Europa ratuje rynki finansowe, a nie ofiary koronawirusa

Po kryzysie w 2008 r. władze europejskie uratowały banki, ale zmusiły państwa opiekuńcze do ograniczenia wydatków. W obliczu koronawirusa dotknięte oszczędnościami szpitale są oblężone, jednak Europejski Bank Centralny znów pomaga rynkom finansowym, a nie publicznym systemom opieki zdrowotnej.

W czwartek 12 marca epidemia koronawirusa w Europie osiągnęła nowy kamień milowy, wraz z tysięcznym zgonem we Włoszech – dziś będących krajem z największą liczbą nowych przypadków zachorowań. Jest to najnowszy wskaźnik głębokości kryzysu, który przyniósł także daleko idące załamanie włoskiej gospodarki. Może to oznaczać niemal wszystko, lecz nie kwestię czysto wewnętrzną – a inne państwa europejskie wydają się zmierzać w tym samym kierunku.

W zeszły wtorek w komunikacie prasowym koncentrującym się na ekonomicznych skutkach kryzysu, Komisja Europejska zauważyła w suchym stylu biurokratycznym, że „koronawirus ma bardzo znaczący wymiar ludzki”. Jednak, jak pisze Martine Orange dla Mediapart, władze europejskie skoncentrowały się na wąskiej stabilizacji rynków finansowych – nie robiąc nic, aby pokazać, że „europejska solidarność” rozciąga się na samo społeczeństwo.

Europejski Bank Centralny ma niewłaściwe priorytety

Wielu generałów ma zwyczaj ponownego przeżywania ostatniej wojny, w jakiej walczyli. W obliczu wirusa władze polityczne i monetarne sprawiają wrażenie, jakby wpadły w tę samą pułapkę. Ich zdaniem mamy do czynienia z kryzysem finansowym porównywalnym z tym z roku 2008, podczas gdy to, przez co przechodzimy, jest tak naprawdę bezprecedensowym kryzysem zdrowia publicznego, uderzającym w sedno prawdziwej gospodarki. Ani zdrowie publiczne, ani realna gospodarka nie potrzebują takich samych działań, jakich potrzebują rynki.

Nie dowiemy się zbyt wiele o działaniach władz politycznych i monetarnych. Od tygodni koncentrują całą swoją uwagę na rynkach finansowych. To prawda, nastąpiło ogromne załamanie. Dwukrotnie na przestrzeni jednego tygodnia rynki zostały wyłączone mechanizmy hamowania [circuit breaks], by zapobiec spektakularnemu upadkowi giełd, gdy tylko te się rano otworzą. Jednak na próżno. W czwartek giełdy w Paryżu, Frankfurcie, Londynie, Mediolanie i Nowym Jorku straciły od 10 do 16 procent swojej wartości – to był najgorszy dzień handlu na Wall Street od 1987 roku, kiedy zanurkowały aż o 26 procent.

Nawet jeśli to nie jest załamanie, zaczyna je podejrzanie przypominać. Od 20 lutego, kiedy świat finansowy obudził się rano i spostrzegł niebezpieczeństwa ze strony COVID-19, różne rynki straciły od 26 do 35 procent; ponad 9 trylionów dolarów zostało odartych ze swojej wartości.

Nie szczędzono prób ratowania rynków giełdowych przed załamaniem i przywracania poczucia pewności siebie finansistom. Już w zeszłym tygodniu Fed [Federal Reserve System – System Rezerwy Federalnej] wycofał „broń monetarną” i obniżył stopę referencyjną o 0,5 proc. W kolejnej próbie uspokojenia finansistów wpompował znacznie zwiększoną ilość płynnych środków na rynek pieniężny (repo), który od września wykazuje oznaki rosnących trudności. Fed zwiększył zastrzyki płynności ze 100 miliardów dolarów do ponad 150 miliardów dolarów dziennie.

Natychmiast po tym Bank Japonii ogłosił, że również wznowi politykę łagodzenia skutków i zacznie skupować obligacje na rynkach. Bank Anglii poszedł w ich ślady, obniżając 11 marca stopę bazową o 0,5 procent.

W takim klimacie w czwartek 12 marca oczekiwano z niecierpliwością na decyzję Europejskiego Banku Centralnego. Sytuację uznano za chrzest bojowy dla Christine Lagarde, która w listopadzie została prezeską EBC. Uwolniła ona monetarną „bazukę”, której wszyscy się spodziewali. Chociaż EBC nie zmienił swojej (już ujemnej) stopy referencyjnej wynoszącej minus 0,5 procent, był gotowy do zastosowania wszystkich innych dostępnych narzędzi. Jego polityka zakupu obligacji (tzw. luzowanie ilościowe), poprzednio opiewająca na 20 miliardów euro miesięcznie, zostanie zwiększona o kolejne 120 miliardów euro do końca 2020 r. Banki, które już korzystają z wyjątkowych warunków refinansowania, będą dalej wspierane poprzez program TLTRO III (ukierunkowane długoterminowe operacje refinansujące). Wszystko, aby zapewnić systemowi finansowemu nieograniczoną płynność.

Dzięki tym wyjątkowym okolicznościom świat finansów w końcu uzyskał to, o co od dawna prosił. Ograniczenia ostrożnościowe i regulacyjne wprowadzone po kryzysie z 2008 r. zostaną teraz złagodzone, aby zachęcić banki do udzielania pożyczek.

Chcąc zwiększyć wpływ tych środków, Christine Lagarde wezwała rządy do wdrożenia „ambitnej i skoordynowanej odpowiedzi w postaci polityki fiskalnej”. Świadomi krytyki dotyczącej niepowodzenia ich działań po kryzysie finansowym w 2008 r. i po kolejnym kryzysie strefy euro, europejscy urzędnicy zgodnie obiecali, że nie powtórzą tych samych błędów. Tym razem, jak powiedzieli, wszyscy byli gotowi do wspólnego działania, do użycia „wszelkich możliwych narzędzi”, aby poradzić sobie z epidemią i załamaniem gospodarczym, którym grozi jej rozprzestrzenianie się. Zatem w Europie polityka pieniężna i budżetowa będą szły ręka w rękę.

W nadchodzący poniedziałek europejscy ministrowie finansów ustalą wspólne podejście do przeciwdziałania szkodom spowodowanym przez epidemię koronawirusa. Jeszcze przed tym spotkaniem, 11 marca Angela Merkel ogłosiła zamiar rewizji niemieckiej zasady zerowego deficytu, wyrytej w marmurze w niemieckiej konstytucji i uważanej za jedną z głównych przeszkód dla wzmożenia bodźca fiskalnego w Europie. „Wyłożymy pieniądze niezbędne do walki z epidemią, a potem przyjrzymy się deficytowi”, mówi niemiecka kanclerz.

Wszystko to powinno zadowolić lub przynajmniej uspokoić kręgi finansowe, przywracając im pewność siebie. Jednak po ogłoszeniu EBC rynki europejskie – jedyne otwarte w tamtym czasie – spadły jeszcze niżej. Było podobnie, jak wtedy gdy Fed obniżyła stopy w poprzednim tygodniu lub gdy Bank Anglii zrobił to samo w środę. Niemiecki indeks DAX, który już wcześniej był bardzo niski, stracił ponad 2 procent w ciągu kilku minut od ogłoszenia stanowiska EBC.

Niektórzy analitycy wyjaśniali te reakcje uwagami, że interwencje EBC zostały uznane za niewystarczające. Inni wyjaśnili, że działania bankierów centralnych podsycały obawy inwestorów, które spotęgowały już wcześniej decyzje Donalda Trumpa. Ale ich złe samopoczucie niewątpliwie sięga głębiej. Wiele osób zdało sobie sprawę, że, będąc od ponad czterech dekad największymi na świecie „pociągającymi za sznurki”, banki centralne są dziś bezsilne wobec koronawirusa. Nie mogą na niego zareagować bardziej niż wdrażając pięcioletnie plany stymulacyjne lub ulgi podatkowe dla biznesu, mogące rozładować paraliż, który opanował światową gospodarkę.

Potrzeba polityki publicznej

Przypominając nam, że polityka makroekonomiczna nie może odpowiadać za wszystko, ekonomista Barry Eichengreen wyjaśnił: „Polityka pieniężna nie może naprawić załamanych łańcuchów dostaw. Przewodniczący Fed Jerome Powell nie może ponownie otworzyć fabryk zamkniętych z powodu kwarantanny. Polityka pieniężna nie spowoduje, że kupujący wrócą do centrów handlowych czy podróżni z powrotem do samolotów, o ile ich obawy dotyczą bezpieczeństwa, a nie kosztów. Obniżki stóp nie zaszkodzą, biorąc pod uwagę, że już osłabiona inflacja zmierza i tak w dół – ale nie należy się po nich spodziewać prawdziwych bodźców ekonomicznych. To samo dotyczy niestety polityki fiskalnej. Ulgi podatkowe nie uruchomią ponownie produkcji, gdy firmy zajmują się zdrowiem swoich pracowników i ryzykiem rozprzestrzeniania się choroby. Cięcia podatków od wynagrodzeń nie zwiększą dochodu rozporządzalnego, gdy konsumenci obawiają się o bezpieczeństwo w swoim ulubionym barze z fast foodem”.

Eichengreen jest pod wieloma względami liberałem. Ale ten naukowiec, podobnie jak wielu ekonomistów (na przykład w think tanku Bruegel), uznaje, że priorytetem jest uwolnienie wszelkich możliwych środków na leczenie chorych, powstrzymanie epidemii i wsparcie systemów opieki zdrowotnej. Jednym słowem: priorytetem są polityki publiczne ukierunkowane na opiekę zdrowotną i skłonienie państwa do podjęcia odpowiednich działań.

Dla państw to teraz właściwie jedyna możliwa odpowiedź. W końcu im bardziej epidemia się rozprzestrzeni, tym dłużej będzie trwała i tym bardziej dotknie światową gospodarkę. Biorąc jednak pod uwagę fakt, że koronawirus rozprzestrzenił się już w krajach zachodnich, najbardziej uderzający był brak reakcji władz publicznych. Bez wątpienia to właśnie wywołuje panikę w świecie finansów: narastający paraliż wszelkiej działalności, brak wystarczających reakcji państwa oraz ryzyko, że spowoduje to ogólny upadek – tym bardziej gwałtowny i druzgocący, że system wypracował sobie na przestrzeni ostatniej dekady góry długów (i innych bolączek).

Poza Włochami – które zaakceptowały, że muszą narazić własną gospodarkę, aby powstrzymać epidemię – głównym zmartwieniem europejskich liderów było utrzymanie działalności gospodarczej, wspieranie przedsiębiorstw, zapewnienie, że wszystko będzie tak jak poprzednio, zamiast przygotowywania się na radzenie sobie z kryzysem publicznej służby zdrowia. Poza Włochami, które przeznaczyły kilka miliardów euro na walkę z epidemią, zakup lekarstw i materiałów oraz rekrutację personelu opiekuńczego, inne państwa europejskie niczego takiego nie zrobiły.

Pokazując swoje „ach, jakie wspaniałe” poczucie odpowiedzialności, Komisja Europejska 7 marca ogłosiła, że zastosuje do Włoch „rozumne” podejście, nawet jeśli nie w pełni zrealizują one europejskie założenia dotyczące deficytu budżetowego. To po raz kolejny pokazało dogmatyzm Komisji – i jej niezdolność do określenia, gdzie leżą prawdziwe priorytety.

W kryzysie COVID-19 solidarność europejska po raz kolejny pokazała swoją prawdziwą twarz. Dalecy od niesienia pomocy Włochom w tym bezprecedensowym kryzysie, wszyscy woleli zachować dla siebie lekarstwa i materiały medyczne (poszczególne kraje, w tym Francja i Niemcy, zakazały eksportu masek). To Chiny, a nie europejscy partnerzy Włoch, dostarczyły temu krajowi respiratory, leki i inną pomoc.

Kto potrzebuje wydatków na zdrowie?

Komisja Europejska w swojej obronie wyjaśnia, że polityka zdrowotna jest sprawą każdego państwa oddzielnie. Ale nie jest tak, że powstrzymywała się od ingerowania w tę dziedzinę w ostatnich latach. W rzeczywistości w ciągu ostatniej dekady wydatki na opiekę zdrowotną i szpitale były głównym celem europejskich programów oszczędnościowych. Budżety na badania medyczne zostały zmasakrowane od Włoch po Hiszpanię, Francję, Grecję i Irlandię. W każdym Europejskim Semestrze (procesie przeglądu budżetu UE) technokraci zajmujący się oceną budżetów państw członkowskich domagali się nowych cięć personelu medycznego i środków przeznaczonych na szpitale. Takie wydatki były uważane za zbyteczne, a nawet luksusowe w świetle wyższych wymagań dotyczących świętości w postaci ograniczania deficytu do 3 procent.

Podejście do opieki zdrowotnej zostało w równym stopniu zastosowane wobec energetyki, przemysłu i innych dziedzin: cała polityka publiczna została uznana za wypaczanie niewidzialnej ręki rynku. Zatem, w imię ekonomicznej „racjonalności”, posiadanie nadwyżek łóżek szpitalnych było uważane za zwykłe marnotrawstwo. W ciągu ostatnich kilku lat we Francji pozbyto się dziesięciu tysięcy łóżek wraz z personelem, który zniknął wraz z nimi. To te dziesięć tysięcy łóżek, które dziś by się nam przydało.

Epidemia koronawirusa pokazuje, jak szkodliwa jest taka polityka. Wszystkie kraje europejskie są wyposażone niedostatecznie, aby poradzić sobie z kryzysem zdrowia publicznego, który spowodował. Wszystkie systemy opieki zdrowotnej wykazują oznaki, że osiągnęły punkt krytyczny – i to zanim epidemia osiągnie szczyt. Od jedenastu miesięcy personel szpitalny we Francji organizuje strajki, aby potępić masakrę na publicznych usługach zdrowotnych oraz brak zasobów ludzkich, materialnych i finansowych.

Z powodu swojej ślepoty i dogmatyzmu europejscy urzędnicy nie pokazują, że mieliby zamiar zmienić kurs i włączyć politykę publiczną do swoich planów. Decyzje EBC wskazują na to samo. W swoim nowym programie skupu akcji własnych EBC poinformował, że najpierw skupi akcje w prywatnych przedsiębiorstwach, a nie obligacje państwowe.

A powinno być dokładnie na odwrót. W czasach niepewności EBC powinien być po stronie państw europejskich, pomagając im w zwiększeniu ochrony przed epidemią i finansowaniu publicznej opieki zdrowotnej. Bo to najpilniejsze zadanie. Możemy sobie nawet wyobrazić, że w tych wyjątkowych okolicznościach EBC może anulować wszystkie obligacje państwowe, które kupił w ostatnich latach, w ramach luzowania polityki pieniężnej, aby ulżyć państwom i zapewnić im większe marginesy finansowe. Tym jednym razem pieniądze trafiłyby do ludzi, a nie do banków.

Ale wszystkie dowody wskazują, że EBC jest bardzo daleki od podjęcia tak odważnej decyzji. Na konferencji prasowej Lagarde popełniła faux pas, co bardzo mówiło o jej niezdolności do zmiany podejścia i zrozumienia, jak wyjątkowa jest ta sytuacja. Wyjaśniła, że EBC „nie jest tu po to, by zamykać spready” (tj. wyrównywać koszty finansowania zewnętrznego pomiędzy państwami poprzez wspieranie bardziej wrażliwych gospodarek). Krótko mówiąc, oznacza to, że EBC nie uważa, że jego zadaniem jest zmniejszanie rosnących rozbieżności między oprocentowaniem obligacji niemieckich i włoskich oraz zapewnianie spójności strefy euro. Nawet jeśli taka polityka oznacza okaleczenie Włoch, nawet jeśli trzecia co do wielkości gospodarka UE i jej system opieki zdrowotnej znajdują się pod maksymalną presją.

Finansiści natychmiast wyciągnęli z tego wniosek, że EBC nie stoi u boku Włoch w obliczu kłopotów, które dotknęły tego kraju. Rzeczywiście zaraz po tym, jak Lagarde skomentowała sprawę w taki sposób, włoskie obligacje zostały zmiażdżone. W ciągu kilku godzin dziesięcioletnie stopy obligacji wzrosły z 1,26 procent do 1,76 procent. A negatywny sygnał ze strony Lagarde może mieć dalsze poważne konsekwencje. W chwili takich napięć nie zajmie wiele czasu, by ponownie rozpalić jasnym płomieniem tlący się w Europie kryzys. Ale tym razem spotka się to z wielką furią opinii publicznej, bo już się okazało, że Europa nie jest w stanie odpowiedzieć na rzeczywiście priorytetowe problemy.

Martine Orange

Tłum. Magdalena Okraska

Tekst pierwotnie ukazał się po francusku w portalu Mediaport w marcu 2020 r., a 15 marca został przetłumaczony na angielski na stronie internetowej lewicowego pisma „Jacobin”.

Dola klasy pracującej w Ameryce – rozmowa z Leonem Krzyckim (1930)

Dola klasy pracującej w Ameryce – rozmowa z Leonem Krzyckim (1930)

Wywiad „Robotnika „Śląskiego” z tow. Leonem Krzyckim, przywódcą polskich robotników socjalistycznych.

W czwartek ub. tygodnia gościł w Karwinie jeden z przywódców polskich robotników socjalistycznych w. Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej tow. Leon Krzycki. Tow. Krzycki przybył na Śląsk wraz z małżonką w drodze powrotnej do Polski, gdzie zwiedził większe ośrodki przemysłowe. Korzystając z jego pobytu poprosiliśmy o informacje dla „Robotnika Śląskiego” co do stosunków robotniczych w Ameryce.

***

Trzeba wiedzieć – mówi tow. Krzycki, że życie robotników w Ameryce nie jest tak łatwe, jak sobie niejeden Europejczyk wyobraża. Życie robotników niestety przedstawić muszę z czarnej strony. Klasa pracująca Ameryki przechodzi niebywały dotąd kryzys, który stale się zaostrza. Wskażę tylko na olbrzymią armię siedmiu milionów bezrobotnych.

Czy bezrobotni korzystają z zapomóg – pytamy.

To właśnie jest najgorsze. Bezrobotni nie korzystają z żadnego ubezpieczenia społecznego. Nikt się o ich byt nie troszczy, rząd nie udziela żadnych zapomóg w bezrobociu. Bezrobotni żyją przeważnie z filantropii. Różne instytucje dobroczynne, na czele których stoją bogate Amerykanki, dostarczają, ciepłego jedzenia bezrobotnym i ich rodzinom.

A organizacje zawodowe?

Organizacje zawodowe są bardzo słabe. Jedynie Związek Krawców, którego jestem funkcjonariuszem, jako najsilniejsza organizacja, posiada odpowiednie fundusze na wypadek bezrobocia. W innych zawodach organizacje są bardzo słabe, bo z 46 milionów zatrudnionych w przemyśle, jest ledwo dwa miliony zorganizowanych. Z jednego miliona zatrudnionych Polaków jest ledwo 5% zorganizowanych.

Przyczyną tego, że organizacje zawodowe są tak słabe, jest przede wszystkim brak uświadomienia. Lud roboczy nie ma żadnych zastępców [reprezentantów] w urzędach czy sądach, trudniej też ludowi wykazać praktyczne zdobycze organizacji. Dla scharakteryzowania trzeba podnieść, że w parlamencie liczącym 435 posłów, nie ma ani jednego posła socjalistycznego. Chociaż jest siedem milionów bezrobotnych, ci widać głosują na kandydatów burżuazyjnych. Jednak ruch socjalistyczny wzmaga się. Robotnicy polscy współpracują z socjalistami amerykańskimi i dzięki temu socjaliści rządzą już w niektórych miastach. W dwóch stanach mamy już dziesięciu posłów socjalistycznych. W miastach amerykańskich, gdzie rządzą socjaliści, widać gospodarkę nową. Podnosi się stan zdrowotny miast i obniża przestępczość.

Co moglibyście nam powiedzieć o położeniu Polaków w Ameryce?

Polacy w liczbie 4 milionów rozsiani są po całej Ameryce. Kryzys gospodarczy odbija się fatalnie na robotnikach polskich. Zaledwie 10 tysięcy Polaków pracuje na własnej roli, hoduje bydło i prowadzi znośniejsze życie. Reszta to robotnicy, zatrudnieni przeważnie w przemyśle włókienniczym, metalurgicznym, w kopalniach antracytu. Te gałęzie przemysłu cierpią najbardziej, robotnik wyzyskiwany bywa tam niemiłosiernie.

Słyszymy też, że skoro każdy robotnik ma swój samochód…

I to mija się z prawdą. Jeżeli ktoś z robotników miał lepsze warunki płacy, mógł sobie zakupić na raty samochód. Kiedy wszak wzrosło bezrobocie, lud nie był w stanie płacić dalszych rat. Wtedy firmy zabierały wszystkie niewypłacone samochody z powrotem i spłacone im raty przepadły. Nie chcąc ich sprzedać jako zużytych taniej, firmy zgromadziły je j spaliły. W ten sposób niszczą kapitaliści amerykańscy też inne produkty (chleb, jarzyny i owoce), co ma przyczynić się do utrzymania wysokich cen. Tak gospodarują kapitaliści, podczas gdy na drugiej stronie panują wyzysk i nędza robotników.

Ruch narodowy Polaków

Najpotężniejszą organizacją polską w Ameryce jest Związek Narodowy Polski, liczący w Stanach Zjednoczonych Am. Północnej 260 000 członków. Ma on na celu podtrzymywać ducha narodowego i nieść pomoc rodakom. Związek ten w bieżącym roku obchodzi 50. rocznicę swego założenia. Polscy robotnicy socjalistyczni również go popierają.

Jak wygląda polskie szkolnictwo?

Jeżeli chodzi o stan szkolnictwa polskiego, jest ono dość nisko zorganizowane. W każdym mieście czy osadzie, gdzie Polacy żyją gromadnie, są szkoły wyznaniowe, utrzymane tylko z własnych środków. Poza tym Związek Narodowy Polski utrzymuje wyższą polską szkołę.

Czy Polacy mają instytucje humanitarne?

Ponieważ w Ameryce nie ma państwowego ubezpieczenia na wypadek choroby czy inwalidztwa, polscy robotnicy utrzymują własną Polską Robotniczą Kasę Chorych, która liczy 11 000 członków. Generalnym sekretarzem jest tow. Feliks Siekierski. Organizacja ta opiekuje się chorymi członkami, czerpiąc środki z własnych funduszów.

Związek Socjalistów Polskich

Robotnicy polscy zorganizowani są politycznie w Związku Socjalistów Polskich z siedzibą w Nowym Jorku, którego generalnym sekretarzem jest tow. J. Trzaska. Mają własny organ, tygodnik „Robotnik Polski”. Ruch młodzieży jest znikomy.

Czy są widoki naprawy stosunków?

Owszem. Początkowo słaby ruch socjalistyczny przybiera na skutek klęski bezrobocia coraz większe rozmiary. Teraz dopiero budzić się poczyna świadomość klasowa mas, lud przychodzi do przekonania, że trzeba tworzyć organizacje zawodowe i obok nich budować silną organizację polityczną. Oczekiwać należy, że w Ameryce powstanie podobnie jak w Anglii wielka partia robotnicza Labour Party, która poprowadzi proletariat do zwycięstwa nad obecnym ustrojem kapitalistycznym do lepszej przyszłości proletariatu.

Podziękowaliśmy tow. Krzyckiemu za odwiedziny, śląc pozdrowienie dla naszych braci za oceanem.

Odczyt tow. L. Krzyckiego w Karwinie

Przy sposobności swego krótkiego pobytu w Czechosłowacji przyrzekł tow. Krzycki wygłosić w Karwinie odczyt na temat „Kryzys gospodarczy a ruch robotniczy w Ameryce”, co się też stało. Staraniem miejscowych organizacji, mianowicie Polskiej Socjalistycznej Partii Robotniczej, organizacji zawodowej i „Siły” zorganizowano naprędce w ubiegły czwartek w Domu Proletariuszy w Karwinie odczyt, który pomimo wszystkich lokalnych trudności udał się dobrze. Przyszła spora ilość młodzieży, starszych oraz kobiet, aby wysłuchać prelegenta o tym, co się obecnie dzieje w Ameryce. A przyznać trzeba, że zainteresowanie słuchaczy tymi wiadomościami było naprawdę ogromne. Toteż audytorium powitało tow. Krzyckiego i jego małżonkę gorącym aplauzem, dając wyraz swej wdzięczności za odwiedziny robotników karwińskich w Domu Proletariuszy.

Wykład tow. Krzyckiego o dzisiejszej Ameryce był naprawdę interesujący. W krótkich, dobitnych, ale nadzwyczaj jasnych, dla słuchaczy zrozumiałych słowach przedstawił dzisiejszą Amerykę, jako kraj miliarderów i nędzarzy, kraj przeżywający jak i wszystkie inne państwa kapitalistyczne chorobę, której objawem jest 7 000 000 bezrobotnych. Wskazał na gigantyczne walki robotników amerykańskich z kapitalistami, i klęski poniesione w tychże walkach oraz upadek organizacji. W ogóle uświadomienie klasowe jest jeszcze znikome, lecz z rozwojem kryzysu gospodarczego i ono systematycznie toruje sobie drogę i nadejdzie czas, w którym proletariat amerykański będzie miał swoją wielką partię robotniczą. Prelegent ma niezłomną nadzieję, że w Ameryce nastaną lepsze czasy, ale to dopiero z chwilą, gdy proletariat zrzuci siebie jarzmo niedoli i w miejsce wyzysku t zbrodniczości nastanie sprawiedliwość i dobrobyt wszystkich.

Odczyt tow. Krzyckiego pozostawił w sercach robotników karwińskich niezatarte wrażenie. Szkoda tylko, że nie było można zorganizować podobnych odczytów w innych miejscowościach. W każdym razie tow. Krzycki zasłużył sobie za swoje poświęcenie na nasze szczere podziękowanie i wdzięczność.

_______________
Powyższy tekst ukazał się w piśmie „Robotnik Śląski” nr 47/1930, Karwina, 20 listopada 1930 r. Od tamtej pory nie był wznawiany, poprawiono pisownię według obecnych reguł. „Robotnik Śląski” był pismem socjalistycznym utworzonym w roku 1904 i przeznaczonym dla robotników polskich na terenie Śląska Cieszyńskiego/Zaolzia. Początkowo był związany z Polską Partią Socjalno-Demokratyczną. Po aneksji części tych terenów po I wojnie światowej do Czechosłowacji, mimo ich większościowo polskiego składu etnicznego, pismo było wydawane przez partię socjalistyczną działającą wśród polskiej mniejszości narodowej w tym kraju i nosiło podtytuł „Organ centralny Polskiej Socjalistycznej Partii Robotniczej w Czechosłowaczyźnie”, z siedzibą w redakcji w mieście Karwina, dziś leżącym w granicach Republiki Czeskiej.

Leon (Leo) Krzycki (1881-1966) – urodził się w Milwaukee w stanie Wisconsin w rodzinie polskich emigrantów zarobkowych. Od młodości działał w polskich organizacjach narodowych w USA i związał się z ruchem socjalistycznym i robotniczym. Był jednym z liderów związków zawodowych w przemyśle tekstylnym i liderem związku zawodowego krawców przemysłowych. Organizował strajki, nie tylko w przemyśle tekstylnym, ale także w branży stalowej i motoryzacyjnej. Dał się poznać z nieustępliwego nagłaśniania policyjnej przemocy i łamania praw człowieka wobec strajkujących. Był jednym z liderów wielkiego strajku okupacyjnego w fabrykach General Motors w latach 1936-1937. W latach 1933-1936 przewodniczący Socialist Party of America. W 1935 należało do współtwórców i został wybrany jednym z liderów Congress of Industrial Organizations – federacyjnej centrali związkowej w przemyśle ciężkim i wydobywczym. Kilkakrotnie był kandydatem tego ugrupowania w wyborach prezydenckich, do senatu USA oraz parlamentu stanowego. Od 1942 roku stał na czele Kongresu Słowian w Ameryce.

Nie ufaj Netflixowi

Nie ufaj Netflixowi

Ferdynand Braudel definiował panujący w USA system finansowy jako „reprezentujący sferę wysokiego zysku”. Neoliberalny kapitalizm sprzyja budowie globalnych monopoli, które są zagrożeniem dla konsumentów, przedsiębiorców (poczynając od najmniejszych, a kończąc na rynkowych potentatach) oraz dla gospodarek poszczególnych regionów i państw. Monopolizacja powoduje spadek efektywności alokacji zasobów, ponieważ zmniejsza się poziom produkcji. Poza korzyściami ekonomicznymi, monopoliści dążą do deregulacji. Lobbują na rzecz zmniejszenia ingerencji państwa w rynek i znoszenia ustaw chroniących pracowników. W Stanach Zjednoczonych projekty ustaw niejednokrotnie przygotowywane były przez lobbystów, natomiast rolą członków kongresu opłacanych przez korporacje było wyłącznie składanie podpisów i odpowiednie głosowanie. Silne firmy manipulują prawem tak, aby uchronić się przed potencjalnym zagrożeniem. Anulują przepisy dotyczące bezpieczeństwa, zdrowia, blokują wejście na rynek nowym firmom i dążą do uniknięcia odprowadzenia podatków, co w konsekwencji rujnuje państwo i gospodarki – bezpośrednio przyczynia się do bezrobocia, biedy i nierówności.

Rynek cyfrowy funkcjonuje nieco inaczej. Nie jest możliwa konkurencja między korporacjami oferującymi zbliżony produkt. Aby uniknąć zagrożenia monopolizacją musi być możliwa konkurencja o rynek. W optymalnych warunkach każdy start-up powinien mieć szansę wkroczenia na rynek cyfrowy i detronizacji dotychczasowego magnata.

W skali globalnej 37% użytkowników mediów streamingowych wybiera Netflixa, przy czym jest on jak dotąd niedostępny w Chinach, Korei i Syrii (plany wejścia na rynek chiński zostały już powzięte, powstają seriale w języku mandaryńskim – łamanie praw człowieka najwyraźniej nic nie znaczy dla CEO Netflixa, Reeda Hastingsa). Jego silna pozycja uwarunkowana jest przede wszystkim ogromnym zasobem danych, jakie firma pozyskała od subskrybentów. Regulacje dotyczące big data nie chronią w dostatecznym stopniu ani obywateli UE, ani Amerykanów. Dane, które mają się stać nową walutą, są fundamentem w budowie szczelnych monopoli, które będą torpedować lub wykupować wszystkie start-upy próbujące wejść na rynek. Zagrożeniem płynącym z monopolizacji rynku np. żywności jest dla konsumenta przede wszystkim wzrost cen. Natomiast w przypadku monopolu cyfrowego groźbą jest wyłudzenie od subskrybenta zbyt dużej ilości danych.

Kontent jest królem

Przedsiębiorstwa z wielkimi aspiracjami muszą być zdywersyfikowane. To znaczy, że najbardziej korzystne dla ich rozwoju jest oferowanie asortymentu, który będzie możliwie jak najbardziej zróżnicowany. Netflix, dzięki zgromadzonym danym, dywersyfikuje asortyment asekurując się niezwykle ścisłymi analizami rynku, które pozwalają zminimalizować ryzyko potencjalnych strat. Telewizje kablowe, które muszą planować program posiadając o wiele mniej informacji na temat użytkowników, są na przegranej pozycji. Venture Beat na podstawie danych stowarzyszenia Motion Picture Association of America (MPAA), organizacji handlowej reprezentującej główne studia Hollywood i Netflix, podaje, że „usługi streamingowe mają teraz więcej subskrybentów na całym świecie (613,3 miliona użytkowników), niż telewizje kablowe (około 556 milionów użytkowników)”. Z jednej strony można odczytać to jako zwiększenie wpływu odbiorców na kreowaną przez media streamingowe ofertę, z drugiej jednak zmniejszenie go. Stosowanie algorytmów, które częściowo zwalniają użytkownika z konieczności podejmowania decyzji, uczy bierności, co może wpłynąć na to, że przyszłe pokolenia będą miały problemy z procesami decyzyjnymi. Subskrybent Netflixa dokonuje kilka razy wyboru „treści”, a potem algorytmy robią to już za niego.

W 1996 roku Bill Gates napisał esej zatytułowany „Content is a king”. „Content” czyli treść to pojęcie o wielu desygnatach. Wedle słownika języka polskiego PWN treść to: 1. «to, co jest zawarte w czyjejś wypowiedzi; też: to, co przekazuje odbiorcy dzieło sztuki, w przeciwstawieniu do formy»; 2. «to, co stanowi istotę, sens czegoś»; 3. «zawartość przewodu pokarmowego, niektórych jam wewnątrz ciała lub żywych komórek».

Treść jest teraz przede wszystkim produktem. Może być prawdą, faktem, ale też kłamstwem, fake newsem, cudzą myślą, ideą, narracją, opowieścią. W treści mogą być zawarte elementy tożsamości, wizualizacja pragnień. To wszystko wyzwala odpowiednią sieć skojarzeń i emocji. Przy wyborze konkretnego produktu istotne więc mogą być poglądy polityczne subskrybenta, jego nastrój emocjonalny, życiowa sytuacja. Dywersyfikacja treści polega na przygotowaniu niezbyt szerokiej, ale i niezbyt wąskiej oferty produktów, spośród których każdy subskrybent będzie mógł wybrać kilka produkcji, zobaczyć w nich najlepszą wersję siebie, swojego życia lub która poklepie go po ramieniu i ukoi ból egzystencji. Zróżnicowanie ze względu na gatunek i klasę nie jest wbrew pozorom aż tak duże w porównaniu do globalnego przemysłu filmowego, jest jednak wystarczające, by utrzymać się na pozycji monopolisty. Monopole i oligopole takie jak GAFA (Google, Amazon, Facebook, Apple) czy Netflix posiadający ogromne zasoby danych, eliminują nisze i blokują wejście na rynek np. niezależnym producentom seriali.

Rainbow capitalism i prezydent Obama

Karol Marks przewidywał, że rewolucja przeciw kapitalistom zacznie się w USA i Wielkiej Brytanii. W obliczu zagęszczającej się atmosfery XIX-wieczni przedsiębiorcy nie pozostali jednak, wbrew jego prognozom, bierni. Yuval Noah Harari twierdzi, że sięgnęli po „Kapitał” i dopasowali swoją strategię do sytuacji, w jakiej się znaleźli. To samo dzieje się teraz w Stanach Zjednoczonych. Nazywamy to zjawisko „rainbow (albo pink) capitalism”, „greenwashing”. Poparcie dla lewicy w Ameryce jest duże – za jakąś formą socjalizmu opowiada się tam aż 40% społeczeństwa. Obojętność wobec oczekiwań tak ogromnej części społeczeństwa byłaby skrajnie nieodpowiedzialna, dlatego biznes wychodzi naprzeciw konsumentom i utożsamia swoje marki z feministycznymi manifestami, staje w obronie ekologii czy praw osób LGBT+. Wszystko to jest niewiele warte i pozostaje zręczną taktyką korporacyjnych oligarchów, którzy w obliczu możliwości podniesienia buntu przez żyjącą w coraz większym ubóstwie klasę średnią, zdają się być stoicko spokojni. Najwyraźniej liczą na to, że uda im się ugłaskać niepokornych, rzucając im pseudolewicowe ochłapy. Taktyka dopisywania treści ideologicznej do procesu sprzedaży produktu przynosi firmom niespodziewaną korzyść: buduje silniejszą więź pomiędzy konsumentem a marką. Nabywca w czasach wyraźnie wzmożonej polaryzacji traktuje swoje polityczne poglądy dużo bardziej emocjonalnie. Korporacje w ten sposób z większą łatwością przywiązują do siebie konsumentów, a potem mogą ingerować w ideowe założenia lewicy tak, aby zamiast doprowadzić do załamania systemu i spadku zysków, zwiększyć je.

W 2018 roku Barack Obama wraz z żoną założyli Higher Ground Productions – podmiot, który produkuje treści dla Netflixa. Michelle powiedziała wtedy: „Netflix w naturalny sposób pasuje do historii, którymi chcemy się dzielić. Cieszymy się na rozpoczęcie tego ekscytującego nowego partnerstwa”. Jakie są to historie, jakie narracje? Opowieść o prezydenturze Baracka Obamy i zapowiadanych reformach regulacyjnych po kryzysie z 2008 roku brzmi następująco: reformy dotyczące agencji ratingowych, lobbingu i wynagrodzeń nie zostały w ogóle przeprowadzone. Timothy Geithner, którego Obama mianował sekretarzem skarbu w czasach kryzysu, był dyrektorem Banku Rezerw Federalnych, był też zwolennikiem zapłacenia Goldman Sachs pełnej ceny za derywaty, a podczas zaprzysiężenia przyznał że nigdy nie opowiadał się za regulacją. William C. Dudley, który został dyrektorem Banku Rezerw Federalnych, wcześniej był głównym ekonomistą Goldman Sachs, wraz z Glennem Hubbardem odpowiedzialnym za obniżkę podatków podczas kadencji Busha, napisał artykuł zachwalający derywaty i ich zbawienny wpływ na utrzymywanie stabilności rynku. Szefem sztabu Geithnera był Mark Patterson, główny lobbysta Goldman Sachs. Szefem CFTC – rządowej agencji regulującej amerykańskie rynki, Obama mianował Garego Genslera, kierownika w Goldman Sachs, który pomagał blokować regulacje rynku derywatów. Rząd Baracka Obamy i jego najbliżsi doradcy są tymi samymi ludźmi, którzy doprowadzili do kryzysu gospodarczego. Teraz były prezydent postanowił zająć się doborem treści, jakie będą serwowane zmęczonym prekariuszom po powrocie z pracy.

Zamiast szukać ukojenia frustracji na Netflixie, rozsądniej byłoby przeciwstawiać się naszym eskapistycznym tendencjom. Wywołane są one m.in. złymi warunki życia panującymi w bajkowym ustroju dobrobytu jednego procenta. Protest to jedyna droga ucieczki.

Małgorzata Greszta

Oda do przyjaźni

Oda do przyjaźni

Przyjaciółka powiedziała mi niedawno, że w zasadzie fajne te teksty i dobrze, że je piszę, ale że ona by prosiła, abym z raz napisała coś, co nie jest takie beznadziejnie dołujące. Ten tekst jest dla Ciebie, moja przyjaciółko i dla wszystkich innych, którzy cenią przyjaźń, także w pracy. To będzie całkowicie przyjazny tekst, z wyjątkiem zdania lub dwóch o plugastwie kapitalizmu. To nie będzie liryka, ale oda, tak, na pewno oda, taka ku pokrzepieniu serc.

Dwóch autorów, ojciec i syn – ekonomista Robert Skidelsky i filozof Edward Skidelsky – napisało wspólnie książkę pod tytułem „How much is enough?”. Traktuje ona o dobrym życiu i o tym, jak bardzo współczesny człowiek oderwał się od tej, kiedyś tak centralnej, wartości. Jednym z ważnych aspektów dobrego życia była przyjaźń, rozumiana jako relacja szalenie ważna i poważna. Chodzi o przyjaźń taką, jak między Achillesem i Patroklosem, którzy wspólnie walczyli pod Troją. Gdy ten drugi ginie z ręki Hektora, zrozpaczony Achilles wyrusza do boju, by pomścić druha. Przyjaźń jest na śmierć i życie; Achilles straszliwie mści się na sprawcy śmierci Patroklosa. Biblijna Rut, Moabitka, która poślubiła Izraelitę, i jej teściowa Noemi przyjaźniły się ze sobą tak bardzo, że pozostała po nich jedna z najmocniejszych deklaracji więzi w ludzkiej historii: „Nie nalegaj na mnie, abym cię opuściła, powróciła i nie szła z tobą. Bo dokąd pójdziesz i ja pójdę, a gdzie pozostaniesz, tam i ja pozostanę”.

Nie, nie wypowiadają tych słów małżonek ani kochanka. Tak mówi przyjaciółka do przyjaciółki, choć prawdopodobnie lepiej i wygodniej żyłoby się jej, gdyby wróciła między swoich, w rodzinne strony. Taka przyjaźń jest bezwarunkowa, o wiele bardziej, niż w tamtych czasach były relacje między dziećmi a rodzicami – także między matką a dzieckiem. Patroklos zginął, bo zachował się nierozsądnie i nie posłuchał rady, a właściwie zalecenia, Achillesa. Jednak nie zmieniło to ich przyjaźni – wina, odpowiedzialność, to jedno, a przyjaźń domaga się zemsty i żałoby. Rut na pewno tęskniła za swoim krajem i rodziną, poza tym nierozsądnie było zostać u obcych po śmierci męża. Jednak przyjaźń z Noemi domaga się lojalności silniejszej, niż poczucie rozsądku.

Jest to więź bardzo podstawowa. Jak wskazują te dwa przykłady, może łączyć się z innymi uczuciami i relacjami, takimi jak miłość będąca pożądaniem czy więzi rodzinne. Starożytni Grecy mieli różne słowa określające miłość, bo wyróżniali rozmaite więzi. Filia, czyli taka przyjaźń jak ta, o której tu mówię, to jedna z nich, obok miłości między kochankami – eros, miłości boskiej – agape, miłości w rodzinie – storge. Arystoteles jest jednym z myślicieli, dla których filia, przyjaźń, ma centralne znaczenie, także w związkach między kochankami czy partnerami w interesach. Jeszcze w czasach elżbietańskich (Szekspir!) pytanie, czy ważniejsza jest miłość czy przyjaźń było częstym tematem debat intelektualnych. Zarówno „Dwaj dżentelmeni z Werony” jak i „Dwóch szlachetnych krewnych” rozgrywają ten właśnie dylemat (dewaluacja przyjaźni to również powód, dla którego obie sztuki w dzisiejszych czasach są rzadko wystawiane). Nie chodzi tylko o życzliwość – to musi być wzajemna relacja, altruistyczne pragnienie czyjegoś dobra i gotowość do poświęceń. Nie jest przyjacielem ktoś, kto, dajmy na to, podziwia drugą osobę, gdy ta jest pełna chwały, ale zajmuje się swoimi sprawami, gdy kontakt z nią nie przynosi korzyści i przyjemności. Przyjaźń prawdziwa istnieje wszędzie, gdzie żyją ludzie, a więc także, rzecz jasna, w pracy.

Przykładów jest wiele, ale ponieważ to jest oda do przyjaźni, więc tym razem podam przykłady z własnego doświadczenia. Pewnego razu, wiele lat temu, pracowałam na niewielkiej szwedzkiej uczelni. Bywało różnie, lepiej i gorzej. Był to czas wdrażania reform „doskonałości” i „autonomii” w szwedzkiej akademii, więc więcej było smutków i niespodziewanych przykrości, konfliktów, zdrad. Jednak pamiętam ten czas głównie dobrze, bo były to lata, gdy pracowałam razem z Karin. Ona jest profesorem rachunkowości, ja zajmuję się teorią organizacji, więc nie miałyśmy oczywistych powodów do zawodowej współpracy. Jednak nawet niesprzyjające struktury nie przeszkodziły nam robić wielu dobrych rzeczy razem. Przez pewien czas nawet wspólnie kierowałyśmy instytutem. Był to jeden z najmniejszych i najmniej ważnych instytutów na wydziale, z budżetem bliskim zeru, ale udało nam się zorganizować i ożywić sporo twórczych obszarów, które funkcjonują do tej pory. Wiedziałyśmy, że możemy zawsze na siebie liczyć. Gdy spostrzegłyśmy poważne nadużycia na uczelni, podjęłyśmy wspólnie ryzyko, by się przeciwstawić, mimo że z powodu niepewnych czasów wielu wolało raczej nie zabierać głosu. Ba, był nawet taki moment, gdy niektórzy znajomi, na wszelki wypadek, udawali, że nas nie rozpoznają na korytarzu. Obecność Karin sprawiała, iż czułam takie niesamowite bezpieczeństwo w coraz bardziej zwariowanym świecie. Mimo że rzadko się ostatnimi czasy widujemy, nadal obie mamy – wiem, bo rozmawiałyśmy o tym – głębokie przekonanie, że ta druga z nas jest gdzieś tam i że można na nią liczyć. Po prostu. Mówi się, że przyjaciół poznaje się w biedzie. Może i tak, ale myślę, że pracowych przyjaciół poznaje się też w chwale i w sukcesie. W odróżnieniu od tak wielu innych, ona nigdy nie uznała, że „absolutnie coś musi” kosztem mnie, że coś innego jest ważniejsze, niż przyjaźń i to coś ją zawiesza lub wręcz unieważnia. Jest osobą ambitną, stanowczą i bojową, więc to nie łagodne usposobienie lub brak ambicji to sprawiają. Wiele rzeczy w życiu jest ważnych. Ale żadna nie jest ważniejsza niż przyjaciółka.

Przyjaźń w pracy to nie musi być relacja dwuosobowa. Równie często bywa w niej miejsce dla wielu kompanów. W mojej aktualnej szwedzkiej uczelni mam przyjemność pracować w takiej grupie, gdzie są koledzy i koleżanki patrzący na siebie z życzliwością. Zebrania w tym towarzystwie bywają burzliwe, ale bywają też cudnie ożywcze. Niedawno byłam świadkiem takiej spontanicznej akcji, gdy kilka osób zdecydowało się wystąpić o grant po to, by umożliwić powrót do czynnej pracy badawczej koleżance, choć nikt inny z grupy dla prowadzenia własnych badań nie potrzebował grantu. Występowanie o grant jest uciążliwe i dołujące, wypisywanie wniosku przykrym urzędowym językiem jest męczące i nikt z nas tego nie lubi robić. Procedury są często absurdalnie wręcz skomplikowane, a ryzyko niepowodzenia duże. Jednak dla nas oczywiste było, że chcemy to zrobić. Co więcej, mam takie głębokie poczucie, że nikt z nas nie widzi w tym zasługi ani niczego szczególnego. Aż głupio o tym mówić. Dlatego, jeśli piszę o tym w mojej odzie, to tylko po polsku. Po szwedzku pozostanie to niewypowiedzianą, najzwyklejszą sprawą na Bożym świecie.

Przyjaźń daje poczucie mocy i pewności. Nic dziwnego, że kapitalizm stara się ją zmarginalizować, przemianować, rozmienić na drobne, ogłosić nieważną. Bez niej jesteśmy słabi i pozbawieni kompasu moralnego. Łatwiej nami manipulować, nakłonić do konkurencji, „zachowań racjonalnych” i „rynkowych postaw”. A jednak ona wciąż istnieje – mimo że przysypana tysiącami fejsbukowych „friendów”, których się w życiu na oczy nie widziało, i „lajków” polegających na kliknięciu w małą ikonkę, kojarzącą się z gestem verso pollice skazującym gladiatora na śmierć – pozostaje fundamentem ludzkich działań, także w pracy. Wskazują na to choćby przytoczone przeze mnie opowieści i mnóstwo innych, o których wciąż słyszę od znajomych i w moim terenie badawczym. Na przekór zaleceniom, modom i kołczom, mimo deklaracji kapitalizmu, że naprawdę, ale to naprawdę nie jesteśmy stróżami braci naszych.

Nie ma bardzo wielu badań na temat przyjaźni w pracy, ale te, które istnieją, także w ramach nauk o zarządzaniu, mówią nam wiele ważnych rzeczy. Jeden z ciekawszych polskich badaczy zarządzania, Bartosz Sławecki, opublikował 10 lat temu książkę pt. „Zatrudnianie po znajomości”. Przyzwyczajony do opowieści grozy o nepotyzmie czytelnik spodziewa się gromów… jednak nie znajdzie ich. To wrażliwa etnograficzna opowieść o małych rodzinnych firmach, gdzie decydującą rolę odgrywają osobiste kontakty, zaufanie, wcześniejsze relacje. I bardzo dobrze – zamiast konkurowania i bezosobowych mechanicznych stosunków pracy, ludzie szybko wypracowują wzajemne zaufanie, a znajomości stają się ich kulturowym kapitałem przydatnym także, a może zwłaszcza wtedy, gdy innego kapitału brakuje.

Pamiętać należy, że słowo „merytokracja” pojawiło się po raz pierwszy współcześnie użyte przez socjologa Michaela Younga w 1958 roku na kreślenie dystopii, mechanistycznego i pozbawionego ludzkich cech systemu, gdzie istnieją ostre podziały społeczne na „lepszych” i „słabych”, i gdzie ci drudzy są bezwzględnie wykluczani i sprowadzeni do statusu podklasy. Jest to porządek równie nieludzki jak podziały według rasy, płci czy inne odrażające elitaryzmy. W dodatku sieje niezgodę, niszczy solidarność i naturalizuje niesprawiedliwości równie skutecznie jak feudalne „szlachectwo urodzenia”.

Geografki Natasha Webster i Meighan Boyd zbadały zespoły pracownicze na uczelni i stwierdziły, że przyjaźń, zwłaszcza przyjaźń między osobami niebędącymi częścią tej samej jednostki organizacyjnej, a więc w poprzek struktury, szczególnie mocno wspiera opór w miejscu pracy wobec neoliberalizacji. Przyjaciele czują się lepiej i mają większe poczucie sensu, nawet gdy warunki, w jakich funkcjonują oceniane są przez nich jako złe i szkodliwe dla zdrowia psychicznego. Jednak dzięki przyjaźni lepiej sobie radzą i skuteczniej przeciwstawiają się wdrażaniom neoliberalnych zasad i mechanizmów zarządzania. Przyjaźnie w ramach jednostki przeobrażają się często w kliki. Jednak gdy angażują się w nie osoby z różnych formalnych zespołów, skupiają się bardziej na wspólnych wartościach, niż na wykluczaniu innych. O ile autorki skupiają się na przyjaźni między kobietami, to współautorska trójka – psycholożka Dorothy Markiewicz i badaczki zarządzania Irene Devine i Dana Kausilas – poświęca uwagę przyjaźniom mieszanym i stwierdza, że wszystkie przyjaźnie wnoszą wiele dobrego w życie ludzi w miejscu pracy (aczkolwiek przyjaźnie męskie mają tendencję skuteczniej pomagać w promowaniu kariery). Psycholożki Rachel Morrison i Helena Cooper-Thomas dodają, że czym innym jest „znajomość”, „kumplostwo”, a czym innym głęboka przyjaźń. O ile to pierwsze chroni przed samotnością, to prawdziwie głębokie zaangażowanie, bezinteresowność i oddanie charakterystyczne są dla przyjaźni. To ona wnosi poczucie bliskości i uczuciowej obfitości, a niejako przy okazji uczy obserwatorów wzorców zachowań. Wreszcie, życie w pracy, gdzie są przyjaciele, jest po prostu przyjemniejsze.

Badania pokazują także, iż brak przyjaźni czy choćby koleżeństwa – samotność w miejscu pracy – bywa szkodliwa dla ludzi i dla całej organizacji. Badaczki organizacji Sarah Wright i Anthony Silard w opublikowanym niedawno artykule naukowym argumentują, że samotność, choć stygmatyzowana i trywializowana we współczesnych miejscach pracy, w istotny i bardzo złożony sposób współpowoduje cierpienie i wzmacnia depersonalizację organizacji, budząc coś w rodzaju chronicznego głodu ludzkich więzi.

W Biblii Bóg rzadko zabiera głos osobiście. Jedna z okazji, gdy to robi, to jedna z pierwszych Jego refleksji o kondycji człowieka, gdy, w Księdze Rodzaju, mówi: „Nie jest dobrze, żeby człowiek był sam”. Te słowa samego Boga rezonują mocno z jednym z najpiękniejszych cytatów z mojego terenu badawczego, gdy jedna z animatorek organizacji zajmującej się edukacją mówi: „Czuję, że nie chcę już nigdy nic robić sama”.

No właśnie. Ja też nie.

prof. Monika Kostera

Kompleks polski

Kompleks polski

Dla niektórych postaci polskiej kultury cywilizacja jest jednoznaczna z Zachodem. Właściwie w ten sposób myślą zarówno liberałowie, jak i konserwatyści, choć jedni i drudzy odwołują się do innych mitów. Jedni i drudzy mają w sobie chęć ucieczki z Polski takiej, jaką ona jest.

Wyobrażają ją sobie na obraz i podobieństwo Zachodu, starego lub nowego. Nie ma miejsca dla rodzimej kultury, chyba że zostanie ona podporządkowana sposobowi myślenia właściwemu dla Zachodu. Dość powiedzieć, że za najważniejszy obraz w zbiorach polskich uznaje się dzieło Leonarda da Vinci „Damę z łasiczką”, a zapomina o fenomenalnej twórczości m.in. Aleksandra Gierymskiego, Olgi Boznańskiej, Jacka Malczewskiego i innych.

Jest w nas wielki kompleks polskości, kompleks polski, który każe nam uciekać przed nami samymi. Raz za razem budzą się w nas kompleksy – czy wobec Niemców, czy wobec Żydów (swoją drogą ten kompleks najczęściej uaktualnia się jako antysemityzm – skoro oni są od nas lepsi i są większymi ofiarami, to będziemy ich nienawidzić; pokazuje to najmocniej, że nie znamy własnej kultury, jesteśmy pełni wątpliwości co do wartości własnej historii, stąd musimy znaleźć sobie kozła, na którego zrzucimy wszystkie nasze kompleksy).

Kompleks polski to brak zdolności do pozytywnego przeżywania rocznic z historii Polski. Celebrujemy głównie rocznice powstań. Czy ktoś jednak pamięta o konfederacji warszawskiej, która uczyniła Polskę jednym z najbardziej tolerancyjnych religijnie krajów w Europie? Co z soborem w Konstancji, na którym Paweł Włodkowic przedstawił dojrzałą myśl o prawie do samorządności ludów? Czy ktoś pamięta o konstytucji Nihil novi, która była jednym ze szczytowych momentów polskiego parlamentaryzmu?

To nieustanne napięcie między martyrologią, uprawianą tak chętnie przez konserwatystów, a zaprzeczeniem, stwierdzeniem, że brak nam wielu rzeczy, które są typowe dla Zachodu, w myśli liberałów.

Nawet konserwatyści, paradoksalnie, nie cenią własnej kultury. Najlepszym przykładem jest polityka dotycząca szkolnictwa wyższego, pełna kompleksów wobec Zachodu, uniżenia wobec wskaźników, parametryzacji, cytowań. Nawoływania do reformy to nawoływania do okcydentalizacji, porzucenia rodzimego języka, rodzimej tematyki w imię tego, co na pozór jest ciekawsze, bo nie jest polskim piekiełkiem.

Uciekamy w dwa mity – Okcydentu i Orientu. Pierwszy z nich to przekonanie, że to, co wartościowe w naszej kulturze, powstało dzięki wpływom z Zachodu. Drugi mit – typowy dla nacjonalistów, to ucieczka w mit jedności Słowian, według Bobrownickiej, stworzony przez Niemca – Herdera, a wyzyskiwany politycznie przez Rosjan. Słowianie urastają w tej ideologii do ludności rdzennej (a jak wiadomo, jak wszyscy Indoeuropejczycy przybyliśmy ze wschodu), co niesie konsekwencje w postaci ksenofobii.

Być może większa świadomość historii przyczyniłaby się do zastopowania narracji skrajnej prawicy. Przykładem są czasy odsieczy wiedeńskiej, dziś reinterpretowanej jako odparcie islamu, a nie wojna o charakterze stricte politycznym. Tymczasem to Sobieski nadał muzułmańskim Tatarom wsie Kruszyniany, Nietupa, Łużany i część Poniatowicz, tym samym sprowadzając na ziemie polskie muzułmanów (wcześniej w Rzeczypospolitej istniało ok. 60 meczetów na terenie Wielkiego Księstwa Litewskiego). Fakty okazują się być nieprzychylne dla rzekomego symbolu walki z muzułmańskim „nachodźcą”, pokazują, że nawet w najbardziej nietolerancyjnym w historii Polski wieku XVII była możliwa tolerancja, także dla niechrześcijan

Martyrologia, kluczowa dla kompleksu – bądź pielęgnowana, bądź negowana, każe nam postrzegać siebie jako ofiary. Ciężko nam przez to przyznać, że naród szlachecki, który jest dla nas tak wielkim ideałem, bywał ciemiężcą czy to Ukrainy, czy to chłopów. Nasz polski kolonializm nie dotyczył bowiem ziem dalekich, przejawiał się w zupełnej alienacji części społeczeństwa – chłopów i Żydów, traktowanych często jak niewolnicy. Świadomość ciemnych kart historii jest nikła.

Kiedy chodziłem do liceum, wielokrotnie pytałem znajomych, z ciekawości, czy wiedzą o lokalnych zabytkach. Niestety, gdy pytałem o XVI-wieczny kościółek w Boguszycach odległych o 30 kilometrów od Tomaszowa Mazowieckiego czy o zamek w Rawie, spotykałem się ze zdziwieniem. W szkołach brak edukacji regionalnej, stąd nawet nie wiemy, jakie bogactwa mamy. Może mieszkańcy mojej gminy, Czerniewice, wiedzą, że we wsi stoi drewniany kościół z XV wieku z zachowanymi XVI-wiecznymi polichromiami, ale ludzie spoza już nie. Kuleje nam promocja regionów. Dziś dla wielu wstydem jest mówić w gwarze swojego regionu, kultura ludowa pozostaje nieznana, tonie pod warstwą sprośnych przyśpiewek. Czy ktoś jeszcze pamięta, że na terenie prawie całej Polski, a nie tylko w Łowiczu, istniała kiedyś wycinanka? Niestety, przemiany gospodarcze kraju, najpierw w okresie komunizmu, następnie w czasach dzikiego neoliberalnego kapitalizmu zmiotły nasze dziedzictwo regionalne w niepamięć. Nieużyteczne, lokalne, sprzeczne z mitem dworskim, więc niepotrzebne.

Polskie szkolnictwo niewiele tu pomaga, brakuje edukacji regionalnej, mało mówi się o polskich osiągnięciach naukowych czy kulturalnych, sprowadza się je do kilku nazwisk: Kochanowskiego, Mickiewicza, Sienkiewicza z jednej strony, z drugiej do Kopernika, Łukasiewicza i Skłodowskiej-Curie. Wiedząc tak mało o sobie, uważamy, że jesteśmy mniej warci niż narody pewne swojej przeszłości. Kto bowiem słyszał o Janie Ostrorogu czy Andrzeju Fryczu Modrzewskim, których pisma były znane w epoce Odrodzenia w Europie? Kto słyszał o Michale Boymie, jednym z pierwszych sinologów, który był Polakiem? Nawet gdy mowa o najnowszych czasach, świadomość jest niewielka. Kto dziś pamięta, że jedną z ważniejszych postaci współczesnej egiptologii był prof. Kazimierz Michałowski? Kto wie o Edwardzie Abramowskim, jednym z ważniejszych polskich teoretyków i praktyków spółdzielczości? Szkoła tego nie uczy, kolejne reformy nastawione są na pragmatyzm, a nie na znajomość historii, kultury czy historii regionu.

Dlatego tak ważne jest, by zajmować się w nauce sprawami polskimi, by popularyzować wiedzę na temat historii i kultury polskiej. Istotne jest też stworzenie dostępu do kultury wysokiej dla ludzi z prowincji. Można, jak liberałowie, zżymać się na triumfy disco polo, można też wykonywać pracę u podstaw i kształtować społeczne postawy, tak by większa liczba osób mogła korzystać z dóbr kultury. To jednak wymaga nakładów finansowych na rozwój kultury, przeznaczonych również na lokalne muzea czy teatry, które dziś albo nie istnieją, albo dysponują bardzo skromnymi środkami finansowymi.

Ostatnie 30 lat „wolności” zostało pod wieloma względami zmarnowane. Nie zadbano o rozwój kultury i nauki, o wykształcenie społeczeństwa obywatelskiego. Wszystko to się na nas dzisiaj mści, w postaci zakompleksionego, a przez to niepewnego siebie i ksenofobicznego społeczeństwa.

Krzysztof Kocik

Gorsze oblicza sportu

Gorsze oblicza sportu

Jeżeli sport jest dla ciebie uosobieniem najszlachetniejszych cnót, a idea igrzysk olimpijskich to nieskazitelna, prospołeczna inicjatywa, nie czytaj dalej. Szok może być zbyt silny. Jeżeli natomiast masz wątpliwości wobec różnych aspektów dużych imprez sportowych czy sportu zawodowego, zwłaszcza piłki nożnej, to ten tekst jest w sam raz dla Ciebie.

Książka „Sport nie istnieje” autorstwa Jana Sowy i Krzysztofa Wolańskiego całkowicie zmienia postrzeganie megaimprez sportowych. Znaleźć tam można wiele zdumiewających liczb i oburzających faktów. Po zapoznaniu się z nimi sport nie będzie już taki jak przedtem. Mankamentem książki z pewnością jest to, że autorzy nie stronią od wyrażania swoich poglądów i opinii. „Każdy, kto uważa inaczej, jest cynikiem” pojawia się w książce niepokojąco często. Jednak po odsianiu tej maniery pozostaje nam zderzenie idei i celów wyrażanych przez FIFA i MKOl z brutalną prawdą o skutkach ich działalności.

Piłka jest okrągła, a liczy się zysk

Pierwsze rozdziały poświęcone są najpopularniejszym dyscyplinom sportu, czyli głównie piłce nożnej, która króluje w Europie, ale także popularnym w USA futbolowi amerykańskiemu i wrestlingowi. Autorzy stanowczo umacniają obecną już w debacie publicznej tezę, że zawodowa piłka nożna ma niewiele wspólnego ze sportem. Przywoływane są początki tworzenia profesjonalnych klubów piłkarskich, ich relacje z biznesem i zależność od telewizji. To właśnie rozwój środków masowego przekazu całkowicie zrewolucjonizował sport. Odkąd zmagania ulubionych drużyn zagościły w ramówce, rozpoczął się proces ich systematycznej komercjalizacji. Cyklicznie spotykające się grupy ludzi unifikujące się pod konkretną marką były wymarzonym zjawiskiem dla szukających rozgłosu przedsiębiorców. Sport stał się elementem niepohamowanej konsumpcji. Był zarazem idealnym narzędziem do jej napędzania, jak i doskonałym nośnikiem marketingowym. Kwintesencją tych procesów okazał się Bhutan, który jawił się jako ostatni bastion antyglobalizmu. Do czasu wyemitowania transmisji z mistrzostw świata we Francji w 1998 roku. Przez stulecia Bhutan pozostawał obojętny na zjawiska niesione przez postęp. W kraju dominowały buddyjskie wartości: skromność, uczciwość, brak zainteresowania dobrami doczesnymi i zdolność do czerpania radości z małych, codziennych przeżyć. Władca kraju, chcąc podkreślić odmienność swojego narodu, ogłosił dążenie do pomnażania Narodowego Szczęścia Brutto, przeciwieństwa PKB. Niestety, chcąc owo szczęście pomnażać, popełnił błąd, wystawiając w stolicy kraju telebim, na którym można było podziwiać mundial. Naród ogarnęła euforia, więc władca otworzył granice dla imperium Ruperta Murdocha.

Efekt? Uprawy ryżu gniły na polach, ponieważ pogrążeni w medialnej głębi rolnicy nie chcieli ich zebrać. Cztery lata później przeprowadzono badania, z których wynikało, że około 30% dziewczynek chciało przefarbować się na blond i rozjaśnić skórę. Natomiast 35% rodziców oznajmiło, że wolą oglądać telewizję niż zajmować się swoimi dziećmi. Zatrważające okazały się dane dotyczące przestępczości. W spokojnym jak dotąd społeczeństwie odnotowano zbrodnie, o jakich wcześniej nikt nie słyszał, takie jak gwałt pod wpływem alkoholu czy prostytucja nieletnich. Jedną zmienną, jaka dotknęła w tamtym czasie Bhutan, było pojawienie się telewizji, która stała się wyznacznikiem wartości dyscyplin sportowych.

W 2012 roku w Polsce miały się odbyć zawody w kombinacji norweskiej. Niestety żadna telewizja nie była zainteresowana transmisją. To rodziło problemy ze znalezieniem sponsorów, czyli z osiągnięciem zysku. Cel wśród osób zarządzających sportem jest prosty i nie są nim wyniki czy osiągnięcia. „Przekroczenie miliarda euro rocznego zysku” – oto cel Josepa Maria Bartomeu prezydenta FC Barcelony, jednego z największych klubów sportowych na świecie.

Olimpijski ogień zniszczenia

Co należy zrobić, aby zorganizować największą imprezę sportową na świecie? MKOl, wybierając gospodarza, bierze pod uwagę motywację, pomysł, długoterminowe korzyści, wsparcie polityczne, finansowe, instalacje sportowe, bazę noclegową, transport, bezpieczeństwo, opinię publiczną i doświadczenie. Jednak według autorów książki, aby zorganizować igrzyska olimpijskie należy po prostu wydać nieprzyzwoitą ilość głównie publicznych pieniędzy.

Obrońcy idei igrzysk wskazują na popularyzację kultury fizycznej, rozwój miast, podwyższenie poziomu życia mieszkańców czy korzyści z turystyki nasilającej się po takim wydarzeniu. Autorzy zadają kłam każdej z tych rzekomych zalet olimpizmu. Badania długoterminowych skutków igrzysk wykazały, że „nigdy w żadnym kraju nie przyczyniły się one do popularyzacji jakiekolwiek sportu”. Co więcej, badania przeprowadzone w Wielkiej Brytanii, która organizowała to wydarzenie w 2012 roku, wykazały, że w 29 badanych dyscyplinach aż w 20 zanotowano spadek liczby uprawiających je osób.

Optymizmem nie napawają również dane dotyczące poziomu życia mieszkańców byłych gospodarzy megaimprez. W 2014 roku Billy Greaff zapytał mieszkańców Porto Alegre o to, jak organizowany w Brazylii mundial wpłynął na ich życie i większość ankietowanych wyznała, że jest gorzej. Nic dziwnego. Brazylia w krótkim okresie była gospodarzem igrzysk panamerykańskich, igrzysk olimpijskich i mundialu. Imprezy te wymagały stworzenia potężnej infrastruktury, która pochłonęła gigantyczną ilość publicznych pieniędzy (IO 11 miliardów dolarów, mundial 14 miliardów dolarów). Powstałe obiekty świecą dziś pustkami, a szpitale i szkoły wymagają dofinansowania. Symbolem problemu stały się pola golfowe. Rio dysponowało dwoma kompleksami golfowymi. Czy wykorzystano je w ramach igrzysk? Oczywiście, że nie! Prezydent miasta Eduardo Paes ogłosił, że miliarder Pasqualo Mauro, będący głównym sponsorem jego kampanii wyborczej, wybuduje zupełnie nowy obiekt na terenach chronionego obszaru przyrodniczego tuż przy nowym osiedlu apartamentowców stawianych przez Mauro. Oczywiście odbyły się masowe protesty w związku z inwestycją, ale kogo by to interesowało.

Nie jest to tylko problem Brazylii. W 2015 roku opublikowano badania analizujące wpływ megaimprez na gospodarkę. W 16 przypadkach nie odnotowano wzrostu gospodarczego i zwiększenia zatrudnienia, w 7 zauważono nieznaczny, krótkookresowy progres, a w 3 stwierdzono skutki negatywne. Brak wymiernych korzyści i ewidentne negatywy, takie jak wzrost cen nieruchomości o 150% i przepuszczanie publicznych pieniędzy, sprawiają, że miejscowa ludność wprost zadaje pytanie „dla kogo te Igrzyska”?

W ramach przygotowań do igrzysk w Atlancie w 1996 roku aresztowano 9 tys. bezdomnych, aby ich nędza przypadkiem nie zepsuła sportowego święta. Wielu ludzi przeszkadzało w przygotowaniach do pięknego, pełnego radości festiwalu. Przed igrzyskami w Pekinie wysiedlono 1,5 mln osób. Amnesty International alarmowała o wysiedleniach w związku z olimpiadą w Soczi, oraz o niewolniczej pracy w przygotowaniach rosyjskiego i katarskiego mundialu. W latach 2006-2013 w samym Rio de Janeiro wysiedlono 74 tysiące osób. Symbolem wyższości olimpizmu nad prawami człowieka stała się Vila Autódromo, dzikie osiedle powstałe w pobliżu toru Formuły 1. Brazylijska konstytucja głosi, iż każdy, kto zasiedla dany teren przez 5 lat bez sprzeciwu właściciela, uzyskuje do niego tytuł prawny. W 1994 roku potwierdził to sąd, nadając mieszkańcom osiedla prawo użytkowania na 99 lat. I co z tego! W 2015 roku, po usilnych staraniach burmistrza Paesa, buldożery zrównały Vilę Autódromo z ziemią, by zbudować w tym miejscu park olimpijski.

Wszystkim, którym wydaje się, że to skandal i że takie praktyki nie mogą mieć miejsca u nas, autorzy polecają historię Jarmarku Europa, mieszczącego się na Stadionie X-lecia. Znaleźć można było na nim uciekinierów politycznych z Chin i Wietnamu. Zjawisko inspirowało do tego stopnia, że w 2009 roku czasopismo antropologiczne „Konteksty” poświęciło mu osobny monograficzny numer. Jarmark oczywiście zmieciono z powierzchni ziemi, by postawić w tym miejscu Stadion Narodowy. Euro 2012 to również przykład „upiększania przestrzeni publicznej”. Do bestialskich praktyk dochodziło na Ukrainie, gdzie włodarze miast postanowili pozbyć się bezpańskich psów. Strzelano do nich, truto je i przekazywano spółce zajmującą się utylizacją odpadów. Według doniesień uruchomiono nawet mobilne krematoria, do których trafiały żywe zwierzęta…

Dobro wspólne na wyłączność

Jesteście sobie w stanie wyobrazić, że powstaje Międzynarodowa Federacja Pizzy, która ustala kryteria wyrobu, sprzedaje licencję na produkcję i co najważniejsze wskazuje, z jakich konkretnie produktów można ją wykonać? Brzmi absurdalnie, ale dokładnie tak autorzy książki wyrażają stosunek do MKOl i FIFA. Te niewybierane przez nikogo organizacje zawłaszczyły sobie prawa do powszechnych i nieposiadających właściciela dziedzin naszego życia. Pada porównanie do koncernów farmaceutycznych, które z dostępnych od dekad za darmo receptur tworzą drogie specyfiki będące pod ich ścisłą kontrolą.

Próba unifikacji rozgrywek we wszystkich krajach świata nie wzbudza kontrowersji, o ile międzynarodowa fede(korpo)racja nie zakazuje sprzedaży frytek innych niż te serwowane przez jednego ze sponsorów imprezy. Firmy lokujące swoje logo obok pięciu olimpijskich kół nie uznają konkurencji. Ba! Za korzystanie z dóbr i usług innych firm nakładane są kary, a nad przestrzeganiem narzuconych przepisów czuwają specjalnie powołane sądy. Podczas mundialu w RPA FIFA zażyczyła sobie powstania Fifa World Cup Courts, które działały w 56 miejscach i zatrudniały 1500 osób. Były to superszybkie jednostki wymiaru sprawiedliwości, które miały stać na straży narzuconej wcześniej przez FIFA ustawy i wydawać wyroki w ciągu 24 godzin. Koszty oczywiście po stronie podatników. Zajmowały się na przykład przypadkami przebywania na stadionie w barwach kojarzących się z akcjami marketingowymi firmy innych niż sponsorzy imprezy lub przebywania w wyznaczonej strefie z produktami innym niż wskazane przez FIFA. Wolisz Pepsi od Coca Coli? Uważaj! Według FIFA jest to przestępstwo zasługujące na 6 miesięcy pozbawienia wolności.

MKOl nie jest lepszy. W 2012 roku wyegzekwował zakaz łączenia słów „igrzyska”, „dwa tysiące dwanaście”, „2012”, „dwadzieścia dwanaście” ze słowami „Londyn”, „medale”, „złoto”, „srebro”, „brąz”, „sponsor”. Podsumujmy. Organ, nad którym nie mamy kontroli, uzurpuje prawa do dobra wspólnego i za nasze pieniądze urządzą sobie na nim żniwa dla swoich sponsorów?

Obraz ruchu olimpijskiego został w ostatnim czasie mocno wypaczony przez specyfikę gospodarzy imprez. Brazylia i Rosja borykają się z korupcją i łamaniem praw człowieka, a Wielka Brytania i Korea Południowa przesadziły z przepychem. Brytyjczycy nie musieli wieszać na Tower Bridge gigantycznego loga Igrzysk za 300 tys. dolarów!

Mateusz Perowicz