Balcerowicz nie może się powtórzyć w energetyce

Kiedy upominamy się o lepsze warunki płacowe w branży energetycznej, ciągle słyszymy, że musimy mocno ograniczyć nasze oczekiwania, musimy być odpowiedzialni, nie wolno nam stawiać wygórowanych żądań. Bo „węgiel jest w niełasce”, „energetyka węglowa jest na cenzurowanym”, „grozi nam wygaszanie i zamykanie”. Owszem, zmiany klimatu, regulacje międzynarodowe w zakresie emisji dwutlenku węgla wymuszają poszukiwanie nowych, przyjaznych dla środowiska źródeł energii, ale czy to oznacza, że mamy szykować się na nowy plan Balcerowicza w energetyce, uznać, że jesteśmy niepotrzebnym balastem i pracować za tyle, ile nam dają i cieszyć się, że w ogóle pracujemy? Mam nadzieję, że środowiska górnicze, nauczone doświadczeniem różnorodnych transformacji ostatniego trzydziestolecia, już więcej nie zgodzą się na taki scenariusz i dopóki na kopalni są kilofy, będziemy wiedzieli, że można ich użyć nie tylko do węgla i kamienia. Dopóki nie powstanie wielki i kompleksowy plan transformacji energetyki na miarę słynnego New Deal, nie mamy o czym rozmawiać.

Branża energetyczna i górnicza zdają sobie sprawę, że zmiany są konieczne, po prostu nadejdą i nikt z nas nie chce zawracać kijem Wisły. Chcemy tylko i aż być ich aktywnymi i pełnoprawnymi podmiotami i uczestnikami, chcemy w tych zmianach uczestniczyć mając coś do powiedzenia i korzystając na nich, a nie tracąc. Mało tego, kopalnie same planują inwestycje proekologiczne. Na przykład jedna z kopalń planuje rozwijanie swojego działu kolejowego i udział w rozwoju lokalnych przewozów kolejowych. Coraz częściej słychać pomysły stawiania instalacji fotowoltaiki na terenach górniczych czy hałdach. Również związki zawodowe górnicze widzą szanse w rozwoju nowoczesnych źródeł energii i doskonale wiedzą, że jest to potrzebne, ale nie kosztem pracowników i – bez żadnej demagogii mówiąc – najuboższych odbiorców. Bo nie ma mowy, żeby i oni nie zostali poszkodowani, jeśli transformacja energetyczna przebiegnie po linii Balcerowicza i jego wyznawców.

To, co słyszymy od polityków liberalnych z prawicy i z partyjek udających lewicę, z góry przekreśla jakiekolwiek rozmowy z nimi o energetyce czy ekologii. Pomysły zamknięcia kopalń i dokonania dekarbonizacji bez zająknięcia się o tym, kto to zrobi, co będzie z ludźmi i jakie źródła zastąpią węgiel, są z naszego punktu widzenia niepoważne, ale niestety mogą znaleźć posłuch, a co gorsza – wykonawców. Są to pomysły kontynuujące najgorsze tradycje neoliberalizmu, poczynając od bandyckich posunięć Thatcher wobec górnictwa w Wielkiej Brytanii, poprzez wczesnego Balcerowicza, aż po czasy Buzka-Balcerowicza ze słynnymi odprawami i likwidacją miejsc pracy w górnictwie, co okazało się społeczną katastrofą i wielką stratą dla budżetu. Na to górnicy i pracownicy energetyki nie mogą pójść, bo to dla nas samobójstwo.

Z drugiej strony nasza branża nie może dać się uwieść denialistom klimatycznym (świadomym szkodnikom zaprzeczającym zmianom klimatycznym z powodu działalności człowieka), podnoszącym wrzask, że działania na rzecz ochrony klimatu są jakimś spiskiem „ekoterrorystów” z UE. Niby bronią oni górnictwa, bo skoro, jak twierdzą, nie ma wpływu dwutlenku węgla na klimat, więc można wydobywać węgiel i palić nim do woli, nie patrząc na emisje. Owi denialiści to albo zwyczajni socjopaci, albo agenci wpływu. Uleganie wpływowi tej szaleńczej ideologii postawi nas, górników i energetyków, na pozycji mniej więcej takiej, w jakiej byli pracownicy manufaktur włókienniczych w Manchesterze, którzy po wynalezieniu maszyny parowej zaczęli niszczyć maszyny włókiennicze odbierające im miejsca pracy w fabrykach. Jak wiadomo, nie obronili swoich stanowisk i stali się symbolem nieskutecznej walki. Jedynie nasz w pełni świadomy, zorganizowany i zaplanowany udział w transformacji energetyki przyniesie nam korzyść jako pracownikom. Po to musimy już dzisiaj postawić jasno postulaty, wyznaczyć sobie cele, o jakie będziemy walczyć do upadłego i odpowiedzieć na pytanie: „Jakie jest nasze miejsce jako pracowników w systemie i nasza relacja do rynku energii?”.

Pierwszy i podstawowy postulat jest taki, że należy żądać gwarancji pracy i dochodu, który nie spowoduje ekonomicznej degradacji osób przekwalifikowanych lub odchodzących z górnictwa. Drugi to zagwarantowanie pełnego udziału w decyzjach i procesach transformacji energetycznej pracownikom branży. Trzeci to utrzymanie górnictwa w pełnej sprawności i gotowości do pracy, bo węgiel, jako surowiec, z pewnością kiedyś będzie w cenie. Z tego już jasno wynika odpowiedź na wyżej postawione pytanie. Rynek nie może decydować o zmianach w energetyce, a przynajmniej nie wyłącznie rynek. Decydujące, równorzędne głosy muszą mieć tutaj państwo i pracownicy, rynek może być jedynie czynnikiem korygującym.

W obecnej sytuacji, kierując się tylko kryteriami rynku, polski węgiel nie ma szans konkurować z rosyjskim czy kolumbijskim. Niestety jest to ciągle konkurencja taniej siły roboczej, łamania praw pracowniczych i przepisów bezpieczeństwa, a tego przecież podobno nie chcemy. Szkoda tylko, że zapominają o tym ludzie ochoczo deklarujący zamykanie kopalń, bo spalanie węgla rosyjskiego czy kolumbijskiego nie oczyści nam powietrza. O tym, czym w zamian za kotły węglowe będziemy napędzać turbogeneratory, nie wspomina się zbyt często. Prawdopodobnie nie będą to chomiki biegające w kółeczkach. Modne słowo „innowacyjność” ładnie brzmi, ale czy tego chcemy, czy nie, Polska jest dość dużym krajem z gospodarką przemysłowo-rolniczą i nagle nie przestawimy się na coś innego, np. na turystykę. Owszem bagna biebrzańskie i poleskie są fascynujące, ale turyści wolą coś bardziej spektakularnego, w Bałtyku zamiera życie, zaś Tatry lada moment zadepczemy. Pomysły deindustrializacji i przestawienia gospodarki na „usługi” skończyły się w latach 90. katastrofą społeczną. Energetyka i górnictwo na dziś muszą działać jak sektor gospodarki centralnie planowanej, jakkolwiek by się to komu nie kojarzyło.

Stąd wynikają pewne wnioski i dla państwa, i dla pracowników energetyki.

Państwo nie może pod wpływem uwarunkowań rynkowych rezygnować z aktywności w polityce energetycznej. Przeciwnie, powinno tę aktywność zwiększać. Dywersyfikacja i rozproszenie alternatywnych źródeł energii nie tylko nie wymagają deregulacji i decentralizacji, ale wręcz wymuszają jeszcze więcej regulacji i centralnego planowania, gdyż chodzi tu o stabilność systemu energetycznego, co zaświadczy każdy specjalista od gospodarki energetycznej. Bez wdawanie się w teorię: zarówno braki mocy, jak i skokowa nadwyżka wygenerowanej mocy są szkodliwe dla sieci przesyłowych i powodują wielkie problemy w dystrybucji. Ponieważ o energetyce, klimacie i zasobach naturalnych nie sposób dziś mówić rozłącznie, również polityka państwa powinna je całkowicie zintegrować w jakimś super-resorcie zasobów naturalnych.

Pracownicy branży energetycznej, w tym górnictwa, nie mogą być ciągle postrzegani jako relikt przeszłości i grupa, którą trzeba w końcu jakoś spacyfikować, wygasić i najlepiej mieć z głowy. To, że węgiel jest na cenzurowanym, nie oznacza, że będziemy musieli się godzić na jakiekolwiek warunki płacowe, że nie będziemy żądać podwyżek i zaakceptujemy rolę „trucicieli”. Nie możemy się godzić na powstrzymywanie naszych żądań tylko po to, żeby nie podnosić kosztów wydobycia i wytrzymać konkurencję z krajami, gdzie te koszty są faktycznie niższe, bo jest dumping podatkowy, a za walkę o prawa pracownicze można trafić do kolonii karnej lub zostać zamordowanym.

Mamy prawo wymagać, że jako demokratyczne państwo prawa będziemy przestrzegać klauzul społecznych i nie pozwolimy na degradację stanowisk pracy w górnictwie i energetyce wymuszaną przez nieludzkie uwarunkowania rynkowe, których jedyną konkurencyjność stanowi łamanie praw człowieka i pracownika. Mamy prawo wysuwać żądania płacowe nie godząc się na szantaż, że jeśli się nie powstrzymamy, to nas zlikwidują.

Jarosław Niemiec

Ile warta jest twoja praca?

Ile warta jest twoja praca?

Zasada jest prosta – im bardziej twoja praca jest pożyteczna dla społeczeństwa, tym mniej ci za nią zapłacą. Przeprowadźmy prosty eksperyment myślowy – wyobraźmy sobie że pewnego dnia przedstawiciele poszczególnych zawodów znikają. Jak wpłynęłoby to na świat wokół nas?

„Mówcie co chcecie o pielęgniarkach, śmieciarzach czy mechanikach, ale jest sprawą oczywistą, że gdyby oni wszyscy nagle rozpłynęli się w powietrzu, skutki byłyby natychmiastowe i katastrofalne. Świat bez nauczycieli czy magazynierów miałby nie lada kłopoty i nawet bez pisarzy science fiction czy muzyków ska byłby zwyczajnie mniej wartościowym miejscem. Nie jest do końca jasne, jak bardzo ludzkość cierpiałaby w świecie, w którym przestaliby istnieć prezesi funduszy inwestycyjnych, lobbyści, spece od kreowania wizerunku, aktuariusze, telemarketerzy, komornicy czy radcy prawni (wielu podejrzewa, że stan rzecz znacząco by się wówczas poprawił). Mimo tego, nie licząc garstki wyjątków, jak lekarze – cieszący się dobrą opinią, a jednocześnie wysoko wynagradzani – wspomniana zasada ma się zaskakująco dobrze”.

Historia uczy że David Graeber, autor tych słów, miał rację. Gdy 2 lutego 1968 roku zastrajkowali nowojorscy śmieciarze, ich strajk trwał dziewięć dni. Każdego kolejnego dnia na ulicach pojawiało się 10 tysięcy ton śmieci, których nikt nie odbierał. 10 lutego Nelson Rockefeller, gubernator stanu Nowy Jork, zdecydował się spełnić żądania płacowe strajkujących. Bez pracowników odbierających śmieci Ameryka nie wytrzymała nawet dwóch tygodni.

W podobnym czasie w Irlandii miała miejsce seria trzech strajków podjętych przez pracowników banków. Najdłuższy z nich, w 1970 roku, trwał ponad pół roku. Strajk bankierów dostarcza wielu ciekawych przykładów tego, jak życie społeczne może się samoorganizować pod nieobecność instytucji, które dotychczas wyznaczały ramy funkcjonowania gospodarki. Dla przykładu: banki zostały zastąpione przez puby, których barmani wiedzieli, kto jest wypłacalny, a kto nie, i poświadczali zobowiązania pomiędzy klientami. Co jednak bardzo istotne – zarówno w historii gospodarczej, jak i w ekonomii jest to epizod w dużym stopniu zapomniany, bo okazał się nie mieć właściwie żadnego wpływu na krajową gospodarkę. Banki stanęły na pół roku. Nie ma po tej historii śladów w statystykach, danych dotyczących PKB czy w koniunkturze Irlandii w latach 70.

Choć do wszelkich prób jednoznacznego określania tego, która praca jest społecznie potrzebna, a która nie, radzę podchodzić z dużym dystansem (bo nie sądzę że istnieje, a nawet że powinna istnieć jakakolwiek „obiektywna” miara tego rodzaju), taką próbę podjęli analitycy z New Economics Foundation. Raport „A bit rich” bada to, ile do społeczeństwa wnoszą, z jednej strony, bankierzy inwestycyjni, szefowie marketingu i doradcy podatkowi, z drugiej, pracownicy opieki, szpitalni sprzątacze i pracownicy firm recyklingowych. Wnioski są uderzające. To nie tak, że bankierom płaci się nieproporcjonalnie dużo względem tego, ile wnoszą do społeczeństwa. Gorzej: rzecz w tym, że płacimy im miliony za aktywne niszczenie naszego świata. Dla przykładu – szacunki NEF wskazują, iż szefowie działów marketingu zubażają społeczeństwo o 11 funtów szterlingów na każdy wygenerowany 1 funt. Bankierzy inwestycyjni z londyńskiego City przynoszą straty społeczne rzędu 7 funtów na każdy 1 funt, który generują dla swojego banku. Z drugiej strony, na każdym funcie, który płacimy osobom pracującym jako opiekunki do dzieci – społeczeństwo zyskuje pomiędzy 7,50 a 9 funtów, a jeden funt płacy sprzątacza szpitalnego przekłada się na 10 funtów dla społeczeństwa.

Liberałowie uwielbiają opowiadać historie o tym, jak poziom wynagrodzeń jest bezpośrednią pochodną społecznego zapotrzebowania na daną pracę, jej efektywności, posiadania rzadkich umiejętności czy odpowiedzialności, którą podejmują osoby na kierowniczych stanowiskach. Tyle że to nieprawda. Społeczna przydatność, jak widzimy, zdaje się być odwrotnie skorelowana z płacami. Rzadkość umiejętności? Jest bardzo wiele rzadkich umiejętności, których zupełnie nikt nie wynagradza. Efektywność pracy? Fryzjerzy w Szwecji nie operują nożyczkami kilkanaście razy bardziej efektywnie niż fryzjerzy w Indiach, a jednak zarabiają wielokrotnie więcej. A spoglądając na problem historycznie – prezesi korporacji jeszcze w latach 60. zarabiali przeciętnie 20 razy więcej niż szeregowi pracownicy, dziś zarabiają ponad 300 razy więcej. Czyżby nabyli nadludzkich zdolności i stali się piętnaście razy bardziej efektywni, podczas gdy produktywność ich pracowników stoi w miejscu? Również opowieści o odpowiedzialności na najwyższych szczeblach nie mają wiele wspólnego z rzeczywistością. Dziś wszyscy CEO mają zapisane w kontraktach sowite odprawy, które sprawiają, że nawet po katastrofalnych decyzjach odchodzą z firm suchą stopą, z milionowym bonusem na pożegnanie.

Kto z czego żyje?

W wyspecjalizowanej gospodarce cyfrowej wartość powstaje na poziomie społecznym. Nikt nie jest w stanie żyć z własnej pracy, bo wszyscy zajmują się bardzo drobnymi elementami układanki, która dopiero po zsumowaniu daje nam moce wytwórcze o historycznie bezprecedensowej skali. Równolegle do procesu produkcji, jej owoce są dzielone, a podstawowym narzędziem ich dystrybucji jest po prostu rynek pracy.

Bardzo niewielka część pracowników zajmuje się dziś procesem produkcji – przemysł i rolnictwo stanowią łącznie około jednej piątej współczesnych bogatych gospodarek. Cała reszta to sektor nazywany zbiorczo „usługami”. Sam ten termin jest bardzo ciekawy i bardzo pojemny, bo z jednej strony zawierają się w nim zawody bardzo potrzebne, zwykle nisko opłacane, takie jak fryzjerzy, kurierzy, kelnerki czy nauczyciele. Z drugiej, rosnące od dekad i regularnie powstające branże dobrze wynagradzanych menedżerów, bankierów, lobbystów, dyrektorów marketingu czy UX designerów. Pierwsza grupa pracowników usługowych odpowiada przynajmniej na proste potrzeby zwykłych ludzi. Praca wykwalifikowanych korporacyjnych specjalistów nie bierze udziału w procesie produkcji jakichkolwiek dóbr, nie odpowiada też na potrzeby społeczeństwa, lecz na potrzeby wielkiego kapitału. Istotą takich prac jest ingerowanie w procesy dystrybucji dóbr wytworzonych przez drobną garstkę pracowników sektora wytwórczego. Czasem niesie to za sobą społeczne korzyści, bo usprawnianie procesów może zaoszczędzić ogromne zasoby ludzkiej pracy, a interesy korporacji bywają niekiedy zgodne z interesem społeczeństwa. Czasami jednak – i to stoi za rażącymi wnioskami z przytaczanego raportu – są to ingerencje, które służą bardzo nielicznym, kosztem zubażania i wyzyskiwania wszystkich pozostałych. Dokładnie tym zajmują się spekulanci giełdowi, lobbyści, bankierzy inwestycyjni, często prawnicy korporacyjni i niemal zawsze dyrektorzy i pracownicy działów marketingu.

Więc jaki mechanizm stoi za podziałem owoców pracy? Dlaczego lobbyści zarabiają miliony, programiści dziesiątki tysięcy, a nauczycielom ledwo starcza na życie? Jak to możliwe, że jako społeczeństwo wyceniamy potrzebną i wartościową pracę tak nisko, a tak chętnie napychamy kieszenie dyrektorom marketingu, bankierom czy spekulantom giełdowym?

Są to pytania zasadne, lecz źle postawione. Nie ma żadnego społeczeństwa, które wycenia pracę. Pracę wycenia kapitał w oparciu o to, w jakim stopniu owoce tej pracy służą właśnie jemu, a narzędziem tej wyceny jest rynek. Kapitałowi nie są potrzebne pielęgniarki w publicznej służbie zdrowia, bardzo chętnie natomiast widziałby on więcej cwanych inwestorów i doradców podatkowych, którzy podpowiedzą, jak pieniądz zamienić w więcej pieniądza i bezpiecznie oszukać podatników. Rynek nie jest mechanizmem demokratycznym. Nie ma głosowań nad wynagrodzeniami mechaników, programistów czy nauczycieli. Sposób działania rynku bardziej niż demokratyczną spółdzielnię (gdzie każdy członek ma jeden głos) przypomina spółkę – gdzie jeden głos przypada na każdą posiadaną akcję (czy też złotówkę). Na tym właśnie polega wycena rynkowa dowolnego dobra. Popyt na towary i usługi nie zależy przecież od ilości ludzi, którzy chcą mieć do nich dostęp, lecz od zasobności ich portfeli i od skłonności do wydania swoich pieniędzy. Te dwa różne porządki decyzyjne mogą żyć we względnej zgodzie tak długo, jak majątek jest w miarę równo rozdzielony w społeczeństwie. Kiedy jednak kilku najbogatszych facetów dysponuje majątkiem takim, jak uboższa połowa ludzkości, kiedy z jednej strony mamy miliardowe fortuny Kulczyków, a z drugiej medianę płac na poziomie dwa i pół tysiąca netto, te porządki drastycznie się rozjeżdżają. Drobna garstka bogatych ma nieproporcjonalny wpływ na kształt każdego rynku, włączając w to rynek pracy.

Prowadzi to do radykalnego zniekształcenia relacji pomiędzy społecznym zapotrzebowaniem na poszczególne zawody a tym, jak wynagradza się w nich pracowników. Zatrudnieni przez wielką korporację programiści czy UX designerzy, którzy pracują nad ładniejszym designem przycisków na stronach, lepszą użytecznością zakładek w nowej witrynie i nowymi funkcjami w aplikacji mobilnej, nie są pięć razy bardziej potrzebni niż nauczyciele, choć zwykle zarabiają pięciokrotnie więcej.

Elisabeth Dunn słusznie pisała, że dystrybucja dóbr w kapitalizmie nie dokonuje się ani w imię zasady „każdemu według potrzeb”, ani „każdemu według zasług”, lecz zgodnie z regułą „każdemu wedle udziału w reprodukcji relacji władzy”. Pracę wycenia kapitał – najszczodrzej tę, która pomaga mu w dalszej akumulacji kapitału.

Ale i do tej tezy należy dodać gwiazdkę. Zbyt często postrzega się kapitalizm, zarówno po stronie jego pochlebców, jak i krytyków, jako maszynę bezwzględnie realizującą raz zaprogramowany schemat. Choć system, jego mechanika i osiągnięty poziom akumulacji kapitału wyznacza warunki brzegowe (takie jak wysokość funduszu płac, znacznie różniące się od siebie w korporacji IT czy szpitalu), to, jak ujął to Jędrzej Malko, decyzje o wynagrodzeniach podejmują ludzie, dając przy tym wyraz swoim poglądom i uprzedzeniom, takim jak przekonanie o wyższości pracy umysłowej nad pracą fizyczną, wyższości pracy męskiej nad kobiecą czy o konieczności szczególnego wynagradzania osób piastujących kierownicze stanowiska.

Post Scriptum: Rynek jako przestrzeń orzekania prawdy

Lecz skąd w ogóle pomysł, że to, ile ktoś zarabia, jest tożsame z tym, jak wartościowa jest jego praca? W procesie ekspansji kapitalizmu i stopniowego utowarowienia kolejnych elementów naszej rzeczywistości (bo przecież można dziś kupić niemal wszystko), rynek stał się przestrzenią orzekania prawdy. Maszyną, której przypisuje się prawo do decydowania o każdej istotnej wartości – prawdzie, pięknie, słuszności idei. To ma na myśli Leszek Balcerowicz, gdy mówi o ścieraniu się poglądów na „wolnym rynku idei”, o tym mówią liberałowie i libertarianie, gdy powtarzają że rynek coś „zweryfikował”. Pieniądz wskaże drogę i oceni, będzie drogowskazem, powie gdzie iść, a skąd uciekać.

Wiadomo, że z dwóch menadżerów lepszy jest ten, któremu więcej płacą. Najlepszymi piłkarzami są ci, którzy najwięcej zarabiają, albo których kluby sprzedają innym klubom za najwyższe odstępne. Nawet gdy mówi się o tym, że Van Gogha doceniono dopiero po śmierci, to zwykle ma się na myśli kwoty, za jakie zaczęto sprzedawać jego obrazy. Na tym polega orzekanie prawdy przez rynek. Ten medal ma też drugą stronę – jeżeli jesteś wybitnym pianistą, lecz nikt, zupełnie nikt, nie chce za twoją grę na pianinie zapłacić, to znaczy, że nie jesteś wybitnym pianistą. Jeśli żyjesz w ubóstwie, nie masz żadnej umiejętności, którą mógłbyś sprzedać i żyć dostatnio, to – zgodnie z logiką kapitalizmu – po prostu znaczy, że nie masz wartości.

Z tej perspektywy nie powinien dziwić status półbogów, jaki we współczesnym świecie osiągnęli miliarderzy. Gdy wycena rynkowa staje się wszech-miarą, w której zawarte mają być wszystkie wartości, Gates, Bezos czy Zuckerberg jawią się jako najlepsi spośród żywych. Pisze się o nich książki, w skupieniu słucha się ich przewidywań dotyczących przyszłości, a każdego roku ten czy inny Prometeusz przynosi nam kolejną publikację o „sekretach miliarderów”.

Największą cnotą, która ich łączy, jest oczywiście nadludzka zdolność do akumulacji kapitału. Rynek zweryfikował ich pozytywnie. Michał Matys, który napisał książkę „Grube Ryby” o tym, jak polscy miliarderzy dorobili się swoich fortun, nie bez cienia podziwu mówi, że bardzo istotną cechą każdego z bohaterów książki jest ich bezwzględność. „To są ludzie, którzy podejmują szereg dramatycznych decyzji”, którzy nie mogą się zawahać przed, na przykład, zwolnieniem samotnej matki. „Gdyby w takiej sytuacji wahali się za każdym razem, to sami straciliby wszystko. A co by nie mówić, to są ludzie, którzy budują naszą gospodarkę”.

Jeżeli akumulujesz kapitał, to wszystko jest dozwolone. Być może są inne cnoty, lecz ta jest najistotniejsza i nie wolno się zawahać, gdy przyjdzie czas wyboru…

Hubert Walczyński

Dr Tomasz Markiewka: Co wolno Durczokowi, a co motłochowi

Dr Tomasz Markiewka: Co wolno Durczokowi, a co motłochowi

Zapewne znacie Jana Hartmana. To publicysta, który zawsze wali prosto z mostu. Kiedy inni dzielą włos na czworo, on mówi wprost: cham to cham, motłoch to motłoch, debil to debil. Koniec kropka. Niczym Friedrich Nietzsche wali swoim krytycznym młotem w polskie społeczeństwo. Kto go za to krytykuje, ten albo nie rozumie, albo został omotany poprawnością polityczną.

I oto nagle Hartman znalazł w swoim publicystycznym sercu niespotykane pokłady czułości. Postanowił stanąć w obronie Kamila Durczoka, który spowodował wypadek, prowadząc auto po pijanemu. To wszystko nie jest takie proste, przekonywał Hartman. „Może jego problemy to nie całkiem jego wina?” – pytał na Twitterze. Potem rozwinął ten wątek na swoim blogu.

To zastanawiające, że gdy Harman pisze o „motłochu”, to nie interesują go żadne próby skomplikowania obrazu grupy społecznej, którą nazywa w ten sposób. Motłoch jest motłochem, o czym tu mówić? I tak kilka milionów osób zostaje wrzuconych do jednego worka i sprowadzonych do kilku prosty cech. Ale nie Durczok, ten jest postacią tak złożoną, jakby wyszedł spod pióra Tołstoja albo Nabokova. Jego pijaństwo nie jest po prostu pijaństwem, ale przejawem czegoś głębszego. To, że mógł rozjechać niewinnych ludzi, nie może przekreślić tego, jak wielowymiarowy jest kontekst decyzji i zachowań Durczoka.

Trudno nie zauważyć, że Hartman ma dwie miary – jedną dla ludzi takich jak Durczok, drugą dla „chamów”, „prostaków” czy „ludu”. To niestety cecha charakterystyczna polskiej debaty publicznej. Wystarczy spojrzeć, jak pisze się i mówi u nas o mieszkańcach wsi. Traktuje się ich jak jednolitą masę, która odznacza się bardzo prostym zestawem cech. Czasem prowadzi to do naiwnego idealizowania wiejskości, ale w większości przypadków jest na odwrót – wieś i jej mieszkańcy stają się nosicielami wszystkiego, co najgorsze w naszym społeczeństwie.

Uderza mnie to, bo sam wychowałem się na wsi. Większość mojej rodziny też pochodzi ze wsi i mieszka tam. Nigdy nie przywiązywałem do tego większej wagi, ale od kilku lat coraz mocniej uderza mnie to, że jawna pogarda dla wiejskości jest stałym i istotnym składnikiem tożsamości części polskiego środowiska inteligencko-medialnego. I dzieje się to ponad podziałami politycznymi.

Klasycznym przykładem jest książka Piotra Nowaka, prawicowego profesora związanego z czasopismem „Kronos”, zatytułowana „Hodowanie troglodytów”. Nowak pisze w niej wprost, że ludem się „brzydzi”, a mówiąc dokładniej, brzydzi się jego „ciemnotą, brudem, nieludzką symbiozą z przyrodą”. Książka Nowaka wzbudziła swego czasu zachwyt u części środowiska akademickiego, bo autor tak ładnie bronił etosu inteligenckiego, a że przy okazji sięgał po klasyczne chwyty rasistowskiego języka (odczłowieczanie całych grup społecznych), no to nie bądźmy już tacy wrażliwi. W końcu nie pisał o Durczoku.

Tę pogardę znajdziemy także z łatwością po stronie liberalnej. Klasykiem jest nie kto inny jak Hartman we własnej osobie, który w felietonie dla „Polityki” ogłosił wszem i wobec, że z potomków chłopów i robotników nie będzie czytelników Żeromskiego ani nawet Masłowskiej, bo inteligenckość się dziedziczy. Kilka miesięcy temu Janusz Majcherek pisał w „Gazecie Wyborczej”, że wszystkie nieszczęścia, które spotykają Polskę, wypełzają ze współczesnej polskiej wsi. W ten sam trend wpisał się Przemysław Szubartowicz, pisząc na Twitterze: „Dziś prowadziłem spotkanie z Jerzym Stępniem, który zwrócił uwagę na zapomniany fakt. Otóż PiS przy władzy to w dużej mierze efekt kompleksu chłopa pańszczyźnianego. Dziś to niewolnik, któremu wystarczy 500+ od pana (»pana« Kaczyńskiego) i który ucieka od wolności, bo za trudna”. Maria Halamska w wywiadzie dla „Kultury Liberalnej” przekonywała zaś, że „w całej klasie ludowej” możemy dostrzec postawy roszczeniowe.

Polskiej wsi z pewnością daleko do ideału, ale przecież Hartmanowi, Majcherkowi czy Nowakowi nie chodzi o to, jaka naprawdę jest wieś, lecz o przeżywanie intelektualnych orgazmów, które zapewnia prosty podział: „my, elity duchowo-inteligenckie” kontra „niewykształcony, głupi motłoch”. Lud, chłop, robotnik, wiejskość ogrywają rolę symboli zacofania, na tle których polscy arystokraci ducha mogą zachwycać się własną postępowością.

Łatwo przy tym zapomnieć, że to nie chłop wykrzykiwał ostatnio bzdury o tęczowej zarazie, lecz poznaniak, profesor nauk teologicznych z Uniwersytetu Adama Mickiewicz. To nie prostak ze wsi wystraszył się kilka miesięcy temu kobiety z bananem, lecz profesor socjologii, który ukończył Uniwersytet Warszawski. To nie potomek chłopów, ale szlachty (i przy okazji następny absolwent Uniwersytetu Warszawskiego) od lat tworzy różne partie, które spaja pogarda dla kobiet i wszelakiego rodzaju mniejszości, a także zabobonna wiara w wolny rynek. To nie członek prostego ludu pracował nad instytucjonalnym odrodzeniem się ruchów nacjonalistycznych w Polsce, lecz student kilku kierunków we Wrocławiu, Warszawie i Toruniu, uczestnik „Tańca z gwiazdami”. Jego protektorem był absolwent Uniwersytetu Adama Mickiewicza i wzięty prawnik z rodzinny profesorskiej. Jarosław Kaczyński – jeśli to on jest dla was symbolem zła – też nie pochodzi z małej chłopskiej chatki, lecz z Żoliborza.

Więc na miejscu Polski postępowej, wysublimowanej oraz inteligenckiej dałbym sobie na wstrzymanie i przestałbym się brandzlować przekonaniem o własnej wyższości duchowej. Nie ma nic wyrafinowanego w posługiwaniu się klasistowskimi przesądami. Skoro niektórzy zwolennicy postępu i oświecenia potrafią dojrzeć złożoność człowieka nawet na przykładzie znanego dziennikarza rozbijającego się po pijaku samochodem, to może warto dojrzeć równą złożoność postaw, motywacji i okoliczności w „motłochu”?

dr Tomasz Markiewka

Fotografia w nagłówku tekstu: Remigiusz Okraska

Prof. Monika Kostera: Zarządzanie ględami

Prof. Monika Kostera: Zarządzanie ględami

Ostatnimi czasy z przyjemnością miłośniczki soczystej polszczyzny używam Okraskowego określenia (czyli okraskizmu, jak twierdzi lud fejsbukowy) „ględzenie”. Oznacza ono pewien rodzaj gadaniny – bezrefleksyjnej mowy przywileju i nudnego poczucia wyższości i uprawnienia. Jest to słowo polskie i trafne, nie wymaga przemodnych kalek językowych z angielszczyzny i oddaje idealnie sedno sprawy. Jedną z takich kalek, która przybrała znamiona plagi, jednocześnie doskonale łącząc się z ględzeniem, jest zarządzanie czym popadnie. Angielskie słowo to manage ma w języku polskim wiele znaczeń, takich jak dawać sobie radę, radzić sobie, kontrolować, potrafić, obchodzić się, kierować i zarządzać. Wszystkie te znaczenia (i wiele innych) bywają ostatnio tłumaczone jako zarządzanie.

Bzdura kosmiczna! Nie istnieje coś takiego, jak zarządzanie sobą, zarządzanie talentem, zarządzanie relacjami, zarządzanie millenialsami, zarządzanie stresem, zarządzanie emocjami, zarządzanie pasją, zarządzanie ambicją, zarządzanie wiekiem, zarządzanie gniewem (wszystko to autentyki). Równie dobrze można by wyobrazić sobie następujący mądry dialog: „jak dajesz sobie radę w tym deszczowym czasie? – jakoś zarządzam”; how to you endure in the rainy season? – somehow I manage. A „zarządzam sobą” to po angielsku I am the director of myself. Mojego prywatnego anty-Miodka zdobywa jednak „zarządzanie życiem”, którego podejmuje się uczyć pewna prestiżowa warszawska uczelnia na specjalnych studiach podyplomowych, drogich i „elitarnych”.

Zarządzanie to wszak gospodarowanie (rzadkimi) zasobami, zatem możemy mówić o zarządzaniu fabryką, finansami, produkcją, ewentualnie czasem (jeśli chodzi o podejście systemowe, nie o własny kalendarzyk). Dalej, kieruje się ludźmi, zarządza personelem, bo w domyśle to cały podsystem przedsiębiorstwa, nie tylko ludzie jako tacy, ale także przepisy, stanowiska pracy, funkcje doboru, utrzymania i rozwoju itd.

Skoro mamy sezon ogórkowy i idę bardzo poważnie być offline w sierpniu, z plecakiem i bez zarządzania, to ten felieton będzie troszkę mniej serio. Nie aż tak, by nie wyraził moich głębokich i stałych w swej negatywnej tonacji uczuć wobec kapitalizmu, ale, być może, wyrazi je nieco mniej solennie. Jeśli potrafię.

Na początek coś bardziej serio – dlaczego warto się zastanawiać nad ględzeniem. Duński metodolog nauk społecznych prof. Bent Flyvbjerg zwraca uwagę, że wówczas, gdy ma się do czynienia z materią społeczną, należy zadawać kilka podstawowych pytań: dokąd zmierzamy? Kto wygrywa, a kto traci na tym, że zmierzamy tam, gdzie zmierzamy? Czy ten kierunek rozwoju jest pożądany? Jeśli nie, to co powinniśmy z tym zrobić? Te pytania są obowiązkowe dla wszystkich uczonych zajmujących się naukami społecznymi – bez brania pod uwagę ukrytego często głęboko w strukturach społecznych czynnika władzy, czyli fundamentalnego pytania, dla kogo dane zjawisko jest korzystne, nauki społeczne są bez wartości. W codziennym życiu nie jest to postulat aż tak mocny, jedynie zachęta do refleksji. Może przydać się wszelkim osobom zainteresowanym mediami, a także socjalistom, których, przypomnę, łączy przede wszystkim dążenie do obalenia kapitalizmu i zmiany świata na lepsze. Krytyczne myślenie i refleksyjność mogą być w tym bardzo pomocne. Zatem wszelkie „prawdy oczywiste” nie są prawdą. To ględy. Znów powołam się na spostrzeżenia Flyvbjerga, który głosi, że myślenie krytyczne jest niezbędne, bo w zetknięciu z materią społeczną musimy zrezygnować z wszelkich pretensji, także tych niewyrażonych wprost, by naśladować sukces nauk ścisłych w tworzeniu teorii kumulatywnych i predyktywnych, bo takie podejście po prostu nie działa w naukach społecznych. Nie ma więc żadnych obiektywnych praw, na których możemy się oprzeć. Zawsze musimy odnieść się do problemów, które mają znaczenie dla konkretnych grup ludzi w społecznościach lokalnych, narodowych i globalnych, w których żyjemy, i musimy robić to w sposób mający znaczenie, czyli po prostu mieć im coś do powiedzenia i do zaproponowania. Inni ludzie to nie tylko nasze „przedmioty badań” czy też czytelnicy, wyborcy, oddane głosy, słupki sondażowe, ale nasi współobywatele. To, co mówimy i jak mówimy, jest naprawdę ważne, bo, nawet jeśli nie zawsze zdajemy sobie z tego sprawę, jest zawsze częścią dialogu, podkreśla Flyvbjerg. Zostawmy wakacyjnie naukę troszeczkę na boku i hop, wskoczmy do basenu słów i gadaniny, której częścią bardzo poczesną są nie tylko pociągające plotki i gawędy, ale też rozmaite ględy.

Pierwszym i całkiem niebanalnym rodzajem ględzenia są ględy o wszech-zarządzaniu. Bogiem a prawdą nie tylko złe zwyczaje tłumaczeniowe i brak wiedzy leżą u podstaw tego nałogu. Jedną z głównych jego przyczyn jest to, że po prostu opłaca się tak mówić – za takie sformułowania przyznawane są granty, pozytywne oceny recenzentów i innych opiniodawczych ważnych gron. Niedawno Aldona, doktorantka z dziedziny nauk społecznych, próbowała otworzyć przewód z pracą o wspieraniu zaradności profesjonalnej pewnej grupy zawodowej, powiedzmy, artystów. Komisja stanowczo odrzuciła propozycję, nakazując zmianę tytułu na przedsiębiorczość. Aldona, pomimo przekonujących uzasadnień i pogodnego, niekonfrontacyjnego usposobienia, rada nie rada musiała zmienić tytuł i aparat terminologiczny, bo inaczej nie mogłaby wyników swoich badań przedstawić jako pracy doktorskiej. Inna doktorantka, Angelina, która zaproponowała jako tytuł swej pracy „Kierowanie ścieżką zawodową”, została nakłoniona do jego zmiany na „Zarządzanie karierą”, bo jej oryginalny tytuł skojarzył się komuś z PRL. Angelina z trudem powstrzymała pytanie: a komu i jak będzie się mój zmieniony tytuł kojarzyć za 20 lat?

Naukowcy znają takie historie doskonale, nie muszę się nad nimi za bardzo rozwodzić. Jednak język, którego używamy w nauce nie jest w tym przypadku wyłącznie naszą hermetyczną sprawą. Pozostali ludzie przyzwyczaili się do takiego języka – z wyjątkiem lingwistów i filozofów, których, bywa, że chętnie czytamy, ale rzadko słuchamy. Zwykli ludzie widzieli tego typu konstrukty miliony raz w ciągu dowolnego miesiąca i myślą, że to jest poprawna forma. Zarządzacze, czyli teoretycy zarządzania, są zadowoleni, bo po cichu i prawie bez wysiłku rozbudowują swoje imperium symboli. Problem w tym, czym będziemy się, jako dyscyplina nauki, zajmować, gdy skończy się bańka – a kiedyś się skończy – i z czym właściwie zastaniemy? To imperium symboli zawiera ględy. Coś takiego jak „zarządzanie życiem” czy „zarządzanie sukcesem” nie ma sensu poza modą na zarządzaniową nowomowę. Czy potrafimy odpowiedzieć na pytanie: co będziemy badać w czasie, gdy zarządzanie nie będzie już modne, gdy nie będzie wiodącą ideologią? Ja mam pewien pomysł – będziemy zajmować się mniej więcej tym samym, czym oryginalnie mieliśmy jako nauka akademicka (czyli nie szkoły handlowe, lecz instytuty uniwersytetów), mniej więcej od lat 20. czy 30. ubiegłego stulecia i przez cały czas od tamtej pory. Nawet mam polski dyplom z tej dyscypliny: magister organizacji i zarządzania. Podobny pomysł ma mój wybitny kolega profesor Martin Parker, z tym że on proponuje, by pozbyć się z nazwy zarządzania, bo jest to wszak część składowa szerszego pojęcia – organizacja.

Kolejny podgatunek ględów to władzoprelekcje. Może zacznę prezentację takowych od tego, że nie wierzę w „mansplaining”. To tylko część zjawiska i tak jak bywa modnie przedstawiana zaciemnia raczej niż eksponuje problem, jakim jest retoryka władzy i przywileju. Tak, to prawda, że w patriarchacie strukturalną władzę mają mężczyźni – nie jako grupa żywych ludzi, ale cecha dostępu do uprzywilejowanej struktury społecznej. Bycie facetem z władzą daje coś w rodzaju klucza generała do wszystkich struktur. Więc gdy oni (faceci z władzą, nie faceci władzy pozbawieni) sobie gawędzą, to wszyscy ich słuchają, w tym także ci, którzy lepiej od tamtych znają się na przedmiocie gawędy. To samo robią wszakże kobiety mające władzę, dokładnie tak samo nie wiedząc, że to robią – a nawet, przeciwnie, czując się dumne, że tak oto prezentują silną kobiecość i ach jakież to wyzwalające dla potęgi jajnika. Tymczasem władza to władza i działa tak samo, niezależnie od genitaliów. Podpieseł płci dowolnej może sobie gadać ile wlezie i tak czy owak kiedyś przyjdzie ktoś, kto naprawdę wytłumaczy to samo i wtedy świat usłyszy. Podpieseł może być co najwyżej zabawny, interesujący albo – na ogół – niezauważalny lub irytujący. To oczywiste, że należy jej/jemu wytłumaczyć wszystko porządnie.

Kolejny podtyp ględów to śmieciomichałki. Przykłady, przykładziki, atrakcyjne ilustracyjki na prawach niepodważalnego argumentu. Na przykład bardzo popularne są ostatnimi czasy w polskiej akademii anegdoty o tym, jak uczony złożył do oceny publikację składającą się z samych pustych stron, a w sektorze IT opowiastki o informatyku, który zapomniał przychodzić do pracy. Służą one legitymizacji postulatu wzmożenia kontroli – słuchacze oburzają się, że oto inni – ci okropni akademicy, ci luzacy informatycy – mają takie fory, podczas gdy oni muszą rzetelnie pracować.

Chciałabym zwrócić uwagę na kilka kwestii. Po pierwsze, to tylko anegdoty. Rzeczywistość jest o wiele bardziej złożona i nie ten jeden leser, luzak, oszust, alkoholik powoduje upadek morale, lecz czyni to na ogół osoba na pozycji władzy, dająca zły przykład innym. W wyniku wzmożenia kontroli osoby stosujące wobec swojej pracy taryfę ulgową i pragnące to legitymizować, starają się o uzyskanie takiej pozycji, by działać w ten sposób bez negatywnych konsekwencji, a nawet z możliwością uzyskania permanentnych przywilejów. Stają się niewidoczne, ale sposób ich działania wyznacza odtąd normę dla całego podsystemu, którym kierują. Koszty zaostrzenia kontroli zawsze spadają na innych, głównie na tych „ze środka” struktur lub na najsłabszych (na różne sposoby) pozycjach.

Po drugie, kwestia warunków pracy – w przypadku pracy naukowej czy pracy informatyka warunki jej wykonania są inne, niż w przypadku sprzedawcy szamponów. W ogóle niewyalienowana praca ma to do siebie, że odbywa się we właściwym sobie kontekście, ma swoje zasady, prawa i narzędzia. W kapitalizmie dominujący postulat kontroli przez oderwanie pracy od wiedzy i wpływu pracownika, na początku zastosowany był wobec robotników przemysłowych jakieś sto lat temu i stopniowo objął wszystkie grupy zawodowe, ba, nawet profesje takie jak medycyna czy akademia. Deprofesjonalizacja przynosi mnóstwo fatalnych skutków, takich jak systematyczne obniżanie standardów, odłączenie empatii, czyli profesjonalna znieczulica i szalejąca alienacja wywołująca epidemię depresji.

Po trzecie, cóż w tym złego, by funkcjonowały w organizacjach różne postaci, ludzie niedoskonali czy mający niedoskonałe momenty? Można, zamiast czynić z nich kozły ofiarne, starać się nad nimi pochylić, pomóc, zdyscyplinować, wyedukować. Z tego, co pamiętam, na tym miało polegać nowoczesne kierowanie ludźmi. Gdyby nikt nie pochylił się swego czasu w zwykłej nastawionej na zysk korporacji nad posiadającym wówczas sto problemów Johnem Burnsidem, nie mielibyśmy dziś genialnego szkockiego poety. Pytanie za kupon na pietruszkę od felietonistki-strukturalistki: dlaczego śmieciomichałki zawsze dotyczą słabych, maluczkich, organizacyjnych podpiesełków? Jakoś nigdy nie słyszy się o szefie, który zapomniał przyjść do pracy. Albo o dyrektorze-alkoholiku, który od rana dolewa sobie z piersióweczki whiskaczyka do kawki. Czemu nie czyta się prasowych bzdurek o menedżerach wpisujących losowe słowa do raportów? A już z całą pewnością – o inwestorze miliarderze, którzy zapomniał przyjść do pracy… Może to nie dotyczy tych pozycji, funkcjonują na nich wyłącznie tytani pracy i aniołowie odpowiedzialności?

Podgatunek kolejny, niebanalny. Ballada o zgniłku. Czasami – wcale nie bardzo rzadko – pojawia się w dyskursach naszych codziennych i medialnych taka granicząca z sadyzmem „dorosłość”: „zaraz wam udowodnię, że świat jest zgniły, ja to wiem, teraz i wy się przekonacie”. Jestem zmęczona założeniem, że posiadanie poglądów, szczerość, zaangażowanie, są miarą niedojrzałości i godne pogardy, natomiast o prawdziwej dojrzałości świadczy – i zasługuje na zaufanie – wyłącznie cynizm. W ten sposób można przedstawić siebie jako postać poważną i dojrzałą, zasługującą na bogactwo i władzę. Można w ten sposób przekonywać, że się na wszelkie te nagrody w pełni zasługuje. Dlaczego? Bo taka osoba spojrzała w otchłań i otchłań spojrzała na nią i głęboko westchnęła. Nie, nie jest to efekt dojrzałości, lecz na ogół kooptacji. Była idealistka, były idealista, którzy tego doświadczają, prawdopodobnie nie tyle dorośli, co sprzedali swoje ideały za jakąś tam cenę, mniejsza z tym, czy z życiowej konieczności, czy z innego powodu. Ballada o zgniłku potrzebna jest takiej osobie do tego, by za jednym zamachem uprawomocnić to, co zrobiła – zwykłą i dość pospolitą zdradę, a jednocześnie odreagować swoją złość, smutek i obrzydzenie z tego powodu na kimś innym, na sobie samej sprzed aktu zdrady, na innych, którzy (jeszcze, wcale) tego aktu nie dokonali. Dzięki balladzie znów czuje się uskrzydlona, znów czuje, że żyje i walczy – to nieważne, że tym razem na radykalnie innym froncie i bardziej z samą sobą, niż przeciwko zniewoleniu. Ględzenie o doniosłości bycia zgniłkiem jest, w istocie, formą permanentnego samobójstwa, które można popełniać wciąż na nowo, w uniesieniu.

Skoro sezon ogórkowy, to nie musi być mądrych konkluzji. Może tylko tyle, że takie ględy tworzą coś, co z pozoru jest lekkie i frywolne – modę. Zawsze zadziwiała mnie i przerażała siła, która w połowie lat 70. nagle kazała wszystkim kobietom nosić jednakowe koszulki z nadrukiem portretu zagadkowej kobiety, potem skarpetki z koronką, a potem nagle wszystkim głosić, że rynek rozwiąże sam wszystkie problemy ludzkiej egzystencji. Moda jest tylko z pozoru lekka i zabawna. To jedna z potężnych sił instytucjonalizacyjnych, czyli takich wielkich kulturowych dynamik, które kształtują instytucje społeczne – szczególnie trwałe i głębokie podstawy do budowania struktur społecznych, na ogół przyjmowane jako oczywiste i dlatego niewidoczne z perspektywy zwykłego członka czy członkini społeczeństwa. Można porównać je do aksjomatów, fundamentów, których się nie kwestionuje. Zmieniają się powoli i pod wpływem potężnych presji, takich jak prawo czy edukacja. Oraz – moda. Tak, to pozornie niepoważne zjawisko ma gigantyczną moc. Jeśli wszyscy zaczniemy mówić o zarządzaniu żołądkiem, to za czas jakiś stanie się to oczywiste i pomoże wypromować dalej modę na zarządzanie i na to, by traktować działanie wewnętrznych narządów ludzkiego ciała jako możliwe do kontrolowania w analogiczny sposób, w jaki kontroluje się np. produkcję środków czystości. Pomoże w dalszym kreowaniu wizji świata jako wielkiej korporacji i posłuży jeszcze większej fragmentaryzacji tkanki społecznej – każdy jest odpowiedzialny za działanie swojego ciała. Nie zdziwmy się, gdy pojawi się nurt żołądkowej przedsiębiorczości, w ramach którego osoby pozwalające swoim narządom trawić spokojnie spożytą kanapkę z serem piętnowane będą jako pasywne homo sowieticusy bez grosza inicjatywy, niezasługujące na dostęp do publicznej służby zdrowia. Ale nie zdziwmy się też, gdy pojawi się jakaś moda dzika, szalona, jak na słynnej farmie Yasgura latem 1968 roku i zrzucimy z siebie zarządzaniowe ględy jak hippisi krawaty, szpilki i staniki i poszybujemy jako tkanka społeczna nie do końca przewidywalna, chwała niebiosom, ku przyszłości niewyzarządzanej i nieprzedsięwziętej. Gdzie też będą ględy, ale całkiem inne.

prof. Monika Kostera

Żegnaj próchnico!

Za chwilę zaczyna się rok szkolny. Od września w każdej szkole mają pojawić się gabinety pielęgniarskie i stomatologiczne, zapewniające opiekę zdrowotną w miejscu pobierania nauki dzieciom do 19. roku życia. Pojawić się, a raczej powrócić – dentyści zniknęli ze szkół ponad dwadzieścia lat temu, jeszcze w latach 90. Od tego czasu, pomimo obecności prywatnych gabinetów niemal na każdym rogu, stan zębów polskich dzieci i młodzieży systematycznie się pogarsza.

Jak informuje strona zdrowie.gov.pl. próchnicę ma już ponad połowa, bo aż 57% trzylatków, 80% pięciolatków i aż 90% siedmiolatków. Statystyki podają, że 35% polskich dzieci w wieku 7 lat ma przynajmniej jedną plombę, a 12% dzieci w tym wieku ma już za sobą pierwsze przeżycia związane z usunięciem chorego zęba. W porównaniu ze średnimi europejskimi wynoszącymi odpowiednio 15% i 9% polskie dzieci nie wypadają najlepiej.

Publikacje na temat ogromnego rozpowszechnienia próchnicy (która jest chorobą zakaźną!) pomijają jednak całkowicie temat dostępności darmowego leczenia. Skupiają się za to na piętnowaniu rodziców za niski poziom świadomości zdrowotnej, brak profilaktyki i zainteresowania stanem zębów potomstwa. Kolorowe foldery informują o konieczności przeprowadzania badań kontrolnych uzębienia już od szóstego miesiąca życia dziecka. Ostrzegają, by nie dopuszczać do próchnicy zębów mlecznych, które „w razie czego się wyrwie”, ponieważ dzieci z ubytkami w zębach mlecznych nie mogą prawidłowo jeść, a czasami także mówić. Usunięcie zębów zaatakowanych przez próchnicę przyczynia się do wad zgryzu w późniejszym wieku. „Lepiej zadbać o zęby, by nasze pociechy mogły cieszyć się uśmiechem nie tylko we wczesnym dzieciństwie” – informuje jedna z publikacji Ministerstwa Zdrowia. Na radosnych zdjęciach wszyscy mają piękne białe uzębienie.

Pod enigmatyczną formułą „zadbać” kryje się cały bezlitosny sztafaż III RP i wykrzywiona twarz polskiego liberalizmu. Obywatel/ka ma samodzielnie troszczyć się o zapewnienie sobie na wolnym rynku usługi medycznej, która jest jedną z droższych. W kraju, gdzie bardzo wiele osób zarabia wciąż poniżej 2 tysięcy złotych „na rękę” miesięcznie, koszt jednorazowej wizyty u dentysty – w sprawie jednego zęba – to 150-400 zł. A na jednym spotkaniu bardzo często się przecież nie kończy. Nawet jeśli zlekceważymy odkamienianie, wybielanie, dostawianie koronek czy leczenie mniej widocznych, tylnych zębów – i tak wydamy fortunę, jeśli za jamę ustną weźmiemy się całościowo. Koszt leczenia kanałowego jednego zęba przekracza w tym momencie 1000 zł. Mityczny strach przed dentystą i „zaniedbywanie” zębów to jedno, ale bardzo wielu Polaków przed wizytą w prywatnym gabinecie powstrzymuje po prostu cena. Zwlekają, póki nie zacznie naprawdę solidnie boleć. Wtedy zdarza się, że biorą na leczenie „chwilówkę”.

Można oczywiście leczyć zęby na koszt NFZ, lepszy rydz niż nic. Jednak zakres refundowanych zabiegów nie jest szeroki, a poza tym występuje system dopłat. Do znieczulenia. Do lepszej, jaśniejszej, mniej rzucającej się w oczy plomby. I oczywiście długie terminy, co, w połączeniu z faktem, że bólu zęba nie da się ignorować dłużej niż przez kilka dni, napędza klientelę prywatnym gabinetom.

Czy to wszystko oznacza, że nic się nie da zrobić i należy nabijać kabzę prywatnym przychodniom, bo NFZ jest słabe i niewydolne? Wręcz przeciwnie: należałoby wrócić do pomysłu darmowego, powszechnego leczenia stomatologicznego. Wprowadzić ponownie gabinety do szkół, zwiększyć kadry i liczbę przychodni funkcjonujących na kontraktach z NFZ, a docelowo – otworzyć zupełnie darmowe poradnie dentystyczne, zaś w regiony, gdzie ich nie ma, puścić dentobusy.

Plany te nie są nowe, a wręcz mają już ładnych parę lat, bo, wbrew pozorom, już niespełna dekadę po wypędzeniu gabinetów ze szkół zorientowano się, że nie był to wcale najlepszy pomysł. Państwo radośnie umyło ręce od swoich psich obowiązków, przekazując je, jak zazwyczaj, sektorowi prywatnemu. Kogo stać, poradzi sobie. Kogo nie stać, bo ma pilniejsze wydatki, np. chleb – będzie szczerbaty.

Już w 2010 r. „Gazeta Współczesna” pisała o pomyśle na dentobusy, czyli w pełni wyposażone autobusy dentystyczne, które będą przemieszczały się z regionu do regionu. Ministerstwo Zdrowia wpadło na ten pomysł w 2008 r., dwa lata później jednak nadal pozostawał on w sferze planów. Dentobusy wyruszyły do polskich wsi i mniejszych miejscowości dopiero po niemal dekadzie. „Zdaniem specjalistów, przyczyną pogarszającego się stanu zębów u dzieci i młodzieży jest likwidacja gabinetów stomatologicznych w szkołach. Jeszcze kilkanaście lat temu to one tworzyły główną sieć kontroli nad uzębieniem najmłodszych. Teraz ta odpowiedzialność spoczywa w całości na rodzicach” – alarmowała już w 2010 r. gazeta. Przypominała, że jeszcze kilkanaście lat wcześniej zęby dzieci były systematycznie kontrolowane. Raz w semestrze do klasy przychodziła dentystka i zapraszała wszystkie dzieci do gabinetu na przegląd zębów. Kto chciał leczyć się prywatnie, poza szkołą, mógł odmówić. Ale ogromna grupa dzieci korzystała na takich przeglądach, bo stanowiły one sito przesiewowe do bezpłatnego leczenia.

Latem 2018 r. ruszył program pod hasłem „Poprawa dostępności do świadczeń stomatologicznych dla dzieci i młodzieży w szkołach”. Do szkół publicznych miały powrócić gabinety dentystyczne. Samorządy na szczeblu gminnym, powiatowym i wojewódzkim miały składać wnioski o dofinansowania wyposażenia i remontów. Jednak w 2018 r. otwarto tylko kilkadziesiąt gabinetów, głównie w małych miejscowościach. Koszt wyposażenia takiej pracowni to prawie 50 tys. zł, tu jednak kłopoty się nie kończą.

Program napotyka na wiele problemów, przede wszystkim kadrowych. Brak pielęgniarek jest już legendarny – przez lata żelazna ręka wolnego rynku ściskała je w klinczu niskich płac, szantażu emocjonalnego („nie odejdziecie do łóżek,, bo narazicie pacjentów”) lub jednym i drugim skutecznie zachęcała do wyjazdów na Zachód. Dentystów za to nie brakuje, to jeden z intratniejszych zawodów medycznych. Cóż z tego, skoro nie chcą pracować w szkołach (a i nierzadko leczyć „na NFZ”), bo „to się im nie opłaca”. W dodatku logika rynkowa przez ostatnie trzydzieści lat przeorała nam umysły tak solidnie, że są w takim podejściu usprawiedliwiani. Pielęgniarka może zarabiać tragicznie mało, chwytać sroki trzech etatów za ogon, a „jak się nie podoba, to zmienić pracę”, stomatolog ma zaś wyłącznie zarabiać i bogacić się w prywatnym gabinecie, mimo że państwo polskie zapłaciło za lata jego darmowych studiów, praktyk i ćwiczeń. W którym momencie zatraciliśmy rozsądek, trzeźwość myślenia, dbałość o zdrowie obywateli? Dlaczego uznaliśmy, że przedstawiciele pewnych niezbędnych zawodów nic nie muszą, choć ich pomoc jest de facto nieodzowna?

Kilka dni temu czytałam na facebookowym profilu Związku Nauczycielstwa Polskiego dyskusję o powrocie darmowej opieki dentystycznej do szkół. Jeśli uda się to przeprowadzić, to wydawałoby się, że to wspaniały pomysł, prawda? Otóż nie – w optyce większości komentujących jest to idea fatalna. „Kojarzy się z komuną”, „jakość plomb będzie słaba”, „dzieci będą się bały”, „nikt nie powinien prowadzić leczenia pod nieobecność rodzica”, i tak dalej. Powracają (i dominują) także oczywiście stare liberalne śpiewki. Prywatne lepsze. Dentystom nie będzie się opłacać, a trudno ich zmuszać. Kto za to wszystko zapłaci? – oczywiście my, z podatków.

Byłam przerażona, że można ludziom oferować coś dobrego i za darmo, rozwiązanie, które może oznaczać uporanie się z problemem próchnicy wśród dzieci na szerszą skalę, ale i tak wiele osób uzna je za niekoniecznie, a wręcz potraktuje je wrogo. Płacą podatki i jęczą, że nie ma usług publicznych (a raczej ich nie dostrzegają, bo przecież są, i to znośne). Mają możliwość dostać coś w zwrocie za te podatki, bez ich podwyższania – pomoc i usługę, która kiedyś była standardem w szkołach. Wolą zapłacić za prywatne na wolnym rynku kupę forsy, bo „lepsze” – niech płacą. Ale niech nie torpedują prawa dostępu do takiej pomocy tym, którzy jej potrzebują. Nie wszystkie dzieci są prowadzane do prywatnych dentystów, którzy rozdają pluszowe ząbki i odznaki dzielnego pacjenta. Są dzieci z próchnicą, której nikt nie leczy, bo brak na to czasu i środków. Nie wszystkim dzieciom ktoś poda choćby witaminy czy tabletkę przeciwbólową. Nie wszystkie dzieci ktoś zważy, zmierzy, dostrzeże wady postawy czy wszawicę. Nie wszystko rozwiąże wolny rynek rękami rodziców, bo nie wszyscy rodzice mają pieniądze, wiedzę i kompetencje, by prowadzać dziecko do dentysty czy na zwykłe bilanse. Mówienie „to niech zaczną mieć” to wygodne spychanie odpowiedzialności z państwa, które za „złej komuny” takie minimum zapewniało.

Bardzo trudno będzie przywrócić opiekę pielęgniarską i dentystyczną w każdej szkole. Są problemy z kadrami, choć mógłby je rozwiązać np. nakaz praktykowania młodych dentystów przez jakiś czas w szkole czy poradni państwowej, za stawki nierynkowe, dla dobra wspólnego. Są problemy finansowe i organizacyjne – za gabinety mają zapłacić samorządy, którym właśnie rząd uszczuplił wpływy, wprowadzając zerowy PIT do 26. roku życia. Przed nami korowód kłopotów, które będziemy musieli pokonać tylko po to, by… przywrócić do dawnego stanu to, co mieliśmy i co nieźle funkcjonowało. Ale trzeba koniecznie wejść na tę drogę. Innej nie ma.

Magdalena Okraska

Argentyńska wołowina i niemiecka fura a sprawa polska

Kierownictwo Komisji Europejskiej oraz Mercosur, międzynarodowej organizacji gospodarczej zrzeszającej Argentynę, Brazylię, Paragwaj i Urugwaj, podpisały 28 czerwca porozumienie handlowe. Negocjacje trwały prawie 20 lat, lecz do ich finalizacji doszło w ciągu kilku tygodni przez kończące swoją kadencję władze Komisji Europejskiej. Umowa zakłada redukcję barier celnych, uproszczenie procedur prawnych oraz dopuszczenie do przetargów publicznych [1]. Sygnatariusze porozumienia poruszają kwestie ochrony konsumentów, środowiska i standardów pracy, jednak dotychczasowe doświadczenia liberalizacji handlu międzynarodowego uczą, że priorytetem pozostaje zyskowność sektora prywatnego kosztem jakości życia mieszkańców obydwu kontynentów.

Wgląd w strukturę handlu między UE a Mercosur pozwala zidentyfikować głównych beneficjentów porozumienia. W Unii są to sektory produkujące maszyny, sprzęt transportowy, chemikalia i produkty farmaceutyczne. Wiodącą rolę w tych branżach odgrywa kapitał niemiecki. Dla przeżywającej spowolnienie gospodarki Niemiec obniżenie jednych z największych taryf importowych na samochody będzie szansą do zwiększenia swojej rentowności [2]. Z kolei kraje Ameryki Południowej celują w eksporcie żywności, napojów i tytoniu. Do roli potentatów rosną eksporterzy mięsa drobiowego z Brazylii i mięsa wołowego z Argentyny. Przeciwko temu protestują europejscy producenci rolni. Wskazują, że wzrost importu oznacza napływ żywności niespełniającej unijnych norm jakości oraz naruszenie dobrostanu zwierząt i reguł ochrony środowiska [3].

Protest już trwa

Gotowość unijnego establishmentu do przehandlowania europejskiego rolnictwa dla zysków niemieckiego przemysłu samochodowego wywołała sprzeciw producentów rolnych i grup działających na rzecz ochrony środowiska. COPA COGECA – europejskie zrzeszenie rolniczych związków zawodowych i organizacji spółdzielczych – wydało oświadczenie, w którym skrytykowało odchodzącą Komisję Europejską za wdrażanie polityki podwójnych standardów, która grozi gospodarkom z rozwiniętym sektorem rolniczym. Podpisana umowa stoi w sprzeczności z deklarowanymi celami unijnej polityki, a zadaniem nowych władz UE powinno być ograniczenie jej negatywnego wpływu [4].

Do innych kwestii odnoszą się organizacje na rzecz ochrony środowiska i społeczeństwa obywatelskiego. W otwartym liście krytykują ekspansywną politykę rolną wspieraną przez prezydenta Bolsonaro. Prowadzi ona do niszczenia lasów Amazonii oraz do ataków na ludność autochtoniczną. Prezydent Brazylii jest również odpowiedzialny za łamanie praw człowieka. W konkluzji ponad 340 organizacji sygnujących list wzywa UE do natychmiastowego wycofania się z negocjacji z krajami Mercosur [5].

Zagrożenie ze strony międzynarodowej umowy mobilizuje nie tylko do wydawania oświadczeń. Znani z gotowości do radykalnych działań francuscy rolnicy protestowali na ulicach w ciągu ostatnich tygodni. Demonstracje miały również miejsce w Belgii i Irlandii.

Od zawarcia porozumienia do jego wejścia w życie musi ono zostać zaakceptowane przez wszystkie instancje unijne i rządy narodowe krajów zrzeszonych w UE. Wciąż relatywnie niska skala mobilizacji społecznej ma jeszcze czas, by się wzmocnić i zablokować umowę na szczeblach krajowych. To jednak zależy od aktywności strony społecznej oraz determinacji południowoamerykańskiego i europejskiego kapitału do wdrożenia zmian faworyzujących ich interesy.

UE-Mercosur a sprawa polska

Handel z krajami Mercosur, światowymi liderami produkcji żywności, stanowi zagrożenie dla polskiego rolnictwa, szczególnie w obszarze wołowiny, cukru i drobiu. Jednocześnie polska gospodarka nie jest w stanie zrekompensować strat poprzez zwiększony eksport towarów do Ameryki Południowej. Zyski niemieckiego biznesu są nie do powtórzenia w polskich warunkach ze względu na brak analogicznej bazy przemysłowej i orientacji naszej produkcji żywności na potrzeby krajowe i unijne.

Wydaje się, że problem jest dostrzegany przez polskiego ministra rolnictwa. Na forum unijnym wskazywał na zagrożenia dla europejskiego rynku żywności płynące z porozumienia z Mercosur [6]. Na ile jednak rząd Mateusza Morawieckiego będzie zdecydowany na obronę interesów rolników i czy nie przehandluje ich kosztem innych celów?

Ocena wpływu umowy Mercosur nie powinna jednak być ograniczona do bieżącego bilansu zysków i strat. Zadać należy pytanie, czy sam fakt traktowania żywności jako towaru służącemu bogaceniu się jest właściwym podejściem. Z odrzucenia tego punktu widzenia wychodzi ruch na rzecz suwerenności żywnościowej. Suwerenność żywnościowa zakłada, że to same społeczności kontrolują sposób, w jaki żywność jest produkowana, dystrybuowana i konsumowana. Priorytetem są potrzeby społeczności i ochrona środowiska, nie zyski międzynarodowych korporacji, które dominują globalne łańcuchy dostaw [7]. Zdolność społeczeństwa do zagwarantowania sobie dostępu do pożywienia bez względu na okoliczności zewnętrzne stanowi podstawę długofalowego i zrównoważonego rozwoju. Coś przeciwnego głosi teoria liberalna, dla której krótkoterminowa efektywność ekonomiczna jest ostateczną miarą sensowności istnienia branż.

Dlatego suwerenność żywnościowa jest sztandarem, wokół którego należy gromadzić siły społeczne sprzeciwiające się międzynarodowej liberalizacji handlu i wynikającym z niej naruszeniom norm środowiskowych, standardów pracy czy praw konsumentów. Bieżący zysk ekonomiczny i rentowność gospodarstw rolnych są drugorzędne wobec produkcji zdrowej i pełnowartościowej żywności dostępnej ogółowi społeczeństwa. W tym ujęciu państwo aktywnie harmonizuje interesy producentów i konsumentów w trosce o bezpieczeństwo żywnościowe i efektywność produkcji.

Budujmy ruch!

Sprzeciw wobec umowy UE-Mercosur powinien być bodźcem do budowy polskiego ruchu na rzecz suwerenności w obszarze żywność. Łączyłby rolników, organizacje ochrony praw konsumentów i ekologów w kontrze do globalnych korporacji i wspierających je probiznesowo zorientowanych rządów europejskich i południowoamerykańskich.

Świadomość opinii publicznej na temat problemu pozostaje wciąż bardzo niska, w przeciwieństwie np. do TTIP, które było szeroko oprotestowywane. Nie pomaga temu ignorowanie tematu w mediach masowych. Z drugiej strony głosy niezadowolenia docierają z organizacji branżowych, AGROunii skupiającej bojowych rolników czy think tanków zajmujących się sprawiedliwym handlem oraz ochroną środowiska. Dlatego pierwszym krokiem powinna być integracja środowisk sprzeciwiających się temu porozumieniu handlowemu, z kluczową rolą samych rolników, i rozpoczęcie kampanii informacyjnej. Wymiana towarowa ma służyć stabilnemu i zrównoważonemu rozwojowi społeczności, nie zyskowi eksporterów i inwestorów poszukujących jak najbardziej efektywnej alokacji zasobów. To jednak zakłada podważenie instytucjonalnych ram globalnego handlu chronionego przez szereg międzynarodowych organizacji, jak MFW, WTO czy sama UE.

Dlatego budowa suwerenności żywnościowej nie oznacza bycia skupionym tylko na kwestiach lokalnych i zamknięcie się na problemy krajów globalnego Południa. Konieczne jest podważenie samej logiki utowarowienia jedzenia, kosztem potrzeb narodów świata. Dlatego walka o bezpieczeństwo żywieniowe w kraju jest jednocześnie walką o sprawiedliwszy model relacji międzynarodowych.

Kamil Sawczak

 

Przypisy:

1. http://trade.ec.europa.eu/doclib/docs/2019/june/tradoc_157954.pdf

2. https://worldview.stratfor.com/article/mercosur-high-auto-tariffs-are-all-part-game

3. http://www.portalspozywczy.pl/mieso/wiadomosci/mieso-na-wtorek-dlaczego-umowa-ue-z-mercosur-to-zla-wiadomosc-dla-branzy,173070_2.html

4. https://copa-cogeca.eu/Download.ashx?ID=3667046&fmt=pdf

5. http://s2bnetwork.org/letter-brasil-bolsonaro-eu-mercosur/

6. http://www.portalspozywczy.pl/technologie/wiadomosci/francja-i-polska-stworza-wspolny-front-przeciwko-umowie-ue-mercosur,173655.html

7. https://www.globaljustice.org.uk/what-food-sovereignty