przez Kamil Sawczak | wtorek 21 kwietnia 2020 | opinie
Groźba kolejnego kryzysu ekonomicznego powracała w dyskusjach od kilku lat. Nikt jednak nie spodziewał się, że rolę czynnika destabilizującego przyjmie COVID-19. Nassim Taleb, pisarz i filozof, nazywa takie zdarzenia czarnymi łabędziami [1]. Świadczą one o słabości prognoz opartych o najbardziej wysublimowane modele statystyczne. Czarny łabędź burzy zadowolenie, że mamy wszystko pod kontrolą.
Szybkości, z którą rozpowszechnia się wirus, towarzyszy ferment intelektualny. Konieczne staje się to, co jeszcze ponad miesiąc temu było nie do pomyślenia. Politykę zaciskania pasa i dyscypliny finansowej zastępują wielomiliardowe pakiety finansowane przez banki centralne. W walce z epidemią prywatna służba zdrowia jest bezużyteczna. Sektor prywatny dzisiaj nie mówi „mniej państwa”, lecz domaga się wsparcia finansowego ze środków publicznych. Czarny łabędź z Wuhan odsłonił ideologiczny wymiar realizowanych polityk ekonomicznych. Nikt poza neoklasycznymi fundamentalistami nie pyta już, jak za to zapłacić.
Nowoczesna Teoria Monetarna (Modern Monetary Theory), teoria suwerennie monetarnego państwa, podkreśla, że państwa będące emitentami własnej waluty nie są ograniczone finansowo. Zawsze mają możliwość zwiększenia swoich zasobów finansowych poprzez instrument długu publicznego. Nie oznacza to, że ilość pieniądza w gospodarce nie ma żadnego znaczenia. To, czym jesteśmy ograniczeni, to zasoby, np. dostępne respiratory, maseczki, personel medyczny. Brak środków finansowych jest zawsze decyzją polityczną, nie faktem ekonomicznym. Wynikające z ekonomicznej ortodoksji pytanie „Jak państwo ma za to zapłacić” – jest trywialne. Prawdziwy problem dotyczy tego, ile zasobów do osiągnięcia określonego celu trzeba zmobilizować.
Koronawirus jako szczególny rodzaj kryzysu
Kryzys w 2008 roku był wynikiem narastającego od lat zadłużenia prywatnego. Bańka spekulacyjna pękła, pogrążając rynki finansowe. W wyniku tego zmniejszył się popyt, do którego następnie dostosowała się podaż. Rezultatem była recesja ekonomiczna. Właściwą reakcją władz publicznych byłby w takich warunkach klasyczny stymulant keynesowski w postaci inwestycji publicznych i nowych miejsc pracy. Wzrost popytu efektywnego umożliwiłby ożywienie gospodarcze i poprawę materialnych warunków życia.
Nadchodzący kryzys ma natomiast charakter szoku podażowego. Wirus w zglobalizowanym społeczeństwie paraliżuje globalne i lokalne łańcuchy dostaw. Firmy nie mogą funkcjonować, bo dostawy z zagranicznych rynków są wstrzymane. Dystansowanie społeczne ogranicza mobilność siły roboczej oraz aktywność konsumencką. W tym momencie szok podażowy przekłada się na wymiar popytowy. Przedsiębiorstwa przestają odnotowywać zyski, tną płace i zmniejszają zatrudnienie. To wpływa na mniejszy popyt wewnętrzny. Rezultatami są recesja i dalszy wzrost bezrobocia.
Bezcelowe w obecnych warunkach są inwestycje publiczne mające na celu pobudzenie gospodarki. Celem jest pokonanie epidemii, co może dokonać się tylko poprzez zamrożenie gospodarki. Ograniczając poziom aktywności ekonomicznej i społecznej tworzymy przestrzeń, w której jesteśmy w stanie zapobiec masowemu rozpowszechnianiu się wirusa. Opanowanie epidemii będzie połową sukcesu. Po okresie wstrzymania gospodarki musimy wejść na ścieżkę dobrobytu i zrównoważonego rozwoju.
Czy jednak propozycje liberałów gospodarczych i nowolewicowych aktywistów są w stanie sprostać temu wyzwaniu? Powątpiewam i uważam, że stanowią awers i rewers jednowymiarowego ujęcia problemu.
Socjalizm dla firm, kapitalizm dla pracowników
W ujęciu neoklasycznym kluczowa jest strona podażowa gospodarki, tj. wszystko to, co sprawia, że przedsiębiorstwa mogą produkować więcej i szybciej. Regulacje, podatki czy prawa pracownicze są złe, ponieważ nie pozwalają w pełni wykorzystać potencjału firm. Wychodząc z tego paradygmatu, neoliberalni politycy domagają się wstrzymania opodatkowania przedsiębiorstw i gospodarstw domowych. Firmom w dostosowaniu się do nowych realiów ma pomóc daleko idąca liberalizacja przepisów o prowadzeniu działalności gospodarczej. Celem nie jest jednak stworzenie warunków, które pozwolą prywatnym przedsiębiorcom przetrwać okres epidemii. Liberałowie mówią, że w dobie kryzysu trzeba uwolnić sektor prywatny od państwa, a rynek zrobi swoje. Przegapiają oni fakt, że dla zatrzymania COVID-19 potrzebujemy zmniejszyć dynamikę ekonomiczną.
Nie zdrowie publiczne, ale wzmocnienie sektora prywatnych przedsiębiorstw i osłabienie pozycji negocjacyjnej pracowników jest celem gospodarczych liberałów. Chcą oni zahamować zwalniający wzrost gospodarczy destrukcją praw pracowniczych – ułatwiając zwolnienia, obniżając pensje czy likwidując świadczenia socjalne. Zysk, nie zdrowie, jest priorytetem.
Bezdroża dochodu podstawowego
W roli adwersarzy powyższego stanowiska pozycjonują się lewicowi zwolennicy dochodu podstawowego – koncepcji stałego i powszechnego transferu pieniężnego dla obywateli.
W przeciwieństwie do liberalnych ekonomistów, dostrzegają oni znaczenie efektywnego popytu dla funkcjonowania gospodarki. W dobie „narodowej kwarantanny”, kiedy obserwujemy spadek aktywności gospodarczej powodującej mniejszą ilość ofert pracy czy wzrost bezrobocia, kluczowe jest zapewnienie ludziom środków do życia. Comiesięczne świadczenie finansowe jest jednym z instrumentów, które pozwala gospodarstwom domowym przetrwać ten okres. Lewicowcy ignorują jednak, że po fazie zamrożenia gospodarka musi wejść w fazę ożywienia. Jest to nie do zrealizowania przy braku przedsiębiorstw dostarczających towary i usługi. Jeśli kryzys wywołany globalną epidemią zniszczy podażową stronę gospodarki, to przy popycie utrzymanym dzięki dochodowi podstawowemu gospodarstwa domowe staną przed ryzykiem wysokiej inflacji. Konsumenci z pieniędzmi, ale z mniejszą pulą produktów możliwych do zakupu wywołają wzrost cen, który obniży siłę nabywczą otrzymywanych świadczeń. Sam dochód podstawowy nie gwarantuje powstania nowych miejsc pracy w sytuacji osłabienia sektora prywatnego. W takich warunkach argument o wzmocnieniu siły przetargowej pracowników jest nieistotny.
Czego potrzebujemy?
Propozycje liberalnych i nowolewicowych ekonomistów nie są wystarczające, by poradzić sobie z gospodarczymi konsekwencjami epidemii. Intencją liberałów jest wzmocnienie pozycji prywatnych przedsiębiorców względem państwa oraz pracowników. Lewicowi zwolennicy dochodu gwarantowanego wskazują na korzyści dla średniozamożnych i uboższych gospodarstw domowych. Jednak w praktyce zostawiają całą strukturę społeczno-ekonomiczną i model państwa nietkniętymi. Obydwa podejścia są jednowymiarowe i nie rozróżniają między celem krótkoterminowym i długoterminowym.
Zdrowie publiczne i zdławienie epidemii są obecnie priorytetowe. W dłuższej perspektywie zadaniem jest budowa gospodarki gwarantującej godny byt swoim obywatelom, zrównoważony rozwój i dającej narzędzia do sprostania podobnym kryzysom w przyszłości.
W praktyce oznacza to zamrożenie aktywności ekonomicznej Polski przy zagwarantowaniu środków do życia. Polacy muszą mieć zapewnione jedzenie na stole, miejsce do mieszkania oraz dostęp do niezbędnych usług (np. elektryczność, kanalizacja, woda etc.). Państwo powinno zagwarantować wypłacalność dotychczasowych świadczeń socjalnych oraz podwyższyć te, które w związku z turbulencjami gospodarczymi będą dużo bardziej potrzebne (np. zasiłek dla bezrobotnych). Równoległym działaniem jest ograniczenie odpływu gotówki z budżetów domowych poprzez zawieszenie szeregu danin publicznych, opłat mieszkaniowych oraz wywarcie presji na sektor bankowy w celu wprowadzenia wakacji kredytowych. Celem tych działań jest niedopuszczenie do zubożenia osób, które straciły źródło utrzymania.
Do momentu zwalczenia epidemii część aktywności gospodarczej powinna zostać zamknięta lub ograniczona. Szczególną ochroną państwa należy otoczyć branże, których funkcjonowanie jest kluczowe dla pokonania COVID-19. Nie można pozwolić na ich paraliż ze względu na niesprzyjające warunki. Państwo w dużo większym stopniu powinno wpływać na mechanizmy rynkowe poprzez ustanowienie cen maksymalnych, racjonowanie deficytowych towarów czy nawet współzarządzanie strategicznymi firmami. Nie są to propozycje, które istnieją tylko na papierze. Donald Trump korzystając z uprawnień w ramach Defense Production Act nakazał General Electronics Co. (oraz pięciu innym firmom) przestawienie się na produkcję respiratorów [2].
Typ gospodarki, która najlepiej odzwierciedla wyzwania, przed jakimi stoimy, to gospodarka czasu wojny. Przeciwnikiem nie jest obce państwo, ale wirus. W obydwu przypadkach zwycięstwo wymaga pełnej mobilizacji zasobów i podporządkowania się głównemu celowi, którym jest zdrowie publiczne.
Nowy Ład
Kryzys nie może się zmarnować. Nie wyciągając lekcji z niego, państwo polskie pozostanie nieprzygotowane na zawirowania, które przyniesie przyszłość. Dlatego już teraz trzeba postawić postulaty nowego ładu gospodarczego.
Doświadczenie epidemii pokazuje, że globalne łańcuchy dostaw bardzo szybko mogą zostać przerwane. Chiny, które są głównym dostarczycielem półproduktów do firm produkcyjnych na świecie (20% globalnego handlu) mają silne przełożenie na przemysł precyzyjny, maszynowy, automotive i sprzętu komunikacyjnego. W raporcie UNCTAD na temat wpływu COVID-19 na globalną gospodarkę przebija się teza, że obostrzenia nałożone w związku z wirusem mogą uderzyć w zdolności produkcyjne fabryk umiejscowionych w Europie [3]. Maksymalizacja zysków musi ustąpić postulatowi bezpieczeństwa narodowego. Oznacza to skrócenie łańcuchów dostaw poprzez ich re-lokalizacje, tj. powrót bazy produkcyjnej do kraju pochodzenia. Pozwoli to zmniejszyć ich zawodność i współzależność w kontekście przyszłych zawirowań.
Konieczne jest zwiększenie potencjału służb publicznych. Lata polityki „optymalizacji” kosztów i niskiego finansowania zostawiły publiczną ochronę zdrowia bez narzędzi, by efektywnie poradzić sobie w sytuacji kryzysowej. Doniesienia o braku sprzętu, personelu i procedur to efekt zaniedbań wszystkich poprzednich ekip rządowych. Dlatego należy odrzucić kryteria zyskowności na rzecz wskaźników jakościowych związanych ze zdrowiem publicznym. Każdy obywatel bezwzględnie musi mieć zapewniony dostęp do sprawnie funkcjonującej służby zdrowia.
Kolejnym słabym ogniwem w obecnym kryzysie jest sytuacja pracowników najemnych. Deregulacja rynku pracy doprowadziła do upowszechnienia się atypowych form zatrudnienia. Tacy pracownicy są pozbawieni szeregu zabezpieczeń, którymi dysponują pełnoetatowcy. Należy wyeliminować ten dualizm i zapewnić jednolitą ochronę wszystkim.
Wraz z rosnącym bezrobociem i niezdolnością sektora prywatnego do zatrudnienia wszystkich, którzy chcą pracować, państwo powinno wdrożyć instrument polityki gwarantowanego zatrudnienia. Program byłby skupiony na aktywnościach społecznie użytecznych, ale nie traktowanych jako zyskowne wedle rynkowej logiki. Celem jest, by każdy kto chce pracować, mógł znaleźć zatrudnienie za płacę gwarantującą przynajmniej minimum socjalne. Nawet w obecnej sytuacji można wyobrazić sobie prototypowe wdrożenie tego rozwiązania. Państwo polskie mogłoby zatrudniać pracowników do przygotowywania i rozwożenia posiłków osobom będącym w grupie ryzyka (seniorzy czy niepełnosprawni) czy oferować pracę z domu, np. przy obsłudze infolinii dla NFZ-u. Po epidemii pulę oferowanych stanowisk będzie można poszerzyć [4].
Aby zbudować bardziej sprawiedliwą i stabilną gospodarkę należy wyzbyć się z ortodoksyjnego myślenia, jakoby państwo było ograniczone finansowo. Kraj suwerenny monetarnie jako emitent swojej waluty nie jest zależny od wielkości budżetu, ale od realnie istniejących zasobów. Epidemia wirusa odsłoniła, że hasło zbilansowanego budżetu ma charakter ideologiczny. Nieangażowanie wszystkich możliwych sił do zwalczenia COVID-19 i budowy lepszego społeczeństwa w obawie przed długiem publicznym jest w najlepszym przypadku głupotą, a w najgorszym przypadku wyrachowaniem mniejszości, by czerpać zyski kosztem cierpienia innych.
Kamil Sawczak
Bibliografia:
[1] Taleb N., Czarny łabędź. O skutkach nieprzewidywalnych zdarzeń, Kurhaus Publishing, 2015.
[2] https://www.rp.pl/Biznes/303289988-Trump-zmusza-General-Motors-i-Forda-do-produkcji-respiratorow-Nie-traccie-czasu.html
[3] Global Trade Impact of the coronavirus (COVID-19) epidemic, United Nation Conference On Trade and Development, 4 marzec 2020, https://unctad.org/en/PublicationsLibrary/ditcinf2020d1.pdf
[4] Więcej szczegółów odnośnie do polityki gwarantowanego zatrudnienia można znaleźć: https://www.pavlina-tcherneva.net/job-guarantee
przez Piotrek Kolasiuk | poniedziałek 20 kwietnia 2020 | opinie
przemoc
przemoc to żyć za tysiąc pięćset
w zimnym mieszkaniu na czwartym piętrze,
które wygląda na kawalerkę
po nieprzespanej kolejnej nocy,
kiedy minuty długie, niepewne
zdawały się wlec wciąż, ledwie co kroczyć
przemoc to wstawać o piątej przed świtem,
by zdążyć zakręcić kaloryfery,
aby rachunki cyfr nie miały czterech
i by choć trochę starczyło na życie,
by nie oszczędzać na kredkach dla dziecka,
aby wciąż liczyć złotówki przestać,
aby się wynieść z czwartego piętra,
mieć nowe ciuchy, raz kupić wino,
trochę pokręcić się w handlowych centrach,
przejrzeć wystawy, nie tylko je minąć,
odwiedzić teatr, muzeum czy kino,
aby się cieszyć choć jedną chwilą
pośród bezsensu, co cię wypełnia
przemoc to siedzieć przez godzin siedem,
będąc na każde palca skinienie
nie być człowiekiem, być tylko numerem,
lub stanowiskiem albo peselem,
kodem, zasobem lub tylko NIP-em,
i złem koniecznym w zakładzie pracy,
któremu trzeba niestety płacić,
któremu trzeba fundować życie,
który mieć musi lekarza, dentystę,
opiekę, urlopy, wolne niedziele
i jeszcze nawet ubezpieczenie
przemoc to wierzyć tym publicystom
narzekającym na rozdawnictwo,
na to, że ty im zabierasz wszystko,
że kiedyś nad morzem to było czysto,
że w górach pusto, że tak przejrzysto,
gdy mieli te góry i morza na własność
a teraz do miejsc tych przybyło chamstwo,
co przecież wszystko dostało za darmo
nie tak jak wielki pan publicysta
co swą wierszówką, harówką, ofiarą,
każdym swym słowem, swą pracą całą
zasłużył, by z dóbr tych wszystkich korzystać
przemoc to słuchać o patologiach,
co w końcu dostały swój marny ochłap
tak przecież mówi Newsweek, Wyborcza,
że się sprzedałeś za jakiś socjal
i że nie myśląc o prawach i sądach,
o demokracji, wolności, poglądach,
o wodzie w kranie, ciepłej lub zimnej
oddałeś wszystko, co jest im bliskie
jak mogłeś wcale o nich nie myśleć,
kiedy na szali są sprawy wyższe?
kiedy stać musisz, gdy oni siedzą,
gdy wegetujesz kolejny miesiąc,
marznąc w mieszkaniu, znów mało jedząc
a oni mówią, że ciągle chcesz więcej,
łapę wyciągasz po więcej pieniędzy,
że się sprzedałeś za srebrników pięćset
zamiast uchwycić ich dobrą rękę
i wspólnie walczyć, by było jak było
o demokrację, o spokój i miłość,
o wolne sądy, śmieciowe umowy
i o eksmisje – te w środku nocy,
o wolny rynek, o brak rozdawnictwa,
i o programy Tomasza Lisa
gdy mówić będą, o wszystkim tym bredząc
słuchaj uważnie – to właśnie przemoc
eko
wśród plastikowych plaż i odkręconych kranów,
gdzie w pierś się bije milionerów paru
tych z rafinerii i tych od odpadów,
ze łzami na nowym filmie Netflixa,
gdzie celebryta swe grzechy wylicza
to, że nie dawał dobrego przykładu
i brak mu było empatii, czułości,
ale już kocha te lwy i foki,
tygrysy, rysie i wszystkie drzewa,
ale iść musi, bo jacht mu ucieka
wśród eko-coli, bio-soków, kampanii społecznych,
zielonych krawatów, torebek, wędrówek leśnych,
procenta od kawy na pomoc Afryce
i tego procenta, co dzierży kapitał
wśród żartów rubasznych o Grecie Thunberg,
rechotu prawicy, że ekofaszyzm,
że wolność odebrać chcą im lewacy,
wśród ognia, co trawi tajgę i tundrę,
zniczy, co płoną za pamięć lodowca,
drapania w płucach, łamania w kościach
pośród foliówek w żołądkach ptaków,
i przypadkowych wszystkich pożarów
bez raf koralowych, bez Amazonii,
lecz z celebrytą, co grzechy przypomni
wciąż kapie woda i płonie węgiel,
bo innego końca świata nie będzie
Piotrek Kolasiuk
przez dr Jarosław Praszczałek | niedziela 19 kwietnia 2020 | opinie
Chociaż problem rozprzestrzeniania się koronawirusa zdominował w ostatnim czasie wszelkie dyskusje nie tylko na tematy zdrowotne, ale również społeczne, polityczne i gospodarcze, to jednak niewiele osób zastanawia się nad skutkami pandemii w sferze kultury i sztuki, w tym nad jej wpływem na losy samych twórców. Tym bardziej zasadne wydają się pytania: w jakiej kondycji będzie kultura po światowej epidemii? Czy – lub na ile – zmieni się rola artystów? Czy wzrośnie rola nowych technologii oraz narzędzi multimedialnych w procesie tworzenia? Jak artyści będą postrzegani przez społeczeństwo? Czy na fali kryzysu gospodarczego nie dojdzie do drastycznych cięć w obszarze kultury? Nad tymi kwestiami, prędzej czy później, warto się poważnie zastanowić.
Zacznijmy od opinii, że grupą najbardziej poszkodowaną wskutek pandemii są przedsiębiorcy. Oni to bowiem stanowią siłą napędową gospodarki, mają realny wpływ na wzrost PKB i jego dynamikę. Jeżeli zgodzimy się z powyższą tezą, to warto przywołać opinię rektora Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina w Warszawie, prof. Klaudiusza Barana. Twierdzi on, że na współczesnym rynku muzycznym (a szerzej w ogóle na rynku sztuki) właściwie każdy artysta jest, abstrahując od realnych form zatrudnienia, właścicielem jednoosobowej firmy, niezależnie od tego, czy działamy w obszarze sztuk muzycznych, plastycznych czy teatralnych. Formy zatrudnienia bywają w naszym środowisku różne: etat w instytucji kultury, praca w szkole artystycznej, regularne lub nieregularne umowy „śmieciowe” dotyczące realizacji poszczególnych eventów itp.
Każdy artysta na współczesnym rynku pracy, podobnie jak menedżer lub właściciel niewielkiej firmy, podejmuje decyzje dotyczące rozwoju swojego „przedsiębiorstwa”, czyli kariery. Jedni więc „inwestują”, wydając pieniądze na dalszy rozwój „firmy”, czyli udział w kursach mistrzowskich czy warsztatach, a inni gromadzą „kapitał” poprzez jak największą liczbę koncertów, eventów, wydarzeń. Oczywiście decyzje dotyczące ulokowania tego kapitału zależą od indywidualnej sytuacji rodzinnej i osobistej danego „przedsiębiorstwa” oraz od priorytetów życiowych. I niezależnie od tego, jak te proporcje kształtowały się wcześniej, w związku z aktualnym stanem epidemiologicznym zdecydowana większość artystów w naszym kraju może czuć się poszkodowana.
Sytuacji, która nastąpiła, nie można było przewidzieć. Czy jednak, przywołując dawne słowa byłego premiera RP Włodzimierza Cimoszewicza, można się było ubezpieczyć? Niestety, zarobki w sferze kultury wciąż pozostają niewystarczające. Odnosi się wrażenie, że wielu artystów w naszym kraju pozostaje w swoistej „pułapce średniego rozwoju”. Choć zarabiają coraz więcej, to jednak ich bieżące wydatki związane z prowadzeniem życia rodzinnego oraz koniecznym w tej branży samorozwojem (wspomniany udział w warsztatach, kursach, studiach podyplomowych) są relatywnie duże. Wyższe koszty utrzymania, szczególnie w wielkich miastach, połączone z niewielkim wzrostem uposażeń w instytucjach kultury, sprawiły, że ciężko było – zwłaszcza w ostatnich latach – zgromadzić fortunę jako muzyk w orkiestrze symfonicznej, nauczyciel w szkole baletowej czy instruktor w domu kultury. Mówimy oczywiście o artystach, a nie o jednosezonowych gwiazdeczkach ze świata show-biznesu czy o celebrytach. Wokalista i performer Krzysztof Skiba słusznie zwrócił uwagę, że ci ostatni ronią dziś łzy nad dramatycznym losem ludzi kultury, a tymczasem ich krociowe zarobki
z ostatnich lat można było zainwestować, tak aby dziś zapewnić sobie spokojną egzystencję w dobie pandemii. Jeżeli wykonawca muzyki rozrywkowej (taki z wyższej półki) inkasuje za koncert 50-60 tys. złotych, a miesięcznie jest w stanie zrealizować kilka eventów na terenie całej Polski, to, mówiąc wprost, taki ktoś rzeczywiście mógł się ubezpieczyć.
Aktualny kryzys wykazał jeszcze jedną słabość na linii artyści – państwo, mianowicie brak przystosowania polskiego prawa pracy do zmieniającego się świata kultury. Z punktu widzenia państwa istnieją bowiem dwie kategorie ludzi sztuki. Jedni to ci, którzy mają zagwarantowany dochód dzięki stałej pracy, przeważnie w państwowych lub samorządowych instytucjach kultury. Drudzy to „wolni strzelcy”. Powszechnie uważa się, że ci drudzy pozostają na umowach śmieciowych, ponieważ mają status wielkiej gwiazdy albo są… życiowo niezaradni. Tymczasem w ostatnich latach pojawił się w klasie średniej (pod względem zarobków) środowiska artystycznego trend bycia „wolnym z wyboru”, jako element celowego działania. Czyli celowego prowadzenia jednoosobowego przedsiębiorstwa. Niejednokrotnie artyści rezygnowali ze stabilnego etatowego zatrudnienia na rzecz umów o dzieło. Kilka stałych, systematycznie powtarzanych, regularnych kontraktów, zapewniało im zdecydowanie wyższe wpływy i możliwości rozwoju, niż praca w instytucji kultury. Niestety, rodzime prawo pracy w stosunku do środowiska artystycznego szwankuje.
Warto przywołać w tym kontekście raport teatrolożki dr Joanny Szulborskiej-Łukaszewicz, przygotowany dla Związku Artystów Scen Polskich w roku 2015. Podkreśla on „konieczność stworzenia systemu ubezpieczeń zdrowotnych i zabezpieczeń emerytalnych, dostosowanego do specyfiki zawodów artystycznych” oraz „konieczność wspierania i rozwoju pracy artystów między innymi poprzez szkolenia i wykorzystanie funduszy samorządowych, tworzenie nowych miejsc pracy, a także przeciwdziałanie dalszej destabilizacji zawodu artysty”. Dobrym rozwiązaniem mogą być wzory niemieckie, gdzie artyści sami odkładają na przyszłą emeryturę, a sprawdzone rozwiązania funkcjonują tam od 1981 roku. Jak zauważają autorzy ekspertyzy przygotowanej pod kierunkiem prof. dr hab. Doroty Ilczuk (prekursorki badań z zakresu ekonomiki kultury w Polsce) dla Ogólnopolskiej Konferencji Kultury, w Niemczech „artyści […] niezależni podlegają obowiązkowemu ubezpieczeniu społecznemu. Ustawa o obowiązkowym ubezpieczeniu społecznym […] chroni artystów […] niezależnych w zakresie ubezpieczeń: zdrowotnego, pielęgnacyjnego i rentowego, przy czym artyści […] jako pracobiorcy są zobowiązani do płacenia tylko połowy stawki ubezpieczenia socjalnego. Część kwoty ubezpieczeń, odprowadzana zwy¬kle przez pracodawcę, pokrywana jest w tym wypadku przez przedsiębiorstwa, które regularnie nabywają i wprowadzają na rynek dzieła artystyczne i publicystyczne. Firmy te podnoszą wszystkie wypłacane honoraria o 5,2 proc. (od 2014 roku) i z tej nadwyżki płacą składki na ubezpieczenia społeczne artystów. Dodatkowo środki na ową »część pracodawcy« pozyskiwane są z dotacji landów, których wkład wynosi obecnie 40 proc. wydatków kasy socjalnej artystów”.
Moim zdaniem konsekwencją walki z pandemią powinno być wprowadzenie bardziej prosocjalnych rozwiązań dotyczących artystów niezależnych, tak by w przyszłości mogli oni sobie lepiej poradzić z podobnie dramatyczną sytuacją, jak ta dzisiejsza. Minister kultury i dziedzictwa narodowego prof. Piotr Gliński zaproponował nieco inne działania. Bieżące problemy finansowe ludzi sztuki mają być rozwiązane poprzez aktywizację pomocy socjalnej z Funduszu Promocji Kultury. Innym rozwiązaniem jest nowy program dotacyjny „Kultura w sieci”, będący elementem tak zwanej Tarczy Antykryzysowej. Ta druga propozycja wydaje się być ciekawym punktem wyjścia do dyskusji na temat wzajemnych zależności kultury i Internetu. Od kilku tygodni obserwujemy bowiem wzmożoną aktywność artystów sztuk wszelakich w mediach społecznościowych. Internet zalewają filmy, utwory muzyczne, piosenki, happeningi. Czy jednak po zakończeniu pandemii będziemy jako odbiorcy woleli transmisję on-line od wizyty w teatrze lub w sali koncertowej? Propozycje prof. Glińskiego traktować należy jako niezbędną „tratwę ratunkową” dla ludzi kultury. Budżet programu opiewa na kwotę 15 mln zł. To zdecydowanie więcej niż analogiczne programy Ministra realizowane poprzez finansowanie za pośrednictwem Instytutu Muzyki i Tańca (np. programy „Zamówienia kompozytorskie” czy „Dyrygent-rezydent”). Mimo wysokich kwot, środki przeznaczone na realizację programu „Kultura w sieci” są prawdopodobnie niewystarczające, by zapewnić odpowiednie zasilanie i ustabilizowanie budżetu domowego każdego niezależnego artysty w Polsce. Z drugiej jednak strony należy docenić ciekawą formułę programu, która nie jest zasiłkiem, lecz czymś w rodzaju stypendium twórczego przyznawanego za działalność kulturalną w Internecie.
Pomysł dotowania przez Ministra ambitnych projektów wydaje się ciekawy. Czy jednak faktycznie można przenieść całe instytucje kultury do sieci? Czy w związku z tym zmieni się relacja artystów z widzami/odbiorcami? Czy również po zakończeniu kwarantanny kultura przeniesie się do sieci? Otóż moim zdaniem cała ta sytuacja nie jest w stanie doprowadzić do zanegowania podstawowej prawdy, że istotą działalności artystycznej jest kontakt wykonawcy z odbiorcą. Rozwój technologii kultury (programów do tworzenia filmów, muzyki, dzieł plastycznych), który obserwujemy przez cały wiek XX, nie zmienia faktu, że najpiękniejszą nagrodą dla artysty są szczere gromkie brawa po zakończonej prezentacji dzieła. Zatem rozwój technologii kultury – tak. Zmiana paradygmatu widz-odbiorca – nie.
Warto tu przywołać słynną teorię „dzieła otwartego” Umberto Eco. Każdy spektakl, koncert, wydarzenie artystyczne opiera się na interakcji – kontakcie widza z odbiorcą, który często nieświadomie wpływa na kształt dzieła artystycznego. Włoski semiolog pisał, że „sztuka może wybrać sobie tyle przedmiotów swojej wypowiedzi, ile zapragnie, lecz jedyną liczącą się treścią jest sposób, w jaki człowiek ustosunkowuje się do świata”. Swoją teorię Eco zastosował przede wszystkim do awangardowych projektów z II połowy XX wieku, w rodzaju „teatru instrumentalnego”. Dziś możemy już śmiało pójść o krok dalej, twierdząc, że właściwie każde wydarzenie artystyczne jest w istocie „dziełem otwartym”. I wszystko wskazuje na to, że nawet bardzo dynamiczny w przyszłości rozwój technologii kultury, będący prawdopodobnie następstwem pandemii, raczej tego nie zmieni.
Przyszłość gospodarcza zarówno naszego kraju, jak i reszty świata wydaje się co najmniej niepewna. Wybitny ekonomista, były minister finansów oraz autor bestsellerowej publikacji „Wędrujący świat”, prof. Grzegorz Kołodko, zwraca uwagę, że choć wzrost PKB w ostatnim kwartale tego roku może być znów dodatni, to wzrost bezrobocia oraz cięcia programów socjalnych w niedalekiej przyszłości wydają się być nieuniknione. Niestety, wśród elity politycznej, niezależnie od barw partyjnych, może się pojawić pokusa szukania oszczędności w dziedzinie kultury. Ludzie kultury przerabiali już ten problem w okresie transformacji gospodarczej w początkach lat 90. XX wieku. Dochodziło wówczas do sytuacji absurdalnych, gdy na przykład zlikwidowano słynną Orkiestrę Symfoniczną Polskiego Radia i Telewizji w Krakowie, będącą wraz z chórem jednym z najlepszych zespołów oratoryjnych w Europie. Tłumaczono tę decyzję oszczędnościami i koniecznością zachowania równowagi budżetowej miasta. Dziś widać wyraźnie, że utrzymanie tego zespołu nie było zbyt kosztowne, zaś sukcesy muzyczne ogromne. Tyle że zespołu, bezcennego kapitału ludzkiego – nie można już odtworzyć. Całkiem niedawno podobne działania podjęły władze samorządowe na Śląsku, gdzie doprowadzono do upadku Gliwickiego Teatru Muzycznego. Po pierwszych „sukcesach budżetowych” bardzo szybko zauważono idiotyzm podjętej decyzji. Warto w tym kontekście przypomnieć anegdotę o Winstonie Churchillu. Tuż przed wybuchem II wojny światowej premier Wielkiej Brytanii na spotkaniu z ministrami powiedział: „Starcie jest nieuniknione, pilnie potrzebujemy więcej pieniędzy na wojsko, musimy skądś wziąć te fundusze”. Minister wojny odparł: „Może obetniemy wobec tego wydatki na kulturę”. Na to Churchill bez wahania: „Panowie, to o co my wobec tego walczymy?”.
Przypomnijmy więc raz jeszcze, że w Polsce nie mamy zbyt wiele filharmonii, orkiestr, teatrów muzycznych, muzeów, galerii czy ośrodków kultury. Mimo to ostatnie 10-15 lat było okresem budowania swoistej mapy kultury. Coraz więcej mniejszych miejscowości zyskiwało instytucje, takie jak centra sztuki, orkiestry i filharmonie, które przedstawiały ofertę kulturalną dla mieszkańców. Ten trend trzeba kontynuować. Piszę o tym, ponieważ wciąż można się spotkać z negatywnymi komentarzami dotyczącymi budowania infrastruktury kulturalnej w naszym kraju. Nawet w okresie koniunktury gospodarczej pojawiały się głosy wzywające do likwidacji orkiestry, chóru czy ośrodka kultury w mniejszym mieście w imię mitycznych „oszczędności”. „Po co nam te grajki?”, „te szarpidruty przejadają publiczne pieniądze”, „ciekawe ile się dostaje za nicnierobienie…”. To autentyczne komentarze z ostatnich lat, zamieszczane pod relacjami z koncertów orkiestr w Elblągu, Gorzowie Wielkopolskim, Płocku czy Radomiu.
Krytykom i hejterom należy zdecydowanie odpowiedzieć, że – niestety – za pracę artysty nie otrzymuje się oszałamiających pieniędzy. Przeciwnie – są to środki zdecydowanie niewystarczające na godną egzystencję. Zanim zacznie się wykonywać zawód np. muzyka, trzeba zwykle ukończyć szkołę pierwszego, później drugiego stopnia, następnie wyższą uczelnię muzyczną. Później mistrzowskie kursy, studia podyplomowe. Myślę, że pensja na poziomie średniej krajowej (lub niższa) w orkiestrze, to niewielka rekompensata ze strony władz miasta i jego mieszkańców dla artystów, którzy promują miasto oraz region poza jego granicami. Jestem absolutnie pewny, że teraz takie negatywne komentarze się nasilą. Niezależnie od tego, jak mocno epidemia odciśnie piętno na naszej gospodarczej rzeczywistości, miejmy zatem w pamięci słowa Churchilla.
Za pozytywną konsekwencję walki z koronawirusem uznać można natomiast powszechny dostęp do artystycznego skarbca prestiżowych instytucji kultury. Słynne muzea, filharmonie i teatry masowo udostępniają swoje zbiory online. W ramach walki o widza prezentowane są ekskluzywne do tej pory koncerty, wystawy i spektakle. Jest to o tyle ciekawe, że w ostatnich latach masowe udostępnianie choćby relacji video z tego typu wydarzeń było często blokowane przez… samych artystów. Możliwości, które stworzyło unijne rozporządzenie o ochronie danych osobowych (RODO) pozwalały bowiem zakwestionować umieszczenie w Internecie fragmentu koncertu na żywo, jeżeli wykonawca się na to nie zgadzał. W tej chwili obserwujemy trend odwrotny. Trwa walka o widza i słuchacza, więc ochrona wizerunku, prawo autorskie i jego respektowanie zeszły niejako na plan dalszy. Osobiście uważam to za kierunek jak najbardziej pozytywny. Walka z udostępnianiem kultury nie ma najmniejszego sensu, a na YouTubie znaleźć można tysiące „nielegalnych” nagrań. Budujący jest fakt, że wielu artystów, bardziej konserwatywnych, sceptycznych wobec osiągnięć technologicznych (np. z kręgu muzyki poważnej), teraz przekonuje się do siły Internetu. Dostrzegli fakt, że jest on platformą umożliwiającą kontakt z odbiorcą dzieła artystycznego. Jest to kontakt ograniczony, niepełny, ponieważ odbiorca nie może współkształtować dzieła, jak to zwykle czyni podczas występu na żywo, zgodnie z koncepcją Umberto Eco. Pozwala on jednak zachować ciągłość instytucji kultury oraz działalności artystycznej. Pamiętajmy również, że w codziennej, dotychczas zabieganej rzeczywistości, część odbiorców ma teraz więcej czasu, by spokojnie obcować z kulturą.
Pozytywnym skutkiem pandemii mogą być również samorozwój i doskonalenie się twórców kultury. Odosobnienie, przerwa w pracy zawodowej może zaowocować nowymi projektami, pomysłami oraz inicjatywami. Dopiero za kilka miesięcy będziemy mogli przekonać się, jak wiele ciekawych dzieł muzycznych, filmowych, plastycznych, teatralnych czy kabaretowych powstało w czasie epidemii.
dr Jarosław Praszczałek
przez Monika Kostera | środa 15 kwietnia 2020 | opinie
„Good Bye, Lenin!” to tytuł filmu z 2003 roku, reżyserowanego przez Wolfganga Beckera. Akcja rozgrywa się w czasie upadku NRD. Bohaterką jest Christiane Kerner, zaangażowana enerdowska komunistka, która zapada w śpiączkę w październiku 1989. Gdy budzi się w czerwcu 1990 roku, NRD już nie istnieje. Jej syn Alex stara się przygotować ją jak najdelikatniej na nową rzeczywistość, nie chcąc, by doznała wstrząsu, który mógłby przeszkodzić w powrocie do zdrowia. Inscenizuje wokół niej nieistniejąca już enerdowską rzeczywistość przy pomocy starych rekwizytów, nagrań wiadomości na video i rozmaitych sztuczek polegających na przepakowywaniu nowych elementów codzienności w stare enerdowskie opakowania i łuski. Cały czas jednak nowa rzeczywistość wysypuje się z tych opakowań, powodując zdumienie, niepokój, ale także śmiech. To, co nowe, jest tłumaczone na różne sposoby, często komiczne, językiem starego – np. nowe elementy miejskiego pejzażu biorą się stąd, że NRD zaczęło przyjmować uciekinierów z Zachodu. Helikopter zabiera pomnik Lenina na śmietnik, ale żeglując w powietrzu Włodzimierz Ilicz zdaje się czule żegnać z bohaterką. Film jest ciepły i zabawny, jest też bardzo smutny.
Podobne tragikomiczne wrażenie (minus ciepło) mam ostatnimi czasy przeglądając polskie media. Tak jakby nie dotarło do nich, co właściwie się dzieje, dziennikarze inscenizują sobie świat sprzed pandemii COVID-19 i ubierają nowe zjawiska w stare frazesy. Pojawia się zarówno plan Balcerowicza, jak i wzrost gospodarczy, dopływ środków finansowych do wielkiego biznesu, uelastycznienie czasu pracy, jak i hasło restrukturyzacji. Przez polskie niebo szybuje unoszony przez helikopter historii duch Friedricha Hayeka, znanego jako jeden z ojców założycieli doktryny neoliberalnej. Widmo to wyciąga w czułym geście ręce do polskiego głównego nurtu ekonomii, mediów, zarządzania i polityki.
Tymczasem, gdy wyjrzeć poza nasze poczciwe cztery ściany, to dzieją się rzeczy. Pominę wszystkie tradycyjne lewicowe głosy i media. Zacznijmy od „Teen Vogue”, które w artykule z 24 marca w bardzo dosadnych słowach wyjaśnia, jak „Pandemia korona wirusa ujawniła porażki kapitalizmu” i, co więcej, postuluje, że inne systemy gospodarcze są możliwe. „Financial Times” prezentuje 12 marca „Przyszłość socjalizmu w Ameryce”, ogłaszając, że amerykańska alergia na socjalizm była przesadzona, a przesłanie Berniego Sandersa trafia do amerykańskiej młodzieży i, być może, tenże jest Janem Chrzcicielem nowych czasów. „Daily Telegraph”, znany też jako „Daily Torygraph” – sztandarowy dziennik brytyjskiej partii konserwatywnej, 17 marca obwieszcza, niczym jakaś Szczepkowska à rebours, „Nie istnieje alternatywa [tak, tak, to jest to właśnie słynne hasło, to neoliberalne amen: There Is No Alternative]: w walce z koronawirusem jesteśmy wszyscy socjalistami”. Ten sam „Telegraph” w dziale Biznes radzi: „Boris musi niezwłocznie przyjąć socjalizm, by ocalić liberalny wolny rynek” (20 marca). Wprawdzie celem ma być uratowanie liberalnej gospodarki, ale co do środków tekst nie pozostawia wątpliwości: „nie ma żadnej spójnej alternatywy”.
W mediach pojęcie dobra wspólnego pojawia się nie tylko bez nawiązania do „tragedii” (często cytowana, choć oparta na co najmniej wątpliwych przesłankach, teoria biologa Garretta Hardina z 1968 roku spopularyzowała wyrażenie „tragedia dobra wspólnego” jako skrótową deklarację wyższości własności prywatnej), ale w tezach takich jak, na przykład, że „koronawirus przypomniał Amerykanom, że dążenie do szczęścia powiązane jest z dobrem wspólnym” („The Conversation”, 18 marca). Z kolei „The Independent” (17 marca) rozważa, „co koronawirus ujawnił o narodowych sposobach myślenia – i jak Kuba zajęła czołowa pozycję”. Tak, Kuba, ta sama, gdzie Castro i Che Guevara, postrach liberalnych salonów („i od Kuby uchroń nas, Ronaldzie…”). Wreszcie, „Poseł Torysowski żąda, by Richard Branson zapłacił wszystkim pracownikom Virgin ze swojego majątku” (25 marca). I, ostateczny kołek w serce Maggie Thatcher: „Istnieje coś takiego, jak społeczeństwo, ogłasza Boris Johnson ze swojego bunkra”. Brytyjski premier, nieustraszony bojownik neoliberalizmu, trawestuje bez szacunku słynne powiedzonko swojej wielkiej prekursorki („there is no such thing as society”). Inna sprawa, że czyni to z pobudek wybitnie narcystycznych i egoistycznych, aż takie cuda nawrócenia nie mają w naszym świecie miejsca.
Zresztą mniejsza o nawrócenia. Mówimy o języku – a ten zmienia się z dnia na dzień i niedługo będzie się dało powiedzieć wiele ważnych prawd bez bycia wyrzuconym do śmietnika „nieracjonalności”. Taki język istniał już wcześniej, ale tylko na marginesach. Lewicowa ekonomia, filozofia, socjologia, nauki zarządzania, lewicowe, lewicujące i ekoradykalne kręgi skupione wokół pism takich jak „Jacobin” czy „Social Europe”, a także wiele innych mniej lub bardziej niszowych, mniej lub bardziej rozproszonych środowisk od dawna mówiło o konieczności zmian, o brutalnym niezrównoważeniu neoliberalnego kapitalizmu. Od dawna też proponowano alternatywne strategie. W ostatnich latach propozycje te wyrażane były chyba szczególnie stanowczo. Ciekawym przykładem jest parafuturologiczna książka socjologa i publicysty Petera Frase’a a 2016 roku pod tytułem „Cztery przyszłości: Życie po kapitalizmie”. Frase, w odróżnieniu od dominujących w tym czasie dyskursów, nie wierzył w determinizm technologiczny, lecz raczej w różne użycia technologii. Ten, kto ma władzę, używa dostępnych technologii do swoich celów. W zależności od tego, jak będzie wyglądać układ sił społecznych, tak będzie wyglądać scenariusz rozwoju. Pierwszy scenariusz nazywa komunizmem, przez co rozumie nie komunizm państwowy typu radzieckiego, lecz w pełni równe społeczeństwo, które będzie umiało użyć technologii do wprowadzenia powszechnego dostatku. Od każdego według możliwości, każdemu według potrzeb. Koniec wyzysku i koniec niszczenia środowiska. Drugi scenariusz to rentyzm: owszem, dostatek jest produkowany, ale tylko dla niewielkiej elity. Pozostali walczą o coraz bardziej ograniczone możliwości zatrudnienia przy obsłudze technologii, dzięki której bogaci stale się bogacą. Trzecia możliwość to socjalizm, czyli ustrój, gdzie wszyscy troszkę muszą się ograniczyć, nie ma wzrostu, ale za to jest równość, sprawiedliwość i troska o środowisko. Aby uratować klimat, państwo radykalnie przekształca strukturę społeczno-ekonomiczną. Każdy otrzymuje podstawowy dochód gwarantowany. Wreszcie, ostatnia możliwość, czyli eksterminizm. To opcja dystopijna, społeczeństwo horroru, gdzie mała zamożna elita wprowadza nowoczesny feudalizm. Życie ludzkie liczy się mniej, niż gospodarka – i to całkiem oficjalnie. Nadmiary „zasobów ludzkich” trzymane są w obozach dla uchodźców lub po prostu eksterminowane. Książka Frase’a nie jest może jakąś bardzo zaawansowaną futurologią (zakreśla możliwości raczej niż ekstrapoluje obserwowalne trendy), ale na pewno daje język do codziennych, poważnych rozmów o przyszłości. Taki język jest ogromnie ważny, szczególnie w systemie definiującym samego siebie jako pozbawiony alternatywy. Bardzo mocno dawało się to odczuć przez ostatnie lata w Polsce, gdzie bardzo brakowało innych języków do rozmowy o problemach społecznych, gospodarczych, organizacyjnych.
Sprawiało to, że trudno było zabrać na poważnie głos, jeśli nie mówiło się językiem neoliberalizmu, czy to z prawa, czy z lewa, czy z centrum (tak, neoliberalizm występuje we wszystkich barwach spektrum politycznego, dlatego tak ciężko było go podważyć). Pragnących mówić inaczej czekało odrzucenie i przedefiniowanie jako osoby niezasługujące na zostanie wysłuchanymi. Istniał cały słowniczek definicji. Mówili „wariatka” – to znaczyło mniej więcej „niech ona wreszcie się zamknie, bo rzeczy, które mówi psują mi dobry nastrój i niszczą samozadowolenie, a nie mam żadnych dobrych argumentów przeciwko jej twierdzeniom”. Mówili „nadwrażliwiec” – to znaczyło „ten facet uznaje za pełnoprawnych ludzi tych wszystkich, którzy muszą cierpieć czy poumierać, żebym ja mógł być bogaty i przekazać majątek moim dzieciom”. Mówili „dorośnij” – to znaczyło „napluj na swoje poczucie godności, tak jak ja, to dam ci zarobić, bo wiesz, ja naprawdę muszę zrobić karierę, to jest jedyna poważna rzecz w moim życiu”. Mówili „za słaby” – to znaczyło „nie ma serca z kamienia, ma jakieś ludzkie uczucia, to mnie stresuje i sprawia, że wpadam w depresję, będę musiał znów się napić i walnąć sobie prochy”. Mówili „nierealne, ludzie są źli i głupi, im się tak właśnie podoba, nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie z tym walczył”. Okazywali pogardę, kazali cieszyć się, że z łaski pozwalają żyć na marginesach. Trzymali krótko, nie nagradzali, nie zapraszali – ostracyzowali, wzruszali lekceważąco ramionami. A gdy już musieli się odezwać w publicznej przestrzeni, to wyciągali stare dobre armaty: Wenezuela. Trach. Kuba. Bum. No właśnie, co z tą Kubą…?
Gdy siedzimy w pandemicznym odosobnieniu i słuchamy głosów z różnych miejsc, pamiętajmy, jak bardzo nie da się wrócić do tamtego świata. Tak, naprawdę był źle urządzony, niesprawiedliwy, odrażający. Uchodźcy giną na morzu, nikt „poważny” nie kiwnie palcem. Wycinane są lasy, zabudowywane zielone przestrzenie miast, dzień w dzień niszczone to, co żywe, zdrowe i piękne, w imię „ważnych celów” takich jak PKB. Nikt racjonalny nie bierze tego zbyt serio. Sfera publiczna rozgrabiona, przepraszam, „sprywatyzowana”, dobro wspólne dotknięte tragedią, ale nie nieskuteczności, wcale nie, lecz tragedią chciwości jednych kosztem drugich. Nie podoba się? To możesz zawsze zostać skazany prawomocnym wyrokiem niezależnego sądu. I to ciągłe schodzenie im z drogi – zawsze im się spieszyło, słusznie, dorośle, racjonalnie. Spieszyli się i zdawali nie wiedzieć, nie pamiętać, nie rozumieć, że gdy potęga radzieckiego państwowego komunizmu runęła, to przez kilka lat rozmawialiśmy o tym, co dobrego możemy teraz powołać solidarnie do życia. Te „długie nocne Polaków rozmowy”. Nie po to, by wycięli nam wszystkie drzewa w mieście. Nie po to, by zabrali każdy dom, „zefektywizowali” każdy szpital. Nie po to, by Polska miała siedmioro przedstawicieli na liście najbogatszych ludzi świata „Forbesa”. Nie po to, by uniwersytety zbudowały przewagę konkurencyjną.
Na początku lat 90. prowadziłam badania w terenie wśród polskich dyrektorów, pamiętających czasy PRL-u. Kiedyś, jako wątek uboczny, spytałam kilkoro spośród moich rozmówców o wspomnienia z czasów stalinowskiej młodzieżówki ZMP. Usłyszałam wiele opowieści, głównie mrocznych: o upokorzeniu, o strachu, o zdradzie, o kłamstwie, pogardzie, przemocy. I o języku uprawomocniającym to wszystko, ciągłej fałszywej narracji przewijającej się w szkołach, na uczelniach, na uroczystościach, nawet między znajomymi. Moi rozmówcy sami go używali, bo inaczej nie mogli, bo bali się, a także dlatego, że innego tak spójnego języka po prostu nie znali. Opowiadali o tym, jak ten język ich prześladował od zewnątrz i niejako od środka. Te ohydne, obce słowa, którymi wypełniła się ich młodość i które dla większości z nich bardziej, niż realnym, fizycznym zagrożeniem, były pętami i kneblem. O zebraniach, o samokrytyce, o akademiach pełnych tych słów. Jeden z moich rozmówców opowiedział mi tę historię do zaskakującego końca – jak w czasie „odwilży” w 1957 roku zebrali się na Plenum. Widział wokół siebie tych samych ludzi, co zawsze, te same twarze, ale teraz inne, miękkie, plastyczne. I zaczęli mówić. Mówili zupełnie inaczej, niż dotąd, opowiadał mój rozmówca, stał się cud, niby wszystko to samo, ale jednak nie takie samo, niby ci sami, ale jednak teraz – mówili ludzkim głosem. To był ostatnie plenum, ZMP zlikwidowano.
„Przestań wyobrażać sobie Apokalipsę. Zacznij wyobrażać sobie rewolucję” – mówi mem przekazywany sobie wśród moich znajomych na facebooku. Tak, wyobraźmy sobie, mamy już język, może powiedzieć na początek: good bye, Hayek, do widzenia, a właściwie – żegnaj. To ty, Friedrich i twoi ziomale sknociliście sprawę tak absolutnie, że teraz musimy siedzieć w domu, człowiek człowiekowi nie może podać ręki, nie można iść na kawę, księgarnie zamknięte, kto wie, czy kiedykolwiek się otworzą. Studenci, których moglibyśmy uczyć, są rozproszeni po rodzinnych miejscowościach. Gorzej, dużo gorzej: ludzie umierają na korytarzach szpitali. A troszkę wcześniej w Australii płonęły lasy, szalały powodzie i tornada. Wasze dogmaty były szkodliwe i kłamliwe, wasza estetyka była jadowita i jałowa, wasze ambicje egoistyczne. Wasz świat był niegościnny i brutalny. Żegnajcie, Hayek i cała kompanio, żegnajcie wszyscy, którzy zaprowadziliście nas na ten skraj. Ustąpcie miejsca wariatkom, nadwrażliwcom, niedorosłym. Inaczej dalszego ciągu nie będzie – a przecież jednak coś nas wszystkich łączy. Dwie rzeczy: jesteśmy ludźmi, nie chcemy końca świata. Wszystko ma swój czas. Niech to będzie czas mówienia ludzkim głosem.
prof. Monika Kostera
przez redakcja | sobota 11 kwietnia 2020 | klasyka, opinie
Święto Wielkiej Nocy jest najgłębszym symbolem zwycięstwa prawdy nad śmiercią. Bez żadnych przenośni ani specjalnej wykładni dziejów Jezusa Nazarejczyka widzimy przed sobą jego walkę nieubłaganą z tym wszystkim, co w panującym ówczesnym świecie żydowskim było zgniłe, kłamliwe, wrogie ludowi i reakcyjne. Religa żydowska była równocześnie prawodawstwem narodowym, a w ręku faryzeuszów stała się zbiorem przekręcań litery prawa, jawnym oszustwem na korzyść klasy panującej. Jawna prowokacja rzeczywistej religii, poparta gwałtem sfanatyzowanego tłumu – musiała wywołać odpór i walkę ze strony prześladowanych i wyzyskiwanych nędzarzy, pasterzy, rybaków, wyrobników.
Na czele takiego ruchu wyzwoleńczego stał Jezus, którego najbliżsi „apostołowie’” byli biednymi rybakami-proletariuszami. Ruch ten, jak wszystkie ruchy na Wschodzie, był religijnym, ale społeczna jego treść rozrywa nieraz szatę rozważań i sporów czysto religijnych i pokazuje, że to była walka nędzarzy z pogardzanymi i znienawidzonymi bogaczami. Bogacz w religii Jezusa nie wejdzie do Królestwa Niebieskiego, bogacz, to lichwiarz, a faryzeusz, jego obrońca, to „grób pobielany”, to „ród jaszczurczy”, to handlarz świętościami, oszust, obłudnik!
Walka socjalna jest tu scharakteryzowana tak jaskrawo, że dzisiaj, w epoce walki socjalistycznej z kapitalizmem i jego faryzeuszowskimi obrońcami, trudno z niej wydobyć silniejsze słowa i kontrasty!…
Około Wielkiej Nocy przychodzi do konfliktu. Władza bogaczy i faryzeuszy więzi Jezusa i skazuje go na haniebną śmierć przybicia do Krzyża.
Jezus ponosi śmierć, ale idea jego nie daje się zabić. Zmartwychwstaje i zwycięża!
Żywioł zwycięstwa nad śmiercią, pokonania kłamstwa przez prawdę, jest wspólny każdemu ruchowi potężnemu myślowo i słabemu jeszcze, o ile chodzi o siły fizyczne. Ciało można ukrzyżować, ubezwładnić, uwięzić, ale ducha się nie zabije! Duch zmartwychwstanie i zwycięży, choćby koło grobu postawiono żołnierzy dla przeszkodzenia zmartwychwstaniu!
Walka duchów jest też istotną treścią pasowań się między klasami społecznymi, chociaż powstaje ona na tle zmian materialnych i wedle nich się kształtują jej każdorazowe formy. Całe narody, ujarzmione przez obcą przemoc, szukały wyzwolenia w walce duchowej, klasy społeczne i wyzyskiwane wytwarzały w sobie .siłę potężną idei prawdy i sprawiedliwości. mniejszej od gwałtu.
Socjalizm nowoczesny, oparty mocno o grunt realny zjawisk ekonomicznych, jest równocześnie olbrzymią walka dusz, toczoną między światem posiadaczy i ich płatnych „faryzeuszów”” a światem proletariatu, który występuje w imię pracy i wierzy mocno w swoje zwycięstwo.
Iluż to walczących socjalistów więziono i obezwładniono siłą fizyczną, przemocą i gwałtem, ilu robotników skazywano i skazuje się na nędzę i śmierć głodową ich rodzin, ile przemocy leży w demonstracji zbrojnej potęgi broniącej kapitalistów, a jednak myśl socjalistyczna idzie ku zwycięstwu!
Ci, którzy drżą o losy świątyni kapitalizmu, nie wiedzą, że socjalizm odbuduje inną, nową, wspanialszą budowę ustroju solidarności ludzkiej, że z gruzów starego świata musi powstać świat lepszy.
W rozpatrywaniach ideologicznych dziejów męki i zmartwychwstania Jezusa uderza nas, że ci, co uważają się za urzędowych jego następców, walczą dzisiaj ramię w ramię z biblijnymi „bogaczami”, spełniając u ich boku rolę biblijnych „faryzeuszy”… Oni to są przedmurzem i czujną strażą opancerzonych kas kapitalistów, oni przybrali barwę „pobielanych grobów”, oni gotowi do ukrzyżowania rewolucyjnej myśli i do strażowania przy jej grobie…
Ale myśl wolna, myśl nowa, myśl o prawdzie i sprawiedliwości społecznej zwycięży!
________________
Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w czasopiśmie „Oświata – pismo dla młodzieży robotniczej” nr 4/1931, Karwina, kwiecień 1931 roku. Był to miesięcznik wydawany przez Polskie Stowarzyszenie Robotnicze Oświatowo-Gimnastyczne „Siła” w Czechosłowacji. Stowarzyszenie „Siła” było młodzieżową organizacją związaną z Polską Partią Socjalno-Demokratyczną Galicji i Śląska Cieszyńskiego, której liderem był Ignacy Daszyński. Po aneksji części tych terenów po I wojnie światowej przez Czechosłowację, mimo ich większościowo polskiego składu etnicznego, pismo było wydawane nadal przez lewicowe środowisko polskiej mniejszości narodowej w tym kraju, a siedziba redakcji mieściła się kolejno w miastach Frysztat i Karwina, dziś połączonych w jedno miasto leżące w granicach Republiki Czeskiej.
przez Hubert Walczyński | środa 8 kwietnia 2020 | opinie
Nie było wojny, nie zniszczono fabryk, nie zburzono domów. Kryzys, którego zaczynamy doświadczać, nie jest wynikiem załamania możliwości produkcyjnych naszej gospodarki, lecz tego, że przestaliśmy wydawać pieniądze. Siły wytwórcze nie zmniejszyły się – mamy w społeczeństwie tyle samo pracowników, co wcześniej, dostęp do takich samych maszyn i technologii, te same fabryki i tyle samo komputerów. Nie musimy niczego budować od nowa, nie potrzebujemy wyrzeczeń, pracy po dwanaście godzin dziennie ani zaciskania pasa.
To, co się wydarzyło można porównać do sytuacji, w której jedziemy rowerem i spada nam łańcuch. Nie możemy jechać dalej, ale nie dlatego, że zepsuły się hamulce, odpadło koło czy połamaliśmy nogi. Po prostu mechanizm, który przekładał pracę mięśni w ruch pojazdu, chwilowo nie działa. Łańcuch można nałożyć z powrotem, rower będzie jechał dalej. Z gospodarką jest podobnie.
Kryzys wziął się stąd, że przestaliśmy wydawać pieniądze. Zamknięto punkty usługowe, gastronomiczne, zamrożono turystykę, odwołano imprezy masowe. Biurowa klasa wyższa i średnia zaczęła pracować z domu i przestała wydawać pieniądze na zbytki. Popyt na usługi zniknął, a zamykane lokale zaczęły zwalniać pracowników, zatrudnianych zwykle na śmieciówkach. Pracownicy stracili źródło utrzymania i z konieczności ograniczyli wydatki do minimum, co doprowadziło do kolejnych zwolnień, bo wydatki jednych to dochody drugich. Nawet ci, którzy mieli odłożone pieniądze, zaczęli wydawać je ostrożniej, trzymając na czarną godzinę, która nie wiadomo kiedy wybije i jak będzie wyglądać. I choć każda z tych jednostkowych decyzji może być uzasadniona, to spoglądając z góry widzimy, że kryzys ma kształt błędnego koła. Porusza się spiralnym ruchem, który pogłębia problemy, które go wywołały i sam się napędza.
Właśnie dlatego wszelkie próby pokonania kryzysu za pomocą polityki cięć i ograniczeń – jak proponuje na przykład Grzegorz Hajdarowicz – są skazane na porażkę. Obcinanie świadczeń i zaciskanie pasa czy wstrzymanie wypłat 500+ to pomysły katastrofalne, bo prowadzące do jeszcze większego ubóstwa tych, którzy stracili pracę i kolejnego załamania popytu, a więc kolejnej fali bankructw i zwolnień. Kryzysu nie da się pokonać oszczędzając, bo to oszczędzanie jest jego przyczyną. Jeżeli chcemy przerwać to błędne koło, musimy przeciwstawić się logice cięć, uratować przed ubóstwem tych, którzy stracili pracę i sprawić żeby ludzi znów zaczęli wydawać pieniądze.
Jak znika pieniądz
Choć banknoty nie zniknęły magicznie z portfeli Polek i Polaków – wciąż jest ich tyle samo, ile było pół roku czy rok temu – to spirala zwolnień i zaciskania pasa sprawia, że gospodarka w czasach kryzysu funkcjonuje tak, jakby zabrakło w niej pieniędzy. Ograniczanie wydatków sprawia, że spada prędkość krążenia pieniądza, co daje taki sam efekt, jak gdyby część pieniędzy po prostu zniknęła. Dla obiegu gospodarczego nie ma żadnego znaczenia, ile fizycznie istnieje wydrukowanych pieniędzy w kieszeniach Polaków (czy cyfrowych na ich kontach) – znaczenie ma tylko to, jaka część z nich jest regularnie wydawana.
Jeżeli ktoś zakopał w ogrodzie skrzynię, a w niej sto miliardów złotych, to pieniądze te nie mają prawa mieć żadnego wpływu ani na gospodarkę, ani na inflację. Stanie się tak dopiero wtedy, kiedy je odkopiemy i zaczniemy wydawać, wejdą do obiegu i zaczną tworzyć popyt na towary i usługi. W tym świetle to, co stało się w naszej gospodarce na przestrzeni ostatnich miesięcy można porównać do sytuacji, w której tysiące Polaków zakopałyby swoje oszczędności w ziemi – pieniądze tymczasowo zniknęły, bo przestały być wydawane.
Właśnie dlatego celem polityki antykryzysowej jest przywrócenie pieniędzy do obiegu, a narzędziem, którego możemy użyć, żeby osiągnąć ten cel – rozdanie gotówki tym, którzy stracili pracę i nie mają za co żyć. Będziemy mieć pewność, że wydadzą pieniądze, a nie schowają ich na czarną godzinę, a ich wydatki zaczną odwracać trend zaciskania pasa. Zwiększony popyt na usługi i towary nie tylko zniechęci do zwalniania, ale i doprowadzi do przywrócenia do pracy niektórych z tych, którzy pracę stracili. Pracownicy, którzy odzyskają miejsca pracy, wydadzą dochody, których przedtem nie mieli, tworząc tym samym nowe miejsca pracy. Właśnie dlatego kolejne kraje myśląc o lekarstwach na kryzys gospodarczy, rozważają wprowadzanie różnych form bezwarunkowego dochodu podstawowego. Rozdawanie pieniędzy – przede wszystkim tym, którzy na pewno je wydadzą – ma sens w sytuacji, w której jesteśmy, bo kryzys, którego doświadczamy, nie wziął się ze spadku możliwości wytwórczych gospodarki (nie zbombardowano fabryk, nie przestały działać komputery czy telefony), lecz z zaburzenia procesu krążenia pieniądza w gospodarce.
Musimy przy tym zmierzyć się z dwoma strachami, które przez dekady wpajali nam liberalni propagandyści, a które w ostatnich tygodniach nieustannie wracają w debacie publicznej – strachem przed inflacją i obawami dotyczącymi długu publicznego.
Czym jest inflacja?
Inflacja to nic innego jak średni wzrost cen dóbr i usług, które kupujemy każdego dnia. Powstaje w sytuacji, w której ilość pieniądza w obiegu rośnie szybciej, niż liczba towarów, które można za te pieniądze kupić. Co stanie się z inflacją, gdy za kilka miesięcy otworzymy szkoły, sklepy, restauracje i bary?
Będziemy mieli do czynienia z radykalną nierównowagą pomiędzy tymi dwoma sferami. Z dnia na dzień liczba usług i dóbr dostępnych na rynku wzrośnie. Ilość wydawanych pieniędzy również wzrośnie, lecz w znacznie mniejszym stopniu. Pieniądze będą wydawać ci, którzy je mają, ale w wyniku zwolnień czy upadku części firm, setki tysięcy osób zostały trwale pozbawione źródła dochodu. Będziemy wtedy stali przed groźbą nie inflacji, a deflacji – a więc sytuacji, w której wartość pieniądza w czasie rośnie, a ceny towarów i usług spadają. I choć taka perspektywa może brzmieć kusząco – spadek cen to przecież powód do radości – deflacja sprzyja pogłębianiu się kryzysu, a nie wychodzeniu z niego. Po pierwsze, spadek cen usług to spadek płac tych, którzy te usługi wykonują, a więc spadek ich wydatków, a co za tym idzie powrót do błędnego koła kryzysu. Po drugie, deflacja spowalnia obieg pieniędzy w gospodarce, a inflacja – przyspiesza. Gdy mamy do czynienia z inflacją – wartość pieniądza spada o jeden, dwa czy pięć procent rocznie – nie opłaca się odraczać decyzji inwestycyjnych czy konsumpcyjnych, bo wiadomo że za te same artykuły w przyszłości zapłacimy więcej. W przypadku deflacji opłaca się czekać, inwestycje zrobić za rok czy dwa, bo wówczas będą tańsze. Tym samym przez rok czy dwa pozostawić bez pracy osoby, które moglibyśmy zatrudnić. Właśnie dlatego inflacja – na poziomie kilku procent – jest celem, do którego powinniśmy dążyć wychodząc z kryzysu, a nie obawą. Obawiać należy się deflacji, która nadejdzie, gdy zakończą się ograniczenia związane ze stanem pandemii.
Straszenie Polek i Polaków hiperinflacją w sytuacji, w której jesteśmy, mówienie o tym, że gdy rozdamy pieniądze najbardziej pokrzywdzonym przez kryzys, to za miesiąc chleb będzie kosztował 20 tysięcy złotych – jest niezrozumieniem tego, jak działa gospodarka i skąd wziął się kryzys. W obecnej chwili obawy przed hiperinflacją są równie uzasadnione, co obawy o to, że mamy za dużo łózek szpitalnych, które będą stały puste.
Skąd się bierze dług publiczny?
Drugim strachem, który zaszczepili nam liberalni eksperci, jest strach przed rosnącym długiem publicznym. Wbrew temu, co czasem sugerują, nie da się zjeść chleba, którego jeszcze nie upieczono. Istnienie długu publicznego nie oznacza więc, że żyjemy ponad stan, na kredyt, który spłacać będą przyszłe pokolenia. Każda wydana złotówka, nawet ta na kredyt, odpowiada dobrom, które zostały wyprodukowane i już istnieją. Dług publiczny nie jest zobowiązaniem ponadczasowym, a wyłącznie kwestią dystrybucji dóbr tu i teraz.
Strach przed długiem publicznym bierze się stąd, że zwykliśmy patrzeć na państwo jak na gospodarstwo domowe, które podejmuje nieodpowiedzialne decyzje i regularnie wydaje więcej niż zarabia. Ale w tym uproszczonym spojrzeniu jest luka – na co to państwo-gospodarstwo domowe wydaje pieniądze i u kogo właściwie jest zadłużone? Odwróćmy tę logikę. Państwo nie jest zadłużone tak, jak gospodarstwo domowe, które żyje ponad stan. Jest zadłużone, bo postanowiło ograniczyć swoje dochody dla celów politycznych – czy to ze strachu przed odpływem części wyborców, czy przed medialną propagandą, które to media zaskakująco często pozostają w posiadaniu drobnej garstki milionerów.
Dług publiczny nie jest zjawiskiem ekonomicznym, lecz tworem politycznym, który pozwala najbogatszym raz jeszcze powiększyć swój majątek. Mechanizm jest bardzo prosty – te same pieniądze, które państwo mogłoby pobrać w formie podatków, ostatecznie i tak uzyskuje, zaciągając dług publiczny – fakt że da się to zrobić, oznacza, że te pieniądze istnieją. Dług publiczny zaciąga się poprzez emisję obligacji skarbu państwa, które później są kupowane przez indywidualnych inwestorów, fundusze inwestycyjne czy korporacje. Płacimy więc najbogatszym – bo to ich stać na kupowanie obligacji skarbu państwa – za to, że łaskawie pożyczą pieniądze, których państwo nie ściągnęło od nich w formie podatków.
Niedofinansowana służba zdrowia, głodowe pensje nauczycieli czy ratowników medycznych to wynik tego, że państwo pozwoliło Kulczykom i Solorzom-Żakom uciec ze swoimi majątkami do rajów podatkowych, albo sztuczkami księgowymi opodatkować się w mniejszym stopniu niż opodatkowany jest przeciętny pracownik na minimalnej krajowej. Później pożyczyło od nich pieniądze, których zabrakło w budżecie, płacąc im – przy pomocy moich i twoich podatków – za możliwość tymczasowego skorzystania z ich majątku.
Ani hiperinflacja, ani kryzys zadłużeniowy, nie są realnymi zagrożeniami, których musimy się obawiać w 2020 roku. Stoimy przed załamaniem, które powstało w wyniku radykalnego spowolnienia obiegu pieniądza w gospodarce, właśnie dlatego wyjściem z sytuacji jest przyspieszenie jego obiegu, a nie propozycje „ekspertów” w rodzaju Hajdarowicza czy projektantów Tarczy Antykryzysowej, sprowadzające się do zrobienia z polskich pracowników – niewolników pracujących po kilkanaście godzin dziennie.
Hubert Walczyński