Więc tnijmy, tnijmy, tnijmy

Więc tnijmy, tnijmy, tnijmy

Patrząc na całokształt likwidacji ruchu kolejowego w Polsce od lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku odnosi się wrażenie, że momentami jest to robione losowo. Na kogo padnie likwidacja zakładu, na kogo padnie prywatny interes włodarza, na kogo padnie brak konieczności zdobycia poparcia partii liberalnych wśród mieszkańców – na tego stacji już nie pojawi się pociąg.

Tym razem maszyna losująca kolejne fale destrukcji polskiej kolei trafiła na Maków Podhalański w powiecie suskim. Małopolskie miasteczko i tak miało szczęście. Na razie tną tylko połączenia dalekobieżne, które w Makowie zatrzymywały się, zanim ruszyły pokonać trasę łączącą Zakopane z północą kraju i stolicą. Niezadowoleni są mieszkańcy i radni gminy. W miejscu, w którym według politologów powinna stać lewica, stoi poseł Prawa i Sprawiedliwości, Filip Kaczyński z interpelacją w tej sprawie, a także grający rolę popularnej w politycznym slangu „dziewczyny z sąsiedztwa” (czy też chłopaka, nie bądźmy tacy ortodoksyjni) działacze i działaczka Młodzieży Wszechpolskiej. Protest przeciwko niezatrzymywaniu się pociągów dalekobieżnych w Makowie organizowała ostatnio suska struktura Młodzieży Wszechpolskiej. To nie bajka, to rzeczywistość uśmiechniętej Polski, w której mniejsze miejscowości są marginalizowane przy wymownym milczeniu obrońców środowiska i lewicy.

Nie tak dawno temu, pięćdziesiąt kilometrów od Krakowa, w znanym z bajkowego wręcz mikroklimatu Makowie Podhalańskim wyremontowano dworzec. Remont kosztował samorząd ponad milion złotych. Budynek jest estetyczny, świeżo odmalowany, cieszy oko. Obok dworca powstał ogromny parking. Parking zdolny pomieścić samochody nie tylko makowian, lecz również mieszkańców okolicznych gmin. Kosztował gminę półtora miliona złotych. A potem PKP Intercity S.A. podjęło o decyzję o wstrzymaniu od 15 grudnia 2024 w tym miejscu postojów pociągów dalekobieżnych.

Nie zatrzymają się już takie połączenia:

IC-IC 3560 rel. Zakopane – Gdynia Gł.; „Witkacy” (6:53 z Zakopanego).
IC-IC 5361 rel. Gdynia Gł. – Zakopane; „Witkacy” (21:33 w Zakopanem).
IC-TLK 38108 rel. Zakopane – Kołobrzeg; „Lubomirski” (8:30 z Zakopanego).
IC-IC 3852 rel. Zakopane – Szczecin Gł.; „Sukiennice” (8:40 z Zakopanego).
IC-IC 38106 rel. Zakopane – Szczecin Gł.; „Osterwa” (11:04 z Zakopanego).
IC-TLK 35104 rel. Zakopane – Gdynia Gł.; „Małopolska” (13:22 z Zakopanego).
IC-IC 37150 rel. Zakopane – Poznań Gł.; „Halny” (14:32 z Zakopanego).
IC-IC 31100 rel. Zakopane – Warszawa Wschodnia; „Malinowski” (17:36 z Zakopanego).
IC-IC 38192 rel. Zakopane – Szczecin Gł.; „Podhalanin” (18:23 z Zakopanego).
IC-IC 38196 rel. Zakopane – Świnoujście; „Podhalanin” (18:38 z Zakopanego).
IC-TLK 35170 rel. Zakopane – Gdynia Gł.; „Karpaty” (21:47 z Zakopanego).
IC-TLK 53171 rel. Gdynia Gł. – Zakopane; „Karpaty” (6:39 w Zakopanem).
IC-IC 83193 rel. Szczecin Gł. – Zakopane; „Podhalanin” (9:47 w Zakopanem).
IC-IC 13101 rel. Warszawa Wschodnia – Zakopane; „Malinowski” (11:31 w Zakopanem).
IC-IC 73151 rel. Poznań Gł. – Zakopane; „Halny” (14:18 w Zakopanem).
IC-TLK 53105 rel. Gdynia Gł. – Zakopane; „Małopolska” (14:50 w Zakopanem).
IC-IC 83107 rel. Szczecin Gł. – Zakopane; „Osterwa” (17:20 w Zakopanem).
IC-TLK 83109 rel. Szczecin Gł./Kołobrzeg – Zakopane; „Lubomirski” (19:18 w Zakopanem).
IC-IC 8353 rel. Szczecin Gł. – Zakopane; „Sukiennice” (z przesiadką w Krakowie o 16:33; o 19:18 w Zakopanem pociągiem „Lubomirski”).

Przejazd tą trasą z Zakopanego do Makowa Podhalańskiego trwał między godziną a półtorej godziny.

Maków Podhalański liczy ponad pięć tysięcy mieszkańców. Położone obok Zawoja i Jordanów także. Mając na uwadze, że to nie są jedyne miejscowości w rejonie, zapytajmy: ilu osobom cięcia połączeń kolejowych utrudnią życie?

Ilu? Wielu.

Mówimy o cięciach połączeń dalekobieżnych, tj. pociągach docierających na Pomorze, Pomorze Zachodnie, do Wielkopolski i Warszawy. Możemy pomyśleć, że nie ma co kłaść się Rejtanem dla grupki sezonowych wczasowiczów (chociaż polski pasażer przesiadek nie lubi i się nimi zniechęca) i liczonych na palcach ludzi „mających coś do załatwienia w stolicy” (chociaż w Polsce wiele rzeczy trzeba załatwiać w wielkich miastach). Ale możemy też odwrócić tę perspektywę. Już przed drugą wojną światową Maków był uważany za potencjalnie turystyczne miejsce. Gdy doliczymy do niego Zawoję i babiogórskie okolice, Orawę itp., to otrzymamy wręcz świetny plan na aktywne wakacje. Ale żeby turystyka była możliwa, to infrastruktura też być musi. Musi i kropka, bo nikt nie będzie do nieodkrytej perełki jechał z walizkami i dziećmi za pomocą kilku przesiadek.

A skoro już o przesiadkach mowa: nikt na dworcu Kraków Główny nie poczeka na pasażera z Makowa, który pojechał do królewskiego miasta za pomocą usług prywatnego przewoźnika samochodowego. Nie zgłosi się tego tak, jak pasażerowie opóźnionego pociągu zgłaszają konduktorowi chęć przesiadki. Nie bez znaczenia jest kwestia ceny, bo w przypadku studentów panuje u prywatnych przewoźników wolnoamerykanka i ulga 2 złote z dwudziestu paru dla studenta zamiast PKP-owskiego 51%. A poza tym drogi krajowe, pomimo obowiązku odśnieżania, są drogami, na których zdarzają się korki.

Na wzmiankę zasługuje możliwa równia pochyła. Cięcia jednych połączeń, zgodnie ze starą liberalną praktyką sztucznego wygaszania popytu, zwiastują kolejne cięcia. Teraz tniemy połączenia dalekobieżne, jutro możemy ciąć połączenia Kolei Małopolskich, a potem może przyjdzie pora na połączenia chociażby do i z siedziby powiatu, Suchej Beskidzkiej, bo i o tym ptaszki ćwierkają.

Kto jest przeciwko? Mieszkańcy. Wyszli na peron, wzięli kartony z podpisem „wsiąść do pociągu dalekobieżnego” i wyrazili swoje niezadowolenie. Oburza ich fakt, że pociągi przez Maków przejeżdżają, mijają się w nim, ale pasażerów nie zabierają. Niezadowoleni są też radni, którzy czują, że ich praca na rzecz remontu dworca poszła na marne. Którzy czują, że Maków Podhalański jest marginalizowany, a ich własne zaangażowanie – niedocenione.

Jak wspomniałam, interpelację w tej sprawie złożył poseł PiS, a swój protest organizowała Młodzież Wszechpolska. Widzą oni w cięciach połączeń utrudnienia dla zwykłych ludzi, nie tylko podróżujących gdzieś daleko, bo połączenia dalekobieżne to także dogodny dojazd do Krakowa. Wytykają PO hipokryzję, bo wprowadzanie Strefy Czystego Transportu w stolicy województwa połączone z histerią wokół samochodów, a zarazem cięciem połączeń kolejowych – prowadzą donikąd. Czy ekologia polega na zabieraniu ludziom transportu zbiorowego? Wszechpolacy postawili karton z napisem „Koalicja antyrozwojowa” pod biurem poselskim Doroty Niedzieli w Suchej Beskidzkiej. A potem rozdawali mieszkańcom powiatu suskiego krzyżówki o wykluczeniu komunikacyjnym.

I pełna zgoda. Koalicja Obywatelska jest koalicją antyrozwojową. Bo jak rozwój to tylko holistyczny. Rozwój, który nie będzie się ograniczał do pięciu największych miast. W przeciwnym wypadku dążymy do kanibalizacji polskich miast. Która notabene i tak już ma miejsce.

Hanna Szymerska

Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Tomasz Chmielewski

Feliks Perl: Kwestia polska w oświetleniu „Socjaldemokracji” polskiej (1907)

Feliks Perl: Kwestia polska w oświetleniu „Socjaldemokracji” polskiej (1907)

*** 

Moi, je ne suis pas marxiste (Co do mnie – nie jestem marksistą).

Karol Marks

 

Skoro kierunek ten… partię rozbija, domagając się od proletariatu, aby nie tylko wyrzekł się niepodległości narodowej, to jest gruntu, na którym jedynie dojść może do zupełnego rozwoju swych sił, lecz aby nawet zwalczał wszystko, co stanowić może krok naprzód po drodze ku niepodległości, to kierunek ten zostaje wprawdzie całkiem bezpieczny od drobnomieszczańskiego nacjonalizmu, lecz wpada za to w daleko większe niebezpieczeństwo: popierania interesów ciemięzców Polski.

Karol Kautsky

Od r. 1893, to jest od chwili powstania Polskiej Partii Socjalistycznej, „Socjaldemokracja Królestwa Polskiego i Litwy” nie przestawała namiętnie zwalczać idei niepodległości w programie socjalistów polskich. W zeszłym roku w Krakowie pojawiła się obszerna książka pt. „Kwestia polska a ruch socjalistyczny”, w której „socjaldemokracja” zgromadziła swój dwunastoletni plon naukowy, zebrany na „polu walki” przeciwko PPS. Jest to tedy najlepsze, najdojrzalsze pokłosie, na jakie „Socjaldemokrację” stać było, złożyła ona tu co miała najokazalszego z „przędzy swych myśli i z kwiatów swych uczuć”.

Z tego powodu warto się przyjrzeć bliżej dorobkowi naukowemu „Socjaldemokracji”. Wprawdzie wszystkie niemal wywody i argumenty pani Luksemburg spotykały się nieraz z odprawą i krytyką – najgruntowniej to czynił Kazimierz Krauz – ale nie zaszkodzi jeszcze raz poddać rewizji całość tego bagażu. Wypadnie nam może w wielu wypadkach powtarzać to, co się już dawniej pisało – postaramy się wszakże rzucić więcej światła na pewne strony zagadnienia, na które mniej dotychczas zwracano uwagi.

I

Wycieczki p. Luksemburg w dziedzinę historii socjalizmu polskiego

P. Luksemburg kilkakrotnie informowała towarzyszów zagranicznych o dziejach socjalizmu polskiego, – zawsze jednak tylko w celach polemicznych, w celu nicowania „blankizmu” Proletariatu i „socjalpatriotyzmu” PPS, ażeby na tym tle okazalej się wydawała „socjaldemokracja”. W tej dziedzinie, swoim zwyczajem, czyniła dziwne odkrycia i niemałe spustoszenia.

Podając sprawozdanie na kongres międzynarodowy zuryski w r. 1893, p. Luksemburg znalazła się w niemałym kłopocie. „Socjaldemokracja” liczyła wówczas miesiąc czy dwa istnienia i mogła się wykazać jednym tylko czynem – pierwszym numerem paryskiej „Sprawy Robotniczej”. Nie było się czym chwalić przed międzynarodowym proletariatem. Ale od czegóż dowcip? P. Luksemburg po prostu zaanektowała dla siebie cały ruch robotniczy w Królestwie od r. 1890, a nawet 1889, szczególnie zaś „Związek Robotniczy”. Wprawdzie już wówczas dla nikogo nie było tajemnicą, że „Związek” prowadził walkę wyłącznie na gruncie ekonomicznym, a walki z rządem i agitacji politycznej starannie unikał, nie mówiąc już o stawianiu programu politycznego. Ale… ale p. L. musiała się koniecznie pochwalić kilkuletnim istnieniem w kraju socjalno-demokratycznej organizacji robotniczej w politycznym rozumieniu tego wyrazu. Dlatego też jeszcze w październiku 1897 r. p. L. śmiało pisała w „Sozialistische Monatshefte”, że „Związek po raz pierwszy wciągnął masę robotniczą do walki, dał jej bezpośredni program polityczny, wywołał masową akcję polityczną za pomocą święta majowego…” [1]. W r 1896 w „Neue Zeit” p. L. wyraża się jeszcze rezolutniej, mianowicie w zakończeniu artykułu o „Socjalpatriotyzmie w Polsce” pisze: „Na gruncie zasad wyżej wyłuszczonych stoi socjaldemokracja w Królestwie Polskim od pierwszego swego wystąpienia w r. 1889”. Cała tedy działalność „Związku” – z jego wielkimi zasługami na polu masowej walki ekonomicznej, ale wyraźnym brakiem charakteru politycznego – zostaje przeinaczona i przekręcona, ażeby p. L. ze swoim programem mogła chadzać w blasku spadkobierczyni „Proletariatu” i przedstawicielki całego ruchu robotniczego w Królestwie (bo i „Proletariat” w ostatnich latach swego istnienia, według przedstawienia p. L., odgrywał jeno rolę pomocniczą, niesamodzielną w stosunku do „Związku”).

Źli ludzie co prawda mówili, że „Socjaldemokracja” jest bardzo młodziutka i powstała z rozłamu w PPS, w r. zaś 1896 zakończyła żywot (czasowo tylko, jak się okazało później), przyłączając się znowu do tej, już bardzo krzepkiej, partii. Dla p. L. były to wszystko „socjalpatriotyczne” kłamstwa. „Socjaldemokracja Królestwa Polskiego ani nie wystąpiła w r. 1893 z jakiejkolwiek partii, ani się z jakąkolwiek partią obecnie połączyła. Tę niedostateczną znajomość naszego życia partyjnego zawdzięcza Haecker tendencyjnym pismom socjalpatriotów londyńskich, z których czerpał powyższe swoje informacje, tak samo jak ów rzekomy dokument o połączeniu socjaldemokracji z socjalpatriotami, i w których nie ma ani słowa prawdy”. Tak pisała p. L. w „Neue Zeit” w r. 1896. A jednak w numerze 2 „Sprawy Robotniczej” (organu, którego niepodobna posądzać o „socjalpatriotyzm”) czytaliśmy: Dnia 3 VII br. (1893) my wszyscy robotnicy, należący do Polskiej Partii Socjalistycznej, porzuciliśmy dotychczasową nazwę i przyjęli miano „Socjaldemokracji polskiej”. A jednak ów dokument, w którym „nie ma ani słowa prawdy”, był istotnie finałem ówczesnej socjaldemokracji w kraju, po którym ona przestała istnieć jako partia. Ale p. L. nie chciała się przyznać ani do tego, że jej partia wyłoniła się niedawno skutkiem rozłamu (istotnie nie wypada rozbijać solidarności proletariatu polskiego w imię międzynarodowej solidarności proletariatu), ani też do tego, że partia ta już nie istnieje – i to właśnie przed kongresem międzynarodowym w r. 1896 albo później w r. 1897, akurat wtedy, gdy redakcja „Sozialistische Monatshefte” zamówiła u p. L. artykuł o socjalizmie w Polsce. P. L. wolała użyć eufemistycznego omówienia: „ruch znowu osłabł na dłuższy czas, jak to się dotychczas zwykle powtarzało po dwóch, trzech latach żywej działalności”, co nie było prawdą, bo ruch się ciągle wzmagał pod kierownictwem PPS, tylko socjaldemokracji już nie było. A zamiast mówić o czynach swojej partii, p. L. wolała się powołać na cudze czyny: na „zupełnie samodzielnie powstały ruch socjaldemokratyczny wśród żydowskiego proletariatu Warszawy” (to jest na Bund) oraz na „Socjaldemokrację litewską”, która w owym okresie się wytworzyła (str. 107).

Tak bezceremonialnie poczyna sobie p. L. z faktami historycznymi gwoli wywyższenia swojej partii. Widzieliśmy, że zatarła ona starannie specyficzne, znamienne cechy „Związku Robotniczego”. Dopiero w przypisku z r. 1905 „do pewnego stopnia zmienia swoje stanowisko” w ocenie „Związku”, zarzucając mu „ekonomizm”. Bo p. L. dopiero od socjalnych demokratów rosyjskich, którzy u siebie energicznie zwalczali „ekonomizm”, jako karykaturę socjaldemokratyzmu (co „Przedświt” już robił w r. 1893), dowiedziała się o zdrożności „ekonomizmu”. Ale i teraz nie przestaje wykręcać się, mówiąc, iż „uważa program polityczny »Związku« raczej za empirycznie i instynktownie zajęte stanowisko” (171) – ten program, którego „Związek” wcale nie miał „Że »Związek« – mówi p. L. – rozumiał niezbędność wolności politycznych i walce o nie należyte oddawał miejsce, o tym świadczy niezbicie już choćby proklamacja majowa tej organizacji na r. 1892” (ibid.). Rok 1892 był już końcowym okresem działalności „Związku”, kiedy istotnie i towarzysze „związkowcy” silniej odczuwali potrzebę „polityki”, a owej odezwie nadali polityczny charakter właśnie ci towarzysze, którzy wkrótce potem przyłączyli się do PPS.

Jeżeli zastanawiamy się tu nad tymi szczegółami, to nie tylko dla scharakteryzowania metody polemicznej i prawdomówności w rzeczach historii p. L. Kryje się tu rzecz głębsza, ważniejsza. Bez wątpienia „Związek” nie był zgoła „Socjaldemokracją Królestwa Polskiego”, ale łączność między nimi jest taka, że „socjaldemokracja” przejęła i w zmienionej postaci do dzisiejszego dnia zakonserwowała najgorsze z cech „Związku”. Jeżeli „Związek” nie miał wcale programu politycznego, to „Socjaldemokracja” zdobyła się jeno na program połowiczny, oportunistyczny, niesamodzielny (do r. 1902 czy 1903 poprzestawała na żądaniu nieokreślonej „konstytucji demokratycznej”, dopiero gdy towarzysze rosyjscy w programie swoim umieścili dążenie do „republiki demokratycznej”, chwyciła się tego i nasza „socjaldemokracja”, pozostawiając jednakże, obok żądania zniesienia wojsk stałych i zaprowadzenia milicji ludowej – uświęcenie aneksji, zależności politycznej). Jeżeli „Związek” nie zaprzątał się w praktyce sprawą narodową, ponieważ w ogóle politykę zostawiał na boku, to „Socjaldemokracja” faktycznie wykluczyła z polityki swojej sprawę narodową, uwzględniając ją prawie wyłącznie w formie polemiki przeciwko idei niepodległości. Jeżeli „Związek”, był „sektą ekonomiczną”, zresztą wielce zasłużoną, to „Socjaldemokracja” była i pozostała sektą socjalistyczną, która żyje ciasną doktryną i nieuleczalnie jest ślepa na odrębne warunki i potrzeby swego społeczeństwa.

Wróćmy jeszcze na chwilę do poglądów p. L. na historię socjalizmu polskiego. O zaborze pruskim i Galicji p. L. ma tylko to do powiedzenia, że tam „proletariatowi polskiemu pozostawało tylko przywłaszczyć sobie teoretyczne i praktyczne wyniki rozwoju niemieckiego, względnie austriackiego ruchu robotniczego” (str. 101). Rozumie się, ani wzmianki o tym, że ruch socjalistyczny w obu tych zaborach powstał bynajmniej nie pod wpływem ruchu niemieckiego, ale w znacznej mierze dzięki inicjatywie socjalistów z zaboru rosyjskiego. Takie zaznaczenie „współdziałania trójzaborowego” byłoby zabójcze dla teorii p. L., która żadnej łączności socjalistycznej między trzema zaborami nie uznaje. Ileż to gwałtu robiła w swoim czasie p. L. z powodu łączenia się wysłanników socjalistycznych z trzech zaborów w jedną delegację polską na kongresach międzynarodowych! Jako groźny objaw nacjonalistycznego zamętu, pani L. przytacza fakt, że już „na międzynarodowym kongresie w Brukseli w r. 1891 delegaci polscy odłączyli się od swych odnośnych towarzyszy walki politycznej, by utworzyć odrębną polską delegację, co dziwnie uzasadniali tym, że ich wspólne siedzenie leży w interesach rozwoju socjalizmu w Polsce, jak również w interesach rozwoju międzynarodowej polityki socjalistycznej” (str. 2). Albo taki jaskrawy dowód „socjalpatriotyzmu”, jak wydanie w r. 1896 wspólnej dla trzech zaborów broszury majowej! (str. 10-11) [2]. Uznając takie objawy za szkodliwe wykolejenie myśli socjalistycznej na „nacjonalistyczne” manowce, p. L. wolała przemilczeć fakt, że w praktyce tego rodzaju „socjalpatriotyzm” istniał od samego początku ruchu. A dlaczego? Daremnie Kautsky usiłował wytłumaczyć to p. L. powołaniem się na „potężny wpływ wspólności językowej”, niezależnie nawet od wspólności aspiracji politycznych (str. 52-3). Od twardogłowego „materializmu” p. L. argumenty takie odskakują bezsilne.

Jak dobrze p. L. zna historię ruchu socjalistycznego w zaborze rosyjskim, o tym świadczy chociażby to, że cały pierwszy jego okres ujmuje w formułkę „blankizmu”. Blankizm – powiada – „wytworzył się powoli z wrzenia socjalistycznego, które rozpoczęło się już 1877 wśród młodzieży akademickiej w Warszawie i w 1882 wystąpił na scenę polityczną jako »socjalno-rewolucyjna partia Proletariat«” (101-2). A więc cały okres przed powstaniem „Proletariatu”, okres bardzo ciekawy i mający swój odrębny charakter, został szczęśliwie wyrzucony za nawias. P. L. widocznie nie znalazła formułki, w którą by go można było wtłoczyć. Formułkę „blankizmu” w zastosowaniu do „Proletariatu” można przyjąć chyba tylko z wielkimi zastrzeżeniami, czego tu jednak robić nie możemy, bo to wymagałoby dłuższych wywodów. W każdym razie nieprawdą jest, że „jeżeli masa z własnego popędu występowała na scenę, (to) partia nie mogła jej ofiarować nic praktyczniejszego i uchwytniejszego jak własny, ciasny dogmat sekciarski: pocieszenie przyszłą »rewolucją socjalną« (102-3). Znana agitacja „Proletariatu” z powodu rozporządzenia w sprawie rewizji sanitarnej robotnic świadczy, że tak nie było.

Ale mniejsza o to. To są już tempi passati – czasy minione. Czytelnik więcej będzie ciekaw tego, czy p. L., oprócz rzucania gromów na „socjalpatryotyzm”, raczy łaskawie uwzględniać jego działalność, czy pisząc o „socjalizmie w Polsce”, ocenia w ten lub ów sposób walkę PPS z rządem i burżuazją. Rozumie się, że p. L. tego nie robi. „Jako przeciwniczka tego kierunku, nie czuję się powołaną do zdawania tu sprawy z jego działalności i jego dorobków praktycznych, które osiągnął w Polsce za pomocą powyższej argumentacji”–oświadcza p. L. w „Soz. Monatshefte” (107-8). Jest to bez wątpienia dowcipny sposób wybrnięcia z kłopotu, jakiego p. L. nabawiała bezsilność jej partii i siła PPS. Najlepiej dać do zrozumienia, że praktyczna działalność PPS niegodna jest uwagi. Bo jak się może zdobyć na poważną akcję „nieliczna inteligencja drobnomieszczańska”, za którą żadna warstwa społeczna nie stoi, cóż mogą znaczyć „nieliczne socjalpatriotyczne elementy w Królestwie Polskim”, jak pani L. pisała w r. 1896 w „Neue Zeit” (str. 26).

Tak „socjaldemokracja” pisze historię i tak zdaje sprawę z ruchu socjalistycznego w zaborze rosyjskim.

II

Wycieczki p. Luksemburg w dziedzinę porozbiorowej historii polskiej

P. L. w „Neue Zeit” z r. 1897/98 umieściła artykuł pt. „Krok za krokiem. Przyczynek do historii klas burżuazyjnych w Polsce”. Ma to być filozofia historii burżuazji polskiej, z której wypływa, że po pierwsze burżuazja w Królestwie zawdzięcza swe powstanie i rozwój jedynie i wyłącznie Rosji, nie tylko rynkom rosyjskim, lecz i świadomemu, celowemu popieraniu jej przez rząd najezdniczy w celach rusyfikacyjnych, że po wtóre burżuazja polska nie odpłaciła rządowi niewdzięcznością, lecz owszem, poparła go ze swej strony i „krok za krokiem” postępując po tej drodze, pociągając za sobą inne klasy społeczne: szlachtę, większość drobnomieszczaństwa i inteligencji, stała się wreszcie „oporą absolutyzmu i najazdu”, przedstawicielką „czynnej polityki rosyjskiej” w Polsce, „rosyjską pod względem politycznym”. Burżuazja „przenosi, że tak powiemy, rząd samowładny do Polski”, „społeczeństwo polskie wrasta, że się tak wyrazimy, w absolutyzm, ten ostatni przestaje być wyłącznie rosyjskim, staje się także polskim absolutyzmem”. P. L., jak widzimy, nie szczędzi określeń, aby uwypuklić i jak najostrzej wyrazić myśl swoją co do zupełnego bankructwa wszelkiej polityki narodowej w Polsce. A bankructwo to jest tylko rezultatem stuletniego niemal rozwoju „klas burżuazyjnych w Polsce”. P. L. tak się zawzięła, tak zacietrzewiła, że aż Kautsky musiał ją mitygować w przypisku do artykułu. „Nie całkiem stoimy na punkcie widzenia autorki i szacujemy siłę żywotną polskiej narodowości wyżej niż ona” – zastrzega się starannie (str. 89). Ba, cenić „siłę żywotną narodowości polskiej” jak najniżej – toć to przecież stały leitmotiv pism p. L.!

Przyjrzyjmy się nieco jej wywodom historycznym. Zasługę wyhodowania w Królestwie przemysłu i burżuazji p. L. przypisuje rządowi rosyjskiemu. Ażeby tego dowieść, p. L. przemilczała fakt, że już w ostatniej dobie istnienia Rzeczypospolitej gorliwie krzątano się koło rozwinięcia przemysłu, że po rozbiorach rząd Księstwa Warszawskiego również o to zabiegał i że działalność rządu autonomicznego Kongresówki jest pod wielu względami tylko dalszym ciągiem tych usiłowań. Rząd rosyjski ani car absolutnie żadnej w tym kierunku inicjatywy nie dali. Pobudka była chyba tylko ta, że Aleksander I zagroził zniesieniem autonomii, jeżeli w skarbcu Królestwa będzie nadal deficyt, toteż minister skarbu Drucki Lubecki energicznie wziął się do roboty, przy czym głównie chodziło mu o interesy fiskalne, a rozwój przemysłu miał służyć za środek do tego celu. I to p. L. nazywa krzewieniem przemysłu „w jak najściślejszej zgodzie i porozumieniu z Rosją” (str. 90), podczas gdy w rzeczywistości „Rosja” nie tylko nic z tym nie miała do czynienia, ale owszem, już wówczas sarkała na konkurencję polską! „Ukazy to carskie (1815-1830) – pisze p. L. – zwabiły rękodzielników z zagranicy do Polski i przebiły pierwszy wyłom w starym ustroju szlacheckim” (tamże). „Wabienie rękodzielników z zagranicy” było tradycją, pozostawioną przez rząd Księstwa Warszawskiego – i jeżeli na ukazach figurowało imię carskie, to jednakże były one dziełem nie cara, lecz rządu polskiego. Z właściwą sobie logiką i znajomością prawa publicznego p. L. gotowa przypisać rozwój przemysłu węgierskiego w ostatnich dziesięcioleciach – cesarzowi austriackiemu. A zresztą – zapytać by można p. L. – jeżeli to prawda, że rząd rosyjski od samego początku dążył do wytworzenia burżuazji, jako „łańcucha, przykuwającego Polskę do Rosji”, to dlaczegóż polityki tej nie stosował np. na Litwie?

P. L. zaznacza, że po powstaniu 1830 r. rząd carski podwyższył cła na towary polskie. „Ale wkrótce w roku 1833 wracają popierające przemysł ukazy carskie”, co jednak – według nas – dowodzi tylko tego, że rząd carski robił ustępstwa na rzecz przemysłu ze względów fiskalnych. O autonomicznej instytucji finansowej, Banku Polskim i działalności prywatnej Steinkellera p. L. woli nie wspominać, bo cóż to znaczy wobec „ukazów carskich”!

W r. 1850 rząd carski zniósł granicę celną między Polską a Rosją, co bezwarunkowo było ważnym czynnikiem w rozwoju przemysłu naszego. Rząd kierował się tu chęcią stopniowego zniszczenia odrębności Polski (Królestwo miało jeszcze własny budżet – do r. 1868 – i odrębną administrację) oraz, zapewne, przykładem Zollvereinu niemieckiego, który posłużył za podstawę do zjednoczenia ziem niemieckich pod władzą Prus. Ale i rząd carski wówczas i p. L. do dziś dnia – nie wiedzą, że zjednoczenie celne prowadzi do zjednoczenia politycznego, jeżeli chodzi o jeden naród, jeżeli ze wspólnymi interesami ekonomicznymi łączą się wspólne interesy narodowe (por. Krauz, Wybór p. p. str. 249-255). Dążność do połączenia ekonomicznego i politycznego, bardzo silna i żywa w narodzie niemieckim, poprzedziła Zollverein i zręcznie została wyzyskana przez Prusy. W państwie zaś rosyjskim, w trzynaście lat po zniesieniu granicy celnej wybuchło – powstanie.

P. L. naturalnie utrzymuje, że tylko szlachta, duchowieństwo i drobnomieszczaństwo były wrogami najazdu, natomiast burżuazja stała po stronie Rosji. Ale to już jest fantazja p. L. Oczywiście, jeżeli przez burżuazję rozumieć „pstre zbiegowisko rozmaitych niewyraźnych egzystencji” (str. 91), różnych kolonistów niemieckich, lichwiarzy żydowskich itp., to to zbiorowisko bez żadnego wpływu społecznego, jak sama p. L. przyznaje, zupełnie nie wchodzi w rachubę, jako żywioł zupełnie obcy, pozbawiony wszelkich tendencji politycznych, ani z Polską, ani z Rosją nie mający nic wspólnego. Natomiast, o ile burżuazja się polszczyła albo wychodziła ze społeczeństwa polskiego, o ile stawała się zarodkiem nowej warstwy w narodzie – nie zdradzała ona bynajmniej dążeń antynarodowych, jak utrzymuje p. L., nie stała po stronie Rosji. Przed powstaniem 1863 r. i podczas powstania – nieliczna wówczas – burżuazja łączyła się z zamożną szlachtą w stronnictwo „białych”, tak jak drobnomieszczaństwo szło ręka w rękę z niezamożną szlachtą i inteligencją, jako obóz „czerwonych”. Zgoła fałszywe jest twierdzenie p. L., że „szlachta i burżuazja stanowiły pod każdym względem bieguny wprost przeciwległe” (str. 91).

Ale p. L. umie przyrządzać jeszcze lepsze fabrykaty historyczne. Jak „materialistycznie” umie ona objaśnić powstania polskie! „Zagrożona w swej władzy nad chłopstwem przez podstępne wichrzenia rosyjskiego rządu, zagrożona przez faworyzowaną przez Rosję gospodarkę burżuazyjną, szeroka masa szlachty pchnięta była ku opozycji. W danych warunkach jej wewnętrzne walki klasowe musiały przybrać formę narodowej walki z rosyjskim caratem” (tamże). A więc szlachta robiła powstania, mając na widoku utrzymanie pańszczyzny i poskromienie burżuazji, to były jedyne pobudki powstań narodowych! Jak ten przedziwny „materializm” pięknie się godzi – z Iłowajskim! W rzeczywistości zaś „podstępne wichrzenia rządu rosyjskiego” wśród chłopów były nie przyczyną ani powodem ruchu narodowego wśród szlachty, ale przeciwnie – jego skutkiem, następstwem powstania 1863 r. „Wichrzenia” te jeno osłabić mogły ruch narodowy szlachty, nie zaś go podsycić, jak się wydaje p. L. Tak było np. w Galicji w r. 1846, gdzie przeciwko „buntowniczej” szlachcie Metternich zorganizował krwawe szajki Szeli. Zresztą Mikołaj nie naśladował tego przykładu, bo obawiał się wszelkiego ruchu, a zarazem nie chciał zaraźliwego przykładu dla chłopów rosyjskich. To wywołało ów słynny list Wielopolskiego, w którym on korzy się przed carem, jako obrońcą interesów szlacheckich. Nie potrzebujemy dalej przypominać, że przed r. 1830 mowy być nie mogło o wichrzeniach rosyjskich wśród włościan, pierwszym zaś czynem powstania 1863 r. był manifest o uwłaszczeniu chłopów – zwycięstwo stronnictwa „czerwonych” nad klasowymi interesami szlachty folwarcznej. Jakże wobec tego wszystkiego wygląda twierdzenie p. L. – owoc potwornego związku „materializmu dziejowego” z lłowajskim?

Że źródłem ruchów powstańczych było także „zagrożenie szlachty przez gospodarkę burżuazyjną” – to również jest wymysłem p. L. Burżuazja była zbyt słaba, aby sprzeczność interesów mogła się ujawniać jako tako poważnie, a cóż dopiero prowadzić do „walki narodowej z Rosją”! Toteż widzieliśmy, że burżuazja, o ile była polską lub spolszczoną, łączyła się ze szlachtą, taki zaś przywódca szlachty jak Andrzej Zamojski sam zajmował się przemysłem i popierał rozwój przemysłowy.

Ale przejdźmy do czasów po r. 1863, do okresu właściwego rozwoju kapitalizmu i burżuazji. Ponieważ rozkwit burżuazji naszej nastąpił po stłumieniu powstania, w dobie, kiedy cała Europa burżuazyjna zarzuciła na dobre wszelkie tradycje rewolucyjne, ponieważ dalej – każda burżuazja pożąda „spokoju”, „opieki nad mieniem i życiem”, a nasza burżuazja miała nadto gotowe, ogromne rynki na Wschodzie – rozumie się przeto, że nie zdradzała ona żadnych niebezpiecznych aspiracji politycznych. O ile zaś burżuazja ta była obcą (a więc szczególnie w Łodzi), to w ogóle stała ona poza wszelkimi aspiracjami kraju.

P. L. rozwodzi się nad programami burżuazyjnymi, które powstały na tle kapitalistycznego rozwoju Królestwa: nad pracą organiczną i ugodą. W pracy organicznej widzi chytry manewr burżuazyjny, polegający na tymczasowym godzeniu ideałów narodowych z kapitalizmem i panowaniem rosyjskim. W ugodzie zaś widzi dalszy stopień rozwoju burżuazji, pozbycie się zupełne „narodowego frazesu” i „nieosłonięte popieranie” absolutyzmu i najazdu. Przyjęcie cara w Warszawie to – w jej oczach – początek „nowej ery politycznego rozwoju Polski”, początek „polsko-rosyjskiego absolutyzmu”. Słowem „organiczne wcielenie” w najgorszej czy najlepszej formie…

„Polsko-rosyjski absolutyzm” jest to jeden z tych miłych wynalazków p. L., którymi w zacietrzewieniu swojej dialektyki lubi ona zbogacać naukę. W jaki to sposób szukanie przez burżuazję i szlachtę modus vivendi przy istniejących warunkach, w jaki to sposób nadzieje klas posiadających, że przez lojalność uzyskają ustępstwa – mogą absolutyzm z rosyjskiego uczynić polskim? Czy Mikołaj II koronował się na króla polskiego, mianował nowego Wielopolskiego, stworzył rządy polskie w Królestwie? Nie, powiedział tylko do szlagonów i burżujów: „Wierzę w szczerość uczuć waszych” – i absolutyzm polski gotów…

Tak się rzecz przedstawia p. L., która z czasowego nastroju burżuazji, z bezmyślnej jej taktyki lubi wyciągać dalekosiężne, epokowe wnioski. P. L. prawdopodobnie się nie spodziewała, że jej „nowa era polskiego absolutyzmu” tak prędko minie, że ugoda tak prędko uschnie i skurczy się. Nie przewidziała, że maluczko – a nastąpi nowa era „frazesu narodowego”, że klasy posiadające rzucą się w objęcia narodowej demokracji.

Bo p. L. ślepa jest na to, że wszystkie te nastroje i programy burżuazji, mądre czy głupie, nikczemne czy nie nikczemne, muszą w sobie odbijać tak lub owak fakt odrębności naszego położenia. Pani L. się wydaje, że opisuje fakt stopniowego upadku polityki narodowej, gdy tymczasem górującym faktem doby popowstańczej jest antyrewolucyjność naszych klas posiadających. Nie „organiczne wcielenie” burżuazji i szlachty do Rosji – czego zgoła nie było – lecz przystosowywanie się tych klas do położenia, stworzonego przez politykę rządową – oto co charakteryzuje ich zachowanie się. Fakt zależności narodowej i niemocy wobec absolutyzmu i najazdu miał tu naczelne znaczenie. Toteż po upadku ugody, a zwłaszcza podczas rewolucji obecnej, zmartwychwstał „frazes narodowy”, pogrzebany przez p. L., i większość przeważająca naszych żywiołów szlachecko-burżuazyjnych pogarnęła się do narodowo-przeciwrewolucyjnej polityki, ucieleśnionej w narodowej demokracji (szerzej pisaliśmy o tym w broszurze „Koordynacja czy utożsamienie?”). Po prostu jak satyra na „organiczne wcielenie” wygląda ten całkiem odmienny rozwój naszych klas posiadających w porównaniu z rosyjskimi. A p. L. już zdążyła nadzwyczajnie uprościć sytuację: polsko-rosyjski absolutyzm, jedna w Rosji i w Polsce szlachta, jedna burżuazja, jedna klasa robotnicza! I z tej „powodzi historycznej” p. L. obiecywała tylko uratować, „co jeszcze ratować się daje” – kulturę polską (str. 101). Dzięki Bogu! Bośmy już, czytając na str. 100: „Żandarm rosyjski jako szyldwach kultury polskiej – oto ostatnie słowo burżuazyjnego nacjonalizmu” – na serio się obawiali, czy przy takim szyldwachu „powódź historyczna” nie uniesie i kultury polskiej. Okazało się na szczęście, że „organiczne wcielenie” nie zajdzie tak daleko i że „socjaldemokracja, płynąca pod pawilonem międzynarodowego socjalizmu, wiezie w Polsce na swej nawie skarb sprawy narodowo-kulturalnej…” (str. XXX). Bóg zapłać i za to…

Wróćmy jeszcze na chwilę do artykułu p. L. W samym jego końcu okazuje się, że absolutyzm w r. 1898 miał u nas – oprócz wszystkich innych podpór, wymienionych uprzednio przez p. L. – jeszcze jeden „filar”: chłopstwo. P. L. bowiem wydawało się, że chłop polski po trzydziestu kilku latach jest wciąż jeszcze oddanym rządowi chłopem z 63 r. Że już wówczas nie tylko narodowa, lecz i socjalistyczna propaganda szerzyła się z powodzeniem wśród włościan, o tym p. L. naturalnie nie wiedziała. „O ile chłop polski – pisała ona w innym artykule w r. 1896 – mógłby mieć fizjonomię polityczną, to znamiennym jej rysem jest dziś jeszcze tradycyjna nienawiść do szlachty i niedowierzanie względem każdego ruchu narodowego, w którym chłop podejrzewa »pański szwindel«, a obok tego chłopskie tępe, niewolnicze przywiązanie do rządu carskiego, jako do mniemanego wyswobodziciela chłopa z piekła szlacheckiej pańszczyzny” (str. 34). Zmiana – według p. L. – może nastąpić tylko wtedy, gdy rząd porobi lojalnej szlachcie ustępstwa kosztem chłopów. „Skoro… szlachta w imieniu caratu pocznie skórę zdzierać z chłopów, wtedy przyjdzie kres na starą bajkę o »carze – oswobodzicielu chłopów«. Wtedy niedługi okres nowej gospodarki szlacheckiej wystarczy, aby zamienić całą gorycz zawiedzionej ufności w fanatyczną nienawiść do cara, a dzisiejszy filar samowładztwa w mocną podporę walczącego proletariatu” (str. 101). A przecież już Kautsky, który dalej chyba stoi od naszego życia społecznego, niż p. L., w r. 1896 wnioskował z położenia ekonomicznego chłopów polskich i finansowej polityki rządu, że włościanin nasz przestał już stanowić „poważną zawadę dla ruchu narodowego” (str. 50). Prognostyki zaś p. L. okazały się akurat tyle warte, co jej wywody historyczne i znajomość stosunków współczesnych [3].

III

Rewolucja socjalna, ustrój socjalistyczny a niepodległość Polski

P. L. kilkakrotnie, w różnych swoich artykułach zaznacza, że wprawdzie o niepodległości Polski w ustroju kapitalistycznym nie może być mowy, ale za to zwycięstwo socjalizmu „samo przez się” tę kwestię rozwiąże, usunie „raz na zawsze ujarzmienie narodu polskiego i uniemożliwi wszelki ucisk kulturalny” (str. 177). Jeszcze wyraźniej mówi przyjaciel p. L., Franciszek Mehring: „Dziś wskrzeszenie Polski możliwe jest tylko drogą rewolucji socjalnej, w której proletariat nowożytny skruszy jednocześnie własne swe kajdany” (str. 123).

Zdawało by się więc, że przynajmniej pod tym względem nie ma powodu do sporu. Okazuje się, że bądź co bądź niepodległość Polski nie jest hasłem przebrzmiałym, pogrzebanym wraz ze szlacheckimi powstaniami, że je za swoje uzna i urzeczywistni rewolucja socjalistyczna. Ale… Ale oto słyszymy od p. L. surowe napomnienie: „Narodowe wyzwolenie Polski po tej rewolucji (socjalnej) jest samo przez się zrozumiałe, nie może zatem stanowić żadnego osobnego postulatu w agitacji dzisiejszej” (str. 26). Dziwne, bardzo dziwne słowa! Zdawało by się, że jeżeli ta rzecz jest zrozumiała sama przez się, bezsporna, jeżeli konieczną konsekwencją socjalizmu jest niepodległość narodowa, to należy o tym jak najgłośniej i jak najczęściej mówić i w tym duchu prowadzić agitację. Zdawało by się, że dla proletariatu narodu ujarzmionego jest to sprawa dość ważna, aby z niej uczynić „osobny postulat w agitacji”. Przecież zarówno w propagandzie, jak w agitacji staramy się rozwinąć i wyzyskać wszystkie konsekwencje i wszystkie strony socjalizmu – i im dokładniej to czynimy, tym lepiej. Albo – albo. Albo czynimy z niepodległości narodowej, jako jednej ze stron socjalizmu, jego warunku lub konsekwencji, „osobny postulat w agitacji” – albo jest to tylko frazes do niczego nie obowiązujący, rzucony „na odczepne” wobec zbyt natarczywych argumentów. W pierwszym wypadku traktujemy niepodległość poważnie, w drugim zaś – tak jak… p. L.

Ale nie dość tego. Tracimy wszelką wiarę w zapewnienia p. L., a raczej w szczerość tych zapewnień, skoro czytamy np.: „wzrost siły politycznej proletariatu prowadzi w końcu do jego panowania w danym państwie, w żadnym zaś razie do rozkawałkowania tego państwa. Walka socjaldemokratyczna daje proletariatowi siłę do zniesienia państwa, jako instytucji społecznej, zastąpienia go przez społeczeństwo socjalistyczne, żadną zaś miarą nie daje mu siły do rozerwania danego państwa, jako ciała politycznego, w ramach ustroju kapitalistycznego” (str. 11). A więc proletariat zapanuje w istniejących państwach, co znaczyć może tylko, że z istniejących państw zbuduje republiki socjalistyczne. Z istniejących? Gdzież tu więc miejsce na niepodległą Polskę? Proletariat zapanuje w danym, to znaczy przez kapitalizm przekazanym państwie, ale nie pokawałkuje go. Co więc będzie z Polską, gdzie tu „wskrzeszenie Polski”, przyobiecane przez p. L. i Mehringa?! Proletariat nie pokawałkuje państwa, ale zniesie je –odpowie nam p. L. A więc rezultat: Polska w ustroju kapitalistycznym jest niemożliwą, w ustroju socjalistycznym nie ma co o niej mówić, bo wówczas państwo „zniesie się”. A więc Polska nigdy nie wskrześnie jako państwo, nawet jako państwo robotnicze. Tylko, że nasz „socjalpatriotyczny” umysł nie może pogodzić dwóch sprzeczności: proletariat zapanuje, to znaczy: stworzy swoje państwo, ujmie władzę w ręce, zbuduje republikę socjalistyczną – a jednocześnie, według p. L., „zniesie” państwo. Logika nie pozwala naraz robić dwóch rzeczy sprzecznych. Albo proletariat posiądzie władzę, a więc stworzy nowe państwo, oczywiście zupełnie różne od dzisiejszego, ale zawsze państwo (zorganizowaną, na określonym terytorium władzą, mającą swoje organy i sposoby regulowania stosunków społecznych, wspólnotę ludzką) – albo od razu „zniesie” państwo, jak chcą anarchiści. Tylko p. L. może chcieć dwóch tych rzeczy jednocześnie. Rozumie się, zadaniem dalszego rozwoju będzie sprowadzenie do minimum „przymusowych” funkcji państwa, zastąpienie „rządów nad ludźmi” „rządem nad rzeczami”, ale wszystko to możliwe jest tylko jako ewolucja republiki socjalistycznej, państwa-społeczeństwa robotniczego. A więc „zniesienie” państwa w przeciwieństwie do „rozkawałkowania” to tylko nowy wykręt p. L., aby nie stawiać wyraźnie kwestii polskiej republiki socjalistycznej.

Bo i po cóż? Wszak to drobnostka, o której mówić nie warto, „wobec wszechświatowego przewrotu”. „Gdy (proletariat) prędzej czy później ujmie ster polityki wewnętrznej, jak i wszechświatowej w swe dłonie – zaiste wtedy skargi socjalpatriotów o przewodnictwo (?) kulturalne Królestwa przed caratem i o germanizację w Poznańskiem będą – wobec wszechświatowego przewrotu – przedawnionym sporem »o charcim ogonie«” (str. 146). Ale ba – kwestia polska, zdaniem p. L., jest drobnostką nie tylko „wobec wszechświatowego przewrotu”, ale i w porównaniu – z kwestią alzacko-lotaryńską. „…Jeżeli mówić specjalnie o zaborze alzacko-lotaryńskim, to zniesienie go byłoby nieskończenie ważniejszym dla międzynarodowego proletariatu (od wyzwolenia Polski)” (str. 88).

Widzimy więc, do czego się sprowadzają uroczyste obietnice p. L., że Polska zmartwychwstanie w ustroju socjalistycznym. Po pierwsze nie wolno z tego robić „osobnego postulatu w agitacji”, po wtóre republika polska powstanie wtedy, kiedy już państw w ogóle nie będzie, po trzecie jest to drobnostka, niegodna uwagi międzynarodowego proletariatu.

P. L. dialektycznymi sztuczkami tak zagrodziła drogę do Polski w ogóle, że bez nowych łamańców i karkołomnych skoków, takich jak powyższe, nie może naturalnie przebrnąć do Polski socjalistycznej. Bo i jakże? Ciągle słyszymy od niej, że kwestia polska już jest rozwiązana, i to w sensie przeczącym, przez „organiczne wcielenie”, ekonomiczne i polityczne, wszystkich trzech zaborów do państw najezdniczych, że szczególnie Królestwo i Rosja stanowią jeden organizm (gdzie indziej czytamy: mechanizm) ekonomiczny, że nie tylko polskie klasy posiadające „zasymilowały się – jak utrzymuje Mehring – z klasami panującymi we wszelkich (?) trzech państwach podziałowych” (str. 122), ale że ten sam los spotkał proletariat polski w stosunku do proletariatu rosyjskiego, austriackiego i niemieckiego. Wyobraźmy sobie, że wszystko to jest prawdą i że zwycięski proletariat spotyka taki schemat w rzeczywistości, nie tylko w artykułach p. L. Z jakiej racji ma on rozbijać „organizmy ekonomiczne”, to jest pewne całości, do pewnego stopnia wystarczające sobie, a więc gotową, naturalną podstawę „socjalizacji”? Dlaczego proletariat ma brać się do rozwiązywania kwestii już dawno rozwiązanych w sposób całkiem przeciwny? Dlaczego proletariat ma galwanizować trupa i odbudowywać, zburzoną przez kapitalizm, „starą ruderę nacjonalizmu” (str. 88)? W jaki to sposób proletariat polski, któremu p. L. surowo zabrania „wystawiać niepodległość jako osobny postulat”, któremu się nakazuje pilnie baczyć na słupy graniczne, któremu się wyrywa z rąk trójzaborową „majówkę”, a jego delegatom na kongresach międzynarodowych nie pozwala razem siedzieć i obradować – w jaki to sposób proletariat, tak wychowany, ma nagle poczuć pragnienie „jedności i niepodległości”? Zrozumieć, że teraz „już wolno”?

Prawa logiki i rozwoju historycznego nie ustają, kiedy jest mowa o przewrocie socjalistycznym. Socjalizm nie będzie improwizacją ani widzeniem z Apokalipsy, ani cudowną przemianą za skinieniem różdżki czarodziejskiej. Może on wyzwalać tylko istniejące siły, dojrzałe czynniki, może rozwiązywać nie pogrzebane kwestie, lecz tylko nierozwiązane albo rozwiązane źle i niedostatecznie. Proletariat zwycięski rozwiąże wszystkie dzisiejsze kwestie narodowościowe (o ile one do tego czasu nie będą rozwiązane), ale to nie przyjdzie „samo przez się”. Wszystkie te czynniki spraw narodowościowych, które istnieją dzisiaj, a więc np.: kwestia terytorium, zabezpieczenia praw mniejszości narodowych, związku spraw ekonomicznych z narodowymi itp. będą istniały i wówczas i domagały się uregulowania. Różnica naturalnie będzie ta, że kwestii tych nie będzie komplikował antagonizm państw i klas, że więc będą rozwiązane w sposób pokojowy i demokratyczny na mocy plebiscytu, umowy wzajemnej itp. Ale żadna nowa republika -– czy przed, czy po zwycięstwie socjalizmu – oczywiście nie może powstać, jeżeli społeczeństwo odpowiednie w dobie rozwoju kapitalistycznego zatraci zdolność i możność samodzielnego bytu, poczucie swojej odrębności politycznej, jeżeli się „wcieli” do obcych społeczeństw jako np. – mówiący po polsku – Rosjanie, Austriacy czy Niemcy. A właśnie taki rozwój, zdaniem p. L., ma nas doprowadzić do zjednoczenia i wyzwolenia w ustroju socjalistycznym!

Przypuśćmy, że ktoś orlim wzrokiem przejrzał cały okres dzielący nas od ostatecznego zwycięstwa socjalizmu i doszedł do wniosku, że zjednoczenie ziem polskich i zupełna niepodległość Polski są przed tym terminem zgoła niemożliwe. Jeżeli jest to człowiek, który poważnie traktuje sprawę niepodległości i realistycznie, naukowo – przewrót socjalistyczny, to musi on sobie powiedzieć: ażeby kiedyś urzeczywistniła się niepodległość, proletariat już dziś musi do niej dążyć, musi się starać zbliżyć do tego ideału, musi walczyć o to wszystko, co odrębności narodowej i społecznej Polski nadaje, choć częściowo, polityczny wyraz. Oczywiście nie przez „organiczne wcielenie”, jeno przez rozwijanie samoistności swojej na zasadzie demokratycznej i na gruncie walki klasowej dojdziemy do Polski socjalistycznej.

P. L. ma wszakże własną metodę rozumowania, którą zwie „dialektyczną”, a która w danym wypadku polega na tym, że „narodowe wyzwolenie Polski” w ustroju socjalistycznym traktuje się jako sprawę bez korzeni w przeszłości, bez przyczyny i bez celu, a więc – jako mętny frazes bez żadnego praktycznego znaczenia.

IV

Rozwój kapitalistyczny, konieczność historyczna i historyczne „przypadki”.

Przenieśmy się teraz z krainy przyszłości na grunt ustroju kapitalistycznego. Na tym gruncie, jak wiemy, p. L. surowo zabrania proletariatowi dążyć do niepodległości Polski, czyli – innymi słowy – pragnie odebrać dążeniu temu wszelki grunt. Albowiem, według niej, niepodległość Polski nie może wylegitymować się koniecznością historyczną. Konieczność historyczna – w jej przedstawieniu – to jakaś siła metafizyczna, kręcąca ludźmi jak marionetkami. Konieczność ta oznacza, że się coś stać musi – nie dlatego, że ludzie do tego dążą, korzystając z rozwoju ekonomicznego, ale że sam rozwój ekonomiczny do tego zmierza. Każde dążenie proletariatu, cały tzw. program minimalny, ażeby pozyskać łaskę w oczach p. L., musi się usprawiedliwić nie tylko możliwością swoją, nie tylko zgodnością z interesami proletariatu, nie tylko tym, że nie przeczy rozwojowi ekonomicznemu, nie tylko tym, że –teoretycznie przynajmniej – da się pogodzić z kapitalizmem. To wszystko za mało. Jak Szajlok, p. L. domaga się całego swego długu. Program minimalny powinien wykazać, że musi się na gruncie kapitalistycznym urzeczywistnić, że kapitalizm w tym kierunku prze z nieubłaganą siłą. „Program bezpośredni (?) partii socjalistycznej – mówi p. L. – nie może przedstawiać nic innego, jak tylko etapy historyczne w rozwoju dzisiejszego społeczeństwa ku socjalistycznemu przewrotowi” (str. 139). A te znów etapy są z góry wytyczone przez konieczność historyczną, przez kierunek rozwoju ekonomicznego w danym kraju.

Co prawda „konieczność historyczna” nie zawsze u p. L. ma tak groźne, metafizycznie nieubłagane oblicze. Niekiedy okazuje się, że ta „konieczność historyczna” to tylko „tendencje rozwoju społecznego”. To, co na jednej stronicy „postępuje naprzód z fatalizmem praw przyrody” (str. 138), gdzie indziej znów kroczy o wiele skromniej, jako „tendencja” społeczna. A to są chyba rzeczy różne. Konieczność historyczna nie daje żadnego wyboru: jedna tylko rzecz na jej mocy urzeczywistnić się musi. Tendencje historyczne dają do pewnego stopnia taki wybór, gdyż ich wytwór społeczny powstaje jako wynik ścierania się różnych tendencji, jako wypadkowa różnych czynników i ich wzajemnego na siebie działania. Różnica to bardzo ważna, ale p. L. nie zdaje sobie z niej sprawy albo ją ignoruje, widocznie pragnąc nadać więcej „fatalizmu praw przyrody” wywodom swoim.

Niekiedy znów u p. L. „konieczność historyczna” przedzierzga się w trywialnie-pospolity interes burżuazji. W tej wersji, najmniej fatalistycznej, konieczność ta sprowadza się po prostu do przeszkody, jaką te lub owe dążenia proletariatu napotykają w interesach, mniej lub więcej żywotnych, mniej lub więcej trwałych – klas posiadających. Z tą wersją będziemy jeszcze później mieli do czynienia. Ale ponieważ p. L. wypiera się utożsamiania w wielu wypadkach interesów rozwoju społecznego z interesami burżuazji (str. 72), przytoczymy więc tu zaraz wcale niedwuznaczne jej zdanie: „Polityczna fizjonomia mieszczaństwa jest w Polsce, jak wszędzie w ogóle, najwierniejszym odbiciem interesów kapitalizmu w kraju” (str. 5). Ba, toć widzieliśmy już poprzednio, że p. L. nawet czasowe nastroje burżuazji, nawet jej taktykę w danej chwili podnosi do godności „konieczności historycznej”, z którą proletariat w żaden sposób rady sobie dać nie może.

Niekiedy jeszcze – a nawet zwykle – p. L dla podparcia tej specjalnej „konieczności” ekonomicznej, która wciela dzielnice Polski do państw zaborczych, ma w obwodzie „trzy rządy”. Przyznać należy, że ta ostatnia „konieczność”, oszczeciniona bagnetami, jest o wiele poważniejszym argumentem od naukowych wywodów p. L. Ale p. L. wcale nie dostrzega, że dwie te „konieczności” są zupełnie różnego gatunku, a nawet często antagonistyczne. Weźmy przykład. Swego czasu p. L. w prasie niemieckiej gorąco przemawiała za oderwaniem Armenii od Turcji, jako za koniecznością historyczną, ponieważ Turcja niezdolna jest do kapitalistycznego rozwoju i musi się rozpaść. A jednak to, co było „koniecznością historyczną” dla Armenii, okazało się słabszym od bagnetów tureckich – i musi być chyba wsparte przez dyplomację i bagnety europejskie, ażeby się urzeczywistnić. Dla Grecji, Serbii, Bułgarii wyzwolenie było zapewne „koniecznością historyczną”, ale prawdopodobnie bardzo długo wypadłoby im czekać na jej urzeczywistnienie, gdyby nie pomoc rządów europejskich. Albo inny przykład. P. L. przyznaje, że powstania polskie były „koniecznością historyczną”: wobec nikłego rozwoju kapitalizmu nie było jeszcze wówczas „organicznego wcielenia”, przodująca pod względem ekonomicznym warstwa szlachecka stała na czele ruchu narodowego itd. A jednak – bagnety nawet nie trzech rządów zaborczych, lecz tylko jednego wystarczały, ażeby tę „konieczność” zdeptać i zgładzić ze świata. Bo p. L. nie wie, że w życiu rzeczywistym ścierają się różne „konieczności” i że wcale nie zawsze to, co nazywa „koniecznością” ekonomiczną, wychodzi z walki zwycięsko.

P. L., stosownie do potrzeb polemicznych, wysuwa różne postaci swojej „konieczności”: to jako nieubłaganą metafizyczną potęgę, to jako łagodniejszą „tendencję społeczną”, to jako interesy klas posiadających, to wreszcie jako siłę, wspartą o bagnety. Nieścisłość pojęć, żonglowanie wyrazami bez dokładnie określonej treści okazują jej niemało usług w polemice.

Wróćmy wszakże do kwestii tzw. programu minimalnego. Kautsky co do tego zrobił p. L. kilka ojcowskich uwag, karcąc za „dziwne niezrozumienie istoty socjalistycznego programu”. „Nasze żądania praktyczne – mówił Kautsky – …nie mierzą się tym, czy dadzą się urzeczywistnić przy istniejącym ustosunkowaniu sił, lecz podług tego, czy dadzą się pogodzić z istniejącym ustrojem społecznym i czy ich realizacja w stanie jest ułatwić i poprzeć walkę klasową proletariatu i utorować mu drogę do władzy politycznej. Na chwilowe ustosunkowanie sił nie zwracamy przy tym żadnej uwagi. Programu socjalno-demokratycznego nie robi się na moment, on powinien wystarczyć na wszystkie ewentualności w dzisiejszym społeczeństwie. 1 służyć powinien nie tylko do działalności, lecz także do propagandy…” (str. 45). W tych zwięzłych, jędrnych słowach zawiera się właściwie druzgocząca krytyka stosowania przez p. L. pojęcia konieczności dziejowej, czy to jako fatalizmu metafizycznego, czy jako oportunistycznego liczenia się ze stosunkiem sił [4] w danej chwili (a więc: interesy burżuazji, „trzy rządy zaborcze”). Krauz w art. „Ostatnie nieporozumienie’’ (zob. Wyb. p. p. str. 168-188) szeroko rozwinął analizę pojęcia programu minimalnego, uznając go za wypływające z interesów proletariatu, ale zgodne z interesami tych lub owych innych warstw społecznych, nie bezwzględnie sprzeczne z ustrojem kapitalistycznym – sformułowanie różnych szczebli prowadzących do socjalizmu lub różnych stron socjalizmu. Są to jednak przede wszystkim szczeble logiczne; czy i w jakim stopniu staną się rzeczywistością na gruncie kapitalistycznym, to już zależy od warunków, których z góry prawie nigdy przewidzieć nie można. „Różne społeczeństwa faktycznie wznoszą się na niektóre z tych szczebli, a robią to nierównomiernie, dorywczo, częściowo, to w jednej dziedzinie, to w drugiej” (str. 176). W każdym razie między programem minimalnym a ostatecznym celem socjalizmu nie ma i nie może być jakiejś przepaści: „bo ostatecznie program maksymalny musi się znajdować i w minimalnym, tylko ujęty z pewnej strony i posunięty do pewnego stopnia” (str. 178).

Do powyższych wywodów dorzucimy jeszcze kilka uwag. Rzeczą jest uwagi godną, że polityczna część socjalistycznego programu minimalnego właściwie zawiera niemal wszystko, co stanowić będzie musiało – przynajmniej początkowo – formy polityczne republiki socjalistycznej. Bo jest rzeczą jasną, że pod względem politycznym republika socjalistyczna nie będzie niczym innym jak demokracją w najszerszym i najpełniejszym słowa tego znaczeniu. Ale zgoła nie jest rzeczą pewną, czy wszystkie te żądania polityczne spełnią się w ustroju kapitalistycznym we wszystkich krajach, natomiast jest rzeczą pewną, że nie wypływają one mechanicznie, sposobem p. L., z rozwoju kapitalistycznego.

Kapitalizm „sam przez się” wymaga istotnie pewnej sumy wolności i praw obywatelskich. Ale, jak uczy doświadczenie, może on się przez bardzo długi czas godzić z przestarzałymi formami politycznymi, np. z absolutyzmem. Z drugiej wszakże strony godzi się również z najpostępowszymi formami politycznymi – i to wystarcza, ażeby one figurowały w programie minimalnym partii socjalistycznej każdego kraju. Jeżeli jednak kapitalizm godzi się, przynajmniej teoretycznie, z daleko idącą demokracją, to jeszcze wcale nie znaczy, żeby ta ostatnia bezpośrednio z kapitalizmu wypływała, stanowiła jakąś „konieczność ekonomiczną”. Stanowi ona istotnie konieczność, ale dla proletariatu, po części i dla innych warstw niekapitalistycznych lub półkapitalistycznych, jak drobnomieszczaństwo, włościaństwo.

P. Luksemburg z tryumfem głosi, że – w przeciwieństwie do programu niepodległości Polski – program „konstytucji rosyjskiej” opiera się na konieczności dziejowej, ponieważ „upadek absolutyzmu” wynika z żelazną konsekwencją z rozwoju kapitalizmu (str. XVII). „Program (ten)… jest wytworem obiektywnego biegu historii, przy którym patriarchalne gospodarstwo włościańskie zostaje podkopane i tym samym zostaje zachwiana podstawa bytu caratu…” (str. 177). Rozumie się, że „upadek patriarchalnego włościaństwa” to jest zjawisko czysto rosyjskie, nie może posłużyć za podstawę dla niepodległości Polski – jeżeli oznacza obiektywny bieg historii, to nie naszej, i wypada nam tylko liczyć się z nim, jako z faktem mającym pośrednio i dla nas znaczenie, ale nie mogącym służyć za motyw żadnego polskiego programu. Tylko p. L. mogło wpaść do głowy faktami życia specjalnie rosyjskiego motywować dążenia proletariatu polskiego. Ale tę uwagę zrobiliśmy tutaj mimochodem. Wracając do rzeczy, zapytamy: skąd ta pewność p. L., że z kapitalizmu rosyjskiego koniecznie wynika „upadek absolutyzmu”, a nie np. półabsolutyzm, jak w Prusach? Sam przez się kapitalizm doskonale by się i na długo z taką formą polityczną pogodził. Z drugiej strony p. L. nie poprzestaje już obecnie na czysto negatywnej formule: „upadek absolutyzmu”, lecz za towarzyszami rosyjskimi powtarza żądanie „republiki demokratycznej”. Czy i to żądanie jest żelazną konsekwencją rozwoju kapitalistycznego Rosji? Czy nie jest ono raczej żelazną konsekwencją potrzeb i interesów proletariatu? I czy z równie żelazną konsekwencją nie pociąga za sobą niepodległości Polski, chociażby sfederowanej z Rosją? Ale p. L. nie lubi myśleć o warunkach i konsekwencjach żądania republiki w Rosji.

Ba, p. L. może żądać zniesienia wojsk stałych i zaprowadzenia milicji ludowej już „dziś”, to znaczy w ustroju kapitalistycznym, pozostając w błogim mniemaniu, że to nie pociąga za sobą żadnych dla Polski konsekwencji. Może żądać zniesienia ceł – i jednocześnie twierdzić, że obecny kierunek przemysłu polskiego, w znacznym stopniu uwarunkowany polityką celną państw zaborczych, pozostanie niezmienny na całą przyszłość ustroju kapitalistycznego. „Żelazna konsekwencją konieczności dziejowej” upoważnia ją widocznie do wszelkich niekonsekwencji w myśleniu.

Swoją „konieczność dziejową” p. L. osiąga przez sztuczne upraszczanie stosunków społecznych i wyrzucanie za nawias całego szeregu zagadnień, które mogłyby zepsuć schemat. Nic dziwnego, że w rezultacie otrzymuje to, co już poprzednio włożyła w przesłanki. Jest to znana sztuczka prestidigitatorska. Jeżeli się wszystko, co się w państwie rosyjskim dzieje, sprowadzi z góry do rozwoju kapitalizmu rosyjskiego, jeżeli się zatrze wszelkie odrębności wszystkich dzielnic, to naturalnie z tego wyniknie „upadek absolutyzmu” i konstytucja centralistyczna. W ten sposób naturalnie z góry się wyklucza wszelką odrębność polityczną, wszelkie federalizmy, unie czy niepodległości – wtedy można mieć „i noc spokojną, i dzień nietęskliwy”, można opierać z fatalistyczną rezygnacją republikę demokratyczną na „żelaznych konsekwencjach rozwoju kapitalistycznego”, a rządy najazdu w Polsce na… milicji ludowej. I tylko dziwić się wypada, że kwestia polska nie dała się przekonać argumentami p. L. i ciągle w tej lub innej formie wraca i narzuca się uwadze!

W powyższych wywodach mówiliśmy o „konieczności dziejowej” w stosunku do programu minimalnego – wedle tego pojmowania kwestii, z jakiem najczęściej w książce krytykowanej mamy do czynienia. Ale może ujrzymy jeszcze jedno jej oblicze? Może się okażą nowe konsekwencje „żelaznej konsekwencji” p. L.? Chociaż trudne to do uwierzenia, ale tak jest. W pewnym miejscu czytamy mianowicie, że nie cały program minimalny jest koniecznością kapitalistyczną, że proletariat może zdobyć tylko „pewne podrzędne ustępstwa, nie sprzeciwiające się ogólnemu ustosunkowaniu społeczno-politycznemu”, że „walka o ustępstwa na rzecz żądań właściwie robotniczych idzie jak z kamienia”. „Jedną niezawodną a najgłówniejszą zdobyczą tej walki jest wszędzie – wzrost tak organizacji, jak politycznej świadomości ludu roboczego, który nie przez stopniowy wzrost ustępstw pozytywnych, lecz na odwrót, przez coraz wzrastającą reakcję klas panujących wreszcie do ostatecznej walki o przewrót socjalistyczny doprowadzić musi” (str. 146 – 7). Mniejsza o to, że p. L., w związku z powyższymi wywodami, „obalenie caratu” naiwnie uważa za „ustępstwo” – widocznie ze strony obalonego. Pomijamy również to, że p. L. z właściwą sobie dokładnością nie określa, co należy rozumieć przez „żądania właściwie robotnicze”. Nie wchodzimy w roztrząsanie kwestii, czy pesymizm p. L. co do nikłości „ustępstw pozytywnych” jest uzasadniony i czy go można rozciągać na wszystkie kraje i na całą przyszłość kapitalistyczną. Chodzi nam tutaj tylko o podkreślenie, że p. L. rozwija w powyższych zdaniach całkiem nowe pojmowanie, przynajmniej pewnej części, żądań tzw. minimalnych. Nie są to już „etapy historyczne”, o których dawniej od niej słyszeliśmy, nie ma tu już mowy o konieczności dziejowej ich urzeczywistnienia. Przeciwnie, p. L. wprost oświadcza, że nie przez nie dojdzie się do ustroju socjalistycznego. I raptem przypisuje im się tylko uświadamiające i organizacyjne znaczenie, o czym dawniej mowy nie było, gdyż p. L. – zdawało się – przypisuje takie znaczenie tylko dążeniom wypływającym z „żelazną konsekwencją” z konieczności dziejowej. Teraz ten czynnik, który dawniej pozostawał w cieniu, jako podrzędny i uwarunkowany, obecnie występuje na pierwszy plan i butnie wyrzuca za drzwi – konieczność dziejową na gruncie kapitalistycznym.

Ale to jeszcze nie koniec dziwów. Z niektórych artykułów umieszczonych w książce okazuje się, że historią rządzi nie jedna potęga, jak nam dotychczas mówiła p. L., to jest konieczność dziejowa, lecz i druga, której na imię: przypadek. Mianowicie dowiadujemy się ze zdziwieniem, że niepodległość Polski, złożona do grobu przez konieczność dziejową, może zmartwychwstać „chyba tylko” przez przypadek. Wiadomo, że „przypadki” chodzą po ludziach. Ale żeby aż takie „przypadki” chodziły po historii i psuły robotę „konieczności dziejowej” – to doprawdy rzecz nadprzyrodzona. A jednak tak jest. Mianowicie Kautsky w „Neue Zeit” z 1903/4 r. zastanawiał się nad ewentualnościami, przy których prawdopodobnym się dziś wydaje odbudowanie Polski. To dało pochop autorowi artykułu w „Przeglądzie Socjaldemokratycznym” (artykuł znajdujemy w książce) do następujących wynurzeń: „Kautsky… wypowiada zdanie, że w ogóle kwestia odbudowania Polski znajduje się poza obrębem konieczności dziejowych, czyli (!) tendencji rozwoju społecznego. Może ona być tylko rzeczą przypadku, a więc przedmiotem dowolnych kalkulacji, mniej lub więcej utopijnych i nie mających nic wspólnego z naukowym badaniem ewolucji historycznej. Jest to najzupełniej nasz pogląd…” (str. 136). A dalej tamże: „jeżeli, jak Kautsky uważa, odbudowanie Polski można sobie najwyżej przedstawić jako wynik przypadku historycznego, nigdy zaś jako wynik logiczny społecznego rozwoju…”.

Na miły Bóg! w jakiż wertep niedorzeczności i herezji naukowych wpadliśmy wraz z „Przeglądem”! Gdzie tu materialistyczne pojmowanie dziejów, gdzie zresztą najpospolitsze pojęcie przyczynowości i prawidłowości? Zamiast tego znajdujemy podział na konieczność i przypadek, na logiczne wyniki rozwoju społecznego i nielogiczne wyniki przypadku. I te ostatnie mogą się okazać w sprawie niepodległości silniejszymi od konieczności dziejowej. Gdzie tu logika?

Na próżno tylko autor z „Przeglądu” chce za sobą pociągnąć Kautsky’ego w ten wertep. Kautsky nic podobnego nie mówi. Kautsky uznaje konieczność dziejową niepodległej Polski w ogóle i możliwość urzeczywistnienia tej konieczności jeszcze w kapitalistycznym ustroju. Podstawą tej możliwości nie jest żaden „przypadek”, lecz odrębność narodowa i społeczna Polski, jej zdolność do samoistnego bytu i żywotny interes, jaki ma w tej sprawie – w pierwszej linii – proletariat polski. Bez tych czynników żadne warunki i okoliczności nie mogłyby wskrzesić Polski, bo trupa, jak wiadomo, żaden „przypadek” na świecie nie powoła do życia. Ale jeżeli Polska może i chce żyć samoistnym życiem politycznym, to jednak niepodobna dziś dokładnie powiedzieć, w jaki sposób i w jakich formach to się stanie. ,Jeżeli – mówi Kautsky – zwracamy się do konkretnych form, które proces rozwojowy może przybrać dla pojedynczych narodów, to natrafiamy na tak skomplikowane zjawiska, że jest niemożliwym z niejaką pewnością przewidzieć nawet na najbliższy czas, jakie rezultaty zrodzi wzajemne oddziaływanie na się niezliczonych czynników, które tu w grę wchodzą”. Jak widzimy, i tutaj nie ma mowy o żadnym „przypadku”, jeno o trudnościach analizy wszystkich tych tendencji, których rezultatem może być ten lub ów konkretny fakt przyszłości. Rozumie się, nie tyczy się to tylko Polski, ale i wszystkich innych krajów. Kautsky próbuje jednak naszkicować prawdopodobny według niego rozwój, który może doprowadzić do niepodległości Polski w dzisiejszych warunkach. Przy przewrocie w Rosji stanie na porządku dziennym kwestia polska i Polacy w tej lub innej formie zdobędą wolność narodową. Zdemokratyzowanie Rosji wywoła ciążenie do niej narodów słowiańskich Austrii, Austria się rozpadnie, niemiecka ludność Austrii połączy się z państwem. To wzmocni południe niemieckie, osłabi Prusy, zabór pruski stanie się mniej dla Niemiec potrzebny i możliwe jest, że odpadnie od Prus i przyłączy się do innych, wyzwolonych dzielnic Polski.

Kautsky nie ręczy, czy rozwój właśnie tak się odbędzie, a nie inaczej. I nas to tutaj nie interesuje. Ale w wywodach Kautsky’ego nie ma ani śladu powoływania się na jakiś „przypadek”, niszczący konieczność dziejową i psujący „logiczne wyniki rozwoju społecznego”. Są tylko przypuszczenia o możliwym w przyszłości skombinowaniu się różnych czynników społecznych. „Socjaldemokracja” od kilkunastu lat dowodzi, że pod względem politycznym trzy zabory nie mają nic wspólnego, że każda dzielnica Polski jest „organicznie wcielona” do państwa zaborczego i jego tylko życiem żyje. A kiedy Kautsky przychodzi i powiada, że przy przewrocie w Rosji Królestwo może zdobyć niepodległość lub przynajmniej odrębność polityczną, że dwie inne dzielnice – pod wpływem ciążenia do Królestwa i przewrotu w Austrii i Niemczech – mogłyby zjednoczyć się z Królestwem, to „Przegląd Socjaldemokratyczny” nazywa to wszystko „przypadkiem”. Dawniej słyszeliśmy od p. L. taką głęboką myśl: „konieczne, a więc możliwe” (str. 142), teraz słyszymy nie mniej głębokie: „możliwe, a więc przypadkowe”…

„Przegląd” dodaje, że przy takim „przypadku” zgoła nie może być mowy o „akcji klasowej polskiego proletariatu”. Coraz lepiej! Więc w zdobywaniu dla zaboru rosyjskiego wolności narodowej i odrębności politycznej proletariat polski nie odgrywa żadnej roli? Dotychczas myśleliśmy, że odgrywa właśnie naczelną. Więc w ciążeniu narodowym do siebie trzech zaborów proletariat nie jest zainteresowany, udziału nie bierze? Więc przewrót w Austrii i w Niemczech, którego wynikiem może być odpadnięcie od tych państw dzielnic polskich – odbędzie się bez żadnej akcji ze strony proletariatu polskiego? Proletariat polski będzie stał na stronie i przypatrywał się obojętnie, jak odbywa się to widowisko?

Zaprawdę, zaprawdę, dziwne przypadki chodzą po historii i wyprawiają brewerie, niszcząc misterną tkaninę konieczności dziejowej. Rzekłbyś – dwie metafizyczne potęgi spierają się o losy ludzkie: surowa, poważna Konieczność, z „żelazną konsekwencją” snująca pasmo przeznaczeń ludzkich, i złośliwy Chochlik-Przypadek, nieobliczalny w swoich figlach, całkowicie zmieniających plany i twory konieczności….

V

Budowanie państwa klasowego i budowanie demokratycznego centralizmu

„Nie będziesz budował państwa klasowego” – tak brzmi jedno z przykazań p. L., zwrócone do proletariatu. Słyszeliśmy już o tym, że proletariat pod żadnym pozorem nie może „kawałkować” państwa burżuazyjnego. Teraz dowiadujemy się bliższych szczegółów, czego proletariat nie może zrobić. „Nie może przeszkodzić klasom panującym w prowadzeniu wojen i, co za tym idzie, w zmienianiu politycznej mapy Europy”, nie może tym bardziej „wbrew życiowym interesom klas panujących stwarzać nowe państwa i rozdrabniać już istniejące”. „Podczas gdy dotąd nowe państwa tworzone były przez klasy posiadające w ich własnych interesach, przy czym klasy ludowe były używane za nieświadome narzędzie, tu – sam proletariat, uświadomiony, ma powołać do życia nowe państwo klasowe” (str. 6–7). P. L. natrząsa się nad „dziecinadą, według której proletariat polski na własną rękę ma sobie dać radę z trzema polskimi burżuazjami i z trzema rządami państw rozbiorczych, a zarazem w dążności swojej do zniesienia wszelkich państw klasowych stworzyć przede wszystkim nowe państwo klasowe” (str. 108). Gdyby proletariat miał siły do tego potrzebne, to wystarczyłyby one również – do przewrotu społecznego, do zaprowadzenia wprost ustroju socjalistycznego.

Zdawało by się, iż słowa te są tak stanowcze, że nie dopuszczają żadnych wątpliwości. Ale oto czytamy u sojusznika p. L., Parvusa, takie zdania: „Najbliższe zadania polityczne socjaldemokracji polegają nie na powiększeniu politycznego rozdrobnienia Europy, lecz – na jego usunięciu. Już dzięki temu okazują się w osobliwym świetle różne dążności narodowe, o ile mają na celu utworzenie w Europie nowych małych państewek”. Przy jedności niemieckiej i włoskiej chodziło o przetworzenie wiązki małych państewek na wielkie państwo, Polakom zaś chodzi o „wystruganie nowego państwa z małego”. A więc Parvus nie zabrania proletariatowi dążyć do tworzenia wielkich państw z małych, nie podobają mu się tylko małe państwa, co zresztą nie przeszkodziło Norwegii oderwać się od Szwecji, Kubie od Hiszpanii, nie przeszkadza Węgrom dążyć do rozluźnienia związku z Austrią. Ale i sama p. L. umie sobie przeczyć. Mianowicie powołuje się ona na zdanie Kautsky’ego o stosunkach austriackich: „Od jego (państwa austriackiego) klas panujących nie można oczekiwać czynu, który by był w stanie przeciwdziałać rozkładowym tendencjom. Przyszłość państwa zawisła od siły i wpływu socjaldemokracji” (str. 114). P. L. skwapliwie pisze się na ten pogląd, przywłaszcza go sobie, ani dbając o to, że przeczy on tym teoriom, które tak chętnie głosi [5]. Bo jakże to?! Proletariat ma – wbrew „żywotnym interesom” klas panujących – podtrzymywać i reformować państwo? Proletariat, który nie może przeciwdziałać np. wojnie i zaborom, może przeciwdziałać państwowym tendencjom rozkładowym, podsycanym przez burżuazję? Słyszeliśmy wreszcie, że „polityczna fizjonomia mieszczaństwa jest wiernym odbiciem interesów kapitalizmu”. A tu proletariat ma bić interesy te po fizjonomii, podtrzymując państwo, którego klasy posiadające podtrzymywać nie chcą. I „zarazem” proletariat „w dążności swojej do zniesienia wszelkich państw klasowych” ma „przede wszystkim” podtrzymywać klasowe państwo austriackie!

Mniejsza wszakże o te dziecinne sprzeczności p. L., w których się wikła, poszukując coraz nowych argumentów przeciwko PPS i niefortunnie uciekając się pod skrzydła opiekuńcze Kautsky’ego. Wróćmy w ogóle do „budowania państwa klasowego”.

Rozumie się, że proletariat nie może „budować państwa klasowego”, to znaczy: nie może budować nowego państwa w tym celu, ażeby w nim sadowić burżuazję. Proletariat dąży po prostu do własnego i demokratycznego państwa, do niepodległej republiki demokratycznej, w imię swoich interesów. Że w takim państwie, o ile ono powstaje w ustroju kapitalistycznym, sadowi się burżuazja, to już inna kwestia. To samo tyczy się każdej reformy na gruncie dzisiejszego ustroju społecznego. Bądź co bądź takie państwo jest wysoce korzystne dla proletariatu i ogromnie ułatwia mu jego dalszą walkę. P. L. używa czysto anarchistycznego argumentu, natrząsając się z tego, że proletariat, dążący do zniesienia wszelkiego państwa klasowego, ma budować nowe państwo klasowe. I nieprawdą jest, że proletariat może się przyczyniać do „budowy nowego państwa” tylko jako nieświadome narzędzie w rękach burżuazji. Nawet podczas walk o jedność niemiecką i włoską klasy ludowe nie były tylko narzędziem; jeżeli nie miały jeszcze jasnej świadomości swoich interesów społecznych, to miały bądź co bądź poczucie swoich praw obywatelskich i potrzeb narodowych. Socjaliści zaś z całą świadomością dążyli do zjednoczenia państwowego. Przy tym jest rzeczą charakterystyczną, że Marks np. pragnął Niemiec nie w granicach ciążenia ekonomicznego burżuazji (to jest o ile burżuazja różnych państewek niemieckich miała wspólne interesy gospodarcze), ale w granicach narodowych, to jest wraz z niemiecką częścią Austrii. Rozstrzygające były dla niego motywy polityczne i narodowo-kulturalne, nie zaś ściśle ekonomiczne, jak dla p. L.

„Ale nie można tworzyć państwa burżuazyjnego bez burżuazji, a burżuazja polska nie chce Polski, burżuazja jest zadowolona z »organicznego wcielenia« do trzech państw zaborczych, burżuazja rękami i nogami broniłaby się przeciwko narzucaniu niepodległości” – tak argumentuje p. L. Że burżuazja polska walczyć nie będzie o Polskę, tak samo zresztą jak o konstytucję – to fakt dawno znany i uznany przez wszystkich. Podczas rewolucji obecnej przekonaliśmy się aż nadto, że jej wszelki ruch jest wysoce niemiły i że „ład i porządek” jest jej głównym pragnieniem. Klasy posiadające „rękami i nogami” opierają się wszelkiej akcji rewolucyjnej, a nasze nawet do opozycji są bardzo nieskore. Ale umieją one w lot chwytać każdą zmianę i przystosowywać się do niej. Skoro nowe państwo ma być jeszcze burżuazyjnym, to nie rozumiemy, dlaczego burżuazja ma go nie chcieć lub nie godzić się z nim. Przeciwnie, obawiać się należy nie tego, że burżuazja nie zechce Polski, ale raczej tego, że – gdy tylko zarysują się widoki na jej zdobycie – burżuazja zanadto będzie chciała się nią rozporządzać i pasożytniczo wyzyskiwać cudze zwycięstwo. Wszak i republika francuska została narzucona burżuazji przez proletariat, co nie przeszkodziło burżuazji bronić swoich „żywotnych interesów”. Proletariat będzie musiał z całą energią zwalczać apetyty burżuazji, a nie zapraszać jej do niepodległej Polski, jak się wydaje p. L.

P. L. udaje naiwną, przedstawiając rzecz w ten sposób, że proletariat naprzód zbuduje nowe państwo, a potem „przeflancuje” do niego burżuazję. Ale państwo nie jest kamienicą, którą się buduje, a potem wprowadza do niej lokatorów. „Lokatorowie” już mieszkają i gospodarują na tym terytorium, które ma się stać państwem. Proletariat jest główną siłą, która musi terytorium to wyjarzmić; pomagać mu lub współdziałać z nim mogą i inne warstwy, np. inteligencja, włościaństwo. Samo przez się wyjarzmienie, nawet dokonane głównie przez proletariat, nie oznacza jeszcze takiej zmiany społecznej, która by od razu oddawała władzę w ręce proletariatu i pozwalała mu przeprowadzić rewolucję socjalistyczną. Może tak być, ale zupełnym fałszem teoretycznym jest pogląd p. L., że zdobycie niepodległości wymaga takich sił, iż musi być jednoznaczne z wprowadzeniem ustroju socjalistycznego. Burżuazja – nawet nie pragnąc niepodległości – doskonale się z nią pogodzić może, tym bardziej, że przecież i ona niezadowolona jest z najazdu i żąda, przynajmniej, autonomii politycznej. Ale co innego „pogodzenie się” burżuazji z socjalizmem! Ażeby więc wprowadzić socjalizm, trzeba mieć taką przewagę nad burżuazją – i wielką, i drobną – jakiej wcale nie trzeba mieć, aby zdobyć niepodległość. Zarazem stopień wyrobienia i siła organizacji proletariatu muszą być oczywiście daleko wyższe, gdy chodzi o przewrót socjalistyczny, niż wtedy, gdy się walczy o niepodległą republikę demokratyczną.

Takie elementarne rzeczy trzeba tłumaczyć p. L., która na dobitkę sądzi, że kraina jej myśli płynie „mlekiem i miodem” czystego marksizmu, tego marksizmu, o którym p. L. z entuzjazmem pisze w przedmowie. „Marksizm sam w istocie swojej jest najuniwersalniejszą, najbardziej zapładniającą myśl, uskrzydlającą ducha teorią, obszerną jak świat, giętką i bogatą w barwy i tony, jak sama natura, popychającą do czynu, tętniącą życiem, jak sama młodość” (str. XXVII). Czemuż więc karykaturuje tę piękną teorię?

Bo czyż nie jest karykaturą marksizmu, czyż nie jest sprowadzeniem go do suchej, bezbarwnej, jałowej formułki taki wywód p. L.: „Rozwój kapitalistyczny, który zrodził klasę proletariatu i jego walkę socjalistyczną, wycisnął swe określone piętno na fizjonomii politycznej klas burżuazyjnych, rozstrzygnął losy polityczne państw, narodowości itd. Wszystkie te warunki proletariat znajduje już jako dane, gotowe ramy, na które za pomocą swej walki klasowej może oddziaływać tylko w jednym kierunku: realizując (?) rozwój kapitalistyczny w formie stopniowej demokratyzacji istniejących warunków państwowych” (str. 163). Albo takie „ukazy” p. L.: „Wzrost siły politycznej proletariatu jest zawsze (!) odzwierciedleniem jednoczesnego wzrostu kapitalizmu w danym kraju [6], wynikiem zaś tego ostatniego jest, z drugiej strony, centralizacja polityczna, ściślejsze zespolenie różnych części państwa, wzmocnienie i pomnożenie więzów, wzajemnie je skuwających. Proletariat jest jedynie w stanie wyzyskać prowadzące do centralizacji wpływy kapitalizmu – w celu zjednoczenia sił swoich i zdemokratyzowania zjednoczonego państwa” (str. 11-12).

A więc cały rozwój polityczny państw nowożytnych sprowadza się do – centralizacji. Losy polityczne państw, narodowości rozstrzygnął już kapitalizm. Proletariat może tylko „stopniowo demokratyzować” istniejące warunki polityczne.

Istnieją na świecie najróżnorodniejsze formy państwowe: państwa narodowe i wielonarodowe, scentralizowane i federacyjne, monarchie i republiki, autonomie w najrozmaitszych postaciach. Ale p. L. widzi wszędzie jedną jedyną tendencję: centralizację. W ramach ustroju kapitalistycznego w XIX w. powstał cały szereg nowych państw: powstały państewka, które się oddzieliły od Turcji, powstały zjednoczone Włochy i Niemcy, Belgia oddzieliła się od Holandii (chociaż, nawiasem mówiąc, miała tam dogodny rynek zbytu, toteż w Belgii była pewna partia kapitalistyczna obstająca za związkiem z Holandią), kolonie południowo-amerykańskie odpadły od Hiszpanii, większość kolonii angielskich zdobyła samodzielność, niekiedy graniczącą z pełną niepodległością (np. Australia), monarchia austro-węgierska stała się związkiem dwóch państw. W naszych czasach widzimy, jak Norwegia oddziela się od Szwecji (co popierali socjaliści i norwescy, i szwedzcy), widzimy, że Węgry dążą do rozluźnienia związku z Austrią, widzimy, jak w Austrii samej wrą walki narodowe (które partie burżuazyjne sprowadzają do walk o władzę i prawo panowania nad mniejszościami narodowymi, socjaliści zaś czynią z tego sprawę równouprawnienia narodów przez ich usamodzielnienie), widzimy jak Irlandia dąży do home-rule’u (autonomii politycznej z własnym parlamentem). Na dobitkę p. L. swój szablon centralistyczny, tak sprzeczny z różnorodnością tendencji politycznych, stosuje do Rosji, państwa, w którym centralizacja kapitalistyczna bardzo słabo się uwydatnia, gdzie natomiast siłą i zmorą jest centralizacja biurokratyczno-policyjno-wojskowa. P. L. zgoła nie zastanawia ten fakt, że zniszczenie samodzielności Finlandii wcale nie było wywołane przez potrzeby kapitalizmu czy to rosyjskiego, czy finlandzkiego, że Finlandia w czasie zawieruchy rewolucyjnej tak stosunkowo łatwo odzyskała swą samodzielność po prostu dlatego, że nie zdołała się w niej zagnieździć dostatecznie biurokratyczna „swołocz”. A przecież i w Finlandii nie brakło ugodowców [7].

P. L. widzi tylko „centralizację kapitalistyczną”, a nie widzi ani walki różnych „centralizacji kapitalistycznych” (co może zachodzić w granicach tego samego państwa), ani tego, że kapitalizm kraju panującego może gnębić ekonomicznie prowincje zależne, ani tego, że kapitalizm w prowincjach, które nie zatraciły swojej odrębności, ma swoje odrębne potrzeby gospodarcze i polityczne, ani tego, że z interesami kapitalistycznymi krzyżują się różne inne interesy: właścicieli ziemskich, drobnomieszczaństwa, włościaństwa, że krzyżują się z nimi również w najrozmaitszy sposób interesy narodowe, że… Ale dość tej litanii, która pokazuje, jak niedostateczną, jałową i ciasną jest formułka o centralizacji politycznej.

I dalszy ciąg tej formułki, który pozwala proletariatowi jedynie „realizować (?) rozwój kapitalistyczny w formie stopniowej demokratyzacji istniejących warunków politycznych” – jest równej wartości. Bo cóż to za demokratyzacja, która nie pozwala walczyć o odrębność polityczną tam, gdzie warunki są odrębne? Cóż to za demokratyzacja, która chce iść zawsze w parze z centralizmem, podczas gdy np. w państwie wielonarodowym jedynie federacja jest formą właściwą, przy czym nie potrzeba dodawać, że kapitalizm doskonale może kwitnąć w państwie federacyjnym (Ameryka, Szwajcaria)? Cóż to są wreszcie te „istniejące warunki polityczne”, których zmieniać nie wolno? Centralizacja w danych granicach państwowych – według p. L. Oto są jej fetysze! Ależ historia okresu kapitalistycznego pokazuje nam, że i te czynniki polityczne są zmienne. Dlaczego proletariat ma je uważać za „tabu”, dlaczego nie ma dążyć do takiej ich zmiany, jaka jego interesom odpowiada?

Kapitalizm – złowróżbnie powtarza swój refren p. L. Ażeby zaś w pełni objawić swą polityczną mądrość, „dowcipnie” zestawia motywy naszego dążenia do niepodległości z korzyściami, jakie by odniosła sprawa socjalistyczna, „gdyby Moskiewski kraj… wrócił do politycznej odrębności, jaką się cieszył za czasów Moskiewskiego Księstwa… gdyby miasto Hamburg wywalczyło samoistność, jaką posiadało przed utworzeniem Rzeszy Niemieckiej” (str. 143).

Porównanie to niewątpliwie świadczy, jak „zapładnia myśl”, „uskrzydla ducha”, jak „giętki i bogaty w barwy i tony” jest marksizm p. L.

VI

Nie tykać wojny i aneksji!

W pogoni za argumentami przeciwko PPS p. L. daje niemało wskazówek proletariatowi, czego robić nie może, jakie dziedziny życia społecznego są dla niego zamknięte. Taką dziedziną jest polityka międzynarodowa. „Zarówno obecnie, jak i w całej, dającej się ogarnąć wzrokiem przyszłości” polityka ta „leży poza obrębem wpływów proletariatu” – tak kategorycznie oznajmia p. L. (str. 1). W szczególności zaś „poza obrębem jego wpływów” znajduje się – wojna i zabór. PPS występuje przeciwko ujarzmieniu narodu polskiego. Co za naiwność! Jakże „można usunąć wojnę i aneksję, zjawisko tkwiące w istocie kapitalizmu, nie usuwając samego kapitalizmu, bo w jego ramach” ? ! (str. 28, to samo str. 86).

Ale skądże to p. L. wzięła, że wojna i zabór tkwią w istocie kapitalizmu? Wojna i zabór są starsze o wiele od kapitalizmu, starsze nawet od państw, a specjalnie ujarzmienie i podział Polski nie były rezultatem kapitalizmu. Wolnohandlowcy wróżyli nawet niegdyś, że gdy kapitalizm się na dobre rozwinie, to między narodami zapanują stosunki pokojowe i wojny znikną. Było to naturalnie złudzenie, które rzeczywistość rychło rozwiała. Kapitalizm bowiem usuwa albo osłabia dawne pobudki do wojen (np. interesy religijne, dynastyczne), ale za to stwarza nowe silne podniety – ekonomiczne (konkurencja handlowa różnych państw, pogoń za rynkami zbytu itp.). Zwłaszcza kapitalizm, sprzymierzony z biurokracją, w państwie absolutnym lub półabsolutnym stanowi poważne źródło tendencji wojowniczych. Ale z tego jeszcze nie wypływa, że wojna i zabór tkwią w samej istocie kapitalizmu, że one tak samo wypływają z jego natury, jak np. walki klasowe, że one są niezbędne do funkcjonowania kapitalizmu.

Klasa robotnicza ma zbyt poważne pobudki do zwalczania militaryzmu i unikania wojen, aby mogła się pogodzić z bezpłodną negacją p. L. Oczywiście proletariat nie każdej wojnie może zapobiec, a przy tym nie każdą wojnę z góry należy potępiać. Tak np. wojna rosyjsko-japońska, chociaż przeciwko niej protestowali socjaliści i japońscy, i rosyjscy, była wysoce pożyteczna dla rozwoju społecznego Rosji. Wojna, którą prowadzi w imię swego wyzwolenia kraj ujarzmiony, zasługuje na wszelką sympatię proletariatu. Ale tym więcej pobudek ma klasa robotnicza do energicznego przeciwdziałania każdej wojnie, szkodliwej dla jej interesów i dla rozwoju społecznego. Im silniejszy jest proletariat, im więcej wpływ jego waży, tym więcej głos jego ma znaczenia również w sprawie wojny (i w ogóle polityki międzynarodowej). W państwach rzetelnie demokratycznych niemożliwa jest poważniejsza wojna, o ile jest „niepopularna”. Starać się więc należy, żeby proletariat miał w tych sprawach jasny pogląd, żeby wiedział, na czym jego interes polega, i rozwijał energicznie odpowiednią akcję – nie zaś, by zadowalał się filisterską negacją p. L.: „polityka międzynarodowa zamknięta jest dla wpływów proletariatu”.

Po co się zresztą walczy przeciwko militaryzmowi, po co się dąży do milicji ludowej, jeżeli o wszystkim rozstrzyga militarystyczna, zaborcza, wojownicza istota kapitalizmu?

Co się specjalnie zaborów tyczy, to warto poglądowi p. L. przeciwstawić pogląd na politykę kolonialną międzynarodowego kongresu socjalistycznego w Amsterdamie. „Guesdyści” przedstawili kongresowi uchwałę swego zjazdu narodowego w tej sprawie, pomyślaną w duchu p. L. Protest przeciwko polityce kolonialnej i wskazanie, że przyszły ustrój „sam przez się” rozstrzygnie sprawę rynków zbytu, oddając wytwórcom owoce ich pracy – oto treść tej uchwały. Kongres międzynarodowy przyjął inną uchwałę, przedstawioną przez holendra Van Kola, która zaleca socjalistom energicznie zwalczać politykę kolonialną, w szczególności zaś jej rabunkowe przejawy, walczyć niezmordowanie o podniesienie kulturalne i gospodarcze kolonii i bronić ludność miejscową od wyzysku kapitalistycznego. Ostatnie punkty uchwały są dla nas najciekawsze:

5) Należy domagać się dla tubylców jak najszerszej wolności i autonomii, zgodnej ze stanem ich rozwoju, pamiętając, że zupełne wyzwolenie kolonii jest celem, do którego winniśmy dążyć;

6) Należy dążyć do oddania pod rzeczywistą kontrolę parlamentów kierownictwa polityki międzynarodowej, która – przez naturalną konsekwencję systemu kapitalistycznego – podlega coraz bardziej tajnym wpływom band plutokratycznych.

Jakże daleka jest ta uchwała od fatalistycznych „ukazów” p. L., usuwających klasę robotniczą od wpływu na politykę międzynarodową, wzbraniających partii socjalistycznej wszelkich pozytywnych czynów w dziedzinie „wojny i aneksji!” Co najciekawsze – kongres międzynarodowy powiada, że należy dążyć do zupełnego wyzwolenia kolonii i popierać wszystko, co kolonie do tego celu zbliża. Przebóg! Co to za „socjalpatriotyzm!”. Za jednym zamachem kongres obraził i „istotę” kapitalizmu, i „żywotne interesy” klas posiadających, i „najważniejsze funkcje państwa klasowego”, i prawo centralizacji politycznej.

A może p. L. jest zdania, że można dążyć do zniesienia „aneksji” w koloniach kapitalistycznych i w Turcji niekapitalistycznej – ale nie wolno tego robić w Polsce?!

VII

„Organiczne wcielenie”

Nieraz już w ciągu tej pracy spotykaliśmy się z owym słynnym „organicznym wcieleniem” p. L. Teraz zobaczymy je w całej okazałości.

Po raz pierwszy ujrzało ono światło dzienne w Sprawozdaniu „Sprawy robotniczej” (pisanym przez p. L.) na międzynarodowy kongres zuryski w r. 1893. „Historia społeczno-ekonomiczna trzech części byłego Królestwa polskiego wcieliła je organicznie w trzy państwa zaborcze i wytworzyła w każdej z tych trzech części odrębne dążenia i polityczne interesy. Wobec chronicznego dziś przepełnienia rynku światowego, przemysł Kongresówki istnieje i rozwija się tylko wskutek politycznej przynależności do Rosji, która wytworzyła ekonomiczną łączność obu krajów. Tę łączność ekonomiczną wzmacnia przy tym ustawicznie rząd rosyjski przebiegłą polityką, popierając na ogół przemysł polski dla pozyskania w celach rusyfikacyjnych (?!) klasy kapitalistycznej bądź też we własnym interesie ekonomicznym. Wobec tego ekonomicznego zespolenia, wynikającego z nieprzepartej logiki kapitalizmu, dążenie do utworzenia kapitalistycznego państwa polskiego jest pozbawione wszelkich podstaw realnych” (str. 176).

Przytoczyliśmy tę cytatę dlatego, że w niej tkwi jądro poglądów p. L. na tę sprawę, że tę myśl zasadniczą p. L. później już tylko rozwałkowywała bez końca i w najrozmaitszy sposób. „Organiczne wcielenie” nazywało się kiedy indziej ekonomicznym przykuciem Polski do Rosji, jeden polsko-rosyjski ekonomiczny „organizm” zmieniał się w ekonomiczny „mechanizm” – ale treść pozostawała ta sama.

Jak widzimy – podstawą „organicznego wcielenia” są tu rynki zbytu. Daremnie p. L. usiłowała się później wyprzeć tego, daremnie gniewała się, że „tylko najtępszy, najtrywialniejszy wulgaryzm” może do tego tylko sprowadzać kwestię, że jej chodzi o „całokształt życia ekonomiczno-społecznego Polski” (str. 164). Echo z r. 1893 w odpowiedzi odnosiło jej własne słowa: „Wobec chronicznego dziś przepełnienia rynku światowego przemysł Kongresówki istnieje i rozwija się tylko wskutek przynależności do Rosji”. P. L. w późniejszych swoich wywodach nie używała już tego argumentu o „przepełnieniu rynku światowego”, jako zbyt kompromitującego. Ale fakt pozostaje faktem: rynki zbytu w Rosji i niebezpieczeństwo utraty tych rynków – w razie oddzielenia Polski od Rosji – były tą podwaliną, na której p. L. zbudowała swą teorię. Najjaskrawiej wyraził myśl tę sojusznik p. L., Parvus: „…przemysł Polski (rosyjskiej), oderwany od rynku wszechświatowego i ścieśniony ze wszystkich stron przez cła ochronne, doszczętnie by zmarniał, a skutkiem tego zostałby sparaliżowany żywotny nerw rozwoju kapitalistycznego, z tym ostatnim zaś – również i nerw żywotny rozwoju socjalno-rewolucyjnego i kulturalnego Polski w ogóle” (str. 59). Ale i sama p. L. nieraz się wyrażała w podobny sposób, pisząc np., że „przynależność Polski do Rosji staje się coraz bardziej warunkiem ekonomicznego bytu pierwszej” (str. 32), albo też dowodząc, że podczas gdy „dawną Polskę z jej gospodarką naturalną” „można było dowolnie (!!!) dzielić na części” bez przewrotu ekonomicznego, dziś zjednoczenie Polski pociągnęłoby za sobą „zupełny przewrót w interesach życiowych” ludności miejskiej i sporej części wiejskiej (str. 35).

Że przewrót taki wyszedłby pod względem ekonomicznym na dobre Poznańskiemu i Galicji, a zgoła nie zaszkodziłby Królestwu, że co do „rynków zbytu” w zjednoczonej Polsce nie może być ani cienia wątpliwości, że wreszcie odrębność państwowa zapewniłaby Polsce własną politykę ekonomiczną, a nie narzuconą i bardzo często sprzeczną z jej interesami politykę ekonomiczną państw zaborczych – o tym p. L. ani słyszeć nie chce. Rynki zbytu są – i kwita. Oddzielenie Polski od Rosji wywołałoby kryzys ekonomiczny – i kwita (jak gdyby należenie Królestwa do Rosji zapobiegało kryzysom, jak gdyby kapitalizm, z jego giętkością i umiejętnością przystosowywania się, nie wychodził obronną ręką z kryzysów!). P. L. nie zdaje sobie sprawy z tego, że nawet samo Królestwo mogłoby się doskonale ostać pod względem ekonomicznym w razie oddzielenia od Rosji – oczywiście, nie bez silnego wstrząśnienia gospodarczego, które zresztą jest nieodłącznym towarzyszem każdej rewolucji. Dzieciństwem jest bowiem sądzić, jak to widzimy u Parvusa, że przemysł już wysoko rozwinięty, w kraju tak silnie zaludnionym jak Królestwo, mającym znaczne bogactwa mineralne i dogodne położenie geograficzne, mógłby „zmarnieć doszczętnie”. Nie, nie zmarniałby, tylko musiałby się gruntownie przekształcić, po części wyzyskując starannie rynek wewnętrzny (czego obecnie zaniedbuje, przystosowując się jednostronnie do rynków wschodnich), po części doskonaląc się technicznie i w ten sposób przebijając mury celne, po części wreszcie odpowiednią polityką handlową zmuszając państwa sąsiednie do ustępstw i liczenia się z jego potrzebami. Pod tym względem pouczający jest przykład Szwajcarii, kraju znacznie mniejszego od Królestwa, odciętego od morza, nie mającego w dodatku ani węgla własnego, ani żelaza – tych podstaw przemysłu nowoczesnego. Szwajcaria jest też ze wszech stron otoczona państwami hołdującymi polityce ceł protekcyjnych. Mimo to w Szwajcarii przemysł rozwinął się niepospolicie, dzięki całemu szeregowi innych warunków, wśród których wolność polityczna, wysoki rozwój szkolnictwa i oświaty oraz obrona na zewnątrz interesów przemysłowych przez rząd pierwszorzędne zajmują miejsce. Podobnież powołać się można na przykład Belgii i Finlandii, której granica celna nie przeszkadza rozwijać się przemysłowo (por. Krauz, Wyb. pism politycznych, Rynki rosyjskie a Finlandia).

Zresztą Parvus sam sobie przeczy, pisząc na str. 58: „Przymierze pomiędzy Rosją a Polską, zawarte w celu utworzenia dwu wielkich państw słowiańskich, dałoby się… pomyśleć. Polska byłaby jednak i dlatego jeszcze przychylna przyjaźni z Rosją, gdyż jest bardzo zainteresowana względem kontynentalnych dróg Rosji, prowadzących na rynek rosyjski i azjatycki”. A zatem możliwe by było między Polską a Rosją przymierze polityczno-ekonomiczne, Polska nie byłaby odcięta od rynków wschodnich? A więc i przemysł jej „nie zmarniałby doszczętnie”, owszem – chyba rozwijałby się jeszcze bardziej na gruncie wolności i niezależności politycznej?

Istotnie, jeżeli wyrażenie p. L. o „zrośnięciu się ekonomicznym Polski i Rosji” ma jaki sens, to chyba ten, że oba kraje mają pewne wspólne interesy gospodarcze, że interesy te splatają się w różnorodny sposób. A jeżeli tak, to przypuszczać wolno, że nawet po usunięciu spójni politycznej między tymi krajami wspólność ekonomiczna istniałaby i nadal. Im przesadniej p. L. wyraża swoją myśl o „jednym kapitalistycznym mechanizmie” czy „organizmie”, tym bardziej narzuca się uwaga, że i oddzielenie polityczne nie może zniszczyć takiego mocnego „mechanizmu”. P. L. wie dobrze, że kapitalistyczna wymiana ogarnia świat cały (co – dodamy – jakoś nie wywołuje potrzeby jednego na cały świat państwa), że wytwarza między wszystkimi krajami przeliczne stosunki i związki gospodarcze, że tendencja ta w obrębie danego państwa jest tylko ilościowo silniejsza, nie jakościowo różna. A więc i kapitalistyczne państwo polskie nie byłoby spod tego prawa wyjęte, przy czym mogłoby w znacznym stopniu korzystać ze starych dróg wymiany ekonomicznej lub też szukać nowych. Wszak stosunki ekonomiczne np. między Anglią a Stanami Zjednoczonymi bynajmniej nie ustały po oddzieleniu się tych ostatnich, owszem, dopiero wówczas na dobre się rozwinęły. P. L. myli się w najnaiwniejszy sposób, sądząc, że program PPS przeczy „tendencji rozwoju kapitalistycznego” w Polsce. Bynajmniej! PPS tylko sądzi, że po pierwsze żadna „tendencja rozwoju kapitalistycznego” nie może Polski przerobić na bezwłasnowolną część Rosji, że po drugie związki ekonomiczne nie są dostateczną podstawą spojenia państwowego, o ile temu ostatniemu przeczą interesy kulturalne, narodowe i polityczne (nie mówiąc już o tym, że właśnie na tle związków ekonomicznych powstają i antagonizmy ekonomiczne), że wreszcie po trzecie „tendencja rozwoju ekonomicznego”, sprowadzająca się do tego, że kapitał musi mieć rynki zbytu, wcale niekoniecznie i nie zawsze wymaga utrzymania dotychczasowych związków politycznych, tym bardziej zaś – przymusowych.

Ale przypuśćmy nawet, że istotnie Królestwo polskie (o ile się nie połączy z innymi ziemiami polskimi) skazane jest nieodwołalnie na rynki wschodnie i że rynki te mieć może jedynie dzięki wspólnemu z Rosją obszarowi celnemu [8]. Cóż z tego wynikałoby? A no tylko to, co się w tym przypuszczeniu już mieści, mianowicie że kapitalizm nasz wymaga łączności celnej z Rosją. Poza tym kapitalizm sam przez się pozwala na jak największą samodzielność Królestwa, na zupełną nawet luźność spójni państwowej z Rosją. Jak kapitalizm w ogóle, na pewnym stopniu rozwoju, wymaga takiej lub owej konstytucji (chociaż, jak już mówiliśmy, może się bardzo długo godzić z absolutyzmem i poprzestać wreszcie na półabsolutyzmie), tak samo nasz kapitalizm wymaga nawet pewnej odrębności politycznej. W związku zaś z całokształtem stosunków gospodarczych kraju, z potrzebami kulturalno-narodowymi, przede wszystkim zaś ze stanowiska potrzeb i interesów proletariatu – jak największa samodzielność polityczna kraju, jak największe zbliżenie do niepodległości – rozumie się, na gruncie demokratycznym – stają się koniecznością.

Największy, wprost potworny błąd p. L. tkwi właśnie w jej chęci ugruntowania na „rynkach zbytu” państwowości rosyjskiej w Polsce, w jej dążeniu do zatuszowania wszelkich tych odrębności Królestwa, które muszą znaleźć właściwą polityczną „nadbudowę”. P. L. skarży się, że „organiczne wcielenie”, wyraz obiektywnej tendencji, fałszywie położono na karb jej subiektywnego programu. Jam tu niewinna – tłumaczy się p. L. „Jest to obiektywny, historyczny proces, który nie jest zależny ani od woli jednostek, ani od woli jakiejkolwiek partii… Z punktu widzenia dążności narodowych jest to fakt smutny, ale smutniejszym jeszcze byłoby, gdybyśmy chcieli zamknąć oczy i nie widzieć tego faktu” (str. 33). W rzeczy samej, nikomu nie można mieć za złe powoływania się na obiektywne fakty. Ale właśnie u p. L. wyprowadzanie wniosków jest czysto subiektywne: goły fakt „rynków zbytu” pozwala jej rozstrzygać o losach Polski na cały czas rozwoju kapitalistycznego! Na zasadzie tego faktu czuje się upoważnioną do konstruowania „organicznego wcielenia”, to znaczy (jeżeli w ogóle nieścisłym formułkom p. L. przypisywać mamy jakiś określony sens): p. L. uważa Królestwo za równie ściśle z Rosją złączoną prowincję, za równie niesamodzielną, bezwłasnowolną część Rosji, jak np. „Moskiewski kraj”. Tymczasem każdy, kto ma oczy do patrzenia, widzi, że Królestwo zgoła nie utraciło zdolności do samoistnego życia, że jest równie odrębne i różne od Rosji, jak było przed 1863 r., chociaż naturalnie odrębność ta i różnice są pod wielu względami innego niż dawniej rodzaju.

P. L. uznaje wprawdzie narodowo-kulturalną odrębność Królestwa. Ale po pierwsze zjawia się pytanie, jak ta narodowo-kulturalna odrębność mogła się ostać bez szwanku pod zjednoczonym naporem „organicznego wcielenia” i rusyfikacji rządowej. Jeżeli ta ostatnia sama przez się była bezsilna jako środek mechaniczny, zewnętrzny, brutalny, to dziwić się wypada, że „organiczne wcielenie”, więc naturalne, konieczne zrastanie się z Rosją pod względem narodowo-kulturalnym okazało się równie bezsilne. Fakt ten powinien by był pobudzić p. L. do rewizji całej jej teorii „organicznego wcielenia”, do czego zachęcał ją – zresztą bezskutecznie – Kautsky, pisząc, że „bezskuteczność germanizacji, jako też rusyfikacji właściwej Polski dobitnie dowodzi, jak luźnym i całkiem zewnętrznym jest ów rzekomo »organiczny« związek Polski z jej sąsiadami, na który powołuje się p. L.” (str. 52). Ale p. L. zamiast poddać rewizji „organiczne wcielenie”, wolała po prostu – czysto mechanicznie – postawić obok niego narodowo-kulturalną odrębność. Po wtóre, p. L. z odrębności tej nie wyprowadza żadnych politycznych wniosków, podczas gdy my sądzimy, że ma ona pierwszorzędne polityczne znaczenie. Kto poważnie tę odrębność traktuje, ten – nawet dla dowcipu – nie może zestawiać Królestwa z „Moskiewskim krajem”. Szczególnie zaś dla proletariatu ważnym jest, aby narodowo-kulturalna odrębność istniała nie tylko jako fakt w życiu społecznym, lecz znalazła również odpowiedni wyraz prawno-polityczny. Proletariat bowiem, jako klasa rewolucyjna, każdą krzywdę społeczną odczuwa najsilniej, proletariat z całą energią musi dążyć do tego, aby jego potrzeby narodowo-kulturalne w pełni były zaspakajane dzięki odpowiednim instytucjom prawno-politycznym. Ale idźmy dalej. Odrębność narodowo-kulturalna to jeszcze nie wszystko. Jeżeli nawet wyodrębnimy stosunki gospodarcze z całokształtu stosunków społecznych, to potrzeba odrębności naszej będzie niemniej widoczna. W rolnictwie i drobnym przemyśle różnice między Królestwem a Rosją są bardzo wielkie i wprost rzucają się w oczy. Ale i w wielkim przemyśle występują one bardzo silnie, co wyrazić można krótko jako wyższy stopień rozwoju kapitalistycznego Królestwa w porównaniu z Rosją. Położenie geograficzne Królestwa, pomiędzy Zachodem a Wschodem, ma tu też swoje znaczenie. A ta odmienność stosunków ekonomicznych pociąga za sobą potrzebę własnej polityki gospodarczej. Tym bardziej potrzeba ta się uwydatni, jeżeli uwzględnimy rozbieżne, a często wprost sprzeczne potrzeby gospodarcze różnych części państwa, niemożliwość takiej centralnej polityki gospodarczej, jaka mogła by zaspakajać potrzeby zarówno Królestwa, jak Kaukazu, zarówno Królestwa, jak centralnej Rosji i Syberii. P. L. poświęciła w swojej książce „Die industrielle Entwicklung Polens” dużo czasu i papieru na udowodnienie tezy, że polityka gospodarcza rządu rosyjskiego doskonale zaspakaja potrzeby kapitalizmu polskiego. Nie przeczymy, że jest to słuszne, o ile chodzi o rabunkowe potrzeby kapitalizmu. Natomiast faktem jest, że kulturalne potrzeby rozwoju przemysłowego są u nas nad wyraz źle zaspakajane [9] i że nawet konstytucyjny rząd centralny nie będzie o nie dbał dostatecznie. Co więcej, przy uzależnieniu Królestwa od Rosji z wszelką pewnością można się spodziewać, że jego interesy ekonomiczne będą podporządkowywane rosyjskim, a nawet obrażane dotkliwie, o ile tylko uwydatni się sprzeczność interesów.

Jeżeli teraz połączymy w jedno interesy narodowo- kulturalne i gospodarcze, jeżeli sprawę postawimy na gruncie rozwoju demokratycznego i stosunku do interesów powyższych proletariatu, to potrzeba form jak najwięcej zbliżonych do niepodległości narzuci się sama przez się, stanie się (jak też jest rzeczywiście) zadaniem bieżącej, praktycznej polityki.

Dotychczas mówiliśmy tylko o Królestwie. Zobaczmy teraz, jak wygląda „organiczne wcielenie” w Galicji i Poznańskiem. W sprawozdaniu na kongres zuryski p. L. bliższego wyjaśnienia co do tych dzielnic nie dała, dekretując tylko i dla nich „organiczne wcielenie”. Dopiero później p. L. odsłoniła nam tajemnicę, na czym ono polega. Mianowicie „burżuazja” i w tych zaborach marzy tylko o „ekonomicznym wyzyskaniu sprzyjających warunków, które przedstawia dla niej przynależność do państw zaborczych”, a więc o „wyzyskaniu zbożowego rynku w Niemczech, stałego popytu na surowe materiały w Dolnej Austrii i Czechach itd.” (str. 5). Czy nie widzicie, jak na rozkaz p. L. „organiczne wcielenie” zmieniło ciało? Dotychczas p. L. stała na gruncie rozwoju przemysłowego, mówiła o interesach rzeczywiście nowożytnej klasy społecznej – burżuazji. Teraz w roli burżuazji występuje bardzo stara klasa społeczna – szlachta galicyjska i poznańska. Ona to staje się przedstawicielką nowożytnego rozwoju Polski. Ba, w dodatku tę swoją misję zawdzięcza jedynie rynkom austriackim i niemieckim. Doprawdy? Więc Galicja i Poznańskie rolnictwo swoje i wywóz zboża zawdzięczają „przynależności” do Austrii i Prus? Co za odkrycie historyczne! I to zboże tak je „organicznie” wciela do państw zaborczych, że bez nich nie wiedziałyby, co ze swoim zbożem robić? I socjalizm też jest zależny od tego wywożonego przez obszarników zboża? Zaiste – żelazna konsekwencja rozwoju ekonomicznego! W dodatku jeszcze niezrównany Mehring spieszy z sukursem p. L. i powołuje się na śp. politykę „dworską” Kościelskiego i na – komisję kolonizacyjną, która pozwala szlachcie polskiej za dobre pieniądze wyzbywać się ziemi (str. 122).

Powiedzcież, czyż to nie wystarczające dowody „sprzyjających warunków, które przedstawia przynależność do państw zaborczych”? Czyż to zarazem nie świetne przejawy rozwoju ekonomicznego, z którego tendencjami nie może walczyć proletariat?

Właściwą „burżuazję”, mówiąc o Galicji i Poznańskiem, p. L. rozważnie pominęła. Bo zbyt niewygodnym dla niej byłoby zaznaczenie faktu, że właśnie „przynależność” tych dzielnic do Austrii i Prus jest walną przyczyną słabego ich rozwoju przemysłowego, zwłaszcza zaś wielkoprzemysłowego, że w szczególności Galicja pod względem ekonomicznym mocno odczuła macoszą rękę rządu wiedeńskiego, a Poznańskie – zamknięcie celne granicy od strony Królestwa.

Tak więc p. L. nakleja jedną i tę samą etykietkę: „organiczne wcielenie” na dwa zupełnie sprzeczne zjawiska społeczne: na rozwój przemysłowy i – na brak rozwoju przemysłowego. Burżuazja w Królestwie i szlachta w Galicji i w Poznańskiem jednako u niej wyobrażają nowoczesny rozwój Polski i do ich to tendencji i interesów ma dopasowywać program swój proletariat polski w trzech zaborach. Czyż może być bardziej rażący dowód, że wszelkie argumenty dla p. L. są dobre, byleby służyły chwilowym potrzebom polemicznym? Czyż dalej, nie okazuje się tu wyraźnie, jak błahą, na wskroś fałszywą jest cała ta teoria „organicznego wcielenia”? Bo tak samo jak siła węzłów ekonomicznych, łączących Królestwo z Rosją, bynajmniej nie podważa odrębności politycznej pierwszego – tak samo słabość węzłów ekonomicznych, łączących inne dzielnice z państwami zaborczymi, jeszcze wcale nie świadczy o ich większej zdolności do samoistnego bytu. Wprost przeciwnie! Nie potrzeba przecież dowodzić widocznego dla wszystkich faktu, że Królestwo ma więcej sił wewnętrznych w stosunku do Rosji niż Galicja i Poznańskie w stosunku do „swoich” państw zaborczych. Zarówno Galicja, jak Poznańskie pod względem ekonomicznym daleko więcej tracą, niż zyskują, na swojej „przynależności” do obcych państw, a jednak niewątpliwie są „wcielone”, przy czym specjalnie o „wcieleniu” Poznańskiego rozstrzyga nie żadna „tendencja ekonomiczna”, lecz ogromna przewaga sił niemieckich z hakatystycznym rządem na czele. Ale p. L. woli, zamiast analizować fakty, gwałcić je w niesłychany sposób, aby dojść do konkluzji: „Proces wcielania się do państwa zaborczego zrobił największe postępy w zaborze rosyjskim, a inne części Polski, choć powoli, również mu ulegają” (str. 6).

P. L. utrzymuje, że PPS nie daje żadnego jednolitego uzasadnienia swego programu dla trzech zaborów (str. 142). Oczywiście jest to fałsz. Nasze uzasadnienie – krótko i węzłowato – brzmi mniej więcej tak: proletariat polski potrzebuje państwa narodowego i zjednoczonego, aby na tym gruncie w pełni rozwinąć swe siły i zdobyć władzę polityczną. Zależność od obcych państw nie tylko rozbija jego siły, ale zarazem w każdym z trzech zaborów – chociaż w różny sposób i w różnej mierze, zależnie od warunków – szkodzi interesom jego narodowym, społecznym i politycznym. Ale oczywiście, uzasadniając swój program, nie kierujemy się „metodą” p. L., która polega na gwałceniu faktów gwoli „jednolitości” i wyprawia takie harce z „organicznym wcieleniem”, jakim w tym rozdziale ze zdumieniem przypatrywaliśmy się.

VIII

Taktyka walki o niepodległość

P. L. stara się wpoić w czytelników przekonanie, że taktyka walki o niepodległość musi być – jak najgłupsza. Rozumie się, p. L. nie zadaje sobie pracy analizowania taktyki tej w jej rzeczywistej, niewymyślonej postaci. Usiłuje ona na własną rękę wyprowadzać wnioski taktyczne z postulatu niepodległej republiki demokratycznej. Ale to nam daje, co najwyżej, pojęcie o tym, jakby walka o niepodległość wyglądała, gdyby ją prowadziła p. L., ale o rzeczywistości daje pojęcie całkiem przewrotne.

P. L. przede wszystkim uważa, że program niepodległości każe pewnego pięknego poranku, koniecznie w tym samym czasie (może nawet o tej samej godzinie) rzucić się naraz do walki z „trzema rządami zaborczymi” („i z trzema burżuazjami” – dodaje dla powiększenia grozy widowiska). P. L. jest święcie przekonana, że socjaliści, aby cel swój osiągnąć, muszą sobie jak najbardziej utrudnić albo wprost uniemożliwić zadanie. Ani jej do głowy nie przyjdzie ta prosta myśl, że przecież i dawni powstańcy polscy (których taktyka zresztą była zupełnie odmienna od dzisiejszej socjalistycznej taktyki) – że przecież i oni nigdy właściwie nie walczyli naraz z „trzema rządami zaborczymi”. W powstaniu kościuszkowskim walczono „naraz” z Rosją i Prusami, nie z Austrią. Powstania 1830 i 1863 r. były wymierzone bezpośrednio tylko przeciwko Rosji. Właściwie raz tylko robiono poważniejsze przygotowania do jednoczesnego wybuchu rewolucyjnego na całym obszarze ziem polskich, mianowicie w r. 1846, ale – jak wiadomo – powstanie to stłumiono w zarodku. Skąd więc przypuszczenie, że socjaliści będą robili to, czego nie robili powstańcy ani w r. 1794, ani w 1830, ani w 1863? Skąd niedorzeczna myśl, że socjaliści będą ściągali na siebie umyślnie gromy ze strony „trzech rządów zaborczych”, że rzucą się do powszechnej w trzech zaborach ruchawki, nie licząc się ani z siłami, ani z usposobieniem ludności, ani z różnicą warunków, ani z najpospolitszym rozsądkiem? W rzeczywistości też socjaliści od samego początku jasno i wyraźnie postawili kwestię: do zbrojnej walki w imię niepodległości zmierzali tylko w zaborze rosyjskim, który dla sprawy polskiej ma rozstrzygające znaczenie i gdzie sytuacja – wobec absolutyzmu – była zawsze rewolucyjna; uregulowanie zaś stosunków politycznych między trzema zaborami pozostawiali ich ciążeniu do siebie na tle tych zmian, jakie – prędzej czy później – przyniesie rozwój demokratyczny Europy środkowej, czy wraz z zwycięstwem ostatecznym proletariatu, czy jeszcze przed tym zwycięstwem – tego przewidzieć niepodobna. Ale p. L. głucha była na wszelkie dowodzenia. Zatykała sobie uszy i wrzeszczała na całą Europę socjalistyczną: „Trzy rządy zaborcze! I w dodatku trzy burżuazje polskie! Co wobec tego mogą zrobić trzy polskie proletariaty? [10] Trzy, wszystkie trzy rządy zaborcze! I trzy, akurat trzy burżuazje!”.

Ale jeszcze taką walkę, gdzie proletariat rzuca się jednym susem na „trzy rządy zaborcze i trzy burżuazje”, p. L. może sobie jako tako uprzytomnić (chociaż to tylko jej własny wywód z programu niepodległości, nie zaś konsekwencja samego tego programu). Za to żadną miarą nie może zrozumieć, jak można na tle walki klasowej dążyć do niepodległości, jak można na gruncie „istniejących warunków politycznych” walczyć o całkiem nowe warunki polityczne, na gruncie istniejącego państwa – zmierzać do nowego państwa. Jej zdaniem jest to niepodobieństwo, a przeto w ogóle walka o niepodległość jest niemożliwą, a przeto PPS nie może prowadzić walki politycznej. „Przyjąć… ten program (niepodległości) jako (?) polityczny, to znaczyłoby wyrzec się wszelkiej w ogóle działalności politycznej” (str. 177) – wróżyła p. L. w r. 1893. A w dziesięć lat później, w r. 1903 p. L. z właściwym sobie „tupetem” pisała: „PPS pozostawia dziś spokojnie rosyjskim rewolucjonistom cały ciężar walki z caratem o zdobycie wolności politycznej dla rosyjskiej i polskiej klasy robotniczej (marząc o powstaniu)” (str. 160).

Wprawdzie na tego rodzaju „argumenty” można by odpowiedzieć po prostu faktycznym sprostowaniem: nieprawdą jest, jakoby… prawdą natomiast jest, że… Wprawdzie można by z p. L. i jej sofizmatami postąpić tak, jak postąpił Dyogenes, gdy mu ktoś dowodził niemożliwości ruchu: Dyogenes wstał, zrobił kilka kroków i zapytał: „A co to jest – czy nie ruch?”. Tak też postępowała PPS, niezmordowanie walcząc z caratem z burżuazją, zgoła nie dbając o to, że p. L. w swojej metafizycznej norze umyślnie zamyka oczy na ten ruch. Ale podjęliśmy się zadania rozwikływania sofizmatów p. L., nie możemy więc uchylić się od obowiązku teoretycznego dowodzenia, że „ruch” istnieje.

P. L. ma, jak to już zauważyliśmy, dziwne pojęcie o zagadnieniu „nowego państwa”. Jest to dla niej jakieś dziwaczne zjawisko, bez żadnego związku z istniejącymi warunkami. Jest to w jej oczach rodzaj kamienicy, którą się buduje. Tymczasem w rzeczywistości jest to uregulowanie stosunków politycznych na danym terytorium w formie pełnej samodzielności społeczeństwa, mieszkającego na nim. Najpełniejszą formą takiej samodzielności jest oddzielenie się tego terytorium. Ale nie jest to warunek nieodzowny. Nawet bez oddzielenia terytorialnego może powstać nowe państwo, o ile np. związek przymusowy dzielnic na podstawie centralistycznej przekształci się w dobrowolny związek federacyjny.

A zatem ludzie nie budują państwa, ale po prostu na danym terytorium walczą o nie. Walczą z kim? Oczywiście z tymi siłami, które im w poprzek drogi stoją, a więc w pierwszej linii z rządem. Walka ta może być najrozmaitsza, może być powstaniem, przygotowywaniem się do powstania, zdobywaniem stopniowym ustępstw, ułatwiających dalszą walkę i zbliżających do celu – wszystko zależnie od warunków. Walka taka jednak zawsze jest walką polityczną, zawsze musi odbywać się na tle istniejących warunków.

P. L. utrzymuje, że walka o niepodległość nie da się np. pogodzić z demokratyzowaniem Niemiec i Austrii, ba – że nawet jest sprzeczna z narodowościowym programem socjalistów austriackich. Gdyby cała mądrość programu niepodległościowego polegała na haśle: oderwać się i na nieliczeniu się z warunkami państwa konstytucyjnego, to – zaiste – p. L. miałaby słuszność. Skoro jednak nikt (oprócz p. L.) tak kwestii nie stawia, to doprawdy zrozumieć niepodobna, jaka może być sprzeczność pomiędzy np. walką o powszechne, równe, tajne i bezpośrednie głosowanie w istniejącym państwie, a niepodległą republiką demokratyczną? Demokratyzacja ustroju politycznego, chociażby nie we własnym państwie, ogromnie powiększa siły proletariatu polskiego, ułatwia mu zdobywanie praw i walkę o polepszenie bytu ekonomicznego, przesuwa w społeczeństwie punkt ciężkości na jego korzyść, wzmacnia jego organizację i świadomość polityczną. Słowem – toruje drogi republice demokratycznej. Ale zarazem demokratyzacja w obcym państwie zawsze musi być niedostateczna, ułomna, niewystarczająca dla proletariatu narodu podległego: pełna bowiem demokratyzacja wyklucza zależność polityczną. Dlatego też proletariat, walcząc w ramach obcego państwa o reformy demokratyczne, nie wciela się jednak całkowicie w to państwo, gdyż wie, że to tylko zaliczka, całkowita zaś wypłata może nastąpić jedynie wraz z niepodległością. W jeszcze większym stopniu tyczy się to naturalnie klasy robotniczej w kraju, podzielonym między trzy państwa. W tych warunkach nie tylko niepodległość, lecz i zjednoczenie zawsze musi pozostać ideałem, ostatecznym celem narodowo kulturalnym.

P. L. utrzymuje, że uregulowanie stosunków narodowościowych w Austrii jest zabójcze dla PPS. Doprawdy? A my sądziliśmy, że dążenie do przekształcenia Austrii w związek narodowych terytoriów, do „zeszwajcarzenia” Austrii, jak się wyraża Kautsky, tchnie bardzo duchem PPS-owskim! Sądziliśmy również, że narodowe wyodrębnienie na podstawie demokratycznej zaboru austriackiego i samo przez się byłoby dobre, jako niepodległość lub znaczny krok w kierunku niepodległości tej części Polski, i zgoła nie mogłoby stać na przeszkodzie zjednoczeniu ziem polskich! Natomiast, jak p. L. pogodzi swój centralistyczny program, swoje „organiczne wcielenie”, swój pogląd na to, czego proletariat nie może robić, z takim rozluźnieniem centralistycznych węzłów – to już stanowi jej tajemnicę.

Przejdźmy do zaboru rosyjskiego. P. L. z niesłychaną pewnością siebie, ze zdumiewającą odwagą utrzymuje, że PPS nie dąży do „obalenia absolutyzmu”. Sojusznik jej, p. Kriczewskij, napisał nawet cały artykuł (przedrukowany w książce) pod znamiennym nagłówkiem: „Odbudowanie Polski czy obalenie caratu?”, w którym dochodzi do mądrego wniosku, że ,,albo odbudowanie Polski, albo obalenie caratu – jedno z dwojga, trzeciej kombinacji nie ma” (str. 79). Że ta trzecia kombinacja jest i nazywa się: „odbudowanie” Polski na gruzach caratu – to p. Kriczewskiemu nawet do głowy nie przyszło.

Jakkolwiek sobie po powstaniu PPS różni towarzysze wyobrażali przebieg walki o niepodległość (różne „kombinacje” pod tym względem zob. u Krauza, Wyb. p. p.) – jedno dla wszystkich było jasnym jak słońce: że w imię tego celu trzeba zwalczać carat i – zanim nadejdzie chwila rozstrzygającej walki – podkopywać go nieustannie, przede wszystkim przez tworzenie z proletariatu czynnej i świadomej siły politycznej. Program niepodległej republiki, właśnie jako zasadniczo słuszny, jako najbardziej dopasowany do potrzeb politycznych kraju, oddawał PPS niezrównane usługi taktyczne. PPS zawsze znajdowała odpowiedź na kwestie, które życie nasuwało, umiała się łatwo orientować w potrzebach chwili, a zarazem wnosiła w masy największą sumę świadomości politycznej; była ona też przygotowana na wszelkie „ewentualności” i gotowa do czynu, gdy tylko zarysuje się możność przejścia do ostrzejszej, już wprost rewolucyjnej walki z caratem. Oczywiście negatywnym celem tej walki nie mogło być nic innego jak „obalenie caratu” – cel wspólny dla socjalistów całego państwa, do którego jednak PPS dążyła samodzielnie, walcząc na swoim gruncie. Inaczej przecież walczyć nie mogła i najzagorzalszy centralista rewolucyjny nie wskaże właściwszej taktyki. P. Kriczewskij wprawdzie utrzymuje, że „Petersburg… w scentralizowanej Rosji odgrywa taką samą rolę jak Paryż we Francji” (str. 77) – do tego poglądu powrócimy jeszcze – ale chyba nawet p. Kriczewskij nie ma pretensji do PPS, że nie przeniosła się in corpore do rosyjskiego Paryża.

Przez jakiś czas istotnie w szeregach PPS panował sceptycyzm co do sił rewolucyjnych rosyjskich. Ale sceptycyzm ten nie mógł mieć oczywiście żadnego wpływu na samo dążenie do „obalenia caratu”; wpływał on tylko na sposoby pojmowania form tego obalenia, przy czym czynnikom – w stosunku do Rosji – zewnętrznym nadawano wielkie znaczenie. Krauz np. uważał za „prawdopodobniejsze”, że wybuch rewolucji zachodnioeuropejskiej da hasło do powstania ludu polskiego „i że w ślad za polskimi ruszą się i rewolucjoniści rosyjscy, niż… że dopiero wybuch walki o konstytucję w Rosyi spowoduje rewolucję w Polsce” (Wyb. p. p., str. 164). Inni znowu – a i sam Krauz – przypuszczali, że carat może upaść nawet w niedalekiej przyszłości, o ile osłabi go nieszczęśliwa wojna. Wszystkie te jednak przypuszczenia i prognostyki – słuszne czy niesłuszne – zgoła nie wpływały na istotę rzeczy, że niepodległość Polski ściśle wiązano ze sprawą „obalenia caratu”. Im bardziej zresztą rozwijał się ruch rewolucyjny w Rosji, tym mniej w naszych szeregach liczono na „rewolucję zachodnioeuropejską”, tym bardziej od wspólnego ataku na carat we wszystkich dzielnicach państwa spodziewano się zwycięstwa.

Widzimy tedy, jak pełne dziecinnej naiwności albo wcale niedziecinnej złej woli jest twierdzenie, że PPS nie dążyła do „obalenia absolutyzmu”. Ale „obalenie caratu” – dążenie, łączące wszystkich socjalistów w państwie rosyjskim – to tylko cel negatywny. Jakiż ma być cel pozytywny? „Konstytucja” – odpowiedziała p. L., wszechrosyjska konstytucja – i kwita [11]. PPS nie odrzucała bezwzględnie konstytucji rosyjskiej, wychodząc z założenia, że nawet najgorsza konstytucja lepsza jest od absolutyzmu. Ale PPS nie chciała poprzestać na konstytucji, nie mogła stawiać jej sobie za cel, zarówno z powodów ogólnopolitycznych, jak i ze względu na specjalne warunki kraju. Przede wszystkim dążenie do „konstytucji”, choćby z dodatkiem: demokratyczna, raziło nieokreślonością. W „Przedświcie”, zaraz po wydaniu pierwszego numeru „Sprawy Robotniczej”, zwrócono p. L. uwagę, że, dążąc do reform politycznych w drodze rewolucyjnej, należy wprost wystawiać sobie jako cel – republikę demokratyczną. Ale p. L. oczywiście nie chciała pobierać nauk od „socjalpatriotów”. Dopiero po wielu latach, gdy towarzysze rosyjscy w programie swoim postawili żądanie republiki demokratycznej, p. L. uznała je za właściwsze od konstytucji. P. L. wolała przez cały ten czas dawać z siebie łatwy cel do pocisków za dążenie do „konstytucji monarchicznej”, niż zdobyć się na szczyptę samodzielności w stosunku do Rosji. Dowód najlepszy, jak szkodliwie wpływa na propagandę i agitację u nas ślepe i bezkrytyczne, iście niewolnicze przystosowywanie się do warunków i wpływów rosyjskich. Ale hasło „konstytucyjne” jeszcze z tego powodu nie mogło nam posłużyć za program, że zupełnie nie uwzględniało odrębnych potrzeb polityczno-narodowych proletariatu naszego. Przykład Prus wcale nie zachęcał do centralistycznej konstytucji. Bliższe rozważenie warunków kulturalno-politycznych na olbrzymich przestrzeniach państwa, z całą jego pstrocizną form i stopni rozwoju ekonomiczno-społecznego, kulturalnego, narodowego, tylko utwierdzić musiało w przekonaniu, że wraz z absolutyzmem, wraz z istotnym końcem absolutyzmu, nie jego przekształceniem w półabsolutyzm konstytucyjny, rozlecieć się musi zarazem centralizm. Stąd hasło „własnej konstytucji” – niepodległości.

Ale p. L. i p. Kriczewskij nie poprzestają na niedorzecznym twierdzeniu, że PPS nie dąży do „obalenia caratu”. Czemu nie iść dalej i nie powiedzieć, że PPS, „aczkolwiek mimowolnie”, podtrzymuje carat? To brzmi efektownie! P. Kriczewskij rozumuje w ten sposób: carat korzysta z antagonizmów narodowych, PPS stawia żądanie niepodległości narodowej – ergo PPS, „aczkolwiek mimo woli”, „popiera taktykę carską” (str. 78). Ładna logika – wszak prawda? Kiedy się walczy o niepodległość narodową – oczywiście na gruncie demokracji i międzynarodowej solidarności proletariatu – to się popiera antagonizmy narodowe! Próżno takiemu p. Kriczewskiemu dowodzić, że tu nie chodzi o antagonizmy narodowe, lecz o prawa i wolności narodowe, najlepszy sposób rozwiązania tych antagonizmów. Próżno! Bo p. Kriczewskij dąży zapewne do wolności, ale do takiej koszarowej wolności, w której znika wszelka samodzielność kraju podbitego i ten ostatni ma tylko prawo czekać zmiłowania z „rosyjskiego Paryża”.

Jeszcze jaskrawiej – jeśli to możliwe – formułuje „myśl” p. Kriczewskiego p. L. „Polski nacjonalista (to znaczy u p. L.: PPS-owiec [12]) z istoty swej jest więc tak samo zainteresowany w odosobnieniu i zobojętnieniu wzajemnym podwładnych caratowi narodowości – jak sam carat, który np. temuż dążeniu, aby losy żydów „diablo mało” obchodziły Rosjan i Polaków i vice versa, daje wyraz dosadny w rzeziach Kiszyniowskich” (str. 158). Jest to mała próbka „silnego” stylu polemicznego p. L., który doprawdy rozbraja przeciwnika. Ale cóż to wywołało u p. L. taką furię, że aż posądziła PPS o sprzyjanie „rzeziom Kiszyniowskim”? A no, wzmianka w jednym z artykułów „Przedświtu” o „solidarności trójzaborowej”. P. L. zupełnie nie może zrozumieć „solidarności trójzaborowej” – chyba w postaci intryg przeciwko PPS w trzech zaborach – nie może pojąć, że solidarność ta tylko przyczynić się może do wzmożenia akcji politycznej proletariatu w każdej z dzielnic Polski. Gdy więc cośkolwiek o tym słyszy, zaraz podejrzewa, że to jakaś intryga przeciwko Rosjanom lub Żydom, że to pachnie – rzezią Kiszyniowską.

Do takich krańców patologii polemicznej posunąć się można, gdy się jest opętanym przez ślepą nienawiść do programu niepodległości!

IX

Rewolucja i „zbrojna walka” (z amuletem „konieczności historycznej”)

W książce, o której mowa, znajdujemy rozsianych kilka uwag i prognostyków co do przyszłej rewolucji w Rosji. Ponieważ obecnie rewolucję tę przeżywamy, warto się więc nad niemi nieco zatrzymać.

Najłatwiej i najprościej przedstawiał sobie rzecz p. Kriczewskij: „Petersburg – pisał w r. 1896 – to miasto stołeczne o ćwierćmilionowej rzeszy robotniczej, które w scentralizowanej Rosji odgrywa taką samą rolę jak Paryż we Francji. Jeśli demokracja zwycięży w Petersburgu, zwycięży ona tym samym w całej Rosji jednocześnie” (str. 77). Widzimy, jak łatwo, z rozkazu naszego jakobina, stosunki przeinaczają się: Rosja staje się Francją, Petersburg – Paryżem, a to wszystko dzięki centralizacji biurokratycznej, która ułatwia zadanie centralizacji rewolucyjnej. Demokracja w Petersburgu zwycięży – i kwita. Ale czy ona może zwyciężyć, jeżeli walka nie będzie się toczyła w całym państwie – nad tym nasz jakobin wcale się nie zastanawia. Tak samo wcale nie przychodzi mu do głowy myśl, że jeżeli walka będzie się toczyła w całym państwie, to siłą konieczności poza Petersburgiem powstaną inne ośrodki ruchu, że dla Polski takim ośrodkiem ruchu musi być Warszawa, nie Petersburg. Ale taki jakobin dziwnego nabożeństwa, szczepiący „marksizm” na drzewie biurokracji rosyjskiej, nie może tego naturalnie zrozumieć. Petersburg – i kwita. Reszta – to w „scentralizowanej Rosji” dodatek, przyczepka.

P. L. w swoich poglądach na rewolucję rosyjską nie wyodrębnia specjalnie Petersburga, snać pamiętając, że oprócz Petersburga istnieje jeszcze i „Moskiewski kraj”, i Polska, i inne dzielnice. Ona je tylko sprowadza do jednego mianownika, podporządkowuje Rosji w duchu „wszechrosyjskiego centralizmu”. Rewolucja – ależ to rzecz bardzo prosta! Tylko naiwni „nacjonaliści” czy „socjalpatrioci” mogli sobie wyobrażać przewrót polityczny w państwie carów jako sprawę bardzo skomplikowaną i pełną „ewentualności”. Skoro się już skonstatowało, że „patriarchalne gospodarstwo włościańskie upada”, że rząd musiał nawet znieść „solidarną odpowiedzialność” (krugowaja poruka) w gminie wielkorosyjskiej (str. 159), że kapitalizm się szerzy i rozwija, to reszta już wynika „sama przez się” – ku wielkiemu pohańbieniu „nacjonalistów” czy socjalpatriotów. „Dla socjalpatriotów mówiła p. L. – przyszła rewolucja rosyjska jest to nie punkt kulminacyjny rozpoczętej już walki klasowej proletariatu z caratem, walki, której potęga pozostaje w prostej zależności od łączności mas robotniczych, od jednolitości ich akcji politycznej, ugruntowanej na wspólnym celu, jednakowych poglądach na sposób walki i taktyki, na możliwie ścisłej spójni organizacyjnej. Nie, dla socjalpatriotów rewolucja rosyjska jest to moment, w którym na dane hasło wszystkie niezadowolone »czynniki«, a więc klasy, narody, jednostki – w tym szemacie i zdymisjonowany pan Witte jest zapewne »czynnikiem rewolucyjnym« – pozrywają się od razu z miejsc, nastąpi ogólny zamęt, w którym jedni będą ciągnąć do sasa, drudzy do lasa, ci rąbać na prawo, ci na lewo – i im bardziej każdy będzie działał na własną rękę, »diablo mało« oglądając się na drugich, tym prędzej zwali się »gliniany kolos« caratu” (str. 160).

Rozumie się, ta ostatnia uwaga p. L. jest płodem bujnej fantazji autorki i jej niepohamowanego pragnienia przypisywania „socjalpatriotom” wszelakich niedorzeczności. Ale to pewna, że „socjalpatrioci” nie przedstawiali sobie rewolucji w tak uproszczony, tak dziecinnie naiwny sposób jak p. L. Klasa robotnicza, połączona i zorganizowana jednolicie na całej przestrzeni państwa, ruszy się – i absolutyzm runie i zapanuje „jedna i niepodzielna” republika demokratyczna. Bardzo prosty, bardzo wygodny szemacik! Szkoda tylko, że nawet nie mając daru proroczego, można było przepowiedzieć, że tak łatwo, tak gładko, tak – powiedzielibyśmy – zegarkowo dokładnie rewolucja na pewno się nie odbędzie. Mimo woli, chcąc wydrwić znienawidzonych „socjalpatriotów”, p. L. trafnie uchwyciła kilka rysów obecnej rewolucji, mianowicie, że pozrywają się „klasy, narody, jednostki” (tylko nie na dane hasło – to już jest śmieszny pogląd), że i p. Witte odegra swoją rolę jako „czynnik rewolucyjny” (manifest kapitulacyjny 30 października!), że powstanie ogólny zamęt, w którym jedni będą ciągnąć do sasa, drudzy do lasa… I dużo, dużo z tego, co mówili „socjalpatrioci”, sprawdziło się. Krauz np., nie zawsze zresztą szczęśliwy w przepowiedniach, dobrze przewidział zacięty, bezwzględny opór caratu, konieczność „bankructwa finansowego, połączonego z jakąś ciężką klęską zewnętrzną”, aby rosyjskie klasy średnie zwróciły się ostatecznie przeciwko rządowi, ważną rolę, jaką w rewolucji odegrają „kresy”: Finlandia, Łotwa, Polska, Kaukaz, Syberia, przewidział też długie trwanie kryzysu rewolucyjnego („trwać może lat kilkanaście”) (str. 135-139 Wyb. p. p.). Niezależnie zaś od tych lub owych przewidywań – dla PPS była przede wszystkim ważna ogólna zasada: że proletariat nasz do ogólnego ruchu przeciw caratowi musi się przyłączyć jako samodzielna siła, walcząca z caratem nie tylko jako z absolutyzmem, lecz i jako z najazdem, dążąca do tego, aby rewolucję posunąć jak najdalej w kierunku demokratycznym – w ogóle i niepodległościowym – dla kraju naszego.

Rewolucja nie może się odbyć bez „akcji zbrojnej”, bez gwałtownych starć z wrogimi siłami. Zobaczmy, co o tej stronie zagadnienia powie nam p. L.

„Metoda naukowego socjalizmu – informuje nas – ma to do siebie, że względem uzasadnionych za jej pomocą dążeń proletariatu zbytecznym zupełnie jest pytanie: jaką drogą to lub owo dążenie ma być urzeczywistnione. Ponieważ już z góry punktem wyjścia przy stawianiu zadań klasowych dla proletariatu jest tu uświadomienie sobie istniejących tendencji rozwoju historycznego, więc między samym dążeniem a akcją, do niego prowadzącą, istnieje najzupełniejsza jednolitość. W najogólniejszej formie jest to zawsze walka klasowa, która w tej lub owej postaci posługuje się rozwojem społecznym, aby na jego prądzie dotrzeć do celu” (str. 144).

Słowa powyższe dobrze malują, jaka pustka, jaka bezmyślność w sprawach konkretnych ukrywa się poza namaszczonymi naukowo frazesami p. L. Rewolucja w Rosji? To kulminacyjny punkt walki klasowej. Walka zbrojna? To zewnętrzny przejaw walki klasowej (str. 148). „Metoda” p. L. nic prócz takich ogólników, takich z Pytyjskiego trójnoga rzucanych wyroczni, dać nie może.

Partia socjalistyczna nie potrzebuje się zajmować roztrząsaniem „akcji” w celu urzeczywistnienia swoich dążeń, o ile akcja ta nie jest jeszcze potrzebą chwili, o ile nie przewiduje się jej w bliskiej przyszłości. Wszelkie przedwczesne roztrząsania takie dla partii są zbyteczne – nie dlatego, żeby partia koniecznie chciała być ślepym narzędziem w rękach metafizycznej „konieczności” – ale po prostu dlatego, że poglądy na sposoby i środki przyszłej walki z konieczności muszą nosić piętno subiektywizmu, że mogą zanadto wzorować się na dawnych walkach lub na cudzych przykładach, albo też wpadać w fantastyczność itd. Jeżeli jednak partia nie potrzebuje zajmować się takimi przewidywaniami, to jednak psychologicznie zrozumiałym jest, że – o ile partia zdobędzie już pewną siłę – ludzie zadają sobie pytanie: jak się to skończy? w jaki sposób zwyciężymy? – i starają się na to odpowiedzieć. Wszystkie te przewidywania mogą okazać się mylne, mają one jednak tę wartość, że poza codzienną walką odsłaniają szersze horyzonty, przyzwyczajają umysły do liczenia się z przewrotem jako z czymś, do czego trzeba być „moralnie” gotowym i co należy jak najlepiej dla swoich celów wykorzystać. Gdy zaś sytuacja rewolucyjna zarysuje się wyraźniej, gdy objawią się „znaki na niebie i ziemi”, że można już przystąpić do realizowania swoich dążeń, wtedy partia musi poważnie pomyśleć o akcji odpowiedniej. P. L. może sobie „w tej lub owej postaci” płynąć „po prądzie społecznym do celu”. Poważna jednak partia polityczna musi mieć postać zupełnie określoną i nie ulegać biernie prądowi wypadków, lecz – ile sił jej starczy i możności – starać się go regulować ze sterem i busolą w ręku. Jeżeli wypadki wymagają „akcji zbrojnej”, to wtedy akcja ta jest już nie frazesem, nie ogólnikiem, lecz czynem, do którego trzeba się przygotowywać i który należy organizować. Nic tu nie pomoże amulet „konieczności historycznej”. Konieczność historyczna – oczywiście nie ta metafizyczna p. L., ale ta ludzka konieczność, która każe klasom, narodom, społeczeństwom dążyć do zaspokojenia swoich naglących potrzeb na tle danych warunków społecznych – konieczność ta pokazuje nam tylko, dlaczego ludzie muszą się brać do broni i organizować w celu walki. Ale sama ona ani brauningów, ani organizacji nie fabrykuje…

P. L. aż się zanosi od ironicznego chichotu nad dyskusją w sprawie „przyszłego powstania”, która się toczyła przed kilku laty na łamach „Przedświtu”. Oczywiście najświętsze przykazanie jej etyki polemicznej każe p. L. przedstawiać rzecz w ten sposób, że PPS nic innego nie robi, tylko marzy o przyszłym powstaniu (podczas gdy w rzeczywistości dyskusja ta w życiu partyjnym odgrywała bardzo podrzędną rolę), z drugiej zaś strony każe jej uznawać za typowe dla partii właśnie te poglądy (Mazura, jednego z uczestników dyskusji), które najbardziej od stanowiska partii się różniły. Niezależnie jednak od wartości tej dyskusji świadczyła ona bądź co bądź o jednym: że PPS traktuje „walkę zbrojną” nie jako igraszkę w rękach metafizycznej „konieczności”, ale jako istotną – akcję.

A p. L.? P. L. wytrwała i w czasie rewolucji na swoim stanowisku „najogólniejszej formy”, „tej lub owej postaci” i metody swojej, która „ma to do siebie”, że z każdej trudności wywija się niefrasobliwie czczymi ogólnikami. Metoda „walki zbrojnej” p. L. ma jeszcze „to do siebie”, że każe przede wszystkim zwalczać i zohydzać istotną, ale cudzą walkę zbrojną…

X

Międzynarodowe znaczenie kwestii polskiej

P. L. szeroko rozwodzi się nad tym, że kwestia polska straciła swoje dawne międzynarodowe znaczenie, które zawdzięczała dawniejszemu układowi stosunków społeczno-politycznych w Europie. Kautsky zgadza się z nią pod tym względem, ale zarazem podkreśla, że to nic a nic nie wpływa na samo jądro zagadnienia, mianowicie na to, że niepodległość potrzebna jest samemu proletariatowi Polski.

Jest to bezwarunkowo słuszne. Międzynarodowe znaczenie tej czy owej sprawy politycznej jest rzeczą drugorzędną i zgoła nie może stanowić o przyjęciu jej lub nieprzyjęciu do programu partii robotniczej danego kraju. O tym rozstrzyga po prostu zgodność określonego jej rozwiązania z interesami proletariatu i z zasadami socjalizmu.

Bądź co bądź jednak nie sądzimy, żeby kwestia polska straciła dziś wszelkie międzynarodowe znaczenie. A znaczenie to polega po prostu na tym, że Polska, chociaż podzielona między trzy państwa, nie zatraciła poczucia jedności, że przeto zmiany i walki, odbywające się w jednej dzielnicy, dotyczą i innych dzielnic, a tym samym i innych państw zaborczych. Toć Kautsky sam przepowiada, że dalszym, pośrednim skutkiem obecnej rewolucji, w której Królestwo Polskie zdobędzie mniejszą lub większą samodzielność, może być zjednoczenie ziem polskich na tle ciążenia do siebie trzech zaborów i przewrotów w Austrii i w Niemczech. A to chyba świadczy o międzynarodowym znaczeniu kwestii polskiej! Nie zapuszczając się jednak w przyszłość, dziś już można dokładnie widzieć, jak Prusy boją się wszelkiej autonomii Królestwa, jak usłużnie popierają absolutyzm rosyjski – głównie właśnie z powodu „kwestii polskiej”. Kwestia więc polska bezpośrednio dotyczy nie tylko proletariatu polskiego, ale również proletariatu całej środkowej i wschodniej Europy. W każdym przewrocie, który rozstrzyga o dalszych losach tego lub owego z państw zaborczych, w tej czy innej postaci musi się objawić kwestia polska, rewolucyjne zaś znaczenie nadaje jej zawsze proletariat.

P. L., zwalczając żarliwie w międzynarodowym obozie socjalistycznym ideę niepodległości Polski, musiała usunąć sobie z drogi tę przeszkodę, którą stanowili – Marks i Engels. Poradziła sobie w dowcipny sposób: oto Marks i Engels bronili niepodległości Polski nie ze stanowiska socjalistycznego, lecz burżuazyjno-demokratycznego! „Nie socjalistyczna teoria i taktyka, lecz polityka bieżąca demokracji niemieckiej, interesy praktyczne burżuazyjnej rewolucji zachodnioeuropejskiej dały początek temu stanowisku, które Marks, a potem i Engels zachowywali względem Polski i Rosji” (str. IV). Dotychczas sądziliśmy, że Marks i Engels mieli jednolity pogląd na świat, który im pozwalał wiązać ściśle „politykę bieżącą” i „interesy praktyczne” z „socjalistyczną teorią i taktyką”. Teraz od naszej rewizjonistki dowiedzieliśmy się, że tak nie jest, że Marks miał dwie polityki: jedną – socjalistyczną – dla ruchu robotniczego, drugą – burżuazyjno-demokratyczną – dla stosunków międzynarodowych. P. L. oczywiście poprawia Marksa, a poprawia w ten sposób, że w ogóle wyjmuje politykę międzynarodową z zakresu kompetencji proletariatu. Na takim stanowisku Marks oczywiście nie stał: wiązał on ściśle interesy wewnętrzne i zewnętrzne klasy robotniczej i z tego punktu widzenia oceniał „burżuazyjną rewolucję zachodnioeuropejską”. A więc i jego poglądy na kwestię polską wypływały nie po prostu z „polityki bieżącej”, z „praktycznych interesów”, lecz z całokształtu jego zasad programowo-taktycznych. Zarazem nieprawdą jest, że dla Marksa i Engelsa Polska była to po prostu „niezróżniczkowana całość, kraj powstańców” (str. V). Rozumie się, w Polsce ówczesnej, przy niskim stopniu rozwoju gospodarczego, różnice i walki klasowe – o ile chodzi o żywioły politycznie czynne – nie występowały silnie i jaskrawo. Ale Marks i Engels wiedzieli coś więcej o Polsce prócz tego, że jest to „kraj powstańców”. Postarali się zapoznać dość dokładnie z historią Polski i z jej położeniem współczesnym, a to ich nauczyło, że w Polsce toczy się walka między reakcyjną arystokracją a rewolucyjną demokracją szlachecką i że niepodległość Polski związana jest z rewolucją agrarną (zob. art. Marksa i Engelsa w zbiorku pt. Odbudowanie Polski, Lwów 1904).

Najbardziej wszakże boli p. L., że Marks i Engels nie zmienili swoich poglądów na kwestię polską, gdy ona – po ostatnim powstaniu – zmieniła swoje oblicze, gdy w Polsce samej rozwinął się ruch robotniczy. Skarży się na nich, że „względem Polski i Engels i Marks do końca nie zadali sobie trudu zrewidowania swego starego stanowiska z r. 1848, przenosząc je raczej pod koniec całkiem mechanicznie na polski ruch socjalistyczny” (str. XVIII). Całkiem mechanicznie! To znaczy po prostu, iż Marks i Engels od razu zrozumieli, że polski ruch socjalistyczny musi się przystosować do odrębnych warunków swego kraju, że stanie się on bardzo poważnym czynnikiem w walce z caratem, że wreszcie, skoro na widownię wystąpił prawdziwy lud polski, tym mniej jest racji wątpić o przyszłości Polski. Forma i treść dążenia do niepodległości zmieniły się, ale sama zasada niepodległości pozostać musi. Oto co nasza rewizjonistka nazywa mechanicznym przeniesieniem starego stanowiska na nowy ruch rewolucyjny!

Na zakończenie zaś, aby pokazać, jak w r. 1874 (a więc w tym czasie, kiedy Marks i Engels nie widzieli już w Rosji nieruchomej bryły, kiedy liczyli już na rewolucję rosyjską) – jak wówczas Engels oceniał międzynarodowe znaczenie kwestii polskiej, przytoczymy następujące jego słowa, które do dziś dnia nie utraciły wartości:

„Niezależność Polski i rewolucja w Rosji wzajemnie się uzależniają. A niezależność Polski i rewolucja w Rosji – co przy bezgranicznym, politycznym i finansowym rozkładzie i całą Rosję urzędniczą zjadającej korupcji daleko jest bliższym, niż się powierzchownie wydaje – oznacza dla robotnika niemieckiego: ograniczenie burżuazji, rządu, w ogóle całej reakcji w Niemczech do ich własnych sił, z którymi my wtedy sami damy sobie radę”. (Odbudowanie Polski, str. 103).

XI

Ucisk narodowy i autonomia

Widzieliśmy, jak p. L., nicując w obecnych czasach niepodległość, starając się „na dobre” usunąć ją ze świata, uspakaja nas równocześnie zapewnieniem, że w ustroju socjalistycznym niepodległość rozumie się „sama przez się”. Swoją drogą p. L. od czasu do czasu przypomina sobie, że to nie wystarcza, że ucisk narodowy już dziś wymaga pewnej akcji ze strony partii socjalistycznej. P. L. zwykle przypomina to sobie przy końcu swoich artykułów: po gruntownym i doszczętnym rozgromieniu „nacjonalistów”, czyli „socjalpatriotów”, z armaty „organicznego wcielenia”, na pocieszenie p. L. zapewnia nas, że „Socjaldemokracja” zwalcza ucisk narodowy, ba, że ona nawet „wiezie na swej nawie skarb sprawy kulturalno-narodowej” (sprawia to „dialektyka dziejowa” na str. XXX). Zapewnienia te jednak są zawsze luźnie związane z treścią artykułów, zawsze gołosłowne i nieokreślone, wcale nie motywowane.

P. L. zdobyła się raz na emfazę w potępieniu ucisku narodowego. „Faktem – mówi – stwierdzonym ku czci ludzkości w dziejach wszystkich czasów jest to, że najbardziej nieludzkie nawet gnębienie interesów materialnych nie jest zdolne wywołać tak fanatycznego, płomiennego buntu i nienawiści jak ucisk wkraczający w sfery życia duchowego: ucisk religijny i narodowy. Ale do heroicznego buntu i do męczeństwa dla obrony tych dóbr duchowych zdolne są tylko właśnie klasy z położenia materialnego, społecznego rewolucyjne” (str. XXVIII-XXIX). Jest to silnie powiedziane. Zdawałoby się, że p. L. wyprowadzi z tego równie silne wnioski, że zaakcentuje czynnik narodowy w walce socjalistycznej. Gdzie tam! P. L. zaraz się cofa. Na tej samej stronicy dowiadujemy się, że ucisk narodowościowy jest tylko „kroplą w morzu całokształtu nędzy społecznej, upośledzenia politycznego, wydziedziczenia duchowego, które stanowią los najmity kapitalistycznego w dzisiejszym społeczeństwie”. A na str. 9 p. L. sucho mówi o ucisku narodowym jako o „zjawisku dla robotników samym przez się drugorzędnym”. Tam „heroiczny bunt” i „męczeństwo” – tu „kropla w morzu i „zjawisko drugorzędne”. Czymże więc jest ucisk narodowy dla robotników polskich? Czy ma wywoływać „heroiczną walkę”, czy też być traktowanym dość lekceważąco jako „kropla w morzu” i „zjawisko drugorzędne”?

Kto poważnie walczy z uciskiem narodowym i rzeczywiście pragnie zaspokoić potrzeby narodowe, ten musi pokazać, jak ten ucisk wpływa na położenie klasy robotniczej, jak się wiąże z całokształtem jej cierpień i potrzeb, w jakich formach politycznych proletariat najlepiej zaspokoić może swoje potrzeby narodowe. Tutaj nie wystarcza efektowny frazes, któremu zaraz inny frazes przeczy, tutaj potrzeba sumiennej agitacji na tle potrzeb narodowych w socjalistycznym duchu. O ile wiemy, „Socjaldemokracja” nigdy takiej agitacji nie prowadziła, owszem – zawsze zażarcie zwalczała każdy objaw narodowego zabarwienia ruchu socjalistycznego. Nic dziwnego: p. L. tak się zawikłała w sieciach „organicznego wcielenia”, tak wyłącznie oddała się dowodzeniu, iż sprawa polska nie ma żadnego politycznego znaczenia, iż proletariat polski politycznie stanowi tylko część proletariatu państw zaborczych, że „potrzeby narodowe” nie wiadomo jaką w tym wszystkim grać mają rolę.

P. L. łaskawie uznaje np., że między trzema zaborami istnieje łączność narodowo-kulturalna. Ale jednocześnie ani słyszeć nie chce o tym, żeby to pociągnęło za sobą jakieś skutki dla proletariatu. Widzieliśmy, z jak śmieszną gorliwością p. L. napadła na trójzaborową „majówkę”, na ogólnopolską delegację na kongresach międzynarodowych. Widocznie p. L. w swojej niezgłębionej mądrości politycznej uznaje, że łączność narodowo-kulturalna to tylko powieści Sienkiewicza i że tylko partiom burżuazyjnym z trzech zaborów – ugodowcom, narodowym demokratom – wolno się łączyć i prowadzić wspólną akcję. Socjalistom zaś wara od tego!

Albo broń Boże wspomnieć o obcym rządzie, o najeździe! P. L. strasznie oburza się na taki „socjalpatriotyzm”. Rząd jest przede wszystkim klasowy – poucza surowo. A gdy jej jaki „nacjonalista” z PPS odpowie: zwalczamy rząd, jako klasowy, tak jak zwalczalibyśmy każdy swojski rząd klasowy – ale i obcość rządu nam szkodzi, bo skutkiem jest ucisk narodowy, prawa wyjątkowe nawet przy konstytucji jak w Prusiech, wyzysk ekonomiczny lub podatkowy na rzecz innych części państwa, rządy centralistycznej biurokracji itd. – gdy to jej się powie, to p. L. tylko wzrusza ramionami. Najazd wprawdzie jest, ale, według p. L., robotnicy powinni się tak zachowywać, jak gdyby go nie było: rząd jest przede wszystkim klasowy, robotnicy mają przede wszystkim klasowe interesy, które załatwiać powinni przez demokratyzowanie scentralizowanego państwa. Bo jak mówi – z właściwą sobie znajomością rzeczy – sojusznik p. L. Parvus: „gdzież tutaj (w Niemczech) miejsce na separatyzm narodowy, kiedy uwaga robotnika polskiego z dnia na dzień bywa skierowywana na polityczne i fachowe sprawy niemieckie, przy czym nie ma w praktyce żadnych szczególnych spraw polskich”? (str. 60). P. L. zaś nie pozwala nawet konstatować powszechnie znanego faktu, że prześladowanie rządowe ruchu robotniczego w zaborze pruskim jest o wiele ostrzejsze niż w samych Prusiech, bo tam robotnicy prześladowani są i jako socjaliści, i jako Polacy. P. L. nie zbija tego faktu, nie podoba się jej po prostu, że coś można kłaść „nie tyle na konto polityki klasowej rządu tego, ile na konto ucisku narodowego” (str. 10). P. L. oburza się też, że „Bulletin officiel du Parti socialiste polonais” wyraził się, iż wyborcy polscy, oddając głos na socjalistów, zaznaczają tym samym, że nie chcą ani panowania niemieckiego, ani rządów szlachty i klechów (tamże). P. L. w głowie pomieścić się nie może, że socjalista polski nie chce panowania niemieckiego, że lud polski chce sam sobą rządzić! „Nie ma w praktyce żadnych szczególnych spraw polskich” – wtóruje jej Parvus. Tak to wyglądają dytyramby przeciwko uciskowi narodowemu, kiedy chodzi w praktyce o zwalczanie tego ucisku, o konkretne wskazywanie jego szkodliwości! Podamy jeszcze jeden znamienny przykład, świadczący, jak p. L. nie lubi objaśniać czegokolwiek w życiu społecznym wpływami ucisku narodowego. „Jest to – powiada – stawianiem rzeczy do góry nogami, jeśli się objaśnia zacofanie społeczne i umysłowe Księstwa Poznańskiego uciskiem narodowościowym ze strony Prus. Wprost na odwrót! (A więc ucisk narodowościowy objaśnia się zacofaniem Poznańskiego! – przyp. nasz). Jedynie zacofaniem ekonomiczno-społecznym, brakiem wielkomiejskiego życia i burżuazyjnej inteligencji, drobnomieszczańskim ospałym charakterem Poznańskiego można objaśnić ten brak odporności umysłowej względem germanizacji, który sprawia, że postępy zniemczenia wśród polskiej ludności Prus są bez porównania większe niż postępy rusyfikacji w wysoce kapitalistycznym Królestwie Polskim – mimo brutalniejsze bądź co bądź metody rządu carskiego” (str. 143).

Pomijamy już dziwną logikę, która każe p. L. zaprzeczać szkodliwości ucisku narodowego, na tej zasadzie, że – odporność społeczeństwa może osłabiać jego skutki. Pomijamy też fakt, że ekonomiczne zacofanie Poznańskiego w znacznym stopniu objaśnia się jego odcięciem od innych dzielnic Polski. Jądro bowiem kwestii polega na tym: jak istotnie wpływa ucisk narodowy na rozwój społeczny. P. L. odpowiada, że wcale nie wpływa. Poznańskie słabo jest rozwinięte kapitalistycznie – dlatego tylko jest zacofane. A Górny Śląsk? Tam wielkiego przemysłu nie brak – a jednak kraina ta jest nie mniej pod względem społeczno-kulturalnym zacofana. Z drugiej strony Galicja, dzielnica bardzo słabo rozwinięta pod względem przemysłowym, kulturalnie i społecznie stoi bez porównania wyżej. Dlaczego? Otóż dlatego właśnie, że Galicja ma, chociaż bardzo niedostateczny, samorząd, przede wszystkim zaś – korzysta z wolności życia narodowego. W Poznańskiem zaś i na Górnym Śląsku germanizacja oddziaływa tym szkodliwiej, że są to kraje ze znacznym procentem ludności niemieckiej, przy czym burżuazja i szlachta niemiecka czynnie popierają germanizację rządową, a następnie – że tu walka się toczy nie z niższą, lecz owszem, z wyższą kulturą niemiecką, jest więc bardzo trudna. Przykłady te dostatecznie pokazują, że wolność rozwoju narodowego potęguje rozwój społeczny, gdy brak tej wolności – hamuje go na każdym kroku. Ucisk narodowy jest już choćby dla tego szkodliwy, że na walkę z nim społeczeństwo poświęca znaczną część sił, które w normalnych warunkach skierowane by było bezpośrednio ku celom rozwoju społecznego.

A Królestwo? Królestwo istotnie w walce z uciskiem narodowym znalazło się w korzystnych warunkach. Sprzyjał mu nie tylko jego rozwój kapitalistyczny (po raz pierwszy tutaj od p. L. dowiedzieliśmy się, że kapitalizm wywoływać może nie „organiczne wcielenie”, lecz wzmacniać kraj pod względem narodowym!), nie tylko – powiadamy – jego rozwój kapitalistyczny, lecz i jego – stosunkowa – jednolitość narodowa, i tradycje życia autonomicznego, i o wiele jeszcze ważniejsze tradycje rewolucyjne, i wreszcie słabość kulturalna wroga: rusyfikacji. A mimo to wszystko zgoła nie można powiedzieć, żeby najazd nie zostawił tu głębokich śladów na życiu społecznym. Nie możemy się nad tą kwestią rozwodzić, poprzestaniemy tylko na wskazaniu, jak ucisk najazdu (polityczny i narodowy) obniżył w zaborze rosyjskim poziom kultury narodowej, jak zdemoralizował i ogłupił politycznie nasze klasy posiadające (ugoda i narodową demokracja dobrze reprezentują te szkodliwe skutki najazdu).

A teraz obejrzyjmy się jeszcze raz na przebytą dotychczas w rozdziale tym drogę. Na początku słyszeliśmy od p. L. płomienne dytyramby przeciwko uciskowi narodowemu. A rezultat jaki? Wywód, że w żadnej kwestii konkretnej ucisk narodowy nie ma znaczenia, że p. L. nie pozwala konstatować żadnych wynikających z niego szkód dla rozwoju społecznego.

Idźmy dalej. W jakich formach politycznych proletariat polski ma znaleźć ochronę przed uciskiem narodowym i wyraz dla odrębnych potrzeb kraju? P. L. z początku mówiła o konstytucji sans phrase, jako o ziemi obiecanej dla Polski w ustroju kapitalistycznym. Wtedy była zupełnie konsekwentna, gdyż z „organicznego wcielenia” i „centralizacji politycznej” nic innego nie może wyniknąć, jak zanik wszelkiej odrębności politycznej kraju i centralistyczna konstytucja sans phrase. Jednakże odrębność Królestwa dawała się odczuć zbyt silnie, aby p. L. mogła być całkiem konsekwentna. Toteż zaczęła dobudowywać do swego głównego gmachu programowego różne kletki z różnymi nazwami: to mówiła o wolnościach autonomicznych, to o autonomii narodowej, to o samorządzie krajowym, to o autonomii z sejmem krajowym. Ale tandetną budowę od razu można było poznać. Już sama nieokreśloność tych przybudówek, zupełna niejasność ich charakteru i znaczenia, ciągła zmiana formułek świadczą, że p. L. nie traktowała całej tej sprawy poważnie, że zadawalała się byle jaką fuszerką. W rzeczy samej: co znaczy autonomia narodowa, samorząd krajowy, autonomia z sejmem krajowym? Jaki ma być ich zakres – choćby w najogólniejszych rysach – jaka rola, jaki stosunek do państwa? A przynajmniej chcielibyśmy wiedzieć, czy wszystkie te formułki znaczą to samo, a jeżeli nie – to dlaczego p. L. czuła potrzebę zmiany, rozszerzenia formułki? Co wywołało np. nagle potrzebę sejmu krajowego, jaka „konieczność historyczna” wywołała przejście od konstytucji sans phrase do konstytucji z frazesem: sejm krajowy? Na czym w ogóle zasadza się potrzeba i „konieczność historyczna” specjalnych instytucji politycznych dla Polski? Przecież od p. L. słyszymy tylko, że Polska wszelką odrębność gospodarczą i polityczną postradała, że istnieje wspólny polsko-rosyjski absolutyzm, polsko-rosyjska burżuazja, szlachta, proletariat. Gdzie tu miejsce na sejm krajowy?

P. L. usiłuje się w kilku miejscach „wykręcić sianem z piwnicy”, utrzymując, że demokratyzacja już w sobie zawiera autonomię. Jest to słuszne i niesłuszne. Demokratyzacja – w najszerszym tego słowa rozumieniu – zawiera w sobie nie tylko autonomię, lecz nawet – niepodległość, której autonomia jest tylko cząstkowym i niedostatecznym urzeczywistnieniem. Ucisk narodowy, zależność od najazdu są zawsze granicą, osłabieniem lub zgoła wykoszlawieniem demokratyzacji. Ale zarówno niepodległość, jak jej słabszy o wiele wyraz: autonomia, są zastosowaniem demokratyzacji nie w ogóle, nie w abstrakcji, lecz konkretnie: w stosunku do danej dzielnicy państwa, do tego lub owego kraju podbitego. Demokratyzacja np. państwa rosyjskiego tylko wtedy wywołuje „autonomię Polski”, gdy kraj ten ma swoje odrębne warunki i potrzeby, gdy o te specjalne swoje potrzeby walczy, gdy ma odpowiednie po temu siły, słowem – gdy nie może się zadowolić ogólną demokratyzacją, tylko potrzebuje swojej własnej, autonomicznej. A od p. L. słyszeliśmy tylko o demokratyzacji centralistycznej i nic, zgoła nic o odrębności stosunków społecznych w Polsce.

Czy autonomia p. L. ma być polityczną? Na to kapitalne pytanie nie znajdujemy u niej żadnej odpowiedzi. Jeżeli ma być polityczną – to to przeczyłoby całokształtowi teorii p. L. Jeżeli nie ma być polityczną – to prosimy nam wskazać te tendencje kapitalizmu, a zwłaszcza te potrzeby i interesy proletariatu, które każą domagać się autonomii nie-politycznej. W rzeczywistości, jak się zdaje, rozpęd p. L. w kierunku autonomicznym jest o wiele mniejszy niż nawet u naszych partii burżuazyjnych, ba – autonomia p. L. mniej żąda, niż zgadzają się dać kadeci, nie mówiąc o radykalnej inteligencji rosyjskiej. Jest to pierwszy tego rodzaju wypadek w historii, że w kraju podbitym są i tacy socjaliści, którzy podczas rewolucji żądają mniejszej sumy samodzielności demokratycznej dla kraju swego, niż im obiecują opozycyjne i radykalne żywioły kraju panującego.

A w dodatku żywioły te obiecują nam szeroką autonomię polityczną przy monarchii konstytucyjnej. P. L. zaś rozpędziła się aż do republiki demokratycznej, co chyba powinno pociągnąć za sobą konsekwencje dla Polski. P. L. oczywiście konsekwencji tych nie wyciąga. Co znaczy sejm krajowy przy republice? Jeżeli i w Polsce ma być pełnia wolności republikańskiej, to chyba musi ona żyć całkowitym życiem politycznym, samodzielność jej po prostu będzie niepodległością, ograniczoną tylko przez dobrowolny związek z Rosją. A więc my wyprowadzamy z republiki niepodległość, p. L. zaś nie powiedziała nawet pierwszego słowa, czy nasz republikański sejm ma mieć w ogóle funkcje polityczne i jakie, czy też ma być tylko krajowym „ziemstwem” na wzór „Moskiewskiego kraju” i skromnie poprzestawać na budowaniu dróg i mostów, na pomocy lekarskiej dla ludności, na szkółkach ludowych.

Proletariat polski nie potrzebuje aparatu polskiego państwa klasowego – utrzymuje p. L. P. L. więc chce utrzymać taki stan rzeczy, przy którym do wszystkich skutków panowania klasowego przyłączają się wszystkie szkody panowania obcego. Jej „sejm krajowy” tylko wtedy może osłabić te szkody, jeżeli będzie miał szeroki polityczny charakter, jeżeli będzie poważną rękojmią samodzielności kraju (samodzielności, nie różniącej się przy republice od niepodległości). Ale to jest aparat państwa klasowego, który p. L. uznaje za zbyteczny. A jeżeli nie będziemy mieli aparatu politycznego, to sejm będzie po prostu karykaturą autonomii, wygodną przede wszystkim dla burżuazji, która będzie mogła tumanić nieświadome masy frazesami o „solidarności narodowej”, a jednocześnie opierać się w walce ze świadomym proletariatem na pomocy z zewnątrz, na sile rządu centralnego.

Widzimy z tego wszystkiego, ile wewnętrznych sprzeczności zawiera program p. L., jak mało odpowiada nie tylko interesom proletariatu, ale najprostszym wymaganiom logiki.

I nie mogło być inaczej: socjalista polski, który nie gruntuje swego programu politycznego na podstawie niepodległości demokratycznej, musi nam w końcu zamiast programu – dać strzępek niejasnych, kłócących się ze sobą, bezmyślnych w swojej ogólnikowości frazesów.

Feliks Perl

Powyższy tekst Feliksa Perla pierwotnie ukazał się jako broszura, Nakładem „Życia” – wydawnictwa dzieł społeczno-politycznych, Warszawa 1907. Od tamtej pory nie był wznawiany, poprawiono pisownię według obecnych reguł.

Przypisy:

[1]: Pierwsze święto majowe w Warszawie, w r. 1890, powstało wyłącznie z inicjatywy „Proletariatu”, nie zaś „Związku”, co oczywiście p. L. przedstawia na opak.

[2]: Natomiast wielce realistyczny był pomysł, z którym nosiła się przez czas pewien socjaldemokracja – wydawania dwujęzycznego pisma robotniczego, które by zaspakajało potrzeby jednocześnie i Polski, i Rosji.

[3]: W krytyce powyższej pominęliśmy różne szczegółowe błędy p. L. Np. uważa ona program pracy organicznej za bezpośredni twór burżuazji, podczas gdy w rzeczywistości był on dziełem inteligencji, co stanowi wcale doniosłą różnicę. Błędnie również przenosi „oświatę ludową” i chłopomaństwo w czasy pracy organicznej, podczas gdy rozwinęły się one właśnie po upadku tego programu. Itp.

[4]: Oczywiście stosunek sił odgrywa ważną rolę w taktyce, ale nie powinien wpływać na program.

[5]: Jaki jest rzeczywisty stosunek programu narodowościowego SD austriackiej do programu PPS, o tym dobrze i obszernie pisał Krauz. Ciekawa cytata z Kautsky’ego w Wyb. p. p., str. 231-232: „Program ten (austriacki) oznacza rozkład Austrii jako mocarstwa scentralizowanego ze wspólną armią i biurokracją, jej zamianę na rodzaj Szwajcarii, na związek narodowości…”. I p. L. udaje, że ten pogląd zgodny jest z jej teoriami! Wszak w razie urzeczywistnienia tego programu narodowościowego powstałoby w Austrii zgoła nowe państwo, chociaż w dawnych granicach!

[6]: Jeżeli siłą polityczna oznacza również wpływ polityczny, to robotnicy francuscy mają go daleko więcej niż niemieccy, pomimo że Niemcy przerosły znacznie Francję w rozwoju kapitalistycznym. Robotnicy angielscy dopiero w ostatnich czasach stają się samodzielną siłą polityczną. Itd., itd.

[7]: W książce swojej pt. „Die Industrielle Entwicklung Polens”, wydanej w 1898 r., p. L. wróży rychły koniec samodzielności politycznej Finlandii. Tłumacz rosyjski tej książki, który spokojnie pozwalał p. L. „wcielać organicznie” Polskę do Rosji, tutaj nie wytrzymał i zakwestionował wróżbę p. L. co do przyszłości Finlandii.

[8]: W wywodach swoich nie braliśmy wcale pod uwagę zasadniczej zmiany w polityce handlowej, zmiany, którą popiera ogromna większość socjalistów, a która zasadza się na wolnym handlu. Wolny handel dobija do reszty argumenty p. L., oparte na uznaniu dzisiejszej polityki handlowej za wieczną. Przypominamy sobie zresztą, że p. L. na zjeździe socjalistycznym niemieckim oświadczyła się rezolutnie za polityką wolnohandlową, powołując się między innymi na to, że socjalni demokraci rosyjscy umieścili w swoim programie żądanie zniesienia ceł. Ale p. L. nie dba o konsekwencję, gdyż wywody swoje zawsze zbyt jawnie i jaskrawo przystosowuje do potrzeb polemicznych.

[9]: Dość wskazać np. szkolnictwo ogólne i przemysłowe, stan dróg i rzek, koleje żelazne. Według obliczeń Koszutskiego (Rozwój ekonomiczny Królestwa polskiego) podczas gdy w europejskiej Rosji na milion mieszkańców wypada 375 wiorst dróg kolejowych, to w Królestwie tylko 246. P. L. na zaniedbanie gospodarcze Królestwa nie zwraca żadnej uwagi, tak samo jak nie uwzględnia finansowej strony zależności Królestwa od Rosji (wyzyskiwanie jego dochodów dla potrzeb rządu centralnego).

[10]: Bo są trzy proletariaty polskie, po jednym na każdy zabór (zob. nr. 156-157).

[11]: P. L. pierwotnie stawiała żądanie li tylko konstytucji, bez żadnych specjalnych dodatków dla Polski. Tak też program swój formułowała w sprawozdaniu na kongres zuryski. Dopiero później zjawiły się – wcale niekonsekwentnie – przybudówki, zawsze zresztą nieokreślonego kształtu, w rodzaju „wolności autonomicznych”, „autonomii narodowej”,
„samorządu krajowego” – wreszcie w ostatnich czasach nawet „sejmu krajowego”.

[12]: P. L. pierwotnie „piętnowała” PPS-owców, jako „socjalpatriotów”. Z czasem jednak uznała widocznie, że to za małe pohańbienie dla nich, tym bardziej, że niekiedy własne swe dążenia uważa za stosowne polecić jako „patriotyczne w najlepszym tego słowa znaczeniu” (zob. np. str. XXIX). Sprawa Dreyfusa i nacjonalizm francuski dostarczyły jej nowej, o wiele „jadowitszej” formułki. Snać p. L. wybrała ją dla tym lepszego zaznaczenia swego obiektywizmu historycznego. Albowiem jej ustami przemawia zawsze tylko „obiektywny bieg wypadków”.

Ukryty koszt wojny w Ukrainie: zniszczenie środowiska

Ukryty koszt wojny w Ukrainie: zniszczenie środowiska

Gdy w pierwszym roku wojny na Ukrainie usłyszałem o zniszczeniu przez Rosjan zapasów Charkowskiego Banku Genów Roślin, poczułem głębokie przerażenie. Sam przez kilka lat pracowałem przy projekcie badawczym skupionym dookoła polskiego Banku Genów Roślin IHAR w Radzikowie oraz odwiedziłem podobne instytucje w innych krajach. Wiedziałem więc, jak duże znaczenie dla hodowli roślin czy zachowania rzadkich gatunków mają podobne instytucje. Banki genów to kolekcje zasobów genowych różnych odmian i gatunków, które mogą być wykorzystane w badaniach naukowych, rozwoju gospodarki czy zaspokajaniu innych potrzeb społeczeństwa. Pracujący tam naukowcy dbają o czystość przechowywanych okazów (w przypadku roślin są to nasion, cebulki czy bulwy), namnażają je i przechowują w specjalnym „skarbcu”, którego warunki pozwalają zachować rośliny w odpowiednim stanie przez dekady. Próbki są regularnie uzupełniane i wymieniane w celu upewnienia się, że są w ilości i jakości pozwalających na wyhodowanie odpowiednio dużej liczby roślin danej odmiany.

Zasoby banku genów mogą służyć tworzeniu nowych odmian roślin przez hodowców, odtworzeniu populacji, która została stracona w świecie zewnętrznym, ale też często po prostu są źródłem rzadkich, pięknych czy użytecznych roślin dla hobbystów czy rolników.

Na szczęście wbrew doniesieniom mediów, które w sensacyjny sposób pisały o „zniszczeniu jedynego banku genów roślin na Ukrainie”, „utracie bezcennych próbek dziesiątek tysięcy roślin” i inne clickbaitowe bzdury, charkowski bank genów roślin przetrwał. Zniszczeniu podczas ostrzału uległa część pól należących do instytucji – na takich polach namnaża się rośliny, których próbki przechowywane są w skarbcu banku genów. Zniszczenie pól jest oczywiście stratą, jednak nie zagraża długoterminowo kolekcji banku genów. Wysuwane wobec Rosji zarzuty rozmyślnego niszczenia dziedzictwa biologicznego i środowiskowego – zostały wycofane. Jednak nie na długo.

Skażone rzeki, zniszczone lasy

O ile atak na pola banku genów w Charkowie czy niszczenie ziemi uprawnej można próbować uznać za koszt poboczny działań zbrojnych, o tyle wiele innych działań Rosjan wydaje się mieć na celu rozmyślne skażenie środowiska lub przynajmniej – używanie takiej groźby jako narzędzia presji strategicznej.

Najbardziej drastycznym przykładem takiego działania było wysadzenie zapory elektrowni wodnej w Nowej Kachówce, w obwodzie chersońskim. Wywołało ono oskarżenia wobec Rosji o wykorzystywanie wielkoskalowego niszczenia środowiska jako narzędzia wojny.

Wysadzenie zapory miało ograniczyć możliwości ukraińskiej kontrofensywy w obwodzie chersońskim, ale poskutkowało zalaniem ponad 600 kilometrów kwadratowych. W wyniku powodzi przesiedlono dziesiątki tysięcy ludzi, zginęło co najmniej 40 osób, a zalanie doprowadziło do zniszczenia lokalnych ekosystemów. Dodatkowo zbiorniki wodne obsługiwane przez tamę służyły do chłodzenia reaktorów Zaporoskiej Elektrowni Atomowej, co wywołało obawy o bezpieczeństwo nuklearne.

W 2024 pojawiły się też oskarżenia o celowe zatruwanie rzek Sejm i Desna, które są dopływami Dniepru. Według ukraińskich źródeł, Rosja zrzuciła do tych rzek duże ilości toksycznych odpadów przemysłowych. Zrzut miał miejsce tuż przed granicą z Ukrainą, tak aby skaził tylko ukraińską część rzeki. Toksyny zabiły całe ekosystemy, niszcząc faunę i florę rzek, a także zagrażając Dnieprowi – kluczowemu źródłu wody dla ponad połowy mieszkańców Ukrainy.

Raport opracowany na początku 2024 roku przez zespół pod kierownictwem Daniela Hryhorczuka, profesora Uniwersytetu w Illinois, szacował ukraińskie straty środowiskowe na ponad 56 miliardów dolarów. Dokument, opublikowany w „Journal of Occupational Medicine and Toxicology”, którego autorami są min. naukowcy z Hardvardu oraz pracownicy ukraińskiego ministerstwa zdrowia, wskazuje na wiele mniej oczywistych form wpływu na środowisko – takich jak pożary wybuchające z powodu działań wojennych czy skażenie ziemi i powietrza wskutek ostrzałów. Działania wojenne o negatywnym wpływie na środowisko obejmują również stosowanie przez Rosjan chemicznych środków bojowych, takich jak gazy łzawiące i duszące. Według raportów ukraińskiego Sztabu Generalnego, do sierpnia bieżącego roku doszło już do ponad 4 tysięcy takich ataków.

Raport Hryhorczuka zwraca też uwagę na zniszczenie habitatów i ekosystemów wskutek przeorania dużych obszarów Ukrainy okopami i transzejami, toczeniu działań zbrojnych w obszarach objętych ochroną czy rezerwatach przyrody. Mimo że Ukraina zajmuje mniej niż 6% powierzchni lądowej Europy, ze względu na swoje znaczenie dla gatunków migrujących oraz różnorodność geograficzną posiada 35% bioróżnorodności kontynentu. Oznacza to ponad 70 000 gatunków, w tym wiele rzadkich, reliktowych lub endemicznych. Według badaczy, aż 1/3 obszarów chronionych w Ukrainie została dotknięta przez działania zbrojne, wymuszając migrację lub zagładę gatunków ptaków, ssaków i roślin. W kraju, który odpowiada za 35% europejskiej bioróżnorodności.

Szacuje się też, że materiały wybuchowe i niewypały można znaleźć obecnie na 30% terytorium Ukrainy, czyli na obszarze 174 000 kilometrów kwadratowych, a ponad 2,4 miliona hektarów lasów zostało zniszczonych lub uszkodzonych przez działania zbrojne. Wojna nie oszczędziła też życia morskiego – zaminowanie Morza Czarnego oraz regularne bitwy morskie, wyciek ropy oraz substratów amunicji, miały przynieść olbrzymie zubożenie bioróżnorodności fauny i flory żyjącej wzdłuż linii brzegowych. Szacuje się, że ofiarami tych działań padło przynajmniej kilka tysięcy delfinów żyjących w Morzu Czarnym, a w 2022 ukraińska odnotowana populacja niektórych ptaków wędrownych (jak np. pelikan dalmatyński) spadła o nawet 80%. Istnieje konsensus naukowców, że odbudowanie tych strat zajmie długie lata, jeśli nie dekady. Najczęściej mówi się o przynajmniej 15-letnim okresie potrzebnym na usunięcie zniszczeń środowiska spowodowanych pierwszymi dwoma latami wojny.

Oprócz bezpośrednich zniszczeń na terenie Ukrainy, wojna ma bezpośredni wpływ na sytuację klimatyczną na całym świecie. Badacze szacują, że w ciągu pierwszych 24 miesięcy wojny, działania wojenne (wliczają w to ostrzały, bombardowania, wykorzystanie paliw przez wojsko, ale też emisję potrzebną do odbudowy zniszczonych konstrukcji po zakończeniu wojny, co może wzbudzać metodologiczne wątpliwości) wyemitowały gazy cieplarniane będące odpowiednikiem 175 milionów ton dwutlenku węgla. Dla porównania, emisja Polski za 2023 rok wyniosła 114 milionów ton CO2. Wspomniana emisja jest jedynie emisją bezpośrednią. Pośrednio, wybuch wojny i nałożone na Rosję sankcje wpłynęły na globalną sytuację energetyczną. Konieczność przestawienia się na alternatywne dla rosyjskiego gazu źródła energii z jednej strony przyspieszyła transformację energetyczną lub przynajmniej dywersyfikację źródeł energii szeregu państw, z drugiej jednak zmusiła część z nich do zastosowania rozwiązań bardziej emisyjnych. Fala upałów, która przetoczyła się przez Azję w 2023, zabijając ponad 200 osób w Pakistanie, Indiach czy Malezji jest bezpośrednio wiązana z faktem skokowego wzrostu wykorzystania przez te i sąsiednie państwa wysokoemisyjnego węgla w miejsce rosyjskiego gazu.

Działania związane z wojną doprowadzają też do katastrof ekologicznych w państwach trzecich – zanieczyszczenie Morza Kaspijskiego przez zrzut paliwa dokonywany przez rosyjskie samoloty, miał w 2022 doprowadzić do masowego wymierania fok kaspijskich. W Dagestanie znaleziono ponad 2,5 tysiąca martwych przedstawicieli tego zagrożonego gatunku.

Większość badawczy solidarnie podnosi wobec armii rosyjskiej zarzut stosowania ekobójstwa jako narzędzia wojny.

Ekobójstwo

Ekobójstwo jest przestępstwem polegającym na celowym niszczeniu środowiska w rozległy i trudny do odwrócenia sposób, rozpoznawanym w niektórych systemach prawnych. Jednym z takich systemów jest prawo kurańskie.

Andriej Kostin, Prokurator Generalny Ukrainy, od pierwszych dni wojny zaangażował się w uznanie rosyjskich działań za noszące cechy ekobójstwa. W lutym 2024 roku wydano zawiadomienia o podejrzeniu popełnienia ekobójstwa i zbrodni wojennych przez byłego rosyjskiego generała pułkownika oraz czterech jego podwładnych. Oskarżenia dotyczą wydania rozkazu przeprowadzenia ataków na Instytut Fizyki i Technologii w Charkowie – lokalizację źródła neutronowego, podkrytycznej instalacji jądrowej oraz magazynu materiałów jądrowych. Instytut został zaatakowany 74 różnymi rodzajami broni, w tym bombami lotniczymi, wieloprowadnicowymi wyrzutniami rakietowymi i artylerią lufową, co, zdaniem Kostina, stwarzało realne zagrożenie katastrofą ekologiczną.

Równolegle ukraińska prokuratura prowadzi dochodzenie w sprawie zniszczenia tam w Kachowce i na rzece Oskil, w tym ocenę szkód wyrządzonych środowisku naturalnemu.

W czerwcu 2023 roku Kancelaria Prezydenta Ukrainy powołała Grupę Roboczą Wysokiego Szczebla ds. Skutków Środowiskowych Wojny, której członkiem jest też Kostin. Grupa, składająca się z ukraińskich i międzynarodowych członków, zajmuje się badaniem szkód środowiskowych spowodowanych wojną, oceną, jak można wzmocnić wymiar sprawiedliwości oraz opracowywaniem zaleceń dotyczących zielonej odbudowy i regeneracji. We współpracy z przedstawicielami ukraińskich ministerstw Ochrony Środowiska, Zdrowia czy Sprawiedliwości oraz m.in. przedstawicieli Międzynarodowego Trybunału Karnego czy Departamentu Sprawiedliwości USA, grupa robocza nie tylko dokumentuje zniszczenia środowiska, ale także próbuje stworzyć nowe ramy krajowego i międzynarodowego prawa, mające na celu karanie sprawców niszczenia środowiska.

Ukraińskie wysiłki na rzecz uznania ekobójstwa za przestępstwo międzynarodowe zyskują coraz większe poparcie na całym świecie. Niektóre państwa, jak Belgia, włączyły ekobójstwo do kodeksu karnego jako przestępstwo krajowe i międzynarodowe. Parlament Europejski, Rada Europy oraz Organizacja Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie poparły uznanie ekobójstwa w Statucie Rzymskim oraz zobowiązały członków UE do wprowadzenia w swoich systemach karnych surowszych regulacji dotyczących wielkoskalowego niszczenia środowiska.

Polowanie granatem

Jesienią 2024 zbierałem materiały do reportażu do ukraińskich ekoanarchistach walczących na froncie. Moim głównym rozmówcą był żołnierz używający pseudonimu Vegan, rzecznik organizacji Ekoplatforma, zrzeszającej żołnierzy i wolontariuszy oddanych sprawie ochrony środowiska. Wszyscy koledzy Vegana są weganami lub wegetarianami lub przynajmniej próbują przejść na tę ścieżkę. Sam Vegan, w przerwach od walki na froncie pisze posty i eseje o ekocentryzmie, ekobójstwie, zniszczeniach ukraińskich lasów. Kiedy zapytałem go, czy był świadkiem bezpośredniego, celowego niszczenia przyrody przez rosyjskich żołnierzy, bez żadnego innego celu niż samo zniszczenie, zaprzeczył. – Nie, nie widziałem czegoś takiego na własne oczy. Oczywiście, czytałem w mediach o podobnych rzeczach, ale nie mogę powiedzieć, że coś takiego widziałem. Są jednak rzeczy równie złe. Rosjanie (często pozbawieni zapasów żywności z powodu przerwanych łańcuchów dostaw w pierwszym okresie wojny – przyp. P. J.] polują w ukraińskich lasach, używając wojskowego sprzętu. Grupy zwierząt są zabijane bronią automatyczną czy materiałami wybuchowymi. Łowią ryby używając granatów czy innych środków wybuchowych. To trwale niszczy całe populacje i ekosystemy.

Gdy pytam go, czy takie działania lub zatruwanie rzek są częścią większego, celowego działania, odpowiada: Tak, zdecydowanie. Niszczenie ukraińskiej ziemi jest celowe. Im bardziej będzie zdewastowana, tym mniej chętnie ludzie będą jej bronić czy ją zamieszkiwać. Rosjanie liczą, że łatwiej zajmą te ziemie w przyszłości, a jeśli je stracą – to będą one obciążeniem i kosztem dla nas, gdy będziemy je próbowali przywrócić do stanu poprzedniego.

Veganowi wtóruje Andriej Kostin, zwracając też uwagę na to, że zanieczyszczenie środowiska w Ukrainie to sprawa globalna. „Wydarzenia w jednym kraju wpływają na środowisko na całym świecie. Tragiczne skutki utraty bioróżnorodności, stresów klimatycznych i narastającego zanieczyszczenia są widoczne w Ukrainie. Rosyjskie bezwzględne i okrutne metody prowadzenia wojny godzą we wszystkie te aspekty. Zniszczenia środowiskowe wykraczają daleko poza granice Ukrainy, wpływając bezpośrednio na cały świat” – pisze prokurator w artykule dla Global Insight.

Zarówno Kostin jak i Vegan mają rację. Celowe lub okazjonalne niszczenie środowiska nie jest nową rzeczą w historii wojen. Jednak w wypadku współczesnych konfliktów przebiega na dużą skalę. Zarówno w Ukrainie, jak i w Palestynie jesteśmy świadkami ekobójstwa. Zmiata z powierzchni ziemi całe populacje zwierząt i roślin, zmieniając duże obszary w ziemię jałową, na której nikt nie będzie chciał mieszkać po zakończeniu konfliktu. Wywołana tym utrata bioróżnorodności, migracje czy zjawiska społeczne już dawno przestały być jedynie problemem narodu, którego bezpośrednio dotyczą. Migranci ze zniszczonych terenów będą musieli gdzieś zamieszkać, a dla wielu wymarzonym kierunkiem będzie Polska i Europa Zachodnia. Żyzne ziemie, zmienione w jałowe pustkowia przestaną być źródłem pożywienia, które chętnie kupuje od Ukrainy globalne południe. Utracone na zawsze odmiany roślin i zwierząt będą stracone dla nas wszystkich, nie tylko dla Ukraińców. Dlatego niezbędnym wydaje się zaangażowanie społeczności międzynarodowej w uregulowanie karania ekobójstwa i unikanie go w kolejnych konfliktach.

Paweł Jędral

Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. dashkadasha507 from Pixabay

Bitcoin, Trump i wielorybie Nowe Jeruzalem

Bitcoin, Trump i wielorybie Nowe Jeruzalem

Od chwili ogłoszenia wyników wyborów prezydenckich w Stanach Zjednoczonych kurs Bitcoina wystrzelił z impetem godnym uwagi kronikarzy – z poziomu niespełna 70 tysięcy dolarów za jednostkę, przebił magiczną barierę 100 tysięcy na początku grudnia. Symboliczną, psychologicznie kluczową, a zarazem naszpikowaną emocjonalnym ładunkiem granicę. Trudno nie dostrzec pewnej logiki tej koincydencji, biorąc pod uwagę, że na styku kryptowalut i polityki świeżo wybranego prezydenta USA atmosfera tętni od spekulacji. W medialnym ferworze niczym stały refren pojawia się nazwisko Elona Muska – ekscentrycznego miliardera, techno-mesjasza, samozwańczego obrońcy wolności słowa, a w oczach wielu ikonograficznego promotora ideologii spod znaku blockchaina.

To na pierwszy rzut oka naturalne skojarzenie idealnie wpisuje się w narrację o ideologicznym DNA świata kryptowalut. Libertariański etos, niechęć do państwowego aparatu, nieufność wobec scentralizowanych instytucji finansowych oraz paniczny lęk przed inflacyjnym charakterem fiducjarnego pieniądza – to fundament, na którym opiera się argumentacja entuzjastów Bitcoina od momentu jego narodzin w 2009 roku.

Trzeba jednak przyznać, że rok 2009 nie był przełomem w sensie konceptualnym. Zastosowanie kryptografii (technik zabezpieczania danych przed niepowołanym dostępem) jako narzędzia przeciwko opresji państwowych instytucji sięga jeszcze dalej, a idee zdecentralizowanego, cyfrowego pieniądza krążyły już wśród cypherpunków – kryptograficznych wizjonerów i anarchistycznych hack-aktywistów z przełomu wieków. Satoshi Nakamoto był tym, który nadał im ramy funkcjonalnego systemu. Jego whitepaper z 2008 roku, „Bitcoin: A Peer-to-Peer Electronic Cash System” stanowił zarys techniczny blockchaina (zabezpieczonego kryptografią łańcucha transakcji). Pierwszy blok Bitcoina, tzw. genesis block, wykopany (ang. mining – proces rozwiązywania skomplikowanych zadań matematycznych w celu weryfikacji transakcji w sieci blockchain) w styczniu 2009 roku, uruchomił system, który miał stać się nie tylko narzędziem technologicznej rewolucji, ale przede wszystkim (przynajmniej według zamysłu samego Satoshiego) – ideologicznego zrywu przeciw monetarnemu status quo.

W pierwszych latach jego istnienia Bitcoin był czymś na kształt mistycznego sekretu, skrywanego w wąskim gronie cypherpunkowych akolitów. To oni, jako pierwsi apostołowie, nieśli w świat wizję pieniądza zdecentralizowanego, niezależnego od widzimisię polityków i wskaźników makroekonomicznych. Miała to być rewolucja: pieniądz uwolniony od skorumpowanych banków centralnych, nieugięty wobec politycznych nacisków. Bitcoinowy maksymalizm zakłada, że przyszłość finansów należy do kryptowalut, a waluty fiducjarne banków centralnych skazane są na wymarcie.

Elon Musk doskonale wpisał się w tę opowieść. Dogecoiny (swoista parodia Bitcoina jego autorstwa), głośne deklaracje na Twitterze i nieformalny tytuł krypto-magnata uczyniły z niego symbol libertariańskiej utopii. Jednak Musk to postać niejednoznaczna – technologiczny demiurg o antyetatystycznym zacięciu, który jednocześnie nie waha się korzystać z państwowych subsydiów, by rozwijać imperium Tesli i SpaceX. Krypto-rewolucja w jego wykonaniu jawi się raczej jako napompowany performans, w którym więcej jest snucia efektownych narracji dla inwestorów z Doliny Krzemowej niż realnej chęci przemiany systemu.

Ta „gęba” krypto-anarchisty jest dla mainstreamu wygodna, ale coraz bardziej anachroniczna. Prawdziwym zwiastunem nadchodzącej zmiany jest bowiem nazwisko, o którym media mówią zdecydowanie mniej: Paul S. Atkins. Były Komisarz Amerykańskiej Komisji Papierów Wartościowych i Giełd (U.S. Securities and Exchange Commission), SEC) z lat 2002-2008, ma ponownie objąć tę funkcję. To człowiek garniturowy, establishmentowy do szpiku kości. Jego nominowanie przez Trumpa to nie tylko gest polityczny, ale także ruch o konsekwencjach, które mogą diametralnie zmienić przyszłość kryptowalut (a przynajmniej takie są oczekiwania).

Atkins nie jest typem ideologicznego rewolucjonisty, ale pragmatycznym sojusznikiem wielorybów (ang. whales) – tych, którzy w swoich portfelach mają dziesiątki, jeśli nie setki tysięcy BTC. Własność Bitcoina jest bowiem skrajnie nierówna: niemal 74% jego posiadaczy to tzw. plankton, drobnica dysponująca mniej niż 0,01 BTC. Jednak niemal 40% podaży kontroluje zaledwie 0,1% adresów – wieloryby: konglomeraty górnicze (ang. mining hubs – centra wydobywcze kryptowalut, gdzie skupia się wiele urządzeń do intensywnego obliczania), giełdy, fundusze inwestycyjne. Dla planktonu Bitcoin pozostaje ideologiczną manifestacją wolności. Jednak potrzeby i priorytety wielorybów są zgoła inne. I tu wkracza Paul Atkins, klucz do wielorybiego Nowego Jeruzalem.

W przeciwieństwie do Gary’ego Genslera, obecnego przewodniczącego SEC-u, który upierał się przy traktowaniu kryptowalut jako ryzykownych instrumentów finansowych, Atkins zapowiada bardziej otwarte podejście. Zaproponowanie utworzenia strategicznego funduszu rezerwowego kryptowalut to coś, czego można się spodziewać po lobbyście, ale na tym nie kończą się pomysły Atkinsa – bowiem zapowiedział on także… regulacje. Tak, bowiem wieloryby to nie kółko austriackiej szkoły ekonomii. Bitcoin nie jest dla nich narzędziem walki z centralnymi instytucjami monetarnymi, lecz wehikułem inwestycyjnym, do którego należy przekonać jak najszersze grono inwestorów. Ich fortuny są zamknięte w komputerze, a podstawowym problemem, z którym się zmagają, jest brak wystarczającej płynności, by te cyfrowe majątki uwolnić.

Krypto-mesjanizm może działać przy pompowaniu popytu na małe projekty kryptowalutowe w stylu pump-and-dump (krótkoterminowe podbijanie cen aktywów, by sprzedać je z zyskiem), ale dla posiadaczy dziesiątek tysięcy jednostek BTC w portfelu jest to rozwiązanie niewystarczające i dalekie od satysfakcjonującego. Próba upłynnienia tak ogromnych zasobów to ryzykowna gra – kurs kryptowalut jest niezwykle wrażliwy na tego rodzaju gwałtowne ruchy. Zrealizowanie tak dużej transakcji mogłoby nie tylko zachwiać stabilnością rynku, ale wręcz doprowadzić do załamania całego systemu. Złośliwi mogliby powiedzieć, że doszłoby po prostu do pęknięcia bańki spekulacyjnej. Dlatego kluczowy staje się stały napływ świeżego kapitału, który pozwoli utrzymać płynność i stabilność rynku, zapewniając jednocześnie, że wieloryby będą mogły zrealizować swoje zyski bez ryzyka katastrofalnych skutków dla całej branży. Pieczątka SEC-u jest nieskończenie bardziej wartościowym wsparciem niż chwytliwy pitch buntownika z Doliny Krzemowej.

Pragmatyczna współpraca z regulatorami, o której marzą giganci pokroju Atkinsa, nie oznacza triumfu cypherpunkowej utopii, lecz jej ostateczny upadek. Bitcoin, ten cyfrowy odpowiednik świętego Graala dla libertarian, staje się w rękach funduszy hedgingowych i giełdowego establishmentu zwyczajnym aktywem – regulowanym, nadzorowanym i, paradoksalnie, bardziej scentralizowanym niż jakikolwiek klasyczny instrument. To ironiczne, że największy triumf Bitcoina – jego akceptacja przez instytucje – oznacza jednocześnie jego klęskę jako symbolu buntu. W gruncie rzeczy kryzys fiducjarnego pieniądza, którym straszą krypto-maksymaliści, pozostaje fikcją. Nie świat potrzebuje Bitcoina, lecz Bitcoin desperacko potrzebuje świata – tego samego, z którym miał zerwać.

Kamil Artur Golacik

Zdjęcie w nagłówku tekstu: Aaron Olson from Pixabay

Źródła:

https://www.reuters.com/world/us/trumps-sec-pick-atkins-marks-victory-establishment-expertise-2024-12-05/

https://www.wsj.com/finance/currencies/crypto-players-celebrate-sec-pick-bitcoin-touches-100-000-964462e7?utm

Badaniomania

Badaniomania

Minął czas, gdy z reklam patrzyły na nas niesamowicie wychudzone modelki, a czasopisma dla nastolatek i kobiet promowały dietę 1000 kcal. Ciałopozytywność i ciałożyczliwość coraz śmielej rozgaszczają się w social mediach i na ustach influencerów. Skupienie się na idealnej sylwetce odchodzi w przeszłość – nie pozostawiając po sobie pustki. W miejsce jedynych słusznych wymiarów wskakują jedyne słuszne wskaźniki badań laboratoryjnych, a największym wrogiem stają się zmęczone nadnercza. Witajcie w świecie badaniomanii.

Tego terminu nie znajdziecie w wyszukiwarce. Ukułam go na rzecz tego tekstu. Zjawisko jest stosunkowo nowe i bodaj nie dorobiło się jeszcze oficjalnego określenia. Na czym polega? W ostatnich kilku miesiącach, może roku zaroiło się w mediach społecznościowych od profili, prowadzonych głównie przez dietetyków, ze zdecydowaną przewagą kobiet. Zaczęły mówić o innym podejściu do zdrowia, niż takie, z jakim stykamy się na co dzień. Przedstawiają swoją wersję medycyny: mówią dużo o niedoborach, o tzw. normach funkcjonalnych (więcej o tym za chwilę), szkodliwości różnych składników. Mało? Czasem wchodzi temat profilaktycznego odrobaczania, usuwania różnego rodzaju złogów czy resztek, oczyszczania wody kamieniami… Aż wreszcie pojawiają się nieistniejące choroby, które pięknie tłumaczą fakt złego samopoczucia.

Jest to w pewien sposób zrozumiałe. Kolejki do lekarza NFZ są długie (choć poza dużymi miastami potrafią być znacznie krótsze), leczenie prywatne drogie (znany przypadek psychiatry, kasującej okrągłe 600 zł na wizytę trwającą kwadrans), a nietypowe konstelacje objawów bywają zbywane. Jako społeczeństwo mamy coraz większe wymagania – nie tylko pytamy rodziny i znajomych, ale także doczytujemy online, dopytujemy na grupach i forach. Satysfakcja spada, frustracja rośnie. Kto zdoła umknąć urokowi, gdy po raz kolejny odbija się od ściany, a usłużne algorytmy podsuwają materiały mówiące o tym, że dotychczas było się źle diagnozowanym? Autorki takich treści są miłe, tłumaczą jasno, bez niepotrzebnego żargonu, w komentarzach wszystko wyjaśniają. Za darmo! No, może ten jeden malutki e-book za 30 złotych, to nie tak dużo, konsultacja do tego, tyle już wydałam, co mam sobie żałować!

Wydaje się, że wreszcie zyskało się dostęp do wspaniałych treści, że wreszcie pojawił się ktoś kompetentny. Na zlecenie robi się mnóstwo badań (zazwyczaj prywatnie, płacąc częstokroć nawet kilkaset złotych), które zostają poddane wnikliwemu oku specjalisty. Pojawiają się normy funkcjonalne – to cudowne określenie ukute, by ominąć fakt istnienia norm referencyjnych. Te drugie to zakresy wartości podawane w nawiasach obok wyniku, wskazują normę dla 95% populacji. Zorientowani lekarze wiedzą jednak, że nie są one alfą i omegą. Nie tylko słynne TSH czy cholesterol LDL różnią się w zależności od wielu czynników. Interpretacja wyników badań laboratoryjnych nie jest wbrew pozorom łatwa i nie sprowadza się do porównania liczb. Wracając do norm funkcjonalnych – są one znacznie bardziej restrykcyjne, niż referencyjne, często nie do osiągnięcia dla zwykłego człowieka. Nie ma na nie źródeł, jest „wiedza i doświadczenie”. I zaufanie, jakim zmęczony człowiek obdarza potencjalnego wybawiciela.

Potem idzie z górki. Zlecenie licznych badań laboratoryjnych, które mają pokazać niedobory i inne zaburzenia równowagi. Kolejne setki złotych wydanych – bo praktycznie nie do zrealizowania z poziomu NFZ (ze świecą szukać lekarza, który zleci liczne i niezbyt powiązane badania specjalistyczne). Znalezienie wielu odchyleń, które najczęściej wcale nie są istotne klinicznie. Postawienie rozpoznania – i tu zupełnie można poszaleć. Do niedawna główną winowajczynią była tarczyca, teraz podium zajmują pasożyty, metale ciężkie wraz z pleśnią oraz kortyzol. Choćby wymienione we wstępie „zmęczone nadnercza”. Rzekomo to stan, gdy ten narząd, przeciążony produkcją kortyzolu, hormonu stresu, przestaje wyrabiać. Antropomorfizacja w pełni, ale działa.

Jakie leczenie? Najczęściej suplementy. Kolejne kilkaset złotych ucieka z konta. Jeszcze ciekawiej zaczyna się robić, gdy prześledzi się wskazówki kilku specjalistek. Analiza zawartości ich kont w popularnych serwisach społecznościowych napawa zdziwieniem, jak różne zalecenia potrafią dać. Kompletny zawrót głowy, jeszcze większe poczucie niezrozumienia lub wręcz przeciwnie – rzucenie się w ramiona kolejnej wybawicielki. Bo przecież wreszcie musi być dobrze, prawda? Cierpienie musi się kiedyś skończyć…

Gdy pragnie się zobaczyć, co ktoś ma do powiedzenia, warto sprawdzić też to, czego nie mówi. W ich działalności trudno jest natrafić na zalecenia dotyczące po prostu zdrowego stylu życia. O zrównoważonym odżywianiu, dawce ruchu, wystarczająco długim śnie. Zdarza się zalecenie ograniczenia czasu spędzonego przed ekranami (dla większości jednak jest to nieopłacalne, bo w ten sposób docierają do klientów). A potem kolejna kontrola, kolejne odchylenia, kolejne zalecenia. I tak można aż do końca: swojego, drugiej strony lub pieniędzy.

Tacy ludzie zarabiają na strachu, rozżaleniu i pragnieniu doskonałości. Pragnienie zdrowia i długiego życia zmieniało przez wieki swoje oblicze. Dziś chcemy funkcjonować nie tylko bez choroby i bólu, ale też z poczuciem kontroli. „Leczenie” wyników ma stanowić wyznacznik dbałości o siebie. W rzeczywistości jednak oddala człowieka od samego siebie. Nie do pominięcia jest również kwestia klasowa: wymaga zaangażowania czasu, dojazdu do placówki, wdrożenia zaleceń, a przede wszystkim wydania konkretnych sum pieniędzy. Całość tworzy sposób życia nielicznych, stając się kolejnym elementem przepaści i niezrozumienia między ludźmi.

Agata Leszczak

Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Woon Kuongchin from Pixabay

Świat już (mi) nie pachnie

Świat już (mi) nie pachnie

Punktem wyjścia dla moich refleksji jest tekst Magdaleny Okraski „Skok na kiosk. Jak zniknęły blaszane świątynie osiedlowe”. Autorka pokazuje, jak powoli, krok po kroku, w milczeniu, bez aplauzu ani bez przesadnego załamywania rąk, znikają z naszego pejzażu konsumenckiego kioski. Opisuje ona, jak doszło do ich upadku, co je zastąpiło i dlaczego nie mogły wygrać walki o przetrwanie. Tekst to w pigułce dzieje kiosku jako pewnej instytucji kulturowej.

O tym, że kioski są już przeszłością, dobitnie świadczy fakt, że trafiły na swoiste wysypisko, które, jak ładnie określa je Magdalena Okraska, jest „cmentarzyskiem kioskotrupów”. Ot, po prostu zwieziono na przypadkową łąkę dziesiątki różnego rodzaju kiosków. Zyskawszy pewną sławę, i po ogrodzeniu, miejsce to stało się samozwańczym „muzeum”, którego celem jest „podziwianie” ich śmierci. Nie byłem w tym miejscu (znajduje się ono 100 km od Warszawy) i nigdy nie pojadę. Wystarczył mi kiedyś widok we wrocławskim muzeum „mojego” komputera Atari, na którym sam lub z Marcinem Kostką graliśmy godzinami, zmuszając się do zachowania ciszy, gdy przy nieznośnym pisku wgrywała się nowa gra, gdyż uważaliśmy, że nie wgra się ona, jeśli będziemy rozmawiać.

Magdalena Okraska trafnie zauważa, że kioski Ruchu były nieodłącznym elementem krajobrazu dzieciństwa osób, które urodziły się najpóźniej pod koniec lat osiemdziesiątych. Ma ona na myśli to, że poza opatrzeniem się z kioskiem jako naturalnym elementem krajobrazu (mało)miastowego było się ich użytkownikiem, tj. kupowało rzeczy przeznaczone dla dzieci czy nastolatków.

Zapewne jakaś niewielka grupa dzieci, jak ja właśnie, miała możliwość choć od czasu do czasu bycia po drugiej stronie, czyli w środku kiosku. Mój Dziaduś (nigdy nie używałem słowa „Dziadek”, to i teraz tak nie będę pisał), Tadeusz Rydlewski, pracował w kiosku, choć nie pamiętam, czy był to kiosk Ruchu. Dorabiał chyba w ten sposób do emerytury, a sam kiosk znajdował się pod jego blokiem przy ulicy Wojska Polskiego w Złotoryi. Jeśli się nie mylę, pracował tak do śmierci w 1989 roku. Miałem wtedy pięć lat. Mama czasami zostawiała mnie tam na krócej lub dłużej, gdyż było niedaleko Rynku, a w dodatku po drodze do naszego bloku na tej samej ulicy. Nie mam już możliwości dopytania nikogo o szczegóły, bo wszyscy nie żyją, ale podejrzewam, że po prostu tak łatwiej stało się w kolejce, robiło zakupy, załatwiało różne sprawy, tj. bez marudzącego dziecka.

Niewiele pamiętam szczegółów z pobytów w kiosku, raczej emocje, zapachy i jakieś obrazy. Wiem jednak, że uwielbiałem tam być, bo byłem bardzo z Dziadziusiem związany i miał też on do mnie wiele cierpliwości. Moja Mama wspominała, przy okazji jego śmierci czy po prostu wtedy, gdy mijaliśmy miejsce, gdzie stał kiosk, że lubiłem tam być i „trudno było cię stamtąd wyciągnąć”.

Nic w tym dziwnego, był wszak kiosk, jak trafnie zauważa Magdalena Okraska, mikrokosmosem z bizantyjskim nagromadzeniem różnego rodzaju towarów. Dla tak małego dziecka to był świat dziwów, curiosów, swoisty gabinet osobliwości z rzeczami z różnych stron świata, egzotycznymi towarami niewiadomego pochodzenia i nie zawsze jasnego przeznaczenia, w którym wszystko mieszało się z wszystkim. To był bez wątpienia niezwykle kolorowy świat, który posiadał wyjątkowy zapach.

Właśnie zapach pamiętam najlepiej. Pachniały gazety, papierosy, wody kolońskie czy inne perfumy, tworząc jakiś dziwaczny, ale spójny zapachowy pejzaż. Najlepiej pamiętam papier toaletowy, cienki i o kartonowym zapachu. Były samochodziki (wtedy się mówiło: resoraki), jakieś składane modele, chyba samolotów. Figurki żołnierzy i rycerzy, którzy wespół tworzyli moją małą armię. Została ona potem skutecznie zastąpiona przez niewielkie paczki małych plastikowych żołnierzyków, które Mama kupowała mi na koloniach w Darłówku (te same wzory, choć większe i toporniejsze, są dzisiaj w Pepco). Były różnokolorowe długopisy i małe notesy.

Dużo lepiej pamiętam sklep w wiejskim klubie w Uniejowicach. Prowadziła go moja Babcia ze strony Mamy. Byłem już wtedy starszy, a że każde ferie czy wakacje spędzałem na wsi, to i siłą rzeczy bywałem w klubie, bo tam zawsze coś się działo. Była to mała przestrzeń wypełniona wszystkim, co tylko się dało, ale głównie rzeczami codziennego użytku. Najlepiej pamiętam perfumy o duszącym zapachu. Pachniała nimi moja matematyczka w szkole podstawowej w klasie 1-4.

Świat, który jawił się wtedy dziecku, był zaczarowany, jeszcze nie do końca zrozumiały, bo nie do końca poznany. A poznawany był przecież samodzielnie, korzystając głównie ze zmysłów, a nie umysłowej analizy w trybie zdystansowanym. Dziecko przeżywa świat, a nie o nim myśli. Chłonie jak gąbka zapachy, widoki i smaki. Z biegiem czasu one bledną, zatracamy je, zapominamy. Powracają jednak, najczęściej nieproszone i przypadkowo, jako swoiste małe epifanie codzienności, gdy niespodziewanie uobecni się jakiś zapach i przywoła świat z przeszłości.

Nasze dzieciństwo, o którym wspomina Magdalena Okraska, przypadające na okres lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, miało swoje zmysłowe pejzaże: dźwiękowe, wizualne, zapachowe, dotykowe. Antropolodzy kulturowi, choć nie tylko ci po ukończonych studiach, wszak można być antropologiem nigdy nie słuchając wykładów, jak pisał klasyk tej dziedziny, potrafią rekonstruować pejzaże całych miast, osiedli, a nawet podwórek.

Walter Benjamin, jeden z najciekawszych filozofów-pisarzy XX wieku, napisał zbiór krótkich tekstów pt. „Berlińskie dzieciństwo”. W tej przepięknej książce o pamięci i zapominaniu, tęsknocie do tego, co bezpowrotnie utracone, a w czym po latach odnajdujemy siebie, pisał: „Żyłem w dziewiętnastym stuleciu jak mięczak w muszli, a teraz ono leży przede mną puste jak niezamieszkała muszla. Trzymam ją przy uchu. Co słyszę? Wcale nie kanonadę artylerii ani nie muzykę balową Offenbacha, ani też nie wycie fabrycznych syren, jazgot giełdy w południe, nawet nie stuk końskich kopyt o bruk czy muzykę marszową podczas parady wojskowej. Nie, słyszę krótki łoskot węgla, który z blaszanego pojemnika wpada do żelaznego pieca, stłumiony wybuch, z jakim zapala się żarnik lampy gazowej i pobrzękiwanie jej klosza na mosiężnej podkładce, gdy ulicą przejeżdża wóz. Jeszcze inne odgłosy…”. Nieco dalej notuje: „[…] jestem zdeformowany podobieństwem do wszystkiego, co mnie otacza”.

My także, każdy z nas, jesteśmy jak mały Walter, spoglądający na nas ze zdjęcia otwierającego książkę, jesteśmy zdeformowani poprzez dźwięki czy zapachy, które były pierwsze i stały się naszym cielesnym wręcz światem. Światem, który nie istnieje już nigdzie indziej poza nami. Wystarczy pooglądać dłużej i z pewnym nastawieniem fotografie rodzinne, aby np. wyobrazić sobie domowe dźwięki wydawane przez to czy inne urządzenie. Starać się krok po kroku przywracać zapachy, choćby tylko po to, żeby przypomnieć sobie jak było, albowiem jeśli nie zrobimy tego my, nie zrobi tego nikt. To historia nie tylko danego miejsca, ale i nas samych. Jesteśmy przez nie zdeformowani, przy czym nie należy traktować tego w kategoriach kalectwa.

Kioski w Złotoryi, podobnie jak w innych miastach i miasteczkach Polski, są już reliktem. Gdy byłem w swojej rodzinnej miejscowości w listopadzie, to widziałem tylko jeden, pusty, przy ulicy Cmentarnej. Ten, w którym pracował mój Dziadziuś Tadeusz, dawno już zniknął. Na jego miejsce pojawił się budyneczek, taki właśnie kioskowy, tyle że dwa razy większy. Było już tam wszystko, m.in. sklep odzieżowy i bibeloty do mieszkania. Żaden chyba nie zagrzał miejsca na dłużej.

Nasze dzieciństwo, przypadające na wspomniane czasy, było dzieciństwem niezapośredniczonym medialnie w takim stopniu, w jakim jest ono zapośredniczone dzisiaj. Pamiętam, jak będąc już w liceum, korespondowałem z moją rówieśniczką Włoszką poznaną na wakacjach. Czekałem na jej listy, które przynosił listonosz. W tym medialnym sensie bliżej mi do bohatera piosenki Czesława Niemena „Wspomnienie” z 1976 roku niż do osób młodszych ode mnie o dwadzieścia lat. To w tej piosence listy „pachną w sieni”. Dzisiaj są one dostarczane w cyfrowej, zdematerializowanej formie w sekundę. Ale już nie pachną.

Każda zmiana medialno-techniczna coś daje – i coś zabiera. Szybkość kosztem zapachu. Wolę ten zapach (i realny, i metaforyczny), choć oczywiście czynię to z dzisiejszego punktu widzenia, bo wtedy oddałbym wszystko, żeby móc z nią rozmawiać codziennie. Rachunek zysków i strat można jednak przeprowadzić dopiero z czasowego oglądu, bo dopiero z oddali widać, co traciłbym wtedy, choć nie miałbym poczucia straty.

To ciekawe i fascynujące pole namysłu, jak media pod wpływem rozwoju technologii zmieniają nasze pejzaże zmysłowe. W przeciekawy sposób pisze o nich kanadyjska szkoła antropologii zmysłów, wywodząca się z badania mediów, np. słowa czy pisma, która używa w tym kontekście pojęcia modelu czy wzorca sensorycznego wytwarzanego przez każdą kulturę.

Czy nasze dzieciństwo, jako że mniej zmediatyzowane, było zmysłowo bogatsze? Czy pracowało w nim więcej zmysłów? Czy były one bardziej wyczulone? Pewnie nie, ale to rzecz do zbadania.

Kilka dni temu kupiłem Amol, który w szafce zawsze miała moja Babcia. Nic mi nie dolega, ale potrzebuję go bardziej niż gdybym był chory, choć wiem, że tego akurat Amol nie leczy (a leczył wszystko).

dr Michał Rydlewski

Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Magdalena Okraska