Likwidacja naszej kolei

Likwidacja naszej kolei

Wygaszanie popytu było oficjalną strategią Polskich Kolei Państwowych.

Głównym elementem strategii PKP było ograniczanie działalności kolei. Rzucamy światło na będący tego dowodem dokument, który powstał w październiku 1994 r. w Dyrekcji Generalnej Polskich Kolei Państwowych.

Korzyści

„Reguły gospodarki rynkowej nie pozwalają na utrzymanie przy życiu linii kolejowych niedostatecznie obciążonych ruchem, o bardzo słabej frekwencji i nie mających perspektyw rozwojowych, a także szeregu obiektów o niskim lub czasem zerowym stopniu wykorzystania. Kolej musi więc »wyszczupleć«” – można było przeczytać w opracowaniu pod wdzięcznym tytułem „Nasza kolej. Dlaczego i jak ją restrukturyzować”.

Dokument jasno stwierdzał, że duża część infrastruktury kolejowej nie ma co liczyć na remonty. W tej sytuacji mówiono o podziale sieci na linie czarne, białe i zielone. Linie czarne mogły liczyć na remonty, linie białe miały być „remontowane w miarę potrzeb w takim zakresie, aby nie dopuścić do zagrożenia bezpieczeństwa w ruchu pociągów”, natomiast pozbawione remontów linie zielone miały być eksploatowane tylko do czasu fizycznego zużycia. Linie białe i zielone składały się na ponad jedną trzecią sieci kolejowej.

Dokument „Nasza kolej” – powołując się na wewnętrzny dokument „Określenie racjonalnego układu linii kolejowych w Polsce” – stwierdza, że na sieci kolejowej, liczącej w 1994 r. 23,3 tys. km, poza układem racjonalnym jest 6 tys. km linii. „Linie te są predestynowane w pierwszej kolejności do zawieszenia przewozów” – stwierdza Dyrekcja Generalna PKP w swojej broszurze i dodaje: – „Według opinii rady techniczno-ekonomicznej przy dyrektorze generalnym korzyści PKP z tego tytułu mogłyby wynieść nawet około 2 bilionów złotych rocznie”.

Władze PKP zapowiadają „rozwinięcie” dokumentu „Określenie racjonalnego układu linii kolejowych w Polsce” w program redukcji linii kolejowych na lata 1995-2000.

Sukcesy

W broszurze „Nasza kolej” Dyrekcja Generalna PKP wymienia dotychczas osiągnięte „sukcesy”: „Odpowiednio do zmniejszonych przewozów i pracy eksploatacyjnej »wyszczuplała« służba taboru i zaplecza technicznego w porównaniu z 1990 r. W 1993 r. zmniejszono: liczbę lokomotyw elektrycznych z 2511 do 2338, liczbę punktów napraw bieżących taboru z 165 do 127, liczbę lokomotyw spalinowych z 4191 do 3849, liczbę wagonów towarowych z 194,5 tys. do 128,5, liczbę zatrudnionych w służbie taboru i zaplecza technicznego z 115,3 tys. do 72,9 tys.”.

Dyrekcja Generalna PKP z dwóch powodów obawiała się, że „w przypadku programu redukcji linii PKP nie mogą liczyć na sukcesy”. Po pierwsze, „procedury zawieszania przewozów i likwidacji linii są uciążliwe, pracochłonne i długotrwałe i nic nie wskazuje na to, by nastąpiły w tym zakresie w najbliższym czasie istotne zmiany stanu prawnego”. Po drugie, „z dużym prawdopodobieństwem można przyjąć, że Ministerstwo Transportu i Gospodarki Morskiej nie zaakceptuje w pełni programu redukcji linii kolejowych opracowanego przez PKP, ze względu na uwarunkowania społeczne i polityczne”.

Tak się jednak składa, że ani nastawienie ministerstwa, ani czasochłonność procedur nie okazały się szczególnie dotkliwą przeszkodą w realizacji programu redukcji linii kolejowych. Jak bowiem zwrócił uwagę raport Najwyższej Izby Kontroli z 1998 r., Ministerstwo Transportu i Gospodarki Morskiej niejednokrotnie wyrażało zgodę na ograniczenie działalności kolei, pomimo że wnioski PKP nie spełniały warunków koniecznych do uzyskania tej zgody. Jak ponadto wskazuje NIK, ministerstwo akceptowało wnioski spływające z PKP bez analizy ekonomicznej, która uwzględniałaby interes całej gospodarki.

Strategia

Z broszury „Nasza kolej. Dlaczego i jak ją restrukturyzować” jasno wynika, że wygaszanie popytu stało się oficjalną strategią Polskich Kolei Państwowych: „PKP muszą od najbliższego roku realizować określoną strategię przewozów na liniach mało obciążonych i nierentownych. Strategia PKP musi zmierzać do wygaszania popytu na kolejowe przewozy lokalne, a tym samym do przesunięcia tego popytu na transport samochodowy”.

Strategia wygaszania popytu sprowadzała się nie tylko do obniżania atrakcyjności oferty przewozowej, ale również do pogarszania parametrów sieci kolejowej: „Strategia ta polegać powinna na istotnym ograniczeniu liczby kursujących pociągów osobowych na liniach lokalnych, jeśli nie będzie zgody na zawieszenie przewozów, sukcesywnym zamykaniu posterunków ruchu, ograniczaniu do niezbędnego minimum prac utrzymaniowych oraz na organizowaniu w okresie przejściowym autobusowej komunikacji zastępczej”.

Zamykanie posterunków ruchu – czyli degradowanie stacji i mijanek do roli przystanków – prowadziło do zmniejszania przepustowości sieci kolejowej. W coraz mniejszej liczbie punktów pociągi mogły się mijać i wyprzedzać. Władze PKP chwalą się, że w latach 1989-1993 nastąpiło „zmniejszenie liczby czynnych posterunków ruchu w skali sieci o 14,5%”, ale zaznaczają „występowanie pewnych rezerw zbędnych posterunków ruchu”, w związku z czym „dalsza redukcja zbędnych posterunków jest więc możliwa i powinna prowadzić do wzrostu liczby kilometrów przypadających na jeden posterunek ruchu”. Z broszury płynęło jasne wskazanie: „Należy wytypować zbędne posterunki ruchu i stacyjne układy torowe oraz opracować program ich redukcji w następnych latach”.

Pomysłowość

Anonimowi pracownicy Dyrekcji Generalnej PKP, który napisali broszurę „Nasza kolej. Dlaczego i jak ją restrukturyzować”, nie poświęcają zbyt wiele uwagi sytuacji kolei w innych krajach. Co charakterystyczne, w ogóle nie przyglądano się sytuacji kolei w innych krajach Europy Środkowej i Wschodniej. Władze PKP ze szczególnym namaszczeniem spoglądały na wątpliwe osiągnięcia kolei w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej, gdzie sieć kolejowa od 1970 r. do 1990 r. została skrócona z 332 tys. km do 193 tys. km: „Polska to nie USA, mimo szacunku, jaki budzą efekty ekonomiczne osiągnięte przez koleje amerykańskie w latach 70. i 80. w wyniku ich pomysłowości”.

Karol Trammer

Tekst pochodzi z dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn” (nr 5/103 wrzesień-październik 2019); www.zbs.net.pl

Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Tomasz Chmielewski

„Psychiatria środowiskowa”, czyli zastrzyki

„Psychiatria środowiskowa”, czyli zastrzyki

Gdyby na wprowadzaną aktualnie reformę psychiatrii spojrzeć wyłącznie przez pryzmat wielkich haseł czy też słów-kluczy powtarzanych przez osoby lobbujące za zmianami, należałoby być pełnym podziwu i nadziei. Gdyby zestawić to jeszcze z deklaratywną warstwą działalności Kongresu Zdrowia Psychicznego czy szczytnymi celami Fundacji EfKropka, organizacji mocno zaangażowanych w promocję reformy, można by wręcz wpaść w zachwyt, szczególnie, jeśli wziąć pod uwagę częste nawiązania do fińskiego modelu Open Dialogue. Tyle że, jeśli przyjrzeć się bliżej, wizja psychiatrii wprowadzana w życie w ramach reformy nie ma z Open Dialogue wiele wspólnego, a pod pięknymi słowami o psychiatrii środowiskowej zdają się kryć zupełnie inne realne działania. Z wierzchu błyszczy, w środku gnije.

Pomijam tu bardziej podstawowe kwestie, związane z charakterem samej psychiatrii jako instytucji społecznej, czy też pytania o przyczyny lub etiologię zaburzeń psychicznych. Warto tylko krótko wspomnieć, że wiele współczesnych badań wiąże je przede wszystkim z negatywnymi czynnikami społecznymi czy psychologicznymi – ubóstwem, przynależeniem do mniejszości, zaniedbaniem lub wykorzystywaniem w dzieciństwie, byciem ofiarą przemocy i in. Rodzi to pytania o to, czy to przypadkiem nie tymi zjawiskami powinniśmy się przede wszystkim zająć, jeśli na sercu leży nam zdrowie psychiczne Polaków i Polek. Spróbujmy się przyjrzeć, jakie konkretnie rozwiązania i argumenty kryją się pod hasłami o psychiatrii środowiskowej – szczególnie w kontekście schizofrenii.

Podstawowy argument, a jakże, jest finansowy. Podczas debaty eksperckiej (był to ten rodzaj debaty, w którym wszyscy występujący zgadzają się ze sobą i forsują jedną wizję) pt. „W parze ze schizofrenią” (27 marca, 2019), według dr. n. med. Jakuba Gierczyńskiego, MBA, przedstawianego jako ekspert systemu ochrony zdrowia, oparcie farmakoterapii schizofrenii na tzw. długodziałających lekach (LAI), czyli zastrzykach podawanych co np. trzy miesiące, pozwoli zmniejszyć wydatki ZUS-u związane ze świadczeniami dla osób z diagnozą schizofrenii. Aktualnie koszty ZUS przekraczają wydatki NFZ i fakt ten można uznać za niepokojący, choć świadczy on przede wszystkim o nieskuteczności obecnego modelu leczenia zaburzeń psychotycznych. Co jednak kluczowe, Gierczyński zapytany przez osobę z sali o dane, które potwierdzałyby, że szersze stosowanie LAI prowadzi do zmniejszenia wydatków na opiekę społeczną – tuż po tym, jak przywoływał przykłady krajów, w których stosuje się je znacznie częściej niż w Polsce – posłużył się danymi z… kardiologii. Dlaczego przykład z kardiologii miałby mieć zastosowanie w psychiatrii? Zapewne wynika to z tego, że takich danych dla psychiatrii po prostu nie ma. Kraje, których rozwiązania właśnie chcemy skopiować, wydają i na psychiatrię, i na opiekę społeczną więcej, a pomimo wprowadzenia LAI (a może dlatego) – wydatki rosną, a efekty leczenia pozostają bez zmian lub nawet się pogarszają.

Pojawia się tutaj już zasadniczy wątek tego, jak „psychiatria środowiskowa” ma wyglądać według architektów reformy. Otóż ma to być po prostu zastąpienie farmakoterapii stosowanej w szpitalu farmakoterapią stosowaną ambulatoryjnie. W całej „antystygmatyzacyjnej” retoryce promowanie zastrzyków jest na tyle ważne, iż prowadzi wręcz do kuriozalnych stwierdzeń. Należy z nich wnioskować na przykład, że osoby z diagnozą schizofrenii są tak nieodpowiedzialne i nieprzewidywalne, że rodziny muszą kontrolować, czy przyjmują leki, a jedynym rozwiązaniem tej sytuacji są zastrzyki. „Bardzo istotną sprawą jest też dużo lepsza kontrola przyjmowania leku. Podawanie go domięśniowo zdejmuje z rodzin chorych ciężar odpowiedzialności za leczenie farmakologiczne” – przykładów podobnych wypowiedzi, także wprost z ust psychiatrów, można w ostatnim czasie znaleźć wiele. W tekście pod tytułem „Nowe leki ratujące umysł”, którego nie powstydziłby się copywriter, a któremu wiarygodności dodaje prof. Agata Szulc („Dążymy do tego, by przechodzono z opieki szpitalnej na środowiskową, a leki o przedłużonym działaniu bardzo dobrze wpisują się w taki system leczenia i są jego ważnym elementem”) pojawia się też nazwa leku Xeplion. Producentem Xeplionu jest Janssen. I wydaje się, że nie jest przypadkiem, iż właśnie nazwa leku tego producenta tutaj pada.

Dokumentem, na który często powołują się osoby wprowadzające reformę, jest, jak go przedstawiają, opracowany przez Instytut Zarządzania w Ochronie Zdrowia Uczelni Łazarskiego, raport pt. „Schizofrenia – kluczowe aspekty organizacyjne i finansowe. Model opieki psychiatrycznej nakierowany na wartość zdrowotną”. Nie dodają już jednak, że został on sfinansowany właśnie przez Janssen (choć trzeba przyznać, że strona uczelni wyraźnie o tym informuje). Jakie zalecenia płyną z tego raportu? „W celu poprawy skuteczności leczenia zapewnić dostęp do nowoczesnej farmakoterapii, w szczególności do leków długodziałających”. Nie jest to specjalnie zaskakujące, skoro na sprzedaży leków zawierających substancję czynną Xeplionu (pod różnymi nazwami handlowymi, m.in. Invega, Trevicta) – a więc właśnie długo uwalniających się leków – Janssen zarobił w 2016 roku 2,2 mld dolarów, ponad 2,5 mld dolarów w 2017 i prawie 1,5 mld tylko w pierwszej połowie 2018. Takie wyniki sprzedażowe wymagają oczywiście inwestycji w marketing. Jak podsumowuje profesor John Read, jeden z autorów niezależnego raportu opisującego wpływ koncernów farmaceutycznych na brytyjską służbę zdrowia: „Janssen dominuje, jeśli chodzi o szkolenia i sprzedaż, szczególnie odnośnie ich bardzo drogich »leków przeciwpsychotycznych« w zastrzykach (nie bardziej skutecznych niż »przeciwpsychotyczne« tabletki”).

Wszystko to zbiega się w czasie z wydaną w marcu 2019 decyzją o refundacji z budżetu Trevicty produkowanej przez Janssen (jest to ta sama substancja co Xeplion, tyle że w formule pozwalającej podawać zastrzyk co trzy miesiące zamiast co miesiąc). W podsumowaniu uznano, że refundacja jest zasadna. Stało się tak wbrew uwagom mówiącym, iż „pomimo niskiej wiarygodności uzyskanych wyników” (jeśli chodzi o skuteczność – w porównaniu do Xeplionu) oraz pomimo że „wnioskodawca przedstawił również wyniki analizy minimalizacji kosztów, jednak ze względu na zastrzeżenia analityków do przyjętej przez niego metodyki tej analizy analitycy przedstawili swoje obliczenia” (konkretne kwoty utajniono) oraz wbrew akapitowi stwierdzającemu, jak trudno rzetelnie takie koszty oszacować, okraszonym jeszcze na koniec zdaniem: „Powyższe czynniki, mogą wpływać również na niekontrolowane zwiększenie populacji leczonej lekiem Trevicta”.

Jedna dawka Trevicty kosztuje około 2000 PLN, na schizofrenię leczonych jest ok. 200 tys. ludzi w Polsce. Niemal każda wypowiedź medialna na temat reformy związana jest ze wskazywaniem zastrzyków jako jej integralnego elementu. Można też spodziewać się w najbliższym czasie prób poszerzenia wskazań do refundacji o inne diagnozy, w których stosuje się leki przeciwpsychotyczne, np. zaburzenia afektywne dwubiegunowe.

Nie byłoby w tym wszystkim nic złego, gdyby nie fakt, że (jak już to wprost napisał prof. Read) dowody na to, iż LAI są skuteczniejsze od zwykłych tabletek, są w najlepszym wypadku – słabe. Metaanaliza opublikowana w 2018 r. w „Schizophrenia Bulletin” podsumowuje, że LAI nie zmniejszają ryzyka hospitalizacji oraz czasu hospitalizacji, a osoby otrzymujące LAI były w gorszym stanie niż osoby otrzymujące tabletki. Autorzy przypisują jednak te, niezbyt korzystne dla LAI wyniki, naturalistycznemu charakterowi badań. W tym również nie byłoby nic dziwnego, gdyby nie to, że we wcześniejszej metaanalizie z 2014 r. (ale już wyłącznie randomizowanych badań klinicznych), ci sami autorzy brak przewagi LAI nad tabletkami tłumaczyli tym, że… tę przewagę łatwiej dostrzec będzie w badaniach naturalistycznych, które lepiej odzwierciedlają rzeczywiste warunki leczenia.

Mamy więc do czynienia z paradoksem – LAI miały być skuteczniejsze, bo trudniej je pacjentowi odstawić, a odstawienie ma powodować nawroty – a jednak tych nawrotów jest właściwie tyle samo. Nawet inne metaanalizy mówią co najwyżej o małych (choć istotnych statystycznie) różnicach, jeśli chodzi o zapobieganie nawrotom, przy równoczesnym zwiększeniu skutków niepożądanych, np. laktacja u mężczyzn, objawy pozapiramidowe – czyli bolesne skurcze mięśni i/lub problemy z poruszaniem się i/lub mimowolne, czasem dziwaczne ruchy będące skutkiem ubocznym leczenia; podobne jest ryzyko innych skutków ubocznych, czyli w przypadku leków „nowoczesnych” przede wszystkim otyłości i cukrzycy. Można z tego wysnuć wniosek, że wprowadzenie LAI nie wpłynie istotnie na ilość i długość hospitalizacji. Zwiększy natomiast koszty funkcjonowania całego systemu, ponieważ – refundowane z budżetu – LAI są kilkadziesiąt razy droższe od tabletek.

Pierwsze dane z Centrów Zdrowia Psychicznego zdają się to potwierdzać, tj. wzrosła ogólna ilość świadczeń (co można uznać za rzecz pozytywną), jednak ilość hospitalizacji właściwie się nie zmieniła. Jak podaje facebookowy profil pilotażu reformy, od uruchomienia Uniwersyteckiego Centrum Zdrowia Psychicznego w Szpitalu Uniwersyteckim w Krakowie, czyli od 1 października 2018 r., do końca czerwca 2019 r. liczba zrealizowanych świadczeń pomocy psychiatrycznej w Szpitalu Uniwersyteckim wynosiła prawie 70 tys., w tym na oddziałach stacjonarnych ponad 14 tys., na oddziałach dziennych prawie 10 tys., a w ambulatoriach ponad 45 tys. W tym samym okresie przed uruchomieniem UCZP liczba zrealizowanych świadczeń wynosiła prawie 45 tys., w tym na oddziałach stacjonarnych ponad 14,5 tys., na oddziałach dziennych prawie 9 tys., a w ambulatoriach prawie 21 tys.

O tym, że opieranie polityki zdrowotnej na raportach finansowanych przez koncerny farmaceutyczne to niekoniecznie dobry pomysł przekonali się ostatnio Amerykanie. Odnośnie panującej tam „epidemii opioidów”, były wysoki urzędnik FDA, lekarz, pisał w prestiżowym „Journal of the American Medical Association” (JAMA): „Epidemia opioidów pokazała, że źródło finansowania ma znaczenie. Niektórzy występujący z wykładami lekarze przyznali się do szerzenia błędnych informacji, jeden z nich stwierdził »Wygłosiłem niezliczoną ilość wykładów w późnych latach 80. i 90. na temat uzależnień, które były nieprawdą«. Organizacje, które uzyskały znaczące finansowanie od producentów opioidów, to m.in. Federation of State Medical Boards, American Pain Society, American Geriatrics Society i American Academy of Pain Medicine. Wszystkie popierały wypowiedzi i raporty zachęcające lekarzy do przepisywania opioidów na przewlekły ból”.

Może jednak warto jakoś przełknąć te zastrzyki, jeśli przynajmniej zwiększy się dostępność pomocy psychologicznej czy realnych działań środowiskowych? Cóż, może by i tak było, ale jak wynika z informacji umieszczonej na grupie Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Psychologów, w rozporządzeniach dotyczących tworzenia Centrów Zdrowia Psychicznego nie ma ani słowa o wymogach kadrowych dotyczących zatrudnienia psychologów, psychologów klinicznych i psychoterapeutów. Uwagi OZZP w tym zakresie nie zostały uwzględnione. Cóż to za środowiskowy biopsychospołeczny model, w którym zapomina się o psychoterapeutach? Może to dlatego, że nie potrafią robić zastrzyków?

Wypowiadający się na grupie psycholodzy pracujący w już utworzonych CZP, mówią, że właściwie nic się w ich pracy nie zmieniło, poza tym, że przybyło obowiązków, głównie administracyjnych. Jeden z nich podsumowuje to tak: „CZP jest uciążliwe dla pacjenta, potrzebne są dalej skierowania. Nie ma też żadnej dyskusji o problemach w środowisku ani analiz. Psycholog jest w sumie dodatkiem, który ma być i tylko. Nie poprawiła się oferta terapeutyczna. Nastąpiła centralizacja do wielkiego szpitala i nie ma przez to nadzoru nad finansami”. Ktoś inny pisze, że brak wymogów dotyczących psychologów pozwoli w razie czego zastąpić ich tańszymi pracownikami, ktoś jeszcze, że najwyraźniej reforma powstaje nie dla potrzebujących, a dla pracowników administracji, jeszcze ktoś, że najwyraźniej po to, żeby zwiększyć sprzedaż drogich refundowanych leków…

Czy więc nie lepiej, zamiast transferować setki milionów złotych do kasy koncernów farmaceutycznych, byłoby przeznaczyć te fundusze na stworzenie realnej opieki środowiskowej, mieszkania chronione, zwiększenie etatów oraz na podwyżki dla psychologów i pracowników opieki społecznej? Wreszcie, czy zamiast opierać się na wskazaniach opracowanych przez koncerny, nie lepiej byłoby twórców Open Dialogue – podejścia z najlepszymi wynikami na świecie, jeśli chodzi o terapię psychoz, w ramach którego, co ważne, leki przeciwpsychotyczne ogranicza się do minimum i stara ich nie stosować – zaprosić do współtworzenia reformy, zamiast wykorzystywać ich jako kwiatek do kożucha, legitymizujący zupełnie innego rodzaju podejście?

Jak radośnie informuje strona FB Pilotażu Centrów Zdrowia Psychicznego: „Wartość rynku psychiatrycznego urośnie w 2023 roku do 4 mld zł”. Prof. Heitzmann w wypowiedzi wybranej na tytuł artykułu o reformie informuje nas: „Zależy nam na udostępnieniu chorym na schizofrenię leków o tzw. przedłużonej formie uwalniania”. To nie ulega wątpliwości. Ale czy faktycznie zależy nam na skuteczniejszej pomocy ludziom z diagnozą schizofrenii?

Radosław Stupak

Ernst Friedrich Schumacher: Koniec balu [1975]

Ernst Friedrich Schumacher: Koniec balu [1975]

Sądząc po liczbie publicznych wypowiedzi przedstawicieli agend rządowych, jesteśmy w ostatniej fazie poważnego kryzysu ekonomicznego, który ma kilka nieprzyjemnych cech, a najgorszą z nich jest inflacja. Mówi się nam, że jeżeli chcemy sprostać naszym głównym konkurentom i uzyskać pozycję dogodną do czerpania korzyści z rozwoju światowej gospodarki, ufnie prognozowanych na przyszły rok, to musimy tę inflację zmniejszyć o połowę. Musimy coś zrobić z deficytem w handlu zagranicznym, a nawet zacząć spłacać nasze ogromne długi – wtedy ropa z Morza Północnego znowu zacznie płynąć szerokim strumieniem po naszej szczęśliwej drodze wzrostu gospodarczego.

Ten rodzaj optymizmu wystarczy, aby wpędzić w depresję najdzielniejsze serce. Czy będziemy w stanie zawrócić z tej „szczęśliwej drogi”? Na pewno będziemy w bardziej niebezpiecznej i trudnej sytuacji niż rok temu. Nadal będziemy mieli potrójny kryzys – kryzys zasobów, kryzys ekologiczny oraz kryzys społeczny. Wszystko będzie jeszcze bardziej kruche i wrażliwe.

Jestem pewien, że obecna sytuacja nie ma nic wspólnego z jakąkolwiek wcześniejszą „depresją” czy „recesją” – oczywiście z wyjątkiem objawów takich jak bezrobocie. To nie jest część cyklu, to nie jest „korekta”, „krach giełdowy” czy coś w tym rodzaju – to koniec epoki. Barbara Ward mniej więcej rok temu stwierdziła krótko i dosadnie: „Bal się skończył”.

O jakim balu mowa? Była to uczta głównie dla niewielkiej liczby państw oraz równie niewielkiej (choć rosnącej) mniejszości w tych państwach, a większość ludzi dostarczająca dóbr i usług na potrzeby owej imprezy nie należała do beneficjentów tego wydarzenia. Pozwalaliśmy się omamić trzem złudzeniom:

• Po pierwsze, złudzeniu o istnieniu niewyczerpanych zapasów taniego paliwa i surowców naturalnych.

• Po drugie, złudzeniem było przekonanie o niemal równie niewyczerpanym zapasie robotników chcących wykonywać nudną, powtarzalną i przygnębiającą pracę za nieduże pieniądze.

• Po trzecie, złudzeniem było to, że Nauka i Technika już niedługo uczynią każdego tak bogatym, że na Ziemi nie będzie żadnych problemów, poza jedynym: co zrobić z wolnym czasem i bogactwem.

Te złudzenia, które sprawiły, że bal wyglądał tak jak wyglądał, obecnie rozwiały się niemal zupełnie. Zauroczyły nas one, ale już się budzimy i wokół dostrzegamy sterty śmieci. Jednak nadal jesteśmy częściowo pod wpływem owych złudzeń i większość tego, co mówimy i robimy opiera się na nadziei, że złudzenia wkrótce powrócą i impreza będzie trwała nadal.

Tak naprawdę, to wszyscy wiemy, że te złudzenia nigdy nie powrócą i że impreza skończyła się. Ale ponieważ wymyślenie i stworzenie czegoś nowego, na przykład nowego stylu życia, jest bardzo trudne i kłopotliwe, to wolimy dokonywać ogromnego wysiłku psychicznego, zwanego „wyparciem”.

Ten opłakany stan bez wątpienia nie ogranicza się do Wielkiej Brytanii. Niedawno widziałem relację na żywo ze spotkania na wysokim szczeblu, jakie miało miejsce w Niemczech kilka miesięcy temu – brali w nim udział kanclerz Helmut Schmidt, prezes Niemieckiego Banku Centralnego oraz znani ekonomiści, dyplomaci i dyrektorzy. Na spotkaniu tym nie było najmniejszych oznak chęci powrotu do trendów z lat 50. i 60. XX wieku, jak gdyby obecny kryzys był czymś w rodzaju międzynarodowego wypadku samochodowego i jakby nie było sposobu uniknięcia jego nieuchronnych skutków.

Podobne „wyparcie” można obserwować w innych dziedzinach, jak na przykład nauki przyrodnicze. Tu także „bal się skończył”. Była to impreza szczególnego rodzaju, właściwie orgia nihilizmu, świętowanie bezwartościowych, bezcelowych i bezsensownych teorii naukowych: rodzaj ludzki jest niczym więcej jak tylko kosmicznym zbiegiem okoliczności (który równie dobrze mógł mieć miejsce w innym zakamarku Wszechświata), a ostateczną rzeczywistością jest bezmyślna „materia” lub „energia”. Gdy impreza jeszcze trwała, najbardziej czczonym eksponatem było Drugie Prawo Termodynamiki lub Prawo Entropii, które zakłada, że wszystko „rozpada się” (przynajmniej dopóki nie żywi się pasożytniczo czymś innym), a Wszechświat jako całość czeka nieuchronna śmierć i rozkład.

Theodore Roszak podjął tę dyskusję z naukowcami i zapytał: „Dlaczego robią takie dziwne rzeczy? Przypuszczalnie dlatego, że entropia jest nihilistyczna; pokazuje, że wszystko zmierza w kierunku powszechnej śmierci i rozkładu, i wspiera założenia obcego, bezsensownego dla człowieka wszechświata, który się beznamiętnie i bezosobowo bada oraz manipuluje nim […], żeby móc analitycznie przejść od całości do części, zredukować jakość do ilości i wykluczyć przypadki krańcowe, by założyć radykalny obiektywizm przyrody: jest tak wiele hipotez do udowodnienia. Wszystko to razem wzięte odzwierciedla światopogląd naukowy, jaki znamy na Zachodzie od czasów Galileusza”.

Wszędzie są wskazówki, że nauka osiągnęła kres określonej epoki. Dowody nadchodzą ze wszystkich stron: fizyka i chemia nie mogą liczyć na nic więcej niż „substrat” zjawiska i gdy chodzi o kwestie życia, inteligencji i świadomości, muszą być postrzegane jakby służyły wyższym siłom. Dowody te oczywiście nigdy nie były obce filozofom przyrody i wszystkim, którzy myśleli o sobie jako o ludziach mających coś więcej niż zdrowy rozsądek; teraz jednak przytłacza naukowców ze wszystkich stron: gdy uważnie przyglądają się przyrodzie, odkrywają, że nie można wpasować przyrody w ich materialistyczny warsztat myślenia.

Wynikiem tego jest rosnący strumień publikacji, takich jak „Tajemnice życia roślin” Petera Tompkinsa i Christophera Birda. Donoszą oni o niezliczonych faktach, których nie można wytłumaczyć przy pomocy ortodoksyjnej nauki. Przedstawiają także przy okazji straszne historie prześladowań geniuszy, których odkrycia naukowe były zbyt nieortodoksyjne, aby „główny nurt” mógł je zaakceptować. Dziedzinami największej nietolerancji wydają się być medycyna i rolnictwo.

W doświadczeniach tych tak osobliwe i nie do przyjęcia jest to, że uzyskują one efekty łagodnie, czyli przy minimalnych nakładach energii lub innych substancji. Jest to całkowicie sprzeczne z technologią pochodzącą od nauki ortodoksyjnej, które zwykle jest „gwałtowna” i wymaga wysokich nakładów, zwłaszcza energii.

Dostępna literatura zawiera tak wiele opisów nowych możliwości, np. leczenia ludzi czy uprawy roślin, że można sądzić, iż dyscypliny te są u szczytu wrzenia intelektualnego oraz fermentu i że większość naukowców jest zbyt niecierpliwa, by kontynuować te nowe możliwe kierunki badań. Jednak nic takiego nie ma miejsca, może za wyjątkiem kilku nieustraszonych pionierów. Establishment świata nauki do perfekcji opanował „wyparcie”.

I znowu jest powód do optymizmu. Narasta ciśnienie i obrona oparta na „wyparciu” nie utrzyma się długo. Gdy zrozumiemy nasz kryzys ekonomiczny, wówczas będziemy wiedzieli, co robić i podobnie, gdy zrozumiemy kryzys nauki – znajdziemy sposoby rozwiązania go.

Trzeba oczywiście głowić się nad takimi problemami, jak inflacja i inne przejściowe dolegliwości, które nas dręczą. Ale nie zapewnimy sobie w ten sposób przetrwania. Przetrwanie będzie zależało od naszych zdolności do pokonania „wyparcia”, które broni całkowicie przestarzałych filozofii „rozwoju gospodarczego”.

Ci, którzy zdadzą sobie sprawę, że nadszedł koniec pewnej epoki w ekonomii i nauce, nie będą mieli powodów do „bezkompromisowej rozpaczy”. Gdy stary porządek umrze, nowy będzie już gotowy. Ale odkrycie nowych możliwości będzie wymagało ogromnego nakładu uczciwej pracy.

Ernst Friedrich Schumacher

Tłum. Przemysław Prytek

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w czasopiśmie „Resurgence” vol. 6 nr 4, wrzesień-październik 1975 r. Następnie niniejszy polski przekład opublikowaliśmy w piśmie „Obywatel” nr 27 w roku 2006.

Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Tomasz Chmielewski

Prof. Monika Kostera: Gra w klasy

Prof. Monika Kostera: Gra w klasy

Szwedzkim zwyczajem siedzieliśmy pewnego grudniowego przedpołudnia i wspólnie piliśmy kawę w gronie zarządzaczy (czyli naukowców od zarządzania) na mojej podsztokholmskiej uczelni. Koleżanka przyniosła pierniczki. Kolega przyniósł pewną fobię, którą natychmiast się zaraziliśmy. Zajęliśmy się wyzwierzęcaniem się nad opowieściami o absolutnych konfliktach między różnymi pokoleniami. Tym opowieściom hołdują tak media, jak i co poniektóre podręczniki, wspólnie okrzyknięte przez nas durnymi. Oto mamy pokolenie egocentrycznych sceptyków, czyli generację X, znajdującą się w śmiertelnym zwarciu z technosofistykowanym pokoleniem Y, które z kolei odpada przy wyższej medialnej rozkminie pokolenia Z. Jak twierdzą marketerzy, każde z tych pokoleń ma coraz wyższe ambicje, żeby zostać liderem. Każde ma większe aspiracje do bycia przedsiębiorcą. Coraz bardziej zależy im na tym, by dostosować się do wymogów pracodawcy. Jak zauważyła koleżanka, zdaje się, że każde kolejne z tych pokoleń zyskuje jakiś gen, który umożliwi im bardziej skuteczną walkę o przetrwanie w dżungli rynku pracy.

Wydaje mi się jednak, że udało mi się przelicytować wszystkich przy pomocy midriff generation, czyli, w wolnym przekładzie, generacji gołego pępka. Jakieś dziesięć lat temu zostało ono ogłoszone jeśli nie cudem świata, to w każdym razie posiadaczem ostatecznie definiującej różnicy, która czyni je grupą społeczną do innych niepodobną, kto wie, czy nie ostatecznym celem ewolucji, a w każdym razie tym pokoleniem, które autentycznie ogarnia współczesny świat i dlatego musi być z pozostałymi, konkurującymi z nimi, w sprzeczności. Ta różnica sprowadzała się, pokrótce, do absolutnego zakupowo-konsumenckiego wyrafinowania i kompetencji marketingowej. „Twoje ciało jest twoim największym zasobem” – oto najważniejsze credo tego „pokolenia”.

Pośmialiśmy się, wypiliśmy kawę, zjedliśmy pierniczki, po czym przeniosłam się korytarz niżej, gdzie nad pysznym owocowym ciastem przyniesionym przez kolegę kawowali socjologowie (niezaprzeczalne są bowiem korzyści z interdyscyplinarnych wydziałów uczelni). Spytali, co słychać. Streściłam im pokrótce naszą rozmowę o pokoleniach. Gdy się szczerze jeszcze raz pośmialiśmy z kategorycznego imperatywu gołych talii, socjologowie sięgnęli po cięższą artylerię. Jednym z moich kolegów z piętra niżej jest profesor Stefan Svallfors, zajmujący się między innymi teorią klas społecznych.

„Te brednie o pokoleniach – powiedział – to produkt zastępczy zamiast klas”. I dalej rozmawialiśmy o klasach i o tym, jak neoliberalne media wprost wychodzą z siebie ze strachu przed tą kategorią. „Wystarczy powiedzieć »klasa« w telewizji, a wezmą cię za jakiegoś starego kumpla Honeckera” – zaśmiała się koleżanka. Pamiętajmy, że mówimy tu o Szwecji, gdzie język medialny jest zupełnie inny niż w Polsce i nikogo nie dziwi mowa solidaryzmu społecznego czy związkowego zaangażowania po stronie pracowników. A jednak „klasa” jest słowem budzącym czujność także szwedzkich liberałów, którzy wszak są przyzwyczajeni do stałej i pozbawionej kompleksów obecności socjaldemokracji.

Tymczasem klasy są i mają się dobrze, zapewnili mnie koledzy i koleżanki zajmujący się badaniami tego zjawiska. Ba, dzieje się z nimi wiele bardzo ważnych rzeczy. Po pierwsze, wbrew aspiracjom i obietnicom wszelkich liberałów od czasów Thatcher i Reagana, nie nastąpił zanik klas niższych. Przeciwnie. Po upadku i likwidacji przemysłu, jaka miała miejsce w neoliberalnych gospodarkach, być może można mówić o demontażu klasy robotniczej, jeśli mamy na myśli robotników wielkoprzemysłowych. Jednak na ich miejsce pojawili się nowi biedni. Są to zarówno rzesze bezrobotnych, na ogół pracujących dorywczo, jak i pracownicy zwani za Guyem Standingiem prekariatem, bez bezpieczeństwa zatrudnienia, jakim cieszyli się w ubiegłym stuleciu robotnicy w rozwiniętych gospodarkach, ale także zwiększające się masy pracujących biednych, głównie pracowników usług, nawet zatrudnionych na umowę o pracę, ale także biedaprzedsiębiorcy, czyli osoby takie jak pracownicy Ubera, fryzjerzy i kosmetyczki bez własnych salonów, pracujący de facto na zasadach pańszczyzny typu villeinage, czyli systemu, gdzie pracownik dzierżawi od feudalnego posiadacza dom, często z kawałkiem ziemi, za obowiązek pracy na rzecz feudała w jego majątku. Wszystkie te grupy określić można mianem klasy pracowniczej i jest to kategoria bardzo dobrze opisująca ich społeczny status, o wiele lepiej, niż inne, oparte na tożsamości – na przykład takiej, jak wyśmiewane przez nas pokolenia.

Po drugie, neoliberałowie obiecywali nam gruszki na wierzbie w postaci wszechobecnej i wszechmocnej w nowym wspaniałym świecie wiodącej siły, czyli klasy średniej. Klasa średnia miała się rozwinąć i objąć swoim zasięgiem wszystko i wszystkich. Polskie najświatlejsze autorytety na początku lat 90. załamywały ręce nad pośledniością polskiego społeczeństwa, które, z powodu komuny, nie miało rozwiniętej klasy średniej. Transformacja miała to zmienić. O dziwo (o dziwo dla mnie, uwierzyłam bowiem w polski etos inteligencki), elity kultury i sztuki bardzo szybko zamieniły się w strasznych mieszczan, którymi wcześniej tak pogardzały. Nagle osoby niegdyś stojące w długich kolejkach po świeżo wydane książki z serii „plus minus nieskończoność” i dzielące się ostatnim dekagramem cudem zdobytej kawy z wpadającym bohemicznie bez zapowiedzi gościem, teraz zamykały się w grodzonych osiedlach i mówiły z blaskiem w oku o pieniążkach, a ongisiejsi snobistyczny akademicy, którzy woleli zmyślać w żywe oczy, niż przyznać się, że czegoś nie czytali, teraz epatowali sale pełne studentów zapewnieniami, że w ciągu ostatniego roku przeczytali tylko raporty z giełdy.

Czyli co, mamy wielki sukces? Klasa średnia wiodącą siłą narodu? Nie, mówi niemiecki ekonomista Wolfgang Streeck, wręcz przeciwnie. Klasa średnia, czyli wielkie profesje, została w neoliberalizmie zdemontowana. Nasi neofici mieszczańscy to tylko farbowane drobnomieszczańskie lisy. Według Streecka, symbolicznym nośnikiem i organizatorem ładu kulturowego w tej epoce jest drobnomieszczaństwo. Dlatego przedstawiciele dawnej klasy średniej, tacy jak uczeni, artyści i lekarze, mają wielkie problemy z pracą według obowiązujących obecnie standardów i dostosowaniem się do aktualnej rzeczywistości. Ich praca nie jest już definiowana przez nich samych, lecz przez kulturę drobnomieszczańską. Kultura wielkiej burżuazji uległa stopniowemu zanikowi i roztopieniu w wartościach i symbolach charakterystycznych kiedyś dla drobnych urzędników, sklepikarzy, tzw. prywatnej inicjatywy. Natomiast, spostrzega Streeck, ostatnimi czasy także ta grupa społeczna zaczyna ulegać przyspieszonej likwidacji. Kto wtedy będzie symbolicznie niósł kapitalizm? Na razie obarczona tą rolą bywa warstwa tradycyjnie znana jako lumpenproletariat, biedna, bez dostępu do kultury, zdezorganizowana i pozbawiona świadomości klasowej. Nie jest to warstwa zdolna na dłuższą metę do niesienia czegokolwiek, tendencja jest wyraźnie schyłkowa. Streeck widzi postępujące kulturowe zubożenie i coraz słabsze oparcie kapitalizmu w kulturze.

Svallfors z kolegami i koleżankami widzą natomiast rozrost ilościowy klasy pracowniczej, jednak podzielonej i sfragmentaryzowanej, niezwiązanej już wspólnymi wartościami kultury swej klasy – ale bez żadnych innych w zamian. Neoliberalizm nie spełnił swoich obietnic o włączeniu nas wszystkich do wielkiej, nowoczesnej i subtelnej klasy średniej. Ale udało mu się namieszać ludziom w głowach przy pomocy języka, który dzieli, nie łączy.

Tymczasem klasa pracownicza to nie tożsamość, wiek, ani sondaże – to klasa społeczna pozbawiona w kapitalizmie własności i kontroli nad środkami produkcji oraz władzy nad własnym stanowiskiem pracy. Coraz więcej zawodów wpisuje się w tę klasę, ostatnimi czasy także takie profesje jak lekarze, nauczyciele, akademicy. Poza nią zostają inwestorzy i zarządcy, tacy jak dyrektorzy wysokich szczebli, rektorzy i inwestorzy. To oni są klasą średnią. My wszyscy pozostali – nie.

Skoro jesteśmy tak liczni, to czemu nie ruszamy z posad bryły świata? Ano dlatego, że nic nas politycznie nie łączy – polityka opiera się w dzisiejszych czasach na niedających się pogodzić – bo opartych na esencjalistycznie pojętej tożsamości – podziałach, a nie na solidarności. Nie łączy nas też klasowa kultura, bo ta, jak wspomniała, została zdemontowana. Nie łączy nas przestrzeń, bo pracujemy często w izolacji, używamy narzędzi i komunikatorów cyfrowych, rzadko spotykamy się w pracy twarzą w twarz bez wymuszonych skryptów i nadzorujących każdy gest kamer i aplikacji. Internet nie angażuje empatii i relacje powstałe za jego pośrednictwem są ułomne – narcystyczne, psychopatyczne.

Nie wszystko jednak stracone. Warszawiak Sylwek i odwiedzający go kuzyn Seba spędzają razem piąteczek przy piwie. Sylwek opowiada o swoich problemach, by wiązać koniec z końcem, żali się, że „beżowi” zabierają pracę – całe ich masy dostarczają pizzę za mniej niż psi grosz. Sylwek jako kurier zarabia tyle, co nic, zdawałoby się, że mniej się nie da człowiekowi płacić. Seba słucha jednym uchem i myśli sobie, że to są warszawskie problemy i opowieści. U niego w małym miasteczku od dawna nie było komu czego „zabierać”, a i dowozić pizzy nie bardzo jest komu. Tymczasem Samy spędza nieliczny wolny czas wyłącznie ze swoimi ziomkami z Pendżabu. Nie uczy się polskiego, bo i po co. Nikt z nim nie rozmawia, a jeśli już, to mówią rzeczy, których wolałby nie rozumieć. Czuje się troszkę oszukany przez swojego dziadka, który opowiadał mu, jak w dawnych dobrych czasach pracował na zmywaku w Londynie z sympatycznymi Polakami. Tak upływa piątek wieczór. Ale to nie koniec tej historii. Pewnego pięknego dnia Samy i Sylwek pojawiają się obaj na spotkaniu, na które zaprosiła ich organizatorka z Inicjatywy Pracowniczej, Saba. Okazuje się, że mają wiele wspólnych tematów i mają o czym rozmawiać. Saba tłumaczy między angielskim a polskim, ale – kto wie, kto wie, co będzie dalej…

W Polsce jesteśmy na początku drogi ku powszechnemu uzwiązkowieniu. Ale w innych krajach, takich jak Szwecja, związki, nawet w naszych sfragmentaryzowanych czasach, pełnią rolę siły, która łączy i buduje. Weźmy taki oto przykład. W dużym szwedzkim mieście w gorący dzień Sanna chciała podjechać kawałek drogi autobusem. Miała na sobie szorty i górę od kostiumu kąpielowego. Niestety kierowca autobusu nie pozwolił jej wsiąść, twierdząc, że jest to wbrew zasadom dress code’u. Gdy zawracała w drzwiach, dostrzegła dwóch mężczyzn w samych szortach, jadących sobie spokojnie w środku. Oburzona, zgłosiła tę sprawę ewidentnej dyskryminacji ze względu na płeć do zarządu firmy przewozowej. Dyrekcja zdecydowanie odcięła się od postawy pracownika i wyraziła głębokie ubolewanie z powodu jego zachowania. Pracownik otrzymał stanowczą reprymendę i został odsunięty od stanowiska pracy. Jednak włączyły się w sprawę związki, które zobowiązały się przeszkolić pracownika w sprawach etyki i równouprawnienia kobiet i mężczyzn. W zamian dyrekcja zobowiązała się przywrócić kierowcę do pracy, jeśli szkolenie okaże się skuteczne. Związki bronią zatrudnienia człowieka, ale nie tylko – widzą swoją rolę szerzej, jako budowniczych więzi społecznych. Pracownika, być może, można pouczyć i uświadomić. Gdyby pozwolono na zwolnienie, to nie tylko on straciłby pracę, a to ostateczna konsekwencja złego działania, ale pewnie odszedłby rozgoryczony i ugruntowany w swojej mizoginii, zatrudniłby się u innego przewoźnika, gdzie wciąż pielęgnowałby aspołeczne postawy, a może i miałby okazję je propagować wśród innych. Związkom zależy na tym, by łączyć i reprezentować pracowników.

Profesor Stefan Svallfors twierdzi, w oparciu o solidne ilościowe badania prowadzone w wielu krajach, że kategoria klasy społecznej nadal jest istotna i, co więcej, że istnieje coś takiego jak świadomość klasowo zdeterminowana, nawet jeśli nie jest rozwijana obecnie w postaci kultury klasowej. Różnice w postawach nie dają się łatwo sprawdzić do „kapitału kulturowego” czy wykształcenia. Ludzie widzą i głoszą swoje przekonania w zależności od społecznego podziału pracy. Klasa pracownicza na wiele sposobów ¬– istnieje. To, co nam jest potrzebne, aby zyskała siłę i obecność w przestrzeni społecznej, to wspólny język umożliwiający porozumiewanie się, świadomość i solidarność. Nie może to być język klasy średniej. Zostaliśmy oszukani przez liberałów. Obiecywali nam w latach 90. społeczeństwo bezklasowe, reżyserowane przez najzacniejszą warstwę klasy średniej. Gdyby tak się stało, to dziś naukowcy mówiliby biznesmenom i politykom, jak podejmować służbę społeczną (a nie – jak obecnie – administratorzy i menedżerowie określaliby, jak mają pracować i czym się zajmować uczeni). Pisarze i artyści mieliby solidny, stały dochód społeczny i zapewniony spokój pracy twórczej. Dostęp do kultury i sztuki byłby darmowy, powszechny i wolny. Reklamy byłyby nieliczne i piękne, edukowałyby i subtelnie bawiły. Nie byłoby w bogatych miastach Wielkiej Brytanii bezdomnych na ulicach, a w parkach i pod mostami miasteczek namiotowych weteranów wojen prowadzonych przez własny kraj w dalekich stronach świata. Oryginalność wypowiedzi byłaby ceniona wyżej nawet, niż wkład w materialny dorobek społeczny. Wszyscy mielibyśmy smak coraz bardziej wyrafinowany, wartość mierzyłoby się w tradycjach i wysokich kodach, nie w szmalu. Tak przecież miało być, o tym szumiały konferencyjne opowieści i mruczały wysokokulturowe Muzy w ambitnych filmach i popularnych serialach.

Dlaczego tak się nie stało? Bo mamy kapitalizm. Od początku cała ta opowieść była i musiała z definicji być fikcją. Kapitalizm jest oparty na wyzysku, nie na powszechnej równości i emancypacji dzięki kulturze i nauce. Motorem rozwoju gospodarczego jest zysk wypracowany poprzez zabór wartości wypracowanej przez jednych ludzi dokonany przez innych ludzi. Ci pierwsi, którzy wypracowują i którym się zabiera, jacykolwiek by nie byli i czymkolwiek by się między sobą nie różnili, to coraz większa klasa pracownicza. Ci drudzy, którzy zabierają, to coraz bardziej zawężająca się klasa kapitalistów. Między nimi – coraz większe różnice w posiadaniu i w życiowych szansach. Coraz większa przepaść. Tak musi być. Nie ma innego rozwoju gospodarczego w kapitalizmie. Analogicznie, mimo wysoko rozwiniętej myśli technologicznej starożytnego Rzymu, nie wprowadzono wówczas mechanizacji pracy, bo nie było to sensownym działaniem w formacji opartej na niewolnictwie. Kapitalizm to formacja oparta na własności prywatnej środków produkcji i wykorzystaniu ich do wytwarzania zysku. Innymi słowy, na dobrobyt inwestora musi pracować ktoś inwestorem niebędący. Może to być łagodzone, przede wszystkim, ingerencją i aktywną rolą państwa w modelu socjaldemokratycznym, gdzie potężne instytucje strzegą i wymuszają bardziej sprawiedliwy podział. W zglobalizowanym świecie, gdzie istnieje swoboda przemieszczania się kapitału – ale brak swobody przemieszczania się ludzi – ta lokalna siła jest coraz bardziej ograniczana dynamiką systemu.

Innymi słowy – zostaliśmy wykiwani. Zabrano nam język klas i możliwość porozumienia się w zamian za obietnicę nie do spełnienia. Zabrano nam także symboliczne okulary do widzenia klas. Zamiast tego zaoferowano głupawe „pokolenia” wymieniające się co 10 lat lub, w Wielkiej Brytanii, grupy konsumenckie. Klasyfikacja ta pojawiła się ok. 50 lat temu jako kategoryzacja czytelnictwa i prędko stała się szablonem używanym w badaniach marketingowych. W ostatnich dwóch dekadach wykorzystywana jest zamiast pojęcia klasy społecznej – porządkuje się ludzi według statusu zatrudnienia „głowy rodziny” i dochodu tej osoby, nie bacząc na to, że w ten sposób uzyskujemy jedynie zestawienie grup o różnej sile nabywczej, co niekoniecznie ma związek z czymkolwiek innym w życiu społecznym czy politycznym.

Na początek musimy na nowo zobaczyć klasy. A potem znaleźć język, który łączy i buduje mosty wewnątrz klasy pracowniczej. Jak powiedziałam, wierzę w związki zawodowe, ale są też inne możliwości znajdowania wspólnych wartości – mogą je nam dać ekologia, religia (tak, tak – katolewica czy lewice innych wyznań), ruchy miejskie. Organizujmy się, bo naprawdę za chwilę nie będziemy już mieć nic do stracenia – lada moment kapitalizm jak wielki systemowy nowotwór zniszczy wszystko: naszą planetę i życie, które od milionów lat się na niej kształtowało, ludzką kulturę w takim nieprawdopodobnym trudzie i z ogromnymi wyrzeczeniami budowaną od tysiącleci. Organizujmy się z lewa, bo jeśli klasa pracownicza, to lewica jest właściwym językiem i wrażliwością, niezbędnymi do zbudowania języka i wspólnotowości, właściwym dlatego, że nie obiecuje rzeczy niemożliwych i mobilizuje do działań, które mogą przynieść większą równość i wolność od wyzysku. Nie czekajmy na polityków. Zróbmy to sami i same tak jak umiemy i tak jak się da, pamiętając, że lewica nie jest o tożsamości. Jest o solidarności. Jak pisze włoski lewicowy filozof i aktywista Franco Bifo Berardi, tożsamość dotyczy wspólnej przeszłości, prawdziwej bądź wyimaginowanej, jest konstruktem łączącym grupę społeczną, która straciła inne, silniejsze więzi. Lewicowa solidarność natomiast jest taką właśnie silną więzią i dotyczy możliwej wspólnej przyszłości. Klasa pracownicza nie umie zaleźć dla siebie tożsamości, ale nie przejmujmy się tym – o wiele bardziej potrzebna będzie nam solidarność i przyjaźń wobec wspólnego losu – a także zdolność do antycypacji tego, co możemy wspólnie zdziałać w naszej całej niezborności i różnorodności.

prof. Monika Kostera

Jan Gwalbert Pawlikowski: O celach i środkach ochrony przyrody [1920]

Jan Gwalbert Pawlikowski: O celach i środkach ochrony przyrody [1920]

Przyroda jest źródłem sił, składnicą materii pożytecznych dla gospodarstwa ludzkiego, jest wreszcie mieszkaniem człowieka. Wzrost ludności, rozwój wiedzy technicznej, chciwość kapitalizmu sprawiły, że gospodarka ludzka darami przyrody przybrała wyraźne cechy gospodarki rabunkowej. Sam interes ekonomiczny społeczeństwa wskazał na to niebezpieczeństwa – nie od dzisiaj już liczą się z nim ustawodawstwa. Zasada liberalizmu ekonomicznego musiała poczynić ustępstwa na rzecz interesu ogólnego – sama nawet treść prawa własności, jako prawa dowolnego rozporządzania swoją rzeczą, uległa w imię tego interesu pewnym ograniczeniom. Cały ich szereg zawierają ustawy lasowe, wodne, łowieckie, rybackie, górnicze, przemysłowe itd. Dotyczą te ograniczenia eksploatacji sił i materii – cele ich są wyłącznie ekonomiczne – nie dotyczą przyrody jako mieszkania ludzkiego.

Pierwszy wzgląd, który spowodował pewne kroki ustawodawcze w tej dziedzinie, był to wzgląd na zdrowotność. Powstały zakazy zanieczyszczania ziemi, wód i powietrza. Ale nie była to jeszcze ochrona oblicza ziemi dla niego samego, dla jego własnej ceny. Cena ta bowiem przedstawia wartości idealne, które wyższa dopiero kultura uświadomić sobie potrafi. Mieszkanie wpływa na fizyczną i duchową istotę człowieka – wpływa na jego zdrowie, na myśli, na spoczynek, na nastrój duchowy, na zdolność do pracy. Przywiązuje go do domu lub z domu wypędza. Brutalne instynkty i grube potrzeby uszlachetnia i obraca ku celom idealnym. Tak samo, i w większej jeszcze mierze, to mieszkanie powszechne, mieszkanie nas wszystkich, przyroda. Jeżeli kwestia mieszkań jest kwestią społeczną, bo leży w interesie ogólnej kultury, to tak samo za kwestię społeczną uznać trzeba sprawę tego powszechnego mieszkania, sprawę oblicza ziemi.

Wydaliśmy jedyne wznowienie najważniejszej, pionierskiej w skali świata, książki Pawlikowskiego poświęconej ochronie przyrody – do kupienia tutaj.

Ale jak mieszkanie wpływa na człowieka, tak też znowu człowiek wpływa na mieszkanie; jak mieszkasz, takim jesteś – oczywiście o ile warunki twego mieszkania zależą od twej woli. Potrzeba wyższego typu ludzkiego, ażeby stworzył sobie wyższy typ mieszkania, albo ażeby typu takiego zapragnął. Potrzeba też, ażeby to pragnienie uzyskało taką cenę, iżby przeważyło cenę ofiary, za którą ma być spełnione. Bo jakkolwiek niejeden rys oblicza ziemi da się zachować – ażeby tak powiedzieć – tylko za cenę miłości ku niemu, to przecież w wielu wypadkach zachowanie go nie obejdzie się bez ofiary materialnej; trzeba się będzie nieraz zrzec bezpośredniego materialnego pożytku dla zachowania dobra idealnego. Dla tej ofiary potrzeba pewnej kultury umysłu i serca; z drugiej też strony potrzeba żywego poczucia niebezpieczeństwa grożącego obliczu ziemi. To niebezpieczeństwo najwyraźniej się przedstawia w krajach o wysokiej kulturze ekonomicznej. Tam też budzi się najpierw idea ochrony przyrody. Budzi się często zbyt późno, kiedy resztki już tylko ratować przychodzi. Szczęśliwsze są w tym względzie kraje niżej dotychczas ekonomicznie rozwinięte, gdyż w sam czas jeszcze korzystać mogą z cudzego doświadczenia i przykładu.

Ochrona przyrody, w ściślejszym swym właściwym znaczeniu, jako ochrona oblicza ziemi jest jeszcze bardzo młoda; można powiedzieć, że jest dzieckiem XX wieku. Poprzedziła ją – zwykłą rzeczy koleją – propaganda kilku entuzjastów nadających jej cechy utopijne (głównie John Ruskin). Wkrótce jednak z obłoków zeszła na ziemię i szerzyć się zaczęła z niezwykłą szybkością. Zrazu zajęły się nią stowarzyszenia – za ich wpływem poczęły się pojawiać pojedyncze akty administracji państwowej, potem akty ustawodawcze zaradzające niektórym najpilniejszym potrzebom, wreszcie ustawy obejmujące zasadniczo całą dotyczącą dzielnicę. Polska właśnie stoi przed takim problemem. Budując od podstaw całe ustawodawstwo, ma weń wcielić jako całość organiczną i skończoną także sprawę ochrony przyrody. Inicjatywę podjęto już z dwóch stron: ze strony Ministerstwa Oświecenia i ze strony Ministerstwa Sztuki i Kultury.

Motywy ochrony przyrody mogą być różne; można je podzielić na trzy grupy. Pierwszą stanowi motyw natury estetycznej, dążący do zachowania piękna krajobrazu. Chodzi tu przy tym zwykle nie o piękno w znaczeniu oderwanym, ale o pewne swoiste cechy tego piękna; o te cechy znamienne, które wyróżniają krajobraz jednej okolicy od innych i są szczególnie drogie sercu mieszkańców. Na te cechy składa się nie sama przyroda, ale także pierwiastki etnograficzne, a w szczególności budownictwo. Ze sprawą ochrony przyrody łączy się tu pokrewna sprawa „ochrony swojszczyzny”, która współcześnie z tamtą – głównie za wzorem Niemiec („Heimatschutz”, „Heimatpflege”) – zyskała wielkie znaczenie. Dla ogółu ta postać ochrony przyrody jest najbardziej zrozumiałą i porusza najsilniej struny uczuciowe. Ponieważ skuteczna ochrona przyrody bez spopularyzowania jej w szerokich masach przeprowadzoną być nie może, każde zatem ustawodawstwo z tym właśnie motywem przede wszystkim liczyć się musi i niejako pod jego osłoną realizować także inne zadania.

Drugim motywem ochrony, łatwo zrozumiałym i pod tym względem podobnym do poprzedniego, jest motyw historyczno-pamiątkowy. Nawet legenda przywiązana do pewnych tworów przyrody, jak do drzew, kamieni itp., może dać powód do ochrony. Można powiedzieć, że ochrona tego rodzaju jest bardzo starą i wyprzedziła prądy współczesne.

Trzecim wreszcie motywem jest motyw przyrodniczo-naukowy. Jest to motyw już współczesny zupełnie i mniej od tamtych popularny. Wysunęła go nauka, która ze zniszczeniem pewnych tworów przyrody i pewnych ukształtowań skorupy ziemskiej traci przedmiot badania, ogniwa łączące w całość zrozumiałą oderwane na pozór zjawiska i świadectwa minionej przeszłości.

Poszczególne ustawodawstwa wysuwają na czoło to jeden, to drugi motyw; i tak w Prusach motyw przyrodniczo-naukowy był zrazu dominującym (rozp. min. z paźdz. 1906 o utworzeniu urzędu ochrony przyrody), ustawa francuska z 21 kwietnia 1906 chroni pewne okolice i pewne twory przyrody wyłącznie dla ich wartości estetycznej itp.; do ustaw obejmujących całość motywów należą np. ustawa bawarska lub heska; w tekście tej ostatniej powiedziano, że ochronie podlegają twory przyrody, „których zachowanie bądź ze względów historycznych, bądź przyrodniczo-naukowych, bądź dla piękności lub cech swoistych krajobrazu, leży w interesie publicznym”.

Co do zakresu ochrony, to mogą jej podlegać albo całe przestrzenie albo też pewne twory przyrody żywej lub martwej, oznaczone indywidualnie (jak np. pewne drzewa odznaczające się pięknością, wiekiem lub innymi szczególnymi cechami) lub gatunkowo, lub wreszcie jako grupy (np. pewien gatunek roślin na granicy swego geograficznego zasięgu). Przestrzenie chronione noszą nazwę rezerwatów. Te są albo „zupełne”, albo „niezupełne”, czyli „półrezerwaty”. Rezerwaty zupełne są zasadniczo nienaruszalne; wszelka gospodarka ludzka jest na nich wykluczona. W półrezerwatach dopuszczone są pewne formy gospodarki (pasterstwo), inne zaś, o ile nie są zupełnie wykluczone, podlegają pewnym ograniczeniom lub kontroli władz ochronnych. Tworzenie rezerwatów, zwłaszcza zupełnych, jest sposobem chronienia przede wszystkim przyrody dzikiej, nie dotkniętej jeszcze przez kulturę.

Tak np. ochrona Tatr powinna dokonać się sposobem urządzenia z nich rezerwatu, a to w pewnych częściach zupełnego, w innych zaś niezupełnego, w którym by prowadzenie dróg jezdnych, budowanie domów, eksploatacja sił wodnych i kopalin zależne były od specjalnego w każdym wypadku i ściśle określonego zezwolenia władz ochronnych. Zarówno piękność krajobrazowa, jak i wartości naukowo-przyrodnicze w ten tylko sposób mogą tu być zachowane. Urok gór wysokich polega na ich dzikości; przez nieopatrzne wkroczenie kultury urok ten może zostać niepowrotnie zniszczony. A wartości, które powstaną, nie opłacą może ani w setnej części wartości straconej. Bo to jest wartość jedyna i nie dająca się już nigdy i niczym zastąpić. Podobne, mniejsze już rezerwaty, powinny powstać i w innych okolicach Polski, dla zachowania potomności pewnych typów przyrody pierwotnej, jak puszczy leśnej, bagien, stepu, wrzosowisk itp., o ile zabytki takie w ogóle jeszcze istnieją.

Wielkie rezerwaty najłatwiej stworzone być mogą w krajach rzadko zaludnionych lub posiadających znaczne przestrzenie pustynne. Najliczniejsze i największe rezerwaty mają Ameryka Północna i Szwecja. Amerykański Yellowstone-park jest najstarszym (r. 1872) i największym (8875 km kwadr.) rezerwatem na świecie.

Inne zadania i granice postawić sobie musi ochrona przyrody w okolicach zaludnionych i oddanych kulturze. W pewnym, ograniczonym znaczeniu można by wprawdzie i tu mówić o „półrezerwatach”, wtedy mianowicie, kiedy dla pewnych okolic wydano specjalne przepisy prawne, odnoszące się do ich zabudowywania, prowadzenia dróg itp., a to ze względu na zachowanie ich piękności lub cech swoistych. Takie specjalne normy stwarza np. ustawa pruska z dn. 15 lipca 1907 r. (gegen bauliche Verunstaltung des Landschaftsbildes), zmierzająca do ochrony pewnych okolic przed zeszpeceniem przez nieprzystosowane do ich charakteru budynki. W ogóle jednak w okolicach oddanych kulturze, ochrona przyrody poprzestać musi na chronieniu pewnych tylko jej tworów. Dla takich tworów chronionych wynaleziono nazwę „pomników przyrody” (Naturdenkmäler, monuments naturels) zapewne dlatego, że w pojęciu pomnika mieści się zadanie przechowania czegoś w pamięci. Używane u nas niekiedy słowo „zabytek” wcale temu pojęciu nie odpowiada; „zabytek” bowiem jest to pozostałość, resztka, ruina; ochrona przyrody bierze w opiekę także i „zabytki”, ale to zadań jej nie wyczerpuje i takiej cmentarnej cechy zgoła ona na sobie nie nosi.

Pełna zatem ochrona przyrody wymaga zarówno chronienia poszczególnych tworów, jak i tworzenia rezerwatów, a nadto opieki nad krajobrazem, celem ustrzeżenia go przed szpeceniem przez niestosowne budowle, źle prowadzone drogi, szyldy reklamowe itp. W takiej opiece nad krajobrazem mieści się już nie tylko jego chronienie, to jest utrzymanie w pierwotnej postaci, ale i jego kształtowanie. Ta idea jest starszą od idei ochrony przyrody, a pielęgnowaną była przez tak zwane towarzystwa upiększania kraju. Zwolennicy ochrony przyrody zajęli zrazu wobec „upiększaczy” wrogie stanowisko. Przyrody nie można upiększyć – mówiono – trzeba ją tylko zachować w jej pierwotnej postaci. Nie liczono się z tym, że w okolicach przeoranych pługiem kultury nie ma już przyrody w pierwotnej postaci. Dzisiaj te dwa prądy zaczynają godzić się z sobą, przy czym idea ochrony zmodyfikowała w znacznej mierze dawniejsze pojęcia o istocie i sposobach upiększania. W tej nowoczesnej swojej formie idea upiększania staje dziś jako idea „opieki nad krajobrazem”, w okolicach kulturze oddanych, wspólnie z ideą ochrony do walki o piękno oblicza ziemi.

Ochrona przyrody polega na zabezpieczeniu chronionych obiektów przed zniszczeniem lub zmianą. Działanie ochronne mieści w sobie wyszukiwanie, badanie i zakwalifikowanie do ochrony, obmyślenie sposobów zabezpieczenia (np. przez oznaczenie, ogrodzenie, ustanowienie straży itp.), wreszcie utrzymywanie w ewidencji, nie tylko przez inwentaryzację, ale przez ciągłą kontrolę na terenie.

Najważniejszą i najtrudniejszą wszakże kwestią jest ustosunkowanie ochrony do prawa własności. Ochrona bowiem pociąga za sobą z konieczności ograniczenie swobodnego władania daną rzeczą przez właściciela. Na drodze prawa pospolitego można to ograniczenie osiągnąć przez umowę, bądź darmową, bądź odpłatną, albo przez jednostronny akt prawny ze strony właściciela (dar, fundacja, legat itp.), wreszcie można dany przedmiot wykupić. Nawet tam, gdzie administracja państwowa zainteresowała się już sprawą ochrony przyrody, poprzestaje ona często na tych środkach prawa pospolitego.

Dalszym stadium rozwojowym jest wprowadzenie ustawodawstwa dla celów ochrony nowych norm ograniczających przedmiotowy zakres prawa własności, norm różniących się motywem, ale nie istotą od ograniczeń tego rodzaju, jakie znały już od dawna ustawy ekonomicznej natury, jak lasowa, wodna, rybacka, łowiecka i inne.

Wreszcie w ostatnim stadium rozwojowym ochrona przyrody uznaną zostaje za interes publiczny, tak ważny, że uzasadnia nawet wywłaszczenie lub przymusowe ograniczenie podmiotowego prawa własności przez ustanowienie tak zwanej – wedle terminologii prawnej francuskiej – „służebności administracyjnej”, jedno i drugie oczywiście za wynagrodzeniem materialnej szkody. Taki przymus wprowadził już wcześnie szereg ustawodawstw, jak np. francuskie, heskie, oldenburskie, brunszwickie, norweskie, kantonalne berneńskie, fryburskie itd., a później przymus taki wprowadziły wszystkie prawie ustawodawstwa. Jest to w zasadzie słuszne. Jednakowoż radykalne i jednostronne stosowanie przymusu ma tę złą stronę, że czyni całą sprawę ochrony przyrody niepopularną, a nawet nienawidzoną, skuteczność zaś takiego radykalizmu jest wątpliwą, gdyż wszelkie wywłaszczenie powoduje wysokie koszty, dla których niejeden akt ochrony, który w innej drodze mógłby być skutecznie dokonany, w ogóle poniechanym zostaje.

Ochroną przyrody zajmowały się zrazu stowarzyszenia; gdy funkcję tę podjęły państwa, oparły się niejednokrotnie wprost na stowarzyszeniach. Tak więc na przykład w Bawarii państwo dla pozyskania organu centralnego stworzyło tylko jak gdyby wydział stowarzyszeń, do którego weszli jeszcze dodatkowo urzędnicy (Landesausschuss für Naturpflege). W ogóle w organizacji ochrony przyrody charakterystycznym jest szeroki udział żywiołu obywatelskiego: urzędnikom brak w tej dziedzinie zazwyczaj i kwalifikacji, i zainteresowania. W Prusach, na podstawie rozporządzenia ministerstwa oświaty z 30 maja 1907, potworzyły się komitety prowincjonalne, powiatowe i miejscowe, w których obok urzędników zasiadają reprezentanci stowarzyszeń i inne szczególnie zainteresowane lub kompetentne osoby prywatne. Wydziału centralnego na podobieństwo Bawarii nie utworzono – całe kierownictwo, pod nazwą Staatliche Stelle für Naturdenkmalpflege, oddano w ręce jednego człowieka, profesora Conwentza, wydział centralny zastąpiły poniekąd periodyczne zjazdy sekretarzy komitetów. We Francji żywioł obywatelski wchodzi do komisji departamentalnych, w których prócz urzędników i reprezentantów rady generalnej departamentu zasiadają ludzie nauki, artyści i literaci. Centralnej rady tutaj brak. W Belgii natomiast utworzono centralną radę, założoną podobnie jak komisje departamentalne francuskie, komisji zaś prowincjonalnych nie ma. W Oldenburgu istnieją rady prowincjonalne (Denkmalrat), właściwe jednak działanie spoczywa w rękach konserwatorów (Denkmalpfleger), instytucji utworzonej na modłę konserwatorów sztuki, którzy nie są urzędnikami, ale osobami mianowanymi ze sfer obywatelskich jako rzeczoznawcy i doradcy. Ujawnia się w tej instytucji inna charakterystyczna cecha organizacji ochrony przyrody, mianowicie ta, że powołane są do niej osoby o kwalifikacjach bądź naukowych, bądź artystycznych. Ta nowa gałąź administracji państwowej podobną jest w tym względzie do organizacji państwowych biur statystycznych, na których czele stoją uczeni, zwykle będący równocześnie profesorami uniwersytetu. W Szwecji wprost cała sprawa ochrony przyrody powierzoną jest akademii umiejętności.

Dalszy wymóg państwowej organizacji ochrony przyrody pochodzi stąd, że ta ochrona z natury rzeczy jest nie tyle osobną gałęzią administracji, co ideą, która wszystkie poszczególne gałęzie ma przenikać. Nie trzeba długo dowodzić, ile w sprawie ochrony przyrody może zdziałać lub ile może tej sprawie zaszkodzić, oględna lub nieoględna, należycie uświadomiona lub nieuświadomiona w tej dziedzinie administracja domen, górnictwa, przemysłu, komunikacji, rolnictwa, robót publicznych lub spraw wojskowych. Wszyscy obywatele państwa razem wzięci nie mogliby zapewne wyrządzić tyle szkody idei ochrony przyrody, ile jej wyrządzić może państwo samo przez swoje organa. Z tego powodu niezmiernie ważną i godną naśladowania jest instytucja pruska międzyministerialnego wydziału ochrony przyrody. Z inicjatywy tego wydziału wszystkie prawie ministerstwa wydały dla podwładnych sobie urzędów rozporządzenia w interesie ochrony przyrody.

Polska, wprowadzając u siebie ochronę przyrody, mogła korzystać z doświadczeń poczynionych gdzie indziej; pierwszym krokiem było utworzenie w grudniu 1919 r. Tymczasowej Komisji Ochrony Przyrody. Zasadnicze rysy organizacji, których przykłady podałem, powtarzają się i tutaj. Komisja złożona była z żywiołów obywatelskich, a weszli do niej przede wszystkim ludzie nauki. Stanowiła ona organ pomocniczy i doradczy Ministerstwa Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego, do którego to ministerstwa sprawy ochrony przyrody należeć miały. Charakter jej był tymczasowy; miała ona podjąć co pilniejsze zadania ochrony przyrody, głównym jej jednak celem było obmyślenie programu i metod tej ochrony, wytworzenie kadr organizacyjnych i wypracowanie projektów ustaw i rozporządzeń. Ten pierwszy krok uważać należy za szczęśliwy. Wobec nowości bowiem tej sprawy i braku przygotowania do niej zarówno w społeczeństwie, jak i w ustawodawstwie, budowanie od razu wykończonej organizacji i ustawodawstwa byłoby robotą bez fundamentów. Pewna decentralizacja, której zakres rozmaicie może być pojmowany, ale zawsze niezbędna w gotowej już budowie, ażeby działaniem ochronnym sięgnąć można we wszystkie zakątki, w początkach nie tylko nie jest potrzebną, ale mogłaby być szkodliwą. Nie jest potrzebną dlatego, bo zanim się sięgnie do rzeczy dalekich i mniej ważnych, trzeba najpierw załatwić najbliższe i najważniejsze, te zaś mogą być załatwione z centrali; szkodliwym zaś mogłoby być rozstrzelenie akcji tam, gdzie nie wytworzono jeszcze jednolitego programu i jednolitych metod działania. Gdyby nadto taką akcję podjęli ludzie, dla których ona jest jeszcze nowością, mógłby powstać chaos, któremu później nie łatwo można by zaradzić. Zatem dalsze ogniwa organizacyjne tworzyć wypadnie dopiero wtedy i tam, gdzie tego już zajdzie potrzeba i kiedy ludzie, teren i metody będą przygotowane. Tak samo i ustawodawstwo powstawać musi organicznie i nie musi być dziełem jednej chwili. Splatać się ono będzie licznymi nićmi z ustawodawstwem cywilnym, karnym i administracyjnym, liczyć się też musi z organizacją władz. Zresztą ustawy wynikać powinny z życia i praktyki, a nie rodzić się przy zielonym stoliku.

W ramach organizacyjnych, które sobie sama wypracowała, działała Komisja Tymczasowa owocnie aż po dzień 10 czerwca 1925 r., w którym to dniu uzyskała podstawy prawne przez rozporządzenie Rady Ministrów „O trybie załatwiania spraw ochrony przyrody” i przemianowaną została na Państwową Radę Ochrony Przyrody. Przewodniczący jej otrzymał tytuł i charakter Delegata Ministra Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego do spraw ochrony przyrody. Zasadnicze rysy nowej organizacji pozostały te same. Wreszcie wydana 10 marca 1934 r. Ustawa o Ochronie Przyrody ustaliła ostatecznie organizację, przydając rozbudowę w kierunku decentralizacji przez utworzenie organów prowincjonalnych w postaci „konserwatorów” mianowanych przy województwach, tudzież oddziałów ochrony przyrody w miastach uniwersyteckich.

Poza tym, niezależnie od organizacji państwowej, która może zawieść, społeczeństwo winno wytworzyć własne organa, na które w razie potrzeby mogłoby z ufnością złożyć ciężar propagandy i realizacji idei. Ochrona przyrody wtedy tylko może być bowiem należycie przeprowadzoną, kiedy wniknie jako idea w szerokie masy i znajdzie podstawy w uczuciu miłości ziemi rodzinnej. Ku temu zaś oprócz oparcia się we właściwym działaniu o żywioły obywatelskie, potrzeba usilnej propagandy słowem i pismem, pouczeń w szkołach wszelkiego typu, popularyzacji przy pomocy muzeów prowincjonalnych, demonstracji na terenie wycieczek krajoznawczych itp.

Tak pojęta i urzeczywistniona ochrona przyrody będzie potężną dźwignią kultury i czynnikiem uobywatelnienia.

Jan Gwalbert Pawlikowski

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w piśmie „Ochrona Przyrody”, zeszyt 1, 1920 r. Następnie w wersji lekko rozszerzonej i uwspółcześnionej zamieszczono ją w: Jan Gwalbert Pawlikowski – „O lice ziemi. Wybór pism”, Warszawa 1938. Przedruk za tym ostatnim źródłem, poprawiono pisownię według obecnych reguł.

Katolickie prawo pracy?

Katolickie prawo pracy?

Zadanie, którego podjęła się Anna Musiała, może wydawać się cokolwiek karkołomne. Na pierwszy rzut oka bowiem wydaje się czymś niemożliwym zestawienie nauczania społecznego Kościoła, mającego charakter dość ogólny i często defensywny, tzn. będącego odpowiedzią na pewne negatywne zjawiska dotykające w danym momencie poszczególnych ludzi czy sam Kościół, z konkretnymi rozwiązaniami prawnymi dotyczącymi sfery pracy.

W encyklikach społecznych papieże niejednokrotnie bywali przecież dość lakoniczni i formułowali wskazania o dużym poziomie ogólności po to, aby mogły one zachować jak najbardziej uniwersalny i nieprzemijający charakter. Wzdragano się natomiast przed tworzeniem konkretnych postulatów czy dawaniem technicznych wskazówek w kwestii organizacji życia społeczno-gospodarczego, wychodząc z założenia, że Kościół w tego rodzaju kwestiach nie jest kompetentny. Co prawda Leon XIII w encyklice Rerum novarum podkreślał, iż podejmując problematykę społeczną robi to z „pełną ufnością i świadomością, że do zabrania głosu mamy prawo; jest ono bowiem tego rodzaju, że się go skutecznie nie rozwiąże, o ile nie przyzwie religii i Kościoła na pomoc. A skoro do Nas w pierwszym rzędzie należy troska o religię i rozporządzanie środkami należącymi do sfery działań Kościoła, milczenie byłoby w oczach wszystkich zaniedbaniem obowiązku” (RN 13). Jednak Pius XI w wydanej czterdzieści lat później encyklice Quadragesimo anno uściślał, że „zadaniem Kościoła nie jest prowadzić ludzi do przemijającego i znikomego szczęścia, ale do wiecznego; a nawet uważa Kościół, »że nie wolno mu się mieszać do tych ziemskich spraw bez powodu«. Ale z drugiej strony Kościół w żaden sposób nie może zrezygnować z obowiązku, który nań Bóg nałożył, a który mu każe występować, wprawdzie nie w sprawach techniki życia społeczno-gospodarczego, bo do tego nie ma ani środków odpowiednich, ani nie jest powołany, lecz w tych wszystkich sprawach, które mają związek z moralnością. W tej bowiem dziedzinie zarówno powierzony nam przez Boga skarb prawdy, jak i ciężki obowiązek głoszenia całego prawa moralnego, wyjaśniania go oraz przynaglania w czas czy nie w czas, poddaje Naszemu najwyższemu sądowi ustrój społeczny i samo życie gospodarcze” (QA 41).

Tymczasem problemy podjęte przez Autorkę książki w dużej mierze, jak wydawałoby się, należą właśnie do spraw związanych z „techniką życia społeczno-gospodarczego” jak ujął to Pius XI, co do której Kościół generalnie nie ma kompetencji, aby się wypowiadać. Takie wrażenie można byłoby odnieść na pierwszy rzut oka, jednakowoż, jak udowadnia w swojej pracy Anna Musiała, sprawa nie jest tak oczywista i prosta. Trzeba bowiem pamiętać o tym, iż, jak pisał amerykański konserwatysta Richard M. Weaver, idee mają konsekwencje. W związku z tym każde prawo stanowione oparte jest na jakichś przedzałożeniach, ma u swoich podstaw określoną koncepcję człowieka i wartości. Tego rodzaju konstatacja stanowi punkt wyjścia dla rozważań Autorki dotyczących sygnalizowanych kwestii. Podkreśla ona, iż jej wieloletnie studia nad prawem pracy często stawiały ją przed problemem „o jaką koncepcję człowieka i związanych z tym wartości w polskim prawie pracy chodzi” (s. 9). Zbyt często bowiem problematykę rozwoju prawa pracy sprowadza się wyłącznie do wpływu nań czynników ekonomicznych. Tymczasem, jak zauważył to już wiele lat temu Tadeusz Zieliński i przy czym również obstaje Musiała, dla jego rozwoju równie duże znaczenie mają czynniki pozaekonomiczne w postaci poglądów dotyczących sensu pracy w życiu człowieka, miejsca pracującej jednostki w społeczeństwie czy roli, jaką w życiu człowieka pracy spełnia państwo. Prawo to bowiem pozostaje w nierozerwalnym związku z całokształtem stosunków społecznych, formowanych przez dominujące poglądy na temat sprawiedliwości społecznej, etosu pracy i generalnie rozmaite zapatrywania uwikłane w konteksty aksjologiczne, jest ono mocno osadzone w antropologicznych i etycznych podstawach ustroju (s. 17).

Wychodząc właśnie z tego rodzaju założeń Autorka postanowiła skonfrontować polskie prawo pracy z ideami propagowanymi w myśli społecznej Kościoła. Jak sama pisze, mając na uwadze to, „że społeczna doktryna Kościoła w polskim kręgu kulturowym ma niebagatelne znaczenie, a z kolei jej wkład w rozwój prawa pracy jest »bezsprzeczny«, nie sposób nie zadać sobie pytania o jej odzwierciedlenie w polskim prawie pracy. Chodzi bowiem o nic innego jak zbadanie, na ile w obowiązującym kształcie polskiego prawa pracy obecna jest myśl czerpiąca ze społecznej doktryny Kościoła. Czy jest ona dziś w ogóle »atrakcyjna« dla polskiego prawodawcy? Można też pytać o jej potencjalną »atrakcyjność« w przyszłości, zwłaszcza w kontekście podejmowanych prób kodyfikacyjnych” (s. 16).

Przy tym wszystkim Autorka jasno podkreśla, iż chodzi jej przede wszystkim o fundamentalne założenia, na których opiera się polskie prawo pracy. To one są poddawane analizie i konfrontowane z wizją prezentowaną w myśli społecznej Kościoła, nie zaś poszczególne instytucje prawa pracy. Jak wskazuje bowiem nie bez słuszności, szczegółowe badanie „każdego poszczególnego prawnego problemu z zakresu prawa pracy pod kątem jego zgodności ideowej z społeczną nauką Kościoła jest zadaniem w zasadzie niewykonalnym. A nawet, jeśli próbować tego dokonywać, to nie widzę większego jej naukowego sensu, poza ogromnym wysiłkiem. W moim przekonaniu wystarczy odnieść się do zbadania, czy w zakresie fundamentów polskie prawo pracy odpowiada społecznej doktrynie Kościoła. Jeśli tak, to dalsze szczegółowe unormowania […] również winny w zakresie ich ideowego ukształtowania, czerpać z katolickiego nauczania” (s. 85).

Co więcej, wydaje się, iż przeprowadzenie tego rodzaju analizy nie do końca byłoby możliwe ze względu na dość ogólny charakter katolickiej doktryny społecznej, która raczej nie zajmuje się szczegółowymi unormowaniami i rozwiązaniami technicznymi. Można byłoby próbować to zrobić jedynie na zasadzie stwierdzenia, czy konkretne rozstrzygnięcia odpowiadają głównym zasadom nauczania społecznego Kościoła, nie stoją z nimi w sprzeczności, a wypływają z nich. Ewentualnie można byłoby próbować zestawić te rozwiązania z pewnymi propozycjami lansowanymi przez katolicką myśl społeczną, przez którą rozumiem poglądy katolickich myślicieli, filozofów, teologów, ekonomistów, socjologów itp., odnoszące się do spraw społecznych. Tam bowiem już mamy do czynienia zazwyczaj z większym uszczegółowieniem rozmaitych koncepcji i propozycji budowanych na bazie nauczania społecznego Kościoła. Jednak to zadanie wydaje się być jeszcze trudniejsze i bardziej pracochłonne, poza tym można mieć wątpliwości, czy doprowadziłoby ono do jednoznacznych wniosków w związku z heterogenicznością katolickiej myśli społecznej i istnieniem w jej ramach rozmaitych kierunków i nurtów reprezentujących odmienne poglądy nawet w kwestiach kluczowych.

Książka składa się z Wprowadzenia, Zakończenia oraz trzech rozdziałów. Pierwszy zatytułowany został „Zagadnienia wstępne” i przedstawione zostały w nim problemy dotyczące wyboru tematyki, stanu badań, założeń wyjściowych. Drugi rozdział, pt. „Katolicka nauka społeczna a zagadnienie pracy człowieka”, omawia zagadnienia związane z najważniejszymi zasadami katolickiej nauki społecznej dotyczącymi pracy ludzkiej. Autorka przedstawiła w nim nauczanie społeczne Kościoła odnośnie do wzmiankowanych spraw, zawarte w papieskich encyklikach, począwszy od Rerum novarum Leona XIII, a kończąc na Laudato si’ Franciszka. Przy czym zdecydowanie najwięcej miejsca poświęcono nauczaniu Jana Pawła II. Nie może to dziwić z dwóch względów. Po pierwsze kwestia pracy zajmuje w nim niezwykle istotne miejsce, Jan Paweł II jest autorem encykliki Laborem exercens stanowiącej filozoficzno-teologiczny traktat dotyczący pracy ludzkiej i jedyną encyklikę społeczną poświęconą wyłącznie tej problematyce. Po drugie nauczanie to w naszym kraju cieszyło się i cieszy szczególną popularnością, uwagą i estymą, w związku z tym można przyjąć już na etapie założeń i hipotez badawczych, że jego wpływ na ustawodawstwo dotyczące pracy jest szczególny.

Trzeci, najważniejszy i najobszerniejszy rozdział zatytułowany został „Współczesny system polskiego prawa pracy a zasady społecznej nauki Kościoła w zakresie pracy ludzkiej”. Podzielony został on na kilka podrozdziałów, w których analizie pod kątem zgodności z zasadami propagowanymi w katolickiej nauce społecznej poddano kwestie dotyczące pojmowania podmiotu prawa pracy w osobie człowieka osobiście świadczącego pracę, jego relacji z pracodawcą, podstawowych praw mu przysługujących, słusznego wynagrodzenia za pracę oraz zbiorowej reprezentacji w sferze pracy. Punktem wyjścia dla tych rozważań uczyniła Autorka zapisy Konstytucji, przede wszystkim jej artykułów 20, 24 oraz 2, w następnych zaś podrozdziałach omawia i analizuje przepisy zawarte w Kodeksie pracy.

Autorka wskazuje, iż w związku z doniosłością nauczania społecznego Kościoła w polskim kręgu kulturowym można zasadnie doszukiwać się ideowych inspiracji zaczerpniętych z niego w prawotwórstwie dotyczącym pracy. Podkreśla ona, że „polskie ustawodawstwo prawa pracy, zwłaszcza na poziomie ustawy zasadniczej, ale także na szczeblu ustawodawstwa zwykłego – Kodeksu pracy, zasadniczo daje ogromny potencjał dla jego odczytywania w duchu społecznej doktryny Kościoła” (ss. 215-216). Nie oznacza to bynajmniej, iż nie pojawiają się tutaj żadne odstępstwa i że na wszystkich polach mamy do czynienia z doskonałą zgodnością. Autorka uwypukla chociażby fakt, iż w doktrynie prawa pracy obowiązującej w naszym kraju wskazuje się na jej towarowy charakter, co stoi rzecz jasna w sprzeczności z zasadami katolickiej nauki społecznej. Skutkuje to zaś chociażby brakiem jasnych wytycznych dotyczących ustalania płac. W polskim systemie nie ma mowy o płacy słusznej czy płacy rodzinnej, mówi się natomiast o istnieniu godziwego wynagrodzenia za pracę. Nie bardzo jednak wiadomo jak je rozumieć, w jaki sposób ustalić i jakimi środkami doprowadzić do urzeczywistnienia tego postulatu godziwości płacy. Obok godziwości wynagrodzenia funkcjonuje również pojęcie płacy minimalnej, jednak nie można ich ze sobą utożsamiać. Wynagrodzenie minimalne ustalane jest bowiem raczej na poziomie minimum socjalnego, nie mającego nic wspólnego z wymogami godziwości. Autorka sugeruje w tym miejscu, iż adresatem pojęcia godziwości wynagrodzenia za pracę powinno być państwo jako pracodawca pośredni, urzeczywistniający w większym stopniu zasadę sprawiedliwości społecznej. Ten kierunek myślenia w polskim prawie pracy jednak w zasadzie nie istnieje. Znamienne też, iż nasz kraj po dziś dzień nie przyjął do polskiego porządku przepisu art. 4 Europejskiej Karty Społecznej, stanowiącego, iż wszyscy pracownicy mają prawo do sprawiedliwego wynagrodzenia wystarczającego do zapewnienia im i ich rodzinom godziwego poziomu życia (s. 198).

Wiele do życzenia pozostawia zdaniem Autorki również istniejąca definicja terminu „pracownik”, ograniczająca się wyłącznie do osób wykonujących pracę zarobkową i wykluczająca jednocześnie cała sferę osób pracujących nieodpłatnie: wolontariuszy, osób zajmujących się gospodarstwem domowym itp.

Podobnie wygląda sprawa z korelacją praw socjalnych z prawami człowieka. Uprawnienia socjalne postrzegane są bowiem generalnie poprzez pryzmat praw pracowniczych, pokutuje wręcz „przeświadczenie, że odwoływanie się do godności człowieka w kontekście pracy to wyraz pewnej jego słabości na »rynku pracy«, na którym musi po prostu »konkurować«. Tymczasem, bez wątpienia prawa człowieka, także te odnoszące się do człowieka pracy, np. w zakresie wypoczynku, czerpią z godności człowieka. Można powiedzieć, że od godności osobowej wszystko »się zaczyna«. Społeczna doktryna Kościoła powyższe formułuje w sposób jednoznaczny. Ale międzynarodowa regulacja prawna w przedmiotowym zakresie również nie pozostawia wątpliwości, rozpoczynając […] od wskazania, że owe uprawnienia socjalne przyznawane są z uwagi na godność ludzką” (s. 188). Tymczasem w Polsce pokutuje ciągle odmienne stanowisko, punktem wyjścia stają się nie prawa człowieka w zakresie pracy, ale prawa pracownicze. Przede wszystkim jednak polski system prawny zarówno na poziomie konstytucyjnym, jak i kodeksowym nie uznaje kwestii prawa do pracy jako podstawowego filaru porządku społeczno-gospodarczego. Zarówno Konstytucja jak i Kodeks pracy mówią jedynie o prawie do swobodnego wyboru pracy. Tymczasem prawo do pracy, będące fundamentem ładu społeczno-gospodarczego oraz jednym z podstawowych sposobów ochrony godności człowieka, stanowi integralny element społecznej nauki Kościoła oraz międzynarodowego prawa pracy.

Autorka nie tylko pokusiła się o wskazanie, w jakich kwestiach polskie prawo pracy jest kompatybilne z nauczaniem społecznym Kościoła, a w których miejscach odbiega zdecydowanie od zasad w nim propagowanych. Jednoznacznie również wskazuje te punkty, w których mamy do czynienia po prostu z jego słabościami czy niespójnością, a więc wymaga ono przemyślenia na nowo, korekt, udoskonalenia, dostosowania do standardów międzynarodowych, których możemy szukać chociażby w licznych konwencjach i zaleceniach Międzynarodowej Organizacji Pracy. Zwraca uwagę, które z jego zapisów wydają się być przestarzałe, nieadekwatne do zmieniającej się rzeczywistości, nadmiernie obciążone przebrzmiałymi już koncepcjami na temat pracy, jej charakteru, powinnościami z nią związanymi, stanowiąc niejednokrotnie swoistą koncesję na rzecz ekonomistycznego i liberalnego myślenia czy po prostu jego pokłosie.

Są to kwestie niezwykle istotne, warto tutaj przypomnieć wywiad z bieżącego numeru „Nowego Obywatela”, którego udzielił prof. Arkadiusz Sobczyk, wykładowca w Katedrze Prawa Pracy i Polityki Społecznej Uniwersytetu Jagiellońskiego, przez kilka lat przewodniczący zespołu ds. opracowania kodeksu pracy w Komisji Kodyfikacyjnej Prawa Pracy. Otóż stwierdził on ni mniej, ni więcej, iż ciągle dominujące w naszym kraju myślenie o prawie pracy, traktowanie go jako pewnej relacji o charakterze komercyjnym opierającej się na wymianie i ekwiwalentności – powoduje, że staje się ono nielogiczne i śmieszne. Prawo pracy stanowi zaś jego zdaniem dyscyplinę dotyczącą organizacji społeczeństwa w kontekście pracy, a nie prawo regulujące stosunki pomiędzy jednostkami (pracodawcą i pracobiorcą). Jest to więc prawo publiczne, tzn. regulujące warunki najlepszego osiągania dobra wspólnego poprzez stworzenie optymalnych warunków dla rozwoju jednostek. W tym kontekście np. uznanie przepisu o prawie do urlopu za prawo prywatne oznaczałoby, że wynagrodzenie urlopowe jest wynagrodzeniem za pracę. „Z takiej perspektywy musielibyśmy przyjąć, że pracodawca udziela mi urlopu w zamian za wykonaną pracę. Problem w tym, że mogę skorzystać z niego na początku roku, po czym zmienić pracę. Nie da się więc powiązać wynagrodzenia urlopowego z całoroczną wartością pracy, skoro jej nie wykonałem. Z perspektywy konstytucyjnej rzecz wygląda inaczej. To państwo daje mi urlop, bowiem zobowiązało się do tego w Konstytucji. Nie robi jednak tego samo, lecz nakłada stosowny obowiązek na pracodawcę, dlatego wynagrodzenie urlopowe jest de facto danina publiczną. Co więcej, skoro zgodnie z prawem unijnym urlop służy przede wszystkim ochronie zdrowia, to pracodawca w imieniu państwa powinien także pilnować, żebym z tego prawa skorzystał w każdym roku kalendarzowym”. Cytat z wywiadu z prof. Sobczykiem został przytoczony nieprzypadkowo. Zarówno bowiem w jego pracach, jak i w recenzowanej tutaj książce Anny Musiały mamy do czynienia z perspektywą ciągle słabo obecną w polskich dyskusjach dotyczących prawa pracy, zarówno tych odbywanych na poziomie akademickim, ale przede wszystkim medialno-publicystycznym. Perspektywa liberalno-ekonomistyczna w podejściu do tych kwestii, traktowanie pracy jako towaru, płacy jako jednej z kategorii cen i kosztu produkcji, który należy minimalizować, a pracowników jako zasobów ludzkich, nadal świetnie się trzyma, zwłaszcza w dyskursie medialnym oraz politycznym i stanowi narrację dominującą. Należy więc jak najszerzej popularyzować stanowiska przeciwstawne, uświadamiać, iż to one mają charakter nowocześniejszy, dominujący dziś w krajach cywilizowanych, te zaś powielane u nas są raczej reliktem dziewiętnastowiecznych, paleoliberalnych poglądów.

Chociażby z tego względu warto więc sięgnąć po recenzowaną książkę, choć uczciwie trzeba powiedzieć, iż stanowi ona lekturę wymagającą, zwłaszcza dla osób bez wykształcenia prawniczego.

dr hab. Rafał Łętocha

Anna Musiała, Polskie prawo pracy a społeczna nauka Kościoła. Studium prawno-społeczne, Wydawnictwo Naukowe Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu, Poznań 2019.