwa. Tak więc górne 1 proc. Polaków zgarnia aż 12,9 proc. wypracowywanych w Polsce dochodów. W żadnym kraju UE ten wskaźnik nie jest tak duży. Jednak, co ciekawe, na drugim miejscu jest… Dania, ze wskaźnikiem minimalnie niższym – tam górny 1 proc. zgarnia 12,8 proc. dochodów. Krajem wypadającym wyraźnie gorzej w badaniach Francuzów, niż w oficjalnych danych, są też Czechy – tam górny 1 proc. zgarnia 9,5 proc. dochodów i Czesi zdecydowanie odstają pod tym względem od najbardziej egalitarnych krajów, choć według zróżnicowania kwintylowego są wręcz najbardziej egalitarni w UE. Z drugiej strony Rumunia, która według oficjalnych danych jest jednym z najmniej egalitarnych państw w UE (Gini 33,1), w zestawieniu Francuzów notuje bardzo niskie nierówności (na górny 1 proc. przypada 6,8 proc. dochodów) – niższe nawet niż Szwecja czy Finlandia.

W przypadku dochodów przypadających na górne 10 proc. społeczeństwa także jesteśmy bezkonkurencyjni w UE. Górne 10 proc. Polek i Polaków zgarnia aż 38,4 proc. krajowych dochodów – w drugich Niemczech i Irlandii to już „tylko” 35 proc. Niemcy więc także są według tych danych krajem o zdecydowanie wyższych nierównościach, niż te przedstawiane przez Eurostat. Także w tym wskaźniku dużo gorzej wypadają Czesi (29 proc.), a dużo lepiej Rumunia (28,1 proc.) – oba kraje są mniej więcej w środku stawki. Według tego wskaźnika, trzy najbardziej egalitarne kraje UE, to w kolejności Słowacja, Węgry i Szwecja, choć w tych dwóch ostatnich krajach oficjalnie notuje się wysoki wzrost nierówności.

Dwa rynki pracy w jednym kraju

Co więc o tych danych myśleć? Czy rzeczywiście Polska jest najmniej egalitarnym krajem w UE? Trzeba przecież zwrócić uwagę, że również przynajmniej kilka innych krajów wypada w raporcie Francuzów zupełnie inaczej, niż w danych Eurostatu. Odpowiedzią jest zastosowana metodologia, która w obu bazach danych jest inna. Po pierwsze, Francuzi wykazują nie wszystkie dochody, a jedynie zarobki z pracy zawodowej oraz z emerytur. Co więcej, przedstawiają oni różnice w dochodach brutto, czyli przed opodatkowaniem. Tak więc ich dane zupełnie pomijają polityki społeczne oraz systemy podatkowe poszczególnych krajów – wykazują one jedynie pierwotne nierówności powstające na rynku pracy (nierówności w emeryturach są pochodną nierówności w zarobkach). O ile system podatkowy w Polsce zupełnie nie niweluje nierówności, to już polityka społeczna bez wątpienia tak. Szczególnie po wprowadzeniu „500+”, które teraz będzie jeszcze rozszerzone. Zatem całościowe dochody poszczególnych grup społecznych są w Polsce wyraźnie bardziej egalitarne, niż pokazują Francuzi.

Fakt, że nierówności zarobkowe (nie mylić z dochodowymi), czyli te wynikające wyłącznie z różnic płacowych powstających na rynku pracy, są w Polsce bardzo wysokie, nie jest wcale tajemnicą. Już w 2016 r. Eurostat opublikował raport „How are earnings distributed in the EU”, obejmujący wyłącznie płace brutto. W tym zestawieniu Polska była na pierwszym miejscu w UE – przedstawiciele górnych 10 procent zarabiali co najmniej 4,7 razy więcej niż reprezentanci dolnych 10 procent. Druga była Rumunia (4,6), a ostatnia Szwecja (zaledwie 2,1). Polski rynek pracy jest niezwykle zróżnicowany, mówi się wręcz o jego dualizmie. Podczas gdy pewne grupy zawodowe mogą osiągać niezwykle wysokie dochody, wręcz na europejskim poziomie, inne ledwo wiążą koniec z końcem. Do tej pierwszej grupy należą zawody, które mogą oferować swoje umiejętności na rynku globalnym – informatycy, wyżsi menedżerowie – często nie ruszając się z domu (czego przykładem graficy komputerowi otrzymujący zlecenia z całego świata). Przedsiębiorstwa i zleceniodawcy muszą więc im płacić stawki porównywalne z konkurentami z krajów najwyżej rozwiniętych. Tymczasem pozostali pracownicy konkurują na rynku krajowym, w którym stawki są kształtowane bardziej lokalnie. Tego typu dualizm jest typowy dla krajów, które mają wciąż niedobory kapitału produkcyjnego wysokiej jakości, ale mają wysoki kapitał społeczny – takim właśnie krajem jest Polska.

Zeznanie pełnej prawdy nie powie

Po drugie, Francuzi nie opierali się jedynie na badaniach ankietowych, jak to robi GUS (a co za tym idzie Eurostat), ale także na rachunkach narodowych dot. PKB oraz na informacjach powstałych na bazie zeznań podatkowych. Pytanie tylko, czy taka metodologia jest na pewno lepsza w przypadku Polski. Nad Wisłą wciąż jest bardzo duża szara strefa (ok. 18 proc. PKB), a całość lub część dochodów osiągają w niej głównie mniej zarabiający. Dane z zeznań podatkowych oraz rachunku narodowego zaniżają więc dochody tej grupy. Z drugiej strony, w bogatych krajach UE zdecydowanie częściej najbogatsi korzystają z rajów podatkowych – w Polsce to wciąż nie jest częste. Zamożni Polacy wolą korzystać z krajowych możliwości optymalizacyjnych. Zarobki górnych 10 proc. w krajach zachodniej UE mogą być zatem wyższe, niż wynika to z danych podatkowych i PKB.

Żeby ocenić prawdziwy rozmiar nierówności w Polsce, warto więc posłużyć się też wskaźnikami pośrednimi, które obrazują nierówności nie wprost. Najlepszym są wskaźniki ubóstwa relatywnego, na przykład wskaźnik zagrożenia ubóstwem, który pokazuje, jak duży odsetek gospodarstw domowych otrzymuje mniej niż 60 proc. krajowej mediany dochodów rozporządzalnych. W Polsce zagrożonych ubóstwem jest 17,3 proc. gospodarstw domowych, czyli dokładnie tyle, ile wynosi średnia UE. Na górze są Rumunia (25,3 proc.) oraz Bułgaria (22,9 proc.), a na dole Czechy (9,7 proc.), Finlandia, Dania i Szwecja.

Wydaje się więc, że realne nierówności dochodowe, obejmujące wszystkie rodzaje dochodów, są w Polsce bliskie średniej unijnej. Bez wątpienia jednak mamy niezwykle wysokie nierówności płacowe, wynikające z dualizmu rynku pracy. W takiej sytuacji należy im przeciwdziałać systemem podatkowym. Niestety ten w Polsce należy do najbardziej płaskich w świecie rozwiniętym. Transfery pieniężne są w Polsce całkiem szczodre, szczególnie po ostatnich reformach, więc w tym obszarze niewiele już można zrobić w celu zmniejszenia nierówności. Za to nasz system podatkowy wciąż jest niezwykle łaskawy dla bogatych.

Jeśli chcemy zrobić kolejny krok ku ekonomicznemu egalitaryzmowi, musimy wprowadzić podatkową progresję, która w większym stopniu obciąży tych, którzy zarabiają nad Wisłą stawki europejskie. A tych, jak widać po badaniach francuskich ekonomistów, jest w Polsce niemało. Problem w tym, że to niezwykle roszczeniowa, krzykliwa i aktywna w debacie publicznej grupa osób. Czego przestraszyła się już niejedna ekipa rządząca, z rzekomo krnąbrnym PiS na czele.

Piotr Wójcik

Prof. Monika Kostera: Twarzą w twarz ze wszystkim – teraz

Prof. Monika Kostera: Twarzą w twarz ze wszystkim – teraz

Prawie wszystkie moje dotychczasowe felietony dotyczyły rzeczy poważnych, smutnych, wstrząsających – mimo mojej zapowiedzi w pierwszym z nich, że będzie o tańcu i rewolucji. Więc niech choć ten będzie lekki, bardziej do tańca niż do płaczu. Chciałabym w nim opowiedzieć o tym, dlaczego spotkanie twarzą w twarz ze sztuką jest ważne i że wnosi coś, czego nie są w stanie wnieść ani kebab, ani ośmiorniczki.

Oczywiście, będzie też o tym, że kapitalizm jest systemem ucisku i udręki – jestem jedną z tych osób, które nie są w stanie powstrzymać się od wymyślania kapitalizmowi nawet na najweselszej imprezie (cud boski, że istnieją nadal ludzie, którzy mnie na imprezy zapraszają… serio, chciałabym skorzystać tu z okazji i powiedzieć, że jestem Wam bezgranicznie wdzięczna – z Wami da się przeżyć nawet kapitalizm! A jak by się fajnie budowało razem socjalizm…).

„Czarny księżyc” – Karolina Matyjaszkowicz

Zmarły niedawno wielki szwedzki socjolog Johan Asplund pisał o osobistym spotkaniu ze sztuką, że jest ono intensywnym przeżyciem obecności, tak samo jak spotkanie drugiego człowieka, doświadczeniem niedającym się sprowadzić tylko do doznań przyjemności czy zaciekawienia. Dlatego, mówi Asplund, robi to tak wielką różnicę, czy mamy do czynienia z fałszerstwem, nawet technicznie bardzo sprawnym, czy z oryginałem. Nie chodzi bowiem nawet o doskonałość przedstawienia czy o talent wykonania. Liczy się co innego – moment otwarcia nowych drzwi w rozpoznanej codzienności, stanięcie w obliczu tego czegoś, co twórca spotkał i co kierowało jego czy jej ręką, mięśniami, okiem, myślą, ciałem, w procesie tworzenia, który jest jednocześnie bardzo fizyczny i całkiem niepojęty. Asplund podaje przykład mistrzowskiego fałszerstwa obrazu Vermeera dokonanego przez Hana van Meegerena, który przyznał się do oszustwa wbrew opiniom ekspertów, nadal utrzymujących przez jakiś czas, że praca musi być oryginałem. Jednak obraz stracił swoją moc, i wcale nie chodzi tylko o cenę, a już na pewno nie o techniczne czy nawet estetyczne walory. Eksperci upierali się przy wysokiej ocenie materialnej strony dzieła. Dzieło nie przestało być wybitne. Jednak przestało być punktem przejścia obecności, drzwiami między czymś większym od nas a naszymi zmysłami.

Brytyjski dziennikarz i aktywista głębokiej ekologii Dougald Hine pisze o tym doświadczeniu jako o tajemnicy, stopniowo spłaszczanej i trywializowanej przez oświeceniowy racjonalizm, aż do obecnego momentu, gdy właściwie dokonało się całkowite unieważnienie kategorii tajemnicy i misterium, wręcz stabuizowanie jej w społecznych rozmowach o widzeniu, rozumieniu i doświadczaniu rzeczywistości, także sztuki. Właściwie tylko dzieci zdolne są do takiego widzenia, co nie znaczy, że trzeba mieć cztery lata, by rozumieć sztukę. Nie, zadziwione dziecko jest w każdym z nas, choć zbyt często siedzi zahukane w kąciku świadomości, osaczone ględzeniem o konieczności, o dorosłości, o niedaniu się inaczej, o słuszności. Ta codzienna nasza przemoc powszechna blokuje i zagradza drogę do tego, co jest nierozłączną częścią naszego bycia ludźmi. Część to bardzo ważna, bo, choć jest małym ziarnkiem, to pozwala zaczynać od nowa, nie niszcząc nikogo, dawać – nie odbierając. Wewnętrzne dziecko jest zaprzeczeniem kapitalizmu.

„Kwiaty i gwiazdy” – Karolina Matyjaszkowicz

Dlatego kapitalizm robi wszystko, by je zniewolić i zastąpić wyrobem zastępczym. Co takiego daje zamiast? Branding i marki, o których pisałam w poprzednim felietonie. Prawa autorskie i wyceny. Oscar Wilde powiedział przeszło sto lat temu, że „Ludzie znają dziś cenę wszystkiego, nie znając wartości niczego” i ten sposób doświadczania rzeczywistości rozwinęliśmy w neoliberalnym kapitalizmie do perfekcji. Wartość jest utożsamiana z ceną. Wszystko jest produktem, albo nie istnieje wcale. A jednak nie opisuje to kondycji ludzkiej, także w odniesieniu do sztuki, i wiemy o tym nawet jeśli nie umiemy o tym mówić. Istnieją artyści i dzieła, które poruszają nas na wiele sposobów wymykających się obowiązującej płaskiej interpretacji świata.

Sztuka, która nie jest tylko estetyką lub kodem wywodzącym się z kapitału społecznego czy kulturowego, nieskierowana wyłącznie do klasy średniej, a więc klasy posiadaczy tego kapitału. Sztuka niepolegająca na protekcjonalnym karmieniu klasy pracującej produktami opartymi na tych samych zasadach co disco polo czy lepkie hamburgery masowo produkowane przez megakorporacje. Sztuka żywa, która dotyka i porusza zwykłych ludzi, ludzi wykształconych, nieposiadających i aspirujących do posiadania, nie tylko swoją estetyką, nie tylko prowokując czy konfrontując z lękami lub uprzedzeniami, ale wywołując niedającą się łatwo opisać obecność.

„Wieszczki” – Karolina Matyjaszkowicz

Nie będę tu proponować przeglądu takiej sztuki ani próbować udawać, że jestem w stanie przedstawić nawet wybitnie uproszczony przegląd. Będę typową uczoną od zarządzania (jak to się mówi jednym słowem? na wzór takich nazw jak socjolożka, psycholożka, geograf? może – zarządzaczka; tak mówią studenci, tak jest przekonująco) i zastosuję studium przypadku. Opowiem o jednej artystce, która posłuży jako przyciągający uwagę przykład, będący czymś więcej niż przykładem – kluczem do zjawiska.

Polska malarka Karolina Matyjaszkowicz, zamieszkała w Łowiczu i wywodząca się z ziemi łowickiej, tworzy dzieła, o których wiem na pewno, że przemawiają do bardzo różnych odbiorców, z klas wyższych i z klasy pracującej. Jej obrazy tryskają barwami i symboliką wysnutą z łowickiej sztuki ludowej i ludowej wyobraźni. Część mojej rodziny pochodzi z tego regionu Polski i odnajduję znakomicie te ścieżki snów i marzeń, którymi rozkwitały łowickie wesela, odpusty, te melodie, które śpiewała moja babcia Weronika, robiąc wąziutki makaron, te bajki, które opowiadała ciocia Marysia lekko przerażonej i mocno zachwyconej dziatwie, te barokowe wnętrza lokalnych kościołów, a szczególnie niesamowitej bazyliki katedralnej, która inspirowała i zadziwiała pokolenia łowiczan. Każdy obraz Matyjaszkowicz jest wszystkim tym: melodią, opowieścią, dekoracją weselną i czymś jeszcze, co chwyta uwagę i podróżuje potem z nami do środka naszego świata, bo zawsze tam było, jest prawdziwe tak samo, jak prawdziwe jest płótno, na którym malarka zostawia ślady swoich spotkań z tym czymś, z tajemnicą. Patrząc na oryginały – reprodukcje są piękne, ale nie mają tego efektu – chce mi się opowiadać dziwne historie, one właściwie same przepływają przez moją głowę, są nie do powstrzymania.

„Światy odmienne” – Karolina Matyjaszkowicz

Pracujemy teraz razem z Karoliną nad zbiorkiem bajek powstałych właśnie w ten sposób. Ona otwiera swoimi obrazami źródełko, z którego czerpiemy obie ogromny dostatek treści, obrazów i słów, czujemy się tak jak wtedy, gdy jako małe dziewczynki stałyśmy (nie razem, ale jakby razem) oniemiałe w łowickiej bazylice i gapiłyśmy się w symbole, które zdawały się nie mieć końca, przekształcać się, wypełzać zewsząd, jak byśmy były w samym środku wielkiego, nieprawdopodobnego rogu obfitości. To jest miejsce mocy, które nie ma ceny. Można przyjść i stanąć w samym środku, a przepłynie przez nas coś większego, niż my sami, do czego słowo „własność” ma się nijak, tak jak pierdnięcie do Komety Halleya. Matyjaszkowicz często tam staje i tworzy: z baroku, ale bez nostalgii, z folkloru, ale bez Cepelii (jednak nie odżegnując się od jednego ani od drugiego, nie spoglądając na nie z góry) i jest to sztuka nie tylko o pięknie, choć ono jest tam widoczne dla każdego, ale o marzeniach, o kościach, o śmierci, o pożądaniu, o tym, kim jesteśmy, gdy nikt nie patrzy.

Nie, to nie artystów, nie sztuki nam brakuje, to wszystko jest. Brakuje nam języka, przestrzeni do rozmawiania o tym. Ach, jak bardzo przydałby się polski John Berger! Ten wywodzący się z brytyjskiej klasy pracowniczej – i do końca życia jej wierny – krytyk sztuki, autor, artysta i wizjoner, miał odwagę, by mówić o nienazwanym i niepojętym bez protekcjonalności, bez upraszczania, racjonalizowania, ale także bez mieszczańskiego zadęcia i zadufania w elitarności znaczeń i symboli. Syn klasy pracowniczej pisał o sztuce językiem daru, inspiracji, tłumaczył, że ona jest świadkiem, że życie jest większe, niż przewidują kanony i tradycje, że miary i wyceny mają się nijak zarówno do treści, jak i formy. Rozumiał aż zbyt dobrze, że na ogół dyskursy o sztuce – burżuazyjne – budowane są z tego, co jest lub może być zawłaszczone na różne sposoby, czy to jako własność materialna, czy jako symboliczna przemoc polegająca na wykluczaniu, odcinaniu, marginalizowaniu tych, którzy należą do innych klas i innych symbolicznych kosmosów.

„Przeczucie” – Karolina Matyjaszkowicz

Berger podkreślał, że dzieło przeciętne, poprawne, tworzone jest cynicznie, w zgodzie z tym, co twórca ocenia jako posiadające właściwe wartości i język, mogące trafić do istotnych odbiorców. Dzieło wybitne wymaga oddania, pojawia się wtedy, gdy artysta bardziej ceni sens i znaczenie tego, co tworzy, niż względy wynikające z takiej wyceny. Prace komercyjne, nieoryginalne, są produktem rynku. Być artystą to nie znaczy być kimś lepszym, doskonalszym niż otoczenie. To znaczy patrzeć w innym kierunku niż ono, zauważa Dougald Hine w swoim eseju o Bergerze, którego miał szczęście znać osobiście i siedzieć z nim razem przy stole. Te rozmowy, jak mi wyjaśnił Dougald podczas naszego spotkania w Sztokholmie (też przy wspólnym stole), były dla niego bardzo cenne i miał wrażenie takiej niezwykle ważnej ich prawdziwości.

Amerykańska pisarka Ursula LeGuin porównuje w „Czterech drogach ku przebaczeniu” rozum do sieci zarzucanej na ocean. Prawda, którą przynosi, jest tylko fragmentem, cząstką, błyśnięciem tego, co jest całą prawdą – nieskończoną, nieogarniętą. Ludzka wiedza jest wycinkowa, lokalna, w gruncie rzeczy arbitralna – co nie znaczy, że nieistotna, nieważna. Wręcz przeciwnie, każde ziarnko prawdy jest odzwierciedleniem tego czegoś wielkiego i niepojętego, o ile zaczerpnięte jest z głębi oceanu i o ile ma sens, a nie tylko cenę. Spotkanie ze sztuką daje możliwość doświadczenia jakiejś lokalnej prawdy w chwili, gdy się rodziła w człowieku, który ją tworzył, ale także otwiera drzwi na bezgraniczne, nieskończone źródło całości, nie odbierając przy tym widzowi rozumu i jej czy jego sobą nie miażdżąc. Dougald Hine kończy swoje wspomnienie o Johnie Bergerze takimi słowami: „Grupa nieznajomych osób siedzi przy stole i wspólnie je posiłek. Przybysz opowiada historię przy ognisku. Przychodzi ci na myśl cytat, który słyszałeś w dzieciństwie, o tym, że wystarczy, by dwoje czy troje zgromadziło się razem”.

„Południca” – Karolina Matyjaszkowicz

Nic dziwnego, że biznes sztuki nie rozumie, że rządy się jej boją. Spotkanie twarzą w twarz to moc bez granic, przy której wszelka władza ludzka jest śmieszna – takie spotkanie to nieskończone bogactwo, całkiem za darmo.

prof. Monika Kostera

W tekście za wiedzą i zgodą Autorki zamieszczono prace Karoliny Matyjaszkowicz. W nagłówku tekstu znajduje się praca pt. „Łowczyni komet”.

 

Oparte na faktach

Oparte na faktach

Nieczęsto zdarza się, aby rządowy materiał analityczny, bez jakiegokolwiek przełożenia na prawodawstwo, miał szansę zmienić postrzeganie sytuacji w kraju przez jego elity. Niedawno opublikowana została analiza, która powinna „zmienić wszystko”. Jeden z liberalnych komentatorów ekonomicznych z przerażeniem skonstatował, iż ostatni raport Ministerstwa Finansów pokazuje, że Polska notuje poziomy nierówności dochodowych znane z „afrykańskich satrapii”. O jakim raporcie mowa? Zacznijmy od zarysowania tła.

Optymiści i krytycy

Od lat istnieją dwie interpretacje na temat porządku społeczno-ekonomicznego w Polsce. Pierwsza interpretacja („optymistyczna”), dominująca w publicznym dyskursie, mówi, iż (neoliberalny) porządek społeczno-ekonomiczny w naszym kraju został ukształtowany w trakcie ostatnich trzech dekad w sposób zasadniczo poprawny, biorąc pod uwagę punkt wyjścia oraz wyzwania modernizacyjne. Druga interpretacja, „krytyczna”, ocenia porządek społeczno-ekonomiczny jako niesprawiedliwy i odrzuca argumenty o jego zasadniczej bezalternatywności.

Optymiści od zawsze wskazywali na dwie przesłanki legitymizujące istniejący stan rzeczy. Po pierwsze, o ile podział dochodu narodowego z roku na rok stawał się coraz bardziej nierówny względem czasów PRL, o tyle ogólne tempo wzrostu dochodu narodowego sytuowało nas w wąskim gronie kilku liderów wzrostu w regionie (razem z m.in. Estonią i Słowacją). Gospodarczy „tort”, chociaż nierówno dzielony, zaczął solidnie rosnąć. Po drugie, charakter transformacji pozwolił uniknąć jednoznacznie oligarchicznego ustroju, na co zdawały się wskazywać dostępne dane o rozkładzie dochodu, na czele z tzw. wskaźnikiem Giniego, nieodbiegające w wyraźny sposób od poziomów notowanych w wielu krajach Europy Zachodniej, będącej wzorem i celem polskiego „nadganiania”.

Interpretacja optymistyczna była w latach dziewięćdziesiątych hegemoniczną, ze względu na absolutną przewagę medialną ośrodków akceptujących neoliberalny, mocno wolnorynkowy sposób kształtowania regulacji społeczno-ekonomicznych. Działo się tak również z uwagi na bardzo wysoki poziom akceptacji nowego porządku przez społeczne elity, w tym elity merytokratyczne, obsadzające kluczowe instytucje państwa. Główne osie konfliktów politycznych również nie przebiegały w ostry sposób wokół kwestii podziału dochodu narodowego, a częściej wokół kwestii tożsamościowych, afer, lub abstrakcyjnego albo uzasadnionego odczucia technokratycznej „niekompetencji” tej lub innej władzy (chociaż kwestie gospodarcze grały swoją rolę w wyborach, np. w roku 2001). Efektem było spore przyzwolenie na bezalternatywny porządek neoliberalny.

Jeszcze 10-15 temu interpretacja krytyczna była absolutnym marginesem w dyskursie medialnym. Jedynymi mediami skłaniającymi się ku tej interpretacji były media Tadeusza Rydzyka oraz zupełnie niszowe wydawnictwa prospołeczne, takie jak „Nowy Obywatel”. Politycznie, do momentu radykalizacji retoryki Prawa i Sprawiedliwości, opcja ta również znajdowała się w mniejszości, znajdując wyraz w formacjach zdobywający poparcie około jednej czwartej elektoratu (LPR, Samoobrona). Stopniowo, w ciągu ostatnich kilkunastu lat środowiska prawicy coraz mocniej zaczęły kwestionować porządek społeczny i zbliżać się do pozycji krytycznej. Prawicowa wersja interpretacji krytycznej opisywała prawdziwe symptomy, jednak stawiając diagnozę w większości fałszywą. Wskazywała na „złe elity” jako winnych społecznych bolączek, w tym ubóstwa i rozwarstwienia. Jedyną odpowiedzią byłaby wymiana elit na „dobre”.

To podejście odległe jest od rzetelnej analizy podstawowych uwarunkowań systemowych rosnących nierówności i innych plag społecznych, przedstawianej przez środowiska prospołeczne. Te uwarunkowania to, m.in. miękki kodeks pracy, słaba kontroli jego przestrzegania, niewielka rola dialogu społecznego, niewielki udział dużych przedsiębiorstw w gospodarce, słabnąca pozycja przedsiębiorstw państwowych, samorządowych i spółdzielczych, prywatyzacja dużej części naturalnych nierynkowych monopoli, czasowe ustanowienie renty sektora finansowego na części systemu emerytalnego (tzw. OFE), faktycznie nieprogresywny system podatkowy, i wiele innych. Do tych czynników dochodziły kolejne, w wielkim stopniu niezależne od polityki i regulacji krajowych, jak np. półperyferyjny status gospodarki polskiej w globalnych łańcuchach wartości oraz deregulacja i liberalizacja handlu międzynarodowego i powiązana z nim globalizacja, a także neoliberalny, antyinflacyjny i antyinterwencjonistyczny konsensus w polityce gospodarczej, forsowany przez organizacje międzyrządowe. W interpretacji prawicy wszystkie te czynniki miały mniejsze znaczenie, niż bycie rządzonym przez „złych ludzi” o „złej woli”.

Odkrywając fakty

Ze względu na (relatywnie świeżą) asocjację z radykalizującą się prawicą, krytyka porządku społeczno-gospodarczego jest zatem obarczona cieniem wysuwanych przez to środowisko niepoważnych diagnoz, groteskowych recept, leniwego myślenia życzeniowego. Chociaż w społeczeństwie pasywna akceptacja neoliberalizmu zdaje się maleć (czego znakiem jest szeroka akceptacja programu 500+), to wśród społecznych elit (medialnych, biznesowych, urzędniczych i innych) wiara w słuszność społeczno-gospodarczej ścieżki, po której podążała Polska od 1989 roku, jest nadal bardzo wysoka. Dla tej grupy wszystko zdawało się potwierdzać optymistyczną narrację: doświadczenia osobistego relatywnego sukcesu ostatnich trzech dekad, wyspowa modernizacja i zapełnienie metropolitalnych przestrzeni publicznych artefaktami nowoczesności oraz dobierany przez media wyciąg z rzeczywistości.

Optymistyczny ogląd świata nie był zbudowany, jak chcą niektórzy, wyłącznie na poznawczych niedostatkach i egoizmie beneficjentów transformacji. Dla klasy średniej Polska była w dużej mierze krajem relatywnie szerokich możliwości i faktycznie istniejącej ścieżki merytokratycznej. Fakt, iż ścieżka ta jest dostępna dla grup o relatywnym przywileju, nie była oczywista. Dane zdawały się potwierdzać narrację optymistów. Wskaźnik Giniego (im niższy, tym mniejsze rozwarstwienie) miał lokować się na poziomie ok. 0,3, czyli blisko średniej unijnej. W samozadowolenie wprawiały badania panelowe ludności (POLPAN), pokazujące rosnące zadowolenie Polaków ze swojej sytuacji. Twarde liczby przemawiały za uznaniem sukcesu jeśli nie całego, to przynajmniej znaczącej większości społeczeństwa, co potwierdzały swoim autorytetem poważne opiniotwórcze media oraz naukowcy o środowiskowej reputacji. Przy braku innych przesłanek, Polak z klasy średniej akceptował te „fakty”, bez możliwości nawet poznania metodologicznych słabości takiej analizy rzeczywistości czy alternatywnych opinii.

Krytycy kursu neoliberalnego mieli niełatwe zadanie. Trudno było oczekiwać przezwyciężenia wpływów instytucjonalnych zwolenników istniejącego porządku społeczno-gospodarczego np. na legislację czy ośrodki eksperckie. Sprzyjające neoliberalizmowi były, i w większości nadal są, główne media. Dodatkowym utrudnieniem był brak danych jednoznacznie wskazujących na dużą skalę problemu, mimo iż realia poza Polską metropolitalną dawały istotne przesłanki do bicia na alarm. Nierówności rosły podczas polskiej transformacji, gdy w wielu miejscach upadały duże zakłady pracy, zwijana infrastruktura utrudniała awans osobom z prowincji, niepewne i śmieciowe warunki zatrudnienia nie zabezpieczały przed nieprzewidzianymi zdarzeniami. Odzwierciedlenie w statystykach można było zauważyć, ale na poziomie zagregowania tak dużym, że ocierającym się o abstrakcję – podział dochodu między pracę a kapitał uprzywilejowywał ten drugi znacznie bardziej, niż w krajach, do których realiów aspirowaliśmy. Również podatki dochodowe nie miały korekcyjnej roli redystrybucyjnej, jak na upragnionym Zachodzie. W kraju ekonomicznie wyedukowanym na modłę neoliberalną, wyższa progresja podatkowa do dziś jest pomysłem niepopularnym.

Krytycy od dawna podejrzewali, iż nierówności są faktycznie o wiele wyższe niż wskazywały na to oficjalnie podawane dane ankietowe GUS. Już kilka lat temu jednemu z ekonomistów udało się dotrzeć do danych PIT z województwa dolnośląskiego, wskazujących, iż poziom nierówności dochodowych jest znacznie wyższy, niż podawanych w statystykach GUS. Do podobnych wniosków doszli niedawno badacze powiązani z Thomasem Pikettym: P. Bukowski i F. Novokmet. Brakowało jednak danych pozwalających na jednoznaczne wnioski.

Dopiero wydany w tym miesiącu raport Ministerstwa Finansów „Wybrane aspekty systemu podatkowoskładkowego na podstawie danych PIT i ZUS 2016” pozwala na skok jakościowy, jeśli chodzi o poziom wiedzy na temat rozkładu dochodów Polaków. Analiza została opracowana w oparciu o połączone bazy danych podatkowych i ubezpieczeniowych.

Raport Ministerstwa Finansów, jest „dymiącym pistoletem”, dowodem, przyłapaniem neoliberalizmu na gorącym uczynku. W komentarzach medialnych do raportu skupiono się na różnych poziomach nierówności między województwami oraz na wysokim poziomie nierówności w województwie mazowieckim. Takie ujęcie wskazuje na poboczną ciekawostkę, podczas gdy główne, druzgocące wnioski wyłaniają się na poziomie kraju. Wskaźnik Giniego na poziomie 0,51 stawia Polskę w jednym rzędzie z krajami Afryki subsaharyjskiej. Sceptycy mogą debatować na temat teoretycznej porównywalności różnych metod pomiaru między krajami, jednak inne fakty z raportu nie powinny podlegać debacie. Z raportu dowiadujemy się, iż 1 (słownie: jeden) procent Polaków o najwyższych dochodach uzyskuje 14 procent dochodów wszystkich podatników. Statystyczny „Polak z jednego procenta” uzyskuje więc 14-krotnie większy dochód niż po prostu statystyczny Polak.

Jak to możliwe? Najbogatsi podatnicy najczęściej czerpali dochody z działalności gospodarczej (opodatkowanej często w liniowy sposób). Podczas gdy mechanizmy rynkowe kreują nierówności, system podatkowo-składkowy ich nie niweluje, lecz wręcz powiększa. Podatnicy uzyskujący dochód powyżej miliona złotych brutto są efektywnie opodatkowani (łącznie ze składkami) średnio na poziomie 20%, podczas, gdy dla najbiedniejszych, o dochodzie do 10 tysięcy złotych brutto, obciążenie podatkowo-składkowe wynosi blisko 60%. Jednocześnie zamożni posiadają dodatkowe źródła dochodu, jak np. papiery wartościowe, ale też nieruchomości (za wynajem których, jak można się domyślać, płacą mniej zamożni).

Powyższe grafiki pochodzą z raportu omawianego w tekście

 

Metodologicznie raport daje obraz bliski pełnego, ale nie pełen. Z jednej strony nie uwzględnia (nie rozliczających się PIT) rolników i bezrobotnych, co zapewne mocno powiększyłoby wskaźnik nierówności, ale z drugiej strony nie uwzględnia również wpływu 500+. Nie wskazuje też (z braku danych) roli czynnika majątkowego, który wpływa na dochód do dyspozycji: niski dochód dla osoby z własnym mieszkaniem jest dużo mniej uciążliwy niż dla wynajmującego lub kredytobiorcy. Można się jednak domyślać, że dzięki wysokim dochodom osoby lepiej zarabiające są w stanie zgromadzić majątek pozwalający na niezmniejszanie dochodu do dyspozycji.

Od krytyki do praktyki

Autorom raportu oraz wszystkim, którzy przyczynili się do jego powstania, należą się słowa wdzięczności. Ich praca wskazuje, jak duży potencjał analityczny istnieje w instytucjach państwa. Słusznie autorzy i ministerstwo zbierają dziś gratulacje od środowiska ekonomicznego za swoją pracę. Pod względem naukowym ich materiał przysłuży się wielu wartościowym opracowaniom. Główna wartość leży jednak w roli, jaką powinien odegrać poza wąskim środowiskiem zawodowych ekonomistów.

Obecny system społeczno-ekonomiczny wymaga mocnych korekt. Jest to sprawa ważna nie tylko z punktu widzenia obowiązku etycznego, ale też pragmatyki. W widoczny sposób nierówności ekonomiczne i różnice doświadczeń między ścieżką merytokratyczną a ścieżką ograniczonych szans przekładają się na poparcie ksenofobicznych populistów rozpoczynających swój marsz po władzę w krajach Europy. Ignorowanie problemu byłoby groźne dla wszystkich, gdy łańcuch przyczynowo-skutkowy między neoliberalizmem a społecznym rozpadem jest już jasny. Raport Ministerstwa Finansów wytrąca z ręki argumenty tym, którzy chcą usprawiedliwić bezczynność. Szukanie wymówek musi się skończyć w obliczu niezaprzeczalnych faktów, podobnie jak skończyło się negowanie problemu smogu.

Jak pisałem na początku, ten raport powinien „zmienić wszystko”, gdyż w przeciwieństwie do dowodów anegdotycznych nie zawiera narracji, lecz fakty. W polskiej debacie na temat nierówności społecznych nie będzie można go zignorować. Powinien – ale nie wstrzymujmy oddechu w oczekiwaniu. Czy w naszej rzeczywistości wiedza wystarcza do podjęcia działań? Przykład smogu jest dobrą ilustracją – od zrozumienia i potakiwania do znaczących działań droga jest daleka. Podobnie jest w przypadku nierówności. W świecie Zachodu wytworzył się wręcz rynek na powtarzanie ex cathedra „byliśmy głupi” i stawianiu jeżeli nie przenikliwych, to na pewno trafnych diagnoz, za którymi jednak nie idzie praktyka.

To podejście pozwala na długie kursowanie po panelach dyskusyjnych lub promocjach własnych książek. Ta w teorii krytyczna postawa kończy się nagle przy jakiejkolwiek możliwości wsparcia faktycznej zmiany. O tym, jak nierówności niszczą społeczeństwa i karczują drogę do zwycięstw ksenofobicznemu populizmowi, pisali w ostatnich latach m.in. Robert Peston, Ed Luce, Iwan Krastew, i wielu innych dziennikarzy, komentatorów i publicznych intelektualistów mainstreamu (lista byłaby bardzo długa, można by ją uzupełnić również o polskich autorów). Brytyjczyk Peston nie posiada się ze złości na obecny stan rzeczy, nie powstrzymując się przed bluzgami na status quo nawet w tytule swojej książki. Kiedy jednak w swoim kraju ma przemyślany projekt polityczny (Partia Pracy Jeremy’ego Corbyna), proponujący wiarygodne rozwiązania problemów, Peston nie znajduje dla niego nawet jednego dobrego słowa.

Ten schemat powtarza się w kolejnych krajach przy kolejnych okazjach. Kiedy ze statystyk o nierównościach lub podziałach społecznych można ukuć zręczny cytat pełen moralnego wzmożenia – kolejka chętnych jest długa. Kiedy przychodzi do poparcia inicjatyw faktycznie walczących z problemami (choćby w ograniczony sposób) – robi się pusto. Dla Edwarda Luce’a zwieńczeniem dobrej analizy problemu staje się groteskowe lokowanie nadziei w osobie… Emmanuela Macrona (oczywiście do czasu, gdy niespodziewanie „okaże się”, że ten nie sprosta wyzwaniu). W czym więc rzecz i po co ta farsa? Kto nie rozumie tego, co się dzieje, a kto nie chce uczynić pożytku z dostępnej wiedzy? Czy nominalny krytyk nie zachowuje się jak optymista, który nic nie chce zmieniać?

Pozostaje nie zwracać uwagi na tych, którzy krytykują obecny stan rzeczy tylko w teorii. Upowszechnienie się krytycznej interpretacji obecnego porządku, coraz bardziej prawdopodobne, powinno być dla prospołecznych środowisk dopiero początkiem. Zdezorientowanemu społeczeństwu sprzedawani są w krytycznej otoczce zarówno cyniczni populiści, jak i bezideowi technicy kampanii wyborczych. Od nich ruchy prospołeczne muszą się odróżnić wyrazistą wizją, popularnym konkretem i widoczną praktyką.

Krzysztof Mroczkowski