Kapitalizm na kredyt – refleksja w czasie pandemii

Kapitalizm na kredyt – refleksja w czasie pandemii

Pandemia koronawirusa zostanie zapewne uznana za największą globalną tragedię od czasu II wojny światowej. Zaraza, która już pochłonęła życie kilkuset tysięcy ludzi, wzbudza zrozumiały strach i niepewność o przyszłość. Uczucia te są dodatkowo podsycane przez media, które nie muszą już się specjalnie wysilać w poszukiwaniu tematów zapewniających oglądalność czy tzw. klikalność. Wystarczy, że prowadzą relację na bieżąco, podając najważniejsze informacje z kraju i ze świata, na temat rozwoju pandemii. Wiele z nich dotyczy stanu załamujących się gospodarek. Koronawirus bowiem jak w soczewce ukazuje nam, na jak kruchych fundamentach zbudowany jest gmach światowego kapitalizmu.

Kolos na glinianych nogach – tak zwykło się określać Związek Sowiecki, szczególnie w schyłkowym momencie istnienia. Kilka tygodni zamrożenia gospodarki dowiodło, że taki termin jak ulał pasuje jednak również do kraju uważanego wciąż za największe polityczne, militarne i ekonomiczne mocarstwo świata. W ciągu pierwszych dwóch tygodni liczba bezrobotnych w USA zwiększyła się o 10 mln osób (najwięcej w historii), by po kolejnym miesiącu przekroczyć 30 mln. Wystarczyły dwa miesiące przestoju, by upadłość ogłaszały nawet największe firmy. Hertz, które wspólnie z Avis Budget i Enterprise kontroluje większość amerykańskiego rynku wypożyczalni samochodów, pod koniec maja złożył wniosek o upadłość.

W Europie sytuacja wygląda podobnie. O tyle może lepiej, że na starym kontynencie przepisy prawa pracy nie są tak elastyczne jak za oceanem, dając mniejszą swobodę w zwalnianiu pracowników. To jednak nie rozwiązuje problemu. Firmy co prawda nie mogą z dnia na dzień rozwiązywać stosunku pracy, ale zawsze mają możliwość ogłoszenia upadłości, co de facto wiązałoby się z utratą zatrudnienia nawet przez tysiące osób (w największych korporacjach). Rządy są zatem zmuszone opracowywać programy pomocowe, aby zachować jak najwięcej miejsc pracy. Środki na ten cel pochodzą z pieniędzy publicznych, a więc państwo wspomaga prywatne firmy wpływami z naszych podatków, czyli wszyscy składamy się na utrzymanie tego stanu rzeczy. Oczywiście wyjścia nie mamy żadnego, bo gdy upadnie wielkie prywatne przedsiębiorstwo, to jego załoga i tak znajdzie się na publicznym utrzymaniu.

To, co dzieje się dzisiaj ze światową gospodarką, jest jednak dobrą okazją, by zastanowić się nad kondycją światowego kapitalizmu. Okazuje się bowiem, że dla większości firm brak raptem jedno- czy dwumiesięcznych przychodów rodzi sytuację, w której nie tyle przeżywają kryzys, ale wręcz ich byt jest zagrożony! Nie mam tu na myśli małych, jedno- czy kilkuosobowych firm, wiążących koniec z końcem od pierwszego do pierwszego. Natomiast dla wielu dużych przedsiębiorstw brak wpływów przez zaledwie kilka tygodni powoduje podobno olbrzymie problemy.

Nam, pracownikom, doradza się często, by nie wydawać całości miesięcznej wypłaty. Nawet jeżeli nie mamy jakichś ambitnych celów finansowych, jak kupno mieszkania czy nowego samochodu, należy odkładać część wynagrodzenia, by zbudować tzw. poduszkę finansową. Ekonomiści przekonują, że powinna być ona na tyle duża, aby zapewnić nam normalne funkcjonowanie przez okres minimum trzech miesięcy. Ma zatem stanowić zabezpieczenie na wypadek jakiegoś nieprzewidzianego zjawiska (np. choroby czy utraty pracy). Skoro za jednostkę postępującą rozsądnie uznajemy taką, która oszczędza i dysponuje zabezpieczeniem finansowym, dlaczego tego samego nie mielibyśmy wymagać od przedsiębiorstw? Okazuje się jednak, że w świecie biznesu znacznie większą popularnością od oszczędzania cieszy się kult nieustannych inwestycji. Firmy zadłużają się, by inwestować, a pożyczki spłacają z bieżących dochodów. Kiedy ich brakuje, nie tylko nie starcza im środków na bieżącą działalność, ale stają się dłużnikiem względem podmiotów zewnętrznych. Aby nie być gołosłownym, posłużmy się danymi zamieszczonymi przez portal pulsHR pod koniec zeszłego roku, kilka miesięcy przed kryzysem spowodowanym pandemią koronawirusa. Nieuregulowane płatności przedsiębiorstw widniejących w Krajowym Rejestrze Długów wynosiły 9,4 mld złotych. Na tę kwotę złożyły się zobowiązania ponad 281 tys. firm. Średnio ok. 34 tys. złotych na przedsiębiorstwo.

Oczywiście każda firma powinna dążyć do rozwoju, ale czy na pewno kredyt jest do tego najlepszą drogą? I tutaj możemy wrócić do porównania przedsiębiorstwa z osobą indywidualną. Od nas wymaga się, abyśmy poważnie zastanowili się przed zaciągnięciem zobowiązania. Rozważyli, czy będziemy w stanie je spłacać w przypadku wystąpienia jakiegoś przejściowego kryzysu. Tak samo każde odpowiedzialne przedsiębiorstwo winno skalkulować swoje możliwości.

Tak być powinno, ale nie jest. Być może dlatego, że jeżeli my przeszacujemy swoje możliwości finansowe, to konsekwencje ograniczają się „tylko” do nas samych, ewentualnie naszej najbliższej rodziny. Nie uruchamia się specjalnych programów pomocowych, chroniących przed upadłością. Co najwyżej dostaniemy skromną jałmużnę od państwa i lokal socjalny, pozwalające jedynie na wegetację. Inaczej sytuacja wygląda w przypadku wielkich przedsiębiorstw. Gdy administracja prezydenta Obamy ratowała przed upadkiem największe amerykańskie banki, których fatalna sytuacja wynikała w lwiej części z wysoce niewłaściwej polityki udzielania kredytów, było jasne, że postępuje tak w interesie depozytariuszy. Czyniła to jednak za pomocą środków publicznych. Dzisiaj rządy różnych państw opracowują programy wsparcia dla biznesu, chroniąc interesy obywateli zagrożonych utratą pracy. Rozumiem, że istnieją pewne okoliczności (a obecną pandemię jak najbardziej można do takich zaliczyć), w których nieodzowna jest jakaś forma pomocy prywatnym inicjatywom ze środków publicznych. Rolą biznesu jest bowiem nie tylko zapewnienie miejsc pracy dla obywateli, ale także generowanie wpływów podatkowych czy dostarczanie na rynek pożądanej ilości towarów. Tym bardziej, że sytuacja wielu prywatnych przedsiębiorstw jest pośrednio, a często bezpośrednio skorelowana z konkretnymi decyzjami podjętymi przez władze centralne w związku z rozwojem epidemii. Zastanówmy się jednak, czy nie byłoby wskazane, aby w przypadku podreperowania sytuacji ekonomicznej prywatnego przedsiębiorstwa za pomocą pieniędzy publicznych, nie powinno ono w jakiś sposób zostać zobowiązane do prowadzenia bardziej odpowiedzialnej polityki finansowej.

Mam świadomość, z jakimi trudami i niedogodnościami może wiązać się prowadzenie przedsiębiorstwa. Czasami zadłużenie jest jedynym ratunkiem, by uratować byt firmy i pracę osób tam zatrudnionych. Jest to zrozumiałe, gdyby dotyczyło sytuacji jednostkowych. Przerażająca jest jednak powszechność tego zjawiska, która aż krzyczy o refleksję, czy taka forma kapitalizmu daje nam poczucie bezpieczeństwa i stabilizacji. Kapitalizm na kredyt przypomina bowiem bańkę mydlaną. Dla wprawionych bańkarzy nie stanowi problemu wydmuchanie przez słomkę okazałych pęcherzy powietrza. Bańki jednak pękają momentalnie przy napotkaniu jakiejkolwiek przeszkody.

Marcin Rezik

Polski budżet VAT-em i akcyzą stoi – i dopóki tak będzie, nie będzie sprawiedliwie

Polski budżet VAT-em i akcyzą stoi – i dopóki tak będzie, nie będzie sprawiedliwie

Wobec nasilającego się kryzysu gospodarczego walka z nierównościami ekonomicznymi powinna stać się w Polsce priorytetem. Nie da się jej przeprowadzić bez szeroko zakrojonej reformy jednego z głównych winowajców nierówności – systemu podatkowego.

O tym, że polski system podatkowy jest niesprawiedliwy, pisze się w ostatnich latach sporo, kładąc nacisk gównie na wątek podatków dochodowych (PIT i CIT) oraz składek na ubezpieczenia społeczne. Słusznie wskazuje się, że w Polsce dochody z CIT są nieadekwatnie niskie, a PIT i składki – w praktyce regresywne, ponieważ bardziej obciążają osoby o niskich dochodach, niż te o wysokich.

W dyskusji o podatkach rzadziej natomiast wybrzmiewa temat podatków pośrednich (VAT-u i akcyzy). Tymczasem w kraju takim jak Polska, gdzie nierówności ekonomiczne są znaczne, ich charakter i umiejscowienie w systemie dodatkowo potęgują one efekt niesprawiedliwości. W rezultacie, analizując całościowo dwa główne filary systemu – i daniny dochodowe, i konsumpcyjne – trudno dopatrzeć się w polskim modelu istotniejszych przejawów progresji. [1]

Regresywność podatków konsumpcyjnych

W budżecie państwa za 2018 rok VAT stanowił połowę całkowitych podatkowych dochodów budżetowych (ok. 175 mld z ok. 350 mld), a akcyza – ok. 20 proc. Łącznie więc podatki konsumpcyjne odpowiadają za aż 70 proc. dochodów państwa pochodzących z podatków (przy czym dochody niepodatkowe to bardzo niewielka część budżetu). Częściowo wynika to z faktu, że dochody z PIT i CIT dzielone są pomiędzy państwo a samorządy, jednak nawet włączając do analizy całość pobranego PIT i CIT, tj. zarówno część zasilającą budżet centralny, jak i tę przekazywaną samorządom, udział VAT w wymienionych podatkach pozostaje najwyższy (42 proc.), a akcyza plasuje się na trzecim miejscu (17 proc.), istotnie przewyższając CIT (11 proc.).

Zatem, mimo znacznych różnic dochodowych i majątkowych w społeczeństwie, w Polsce wydatki budżetowe finansuje system, który opiera się na podatkach konsumpcyjnych, w szczególności na podatku VAT. A te ze swojej natury są regresywne: jeżeli w cenie danego koszyka produktów koszt VAT wynosi sto złotych, to te sto złotych będzie zdecydowanie istotniejszą częścią dochodu osoby zarabiającej dwa tysiące złotych na rękę, niż kogoś dysponującego miesięcznie kilkunastoma tysiącami złotych. Nie wspominając już o milionerach, którzy wydania owych stu złotych pewnie nawet nie zauważą. Dodatkowo, co dość oczywiste, im mniejsze mamy dochody, tym większą ich część (procentowo) przeznaczamy na konsumpcję – zwłaszcza tę najbardziej podstawową.

Co więcej, nawet jeśli spojrzymy na VAT i akcyzę od strony wydatków danego gospodarstwa domowego, a nie jego dochodów (na zasadzie: im więcej konsumujesz, tym finansujesz większą kwotę podatków pośrednich), to tak rozumiana „proporcjonalność” nadal nie gwarantuje sprawiedliwości. Dla kogoś dysponującego tysiącem złotych na wydatki, koszt VAT-u wynoszący 230 złotych będzie bardziej odczuwalny, niż formalnie proporcjonalne 2300 złotych zapłacone przez osobę, która mogła przeznaczyć na zakupy dziesięć tysięcy złotych (jest to tzw. prawo malejącej krańcowej użyteczności).

Badania ekonomiczne potwierdzają, że regresywność VAT-u najbardziej uderza w najbiedniejszych. Pod koniec 2014 r. OECD przeprowadziła analizę, w której porównała stosunek obciążenia podatkiem VAT do dochodów gospodarstw domowych w państwach zrzeszonych w Organizacji. [2] Zastosowano metodę decylową, tj. podzielono społeczeństwa na dziesięć grup dochodowych, w ramach których pierwszy decyl (pierwsze 10 proc. ludności) reprezentowany jest przez najuboższą część społeczeństwa, a ostatni decyl (ostatnie 10 proc.) – przez grupę najbogatszą. Okazało się, że w większości krajów OECD obciążenie VAT-em w stosunku do dochodu jest dwukrotnie wyższe w gospodarstwach domowych należących do pierwszego decyla dochodowego (czyli najuboższych), niż w przypadku rodzin plasujących się w ostatnim decylu (najzamożniejszych).

Co ciekawe, różnice pomiędzy pozostałymi grupami dochodowymi nie są już tak wyraźne. Proporcja między VAT a dochodami gwałtownie spada, gdy porównuje się pierwszy i drugi decyl, podobnie duży spadek można zaobserwować między decylami dziewiątym i dziesiątym. W decylach „środkowych”, udział VAT w finansach gospodarstw domowych łagodnie maleje wraz ze wzrostem ich dochodów. Skutki dystrybucyjne podatku VAT są więc szczególnie dotkliwe dla najbiedniejszych, a w przypadku najbogatszych sytuacja jest dokładnie odwrotna.

Ten niesprawiedliwy stan rzeczy wydaje się być dość wygodnym dla rządzących i zapewne dlatego mamy od lat taki a nie inny status quo. Podatki pośrednie, zwłaszcza VAT, są powszechne, bardzo efektywne fiskalnie i co do zasady odporne na optymalizacje (pomijamy przypadki wyłudzeń będących ewidentnym przestępstwem). Dzięki konstrukcji, w której formalni podatnicy (przedsiębiorcy) i podmioty faktycznie finansujące podatek (konsumenci) to dwie odrębne grupy – podwyższenie VAT-u i akcyzy, a potem utrzymywanie ich na wysokim poziomie, wydaje się politycznie mimo wszystko łatwiejsze niż reforma podatków dochodowych czy majątkowych. Po pierwsze dlatego, że dotyczy wszystkich i nie daje się wpisać w popularną narrację „karania” danej grupy społecznej podatkami. Po drugie – bo o ile np. swoje roczne rozliczenie PIT każdy z nas ma czarno na białym, o tyle większość obywateli nie jest w stanie stwierdzić, jaką kwotę VAT-u i akcyzy sfinansowali w danym roku ze swoich kieszeni. A, jak wiadomo, czego oczy nie widzą, tego sercu mniej żal.

„Wina” PKB?

Z drugiej strony można spotkać się z poglądem, że analiza wpływów budżetowych niewiele mówi o określonym systemie podatkowym, bo nie uwzględnia struktury PKB danego kraju, oraz że w Polsce wysokie wpływy z VAT są w dużej mierze związane właśnie z wysokim udziałem konsumpcji w naszym produkcie krajowym. [3]

Zgodzimy się, że jeżeli naszym celem jest porównanie skali opodatkowania różnymi podatkami w kilku krajach, to patrzenie na „gołe” liczby nie odzwierciedli różnic miedzy tymi państwami, i istotne będzie tu uwzględnienie danych o kondycji czy strukturze ich gospodarek. Jeżeli jednak rozważamy jeden konkretny system podatkowy, to analiza poszczególnych wpływów budżetowych wydaje się przydatna, o ile osadzimy je w pewnym kontekście. A ten powinno wyznaczać nie tylko pytanie o PKB, ale również o obowiązujące stawki podatkowe, istniejące luki prawne umożliwiające unikanie płacenia określonych podatków oraz o to, jakie zdarzenia uznano za „warte” opodatkowania, a jakie opodatkowano w sposób marginalny lub w ogóle pominięto.

W Polsce podstawowa stawka VAT (23 proc.) jest relatywnie wyższa niż stawka CIT (19 proc.). Oczywiście podatki te różnią się między sobą konstrukcją, jednak dobór stawek pokazuje pewien kierunek myślenia prawodawców. Polska stawka VAT jest też stosunkowo wysoka na tle innych krajów Unii. Unijna średnia wynosi 21,5 proc., a w aż osiemnastu państwach UE obowiązuje stawka niższa od polskiej (m.in. Niemczech, Francji, Hiszpanii, Czechach czy Słowacji). Na rzecz rodzimych rozwiązań przemawia natomiast dość szerokie zastosowanie stawek preferencyjnych (5 i 8 proc.) oraz fakt, że są one faktycznie niskie, również na tle innych państw UE.

Warto też zauważyć, że za wartością konsumpcji (tj. w uproszczeniu cenami finalnych towarów i usług nabywanych przez gospodarstwa domowe) stoją zasadniczo wartość kapitału, koszt pracy i dochód osiągnięty przez dostawców towarów i usług. Jako że w Polsce koszty pracy są generalnie niskie, należałoby spodziewać się, że wysoka konsumpcja będzie generować wysokie dochody z kapitału. Tym samym, z perspektywy budżetu, duże dochody z VAT teoretycznie powinny iść w parze z dość istotnymi dochodami z CIT (co do zasady najwięksi przedsiębiorcy są podatnikami CIT, a nie PIT). A mimo to tak się nie dzieje. Gdy weźmiemy jednak pod uwagę np. obowiązujące w Polsce liczne specjalne strefy ekonomiczne (a od połowy 2018 r. również ulgi podatkowe dla niektórych inwestorów niezależne od miejsca położenia przedsiębiorstwa) czy też fakt, że część dochodów z kapitału wypracowanych w Polsce nie pozostaje w kraju i nie zostaje tu w praktyce opodatkowana, to ta dysproporcja między VAT i CIT wydaje się logiczna, a struktura polskich wpływów budżetowych – spójna z tym, co generalnie wiemy o naszym systemie podatkowym.

Z perspektywy tego systemu istotnych jest (lub mogłoby być) także wiele zdarzeń gospodarczych, które nie znajdują odzwierciedlenia w wielkości czy strukturze PKB, tzn. nie są przy wyliczaniu PKB brane pod uwagę. Mamy tu na myśli kilka zjawisk. Po pierwsze, transakcje polegające na zmianie właściciela określonego majątku, a nie generujące żadnej wartości dodanej, jak otrzymanie spadku czy darowizny, obecnie w praktyce w zasadzie nieopodatkowane. Po drugie, posiadanie kapitału danego rodzaju – jest to punkt wyjścia np. w podatku katastralnym, również nieistniejącym w Polsce i budzącym duże kontrowersje, mimo że można wyobrazić sobie różne jego konstrukcje, np. znaczne ulgi w opodatkowaniu nieruchomości wykorzystywanych na cele mieszkaniowe. Po trzecie wreszcie, osiąganie dochodów z obrotu papierami wartościowymi czy udziałami w spółkach – opodatkowane zryczałtowaną, dziewiętnastoprocentową stawką PIT, niepodlegającą, w przeciwieństwie do dochodów z pracy, żadnej progresji.

Powyższe przykłady pokazują, że nawet przy niezmienionej strukturze PKB czy, szerzej, kondycji gospodarki, system podatkowy może zostać ukształtowany różnie, i być mniej lub bardziej sprawiedliwy. Doceniając więc wagę zależności między uwarunkowaniami ekonomicznymi a podatkami, warto jednak podkreślić, że decyzje o przyjęciu lub odrzuceniu określonych rozwiązań mają w dużej mierze charakter ideologiczno-polityczny. W Polsce zdecydowano, że podatki będą najbardziej obciążać najuboższych.

Karolina Pervanić, Mikołaj Paja

Przypisy:

1. Druga stawka PIT i tzw. danina solidarnościowa jedynie w niewielkim stopniu łagodzą problem nierówności, zwłaszcza wobec powszechnego zastosowania podatku liniowego.

2. The Distributional Effects of Consumption Taxes in OECD Countries, 2014.

3. Zob. np. https://krytykapolityczna.pl/gospodarka/podatki-do-gruntownej-reformy-sutowski-sawulski/

Good bye Ameryka, quo vadis Europo?

Good bye Ameryka, quo vadis Europo?

Czasami to, co niewyobrażalne, jest niezbędne. Świat rozwinięty, cywilizowany i kulturalny, a zatem Ameryka i Europa, zmaga się właśnie z wielkim testem. Sytuacje nadzwyczajne, takie jak pandemia koronawirusa COVID-19, często brutalnie odsłaniają relacje władzy i zależności poszczególnych porządków społecznych. Możemy dowiedzieć się, ile naprawdę warte jest ludzkie życie, ile pieniędzy i wysiłku wkładają poszczególne rządy w to, aby je chronić. Widzimy podział pracy w społeczeństwach, przekładalny często na ryzyko zarażenia i powikłań.

Destrukcyjna logika nieregulowanego kapitalizmu doprowadziła w poszukiwaniu wyższych rent wynikających z taniej siły roboczej do niepotrzebnych śmierci i innych strat. Rozciągnięte do granic możliwości łańcuchy dostaw leków, sprzętu, odczynników i komponentów, skutkują bardzo realnymi ludzkimi tragediami, ale odpowiedzialni za nie hiperglobaliści nie będą pociągnięci do odpowiedzialności. Fundusze private equity możnych tego świata niszczą tradycyjne biznesy, dobrze działające dawniej w warunkach regulowanego kapitalizmu, ale wystawiane na śmierć w nowej rzeczywistości. Ta nowa rzeczywistość wymaga monopoli i oligopoli na każdym rynku. Wymaga tworzenia korporacyjnych gigantów, samoregulujących się dzięki przekuciu siły gospodarczej we władzę polityczną. Wymaga podejmowania miliardowego ryzyka kosztem społeczeństwa, jeżeli ma przynieść choćby jednego dolara więcej. Każde inne działanie byłoby sprzeczne z interesem akcjonariuszy, a zatem nielegalne oraz „nieetyczne”.

Czasami konsekwencje są już bardzo blisko niszczycieli i wydaje się, że lada moment doświadczą oni, jak kruchy świat urządzili. Tak jak w 2012 roku, gdy rekiny finansjery z Wall Street, podobnie jak reszta nowojorczyków, znaleźli się w następstwie przerwanych przez huragan Sandy globalnych łańcuchów dostaw w odległości jednego dnia od kompletnie pustych sklepów i magazynów z żywnością. Chociaż pewnie i wtedy nie połączyliby faktów.

W ekstremalnych warunkach pandemii COVID-19 amerykańscy oligarchowie zadbali o zarządzony przez Kongres USA, a administrowany przez Rezerwę Federalną, transfer bogactwa od społeczeństwa do siebie. W bezprecedensowy sposób zamieniają na świeże zielone dolary śmieciowe obligacje korporacyjne, których nikt na rynku nie chciałby dotknąć (tzw. obligacje high-yield, czyli wysoko-rentowne, a w praktyce ekstremalnie ryzykowne). Technicznie wszystko jest bardzo skomplikowane, przykładowo Fed skupuje obligacje o nic nie mówiących nazwach, typu „SPDR HY Bond ETF”, zawierające w sobie w istocie dług. W praktyce jednak nie różnie się to wiele od emisji pieniądza przez same prywatne fundusze (skoro pieniądze z Eurobiznesu mogą wymienić na dolary). To wszystko powoduje, że gdy amerykańscy obywatele i biznesy liczą każdy cent i często są zmuszeni do bankructwa, oligarchia finansowa z walizkami pieniędzy może kupić każdy biznes, budynek czy inne aktywa. Amerykańscy miliarderzy zwiększyli swój stan posiadania o 565 miliardów dolarów od momentu przeprocedowania przez Kongres pod koniec marca specjalnej ustawy kryzysowej.

Aby dopełnić obrazu rozpaczy, warto nadmienić, iż transfer bogactwa (tzw. CARES Act) odbył się za przyzwoleniem i z poparciem zarówno parlamentarnej, jak i pozaparlamentarnej lewicy (od Berniego Sandersa i Alexandrii Ocasio-Cortez, po komentatorów socjalistycznego pisma „Jacobin”). Zapowiadający werbalnie radykalną rewolucję wykazali się kompletnym niezrozumieniem faktycznych mechanizmów akumulacji władzy gospodarczej i politycznej przez korporacyjną oligarchię. Mogliby pobierać nauki o tym, jak okiełznać ich władzę od Franklina D. Roosevelta, gdyby nie to, że bardziej niż wielkiego prezydenta doceniają niszowych myślicieli owiniętych w czerwoną flagę. Z pewnością za jakiś czas progresywni parlamentarzyści i aktywiści będą proponować nałożenie podatku majątkowego od majątku, który pomogli przetransferować do najbogatszych. Jedyny sensowny zapis CARES Act, o dofinansowaniu płac głównie małych i średnich firm, na który i tak przeznaczono niewystarczające środki, wywalczył prawicowy senator Marco Rubio…

Stany Zjednoczone Ameryki były projektem, którego wizjonerscy przywódcy byli świadomości ogólnoludzkiego znaczenia. Pisma i przemówienia XIX-wiecznego amerykańskiego prezydenta Abrahama Lincolna doskonale to pokazują. Lincoln chciał zniszczyć nieludzki system społeczny i zbudować opartą na przemyśle konkurencyjną gospodarkę jako wzór dla innych i nowy biegun siły. Przewidywał także, iż siła USA może przydać się w inny sposób i być może wojska amerykańskie będą musiały przekroczyć Atlantyk, aby bronić demokratycznych wolności przed zakusami tyranii. Dzisiaj to USA są pod butem tyranów-plutokratów i chociaż zrzucenie tej tyranii jest niezbędne, to trudno to sobie wyobrazić.

Patrząc na stan naszych amerykańskich przyjaciół, Europa musi sama wykazać się w trudnych momentach przywództwem i solidarnością wobec innych kontynentów. Nie tylko Stany Zjednoczone potrzebują pomocy. Z Afryki dobiegają głosy o pladze szarańczy, która będzie mieć wpływ na zaspokojenie potrzeb żywnościowych. Jest też zwiastunem trudnych dekad związanych z wieloma nawarstwiającymi się kryzysami ekologicznymi. Z kolei z Azji dochodzą niepokojące sygnały o kruchości poszanowania wolności indywidualnych, a także o zagrożonej podmiotowości mniejszych państw. Niewykluczone, że sukces Europy jest historyczną koniecznością.

Jak wspominano już na tych łamach, przerwanie negatywnej spirali europejskiej depresji, dezintegracji i powstania ksenofobicznych reżimów mają w swojej gestii „niemiecki rząd i niemiecki podatnik”. Nawiasem mówiąc, warto, abyśmy jako Polska byli świadomi, iż potencjalne globalne znaczenie naszych działań ma mniej wspólnego z byciem wysuniętym przyczółkiem NATO (co oczywiście też jest istotne), a więcej z byciem sąsiadem i ważnym partnerem państwa o kluczowym wpływie na przyszłość Unii. Wewnętrzna polityka niemiecka wpłynie na całą Europę i w związku z tym powinna być traktowana jako oczywiste pole aktywności innych państw europejskich.

To decyzje Berlina dotychczas powstrzymywały wzięcie wspólnej odpowiedzialności przez państwa Unii za zapewnienie stabilności finansowej bardziej narażonym na ataki spekulacyjne, a potrzebującym inwestycji krajom południa UE. Co gorsza, niemiecki sąd konstytucyjny uznał w trakcie pandemii, iż musi wymóc od Europejskiego Banku Centralnego zapewnienia o właściwości działań EBC (tzw. luzowanie ilościowe), których nie wymagał (w ich opinii – nie dopełniając swych obowiązków) Europejski Trybunał Sprawiedliwości. EBC nie zamierza się tłumaczyć powołując się na ETS, zaś niemiecki sąd nakazuje wycofanie współpracy z EBC niemieckiemu bankowi centralnemu (który jest częścią struktury EBC). Polityk CDU Elmar Brok skrytykował sąd konstytucyjny, mówiąc, że spełnił on wszystkie życzenia skrajnej prawicy.

Niemieckie ministerstwo finansów zareagowało na tę próbę narzucenia ograniczeń w zadziwiająco odważny sposób – poprzez „ucieczkę do przodu” i pierwszy wyraźny zwrot solidarnościowy na rzecz cierpiących społeczeństw południa UE. Na wspólnej konferencji przywódców Francji i Niemiec 19 maja zaproponowano wyemitowanie przez Komisję Europejską (a zatem nie przez EBC) wspólnotowego długu przeznaczonego na nowe wydatki. Do 500 miliardów euro grantów dojdzie 250 miliardów euro pożyczek, z czego w nieproporcjonalnie wysoki sposób mają skorzystać kraje południa, w tym uderzone koronawirusem Włochy. To może otworzyć perspektywę tak zwanego „momentu hamiltońskiego” (od sekretarza skarbu Alexandra Hamiltona, który uwspólnotowił dług poszczególnych stanów USA, tworząc de facto organizm państwowy).

Skąd Unia chce wziąć nowe przychody? Ponieważ nowy dług jest długoterminowy, ta kwestia jeszcze nie została rozstrzygnięta, ale mówi się o nowych źródłach dochodu od razu z poziomu centralnego UE, takich jak np. podatek węglowy, cyfrowy, od transakcji finansowych. Stawiałoby to rządy państw UE w lepszej sytuacji w przyszłości. Gdyby UE miała własne źródło przychodów, poszczególne państwa nie musiałyby wewnętrznie tłumaczyć się z finansowania przed podatnikami, wyłączając ten obszar z gry politycznej.

Dodatkowo niemieccy politycy chcą podejść do narzekania na „południową niegospodarność” w bardziej konstruktywny sposób niż dotychczas, tj. ograniczyć unikanie podatków w tych krajach poprzez europejski audyt podatków dochodowych i majątkowych.

To wszystko oczywiście niesie szereg zagrożeń. Zmierzanie w kierunku ściślejszej konfederacji o cechach bliższych federacyjnym lub wręcz państwowym stawia szereg pytań o wykonalność tych zamysłów w warunkach deficytu demokracji UE i nacjonalistycznych impulsów targających krajami. Podobnie jak poprzednie pomysły integracyjne oderwanych od społecznego pulsu euroentuzjastów, ten również napotka i wywoła wstrząsy. W przeciwieństwie jednak do np. wprowadzenia euro w taki sposób jak to nastąpiło, idea wspólnego długu jest niezbędna dla zachowania spójności wspólnoty europejskiej. W efekcie pójścia tą drogą uniknięta zostanie dezintegracja UE i polityczny upadek podzielonej Europy, ale każdy kraj UE będzie musiał uznać za swoją politykę wewnętrzną polityki wewnętrzne innych państw (na czele z zagrożeniami niemieckimi typu AfD). Że przy 27 krajach jest to niespotykana w historii świata ekwilibrystyka? Najwyraźniej nie mamy wyjścia i musimy się tego nauczyć.

Krzysztof Mroczkowski

Nowy Zielony Ład czy walka o ogień?

Nowy Zielony Ład czy walka o ogień?

Jeszcze kilka miesięcy temu górnicze związki zawodowe skupione były głównie na obronie interesu pracowniczego i społecznego w transformacji energetycznej, gdyż przekonywano górników, że nie ma innej alternatywy. Dziś wiele wskazuje, że górnicy byli zwyczajnie oszukiwani. Głównym celem transformacji może być nie ochrona klimatu, lecz walka o opanowanie rynku energii.

Polscy górnicy przecierają oczy ze zdumienia, czytając doniesienia, że w Niemczech po cichu uruchomiono nową elektrownię węglową. Jeszcze bardziej zdumiewające jest, że w Belgii pracują reaktory atomowe, które powinny być dawno wyłączone, gdyż przeglądy wykazały tysiące mikropęknięć w komorach ciśnieniowych. W ostatnich miesiącach przekonywano górników, że zwały węgla rosną, gdyż Polska jest zobowiązana odbierać nadwyżki energii z krajów UE, oczywiście w ramach „nowego zielonego ładu”. Podobno tak mocno wiało, że nadwyżka pochodziła z generatorów wiatrowych. Wprawdzie strona związkowa zgłaszała swoje podejrzenia, że nie jest to cała prawda, ale nikt nikogo za rękę nie złapał. Dziś okazało się, że podejrzenia związkowców były słuszne. Ukryty cel takiej, a nie innej transformacji, jakim jest walka o rynek energii, w świetle ostatnich doniesień, wyszedł na jaw. Kto teraz przekona górników, że muszą poświęcić swoje miejsca pracy w imię ochrony klimatu i interesu publicznego? Bo nie widać w tym ani ochrony klimatu, ani interesu publicznego, czyli suwerenności energetycznej i ochrony miejsc pracy.

Sygnały płynące ze strony rządowej powinny ucieszyć zwolenników szybkiego zamykania kopalń. Wprawdzie nikt nie mówi o likwidacji górnictwa, ale jeśli wypowiedzi ministra aktywów państwowych Jacka Sasina są zapowiedzią kierunku obranego przez rząd, to nie trzeba będzie likwidować górnictwa – ono samo się zlikwiduje. Wynika z nich bowiem, że plan na górnictwo ogranicza się do działań biznesowych i restrukturyzacyjnych oraz chęci poddania górnictwa kolejnej weryfikacji rynkowej, a wiadomo, że w czysto rynkowej grze nasze górnictwo poległoby już dawno. Według sygnałów, jakie płyną z ministerstwa, podstawą tych planów miałoby być podzielenie spółek energetycznych i rozdział aktywów „czystych” od „brudnych”. Zatem do „czystych” trafiłaby dystrybucja i przesył, do „brudnych” – wytwarzanie i wydobycie. Innymi słowy, oddzielenie aktywów bardzo zyskownych, które i tak zarabiają, niezależnie od źródeł wytwarzania, od samych źródeł wytwarzania, które muszą ponosić koszty produkcji w coraz trudniejszej sytuacji dla zawodowej energetyki węglowej, która jako jedyna w Polsce jest energetyką suwerenną i niezależną od światowych rynków paliw i innych źródeł energii.

Poddanie jej wyniszczającej konkurencji z rynkiem sterowanym przez wielkich graczy na arenie międzynarodowej, kontrolującymi zasoby paliw i mającymi już odpowiedni wkład OZE do miksu energetycznego – oznacza koniec energetyki węglowej i suwerenności energetycznej. Zwraca już na to uwagę m.in. Witold Jurasz, który nie jest zwolennikiem węgla. Tak pisze w mediach społecznościowych: „Niemcy właśnie, po cichu i bez fanfar, uruchomiły nową elektrownię węglową. Reklamowany przez niektórych polskich ekspertów – czysto zapewne przypadkowo pracujących w ośrodkach analitycznych opłacanych przez niemieckie koncerny – »koniec epoki węgla« w Republice Federalnej oznacza bowiem jedynie koniec wydobycia węgla u naszego zachodniego sąsiada, ale nijak nie oznacza wygaszania energetyki węglowej. Przeciwnie – właśnie uruchamiane są nowe moce. Powyższe nie oznacza wcale, że pomysły naszych wielbicieli węgla mają sens, bowiem z racji kosztów jego wydobycia w naszym kraju i nam przyjdzie zmierzyć się z perspektywą »końca epoki węgla«. To zaś oznaczać będzie wzrost importu tego surowca z Rosji, co w naszym wypadku oznacza wszakże zupełnie co innego niż w wypadku Niemiec, choć – dodajmy uczciwie – import węgla nie uzależnia tak jak import gazu (bo kierunek importu łatwo zmienić i nie trzeba mieć dla tego kosztownej infrastruktury)”.

Ten aspekt suwerenności i stabilności systemu energetycznego w ogóle nie pojawiał się w debacie o energetyce węglowej, więc wypada teraz zwrócić na niego uwagę, bo może mieć poważne konsekwencje nie tylko dla pracowników branży, ale także dla odbiorców i polskiej gospodarki.

Nie wdając się w techniczne rozważania o tym, na czym polega stabilność systemu, można opisać to tak: moc wyprodukowana, powinna odpowiadać w przybliżeniu mocy zapotrzebowanej przez odbiorców. Jeśli jest zbyt mała, to zwyczajnie gdzieś zabraknie prądu. Nie może też być zbyt duża. Długie linie przesyłowe mają swoją indukcyjność i pojemność, co oznacza, że może pojawić się zbyt duże napięcie w sieci, a to jest zjawisko szkodliwe. Wynika z tego, że zmienne źródła energii z wiatru czy słońca muszą być uzupełniane źródłem stabilizującym, czymś, co można oszacować i mieć na to wpływ. Takim źródłem jest właśnie energetyka konwencjonalna, czyli cieplna. Póki nie pojawi się technologia magazynowania energii z OZE czy inne stabilne źródło energii, paliwa kopalne będą miały udział w miksie energetycznym. Takim źródłem jest też energetyka atomowa.

Póki co Polska nie ma ani odpowiedniej liczby źródeł energii odnawialnej, ani elektrowni atomowej. Ma tylko węgiel. W tej sytuacji pozbywanie się węgla jest działaniem ryzykownym dla suwerenności energetycznej. Oczywiście są kraje, które nie mają własnych paliw i jakoś żyją. Polska niestety jest krajem, który potrzebuje znacznej ilości energii i jest w takiej sytuacji geopolitycznej, że bezpieczeństwo energetyczne musi być jednym z priorytetów. Pomysł zapewnienie stabilności systemu energetycznego przy pomocy gazu nie daje żadnych gwarancji. Za ten gaz zapłacimy tyle, ile dostawca zażąda. Podobnie może być z OZE. Bez własnych źródeł kupno energii z OZE może okazać się bardzo kosztowne. Likwidacja górnictwa przyniesie też poważne skutki gospodarcze. Jeśli przyjąć, że jedno stanowisko pracy w górnictwie generuje kilka innych stanowisk w przyległych sektorach gospodarki, to mamy wielki problem z całymi regionami – Śląskiem i Lubelszczyzną – dla których górnictwo jest jednym z fundamentów gospodarki. Odejście od węgla musi więc być rozłożone na lata i przewidywać płynne przechodzenie z jednego typu gospodarki na inny, przy aktywnym udziale państwa i samych pracowników branży. O tym mówi coraz częściej koncepcja „Nowego zielonego ładu”. Z pewnością nie zrobi tego rynek.

Oczywiście można wskazywać palcem winnych tej patowej sytuacji, w jakiej tkwi polska energetyka. Musimy kupować energię, sprzedawaną jako „zieloną”, bo nie możemy wykazać się odpowiednim udziałem OZE w miksie energetycznym. Oczywiście kilowat jest kilowat, i nikt nie sprawdzi, czy jest on z OZE, czy z węgla brunatnego w Niemczech. Oni mają odpowiedni miks, a my nie. Dziś sprawdza się paradoks przepowiadany przez wielu – żeby utrzymać górnictwo, musimy rozwijać OZE. Szkoda, że polskie rządy wolały opcję zerojedynkową: albo zamknąć kopalnie, bo węgiel truje, albo podtrzymywać górnictwo od kryzysu do kryzysu, gasząc niepokoje społeczne w kopalniach i obiecując górnikom, że będą fedrować jak fedrowali i zapewniając, że rząd by im nieba przychylił, ale nie może, bo ich ekologicznie terroryzują zwolennicy „zielonego ładu” w UE.

Napuszczanie górników na ekologów i odwrotnie przynosi taki skutek, że nie odbyła się debata o sprawiedliwej transformacji energetycznej z tymi, którzy poważnie myślą i o klimacie, i o suwerenności, i o sprawiedliwości społecznej w tym procesie. Skutek widać – nie ma dziś ani OZE, ani przyszłości dla górnictwa. Polska przegrywa w wojnie o energię.

Jarosław Niemiec

Fotografia w nagłówku tekstu pochodzi z polskiej Wikipedii i przedstawia kopalnię Bobrek-Centrum.

Funkcjonalne zróżnicowanie podatków majątkowych

Funkcjonalne zróżnicowanie podatków majątkowych

W sytuacji kryzysu ekonomicznego nasilają się negatywne konsekwencje funkcjonowania systemu gospodarczego opartego na akumulacji kapitału. Coraz pilniejsza staje się zmiana sposobu jego działania. Można tego dokonać przede wszystkim za pomocą podatków. Najbardziej optymalne w tym celu są zróżnicowane podatki majątkowe.

Podstawowym celem lewicy jest redystrybucja zasobów własności, by zapobiec ich nadmiernej koncentracji i doprowadzić do większej demokratyzacji kontroli nad środkami produkcji, finansów i własności. Dotyczy to w takiej samej mierze mieszkań, co hut i serwerowni, ale przede wszystkim ziemi. Można to osiągnąć za pomocą nacjonalizacji (np. jako wstępu do bardziej rozproszonej prywatyzacji). Jednak bardziej racjonalnym sposobem jest zastosowanie podatków majątkowych. Głównym wyzwaniem jest zastąpienie nieefektywnego a nieproporcjonalnie intensywnego opodatkowania pracy przez opodatkowanie kapitału.

Podstawowym jednak błędem współczesnej fiskalnej myśli lewicowej jest projekt jednolitego, zunifikowanego, obejmującego wszystkie zasoby danej osoby podatku majątkowego. Jest to błąd strategiczny i taktyczny. Strategicznie dobrze jest przyjąć, że rozmaite zasoby mają odmienną wartość społeczną i polityczną nieodzwierciedlaną w wycenie ekonomicznej. Taktycznie łatwiej jest opodatkować poszczególne zasoby, niż wszystkie naraz. Strategicznie i taktycznie lepiej jest opodatkowywać w odmienny sposób różne formy własności: ziemię, nieruchomości, środki produkcji, antyki, sztukę, instrumenty finansowe.

Lewicowe projekty podatków majątkowych koncentrują się nad wyraz intensywnie na podatkach od wartości nieruchomości. Tymczasem najpilniejsze wydaje się opodatkowanie majątków wirtualnych, czyli instrumentów finansowych. To one są odpowiedzialne za tzw. finansjalizację współczesnej gospodarki, czyli lokowanie zasobów majątkowych na rynkach finansowych zamiast w produkcji dóbr i usług, czyli za aspołeczną praktykę akumulacji kapitału na dużą skalę. To w nich ulokowane są największe majątki. W hierarchii ważności opodatkowanie instrumentów finansowych stanowi obecnie najważniejsze wyzwanie. Najtrudniejsze politycznie i jednocześnie najprostsze praktycznie w realizacji, gdyż wartość instrumentów finansowych jest znana na bieżąco. Nie trzeba ich zatem osobno wyceniać, tak jak ma to miejsce w przypadku nieruchomości czy dzieł sztuki, antyków. Są to zasoby o dużej płynności, więc łatwo jest sprzedać ich część, by spłacić należności i zobowiązania. W nieco mniejszym stopniu dotyczy to także udziałów w spółkach nienotowanych na giełdach.

Oprócz braku objęcia podatkiem majątkowym, dziwnym jest, że na sprzedaż instrumentów finansowych nie jest w bieżącym reżimie podatkowym nałożony podatek VAT, który narzucono na sprzedaż wszystkich innych towarów i usług w Unii Europejskiej, nawet w przypadku transferów poza granice Unii (co odnosi się również do bardziej progresywnego podatku obrotowego). W zamian wprowadzono opodatkowanie jedynie zysków z instrumentów finansowych, czyli dochodów inwestorów-spekulantów. Tworzy to stan fiskalnego uprzywilejowania rynków finansowych.

Przeciętny polski pracownik musi odprowadzać podatki od każdej złotówki swoich dochodów, głównie w postaci składek ZUS. To, co mu zostanie, wydaje na zakup żywności i przedmiotów, których sprzedaż jest objęta podatkiem VAT. Gdy po wielu latach uzbiera i zainwestuje w zakup mieszkania, zaczyna płacić podatek od powierzchni nieruchomości, dyskryminujący posiadaczy nieruchomości o małej wartości. Wszystkie te podatki mają degresywny charakter. Spekulanci finansowi nie mają takich problemów.

Drugim niezmiernie istotnym zasobem, którego opodatkowanie wymaga osobnych regulacji, jest ziemia. Jest to zasób szczególny i kluczowy, o ograniczonym i ściśle określonym wymiarze. Zgodnie z tzw. twierdzeniem Henry’ego George’a (Henry George Theorem), wartość ziemi i dochody z jej najmu zależą przede wszystkim od publicznych inwestycji na jej obszarze i wokół. Opodatkowanie gruntów powinno stanowić zatem podstawę publicznych budżetów, stanowić „złotą regułę finansów publicznych”, szczególnie samorządowych. Potencjał wartości gruntów jako bazy podatkowej jest systematycznie niedoszacowywany w wielu analizach, które błędnie konkludują, że nie jest on wystarczający dla współczesnych publicznych celów wydatkowych.

Dopiero teraz, jako trzeci w kolejności ważności, można rozpatrzeć podatek od nieruchomości. Jednak przede wszystkim od nieruchomości komercyjnych, czyli takich, które służą podmiotom prawnym do pomnażania kapitału: biur, fabryk, sklepów, magazynów, hoteli, mieszkań na wynajem, infrastruktury przemysłowej (dróg, przewodów, studzienek i słupów transmisyjnych, kanałów wodnych). Ich wartość jest skorelowana z rzeczywistymi i potencjalnymi zyskami. Można zatem założyć, że adekwatne opodatkowanie nieruchomości komercyjnych powinno wpłynąć pozytywnie i stymulująco na zyski z nich i odpowiednio intensywne użytkowanie. Jednym z podstawowych problemów rynku nieruchomości jest ich skup wyłącznie w celach spekulacyjnego wzrostu wartości bez odpowiednio racjonalnego i użytecznego społecznie i ekonomicznie wykorzystania.

Ta ostatnia uwaga dotyczy w takiej samej mierze czwartego punktu niniejszych rozważań – nieruchomości prywatnych wykorzystywanych w celach mieszkaniowych. Nieruchomości mieszkaniowe, jak należałoby je nazwać, stanowią główną inwestycję klasy średniej. Ich opodatkowanie powinno zatem podlegać szczególnej ostrożności. Jest to ów słynny i złowrogi podatek katastralny, który śni się po nocach jako koszmar lepiej sytuowanej części klasy średniej. I nie powinno to dziwić, bowiem są oni wyraźnie uprzywilejowani przez obecnie istniejący sposób opodatkowania nieruchomości mieszkaniowych. Zdecydowanie nie powinien on wyglądać tak, jak ma to miejsce w Polsce. Nieruchomości mieszkaniowe nie są opodatkowane adekwatnie do ich wartości, lecz według ich powierzchni (dotyczy to także nieruchomości komercyjnych i gruntów). W ten sposób uprzywilejowani zostają właściciele droższych nieruchomości miejskich, zwłaszcza w dużych metropoliach, a dyskryminowani mieszkańcy terenów wiejskich. Jest to wyjątkowo degresywny sposób opodatkowania majątków, wypaczone dziedzictwo czasów neoliberalnej transformacji. Planowane obecnie zwolnienie z opodatkowania pierwszej, zamieszkanej przez właściciela nieruchomości będzie miało taki sam degresywny charakter. Duże trudności i kontrowersje związane z opodatkowaniem zasobów mieszkaniowych są najlepszym argumentem przeciw jednolitemu podatkowi majątkowemu.

Zwrócić uwagę należy na związek opodatkowania wartości nieruchomości zarówno komercyjnych, jak i mieszkaniowych z katastrofą klimatyczną. Oto bowiem ich ogrzewanie i klimatyzowanie (a nie transport, który bardziej odpowiada za zanieczyszczenie powietrza) stanowi główny czynnik wpływający na ocieplenie klimatu poprzez emisję gazów cieplarnianych w wyniku spalania paliw kopalnych na potrzeby produkcji energii cieplnej oraz elektrycznej (do czego zużywane są też olbrzymie ilości wody). Budowa i rozbudowa nieruchomości wpływa także w istotny sposób na niszczenie naturalnych siedlisk i wymieranie zwierząt i roślin. W tym przypadku jednak głównym czynnikiem jest masowa hodowla zwierząt rzeźnych, odpowiedzialna za ekspansję nowych areałów upraw na pasze, a także za duże zużycie wody i znaczną emisję gazu cieplarnianego – metanu. Powinno to skutkować odrębnym opodatkowaniem zasobów zwierząt hodowlanych.

Wymuszenie zmniejszenia powierzchni użytkowanej na osobę powinno stanowić jeden z głównych celów podatkowych w kontekście ekologicznym – na wzór japoński, jak obrazowo można by to przedstawić. Opodatkowanie już istniejących zasobów mieszkaniowych, zwłaszcza tych niewykorzystywanych w pełni, w części czy całkowicie pustych, niezamieszkanych wymusić może bardziej racjonalne, ekonomiczne i w konsekwencji ekologiczne ich użytkowanie. Obowiązujące opłaty od emisji gazów i pyłów można uznać za szczególny podatek majątkowy – od zasobów należących do jakiegoś podmiotu i emitowanych do wspólnej atmosfery, środowiska. Przykłady te pokazują, że polityka podatkowa, zwłaszcza względem zasobów osób majętnych, powinna znajdować się w centrum namysłu i postulatów ruchów ekologicznych. Wbrew argumentom maltuzjańskim, to posiadacze dużych majątków, kapitału, ludzie bogaci, których jest mniej, są odpowiedzialni za katastrofę klimatyczną, a nie skromnie żyjące osoby ubogie, mimo iż jest ich wielokrotnie więcej.

Kolejnym, niesłychanie wrażliwym społecznie, zasobem podatkowym są depozyty bankowe. W największym stopniu korzystają z tej formy oszczędzania osoby nisko zarabiające. O ile instrumenty finansowe są głównie zasobem osób bogatych, a w nieruchomości inwestuje klasa średnia, to depozyty, lokaty bankowe stanowią podstawową formę inwestycyjną osób o niskich dochodach. Ich opodatkowanie powinno być wyraziście progresywne, z sowitą kwotą wolną od podatku. Należy przy tym podkreślić, że inflacja jako narzędzie podatkowe dotyka w największym stopniu takie właśnie zasoby „drobnych ciułaczy”, jak również dochody osób o niskich kwalifikacjach, które mają słabe możliwości przetargowe wobec pracodawców.

W przypadku ruchomości – jak pojazdy, serwery, roboty, antyki czy dzieła sztuki – można zastosować rozwiązanie, że poniżej pewnej wartości są one obłożone podatkiem VAT oraz obrotowym (obrotowym jako bardziej progresywnym w oddziaływaniu niż VAT, którego stosowanie należałoby ograniczyć, jednak wymusza je Unia Europejska), natomiast powyżej tej wartości podatkiem majątkowym, alternatywnie albo dodatkowo.

Jedynym progresywnym sposobem opodatkowania majątków jest stosowanie kwoty wolnej od podatku i przynajmniej trzystopniowej skali podatkowej o waloryzowanych co roku progach podatkowych. Każde z pięciu wyżej wymienionych dóbr podstawowych powinno być opodatkowane według osobnej skali powstałej w efekcie odpowiedniej analizy makroekonomicznej, biorącej za główny punkt odniesienia kwestię nierówności społecznych. Podatki te powinny być pobierane w cyklu miesięcznym, a nie rocznym, jak najczęściej się stosuje w przypadku podatków majątkowych, co wywołuje wrażenie ich niezwykle dużej wysokości. Dla porównania, opodatkowanie pracy w Polsce obecnie oscyluje wokół 40% miesięcznie licząc wraz ze składkami ZUS, podatek majątkowy nie powinien być wyższy niż 0,4% miesięcznie. Wszyscy walczący o niskie podatki powinni być zwolennikami podatków majątkowych.

Generalną zasadą przy tym powinno być założenie, że podatki majątkowe mają dużo lepszy wpływ na zmniejszanie nierówności ekonomicznych, wzrost gospodarczy oraz inwestycje, niż nadmiernie obecnie stosowane podatki dochodowe. Głównym argumentem wysuwanym przeciw podatkom majątkowym jest ich rzekomy wpływ na zniechęcenie do inwestowania, co całkowicie przeczy badaniom, które pokazują, że są one optymalne dla inwestycji, w przeciwieństwie do opodatkowania dochodów, zwłaszcza z pracy. Podatki te stanowią narzędzie mogące przeciwważyć neoliberalne strategie gospodarcze, zarówno tanich kredytów (np. Stany Zjednoczone, Wielka Brytania), jak i taniej pracy (np. Niemcy, Chiny, Polska) – paradoksalnie odpowiedzialne za zmniejszenie dynamiki wzrostu, inwestycji oraz produktywności.

Celem ostatecznym zastosowania zróżnicowanych podatków majątkowych jest przynajmniej częściowe zastąpienie opodatkowania pracy osób najuboższych przez podatki od kapitału zgromadzonego w bardziej lub mniej legalny czy humanitarny sposób przez najbogatszych. Podstawowe uzasadnienie dla stosowania podatków majątkowych jest w gruncie rzeczy zgodne z doktryną wolnorynkową: za posiadanie, przetrzymywanie, użytkowanie majątku na danym terytorium należy się opłata.

Stefan Paweł Załęski

Artykuł ten stanowi publicystyczny aneks do tekstu „Podatki ubezpieczeniowe w perspektywie progresji fiskalnej: efektywność opodatkowania pracy i kapitału dla lewicowych polityk redystrybucji ekonomicznej”, Praktyka Teoretyczna 3(33)/2019.

Państwo leje wodę. Uwagi o suszy

Państwo leje wodę. Uwagi o suszy

Rząd zapowiada wielki projekt budowy niemal 1500 zbiorników retencyjnych. Ma to być remedium na wielki kryzys suszy w Polsce. Kryzys, który właśnie się przebija do świadomości, a który trwa już od dawna i ma wiele przyczyn. Jednocześnie kraj oplata sieć rowów melioracyjnych, trwa wieloletnia już masowa wycinka drzew w miastach, nabierają rozpędu „prace utrzymaniowe” rzek, polegające na zamianie ich koryt w rynny. Najcenniejsze lasy w kraju wycina się i unika ich ochrony. Spalanie węgla w deklaracjach premiera i prezydenta jest zadaniem priorytetowym. W oderwaniu od siebie te zjawiska mogą uwierać, niepokoić, wzbudzają podrygi „ekologistów”. Jednak kiedy spojrzy się na nie jako na długotrwały, planowy, systemowy proces, dopiero wówczas ogarnia przerażenie. Tym bardziej, że mamy kolejny najcieplejszy rok w historii i największą suszę w dziejach. Już rok temu w niektórych miastach reglamentowano wodę.

Postanowiłem zbadać sprawę. Wybrałem najprostszą metodę badawczą, dostępną każdemu. Poczekałem, aż po tygodniu braku opadów deszcz będzie lał dzień i noc. Udało się. Następnego dnia wziąłem szpadel i wbiłem go w ziemię. Woda przedostała się na głębokość około 2 cm. Dalej była susza. Później poszedłem do lasu nad strumień, który znam od 30 lat. Zastałem suche koryto. Pobliskie torfowisko, dawniej niedostępne w maju suchą nogą, trzeszczało pod stopami. Zalewowa łąka w dolinie rzecznej, pełna dawniej rycyków, czajek i krwawodziobów – była pusta, cicha i sucha.

W dalszej części tekstu opowiem o tym, co widzę od lat, pracując jako przyrodnik i obserwator przyrody.

Hydrofobia

Wszelkie działania mające na celu maksymalnie szybkie odprowadzenie wody ze środowiska są skrajnie nieodpowiedzialne i niszczące. Przekonanie, że woda musi jak najszybciej opuścić środowisko i w najlepszym razie wylądować w zbiorniku retencyjnym, a potem znowu jak najszybciej w morzu, to jakaś trudna do zrozumienia hydrofobia. Ten cel jest realizowany na kilka sposobów. Przede wszystkim to osuszanie wszelkich mokradeł, dużych i najmniejszych. To, co wydaje mi się najbardziej destrukcyjne, to deforestacja (wylesienie) w górnych odcinkach cieków. Na przykład w związku z budową instalacji narciarskich z całym niezbędnym systemem naśnieżania, do którego przecież konieczna jest woda. Również w związku z gospodarką leśną czy realizacją innych inwestycji, np. hotelarskich. Wylesione stoki gór stanowiące obszary zasilania naszych rzek i zamiana koryt strumieni górskich w rynny służące do jak najszybszego odprowadzenia wody, często przez betonowe obudowy, to początek katastrofy.

Drugie ważne, skrajnie negatywne zjawisko to wycinki prowadzone wzdłuż naturalnych cieków wodnych i osuszanie leśnych mokradeł. Trzecim są oczywiście „prace utrzymaniowe na rzekach”, prowadzone przez Wody Polskie. Usuwanie z koryt nawet niewielkich cieków martwego drewna, wycinka olsów i łęgów na ich brzegach, odmulanie, likwidacja tam i żeremi bobrowych. To dzieje się na masową skalę w całym kraju. Przyśpieszanie spływu wody pociąga lawinę negatywnych, destrukcyjnych konsekwencji. Woda szybko opuszcza środowisko, nie stagnuje, nie retencjonuje w bagnach, terasie zalewowej, na łące, w starorzeczach, a więc też nie ma czasu na przenikanie do gruntu, do warstw wodonośnych. Te cenne miejsca bez rozlewającej się poza koryto wody szybko się degenerują. Znikają ważne siedliska higrofilne z wieloma gatunkami. Tracimy cały system powiązań pomiędzy naturalnymi procesami i uzależnionymi od tych procesów gatunkami. Łyse brzegi pozbawione olsów to radykalnie większe nasłonecznienie i podgrzanie wody w cieku. Wyższa temperatura wpływa na właściwości fizyczne i chemiczne wody, a to na skład gatunkowy. Wyższa temperatura to szybsze parowanie. Woda znika. Opuszcza bezpowrotnie dolinę rzeki czy cieku, bo właściwie nie ma już doliny w dawnym rozumieniu. Jest rynna. W zasadzie od źródeł do ujścia rzeki traktowane są skrajnie brutalnie. Niszczy się systemowo ich pierwotne funkcje i właściwości, co pociąga za sobą szereg negatywnych zjawisk, a te kolejne i kolejne. System hydrologiczny się rozpada, woda znika. Zostaje system hydrofobiczny.

Kolejne dwa zjawiska znam ze świętokrzyskiego i nie wiem, jak to wygląda gdzie indziej. Przede wszystkim to województwo jest bardzo bogate geologicznie, wiąże się z eksploatacją górniczą złóż. Mamy tu wiele kamieniołomów. Ich istnienie związane jest często z głębokimi odwodnieniami, a więc z powstaniem leja depresyjnego. Na skutek eksploatacji złóż wody podziemne są wypompowywane i wylewane do cieków. W przypadku dużych kopalń lej może mieć całkiem duży zasięg, np. kilkunastu, a nawet kilkudziesięciu kilometrów. Z całego tego obszaru woda znika w sposób niezauważalny i mało spektakularny. Po prostu z czasem wszystko wokół stepowieje. W województwie jest około 130 kamieniołomów (dane z 2012 roku). Roboczo przyjmijmy, że lej ma powierzchnię około 20 km kw., co jest raczej wartością zaniżoną. Czyli mamy około 2600 km kw. stale poddawanych odwodnieniu, zwykle wieloletniemu. Lej wpływa też na naturalne cieki i zbiorniki wodne, mokradła. Powierzchnia województwa świętokrzyskiego to niecałe 12 000 km kw. Brzmi to dość przerażająco. Ale świętokrzyskie należy do regionów najbardziej narażonych na głęboką suszę i właściwie klęskę hydrologiczną. W dodatku woda pochodząca z odwodnienia kamieniołomów jest wpompowywana pod ciśnieniem do naturalnych cieków. Zmienia to tempo przepływu wody, zmienia warunki fizyczne i chemiczne wody, zmienia naturalny skład gatunkowy cieków. Problem lejów depresyjnych dotyczy też kopalń węgla oraz miast. Średniej wielkości miasto polskie tworzy lej o powierzchni mniej więcej 2 000 km kw.

Ostatni problem, który spotykam na dużą skalę w świętokrzyskim, to zasypywanie gruzem prywatnych działek w terasie zalewowej cieków, nawet niewielkich, a z czasem przekształcanie ich w działki budowlane. Gminy chętnie na to przymykają oko, bo przecież działka budowlana to już perspektywa pieniędzy, a taka terasa zalewowa? Nic nie daje gminie. No może poza tym, że gromadzi bezpłatnie wodę.

Jest jeszcze kwestia zużycia wody przez przemysł i energetykę oraz problem gęstej sieci dróg wyposażonych w system rowów melioracyjnych. W skali kraju to są gigantyczne problemy. Jako przyrodnik spotykam się z tymi właśnie problemami i jestem przekonany, że destrukcyjne skutki ich wszystkich nakładają się na siebie, co powoduje powstanie sprzężenia zwrotnego. Patrząc na to wszystko można chyba powiedzieć, że naruszamy same podstawy funkcjonowania środowiska, niszcząc system hydrologiczny poprzez ingerencję w lasy ze źródliskami i leśnymi mokradłami, naruszając system wód podziemnych oraz czyniąc ze złożonej sieci cieków i mokradeł wzdłuż nich system rynien do spuszczania wody jak za pociągnięciem spłuczki. Absurdalna walka z substancją, od której zależy nasze istnienie i istnienie wszystkich innych organizmów. Bardzo dużo energii i środków angażujemy w tę walkę.

Należy jeszcze wspomnieć o powszechnej likwidacji w rolnictwie wielkoobszarowym istniejących śródpolnych zbiorników wodnych oraz remiz śródpolnych. Pola mają być równe i łatwo dostępne dla maszyn. Tyle że spływ powierzchniowy z takich typów pól, bez miedz i lokalnych oczek wodnych, jest także błyskawiczny. Podobnie brak już wśród rolników kultury posiadania stawów koło domu lub małych zbiorników na ciekach, przeważnie zarybionych. Kiedyś było to powszechne, teraz to absolutna rzadkość, chociaż w dolinach jeszcze widać ślady zastawek. Na początku lat 90. XX wieku w Technikum Leśnym leśnicy nauczyli mnie, że zachowanie remiz śródpolnych i miedz w dawnym typie ma ogromne znaczenie, bo te zadrzewienia i siedliska chwastów pełną funkcję rezystencjalną wobec upraw, są oazami bioróżnorodności wśród morza skrajnie uproszczonych zbiorowisk, zapobiegają erozji gleb i… zatrzymują wodę w środowisku. Likwidowanie remiz śródpolnych ma chyba te same podstawy, co w przypadku potrzeby niszczenia naturalnych mokradeł i starych lasów. To bieda i potrzeba kontroli. Tak sądzę. Oraz niezrozumiałe przekonanie, że jak jest wyrównane, z kostką Bauma, od linijki, bez chaszczy, to świadczy o większej rozumności, bogactwie, o jakiejś porządności większej. O cywilizowaniu.

Minister otwiera front

Minister Marek Gróbarczyk zapowiedział plan budowy zbiorników retencyjnych. Jednocześnie wspomniany plan walki z suszą uznaje takie zbiorniki za ostateczne rozwiązanie. Plan ma być wprowadzony odpowiednią specustawą.

Zarządzanie specustawami stało się już stylem obecnej władzy. Tyle że tworzenie specustaw w rzeczywistości wyjętych spod prawa wpisuje się w logikę budowania systemu niedemokratycznego. Przecież zadania w ten sposób realizowane wyjęte są choćby spod procedury partycypacji obywatelskiej. Obywatele przestają mieć głos. To polityka nakazowa, centralistyczna i realizowana podobnie jak za pomocą słynnych 5-latek. Wtedy zresztą osuszanie bagien i torfowisk było kwestią społeczno-polityczną, robioną z całą pompą, łopocącymi sztandarami, przemówieniami lokalnych notabli. To jest sposób zarządzania krajem w głębokim kryzysie, np. wojennym. Budowa niemal 1500 zbiorników retencyjnych bez uwzględnienia procedury ocen oddziaływania na środowisko i bez kontroli społecznej to gotowy przepis na katastrofę ekologiczną, hydrologiczną, ekonomiczną i społeczną. To ma cechy chińskiej Rewolucji Kulturalnej. To grozi dobiciem naturalnego systemu hydrologicznego. Bo system nadal będzie. Tyle że nowy. Postawiony za ciężkie pieniądze bez jakiejkolwiek kontroli i oceny. Można się domyślać, że jak zwykle zbiorniki zaporowe powstaną w miejscach naturalnego stagnowania wód. Na łąkach, torfowiskach, w miejscach po olsach i łęgach, które się wytnie. To jest, delikatnie mówiąc, wylewanie dziecka z kąpielą.

Istniejące naturalne cieki i mokradła to unikalny, naturalny system, który powstawał w zgodzie z warunkami geologicznymi, czyli opierał się o sam fundament życia tej planety. Rzeki tysiącleciami „układały” się do podłoża geologicznego. Tak optymalnie wpasowane wiły się, zmieniając z wiekami swój bieg, kształtując rzeźbę terenu, tworząc higrofilne siedliska: łąki, torfowiska, zakola, starorzecza, torfowiska, lasy nadrzeczne, łąki trzęślicowe i inne. Ten samopowstały system działa tak, żeby woda była w środowisku w sposób niezbędny do życia. Także ludzkiego. To był i jest, bo on trwa, proces całkowicie darmowy, a jednocześnie bezcenny. Przekształcenie rzek w rynny, a mokradeł w miednice czy balie doprowadzi szybko do bardzo głębokich i śmiertelnie niebezpiecznych zniszczeń. No ale rozumiem, że skoro mamy rząd stosujący metody polityki wojennej, to i ofiary muszą być.

Prawdopodobnie przy obecnej skali presji ludzi na środowisko jest czasami konieczne zbudowanie zbiornika retencyjnego. Zresztą niektóre przez lata zaczęły przypominać obiekty naturalne i są ostojami bioróżnorodności. Jednak systemowe, szybkie, ponadprawnie robione ingerencje w układ wód w całym kraju skończy się raczej źle. Te pieniądze powinny być użyte do odbudowy względnie naturalnego systemu wodnego. I powinno to się odbyć przy udziale szerokiego grona ekspertów. Tyle że teraz miejsce ekspertów zajęli politycy.

Mamy funkcjonujący od ostatniego zlodowacenia system, który się sprawdził. To my zniszczyliśmy ten system i on się boryka z ogromnymi trudnościami. Gdyby mu odpuścić, zmniejszyć presję, zostawić przestrzeń i czas, może nieco pomóc renaturyzując niektóre zniszczone rzeki, to by prawdopodobnie „wstał”. Mówienie, że musimy osuszyć mokradła i wyprostować rzeki, bo zniszczony przez nas system nie działa – to absurd. Ta ogromna energia powinna iść w prace związane z ochroną i odbudową istniejących i zniszczonych mokradeł. Zbiorniki retencyjne nie muszą, a nawet nie powinny być ogromne i tylko na rzekach głównych. Naturalna retencja powierzchniowa na małą skalę, np. w mokradłach i bagnach powoduje zwiększenie retencji podziemnej, a to jest główne źródło wody pitnej.

Bieda

Cała ta potrzeba wyżynania naturalnych lasów, spuszczania wody i wydłubywania węgla wynika z biedy. Jesteśmy biednym krajem i biednym społeczeństwem. W odniesieniu do krajów tzw. rozwiniętych, do których aspirujemy. Mamy niemal tylko XIX-wieczne metody na rozwój. Eksploatację surowców naturalnych. Do pewnego momentu nie wymagają one nakładów. Las rośnie, węgiel leży, woda płynie. Tylko brać i sprzedawać. Polacy niszczą swój kraj, bo są biedni, a chcą być bogaci jak Niemcy. Tylko że my wyprzedajemy drewno, bo jest je łatwiej wyprodukować niż zaawansowane technologie jak perowskity czy światłowody – dwa rewolucyjne wynalazki polskie, z których Polska nie potrafiła skorzystać, żeby stać się siłaczem.

No więc drewno sprzedajemy, żeby mieć za co kupować technologie, węgiel palimy, żeby była energia do podtrzymania tego kosztownego XIX-wiecznego systemu, a woda musi szybko płynąć, żeby chłodzić te węglowe elektrownie. I dlatego nikt nie chce puszcz, bagien i mokradeł. Bo są nienowoczesne i niezachodnie, lecz wschodnie. A Polacy chcą być zachodni. Niestety stosując daleko-wschodnie metody. Paradoks polega też na tym, że te tzw. metody zachodnie dotyczą działań, od których już dawno tam odstąpiono. Teraz na Zachodzie przywraca się „dzikość” przyrody różnymi kosztownymi metodami.

Podam przykład. Zmagałem się kiedyś z procederem zasypywania działek w terasie zalewowej rzek. Właściciel postanowił zasypać gruzem nadrzeczne zalewowe łąki. Gmina na to przymknęła oko. Mnie grożono. Następnie działki zostały przekształcone w działki budowlane. I stało się to, co się musiało stać. Zabudowane działki zaczęły być zalewane, bo… na innym odcinku rzeki wykonano prace utrzymaniowe, co spowodowało gwałtowne przyśpieszenie spływu wód, a że nie miały one swoich starych łąk do rozlewania się, to się rozlały temu panu po podwórku i domu. Następnie pan wystąpił o odszkodowania i je dostał. I co dalej? No dalej uznano, że rzeka stanowi zagrożenie i znowu ją zmeliorowano, a tym razem ols wycięto. Itd., itd. Przecież to jest szaleństwo.

A jeszcze pojawiły się w wielu miejscach bobry. To wspaniałe zwierzęta. Spiętrzają wodę tam, gdzie ją najłatwiej spiętrzyć. Są ekonomiczne, bo muszą, żeby przeżyć. Tyle że w wielu takich miejscach ludzie osuszyli łąki, pobudowali się, pozakładali pola. I teraz trzeba odstrzelić bobry, bo niszczą mienie. Nie jestem w stanie spokojnie zastanawiać się nad tym, jakie procesy myślowe zachodzą w głowach ludzi, którzy jako odpowiedź mają: meliorować, wycinać, strzelać, budować zbiorniki rekreacyjno-retencyjne. Zdecydowanie taniej jest budować się z dala od łąk i torfowisk, łęgów i olsów. To proste. A robota bobrów i naturalnych procesów są darmowe. Tyle że prawdopodobnie problem leży głębiej. Dotyczy on po pierwsze ludzkiej potrzeby kontroli, a po drugie ludzkich fobii, że gdy nie wykona się choćby najbardziej nieracjonalnej czynności, to napięcie nie spadnie. To jak zaburzenia obsesyjno-kompulsywne. Lęk, że naturalne procesy mogą się toczyć bez naszej kontroli i mogą nam zagrozić, wywołuje takie napięcie, że aby je znieść, ludzie wykonują działania nieracjonalne. A to wzmaga w nich lęk. I jeszcze bardziej muszą coś robić. Cokolwiek. No więc bobry i łąki zalewowe są tańsze i skuteczniejsze.

Utrzymać w dobrym stanie

Mam dwa przykłady z ostatnich dni ze świętokrzyskiego obrazujące stosunek „leśników” i „wodniaków” do małych naturalnych cieków. Oba pochodzą z obszaru Natura 2000 Ostoja Żyznów. W pierwszym przypadku wycięto olchy porastające brzegi Kacanki i wywleczono z niej martwe drewno zalegające w korycie. Wszystko w szerokiej dolinie, przepięknej, malowniczej, przebogatej przyrodniczo. To były prace utrzymaniowe właśnie. Ale chodzi o utrzymanie czego? Bo sądziłem, że na obszarze chronionym prawem polskim i europejskim chodzi o utrzymanie w stanie niepogorszonym siedlisk będących przedmiotami ochrony tego obszaru. Drugi przypadek to bezimienny ciek, kilka kilometrów dalej. Unikalne przyrodniczo miejsce. Pośród wspaniałych grądów nadrzeczny łęg z wymierającymi gatunkami roślin i zwierząt, ekstremalnie rzadko występującymi w świętokrzyskim. Ranga tego miejsca jest znana, bo jeden z naszych wspaniałych botaników, już nieżyjący dr Edward Bróż, starał się tam powołać rezerwat przyrody. Tymczasem Nadleśnictwo Staszów dokonało tam rzezi drzew. Miejsce wygląda obecnie jakby obrzucono je bombami.

Zgodnie z zaleceniami dla realizacji trwale zrównoważonej gospodarki leśnej należy unikać wycinek wzdłuż śródleśnych naturalnych cieków, należy dbać o zachowanie wysokiej bioróżnorodności szczególnie tam, gdzie wiadomo, że występują gatunki rzadkie i zagrożone, należy dążyć do zachowania jak największej ilości martwego, wielkogabarytowego drewna (które gromadzi ogromne ilości wody i nie dość, że jest unikalnym siedliskiem dla ginących gatunków, to jeszcze stanowi naturalny system przeciwpożarowy!) oraz należy zmierzać w kierunku odnawiania lasów wykorzystując odnowienie naturalne. Tymczasem mamy wyjątkowo cenne miejsce, o którym wiadomo od lat, gdzie wyrżnięto łęg wzdłuż cieku oraz grąd na obu brzegach i wykonano nasadzenia dosłownie „od linijki”.

To dzieje się na każdym niemal kroku. Można mnożyć przykłady. W pierwszym przypadku na prace utrzymaniowe wydała zgodę Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska, w drugim prace odbyły się w sprzeczności z oficjalnymi dokumentami i rekomendacjami samych leśników oraz w oparciu o Plan Urządzenia Lasu, który wciąż jest dokumentem niepodlegającym konsultacjom społecznym i ocenie oddziaływania na środowisko. Dla jasności: nie jestem tak całkiem wariatem i rozumiem, że gospodarka leśna to ważna gałąź przemysłu. Ale ona nie może się odbywać poza prawem, na specjalnych warunkach. Obecny stan wiąże się z ogromnym negatywnym oddziaływaniem gospodarki leśnej na przyrodę Polski. Rzeki, strumienie, oczka śródpólne, jeziora, torfowiska, olsy itp. siedliska higrofilne powinny zostać uznane w Polsce za priorytetowe. Powinno się przyjąć program ich inwentaryzacji w całym kraju. A najcenniejsze i najważniejsze powinny być nietykalne. Tu już nie chodzi o „ptaszki i motylki”, lecz o bezpieczeństwo publiczne.

Strzel bobra

Bobry to nasi wielcy sprzymierzeńcy. Jestem codziennie nad rzekami i w lasach. Tylko tam, gdzie są bobry, jest jakaś woda. Wszędzie indziej wszystko jest wyschnięte na wiór i nawet trzydniowe opady nie poprawiły sytuacji. Gdzieś czytałem niedawno wypowiedź hydrologa. Powiedział, że aby obecnie uzupełnić deficyt wody w środowisku, potrzebujemy nieustannych, obfitych, przynajmniej 30-dniowych opadów. To pokazuje skalę problemu. Na początku maja byłem we wspaniałym miejscu w Górach Świętokrzyskich. Niewielka wioska, tradycyjna zabudowa, ekstensywne rolnictwo (z biedy, nie z wyboru), wokół największy świętokrzyski zwarty kompleks leśny: mroczne, wilgotne i chłodne bory jodłowe. I pod lasem malutki ciek, a na nim wielkie łaki trzęślicowe z 6 gatunkami storczyków, rosiczkami, pełnikami europejskimi, kosaćcami syberyjskimi, ptactwem wodno-błotnym i przychodzącymi czasem wilkami. Woda stagnująca przez cały rok. Tak było tam jeszcze 3 lata temu. Wczoraj wszystko wyschnięte w straszliwy sposób. Resztki tej różnorodności, którą znałem. Nie ma tam bobrów. Nie wiem, czemu. Za to jest sieć rowów melioracyjnych i w nich jest woda. Tylko w nich. Więc jeśli nie ma tam bobrów, to odpaliłbym program dopłat dla rolników na budowę zastawek, mikrotam. Żeby tę wodę zatrzymywali na swoich łąkach. To rozpaczliwy pomysł, ale i sytuacja jest rozpaczliwa.

Hydrofobia jest wynikiem głębokiego kryzysu, w jakim się znajdujemy. Trzeba tu podkreślić, że na ten kryzys, chyba już egzystencjalny, pracowały pokolenia Polaków, nie tylko obecny rząd.

Łukasz Misiuna