Pandemia – wyzwanie cywilizacyjne dla Polski

Wychodzimy z przekonania, że pandemia koronawirusa jest wydarzeniem o globalnym i przełomowym znaczeniu. Jeśli nie za rok, to z perspektywy kilkunastu lat, rok 2020 uznany zostanie za faktyczny koniec XX wieku. Czy tego chcemy, czy nie wkrótce dotkną nas gospodarcze i społeczne zmiany mające ścisły związek z pandemią i niosące długofalowe przekształcenia wielu sfer życia. Skoro świat nie był przygotowany na pandemię, należy wypracować strategię pozytywnych impulsów oraz minimalizację potencjalnych, odległych negatywnych skutków zarazy. Szerszą aniżeli taką, która miałaby charakter ograniczonej i doraźnej tylko reakcji na spodziewany (na całym świecie) kryzys gospodarczy i społeczny. Nie obejmujemy całości zagadnienia, ale podjęliśmy kilka kwestii, które uznaliśmy za ważne i rzadziej dyskutowane w mediach.

Belle époque i bolesny fin de siècle

Dla Europejczyków przełom ostatnich wieków to nasza belle époque, okres dobrobytu gospodarczego i bogacenia się społeczeństw. Dzięki integracji europejskiej i likwidacji granic podróżowanie stało się łatwe i dodatkowo tanie. Turystyka stała się jednym z wiodących działów gospodarek wielu państw, stanowiąc ponad 10 procent światowego PKB. Poczuliśmy się obywatelami globalnej wioski. I w pewnym sensie stało się to przyczyną naszego upadku. Wielu nam współczesnych przestrzegało dokładanie przed tym, co dzieje się na naszych oczach. Czy widzieli lub wiedzieli coś więcej od innych? Być może, ale z drugiej strony wieszczenie zarazy ma historię sięgającą aż po czasy biblijne. Malutki łańcuch RNA zapakowany w otoczkę, zemsta nietoperza czy łuskowca, w 2020 roku przywrócił granice, zatrzymał produkcję w wielu krajach świata, uziemił samoloty i zablokował inne możliwości podróżowania. Zamierza pozbawić miliony ludzi dochodów. Społeczeństwa zrobiły to samo, co w poprzednich epokach historycznych – antyku, średniowieczu, odrodzeniu – czyli zaczęły się mniej lub bardziej dobrowolnie izolować. Okazało się, że obok mycia rąk nie mamy lepszej profilaktyki tej choroby.

Wydaje się, że nie mamy co liczyć na wersję optymistyczną, czyli nagłe ustąpienie zarazy. W wersji pesymistycznej zaraza będzie trwała, być może tylko tliła się, latami – i dosłownie zdziesiątkuje ludzkość. Miejmy nadzieję, że tak nie będzie, ale np. przez analogię do AIDS nie można tej opcji całkowicie odrzucić. Epidemia zakażeń HIV zaczęła się w latach 80. poprzedniego wieku, a do tej pory nie ma możliwości eliminacji wirusa z organizmu osoby chorej. Od niedawna jest możliwa skuteczna kontrola wirusa w zakażonym organizmie i wydłużenie życia chorego, porównywalne z długością życia osób zdrowych, ale mimo wieloletnich wysiłków nie udało się stworzyć skutecznej szczepionki. Zakładając dość realistyczną wersję, że uda się w ciągu najbliższych kilku czy kilkunastu miesięcy opracować skuteczny lek i szczepionki na chorobę wywoływaną przez koronawirusa SARS CoV-2, to ich wyprodukowanie dla miliardów ludzi, a potem ich wakcynacja zajmie kolejne kilka lat.

Przeciw czterem jeźdźcom Apokalipsy

Wedle Ewangelii Św. Jana czterej jeźdźcy Apokalipsy wyruszą na koniach przed Sądem Ostatecznym. Mają to być wedle tradycji: Wojna, Zaraza, Głód i Śmierć. Nie chcemy w tym miejscu podejmować rozważań natury religijnej. Dostrzegamy jednak wielką mądrość ukrytą pod tkanką symboliczną Janowego tekstu. Kryzysy, które doświadczają ludzkość, mają swoją okrutną logikę. Wojnom i zarazom towarzyszą głód i śmierć, po których następuje odrodzenie często w lepszej rzeczywistości.

Nową strategię społeczno-gospodarczą dla Polski trzeba zbudować tak, aby była niczym szpica rozbijająca pochód owych jeźdźców. Podejmując walkę z zarazą należy w krótkiej perspektywie minimalizować ryzyko głodu i śmierci, to oczywiste, ale rozważmy perspektywę z bardziej odległym horyzontem czasowym.

Jeśli ostatnią pandemię porównamy do swego rodzaju wojny, to musimy też wiedzieć, że każda następna rządzi się swoimi regułami, nie zawsze powtarzalnymi. Nie trzeba mieć zbyt wielkiej wyobraźni, aby przewidzieć, że w bliższej lub dalszej przyszłości wystąpi kolejna pandemia (może połączona z atakiem terrorystycznym?), która znów każe wybierać między zrujnowaną gospodarką a koniecznością izolacji społeczeństwa. Dostosowania do nowych zagrożeń wymaga Obrona Cywilna Kraju, którą należy dofinansować i na nowo przybliżyć społeczeństwu. Na nowo należy zdefiniować zadania dla formacji wspierających regularne wojsko i policję. Powinniśmy iść dalej. Trzeba przywrócić w szkołach zajęcia z przysposobienia obronnego. Zlikwidowano je na fali odżegnywania się od wszystkiego, co słusznie lub nie, ale kojarzyło się z PRL-em. W sytuacji permanentnego zagrożenia np. terroryzmem, nie ma nic złego w tym, by młodzież wiedziała, jak postępować w stanach zagrożenia epidemiologicznego, klęski żywiołowej czy ataku terrorystycznego. Po 1989 roku reformowano edukację w kierunku tzw. wychowywania bezstresowego. Owszem, młodego człowieka należy otoczyć troskliwą opieką i wykazać mu zrozumienie. Pamiętajmy jednak o tym, że życie nie jest bezstresowe. Właściwe jest uczenie młodzieży, w jaki sposób radzić sobie ze stresem, a nie udawanie, że go nie ma.

Przestrzeń medialną wypełniły w ostatnim czasie dziesiątki, jeśli nie setki filmików prezentujących opustoszałe, sprawiające wręcz wrażenie wymarłych miasta. Dowodzi to zdyscyplinowania ludzi, którzy na wezwanie rządów zgodzili się pozostać w domach i ograniczyć aktywność do niezbędnego minimum – poruszanie się tylko do zakładów pracy, sklepów, aptek itd. Nie oddaje to jednak całej prawdy o naszych miastach. Jeśli coś „wymarło”, to przede wszystkim centra miast, z których pod wpływem presji biznesu, turystów i gentryfikacji wyparci zostali rdzenni mieszkańcy. Dzielnice mieszkalne – ujmując to obrazowo – weszły w inną rytmikę, ale wciąż zachowały swoją żywotność. W Europie wyludniły się centra dużych miast, które wyjałowiono z wszystkiego, co służy tzw. zwykłym mieszkańcom, a ich infrastrukturę przestrojono głównie na potrzeby turystów. Teraz widać, jak wielki to był błąd. Turystyka to ważna i potrzebna (także w Polsce) gałąź gospodarki, ale nie należy opierać się wyłącznie na niej. Może okazać się, że ruch turystyczny w wielu miejscowościach z drugiej ligi turystycznej zamrze na kilka lat. Czy upadek hoteli, apartamentów pod wynajem, barów i restauracji, usług przegotowanych pod turystów oraz sklepów z pamiątkami nasili degradację często najcenniejszych historycznie centrów miast, podobną do tej z czasów PRL-u, kiedy to właściciele nie mieli środków na niezbędne remonty?

Miejmy nadzieję, że nie, ale warto chyba przywrócić tę elementarną prawdę, że gości należy zapraszać i dobrze ich traktować, ale oni przyjeżdżają i wyjeżdżają, zaś miejscowi są stale. Tymczasem w niektórych miastach ludność miejscowa została zepchnięta na dalszy plan. W skali makro dramatyczne skutki takiej polityki widać w państwach, których gospodarka w ostatnich latach bazowała głównie na turystyce. Przykładem tego są Włochy, które po wejściu do Unii Europejskiej przeżyły deindustrializację, ale nikt nie podnosił larum, gdyż strumienie euro płynęły wartkim strumieniem od milionów przyjeżdżających tam turystów, wnosząc 13% do PKB. Ale to i tak niewiele w stosunku do turystycznych rajów jak Malediwy czy w Europie Malta. Nikt nie przewidział sytuacji, w której w czasie pokoju ruch turystyczny może zostać wstrzymany. Pouczający jest też przykład Izraela. O ile Włochy raczej nie są stawiane za przykład gospodarczego prymusa, to Izrael jako naród start upów już tak. W wyniku pandemii Izrael musi mierzyć się z bardzo poważnymi kłopotami społeczno-gospodarczymi. Przed pandemią w Izraelu bezrobocie sytuowało się na minimalnym poziomie 3,4%. W wielu dziedzinach, jak sektor turystyczny i opieka nad seniorami, posiłkowano się importem siły roboczej. W krótkim czasie od wybuchu pandemii bezrobocie osiągnęło wysoki pułap. Pod koniec marca br. stopa bezrobocia w Izraelu zbliżyła się do 20%. Dlatego warto na nowo przemyśleć kwestię koniunktury i konsumpcji wewnętrznej oraz przez ich pryzmat definiować słuszność polityki socjalnej państwa.

Spójne państwo, zdecentralizowana gospodarka

W ostatnich latach dyskutowano różne pomysły na dalszy rozwój Polski. Wśród ponawianych co jakiś czas propozycji bodaj największe i skrajne emocje wywołuje decentralizacja państwa. Projekt ten wytwarza nieodparte skojarzenia z rozbiciem dzielnicowym Polski, które datuje się na lata 1138–1320. Nie trzeba sięgać do odległej historii, by wiedzieć, że w czasie wielkich kryzysów lepiej radzą sobie państwa o sprawnych i scentralizowanych rządach. Podczas pandemii koronawirusa USA straciły cenne tygodnie, zanim rząd federalny ujednolicił niespójną politykę poszczególnych stanów.

Nie przeczy to potrzebie decentralizacji gospodarki. Nawet ci, którzy są gorącymi zwolennikami centralizacji państwa powinni wiedzieć, że właśnie poprzez agendy rządowe i oddziały lub nawet centrale jednostek państwowych lokowanych w terenie, rząd zyskuje skuteczne instrumenty oddziaływania na środowiska lokalne. Z kolei miasta wojewódzkie mając w swojej przestrzeni takie placówki dywersyfikują źródła dochodów – choćby minimalnie i tylko czasowo, ale jednak uniezależniają się załamań koniunktury światowej, które mają przemijający charakter i można je przeczekać. Jeśli za przykład wziąć Kraków, to widzimy, że niemal wszyscy, którzy pracowali w branży turystycznej, stracili nagle dochody. W tej sytuacji czynnikiem stabilizującym, przynajmniej dla części rodzin, okazały się wynagrodzenia w niezakłócony sposób wypłacane przez urzędy i instytucje rządowe, przez uczelnie, szpitale etc.

Problem polega na tym, że po 1989 roku kolejne rządy dość niechętnie lokowały instytucje centralne poza Warszawą. W relokacji niektórych instytucji tkwi duży potencjał. Ważne jednak, by dokonać jej na podstawie potencjału kadrowego i położenia geograficznego poszczególnych ośrodków wojewódzkich, a nie w procesie walki politycznej. Chodzi również o to, by nie były to fasadowe i kosztowne przenosiny samych biur, lecz instalowanie w regionach kompletnych centrów decyzyjnych.

Decentralizacja gospodarki, bazująca na miastach wojewódzkich (choć nie tylko), może sprawić, że w obliczu większego zagrożenia – pandemią, terroryzmem, konfliktem zbrojnym itp. – przynajmniej część regionów przetrwa we względnie dobrej kondycji. Po zakończeniu takiego kryzysu może nastąpić ruch migracyjny wewnątrz państwa, ale będzie on bardziej korzystny, aniżeli emigracja poza granicę Polski. Pozytywy dostrzegamy również w budowie pewnej synergii pomiędzy stolicą a miastami wojewódzkimi. Powszechne jest przekonanie, że z pozycji Warszawy trudno nieraz zrozumieć problemy Krakowa, Kielc czy Białegostoku. Większe zespolenie miast wojewódzkich z Warszawą, rozumianą tutaj jako ośrodek władzy centralnej, mogłoby przynieść chwalebne skutki zarówno w dziedzinie gospodarki, jak też w obszarze dialogu społecznego.

Do czego wykorzystać naukę?

W toku kolejnych reform próbowano uczynić naukę bardziej praktyczną i dostosowaną do potrzeb rynku. W tym kierunku zaczęto modelować różnego rodzaju linie grantowe. Nie kwestionujemy tego, że przyjęte rozwiązania zaowocowały większą konkurencyjnością naukowców. Nie podważamy tego, że konieczność planowania budżetu i efektów pracy przynosi pozytywne skutki. Dostrzegamy jednak zbyt nachalne wtłaczanie nauk humanistycznych i społecznych w ramy reguł wolnorynkowych, podczas gdy naukowcy reprezentujący dyscypliny tego nurtu bardzo często największe efekty osiągają wtedy, gdy pracują nad tematami, które pozornie są oderwane od bieżących potrzeb rynku. Zresztą podobnie jest w przypadku innych dyscyplin. Jeśli jakakolwiek instytucja rządowa przydzielająca granty miałaby oceniać przydatność projektów zgłaszanych przez Isaaca Newtona, to całkiem możliwe, że nigdy nie zdobyłby żadnego finansowania. A dzięki jego odkryciom światowa nauka zanotowała wielki postęp, ale dla jemu współczesnych nie musiało to być wcale takie oczywiste.

Dlatego dalszy rozwój nauki powinien następować dwuetapowo. Naukowcy powinni mieć zagwarantowaną autonomię dla doboru tematów prac naukowych i sposobu ich realizacji. Współpraca świata nauki i biznesu powinna być wspierana. Nie przeszkadza to temu, by równolegle w roli aktywnego kreatora badań występował rząd. W ramach zamówień rządowych powinny się rozwinąć badania, które w USA w dużej mierze realizują think tanki. Od kilkudziesięciu lat bezskutecznie oczekujemy w Polsce na narodziny szerokiej gamy think tanków, ale z wielu powodów jest ich mało i jak dotąd większość z istniejących słabo rozwinęła swoją działalność. Błędnie zakładano, że powstaną dzięki inicjatywom wychodzącym z partii politycznych i sektora biznesu. W zagadnienia polityczne wchodzić nie zamierzamy. Brak inicjatywy ze strony biznesu to z kolei temat na oddzielny artykuł. Niewątpliwie ważną rolę odegrał w tym przypadku fakt, że znaczny odsetek dużych i dochodowych firm operujących w Polsce to firmy zagraniczne, które jeśli w ogóle są skłonne dotować think tanki, to raczej w państwach, w których mają zlokalizowane swoje centrale. Proponujemy, by start upy, ale także think tanki powstawały jako partnerstwo rządu, uczelni i instytucji naukowo-badawczych. Mogłyby też realizować projekty zlecane bezpośrednio przez rząd, a państwo występując w roli współinwestora, później czerpałoby zyski z zainwestowanych pieniędzy.

Przed nami mnóstwo wyzwań, które będą wymagały rozstrzygnięć i decyzji o długofalowych skutkach. Przeniesienie części dyskusji z sali sejmowej do laboratoriów naukowych stworzyłoby szanse na to, że choć część z przyjmowanych rozwiązań będzie wynikała w pierwszym rzędzie z racjonalnych przesłanek, a nie z emocji politycznych. Już teraz wiadomo, że programy kształcenia nauczycieli należy w zdecydowany sposób poszerzyć o przedmioty przygotowujące adeptów tego zawodu do pracy zdalnej, do pracy na wizji, poza kameralnymi salami szkolnymi. Dużą niepewność wnosi wpływ zdalnej nauki na kompetencje społeczne małoletnich. Oni już przed pandemią często przedkładali znajomości w sieci nad bezpośredni kontakt z rówieśnikami w tzw. realu. Zalety, a przede wszystkim zagrożenia życia „zdalnego” w nowym, cyfrowym świecie to dla nas jeszcze terra incognita.

Wielki znak zapytania dotyczy również przyszłości turystyki. Pojawiają się już pierwsze głosy mówiące o tym, że kosztem wyjazdów grupowych rozwinie się turystyka indywidualna. To nie lada wyzwanie, bo innymi kanałami docieramy do klienta grupowego, a innymi do indywidualnego.

Krótko rzecz ujmując, historia, która miała odejść do lamusa – przyspieszyła. Po względnie spokojnym, przynajmniej w Polsce, końcu XX wieku zaczyna się – naszym zdaniem właśnie teraz wiek XXI. Rząd Rzeczypospolitej Polskiej, niezależnie od tego, kto będzie trzymał jego stery, musi występować w roli kapitana, który nie ogranicza swojej aktywności do doraźnej reakcji, lecz ambitnie wyznacza dalekosiężne kierunki.

dr hab. Łukasz Tomasz Sroka, dr hab. n. med. Przemysław Tomasik

Powrót do ubóstwa

Powrót do ubóstwa

Ludzkość zawsze toczyła choroba ubóstwa. Dlatego nieocenionym sukcesem państwa opiekuńczego było wprowadzenie nowego, społecznego porządku, oznaczającego m.in. działania na rzecz minimalizowania zasięgu biedy. Ale wirus starego porządku wciąż tkwił w naszej mentalności. Dziś powraca wraz z pandemią.

Państwo jako instytucja rzadko zajmowało się rozwiązaniem kwestii ubóstwa. Chyba że ubodzy stanowili zagrożenie dla władzy lub bieda dosięgała rządzących. Dlatego ubóstwo było zwyczajowo indywidualnym problemem ubogich. Jeśli przyjmiemy, że pierwsze państwa powstały mniej więcej pięć tysięcy lat temu, a problemem ubóstwa władza zaczęła interesować się poważnie około stu lat temu, to okaże się, że przez zaledwie dwa procent rozwoju państwowości kwestia ubóstwa była kwestią uspołecznioną, czyli taką, która miała znaczenie polityczne.

To zastanawiające, gdyż w gruncie rzeczy wszyscy zrodziliśmy się z biedy. Weźmy choćby Europę: prześladowana i wynędzniała starożytna mniejszość chrześcijańska stała się w pewnym momencie większością. To z tej społeczności, społeczności religii biednych, generowała się średniowieczna arystokracja, choć wsparcie współwyznawców w niedoli pozostało zadaniem instytucji religijnych i siłą rzeczy ograniczało się do obszarów zurbanizowanych, czyli ułamka średniowiecznego świata. Idea uczynienia z ubóstwa wartości duchowej ugruntowała inercję władz politycznych w tym obszarze, gdyż oznaczała przesunięcie tej kwestii z codziennej rzeczywistości do obszaru sacrum.

W kolejnych wiekach, jeśli już państwo spoglądało na biednych, czyniło to podejrzliwe i z pogardą, jak na zagrożenie porządku społecznego. Ubodzy stanowili źródło niepokojów, epidemii i dysfunkcji, zatem należało się ich pozbyć, albo przynajmniej uciszyć. Stąd na ogół balansowano pomiędzy dwiema strategiami postępowania z biednymi: szubienicą i litością. Jak pisał Bronisław Geremek – przez wiele epok stryczek dla żebraków współistniał z miłosiernym gestem jałmużny. Represyjność władz w stosunku do ubogich przybierała różne oblicza: od wygnania z miast, poprzez surowe zakazy żebractwa, zamykanie w przytułkach, aż po przymuszanie do pracy. Słynna jest przypowieść o amsterdamskim domu pracy z osiemnastego wieku, gdzie biedaków odmawiających wykonywania pracy „uczono” odpowiednich postaw umieszczając ich w lochach, które powoli zalewano wodą. Aby przeżyć, otrzymywali pompę, z której musieli zrobić odpowiedni użytek, wykształcając tym sposobem – jak sądzono – nawyk pracy.

Przełom w myśleniu o ubóstwie nadszedł wraz z rewolucją przemysłową. W rolniczych społeczeństwach przedprzemysłowych rozproszenie terytorialne oraz brak podmiotowości chłopów skutkowały tym, iż przez wieki nie udało się upolitycznić kwestii ubóstwa. W tym kontekście, w naukach społecznych czasami mówimy o procesie uspołecznienia ryzyk socjalnych, tj. o nadawaniu zbiorowego znaczenia określonym zdarzeniom w życiu człowieka, które powodują zanik dochodów. Generalnie do dwudziestego wieku większość ryzyk socjalnych – jak starość, choroba, niepełnosprawność, brak pracy czy właśnie ubóstwo – nie miała wymiaru społecznego, co oznacza, iż nie były przedmiotem zainteresowania państwa. Pamiętajmy wszak, iż nawet dziewiętnastowieczne społeczeństwa wciąż były w przeważającej mierze wiejskie, gdzie wielopokoleniowa rodzina spełniała rudymentarne funkcje socjalne, a ponadto infrastruktura administracji publicznej tamtych czasów oraz struktura budżetów ówczesnych państw utrudniały realizację, jak mawia Gøsta Esping-Andersen, „kolektywizacji ryzyka socjalnego na masową skalę”.

Wraz z wspomnianą industrializacją rozdziałowi uległo miejsce zamieszkania od miejsca pracy. Rozpoczął się proces przekształcania pojęcia pracy, polegający na jej uspołecznieniu. Praca ewoluowała z naturalnej, indywidualnej czynności ludzkiej w działanie o znaczeniu społecznym, co oznaczało przejście tej wartości ze strefy prywatnej do publicznej. Myśl ta prowadzi nas do oczywistego związku pracy z ubóstwem; można by rzec – jego odkrycia przez państwo. Proletariacka bieda zaczęła być pojmowana nie tylko w kategoriach prywatnych, jednostkowych, ale także w perspektywie grup społecznych o określonej sile fizycznej i politycznej. Wszak istotą rewolucji przemysłowej było również to, iż zdecentralizowane chłopskie masy, będące w poprzednich epokach źródłem ubóstwa, przekształciły się w liczne szeregi robotników scentralizowanych w przyfabrycznym świecie przemysłu. To właśnie te środowiska, swoją masą i mięśniami, wywalczyły pionierskie wprowadzenie przez Otto Bismarcka ubezpieczeń społecznych dla robotników fabrycznych.

Był to początek rozwoju nowoczesnej, nierepresyjnej polityki społecznej. Pierwotnie funkcjonującej zresztą w otoczeniu nie w pełni demokratycznym. Dlatego też ten nowy porządek społeczny nabrał niebywałej siły wraz z upowszechnianiem praw wyborczych. To właśnie równolegle z tym procesem ewoluowała mobilizacja polityczna grup społecznych – z różnych form niestrukturalnych, takich jak nielegalne strajki czy protesty społeczne do sformalizowanych form demokratycznego nacisku – związków zawodowych, grup interesu czy partii politycznych. W ten sposób egoistyczny organizm czysto państwowy przekształcał się powoli we wspólnotowe państwo opiekuńcze, czyli organizację polityczną, która dostrzega biedę oraz reaguje na potrzeby grup społecznych. Ta – jak mawiał Seymour M. Lipset – „demokratyczna walka klas”, miała przede wszystkim wymiar partyjny, gdyż niewątpliwym realizatorem tych zmian były partie polityczne, a szczególnie ugrupowania socjalistyczne, socjaldemokratyczne oraz chadeckie, które traktuje się jako siłę napędową rozwoju polityki społecznej w dwudziestym wieku. Inaczej mówiąc, zmiana myślenia o ubóstwie wiązała się ze zmianą myślenia o społeczeństwie. Z ewolucją postrzegania państwa i jego roli. Rozwój socjalnych funkcji państwa nastąpił w wyniku porzucenia egoistycznych tradycji władzy na rzecz wspólnotowości. Przekształcenie to dokonywało się w imię solidaryzmu społecznego i realizacji idei praw społecznych. Jednego z najbardziej niedocenianych procesów w naszej historii.

Skoro państwo przez wieki spoglądało na biedę zza przyłbicy, to rozwiązaniem problemu ubóstwa zajmować się musieli niestrudzeni poszukiwacze sprawiedliwości i równości społecznej. Od filozofów religii po marksistów. Kto dziś pamięta Thomasa H. Marshalla i jego elegancki esej „Citizenship and Social Class” z 1949 roku? Państwo ma obowiązki wobec jednostek, nie tylko natury cywilnej i politycznej, ale także społecznej – twierdził brytyjski socjolog. Nikt wcześniej tak wyraźnie nie sformułował tej prostej myśli, że obywatel w państwie nigdy nie będzie w pełni obywatelem, jeśli nie będzie miał zagwarantowanego bezpieczeństwa socjalnego. Idea ta, która legła u podstaw konstrukcji państw opiekuńczych, zrywała z wielowiekową zasadą, polegającą na tym, iż biedni byli zależni od innych: od ich łaski.

Ta nowa dwudziestowieczna umowa pomiędzy państwem a ludem miała wymiar iście przełomowy, gdyż określała, iż zapewnienie minimalnego poziomu socjalnego obywateli to obowiązek państwa, a nie prywatnych jednostek. To prawo, a nie dobroczynność. To ustawodawstwo, a nie litość. To w istocie publiczny mechanizm niwelacji wspomnianych wcześniej ryzyk socjalnych. To jedyna szansa na upodmiotowienie biednych i urzeczywistnienie idei równych szans. Na kontynencie europejskim prawa społeczne, a w konsekwencji państwowe systemy ochrony socjalnej, osiągnęły dojrzały kształt na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych dwudziestego wieku. Tym samym, pierwszy raz w historii zminimalizowano poziom ubóstwa na starym kontynencie.

Historia walki z ubóstwem jest historią przełamywania postaw egoistycznych. To zwycięstwo zasady solidaryzmu społecznego nad jednostkowością i uznaniowością. Triumf uniwersalizmu nad partykularyzmem.

Dziś jednak stwierdzenie, iż przez wieki ubodzy stanowili dla państwa wstydliwą chorobę czy narośl, którą nie ma się ochoty ruszać, nabiera zupełnie innego znaczenia. Sytuacje kryzysowe od zawsze odsłaniały prawdziwe oblicze zjawisk społeczno-politycznych. Tym razem epidemia koronawirusa ukazuje, jak w rzeczywistości kruchy porządek zbudowaliśmy, ale nie w obszarze instytucji społecznych, lecz w naszej mentalności. Jak łatwo dziś, w obliczu epidemii koronawirusa, przychodzi nam myśl o społeczeństwie indywidualistów, o selektywności praw socjalnych, o słuszności represyjności władz i instytucji. Jak bez drżenia powieki podważamy zasadę równości społecznej czy publicznej redystrybucji dóbr. Jak bez trudu odbieramy podmiotowość ubogim, zakażonym, poszkodowanym. Zwróćmy uwagę, jak w obliczu epidemii koronawirusa wciąż niewiele mówi się o zapewnieniu ochrony socjalnej grupom najsłabszym społecznie. Jak mało poświęca się działań na rzecz minimalizacji zasięgu ubóstwa, które z pewnością nastąpi. Olga Tokarczuk powiada, że być może czeka nas powrót do starego porządku. W tym kontekście dookreślilibyśmy: powrót do ubóstwa.

Nie miejmy jednak wątpliwości, że o wiele łatwiej będzie nam uporać się z nadchodzącym kryzysem ekonomiczno-społecznym, gdy nie będziemy stosować starego leku na nową chorobę. Gdy wykorzystamy wszystkie dostępne instrumenty polityki społecznej nowoczesnego państwa opiekuńczego, myśląc holistycznie o społeczeństwie jako o solidarnej wspólnocie żyjącej w jednym organizmie, kierującym się zasadą, iż załamanie najsłabszego elementu powoduje powolny upadek całości.

dr Krzysztof Chaczko

Leon Wasilewski: 1 maj w perspektywie dziejowej (1936)

Leon Wasilewski: 1 maj w perspektywie dziejowej (1936)

Zaledwie parę lat brakuje do pięćdziesiątej rocznicy ustanowienia święta majowego. I bardzo już mało towarzyszy pamięta pierwsze wystąpienia robotnicze w dniu tego święta – te skromne początki manifestacji majowych pod hasłem 8-godzinnego dnia pracy, które dopiero z biegiem czasu przekształciły się na coraz potężniejsze manifestacje międzynarodowej solidarności proletariatu.

Sami początkodawcy obchodów pierwszomajowych nie zdawali sobie zupełnie sprawy z tego, czym się one miały stać z czasem.

Jakżeż brzmi owo postanowienie międzynarodowego robotniczego kongresu socjalistycznego w Paryżu w roku 1889, które stało się punktem wyjścia dla manifestacji pierwszomajowych w przyszłości? Oto jego tekst: „Będzie urządzoną wielka międzynarodowa manifestacja w dniu oznaczonym dlatego, ażeby we wszystkich krajach i miastach jednocześnie robotnicy wezwali władze publiczne do wprowadzenia prawa ograniczającego liczbę godzin pracy do 8 godzin i do wykonania innych postanowień kongresu paryskiego. Zważywszy, że podobna manifestacja jest już naznaczona na 1 maja 1890 roku przez amerykański Związek Pracy na jego kongresie odbytym we wrześniu 1888 roku w St. Louis, termin ten jest przyjęty i dla manifestacji międzynarodowej. Robotnicy wszystkich krajów mają wykonać tę manifestację w warunkach, jakie im narzucają poszczególne położenia ich krajów” („Przedświt” nr 13-15 z roku 1889).

Ostatni ustęp tej uchwały liczył się wyraźnie z zastrzeżeniami towarzyszy polskich (popartymi przez tow. Plechanowa w imieniu towarzyszy rosyjskich), którzy oświadczyli, że w szczególnych warunkach, w jakich działają, „nie mogą całości oraz bytu organizacji swej poświęcić udaniu się manifestacji” i że wobec tego „ich agitacja słabsza będzie i nie zawsze odpowiadać może nawet tym chęciom, które sami mają” (tamże).

Najbliższa przyszłość miała prze łamać te skromne ramki, jakie projektodawcy paryscy zakreślali obchodowi majowemu. Miała ona też usunąć nieufność, z jaką – w odniesieniu do możliwości własnych – potraktowali te uchwały socjaliści polscy.

Pokazało się niebawem, że hasło skromnej manifestacji za 8-godzinnym dniem pracy znalazło tak potężny oddźwięk w masach proletariatu całego szeregu krajów, że święto majowe stało się niejako doroczną rewią narastających sił zorganizowanego proletariatu i potężna dźwignią rozwoju międzynarodowego ruchu socjalistycznego. A POLSKI proletariat okazał się wyjątkowo podatnym na hasło święta majowego. I to nie tylko w zaborze austriackim, gdzie warunki konstytucyjne dawały możność jawnego organizowania obchodów robotniczych, ale i w zaborze rosyjskim. Tu strajki pierwszomajowe, zwłaszcza olbrzymie poruszenie mas proletariatu łódzkiego w roku 1892 odegrało olbrzymią rolę w rozwoju naszego ruchu i było jednym z głównych czynników powstania Polskiej Partii Socjalistycznej i jej programu.

Proletariat polski we wszystkich trzech zaborach z całym entuzjazmem w ciągu długich dziesięcioleci brał udział w święcie majowym, niejednokrotnie składając ofiary ze swej krwi serdecznej w manifestacjach ulicznych. Tradycja obchodów majowych stała się u nas nieodłączną częścią świadomości socjalistycznej szerokich mas i robotnik polski nie pozwoli już nikomu wydrzeć sobie prawa manifestowania w dniu 1 maja na rzecz międzynarodowej solidarności proletariatu. Tym bardziej, że w dobie obecnej, kiedy rządzone przez dyktatorów społeczeństwa są opanowane szałem przygotowań do nowych wojen, tylko solidarny opór proletariatu socjalistycznego może zapobiec krwawej katastrofie ludzkości.

Leon Wasilewski

__________________
Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w dzienniku „Robotnik”, centralnym organie prasowym Polskiej Partii Socjalistycznej, nr 145(6628)/1936, Warszawa, piątek 1 maja 1936 r. Od tamtej pory nie był wznawiany. Grafika w nagłówku tekstu pochodzi z publikacji wydanej w roku 1905 przez działającą w zaborze austriackim Polską Partię Socjalno-Demokratyczną.

Leon Wasilewski (1870-1936) – wybitny działacz socjalistyczny i niepodległościowy, współzałożyciel Polskiej Partii Socjalistycznej, redaktor podziemnego „Robotnika” oraz pisma „Przedświt”, jeden z liderów socjalizmu niepodległościowego, bliski współpracownik Józefa Piłsudskiego, teoretyk i publicysta socjalistyczny, wybitny znawca problematyki narodowościowej i mniejszości etnicznych w Europie Środkowo-Wschodniej, minister spraw zagranicznych w pierwszym centralnym rządzie niepodległej Polski, delegat na paryską konferencję pokojową, w II RP członek władz PPS oraz wydawca pism zbiorowych Piłsudskiego.

Duża prędkość w małym mieście

Duża prędkość w małym mieście

Czy koło Białej Rawskiej powstanie kolejna stacja pasażerska na Centralnej Magistrali Kolejowej? Od stworzenia stacji w mniejszych miastach będzie też zależeć akceptacja społeczności lokalnych dla przebiegu nowych linii kolejowych – szprych prowadzących do Centralnego Portu Komunikacyjnego.

Położony na północnym wschodzie województwa łódzkiego powiat rawski to jeden z 53 polskich powiatów, do których nie da się dojechać pociągiem. Paradoks polega na tym, że powiat ten przecięty jest Centralną Magistralą Kolejową, którą każdego dnia przemyka kilkadziesiąt pociągów łączących Małopolskę i Śląsk z Warszawą. Lokalni politycy chcą, by część pociągów zaczęła stawać na terenie powiatu rawskiego.

Cel numer jeden

W listopadzie 2019 r. rada powiatu przyjęła stanowisko, w którym domaga się powstania stacji pasażerskiej w tym rejonie: „Wielu mieszkańców naszych gmin pracuje w Warszawie. Powstanie stacji kolejowej skomunikowanej ze stolicą przyczyniłoby się do zapobiegania stałym migracjom zarobkowym i wyludnianiu się regionu” – czytamy w stanowisku, które zostało poparte przez władze wszystkich sześciu miast i gmin powiatu rawskiego.

Poseł Polskiego Stronnictwa Ludowego Dariusz Klimczak z Rawy Mazowieckiej oznajmił, że doprowadzenie do powstania stacji pasażerskiej w Białej Rawskiej jest jego „inwestycyjnym celem numer jeden w pracy parlamentarnej na rzecz powiatu rawskiego”. O potrzebie powstania tej stacji z miejscowymi parlamentarzystami Prawa i Sprawiedliwości rozmawiał już wiceminister infrastruktury Marcin Horała.

Władze powiatu chcą, by nowa stacja powstała w miejscu, gdzie Centralna Magistrala Kolejowa przebiega na obrzeżach liczącego 3,2 tys. mieszkańców miasta Biała Rawska – w pobliżu wiaduktu drogi wojewódzkiej 725 biegnącej do oddalonej o 15 km Rawy Mazowieckiej, 18-tysięcznej stolicy powiatu.

Białą Rawską i dworzec Warszawa Centralna dzieli 70 km – czas podróży pociągiem InterCity na tej trasie wyniósłby około 40 min. Tyle w Warszawie jedzie tramwaj z osiedla Tarchomin do centrum. W powiecie rawskim mają więc nadzieję, że pracując w stolicy, będzie można – dzięki szybkiemu połączeniu – mieszkać w okolicach Białej Rawskiej.

Magistrala bez tunelu

Gdy w latach 70. XX wieku budowano Centralną Magistralę Kolejową, skupiono się na zapewnieniu szybkiego połączenia aglomeracji śląsko-dąbrowskiej z Warszawą i nikt nie myślał o tym, żeby zaspokoić też potrzeby transportowe mieszkańców obszarów leżących po drodze.

– „Obecnie w projektowaniu linii dużych prędkości obsługa regionów traktowana jest jako podstawowy element funkcjonalności takich ciągów” – podkreśla wiceprezes spółki Centralny Port Komunikacyjny Piotr Malepszak, który odpowiada za planowanie rozbudowy polskiej sieci kolejowej pod kątem obsługi mega-lotniska, które w 2027 r. ma powstać w gminie Baranów nieopodal Żyrardowa.

Już pod koniec lat 90. Komisja Europejska w dokumencie „Europejska perspektywa rozwoju przestrzennego” przestrzegała przed efektu tunelu, zjawiskiem pojawiającym się wskutek planowania szybkich linii łączących największe metropolie bez brania pod uwagę potrzeb mieszkańców mijanych obszarów.

W przypadku Centralnej Magistrali Kolejowej próby przeciwdziałania efektowi tunelu podjęto w XXI wieku – wówczas powstały stacje pasażerskie przy dwóch największych miastach leżących przy tej 224-kilometrowej linii: w 2006 r. otwarto stację w 10-tysięcznej Włoszczowie, a w 2014 r. w pobliżu 22-tysięcznego Opoczna.

Z Włoszczowy do oddalonej o 184 km Warszawy jedzie się około półtorej godziny, zaś 122-kilometrową relację z Opoczna do Warszawy pokonuje się mniej więcej w godzinę. Ze stacji Włoszczowa Północ i Opoczno Południe można szybko dojechać również do Krakowa czy Katowic.

– „Na przykładzie stacji Włoszczowa Północ i Opoczno Południe możemy powiedzieć, że atrakcyjny czas przejazdu bardzo szybko przyciąga klientów do kolei” – mówi Malepszak. Obydwie stacje ściągają pasażerów z promienia około 30 km. Według zestawienia Urzędu Transportu Kolejowego, ze stacji Włoszczowa Północ dziennie korzysta 200-299 pasażerów, a ze stacji Opoczno Południe 500-699 pasażerów.

Stacja dla ludzi

Stacje pasażerskie w Opocznie i Włoszczowie powstały w wyniku rozbudowy istniejących stacji technicznych o perony i przejścia podziemne. Problemem powiatu rawskiego jest to, że w jego granicach nie ma na Centralnej Magistrali Kolejowej stacji technicznej – istnieje jedynie posterunek Biała Rawska, umożliwiający przejazd między torami. Konieczna byłaby więc przebudowa tego posterunku w stację z torami dodatkowymi, na które zjeżdżałyby pociągi mające postój (tak jak dzieje się to na stacjach Opoczno Południe i Włoszczowa Północ). – „Rozwiązanie z peronami przy torach dodatkowych daje większe możliwości pod względem przepustowości” – mówi Malepszak. Gdy bowiem jeden pociąg zatrzymuje się na torze dodatkowym przy peronie, to drugi pociąg – przejeżdżający przez stację bez postoju – może go w tym czasie wyprzedzić torem głównym.

Alternatywą jest stworzenie przystanku osobowego, a więc wybudowanie peronów bezpośrednio przy torach głównych. – „Takie rozwiązanie jest stosowane w Niemczech i Austrii na odcinkach, które zostały zmodernizowane do prędkości 230 km/h” – mówi Piotr Malepszak.

Na przykład zmodernizowaną linią Berlin – Hamburg jeżdżą pociągi InterCityExpress z prędkością 230 km/h oraz pociągi regionalne osiągające 160 km/h. Wiąże się to z tym, że na części przystanków i stacji składy ICE przemykają bezpośrednio przy peronach, na których podróżni czekają na pociągi regionalne. Bezpieczeństwo zapewniają barierki, za które można przejść dopiero po zatrzymaniu się składu.

TGV na dworcu w polu buraków

Wbrew głosom, które towarzyszyły uruchomieniu w 2006 r. stacji pasażerskiej Włoszczowa Północ, postoje szybkich pociągów w mniejszych miastach nie są w Europie czymś wyjątkowym. Co więcej, nie są czymś wyjątkowym postoje w miejscowościach nawet takiej wielkości jak licząca 3,2 tys. mieszkańców Biała Rawska.

We Francji pierwszą peryferyjną stację pasażerską na trasie pociągów TGV otwarto już w 1981 r. wraz z uruchomieniem linii dużych prędkości Paryż – Lyon: stacja leży w pobliżu liczącego 22 tys. mieszkańców miasta Le Creusot i od niego nosi swoją nazwę. Kolejna stacja na tym ciągu – Mâcon-Loché – działa od 1983 r. na obrzeżach Mâcon (34 tys. mieszkańców). Na otwartej w 1990 r. linii Paryż – Tours większość pociągów TGV po drodze zatrzymuje się na stacji Vendôme-Villiers-sur-Loir, położonej koło 17-tysięcznego miasta Vendôme.

W 1994 r. otwarto pierwszą na sieci TGV stację pasażerską na obszarze wiejskim. Choć położoną na linii dużych prędkości Paryż – Lille stację Haute Picardie media nazwały „dworcem w polu buraków”, to znajduje się ona przy węźle autostradowym, dzięki czemu korzystają z niej mieszkańcy nie tylko pobliskich wsi i miasteczek, ale również miast Amiens i Saint-Quentin, oddalonych o ponad 40 km. Ze stacji Haute Picardie korzysta średnio 1,3 tys. osób dziennie. Nazwa stacji nie pochodzi od konkretnej miejscowości, lecz od całego regionu Górna Pikardia – dobrze oddaje to zasięg obszaru, z którego stacje pasażerskie na liniach dużych prędkości przyciągają pasażerów.

Kolejne „dworce w polu buraków” powstały na otwartej w 2007 r. linii dużych prędkości Paryż – Strasburg. Ze stacji Meuse – leżącej na terenach wiejskich departamentu Meuse – dziennie korzysta średnio 490 mieszkańców okolicznych wsi i miasteczek. Stację Lorraine, której nazwa pochodzi od regionu Lotaryngia, zlokalizowano koło liczącej 900 mieszkańców wsi Louvigny – kilka kilometrów od zjazdu z autostrady łączącej ponad stutysięczne miasta Metz i Nancy (ze stacji Lorraine do Metzu jest 29 km, a do Nancy 37 km).

Stacje w interiorze

Najdłuższą w Europie siecią kolei dużych prędkości może poszczycić się Hiszpania. Również w tym kraju szybka kolej nie ogranicza się do obsługi tylko największych miast. Na przykład na linii Malaga – Madryt działają dwie stacje pasażerskie w andaluzyjskim interiorze: stacja Antequera-Santa Ana, położona na terenach wiejskich w odległości 17 km od 41-tysięcznego miasta Antequera, oraz stacja Puente Genil-Herrera, zlokalizowana po 10 km od miast Puente Genil (30 tys. mieszkańców) i Estepa (12 tys. mieszkańców).

W regionie Aragonia, przeciętym przez główny ciąg dużych prędkości Barcelona – Madryt, część szybkich pociągów AVE staje w 20-tysięcznym mieście Calatayud.

Co charakterystyczne dla Hiszpanii, peryferyjne stacje na liniach alta velocidad są obsługiwane nie tylko przez osiągające 300 km/h pociągi dalekobieżne AVE, ale także przez składy kategorii Avant, które kursują z szybkością 250 km/h w relacjach regionalnych: na przykład na 85-kilometrowej trasie Calatayud – Saragossa, zapewniając dojazd w czasie 25 min. z zachodu Aragonii do liczącej 675 tys. mieszkańców stolicy regionu.

Włoszczowa po niemiecku

W Niemczech na uruchomionej w 2002 r. 180-kilometrowej linii dużych prędkości Kolonia – Frankfurt nad Menem stacje pasażerskie zlokalizowano w miastach Siegburg (39 tys. mieszkańców), Montabaur (14 tys. mieszkańców) i Limburg (35 tys. mieszkańców). Najmniejsze z tych miast, Montabaur, leży dokładnie w połowie linii, którą pociągi InterCityExpress kursują z prędkością 300 km/h. To, że co trzeci zwalnia i zatrzymuje się w 14-tysięcznym mieście, jest wynikiem starań władz Nadrenii-Palatynatu, które już na etapie prac planistycznych oznajmiły, że choć linia dużych prędkości ma przebiec skrajem tego landu, to pociągi muszą zatrzymywać się w jego granicach. Według tygodnika „Der Spiegel” decyzja o powstaniu dworca w Montabaur była ceną, jaką kolej zapłaciła władzom landu za bezproblemowe przejście procedury niezbędnej do rozpoczęcia budowy nowej linii. Jedna czwarta kosztów budowy stacji w Montabaur została pokryta przez land i miasto. Inwestycja ta niewątpliwie opłaciła się nie tylko lokalnej społeczności, ale też kolei, która zdobyła wielu klientów wcześniej nie korzystających z pociągów.

Z Montabaur pociągi InterCityExpress w obydwu kierunkach odjeżdżają raz na godzinę od wczesnego rana do północy. Z tego leżącego wśród wzgórz Westerwald miasta można w 35 min. dojechać do śródmieścia milionowej Kolonii oraz w 45 min. do centrum Frankfurtu nad Menem, będącego finansową stolicą Niemiec (po drodze pociągi zatrzymują się przy frankfurckim lotnisku, najważniejszym niemieckim porcie lotniczym). Z Montabaur można bez przesiadki dotrzeć też do Monachium, Norymbergi, Düsseldorfu czy Dortmundu. Jak niedawno poinformował tygodnik gospodarczy „Wirtschaftswoche”, Montabaur to miasto, które cechuje się największym w Niemczech odsetkiem mieszkańców posiadających roczny bilet sieciowy na kolej BahnCard 100 (jego cena to 3952 €).

Każdego dnia ze stacji Montabaur korzysta około 2,5 tys. osób. To nie tylko mieszkańcy tego miasta. Tuż obok stacji znajduje się dworzec autobusowy zapewniający kursy z okolicznych wsi i miast. Ponadto przy stacji zlokalizowane są trzy parkingi Park&Ride zapewniające około 900 miejsc postojowych.

W 2010 r. ekonomiści z London School of Economics oraz Uniwersytetu w Hamburgu zbadali efekty powstania stacji w Montabaur i Limburgu: znaczące skrócenie czasu dojazdu do metropolii zapewniło tym miastom przyspieszenie wzrostu gospodarczego, wywołane pojawieniem się nowych firm na miejscu i poprawą dostępu do miejsc pracy w większych ośrodkach.

Aktualnie nie ma planów

Mimo zagranicznych efektów otwierania linii dużych prędkości na mijane obszary oraz pozytywnej oceny wykorzystania stacji Włoszczowa Północ i Opoczno Południe, spółka PKP Polskie Linie Kolejowe na razie negatywnie podchodzi do koncepcji zlokalizowania w Białej Rawskiej stacji pasażerskiej. – „Aktualnie nie ma planów budowy nowych stacji czy przystanków na Centralnej Magistrali Kolejowej. To linia łącząca stolice regionów, zaplanowana do prowadzenia ruchu międzyregionalnego i międzyaglomeracyjnego” – mówi Mirosław Siemieniec z PKP PLK, dodając, że nie przewiduje się także udostępnienia magistrali przewoźnikom regionalnym. A przecież można sobie wyobrazić pociągi Łódzkiej Kolei Aglomeracyjnej, które kursując w relacji Opoczno Południe – Biała Rawska – Warszawa, zapewniałyby mieszkańcom wschodniej części województwa łódzkiego połączenia z aglomeracją stołeczną. – „Na najbliższe lata planowane jest podniesienie prędkości na Centralnej Magistrali Kolejowej do 250 km/h i obecność pociągów regionalnych wiązałaby się z ograniczeniem przepustowości” – przekonuje Siemieniec.

W Niemczech pociągi regionalne zostały wpuszczone na ciąg dużych prędkości Berlin – Monachium. Na jego bawarskim odcinku, gdzie składy InterCityExpress mkną 300 km/h, kursują także pociągi regionalne osiągające prędkość 140-200 km/h, które obsługują zbudowane na linii dużych prędkości stacje pasażerskie w gminach Allersberg (8 tys. mieszkańców) i Kinding (2,5 tys. mieszkańców). Pociągi regionalne zapewniają bezpośrednie połączenie tych gmin z dwoma największymi miastami Bawarii: Monachium i Norymbergą (na przykład z Kinding do oddalonej o 59 km Norymbergi jedzie się 29 min.). Przy stacjach Allersberg i Kinding powstały parkingi oraz terminale, do których docierają autobusy z okolicznych miast i gmin.

Problemem polskich stacji Włoszczowa Północ i Opoczno Południe jest brak komunikacji autobusowej zapewniającej możliwość dojazdu z okolicznych miejscowości inaczej niż samochodem (pasażerowie zostawiają auta na parkingu albo są podwożeni przez bliskich).

Kij w szprychy

Spółka Centralny Port Komunikacyjny planuje, by nowe linie, zwane szprychami, zapewniały połączenia nie tylko między lotniskiem a największymi aglomeracjami. – „Chodzi też o otwieranie się na tereny do tej pory nieobsługiwane przez kolej oraz o poprawę dostępności dużych miast jak Płock czy Grudziądz, które obecnie mają ubogą ofertę kolejową” – mówi Piotr Malepszak.

Według wstępnych założeń, obsługa części miast, na przykład Kalisza czy Sieradza, ma być zapewniona poprzez łącznice, które umożliwią pociągom zjechanie z linii dużych prędkości, postój przy istniejących dworcach w centrum, a następnie powrót na linię dużych prędkości. W części ośrodków, na przykład w Grudziądzu czy Kępnie, szprychy miałyby w miarę możliwości przebiec przez istniejące stacje. – „W przypadku nowych stacji na linii szybkiej będziemy stosować układ peronów przy torach dodatkowych” – mówi wiceprezes CPK, podając przykład planowanej stacji na obrzeżach 13-tysięcznego miasta Brzeziny, w pobliżu którego przebiec ma szprycha z lotniska w kierunku Łodzi.

O ile w przypadku stacji budowanych bezpośrednio na liniach dużych prędkości łatwiej jest wygospodarować tereny pod parkingi przesiadkowe, o tyle zajazd na tradycyjną stację zapewnia postój w miejscu znacznie lepiej wpisanym w lokalną tkankę oraz możliwość skomunikowania z pociągami regionalnymi.

– „Doświadczenia innych krajów pokazują, że bardziej sprawdza się obsługa istniejących stacji poprzez system łącznic z linii szybkich” – mówi Malepszak. – „Ważne, aby taki zajazd był zaprojektowany w sposób umożliwiający szybkie włączenie się do linii istniejącej”.

Tak obsługiwany jest na przykład niemiecki Coburg (41 tys. mieszkańców). Otwarty w 2017 r. ciąg dużych prędkości Berlin – Monachium został poprowadzony skrajem Coburga, ale wybudowane zostały łącznice umożliwiające zjazd na tradycyjną linię przebiegającą przez miasto. Część pociągów InterCityExpress na chwilę więc opuszcza linię szybką, by przejechać przez centrum Coburga i zatrzymać się na tamtejszym dworcu. Zajechanie do Coburga wydłuża czas przejazdu o około kwadrans – to znacznie więcej niż w przypadku postojów na stacjach zlokalizowanych bezpośrednio na liniach dużych prędkości.

Już po stu dniach funkcjonowania nowego ciągu Berlin – Monachium koncern Deutsche Bahn poinformował, że do i z sześciu pociągów ICE wsiada i wysiada na stacji w Coburgu średnio 300 osób dziennie. Wkrótce potem liczbę pociągów zajeżdżających do Coburga zwiększono do ośmiu.

Budowy kolejnej stacji pasażerskiej na ciągu Berlin – Monachium domaga się obecnie 39-tysięczne Ilmenau w Turyngii. Linia przebiega 7 km od tego miasta.

Tymczasem w Polsce coraz większe kontrowersje budzi proces wytyczania szprych prowadzących do Centralnego Portu Komunikacyjnego. Jednym z ognisk protestu jest liczący 18 tys. mieszkańców Konstantynów Łódzki, przez który ma wbiegać do Łodzi nowa linia w kierunku Wrocławia i Poznania. Burmistrz Robert Jakubowski na jednym ze spotkań z mieszkańcami zwrócił uwagę, że miasto w ogóle nie skorzysta na nowym ciągu: – „To będzie tylko trasa przelotowa, w Konstantynowie nie będzie przystanku”.

Mikołaj Wild, prezes spółki Centralny Port Komunikacyjny, jak na razie próbuje studzić emocje. Tak mówił na przełomie marca i lutego 2020 r. w telewizji TVN: – „Ten czas, gdy będziemy jeździć od gminy do gminy i konsultować każdy z przebiegów, jeszcze nadejdzie. Natomiast to nie jest jeszcze dziś”.

Dopóki mieszkańcom mijanych terenów nie zaoferuje się powstania stacji pasażerskich, dopóty w szprychach nie ujrzą oni jakiejkolwiek korzyści dla swoich małych ojczyzn. I nie zaakceptują żadnego wariantu przebiegu tych linii kolejowych.

Karol Trammer

Tekst pochodzi z dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn” (nr 2/106 marzec-kwiecień 2020)
www.zbs.net.pl

Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Tomasz Chmielewski

Odchudzanie państwa, czyli dowalanie słabszym

Odchudzanie państwa, czyli dowalanie słabszym

Cokolwiek nie działoby się w Polsce, jednego możemy być pewni: popularnością będzie się cieszyła idea taniego państwa, znoszenia regulacji i zestaw podobnych pomysłów, które mają wprowadzić oszczędności i zwiększyć efektywność. Wszak powszechnie wiadomo, że nic tak nie polepsza wydajności danej rzeczy, jak próba przyoszczędzenia na niej. Nie powinno zatem dziwić, że pandemia stała się okazją do forsowania tej niebezpiecznej idei.

„Zanim skończy się epidemia, należy zawieszać niepotrzebne rygory, może np. RODO, a następnie je znieść i ograniczyć biurokrację generującą koszty i pętającą nasze życie i aktywność gospodarczą” – czytamy w tekście Marka Domagalskiego w „Rzeczpospolitej”. Pomińmy już fakt, że RODO to rozporządzenie unijne i Polska nie może go dowolnie zawieszać – z pomysłami Domagalskiego jest głębszy problem.

Kiedy czytam takie wezwania, od razu przypomina mi się obserwacja amerykańskiego ekonomisty Roberta Reicha. Wspomina on, że gdy był sekretarzem pracy w administracji Billa Clintona, to miał ambicję tworzenia prostych i przejrzystych przepisów. Nie mnóżmy regulacji, nie komplikujmy – takie było założenie. Tylko co się okazywało? Gdy już udało się napisać proste prawo, to do gry przystępowali korporacyjni lobbyści, do których zalicza się również część polityków. Tu trzeba zmienić, tu potrzebny jest wyjątek, tu kolejny – mówili. Administracja rządowa się łamała i tak oto powstawały zawiłe regulacje, do których nie ma co podchodzić bez prawników. Nie dlatego, że źli urzędnicy lubią wszystko utrudniać, a państwo jest rozbuchane, ale dlatego, że państwo jest słabe i łamie się przed reprezentantami „wolnego” rynku (swoją drogą, Elizabeth Warren w rozmowie z Reichem wspomniała, że najlepszym sposobem na uchwalenie dobrego prawa w USA jest utrzymywanie go możliwie długo w tajemnicy przed korporacyjnymi lobbystami).

Na ogólniejszym poziomie podobną prawidłowość zauważył David Graeber w książce „Utopia regulaminów”. Neoliberalna rewolucja zapoczątkowana przez Reagana i Thatcher opierała się na obietnicy odchudzania państwa, znoszenia bezsensownych regulacji i ograniczania biurokracji. Brzmi wspaniale, prawda? Każda dorosła osoba zna frustracje związane z niewydolną biurokracją, niemiłymi urzędnikami czy koniecznością wypełniania bezsensownych formularzy. Kiedy więc Reagan mawiał: „Najbardziej przerażające słowa w języku angielskim to: jestem z rządu i chcę ci pomóc” – mogli się z tym utożsamić nie tylko użytkownicy angielszczyzny. Ale ta neoliberalna obietnica to był zwykły PR – tak naprawdę regulacje i biurokracja po neoliberalnej rewolucji miały się dobrze, po prostu zaczęły jeszcze bardziej sprzyjać tym, którzy mają (im więcej, tym lepiej), a mniej tym, którzy nie mają. „Zakrawa to na paradoks – pisze Graeber – polityka, która ma ograniczać ingerencje rządu w gospodarkę, w praktyce zawsze kończy się tym, że przybywa regulacji prawnych, biurokratów i funkcjonariuszy policji”.

No ale może to dlatego, że nadal nie jesteśmy w prawdziwym kapitalizmie, nadal nie mamy prawdziwego wolnego rynku uwolnionego z kajdan państwowych regulacji? Problem polega na tym, że sama idea „wolnego rynku niezależnego od państwa” jest nierealizowalną utopią, która opiera się na błędnym przekonaniu, że rynek jest bytem niezależnym od państwa.

„Historia gospodarcza dowodzi, że narodziny rynków krajowych w żadnym wypadku nie były skutkiem stopniowego i spontanicznego uwolnienia sfery gospodarczej od kontroli państwa. Przeciwnie, ukonstytuowanie się rynku wynikało ze świadomej i często gwałtownej interwencji ze strony państwa, które narzucało społeczeństwu organizację rynkową w celach pozaekonomicznych” – pisał lata temu Karl Polanyi w „Wielkiej transformacji”. Jeszcze zgrabniej ujął to wspomniany wcześniej Reich w książce „The Common Good”: „państwo nie ingeruje w rynek, ono go tworzy”.

Tak naprawdę – powiada słusznie Reich – nie mamy wyboru między regulacjami a ich brakiem, lecz między regulacjami, które sprzyjają tym albo innym grupom społecznym, w zależności od tego, jak są skonstruowane. Komu zaś najczęściej sprzyjają regulacje wprowadzane pod płaszczykiem „znoszenia regulacji”? Ha-Joon Chang, koreański ekonomista, pisze o tym w „23 rzeczach, których nie mówią wam o kapitalizmie”: „Kiedy więc wolnorynkowi ekonomiści mówią, że nie powinno się wprowadzać pewnej regulacji, bo ograniczyłaby ona »wolność« na jakimś rynku, to po prostu wyrażają polityczną opinię o tym, że odrzucają prawa tych, których proponowane ograniczenia miałyby bronić. Zakładają ideologiczną maskę, która ma nas przekonać, że prowadzona przez nich polityka nie jest tak naprawdę polityczna, ale stanowi obiektywną ekonomiczna prawdę, podczas gdy polityka innych ludzi jest polityczna. A tak naprawdę wolnorynkowi ekonomiści są w równym stopniu politycznie motywowani, co ich oponenci”.

Tak więc zamiast zniesienia regulacji, domagajmy się regulacji, które działają na rzecz ludzi pracy, na rzecz wykluczanych i zapominanych, na rzecz ludzi, których nazywamy dziś bohaterami i bohaterkami: od pielęgniarek po osoby sprzątające nasze ulice – a nie na rzecz wielkiego biznesu. Zamiast taniego państwa, domagajmy się państwa mądrego i solidarnego, które chce budować dobrobyt dla wszystkich, a nie dla garstki. Zamiast odchudzania, domagajmy się inwestycji, które dziś potrzebne są szczególnie, jeśli chcemy uniknąć załamania gospodarki.

dr Tomasz Markiewka

O potrzebie empatii według Žižka

O potrzebie empatii według Žižka

Nie sposób zacząć tekstu na temat koronawirusa inaczej niż od pewnego namysłu nad śmiercią, która teraz dla każdego jest, bardzo dosłownie, na wyciągnięcie ręki. Uważam, że dobrym punktem wyjścia będzie tu Arystoteles, który uważał śmierć za właściwą z natury wszystkiemu, co żywe. To sytuuje ją ponad ostatecznymi opozycjami pokroju dobra i zła, w które próbujemy wpisywać codzienne wydarzenia. Śmierć kładzie kres wszelkim ziemskim dywagacjom, nieważne jak istotnym, czyniąc je, w momencie swojego przyjścia, bezsensownymi.

Mowa tu oczywiście o śmierci z perspektywy jednostki, zostawiającej żyjących z konsekwencjami własnego odejścia. Można jednak wprowadzić pewne rozróżnienie między śmiercią zwyczajną a śmiercią dobrą. Chociaż klasyfikacji tej dokonują żyjący, to po stronie (jeszcze niedawno żyjącego, ale już) zmarłego leży nadanie jej znaczenia. Według Arystotelesa dobrą śmierć gwarantowała odwaga, którą ten poczytywał jako śmierć w walce, w imię określonych wartości. Na przeciwnym biegunie była na przykład śmierć powodowana chorobą, stanowiąca jedynie negację życia [1].

W obliczu obecnej sytuacji śmierć z powodu koronawirusa może być jednak interpretowana zarówno jako zwyczajna, jak i odważna. Czymś innym jest bowiem śmierć odpowiedzialnego obywatela, który zaraził się wirusem mimo stosowania się do zaleceń WHO, a czymś innym śmierć kogoś takiego jak doktor Li Wenliang, który wbrew rządowej cenzurze, jako pierwszy doniósł o potencjalnym ryzyku światowej pandemii [2]. Chiński whistleblower w nowej książce Sławoja Žižka, zatytułowanej „Pandemic! Covid-19 Shakes the World”, zostaje usytuowany wraz z Edwardem Snowdenem, Chelseą Manning czy Julianem Assangem jako jeden z bohaterów współczesności. To grono należy jednak poszerzyć o wszystkich pozornie bezimiennych pracowników służb medycznych, codziennie ratujących życie obcych im przecież ludzi. Włączyć do niego powinno się także tych, którzy w swych działaniach byli podobni do doktora Wenlianga, przez co odsunięto ich od możliwości niesienia pomocy. Odwleczenie ewentualnej śmierci nie uczyni jej mniej bohaterską w przypadku kogoś takiego jak pielęgniarka Renata Piżanowska [3], która miała odwagę skrytykować brak przygotowania własnego szpitala do zmierzenia się z pandemią. Tego typu altruistyczne akty tworzą współczesnych bohaterów i tego typu aktów dziś potrzeba, by zapobiec dalszemu rozprzestrzenianiu się wirusa.

To, jak Piżanowska została potraktowana przez dyrektora szpitala – zwolniono ją dyscyplinarnie – stoi w opozycji do przesłania najnowszej książki słoweńskiego filozofa. Chociaż jesteśmy zmuszeni do fizycznego dystansu, bardziej niż kiedykolwiek powinniśmy się zjednoczyć w obliczu wyzwania, jakim jest koronawirus. Žižek odżegnuje się od nazywania go wrogiem, jak również używania wojskowego żargonu, w tym słów takich jak „walka”, by opisać naszą sytuację, ponieważ język ten już się nie sprawdza, nie oddaje powagi sytuacji. Jeśli pandemia powinna nam coś uświadomić, to fakt, że wszelkie konflikty zbrojne są pozbawione sensu.

Piszącemu o pandemii Žižkowi nie chodzi zresztą tylko o sam wirus, ale także o rozprzestrzeniające się wraz z nim fake newsy czy rasizm, których ekspansji sprzyja ponowny wzrost znaczenia państw narodowych. Gdy takowy nastąpił ponad sto lat temu, u jego podstaw leżał pogląd, że tylko one są gwarantem demokracji. Obecnie jest to raczej konsekwencją ksenofobicznych przekonań, jakoby globalizacja i swoboda przemieszczania się – niewątpliwie jedne z przyczyn szerzenia się choroby – były tożsame z „wolnością od państwa” [4]. W neoliberalnej gospodarce wspomniana swoboda sprowadza się jednak głównie do towarów i kapitału, nie można powiedzieć tego samego o ludziach, czego świadectwem jest choćby kryzys migracyjny. Właśnie to uproszczone i ograniczone pojmowanie „jednego świata” sytuuje suwerenne państwo narodowe w roli jedynego gwaranta bezpieczeństwa, posłuszeństwo wobec władzy powinno wobec tego wydawać się czymś naturalnym i logicznym, egzekwowanym przez odpowiednie organy.

I chociaż Žižek, podobnie jak przywoływany przez niego Fredric Jameson, widzi w obecnej sytuacji realizację fabuł filmów katastroficznych, gdzie ludzkość jednoczy się przeciwko prawdziwie demokratycznemu – bo traktującego wszystkich jednakowo – zagrożeniu, nie jest równie optymistyczny w swoich prognozach co Amerykanin. Dla Jamesona scenariusz wspólnego przezwyciężenia różnic wydaje się możliwy do zrealizowania, Žižek pozostaje tu bardziej sceptyczny. Patrząc na działania światowych rządów mamy raczej do czynienia ze scenariuszem podobnym do tego z filmu „Elizjum” Neila Blomkampa z 2013 roku. Tam udało się stworzyć społeczeństwo komunistyczne – przekształcenia kojarzone z działaniami komunistycznymi Žižek obserwuje już teraz, jako przykłady podając stopniowe przejmowanie sektora prywatnego przez państwowy czy możliwość wprowadzenia na jakiś czas bezwarunkowego dochodu podstawowego – jest to jednak komunizm dla wybranych. Bogaci żyją na całkowicie autonomicznej stacji kosmicznej Elizjum, biedni zaś tkwią na Ziemi, którą w swojej analizie filmu Peter Frase przyrównuje do obozu koncentracyjnego, gdzie biedota po prostu tkwi, przepracowując się bez konkretnego powodu [5]. To z kolei stoi w zgodzie z krytykowanym przez Žižka narzucanym samemu sobie przymusem pracy, która nie prowadzi do poprawy warunków życiowych, a jedynie do zmęczenia, wypalenia czy depresji.

Wspomniany film zrywa z zależnością bogatych od biednych, ci drudzy nie pracują na utrzymanie tych pierwszych, co każe postawić pytanie: dla kogo i po co biedni w ogóle pracują? Tego typu stan łatwo wyobrazić sobie teraz, symbolem bogactwa lub statusu stanie się zdaniem Žižka relatywnie normalne życie, takie jak rozumieliśmy je do tej pory. W politycznym dyskursie już funkcjonuje zwrot „nowa normalność” [6]. Gdy przeciętnych obywateli czekają kary za bycie w „niedozwolonych” miejscach lub brak „odpowiedniego” sprzętu, rządowi oficjele jeszcze do niedawna paradowali przed kamerami nie stosując się do jakichkolwiek wytycznych, emanując pewnością siebie i dokonując projekcji spokoju na społeczeństwo myślące przede wszystkim o przetrwaniu.

Z uprzywilejowanych pozycji pokazują nam miniony świat, do którego mamy nie mieć już nigdy dostępu, tak jak mieszkańcy Ziemi do filmowego Elizjum, skrzętnie pilnowanego przed motłochem. Symboliczną granicą między ich i naszą rzeczywistością jest zwykły uścisk dłoni. Obywatele nie tylko są pozbawieni tego luksusu, ale też sami ponoszą odpowiedzialność za własne położenie – to oni mają pilnować się, by nie roznosić wirusa i siedzieć w domach dla dobra innych, to przez ich nieostrożność lekarze są przepracowani, a straż miejska musi patrolować parki i wystawiać mandaty.

Z większą odpowiedzialnością nie idą jednak w parze przywileje, lecz coraz to nowsze ograniczenia. Žižek, bardzo optymistycznie, widzi w tym szansę na powstanie nowego rodzaju komunizmu, podobnego do tego, który udaje się wywalczyć bohaterom „Elizjum” na końcu filmu. Chociaż jesteśmy odizolowani, nie musimy być samotni, a narastające w nas pragnienie bliskości możemy przekuć w coś konstruktywnego, jakkolwiek memicznie to brzmi [7]. W „Historii samotności i samotników” Georges Minois wskazuje na pewien bardzo interesujący paradoks – „podczas godzinnych zakupów w centrum handlowym mijamy więcej ludzi niż średniowieczny chłop mijał przez całe życie” [8], co pokazuje, że dotychczasowa „dostępność” drugiego człowieka wcale nie sprzyja budowaniu relacji. Jeśli już, wzmaga ona obojętność, tymczasem pandemia może okazać się zbawienna dla społecznych więzi. Od niecałych dwóch miesięcy inny człowiek nie jest naszym rywalem w walce o status i posiadanie, ale towarzyszem niedoli, a każda przypadkowa interakcja stanowi szansę na utwierdzenie samego siebie we własnym człowieczeństwie.

Kontakt fizyczny jest odgórnie zakazany, a jedną z kwestii zajmujących Žižka pozostaje to, czy w ogóle jest nam potrzebny do zbudowania silnych więzi. Do tego nawiązuje w otwierającym „Pandemic!” cytacie z Jezusa z Ewangelii według świętego Jana. Właśnie zmartwychwstały, Jezus znosi dotyk jako symbol relacji, mówiąc do Marii Magdaleny: noli mi tangere (nie dotykaj mnie) [9]. Jego powrót do żywych jest możliwy dzięki niefizycznej bliskości, jaką odczuwamy z drugim człowiekiem. To bardzo wymowny obraz, czyniący przesłanie „Pandemic!” błyskawicznie zrozumiałym – skoro już zostaliśmy postawieni w tej sytuacji, niech doprowadzi ona do rozwinięcia empatii, a nie do powrotu barbarzyństwa. Tylko empatia pozwoli nam zrozumieć sytuację drugiego człowieka, obojętnie, czy jest to sąsiad za ścianą czy ktoś żyjący na innym kontynencie – obecnie dzieli nas ten sam dystans, a łączy to samo zagrożenie. Parafrazując powiedzenie przytoczone w książce przez Žižka: bliskość śmierci czyni z nas wszystkich socjalistów.

dr Łukasz Muniowski

 

Przypisy:

1. Arystoteles. Etyka Nikomachejska. PWN, 2020.
2. https://www.bbc.com/news/world-asia-china-51403795
3. https://zdrowie.wprost.pl/koronawirus/w-polsce/10309233/polska-pielegniarka-zwolniona-z-pracy-za-wpis-na-facebooku-przestancie-robic-z-ludzi-idiotow.html
4. Jan-Werner Muller. Przeciw demokracji. Idee polityczne XX wieku w Europie. Wydawnictwo Krytyki Politycznej, 2016.
5. Peter Frase. Cztery przyszłości. Wizje świata po kapitalizmie. PWN, 2018.
6. https://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,173952,25816698,nowa-normalnosc-morawieckiego-czyli-zapomnijcie-o-dawnym.html
7. https://mashable.com/article/shakespeake-coronavirus-king-lear-plague-memes/?europe=true
8. Georges Minois. Historia samotności i samotników. Aletheia, 2018.
9. Co ciekawe, według przekładu w Biblii tysiąclecia jego słowa brzmią: „nie zatrzymuj mnie”.