Antysystemowi górnicy

Antysystemowi górnicy

Pusty śmiech ogarnia umiarkowanie zorientowanego w polityce człowieka, kiedy słyszy, że utrwalacze systemu neoliberalnego, z Kukizem i turboliberałami z obecnej Konfederacji na czele, ogłaszają się siłami antysystemowymi. Tacy oni antysystemowi jak hunwejbini Mao Tse-Tunga i komsomołcy pana z wąsem. Jedyną i kto wie czy nie ostatnią w Polsce siłą zdolną do zakwestionowania reguły neoliberalnej ekonomii są górnicy. Albowiem transformacja energetyczna, żeby była sprawiedliwa, musi być antysystemowa.

Już pobieżny przegląd sytuacji polskiego górnictwa skłania do sformułowania powyższego wniosku. Jeden po drugim opadają mity i rozwiewają się złudzenia, nawet u największych zwolenników wygaszania górnictwa, że da się to zrobić szybko i bezproblemowo, a kiedy to już się stanie, nasza planeta się zazieleni. Trwa ekonomiczna wojna o energię i nikt nie bierze jeńców. Niemcy bezwzględnie wykorzystują swoją przewagę i zaawansowanie technologiczne, eksportując energię, którą uzyskują nie tylko z OZE, ale również z energetyki węglowej. Rosja ani myśli ograniczać eksportu węgla, gdyż ma odbiorców właśnie w krajach UE, które póki co również węglem stabilizują system energetyczny. Natomiast polska energetyka oparta jest głównie na węglu i zanim to się zmieni, długo jeszcze będzie skazana na import albo energii, albo samego surowca, o ile zamknie kopalnie. Koszty społeczne łatwo przewidzieć, bo już dwie akcje wygaszania kopalń przeszliśmy i wszyscy pamiętają wałbrzyskie biedaszyby i słynne odprawy dla górników wypłacone przez rząd Buzka/Balcerowicza, po których pozostało tylko nakręcić serial reportażowy „Serce z węgla”, w którym dobitnie pokazano, jak ta liberalna reforma degradowała ludzi i region. Dziś jedynym ratunkiem przed utratą suwerenności energetycznej i katastrofą społeczną jest objęcie centralnym planowaniem przez państwo całego sektora, co samo w sobie jest naruszeniem dogmatów nie tylko doktryny liberalnej, ale przede wszystkim oznacza bardzo głęboką ingerencję państwa w rynek, co jest działaniem wbrew obowiązującemu systemowi gospodarczemu. Górnicy domagający się od rządu długoletniego planu dla swojego sektora i udziału państwa w transformacji energetycznej, mimo woli podejmują działanie antysystemowe.

W światowej debacie funkcjonuje koncepcja Nowego Zielonego Ładu, która jest absolutnie odmienna od tego, co mówi na ten temat główny nurt opinii publicznej. Jej podstawowe założenia to nacjonalizacja paliw kopalnych i transformacja dokonywana rękami pracowników branży energetycznej i wydobywczej. Na pierwszy rzut oka widać jak daleka jest ta wizja od tego, co głoszą nawet najbardziej „postępowi i prospołeczni” politycy w Polsce. Ba! To w ogóle zapewne nie mieści się w ich aparacie pojęciowym. Najbardziej znaną orędowniczką tego rozwiązania jest amerykańska kongreswoman Alexandria Ocasio-Cortez, która z powodzeniem znajduje zwolenników dla tej koncepcji nawet w tak ultraliberalnym kraju jak USA. Koncepcję tę wspierają związkowcy z USA i Niemiec, którzy widzą w tym planie okazję zmiany stosunków ekonomicznych. Między innymi to jest powodem spowalniania i blokowania pewnych zmian, które z powodzeniem można wdrażać ku pożytkowi społecznemu i z korzyścią dla klimatu. Wiadomo, że wymagałoby to planu w skali globalnej, zapewne z koniecznością subwencji dla krajów posiadających bogate zasoby przyrodnicze, głownie wielkie obszary dżungli, która powinna stanowić tzw. płuca świata. W takim układzie kraje przemysłowe winny płacić tym krajom subwencje pozwalające na zaniechanie produkcji przemysłowej, właśnie w zamian za ochronę wspólnych dóbr przyrody nieodzownych wszystkim mieszkańcom globu. Bez tego typu rozwiązań transformacja nie ma sensu.

Niestety wymaga to nowego podziału bogactwa i tak jak w przypadku dopuszczenia pracowników energetyki i górnictwa narusza bilionowe interesy gigantów finansowych. Dlaczego transformacja energetyczna idzie tak opornie i wzbudza więcej obaw niż nadziei, wyjaśnia Tomasz Figura w tekście „Wiele twarzy Nowego Zielonego Ładu”: „Każdemu Polakowi czytającemu o »transformacji« powinna zapalić się czerwona lampka. »Zmiana paradygmatu energetycznego« to świetna okazja, by pozbawić ludzi pracy. Dlaczego ktoś miałby chcieć to zrobić? Górnicy to niewygodna dla kapitalistów grupa, ponieważ jest ona dobrze zorganizowana. Masowe zwolnienia sprawiłyby zaś, że gospodarka stałaby się »zdrowsza«, co w ekonomicznej nowomowie oznacza, że łatwiej będzie obniżać pensje. Najgorsze, co może przytrafić się rachubom kapitalistów, to zwrot samych górników w stronę zielonej transformacji, w której zagwarantują oni sobie korzystny udział”.

Póki co kolejnym rządom wygodniej jest zapewniać górników, że nie będzie zamykania kopalń, że węgiel jest „cud, miód, malina”, jednocześnie podpisując międzynarodowe porozumienia dotyczące odchodzenia od węgla, od czasu do czasu gasząc społeczny kryzys w górnictwie doraźnymi programami naprawczymi. Ta formuła już się jednak wyczerpała, a górnicze związki zawodowe już kilka miesięcy temu pozbyły się złudzeń i czekają na jasne deklaracje rządu, kto, ile i do kiedy ma fedrować oraz jakie będzie miejsce i rola górników w procesie transformacji energetycznej, co już się robi niebezpiecznie bliskie stanowisku zwolenników Nowego Zielonego Ładu.

Od czasu do czasu na spotkaniach w ramach tzw. dialogu społecznego strona rządowa jeszcze próbuje przerzucić odpowiedzialność na „zielonych”, kogokolwiek mają na myśli pod tym pojęciem, ale związkowcy coraz częściej kwitują to mniej więcej w stylu: „pretensje do garbatego, że ma dzieci proste”. Jasno już widać, że gdyby władze Polski odpowiednio wcześnie zagwarantowały odpowiedni udział OZE w krajowym miksie energetycznym, tak jak zrobili to swego czasu Niemcy, to nikt by nas nie zmuszał do importu energii, co z kolei zmusza nasze elektrownie węglowe do ograniczenia mocy. Węgiel nie jest odbierany i spalany, lecz zalega na zwałach. Natomiast Niemcy w najlepsze spalają importowany węgiel kamienny i własny węgiel brunatny w swoich jednostkach konwencjonalnych i sprzedają nadwyżki mocy, gdyż wykazują, że jest to moc pozyskana z OZE. W tej sytuacji polskie kopalnie muszą ograniczać wydobycie, a pozbawione dotacji zagrożone są po prostu zamykaniem, bo górnictwo, wbrew obiegowym opiniom, działa na zasadach rynkowych według kryterium rentowności.

Trzeba ponadto wziąć pod uwagę, że górnictwo poniosło znaczne koszty inwestycji, bo w tej branży przygotowanie wyrobiska do eksploatacji musi zaczynać się kilka miesięcy wcześnie. Wykonanie chodników do ściany, przecinki, instalacja sekcji, maszyn urabiających, odstawy itd., to wielkie przedsięwzięcia logistyczne i kosztuje grube miliony. Energetyka również poniosła spore koszty, które należy spisać na straty. Miliard złotych zainwestowane w nowy blok węglowy w elektrowni Ostrołęka wsiąkł jak krew w piach, gdyż inwestycję zatrzymano. Są to realne straty dla gospodarki narodowej i samej branży wynikające właśnie z braku spójnego planu i zabezpieczenia się Polski przed dumpingiem energetycznym, a jest on coraz bardziej bezwzględny. Import węgla, który wcześniej rozgrzewał emocje, specjalnie nikogo już nie przeraża, bo, co za niespodzianka, ceny krajowego węgla były przez ostatnie kilka lat niższe niż importowanego.

Kolejnym argumentem za zmianą paradygmatu ekonomicznego w kwestii górnictwa jest jego wpływ na otoczenie gospodarcze. Najostrożniejsze wyliczenia mówią o czterech miejscach pracy generowanych przez jedno stanowisko górnicze, co przy zagrożeniu zwolnieniem kilkudziesięciu tysięcy górników stwarza faktycznie zagrożenie dla ponad 100 pracowników i to nie w skali krajowej, co przy rozbiciu tej liczby na cały kraj dałoby jakąś możliwość wchłonięcia tych ludzi przez rynek pracy, ale w skali dwóch regionów – Śląska i Lubelszczyzny. To oczywiście stwarza zagrożenie degradacji przemysłowej tych obszarów, czego doświadczył region wałbrzyski 20 lat temu.

Górnicy ironizują, że w ministerialnych gabinetach niezbędne są egzorcyzmy, gdyż snuje się po nich jeszcze upiór Balcerowicza, a jest to jedna z niewielu zmór, jakie mogą przestraszyć tę raczej odważną grupę zawodową. Żądania, jakie formułują dziś górnicy w tej obawie, by Balcerowicz nie powtórzył się w ich branży, wykraczają znacznie poza ramy panujących zasad liberalnej wizji wolnego rynku i w znacznym stopniu oznaczają postulat centralnego planowania. Nie ma nic bardziej antysystemowego i wszelkie ruchy prospołeczne postulujące udział państwa w rynku i rozwój polityki społecznej muszą stanąć po stronie górników. Potem może już zabraknąć realnej siły, którą można wesprzeć i dokonać zmiany co najmniej w kierunku społecznej gospodarki rynkowej realizującej konstytucyjną zasadę sprawiedliwości społecznej.

Obronę konstytucji wypadałoby zaczynać krok po kroku od początku. Od tych dwóch wspomnianych artykułów, zanim pobiegniemy pod Sąd Najwyższy bronić nastego czy któregoś tam dziesiątego. Bo ludzie pozbawieni dochodów i zagrożeni biedą tam nie pobiegną. Zanim zacznie się bronić społeczeństwa obywatelskiego, trzeba je najpierw zbudować, a niewątpliwie upodmiotowienie górników i ich pełny udział w transformacji energetycznej jest krokiem w tę stronę i jest krokiem zdecydowanie antysystemowym. Z góry należy zaznaczyć, że jednorazowe odprawy w stylu „załóż firmę” nikogo nie interesują. Potrzebne są pomysły na przekształcenia gospodarcze regionów górniczych, z wystarczającą liczbą wysokiej jakości miejsc pracy, a nie kolejna armia nowych „przedsiębiorców” z pieniędzmi, za które można otworzyć najwyżej budę z kebabem.

Jarosław Niemiec

O „tak zwanym strasseryzmie” i rozkładzie lewicy

O „tak zwanym strasseryzmie” i rozkładzie lewicy

***

„Socjalistyczni burżua chcą zachować warunki bytu nowoczesnego społeczeństwa bez wynikających stąd nieuchronnych walk i niebezpieczeństw. Chcą społeczeństwa obecnego bez rewolucjonizujących i rozkładających je czynników. Chcą burżuazji bez proletariatu. Burżuazja wyobraża sobie świat, w którym rządzi, oczywiście jako najlepszy ze światów. Burżuazyjny socjalizm rozwija to pocieszające wyobrażenie w mniej lub bardziej całkowity system. Kiedy wzywa on proletariat, by urzeczywistnił jego system i wkroczył do nowej Jerozolimy, to żąda w gruncie rzeczy tylko tego, by proletariat pozostał w dzisiejszym społeczeństwie, lecz wyzbył się swych nienawistnych o nim pojęć”.

Karol Marks, Fryderyk Engels, Manifest Partii Komunistycznej

 

„Długowłosi kaznodzieje przybywają co noc,

Próbują powiedzieć ci, co jest dobre, a co złe,

Ale zapytani o coś do jedzenia,

Odpowiedzą słodkimi głosami,

Będziesz jeść, przyjdzie taki czas,

W chwalebnej niebiańskiej krainie,

Pracujcie i módlcie się, żyjcie na sianie,

Dostaniecie ciasto gdy umrzecie, w niebie”.

Joe Hill, The Preacher and the Slave

 

Jak to często dziś bywa, widmo nawiedza wyobraźnię zachodniej lewicy. Widmo to najczęściej nazywane jest „strasseryzmem”, choć nosi także inne etykietki, takie jak „czerwonobrunatni” (redbrownism), „nazbole” (od „narodowych bolszewików”) czy też – bardziej nieporęcznie – jak „lewicowość Angeli Nagle”. Kiedy dołączyłem do lewicy na początku minionej dekady, te terminy nie funkcjonowały w znaczącej skali. Co do mnie i ludzi, których znałem, „strasserysta” był niezwykle niejasnym terminem używanym wyłącznie przez internetowych neonazistów w ich wąskich, wewnętrznych konfliktach. Nikt z nas nie zwracał uwagi ani na nich, ani na ich głupie ideologiczne totemy.

Na początku pierwszej dekady 2010 lewica, której byłem częścią, zaczęła znów odzyskiwać nadzieję, po okresie dezorientacji i utraty kierunku, który nastał wraz z upadkiem realnego socjalizmu. W latach długiej zimy lat dziewięćdziesiątych i wczesnych dwutysięcznych, ludzie albo beznadziejnie i gorzko trzymali się proroctwa, które wszyscy inni odrzucili, albo próbowali znaleźć nowe tematy, które zastąpiłyby te, które przegrały. Aby wziąć za przykład moją rodzinną Szwecję, dwie z najbardziej istotnych spraw dotyczyły sprzeciwu wobec neonazistów i sprzeciwu wobec globalizacji. Zdarzały się zwycięstwa – a przynajmniej ludzie lubili tak sądzić – ale idea, by rzeczywiście przejąć władzę polityczną, była martwa. Lewica w większości zaakceptowała rolę społecznego sumienia liberalizmu, a w przypadku antyfaszyzmu uważała się za Batmana chroniącego miasto Gotham końca historii. Ulice triumfującego społeczeństwa liberalnego mogły być brudne, politycy skorumpowani i nie zasługujący na nic, ale antyfaszystowski Batman co noc wstawał z łóżka, by chronić głodnych i upadłych przed potworami czającymi się w ciemnościach. A przynajmniej lubił tak myśleć. Przez większość czasu po prostu siedział i pił piwo.

Ten okres polityczny i intelektualny już poważnie dogorywał, gdy dołączałem, tuż po wielkim kryzysie finansowym w 2008 roku. Kilka lat później ludzie już na serio otwarcie mówili o tym, jak to Marks miał rację, jak kapitalizm i neoliberalizm zawiodły i jak to lewica jest jedyną alternatywą wobec sił panujących. Poobijana i upokorzona, ale nie całkiem pokonana, z narzędziami i wolą powrotu do walki – tak widziała siebie samą lewica, kiedy do niej dołączyłem.

Wszystkie szczegółowe aspekty tej dekady wykraczają poza zakres tego eseju, ale można śmiało powiedzieć, że dziś lewica jest bardziej rozbita i politycznie dysfunkcjonalna niż w jakimkolwiek momencie od upadku Związku Radzieckiego. Właściwie można stwierdzić, że kryzys, który stoi dziś po stronie lewicy, jest poważniejszy niż kryzys z przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. „Lewicowy populizm” jako model polityczny zawiódł. Jeremy Corbyn przewodniczył Partii Pracy w trakcie jej najgorszego wyniku wyborczego niemal od stulecia. „Moment Sandersa” przeminął i nigdzie nie ma widoków na kontynuacje tych nieudanych lewicowych projektów. Ten zmierzch jest prawdopodobnie ostateczny i nieodwracalny, ponieważ w przeciwieństwie do rozkładu z lat dziewięćdziesiątych, lewica nie notuje już znaczącego poparcia wśród klasy robotniczej. W rzeczy samej, wraz z każdym nowym „odrodzeniem lewicy” à la Corbyn ciągły odpływ poparcia klasy robotniczej tylko nabiera rozpędu. Towarzysz Bhaskar Sunkara z magazynu „Jacobin” promuje (nie)sławną AOC (Alexandrię Ocasio-Cortez) jako kolejną wielką kandydatkę prezydencką i nadzieję na globalny socjalizm, ale każdy z IQ gdzieś ponad poziomem topnienia wody – a przynajmniej każdy, kto nie ma gazety, którą desperacko próbuje ci sprzedać – wie, że to naprawdę desperacki odlot fantazji, która nigdy się nie spełni, nawet za milion lat.

Niejaki Marty McMarty ostatnio nagrał pewnego rodzaju post-mortem do kampanii Berniego Sandersa, który polecam wszystkim, którzy nie mieli okazji go przesłuchać, ponieważ odsłania większość głównych sprzeczności drążących lewicę. Zaznajomienie się z tego rodzaju analizą jak ta Marty’ego przyda się i tutaj, ponieważ celem tego eseju nie jest przedstawienie krytyki lewicy ani wyłożenie planu lewicy na pójście naprzód. Naszym celem jest, dla odmiany, wyjaśnienie, dlaczego lewica panikuje z powodu tego, co nazywa strasseryzmem, przedstawienie prawdziwej treści politycznej tego, co lewica nazywa strasseryzmem i wytłumaczenie, dlaczego lewica nie może go powstrzymać, ani uniknąć ostatecznego zgonu z naszej ręki, jej drogich przyjaciół i starych towarzyszy.

Zaczniemy od tego, co oczywiste. Strasseryzm tak naprawdę nie istnieje. Nikt nie czyta braci Strasserów, nie robią tego nawet neonaziści, którzy obrzucają się oskarżeniami o strasseryzm od dekad. Nikt poza Rosją – a zresztą, pod tym względem, nikt w Rosji – nie przejmuje się intelektualnym dorobkiem partii Narodowych Bolszewików, o ile taki dorobek udałoby się w ogóle wykazać. Powodem, dla którego współczesna lewica wyjęła ze śmietnika historii pojęcie strasseryzmu, jest to, że wspomniana lewica znajduje się obecnie w środku społecznej i politycznej paniki, a panika ta spełnia co najmniej dwie centralne funkcje. Po pierwsza, tego rodzaju paniki stanowią jeden ze sposobów, na jakie grupa wyznawców radzi sobie z sytuacją, w której jej proroctwo zawodzi. Dla lewicy jedyną rzeczą, którą zna, jest ciągła porażka. Jak w przypadku każdego kultu religijnego, niepowodzenie proroctw można odkupić jedynie poprzez przelanie krwi członków uznanych za zatruwających wiarę. Ceną spójności społecznej jest zwrot w stronę ciągłych czystek.

Po drugie, panika wokół strasseryzmu wyraża fundamentalną sprzeczność klasową, której lewica zupełnie nie potrafi rozwiązać. Ważne jest, żeby zrozumieć, iż sposób, w jaki ta sprzeczność klasowa jest opisywana, polega na tym, że prawie wszyscy zgadzają się na to, aby usunąć ją z pola widzenia. Nie jest niczym kontrowersyjnym czy szokującym zwrócenie uwagi na fakt, że organizacja taka jak DSA (Demokratyczni Socjaliści Ameryki) składa się niemal wyłącznie z osób z klasy średniej, albo że polityka tożsamości odstrasza pracowników, albo coś w tym rodzaju. Nie zostaniesz nazwany „strasserystą” za wypowiedzenie któregokolwiek z tych zdań, ponieważ wszyscy o tym wiedzą. W rzeczywistości do ideologicznej reprodukcji lewicy jest w jakimś sensie konieczne, aby wszyscy w nią zaangażowani wyśmiewali się z tego, jak często „nie ma ona kontaktów z pracownikami”.

Udział w tym rytuale poniżania własnej samooceny nie oznacza, że jesteś osobą z zewnątrz. Dzieje się tak dopiero, jeśli złamiesz zasady gry, jeśli rozpoznasz człowieka schowanego za kurtyną, jeśli wskażesz na podstawową prawdę ukrytą za zewnętrzną warstwą ironicznej kpiny z samego siebie – wtedy zostaniesz jednym z nas, z tak zwanych strasserystów. Ta prawda jest dość banalną marksistowską prawdą. Klasy mają klasowe interesy, tak więc pomysł, że możesz mieć ruch polityczny – lewicę – który byłby mocno i naprawdę zdominowany przez jedną klasę, a jednocześnie wciąż oddany interesom klasowym innej klasy, a także pomimo swej nieporadności i oderwania od rzeczywistości zdolny, żeby wykonać dobrą robotę dla klasy, na której podobno „naprawdę” mu zależy, jest, delikatnie mówiąc, wątpliwym pomysłem. O wiele bardziej prawdopodobne jest, że ruch polityczny zdominowany przez jedną klasę będzie w mniejszym lub większym stopniu poświęcony realizacji interesów klasowych wyłącznie tej właśnie klasy, a jednocześnie nie będzie w stanie podjąć żadnych zdecydowanych działań sprzecznych z jej interesami.

Wyśmiewanie się z lewicy jest właściwie jedyną prawdziwą „działalnością polityczną”, w której bierze udział większość współczesnych lewicowców. Chodzi tu o to, aby – pożyczając argument znany fanom Žižka – dokonać swoiście nie-transgresyjnego czynu. Wspiera on ideę, że lewica jest po prostu zbyt postrzelona, durnowata, leniwa lub głupia, żeby osiągnąć swój prawdziwy cel, za który nadal uważana jest emancypacja ludzi pracy czy coś takiego. Prawdziwa transgresja w tym kontekście polegałaby na pokazaniu, że klasowa pozycja lewicy jest niespójna. Zabawne, że redaktor „Current Affairs”, Nathan J. Robinson, znalazł się ostatnio pod ostrzałem, gdy stwierdził, że socjalizm miałby się znacznie lepiej, gdyby Marks się nie urodził, ale to w rzeczywistości stawia Robinsona w położeniu politycznym, które jest mniej niespójne niż w przypadku większości jego rozzłoszczonych krytyków. Istniał socjalizm przed Marksem, był on utopijny i oparty na ludzkim rozumie i postępie moralnym. Zaistniały dobre powody, dla których ten odłam socjalizmu popadł w niełaskę, ale w jego ramach można zdecydowanie utrzymywać, że niewielka klasa ludzi oświeconych i zamożnych, działająca w przypływie dobrego serca, ostatecznie doprowadzi do socjalizmu poprzez podniesienie położenia biednych, rasistowskich i/lub głupich proli. Nie trzeba się z tym zgadzać, ale jest to spójne stanowisko.

Centralnym założeniem marksistowskiego, materialistycznego czy naukowego socjalizmu jest to, że klasy po prostu nie mogą działać w ten sposób. Klasy realizują własne interesy i działają politycznie nie gnane chciwością albo hojnością czy jakimkolwiek innym osobistym uczuciem, ale z powodu uwarunkowań historycznych i ekonomicznych. Ten bardzo prosty fakt sprawia, że „materializm” kogoś takiego jak Bhaskar Sunkara z „Jacobina” i większości lewicowców tego typu, jest tak niesamowicie sprzeczny. Żeby to mogło działać, musi istnieć niewysłowiona zgoda wśród większości wyznawców na to, by nigdy nie stosować na serio analizy marksistowskiej wobec samej lewicy. Wszelkie badanie samego siebie musi pozostać na poziomie spersonalizowanym („czy ta i ta osoba może naprawdę być socjalistą, jeśli jej rodzice są tak bogaci?”). Kara za wystąpienie przeciwko temu porozumieniu, za złamanie najświętszego kodu omerty współczesnej lewicy, jest natychmiastowa i surowa: zostaniesz z tego powodu skasowany i dopisany do rosnącej listy „strasserystów” i „utajonych nazistów”, którzy próbują odwlec wiernych od ścieżki prawdziwej wiary. To, co się stało z Angelą Nagle jest w tym względzie pouczające; jej artykuł – „Lewicowy argument przeciwko otwartym granicom” – był próbą argumentacji przeciwko nieograniczonej imigracji z klasowej, materialistycznej perspektywy. To całkiem prawdopodobne – a jednocześnie zabawne – że Nagle prawdopodobnie spotkałaby się w Internecie z mniejszą nienawiścią, gdyby napisała, że imigracja nie powinna być dozwolona dopóty nie-biali ludzie śmiesznie mówią i źle pachną.

Powinienem zaznaczyć, że sam zostałem „skasowany” na początku 2017 roku, w podobny sposób jak Nagle. W moim przypadku urażający esej stanowił próbę wyjaśnienia faktu, dlaczego szwedzka lewica trwale nie dociera do imigrantów, choć uważa się za naturalną przystań dla tej grupy wyborców. Aby dać czytelnikom ogólne pojęcie o tamtym zdarzeniu, powiedzmy, że szwedzka partia Lewicy (Vänsterpartiet, dosłownie „Partia Lewicy”) rzeczywiście odnotowuje niższe poparcie wśród kobiet-imigrantek niż „anty-imigrancka, anty-feministyczna” partia Szwedzcy Demokraci. „Karki i rasiści” z SD, z których partia Lewicy lubi się naśmiewać, są dosłownie traktowani poważniej i pozostają bardziej popularni wśród imigrantów, a ten problem wraz z upływem czasu jedynie narasta! Żeby nie przedłużać, w eseju argumentowałem, że kategoria „imigranta” jest politycznie niespójna i bezużyteczna jako narzędzie socjalistycznej analizy, ponieważ 1) ludzie przejawiają tendencję do utrzymywania własnej tożsamości etnicznej nawet jeśli migrują; 2) istnieją przemożne różnice klasowe między różnymi grupami etnicznymi i wewnątrz nich; 3) ponieważ szwedzki system polityczny aktywnie stara się tworzyć i utrzymywać etniczne organizacje polityczne, należy założyć, że ludzie, którzy im przewodzą, mają racjonalny, materialny interes w ich trwaniu, a nie w bezinteresownej walce o międzynarodowy socjalizm czy co tam jeszcze innego.

Powołuję się na swój przykład nie dla wskrzeszania starych bitew, ale by podkreślić, że grzech, którym można zasłużyć sobie na etykietkę „strasserysty”, „karka” czy „czerwonobrunatnego naziola” nie ma nic wspólnego z rasistowskimi postawami ani nawet z kwestią imigracji jako takiej. Wyczarowywanie zagrożenia rasizmem i duchami nazistowskich Niemiec nie dzieje się dlatego, że są one prawdziwe, ale dlatego, że jest konieczne. W moim przypadku posiadanie ojca, który przyjechał do pracy do Szwecji z Afryki Środkowej okazało się kłopotliwym, ale dość niewielkim ograniczeniem prędkości na drodze do obwołania mnie bojownikiem o czystość aryjskiej krwi. Nie ma w tym nic głupiego ani irracjonalnego; nasi szanowni towarzysze robią po prostu jedynie to, co mogą zrobić w obliczu sprzeczności, której nie są w stanie rozwiązać i w kontekście ruchu, który szybko się rozpada.

Nikt nie czyta braci Strasserów, a „strasseryzm” nie jest dziś poważną ideologią. Ale my istniejemy. My, zapomniani koledzy i odrzuceni towarzysze, wkrótce powrócimy, by zrzucić nasze łańcuchy. Tym, co nas od siebie oddzieliło nie były rasizm, zła wola ani pragnienie krwi. Tym, co uczyniło nas najpierw obcymi, a później wrogami w waszych oczach, był polityczny spór – spór, który lewica chciałaby pogrzebać i udawać, że go nie ma: spór o los i przyszłość klasy społecznej i ekonomicznej, z której rekrutuje się lewica i dla której walczy. Nawet jeśli próbuje ukryć swoją egocentryczną walkę za osławionymi politycznymi totemami XX wieku, które pozostają martwe od dziesięcioleci, lewica nie może uciec od tego pytania.

Chociaż nie zamierzam udawać, że przemawiam w imieniu kogokolwiek innego niż swoim, twierdzę, że „strasserystowska” analiza klasowa polityki na Zachodzie i roli lewicy nosi kilka zasadniczych cech. Na początek: wraz z przemianami gospodarek krajów zachodnich w ostatnich dekadach, pojawiła się nowa klasa ludzi, która zyskała na znaczeniu społecznym i politycznym. W Stanach Zjednoczonych klasy te najczęściej nazywane są PMC; klasy menedżerów-specjalistów. Ich nazwa jest mniej istotna niż ich polityczne funkcje i trajektorie. Aby brutalnie rzecz uprościć na rzecz wymogu zwięzłości, godną uwagi cechą wielu politycznych aktorów PMC jest miks politycznego liberalizmu i kulturowego progresywizmu, połączony z projektem nakierowanym na coraz większe subsydiowanie reprodukcji PMC jako klasy – najlepiej poprzez transfery państwowe. Państwo powinno umorzyć dług studencki. Państwo powinno zająć się reparacjami. Państwo powinno zatrudnić „ludzi idei” do pisania raportów i przemyśleń na temat reparacji. Państwo powinno tworzyć nowe komisje ds. sprawiedliwości rasowej, albo ogólnie tworzyć więcej miejsc pracy, na których można by zatrudniać ludzi, którzy dzięki przynależności do PMC uważają, że konieczność podjęcia pracy w Walmarcie oznacza, iż kapitalizm zawiódł i już czas na rewolucję. Najbardziej zradykalizowane, udręczone i ekonomicznie zagrożone części tej klasy w naturalny sposób skłaniają się ku lewicy, ponieważ lewica jest – bez względu na to, co lewicowcy chcieliby wmówić samym sobie – dość dobrze ukierunkowanym, kompetentnym i wiarygodnym projektem klasowym. Kiedy Corbyn pojawił się znikąd i został liderem Partii Pracy, sprowadził go tam prawdziwy oddolny ruch; oddolny ruch studentów i ludzi, którzy albo mają ambicje, aby wspiąć się po drabinie, albo przejawiają uzasadniony strach przed zbliżającą się proletaryzacją, spadkiem z drabiny społecznej i ekonomicznej i znalezieniem się pośród proli.

Ta szczególna forma „propracowniczej” retoryki, której używają członkowie PMC, sprowadza się głównie do pewnego rodzaju działalności charytatywnej. Głosuj na nas, a my damy ci wyższe benefity i bezpłatny szerokopasmowy Internet – Partia Pracy próbowała powiedzieć niedawno opornym pracownikom z północy kraju. To nie zadziałało. Ten rodzaj „charytatywy” nie jest wcale bezinteresowny – byłby to darmowy „upominek” od tych aktywistów PMC, wręczony ich drogocennej soli ziemi, proletariuszom, i jak każdy podarunek zależałby od dobrej woli i hojności obdarowującego. Jego główną funkcją byłoby z pewnością tuczenie ciągle rosnącej liczby stołków dla tej klasy dobrze się mających, wyuczonych na uniwersytetach administratorów. I kiedy niektórzy lewicowcy zaczynają poważnie zastanawiać się nad tym, czy „rasistom” należy odmawiać opieki medycznej w NHS (państwowej służbie zdrowia), zaczynamy przeczuwać, ile hierarchicznej dominacji przyniósłby przyszły „robotniczy raj” dla pracujących biednych.

Nie chodzi tu o kwestię moralną. Gdy Laburzyści przegrali, jeden z rozdrażnionych członków i aktywistów partii rozpaczał nad tym, jak ślepi byli robotnicy i jak łatwo zostali oszukani przez torysowską propagandę: „Czy oni nie wiedzą jak zły jest kapitalizm? Jak brutalny i niesprawiedliwy?”, pisał tenże aktywista. „Mam wielu przyjaciół z dobrymi ocenami, którzy utknęli pracując w sklepach spożywczych, zapełniając półki”. Każdy, kto próbuje pozostać materialistą, nie może nie wyśmiać nastawienia takiego jak powyższe; to całkowicie racjonalne, że ktoś zajmujący taką pozycję myśli, że „zło kapitalizmu” zostaje w jakiś sposób obnażone przed światem, gdy jego znajomi zostają zmuszeni do zapełniania półek niczym zwykli wyrobnicy, żeby móc opłacić czynsz. To, że pozostali pracownicy w sklepie spożywczym uważają ten sposób myślenia za całkowicie absurdalny i arogancki, oczywiście nie ma znaczenia. Z politycznego punktu widzenia gniew i energia, którą wyzwala proletaryzacja, nigdy nie powinny być niedoceniane, ponieważ wywołują eksplozje polityczne. Jeremy Corbyn skutecznie pokonał kartel polityczny, który zarządzał Partią Pracy, w wyniku takiej eksplozji.

Nie powinniśmy naśmiewać się z aktywisty, który gardzi stanem świata, gdy dobrzy, solidni ludzie z klasy średniej z solidnymi średnioklasowymi ocenami nie mogą dłużej osiągnąć obiecanego im średnioklasowego stylu życia. Pozostaje jednak podstawową prawdą polityczną, że ruch robotniczy złożony z ludzi rozgniewanych perspektywą „degradacji” społecznej i ekonomicznej – innymi słowy, ludzi walczących z okrutnym losem stania się pracownikiem – nigdy nie odniesie sukcesu. Obiecywanie darmowego Internetu szerokopasmowego albo nieograniczonego Kosmicznego Komunizmu, albo jakiejś innej głupawej fantazji o świecie, w którym złość na konieczność pracy jak normalna osoba jest akceptowalna, ponieważ nikt już nie musi pracować, tego nie zmieni.

Co więcej, im bardziej rośnie klasa ludzi, którzy teraz znajdują się na skraju proletaryzacji, tym bardziej muszą oni stać się pasożytami. Jeśli destrukcyjny ruch nieskrępowanego kapitalizmu zdecyduje, że nie potrzebuje już dużej klasy średniej, jedynym aktorem zdolnym uratować klasę historycznie przebrzmiałą, będzie państwo. Państwo może to zrobić na dwa sposoby: albo poprzez przekierowanie większej części zasobów ekonomicznych, którymi dysponuje, na subsydiowanie tej klasy; albo poprzez wykorzystanie swojej władzy do zmniejszenia kosztów związanych z reprodukcją tej klasy. To tutaj manifestuje się konflikt klasowy – prawdopodobnie nieunikniony – między pracownikami a PMC. To stwarza sytuację, w której może dojść do takiej dyskusji jak ta między Cenkiem Uyghurem z „lewicy”, który mówi: „jeśli deportujemy nielegalnych imigrantów, to kto będzie pracował w zakładach drobiowych, co?”, a kimś takim jak Tucker Carlson z „prawicy”, który odpowiada: „może wtedy fabryki drobiu powinny wypłacać godziwą pensję pozwalającą na utrzymanie się, nawet jeśli to sprawi, że kurczak będzie droższy?”.

Ważne, żeby zauważyć, iż wymiana między Cenkiem a Tukerem nie ma nic wspólnego z „kapitalizmem” ani z tym, czy powinien zostać zniesiony. Bardzo łatwo wyobrazić sobie system „kapitalizmu” z super-eksploatowaną, wynędzniałą klasą robotniczą przycinającą żywopłoty szczęśliwie progresywnych i społecznie liberalnych specjalistów. Można również wyobrazić sobie system „kapitalizmu”, w którym robotnicy zarabiają nieco więcej i ogólnie prowadzą bardziej komfortowe życie w porównaniu z pierwszym przykładem, ale nikt z klasy średniej nie może sobie pozwolić na zatrudnienie niani z Ekwadoru. Amerykańska lewica uwielbia masakrować Tuckera Carlsona – i innych podobnych do niego prawicowców – jako nieszczerych lub „bogatych kanciarzy”, ale fakt, że są oni bogaci czyni ich potencjalnie mniej niewiarygodnymi sojusznikami w oczach klasy robotniczej, a nie bardziej. Sytuacji, w których pomiędzy królem a chłopstwem dochodzi do sojuszy, by walczyć z klasą średnią czy szlachtą, jest w historii bez liku. To, że dziedzic fortuny Swanson byłby skłonny do odebrania klasie profesjonalistów drugiego rocznego urlopu – a nawet możliwości gniewnych, wyposażonych w karty kredytowe dzieciaków z DSA do pozostania w obrębie klasy specjalistów – w celu zdobycia poparcia politycznego pośród ludzi pracy, nie powinno nikogo dziwić. Losy drobnych menedżerów i specjalistów nie są dla takiego kogoś jak on dealbreakerem. Ale są dealbreakerem dla lewicy. I dlatego lewica umiera. Interesy klas menedżerów-specjalistów a klas robotniczych – czy też, by nazwać te drugi na moment w nie-marksistowski sposób – wewnętrznego proletariatu Zachodu, rozchodzą się teraz do tego stopnia, w którym różnic nie da się już zatrzeć. Nie możesz próbować „zadowolić obu”. Musisz wybrać klasę i żyć z przekonaniem, że właśnie zrobiłeś sobie wroga w drugiej klasie.

Powyższa analiza jest z konieczności niezwykle skróconym opisem sytuacji politycznej, w której się znajdujemy. Nie musisz oznaczać mnie na Twitterze, ponieważ nie zgadzasz się z tym lub innym pojęciem lub jakąś poboczną kwestią. Jak zaznaczyłem wcześniej, nie udaję, że wypowiadam się w imieniu wszystkich, a powyższe akapity nie stanowią wyczerpującego ani nawet ścisłego rozliczenia się z moją własną analizą polityczną. Mimo to, są one wystarczająco szczegółowe, ponieważ celem tego eseju nie jest przekonanie dobrych towarzyszy z różnych partii eurokomunistycznych, grup dyskusyjnych czy „progresywnych” organizacji pozarządowych, aby powrócili do owczarni. Nie, nadszedł czas na rozrysowanie politycznej linii na piasku.

Wielki podział polityczny, który podzielił „dom” nowoczesnego socjalizmu sprowadza się do pytania o to, o którą klasę najpierw należy zadbać. Fajnie jest rozmawiać o „dbaniu o obie” lub próbować uspokoić robotników, mówiąc, że gdy zwycięży socjalizm, nikt nie będzie pracował, więc znajdą się w opiece. Sto lat temu Joe Hill wyśmiewał kaznodziejów, którzy próbowali uspokoić głodujących robotników, obiecując im, że po śmierci w niebiosach czeka na nich mnóstwo ciasta. Dzisiaj Aaron Bastani dokonuje jeszcze bardziej żałosnego trudu w ramach tej chlubnej tradycji politycznej, obiecując brytyjskiej klasie robotniczej górnictwo na asteroidach i w pełni zautomatyzowane komunistyczne holodeki, gdy tylko Rewolucja™ się powiedzie. Jednak dopóki ten dzień nie nadejdzie, nie można poradzić nic na to, że będą musieli pozostać pod kontrolą – i toczyć bitwy dla – mobilnych specjalistów, prawda? W końcu kto zbuduje te wszystkie fantazyjne kopalnie na asteroidach, jeśli mały Bąbelek nagle będzie musiał pracować w Starbucksie – jak zwykły plebejusz?

To nie jest kwestia lewicowej niekompetencji czy Brexitu, który nagle wszystko popsuł, albo czegoś, co Bernie mógłby, potrafiłby, powinien był zrobić. Wsparcie klasy robotniczej dla lewicy kończy się wszędzie. Lewica zbiera poparcie wśród bardziej zamożnych i zamożnych warstw na całym świecie. Lewica zlewa się wszędzie z zielonymi i liberalnymi „postępowcami”. To nie jest wynik niekompetencji ani tchórzostwa. Nie jest to kwestia personalna ani nie może zostać naprawiona przez aktywności indywidualnych osób; stanowi ona potwierdzenie materializmu historycznego i rozgrywa się na naszych oczach.

Nadszedł czas, aby „socjalizm” klas profesjonalistów i menedżerów oraz socjalizm klas pracujących, rozeszły się. Ten pierwszy stanowi dogorywającą i historyczną ślepą uliczkę. Wydaje mi się, że ten drugi nadal jest uzasadniony. Co ważniejsze – i moje osobiste doświadczenia spoza lewicy to potwierdzają – wciąż ma widownię, która chętna jest słuchać.

W mojej rodzinnej Szwecji ten konflikt rozgrywa się już politycznie. Lewica zbiera głosy zamożnych liberałów („wow, wiesz, kiedyś nienawidziłem socjalistów, ale teraz, z tymi przerażającymi populistami dookoła, zrozumiałem, że część z was jest naprawdę w porządku!”), ale poza tym znajduje się w stagnacji, pełna paranoi i złego samopoczucia – jak lewica wszędzie. Ale jednocześnie jest coraz więcej i więcej nas, renegatów, każdego dnia – dawnych towarzyszy, nowych przyjaciół, samych rasistek, seksistów i niemoralnych karków – i postanowiliśmy zbudować ruch populistyczny, który nie będzie próbował służyć dwóm panom, który nie będzie próbował już przekonywać zwykłych ludzi, że muszą słuchać – lub płacić pensje – tym nadętym nadzorcom hal zza monitorów, o których lewica troszczy się dziś. To wciąż świeża sprawa, ale nie będę kłamał: po latach i latach porażek, konieczności wysłuchiwania małych politycznych komisarzy lewactwa, którzy mówią wam, że „to walka na dziesięciolecia, towarzyszu!”, że „ten ruch jest większy niż X czy Y!”, i – oczywiście – „kup moją książkę!” i „sfinansuj walkę, wpłać coś na mój patreon!”, dobrze jest zacząć w czymś wygrywać. Dziwnie, ale dobrze.

Nie mam wątpliwości, że do naszego skromnego nordyckiego przykładu wkrótce dołączy wiele, wiele innych. Druga dekada naszego stulecia była okresem narastającej paranoi i coraz bardziej okrutnych czystek na lewicy – każdemu, kto próbował zakwestionować niewysłowiony wprost prymat interesów PMC, brutalnie wskazywano drzwi. Lata 2020 będą dekadą, w której więcej takich postaci – ludzi takich jak Sahra Wagenknecht i wszyscy inni dobrzy socjaliści, którzy zostaną oczernieni i odrzuceni przez liberalną lewicę – powrócą, by ponownie nawiedzać naszą scenę polityczną i będzie to dekada, w której lewica odkryje, że jej własna baza klasowa jest po prostu zbyt słaba i mała, aby zdobyć władzę polityczną w obliczu rozgniewanej klasy robotniczej, której teraz się boi i którą gardzi. Nawiasem mówiąc, to nie jest tylko sentymentalizm: w momencie, gdy zostaniesz wyrzucony z lewicy i przestaniesz podlegać wszystkim jej tabu i zasadom, zaczynasz sobie zdawać sprawę z tego, że żyjemy w środku złotej okazji. Prawica populistyczna jest w zasadzie dość słaba – dalece, dalece słabsza niż nasi dawni towarzysze byliby skłonni przyznać – a ich rosnąca przyczepność do klasy robotniczej jest często wynikiem braku konkurencji, a nie jakichkolwiek godnych uwagi kompetencji po jej stronie. Po odrzuceniu balastu i społecznych i ekonomicznych nerwic absolwentów studiów i aspirujących menedżerów, ludzie pracy są zadziwiająco otwarci na nasze przesłanie. Ale z drugiej strony, właśnie na otwartość na populizm spoza PMC stanowi powód, dla którego musimy być przez lewicę odrzucani na każdym kroku jako rasiści i idioci.

Pracownicy nie są głupi. Nie są demoniczni. Nie zostali „oszukani przez media”. Nie potrzebują żadnych fałszywych pasterzy, którzy by ich prowadzili, ani dobrze opłacanych komisarzy moralności, którzy nauczą ich, aby nie mordowali swoich sąsiadów z powodu wydumanego rasizmu. Porzucili lewicowe partie, ponieważ to lewicowe partie porzuciły ich – nie „kulturowo”, jak chcieliby sądzić niektórzy zwolennicy polityki tożsamości, ale materialnie. Znają własne interesy klasowe i wiedzą, że lewica jest wroga wobec tych interesów. To dobra wiadomość, przynajmniej dla tych z nas, którzy potrzebowali odwagi i woli politycznej, aby pomogły nam uwolnić się od tych, których nazywa się „tymi lepszymi”. Niech sobie londyńscy aktywiści Partii Pracy lamentują nad tym, jak „rozczarowani” są, że klasa robotnicza przestała wykonywać polecenia. Nie będziemy tacy jak wy. Nie obiecamy nowych panów i nowych jarzm, pod którymi będą żyć, nowych arystokracji i „awangard”, które będą utrzymywać, nowych kadr sprzedających im kazania moralne i kursy wrażliwości. Obiecamy im szansę na rewanż.

Czasy, w których dwa domy Socjalizmu™ spróbują się nawzajem przekonywać albo „wygrać spór” – cokolwiek by to dzisiaj znaczyło – już minęły. Od teraz my, „strasseryści” nie będziemy was prosić o pozwolenie na robienie tego, co robimy, nasi byli koledzy i szacowni dawni towarzysze. Nie będziemy też prosić o wybaczenie za to, że zmęczyło nas bycie wiecznymi przegrywami, powtarzanie tego samego rytuału z roku na rok („chło-chłopaki, wiem, że jest do bani, ale dziś się smucimy, jutro organizujemy!!!”) tylko po to, żeby wpisać sobie w CV bycie antyzdolnymi karierowiczami i nieuczciwymi handlarzami książkami. Wam pozostawimy przegrywanie, towarzysze, ponieważ jest to w końcu jedyna rzecz, którą potraficie robić. Powiadacie, że zwykli ludzie są rasistowscy, sadystyczni i niebezpieczni, jeśli się ich bezustannie nie prześladuje, nie nazywa ich niemoralnymi i nie mówi się im, co mają robić. Cóż, będziemy musieli sprawdzić tę teorię w praktyce, prawda? Tak czy inaczej, nadszedł już czas, żebyśmy poszli swoimi oddzielnymi drogami.

Piszę to wszystko, ponieważ wciąż są ludzie, którzy jeszcze nie wiedzą, że mogą wybrać stronę i którzy myślą, że ciągłe przegrywanie i bycie postrzeganym w kategoriach żartu lub tchórzliwego wroga przez tych samych ludzi, którym rzekomo „służą”, to jedyna alternatywa, jaką mają do zaoferowania. Nie jedyna. Możesz stać się „karkiem”, „strasserystą”, „rasistą”, „czerwonobrunatnym”, „nazistą” – tak jak my: krótko mówiąc, możesz po prostu zdecydować się na pozostawienie za sobą specjalistów i menedżerów i pozwolić im stoczyć ich beznadziejną walkę z historycznym starzeniem się.

Piszę to również jako ostatni akt uprzejmości wobec ludzi, których kiedyś nazywałem przyjaciółmi i do – ech – „ruchu robotniczego”, do którego niegdyś należałem. Jeśli próbujesz toczyć bitwy, nie zawracając sobie głowy tym, kto naprawdę jest twoim wrogiem, przegrasz wojnę, zanim oddany zostanie pierwszy strzał. Nie żywię złudzeń co do zdolności współczesnej lewicy do tolerowania jakiegokolwiek poglądu, który głosi, że jej wrogowie są w jakiś sposób rozsądni albo kierowani czymś innym niż „wydumane rasizmy”, ponieważ rozsądny wróg to ten rodzaj wroga, z którym lewica wie, że nie może wygrać. W porządku, pomimo braku szans, jest jeszcze wola walki ze stagnacją i dekadencją lewicy, ale później z całą pewnością objawi się prawdziwa twarz twojego nowego wroga. Wyglądaj sobie jak chcesz! My jesteśmy duchem przeszłego socjalizmu i kiedy twój umęczony „ruch” zostanie w końcu zrzucony na śmietnik historii, my znów będziemy zwiastunami jego przyszłości.

Życzymy wam wszystkim powodzenia w waszych ostatecznych zmaganiach, aby ocalić wasz skazany na zatracenie ruch i równie straconą klasę społeczną. I podobnie jak dawni kozacy zaporoscy, pokornie i uprzejmie prosimy was, byście nas całowali w dupę.

 

Tekst ukazał się 7 maja 2020 na blogu https://tinkzorg.wordpress.com/.

Przełożył: Łukasz Moll

Świętokrzyski Park Narodowy zostanie powiększony?

***

„Bij w korpus, a głowa sama opadnie”

Feliks Sztam, legendarny trener polskich bokserów

 

Ten tekst zacząłem pisać 18 czerwca 2020 roku. Do wyborów prezydenckich zostało 10 dni. 18 czerwca 1410 roku król Władysław Jagiełło w drodze pod Grunwald odwiedził Łysiec.

24.05.2020 w Międzynarodowym Dniu Parków Narodowych prezydent Polski Andrzej Duda i minister środowiska Michał Woś pokonali o własnych siłach drogę wiodącą od granic Świętokrzyskiego Parku Narodowego aż na Łysiec, jedno z najcenniejszych miejsc w całym parku [1]. Niczym dawniej piastowscy królowie. Następnie minister w kieleckim radio ogłosił, że Świętokrzyski Park Narodowy zostanie powiększony o kilkadziesiąt hektarów. Świętokrzyscy przyrodnicy i mieszkańcy województwa od ponad roku walczą o zachowanie ŚPN w nienaruszonym stanie. Rząd stara się jednak te szczególne 5 ha z klasztorem usunąć z granic ŚPN i przekazać oblatom. Zgodnie z ustawą o ochronie przyrody, aby zmniejszyć obszar parku narodowego, należy wykazać, że obszar ten utracił swoje przyrodnicze i kulturowe walory.

Zapowiedź rządu o planach powiększenia ŚPN to sukces całego społecznego ruchu na rzecz obrony ŚPN.

Powiększenie, ale pomniejszenie – sukces, ale porażka

To sukces nieoczekiwany i niezamierzony. Jest to więc radość cedzona przez zęby. Tym bardziej, że czuć przez skórę, iż to wyłącznie przedwyborcza gra.

Nie zostało to wyrażone wprost, ale jest przecież jasne. Rząd, ogłaszając pomysł włączenia nowego terenu do ŚPN, chce przekupić opinię publiczną w sprawie usunięcia Łyśca z granic parku. Przekaz brzmi mniej więcej tak: dajmy oblatom Łysiec, a w zamian ŚPN dostanie nie 5, lecz 60 ha. Chyba się nie będziecie o to kłócić? Trzeba też pamiętać, że jest kampania wyborcza, a sprawa Łyśca poruszyła znaczną część elektoratu.

Na powiększanie obszarów chronionych warto patrzeć przychylnym okiem. Tym bardziej, że ten akurat rząd jest jawnie antyprzyrodniczy. Jednak łykając te 60 ha ptasiego mleczka podawanego dzióbkiem ministerialnym, przyrodnicy mogą się zadławić. A nawet je zwrócić.

Deklaracja o powiększeniu Świętokrzyskiego Parku Narodowego nijak się ma formalnoprawnie i merytorycznie do planów zmniejszenia tego parku o Łysiec. To dwie różne sprawy i muszą się tu toczyć dwa odrębne postępowania. To nie jest deal. To jest walka o zachowanie integralności ŚPN i zachowanie w rękach skarbu państwa i Polaków terenu o wyjątkowym, unikatowym znaczeniu w naszej historii. A plan powiększenia powierzchni ŚPN to odprysk tej walki, skutek uboczny. Efekt wielomiesięcznej pracy, uporu i konsekwencji przyrodników. Jeśli minister Woś zechciał powiększyć ŚPN o 60 ha lasami Nadleśnictwa Łagów, to świetnie, cieszymy się. Ale to całkowicie inna, odrębna, niepowiązana z Łyścem sprawa. I kibicujmy ministrowi w byciu konsekwentnym. Swoją drogą sugerowanie Polakom, że można oblatom dać Łysiec za 60 ha lasu, jest pewną… bezczelnością.

Tym bardziej, że nie wiadomo właściwie, z jakiego powodu właśnie ten izolowany, w zasadzie młody las otoczony polami ma stać się częścią parku narodowego. Idąc tym tropem może się okazać, że najwyższą wartość przyrodnicza ma większość lasów gospodarczych w kraju. Im bardziej są poszatkowane, tym lepiej. Minister nie prowadzi dialogu ze środowiskiem świętokrzyskich przyrodników w tej sprawie. Rozmowy toczą się pomiędzy ministerstwem, dyrekcją ŚPN a nadleśnictwem. Czyli w zasadzie w obrębie urzędników państwowych. To tak jakby gadać do siebie.

Wyciąć serce – wszczepić implant

Zgodnie z tym. co podaje kielecka „Gazeta Wyborcza” [2], do ŚPN ma być włączony izolowany, 60-hektarowy las koło wsi Grzegorzowice. Wybór takiej lokalizacji to gotowy przepis na konflikty społeczne i pogłębienie problemów malutkiego parku narodowego, którego kolejna enklawa miałaby być izolowana od zasadniczego obszaru chronionego. Oderwany od całości parku obszar otoczony polami wygeneruje problemy ochrony niemożliwe do rozwiązania, podobnie jak to jest w przypadku Lasu Serwis i Góry Chełmowej, które powoli tracą swoje wartości przyrodnicze. Ta lokalizacja z czasem stanie się kolejnym argumentem, że ŚPN jest za mały, zbyt izolowany i jego ochrona jest niemożliwa. Las planowany do włączenia do ŚPN składa się z drzewostanów jaworowych, bukowych, dębowych jodłowych i sosnowych w wieku od zaledwie 27 do 127 lat. To śródpolna remiza w skali makro [3]. Trudno sobie wyobrazić, w jaki sposób park narodowy ma realizować swoje cele będąc tak poszatkowaną, niewielką sumą kilku izolowanych kompleksów leśnych. Na terenie o takiej strukturze nie ma możliwości, aby gatunki mogły swobodnie migrować i tworzyć trwałe, stabilne populacje.

Nadleśnictwo Łagów na pytania o wartości przyrodniczej lasu pod Grzegorzewicami odesłało mnie do Ministerstwa Środowiska. Ministerstwo nie odpisuje – pismo zostało wysłane 24.05.2020. Dyrektor Świętokrzyskiego Parku Narodowego natomiast napisał tak (pismo z dn. 12.06.2020): „Kryterium które przyświecało przyłączeniu tego obszaru była jego przynależność do obszaru sieci Natura 2000 PLH 260002 »Łysogóry«, którego znakomita większość pokrywa się już z obszarem ŚPN. W przedmiotowym fragmencie wg Planu Ochrony Przyrody będącego częścią PUL dla Nadleśnictwa Łagów na lata 2017-2026, zostały zinwentaryzowane siedlisko 9170 grądu środkowoeuropejskiego (Galio Carpinetum betuli), subkontynentalnego (Tilio-Carpinetum betuli) oraz gatunki z dyrektywy siedliskowej wydra (Lutra lutra) i bóbr (Castor fiber)”. Jeśli te walory wystarczą, żeby las włączyć do parku narodowego, to walory Łyśca z pewnością są wystarczające, aby go nie wyłączać z tych granic.

Aby zmniejszyć powierzchnię ŚPN poprzez usunięcie z jego granic 5 ha ziemi na Łyścu wraz z unikalnymi odsłonięciami geologicznymi, stanowiskami zagrożonych wymarciem roślin i zwierząt oraz wyjątkowym zabytkiem, jakim jest klasztor, rząd musi udowodnić, że teren ten utracił swoje wartości przyrodnicze, kulturowe i edukacyjne. Takiej tezy wobec faktów historycznych i przyrodniczych, naukowych, nie da się obronić.

W ciągu ponad roku aktywność przyrodników ze Stowarzyszenia MOST doprowadziła do tego, iż rząd zaprzestał procedowania tej sprawy. Świętokrzyscy przyrodnicy opracowali raport z częściowo zrealizowanych badań na Łyścu. Raport wykazał, że miejsce ma ponadprzeciętną rangę przyrodniczą i nie ma racjonalnych powodów na usunięcie tego terenu z granic parku narodowego. Dokument otrzymali minister środowiska i dyrektor ŚPN. Stowarzyszenie MOST przygotowało także apel do prezydenta Polski, premiera, ministra środowiska, parlamentu i dyrektora ŚPN, aby wycofano się z tego szkodliwego i nieuzasadnionego projektu. Apel został podpisany przez kilkudziesięciu naukowców, polityków i działaczy z całej Polski. Powstała też petycja w tej sprawie, którą podpisało kilkanaście tysięcy osób. Odbył się też protest pod klasztorem, w którym wzięło udział około 200 osób.

Dyrektor Świętokrzyskiego Parku Narodowego Jan Reklewski próbował uniemożliwić badaczom wykonanie niezależnej ekspertyzy przyrodniczej Łyśca. Najpierw udzielił na to zgody, po czym ją cofnął. Nałożył nowe wymagania. Ekipa Stowarzyszenia MOST przygotowała nowy zespól ekspertów krajowych i złożyła nowy wniosek o zgodę na badania. Od kilku miesięcy przyrodnicy nie mogą się doczekać decyzji w tej sprawie. Przed kilkoma dniami dowiedziałem się, że procedura uzyskiwania podpisu Ministra Środowiska jest wydłużona. Kiedyś Dyrektor Departamentu Ochrony Przyrody z upoważnienia MŚ mógł podpisywać decyzje zezwalające na odstępstwa. Teraz Dyrektor nie ma takiego upoważnienia, stąd m.in takie długie opóźnienia. Przyczyniła się również do tego reorganizacja Ministerstwa Środowiska. Jednocześnie ustawowe terminy są przekraczane. Przewlekanie procedury wydania zgody na badania to działanie z obszaru prawa alternatywnego. Sezon wegetacyjny, lęgowy i rozrodczy niebawem się skończy. Wydanie zgody w sierpniu czy październiku niemożliwi prowadzenie badań, ponieważ przedmiot badań zniknie. Aż do kolejnej wiosny. W ten sposób ministerstwo zyskuje rok swobodnych działań.

Symbolika i znaczenie

Jeśli jakiś król lub prezydent idzie o własnych siłach, nikt go tam nie wiezie, to musi mieć jakąś ważną potrzebę albo miejsce musi być niezwykłe. Dokąd zatem udali się prezydent Andrzej Duda i minister środowiska Michał Woś?

Pierwszy kościół romański został tu ufundowany w latach 1102-1138 przez Bolesława Krzywoustego. W okresie jagiellońskim było to najważniejsze sanktuarium w Królestwie Polskim. Łysiec był jednym z najwyższych szczytów ówczesnego Królestwa. Klasztor zamieszkiwali benedyktyni.

W 1819 roku na mocy bulli papieża Piusa VII klasztor skasowano. Ziemie wraz z budynkami sprzedano. Krótko znajdował się tu zakład dla tzw. księży zdrożnych. Od 1886 roku było tu najcięższe carskie więzienie na ziemiach polskich, zwane polskim Sachalinem. W okresie międzywojennym także znajdowało się tu ciężkie więzienie. Od 1936 roku zakon prowadzili tu oblaci. Niemcy w czasie II wojny światowej prowadzili tu obóz dla jeńców. Od 1950 roku obiekt znajduje się w zarządzie dyrekcji Świętokrzyskiego Parku Narodowego.

Od 1924 roku teren ten objęty jest ochroną rezerwatową, a od 1950 ochroną w ramach Świętokrzyskiego Parku Narodowego. Klasztor na Łyścu jest wpisany do rejestru zabytków. Również sam masyw Łysej Góry (Łyśca) został objęty szczególną formą ochrony poprzez wpis do rejestru zabytków jako Rezerwat Archeologiczny „Łysa Góra”. Chroni on sanktuarium pogańskie na terenie szczytu i w strefie podszczytowej 300-metrową strefą ochronną. 19 listopada 2015 roku wpisano do rejestru zabytków całe otoczenie Rezerwatu Archeologicznego „Łysa Góra”, obejmując ochroną w zasadzie cały masyw Łyśca. Ten sam obszar został uznany rozporządzeniem Prezydenta RP z dnia 15 marca 2017 za Pomnik Historii.

Od lat 90. oblaci zaczęli intensywnie zabiegać o odzyskanie ziem i części budynków klasztoru na Świętym Krzyżu (Łyścu) będących w zarządzie ŚPN. W 2002 r. Komisja Majątkowa, w której skład wchodzili przedstawiciele MSWiA oraz Kościoła, uznała, że zakon nie ma podstaw, by żądać zwrotu budynków.

Klasztor na Łyścu w Świętokrzyskim Parku Narodowym wraz z przyległymi działkami stanowi własność skarbu państwa. Tylko niewielka część klasztoru należy do zakonników. Uzyskali ją oni przez zasiedzenie.

W czasach przedchrześcijańskich Łysiec stanowił ważne miejsce kultu. Zachowały się resztki wału kultowego.

Na Łyścu znajduje się chronione siedlisko przyrodnicze (łąka świeża) wymienione w tzw. dyrektywie siedliskowej. Rośnie tam także rzadka w Polsce, a w województwie świętokrzyskim znana jedynie z kilku stanowisk roślina – zanokcica północna, wymieniona w Czerwonej liście roślin i grzybów Polski oraz w Polskiej Czerwonej Księdze Roślin jako narażona na wyginięcie (kategoria zagrożenia: V, VU), której stanowiska w zorganizowany sposób zadeptywano oraz gatunek nietoperza – mopek zachodni, wymieniony w dyrektywie siedliskowej, i popielica szara, wymieniona w Polskiej Czerwonej Księdze Zwierząt. Ponadto znane jest stąd stanowisko rzadkiego i zagrożonego gatunku ślimaka – bezoczki podziemnej oraz reliktowe stanowiska zagrożonego ślimaka świdrzyka siedmiogrodzkiego. Stwierdzono tu także gatunki ptaków objęte ochroną w ramach dyrektywy siedliskowej, ale jest to też miejsce stwierdzeń gatunków wysokogórskich, np. płochacza halnego. Z danych literaturowych wynika, że stwierdzono tam także wiele gatunków chrząszczy uznanych za bardzo rzadko występujące i zagrożone, w tym takie, które mają tu np. jedno z trzech swoich stanowisk w kraju.

O wartościach tego miejsca tak napisał kielecki regionalista dr Cezary Jastrzębski, jeden z najlepszych specjalistów w tej dziedzinie: „W waloryzacji przyrodniczo-krajoznawczej Świętokrzyski Park Narodowy ŚPN znajduje się w grupie obszarów najatrakcyjniejszych w skali kraju (Harabin 2000). Pod względem przyrodniczym jest również najcenniejszym terenem przyciągającym turystów w województwie świętokrzyskim (Jastrzębski 2003). Przedmiotem zainteresowania odwiedzających są nie tylko unikatowe walory środowiska naturalnego, ale też wyjątkowe elementy dziedzictwa kulturowego, których symbolem jest dawne opactwo benedyktyńskie na Łysej Górze, zwanej też Łyścem lub Świętym Krzyżem”. Poza wartościami kulturowymi wierzchowina Łyśca ma wysokie walory geologiczne pozwalające na poznanie procesów formowania się najstarszych gór w Europie.

Od kwietnia 2019 roku świętokrzyscy przyrodnicy i działacze społeczni, wspierani przez środowiska z całej Polski, starają się przekonać rząd, że nie ma podstaw do wyłączenia tego terenu z granic ŚPN.

Koniec, ale początek

Motorem napędowym wszystkich tych sytuacji i działań jest nieuzasadnione roszczenie superiora klasztoru oblatów na Łyścu, ojca Mariana Puchały. Puchała forsuję tezę, jakoby klasztor i ziemie sąsiadujące miały zostać „oddane” oblatom. Tyle że te ziemie nigdy nie były własnością oblatów. W sprzyjających politycznie okolicznościach superior prowadzi działalność lobbystyczną, która ma na celu wyrwanie Łyśca z własności skarbu państwa, a następnie przejęcie tego terenu przez zakon. W tych destrukcyjnych, antypaństwowych działaniach Puchałę wspiera poseł Mariusz Gosek z Solidarnej Polski, jeden z głównych „ziobrystów”, który jako członek zarządu województwa świętokrzyskiego głosił, że w sprawie Łyśca spotyka się z ministrem Wosiem, ojcem Puchałą i dyrektorem ŚPN Reklewskim jako katolik i nie musi nikogo pytać o zgodę.

Powiększenie powierzchni ŚPN to świetna wiadomość. Natomiast o ten właśnie las o powierzchni 60 ha – bardzo zła. Bez włączenia strony społecznej i naukowców w proces zwiększenia powierzchni ŚPN nie uda się uniknąć kolosalnych problemów w przyszłości. Jeśli rzeczywiście rząd jest zainteresowany ochroną świętokrzyskiej przyrody w ramach najwyższej formy ochrony, powinien zadbać o stworzenie szerokiej koalicji specjalistów: działaczy, samorządowców, naukowców, prawników, społeczników, przyrodników i leśników. Tylko wtedy powiększenie ŚPN nie będzie zwykłą sztuczką, zabiegiem PR w czasie kampanii wyborczej. Tylko wtedy minister Woś udowodni, że jest ministrem środowiska, a nie członkiem sztabu wyborczego a jego celem jest dbanie o polską przyrodę, a nie o Andrzeja Dudę i partię.

Nie ma powodu ani podstaw, aby Świętokrzyskiemu Parkowi Narodowemu amputować Łysiec. Nie ma powodu, aby dać nam wmówić, że gdy się wytnie Łysiec, to się przeszczepi las koło Grzegorzowic. I wszystko będzie dobrze. Nie ma powodu sądzić, że to jest koniec sprawy. Ani nie będzie dobrze, ani nie będzie to koniec.

Gospodarska wizyta Dudy i Wosia niestety bardziej przypomina wizytację lokalnych kacyków niż poważny rekonesans polityków zainteresowanych napęczniałym problemem przyrodniczym, prawnym, społecznym i politycznym.

Łukasz Misiuna

Poprzednie teksty autora na ten temat:

Oblaci w lesie. Rząd zmniejszy Świętokrzyski Park Narodowy na rzecz Kościoła?

Park utraconych wartości (o kulisach planów zmniejszenia Świętokrzyskiego Parku Narodowego)

Kamieni kupa. O utracie wartości kulturowych na Łyścu 

Przypisy:

1. https://m.radio.kielce.pl/pl/post-106882?fbclid=IwAR3JbKopLCTVODoFc41kxspy9zaGpZfjzvNbLB7Crl888y-9JQiaDpnDCnk

2. https://kielce.wyborcza.pl/kielce/7,47262,25973672,w-co-gra-ministerstwo-swietokrzyski-park-narodowy-do-powiekszenia.html?fbclid=IwAR0yk_tWFp9suawyYlYaHXlhmEmFNiMY3_R9Ub2ywQcbdaQL6lKySuY7dsA

3. https://www.bdl.lasy.gov.pl/portal/mapy

Magdalena Okraska: Osiedla oddane walkowerem

Magdalena Okraska: Osiedla oddane walkowerem

Prawica nie musiała „kraść” osiedli ani narracji o nich – ona była tam już wcześniej.

W Polsce właściwie nie można napisać książki, która nie zostałaby przez czytelników i recenzentów odbudowana setkami wyjaśnień i interpretacji. Mam na myśli także te o modnym od kilku lat tle społecznym. Lewicowi komentatorzy chcą dzielić książki na „ważne” i „istotne”, a niewygodne przemilczać. A Wojciech Mucha napisał po prostu powieść o Polsce – nie eseje, nie felietony, nie reportaż, nie „zabawne” impresje zza okna PKS-u. Napisał książkę o krakowskich osiedlach, na których się wychował, o stadionach, na które chodził z innymi ultrasami Cracovii, o polskich chłopakach i polskich rodzinach. „Miasto noży” to jedna z najlepszych powieści o prawdziwej, nie-wyobrażonej Polsce ostatnich dekad. Nie science fiction o tym, „co by było, gdyby PRL nie upadł”, nie eksperymenty językowe i fabularne spod znaku małych literackich wydawnictw. Mucha proponuje nam kilkuwątkową, uczciwą, bardzo sprawnie napisaną powieść na temat nie poruszany zbyt często – kim są i jak żyją/żyli mieszkańcy osiedli odległych od centrum. Pisze czule, uczciwie, bez wybielania i przekłamań. Lewica książkę przemilczała, bo opowiada ona przecież o „kibolach”. Krakowskie wydanie „Gazety Wyborczej” nazwało ją „niebezpieczną”.

Lewica i liberałowie lubią sobie pochlebiać, że „przegrali w walce o zwykłego człowieka”. Nie, oni nawet nie stanęli w jej szranki, nawet nie podjęli rękawicy. Przyświecała im mieszanina strachu, obrzydzenia i dystansu – tego mentalnego i tego przestrzennego. Od kilku lat pojawia się powierzchowna moda na „zrozumienie”, a przynajmniej reporterski opis rzeczywistości potransformacyjnej, rzeczywistości ludzi z opustoszałych PGR-ów, małych miasteczek, gdzie zlikwidowano jedyny zakład. Jak każda moda, także i ta niebawem przeminie. I prawdopodobnie nigdy nie dotknie tematu miejskich osiedli, chociaż wszędzie jest jakiś „Manhattan”, „Meksyk”, „Brooklyn” czy po prostu „wieżowce”, i tam także mieszkają ludzie, z którymi po 1989 r. coś (niedobrego) się działo.

Wojciech Mucha był w latach 2003-2011 gniazdowym Cracovii i taką informację o sobie zamieszcza nawet w biogramie na skrzydełku książki, co natychmiast zaskarbiło mu moją sympatię. Gniazdowy to osoba, która kieruje dopingiem podczas meczu na trybunie tzw. fanatycznych kibiców (a książka pokazuje, jak dęty i niezgodny ze stanem faktycznym jest język inteligenckiego mówienia o piłce – kibice mają własny). Wie zatem, o czym pisze, ale to żadną miarą nie jest książka o piłce nożnej czy, szerzej, sporcie. To przede wszystkim powieść o tym, jak w naturalny sposób środowisko i warunki bytowe kształtują nas wedle jedynego dostępnego wzorca i popychają w jedynym możliwym kierunku. Mamy chłopaków z bloków – Małpę, Browarnika, Kikiego. Kilkunastolatków, którzy uciekają z ciasnych klitek swoich pokoi w wieżowcach (jeśli mają szczęście mieć własny pokój), nie po drodze im do szkoły, a o ciarki zażenowania przyprawia ich konieczność dłuższej rozmowy z rodzicami. W wieku nastoletnim każdy chce wychodzić czy uciekać z domu. Ale tutaj chłopcy nie ujadą daleko. Ich pasji nie zagospodaruje kółko zainteresowań w liceum (mało kto stamtąd w ogóle do liceum chodzi), biblioteka ani krakowskie puby dla artystów czy kino. Zagospodarują je klatka, ławka przed blokiem, schodki i stadion. I grupa rówieśnicza, która ma się bezwzględnie wspierać, popijać razem pierwsze piwa, marzyć o dziewczynach i kibicować swoim barwom. Piętnastoletni kibic stojący przed klatką na Prądniku Białym nie „dokonał wyboru”, jak chcą wierzyć liberałowie i inteligenci, dla których życie to perpetuum mobile własnej sprawczości i rzuconych z boku kół ratunkowych, w sposób naturalny pojawiających się przez całe życie. Urodził się w określonych warunkach i w nich trwa. Sam Mucha mówi o tym zresztą w ciekawym wywiadzie dla Telewizji Republika: „Ludzie z bloków patrzyli na elity III RP jak przez lustro weneckie. Te elity ich zwyczajnie nie widziały, uważały istnienie tych ludzi za zbędne. Mieli siedzieć w bloku na 30 metrach, włączyć »Ekstradycję« albo Disco Relax i tam sobie zdechnąć. Jeśli masz mieszkanie, które ma 30 metrów i tam żyje sześć osób z czterech pokoleń, od babci, która ma 100 lat i pamięta I wojnę światową po dziecko siostry, które ma 3 miesiące, to nie będziesz tam siedział, tylko uciekał na klatkę schodową czy na ławkę”.

Środowiska kibicowskie nie mają w „lepszych” sferach dobrej prasy. Kojarzą się z przemocą, nacjonalizmem, chamstwem i głupotą, a poważne kibicowanie swojej drużynie jest pogardliwie określane terminem „kibol”, słowem, którego kibice w stosunku do samych siebie nie używają. „Kibol” oznacza bijatykę, strach, przemoc, często też głupotę. Lepiej trzymać się od niego z daleka. Szukając w mediach internetowych dominującej narracji na ich temat – choć przecież przeczuwałam, jaka będzie – natknęłam się wyłącznie na pogardliwie sformułowane newsy, w których kibice są przedstawiani jako tępa masa i tłuszcza, albo na pseudosocjologiczne opisy czy reportaże wcieleniowe (pewna pani pojechała na wyjazd z duszą na ramieniu, by potem opisać dla jakiegoś czasopisma wybite zęby). Narracja „zdrowej tkanki społecznej” na temat grup defaworyzowanych jest zawsze narracją zewnętrzną, chłodną, a przy tym wrogą.

Mucha pisze tymczasem o osiedlach z czułością, ale bez złudzeń: „Nie cierpiał klinów, kojarzyły mu się z alkoholikami, na trzy zmiany szturmującymi osiedlowy monopolowy U Żyda. Z bezrobotnymi o drgających rękach i gardłach, wystającymi przy stołach zadaszonych falistym plastikiem i obłożonych pociętą ceratą. Od rana przepijali tak zasiłki i odprawy między innymi pracownicy sprywatyzowanej i likwidowanej Wytwórni Sprzętu Komunikacyjnego. Za »bezrobocie« – śmieszne trzysta dwadzieścia pięć tysięcy złotych miesięcznie – nabierali opuchlizny, wystając przy flaszkach z Okocimiem O.K i puszkach EB. Dzielili się relacjami z pośredniaka, po czym wracali rozkładać ręce przed żonami i dziećmi. Po nich, po uprzednim obejściu osiedlowych piwnic i śmietników, przychodzili złomiarze. W zależności od tego, czy udało im się znaleźć nagrzewnicę do piecyka, żeliwną wannę czy jedynie makulaturę, raczyli się piwem, wódką lub jedynie »węglówką« – wyrabianą w osiedlowej melinie berbeluchą, powstałą ze zmieszania kranówki i royala. – Smakuje jak rzygi i śmierdzi jak kał – mówili. I pili”.

Bo jednym z głównych bohaterów powieści Muchy jest alkohol. Przezroczysty w polskiej kulturze biesiadnej, wszechobecny we wszystkich klasach społecznych – staje się jednak pretekstem do wytykania palcami tych, dla których bywa ostatnią deską ratunku. Gdy inteligent „raczy się” kieliszeczkiem (czy połową litra, bez różnicy), mężczyzna z osiedla „chla”, obojętnie czy w swoim mieszkaniu, czy pod sklepem. Narracja dotycząca popadania w nałogi czy też po prostu używania napojów procentowych jest zawsze niekorzystna dla klas ludowych. To one „zalewają się w trupa”, „wydadzą ostatnie grosze na wódkę”, a potem „leżą zamroczone”. Mucha przedstawia za to alkohol jako zwykłego towarzysza polskiej biedy, słabych warunków, ale także spotkań, interesów, zabawy czy wspólnego smutku. „Miasto noży” pełne jest pięćdziesiątek, ciepłych piw, butelek finlandii i domorosłych trunków. Autor mocno podkreśla też tragizm postaci potransformacyjnych ojców rodzin (akcja powieści dzieje się w 1997 r., czyli w okresie zamykania zakładów pracy i ogromnej fali bezrobocia), którzy nie mają już pracy, pieniędzy, autorytetu ani perspektyw, i często ich jedynym przyjacielem staje się alkohol. Mucha ich rozumie, przedstawia ze spokojem i w zniuansowany sposób, wspaniale maluje też konflikty wewnątrzrodzinne.

Tragiczne i z czułością opisane są także postaci matek, chociaż to już obraz w polskiej literaturze znany. Te zmęczone kobiety w fartuchach z poliestru i przydeptanych kapciach, osiwiałe z troski o rodzinę, uważające kotlety schabowe za remedium na każdy problem, pochylone nad szyciem, krzyżówkami, obieraniem ziemniaków – to widok wszystkim nam znany. Ale nigdy za mało pisania o tych cichych bohaterkach, które podejmują liczne i nieraz rozpaczliwe próby scalenia rodziny. Tak jest i u Muchy, który nie ucieka także przed opisem warunków mieszkaniowych i bytowych panujących na osiedlach: „Małpa ze zdumieniem odkrył, że mieszkańcy spokojniejszych pięter tego strasznego bloku chowali się za wysokimi kratami lub grubą blachą. Miało to chronić ich przed złodziejską ferajną, wykwaterowaną tu z wyburzonych na Kazimierzu kamienic […] Ruch na klatce bywał tu jak na Tandecie w niedzielne przedpołudnie. Nie szło poznać, kto jest lokatorem, kto pomieszkuje, kto »tylko wpadł« na kilka dni, a kto czai się pod klatką na frajerów”.

Albo: „Nikt nie zwracał uwagi na awantury takie, jak tocząca się w tej chwili pomiędzy rodzicami Małpy, bo były one codziennością. Mężowie wciąż wyładowywali tu na żonach frustracje spowodowane pracą lub ciągłym bezrobociem, a matki odpierały ataki nastolatków za brak kieszonkowego i skargi mężów na liche posiłki. […] Sąsiedzi nie reagowali więc albo wcale, albo – tak jak teraz – bezsensownym waleniem po rurach, tym sąsiedzkim morsem, którym i tak nikt się nie przejmował. Owszem, zdarzało się, choć rzadko, że wkładano w drzwi konfidencjonalną kartkę z wykaligrafowanym anonimem w stylu: »Proszę przestać bić dzieci« lub »Pani mąż znów awanturuje się pod klatką«, ewentualnie »Syn ćpa wieczorami. Proszę bardziej dbać o rodzinę«. […] Blok Małpy naprawdę się nie wyróżniał”.

Wojciech Mucha bardzo dokładnie i obrazowo przedstawia mapę Krakowa oczami tych, którzy mieszkają z dala od rynku i pojawiają się na nim najwyżej raz w miesiącu. W powieści mamy mnóstwo detali – opisy wyglądu ulic i bloków, tras autobusowych, wnętrz lokalnych mordowni i blaszanych budek z kurczakiem. Przede wszystkim jednak autor przedstawia wizję odległych od centrum osiedli jako odrębnych krwiobiegów, które centrum właściwie nie potrzebują i którymi ono pogardza. Mucha pieczołowicie przywołuje ich nazwy i szczegóły o nich, by dokonać pierwszego opisania Krakowa z tej perspektywy – Azory, Prądnik, Złotej Jesieni, Ruczaj, Piaski. Autor rozumie, że opowieść o ludziach nie istnieje w oderwaniu od opowieści o przestrzeni, która ich zrodziła i podtrzymuje przy życiu. Mucha zresztą wspaniale bawi się topograficznymi opisami Krakowa, czytanie książki tak mocno usadowionej w konkretnej przestrzeni to ogromna przyjemność.

„Miasto noży” to także opis świata przestępczego – ciemnych interesów, zapuszczonych barów, gdzie nad porcją żurku wymienia się informacje o dostawach narkotyków i pieniądze do przeprania. To historia o tym, że środowiskiem kibicowskim, ale i po prostu ubogimi, szukającymi zajęcia dla rąk i głowy chłopakami, nader szybko zainteresuje się półświatek, i to z tych twardych. I prędko znajdzie im coś do roboty. Nie należy jednak czytać „Miasta…” jako powieści sensacyjnej. To przede wszystkim przejmujący obraz życia osiedli, tych społecznych „dołów” (musimy wytworzyć inny, nowy język opisu rzeczywistości ubóstwa, bo posługujemy się albo tym z kronik policyjnych, albo z liberalnych salonów), które dla „lepszych” są tylko cyferkami w statystykach lokalnego MOPS-u.

Wojciech Mucha jest dziennikarzem „Gazety Polskiej” i „Frondy”. Na wojnie polsko-polskiej to wystarczy, by jego książka nie była brana pod uwagę w liberalnej debacie o „kibolach” i grupach defaworyzowanych ekonomicznie – oczywiście gdyby taka debata w ogóle się toczyła, bo liberałowie mają co innego na głowie. Mimo wszystko – szkoda. Książkę Muchy należy przeczytać uważnie i wyciągnąć z niej wnioski. Lewica i salon nie zrobią tego, jak się obawiam, nawet wtedy, gdy wybory parlamentarne wygra Konfederacja.

Magdalena Okraska

Wsparcie radykalnej lewicy brytyjskiej dla „Solidarności”

Wsparcie radykalnej lewicy brytyjskiej dla „Solidarności”

Pod koniec lutego br. w Londynie odbyło się spotkanie poświęcone „Solidarności” z okazji promocji książki „Solidarność: The workers’ movement and the rebirth of Poland in 1980-81”. Nie byłoby w tym niczego nadzwyczajnego, gdyby nie autor i organizatorzy. To trockiści z brytyjskiego Alliance for Workers’ Liberty. Czerwone sztandary, sierp i młot, zdjęcia Lenina i książki o Rewolucji Październikowej to nie jest raczej otoczenie, w którym spodziewalibyśmy się hołdu dla naszego Sierpnia ‘80. Ale to nie trockistowska „ikonografia” zaskoczyła najbardziej przebywającą ze mną członkinię partii Razem. Moją towarzyszkę najbardziej wzburzył slajd ze słynnym zdjęciem Anny Walentynowicz, przemawiającej przez tubę z wózka elektrycznego podczas strajku w Stoczni Gdańskiej. Dla brytyjskich trockistów to ikona, podobna trochę do słynnego zdjęcia „Che”. Dla młodej lewicy w Polsce… no właśnie, co oznacza dla młodej lewicy w Polsce dziedzictwo „pierwszej” „Solidarności”? Nie mnie na to pytanie odpowiadać, bo mam 52 lata. Natomiast chciałbym przybliżyć, jak to się stało, że radykalna brytyjska lewica do dziś uznaje nasz Sierpień ‘80 za jedno z najważniejszych wydarzeń w historii ruchu robotniczego. A jego bohaterowie, jak Walentynowicz, Wałęsa czy Gwiazda, funkcjonują jako ikony „rewolucji”.

Przed Sierpniem ‘80

Podwaliny dla wsparcia „Solidarności” przez brytyjskich trockistów dała prawdopodobnie współpraca środowiska Labour Focus on Eastern Europe (LFEE) z polską lewicującą opozycją. Oprócz oczywistych kontaktów z KOR-em, pod koniec lat 70. LFEE ze względu na trockistowskie korzenie miała również kontakty z polskimi trockistami.

Czasopismo „Labour Focus on Eastern Europe”, związane z grupami lobbystycznymi Eastern European Solidarity Campaign i Campaign for Labour Party Democracy, kojarzone było z lewym skrzydłem Labour Party, z najbardziej znanymi posłami Erikiem Hefferem i Kenem Livingstonem, później bardzo aktywnie wspierającymi „Solidarność”. Należeli do niego także inni lewicowi aktywiści, jak np. Tariq Ali, który również udzielał czynnego wsparcia Solidarności, oraz Edmunda Bałuka który jest określany przez naczelnego „LFEE” jak współzałożyciel pisma, „founding sponsor”.

Redaktorem naczelnym i inicjatorem czasopisma „LFEE” był Peter Gowan (alias Peter Green, Oliver MacDonald); członek International Marxist Group – IMG. Środowisko czasopisma nie utożsamiało się jednak z jednym ugrupowaniem. Gowan odwiedzał Polskę i nawiązywał kontakty; jego głównym współpracownikiem był Stefan Piekarczyk (również IMG). Inspiracją dla nich był zapewne legendarny przywódca strajku w Szczecinie w 1970 Edmund Bałuka, który mieszkał czasowo w Manchesterze w latach 70. Stenogramy rozmów komitetu strajkowego z władzami PRL znane były brytyjskim trockistom i stanowiły dla nich inspirację.

Od Sierpnia ‘80 do Grudnia ‘81

Już podczas strajków w Sierpniu zainteresowanie prasy trockistowskiej nimi było duże i stanowiły jeden z jej głównych tematów. Tak było przez cały okres, którego dotyczy poniższe opracowanie, tj. do końca 1982.

O dobrych stosunkach redaktora naczelnego „Labour Focus” ze środowiskiem KOR-u może świadczyć wywiad z Janem Lityńskim opublikowany już we wrześniu 1980 w „Socialist Challenge”. Tematem były sierpniowe strajki i powstanie „Solidarności”. Oliver MacDonald często powoływał się na osobiste relacje z Lityńskim.

Także we wrześniu 1980, zaraz po zakończeniu strajku, do stoczni docierają Steve Griffiths (przewodniczący związku zawodowego AUEW, Amalgamated Union of Engineering Workers, w zakładach Rover, członek IMG) i Richard Rozanski (członek młodzieżówki IMG, redaktor „Revolution”). Spotkali się oni w Gdańsku m.in. z Walentynowicz i Joanną Gwiazdą. Relacje z tego wyjazdu znalazły się w „Socialist Challenge”. Relacje z pobytu w Polsce były tematem serii wystąpień obydwu aktywistów trockistowskich w październiku 1980 w kilku miastach Wielkiej Brytanii. W spotkaniach uczestniczył również naczelny „Labour Focus”.

Pod koniec października dociera do Gdańska reporterka „Socialist Challenge”, Kay Carter, która była członkinią związku zawodowego AUEW z Leicester. Efektem tego wyjazdu jest m.in. wywiad z Wojciechem Gruszeckim, członkiem prezydium Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego i sygnatariuszem porozumień sierpniowych, który zapewnia o tym, że strajki w sierpniu 1980 nie były antysocjalistyczne. Kay udało się też zrobić zdjęcie z Lechem Wałęsą. Kolejnym przejawem aktywności działaczy AUEW o rodowodzie trockistowskim jest wizyta Raba Birda, przedstawiciela związku (steward) z Sheffield, na uroczystościach z okazji Grudnia ‘70 w Gdańsku.

Związek zawodowy AUEW od początku powstania „Solidarności” był bardzo aktywny w jej wspieraniu. Efektem zaangażowania AUEW było zainicjowanie akcji zbierania środków i wysyłki sprzętu drukarskiego do Polski na przełomie lat 1980 i 1981. Akcja była reklamowana i opisywana kilkakrotnie w „Socialist Challenge”. Koordynatorem był wspomniany wcześniej Steve Griffths z Birmingham.

24 styczniu 1981 naczelny „Labour Focus” odbył publiczny meeting o Polsce w londyńskim Brixton (reklamowany kilkukrotnie w „Socialist Challenge”). Zapewne odbywały się w tym okresie również spotkania lokalnych grup trockistowskich o Polsce i „Solidarności”, inspirowane przez IMG (np. ogłoszenie o meetingu na Camberwell, 3 marca 1981).

Od lutego 1981, EESC rozpoczęła kampanię „Hands off Workers’ Poland”. Kulminacją kampanii była manifestacja w Londynie 15 kwietnia. Przygotowaniu manifestacji poświęcony był duży artykuł w samym „LFEE”, gdzie przewodniczący EESC Vladimir Derer wyjaśniał idee kampanii i potrzebę wsparcia dla „Solidarności”. Manifestację z inicjatywy EESC poparło 7 posłów, a wśród organizatorów możemy znaleźć IMG. Polish Solidarity Campaign, choć brała udział w przygotowaniach, finalnie nie zdecydowała się wesprzeć marszu, ale jej członkowie uczestniczyli w nim indywidualnie.

Sama manifestacja okazała się dużym sukcesem i była relacjonowana w „Socialist Challenge” oraz w konkurencyjnym „Socialist Organiser”. Przy okazji tej manifestacji zwrócono uwagę centrali angielskich związków zawodowych TUC, że jej finansowe wsparcie dla „Solidarności” jest bardzo małe (20 tysięcy funtów).

O tym, że kampanii (Hands off/EESC) nie udało się nawiązać bezpośrednich kontaktów z przedstawicielami „Solidarności” z Polski może świadczyć jedyny publiczny meeting 9 lipca 1981. Jedynym polskim uczestnikiem był Włodzimierz Brus. Natomiast zestawienie mówców brytyjskich świadczy o bardzo dobrych kontaktach w lewym skrzydle Partii Pracy (m.in. Heffer, Livingstone, Tariq Ali).

Od czerwca 1981, po „wygaśnięciu” kampanii Hands Off, „Socialist Challenge” włączył się w akcję sprzedaży koszulek z logo „Solidarności” organizowaną przez Polish Solidarity Campaign. Reklamowano też publiczne spotkaniach organizowane przez PSC, np. 30 listopada 1981 w Conway Hall w centrum Londynu, z udziałem m.in. posła Partii Pracy Neila Kinnocka.

Ostatnią przed stanem wojennym inicjatywą „Socialist Challenge” na rzecz „polskiego ruchu robotniczego” było promowanie polskiego wydania trockistowskiego pisma „Inprekor” we współpracy z IV Międzynarodówką.

Podsumowanie okresu „karnawału Solidarności”

Działania trockistów w tym okresie miały duży wpływ na pozytywny stosunek ruchu robotniczego w Wielkiej Brytanii do „Solidarności”. Informacje z Polski, entuzjastyczne w wymowie dla „Solidarności”, ukazywały się w niemal każdym wydaniu tygodników „Socialist Challenge” (IMG) i „Socialist Organiser” (SO Alliance). Pismo „Labour Focus on Eastern Europe”, które było rocznikiem, poświęciło całe wydania z lat 1980 i 1981 Polsce i „Solidarności”. Akcentowano potrzebę bezwarunkowego poparcia dla „Solidarności” przez brytyjską centralę związkową TUC i szkocką STUC oraz przez Labour Party.

Pomimo że środowisko „Labour Focus” miało dość dobre kontakty z opozycją demokratyczną w PRL, nie udało się stworzyć silnych relacji z „Solidarnością”. Wszyscy działacze związku (m.in. Lis, Walentynowicz, Onyszkiewicz, Fotyga), którzy odwiedzili Wielką Brytanię w tym czasie, byli „obsługiwani” przez Polish Solidarity Campaign, związaną z KOR-em i emigracyjną Polską Partią Socjalistyczną. Na publiczne meetingi również nie udało się zaprosić kogoś jednoznacznie związanego z demokratyczną opozycją czy „Solidarnością”. Sytuację zmieniło dopiero wprowadzenie w Polsce stanu wojennego.

Po 13 grudnia 1981

Lokalne komitety wsparcia dla „Solidarności” używały nazw Polish Solidarity Committee w odróżnieniu do „centrali” w Londynie, Polish Solidarity Campaign. Zaczęły one powstawać na fali protestów po wprowadzeniu stanu wojennego. Składały się w większości z trockistów z IMG oraz z Socialist Organiser Alliance – SOA.

Na listach organizacji wspierających „Solidarność”, publikowanych w trockistowskim „Socialist Challenge”, są wymieniane Labour Focus, Eastern European Soloidarity Campaign, lokalne Polish Solidarity Committee oraz Grupa Robocza Solidarności (Solidarność Trade Union Working Group – STUWG) uważana za oficjalne przedstawicielstwo NSZZ „Solidarność” w UK. Wygląda to jak sieć wsparcia równorzędnych partnerów i nie widać tu jakiegoś ciała „nadrzędnego”.

Ich działalność to temat na osobne opracowanie. Niemożność nawiązania szerszej współpracy z coraz bardziej skręcającymi w prawo emigracyjnymi strukturami „Solidarności” była prawdopodobnie powodem nawiązania kontaktów z rodzącym się w połowie lat 80. ruchami lewicowymi powstającymi w ramach opozycji solidarnościowej. Z nurtu tego powstała m.in. Polska Partia Socjalistyczna – Rewolucja Demokratyczna. Według słów Józefa Piniora to właśnie brytyjscy trockiści udzielili największego wsparcia tej partii. Dość powiedzieć, że na przełomie lat 1989 i 1990 w Londynie sponsorowali oni jedyne zagraniczne biuro PPS-RD. A gościem na ich meetingach był mało znany wtedy poseł Partii Pracy Jeremy Corbyn, związany od początku ze wspominaną Eastern European Solidarity Campaign.

Marcin Guzek

Pasażerowie pociągu-widmo

Pasażerowie pociągu-widmo

Gawędziłam niedawno z człowiekiem nawykłym do rozmów z publicznymi intelektualistami i autorami opowieści różnych treści. Mówiłam o tym, co można zrobić, by uniknąć katastrofy, jakie są możliwości i perspektywy, co można wykorzystać do zmiany świata na lepsze. Ten doświadczony interlokutor słyszał już dużo i umie rozmawiać o ideach dalekich od głównego nurtu. Nie wykazywał więc zdziwienia przez całą naszą rozmowę. Pod koniec spytał mnie, czy nie obawiam się, że moje wizje przyszłości się nie sprawdzą. Powiedziałam, zgodnie z prawdą, że bardzo się obawiam, że nie ma dnia, bym nie myślała o tym z ogromną obawą. Wtedy dopiero się zdziwił.

Moje pomysły na lepszą przyszłość, którymi dzielę się w różnych sytuacjach, często określane są przez rozmówców jako optymizm. Zastanawiało mnie zawsze, czemu te same osoby, które nazywają moje teksty apokaliptycznymi, bez zająknienia przechodzą do diagnozowania w nich optymizmu. Wszak to żaden optymizm, to chęć życia. Dzięki zdziwieniu mojego rozmówcy zrozumiałam wreszcie coś naprawdę ważnego, czym chciałabym się w tym felietonie podzielić z moimi Czytelnikami.

Uderzyło mnie mianowicie, że argumenty z głównonurtowego zarządzania, zwłaszcza w Polsce, czynione są bardzo często z pozycji „konieczności historycznej”. „Eksperci” ogłaszają Jak Będzie. Są to na ogół twierdzenia niepodparte żadnymi naukowymi metodami, za to mające silnie normatywny charakter, np. „uniwersytet zostanie przeniesiony online”, „pracę zabiorą nam roboty”, „humanistyka będzie niepotrzebna”, „przyszłość należy do oferujących najtańsze usługi”, „w przyszłości dojdzie do symbiozy człowieka ze sztuczną inteligencją” itp. Jednak normatywność w tym przypadku też jest specyficzna – ani etyczna, ani polityczna. W sensie politycznym i moralnym nie są to hasła ani przykazania, jakimi bywają na przykład „należy demokratyzować instytucje” czy „nie zabijaj”. Nie chodzi o to, by do czegoś nakłonić lub zachęcić. Chodzi o coś znacznie mocniejszego – o odcięcie marginesów.

Na bazie takich stwierdzeń „eksperci” jako jedyne i słuszne promują cały szereg idei i teorii, które bywają mocno kontrowersyjne. Jednak wszelkie próby angażowania się w kontrowersje, czyli dyskutowania z nimi – czy to sięgając po argumenty naukowe, czy polityczne, czy etyczne – zbywane są stwierdzeniami typu: „ale tak będzie”, „taka jest przyszłość”. Po czym na ogół uzyskuje się albo nakaz myślenia „realistycznego” (czyli trzymającego się kategorii „eksperta”), albo od razu reprymendę ad personam (niedojrzałość, niepoważność, nieracjonalność itd.). „Bo tak po prostu jest”/„bo tak po prostu będzie” zdaje się być podstawowym aksjomatem w takiej „argumentacji”. Profesor zarządzania Jerzy Kociatkiewicz określa to mianem argumentum ex futuro: „argumentacja, której siła retoryczna wywodzi się z pewności argumentującego co do tego, co przyniesie przyszłość. Skoro nastąpi X, to już teraz należy podjąć kroki Y. Ponieważ wystąpienie X jest niemożliwe do sprawdzenia w chwili użycia argumentum ex futuro, oponentowi trudno jest znaleźć argumenty przeciwko proponowanej tezie”. Argumentum ex futuro można by uznać za szczególny przypadek błędu logicznego zwanego odwołaniem do prawdopodobieństwa, jednak podstawowym problemem jest tu niepoznawalność raczej niż niepewność przyszłości. Innymi słowy, nie istnieje logiczna, empiryczna ani teoretyczna podstawa do wygłaszania takich twierdzeń, niekiedy bardzo szczegółowych.

Proponuję nie dyskutować z „ekspertami” o szczegółach, jakkolwiek nie byłoby to kuszące, lecz skupić się na założeniach. Co to znaczy „tak będzie”? Dlaczego „tak będzie”? Dla kogo? Kto na tym korzysta? Kto na tym traci? Skąd to wiadomo? Co by się stało, gdyby jednak „tak nie było”? I koniecznie radzę ignorować argumenty ad personam. One są bardzo niemiłe, ale skutecznie rozpraszają uwagę, odciągają ją od założeń, którym warto się przyjrzeć. Pandemia to szczególnie dobry moment na koncentrację uwagi.

Argumenty ex futuro nie biorą się z badań naukowych. Nie biorą się też z poetyckiej wizji, z wróżenia z fusów, z dalekosiężnych idei, z przewidywań, spekulacji, nadziei ani lęków. Biorą się stąd, że wypowiadający je wsiadł w pociąg Zeitgeistu i niesie go wielki pęd historii, potężny nurt dziejów. Oni tak twierdzą, bo naprawdę to wiedzą, siedząc tam, gdzie siedzą. To nie jest prorokowanie, to jest powtarzanie za GPS-em. Ten pociąg zmierza w tę stronę, po prostu, a oni wiedzą, dokąd nim jadą. Nie interesuje ich, dokąd by można pojechać ani nawet to, czy istnieją inne pociągi. Ostatnimi czasy nie interesuje ich nawet, czy zmierza wprost w przepaść, czy w jakieś ciekawe miejsca zdatne do życia. W obecnej fazie naszej pandemijnej teraźniejszości mają skłonność twierdzić, że w zasadzie nic się nie zmieni, tylko warunki pracowników i grup społecznych, które dotąd były w słabej sytuacji, znacznie się pogorszą i nastąpi normalizacja mizerii. Problem z powtarzaniem za GPS-em jest jednak taki, że bezmyślnie pokazuje kierunek, a nie ocenia, czy droga jest przejezdna ani też, co mieści się u celu i czy warto tam gnać.

Przede wszystkim zastanawia mnie więc to, czemu tak bezstresowo „eksperci” wypluwają z siebie wyroki na swoich bliźnich, krewnych i własne dzieci. Na naszą piękną planetę i na cywilizację, która miewała lepsze chwile. Poza tym popełniają te same dwa błędy, co zawsze dotąd od kilku dekad. Są to błędy będące jednocześnie kierunkami strategii sukcesu, czyli takimi, które dotąd przynosiły im sukces. Według profesora zarządzania Pasquale Gagliardiego można popełniać błędy poznawcze, a nawet decyzyjne, dopóki prowadzi to do sukcesów. Co więcej, ma się skłonność powielać i intensyfikować postawy i cechy, które przynosiły sukces w przeszłości. Jednak gdy przychodzi moment zwrotny, wykoleja to strategów. Jest właśnie moment zwrotny.

Błędy te są następujące: 1) Będzie dalej tak samo. Będzie się dało nami sterować tak samo jak teraz. Równia pochyła w dół działała skutecznie przez dziesięciolecia i łatwo było antycypować, w którą stronę idzie zmiana. Nawet lekko się do niej przykładając, bez narażania swojego „wizerunku w lustrze”, miało się pewność, że trend właśnie tam zmierza. Tam – czyli tu, gdzie jesteśmy. Przypomnę: jesteśmy w gigantycznym kryzysie, całe społeczeństwa stanęły w miejscu, ludzie nie wychodzili z domów, a teraz, mimo poluzowania, nadal nie ma rozwiązania nigdzie na horyzoncie, a ogromny kryzys ekonomiczny czyha tuż – tuż. Dalej nie da się „więcej tego samego”. Można albo całkiem „odmrozić” gospodarki, ryzykując masowe zachorowania (i co wtedy?), albo co jakiś czas wysyłać nas z powrotem do domów, nie płacąc i zwalniając z etatów, plus „przeniesienie całej pracy online” (naprawdę? – i co dalej?). Oczywiście są głosy i proponowane całe programy działań w obie te strony, ale te głosy nie potrafią powiedzieć, co dalej. Potrafią tylko nastraszyć „bo jak nie, to…” – ale ludzie zaczynają rozumieć, że „jak tak, to…” może być w tym przypadku jeszcze mniej atrakcyjne. A jeśli nie wiedzą, to się dowiedzą. 2) Są przekonani, że człowiek jest umysłem, a zatem nie ma znaczenia, że jest istotą wcieloną. Cała wiodąca nitka ideologii jest zabarwiona takim myśleniem – roboty, ejajki, onlajn wszystko. Nie dotarło do nich, że, po pierwsze, teraz dla wszystkich stało się widocznie, jak bardzo fałszywe jest to założenie. Ludzie są wściekle wygłodzeni fizycznego kontaktu. Moi studenci gotowi są przenieść góry, byleby mieć jakieś zajęcia w realu, jakiekolwiek. A z pewnością gotowi są przenieść obrony magisterskie – i tak też zrobili. Po drugie, głoszący te ejajki nie potrafią sobie przedstawić, co się stanie, gdy faktycznie wyjdziemy na dobre z tej hibernacji. Ulice, ludzie, plaża pod chodnikiem… Widzicie to?… ja czuję to w kościach…

Na koniec sama zaproponuję argumentum ex futuro – ten parowóz dziejów wykolei się wcześniej czy później. Już od dawna nie ma nikogo w kabinie maszynisty. To pociąg-widmo, pędzi na łeb na szyję, dokądkolwiek, byle jak, byle po co. Gdy to gruchnie, będzie wielka katastrofa, a potem wielkie złorzeczenia i zgrzytanie zębami. Będziemy znów mogli z bliska obserwować cuchnącą banalność zła. Ileż osób będzie mówiło, że tylko wykonywały rozkazy? Ileż będzie twierdzić, że nic nie widzieli, że nie przeczuwali, jaki ten system był zbrodniczy, a już na pewno nie brali w tym udziału z własnego wyboru. Zostawali psychopatycznymi szefami, bezlitosnymi ludźmi sukcesu, mordercami szlachetnych struktur i tradycji tylko dlatego, że ktoś lub coś trzymało ich na muszce. Cały czas szczerze nienawidzili kapitalizmu i byli prześladowani. Pomiatali bratem swym, siostrą swą, bo misja firmy. Od wielu usłyszymy też na pewno, że zawsze z kapitalizmem walczyli, że wiedzieli, że jego upadek był nieuchronny, choć wszelkie ślady tej wiedzy (i tej walki) pojawią się dopiero post factum.

Ale ujrzymy także, niestety, banalność dobra, a właściwie fatalność dobra. Dobrzy ludzi wzywają czasami diabła. Tak rozprzestrzeniają się najmroczniejsze instytucje i systemy władzy. Tylko częściowo robią to ambitni psychopaci i ci, którzy potrafią się aktywnie przełamać i działać jak psychopaci. Intensywnie przenoszą je dobrzy, skrzywdzeni ludzie, którzy nie mogą się znikąd doczekać ratunku i sprawiedliwości, więc idą do Mefistofelesa po pomoc, bo jest skuteczny, bo używa słów, które ich przekonują. Szukają skuteczności i oddają moc strukturom podłości – małym i dużym. One i ich aktywiści oczywiście niszczą potem tych dobrych, którzy ich wspierali, ale łatwo tego nie widzieć, gdy to się dzieje innym osobom, nawet na naszych oczach. To może wyglądać jak słabość i rozlazłość (dobro często wygląda jak słabość i rozlazłość), to może być w ogóle niewidoczne.

Wspomniałam, że wygłoszę argumentum ex futuro, choć nie siedzę w żadnym pędzącym pociągu dziejów. Stoję obok i patrzę. Częściej idę przed siebie. Co to za argument ex futuro, spytasz, uważny Czytelniku? To zwykłe kasandrowanie. W tym jednak przypadku Kasandra stoi na peronie i czuje, jak szumią szyny, zwiastując nadjeżdżający pociąg. Na tym peronie już kiedyś stała, już kiedyś słyszała taki szum. Tylko od tego czasu zmienił nazwę. Wtedy nazywał się Czarnobyl.

prof. Monika Kostera

Rysunek w nagłówku tekstu: Sam Chivers, Fifth Estate