Biznesowirus, czyli jak przedsiębiorcy ogrywają związki zawodowe

Biznesowirus, czyli jak przedsiębiorcy ogrywają związki zawodowe

Wydaje się, że w sytuacji zagrożenia bytu milionów pracowników, w sytuacji absolutnie skrajnej, na tyle, że trudno sobie wyobrazić gorsze scenariusze, centrale związkowe powinny wytoczyć najcięższe działa i bez żadnych skrupułów postawić twardo warunki, bez spełnienia których jakikolwiek dialog z pozostałymi stronami jest niemożliwy. Wydaje się, że powinna paść komenda „ani kroku w tył” i wszyscy odpowiedzialni za reprezentowanie świata pracy powinni się czuć jak na wschodnim froncie, gdzie za plecami był już tylko politruk z naganem. Tak się tylko wydaje, bo w tym momencie strona zatrudnicieli, a ogólniej – strona reprezentująca biznes, zepchnęła związki zawodowe do narożnika, a te zaliczają nokdaun po nokdaunie. Czy strona związkowa się podniesie, zanim rząd, jako arbiter, przerwie tę nierówną walkę?

Czy grozi nam Balcerowicz 2.0?

Teoretycznie scenariusz z początku lat 90., napisany przez Balcerowicza, nie ma prawa się powtórzyć. Sytuacja wyjściowa świata pracy wtedy i dziś jest diametralnie różna i pod każdym względem przemawia na korzyść pracowników. Pandemia obnażyła wiele neoliberalnych mitów i manipulacji i dostarcza kolejnych argumentów zwolennikom silnego państwa socjalnego, bo przecież pod obronę państwa uciekają się dziś wszyscy. Od pracowników najniższego szczebla po menedżerów wielkich firm, a nawet zupełnie obcy biznesmeni z Cypru czy innych krajów, którzy przypomnieli sobie, że mają obywatelstwo polskie, które tak bardzo im ciążyło, gdy mieli tu płacić podatki. I to właśnie ci najbardziej roszczeniowi cwaniacy, którzy wycisnęli z obywateli Polski najwięcej, nie dając nic w zamian, najgłośniej krzyczą i są najbardziej słyszalni. To ich nawoływania żeby uspołecznić wszelkie straty z tytułu pandemii, po to żeby ich zyski nie spadły, są najbardziej słyszalne.

Jest czymś niebywałym, że centrale związkowe pozwalają, aby tacy ludzie w ogóle mieli czelność dziś się publicznie odzywać. Jest czymś niezrozumiałym, iż rząd w ogóle nie obawia się, że lada moment będzie miał na ulicach tysiące ludzi, którzy przestaną się bać wirusa, gdyż zajrzy im w oczy dużo gorsze widmo: wieloletniej nędzy i życiowej degradacji. To zabija szybciej i skuteczniej niż koronawirus.

Argumenty są po stronie społecznej

Dziś już nikt nie przekona pracowników do zaciskania pasa w imię odrabiania strat po komunizmie czy innej podobnej zapaści. Przeciwnie, mamy niespotykane w historii Polski prosperity gospodarcze. Owszem, można powiedzieć, że będzie nam się jakiś czas żyło ubożej i każdy zrozumie sytuację, ale zubażanie należy zacząć od tych, którzy mogą obniżyć swój standard życia. Na pewno nie należą do nich pracownicy na śmieciówkach czy osoby z najniższą ustawową pensją. Dla nich „obniżenie standardu życia” oznacza zagrożenie egzystencjalne, czyli, mówiąc wprost, absolutną biedę. Od central związkowych należałoby oczekiwać jasnego stanowiska, że koszty kryzysu powinni dźwigać ci, którzy są je w stanie udźwignąć. Narracja, że „wszyscy razem solidarnie, musimy ponosić koszty kryzysu” – jest nie do przyjęcia. Nie wszyscy te koszty udźwigną.

Nawet liberalne media nie kwestionują tego wprost, co nie oznacza, że się z tym godzą. Odmieniając „przedsiębiorców” przez wszystkie przypadki, dopuszczają głosy o likwidacji 500 plus czy w ogóle „socjalu”, żeby pomóc owym mitycznym przedsiębiorcom, którzy jak wiadomo są dobrodziejami, żywicielami i opiekunami swoich pracowników, więc to właśnie tym dobrodziejom trzeba pomóc, żeby oni się zatroszczyli o swoich pracowników. To już nawet nie jest paternalizm. To zwyczajna pańszczyzna. Każdy odpowiedzialny przewodniczący najważniejszych central związkowych w kraju powinien z szewską pasją i w słowach niecenzuralnych publicznie zmieszać z błotem autorów takich pomysłów, bo dla związkowca nie nadają się one nawet do dyskusji. Rzecz oczywista, że już żaden neofita „wolnego rynku” i żaden „kowal własnego losu” nie doradzi, aby założyć firmę, wziąć kredyt czy bardziej się starać. Ci mędrkowie siedzą dziś w domach i miejmy nadzieję, że pozostaną w nich po ustąpieniu epidemii. Ich mądrości okazały się równie pomocne jak lewoskrętna witamina C wielkiego uczonego z Internetu.

Racja nie leży już po środku, jak chętnie mawiają dziennikarze bez moralnego kręgosłupa. Ona jest w całości po stronie ludzi, którzy muszą mieć środki do życia. Nikt nie rozgrzeszy związkowych przywódców, jeśli mając niepodlegające dyskusji argumenty i moralną rację, nie będą ich głosić jasno i głośno. Jeśli nie wykorzystają wszelkich metod nacisku i nie podejmą wszelkich prób oporu przeciw uspołecznianiu strat i obciążania kosztami kryzysu rzeszy najuboższych obywateli w imię ochrony majątków i przywilejów nielicznych uprzywilejowanych klas społecznych.

Gdzie jest „Solidarność”?

Dziś nawet ludzie, którzy wierzyli, że „Solidarność” ma pewien wpływ na rząd, rozpaczliwie pytają, gdzie się ukrył Piotr Duda. Przecierają oczy ze zdumienia, że ten związek zawodowy, mając w ręku bardzo mocne karty, oddaje za bezdurno lewę po lewie. Wręcz ukrywają asa atutowego, którym jest poparcie w wyborach dla urzędującego prezydenta. Kiedy użyć takiej karty, jeśli nie teraz? Na „Solidarność” liczą dziś również związkowcy innych central. Przecież oni mają „swój” rząd, kto jak nie „Solidarność” może dziś najwięcej ugrać? Każdy wie, że na poparcie obecnej ekipy rządzącej w znacznej mierze składa się poparcie „Solidarności”, która ogłosiła, że w zamian za to wsparcie oczekuje dobrej polityki społecznej i propracowniczej. Teraz jest najwyższy czas przypomnieć o tym z całą mocą megafonu, jeśli trzeba będzie to robić na ulicy. Roztaczanie parasola ochronnego nad rządem musi mieć swoje granice.

Niewidzialna ręka przewodniczącego OPZZ

Póki co szef OPZZ jest jak Wielka Stopa – wiemy, że jest, ale się nie pokazuje. Nie widać jego aktywności w mediach, nawet społecznościowych, w których więcej szumu robią szeregowi związkowcy. Oczywiście można stawiać zarzuty, że media pomijają głos związków zawodowych, ale na miłość Zuckerberga, jest jeszcze Internet, nie wiadomo czy nie bardziej skuteczny niż telewizja, której społeczeństwo coraz mniej wierzy. Szukając po rekordach, jakie wrzuca przeglądarka, nie widać większej niż zwykle aktywności centrali. Widocznym, i chyba jedynie aktywnie publikującym członkiem zarządu krajowego, OPZZ jest wiceprzewodniczący Piotr Ostrowski. Do działań OPZZ można doliczyć kilku harcowników z organizacji branżowych i to by było na tyle. Z pozostałych aktywności związkowych odnotujmy jeden występ Doroty Gardias z Forum Związków Zawodowych w jednej z ogólnopolskich telewizji.

A biznes gra swoje

Podczas gdy wypatrujemy kogoś, kto weźmie ciężar gry na siebie i rzuci wyzwanie przeciwnikowi, biznes czuje krew i nie zamierza odpuszczać. Tymi samymi zabiegami co zwykle usiłuje zagonić ludzi do pracy w podwyższonym wymiarze czasu za mniejsze stawki, wymusić poluzowanie kodeksu pracy i zwolnienia z podatków, czy jest to konieczne dla przetrwania firmy, czy nie. Takie zabiegi to tradycyjna doktryna szoku i szantaż: straszenie, że bez biznesmenów nie będzie pracy dla nikogo, że gdyby nie oni, to nie będzie niczego. Jeśli tak, to w interesie pracownika jest walczyć o swojego zatrudniciela do krwi ostatniej. I to niestety działa.

Jakoś nikogo nie zastanawia, że jest zupełnie odwrotnie, albo nie ma odważnego, żeby to głośno powiedzieć. Nie słychać wyraźnego przekazu, że jeśli biznesmen sobie nie poradzi, to zawsze może firmę przejąć państwo i poprowadzi je za niego, co zresztą będzie praktykowane w Niemczech. I nagle okazuje się, że pracownicy nie muszą mieć żadnego dobrodzieja. Ten wyraźny głos świata pracy, że jesteśmy świadomi swojego znaczenia i swojej pozycji, że jesteśmy prawdziwym sprawcą i podmiotem gospodarki, musi wybrzmieć właśnie dziś i to jest zadanie liderów związkowych. Nie można pozwolić po raz kolejny na takie ukształtowanie opinii publicznej, że to biznesmen jest centrum wszelkiej ekonomii i właściwie gdyby nie on, to chodzilibyśmy nago i jedli surowe mięso. To sprowadza pracowników do roli myślących narzędzi, które muszą zdać się na łaskę pana. Żeby w ogóle zwrócić uwagę na potrzeby ludzi pracy i w ogóle na ludzi, a nie wskaźniki ekonomiczne, należy zapobiegać tej propagandzie, którą po 30 latach znów usiłują odtworzyć przedstawiciele biznesu.

Jeden Zandberg wiosny nie czyni

Nie jest to jego, polityka, zadaniem, żeby reprezentować interes ekonomiczny pracowników. Oczywiście, jako człowiek lewicy ma obowiązek reprezentować świat pracy, ale politycznie, bo nie załatwi niestety spraw związkowych, gdyż jest tylko opozycji. Chwała i za to, że dziś to tylko Zandberg i kilkoro polityków, wśród których słychać również m.in. Marcelinę Zawiszę i Macieja Koniecznego, w zasadzie są głosem związków zawodowych w debacie publicznej, niestety bez stosownej legitymacji ze strony związkowej, więc w zasadzie rząd nie musi brać pod uwagę tego, co postulują.

Nie mają nie tylko legitymacji, ale także narzędzi, jakie mają centrale związkowe, a więc możliwości zorganizowanego oporu. Głos pracowników jest dość rozproszony i głównie widzialny w Internecie, a właściwie w mediach społecznościowych. Byłby to głos znaczący, pod warunkiem, że liderzy związkowi zrobią to, co do nich należy, a więc ten głos zintegrować i wzmocnić na ogólnopolskim forum. Przede wszystkim jednak należy pokazać, że liderzy są zdecydowani poprowadzić ludzi do walki, biorąc na siebie każde ryzyko w tych trudnych czasach. Bo media związkowe to przede wszystkim megafon na ulicy, a najskuteczniejsze, podstawowe i tradycyjne argumenty to płonące opony. Od czasu do czasu ktoś też powinien o tym przypomnieć

Apel końcowy

A już na koniec związkowcom pozostaje oficjalnie i publicznie tylko grzecznie poprosić wszystkich, którzy doradzają pracownikom jak żyć:

Drodzy ekonomiści, eksperci Lewiatanów, BCC itp., finansiści, kołczowie i celebryci. Wszyscy, którzy są obecnie nikomu do niczego niepotrzebni i odpowiedzialnie realizują wezwanie #zostańwdomu. Dziękujemy wam za to i prosimy: kiedy przeminie zagrożenie epidemiologiczne, nie wychodźcie. Zostańcie w domu. Jak widać, nic tu po was. Siedźcie sobie w swoich wiejskich rezydencjach, jak pani Bochniarz na ten przykład, wdzięczne społeczeństwo postara się zapewnić wam godziwe środki do życia i utrzymania tych waszych posiadłości. To opłacalna inwestycja, bylibyście tylko dali nam spokój, nie psuli krwi ludziom pracy, którzy chcą spokojnie pracować dla siebie, swoich rodzin i społeczeństwa. Bądźcie odpowiedzialni, bo gdy was nie będzie widać, to wszystkim będzie lepiej. A jeśli chcecie coś robić, to weźcie mopy, ścierki i weźcie się do jakiejś użytecznej pracy. Dziś potrzeba nam sprzątaczek i sprzątaczy, salowych i każdej pary rąk do utrzymania higieny i czystości miejsc publicznych, a nie waszego smętnego, roszczeniowego marudzenia, że wam się należą miliony, bo tak wam sam Pan Bóg szepnął z nieba.

Z góry dziękujemy.

Jarosław Niemiec

Ekonomia polityczna, czyli kto ma miejsce przy stole?

Ekonomia polityczna, czyli kto ma miejsce przy stole?

Obecny światowy kryzys zdrowia publicznego stawia Polskę i dużą część świata przed wyzwaniem uniknięcia wieloletniej i głębokiej recesji gospodarczej. Polski pakiet antykryzysowy, przyjęty pod koniec marca przez parlament, zakłada optymistycznie, iż od końca wiosny będziemy mieli do czynienia z widocznym odbiciem gospodarczym i powrotem na ścieżkę wzrostu. Te kalkulacje wydają się niepewne i zapewne niedługo będziemy rozmawiać o nowym pakiecie antykryzysowym.

Ze względu na charakter kryzysu potrzebne będzie jednoczesne osiągnięcie dwóch celów: utrzymania dochodów ludności na poziomie bliskim przedkryzysowemu oraz utrzymanie większości sektora przedsiębiorstw w stanie żywotności i gotowości do skorzystania z ożywienia gospodarczego, a także okazji tworzonych na globalnym rynku przez załamanie się części dotychczasowych umów biznesowych (jak również przecenę aktywów). Innymi słowy, potrzebujemy niezubożonego społeczeństwa i nieprzetrzebionych firm, gotowych zamienić czas pokryzysowy w okazję.

Jeżeli okres depresji gospodarczej będzie przedłużać się do końca roku, lub nawet nieco dłużej, koszty utrzymania poziomu dochodów Polaków oraz gotowości produkcyjnej i handlowej firm będą olbrzymie. Jest jednak dobra wiadomość: polski rząd jest w stanie stworzyć takie instrumenty (oraz użyć istniejących), aby dużą część tego tytanicznego kosztu „wziąć na siebie” i przenieść gospodarkę oraz społeczeństwo na bezpieczny drugi brzeg. Rządzący muszą odrzucić przy tym głosy środowisk biznesowych i liberalnych ekspertów, domagających się powrotu do polityki oszczędzania przez państwo kosztem społeczeństwa (przesunięcia budżetowe od programów socjalnych do przedsiębiorców) i biznes (przesunięcia od świata pracy do kapitału). Posłuchanie tych głosów miałoby jednoznacznie depresyjny efekt popytowy. Jednocześnie jednak nie warto stosować odwrotnej logiki (antybiznesowej) proponowanej przez część głosów prospołecznych, szczególnie identyfikujących się jako lewicowe. Bezwarunkowy dochód podstawowy miałby krótki żywot w państwie ze zdewastowanym biznesem. Konieczne jest utrzymanie dochodów ludności oraz żywotności przedsiębiorstw jednocześnie – nie „albo-albo”.

Pierwsza faza reakcji antykryzysowej rządu wyglądała jako bliższa tej pierwszej logiki: zaprojektowana (zbyt mała i nieadekwatna) pomoc dla biznesu ma być finansowana w dużej części przez pracowników (poprzez środki z ich składek). Ta obserwacja prowadzi do kolejnej wiadomości, tym razem złej. Natura kryzysu i możliwych odpowiedzi na niego będzie prowadzić do dużych przesunięć podziału majątku i dochodu narodowego. Będziemy mieli wielkich wygranych i wielkich przegranych. Odsłoni się przed nami w pełnej krasie działanie ekonomii politycznej, zazwyczaj niewidocznej. W grze rozbieżnych interesów o różnej sile, rozsądzające decyzje instytucji państwa przesuwać będą moc gospodarczą w jedną bądź w drugą stronę. Zmiany czekają nas nie tylko w trójkącie biznes – państwo – pracownicy, ale równie wewnątrz samego sektora przedsiębiorstw. Niepewność co do długości kryzysu i nierówno rozłożony wpływ kryzysu będą stawiać pytania o priorytety i instrumenty (przykładowo: „ile miesięcy warto utrzymywać zamknięte biznesy restauracyjne?”). Na to wszystko oczywiście nakłada się brutalna siła lobbingowa oraz wielkie pokusy nadużycia wyjątkowej sytuacji do transferu środków do wybranych sektorów i firm. Przy czym niepodejmowanie decyzji może być jeszcze bardziej brzemienne w skutkach, gdy awersja wobec ryzyka „prokuratorskiego” może doprowadzać od bankructwa firmy oczekujące na pomoc.

To stawia przed nami nieubłaganie pytanie: kto ma miejsce przy stole, przy którym podejmowane są decyzje? W zasadzie jedyni gospodarczo kompetentni ludzie w centrum władzy (KPRM, Ministerstwo Finansów, NBP, Polski Fundusz Rozwoju) są finansistami, wyczulonymi na problemy sektora finansowego. To pozwala pozytywnie zadziałać „od góry” – zapewnić płynność rynkowi obligacji skarbowych oraz bankom, a w dalszej kolejności części silniejszych i mniej narażonych przedsiębiorstw. Nie zabezpiecza jednak gospodarki „od dołu”. W przypadku tego kryzysu nie wystarczy tylko pomóc „koniom pociągowym” (wielkim firmom konkurującym międzynarodowo), gdyż zatrzymanie aktywności tysięcy małych podmiotów może przenieść się na otoczenie firm-czempionów. Przykładowo, firmy niepłacące czynszu operatorom nieruchomości mogą po pewnym czasie zatrzymać ruch „zdrowych” firm budowlanych, potrzebujących nowych projektów nieruchomościowych. To zaś może wpłynąć na podwykonawców wyrobów stalowych. Już dzisiaj widać, iż krytycznym ogniwem transmisyjnym załamującym otoczenie biznesu mogą być firmy małe, lecz zatrudniające powyżej 9 osób, pozostawione na razie bez pomocy.

To nie wina premiera Morawieckiego, że musi na siebie przyjąć rolę Wielkiego Planisty polskiej gospodarki, kierującego fiskalną, monetarną i regulacyjną odpowiedzią na kryzys. Natomiast sposób, w jaki będzie wypracowywać rozwiązania i dzielić się odpowiedzialnością z partnerami społecznymi, będzie szedł na jego konto. Rada Dialogu Społecznego (RDS), sama w sobie zbytnio pomijana w opracowywaniu rozwiązań, w swoim kształcie nie zapewnia odpowiedniej reprezentacji. Pomijając nawet problem zbyt wielkich wpływów dużego biznesu kosztem małego w reprezentacji przedsiębiorców, również reprezentacja związkowa nie zapewnia pilnowania interesu społecznego. O ile pracownicy w uzwiązkowionych sektorach mogą liczyć na próbę reprezentacji przez środowiska związkowe w RDS, o tyle inni pracownicy i samozatrudnieni są w gorszej sytuacji. Wielkim problemem jest brak środowisk ekspertów gospodarczych o nastawieniu prospołecznym. Postuluję rozszerzenie Rady Dialogu Społecznego lub powołanie dodatkowego ciała doradczego w kwestii działań antykryzysowych.

O jakich rozwiązaniach warto dyskutować? Część jest już znana i tylko awersja do zwiększenia długu publicznego może tłumaczyć umiarkowaną skalę działania rządu. Należy rozszerzyć udział państwa w finansowaniu płac pracowników z obecnych 40% do co najmniej 80% – z dodatkowego deficytu budżetu budżetowego, nie zaś z plądrowania środków przeznaczonych na składki. Należy stworzyć zasilony płynnością wehikuł Polskiego Funduszu Rozwoju, dokonujący wsparcia dużych, ważnych dla konkurencyjności Polski firm, w zamian za udziały (np. sieci marek ubraniowych, firmy przemysłowe). Dodatkowo, ponieważ czas i skala kryzysu będą dla poszczególnych firm i sektorów wyglądać różnie, w pewnych przypadkach, aby uratować biznes, obok instrumentów ogólnych finansujących część kosztów biznesów trzeba byłoby stworzyć instrumenty „celowane”, w tym być może tak awangardowe jak „państwo jako kupiec ostatniej szansy”. Aby uniknąć zarówno „pokusy nadużycia” dyskrecjonalnych działań oraz groźby bezczynności ze względu na ryzyka „prokuratorskie”, w bieżącym nadzorze tych działań powinien uczestniczyć szeroki czynnik społeczny – np. osoby delegowane z rozszerzonej Rady Dialogu Społecznego.

Ze względu na olbrzymie koszty pomysł bezwarunkowego dochodu podstawowego należy na razie pozostawić na przyszłość, zwiększając jedynie znacząco poziom zasiłków dla bezrobotnych. Przy dużym wzroście bezrobocia obecny poziom zasiłku będzie wylęgarnią problemów społecznych, a także gospodarczych, jak na przykład niespłacanie kredytów hipotecznych. Dodatkowo należy stworzyć finansowe zachęty dla firm, które już zwolniły pracowników, do ponownego zatrudnienia tych osób. Dla pracujących na umowach cywilno-prawnych państwo powinno wejść bezpośrednio w rolę pracodawcy – przykładowo, w Norwegii państwo płaci „wolnym strzelcom” równowartość 80% przedkryzysowych miesięcznych przychodów.

O ile rok 2020 powinien być rokiem ratowania gospodarki i firm, to przy powodzeniu całej operacji w przyszłym roku pojawi się problem długu. Ze względu na potrzebę rozpędzenia gospodarki, warto przynajmniej do 2022 roku wstrzymać się z podwyższaniem opodatkowania, nawet dla „silniejszych”, przy zastrzeżeniu, że ostatecznie obciążenie musi trafić na najsilniejsze barki, a wzrost długu nie może być pretekstem do zwijania raczkującego „polskiego państwa dobrobytu”. W krótkim okresie obsłużenie długu nie powinno być problemem – inwestorzy nie uciekną z braku alternatyw. Oczywiście, zawsze istnieje ryzyko, że inwestorzy sprzedadzą obligacje po to, by zainwestować w inne aktywa. Przy załamującej się gospodarce aktywa te przez długi czas tracą na wartości, więc obligacje są raczej „bezpieczną przystanią” w pierwszej fazie kryzysu. Od przyszłego roku będziemy musieli się zastanowić nad sposobem obsługi obciążenia. Nawet jeżeli (co powinniśmy zrobić) podwyższymy konstytucyjny limit długu publicznego wynoszącego obecnie 60% PKB, jest już najwyższy czas, by zmienić podział ciężarów i korzyści gospodarczych.

Wyzwanie jest dużej skali, ale przy odważnym sięganiu po instrumenty na bazie państwowego deficytu możemy sobie z nim poradzić, choć może nas to kosztować nawet kilkanaście procent PKB jako dodatkowy dług w latach 2020-21. Dzięki finansowej kładce trwającej od kilku miesięcy, nawet po początek przyszłego roku, możemy uniknąć depresyjnej spirali i zacząć mierzyć się z pokryzysowymi zagadnieniami, w tym z długiem, inflacją, oraz możliwością deglobalizacji produkcji i rynku światowego. Na końcu tej drogi, za ten cały okres i problemy ktoś zapłaci i będzie przegranym. Będą też wygrani – ci, którzy teraz zasiądą przy stole decyzyjnym.

Krzysztof Mroczkowski

Kto może spędzić apokalipsę w domu?

Kto może spędzić apokalipsę w domu?

Gdy przed trzema tygodniami zamknięto szkoły i przedszkola oraz wprowadzono pierwsze ograniczenia dotyczące poruszania się poza domem, część osób odetchnęła z ulgą. Wreszcie mogły uzyskać możliwość pracy w dawno wymarzonym trybie home office, na który wcześniej szef nie chciał się zgodzić. Teraz jak znalazł pojawiła się wymówka – epidemia. Media społecznościowe zalewają zabawne zdjęcia z pracy zdalnej z domu, zakłócanej przez koty, psy i dzieci. Trwa dyskusja o tym, kto miał ładniejsze tło za plecami, gdy występował jako zdalny komentator przez skype’a. Na stronach internetowych lewicowych portali pojawiają się wyliczanki: „Dziesięć rzeczy, które można robić, gdy nie da się wyjść z domu”, „Dwadzieścia seriali do nadrobienia”. Facebooka zalewają memy, jak to ktoś nawet nie zauważył apokalipsy, bo i tak jego tryb pracy pozwalał mu siedzieć na co dzień w mieszkaniu, nie stykać się z ludźmi i oglądać w kółko seriale. Wraz z rozwojem epidemii i postępem izolacji pojawiły się rady psychologów – co robić, jak myśleć, żeby nie zwariować w zamknięciu.

Tymczasem możliwość pozostania w czterech ścianach i wykonywania zdalnie swoich zawodowych obowiązków jest determinowana – jak wszystko – przez pozycję klasową. Wielkie zakłady pracy i centra logistyczne nadal pracują, przynajmniej w Polsce. Codziennie przewijają się przez nie setki i tysiące ludzi, narażając własne zdrowie i życie, mimo że ich praca jest dla walki z epidemią niekonieczna. Dlaczego to zatem robią? Po pierwsze – nie mają wyjścia; rezygnacja z pracy w sytuacji zagrożenia nadciągającym spowolnieniem gospodarczym to samobójstwo, wolą zatem chodzić do roboty i ze strachem „przeczekać”. Po drugie – muszą pracować, by podtrzymać funkcjonowanie kapitalizmu w jedynej słusznej wersji. Tej, która molochom daje zyski, straty uspołecznia, a uprzywilejowanym dostarcza pod drzwi cieplutkie jedzenie i książki oraz gry planszowe dla zabicia nudy. Ktoś musi pozostać na zewnątrz, pomimo zapewnień, że „to bardzo niebezpieczne”, by ktoś inny mógł przeczekać apokalipsę bezpiecznie w domu. Tak, jakby niektórym złośliwy wirus miał zupełnie nie szkodzić.

Ostatnio internet obiegły zabawne w swoim założeniu obrazki, przedstawiające realizację hasła „pracuj z domu” w kontekście tego, jak wyglądałoby to w wielu profesjach. Mamy zatem na przykład budowlańca, który siedzi w pokoju obok betoniarki. To prawda, tylko niewielka część pracowników może pozwolić sobie na zabranie swoich zadań do domu. Jak mają z mieszkania pracować leśnik czy sprzedawczyni? Nie wszystko da się też wykonać online, nawet w przypadku niektórych prac biurowych, na co wskazuje przypadek ZUS-u, dysponującego obecnie tylko jedną trzecią obsady, ponieważ zatrudnione tam pracownice nie mogą zainstalować oprogramowania na swoich komputerach domowych, gdyż jest to łamanie tajemnicy państwowej. Tak, nie każdy ma luksus pozostania w domu – albo może tam pozostać, jeśli zrezygnuje z pracy. Jednocześnie wiadomo już, że dziurawa tarcza antykryzysowa nie pomoże prawie wcale tym, którzy zdecydowaliby się na taki krok.

Podział jest zatem prosty – uprzywilejowani zostają w domach i stamtąd pracują zdalnie, nie tracąc przy tym zatrudnienia ani dochodów. Nieuprzywilejowani zostają „na zewnątrz”, by dostarczać im pizzę, pakować ich zamówienia na książki, dezynfekować przystanki komunikacji miejskiej czy prowadzić autobusy. Poza domem przebywają czasami po kilkanaście godzin na dobę kasjerki z dyskontów i hipermarketów – ich praca stała się nagle wręcz zawodem zaufania publicznego, w dodatku jej godziny wydłużono i dołożono im nowe obowiązki (m.in. dezynfekcję koszyków zakupowych). W sytuacji epidemii kapitalizm jeszcze wyraźniej obnaża swoją brutalną twarz z ciągle ostrymi zębami. Ci „na zewnątrz” muszą tam pozostać w imię zarobienia na własną miskę ryżu, ale i w imię podtrzymania w tych, którzy zamknęli się w domach, iluzji, że wszystko wokół toczy się z grubsza normalnie.

Pod hasłem „dbania o bezpieczeństwo” (czyje?) osoby zamknięte w domach zamawiają online coraz więcej przedmiotów, a sprzedaż przez internet do tego stopnia zwiększyła zasięgi, że Amazon rekrutuje nowych pracowników do swoich centrów logistycznych. To wszystko pokłosie bezrefleksyjnego podejścia do zachęt, by za wszelką cenę pozostać w mieszkaniach i jak najrzadziej je opuszczać, a wszystko, co konieczne, zamawiać w sieci. Cóż, jak się okazało, ludzie mający sporo czasu i (nadal jeszcze) pieniędzy będą zamawiali także rzeczy niekonieczne, wręcz zbytkowne, w ogóle nie poświęcając namysłu sytuacji pakowaczki czy kuriera, którzy w takich warunkach będą im to na wyścigi dostarczać, zaopatrzeni przez pracodawcę jedynie w symboliczne maski i nieliczne pary rękawiczek. Dyskusje internetowe tych zabunkrowanych szczęśliwie w domach ogniskują się wokół tego, jak najlepiej zadbać o własne bezpieczeństwo. Jest w tym także trochę przesady i mody – pojawiły się już maseczki w postacie z komiksów, szyte przez „małe lokalne firmy”. Nie jest jasne, gdzie się w takiej maseczce pokazać, poza zdjęciem na instagramie. Maseczka ma zapewnić bezpieczeństwo noszącemu, ale, zanim się to wydarzy, przez morowe powietrze musi przenieść ją kurier.

Ogłaszane są pospolite ruszenia – kupujmy jak najwięcej od lokalnych piekarni i kawiarni, zamawiajmy jedzenie do domu, bo nakaz zamknięcia lokali gastronomicznych uderzył restauratorów po kieszeni. Wspierajmy małe pracownie artystyczne, kupujmy książki, figurki, wazoniki. Szlachetne pobudki szybko zmieniają się w festiwal zamawiania – skoro już siedzimy w domu, to może nowy telefon, bo jest w końcu czas przejrzeć oferty? Może rower stacjonarny, żeby nie zgnuśnieć? Może kolejna paka książek i gra planszowa na dłużące się wieczory? Kapitalizm uczynił z nas konsumentów doskonałych. Tańczymy na Titanicu, póki grają, i rozrzucamy wokół pieniądze, w dodatku przekonani o swoich szlachetnych motywacjach. Przecież tylko pomagamy pizzerii z dzielnicy, prawda?

Tu nie ma złotego środka – konsumenci mają ochotę na pizzę, książkę, nowy telefon, albo po prostu chcą zrobić zakupy spożywcze online (ale w sklepach jest przecież jeszcze wiele towarów i trup się tam wcale nie ścieli gęsto od wejścia), biznesy chcą przetrwać, więc zrobią wiele, by dostarczyć, donieść i dowieźć, kosztem wzmożonej pracy i bezpieczeństwa pracowników. Wydaje się, że jest trochę tak, jakby niektórym wirus miał mniej szkodzić, jakby zawód kuriera czy listonosza, na których każdy miliony razy pomstuje w zwyczajnych czasach, miał być zawodem pierwszej linii, wręcz koniecznym do przetrwania.

Gdy nadejdzie prawdziwa mortal kombat (to jeszcze nie teraz), przetrwają najsilniejsi. Kłopot w tym, że nie będą musieli walczyć. „Siła” oznacza zawsze pieniądze i pozycję, które pozwalają jak najdłużej eliminować siebie z listy narażonych.

Hasło „stay the fuck home” to w tym świetle ponury żart. Nie jesteśmy solidarni z innymi pracownikami, póki otwarte są centra Amazona, a dyskonty wydłużają swoje godziny pracy. Idziemy ręka w rękę z kapitałem.

Magdalena Okraska

PS. Autorka pracuje między innymi jako pracownica sklepu internetowego i przebywa kilka razy w tygodniu „na zewnątrz”, by dostarczyć paczki na pocztę.

Kodeks Faktów Dokonanych – o pakiecie antykryzysowym Morawieckiego

„Ja bym zwolnił a potem się martwił. W tym momencie w kraju obowiązuje Kodeks Faktów Dokonanych” – wpis na facebookowej grupie „Strajk Przedsiębiorców”

Przeczytałem założenia Tarczy Antykryzysowej rządu Morawieckiego i mówiąc krótko będzie to, co było i już jest. Czyli minimum pozorowania cywilizacji niezbędne dla funkcjonowania firm i instytucji publicznych. Ustawa antykryzysowa to Kodeks Faktów Dokonanych, jak stwierdzili już przedsiębiorcy. Sankcjonuje dzikie warunki pracy panujące w Polsce od dekad. Pewne ważne kwestie ulegną jednak także zmianie.

Polski kapitalizm, czyli barbarzyństwo

Zacznijmy od krótkofalowych efektów, od „tu i teraz”. Jeśli chodzi o płace, zostaną one prawie wszędzie, poza uprzywilejowanymi stanowiskami, obcięte do wielkości w praktyce zbliżonej do płacy minimalnej (ok. 2000 zł na rękę). Jeśli chodzi o czas pracy, zostanie dla jednych obcięty, a dla innych rozszerzony drastycznie. Dla pracowników generujących straty w czasie przestoju zostanie on obcięty i można się spodziewać, że ich płaca zostanie zredukowana do dozwolonego przez prawo minimum lub zostaną zwolnieni. Jedno i drugie już się dzieje, a jedynym sposobem, żeby temu przeciwdziałać, jest założenie związku zawodowego i solidarny opór pracowników. Zatomizowani pracownicy będą robić to, co im każe ich szef i będą ich słuchać nawet w obliczu bezpardonowych zwolnień.

Czas pracy zostanie natomiast wydłużony dla pracowników generujących zyski lub wykonujących społecznie niezbędną pracę, jak np. pracownice magazynów czy pielęgniarki, a z drugiej strony dla wykonujących pracę niezbędną dla obsługi firm części menedżerów. Ich płace zostaną zmienione w zależności od przynależności klasowej. Klasie pracującej wykonującej niskopłatne i wysoce wartościowe społecznie prace – zarobki zostaną obcięte. Dla kadry zarządzającej pojawią się premie. Będzie królowała metoda marchewki i kija: jeżeli da się pracowników zastraszyć, to będzie się straszyć zwolnieniem lub gwarantowaną, ale niską płacą, natomiast gdy nadal będzie z nimi problem, otrzymają bonusy (jak na przykład w Amazonie).

Pracownicy i pracownice muszą walczyć o swoje, ponieważ pomoc państwa ogranicza się do starań o uniknięcie masowych zwolnień i pomocy w utrzymaniu jakichkolwiek wynagrodzeń i ewentualnej kontroli cen. Państwo robi to zresztą bez większego entuzjazmu. Pokazują to choćby skandaliczne warunki, jakie osobom na umowach śmieciowych postawiono, żeby mogły otrzymać świadczenie. Podstawą jakiekolwiek walki o ludzkie traktowanie jest solidarność – pojedynczy szeregowy pracownik nie ma nic do gadania w kapitalizmie. To fundament praktyczny i moralny jakiegokolwiek działania lewicy broniącej pracowników i pracowniczek.

Co ważnego się zmieni?

Wraz z kryzysem nie nastał żaden socjalizm, ale nastąpiła dość poważna zmiana w sposobie myślenia o polityce gospodarczej i społecznej rządu. Kluczowa różnica wobec neoliberalizmu „typu Balcerowicz” (cięcia w wydatkach publicznych, dbanie wyłącznie o wzrost PKB i najkorzystniejsze warunki dla biznesu) jest taka, że nie proponuje się od razu klasie pracującej wylądowania na bruku i szukania szczęścia poza granicami czy cięć w wydatkach publicznych. Próbuje się zamiast tego wyjść z kryzysu inwestycjami na poziomie 10% rocznego PKB Polski (212 mld zł). Jest to dla naszego kraju skokiem olbrzymim, zmianą paradygmatu i wielkim wydarzeniem – przynajmniej w teorii, bo w praktyce może się okazać, że to za mało, a podział środków jest niesprawiedliwy i nieefektywny. Przedsiębiorcy jako podmioty od dekad przyzwyczajone do zupełnie antyspołecznego i egoistycznego zachowania są skonsternowani i niezadowoleni. Grożą niepłaceniem podatków i innych opłat, z których i tak ich w dużej mierze zwolniono, oraz zwolnieniami pracowników – zasiewając w społeczeństwie strach. W konsekwencji mogą oni nie chcieć realizować planu Morawieckiego, buntować się i wykręcać.

Moje przypuszczenie jest takie, że korporacje zagraniczne porozumiały się na poziomie EU i wykonają zalecenia Morawieckiego, ponieważ są one zgodne z ogólną strategią kryzysową w EU, mającą na celu utrzymanie stanu sprzed kryzysu. Polskie firmy prywatne, te duże, małe i mikro, są bez większego znaczenia gospodarczego w obecnej sytuacji (rząd będzie tu manewrować), natomiast spółki skarbu państwa i w ogóle cały sektor publiczny wykona zalecenia. Gehenna będzie miała miejsce w sektorze prywatnym w produkcji i handlu oraz w części sektora publicznego odpowiedzianego za utrzymanie społeczeństwa w ruchu i przy życiu. To kadr takich przedsiębiorstw i instytucji należy bronić.

Choć plan jest nazywany „tarczą Morawieckiego”, to jego kształt zasadniczo nie wynika z pomysłów czy ich braku Morawieckiego lub PiS-u. Po prostu nie ma innej możliwości działania ani w EU, ani w Polsce – dlatego pakiet został przygotowany w ekspresowym tempie. Plan zakłada jako priorytety ochronę zdrowia i bezpieczeństwa, ochronę miejsc pracy, ochronę sektora przedsiębiorstw i funkcjonowanie sektora finansowego jako cztery główne priorytety.

Jest to program solidarnościowy na pół czy wręcz ćwierć gwizdka. Więcej w nim solidarności z biznesem niż z klasą pracującą. Ochrona miejsc pracy zależy od tego, jaką mamy pracę i gdzie lokujemy się na drabinie społecznej. Dla bardziej uprzywilejowanych pracowników biur korporacji i urzędów jest to siedzenie w domu i pewne cięcia w płacy (dla części zwolnienia), dla pracowników handlu, dystrybucji i produkcji to praca po 12 godzin za głodowe płace w warunkach epidemii. PiS ani nie chce zniszczenia „wolnej Polski przedsiębiorczej”, ani utworzenia państwa dobrobytu. „Totalna opozycja” wobec PiS jest opozycją słabą i probiznesową (krytykującą PiS z prawej strony), a z ugrupowań parlamentarnych rozwiązania te ze strony propracowniczej krytykuje tylko klub Lewicy.

Plan a praktyka

Zastanawiające i istotne dla wszystkich pracowników i pracowniczek jest to, czy i jak przedsiębiorcy będą się stosować do przepisów. Moja prognoza jest ponownie raczej niewyszukana – tak, będą, ale optymalnie dla biznesu. Bezpieczeństwo i higiena pracy nigdy w III RP nie były priorytetem dla żadnego rządu ani żadnej firmy, teraz też się wiele nie zmieni. Różnica jest taka, iż rząd ma plan zapanować nad warunkami pracy, poziomem zatrudnienia i poziomem płac centralnie, a nie pozostawić sprawę „rynkom”, czyli pozwolić na zupełne barbarzyństwo. Nasuwają się tutaj dwie wątpliwości. Pierwsza: czy państwo osłabiane od dekad jest w ogóle w stanie tego dokonać? Druga: czy z punktu widzenia dynamiki rozwoju epidemii tragiczne warunki pracy i barbarzyńskie metody zarządzania nie sprawią, że wysiłki te spełzną na niczym, ponieważ wśród pracowników współczynnik zachorowania i śmiertelności będzie tak wysoki, że plan się załamie? Kryzys społeczny wywołany epidemią koronawirusa dobitnie pokazał, że to pracownicy tworzą wartość w kapitalizmie i jeżeli ich zabraknie, to system się załamie niezależnie od tego, ile wpompuje się pieniędzy w giełdę i korporacje.

Skąd wziąć na to pieniądze, czyli śmierć spiżowego prawa zrównoważonego budżetu

Środki zgromadzone w funduszach rezerwowych są niskie głównie dlatego, że państwo polskie jest utrzymywane przez ubogą klasę pracującą, a biznes i bogaci uchylają się od płacenia podatków na ogromną skalę. Co zatem zrobi rząd?

Ursula von der Leyen, przewodnicząca Komisji Europejskiej, ogłosiła, że zostaną zawieszone limity zadłużenia publicznego, czyli fundament „odpowiedzialnej”, tj. barbarzyńskiej polityki fiskalnej (dotyczącej podatków, zadłużenia i wydatków państwa). Fundament odpowiedzialnej fiskalnie Europy jest zagrożony – ostrzega Balcerowicz! Oznacza to, że premier będzie sprawował tymczasowo rolę centralnego planisty budżetowego oraz fiskalno-monetarnego w kraju (patrz: specjalne uprawienia premiera w projekcie). Polska to kraj raczej biedny, fundusze na realizację nawet skromnego planu kryzysowego są niewystarczające, choć zadłużenie państwa jest nieduże i mamy suwerenną walutę.

Na szczęście rząd może tak, jak robią obsesyjnie i z wielkim entuzjazmem korporacje i banki, finansować wydatki z własnego zadłużenia, czyli obligacji, które sam wyda i sam kupi (obsługą tego procesu zajmie się BGK). Szczegóły mechanizmu na pewno są złożone, jednak sens prosty. Cel i zasada funkcjonowania takiej polityki to nie żadna nowość i jest prosta jak drut – można stworzyć pieniądze „z niczego”, o ile napędzi to gospodarkę. W tym przypadku owo „nic”, z którego rząd stworzy fundusze, to dług publiczny, jaki państwo zaciąga samo u siebie – ma do tego prawo, jest suwerenne w tej kwestii. Balcerowicz był wrogiem kreowania takiego pieniądza dla klasy pracującej, nie miał nigdy nic przeciwko, gdy kapitaliści robili to jak oszalali.

Państwo udzieli samo sobie kredytu i zainwestuje go, żeby napędzić gospodarkę. Gdy dynamika gospodarki dzięki inwestycjom zwiększy się, wówczas dług zostanie spłacony (niekoniecznie wprost) lub umorzony. Co do szczegółowych narzędzi, to sprawa może być bardziej złożona i należy śledzić głosy specjalistów. Powiem tylko jedno: nastąpi tu prawdopodobnie spora zmiana, ponieważ pieniędzy nie będzie się wyłącznie rozdawać „rynkom”, czyli klasie posiadającej, korporacjom i bogaczom, ale prawdopodobnie istotna część środków pójdzie na inwestycje w firmy sektora publicznego, takie jak Enea, Poczta Polska oraz z drugiej strony w infrastrukturę (zapowiedzi tego już widać w projekcie w kwestii informatyzacji).

Czemu jednak pakiet dla służby zdrowia wynosi jedynie 7 mld złotych? Tego odgadnąć nie mogę – jest to nie tylko niemoralne, ale i pozbawione sensu. Plany Morawieckiego zakładają wysokie poparcie społeczne, które sam kształt pakietu antykryzysowego podkopuje.

Nie lubię bawić się w Nostradamusa, ale…

Na koniec chciałbym zaznaczyć, że oczywiście wszystko powyższe to moje przypuszczenia i sytuacja może potoczyć się zupełnie inaczej.

Działam w związku zawodowym Inicjatywa Pracownicza i staram się bronić klasy pracującej, nie licząc na rząd, jednak rozumiejąc, co się dzieje. Niezależnie od tego, czy jesteśmy nastawieni optymistycznie czy pesymistycznie, czy anty-PiS czy pro-PiS, należy z wielu względów, m.in. etycznych, humanitarnych czy politycznych wspierać pracowników i pracowniczki na miarę naszych możliwości tu i teraz. Możemy uważać, że czeka nas katastrofa najpierw ekonomiczna, a potem klimatyczna, jednak pesymizm i defetyzm są poglądami de facto nie do utrzymania. Są wyrazem bezsilności, zrezygnowania i konformizmu, czyli nihilizmu. Nie da się nie wierzyć w to, co dzieje się obecnie, a to, co dzieje się obecnie, wymaga określonego działania konstruktywnego i pozytywnego. Nihiliści będą tylko biernymi obserwatorami lub ofiarami. Obecny moment jest okresem kryzysu społecznego wywołanego epidemią, która sama w sobie nie byłaby bardzo groźna, gdyby społeczeństwo już wcześniej nie było w głębokim kryzysie. Jest to moment niepewności i zmian społecznych. Pytanie na najbliższe miesiące dotyczy tego, czy wyjdziemy z kryzysu ze społeczeństwem lepszym i bardziej sprawiedliwym i czy osobiście się do tego przyłożymy, czy ze społeczeństwem zatomizowanym, traktującym pracowników jak tani towar (jak napisał jeden przedsiębiorca: nieróżniący się niczym od piasku czy cementu), a zysk jest świętością ważniejszą niż życie.

Eliasz Robakiewicz

Niniejszy tekst stanowi osobistą opinię autora, oficjalne stanowisko Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Inicjatywa Pracownicza znajdziecie tutaj

Czego uczy nas koronawirus

Jeśli choroba może nauczyć nas mądrości wykraczającej poza konstatację, jak niepewne i cenne jest życie, to koronawirus zaoferował nam aż dwie lekcje.

Po pierwsze, w zglobalizowanym świecie nasze życia są ze sobą tak splecione, że ideę postrzegania siebie jako wysp – zarówno jako jednostek, społeczności, narodów, jak i wyjątkowo uprzywilejowanych gatunków – należy rozumieć jako dowód fałszywej świadomości. Prawdę mówiąc byliśmy zawsze powiązani, stanowiliśmy część cudownej sieci życia na naszej planecie, a poza nią – gwiezdny pył w niezgłębionym, wielkim i złożonym wszechświecie.

Arogancja pielęgnowana w nas przez narcyzów, którzy doszli do władzy dzięki własnemu niszczycielskiemu egoizmowi oślepiła nas na niezbędną mieszankę pokory i podziwu, jaką powinniśmy odczuwać, gdy patrzymy na kroplę deszczu na liściu, dziecko uczące się chodzić czy na nocne niebo ujawniające się w całej swej nieskończonej okazałości z dala od świateł miasta.

A teraz, gdy zaczynamy wkraczać w okres kwarantanny i izolacji, jako narody, społeczności i jednostki, wszystko to powinno być o wiele bardziej wyraźne. Wirus pokazał nam, że tylko razem jesteśmy silniejsi, żywi i ludzcy.

Pozbawieni z powodu zagrożenia zarażeniem tego, czego najbardziej potrzebujemy, przypominamy sobie, jak bardzo wzięliśmy społeczność za coś oczywistego, nadużywaliśmy jej, wydrążyliśmy ją. Obawiamy się, ponieważ usługi, których potrzebujemy w czasach zbiorowej trudności i traumy, zostały zamienione w towary wymagające zapłaty lub traktowane jako przywileje, do których dostęp jest obecnie utrudniony, racjonowany lub po prostu zniknął.

Kiedy prześladuje nas śmierć, nie zwracamy się do bankierów, dyrektorów korporacyjnych lub zarządzających funduszami hedgingowymi. A mimo to właśnie takich ludzi nasze społeczeństwa wynagradzają najlepiej. Jeśli pensje są główną miarą wartości, to siłą rzeczy właśnie oni są najbardziej cenieni. Ale to nie są ludzie, których potrzebujemy jako jednostki, jako społeczeństwa, narody. To raczej lekarze, pielęgniarki, pracownicy służby zdrowia, opiekunowie i pracownicy socjalni będą walczyć o ocalenie naszego życia, ryzykując własne.

Podczas kryzysu zdrowotnego rzeczywiście możemy zauważyć, kto i co jest najważniejsze. Ale czy będziemy pamiętać czyjeś poświęcenie, jego wartość po tym, jak wirus zniknie z pierwszych stron gazet? Czy raczej wrócimy do zwykłej codzienności – aż do następnego kryzysu – i hojnego nagradzania producentów broni, miliarderów, właścicieli mediów, szefów firm zajmujących się paliwami kopalnymi i pasożytów z branży finansowej, żywiących się pieniędzmi innych ludzi?

„Weźmy to na klatę”

Druga lekcja wynika z pierwszej. Pomimo wszystkiego, co mówiono nam od czterech dekad lub dłużej, zachodnie społeczeństwa kapitalistyczne są dalekie od najbardziej efektywnych sposobów samoorganizacji. Odkryjemy to, gdy kryzys związany z koronawirusem pogłębi się.

Nadal jesteśmy bardzo głęboko zanurzeni w ideologicznym świecie thatcheryzmu i reaganizmu, gdzie powiedziano nam dosłownie: „Nie ma czegoś takiego jak społeczeństwo”. Jak ta mantra polityczna wytrzyma próbę nadchodzących tygodni i miesięcy? Ile możemy przetrwać jako jednostki, nawet w kwarantannie, a nie jako część społeczności, która troszczy się o nas wszystkich?

Zachodni przywódcy, którzy opowiadają się za neoliberalizmem, tak jak muszą to robić obecnie, mają dwie możliwości radzenia sobie z koronawirusem – i obie z nich mogą nas zwieść, jeśli nie przejrzymy ich hipokryzji i oszustwa.

Nasi przywódcy mogą pozwolić nam „wziąć to na klatę”, jak to określił brytyjski premier Boris Johnson. W praktyce będzie to oznaczać przyzwolenie na faktyczną selekcję naturalną wielu osób ubogich i starszych. Uwolni ono rządy od ponoszenia ciężaru finansowego niedofinansowanych programów emerytalnych i świadczeń socjalnych.

Tacy liderzy twierdzą, że są zbyt bezsilni, aby interweniować lub łagodzić kryzys. W obliczu sprzeczności nieodłącznie związanych z ich światopoglądem nagle stają się fatalistami, porzucając wiarę w skuteczność i adekwatność wolnego rynku. Powiedzą, że wirus był zbyt zaraźliwy, aby go powstrzymać, zbyt silny, aby poradziła sobie z nim służba zdrowia i za bardzo śmiertelny, żeby ratować życie. Unikną wszelkiej winy za dziesięciolecia cięć w systemie opieki zdrowotnej i jego prywatyzacji, które spowodowały, że usługi te stały się nieskuteczne, nieodpowiednie, niewygodne do wdrażania i mało elastyczne w obliczu próby.

Lub odwrotnie: politycy wykorzystają swoich spin-doktorów i sojuszników w korporacyjnych mediach, żeby ukryć fakt, iż po cichu i tymczasowo stają się socjalistami, by poradzić sobie z sytuacją kryzysową. Zmienią zasady państwa dobrobytu, aby wszyscy ci, którzy musieli brać udział w stworzonej przez nich gig economy – np. zatrudnieni na podstawie umów śmieciowych – nie rozprzestrzeniali wirusa, ponieważ nie mogą sobie pozwolić na kwarantannę lub dni wolne od pracy.

Ale najprawdopodobniej nasi liderzy skorzystają z obu tych opcji.

Kryzys bez końca

Wniosek, który należy wyciągnąć z kryzysu – że wszyscy mamy takie samo znaczenie, że musimy się troszczyć o siebie nawzajem, że utoniemy lub popłyniemy razem – jeśli w ogóle zostanie wzięty pod uwagę, będzie potraktowany jako odosobniona, przelotna lekcja charakterystyczna dla czasów tego konkretnego kryzysu. Nasi przywódcy odmówią wyciągnięcia bardziej ogólnych wniosków – takich, które mogą uwypuklić ich własną winę – na temat tego, jak zdrowe społeczeństwo powinno funkcjonować przez cały czas.

W rzeczywistości nie ma nic wyjątkowego w kryzysie spowodowanym przez koronawirus. To po prostu udoskonalona wersja mniej widocznego kryzysu, w którym jesteśmy pogrążeni na stałe. W miarę jak Wielka Brytania tonie pod powodzią każdej zimy, Australia płonie każdego lata, a południowe stany USA są niszczone przez huragany, a ich wielkie równiny stają się pyłem, w miarę jak kryzys klimatyczny staje się coraz bardziej namacalny, poznajemy tę prawdę powoli i boleśnie.

Ci, którzy wymiernie korzystają na obecnym systemie, a także ci, którzy zostali poddani praniu mózgu i nie widzą jego wad – będą bronić go do samego końca. Niczego się nie nauczą z czasów wirusa. Wskażą na państwa autorytarne i ostrzegą, że może być znacznie gorzej.

Wskażą na wysoką liczbę ofiar śmiertelnych w Iranie jako potwierdzenie, że nasze społeczeństwa nastawione na zysk są lepsze, ignorując straszne szkody, jakie wyrządziliśmy irańskim służbom zdrowia po latach sabotowania jego gospodarki za pomocą okrutnych sankcji. Zostawiliśmy Iran jeszcze bardziej narażony na koronawirusa, ponieważ chcieliśmy nadzorować tam „zmianę reżimu”, aby móc ingerować w nią pod pozorem „humanitarnej” troski – tak, jak to zrobiliśmy w innych krajach, których zasoby chcieliśmy kontrolować, od Iraku po Syrię i Libię.

Iran zostanie pociągnięty do odpowiedzialności za kryzys, którego to my chcieliśmy, by nasi politycy mogli obalić tamtejszych przywódców. Niepowodzenia Iranu zostaną przytoczone jako dowód skuteczności europejskiego stylu życia. Będziemy lamentować z oburzeniem z powodu „rosyjskiej ingerencji”, której zarysy ledwo potrafimy wyartykułować.

Docenianie wspólnego dobra

Ci, którzy bronią naszego systemu, nawet gdy jego wewnętrzna logika załamuje się w obliczu koronawirusa i zagrożenia klimatycznego, powiedzą nam, jakie mamy szczęście, ponieważ żyjemy w wolnych społeczeństwach, gdzie niektórzy – dyrektorzy Amazona, usługodawcy dostaw do domu, apteki, producenci papieru toaletowego – wciąż mogą szybko zarobić na naszej panice i strachu. Tak długo, jak ktoś nas wykorzystuje, tak długo, jak ktoś się na nas pasie i staje się bogaty, dowiadujemy się, że system działa – i że działa lepiej niż jakikolwiek inny system, który można by sobie wyobrazić.

Ale w rzeczywistości społeczeństwa kapitalistyczne późnego etapu, takie jak USA i Wielka Brytania, będą walczyć o osiągnięcie nawet niewielkich sukcesów w walce z koronawirusem i będą one mniejsze od sukcesów autorytarnych rządów. Czy Trump w USA lub Johnson w Wielkiej Brytanii – przykłady kapitalizmu pod hasłem „rynek wie najlepiej” – poradzą sobie z tym wirusem skuteczniej niż Chiny?

Ale ta lekcja nie dotyczy społeczeństw autorytarnych w porównaniu z „wolnymi”. Chodzi o społeczeństwa, które cenią wspólne bogactwo, dobro wspólne ponad prywatną chciwość i zysk, ponad ochronę przywilejów elity bogaczy.

W 2008 r., po dziesięcioleciach oferowania bankom tego, czego chciały – swobodnego zarabiania pieniędzy – gospodarki zachodnie niemal wybuchły jak napompowana bańka. Banki i usługi finansowe zostały uratowane tylko dzięki publicznym bailoutom – za pieniądze podatników. Nie dano nam wyboru: banki, jak powiedziano, były „zbyt duże, by upaść”.

Wykupiliśmy je za nasze wspólne pieniądze. Ponieważ jednak prywatne bogactwo jest złotym cielcem naszej epoki, publika nie mogła posiadać banków, które kupiła. Zatem kiedy banki zostały przez nas uratowane – co za przewrotny socjalizm dla bogatych! – wróciły do robienia prywatnych pieniędzy, wzbogacając niewielką elitę, aż do następnego krachu.

Nie ma dokąd lecieć

Naiwni mogą myśleć, że to jednorazowy przypadek. Ale wady kapitalizmu są od niego nieodłączne i strukturalne, a wirus już demonstruje, że kryzys klimatyczny pojawi się u nas w nadchodzących latach z niepokojącą zaciekłością.

Zamknięcie granic oznacza, że linie lotnicze szybko wypadają z biznesu. Oczywiście nie odkładały pieniędzy na czarną godzinę. Nie oszczędzały, nie były rozważne. Operują w świecie, gdzie podrzyna się sobie nawzajem gardła, muszą konkurować z rywalami, wyrugować ich z biznesu i zarobić jak najwięcej pieniędzy dla akcjonariuszy.

Teraz nagle nie mają dokąd lecieć – i nie będą miały widocznych możliwości zarobienia pieniędzy przez wiele miesięcy. Podobnie jak banki, są „zbyt duże, aby upaść” – i podobnie jak banki żądają, aby pieniądze publiczne zostały przeznaczone na ich przetrwanie, dopóki nie będą w stanie ponownie łupieżczo osiągać zysków dla swoich akcjonariuszy. Za liniami lotniczymi ustawi się w kolejce po pomoc wiele innych korporacji.

Wcześniej czy później społeczeństwo znowu zdobędzie się na wysiłek, aby ratować te korporacje nastawione jedynie na zysk, choć ich jedyną działalnością jest centralna rola, jaką odgrywają w napędzaniu globalnej zmiany klimatycznej i eliminacji życia na planecie. Linie lotnicze będą reanimowane aż do nadejścia kolejnego nieuniknionego kryzysu – takiego, w którym są kluczowymi graczami.

But kopiący w twarz

Kapitalizm jest systemem wydajnym tylko dla niewielkiej elity, której pozwala zarabiać pieniądze straszliwym kosztem – ponoszonym przez innych. Jest zatem systemem coraz bardziej niemożliwym do utrzymania dla szerokiego społeczeństwa – a działa tylko dopóki nie okaże się, że jest już nieskuteczny. Następnie społeczeństwo musi się dorzucić i pomóc elicie bogaczy, aby ten cykl można było rozpocząć od nowa. To jak but kopiący nas w twarz – na zawsze, jak ostrzegał dawno temu George Orwell.

Ale nie chodzi tylko o to, że kapitalizm jest ekonomicznie samoniszczący – jest także pusty moralnie. Naprawdę, powinniśmy przestudiować przykłady neoliberalnej ortodoksji: Wielką Brytanię i USA. W Wielkiej Brytanii krajowa służba zdrowia – niegdyś przedmiot zazdrości świata – przechodzi gwałtowny upadek po dziesięcioleciach prywatyzacji i outsourcingu swoich usług. Teraz ta sama partia konserwatystów, która rozpoczęła kanibalizację NHS, zwraca się do firm takich jak producenci samochodów o rozwiązanie problemu poważnego niedoboru respiratorów, które wkrótce będą potrzebne, aby pomóc pacjentom z koronawirusem.

Kiedyś w nagłych przypadkach zachodnie rządy byłyby w stanie skierować zasoby, zarówno publiczne, jak i prywatne, na ratowanie życia. Fabryki mogły zostać przekształcone dla wspólnego dobra w inne podmioty. Dzisiaj rząd zachowuje się tak, jakby wszystko, co mógł zrobić, to zachęcać do prowadzenia działalności gospodarczej, pokładając nadzieję w motywowanym zyskiem samolubstwie, które skłania firmy do wejścia na rynek produkcji respiratorów lub do dostarczenia łóżek w sposób korzystny dla podtrzymania zdrowia publicznego. Wady tego podejścia powinny być rażące, jeśli dostrzeżemy, jak producent samochodów może odpowiedzieć na prośbę o dostosowanie swoich fabryk do produkcji respiratorów. Jeśli nie zostanie przekonany, że można na tym zarobić łatwe pieniądze lub jeśli sądzi, że może osiągnąć szybsze lub większe zyski kontynuując produkcję samochodów w czasach, gdy społeczeństwo obawia się korzystania z transportu publicznego, pacjenci umrą. Jeśli wstrzyma się, obserwując, czy będzie wystarczający popyt na respiratory, aby uzasadnić dostosowanie swoich fabryk do ich produkcji – pacjenci umrą. Jeśli opóźni to w nadziei, że niedobory respiratorów spowodują wzrost dotacji od rządu obawiającego się publicznego oburzenia – pacjenci umrą. A jeśli wyprodukuje najtańsze respiratory, aby zwiększyć zyski, bez upewnienia się, że personel medyczny nadzoruje kontrolę jakości – pacjenci także umrą.

Wskaźniki przeżywalności nie będą zależeć od wspólnego dobra, od naszej pomocy potrzebującym czy od planowania najlepszego rezultatu, lecz od kaprysów rynku. I to nie tyle od rynku, co od błędnego ludzkiego postrzegania tego, co stanowi siły rynkowe.

Przetrwają najsilniejsi

Gdyby to nie wystarczyło, Trump – w całej swojej nadmuchanej próżności – pokazuje, w jaki sposób tę motywację zysku można przenieść ze świata biznesu, który tak dobrze zna, na cynizm polityczny, który stopniowo opanowuje. Według różnych raportów, dyskretnie poszukuje on szybkiego rozwiązania problemu wirusa. Rozmawia z międzynarodowymi firmami farmaceutycznymi i chce znaleźć osobę, która jest bliska opracowania szczepionki, tak by Stany Zjednoczone mogły kupić do niej wyłączne prawa.

Raporty sugerują, że chce zaoferować szczepionkę wyłącznie obywatelom USA, co sprawiłoby, że zdecydowanie wygrałby reelekcję. Oznaczałoby to triumf wpajanej nam od ponad czterech dziesięcioleci filozofii „po trupach do celu” – przetrwają tylko najsilniejsi, a zadecyduje o tym rynek. Tak zachowują się ludzie, gdy odmawia im się udziału w szerszej zbiorowości, za którą są odpowiedzialni i która jest za nich odpowiedzialna.

Ale nawet jeśli Trump w końcu raczy pozwolić innym krajom cieszyć się korzyściami ze sprywatyzowanej szczepionki, nie będzie to polegało na pomaganiu ludzkości w ramach czynienia większego dobra. Będzie mowa o Trumpie biznesmenie-prezydencie, który osiąga porządny zysk dla USA na fali desperacji i cierpienia innych, a także przedstawia siebie jako politycznego bohatera na arenie światowej. Lub, co bardziej prawdopodobne, będzie to kolejna szansa dla Stanów Zjednoczonych, by wykazać swoje „humanitarne” kwalifikacje nagradzając „dobre” kraje i dając im dostęp do szczepionki, a jednocześnie odmawiając „złym” krajom, takim jak Rosja, prawa do ochrony swoich obywateli.

Nieprzyzwoicie skarłowaciały światopogląd

Będzie to idealna ilustracja na scenie globalnej – i to w kolorze – tego, jak działa amerykański pomysł na służbę zdrowia. Oto, co się dzieje, gdy opieka zdrowotna nie jest traktowana jako dobro publiczne, lecz jako towar do kupienia, jako przywilej zachęcający siłę roboczą do pracy, jako miara tego, kto odnosi sukces, a kto nie.

USA, zdecydowanie najbogatszy kraj na świecie, ma dysfunkcyjny system opieki zdrowotnej nie dlatego, że nie stać go na dobry, lecz dlatego, że jego polityczny światopogląd jest tak nieprzyzwoicie zatruty kultem bogactwa, iż odmawia uznania istnienia dobra wspólnego i uszanowania wartości, jaką stanowi zdrowe społeczeństwo.

Amerykański system opieki zdrowotnej jest zdecydowanie najdroższy na świecie, ale także najbardziej nieefektywny. Ogromna część „wydatków na zdrowie” nie przyczynia się do leczenia chorych, lecz wzbogaca kieszeń korporacji farmaceutycznych i firm ubezpieczeniowych. Analitycy opisują jedną trzecią wszystkich wydatków na zdrowie w USA – 765 miliardów dolarów rocznie – jako „zmarnowane”. Ale „marnotrawstwo” to eufemizm. W rzeczywistości są to pieniądze wpychane do kieszeni korporacji, które nazywają siebie branżą zdrowia, okradając wspólny budżet obywateli USA. Oszustwo jest tym większe, że pomimo tak ogromnych wydatków więcej niż jeden na 10 obywateli USA nie ma właściwie żadnej opieki zdrowotnej.

Koronawirus bezprecedensowo uwypukli zdeprawowaną nieefektywność tego systemu – model opieki zdrowotnej nastawionej na zysk, siły rynkowe, które zwracają uwagę na krótkoterminowe interesy biznesu, a nie długoterminowe interesy nas wszystkich.

Istnieją alternatywy. W tej chwili Amerykanom oferuje się wybór między demokratycznym socjalistą Berniem Sandersem, który broni opieki zdrowotnej jako prawa, ponieważ jest to dobro wspólne, a szefem partii demokratycznej, Joe Bidenem, popierającym lobby biznesowe, od którego zależy w kwestii finansowania swojej politycznej kariery. Jeden z nich jest marginalizowany i oczerniany jako zagrożenie dla amerykańskiego stylu życia przez garstkę korporacji, które są właścicielami amerykańskich mediów, podczas gdy drugi jest wspierany przez te same korporacje w drodze do otrzymania nominacji Demokratów.

Koronawirus ma dla nas ważną, pilną lekcję do odrobienia. Pytanie – czy jesteśmy już gotowi jej wysłuchać?

Jonathan Cook

Tłum. Magdalena Okraska

Tekst pierwotnie ukazał się na lewicowym amerykańskim portalu Counterpunch 19 marca 2020.

Corbyn i lewica zdeindustrializowana

1. Nowa nadzieja

Jeremy Corbyn jako przewodniczący Partii Pracy był zapowiedzią zmiany statusu quo. Negatywna reakcja establishmentu tylko uwiarygodniła go jako polityka. Po neoliberalnych rządach Tony’ego Blaira, kapitulacji Tsiprasa i marginalizacji Pablo Iglesiasa, to Corbyn miał pokazać europejskiej lewicy, jak zwyciężać.

Przyspieszone wybory w 2017 roku, choć przegrane, okazały się sukcesem pod względem zdobytych głosów i miejsc w parlamencie. Zamysł Theresy May, by wykorzystać moment niskich sondaży labourzystów do pozyskania większości parlamentarnej gwarantującej samodzielne negocjacje z UE – nie powiódł się. Torysi skończyli z mniejszą liczbą parlamentarzystów, a Corbyn udowodnił, że jest wybieralny.

Punktem zwrotnym okazały się kolejne wybory w grudniu 2019. Poparcie dla Partii Pracy spadło z 40% w 2017, do 32%. Partia Konserwatywna pod wodzą Borisa Johnsona uzyskała samodzielną większość. Porażka wyborcza labourzystów nie ma jednak charakteru ilościowego. Labour z 10,3 milionami głosów uzyskała wynik o 750 tys. wyższy niż Blair zwyciężający 15 lat temu. Więcej wyborców głosowało na Corbyna, niż na Browna w 2010 i Milibanda w 2015 roku.

Prawdziwą klęską Partii Pracy jest natomiast utrata swych tradycyjnych okręgów wyborczych, które od zawsze lub od bardzo dawna były jej bastionem (np. Sedgefield od 1935, Bishop Auckland od momentu utworzenia, Wakefield od 1935). Zapoczątkowana przez Tony’ego Blaira strategia faworyzowania wielkomiejskich wyborców kosztem regionów z biedniejszym elektoratem została zrealizowana. Klasa robotnicza przestała bezwarunkowo popierać labourzystów.

2. Czas rozliczeń

Klęska wyborcza wywołała dyskusję na temat strategii partii. Dwa główne środowiska – socliberalne i progresywne – oceniły kurs partii pod wodzą Corbyna.

Pierwsze, ukształtowane przez blairyzm, swą krytykę skupiło na na radykalizmie postulatów Labour i niepopularności samego lidera. Corbyn jako rzekomy zwolennik IRA, libańskiego Hezbollahu, ukryty antysemita i krypto-brexitowiec miał odciskać negatywne piętno na wizerunku partii.

Czy faktycznie postulaty ekonomiczne Labour były zbyt radykalne? Agencja sondażowa YouGov zapytała Brytyjczyków o poszczególne propozycje programowe Partii Pracy [1]. Zwiększony interwencjonizm państwowy i nacjonalizacja poszczególnych sektorów gospodarczych, walka z nierównościami ekonomicznymi poprzez większe opodatkowanie czy zagwarantowanie pracownikom jednej trzeciej miejsc w zarządach firm, cieszyły się poparciem wśród 50% do 64% ankietowanych. Badania społeczne wskazują więc, że brytyjscy wyborcy popierają większy udział państwa w gospodarce oraz są przeciwni rosnącym nierównościom społecznym.

Zarzut dotyczący kontrowersyjnych poglądów Corbyna nie tłumaczy, dlaczego w 2017 nie były one problemem dla wyborców, a stały się takimi obecnie. Gdyby uznać ten argument za prawdziwy, to powinny one być obciążeniem od samego początku. Za dowód o niskim znaczeniu oskarżeń niech posłuży przykład Claire Fox. Europarlamentarzystka Brexit Party, a dawniej czołowa działaczka Revolutionary Communist Party, w przeszłości usprawiedliwiała zamach bombowy dokonany przez IRA w Warrington w 1993. Zginęło w nim 2 dzieci, a 56 osób zostało rannych. Nie przeszkodziło to jej w zdobyciu mandatu, chociaż Warrington było częścią jej okręgu wyborczego. Jestem więc zdania, że zarzuty socliberalnego obozu Labour nie tłumaczą wyborczej porażki.

Odmiennego kalibru są oskarżenia wysuwane przez stronę progresywną. W tekście „After Corbynism” Paul Mason – dziennikarz i prominentna postać brytyjskiej skrajnej lewicy – wskazuje na Brexit i zmianę struktury klasowej brytyjskiego społeczeństwa [2]. Labourzyści stracili niepotrzebnie czas na wypracowanie stanowiska drugiego referendum. Manson jako zwolennik pozostania w UE uważał, że tylko jednoznaczne poparcie dla Remain gwarantuje zwycięstwo Partii Pracy. Orientacja pro-unijna oznaczała odrzucenie tych głosów klasy robotniczej, która w referendum zagłosowała za wyjściem z UE. Dla Mansona nie jest to strata. Współczesna Labour jego zdaniem nie potrzebuje konserwatyno-nacjonalistycznie zorientowanych wyborców. Malejące znaczenie związków zawodowych i zorganizowanego świata pracy czyni utratę tego segmentu klasy robotniczej niezbyt bolesną.

Autor tekstu „After Corbynism” w zgodzie z całą plejadą post-marksistowskich teorii deprecjonuje znaczenie pracy najemnej w procesie wyzysku. Wyzysk zachodzi nie tylko w zakładzie pracy, ale dokonuje się w obszarach kultury, technologii czy usług finansowych. Walki społeczne wokół praw migrantów, kobiet, LGBT czy kwestii klimatycznych na równi z konfliktami pracowniczymi kształtują nowy podmiot zmiany społecznej – różnorodną i usieciowioną klasę pracowniczą (wolną od konserwatywnych i nacjonalistycznych nawyków starej klasy). Zdaniem Mansona, Partia Pracy powinna się skupić na rozwijaniu poparcia wśród jej członków. Tradycyjna klasa robotnicza nie jest potrzebna.

3. Krytyka krytyki

Przeciwnie do stanowisk zarysowanych powyżej, uważam, że przyczyn klęski Partii Pracy należy szukać gdzie indziej. Wyróżniam cztery czynniki: stosunek względem Brexitu, agendę kulturową, dynamikę walk społecznych oraz etatystyczny skręt Partii Konserwatywnej.

a) Brexit

W grudniowych wyborach 50 okręgów wyborczych spośród 60 utraconych przez labourzystów, było równocześnie obszarami, gdzie wyborcy w większości głosowali za wyjściem z Unii Europejskiej. Partia Pracy, ignorując oczekiwania swojego elektoratu, zagwarantowała sobie porażkę. Dostrzegł to również znany zwolennik reorientacji Labour na opcję Remain, dziennikarz Owen Jones. W artykule z „Guardiana” wskazywał, że jeśli partia nie podejmie działań, by dotrzeć i przekonać wyborców z Północy, to może mieć to zgubne konsekwencje podczas grudniowych wyborów – i nie pomylił się [3].

Przyjęte podczas przedwyborczego kongresu stanowisko drugiego referendum ws. pozostania w UE wraz z opiniami prominentnych członków Labour Party o niewychodzeniu z tejże, wskazywało, że rząd Corbyna będzie dążył do odwrócenia wyników referendum z 2016. Labour wyrasta więc na partię odrzucającą demokratyczny mandat, do realizacji którego była zobowiązana. Skoro więc nie ma zamiaru wykonać tego zobowiązania, wyborcy całkiem przytomnie mogą zapytać, skąd pewność, że inne postulaty labourzystów nie zostaną porzucone.

Dużo lepiej tłumaczy to moim zdaniem negatywną percepcję Jeremiego Corbyna. Jego oponenci powoływali się na badania, z których wynikało, że sylwetka przewodniczącego zniechęca do głosowania na Partię Pracy. Nie wyjaśnia to jednak, skąd ten negatywny obraz się wziął.

Szczęśliwie takie pytanie zadało YouGov. Odpowiedzi wskazują, że negatywne opinie na temat przewodniczącego mają swoje źródła w jego podejściu do Brexitu [4]. Nie jego przeszłości, nie poglądy ekonomiczne czy osobowość. Jeremy Corbyn został wybrany na lidera Partii Pracy jako polityk anty-establishmentowy. Próby jego odwołania uwiarygodniły go jako osobę spoza głównego nurtu. Niestety ten kapitał zaufania został zaprzepaszczony po 2017 roku. Z ideowca Corbyn stał się kolejnym politykiem, który w imię interesu partyjnego musi karmić apetyty różnych frakcji. Jego walka o kontrolę nad partią oraz nieumiejętność wypracowania jasnego stanowiska na temat Brexitu pokazały go jako polityka bezużytecznego.

Za Michaelem Wilkinsonem [5] można powiedzieć, że faktyczny koniec corbynismu nie dokonał się nad urną wyborczą, lecz dużo wcześniej, gdy Partia Pracy opowiedziała się za kolejnym referendum, tym samym odcinając się od istotnej części swojej bazy społecznej.

b) Agenda kulturowa

Narracja kulturowa Partii Pracy znajduje coraz mniejsze zrozumienie pośród niemetropolitarnych wyborców z centralnej i północnej części Wielkiej Brytanii.

Zwrot ku szeroko pojętym grupom wykluczonym dokonał się na zachodniej lewicy w latach 80. w wyniku „ukąszenia postmodernistycznego”. Po tym, jak klasę robotniczą uznano za niechętną zmianom systemowym, ówcześni liderzy nowej lewicy potrzebowali innego podmiotu rewolucyjnego. Tę rolę przyjęły nowe ruchy społeczne. Lewica dowartościowała obszary konsumpcji i kulturowej inkluzji kosztem sfery stosunków produkcji.

Stuart Hall, wiodąca postać brytyjskich studiów kulturowych i nowolewicowy autorytet, opisywał strajki górnicze jako wyraz starej i przegranej polityki. Górnicy zostali pokonani, ponieważ Labour była jego zdaniem więźniem przeszłości. Nową szansą dla lewicy miał być Tony Blair, co szybko zostało zrewidowane. Pomimo tego nowa strategia została zaadaptowana. Lewica kosztem walk o bezpieczeństwo ekonomiczne na pierwszy plan wysunęła konflikty tożsamościowe.

Partia Pracy jest coraz mniej atrakcyjna dla bazy społecznej, z której wyrosła. Z drugiej strony, sami wyborcy z klasy robotniczej przestali być ważni dla partii. Wybrzmiało to najmocniej w sprawie Gillian Duffy, 65-letniej kobiety, wieloletniej zwolenniczki Partii Pracy. Gordon Brown, ówczesny przewodniczący, nazwał ją bigotką tylko dlatego, że opowiedziała o niewydolności lokalnych usług publicznych w związku z napływem imigrantów z Europy Środkowo-Wschodniej. W te same tony uderzył Paul Manson, który tuż po ogłoszeniu sondaży exit polls w 2019 stwierdził, że wynik wyborczy to triumf starych białych rasistów [6].

Labour Party na własne życzenie przegrała wojnę kulturową o ludzi pracy. Społeczny konserwatyzm klasy robotniczej, rozumiany jako przywiązanie do norm kulturowych podzielanych przez ogół wspólnoty i możność jej współkształtowania, został wyparty przez ideologię transgresji i afirmacji mniejszości (najnowszy przykład to czasowe zniesienie podziału na toalety dla kobiet i mężczyzn w głównej siedzibie partii [7]). Aktywiści związanego z LP ruchu Momentum mogą być podekscytowani tematami zmian klimatycznych, praw LGBT i sytuacji uchodźców, ale nie są to wątki atrakcyjne dla mieszkańców Derbyshire.

Przekaz partyjny dostosowany jest do oczekiwań nowego wielkomiejskiego elektoratu. Znajduje to potwierdzenie w zachowaniach wyborczych z grudnia. Największy przepływ z Partii Pracy do Partii Konserwatywnej dokonał się w okręgach z niższym poziomem wykształcenia. Z kolei im więcej osób z wyższym wykształceniem, tym większe były szanse, że dany okręg pozostanie przy labourzystach.

c) Mobilizacja społeczna

Wybór Corbyna na przewodniczącego partii wywołał entuzjazm partyjnej i pozaparlamentarnej lewicy. Emocje te nigdy jednak nie przełożyły się na poziom mobilizacji brytyjskiego społeczeństwa. Dynamika konfliktu pracowniczego w Wielkiej Brytanii pozostaje na tym samym niskimi poziomie, a aktywność strajkowa utrzymuje się na najniższym historycznym poziomie [8].

Wprawdzie w latach 2018/2019 badania odnotowują wzrost liczby strajków, ale jednocześnie ilość dni strajkowych zmniejszyła się. To efekt działań w branżach dużo bardziej sprekaryzowanych, gdzie upowszechnione są kontrakty zero-godzinowe przy spadku aktywności strajkowej w dużych przedsiębiorstwach [9].

Zachwalany przez lewicę wzrost liczby członków Partii Pracy nie przełożył się na jej mocniejsze zakorzenienie. Wynika to z tego, że nowi członkowie nie wywodzili się z klasy robotniczej, zawodów fizycznych, ale z warstwy dobrze wykształconej, pochodzącej z dużych miast klasy średniej lub były to osoby wyalienowane ze swojego otoczenia. Energia, którą Corbyn pobudził, skoncentrowana była na polityce elektoralnej lub wewnątrzpartyjnej. Zabrakło przełożenia na życie społeczne.

d) Etatystyczny zwrot Partii Konserwatywnej

W wyborach parlamentarnych to nie duch Margaret Thatcher nadawał ton kampanii Torysów. Boris Johnson postawił na dużo większą rolę państwa w gospodarce i mniej ortodoksji w obszarze finansów publicznych. Konserwatyści zobowiązali się do doinwestowania usług autobusowych o 5 mld funtów do 2025, nacjonalizacji Northen Rail oraz zwiększenia bieżących wydatków na ochronę zdrowia i edukację.

Wzrost wydatków inwestycyjnych na infrastrukturę w regionach, które uległy pauperyzacji od lat 80. jest w stanie na stałe zmienić geografię wyborczą Wielkiej Brytanii. Przy postępującej alienacji Partii Pracy od problemów ludzi mieszkających poza dużymi miastami, oferta Partii Konserwatywnej staje się atrakcyjną alternatywą. Etatystyczny skręt torysów pozwala pozyskać wyborców, dla których Partia Pracy była dotychczas jedyną opcją.

4. Socjaldemokracja: Odrodzenie?

Nieuczciwie byłoby twierdzić, że wyborczy wynik Partii Pracy to rezultat przywództwa Corbyna. Postępująca marginalizacja niegdyś wiodących europejskich partii socjaldemokratycznych jest zjawiskiem systemowym. Brytyjczycy dzięki konstrukcji swojego systemu wyborczego byli w stanie pozostać główną siłą parlamentarną, jednak wraz z erozją politycznych tożsamości, wyborcy są coraz mniej przywiązani do tradycyjnych reprezentacji politycznych.

W fenomenalnej książce „Social democracy and Capitalism” [10] Adam Przeworski już dawno temu analizował modele działań partii socjaldemokratycznych w Europie. Trafiał w punkt, sygnalizując 45 lat temu, że chęć poszerzenia bazy wyborczej poza klasę robotniczą na rzecz klasy średniej, powoduje utratę klasowego poloru socjaldemokratów i zniechęcenie robotniczych wyborców. Partia z narzędzia klasy robotniczej staje się jedną z wielu zbiorowych reprezentacji politycznych preferencji obywateli.

Jeremy Corbyn nie był w stanie przezwyciężyć przemian zainicjowanych przez Tony’ego Blaira. Problem Partii Pracy polega na tym, że stała się zbyt wielkomiejska, zbyt zdominowana przez absolwentów uniwersytetu, a nie związkowców. Nie mniejsze, regionalne miasteczka i postindustrialne obszary, ale miasta uniwersyteckie i metropolie stanowią obszary życia jej bazy społecznej.

Partia Pracy powinna podjąć działania na rzecz odbudowy wiarygodności wśród wyborców z centralnej i północnej części Wielkiej Brytanii, z tzw. czerwonego pasa. Nowolewicowe debaty o tożsamościach przy deprecjonowaniu instytucji państwa narodowego i rodzimej kultury utrzymają partię co najwyżej w roli wiecznej opozycji.

W najgorszym razie brytyjska lewica obudzi się jako obóz polityczny popierany przez niewielki procent wielkomiejskiej klasy średniej zatrudnionej w usługach lub w szkolnictwie wyższym. Bez zakorzenienia w ruchu związkowym, z postulatem walki o bardziej sprawiedliwy ład ekonomiczny, będącym jednak dodatkiem do niekończących się wojen kulturowych. Sprowadzona do roli lewego skrzydła obozu liberalnego, jej miejsce zastąpi socjalna prawica ciesząca się zaufaniem ekonomicznie słabszej części społeczeństwa. Obudzi się w rzeczywistości, w której polska lewica funkcjonuje od 2016 roku.

Kamil Sawczak

Przypisy:
1. https://yougov.co.uk/topics/politics/articles-reports/2019/11/12/labour-economic-policies-are-popular-so-why-arent-
2. https://www.paulmason.org/wp-content/uploads/2019/12/After-Corbynism-v1.2.pdf
3. https://www.theguardian.com/commentisfree/2019/nov/27/labour-election-leave-voters-boris-johnson-hard-brexit
4. https://yougov.co.uk/topics/politics/articles-reports/2019/01/30/brexit-indecisiveness-seriously-damaging-corbyn
5. https://verfassungsblog.de/the-failure-of-the-left-to-grasp-brexit/
6. https://twitter.com/paulmasonnews/status/1205247632135872516
7. https://www.dailymail.co.uk/news/article-7982655/Labour-scraps-male-female-loos-party-HQ-favour-gender-neutral-toilets.html?ito=amp_twitter_share-top
8.https://www.ons.gov.uk/employmentandlabourmarket/peopleinwork/workplacedisputesandworkingconditions/articles/labourdisputes/latest
9. https://www.cityam.com/number-of-uk-strikes-nearly-doubles-in-last-year/
10. Przeworski A., Capitalism and Social Democracy, 1975