Pandemia i kooperacja

Pandemia i kooperacja

Po lekturze pierwszych akapitów artykułu prof. Hartmana „Nie potrzebuję waszej troski” (wydanie świąteczne „Gazety Wyborczej” z 16 maja 2020) uznałem, że w końcu ktoś w jasnych słowach opisał sytuację, w jakiej znaleźli się obywatele współczesnych państw demokratycznych: „z dnia na dzień niewielka grupka mniej czy bardziej anonimowych urzędników i ekspertów »bez krępacji« i niewiele się tłumacząc, wsadziła świat do aresztu”. Szybko jednak doszło do mnie, że podzielanie tych samych diagnoz nie musi prowadzić do podobnych konstatacji dotyczących terapii. Te drugie zaś stanowią rodzaj deklaracji nie tylko ideowej, ale wręcz cywilizacyjnej. Zgadzając się więc z profesorem, że jako obywatele znaleźliśmy się w opałach wynikających ze „stanu wyjątkowego”, jaki fundują nam państwa, nie zgadzam się z przekonaniem, że przed autokratyzmem z jednej strony i zbiorową histerią z drugiej, uchroni nas permisywizm zwrócony przeciw metodom sanitarnym (m.in. zrzucenie masek, które jakoby „zakrywają nasz wstyd”) oraz obrona cnót – godności i wolności. W tym kontekście godność sprowadzona zostaje do abstrakcyjnego arystokratyzmu ducha, wolność zaś do indywidualistycznie pojętego oporu wobec reguł wzajemnej troski obywateli o bezpieczeństwo swoje i innych.

Przyglądając się rozmaitym zachowaniom Polaków w trakcie pandemii rzuca się w oczy rodzaj specyficznej niekonsekwencji. Zakładamy (choć wraz z coraz bardziej chaotycznym przekazem władz coraz mniej gorliwie) maski i zachowujemy bezpieczną odległość w miejscach szczególnie narażonych nie tyle na obecność wirusa, co upominającego policjanta. Gdy tylko znajdziemy się poza nimi, w pracy czy sklepie, od razu pojawia się ulga: „ufff, możemy już zrzucić te idiotyczne okrycia”.

Czy ten akt blagierstwa wynika po prostu z niewiedzy i obojętności, a może czegoś więcej – z wrodzonej polskiej przekory? A może z indywidualnego oporu, który każdy z nas stosuje, radząc sobie jak może z narzucającą mu niepoważne obostrzenia władzą? Zdaje się, że ani jedno, ani drugie. Hipoteza przekory oparta jest na założeniu o zbiorowym cynizmie, jaki miałby znamionować z istoty Polaków, ten zaś zakładałby jakąś metafizyczną istotę narodu, przecząc ustaleniom dwustu lat nauk społecznych. Dostrzeganie zaś w unikaniu środków bezpieczeństwa dysydenckich intencji wydaje się zwyczajnie śmieszne. Moim zdaniem powód jest zupełnie inny i leży nie w charakterze narodowym, lecz w stosunku łączącym Polaków z ich państwem. Najlepszym słowem, jakim można by ten stosunek określić, jest według mnie „obcość”. Państwo jako organizacja życia zbiorowego stanowi w polskiej kulturze politycznej twór o zgoła ambiwalentnym bycie. Z jednej strony, jesteśmy ulegli wobec zarządzeń omnipotentnego Lewiatana. Podporządkowujemy się mu w sferze publicznej, a tym samym zrzucamy na niego ciężar wszelkiej organizacji i sprawczości, pozbywając się wraz z nimi woli politycznej. Z drugiej, postrzegając państwo jako twór obcy i odległy, usiłujemy przechytrzyć je w każdy możliwy sposób, zasłaniając się jednocześnie retoryką obrony naszej indywidualistycznej cnoty.

W pierwszych latach XX wieku Edward Abramowski – filozof, psycholog i wielki ideolog kooperacji – pisał: „Przyzwyczailiśmy się uważać siebie za materiał, z którego ktoś inny urabia rozmaite formy; przy każdej sposobności ofiarowaliśmy siebie: »zróbcie z nas to lub owo; zróbcie z nas społeczeństwo konstytucyjne, demokratyczne lub społeczno-demokratyczne; zreformujcie nam szkoły i szpitale; ochrońcie przed nędzą i wyzyskiem«. Cała mądrość polityczna zawierała się w tych prośbach czy żądaniach reformy. Wszystkie ideały chyliły się przed tym jednym: Państwa-Opatrzności. Ono miało za nas myśleć i działać, miało nas karmić, uzdrawiać, chronić. I to się nazywało u nas »demokracją«”.

Nietrudno zauważyć analogię, jaka łączy te słowa ze współczesnym kontekstem. Państwo wydaje nam się zewnętrzną strukturą, więc omijamy jego nakazy, jednak nie potrafiąc stworzyć alternatywy wobec niego, oddajemy mu coraz więcej władzy w sferze publicznej. Nie dostrzegamy w ten sposób faktu, że zawłaszczająca potęga państwa jako emanacji interesów tej czy innej partii idzie w parze z jego niekompetencją, gdy chodzi o zapewnienie bezpieczeństwa swoim obywatelom. To winno wykraczać dalej niż cedowanie na nich odpowiedzialności za los bliźnich poprzez przymusowy social distancing.

Zrzucając maski i przekraczając bariery fizycznej izolacji mamy nadzieję zrobić państwu na złość. Reakcja ta wynika jednak wyłącznie z braku lepszych repertuarów kontestacji i samoorganizacji, które pozwoliłyby nam na wytworzenie faktycznej „populacyjnej odporności”, nie poprzez masowe „przechorowanie” COVID-19, ale poprzez przygotowanie do epidemii na poziomie ekonomicznym, edukacyjnym, a przede wszystkim medycznym (jak choćby zwiększenie ilości testów na obecność koronawirusa u pracowników służby zdrowia czy dbanie o spójny harmonogram obostrzeń i odmrożeń w trakcie pandemii). W tym czasie władza zajmuje się przede wszystkim wsparciem dla sektora finansowego oraz walką o doraźne cele polityczne, zrzucając na jednostkę ciężar zabezpieczeń i paraliżując wspólnotę, której boi się najbardziej. Słabe społeczeństwo to przecież mocne państwo.

Abramowski i inni kooperatyści przełomu XIX i XX stulecia wyobrażali sobie wspólnotę jako sieć sfederalizowanych stowarzyszeń, których działanie oparte będzie na samorządności i pomocy wzajemnej. Przekładając te kategorie na rzeczywistość polityczną naszego stulecia – nie chodzi o to, czy można znieść państwo przechodząc do jakiejś wyidealizowanej anarchii, ale o to, czy można osłabić wszechwładzę państwowej biurokracji. Chodziłoby zatem o taką organizację życia zbiorowego, która utrzymując sprawność organizacyjną, nie wysysa politycznej inicjatywy i nie tłumi powszechnej woli obywateli. Gdzie reguły życia zbiorowego nie stanowią wrogich i niejasnych komunikatów wydawanych przez rządowych ekspertów, ale wynikające ze społecznych deliberacji zasady funkcjonowania wspólnoty.

Tam, gdzie państwa jest po prostu mniej, kooperatyści chcieli widzieć przestrzeń nie dla egoizmu prywatnych interesów (jakby bez państwa nie mogły zawiązać się prawdziwe stosunki społeczne), ale przede wszystkim dla nowoczesnych instytucji politycznych. Społeczne zaufanie nie oznaczało dla nich abstrakcyjnej idei, lecz jawiło się jako zestaw powszechnych i skutecznych wzorców organizacji. Dlatego też naszym naczelnym zadaniem w warunkach pandemii, która najpewniej (po krótkim letnim oddechu) nie skończy się tak szybko, jest stworzenie nowych modeli „zdystansowanej troski”, które pozwolą nam jednocześnie chronić życie najbardziej narażonych (zaawansowanych wiekiem i chorych), a także tych z pierwszych linii frontu – lekarzy czy pracowników usługowych, stanowiących, o czym pandemia przekonała nas pod dwakroć, essential workers.

Walkę z naszą „marnością”, o której pisze prof. Hartman, a której celem miałyby być elitarna obrona godności i wolności, proponowałbym zastąpić postulatem kreowania alternatywnych sposobów życia społecznego. Nadzieje zaś na powrót do starych form demokracji liberalnej – nawoływaniami do tworzenia nowych instytucji politycznego sprawstwa. Etyczne imperatywy dla jednostek należy więc przekuć w „dobro wspólne” rozumiane nie jako abstrakt, ale konkretne działania – bezwarunkową troskę o innych w przestrzeni publicznej, wspieranie związków zawodowych, których działalność może okazać się kluczowa w walce o miejsca pracy, aktywność samopomocową, która zastąpi rozmaite niedomagania państwa, transformacją struktury pracy w kierunku własności pracowniczej, a także zwrócenie uwagi na kwestie ekologiczne – wszakże wirus może być ostatnim ostrzeżeniem przed skutkami nieposkromionej ekspansji ludzkości w środowisku naturalnym.

O tym, że pandemia stanowi poligon przyszłości, wiemy już pewnie wszyscy. Natomiast tego, w jakim kierunku owe zmiany podążą, nie wie tak naprawdę nikt. Jedno jest jednak bezsporne – w ramach pandemii następuje akceleracja zmian, które rozpoczęły się na długo przed pandemią. Czas kryzysu, jaki postępuje na naszych oczach, stanowi znakomite pole dla nowych form współdziałania. Sztuką będzie jednak sprawić, by nie stały się one jedynie przetrwalnikami na czas zawieruchy, lecz laboratoriami nadchodzącej wspólnoty. Nawoływania do sprzeciwu wobec infantylizującej nas władzy i rozwijanie cech odpowiedzialności i uczciwości, mają sens wyłącznie wtedy, gdy zaczniemy postrzegać je jako cechy społeczne, nie zaś indywidualne. Oddając raz jeszcze głos Abramowskiemu: „Tworzenie demokracji przez samo społeczeństwo, tworzenie jej istoty, jej sił wewnętrznych, jest to zarazem uzdrowienie życia i wyzwolenie moralne ludzi”.

dr Bartłomiej Błesznowski

Mark Gregory: Z piersi i z pieśni

Mark Gregory: Z piersi i z pieśni

Niezależnie od miejsca na świecie i momentu w historii, walka o równość i demokrację odbywa się zwykle ze śpiewem na ustach.

Związki zawodowe mają co najmniej dwieście lat historii. Narodziły się w czasach, gdy nie mogły działać jawnie, ze względu na panujące prawo (w Wielkiej Brytanii stanowiły je tzw. ustawy o zrzeszeniach, combination acts), które uznawało wszelkie formy samoorganizacji pracowników najemnych lub pracodawców za nielegalne. Nie trzeba dodawać, że przepisy te wykorzystywano wyłącznie przeciwko pracownikom – w czasach, kiedy jedynie pracodawcy i klasa posiadaczy mieli czynne i bierne prawo wyborcze oraz realny wpływ na stanowienie prawa.

Z tego względu związki zaczęły zabiegać o powszechne prawo wyborcze, które umożliwiłoby im wyjście z podziemia. O brytyjskiej demokracji mówi się tak, jakby rozciągała się na setki lat wstecz, tymczasem aby większość mieszkańców uzyskała prawo udziału w wyborach, niezbędne były wysiłki wielu kolejnych pokoleń. W Wielkiej Brytanii dopiero w latach 20. XX wieku kobiety uzyskały prawa wyborcze. Związki zawodowe od zawsze należały do tych organizacji, które zarówno same opierały się na wewnętrznej demokracji, jak i walczyły o bardziej demokratyczny ustrój. Dość szybko zwróciły także uwagę na korzyści z tworzenia sojuszy z podobnymi sobie zrzeszeniami, w kraju i na świecie. Jak głosi pieśń: „Na zawsze solidarni!” (Solidarity Forever).

Istnieje duży opór przed uznaniem historycznej roli związków jako siły modernizującej, a często wręcz całkowicie się ją pomija. Tymczasem w pieśniach, wierszach i opowieściach, będących w każdym kraju częścią tradycji ruchu pracowniczego, znaleźć możemy całkowicie odmienne spojrzenie na dzieje powszechne. To, że są one mało znane szerszemu odbiorcy, wiele mówi o tym, jak bardzo obowiązująca wizja historii opiera się na oficjalnych dokumentach, kosztem ustnych przekazów na temat poszczególnych wydarzeń. Dziś możliwe jest znaczne poszerzenie naszego oglądu wspólnej historii, dzięki potraktowaniu pieśni i wierszy jako „relacji z przemian społecznych”. Liczni kronikarze tego dziedzictwa kulturowego, w ogromnej części niezbadanego, pozostawili nam w spadku niezwykłe bogactwo. Co istotne, jest to ten rodzaj tradycji, który choć czasem wydaje się zanikać niemal do szczętu, ostatecznie zawsze odzyskuje swoją żywotność.

***

Bywa, że połączone głosy sprzeciwu milionów ludzi na całym świecie zostają zignorowane przez potężne siły. Tak było w przypadku globalnego protestu wobec inwazji na Irak, której przewodziły USA. W mojej rodzinnej Australii w 2003 r. około miliona osób demonstrowało przeciwko wojnie, jednak nasz premier po prostu to zlekceważył. Choć na fali tego sprzeciwu powstało wiele pieśni i wierszy, w gazetach można było przeczytać rozważania na temat tego, „gdzie się podziały protest-songi”.

Wychodzi na to, że dziennikarze wypatrywali ich na listach przebojów i po prostu umknęły im – lub zbagatelizowali je – utwory powstające w zupełnie innym obiegu. Tak się często dzieje w czasach dominacji tzw. mediów masowych – jakże wiele ciekawych wydarzeń nie jest przez nie uznawanych za „wystarczająco atrakcyjne”. Zalew reklam oraz nieustanne poszukiwanie sensacji zdają się być wprost wymierzone we wszelkie autentyczne działania kulturotwórcze.

Bo przecież mało kto kwestionuje fakt, że wspólne śpiewanie pieśni jest ważną częścią każdej kultury. O ile wiadomo, były częścią ludzkiej cywilizacji od samych jej początków. Niektóre z nich, np. te o charakterze religijnym, są ściśle związane z konkretnymi aspektami życia społecznego. Także poszczególne narody mają własne pieśni: są nimi ich hymny. Z kolei związki zawodowe zajęły ważne miejsce w społeczeństwie zaledwie nieco ponad dwustoma laty, po rewolucji przemysłowej. Zwłaszcza włókniarze i górnicy mają już jednak bogate tradycje związane z własnymi pieśniami. O czym nie można zapomnieć: pieśni są pisane i wykonywane przede wszystkim wtedy, kiedy istnieją ludzie, którzy chcą ich słuchać.

Choć zrzeszanie się było jeszcze wtedy nielegalne, w 1779 r. angielscy tkacze wspólnie zniszczyli nowe krosna mechaniczne w wiosce Anstey. Podziemne sprzysiężenie tkaczy, które stało się znane jako Luddyści, działało na zasadach ścisłej tajności. Rząd był bardzo zdeterminowany, by się z nimi ostatecznie rozprawić; doszło nawet do tego, że niszczenie maszyn przemysłowych zostało uznane za przestępstwo zagrożone karą śmierci. W roku 1813 siedemnastu robotników zostało straconych, wielu innych skazańców wywieziono do Australii.
Pozostała nam po tych podziemnych organizacjach nikła liczba świadectw, zachowało się natomiast trochę pieśni. Oto „Tkalnia Fostera” (Foster’s Mill), pod którą zapisano datę 1912 r.:

Niezłomni sukna postrzygacze,

niechaj wam serca w piersiach rosną!

Spójrzcie na waszych w Yorku braci:

biorą się za Fostera krosno.

 

Łuna nad tkalnią rozgorzała

wybiegli ludzie wprost spod pierzyn;

w księżyca blasku drżącym tłumem

ugasić pożar miasto bieży.

 

A oni ramię w ramię stojąc

się zaklinają na Święty Duch,

że nie pozwolą cebrom z wodą

by je ktokolwiek puścił w ruch!

 

My też staniemy ramię w ramię

nasze przysięgi równie srogie;

puścimy z dymem postrzygalnie

– i resztę maszyn, co nam wrogie!

 

Jako że związki zawodowe były u swej kolebki czymś wyjętym spod prawa, nie powinno dziwić, że przywiązywały szczególną wagę do własnej historii i tradycji. Można wskazać wiele „pokoleń” pieśni walki i protestu, które łącznie składają się na alternatywną historię społeczną, historię widzianą z perspektywy „dołów”.

Etnografowie zaczęli postrzegać tego rodzaju twórczość jako ważne świadectwo zmian społecznych, dlatego obecnie jest ona ceniona bardziej niż kiedykolwiek – nadal pozostając światem niemal niezauważanym przez ogół. Gromadzenie i popularyzowanie takich pieśni jest niełatwym zadaniem, jednak wysiłek włożony w ich badanie zwraca się z dużą nawiązką: pozwala lepiej zrozumieć wkład, jaki w kulturę wniósł zorganizowany ruch pracowniczy.

***

Niedawno miałem okazję uczestniczyć w imprezie będącej hołdem dla Jacka Mundeya w 80. rocznicę jego urodzin. Ten robotnik budowlany i przywódca związkowy stał się w Australii sławny w latach 70. z powodu swojego wkładu w zachowanie dużych fragmentów historycznej zabudowy Sydney przed wyburzeniami.

Związek, któremu przewodził, Builders Labourers Federation (BLF), zorganizował wspólnie ze społecznościami lokalnymi tzw. zielone strajki (green bans) w obronie miejsc o szczególnym znaczeniu przyrodniczym oraz budynków wyjątkowo cennych pod względem historycznym. Prasa i politycy owego okresu z ogromnym lekceważeniem wypowiadali się na temat koncepcji, w myśl której robotnicy budowlani mogliby mieć cokolwiek do powiedzenia na temat losów zabudowy miejskiej. Tymczasem zielone strajki stały się ważną inspiracją w wielu krajach świata. W Niemczech Petra Kelly założyła Partię Zielonych, a ruchy związkowe zaczęły uświadamiać sobie istnienie problemów ekologicznych. Podczas uroczystości na cześć Mundeya odśpiewano szereg pieśni, które powstały przy okazji zielonych strajków, jak „Zielone strajki teraz i zawsze” (Green Bans Forever), „Miasto zieleni” (City of Green), „Pomniki” (Monuments), „Szkło i beton dziś w natarciu” (Under Concrete and Glass), ale i „Na zawsze solidarni!”, hymn IWW [Industrial Workers of the World (Robotnicy Przemysłowi Świata), radykalna międzynarodowa organizacja związkowa, bliska ideologii anarchosyndykalistycznej – przyp. red.], napisany podczas I wojny światowej. Zapoznajcie się z fragmentem „Szkło i beton dziś w natarciu”, pieśni znanej także pod tytułem „Wśród Zachodnich Przedmieść” (Across the Western Suburbs):

Tu, gdzie stoisz, stał mój piękny mały domek

w gruzy zmienił go chciwości strasznej walec

dziś ekipa rozbiórkowa wyburzyła go bez słowa

wśród Zachodnich Przedmieść każą się odnaleźć.

 

Refren:

Szkło i beton dziś w natarciu, Stare Sydney – na wymarciu

w gruzy zmienia je chciwości strasznej walec

my nie chcemy się stąd ruszać, lecz się nas do tego zmusza

wśród Zachodnich Przedmieść każą się odnaleźć.

 

Mój dom to dziś klitka ciasna, w bloku na obrzeżach miasta

ech, chłopaki, na sam widok chce się płakać…

aż po dach, który przecieka, obciążona hipoteka

jeszcze tylko przez pół wieku mam go spłacać.

 

Przyszła już najwyższa pora skończyć rządy „inwestora”

przecież widać, jaka straszna jest to plaga

mafii dasz rozwinąć skrzydła – zaraz zrobi cię bez mydła

…i obudzisz się gdzieś aż za Wagga Wagga!

Powyższy przykład udowadnia, że bojowym działaniom „tu i teraz” mogą z powodzeniem towarzyszyć bojowe pieśni z dawnych czasów. Zawarty w nich sposób postrzegania świata nie przestaje bowiem istnieć: trwa w kulturze, ale i przekazywany jest w łonie organizacji.

Pieśń związkowa, tak jak i każdy inny utwór, stanowi element wspólnego śpiewnika całego społeczeństwa. Bywa, że staje się popularna wiele lat od jej napisania czy pierwszego wykonania. Weźmy pieśń Woody’ego Guthrie, „Ten kraj należy do ciebie” (This Land is Your Land). Napisana została w 1940 r., podczas II wojny światowej, Guthrie nagrał ją w 1944 r., z kolei jej słowa opublikowano w 1956 r. Dużą popularność zyskała w USA (ale i w innych krajach) w latach 60.; pierwszy raz usłyszałem ją na początku 1962 r. na obozie w Springwood w Górach Błękitnych na zachód od Sydney. Od tamtych czasów nagrano ją i wydano wiele, wiele razy. Jej słowa zmieniano i tłumaczono, dopisywano nowe, ale i cenzurowano dotychczasowe. W 2002 r. utwór znalazł się wśród 50 nagrań, które Biblioteka Kongresu uznała za godne dopisania do Narodowego Rejestru Nagrań.

Na początku ubiegłego roku oglądałem, za pośrednictwem Internetu, jak zbliżający się do dziewięćdziesiątki Pete Seeger na koncercie z okazji objęcia urzędu przez Baracka Obamę porwał za sobą ogromną widownię. Wspólnie odśpiewano pieśń „Ten kraj należy do ciebie” – łącznie z trzema zwrotkami, które zwykle się omija, z racji ich jednoznacznie politycznego przesłania:

Na ulicach tego miasta,

w cieniu wielkich chmur drapaczy

i w kolejce po zasiłek

– dziś widziałem moich braci.

Kiedy stali, wygłodniali,

takie słowa wyszeptałem:

ten kraj stworzono dla ciebie i dla mnie.

 

Mur wysoki aż do nieba

kazał mi zakończyć drogę,

a litery na tablicy

mówią: dalej iść nie mogę.

I zostałem po tej stronie,

o której tablica milczy

tę stronę stworzono dla ciebie i dla mnie.

 

Nikt na ziemi

mi nie zabroni

kroczyć przed siebie

autostradą wolności;

nikt na ziemi

nie jest w stanie mnie zawrócić,

bo ten kraj stworzono dla ciebie i dla mnie.

Jak wiele innych pieśni związkowych, pieśń ta niesie w sobie zarówno ładunek historii, jak i potencjalny ładunek wybuchowy na dzisiejsze czasy. Napisana pod koniec poprzedniego wielkiego kryzysu, przywitano nią prezydenta, po którym oczekuje się powstrzymania pierwszego kryzysu XXI w.

***

Bez wątpienia Woody’ego Guthrie można uznać za ważnego autora pieśni związkowych. Jednak wielu twórców tego rodzaju utworów nie jest szerzej znanych, o ile w ogóle nie pozostają anonimowi. Co więcej, wiele utworów śpiewanych przez związkowców stanowi parodię powszechnie rozpoznawanych piosenek. Joe Hill, bard i męczennik IWW działający w Stanach Zjednoczonych (choć urodzony w Szwecji), napisał cały szereg pieśni opartych na hymnach lub je parodiujących. Związek wsławił się pieśniami, wydanymi w postaci niewielkiego czerwonego śpiewnika, zatytułowanego „Rozniecając płomienie buntu” (To Fan the Flames of Discontent).

Oddziały IWW, utworzonego w 1905 r. w Chicago, zaczęły szybko powstawać w innych krajach, jak Kanada, Australia czy Chile, a wpływ działalności związku można było odczuć w Irlandii, Afryce Południowej, Skandynawii, Chinach… Jedną z jego naczelnych zasad, z której zasłynął, była walka z uprzedzeniami rasowymi, które postrzegał jako narzędzie rozbijania solidarności świata pracy; był też zawziętym przeciwnikiem wojen, w ramach których robotnicy z poszczególnych krajów mieli zabijać swoich towarzyszy z innych. W 1916 r. w Sydney siedmiu członków IWW zostało skazanych na karę piętnastu lat więzienia za działalność antywojenną, inni dostali wyroki pięcio- i dziesięcioletnie. Bill Casey, członek IWW, który później został sekretarzem Seamen’s Union of Australia [australijskiego związku zawodowego marynarzy floty handlowej – przyp. red.], napisał „Do sejmu niczym z procy” (Bump me into Parliament), poświęconą politykom tamtego okresu. Oto kilka zwrotek:

Nadstawcie uszu, dobrzy ludzie!

Formalny wniosek tutaj zgłaszam:

ptasiego mleczka dla każdego!

Mam na to patent pierwsza klasa:

 

Refren:

Elektoracie, wystrzel mnie

do sejmu, niczym z procy!

Nieważne, jak to zrobić chcesz

zrób wszystko, co w Twej mocy!

 

Kolegów mam, z nadzorczych rad

co mówią, że się nadam,

bo senatorski rozum mam

i wzruszająco gadam.

 

Ja z tobą, ludu pracujący!

Wraz z wyklętymi chcę powstawać!

Mam na to sposób niezawodny,

to „podkomisja” i „ustawa”.

 

Pracownik z szefem się dogada

nam niepotrzebne spory nowe;

już ja ustawą poustawiam

te całe związki zawodowe!

Duch pieśni i filozofii IWW unosi się nad wszystkimi hymnami związkowymi, powstałymi w późniejszych okresach. Związki zawodowe na całym świecie sprzeciwiały się inwazji na Irak, podobnie zresztą jak przywódcy religijni. Świadectwa oporu przeciwko wojnie odnaleźć można w australijskich pieśniach związkowych; gdy mowa o wojnie w Wietnamie, na myśl przychodzą „Pokój jest sprawą związkowców” (Peace is Union Business) oraz „Boonaroo” – w 1967 r. członkowie Seamen’s Union of Australia odmówili służby na statku handlowym o tej nazwie, który pełen ładunku dla wojska szykował się do rejsu do Wietnamu. W latach 50. australijskie związki zawodowe pracowników branży morskiej uniemożliwiły holenderskiej marynarce wojennej próby utrzymania kolonialnego statusu Indonezji. W 1937 r. należący do związków robotnicy udaremnili eksport żeliwa do Japonii, w sprzeciwie wobec jej napaści na Chiny. W 1964 r. Clem Parkinson poświęcił tamtej akcji „Żeliwną piosenkę” (The Pig-iron Song):

Czy nie byłeś nigdy ciekaw, czemu pracownicza brać

„Człowiekiem z żeliwa” zwykła Roberta Menziesa zwać?

Fascynuje ta opowieść, chociaż ma już tyle lat

obowiązek ma ją poznać cały robotniczy świat!

 

Refren:

Nie dostał od nas żeliwa zrodzony w Japonii faszyzm

nici ze statku załadunku, nie daliśmy się zastraszyć!

Kiedy stawką demokracja, zawsze walczy się do końca

tak jak z krajem Wschodzącego, mocno Brunatnego Słońca.

 

Był to rok trzydziesty siódmy, gdy japoński imperializm

postanowił na kolana dumny chiński lud powalić.

Chłopski naród walczył dzielnie, choć miał karabinów mało

za to w australijskich dokach miał przyjaciół armię całą.

 

Prokurator Menzies orzekł: „Wypłynięcie kto blokuje,

ten do życia w ciasnej celi niech od jutra się szykuje!”.

Ale nikt się nie wyłamał, równo twardzi chłopcy nasi

– nie dostał od nas żeliwa zrodzony w Japonii faszyzm!

 

Polityku-sprzedawczyku, ktoś twe winy zmazać musi

krzyż ten niosą robotnicy gdzieś w Gwinei Nowej głuszy.

Dla pokoleń przyszłych tej historii jest przesłanie:

aby pokój mógł się ziścić – stać musimy ramię w ramię!

***

Patrząc z perspektywy globalnej, postawa ruchu pracowniczego odegrała ważną rolę w walce z dyskryminacją, kolonializmem, apartheidem, niewolnictwem, wojną i grabieżą ekonomiczną. Fundamentem związkowego światopoglądu jest przekonanie o konieczności tworzenia – w skali lokalnej, krajowej i międzynarodowej – oddolnych, niezależnych organizacji, opartych o ideały powszechnej równości i sprawiedliwości. Związki zawodowe uważają bezpieczeństwo w miejscu pracy, bezpłatną opiekę zdrowotną i edukację za podstawy cywilizowanego społeczeństwa. Stojące przed nimi wyzwania, w dobie korporacyjnej globalizacji i nadciągającego kryzysu ekologicznego, spowodowanego brakiem jakiejkolwiek kontroli nad działaniem „sił rynkowych”, są coraz większe, a potrzeba stawienia im czoła – nagląca. Mnóstwo naszych współczesnych zmartwień stanowią zatem kwestie, którym autorzy pieśni zdążyli już poświęcić naprawdę dużo uwagi.

Na mojej stronie internetowej, www.unionsong.com, zgromadziłem wiele takich utworów, w przekonaniu, że są one czymś niezmiernie ważnym. Pieśni związkowe powstają wszędzie, gdzie tylko istnieją związki zawodowe. Niedawno, na japońskim festiwalu filmowym miałem okazję obejrzeć koreański film dokumentalny „Nie wrócę na noc” (Weabak: Stayed Out All Night), wyreżyserowany przez Kim Mi-re. Pracownice supermarketu, które przeprowadziły 16-miesięczny strajk okupacyjny, nieustannie pisały i śpiewały pieśni na temat swojej walki. Gdyby nie film, nigdy nie usłyszałbym o tych utworach, ani o samym strajku. Żyjemy w świecie, w którym tego typu rzeczy nie zwracają na siebie uwagi tzw. mass mediów. Tak zresztą było zawsze, dlaczego więc jesteśmy zaskoczeni, przyłapując samych siebie na totalnej niewiedzy na temat historii, kultury i pieśni związków zawodowych? To ulotne dziedzictwo, dlatego powinniśmy wspomóc jego zachowanie dla przyszłych pokoleń.
Wymagać to będzie skoordynowanych działań w kierunku gromadzenia i udostępniania tych „relacji z przemian społecznych”. Internet stanowi bardzo dobre narzędzie zbierania takich pieśni i ich ochrony przed zapomnieniem, ale także zachęty do tworzenia nowych. Rzadko która osiągnie popularność „Na zawsze solidarni!” czy „Ten kraj należy do ciebie”, jednak każda z nich oferuje sposób patrzenia na świat niemal nie zauważany przez wielkie koncerny.

Mark Gregory

Tłum. Włodzimierz Kaniec

Teksty piosenek przełożył Michał Sobczyk

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w piśmie „Obywatel” (poprzedniku „Nowego Obywatela”) nr 49 w roku 2010.

Mark Gregory (ur. 1943) – etnograf, muzyk i producent. Pieśniami związkowymi zainteresował się w latach 60., uczestnicząc w pracach nad śpiewnikiem Towarzystwa Miłośników Muzyki Ludowej przy Uniwersytecie w Sydney, zatytułowanym „Songs of Our Times” (Pieśni naszych czasów). W latach 70. w Londynie współtworzył Cinema Action, radykalny projekt filmowy, pisząc piosenki na potrzeby dokumentów poświęconych protestom pracowniczym; działał też w brytyjskich związkach zawodowych. Autor wystąpień i publikacji na temat pieśni związkowych i ich dokumentowania, prezentowanych na licznych konferencjach i festiwalach. Jego praca dyplomowa z muzykologii, obroniona na Uniwersytecie Macquariego, w 2007 r. ukazała się w wersji książkowej, pod tytułem „Sixty Years of Australian Union Songs”. Twórca internetowego zbioru niemal siedmiuset pieśni i wierszy o szeroko rozumianej tematyce związkowej: www.unionsong.com. W roku 2014 obroni pracę doktorską pt. „Australian working songs and poems – a rebel heritage”.

Niewidzialny skalpel rynku

Niewidzialny skalpel rynku

Członkowie Konfederacji chcieli utrzymać liberum veto i nie chcieli płacić podatków. Poseł Dobromir Sośnierz z Konfederacji też nie chce płacić podatków. Jego zdaniem, wszystko musi być prywatne. Zagrał więc niedawno w telewizyjnym teatrze rolę eksperta od amerykańskiego systemu ochrony zdrowia. Pochwalił (oczywiście) niewidzialny skalpel rynku, ale o szczegółach nie mówił. Napiszę więc o nich.

Amerykanie mogą, za stosunkowo małą opłatą (gotówką lub kartą potwierdzającą posiadanie ubezpieczenia), iść do prywatnego gabinetu, w którym lekarz porozmawia z nimi przez chwilę i skieruje na badania diagnostyczne. Podczas następnej wizyty powie co się dzieje i wypisze recepty. Jeśli to wystarcza, to dobra nasza. Jeśli sprawa jest poważna, to kamienista droga przed nami.

Bywa też tak, że ktoś zadzwoni na numer alarmowy. Gdy tylko dyspozytor ustali lokalizację, natychmiast ruszają na sygnale: ambulans, straż pożarna i policja. Kto pierwszy przyjedzie, ten pierwszy udziela pierwszej pomocy. Po przewiezieniu pacjenta do szpitala robione jest wszystko, aby go uratować. Dopiero po tym wolno pytać, kto za to zapłaci.

Najlepsze szpitale wyposażone są w najnowocześniejszy sprzęt i pracują w nich najlepsi specjaliści. Najlepsi na świecie, gdyż gdy tylko pojawi się gdzieś jakiś wybitnie zdolny lekarz, to, prędzej lub później, dostanie ofertę nie do odrzucenia. Pacjentami takich szpitali są w większości ludzie bogaci. Nie trzeba jednak być miliarderem. Czasami wystarczy kilka lub kilkanaście milionów. Ciekawym aspektem działania takich szpitali jest to, że ich pacjentami bywają również ludzie biedni. Ich biletem wstępu jest posiadanie ciekawego przypadku nieuleczalnej choroby. Można bowiem testować na nich nowe lekarstwa lub techniki operacyjne. Nie należy jednak doszukiwać się w tym działań niemoralnych. To ludzie, którym standardowa medycyna pomóc już nie może i dana jest im szansa na cud. Zaliczyć ich więc należy do szczęśliwców gdyż w tego rodzaju szpitalach cuda często się zdarzają.

Poniżej są zwykłe szpitale komercyjne. Poziom usług medycznych jest w nich dobry. Ich pacjentami są najczęściej posiadacze planów ubezpieczeniowych oferowanych pracownikom przez pracodawców. Firmy nie mają formalnego obowiązku ubezpieczania swoich pracowników, ale jeśli tego nie robią, to ludzie nie chcą w nich pracować. I tu zaczyna się też to, co „wolnościowcy” lubią najbardziej: biurokracja.

W walce o pieniądze pomiędzy pracodawcami i pracownikami, rolę rozjemców pełnią firmy wyspecjalizowane w opracowaniu planów ubezpieczeniowych oraz w administrowaniu i zarządzaniu tym bałaganem. Są plany złote (bez limitów) – dla kadry kierowniczej, srebrne dla niższej kadry kierowniczej i specjalistów oraz brązowe – dla szeregowych pracowników. Różnice pomiędzy nimi wyznacza sieć lekarzy i szpitali, które dany plan akceptują. W poszczególnych planach znajdują się ceny opłat za procedury medyczne, dopuszczalna częstotliwość ich stosowania, lista dopuszczalnych badań diagnostycznych oraz spis akceptowanych lekarstw. W tym miejscu należy pamiętać, że system ten obejmuje ludzi w wieku produkcyjnym, czyli ciągle jeszcze względnie zdrowych. Dodatkowo większość planów zawiera copay (kwotę, którą ubezpieczony musi zapłacić z własnej kieszeni na „dzień dobry”) i max (kwotę, po wyczerpaniu której ubezpieczenie traci ważność). W praktyce, „wszyscy pacjenci są równi ale niektórzy są bardziej równi niż inni”.

W efekcie na każdego dolara wydanego na służbę zdrowia co najmniej dwa dolary przeznaczane są na to, aby oliwić tryby. Kręci się to jednak jakoś, gdyż Ameryka to bardzo bogaty kraj.

Co jakiś czas (seria bardzo skomplikowanych operacji lub choroba wymagająca długotrwałego i kosztownego leczenia) zaczyna się dramat. Max zostaje osiągnięty i poczta zaczyna przynosić pacjentowi rachunki. Medicaid (państwowe program dla biednych) „wskakuje” bowiem dopiero, gdy pacjent oddał już wszystko, co posiada.

W trochę lepszej sytuacji są emeryci. Rządowy program opieki medycznej dla emerytów (Medicare) płaci za nich tylko tyle, ile wynika z oficjalnej (minimalnej) wyceny procedur medycznych. Tych pacjentów szpitale przyjmują, ale „nie szanują”. Kręci się to jednak jakoś, gdyż wielu emerytów kupuje ubezpieczenia uzupełniające.

Trzecią grupę stanowią przychodnie i szpitale charytatywne. Tam nikt o pieniądze nie pyta. Tego typu placówki finansowane są przez władze miasta, powiatu lub stanu oraz różnego rodzaju fundacje katolickie, protestanckie, żydowskie itd. W stosunku do potrzeb nie ma ich niestety wystarczająco dużo i dostanie się pod ich opiekę zależy od tego, czy ma się odpowiednie „znajomości”.

To nie koniec. Wielu chorych, gdy max zostaje osiągnięty, wraca do domu. Robią to, aby nie wpędzać rodziny w ogromne długi. Po drodze zatrzymują się często w „aptece” na skrzyżowaniu ulic w złej dzielnicy i kupują marihuanę. Jest to po prostu dobry i tani środek przeciwbólowy. Cenione są również działania uboczne tego zioła. Znikają psychologiczne skutki stresu. Można się śmiać, słuchać muzyki i czytać książki. Następny etap to heroina. Niby łatwo jest strzelić sobie w głowę, ale polisy ubezpieczeniowe (na wypadek śmierci) mają klauzulę wyłączającą wypłatę odszkodowania, jeśli powodem śmierci jest samobójstwo. Lepiej jest dodatkowo zachorować (narkomania jest chorobą) i doprowadzić się do stanu, w którym (świadomy lub nieświadomy) złoty strzał, czyli przedawkowanie, kończy wszystko bez bólu i strachu.

Oh well. Tak sobie myślę, że z lansowaniem amerykańskiego systemu opieki medycznej powinniśmy poczekać. Do czasu gdy „wolnościowcy” dorosną lub cena heroiny będzie w Polsce wystarczająco niska.

Jerzy Jacek Pilchowski

Plusy ujemne Kolei Plus

Plusy ujemne Kolei Plus

PKP PLK chce w ramach rządowego programu odbudowy linii lokalnych realizować drogie i czasochłonne projekty. Samorządów na to nie stać.

Jeszcze w maju 2020 r. ma wreszcie rozpocząć się nabór wniosków do programu Kolej Plus. Programu, który rodził się w bólach przez ponad półtora roku.

Minister infrastruktury w rządzie Prawa i Sprawiedliwości Andrzej Adamczyk już jesienią 2018 r. zaprezentował mapę sieci kolejowej z dorysowanymi kreskami do niektórych polskich miast nieposiadających połączeń i oznajmił: „Od 1989 r. zlikwidowano wiele tysięcy kilometrów linii kolejowych. Najwyższy czas ten zły proces odwrócić. Dzisiaj ogłaszamy program Kolej Plus. Odbudujemy zniszczone i zbudujemy nowe linie kolejowe”.

Przy realizacji programu Kolej Plus mogą wystąpić znacznie większe bóle od tych, które pojawiły się podczas jego tworzenia.

Program wyborczy

Do ogłoszenia programu Kolej Plus przez premiera Mateusza Morawieckiego i ministra Andrzeja Adamczyka doszło na peronie przystanku Jasienica Mazowiecka w dniu 17 października 2018 r.: „To przełomowy moment, punkt zwrotny, od którego możemy powiedzieć, że będziemy odtwarzali połączenia kolejowe” – mówił Morawiecki, a stojący obok niego Adamczyk zapewniał, że realizacja programu rozpocznie się lada dzień: „Przygotowaliśmy projekty ustaw, przygotowaliśmy zmiany w ustawach dzisiaj istniejących. Ten program ma realny kształt, ten program jest realnie przygotowany do tego, żeby wdrażać go jak najszybciej”.

Szybko jednak okazało się, że zapewnienia o gotowym do wdrażania programie Kolej Plus były tylko propagandowym zabiegiem na potrzeby kampanii przed wyborami samorządowymi rozpisanymi na 21 października 2018 r. Program ogłoszono cztery dni przed wyborami, a dopiero potem nieśpiesznie zabrano się za jego tworzenie.

W styczniu 2019 r. na zorganizowanym w Warszawie przez Grupę PKP Kongresie Rozwoju Kolei – gdy od ogłoszenia programu Kolej Plus minęły już trzy miesiące – minister Andrzej Adamczyk oznajmił, że trwają prace nad stosownymi przepisami: „Przygotowywany jest projekt ustawy o programie Kolej Plus, który niebawem trafi do konsultacji społecznych”.

Po upływie kolejnych trzech miesięcy, w kwietniu 2019 r., dwumiesięcznik „Z Biegiem Szyn” zapytał w Ministerstwie Infrastruktury, kiedy wreszcie program Kolej Plus ujrzy światło dzienne. – „Trwają prace nad programem” – oznajmił rzecznik resortu Szymon Huptyś. – „Wprowadzenie programu związane jest z koniecznością przeprowadzenia niezbędnych zmian w prawie. Przyjęcie i wdrożenie tego programu musi być poprzedzone uzgodnieniem z zainteresowanymi resortami i podmiotami”.

Każdy program wieloletni musi zostać przyjęty ustawą sejmu lub uchwałą rady ministrów. I choć pod koniec września 2019 r. program Kolej Plus nadal nie przybrał takiej postaci, nie przeszkodziło to premierowi wykorzystać programu na potrzeby trwającej wówczas kampanii przed wyborami parlamentarnymi: „Będzie budowana kolej – kolej tutaj z Turku. 600 mln zł na to przeznaczymy” – oznajmił Mateusz Morawiecki mieszkańcom tego wielkopolskiego miasta, leżącego pośrodku jednej z większych białych plam na polskiej sieci połączeń kolejowych. Premier nie zająknął się przy tym, że program Kolej Plus wciąż jeszcze nie został przyjęty i cała koncepcja budowy linii kolejowej Konin – Turek sprowadza się jedynie do kreski narysowanej na mapie.

Obietnice plus

Uchwałę wprowadzającą Program Uzupełniania Lokalnej i Regionalnej Infrastruktury Kolejowej Kolej Plus rada ministrów przyjęła dopiero 3 grudnia 2019 r. Oznacza to, że od ogłoszenia programu do jego faktycznego ustanowienia upłynął ponad rok. Następnie 9 stycznia 2020 r. sejm uchwalił nowelizację ustawy o transporcie kolejowym określającą możliwości finansowania programu Kolej Plus.

Ustawę o zmianie ustawy prezydent Andrzej Duda podpisał 4 marca 2020 r. Do złożenia podpisu doszło nie w Pałacu Prezydenckim w Warszawie, lecz na uśpionej stacji kolejowej w Końskich, z której ostatni pociąg pasażerski odjechał w 2009 r. – „Dzięki tej ustawie przywrócimy do życia tę linię kolejową i ten dworzec, który znajduje się przed nami, a którego okna dzisiaj zabite są blachą” – obiecywał na koneckim peronie prezydent. – „Co najmniej 20 miast średniej wielkości, powyżej 10 tys. mieszkańców, otrzyma swoje połączenia kolejowe, których do tej pory nie miały”.

Chcąc wykorzystać program Kolej Plus w swojej kampanii wyborczej, Andrzej Duda złożył obietnice trudne do spełnienia. Nawet uwzględniając to, że rząd wydłużył czas realizacji programu o kilka lat. O ile bowiem przy ogłoszeniu programu zapowiedziano, że zostanie on wykonany do końca 2023 r., o tyle w momencie jego ustanowienia okazało się, że okres realizacji rozciągnięto aż do końca 2028 r.

Wskaźniki zapisane w rządowej uchwale określają, że cel programu Kolej Plus zostanie uznany za osiągnięty, jeśli do końca 2023 r. dostęp do transportu kolejowego uzyska jeden samorząd, a do końca 2028 r. pięć samorządów.

Fundusze na realizację przedsięwzięć w ramach programu Kolej Plus mają pochodzić z dokapitalizowania spółki PKP PLK przez skarb państwa – kwota 5,6 mld zł ma być przekazywana w transzach przez siedem lat: od 2021 do 2027 r. Jak jednak wynika z uchwały przyjętej przez rząd, do 2023 r. spółka PKP PLK otrzyma zaledwie 2,5% kwoty przeznaczonej na program Kolej Plus. Większe transze zaczną być przekazywane przez skarb państwa dopiero od 2024 r., a więc tak się składa, że po zakończeniu obecnie trwających kadencji parlamentu, rządu i samorządów. Zgodnie bowiem z kalendarzem wyborczym, jesienią 2023 r. mają odbyć się zarówno wybory parlamentarne, jak i samorządowe. Program Kolej Plus ma więc rozkręcić się dopiero za kilka lat – po przetasowaniach na różnych szczeblach władzy: od parlamentu i rządu po województwa, powiaty i gminy.

Bajki premiera i legendy prezydenta

Rozpoczęcie inwestycji w ramach programu Kolej Plus zależy od samorządów. To one mają zgłaszać linie do budowy czy rewitalizacji. Selekcji dokona spółka PKP Polskie Linie Kolejowe.

Pierwszeństwo będzie miało 21 koncepcji przedstawionych na dołączonej do programu Kolej Plus mapce stworzonej w PKP PLK. Jak jednak wskazuje Ministerstwo Infrastruktury, stanowi ona katalog otwarty: samorządy z jednej strony wcale nie muszą ubiegać się o dofinansowanie przedsięwzięć, które znalazły się na mapce, a z drugiej strony mogą starać się o dofinansowanie inwestycji spoza mapki. A zatem – co otwarcie przyznał wiceminister infrastruktury ds. kolei Andrzej Bittel w marcu 2020 r. – „do czasu zakończenia procedury naboru wniosków i podpisania stosownych umów w zakresie realizacji projektów pomiędzy PKP PLK a jednostkami samorządu terytorialnego nie jest możliwe wskazanie, jakie inwestycje i w jakim terminie będą realizowane w ramach programu Kolej Plus”.

Oznacza to, że deklaracje zarówno prezydenta Dudy z Końskich („Przywrócimy tu do życia tę linię kolejową”), jak i premiera Morawieckiego z Turku („Będzie budowana kolej”) można włożyć między bajki i legendy, gdyż wszystko zależy od tego, czy miejscowe samorządy w ogóle zechcą zgłosić się do programu Kolej Plus.

W programie mogą uczestniczyć samorządy wszystkich szczebli: województwa, powiaty i gminy. Jest jeden warunek: muszą wyłożyć wkład własny w wysokości 15% wartości inwestycji.

(Na)przeciw samorządom

Od udziału w programie Kolej Plus samorządowców mogą odstraszyć kosmiczne koszty. Na przykład rewitalizacja odnogi o długości 6,5 km, biegnącej od magistrali Bydgoszcz – Trójmiasto do Świecia, została wyceniona przez PKP PLK na 300 mln zł (samorząd musiałby więc wyłożyć wkład własny w wysokości 45 mln zł).

Dla porównania, wykonana w 2019 r. rewitalizacja 6-kilometrowej linii z Dzierżoniowa do Bielawy kosztowała 14,6 mln zł. Ciąg ten został odbudowany jednak nie przez PKP PLK, lecz przez Dolnośląską Służbę Dróg i Kolei – instytucję zarządzającą drogami wojewódzkimi i liniami kolejowymi przejętymi od PKP. Nieczynną linię z Dzierżoniowa do Bielawy samorząd województwa dolnośląskiego przejął w grudniu 2018 r., następnie od marca do października 2019 r. zostały wykonane prace rewitalizacyjne i od 15 grudnia 2019 r. odbywa się ruch pociągów. – „Z punktu widzenia prawa budowlanego inwestycja była prowadzona na zgłoszenie, co oznacza, że Dolnośląska Służba Dróg i Kolei mogła potraktować ją jako remont. To w znaczącym stopniu uprościło i przyspieszyło cały proces” – mówi szef DSDiK Leszek Loch. – „Przed rozpoczęciem inwestycji dokonano jedynie inwentaryzacji drzewostanu oraz samej infrastruktury kolejowej”.

Nawiasem mówiąc, przywrócenie do życia linii Dzierżoniów – Bielawa trwało krócej niż napisanie przez urzędników Ministerstwa Infrastruktury 17-stronnicowego programu Kolej Plus.

Dużym tempem realizacji inwestycji raczej nie zaskoczy nas też spółka PKP PLK, która ma mieć monopol na fundusze z programu. Uchwała rady ministrów jasno bowiem stwierdza, że „wykonawcą programu jest spółka PKP Polskie Linie Kolejowe”. Samorządowi zarządcy infrastruktury – tacy jak Pomorska Kolej Metropolitalna czy właśnie Dolnośląska Służba Dróg i Kolei – nie będą więc mogli uzyskać z programu Kolej Plus ani grosza. A jeszcze we wrześniu 2019 r. wiceminister Bittel stwierdził w rozmowie z Portalem Samorządowym, że Kolej Plus to wyjście naprzeciw inicjatywom samorządów: „Mieliśmy sporo zgłoszeń o chęci odtworzenia linii kolejowych i przywrócenia na nich ruchu pociągów, choćby z województwa dolnośląskiego”.

Samorząd województwa dolnośląskiego jako jedyny polski region realizuje strategię przejmowania od PKP nieczynnych linii i ich rewitalizacji. Oprócz linii Dzierżoniów – Bielawa, DSDiK przywróciła już do życia trasy Wrocław – Trzebnica oraz Szklarska Poręba – Harrachov. W listopadzie 2019 r. dolnośląski samorząd przejął kolejnych sześć zamkniętych tras o łącznej długości 110 km: Wałbrzych – Szczawno-Zdrój – Boguszów-Gorce, Bielawa – Srebrna Góra, Rokitki – Chojnów, Kobierzyce – Niemcza – Piława Górna, Łagiewniki – Kondratowice i Jerzmanice-Zdrój – Lwówek Śląski.

Choć Dolnośląska Służba Dróg i Kolei nie może być beneficjentem programu Kolej Plus, to wśród 21 ciągów wytypowanych do odbudowy w ramach programu znalazł się 24-kilometrowy odcinek Jerzmanice-Zdrój – Lwówek Śląski, który został przejęty przez samorząd województwa dolnośląskiego z zamiarem reaktywacji połączeń na trasie Legnica – Złotoryja – Jerzmanice-Zdrój – Lwówek Śląski – Wleń – Jelenia Góra. Inny nieczynny fragment tego ciągu, 33-kilometrowy odcinek z Lwówka Śląskiego do Jeleniej Góry, nie tylko nie znalazł się na liście 21 priorytetów Kolei Plus, ale w ogóle nie jest objęty planami inwestycyjnymi. Tymczasem jako ciąg będący w gestii PKP PLK mógłby liczyć na fundusze z programu Kolej Plus, a lokalne samorządy od lat domagają się jego renowacji.

Droga plus, kolej minus

W otwartym katalogu programu Kolej Plus wymienione zostało odtworzenie odcinka od położonej na linii Opole – Kędzierzyn-Koźle stacji Gogolin do Krapkowic, 16-tysięcznego miasta powiatowego bez połączeń kolejowych od 1991 r. Liczący 6 km odcinek Gogolin – Krapkowice stał się nieprzejezdny w 1997 r., kiedy to powódź uszkodziła most kolejowy przez Odrę. W 2004 r. wydana została decyzja o likwidacji linii, a następnie w latach 2006-2007 zdemontowano tory. Odbudowa tego fragmentu umożliwiłaby nie tylko uruchomienie połączeń pasażerskich między Opolem a Krapkowicami, ale także odtworzenie ciągu Gogolin – Krapkowice – Prudnik i w efekcie poprawę spójności sieci kolejowej na Opolszczyźnie. Problem w tym, że nieprzejezdny od 1997 r. most kolejowy na Odrze właśnie jest przebudowywany na przeprawę drogową: rozpoczęte jesienią 2019 r. prace budowlane mają skończyć się wiosną 2021 r. Wcześniej, we wrześniu 2018 r., otwarto obwodnicę gogolińskiego osiedla Karłubiec, którą zbudowano po śladzie linii Gogolin – Krapkowice. Kolejnym etapem tej inwestycji ma być poprowadzenie drogi z Gogolina do Krapkowic nieczynnym tunelem kolejowym pod autostradą A4.

Z problemem braku pasa terenu zderzy się też ujęta w programie Kolej Plus koncepcja rewitalizacji ciągu Małkinia – Kosów Lacki – Sokołów Podlaski. Od dekady kolejne fragmenty tej nieczynnej linii kolejowej są bowiem demontowane w celu skierowania drogi wojewódzkiej 627 nowym, prostszym przebiegiem. Najpierw rozebrany został most kolejowo-drogowy koło Małkini – w 2010 r. zbudowano w jego miejscu nową przeprawę drogową, demontując przy tym infrastrukturę kolejową po obydwu stronach Bugu w celu poprowadzenia dróg dojazdowych. Następnie w 2015 r. otwarto 12-kilometrowy odcinek drogi biegnący śladem torów do Kosowa Lackiego. Obecnie trwa opracowywanie projektu budowy drogi na dalszym, 20-kilometrowym odcinku linii kolejowej do Sokołowa Podlaskiego. Zawarte w programie Kolej Plus odtworzenie ciągu Małkinia – Sokołów Podlaski będzie więc wymagać wybudowania linii kolejowej w całkowicie nowym przebiegu. Decyzję o likwidacji torów z Małkini do Sokołowa Podlaskiego – z myślą o rozbudowie sieci drogowej – wydało w 2004 r. Ministerstwo Infrastruktury na wniosek PKP PLK.

Bogate obawy

Na liście priorytetów programu Kolej Plus dla województwa mazowieckiego, oprócz koncepcji odtworzenia ciągu Małkinia – Sokołów Podlaski, znalazły się modernizacje linii Siedlce – Sokołów Podlaski (wyceniona na 160 mln zł) i odcinka Małkinia – Ostrów Mazowiecka (wyceniona na 250 mln zł). Obie te linie od likwidacji połączeń pasażerskich w 1993 r. są wykorzystywane tylko w ruchu towarowym. Ponadto spółka PKP PLK wpisała do programu Kolej Plus szacowaną na 415 mln zł rozbudowę odcinka towarowego łączącego linię Warszawa – Piaseczno z Konstancinem-Jeziorną w celu doprowadzenia do tego miasta połączeń pasażerskich.

Czy władze województwa mazowieckiego są zainteresowane udziałem w programie? – „Na obecną chwilę nie ma planów dotyczących wystąpienia o fundusze i realizację wraz z PKP PLK projektów w ramach programu Kolej Plus” – mówi Marta Milewska z Urzędu Marszałkowskiego Województwa Mazowieckiego, dodając, że obawy dotyczą przede wszystkim kwestii finansowych i wynikają z doświadczeń we współpracy z PKP PLK przy rewitalizacjach linii Ostrołęka – Chorzele i Wieliszew – Zegrze w ramach Regionalnego Programu Operacyjnego: „Koszty okazały się dwu-, trzykrotnie wyższe niż pierwotnie zakładano”.

Sceptyczne jest nie tylko najbogatsze województwo w Polsce, ale między innymi również województwo kujawsko-pomorskie: jego władze przynajmniej na razie wstrzymują się z decyzją o uwzględnieniu w wieloletniej prognozie finansowej funduszy koniecznych na wkład własny do programu Kolej Plus. „Jego zakres finansowy i zadaniowy jest bardzo odległy od realnych możliwości” – stwierdził kujawsko-pomorski marszałek Piotr Całbecki.

Udźwignąć Kolej Plus

Problemem jest to, że spółka PKP Polskie Linie Kolejowe – przy akceptacji rządu – chce realizować w ramach programu Kolej Plus przedsięwzięcia o bardzo szerokim zakresie, wymagającym nie tylko kilku lat na przygotowanie i realizację prac, ale także bardzo dużych wydatków. Przykładowo zaproponowana w programie modernizacja 23-kilometrowego odcinka Czerwieńsk – Krosno Odrzańskie, na którym odbywa się ruch towarowy, a szynobusy mogłyby już dziś osiągać prędkość maksymalną 100 km/h, została wyceniona przez PKP PLK na aż 300 mln zł. Koszt rewitalizacji 20-kilometrowego odcinka z Czempinia do Śremu oszacowano na 350 mln zł.

Gdy w grę wejdą takie kilkusetmilionowe sumy, to niewinnie brzmiący 15-procentowy wkład własny samorządów będzie musiał sięgnąć kilkudziesięciu milionów złotych. Dla dużej części samorządów, zwłaszcza powiatów i gmin, jest to kwota bardzo trudna do udźwignięcia. Tym bardziej w dobie kłopotów finansowych wywołanych przez epidemię koronawirusa.

Program Kolej Plus trafiłby w możliwości finansowe samorządów, gdyby inwestycje skupiały się na przywracaniu dawnych parametrów na liniach nieczynnych i poprawie stanu linii funkcjonujących obecnie tylko w ruchu towarowym – poprzez zapewnienie prędkości 80-120 km/h i bez rozdymania zakresu przedsięwzięć o takie kosztowne elementy jak komputerowe centra sterowania ruchem kolejowym. Pozwoliłoby to osiągnąć zasadniczy cel programu – czyli reaktywację połączeń pasażerskich do możliwie dużej liczby miast – za mniejsze pieniądze, a także w znacznie krótszym czasie.

Entuzjazmu samorządów dla Kolei Plus nie budzi harmonogram finansowania programu, zgodnie z którym szerszy strumień funduszy popłynie dopiero po 2023 r. To rozmija się z prozaiczną potrzebą lokalnych polityków, jaką jest wydawanie pieniędzy na takie inwestycje, które pozwalają na przecięcie wstęgi nie później niż podczas kampanii przed najbliższymi wyborami samorządowymi. A one, przypomnijmy, odbędą się w 2023 r.

Karol Trammer

Tekst pochodzi z dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn” (nr 3/107 maj-czerwiec 2020), www.zbs.net.pl

Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Tomasz Chmielewski

De gustibus disputemus

De gustibus disputemus

Maseczki to niezła rzecz na nasze czasy zawieszenia, czasy socjologicznego interregnum. Teraz nie widać śmiejących się ust. Teraz można zobaczyć oczy.

Przez ostatnie dziesięciolecia żyliśmy w świecie, gdzie zewsząd otaczały nas wizerunki gładkich roześmianych osób: na billboardzie reklamującym dom spokojnej starości widnieje młodociana starsza pani obnażająca perłowo-białe zęby. Strona internetowa banku otwiera się na coraz bardziej ekstatyczne uzębienia zapatrzonych w komórki i horyzont dali ludzi. Website’y uniwersytetów pokazują grupki różnorasowych młodych osób prezentujących orgię bieli zębów. Zęby szczerzy na nas przystojny lekarz na reklamie przychodni. Tryska śmiechem ogłoszenie o poważnej konferencji naukowej. W odpowiedzi na pytanie o powód rosnącej ilości zachorowań, młoda polityczka wybucha perlistym śmiechem. Śmiali się do nas politycy, prezesi, przedsiębiorcy. Pełen błyszczący garnitur zębów prezentowali szefowie psychopaci, pozbawieni empatii administratorzy, oszuści celebryci zgrywający ekspertów od wszystkiego. Permanentny mega uśmiech był obowiązkowym elementem wyposażenia każdego człowieka sukcesu. Rzadko zadawaliśmy sobie trud, by popatrzeć w ich oczy, bo te zęby odciągały uwagę od oczu, które zupełnie się nie śmiały. Pochodziły jakby z zupełnie innej estetyki i logiki twarzy. Dwa niepasujące do siebie puzzle. Czemu tak długo dawaliśmy się na to nabrać? Gdy szczęka jest zasłonięta, to wiadomo, na co patrzeć. Maseczka pomaga w namyśle nad tym, co ma dla nas więcej sensu, a także w skupieniu. Bardzo często widzimy piękno, choć odciąga od niego naszą uwagę milion bodźców i impulsów. Nie było dotąd przestrzeni na to, by się nad tym zamyślić.

W ramach zdalnych zajęć z przedmiotu poświęconego zarządzaniu i twórczości zadałam ostatnio moim studentom zadanie domowe – by odpowiedzieli krótko na pytanie, czym dla nich jest piękno. Zebrałam prawie sto odpowiedzi, w znakomitej większości bardzo oryginalnych, niepowtarzających się, osobistych. Niektóre były tak piękne, że nie chcę ich cytować – są ziarnami, z których studenci zbudują, wyhodują, coś wielkiego, jestem o tym przekonana. Jednak chcę opowiedzieć o nich, używając myśli moich studentów i słów splecionych razem: moich i ich. Myślę, że tak będzie dobrze.

Pisali o deszczu. Deszcz wzbudza spokój, dźwięczy na parapecie, ten rytm sprawia, że czujemy, jak chłoną go zmęczone suszą rośliny, jak pojawia się równowaga w naturze. Deszcz łączy nas z życiem na zewnątrz. Pisali o tym, co drobne i ulotne, co można dostrzec naprawdę we wszystkim: w przyrodzie, ludziach, relacjach czy w codziennych chwilach. Staliśmy się na to obojętni, bo przestaliśmy dostrzegać piękno w drobnych rzeczach, gestach, ludziach. Ta ulotność łączy zachód słońca z uśmiechem bliskiej osoby i ze wzgórzem pełnym dmuchawców – jest to zwykła codzienność, ale w swojej prostocie i ulotności jest piękna.

Pisali o produktach własnych rąk. Nie chodzi o dumę ani o autorstwo, ani o sukces, lecz o piękno zadowolenia z pracy dobrze wykonanej. Taki przedmiot nie jest niczym niezwykłym, może nawet jest czymś przypadkowym. Ale powstał z ich rąk, starań i czasu. Wykonany od początku do końca – to właśnie jest piękne. Pisali o pierogach – gdy zostaną własnoręcznie ulepione i ugotowane, to praca włożona w nie sprawia, że są piękne. Każdy jest troszkę inny.

Pisali o drugim człowieku. Nie takim, który wygląda jakby przypadkiem przemierzał ulice miasta, zamiast stąpać po luksusowym wybiegu podczas pokazu mody, tylko o takim nieświadomym swojego piękna, spotkanym przypadkiem – starszy mężczyzna stojący przede nami w kolejce do kasy, kobieta opadająca w zmęczeniu na wolne miejsce w autobusie. Te momenty pokazują najprawdziwiej i najpełniej, że te osoby są, coś przeżyły. Tak jak przykładem pięknych, niezwerbalizowanych mikronarracji są spracowane ręce uwiecznione przez Henryka i Janinę Mierzeckich. W odpowiedziach pojawiały się zresztą nieraz nawiązania do fotografii, obrazów, filmów: Mierzeckich, Zofii Rydet, filmu Mekasa „As I Was Moving Ahead Occasionally I Saw Brief Glimpses of Beauty”. Takie piękno pomaga dostrzec, że wszyscy jesteśmy częścią czegoś dużo, dużo większego od nas samych, pojedynczo. Miłość znajduje się bardzo blisko takiego piękna.

Pisali o ludzkich gestach, o „dzień dobry”, o zwykłej uprzejmości, o sympatycznym geście. To znak, że druga osoba życzliwie jest tam gdzieś, obok. Pisali o niesamowitym pięknie piegów bliskiej osoby, które czynią ją niepowtarzalną i jedyną na świecie, nawet jeśli ona wstydzi się tego i uważa za defekt. Taka uroda, gdzie nie byłoby miejsca na piegi, nie jest piękna. Nie przyciąga czułości – raczej odpycha, znieczula. Pisali o tym, że piękno jest w tym, co codzienne i błahe: rodzina przy stole, wspólny obiad, układanie lego razem z bratem. Piękne jest to, jak teraz, w czasie epidemii, widać wyraźnie, że piękno jest zupełnie gdzie indziej, niż wskazują palce na reklamowych billboardach.

Pisali o roślinach. Mlecze to najpiękniejsze kwiaty, bo są proste, ale mają wiadomość do przekazania – przyszła wczesna wiosna. To jest zwykła wiadomość, nietrwała, efemeryczna. Ale dobrze jest się móc przywitać, a potem pożegnać z fazą pory roku. Pisali o rozwijającym się bzie i odważnie kwitnących niezapominajkach. Pisali o drzewach. Właściwie to bardzo dużo pisali o drzewach. Drzewa nas pocieszają, drzewom można ufać, drzewa są samą kwintesencja życia, są ukojeniem, są antydepresantem. Wreszcie, drzewa wyprowadzają nas na spacer – tak, właśnie tak. Jesteśmy jak psy na smyczy, a one wyprowadzą nas na zaczerpnięcie tchu. Pisali o zwierzętach, które pojawiają się na blokowisku. Skupiony sąsiad z psem. Przebiegająca po przebiegła sarna. Wieczorami wiewiórki chowają się za samochodami. W dzień lis przechadza się nieopodal sklepowego parkingu. Piękne jest to, jak planeta się odradza tam, gdzie stoimy, razem z nami i naszymi osiedlami.

Miasto też jest piękne. Pisali o tym, jak pięknie jest, gdy budzi się rano do życia. Usiąść rano z kubkiem herbaty lub kawy w oknie i patrzeć, celebrować poranki. Piękne jest to, jak poranne promienie słoneczne padają na ulice, ludzie spieszą się do pracy, ktoś jedzie na rowerze… Świadomość bycia we wnętrzu jakiegoś wielkiego organizmu, nie do końca odgadnionego; czasami zapomina się o tym, że miasto jest organizmem, ale rano, gdy się budzi, łatwo jest je na tym przyłapać.

Pisali o zapachu asfaltu po deszczu, o wędrówce chmur po niebie, o nagłym wrażeniu, że kolory gryzą się ze sobą. Pisali o starych, znoszonych trampkach, o bluzie kupionej na ciuchach za bezcen. Pisali o rozmowach mimo wszystko, mimo maseczek i zoomów, tych momentach zrozumienia, kiedy okazuje się, że ktoś podobnie do nas przeżywa świat. Że technologia jednak nie dzieli, choć sama z siebie nie łączy. Bliskość jest mocna, pozostaje we wspomnieniu bardziej, niż w natychmiastowym skypie.

Jeśli cokolwiek się powtarzało, to refleksja, że piękno jest w oczach. Bo patrzenie w oczy to intensywny kontakt, bo oczy nie kłamią, a piękno to coś, co sprawia, że czuje się, że życie jest prawdą. Bo oczy odbijają promienie słońca i wcale nie jest to metafora. Łączą fakty i uczucia. Bo jest w nich wiele dobrego i złego, pomieszane – bo tacy jesteśmy, pomieszani.

Pisali, że lubią pisać o pięknie.

Piękni są moi studenci. Dla nich, tak jak i dla mnie, piękno nie ma związku z tym, co głoszą kanony, co wypada myśleć i mówić, z tym, co modne, ładne, ładniutkie, co się innym podoba. Bruno Schulz powiedział, że piękno jest chorobą, „pewnego rodzaju dreszczem tajemniczej infekcji, ciemną zapowiedzią rozkładu, wstającą z głębi doskonałości i witaną przez doskonałość westchnieniem najgłębszego szczęścia”. To nie jest kategoria wzniosłości – to nasze ludzkie ucieleśnienie odnajdujące swój kontekst.

W swej interesującej książce „Steal as much as you can”, poświęconej twórczości i tworzeniu w czasach neoliberalnego kapitalizmu, dziennikarka Nathalie Olah przedstawia wyjałowienie kultury z treści i znaczeń pochodzących z przestrzeni symbolicznej innych klas, aniżeli klasy średnie. Klasy średnie przystały bez większych oporów na sprowadzenie sztuki do kategorii wartości finansowych i mierzalnych. Wrażenia estetyczne zostały podporządkowane popytowi i podaży, a więc, podobnie jak inne towary, konkurują ze sobą o dowartościowanie przez rynek. Stają się w tym celu mierzalne, bo są oceniane na prostych skalach, a zatem podobieństwa, nie różnice, definiują ich sens i przeznaczenie. Wyższa kultura jest dla tych, którzy znają jej (tak pojętą) wartość. A jednak nie zawsze tak było. Sztuka była przez stulecia domeną klas wyższych, ale pojawiały się w niej często silne, odmienne głosy. W ubiegłym stuleciu wstęp do kultury, także wyższej, zyskały klasy niższe. Sztuka i muzyka ludowa zostały „odkryte” przez świat kultury i zaproszone do uczestnictwa w kształtowaniu kanonów piękna. Pisarze z biednych rodzin, tacy jak Flora Thompson, która nie skończyła żadnych szkół, zaczęli być czytani i poważani na salonach i w salach wykładowych. Chłopaki i dziewczyny z robotniczych rodzin grały rocka i świat się zachwycał. Genialny John Berger opowiadał o tym, jaki sens ma sztuka poza salonami elit i akademii. W epoce punka „robotniczość” stała się wręcz cudna i pożądana; „z robociarska” zaczęły się nosić także osoby z bardziej zamożnych klas. W Polsce przyszła moda na robotników wraz z karnawałem „Solidarności”. Dopiero neoliberalizm przyniósł wieść, że historia się „skończyła” i już „nie było alternatywy”. Te czasy spowodowały prohibicję klasowego myślenia o świecie społecznym i wyrzucenie poza nawias wszystkiego, co autentycznie robotnicze i chłopskie. W Brytanii pojawiło się wyzwisko „chavs”, w Polsce mianem „dresiarstwo” zaczęto określać niepożądane obecności w kulturze. „Ładne” jest to, co mieszczańskie. Gust inny niż mieszczański – jest po prostu „zły”. Owszem, można pochodzić z klasy pracującej, ale wtedy trzeba obowiązkowo „umieć się ubrać”, zachowywać i mówić zgodnie z obowiązującym mieszczańskim kanonem – na tym polega współczesna edukacja, zwłaszcza wyższa. Milenijne „doskonałe” korpo-uniwersytety uczą mieszczańskości i są zarządzane i rozliczane po mieszczańsku. Od biedy można sobie wyglądać jak z klas niższych, ale wtedy gra się i śpiewa tylko dla tych klas – i nie jest to przecież muzyka ani poezja, tylko hip hop. Nie malarstwo, lecz stritart. Z tym nie ma prawa wstępu na salony, bo słoma. Wiadomo.

Kategoria piękna stała się podobna do grodzonego osiedla – codzienność i przybłędy z zewnątrz nie są mile widziane. Może dlatego odpowiedzi i zainteresowania moich studentów nie są bardziej rozpowszechnione (bo nie są – wiem o tym; oni sami mi to sygnalizowali). Wręcz bywa tak, że to, co im i mnie się podoba, spotyka się z odrzuceniem w publicznym dyskursie. Ich piękno nie tylko mija się z wyszczerzonymi kanonami doskonałego „piękna” wizerunków wokół nas, ale ono po cichu odrzuca przyjętą nabożnie zasadę doskonałości dominującą dziś niemal absolutnie. A przecież doskonałość nie ma w sobie życia, nie jest ucieleśniona, nie potrzebuje patrzenia żywym okiem. Tymczasem John Berger w swojej cudnej książce „Sposoby widzenia” zachęca do tego, by patrzeć okiem żywym i prawdziwym, człowieczym. Właściwie to jest po prostu wyzwalające.

Ekonomista Robert Skidelsky i filozof Edward Skidelsky piszą w książce „How much is enough” o dobrym życiu. Podejmują także wątek sztuki i gustu. W niezbyt odległych czasach, gdy w najlepszym czasie telewizyjnym opowiadał o sztuce John Berger, gusta uważane były za sensowny i uprawniony temat dyskusji i edukacji. Co więcej, lewicowe polityki obejmowały kształtowanie gustu w społeczeństwie, a nawet głosiły konieczność takiej edukacji w długim okresie po to, by umożliwić ludziom z różnych klas społecznych aktywny udział w kulturze. Socjaldemokratyczne rządy – takie jak szwedzki i brytyjski – z tej epoki silnie inwestowały w programy kształcenia w zakresie sztuki i estetyki, w ośrodki kultury, w promowanie inicjatyw kulturalnych różnych warstw i grup społecznych. Skidelski i Skidelsky zaznaczają, że był to aktywny program opieki instytucji państwa nad sztuką, niestroniący od dyskusji nad tym, jaki kto ma gust i jak można swój gust rozwinąć. Instytucje publiczne nie stroniły od udzielania głosu artystom i krytykom wyrażającym preferencje co do gustu i tego, co jest w życiu dobre. Dobre życie nie jest ograniczone do mózgu jednostek, przypomina książka, ale realizuje się w rozmowach i społecznościach. Tymczasem neoliberalizm stopniowo rezygnował z edukacji gustu pod pretekstem wolności i swobody, zastępując dialog jednostronną, bezustanną i zmasowaną indoktrynacją gustów – bo na tym polega masowa reklama i marketing. Dyktatura drobnomieszczaństwa.

A przecież czujemy, że to odbiera nam coś ważnego. Piękno sprawia, że świat staje się sensowny. Przeżycie piękna, rozmowa o nim to tak jak spojrzenie w oczy. Staje się widoczne, że reklamowe uśmiechy były fałszywe, że śmiech był jadowity. Musi być przestrzeń na rozmowy dla nas wszystkich o pięknie, muszą pojawić się język i nastrój. Musi się znaleźć miejsce do rozmowy o starych trampkach, o sarnach pod blokiem, o pierogach. Kto nie widział pierogów ni razu, ten nigdy nie może być w niebie.

prof. Monika Kostera

Kto bierze odpowiedzialność – powinien otrzymywać owoce

Kto bierze odpowiedzialność – powinien otrzymywać owoce

Akcje pracownicze w ratowanych spółkach. Teraz.

Przez lata słyszeliśmy, że podział zysków w przedsiębiorstwach nie obejmuje pracowników, bo to właściciele ponoszą ryzyko. W czasie kryzysu zaś lwia część ciężaru restrukturyzacji dużych spółek spadnie na pracowników. Nie powinno więc być aberracją postulat mówiący, że jeśli zatrudnieni ponoszą odpowiedzialność za kondycję swoich przedsiębiorstw, to mają prawo do czerpania w przyszłości zysków z ich sukcesów.

Państwo przychodzi teraz na pomoc przedsiębiorstwom, które często przez lata wypracowywały solidne zyski dzięki dokonywanym optymalizacjom. Optymalizacjom, które nieraz były realizowane bez względu na koszty pracownicze czy poziom ryzyk funkcjonowania przedsiębiorstwa. W konsekwencji jednak umożliwiały wypłacanie dywidend właścicielom i premii członkom zarządów. Państwo, interweniując, wyciąga rękę do tych, którzy często swoją pracę traktowali tak, jak gdyby nie byli w realnej gospodarce, lecz w kasynie.

I tutaj pojawia się kluczowa kwestia: kto powinien partycypować w korzyściach z uratowania przedsiębiorstw? Czy porcji z tego nie powinni brać pracownicy, których wysiłki i poświęcenie są kluczowe dla powodzenia wysiłków restrukturyzacyjnych? Progresywna odpowiedź musi być stanowcza: tak dla udziału pracowników i pracownic w kapitałach ratowanych spółek!

Akcjonariat pracowniczy to nie egzotyczna instytucja, funkcjonuje on pod różnymi postaciami w wielu krajach. W szczególności w Polsce nie można zapomnieć o uprawnieniach do udziału w kapitale przedsiębiorstw komercjalizowanych przez Skarb Państwa. Nie zapomniał o tym… Mateusz Morawiecki, który uwzględnił w Strategii Odpowiedzialnego Rozwoju konieczność budowania akcjonariatu pracowniczego. Jednak nie doczekało się to żadnych konsekwencji. Brak jest ustawy o akcjonariacie pracowniczym, choć projekt takowej został przygotowany przez zewnętrznych ekspertów już jakiś czas temu. Brak też konkretnych instrumentów finansowych wspierających tego typu działania.

Co dałoby się zrobić? Umówmy się, tarcze antykryzysowe nie chronią pracowników, a raczej podkopują ich dość wątłe fundamenty ekonomiczne. Nietrudno sobie wyobrazić osobę zarabiającą najniższą krajową, której pracodawca obcina pensję w ramach „ratowania gospodarki”. Farsa antykryzysowa jest więc instrumentem wsparcia przedsiębiorców. O ile można się zgodzić, że w upadłym przedsiębiorstwie pracownicy pensji nie dostaną wcale, to jednak życie za pensje poniżej minimalnej również nie będzie różowe. Jeśli więc pracownicy mają zaciskać pasa w imię ratowania, bądź co bądź, cudzego majątku, powinni mieć możliwość partycypacji w zyskach, kiedy ten będzie już bezpieczny.

Aby to osiągnąć, konieczne jest wypracowanie mechanizmu, w którym – tak jak kiedyś w komercjalizowanych przedsiębiorstwach – pracownicy obejmowaliby udział w kapitale ratowanych spółek. Jasne, nie można wywłaszczać właścicieli. Zbudujmy więc instrument finansowy, który poprzez obejmowanie obligacji społecznych będzie wspierał specjalne wehikuły pracownicze częściowo dokapitalizowujące ratowane spółki. Równolegle z funduszami zarządzanymi przez PFR kierowanymi do dużych przedsiębiorstw. Z taką samą lub zbliżoną wyceną. Jako mniejszy współinwestor. Da to nie tylko przejrzysty mechanizm inwestycji tych wehikułów i zachowa prawa majątkowe dotychczasowych właścicieli, ale wręcz zwiększy dostęp ratowanych spółek do kapitału, tak potrzebnego im w momencie kryzysu. A po kilku latach, niejako równolegle, da pracownikom prawo do partycypowania we wzroście wartości przedsiębiorstwa.

Ryzyko finansowania tego wehikułu na rynku? Możliwa jest jego mitygacja poprzez gwarancje państwowe, co już teraz dzieje się w ramach Tarczy Finansowej. Tak realnie może państwo wesprzeć akcjonariat pracowniczy, a w konsekwencji choćby zbudować bazę majątkową dla pracowników dotkniętych obecnym kryzysem, który przecież nie będzie obojętny dla wysokości ich przyszłej emerytury.

Pozostają oczywiście do uzupełnienia cechy tych wehikułów, czyli choćby zakaz zbywania przez jakiś okres praw wynikających z partycypacji w wehikule czy sposób zarządzania tymi wehikułami. Można skorzystać z zagranicznych wzorców i nauk płynących także z dotychczasowych doświadczeń komercjalizacji państwowych przedsiębiorstw albo kuponowych prywatyzacji, jakie przeprowadzono w kilku krajach regionu. Można pokusić się o stworzenie autorskich rozwiązań w wyniku prac stron Rady Dialogu Społecznego. Można wreszcie tworzyć konkretne działania w oparciu o znajomość kondycji ratowanych przedsiębiorstw przez samych pracowników.

Dzięki formie specjalnego wehikułu z oddzielnym reżimem prawnym i współinwestowaniu wraz z funduszami zarządzanymi przez Polski Fundusz Rozwoju możliwe jest osiągniecie wysokiej sprawności całego procesu z korzyściami dla wszystkich jego uczestników. Dla pracowników zabezpieczenie przyszłości, dla właścicieli ratowanych spółek dodatkowy zastrzyk potrzebnego kapitału, ale także większe zaangażowanie pracowników w plan restrukturyzacyjny, a dla państwa możliwość realnego budowania całościowego dobrobytu społecznego po zakończeniu obecnego kryzysu ekonomicznego. Tak samo, jak konieczne jest wykorzystanie obecnej sytuacji do wdrażania sprawiedliwej transformacji energetycznej, tak możliwe jest budowanie bardziej koherentnego społeczeństwa, które partycypuje nie jedynie w kosztach, ale także w zyskach systemu ekonomicznego.

Wypracowanie szczegółowego mechanizmu nie będzie zapewne łatwe. Ale rządowi legislatorzy spokojnie sobie z tym poradzą. Jeśli są w stanie w jedną noc zmieniać ustrój sądownictwa czy anulować wybory, to przecież dla tak propracowniczego rządu mającego oparcie w NSZZ „Solidarność” stworzenie takiego rozwiązania nie stanowiłoby problemu. Prawda?

Wojciech Stankiewicz