Dobra filantropia nie istnieje

W świecie filantropii George Soros wydaje się najlepszym, co możemy dostać – lepiej i tak nie będzie. Ale umożliwienie plutokratom, nawet postępowym, decydowania o tym, co jest najlepsze dla nas wszystkich, to zasadniczo niesprawiedliwy i niedemokratyczny pomysł.

George Soros, miliarder-finansista-a-także-filantrop, stał się czarną owcą dla światowej skrajnej prawicy. Wszyscy jej przedstawiciele, od gospodarza programów radiowych Alexa Jonesa, który nazwał zarządzającego funduszem hedgingowym „fundamentalnie złym nazistowskim kolaborantem”, przez węgierskiego autokratę Viktora Orbána, który uchwalił ustawę „Stop Soros” zakazującą „wspierania nielegalnej migracji”, po powiernika Donalda Trumpa, Rudy’ego Giuliani, który oczerniał filantropa jako „okropną istotę ludzką”, uczynili Sorosa centralnym punktem swojej polityki. Dla reakcyjnej prawicy Soros jest idealnym ucieleśnieniem „globalistycznego” (czytaj: żydowskiego) kapitalizmu, który oczerniają za rzekomo antynarodowy, antychrześcijański i anty-biały kosmopolityzm.

Ale kim właściwie jest prawdziwy Soros? Urodzony na Węgrzech w 1930 r. jako György Schwartz, Soros wraz z rodziną przetrwał Holokaust, przyjmując chrześcijańską tożsamość. Po II wojnie światowej przeniósł się do Wielkiej Brytanii, gdzie studiował w London School of Economics u austriacko-żydowskiego filozofa Karla Poppera. W połowie lat 50. Soros wyemigrował do Nowego Jorku, a w 1970 r. uruchomił jeden z pierwszych – i odnoszących największe sukcesy – funduszy hedgingowych. Wkrótce zarobił fortunę i w 1979 r. założył organizację charytatywną, którą ochrzcił Funduszem Otwartego Społeczeństwa, na cześć wpływowego traktu Poppera z 1945 roku „Otwarte społeczeństwo i jego wrogowie”.

Książka Poppera była tekstem formacyjnym dla liberałów z czasów Zimnej Wojny, stanowiąc filozoficzne uzasadnienie wyższości liberalnej demokracji. Popper zdefiniował „otwarte społeczeństwo” jako takie, które „uwalnia kluczowe moce człowieka”, podczas gdy „zamknięte społeczeństwo” to takie, gdzie rządy zmuszają ludzi do przestrzegania oficjalnej doktryny, takiej jak nazizm czy komunizm. Społeczeństwa otwarte były lepsze od społeczeństw zamkniętych, ponieważ umożliwiały swobodną wymianę idei, a tym samym postęp społeczny; zamknięte społeczeństwa z konieczności popadły w stagnację i rozpad.

Na Sorosa głęboki wpływ miały pomysły Poppera. Po założeniu fundacji poświęcił się otwieraniu „zamkniętych społeczeństw”. W kontekście późnego etapu Zimnej Wojny oznaczało to skupienie się na liberalizacji Związku Radzieckiego i narodów Europy Wschodniej. W 1984 r. Soros założył pierwszą zagraniczną fundację w kraju swoich narodzin – na Węgrzech, a pod koniec dekady stworzył fundacje w Polsce, na Ukrainie i w Rosji.

Ta flotylla nowych organizacji próbowała, jak to ujęła strona internetowa Open Society Foundations (OSF), „zachęcać do sprzeciwu za żelazną kurtyną”. Być może, co najważniejsze, sieć fundacji Sorosa pomogła rozpowszechniać samizdat w całym bloku wschodnim i Związku Radzieckim, przekazując różnym organizacjom dysydenckim kserokopiarki. Chociaż wpływ fundacji Sorosa jest trudny do ustalenia, można śmiało powiedzieć, że pod koniec lat 80. odegrały one przynajmniej niewielką rolę w otwieraniu sfer publicznych w kilku krajach Europy Wschodniej.

Sam Soros pozostał jednak stosunkowo nieznany do września 1992 r., kiedy to zarobił około 1 miliarda dolarów na spadku kursu funta brytyjskiego. Było to działanie, które zmusiło Zjednoczone Królestwo do wycofania swojej waluty z europejskiego mechanizmu kursowego. Ten wiatr w żagle, jak zauważa Soros, „przyniósł ważną zmianę w moim statusie osoby publicznej. Nagle mój głos zaczął być słyszany”.

W kolejnych latach Soros opublikował mnóstwo książek i artykułów na wiele tematów, od spraw finansowych po stosunki międzynarodowe czy epistemologię. W przeciwieństwie do wielu członków klasy miliarderów, Soros stawiał sprawę jasno: poświęci się nie tylko zarabianiu pieniędzy, ale także światowi idei. I jego idee zostały potraktowane poważnie. Na przykład w 2014 r., „Journal of Economic Methodology” poświęcił cały numer zgłębianiu jego filozofii. Oprócz pisania, Soros wykorzystywał swoje bogactwo, aby promować szereg postępowych kwestii, w tym reformę wymiaru sprawiedliwości i prawa imigracyjnego, równość małżeńską i odbudowę Portoryko.

Teoria zmian Sorosa dopuściła nawet odrobinę demokratycznej partycypacji. Popierając na przykład reformę polityki antynarkotykowej, OSF poparła inicjatywę, która dopuszczała głosowanie mieszkańców nad wprowadzeniem legalnej marihuany medycznej.

Soros starał się także zmniejszyć rolę wojska amerykańskiego na świecie, przekazując znaczne fundusze na Quincy Institute for Responsible Statecraft, nowy think tank antywojskowy (którego jestem członkiem). Tutaj Soros wyrwał stronę z podręcznika amerykańskich libertarian i skoncentrował energię na budowie intelektualnej kadry zdolnej do walki z dwupartyjnym establishmentem polityki zagranicznej.

Ale najbardziej heterodoksyjne opinie filantropa znajdują się w jego krytyce „fundamentalizmu rynkowego”, idei, jak to wyraził w swojej książce „The Crisis of Global Capitalism” z 1998 r., głoszącej, że „wszystkie działania społeczne i interakcje międzyludzkie należy postrzegać jako transakcyjne, oparte na kontraktach i postrzegane w kategoriach jednego wspólnego mianownika – pieniędzy”. Soros od dawna krytykuje tę ideę jako wynaturzenie, które uniemożliwia ludziom osiągnięcie pełnego potencjału, promował też znaczącą regulację gospodarki rękami państwa – wbrew wielu przedstawicielom jego klasy społecznej. Podczas kryzysu finansowego w 2008 r. Soros posunął się nawet do postulowania nacjonalizacji banków. Plan został odrzucony przez Larry’ego Summersa, który poinformował miliardera, że jego pomysł „jest socjalizmem i nigdy nie zostanie zaakceptowany w Ameryce”.

Co ciekawe, w swojej nowej książce „W obronie otwartego społeczeństwa” Soros przedstawia pogoń za pieniędzmi jako koniec końców bezwartościową. Przywołując moment, w którym postanowił zostać filantropem, pisze: „Pewnego razu w latach siedemdziesiątych zapisałem się na bardzo dużą liczbę nowo wyemitowanych brytyjskich obligacji rządowych, bez namysłu i bez wcześniejszego niezbędnego przygotowania finansowego. Biegałem po Londynie, próbując znaleźć kogoś, kto udzieli mi kredytu, i idąc ulicą Leadenhall Street myślałem, że mam zawał serca. »Podjąłem to ryzyko, by ubić interes życia« – powiedziałem sobie. – »Ale jeśli teraz umrę, skończę jako przegrany. Nie ma sensu ryzykować życiem, by zarabiać pieniądze«. Wtedy postanowiłem zrobić coś wartościowego z moim majątkiem i założyć fundację”.

Pytanie brzmi zatem, dlaczego bystry, inteligentny człowiek, taki jak Soros, poświęcił tak wiele czasu ze swojego życia, gromadząc tyle niepotrzebnych pieniędzy. Aby wyjaśnić tę decyzję, możemy spojrzeć na historyczne doświadczenie Sorosa, które być może pokazuje, dlaczego on – i wiele innych osób pochodzenia żydowskiego w połowie wieku, od Miltona Friedmana i Alana Greenspana po Murraya Rothbarda – pokładało wiarę w kapitalizmie. Zaczęło się od serii pogromów w Imperium Rosyjskim, a zakończyło Holokaustem, w którym zginęło sześć milionów europejskich Żydów, i tzw. spiskiem lekarzy kremlowskich, gdy Józef Stalin fałszywie oskarżył wielu żydowskich medyków o spiskowanie przeciwko Związkowi Radzieckiemu. Pokoleniu Żydów, do którego należał Soros, kapitalizm wydawał się być sposobem na ucieczkę od irracjonalizmu, który według nich był endemiczny dla nacjonalizmu, czy to nazistowskiego, czy radzieckiego. Soros i inni mieli nadzieję, że w społeczeństwie kapitalistycznym Żydzi zostaną ostatecznie osądzeni na podstawie swoich zasług (w tym przypadku ich zdolności do zarabiania pieniędzy, warunku sine qua non wymiany kapitalistycznej), a nie pochodzenia rasowego. Krótko mówiąc, kapitalizm wydawał się zapewniać racjonalistyczne środki, by móc wprowadzić Żydów do społeczeństwa jako osoby w pełni wolne.

Nie chodzi tu o usprawiedliwienie pro-kapitalistycznej polityki Sorosa, ale o jej zrozumienie. Jeśli socjaliści mają nadzieję przekonać ludzi do odrzucenia kapitalizmu, musimy zbadać nie tylko jego patologie, ale także jego atrakcyjność. W końcu Soros miał rację: w społeczeństwie kapitalistycznym pieniądze naprawdę poprawiają nasze życie, a w większości przypadków zapobiegają prześladowaniom. Naszym zadaniem dzisiaj jest przekonanie większości Amerykanów – a nawet większości narodów świata – że celem socjalizmu jest rozszerzenie wolności na wszystkich, i wyjaśnienie im, że problem z kapitalizmem polega na tym, że prawdziwa wolność jest dostępna tylko bogatym. I to przy tej ostatniej kwestii Soros, który pomimo krytyki fundamentalizmu rynkowego pozostaje kapitalistą, niestety się waha.

„W obronie społeczeństwa otwartego” to, podobnie jak kilka poprzednich książek Sorosa, zbiór już opublikowanych tekstów. W związku z tym nie pojawia się w niej żadna spójna argumentacja, a książka brzmi jak seria niepowiązanych ze sobą zaleceń politycznych: polityka zagraniczna USA powinna kłaść nacisk na dyplomację; firmy zajmujące się mediami społecznościowymi powinny podlegać regulacji; Unię Europejską trzeba wymyślić na nowo; elity zachodnie powinny jednoczyć się przeciwko chińskiemu i rosyjskiemu autorytaryzmowi, i tak dalej.

Sorosowi nie brakuje pewności siebie, a w większości przypadków jest pewien, że wie najlepiej ze wszystkich. Przypomina na przykład, że w 1992 r. zaproponował, aby pomoc Międzynarodowego Funduszu Walutowego udzielona rządom poradzieckim „była przeznaczona na wypłatę emerytur i zasiłków dla bezrobotnych pod ścisłą kontrolą ich dystrybucji”, aby zapewnić stabilne przejście do kapitalizmu. Zachodni urzędnicy wybrali inny kierunek: „terapię szokową”, która pomogła w rozpowszechnieniu kleptokracji i podsycała rozczarowanie Rosjan kapitalistyczną demokracją. Soros „głęboko wierzy, że gdyby [jego] propozycja została zastosowana, historia obrałaby inny wektor. Mieszkańcy Związku Radzieckiego dostrzegliby pewne praktyczne i namacalne korzyści z pomocy Zachodu, a ich stosunek do Zachodu byłby zupełnie inny”. Soros może mieć rację – terapia szokowa była katastrofą na nieograniczoną skalę. Ale jego pewność siebie przypomina upór, który uważa za tak wysoce nieakceptowalny w zamkniętych społeczeństwach.

Zdecydowanie najciekawsze części „W obronie społeczeństwa otwartego” dotyczą refleksji Sorosa na temat jego filantropijnej kariery. Podstawowe rozumienie własnej filantropii przez finansistę polega na tym, że chociaż on sam jest „zarówno skoncentrowany na sobie, jak i samolubny”, to jednak założył „bezinteresowną fundację”. Potrafił to zrobić, jak się chwali, ponieważ jego rozwinięta „świadomość” – a mianowicie rozpoznanie wrodzonej omylności wszystkich ludzi (pomysł, który pożyczył od Poppera) – uczyniła go „samoświadomym”, i w pewnym sensie, zdolnym przekroczyć narcyzm i pracować dla większego dobra. Pomaga to, mówi Soros, że w unikalny sposób ucieleśnia on trzy cechy: bogactwo, zdolność przewidywania i zainteresowanie ulepszeniem człowieka. To właśnie ta mieszanka, twierdzi Soros, pozwoliła mu stworzyć bezinteresowną fundację, niepadającą ofiarą „wpływu partykularnych interesów, które są w konflikcie ze dobrem wspólnym”. Implikuje to oczywiście założenie, że Soros jest w stanie określić „dobro wspólne” bez większego wkładu demokratycznego – że plutokraci tacy jak on, dzięki swemu bogactwu, mogą decydować, co jest najlepsze dla reszty z nas.

Chociaż sam Soros docenia to, że jego „sukces na rynkach finansowych dał mu większy stopień niezależności niż większości innych ludzi”, nie sugeruje stworzenia świata, w którym wszyscy, nie tylko Sorosowie (lub Gatesowie, Zuckerbergowie czy De Vosesowie), cieszą się podobną swobodą. Zamiast tego twierdzi, że „nasza demokracja działałaby lepiej, gdyby kilka osób” – przez co rozumie plutokratów – „opowiadało się za wdrażaniem zmian, które są w konflikcie z ich interesami biznesowymi”.

Ale jeśli najnowsza historia kapitalizmu nauczyła nas czegokolwiek, to tego, że przeważająca większość oligarchów chętnie zgromadzi absurdalne ilości bogactwa ze szkodą dla wszystkich innych. Kiedy polegamy na bogatych w kwestii transformacji społecznej, transformacja społeczna nigdy nie zachodzi.

Soros, który po uważniejszym oglądzie pozostaje oddany wsparciu dla kapitalizmu, nie jest w stanie w pełni zrozumieć tego prostego, wielokrotnie udowodnionego faktu: świat miliarderów – czyli świat, w którym nieliczni ludzie mają władzę, a większość jej nie ma – jest uniwersum, w którym nigdy nie zaistnieje prawdziwie otwarte społeczeństwo.

Daniel Bessner

Tłum. Magdalena Okraska

Tekst pierwotnie ukazał się na stronie magazynu „Jacobin” w styczniu 2020 r.

Walcem po torach

Walcem po torach

Kolejne inwestycje drogowe są realizowane tak, by przy okazji dokonać zniszczenia linii kolejowych. A wszystko odbywa się za zgodą Grupy PKP.

Minister infrastruktury Andrzej Adamczyk mówi o odbudowie kolei, a podlegająca mu Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad wytyczając nowe drogi, przerywa nieczynne linie kolejowe, na zawsze grzebiąc ich szanse na powrót do życia.

Zniszczony priorytet

Jest połowa października 2018 r., minister infrastruktury wraz z premierem Mateuszem Morawieckim uroczyście ogłaszają program Kolej Plus: „Odbudujemy zniszczone i zbudujemy nowe linie kolejowe” – zapewnia Andrzej Adamczyk na peronie w Jasienicy koło Wołomina. Gdy minister wypowiada te słowa, kilkaset kilometrów dalej maszyny budowlane właśnie niszczą nasyp zlikwidowanej linii kolejowej Żnin – Szubin. Śladem torów zdemontowanych w 1993 r. Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad wytyczyła bowiem trasę szybkiego ruchu.

Rozpoczęta w 2017 r. budowa kujawsko-pomorskiej części drogi ekspresowej S5 łączącej Poznań z Bydgoszczą pożarła linię kolejową Żnin – Szubin na odcinku o długości 6 km. Niezrażone tym problemem Ministerstwo Infrastruktury umieściło koncepcję odtworzenia tej linii wśród 21. priorytetów programu Kolej Plus. Rewitalizacja linii, która miałaby zapewnić połączenie Żnina z Bydgoszczą, w praktyce będzie jednak wymagać wybudowania jej w nowym przebiegu, który ominie drogę S5.

Gwóźdź do trumny

Jesienią 2017 r. w trakcie budowy drogi ekspresowej S6 między Szczecinem a Koszalinem zniknął kilkusetmetrowy fragment nieczynnej linii kolejowej Worowo Pomorskie – Płoty – Wysoka Kamieńska. Pas tej linii został użyty do przeprowadzenia pod trasą szybkiego ruchu drogi wojewódzkiej 108 i uproszczenia jej przebiegu. Wbiło to gwóźdź do trumny jedynego ciągu kolejowego, który dawał możliwość dojazdu do portu w Świnoujściu z pominięciem aglomeracji szczecińskiej (takie ciągi nie tylko zwiększają spójność sieci kolejowej, ale są też między innymi potrzebne przy przewozie ładunków niebezpiecznych i ponadgabarytowych).

Drogowcy podkreślają, że decyzji o przecinaniu linii kolejowych nie podejmują samowolnie: „W sytuacji, kiedy planowana trasa przebiega przez teren będący w zarządzie PKP, przesyłamy dokumentację do zaopiniowania właśnie do PKP” – informuje rzecznik prasowy GDDKiA Szymon Piechowiak. – „W zależności od stanowiska PKP i planów dla danej trasy kolejowej, decydujemy o budowie wiaduktu lub o przecięciu czy zajęciu pasa linii kolejowej”.

Przecinamy linie kolejowe

W maju 2019 r. zachodniopomorski oddział GDDKiA zlecił budowę obwodnicy w Myśliborzu, dzięki której droga krajowa 26 zostanie wyprowadzona ze ścisłego centrum miasta (gdzie przebiega między innymi przez utrudniającą przejazd ciężarówek zabytkową bramę miejską). Nowy przebieg drogi 26 na terenie Myśliborza powstaje w śladzie nieczynnej linii kolejowej Stargard – Pyrzyce – Myślibórz – Kostrzyn. Pod asfaltem znika odcinek linii o długości ponad 3 km wraz z trzykierunkową stacją węzłową Myślibórz, z której ostatni pociąg pasażerski odjechał w 1999 r.

W Grupie PKP o przyszłości zlikwidowanych i nieużywanych linii decyduje spółka PKP Polskie Linie Kolejowe: „Kwestie związane z planami przywrócenia nieczynnych szlaków do systemu sieci kolejowej i wynikających z tego uzgodnień z zarządcami dróg w kontekście planowanych inwestycji drogowych leżą po stronie spółki PKP PLK, która analizuje możliwości wykorzystywania danej linii w przyszłości” – mówi rzecznik PKP Michał Stilger.

Bywa, że Grupa PKP najpierw daje zielone światło na przerwanie korytarza linii kolejowej, a potem zaczyna myśleć o jej reaktywacji. Na początku 2020 r. – wkrótce po tym, gdy sprzęt drogowców zaczął rozjeżdżać myśliborską stacją kolejową – w spółce PKP PLK powstał dokument „Zamierzenia inwestycyjne w perspektywie 2021-2027”, w którym znalazła się między innymi koncepcja rewitalizacji linii Stargard – Pyrzyce – Myślibórz. Problem w tym, że w Myśliborzu brak jest rezerwy terenu pod wytyczenie nowego przebiegu linii kolejowej. I niestety nie jest to jedyna przeszkoda dla powrotu pociągów do stolicy 67-tysięcznego powiatu.

Kilka kilometrów przed Myśliborzem linia kolejowa biegnąca ze Stargardu została już przerwana podczas zrealizowanej w latach 2007-2010 budowy drogi ekspresowej S3: w pobliżu stacji Głazów zniszczony został kilkusetmetrowy odcinek linii – w jego miejscu powstał węzeł drogi krajowej 26 z drogą szybkiego ruchu S3.

Przerwana ciągłość

Droga ekspresowa S3 na liczącym 85 km odcinku między Szczecinem a Gorzowem Wielkopolskim przerwała wszystkie napotkane ciągi kolejowe: oprócz linii Stargard – Myślibórz, trasa szybkiego ruchu przecięła korytarze nieczynnych linii Pyrzyce – Gryfino, Pyrzyce – Godków oraz Gorzów Wielkopolski – Myślibórz.

Paradoksalnie budowa drogi S3 najpierw na krótko przedłużyła życie linii biegnącej z Gorzowa Wielkopolskiego do Myśliborza. Decyzja o likwidacji tego 48-kilometrowego ciągu została wydana przez Ministerstwo Infrastruktury w 2005 r. Jednak trzy lata później firma Berger Bau, rozpoczynając budowę drogi S3, zwróciła się do PKP z prośbą o udostępnienie linii w celu dowozu materiałów budowlanych. Firma Berger Bau na własny koszt wykonała warte 1,5 mln zł prace przywracające przejezdność linii na odcinku od Gorzowa Wielkopolskiego do położonej przed Myśliborzem miejscowości Świątki. Od marca 2009 r. do października 2010 r. po oficjalnie zlikwidowanej linii kursowały pociągi dowożące kruszywo na budowę drogi ekspresowej.

Ostatecznie ciągłość korytarza linii kolejowej Gorzów Wielkopolski – Myślibórz została przerwana podczas rozbudowywania gorzowskiej obwodnicy: przedsięwzięcie zrealizowane w latach 2014-2017 objęło swoim zakresem poszerzenie drogi S3, rozbudowę węzła Gorzów Wielkopolski Zachód oraz zrównanie z ziemią kilkuset metrów nasypu kolejowego i wiaduktu nad ul. Kostrzyńską, kolidujących z inwestycją GDDKiA. Dzieła zniszczenia dopełniła Grupa PKP, w 2018 r. rozbierając pobliski wiadukt, którym linia Gorzów Wielkopolski – Myślibórz przechodziła nad linią Gorzów Wielkopolski – Kostrzyn.

Bez śladu

– „Celem prawidłowego wytrasowania nowych dróg analizujemy lokalne, wojewódzkie i krajowe dokumenty planistyczne” – zapewnia Szymon Piechowiak z Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad.

Największe nagromadzenie przypadków przerywania korytarzy kolejowych przez nowe drogi ma miejsce na Pomorzu Zachodnim, mimo że obowiązujący od 2010 r. Plan Zagospodarowania Przestrzennego Województwa Zachodniopomorskiego zawiera zapis rekomendujący „zachowanie śladu komunikacyjnego wraz z infrastrukturą wszystkich linii kolejowych z możliwością odtworzenia połączeń” w celu „ochrony przed zmianą przeznaczenia i wykorzystaniem na inne cele”.

Powyższe zalecenie ignorowane jest jednak nie tylko przez GDDKiA, ale nawet przez Zachodniopomorski Zarząd Dróg Wojewódzkich. W lipcu 2019 r. zrealizowana została wspólna inwestycja ZZDW i miasta Barlinek – wybudowany został nowy przebieg drogi wojewódzkiej 151, który wyprowadził ze ścisłego centrum samochody jadące tranzytem, ale jednocześnie pogrzebał szanse na powrót kolei do 14-tysięcznego Barlinka. Nowy dwukilometrowy odcinek drogi 151 poprowadzono przez miasto wykopem zlikwidowanej linii kolejowej Choszczno – Barlinek – Myślibórz. Obecnie o przejęcie terenów PKP starają się władze Pyrzyc, które również chciałyby wytyczyć obwodnicę po śladzie nieczynnej linii kolejowej.

Władze wielkopolskiego miasta Pniewy chcąc wykorzystać pas nieczynnej linii kolejowej Poznań – Międzychód do wybudowania nowej ulicy, w 2017 r. wywłaszczyły PKP na mocy specustawy drogowej. Grupa PKP nie zrobiła nic, aby zablokować procedurę wywłaszczeniową. Co zaskakujące, burmistrz Pniew jest jednym z sygnatariuszy porozumienia samorządów na rzecz rewitalizacji linii kolejowej z Poznania do Międzychodu. Decyzję o likwidacji tej linii wydała we wrześniu 2015 r. minister infrastruktury Maria Wasiak z Platformy Obywatelskiej – to otworzyło furtkę dla procedury wywłaszczenia.

Czas ucieka

Podczas budowy drogi ekspresowej S5 między Wrocławiem i Poznaniem przerwano nieczynną linię Rawicz – Ścinawa oraz linię Bojanowo – Góra, która, w momencie gdy zapadła zaakceptowana przez PKP PLK decyzja o jej przecięciu, była linią używaną.

W 2010 r. Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad zleciła budowę odcinka trasy S5 na pograniczu Dolnego Śląska i Wielkopolski. Projekt tej inwestycji nie uwzględnił potrzeby wybudowania nad drogą wiaduktu dla linii, z której co prawda pociągi pasażerskie wycofano już w 1991 r., ale nadal kursowały nią składy towarowe.

Na przełomie 2011 i 2012 r. doszło do przerwania toru biegnącego z Bojanowa do Góry – zdemontowano jego 150-metrowy odcinek kolidujący z powstającą drogą S5. Tak oto 12-tysięczne miasto Góra wraz z całym powiatem górowskim odcięto od sieci kolejowej: działające w Górze zakłady zostały zmuszone do przestawienia obsługi transportowej z pociągów na ciężarówki, a rozwój górowskiej strefy przemysłowej Invest-Park stanął pod znakiem zapytania.

Samorządowcy z Góry z burmistrz Ireną Krzyszkiewicz na czele próbowali nie dopuścić do przerwania jedynej linii kolejowej prowadzącej do ich miasta. Udało im się jedynie doprowadzić do zawarcia w lipcu 2010 r. porozumienia między GDDKiA, PKP PLK, miastem Góra i powiatem górowskim. Zgodnie z jego zapisami, drogowcy zostali zobowiązani do zbudowania wiaduktu kolejowego nad drogą S5 w czasie dwóch lat od zgłoszenia takiej potrzeby. Gdy górowscy samorządowcy składali oficjalne wnioski o wybudowanie wiaduktu, spółka PKP PLK się od nich dystansowała, a GDDKiA ignorowała z uwagi na „brak uzasadnionych potrzeb społeczno-gospodarczych”.

Członek zarządu województwa dolnośląskiego Tymoteusz Myrda w maju 2020 r. poinformował, że w planach jest rewitalizacja linii i uruchomienie połączeń pasażerskich w relacji Wrocław – Bojanowo – Góra. Myrda zaznaczył jednak, że aby pociągi wróciły do Góry, Grupa PKP musi przekazać przerwaną linię Bojanowo – Góra samorządowi: „Trwa przejmowanie linii na rzecz województwa dolnośląskiego, dlatego trudno precyzyjnie wskazać termin pojawienia się na tej trasie pociągów. Przejęcie linii jest niestety długim procesem, tylko częściowo zależnym od naszego samorządu”.

Uchwałę o woli przejęcia linii do Góry władze Dolnego Śląska podjęły w styczniu 2019 r. Procedury w Grupie PKP wciąż trwają. – „Rozpoczęliśmy działania mające na celu przekazanie tej linii samorządowi” – mówi Michał Stilger z PKP. – „Następnymi krokami będzie uzyskanie niezbędnych zgód korporacyjnych oraz skierowanie wniosku do Ministerstwa Infrastruktury o wydanie zgody na obrót nieruchomościami wchodzącymi w skład linii”.

Problem w tym, że czas ucieka: porozumienie, które zobowiązuje GDDKiA do wybudowania wiaduktu linii Bojanowo – Góra nad drogą ekspresową S5, ważne jest tylko do końca 2020 r.

Karol Trammer

Tekst pochodzi z dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn” (nr 4/108 lipiec-sierpień 2020)
www.zbs.net.pl

Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Tomasz Chmielewski

Mojżesz Gordon: Społem! (1930)

Mojżesz Gordon: Społem! (1930)

Wszystko, co nas otacza, co widzimy dokoła nas – w mieście i na wsi – zawdzięczamy pracy wielu ludzi. Bo czyż można sobie wyobrazić, aby te wielkie domy, długie drogi, potężne mosty, aeroplany, automobile, piękne książki – aby wszystko to było dziełem jednostki? Nie. Jednostka nie może wiele zdziałać. Nawet wszystkich swoich potrzeb nie jest jednostka w stanie zaspokoić wyłącznie własnymi siłami. Czy może człowiek sam dla siebie utkać tkaninę na ubranie i je uszyć, przygotować skórę z bydlęcia i wykonać obuwie, sporządzić sobie najrozmaitsze artykuły żywnościowe?

Niegdyś, w zamierzchłych jeszcze czasach, zrozumiał człowiek, że dla własnego dobra, dla bardziej sprawnego zaspakajania swych potrzeb oraz dla bardziej skutecznej obrony przed dzikim zwierzem i różnymi wrogami, którzy nań czyhali, winien się zrzeszyć, winien żyć gromadnie, w środowisku wielu ludzi. Kiedy się zaznajamiałeś z życiem starodawnego człowieka, na pewno zwracałeś uwagę na to, że w żadnym kraju nie bytował on w pojedynkę, lecz tylko gromadnie, pośród rodzin lub szczepów. Ludzie zawsze się łączyli, zrzeszali i dlatego mówi się, że żyli w społeczeństwie. Z biegiem czasu społeczeństwo to coraz bardziej rosło i ilość jego członków wciąż się powiększała. Szereg szczepów się łączyło. Tworzyły się rody, które osiadały na roli i ją obrabiały, które budowały warsztaty i fabryki, sprzedając następnie płody rolne i wyroby rękodzielnicze i fabryczne, które budowały szkoły i rozpowszechniały książki i pisma.

Ale ludzie nie zajmują się jednakową pracą: czyż wszyscy budują domy? Czyż wszyscy są nauczycielami? Bynajmniej. Należąc do jednej wielkiej społeczności – podzielili między sobą pracę. Tak więc: rolnik obrabia ziemię, która rodzi zboże, inni robotnicy mielą zboże w młynach, mąkę sprzedają kupcy piekarzom. Na pewno słyszałeś, że żelazo znajduje się w ziemi: tysiące, dziesiątki tysięcy robotników pracuje w kopalniach, aby wydobyć rudę żelazną na powierzchnię ziemi. Żelazo to rozsyła się do specjalnych fabryk, gdzie inni robotnicy oczyszczają je ze wszelkich odpadków, bezużytecznych domieszek i z czystego dopiero żelaza przygotowują sztaby i blachy, które zostają sprzedane każdemu, komu są potrzebne; inne zaś fabryki zakupują czyste żelazo i wyrabiają z niego wszelakie maszyny, naczynia, zamki i inne przedmioty.

Tak więc ludzie połączyli się dla wspólnego dobra, dla dobra ogółu, ludzkości – w jedno społeczeństwo i podzielili między sobą pracę, aby w ten sposób tworzyć dla siebie wszystkie rzeczy, jakie im są potrzebne do życia i utrzymania: rolnik, robotnik, rzemieślnik kupiec, pisarz, inżynier, lekarz, nauczyciel, urzędnik – wszyscy oni wykonują różne pożyteczne funkcje dla społeczeństwa.

Dlaczego jednak jest tak niejednakowy, tak nierówny los tego mnóstwa ludzi, zajmujących się wytwarzaniem wszystkich tych niezbędnych dla społeczeństwa przedmiotów? W ciągu długich wieków najlepsi i najszlachetniejsi ludzie wysilali umysł nad rozwiązaniem pytania, że jeżeli praca dla społeczeństwa zwykłego robotnika jest podobnie doniosła co praca przemysłowca, praca rolnika tak samo potrzebna jak praca kupca, praca nauczyciela na równi pożyteczna z pracą rękodzielnika – dlaczego różnym jest ich los, niejednakowe powodzenie. Dlaczego gnębi jednego bieda, gdy drugi opływa w dostatku?

Nie wszyscy są w stanie w równej mierze zadośćuczynić potrzebom, jeden bowiem jest bogaty, drugi – biedny. Bogaty lub zamożny łatwo może zaspokoić potrzeby swoje i rodziny, może nawet powiększyć swój majątek. Co ma natomiast począć ten, który nie ma pieniędzy? Musi się zadowolić szczupłym zarobkiem, który starcza zaledwie na życie. Każdy, kto nie posiada majątku, musi szukać pracy u innych, albo zadowolić się małym dochodem i prowadzić skromne życie, a nawet biedować.

Każdy z was, odwiedzając znajomych i kolegów, spostrzega różnicę między mieszkaniem i trybem życia człowieka zamożnego a rzemieślnika, robotnika. Na pewno każdy z was zadał sobie kiedyś pytanie: przecież wszyscy ludzie stworzeni zostali na obraz i podobieństwo Boga, wszak wszyscy winni być równi – więc skąd taka wielka między nimi różnica? A serce wam zapewne odpowiedziało, że nie jest sprawiedliwą owa nierówność, polegająca na tym, że kiedy jeden ma wszystkiego pod dostatkiem, drugiemu brak grosza na kawałek chleba.

Nie wystarcza jednak odczuwać i rozumieć niesprawiedliwość panującą na świecie; konieczna jest również wola do polepszenia tego stanu rzeczy oraz umiejętność zapewnienia szerokim masom ludowym pracy i chleba. W każdym pokoleniu, począwszy od wielkich proroków, powstawali mężowie o różnych planach zmierzających do rozwiązania powyższego zagadnienia: aby zaistniała w społeczeństwie równość i sprawiedliwość.

I oto, przed 90 niespełna laty, powstał w Anglii ruch, który objął wkrótce wszystkie kraje świata i który postawił sobie za cel usunięcie nierówności istniejącej dotąd między ludźmi. Był to ruch kooperacji (spółdzielczy). O uszy każdego z was obijało się na pewno wiele razy to słowo; niejeden też raz czytywaliście na szyldach napisy: „Sklep spółdzielczy” lub „Bank kooperatywny”. Ale wtedy, przed dziewięćdziesięciu laty, kooperacja była jeszcze nieznana, nie rozumiano też jeszcze należycie jej celu. W mieście Rochdale, w Anglii, zebrało się wówczas kilku robotników tkackich, którzy, złożywszy się, otworzyli sklepik, gdzie sprzedawano – podobnie jak w innych sklepach – produkty żywnościowe, mydło, manufakturę itp. Ale sklep ten nie należał tylko do nich, jako własność prywatna, założyciele bowiem ogłosili, że każdy może zostać ich wspólnikiem, a to przez wniesienie pewnej opłaty pieniężnej, tak zwanego udziału. I im więcej będzie udziałowców, o tyle powiększy się liczba współwłaścicieli sklepu, którego celem będzie dostarczenie dobrego taniego towaru wszystkim współwłaścicielom – udziałowcom. Wprawdzie każdy sklepikarz stara się sprzedawać towary po tanich cenach, ale ponieważ dba on przede wszystkim o własny zysk, sprzedaje więc wszystkie rzeczy drożej, aniżeli go kosztują. Zysk pozostaje w tym wypadku w rękach jednostki; natomiast w sklepie kooperatywnym, założonym w Rochdale, postanowiono, że zysk podzielony zostanie między wszystkimi udziałowcami i wydany zostanie ku korzyści wszystkich członków sklepu – kooperatywy. I tak więc właścicielami sklepu w Rochdale zostali ci ludzie, którzy sami potrzebowali towaru w sklepie tym się znajdującego, którzy dlatego też starali się, by towar ich był przedniej jakości, a przy tym tani.

Sklep, o którym mowa, wywołał wielkie zainteresowanie pośród licznych tkaczy zamieszkałych w Rochdale. Wkrótce przekonali się oni, że sklep przynosi im korzyść: toż każdy grosz wydany z ich skromnej płacy przedstawia znaczną wartość, a tu byli pewni, że wszystko co zakupią będzie posiadało odpowiednią wartość jakościową i że nikt nie będzie się starał im sprzedać złego towaru po taniej cenie.

Po niejakim czasie powstały takie sklepy spółdzielcze w wielu miastach angielskich, tak iż po pięćdziesięciu latach wyniosła ilość członków wszystkich tych spółdzielni (kooperatyw) – 1 500 000, dziś zaś sięga liczby wielu milionów rodzin. Spółdzielnie te, znajdujące się na całym obszarze kraju, połączyły się w jeden wielki związek kooperatyw, celem zakupu wszystkich towarów o przednim gatunku i niskich cenach. I jeszcze więcej: z sumy zysków i udziałów zbudowały sobie spółdzielnie fabryki, aby nie potrzebować kupować towaru u prywatnych fabrykantów, którzy chcą ze sprzedaży uzyskać wielki zysk dla siebie samych. Te zjednoczone spółdzielnie prowadzą we własnym zakresie plantacje herbaty i kawy i posiadają nawet okręty przywożące z zagranicy towary i surowce. Wszystko to doprowadziło do potanienia cen i do podniesienia gatunku towaru, jak również do poprawy bytu członków spółdzielni.

Ale nie tylko w Anglii powstały sklepy spółdzielcze: na przykładzie angielskim wzorowały się i inne kraje. Sieć sklepów spółdzielczych objęła świat cały i wciąż się rozszerza. Również w Polsce i w Erec-Izrael rozwija się kooperacja.

Należy jednak stwierdzić, że nie tylko zysk był tym czynnikiem, który przyciągnął do kooperatyw masy ludowe. Szerokie warstwy ludu doszły do przekonania, na podstawie przykładu Rochdale, że wszyscy, którzy pracują, wszyscy, którzy ciężko walczą o kęs chleba, pozbędą się biedy i poczną lepiej żyć dopiero wtedy, kiedy się zjednoczą, kiedy się zorganizują. Wszyscy się przekonali, że z tych małych sum, które każdy z nich posiada, można zebrać znaczny kapitał, z którego pomocą przestaną być zależni od innych, usamodzielnią się. Potrzebna jest tylko wzajemna pomoc wszystkich Członków i czym więcej jeden pomoże drugiemu, tym bardziej polepszy się ich byt, bowiem rezultaty ich pracy nie będą więcej wyzyskiwane przez nikogo obcego, a tylko przez nich samych ku własnej korzyści. Tę oto wielką siłę wzajemnej pomocy oceniono należycie w Anglii i innych krajach i dlatego nie ograniczono się tam do zbierania udziałów celem zakładania wspólnych sklepów. Z zysków osiąganych w kooperatywach przeznaczano wielkie sumy na kupno książek dla bibliotek ludowych, letnich mieszkań dla członków, na otwieranie i prowadzenie szkół ludowych, kas pożyczkowych, na budowę wygodnych mieszkań dla tych członków, którzy mieszkali w walących się domach na przedmieściach. Ta pomoc wzajemna spoiła wszystkich członków, wytworzyła pomiędzy nimi węzły przyjaźni i zaufania. Współpraca ta i pomoc polepszyły nie tylko byt człowieka, ale uszlachetniły człowieka samego.

Środki, z których pomocą ludzie usiłowali dokonać polepszenia warunków egzystencji oraz zmniejszenia tej wielkiej niesprawiedliwej różnicy, istniejącej obecnie w społeczeństwie między zamożnymi a pozbawionymi środków – nie ograniczały się tylko do zakładania sklepów spółdzielczych. Oto w różnych krajach powołali robotnicy do życia zakłady fabryczne, w których zysku nie zabierała jednostka, prywatny fabrykant, lecz ogół współwłaścicieli – robotników. Wraz ze wzrostem zarobków zwiększała się ilość robotników, rozwijała się fabryka, rozchodziły się coraz bardziej towary.

Podobnie postępują i rzemieślnicy. Środki pieniężne każdego z nich nie starczały niekiedy na kupno wszystkich narzędzi i maszyn potrzebnych do pracy. Kiedy się jednak zorganizowali i połączyli, mogli już nabyć niezbędne przyrządy, pomnożyć pracę, a w rezultacie – zwiększyć dochody.

W wielu wsiach zrzeszają się również chłopi w jeden związek, który nabywa dla wszystkich w większych ilościach potrzebne produkty i narzędzia. Związek taki zaopatruje także członków-rolników w maszyny do orki, siania i koszenia, ułatwiające znacznie ciężką pracę rolną, jak również sprzedaje płody wytwarzane przez rolników-członków spółdzielni, jak: zboże, owoce, masło, ser, śmietanę – po równych dla każdego cenach. Na tych zasadach zbudowane są „kibuce” oraz żydowskie osiedla robotnicze w Erec-Izrael.

Lub inna rzecz: głód mieszkaniowy u nas w kraju. Znana to nam sprawa. Ilość mieszkańców wzrasta z roku na rok, stare domy niszczeją z biegiem czasu, nowe nie przybywają, bo niewielu jest bogaczy, którzy wznoszą nowe domy mieszkalne. I oto łączy się szereg rodzin, odczuwających potrzebę dobrych widnych mieszkań. Każda z tych rodzin wypłaca do wspólnej kasy pewną sumę pieniędzy i tworzą „spółdzielnię budowlaną” (kooperatywę dla budowy domów). W ten sposób tysiące rodzin otrzymało ładne i wygodne mieszkania. Jeśliś widział ciemne, niskie, wilgotne izby, gdzie w każdym mieście mieszkają zarówno dorośli jak i dzieci – zrozumiesz, ile uciechy i zadowolenia sprawiają ludziom przestronne, widne i suche pokoje domów spółdzielczych.

Nie ma dziś prawie ani jednego miasta i miasteczka o zaludnieniu żydowskim, gdzie by nie istniał „Bank spółdzielczy”. Są to instytucje wypożyczające pieniądze. Wszystkim, przeważnie zaś tym, którzy utrzymują się z ciężkiej pracy i nie posiadają kapitałów, potrzeba od czasu do czasu trochę gotówki do prowadzenia interesu lub domu. Często jednak brak gotówki. Gdzie by tu pożyczyć? Zaciągnąć pożyczkę u prywatnych osób? Ale wtedy trzeba za nią zapłacić znaczne odsetki. A skąd je wziąć? Cóż pozostaje? Zbierają się więc rzemieślnicy lub robotnicy, albo też sklepikarze, i zakładają bank – kasę pożyczkowo-oszczędnościową – dla swych członków. Każdy, który pragnie zostać członkiem tego banku, wpłaca pewną sumę na kapitał zakładowy – udział, który służy jako podstawa do udzielania pożyczek członkom na niski procent. Rozumie się, że nie wszyscy członkowie proszą jednocześnie o pożyczki i dlatego pieniądze, którymi bank rozporządza, wystarczają do wypłaty pożyczek bardziej potrzebującym członkom.

I tak więc spółdzielczość obwieściła światu:

„Wy, upośledzeni, wy – którzy pracujecie w pocie czoła, wyżywiając z trudem rodziny, wy, którzy zaznać pragniecie lepszego życia bez ciągłej troski o jutro – zorganizujcie się i zjednoczcie! Pomagajcie jeden drugiemu, a wtedy będziecie silni i niezależni od czyjejś dobrej lub złej woli! Nie konkurujcie jeden z drugim, bo nie we wzajemnym zwalczaniu się i odosobnieniu tkwi wasza siła; zrzeszajcie się i organizujcie, popierajcie jeden drugiego – bo tylko w jedności siła! Wspólną pracą osiągniecie o wiele więcej, aniżeli w pojedynkę. Pracujcie łącznie, a będziecie się poważać i miłować, a zamiast zazdrości i złości zapanują u was braterstwo i przyjaźń!”.

Spółdzielczość nie rzuca w świat frazesów. We wszystkich krajach i wśród wszystkich narodów, poczynając od zimnych lądów Północy, a kończąc na gorących krainach Ameryki Południowej, od granic Europy Zachodniej do krańców Azji Wschodniej, założone zostały spółdzielnie, zrzeszające ponad 60 milionów rodzin w imię wzniosłego hasła: wybawienia człowieka od cierpień, by żył szczęśliwie dla dobra własnego i ogółu!

Spółdzielczość całego świata przeznaczyła jeden dzień w roku na obchód jej święta – obchodu poświęconego celom kooperacji. W dniu tym opowiada się na całym świecie o wielkim znaczeniu tej pracy, która tworzy kulturę ludzką, o wielkiej wartości pomocy wzajemnej między ludźmi oraz o wielkiej sile tkwiącej w jedności i solidarności między narodami. W dniu tym zwraca się uwagę na to, że najlepsi ludzie wszystkich narodów dążą do stworzenia w przyszłości lepszego, bardziej sprawiedliwego i szczęśliwego życia.

Obchodzimy wprawdzie wiele świąt i w szkołach naszych urządzamy wiele uroczystości poświęconych najważniejszym wydarzeniom w dziejach naszego narodu. Święta te zwracają myśl naszą ku wspólnej przeszłości i krzepią wolę ku dalszej egzystencji naszego narodu, który budzi się do nowego wolnego życia. Ale wszystkie te obchody są poświęcone przeszłości – wielkim wydarzeniom, które miały już miejsce. Innym jest święto spółdzielczości: treścią tego święta jest rzecz, która jeszcze się urzeczywistnia, która się tworzy w teraźniejszości i która ma dopiero nadejść. Święto spółdzielczości jest dlatego świętem teraźniejszości i przyszłości, świętem nadziei całej ludzkości.

Spółdzielczość ustanowiła dla siebie sztandar o siedmiu kolorach tęczy, która – według Tory – dana została, jako „oznaka wiecznego przymierza między Bogiem a ziemią”. Kolory tęczy na sztandarze kooperacji są oznaką, symbolem przymierza między wszystkimi ludźmi i narodami. Naród żydowski, który powstaje do nowego życia, zajmie w tym obchodzie zbratania narodów poczesne miejsce, a pośród narodów, których barwy składają się na różnokolorową tęczę, wzniesie się również nasz sztandar.

Czy kooperacja dotyczy tylko dorosłych? Wcale nie. Również uczniowie – i w ogóle młodzież – uznają wielką korzyść wypływającą ze wspólnej pracy i z wzajemnej pomocy podczas nauki i zabawy. Nie tylko z opowieści i historii przywykliście odnosić się z podziwem wobec mniejszych czy większych dzieł bohaterstwa pojedynczych ludzi czy całych grup pracujących dla dobra ludzkości. Zaznajamiając się z tymi czynami bohaterskimi, myślał sobie niejeden z was, że i on jest zdolny do wielkich usług i czynów dla dobra kolegów i całego narodu, podobnie jak owi bohaterowie, o których czytał i słyszał. Prawda, że łatwo wpaść w entuzjazm wobec tych wzniosłych czynów, ale trudniej samemu być zawsze wspaniałomyślnym, łagodnym i wiernym wobec towarzyszy pracy codziennej i zaprzestać troszczyć się tylko o siebie i o swe własne wygody. A ile będziecie mogli zdziałać wspólnymi siłami, ty i twoi koledzy, dla dobra społeczeństwa i dla dobra szkoły, w której pobieracie naukę.

I oto zebrali się twoi koledzy w wielu szkołach w różnych krajach i założyli „kooperatywy uczniowskie”. W pierwszych tygodniach pomagali im nauczyciele, chociaż codzienna praca wykonywana była przeważnie przez samą młodzież. Starsi spoglądali na to początkowo z uśmieszkiem, mawiając: ,,Ot, dzieci zabawiają się nową grą – kooperatywą”! Uczniowie jednak prędko dowiedli, że nie o zabawę im chodzi. Czyż nie potrzebują zeszytów, piór, bibuły, ołówków? Kiedy urządzą sobie własny sklepik, będą mogli sprzedawać bardzo tanio i nie będą zmuszeni biegać podczas przerw do bliżej lub dalej położonego prywatnego sklepu. Toteż zakładali uczniowskie sklepy spółdzielcze.

Oto potrzebuje ktoś paru złotych na kupno książki lub czapki, a w domu, u rodziców, bieda. Skądże wziąć? Założyli więc uczniowie „kasę pożyczkowo-oszczędnościową”: każdy wpłacał co tydzień w ciągu roku kilka groszy, z czego zebrała się pokaźna sumka. Bo przecież i uczeń potrzebuje trochę pieniędzy, by sobie móc kupić książkę, zabawkę, dopomóc koledze, lub dać na „Keren Kajemet” (wyzwolenie ziemi palestyńskiej). W ten sposób można z oszczędności kasowych, które się nagromadziły w międzyczasie, wypożyczyć parę złotych w potrzebie będącemu koledze, który je zwróci w ciągu kilku tygodni lub miesięcy.

Czy szkoła jest własnością tylko nauczyciela? Nie. Szkoła należy też do uczniów. Każdy z was pragnie zapewne, by w szkole panował zawsze porządek i aby wszyscy się należycie zachowywali również podczas przerw i zabaw. Czy nie dążą do tego uczniowie, nawet bez nakazu nauczyciela? Umówili się zatem, że sami odtąd będą odpowiedzialni za porządek i posłuszeństwo. I oto pewnego pięknego dnia zwróciła się młodzież do swoich nauczycieli i zakomunikowała im, że każda klasa się zorganizowała i chce sama się odtąd troszczyć o czystość i porządek. Uczniowie wierzą, że sami potrafią uważać na kolegów i dopilnować, by ich zachowanie było wzorowe, przyrzekają, że sami się zajmą ozdobieniem ścian – wiedzą przecie, że szkole brak pieniędzy; że pomyślą o dostarczeniu nowych książek dla biblioteki szkolnej, których brak tak dotkliwie odczuwają; że są nawet gotowi dopomagać bibliotekarzowi w katalogowaniu nowych książek i zapisywaniu, kto wziął książkę do czytania i kto odniósł z powrotem. A nauczyciele zapytali: „Czy będziecie mogli, chłopcy, wszystko to wykonać? Czy pomyśleliście dobrze, że będziecie musieli pracować poza godzinami nauki, by zachować porządek, dbać o bibliotekę i o ozdabianie ścian?”. – „Wszystko to zrobimy – odpowiedzieli uczniowie – czego jeden nie dokona, temu podołają wszyscy, kiedy się połączą, zorganizują! Zarząd, który wybierzemy spośród nas, będzie dbał o należyte zachowanie się uczniów. Nauczyciele przekonają się rychło, że zbędne będzie stosowanie kar. Każdy z nas wpłaci parę groszy tygodniowo, za które nikt nie mógłby kupić nawet małej broszury, ale z pojedynczych groszy wszystkich uczniów zbierze się co miesiąc wiele złotych, za które będzie można kupić parę książek, a w ciągu roku – kilkadziesiąt książek, które będą własnością wszystkich uczniów, całego społeczeństwa. Również sklepik spółdzielczy przeznaczy każdego miesiąca część zysków na rzecz biblioteki i ilość książek się znów powiększy. Podobnie upiększymy klasę. Jest to przecież nasz wspólny pokój. Każdy z nas ma w domu ładne obrazki, które otrzymał w prezencie, albo które sam sobie kupił. Każdy przyniesie po jednym obrazku i naradzimy się wspólnie z nauczycielem jak je pozawieszać na ścianach, aby pokój nasz doprawdy ładnie wyglądał. Na lekcjach robót ręcznych i rysunków przygotujemy jeszcze wiele obrazków i wycinanek i zawiesimy je na widocznym miejscu. Tą drogą, wszyscy razem wiele zdziałamy”.

Upłynęło parę miesięcy i nauczyciele wespół z rodzicami podziwiali po prostu zmiany zaszłe w szkole. Porządek zapanował wzorowy, tak iż nauczyciele nie byli zmuszeni ganić tych uczniów, którzy dotychczas przeszkadzali na lekcjach; uczniowie, na czele ze swym zarządem, dbali o karność, łagodzili niesnaski i kłótnie, pomagali słabszym w nauce. Wszyscy niemal uczniowie i uczennice wykupili udziały, uprawniające ich do należenia do spółdzielni uczniowskiej, sprzedającej im pomoce naukowe po tańszych cenach, aniżeli sklepy prywatne. Niedługo, a czysty zysk sklepiku szkolnego przekroczył sumę pięćdziesięciu złotych. Jeden z nauczycieli skontrolował książkę rachunkową kooperatywy i znalazłszy wszystko w porządku pochwalił zarząd. Bibliotece przybyło więcej jak dwadzieścia tomów, uczniowie przy tym dbali sami o porządek w czasie wydawania książek: gwar i rozgardiasz, który dotąd tam panował, kiedy każdy się pchał, by być pierwszym, ustał zupełnie. Raz w tygodniu, wieczorem, zbierają się uczniowie z nauczycielem i każdy opowiada co przeczytał ciekawego.

Założono też „kasę pożyczkowo-oszczędnościową” i uchwalono, że w czasie wakacji wyruszą wszyscy wraz z nauczycielem na wycieczkę w góry. Zarząd uczniowski obliczył, że zapas pieniędzy w kasie oszczędnościowej nie wystarczy na ten cel, postanowiono zatem urządzić przedstawienie, połączone ze śpiewem i deklamacją, a nawet wypożyczyć aparat filmowy dla zademonstrowania jakiejś sceny komicznej. Z biletami nie było kłopotu. Uczniowie je rozsprzedali rodzicom i znajomym. Chodzi wszak o czysty zysk w wysokości jakichś dwustu złotych. Taka mianowicie suma brakuje na przygotowania wycieczkowe: trzeba zakupić 8 plecaków, dwie piłki nożne, aparat fotograficzny, by uwiecznić urocze miejscowości górskie, a również zdjąć na pamiątkę uczestników wycieczki. Wieczór udał się znakomicie. Deklamacje, śpiew, komedyjka, film –bardzo się licznym gościom podobały.

Podczas mroźnej zimy zaproponowało kilka uczennic, by zakupić trzy pary łyżew do ślizgawki na zamarzniętym stawie. Toż to tak przyjemnie się poślizgać, a tu nikt nie może za własne pieniądze kupić łyżew. Propozycję przyjęto. Zakupiono łyżwy i codziennie kto inny na zmianę się ślizgał. Wszyscy się cieszyli z tej dobrej myśli.

Kiedy nadeszło lato, udała się klasa na wycieczkę w góry, zabierając kupiony aparat fotograficzny. Wszyscy zdrowo wrócili z wycieczki, ogorzali ze słońca, weseli, zaopatrzeni w wiele zdjęć. W nowym roku szkolnym kooperatywa została powiększona; wszystko prawie można było w niej nabyć; zysk wynosił ponad 300 złotych. Zgodnie z uchwałą ogólnego zebrania członków zakupiono po trzy egzemplarze podręczników szkolnych dla wypożyczenia ich tym kolegom, których nie stać na kupno własnych książek szkolnych. Z pozostałej części zysku, przeznaczonego na potrzeby szkolne, zakupiono mały kinematograf.

Radość, która zapanowała w szkole, kiedy listonosz przyniósł do szkoły skrzynkę z aparatem kinematograficznym oraz kilkoma filmami, nie da się po prostu opisać. Nazajutrz wieczorem zebrała się w auli szkolnej cała młodzież wraz z nauczycielstwem i rodzicami, by podziwiać nabyty aparat. Na płótnie, rozwieszonym na ścianie, ukazały się przed oczyma zebranych sceny z życia dzikich zwierząt w lasach afrykańskich, obrazy z życia dzieci w Erec-Izrael oraz zwyczajów Indian w Północnej Ameryce. Po przedstawieniu, które się wszystkim nadzwyczaj podobało, przemówił jeden z członków zarządu do zebranych w te słowa:

„Również my, uczniowie, pomimo że jesteśmy bardzo młodzi, możemy wiele zdziałać. Nie myślcie zatem, że tylko dorośli powinni wszystko dla nas robić. Być może, że każdy z nas z osobna jest słaby i czegoś większego dokonać nie jest w stanie – ale społem pomagamy sobie wzajemnie, dbamy o rozwój szkoły. Dawniej zdarzały się u nas kłótnie i niesnaski, ale odkąd istnieje kooperatywa, w której działalności wszyscy są tak zainteresowani, nastały u nas lepsze stosunki, oparte na przyjaźni i gotowości wzajemnych usług. Prawda, niekiedy zdarza się, że jeden z drugim się pokłóci lub ktoś coś zbroi. Ale to są wyjątki i kiedy tylko reszta kolegów zwróci uwagę winnemu na niewłaściwość postępowania, jesteśmy pewni, że w przyszłości to się już nie powtórzy. Oto jest siła organizacji i dlatego powiadam: Niech żyje nasza kooperatywa!”.

Wszyscy przyznali słuszność wypowiedzianym myślom i mówcę gorąco oklaskiwali.

Ale szkoła, o której mowa, nie stanowi wyjątku. W każdej szkole ludowej, a nawet gimnazjum, gdzie tylko znajdowali się dzielni i rozsądni uczniowie (a czyż jest szkoła, w której by uczniów takich nie było?) i dokąd tylko dotarła wiadomość o sile wzajemnej pomocy i jej wpływie na dzieci – zakładano wnet spółdzielnie.

Czy chcecie założyć taką spółdzielnię również w waszej szkole?

Na pewno czytaliście w książce lub gazecie, że młodzież jest przyszłością narodu i że jeżeli ona będzie dobrą i pilną, to i przyszłość narodu będzie lepsza i świetniejsza. Kooperacja dąży do stworzenia bardziej sprawiedliwej przyszłości dla wszystkich warstw narodu i bardzo dobrze, że ucząca się młodzież nie czeka, aż podrośnie, tylko bierze już udział w ruchu spółdzielczym i przyzwyczaja się w zakładanych kooperatywach urzeczywistniać zasady sprawiedliwości, przyjaźni i wzajemnej pomocy.

Kiedy podrośniecie, na pewno będziecie pionierami urzeczywistniania zasad spółdzielczości, gdzie byście się nie znajdowali.

Mojżesz Gordon

Powyższy tekst to cała broszura, wydana nakładem Działu Wydawniczego Związku Żydowskich Towarzystw Spółdzielczych w Polsce, Warszawa 1930. Od tamtej pory tekst nie był wznawiany, poprawiono pisownię według obecnych reguł.

Mieszkania na marginesie

Mieszkania na marginesie

Jak wynika z najnowszych danych Eurostatu, aż 43,9% Polaków w przedziale wiekowym 25-34 lata nie wyprowadziło się z rodzinnego domu. W rankingu znaleźliśmy się na 9. miejscu od końca w gronie trzydziestu dwóch przebadanych państw. Przyczyny takiego stanu rzeczy są głównie ekonomiczne. Wiele młodych osób bez wsparcia rodziny nie stać nawet nie na nowe mieszkanie, ale na sam wkład własny, niezbędny do zaciągnięcia wieloletniego zobowiązania kredytowego.

Znajdujemy się właśnie w centrum gorącej kampanii prezydenckiej między pierwszą a drugą turą. W obliczu tak alarmujących danych temat dostępności mieszkań dla młodych ludzi powinien być jednym z głównych w toczącej się debacie między kandydatami. Kwestia mieszkaniowa implikuje bowiem konsekwencje dla życia rodzinnego, a w szerszym kontekście dla demografii.

Wyobraźmy sobie, że jesteśmy absolwentem studiów informatycznych na Politechnice Śląskiej, po ukończeniu których w powszechnym przekonaniu powinna na nas czekać dobrze płatna praca. Mamy szczęście i szybko udaje nam się znaleźć zatrudnienie na cały etat, np. w Katowicach. Jako młodszy specjalista otrzymujemy pensję w wysokości 3780 złotych brutto (mediana dla młodszego specjalisty z serwisu wynagrodzenia.pl). Idzie nam nieźle, szef jest z nas zadowolony, więc po trzech latach z nazwy zajmowanego stanowiska znika przymiotnik „młodszy”, a nasza pensja rośnie do kwoty 4760 złotych brutto (dane jak poprzednio). Jesteśmy ambitni i odpowiedzialni, nierzadko zostajemy po godzinach. Przełożony dostrzega nasze zaangażowanie, dlatego po kolejnych trzech latach awansujemy na stanowisko starszego specjalisty z miesięcznymi zarobkami w wysokości 5640 złotych brutto (jak wyżej).

Od momentu skończenia studiów myślimy o tym, by się usamodzielnić i nie siedzieć dłużej na garnuszku rodziców. I tak jesteśmy im wdzięczni za to, że utrzymywali nas przez tak długi czas. Próbujemy znaleźć mieszkanie w Katowicach z rozsądna stawką za wynajem. Nie mamy rodziny, więc na początek wystarczyłaby nam kawalerka. Szybko jednak nasz poszukiwawczy zapał mija, gdy dowiadujemy się, że za malutkie 17-metrowe mieszkanie w Śródmieściu kwota wynajmu przekracza 1000 złotych miesięcznie. Do tego oczywiście należy doliczyć media, które zużyjemy. Lekko licząc wychodzi około 1500 złotych, pod warunkiem, że będziemy oszczędzać. Jesteśmy młodszym specjalistą, więc zarabiamy 3780 złotych brutto, co daje nam na rękę około 2750 złotych. Po odjęciu 1500 złotych, które co miesiąc wydamy na mieszkanie, zostaje 1250 na życie. Przy właściwym gospodarowaniu pieniędzmi jesteśmy w stanie przeżyć za tę kwotę, a nawet czasem pozwolić sobie na wyjście do kina czy pubu. Chcemy przecież założyć rodzinę, więc gdzieś musimy poznać partnera czy partnerkę. Po odliczeniu wydatków na jedzenie, ubrania, samochód (ewentualnie komunikację miejską) i rozrywkę (ale tylko od czasu do czasu) wychodzimy na zero, innymi słowy żyjemy od wypłaty do wypłaty. Nie jesteśmy w stanie odłożyć ani grosza na własne M, o którym zawsze marzyliśmy. Po pół roku jesteśmy już przekonani, że dalsze wynajmowanie mieszkania nie ma sensu. Po co płacić obcym ludziom za prawo do tymczasowego przebywania w miejscu, które nigdy nie będzie nasze, jeżeli możemy wrócić do rodzinnego domu, nieco odciążyć rodziców w opłatach, a przy okazji pomagać im na co dzień w obowiązkach przydomowych (są przecież coraz starsi). Tak przynajmniej sobie tłumaczymy fakt, że póki co nie udało nam się w pełni usamodzielnić.

Oczywiście nie porzuciliśmy myśli o własnym mieszkaniu, dlatego zamierzamy co miesiąc odkładać jak największą sumę. Rodzice nie proszą nas w ogóle o pieniądze. Pewnie głupio im, że nie są w stanie nam pomóc. My jednak postanawiamy dokładać się do miesięcznych rachunków i wydatków na jedzenie w kwocie 1000 złotych. Mieszkamy w Podlesiu, najdalej na południe wysuniętej dzielnicy Katowic, skąd do centrum, gdzie pracujemy, mamy kilkanaście kilometrów. Wydajemy zatem więcej na benzynę. Do tego dochodzą koszty utrzymania samochodu, naprawy, wydatki na ubrania i rozrywkę (ale tylko od czasu do czasu). Powiedzmy, że przez pierwsze dwa i pół roku jesteśmy w stanie co miesiąc odłożyć po 1000 złotych. Uzbieraliśmy zatem 25000 złotych. Wcześniej nie byliśmy zwolennikami kredytów hipotecznych, ale jesteśmy już pewni, że bez zaciągnięcia zobowiązania nigdy nie będzie nas stać na zakup własnego M. Sprawdzamy ceny mieszkań w Katowicach o powierzchni około 50 metrów kwadratowych. Jesteśmy przecież coraz starsi, więc już poważniej myślimy o założeniu rodziny. Wiemy, że w ciasnej kawalerce nikt z nami nie zamieszka. Znajdujemy ładne dwupokojowe mieszkanie za 300 000 złotych. Nie w ścisłym centrum, bo takie są przynajmniej o 50 000 droższe.

Idziemy do banku, gdzie nasz optymizm zderza się z brutalną rzeczywistością. Minimalny wkład własny, jaki musimy posiadać, by przyznano nam kredyt do 20% z 300 000, wynosi 60 000 złotych. Wiemy, że rodzice nie są w stanie nam pomóc. Jesteśmy załamani, ale na osłodę dostajemy awans w pracy i dzięki wzrostowi przychodów możemy odkładać już po 2000 złotych miesięcznie. Po kolejnych trzech latach oszczędzania na naszym koncie jest trochę ponad 100 000 złotych. W międzyczasie poznajemy absolwentkę administracji. Jako urzędniczka bez dużego stażu pracy zarabia oczywiście dużo mniej od nas. Powoli myślimy o tym, by razem zamieszkać. Jej rodzice są w stanie dać nam 50 000 na start. Razem mamy 150 000 złotych i żadnych szans na zakup mieszkania bez zaciągnięcia kredytu. Właśnie wzięliśmy ślub i upatrzyliśmy sobie nowe trzypokojowe mieszkanie (już z myślą o dziecku) na Osiedlu Paderewskiego za 400 000 złotych. Bank przyznał nam 250 000 kredytu z zabezpieczeniem hipotecznym, który będziemy spłacać przez najbliższe dwadzieścia lat. Oczywiście pod warunkiem, że nie stracimy zatrudnienia, bo wtedy czeka nas przymusowa wyprowadzka z naszego gniazdka.

Powyższa historia ilustruje problemy, z jakimi musi mierzyć się wielu młodych ludzi. Bardzo duże koszty wynajmu, horrendalnie wysokie ceny mieszkań na rynku pierwotnym i wtórnym oraz konsekwentnie podwyższany przez banki poziom wymaganego wkładu własnego przy kredytach hipotecznych – nie pomagają w usamodzielnieniu się. To oczywiście ma bezpośrednie przełożenie na decyzję o założeniu rodziny, która często jest odwlekana w czasie. A sytuacja demograficzna Polski wciąż, pomimo programów socjalnych uruchomionych przez rząd (na czele ze sztandarowym 500+), jest fatalna. I choć stan ten trwa od dłuższego czasu, politycy bardzo niechętnie dostrzegają żarzącą się na czerwono lampkę alarmową.

Oczywiście, istniejące bariery w dostępie do mieszkań nie są jedynymi czynnikami zatrważającego poziomu dzietności w Polsce. Do nich trzeba zaliczyć jeszcze m.in. pewność zatrudnienia, wysokość wynagrodzeń, dostępność żłobków i przedszkoli. Posiadanie własnego mieszkania często stanowi jednak element kluczowy dla podjęcia decyzji o założeniu rodziny.

Tymczasem kwestie mieszkalnictwa są poruszane w tegorocznej kampanii prezydenckiej raczej marginalnie i mają problem z przebiciem się do rzeczywistości medialnej, gdzie królują raczej sprawy światopoglądowe. Chyba najbardziej konkretną (i korzystną dla młodych ludzi) propozycję w ramach polityki mieszkaniowej państwa złożył największy przegrany I tury, lider PSL Władysław Kosiniak-Kamysz. Odwołał się przy tym do zaproponowanego przez ludowców już w zeszłym roku programu „Własny kąt”, w ramach którego można byłoby otrzymać 50 000 złotych dofinansowania do wkładu własnego przy zaciąganiu kredytu hipotecznego.

Jeden z dwóch kandydatów lewicowych, Robert Biedroń rzucił jedynie hiperoptymistyczne hasło budowy miliona tanich mieszkań na wynajem. Nie sprecyzował jednak, jak wyobraża sobie realizację tego pomysłu.

Andrzej Duda przed pięcioma laty zaproponował program „Twoje mieszkanie”. Po wygranych przez PiS wyborach, rząd zamiast niego uruchomił jednak inny. „Mieszkanie plus”, w ramach którego miały być budowane mieszkania na wynajem, z bardzo niskim czynszem dla osób, których nie stać na zakup własnego M. Dodatkowo dopłata ze środków publicznych miała dawać nadzieję na nabycie mieszkania w przyszłości. Projekt okazał się jednak katastrofą. Na początku roku serwis muratorplus.pl informował, że wybudowano zaledwie… 867 takich mieszkań. Jak wynika z doniesień medialnych, projekt ma zostać przekształcony, a przynajmniej zostanie zmieniona jego nazwa. Teraz dla polityki mieszkaniowej nie znalazł się nawet kawałek miejsca w deklaracji programowej urzędującego prezydenta.

Jego konkurent w II turze, w niedawno udostępnionym programie, kwestiom mieszkalnictwa poświęca trochę więcej uwagi, aczkolwiek bez wskazania zbyt wielu konkretów. Rafał Trzaskowski przede wszystkim chciałby powrotu do programu „Mieszkanie dla młodych”. W formie w jakiej funkcjonował przed kilkoma laty, przewidywał on dofinansowanie w wysokości 10% dla singli i 15% dla rodzin do wkładu własnego, koniecznego przy zaciąganiu kredytu hipotecznego. Poza tym Trzaskowski dość enigmatycznie pisze o potrzebie wsparcia samorządów pieniędzmi unijnymi poprzez stworzenie Samorządowego Forum Mieszkaniowego. Kandydat PO na prezydenta liczy, że dzięki temu w ciągu pięciu lat samorządom uda się „zbudować wiele tysięcy mieszkań”.

Szymon Hołownia zapowiadał wsparcie dla samorządów w budowaniu mieszkań komunalnych oraz remontowanie tzw. pustostanów. Krzysztof Bosak w czasie kampanii poruszał raczej kwestie ustrojowe. Na jego stronie próżno szukać szczegółowych rozwiązań jakichkolwiek problemów, a tym bardziej mieszkalnictwa.

Pozostałych kandydatów pozwoliłem sobie pominąć nie tylko dlatego, że stanowili tło kampanii wyżej wymienionej szóstki. Wszyscy oni o polityce mieszkaniowej mówili bardzo mało, bądź wcale.

Prawda, że przedstawienie propozycji zmian sytuacji mieszkalnictwa w Polsce osób ubiegających się o urząd prezydenta zajęło bardzo niewiele miejsca? Ta lapidarność nie wynika z tego, że chciałem jak najszybciej zakończyć pisanie niniejszego artykułu. Jest raczej dowodem na to, że osoby mające ambicje zostać najważniejszą osobą w państwie po prostu nie mają zbyt wiele do powiedzenia na ten temat. A jeżeli już zabierają w nim głos, często nawiązują do starych, zwykle nie do końca trafionych pomysłów. Szkoda…

Marcin Rezik

Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Magdalena Okraska

Remigiusz Okraska: Daleko do szkoły, jeszcze dalej do szansy

Remigiusz Okraska: Daleko do szkoły, jeszcze dalej do szansy

O polskim systemie edukacji sporo się mówi w ostatnich miesiącach. Reforma gimnazjalna i jej skutki, strajk nauczycieli i reakcje na niego – wszystko to budziło sporo zainteresowania i emocji. Znacznie rzadziej wspomina się o polskiej prowincji, a jeszcze mniej o kondycji szkolnictwa poza wielkimi miastami. A byłoby o czym mówić. O tym, że nie jest dobrze.

Akcja likwidacja

„Przerzedzenie sieci szkolnej” – takim terminem posługują się niektórzy naukowcy, komentatorzy, politycy i urzędnicy. Brzmi dość niewinnie, prawda? Ale w liczbach bezwzględnych już niekoniecznie. Od początku III RP do roku 2012 zamknięto co trzecią szkołę w Polsce – z około 19,5 tys. placówek ich liczba spadła do niespełna 13 tysięcy. Tylko w okresie pełnego wdrażania reformy gimnazjalnej, czyli w latach 1999-2004, zlikwidowano ponad 4,4 tys. podstawówek. Naukowcy Artur Bajerski i Agnieszka Błaszczyk wyliczyli, że znacznie chętniej likwidowano placówki na obszarach wiejskich niż w miastach. W okresie 1990-2012 liczba szkół podstawowych w miastach zmalała o 14%, ale na wsi ubyło ich o ponad 40%.

Z kolei Karol Trammer wyliczył to samo, ale dla krótszego okresu. W tym przypadku proporcje wyglądają jeszcze gorzej: „Likwidacje w przytłaczającej większości dotknęły szkół wiejskich – 53,5 proc. spośród zamkniętych w latach 2007-2012 to placówki w gminach typowo wiejskich, 17,6 proc. w gminach wiejskich popegeerowskich, natomiast 14,7 proc. to placówki w gminach miejsko-wiejskich z dominującą funkcją rolniczą. Ogółem 86 proc. zlikwidowanych szkół podstawowych w latach 2007-2012 to szkoły z gmin wiejskich oraz miejsko-wiejskich”. To nie wszystko. Jak podaje Instytut Badań Edukacyjnych (IBE), w latach 2007-2012 kolejnych 400 szkół ograniczyło skalę działalności, z czego w ponad połowie z nich pozostały tylko klasy I-III.

Następne lata przyniosły kontynuację tego procesu, choć już na mniejszą skalę. Efekt tego wszystkiego? W Polsce jest ponad 500 gmin, w których funkcjonują nie więcej niż dwie szkoły podstawowe. To niemal jedna piąta ogółu gmin w naszym kraju.

Oprócz wspomnianych zmian ponad 500 szkół przekształcono w niepubliczne, znowu głównie w małych miastach i we wsiach. Samorządy lokalne przekazały prowadzenie tych placówek stowarzyszeniom i fundacjom. Często była to jedyna alternatywa dla likwidacji. Tyle że oznaczała m.in. gorsze warunki zatrudnienia. W szkołach takich nie obowiązywały niektóre zapisy Karty Nauczyciela. W efekcie w wielu placówkach znaczna część kadry pedagogicznej to osoby zatrudnione w oparciu o umowy śmieciowe, tylko dorabiające w takim miejscu, niezwiązane silnymi więziami ze szkołą i uczniami. Albo, przeciwnie, osoby zmuszone sytuacją ekonomiczną do podejmowania się ogromnej ilości obowiązków kosztem jakości kształcenia. Raport NIK przed kilkoma laty stwierdzał: „Likwidacja szkół skutkowała częściową utratą miejsc pracy. […] Nauczyciele przechodzący do nowo powstałych szkół otrzymywali wynagrodzenie średnio o 40% niższe od przeciętnego wynagrodzenia nauczycieli szkół gminnych przy jednocześnie zwiększonym o 28% wymiarze godzin dydaktycznych”.

Trudno oczekiwać, że pedagodzy gorzej opłacani i bardziej zapracowani zapewnią taki sam poziom nauczania jak przed zmianami statusu szkół. Dopiero decyzja rządu wprowadziła obowiązek zatrudniania nauczycieli wyłącznie w oparciu o umowę o pracę od 1 września 2018 r.

Demografia czy alibi?

Najczęściej przywoływaną przyczyną trendu zamykania szkół jest zapaść demograficzna. Argumentuje się, że przyrost naturalny był kiedyś znacznie wyższy, a co za tym idzie – liczne były kolejne roczniki uczniów. Brzmi to zdroworozsądkowo – skoro jest mniej uczniów, to potrzeba mniej szkół. Ale w wielu przypadkach tylko pozornie. Wystarczy wspomnieć, że ogromna fala likwidacji placówek w III RP dotyczyła sytuacji, w której na progu zmian mieliśmy klasy bardzo liczne (nawet ponad 40 uczniów i uczennic) oraz placówki, w których tworzono wiele klas równoległych w każdym z roczników.

W takich realiach funkcje pedagogiczne i wychowawcze często realizowano połowicznie lub fikcyjnie. Zmniejszenie liczebności roczników i spadek ilości klas dałyby, w przypadku braku likwidacji szkół, szanse na znaczne polepszenie procesu kształcenia i wychowania. Mowa nie tylko o większej możliwości indywidualnego podejścia do uczniów i ich predyspozycji czy deficytów edukacyjnych, ale także o znacznie lepszych warunkach do rozpoznania problemów wychowawczych czy socjalnych.

Takie podejście byłoby wskazane szczególnie w szkołach prowincjonalnych. Ich uczniowie pochodzą często ze środowisk uboższych, z mniejszym kapitałem kulturowym, nierzadko dotkniętych rozmaitymi problemami i deficytami. Placówki ulokowane są w miejscowościach czy okolicy, gdzie pozaszkolna oferta edukacyjna czy kulturalna jest znacznie gorsza niż w dużych miastach. To w szkołach prowincjonalnych więcej jest dzieci z rodzin niepełniących nieformalnych zadań edukacyjnych, pozbawionych księgozbiorów, z rodzicami bez wyższego wykształcenia, dysponujących mniejszymi lub żadnymi środkami na korepetycje i zajęcia dodatkowe, nie mających łatwego dostępu do placówek kulturalnych i bogatej oferty kształcenia pozaszkolnego.

Z badań dr. Przemysława Sadury wynika, że korepetycje pobierało 69% dzieci wyższej kadry zarządzającej i specjalistów, 52% dzieci pracowników średniego szczebla, 33% dzieci robotników i 10% potomstwa rolników. W ujęciu regionalnym jeden z raportów Instytutu Badań Edukacyjnych wskazuje, że największy odsetek uczniów nieuczestniczących w żadnych nieodpłatnych zajęciach dodatkowych – 60 i więcej procent ogółu – to osoby z trzech województw, które zarazem są regionami o mniejszym występowaniu dużych i zamożnych miejscowości: podkarpackiego, warmińsko-mazurskiego i lubuskiego. W raporcie czytamy: „Województwo warmińsko-mazurskie, charakteryzujące się wysokim udziałem dzieci nieuczestniczących w zajęciach dodatkowych, najrzadziej wskazało jako przyczynę brak takiej potrzeby, natomiast relatywnie często wskazując na brak takich zajęć w miejscu zamieszkania czy też przyczyny materialne”.

Problem jest tym większy, że w Polsce istnieją duże różnice dotyczące dostępu do opieki przedszkolnej. Przedszkola są, a raczej mogłyby być pierwszym etapem zdiagnozowania problemów edukacyjnych i społecznych oraz wyrównywania szans dzieci wobec zróżnicowania rodzinnego. Co z tego, skoro w zależności od doboru grupy wiekowej odsetki maluchów uczęszczających do przedszkoli różnią się na niekorzyść dzieci z obszarów wiejskich o 30-40 punktów procentowych. Raport IBE przypomina, że „Analiza danych dotyczących miejsc w placówkach wychowania przedszkolnego pokazuje, że na wsi jest ich znacznie mniej niż w miastach – zaledwie jedna czwarta miejsc w takich placówkach. Dysproporcje widać też na poziomie samych przedszkoli, z wyłączeniem innych typów placówek – jedynie 23% miejsc w przedszkolach znajduje się na wsi. Opisywane dysproporcje między miastem a wsią staną się szczególnie wyraźne, jeśli zestawimy je z liczbą dzieci na wsi i w miastach – na wsi mieszka niewiele mniej dzieci w wieku przedszkolnym niż w miastach”.

Co to oznacza? Że w środowiskach wiejskich i małomiasteczkowych porządna szkoła mogłaby, a nawet powinna pełnić rolę ważniejszą niż w dużych ośrodkach. W przeciwnym razie istniejące nierówności regionalne czy indywidualne nie są przezwyciężane czy łagodzone, lecz wręcz przeciwnie – ulegają pogłębieniu. Dzieci z prowincji już na starcie przegrywają z rówieśnikami z dużych miejscowości. Raport IBE z roku 2015 podkreśla: „Należy pamiętać, że gdy mówimy o gorszym dostępie do edukacji na wsi, mówimy o problemie, który dotyczy 1/3 gospodarstw domowych. Równocześnie, gdy mówi się o bardzo dobrym dostępie do edukacji w miastach największych, będzie to dotyczyło 14% gospodarstw”.

Kasa się nie zgadza

Dlaczego samorządy lokalne likwidują szkoły? Bo mogą i muszą. Mogą, bo to one są organami prowadzącymi placówek. Teoretycznie edukacja znajduje się w pieczy państwa, ale decentralizacja sprawiła, że o być albo nie być placówki decyduje samorząd. Państwo co prawda sprawuje teoretyczny nadzór, ale każdy rząd może wskazać, że szkoły zostały zlikwidowane przez gminy i powiaty. A te likwidują z prostej przyczyny. Bo muszą: „Utrzymanie jednego ucznia to ponad 30 tys. zł rocznie. Natomiast z subwencji oświatowej dostajemy 7 tys. zł” – mówiła „Dziennikowi Gazecie Prawnej” Jolanta Mysłowska, dyrektor Zespołu Szkolno-Przedszkolnego w Krzczonowie. Anna Kołomycew z Uniwersytetu Rzeszowskiego stwierdza: „polityka oświatowa stanowi szczególne obciążenie dla budżetów gmin wiejskich i miejsko-wiejskich, w których wydatki oświatowe stanowią średnio 42% ogółu wydatków bieżących, ale zdarzają się gminy, w których sięgają nawet 60%”. Warto powiedzieć to jeszcze raz: są gminy, których niemal dwie trzecie wszystkich wydatków pochłaniają dopłaty do funkcjonowania szkół…

Tę zasadę – pieniądze idą za uczniem – „przyklepała” reforma edukacji z roku 1999. Miało to wymóc oszczędności i racjonalne gospodarowanie środkami oraz premiować szkoły dobrze zarządzane i atrakcyjne. Tyle że w przypadku tak niskiej subwencji poskutkowało zarówno wspomnianą falą likwidacji szkół, jak i kolejnym wzrostem nierówności szans i możliwości. Ubogie gminy musiały zamknąć wiele placówek, a dzieci „upchnąć” w pozostałych szkołach-molochach, obniżając jakość kształcenia w nich.

Gminy zamożniejsze stać na pokrycie wspomnianej różnicy między subwencją państwową a kosztami edukacji ucznia. I znowu okazuje się, że te uboższe to zazwyczaj gminy prowincjonalne, wiejskie i małomiasteczkowe, z uboższą ludnością i niższymi wpływami z podatków indywidualnych i od przedsiębiorstw. Z kolei większymi środkami dysponują miejscowości duże i zamożne, przyciągające inwestycje, siedziby sporych firm i oferujące mieszkańcom wyższe pensje. Czyli na lepsze szkoły oraz ich bardziej gęstą sieć mogą liczyć ci, którzy już i tak mają więcej możliwości i szans. Słabych natomiast osłabia się jeszcze bardziej.

Tymczasem zależność indywidualnego sukcesu od jakości kształcenia to nie tylko fakt potwierdzony badaniami społecznymi (lepsze wykształcenie oznacza zazwyczaj bardziej prestiżową pracę, wyższe zarobki, niższe bezrobocie itp.). Nie tylko postulat środowisk prospołecznych. To także coś, co akcentuje nawet znaczna część liberałów, uważając, że co prawda każdy sobie rzepkę skrobie, ale żeby konkurencja była uczciwa, trzeba zapewnić równość szans.

Szkoła za horyzontem

Kolejnym likwidacjom placówek oświatowych towarzyszyły zapewnienia, że do tych, które przetrwały i przyjęły uczniów z zamykanych szkół – zostanie zapewniony dowóz uczniów. Podobnie było z tworzeniem gimnazjów, co oznaczało obniżenie wieku oznaczającego konieczność dojazdu do placówek usytuowanych poza miejscem zamieszkania wielu uczniów.

Prof. Marta Zahorska pisze: „polepszyły się warunki nauczania uczniów w miejscowościach gminnych, w których ulokowane były gimnazja. Natomiast zdecydowanie w gorszej sytuacji są uczniowie dowożeni do tych gimnazjów z okolicznych miejscowości. Czas docierania tych dzieci do szkół wydłużył się, muszą też czekać na rozpoczęcie lekcji aż wszyscy uczniowie zostaną dowiezieni. Podobnie opóźniony jest ich powrót do domu”. Z kolei prof. Krystyna Marzec-Holka dodaje: „Według Elżbiety Tołwińskiej-Królikowskiej (wiceprezes Federacji Inicjatyw Oświatowych) negatywne skutki zamknięcia wiejskiej szkoły to: konieczność dowożenia dzieci do szkoły/innej placówki; ograniczenie środków finansowych gminy – w wielu autobusach nie ma opiekuna dla dzieci na czas przejazdu; w okresie zimowym przejazd lokalnymi drogami jest utrudniony; dzieci marzną na przystankach […]; po południu nie mogą korzystać z oferty zajęć pozalekcyjnych i korekcyjnych, bowiem są odwożone do miejsc zamieszkania, a innej możliwości dojazdu nie ma”.

Problem ten znowu ma bardzo konkretny wymiar i przybiera postać dużych różnic między wsią a miastami. Raport GUS pokazuje, że w roku 2013/14 aż 28% uczniów szkół podstawowych na wsi i jedynie 5% uczniów mieszkających w miastach musiało dojeżdżać do szkół. W przypadku gimnazjów było to odpowiednio 46 i 11% uczniów. W odległości 3-5 km od szkoły podstawowej mieszka 14% uczniów klas I-IV na wsi i tylko 2% w mieście, a w odległości 5-10 km od placówki 7% uczniów ze wsi oraz 1% z miasta. W przypadku gimnazjów jest jeszcze gorzej: odległości do 5 i do 10 km do takich placówek pokonywało po 20% uczniów ze wsi oraz odpowiednio tylko 4 i 5% ich rówieśników z miast. Raport IBE pt. „Uwarunkowania decyzji edukacyjnych” stwierdza, że „Dostęp do szkół podstawowych i gimnazjów jest powszechny, ale połączony z silnie różnicującą uczniów mieszkających na wsi i w mieście koniecznością dojazdów – przede wszystkim w przypadku gimnazjów”.

Oznacza to, że dzieci ze wsi i małych miasteczek są w zasadzie „skazane” na szkołę najbliższą, niezależnie od jej poziomu czy preferencji uczniów. Z raportu IBE wynika, że „im większe miasto, tym bardziej można mówić o faktycznym podejmowaniu decyzji dotyczących wyboru placówki – odsetek przypadków, kiedy wybierano spośród kilku alternatyw (zazwyczaj 2-3), jest wyższy dla większych miast, niższy dla mniejszych, a najniższy na wsi. Na przykład w przypadku gimnazjum nad wyborem szkoły zastanawiano się w przypadku 8% gimnazjalistów mieszkających na wsi i aż jednej trzeciej gimnazjalistów pochodzących z wielkich miast”.

Federacja Inicjatyw Oświatowych alarmowała już w roku 2011: „Pomimo że w większości przypadków odległość wsi do większej szkoły nie jest bardzo duża (kilka kilometrów), to droga dojazdu autobusu jest dużo dłuższa z powodu konieczności objechania wielu wsi – czas dojazdu to nawet godzina. W okresie zimowym przejazdy lokalnymi drogami nie odbywają się punktualnie – dzieci marzną na przystankach. Ze względu na organizację dowozu dzieci często docierają do szkoły dużo za wcześnie, na przykład o godz. 6.30, i czekają na rozpoczęcie lekcji w świetlicy”. Karol Trammer dodawał: „Dowozowi do szkół przyjrzała się również Najwyższa Izba Kontroli – w 2009 r. podczas kontroli w gminach wiejskich Warmii i Mazur wykryto przypadki transportu szkolnego zorganizowanego tak, że uczniowie najmłodszych klas szkoły podstawowej przebywali poza domem ponad osiem godzin, choć ich lekcje trwały cztery godziny. Niektórzy uczniowie klas nauczania początkowego oczekiwali na odwiezienie do domów ponad trzy godziny po zakończeniu lekcji”.

Jeszcze większa skala i dotkliwość problemu dotyczą uczniów szkół ponadgimnazjalnych. O ile dwa pierwsze szczeble edukacji szkolnej mają zapewniony dowóz pojazdami organizowanymi przez gminy, o tyle powyżej poziomu gimnazjów uczeń i jego rodzice są pozostawieni samym sobie. Wszystko to w kraju, w którym problem wykluczenia komunikacyjnego na prowincji jest w ostatnich latach głośny i szeroko opisany. Bo z wielu miejscowości „Polski B” całkowicie lub niemal zupełnie zniknął kolejowy i autobusowy transport zbiorowy.

Nie dla dorosłych

Likwidacja szkół w małych, zwykle mniej zamożnych miejscowościach, dotyka nie tylko dzieci i młodzieży. Raport IBE z 2014 podkreślał: „W wielu wsiach, których dotykają zmiany w sieci, szkoła jest jedyną świecką placówką publiczną, jedynym istniejącym jeszcze miejscem reprezentującym państwo. Ma swoje tradycje, stanowi symbol dawnych nadziei na lokalny rozwój. Nawet jeśli nadzieje te pozostały płonne, tj. przez lata rozwój nie nastąpił, utrata tego ostatniego symbolu postrzegana jest jako moment definitywnego upadku wsi”.

Cytowani już Bajerski i Błaszczyk dodają: „O ile w miastach zamknięcie szkoły nie wpływa znacząco na życie ich mieszkańców, o tyle na wsi jest zazwyczaj istotnym wydarzeniem dla lokalnej społeczności, któremu przypisuje się szereg negatywnych konsekwencji”. Z kolei Kołomycew stwierdza, że „w przypadku szkół wiejskich pojawia się szereg problemów niespotykanych w środowisku miejskim. […] Zaliczyć do nich należy przede wszystkim […] pozaedukacyjne funkcje pełnione przez szkoły na wsi, tj. integracyjne i kulturowe […]. Małe szkoły na obszarach wiejskich są postrzegane jako centrum życia wsi […], świadczą o rozwoju danej miejscowości i wpływają na jej rangę i rozwój”.

Zamykanie szkół we wsiach i niewielkich miastach oznacza, że znikają w nich jedyne lub jedne z niewielu budynków publicznych. W dodatku takie, których przestrzeń i wyposażenie umożliwiały pełnienie funkcji niemożliwych do przeniesienia w inne miejsca. Z kolei placówkom, które pozostały przy życiu, lecz „dogęszczono” je uczniami z likwidowanych szkół, trudniej pełnić inne funkcje dla lokalnej społeczności i pogodzić je z większą skalą wysiłków edukacyjnych.

Zbigniew Kwieciński podsumowywał przed kilkoma laty: „zrobiono wiele w ciągu ostatnich 15 lat […] dla niszczenia kształtowanej przez wieki gęstej sieci szkół podstawowych na wsi, która towarzyszyła rozwojowi sieci osadniczej, która mogłaby być obecnie podłożem kształtowania nowego »modelu szkoły, jako centrum kultury na wsi i tak pożądanego powszechnego przedszkola wyrównawczego«”.

Trzeba inaczej

Niedawny spór między zwolennikami i przeciwnikami gimnazjów tylko w niewielkim stopniu dotyczył omawianej sprawy. Niektórzy przeciwnicy gimnazjów przekonywali, że lepiej jest, aby dzieci pozostawały dłużej w szkole, do której mają bliżej. Zwolennicy zlikwidowanego szczebla argumentowali, że szkoły podstawowe nierzadko blokują rozwój uczniów, bo państwa polskiego nie stać na porządne wyposażenie wszystkich podstawówek. Jedni i drudzy omijają sedno problemu, jakim jest to, że w wielu miejscach „Polski B” nie było dobrego dostępu do dobrej jakości ani szkół podstawowych, ani gimnazjów.

Za najlepszy system edukacyjny na świecie uważany jest model szkolnictwa funkcjonujący w Finlandii. Wymienia się wiele jego cech specyficznych i zalet. Ale jedną z kluczowych i zarazem rzadko w Polsce dostrzeganych jest to, co jego badaczka i admiratorka prof. Pirjo Linnakylä opisuje tak: „W Finlandii nieistotne jest, w jakim miejscu uczeń żyje oraz do jakiej szkoły pójdzie. Możliwości kształcenia są w praktyce takie same w całym kraju, niezależnie od tego, czy uczeń ten mieszka na dalekiej Północy – w najdalszych obszarach regionu Lapland, czy w stołecznym obszarze Helsinek”. Póki co Polska robi coś niemal dokładnie odwrotnego.

Remigiusz Okraska

Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Tomasz Chmielewski

Praca z sensem – pokolenie millennialsów o zarządzaniu

Praca z sensem – pokolenie millennialsów o zarządzaniu

Dzisiejsze zarządzanie przeżywa szereg wstrząsów. Okazuje się, że dotychczasowy paradygmat oparty na stałym wzroście jest ślepą uliczką. Prawdę mówiąc, opieranie się na założeniu, że wzrost jest nieskończony i jest jedynym celem organizacji, jest dość niemądre – wszakże nikt nie jest w stanie ciągle się rozwijać. W typowym paradygmacie zarządzania rozwój następuje poprzez wzrost przychodów lub redukcję kosztów, ale przecież nie możemy tego robić w nieskończoność. Jednocześnie można sobie zadać pytanie, czy nieustanny wzrost i rozwój mają sens. Czy dają one poczucie szczęścia swoim pracownikom? I po co w ogóle jest zarządzanie i organizacja?

Niniejszy artykuł jest efektem dyskusji przeprowadzonej razem ze studentami na temat artykułu prof. Moniki Kostery („Syzyf, twój brat”) w ramach przedmiotu „Teoria Zarządzania” realizowanego w Szkole Głównej Handlowej w Warszawie na studiach magisterskich. Zadanie, przed którym stanęli studenci, było proste i sprowadzało się do przeczytania artykułu prof. Kostery oraz sformułowania dwóch rekomendacji dla swojego potencjalnego przełożonego w obszarze zarządzania zasobami ludzkimi.

Rezultaty ćwiczenia dały dużo do myślenia. Tytułowy Syzyf wywołał lawinę komentarzy młodego pokolenia na temat jakości środowiska pracy, w którym przyszło nam stawiać pierwsze kroki. W pogoni za być może utopijną wizją, jaką tworzymy wokół pracy zawodowej, zderzamy się z rzeczywistością, która potrafi nas zaskoczyć – zarówno pozytywnie, jak i negatywnie. Wynikało z nich, że studenci po prostu chcą pracować w organizacjach, w których ich praca będzie miała sens. Czy chcą cały czas piąć się w górę po szczeblach kariery i maksymalizować zyski? Niekoniecznie. Kwestie odnoszenia satysfakcji z pracy, uczciwego traktowania i możliwości nauki oraz jednoczesnego rozwoju są dla nich kluczowe. Czy to jest postawa roszczeniowa, tak często wskazywana jako jedna z cech obecnych millennialsów?

Można spróbować samemu sobie odpowiedzieć, zadając następujące pytania: Czy pracując zastanawiam się jaki w ogóle jest sens mojej pracy? Czy mam możliwości rozwoju i czuję się doceniony? Czy jestem zaangażowany w swoją pracę i czuję, że przyczyniam się do sukcesu swojej organizacji? Jeśli, na któreś z pytań padła odpowiedź „nie”, to może też reprezentuję „postawę roszczeniową”?

W procesie uczenia się, za Alanem Mumfordem i Peterem Honeyem, wyróżnia się cztery fazy: teorię, która odpowiada na pytanie „co?”; pragmatykę odpowiadającą na pytanie „po co?”; empirię – „jak?” oraz analizę „dlaczego?”. Mumford i Honey twierdzą, że nie da się niczego nauczyć, jeśli nie przejdziemy tych czterech faz. Tak samo organizacja nie jest w stanie się uczyć, jeśli nie podchodzi refleksyjnie do swoich aktywności – wskazał to Peter Senge w swojej koncepcji „organizacji uczącej się”, gdzie zaproponował dwie pętle uczenia się. Jedna sprowadzająca się do gaszenia powstałych pożarów i drugą refleksyjną, mającą zapobiegać pożarom. Można powiedzieć, że w takiej organizacji wzrost i maksymalizacja zysków nie jest ostatecznym i jedynym wskaźnikiem sukcesu. Ten sukces wynika z dyskusji z osobami, które tworzą tę organizację. Warto zapoznać się z mądrym spojrzeniem młodych ludzi na zarządzanie i dowiedzieć się, czym jest dla nich praca z sensem.

Głosy studentów skupiły się przede wszystkim na dwóch aspektach: poczuciu sensu wykonywanej pracy oraz możliwości rozwoju. U źródła alienacji pracowników leżą takie kwestie, jak brak poczucia sensu pracy, przynależności do organizacji i możliwości samorozwoju. Wkraczając na rynek pracy z nadzieją, że za kilka lat studenci będą czuć satysfakcję z wyboru ścieżki zawodowej, chcą od pierwszych dni stać się integralną częścią organizacji. Zachłystują się własnymi oczekiwaniami wobec pracodawcy i są roszczeniowi czy może prezentują inną perspektywę hierarchii wartości i tyko chcą zwrócić uwagę pracodawców na ogniska zapalne, które rozgrzewają ich do czerwoności? Warto zaznaczyć, że celem millennialsów nie jest przeważnie wzniecanie pożarów, a jedynie podniesienie alarmu. Robią to przeważnie w sposób dość bezpośredni, co starsze pokolenia odbierają jako zamach na dotychczasowe status quo. Z tym że intencje są jak najbardziej pozytywne.

Zacznijmy od kwestii poczucia sensu oraz istotności pracy. Każdy pracownik, aby działał efektywnie, potrzebuje motywacji i musi on widzieć jej sens i znaczenie, a także późniejsze efekty (poniżej zawarte cytaty są wypowiedziami studentów, które powstały w ramach ćwiczenia analizującego artykuł profesor Moniki Kostery). Stając się częścią wspólnego projektu powinniśmy mieć szansę na poznanie kluczowych kwestii związanych z wykonywaną pracą oraz wpływu na finalny produkt, który powstanie, ponieważ bez tego czujemy się jak maszyna, którą ktoś postanowił zaprogramować, aby wykonać konkretne zadanie od A do Z bez zadawania pytań. Poznając cel wykonywanej pracy, łatwiej jest się zaangażować i współistnieć jako jeden organizm, który zgodnie dąży do celu, a wszystkie jego elementy tworzą spójną całość. Wiedza, że nasze działania przyczyniają się do sukcesu firmy jest ważnym aspektem dla pracownika. Powszechne są jednak opinie, że w niektórych środowiskach pracowniczych panuje przyzwolenie i cicha afirmacja na zachowanie okazujące dezaprobatę bądź brak przywiązania i poczucia odpowiedzialności za firmę, w której się pracuje. Brak poczucia sensu pracy skutecznie zniechęca pracownika, u którego prędzej czy później pojawi się wypalenie, do podejmowania odpowiedzialności, dlatego tak istotne z punktu widzenia młodego pokolenia wydaje się poznanie sensu swojej pracy i jej dalszych efektów. Bycie odosobnionym elementem całej organizacji i brak identyfikacji z wizją i celami firmy powoduje, że nie wykorzystamy potencjału i umiejętności.

Drugim i równie ważnym aspektem jest możliwość rozwoju. Zaczynając pracę i poznając jej wymogi chcemy dać z siebie możliwie jak najwięcej, wykorzystując i rozwijając swoje kompetencje. W procesie samodoskonalenia niezbędna jest motywacja ze strony pracodawcy, która wspiera zaangażowanie i dążenia pracownika do rozwijania umiejętności. Trafiając do korporacji, w których dumnie brzmią takie hasła jak „ścieżka rozwoju”, liczymy na to, że nie są to tylko puste frazesy. Aspiracje młodego pokolenia nie kończą się tylko na podjęciu pracy pod szyldem nowoczesnej organizacji przyjaznej pracownikowi, lecz opierają się na głębokiej nadziei dotyczącej możliwości poszerzenia kompetencji, które zostaną wykorzystane podczas pracy. Doświadczenie, o które tak usilnie zabiegają pracodawcy, a którym nie dysponuje osoba wchodząca na rynek pracy, powinno być w tym przypadku zastąpione taką cechą jak ambicja i chęć samorozwoju. Kiedy pracownik otrzymuje szansę „wykazania się” i ma większą swobodę działania, jest bardziej zmotywowany, a jego czyny wynikają w większym stopniu z własnej inicjatywy, aniżeli pracowniczego obowiązku. W ten sposób pracownicy wkładają w swoje działania więcej serca i przekonania, czują się związani z efektami swojej pracy, gdyż są one stricte powiązane z ich osobą, dzięki czemu przełożeni mają pewność, iż nie będą oni działać wbrew interesom przedsiębiorstwa. Dodatkowo, co niezwykle ważne, pracownicy czują też, że ich przełożeni ufają im i wierzą w ich umiejętności.

Niejednokrotnie spotykamy się z opinią, że ścieżka rozwoju pracowników powinna być odpowiednio dostosowana do stanowisk oraz indywidualnych potrzeb zainteresowanych. Organizacja powinna sprzyjać różnorodności pracowników oraz wspierać rozwój ich talentów. Ważna jest kultura oraz środowisko pracy, które sprzyjają poszerzeniu umiejętności oraz kwalifikacji pracowników. Częste promowanie odpowiedzialnych wartości sprzyja przyjmowaniu i stosowaniu ich przez pracowników. Istnieje silne przekonanie, że dla pracownika ważne jest poczucie odpowiedzialności za swoje czyny, a ponadto chce on czuć, że jego pomysły i idee realnie wpływają na rzeczywistość. Praca staje się pewnego rodzaju misją w życiu pracownika, dzięki czemu nie jest on nastawiony tylko na mierzalne efekty, ale również na zmienianie, ulepszanie świata. W oczach młodego pokolenia interesująca wydaje się uwaga o możliwości samodzielnej organizacji czasu pracy i przydzielonych zadań, a firma powinna stwarzać przestrzeń umożliwiającą dyskusję i ocenę tworzonych rozwiązań we współpracy z innymi pracownikami.

W celu skonfrontowania głosu i zdań naszych rówieśników, przeprowadziliśmy rozmowy z dwiema absolwentkami SGH, które ukończyły naszą Alma Mater kilka lat temu i mają już doświadczenie nabyte podczas pracy w różnorodnych środowiskach. Aby spojrzeć szerzej na poruszony problem udało nam się dotrzeć między innymi do osoby, która obecnie pracuje za granicą – w Stanach Zjednoczonych.

Pierwszą osobą z którą rozmawialiśmy, była Kalina, która opuściła progi uczelni w 2016 roku. Wspominając swoje wstępne doświadczenia zawodowe, które zdobywała podczas pracy w jednym ze start-upów, jedną z rzeczy, na które zwraca uwagę, jest fakt, iż realne obowiązki, które wykonywała w pracy różniły się od tego, co przeczytała w ogłoszeniu, aplikując na ofertę pracodawcy. Co istotne, nie traktuje ona tego jako czegoś negatywnego, choć w jej przypadku obowiązków było więcej, niż się spodziewała. Na początku kariery takie wyzwanie może być traktowane pozytywnie, gdyż pomaga poznać swoje preferencje, sprawdzić się w różnych zadaniach i uświadomić sobie, co lubimy robić, a czego nie. Kalina przy okazji zaznacza, że całość odbywała się w dobrej atmosferze, nie występowało uczucie zarzucenia obowiązkami zepchniętymi na praktykanta. Dobra atmosfera jest konieczna, aby radzić sobie z dużym obciążeniem. Według Kaliny, jest to nieporównywalnie lepsza sytuacja od takiej, gdzie głównym obowiązkiem praktykanta jest przysłowiowe parzenie kawy.

Kalina od niedawna ma możliwość pracowania w Stanach Zjednoczonych, w dużej korporacji. Zapytana o kulturę pracy w organizacji zwraca uwagę na jedną istotną różnicę w porównaniu z Polską: ludzie są bardziej otwarci i skorzy do współpracy, co pomaga zaaklimatyzować się młodemu pracownikowi w nowym środowisku. Na uwagę zasługuje fakt, iż Kalina swoją pracę za granicą dostała u tego samego pracodawcy, u którego odbywała dwa lata wcześniej program menedżerski dla absolwentów. Pokazuje to, że polityka otwartych drzwi wobec byłych pracowników popłaca i warto doceniać młodych na rynku pracy, gdyż w dynamicznie zmieniającym się środowisku nigdy nie wiadomo jak potoczy się życie i czy droga kariery nie zatoczy koła. Szalenie istotnym aspektem z punktu widzenia motywacji młodego pracownika jest świadomość tego, co robi, jaki jest cel jego pracy i jak istotny jest wkład w całość projektu. Brak tego czynnika może być demotywujący. Aby temu zapobiec, pracodawcy powinno zależeć na tym, żeby przy wdrożeniu i podczas wykonywania pracy nie pomijać przedstawienia sensu i powodu wykonywanych czynności.

Podczas drugiej naszej rozmowy z Agnieszką, która ukończyła studia w 2013 roku, poruszona została kwestia kształtowania się etyki pracy młodego pracownika bez wcześniejszych doświadczeń. Pierwsze spotkanie z pracodawcą i odczucia wyniesione z debiutu na rynku pracy mogą rzutować na dalszą karierę i rozwój myślenia młodego człowieka, dlatego tak istotne jest otoczenie początkującego pewnym parasolem bezpieczeństwa, danie mu możliwość przekonania się o własnych preferencjach, co umożliwi mu wszechstronny rozwój. To prawda, że młody pracownik jest zazwyczaj inwestycją i aby go utrzymać, trzeba poświęcić mu nieco więcej czasu i uwagi. Jeśli taka osoba nie będzie traktowana jako tańszy i mniej wydajny zamiennik pełnoprawnego pracownika, organizacja będzie długoterminowo czerpać z takiej osoby wymierne korzyści. Powierzanie kreatywnych zadań i rozdzielenie odpowiedzialności jest znakomitym narzędziem szkolenia i rozwoju, po który pracodawcy powinni sięgać.

Aby utrzymywać wysoką kulturę na rynku pracy, w relacjach z pracodawcą i pracownikiem ważna jest transparentność od pierwszego etapu rekrutacji, czyli oferty pracy. Siedziba w domu na Saskiej Kępie z ogrodem czy regularna dostawa cytrusów nie powinny być głównymi elementami zachęcającymi do aplikowania. Transparentność i prawdomówność w zakresie pokazywania przyszłych obowiązków i zadań powinna być pierwszym i najważniejszym przykazaniem dla rekrutujących. To prosta droga do oszczędzania czasu obydwu stron procesu rekrutacyjnego, sprawia, że zwiększa się szansa pozyskania właściwego kandydata, który już na początkowym etapie odpowie sobie na pytanie, czy chce wykonywać zaprezentowane zadania, a tym samym nie zostanie rozczarowany na wstępie i zostanie w ostatecznym rozrachunku w firmie na dłużej

Agnieszka, posiadając obecnie doświadczenia z pracy w korporacji, zwraca uwagę na istotną rolę działów HR, które powinny być wsparciem i umożliwiać zgłoszenie problemu, który w pracy może każdego dotknąć. Przy zachowaniu anonimowości może być to niezbędny środek, który zapewni pracownikowi poczucie, że w razie problemów ma się do kogo zgłosić i nie zostanie osamotniony w gąszczu powiązań, układów i znajomości.

Czy powyższe oczekiwania i doświadczenia zarówno obecnych studentów, jak i absolwentów, sprowadzają się do oczekiwań finansowych, często powiązanych z orientacją organizacji na ciągły wzrost? Niekoniecznie, kwestie finansowe są oczywiście bardzo ważne, ale to, czego oczekuje młoda osoba wchodząca na rynek pracy, to transparentność, podmiotowe traktowanie oraz funkcjonowanie w środowisku, gdzie błędy są dozwolone, ale wyciąga się z nich wnioski. Ważna jest etyka, rzeczywiste kompetencje oraz dobra atmosfera w pracy.

Może więc ta narracja o roszczeniowości millennialsów wynika z tego, że starsze pokolenie czasami nie jest w stanie sprostać tak podstawowym wymaganiom? A być może nie ma w rzeczywistości napięcia pomiędzy młodym a starszym pokoleniem, lecz konflikt występuje, gdy przełożeni traktują pracowników przedmiotowo? Przecież formalne zwierzchnictwo to po prostu odpowiedzialność za innych niezależnie od tego, czy ma się pod opieką millennialsów, czy starsze lub młodsze osoby. I o tym warto pamiętać w zarządzaniu…

Jakub Brdulak, Natalia Chlebowska, Hubert Mazurczak