Theodor W. Adorno: Rezygnacja (1969)

Theodor W. Adorno: Rezygnacja (1969)

Nas, przedstawicieli najstarszego pokolenia kręgu, który zwykło się określać jako szkołę frankfurcką, oskarżono o rezygnację. Podobno jedynie rozwijaliśmy założenia krytycznej teorii społeczeństwa, lecz nie byliśmy gotowi do wyciągnięcia z nich praktycznych konsekwencji. Zarzuca się nam, iż nie przedstawiliśmy programu działania ani nawet nie poparliśmy działań podejmowanych przez innych, którym nasza teoria dostarczyła zachęty.

Na uboczu pozostawiam kwestię, czy takie wymagania należy stawiać myślicielom-teoretykom: tyleż wrażliwym, co niekoniecznie najodporniejszym i szczególnie sprawnym w akcji bezpośredniej instrumentom reagowania na rzeczywistość historyczną. Determinacja, którą mnie i moim przyjaciołom narzuciło społeczeństwo podziału pracy, o tyle jest problematyczna, że wzbudza podejrzenia, czy nie jest zarazem deformacją. Ale stosunki społeczne, jeżeli nawet zniekształcają swoich uczestników, to w tym samym ruchu ich pozytywnie kształtują. Możemy dokonać tylko tego, co odpowiada wyrobionym w nas umiejętnościom; nigdy natomiast nie wywołujemy realnych skutków nieograniczenie swobodnym aktem woli.

Nie chcę negować subiektywnych uwarunkowań, które skłaniają do jednostronnego skupienia się na teorii. Za ważniejszą pod tym względem uważam jednak stronę obiektywną. Zarzut, który pod naszym adresem wygłaszano z wielką łatwością, można oddać poniższymi słowy. Kto wątpi w możliwość istotnego przekształcenia społeczeństwa w obecnej fazie jego rozwoju – i, wobec tego, nie angażuje się w równie gwałtowne, co spektakularne akcje, ani do udziału w nich nie wzywa – w istocie wyrzeka się wszelkich zmian na lepsze. Cel, o którym marzył, uznaje za nierealny. Może nawet nie życzy sobie, żeby go osiągnięto? O ile pozostawia rzeczywistość w takim stanie, w jakim ją zastał, chcąc nie chcąc się jej poddaje.

Dystans wobec praktyki prowokuje powszechną niechęć. Izolowane jednostki, które niechętnie zabierają się do wspólnej roboty, troszcząc się, żeby czasami nie pobrudzić sobie przy niej rąk – mimo że ich pięknoduchostwo prawdopodobnie nie ma za sobą żadnych uprawnień, a za to wywodzi się z niesprawiedliwego przywileju – trafiają natychmiast pod lupę podejrzenia. Jednolity front nieufności, ścigającej tych wszystkich, co nie ufają praktyce, rozciąga się między odległymi z pozoru skrajnymi flankami. Rzecznicy starego sloganu „dość tej gadaniny” [1], który nieodmiennie służył do gnębienia adwersarzy w debacie jak najbardziej werbalnej, łączą się tam z wysłannikami obiektywnego ducha reklamy, którego obrazowe motywy przewodnie wysławiają ludzi czynu, od menedżerów do sportsmenów. Głos nadrzędnego obowiązku każe uczestniczyć i współdziałać. Skoro ośmielasz się wyłączać siebie ze zbiorowego nurtu, jesteś słabeuszem, tchórzem, a może nawet zdrajcą. Dyskredytującymi kliszami, wymierzonymi przeciw intelektualistom, posługują się – nie zauważając ironii takiego obrotu spraw – ci sami kontestatorzy, którzy w swoim czasie na intelektualistów pozowali.

Tym entuzjastom działania za wszelką cenę, którzy jeszcze potrafią myśleć, należy odpowiedzieć, co następuje: rewizji domaga się, nie na ostatnim miejscu, aktualnie obowiązujące pojmowanie relacji między teorią a praktyką. Wynosząc na piedestał kategorię praxis, uległemu wobec niej umysłowi narzuca się zgodę na prymat pragmatyków i ideałów skrojonych na ich miarę. Śladem tego zabiegu idzie zakaz myślenia. Jego stosunkowo jeszcze najłagodniejsza formuła tak przetwarza impulsy oporu przeciw represji, żeby je wykorzystać do represyjnych celów. Jeżeli, mimo wszelkich chęci, nie jesteś w stanie kontrolować swojego życia i jego obiektywnych warunków, wobec tego – zgodnie z jej wezwaniem – przestań wybrzydzać na kształt, który nadała ci presja społeczna. Sławetna jedność teorii i praktyki zawsze miała skłonność do utożsamiania się z wszechwładzą tej ostatniej. Niejeden atak na rzekomo, według niego, skompromitowaną teorię dopatruje się w niej formy panowania – tak, jak gdyby w przypadku wychwalanej praxis jej związki z panowaniem nie były o wiele bardziej bezpośrednie.

U Marksa, jego próba zjednoczenia wymiarów teoretycznego i praktycznego wskazywała na – dostępne wówczas, a dalekie jeszcze od realizacji – możliwości działania. Teraz dzieje się na odwrót. Nawołuje się wrzaskliwie do działania zmieniającego świat, żeby w praktycznych skutkach i często również słabo ukrywanej intencji je sparaliżować. I u Marksa, jednakże, odsłania się – na próżno poddawana zabiegom chirurgicznym – rana rozdarcia między praktyką a teorią. Autorytarny ton, z jakim głosił on swoją jedenastą tezę o Feuerbachu [2], świadczy, iż nie do końca był pewny jej mocy. W swojej wczesnej młodości wzywał do radykalnej krytyki wszystkiego, co zastane. Wkrótce jednak zaczął krytykę wyszydzać. Jego niezasłużenie spopularyzowane kpiny z młodoheglistów, gdzie do znudzenia przezywa się ich „krytycznymi krytykami” [3], były intelektualnym niewypałem. W prymitywnie, kawa na ławę wyłożonej tautologii, na której się opierają, nie ma dowcipu za grosz. Wymuszony na sobie zwrot ku praktyce sprawiał niejednokrotnie, że krytyka uprawiana przez samego Marksa zatrzymywała się w martwych punktach irracjonalnego milczenia. W Rosji oraz w reszcie krajów poddanych marksistowskiej ortodoksji, wulgarne tłumienie „krytycznej krytyki” przeobraziło się w użyteczny instrument do reprodukcji istniejących stosunków. Praktykę zredukowano tam do forsownej produkcji środków produkcji przemysłowej. Natomiast za jedynie dopuszczalną formę krytyki uchodzi narzekanie biurokratycznych propagandzistów, że ludzie pracy zbyt mało wydajnie pracują. Podporządkowanie rewolucyjnej teorii wobec praktyki z wyjątkową łatwością oddało się w służbę odtwarzających się – mimo rewolucji – struktur panowania.

Represyjna nietolerancja [4] w stosunku do wątpiących, czy przejście do praktycznego działania biegnie w obecnych warunkach szeroko rozwartą bramą, wynika z syndromu lękowego. Ludzie obawiają się nieskrępowanej myśli – podobnie jak postępowania, które nie daje się utrzymać w dopuszczalnych ramach – ponieważ gdzieś w swoim wnętrzu czują coś, do czego by się nigdy otwarcie nie przyznali: że ta myśl ma słuszność. Istnieje pewien pradawny mechanizm kultury mieszczańskiej, znany już XVIII-wiecznym filozofom oświeceniowym, który od czasu do czasu bywa odnawiany, lecz nie zmienia się co do swej natury. Zgodnie z nim, przykre doznania, wywołane nieprzychylną sytuacją w świecie zewnętrznym, szczególnie zaś blokadą nakładaną przez zasadę rzeczywistości, ulegają przeniesieniu, wyrażając się w agresji wobec tych, którzy ujawniają problem. Gdy idzie o zajmujący nas konkretny wypadek, myśl krytyczna, wierna duchowi świadomego siebie oświecenia, usiłuje odczarować pseudorzeczywistość, w której porusza się akcjonistyczny kult działania. Tego ostatniego w ogóle nie da się pojąć, o ile z góry, w samym punkcie wyjścia nie zwiąże się go z kategorią pseudorzeczywistości. Jej natomiast – idąc dalej – w charakterze subiektywnego odpowiednika należy przyporządkować pseudoaktywność.

Jest ona takim gatunkiem czynu, który sam siebie celebruje przesadnie brzmiącym hymnem na własną cześć. Jego sprawcy, dopominając się o publicity, nie stawiają sobie pytania, w jakim stopniu ich akcja służy zaspokojeniu zastępczemu, ze środka do celu przemieniając się w samowystarczalny cel. Wydobywając się daremnie z zamkniętego pomieszczenia, czerpie się w końcu przyjemność z rozpaczy tym wywołanej. W sytuacjach tego typu albo w ogóle się nie myśli, albo też nieudolnie próbuje się to czynić, przyjmując z gruntu fałszywe założenia pierwotne. Z powyższego względu, w ramach praxis wyniesionej na szczebel absolutu, zawsze reaguje się nieodpowiednio do bodźca sytuacyjnego. Wyjścia z tej pułapki nie znajdzie się nigdzie poza myśleniem – i to jedynie takim, które nie pozwala z góry wyznaczać sobie rezultatów. Trudno tymczasem spodziewać się go na debatach, gdzie przed ich rozpoczęciem ustala się sztywno, czyja racja musi się znaleźć na wierzchu. Takie spory, rzecz jasna, nie przyczyniają się do poznawczego wgłębienia w swój przedmiot ani do ustalenia postulatów praktycznych w związku z zawartą w nich refleksją. Bezwarunkowo kapituluje się w nich przed rozgrywkami taktycznymi. Myślenie musi przeciskać się nawet przez zatrzaśnięte drzwi. Należy do jego obowiązków, żeby nieustająco problematyzować własne przesłanki i dopiero na podstawie takiej krytyki wyciągać określone konsekwencje. Nie wolno mu uznawać istniejącej sytuacji za daną i nienaruszalną. Jeżeli ta się kiedykolwiek odmieni, to nie dojdzie do tego bez udziału myślenia, które nie pozwala siebie krępować ani przykrajać na miarę. Skok w praktykę nie ratuje myślenia przed zagrażającą mu rezygnacją. Brak mu na to szansy dopóty, dopóki odbywa się on za cenę wyparcia się wiedzy, jaką zafascynowany nim teoretyk kryje usilnie sam przed sobą: że sprawy przebiegają inaczej niż twierdzą dyktujące go kalkulacje.

Pseudoaktywność – określając rzecz ogólnie – jest próbą fikcyjnego ocalenia enklaw bezpośredniości wewnątrz społeczeństwa, które jest tyleż powiązane siecią wielostronnie zapośredniczonych relacji, co zesztywniałe w swej strukturze. Dla tej sprzeczności między dążeniem a kontekstem, w którym się stara je spełnić, oczywiście wynaleziono racjonalizację. Jakoby stale czyni się małe kroki w długim marszu ku globalnemu przeobrażeniu świata. Fatalna zasada, do której pseudoaktywność konsekwentnie się stosuje, wzywa z naciskiem: „do it yourself”. Sens owego „zrób to sam” w istocie polega na tym, że ludzie mają się zaprzątać typami aktywności wytwórczej, które od dawna dałyby się wykonać o wiele lepiej środkami przemysłowymi, wciąż poświęcając się ciasnej, wyzutej z wolności i pętającej spontaniczność krzątaninie – tak, jak gdyby wszystko, co im służy, musiało pochodzić z jej trudu i znoju. Absurd tego nowoczesnego przykazania w sferze produkcji – a nawet przy wielu reperacjach – zaspokajających potrzeby zbiorowe dóbr materialnych, jest widoczny jak na dłoni. Ale na tym jeszcze nie koniec. O ile serwisy techniczne z różnych – na przykład finansowych – przyczyn nie są dostępne dla wszystkich klientów, wówczas partyzanckie czynności naprawcze, podejmowane przez prywatnych użytkowników, zyskują pewien quasi-racjonalny sens.

W polityce zasada „robienia czegoś samemu” znaczy coś trochę innego. Społeczeństwo, które sztywno i nieprzejrzyście przeciwstawia się ludziom, tworzą pomimo wszystko oni sami. W nadziejach wiązanych z ograniczonymi zakresowo akcjami małych grup o tyle zawiera się jądro słuszności, że nieraz w tych akcjach do życia budzi się spontaniczność, drzemiąca pod zlodowaciałą społeczną całością, bez której przejście do ustroju innego i jakościowo lepszego nigdy nie nastąpi. Współczesny świat administrowany, ze swej zasady paraliżuje wszelką spontaniczność, wykorzystując w tym celu, nie na ostatnim miejscu, jej kanalizowanie w rozmaitych formach pseudoaktywności. Zabiegi te, na szczęście, w żadnym razie nie przebiegają aż tak gładko, jak życzyliby sobie odpowiedzialni za nie funkcjonariusze.

Spontaniczności wszakże nie wolno absolutyzować. Jeżeli się o tym zapomina, odrywa się ona nieuchronnie od sytuacji obiektywnej, w której powinna się wyrażać. I wtedy zamienia się w bożka dumnego ze swej wmawianej sobie autonomii, przypominając do złudzenia ten sam świat administrowany, z jakim walczy. Cieśla – z klasycznie mieszczańską roztropnością doradzał Schiller [5] – używając siekiery do wykonywania zawodu, może na niej oszczędzić w gospodarstwie domowym. Nie respektując tego światłego zalecenia, ma się okazję sięgnąć poza wąski obszar wykalkulowanego interesu prywatnego. O ile jednak odruch w tym kierunku obywa się bez refleksji, wówczas nasz cieśla, chwytając siekierę, którą jakimś cudem znalazł w domu, wali ślepo w drzwi sąsiada. A gremium ekspertów od zagospodarowania nadwyżki jego energii psychicznej spieszy, by mu usłużyć.

Również działalności politycznej przytrafia się degeneracja do rzędu pseudoaktywności. Staje się ona wtedy czymś w rodzaju teatru. Nieprzypadkowo ideały akcji bezpośredniej, podobnie jak propagandowe wezwania do czynu, zmartwychwstały po długim okresie, w którego trakcie organizacje postępowe ze szczególnym upodobaniem szły na integrację z istniejącym systemem, przyswajając sobie, jak cała ziemia długa i szeroka, te właśnie standardowe cechy, które w swoich dniach burzy i naporu surowo osądzały. W obecnym momencie, pewne znaczenie odzyskuje krytyka anarchizmu. Powrócił on do dzisiejszych czasów jak widmo przeszłości. Zniecierpliwienie teorią, które anarchizm krzykliwe demonstruje, pozwala mu nie zastosować jej kategorii krytycznych do samego siebie. Ale dokładnie w tym stopniu, w jakim wierzy, iż umknął krytyce, bezwolnie ją ilustruje.

Zatopienie się w pseudoaktywności ułatwia jednostce jej kapitulacja przed kolektywem, z którym pragnie ona za wszelką cenę się zidentyfikować. Dzięki temu bowiem unika stanięcia oko w oko z własną bezsiłą. Jeden ze słabych i nielicznych, po czarodziejsku przemienia się w członka zwycięskiej masy. To właśnie na poddaniu się tej magicznej transformacji – a w żadnym wypadku nie na wysiłku swobodnego myślenia – polega rezygnacja. Przy panujących realiach, nie ma przejrzystych związków między poszczególnymi „ja” oraz kolektywem, który je wzywa do odpowiedzialności. Dlatego jednostka musi siebie przekreślić, aby kolektyw powołał ją do życia w swej łasce uświęcającej. Niepostrzeżenie zawisł nad nami nowy imperatyw kategoryczny, który niewiele ma wspólnego z Kantowskim: musisz się gdzieś zapisać. Za uszczęśliwienie osiągniętymi w ten sposób nowymi narodzinami składa się chętnie ofiarę z autonomicznego myślenia. Fałszywa pociecha sugeruje, że myśli uczestników akcji zbiorowej, zespoliwszy się w jedno ognisko, będą o wiele trafniejsze. Jednakże umysł zdegradowany do służby działaniu w charakterze całkowicie mu podporządkowanego narzędzia, zaraża się otępieniem od rozumu instrumentalnego, który włada rzeczywistością zastaną. W bieżącej chwili niepodobna sobie konkretnie przedstawić doskonalszej niż aktualna postaci społeczeństwa. Wizje, które ją odmalowują tak, jak gdyby znajdowała się na wyciągnięcie ręki, obnażają nieuchronnie swe regresywne znamiona. Kto jednak ulega regresji, ten – według nieprzedawnionego spostrzeżenia Freuda – nie osiągnął swych celów popędowych. Dzieje się tak i wówczas, gdy wyrzeczenie, starając się uchodzić za własne przeciwieństwo, z niewinnym uśmieszkiem propaguje zasadę przyjemności.

Na przekór temu wszystkiemu, myślenie bezkompromisowo krytyczne, które ani nie narzuca sobie wzorcowej samowiedzy, ani nie ulega terrorowi manifestów wzywających do bezzwłocznego działania, ocala prawdę lepszego świata, którego nie chce się zaprzeć. Myśl jest czymś więcej niż reprodukcją faktyczności, która się bez niej obywa. O ile tylko dobrowolnie się od nich nie odetnie, twardo trzyma się nieurzeczywistnionych możliwości. Właściwe jej nienasycenie, znajdując się na przeciwnym biegunie wobec pędu do zaspokojenia głodu, odrzuca rzekomą mądrość rezygnacji. Zawarty w niej moment utopijny jest tym silniejszy, w im mniejszym stopniu – obroniwszy się i przed taką pokusą regresu – urzeczowia się w gotowy ideał, czym krzyżowałby swoją realizację. Wypowiedziana myśl wskazuje ponad siebie. Swego czasu nie była ona niczym więcej, jak tylko zachowaniem, a więc pewną formą praktyki. W swej aktualnej, do niepoznaki odmienionej postaci wciąż pozostaje bliższa praktyce niż to wszystko, co na wymienioną się powołuje i ślepo jej słucha. Poza jej wszelkimi szczegółowymi treściami, jest nadal pierwotną siłą stawiania oporu, od której z najwyższym trudem przychodzi ją oddzielić.

Myślenie ujęte w takim szczególnym znaczeniu właściwie nie daje się pokonać ani stłumić: czy to zastanym stosunkom, czy to już osiągniętym celom, czy wreszcie któremukolwiek obozowi politycznemu. Co kiedyś zostało pomyślane, może zostać przejściowo zniszczone, zapomniane i rozproszone. Nigdy jednak nie da się wmówić myśleniu, że zaginie bez śladu. Nierozerwalnie z nim złączony jest moment ogólności. To wszystko, co myślę tutaj, w tej oto chwili, kiedyś, już w cudzych głowach, na pewno powróci. Tej nadziei nie odbierze się najbardziej chociażby osamotnionemu i bezsilnemu umysłowi. Kto istotnie myśli, w całej uprawianej przez siebie krytyce wolny jest od agresji. Myślenie bowiem sublimuje agresywne popędy. Człowiek myślący nie wyrządzi innym niczego, przed czym pragnąłby sam siebie uchronić.

Szczęście, którego błysk czasami powodzi się myśli uchwycić, byłoby stałym udziałem ludzkości wyzwolonej. Panująca tendencja do uniwersalizacji stosunków władzy i podporządkowania, zagraża myśleniu jako takiemu. Szczęście trwa jeszcze tylko tam, gdzie określa się konkretną miarę nieszczęścia – i tym samym wraz z nią także je wypowiada. Tylko w tym sensie, szczęście dojrzewa wśród swego powszechnie rozciągającego się przeciwieństwa. Kto nie pozwala siebie pomniejszyć do formatu funkcjonalnego, ten nie ulega rezygnacji.

Theodor W. Adorno

tłum. Jacek Zychowicz

Powyższy esej bazuje na tekście, który został pierwotnie wygłoszony przez autora 9 lutego 1969 r. na posiedzeniu Sender Freies Berlin. Następnie ukazał się w książce zbiorowej, dedykowanej Ernstowi Schuettemu: „Politik, Wissenschaft, Erziegung”, Frankfurt a. M., 1969, ss. 62-65. Zamieszczony tu przekład opiera się na wersji z drugiej części X tomu dzieł zebranych Adorna. Por. Theodor W. Adorno, „Resignation” (w:) Kulturkritik und Gesselschaft II. Eingriffe. Stichworte. Anhang, Gessammelte Schriften Bd 10.2, herausgegeben von Rolf Thiedemann, Frankfurt a. M. 1977, ss. 794-799. Po raz pierwszy powyższe tłumaczenie ukazało się w piśmie „Obywatel” nr 41 w roku 2008. Opatrzono je poniższym komentarzem tłumacza:

***

Adorno przeciw Nowej Lewicy

(w 40. rocznicę Maja ’68)

W incydentach z biografii myślicieli i artystów czasem odbija się cała epoka. Wiosną 1802 r. Fryderyka Hölderlina, powracającego do Niemiec z niegościnnej ziemi obiecanej we Francji, dopada pierwszy atak obłędu. Od tego momentu, w schizofrenicznie zaburzonej mowie jego hymnów znajduje schronienie wolnościowy idealizm z początków Wielkiej Rewolucji, któremu francuska ojczyzna przestała udzielać gościny. 130 lat później, Włodzimierz Majakowski, poeta kolejnego rewolucyjnego przełomu, przykłada broń do czoła i pociąga za spust. Jego ostatnie słowa poetyckie – zanotowane bezpośrednio pod wpływem zawodu miłosnego, lecz symbolika historyczna choćby gwałtem poszerza zakres wyrażonego w nich rozczarowania – mówiły o łódce marzeń, która rozbiła się o byt.

Biografia Theodora W. Adorna nie zamyka się porównywalną katastrofą. Jego konflikt z rewolucyjnymi zastępami roku 1968 wyraził się zdarzeniem o wymiarze – na pierwszy rzut oka – komicznym. W swej autobiografii rzutowanej na tło historii minionego wieku, Günter Grass przypomina słynny wtedy striptiz – ograniczony zresztą do górnej połowy ciała – którym rozochocone studentki „zmusiły… Adorna do przerwania wykładu”. Przygoda ta znalazła dalszy ciąg. 23 września 1968 r., na frankfurckich targach książki odbyła się tym razem już tylko politycznie rozochocona debata, w której trakcie Adorno znów znalazł się w opałach. Ów „kulistogłowy mistrz dialektyki”, znalazłszy się pod presją bojowych oddziałów rewolucji, „milczał speszony”, nie wiedząc „jakich użyć słów”. W ciągu kilkudziesięciu lat jego aktywności intelektualnej, była to zapewne pierwsza sytuacja dyskusyjna tego typu. Nic dziwnego: Adorno trafił pod szantaż liderów zaogniającej się walki przeciw tzw. systemowi. „Niechże się na coś przyda, żądano” – referuje Grass. Chociażby po to, „żeby wkrótce wziąć udział w marszu gwiaździstym na Bonn” [6] .

Dlaczego współautor „Dialektyki oświecenia” nie był w stanie zaprzyjaźnić się z ówczesną rewolucją? Rozstrzygając tę kwestię, trudno nie spotkać się ze stereotypowymi wizjami owego – jak dotychczas – ostatniego wstrząsu w historii Zachodu. Uparci entuzjaści wiosny 1968 i jej dokonań wypominają jednemu z głównych twórców krytycznej teorii nowoczesnego kapitalizmu, że wycofał się i umył ręce, gdy jego idee zyskały pewną szansę urzeczywistnienia. Mało tego: kiedy studenci z Frankfurtu próbowali zorganizować strajk okupacyjny na swoim uniwersytecie, Adorno podobno – znów zacytujmy Grassa – „poczuł się zmuszony wezwać policję” [7].

Opamiętał się – wtrąci tu pogromca nostalgicznych wspomnień z roku 1968 – szkoda, że tak późno. Intelektualiści konserwatywni – Allan Bloom w USA, Czesław Miłosz i Leszek Kołakowski u nas – nie mogli darować Adornowi, że, jak sądzili, pracowicie inspirował on „barbarzyńców”, którzy o mały włos nie zniszczyli społeczeństwa dobrobytu. Ich destrukcyjną pasję ożywiał jakoby zdemonizowany obraz współczesności, jaki znajdowali oni, między innymi, w studiach Adorna o mieszczańskim podłożu faszyzmu, przemyśle kulturalnym i świecie administrowanym. A że niefortunny wychowawca sam w końcu doznał uszczerbku od swoich podopiecznych? I przestraszył się podjętej przez nich próby powtórzenia w swoim kręgu cywilizacyjnym – szalejącej wówczas w Chinach – rewolucji kulturalnej? To może do pewnego stopnia usprawiedliwia go osobiście, lecz nie ocala jego poszukiwań teoretycznych, które zaowocowały tak ponurymi skutkami.

Adorno, na szczęście, sam zdążył się zmierzyć z rokiem 1968. Swe przemyślenia o nim wymieniał na gorąco z Herbertem Marcusem, intelektualistą zapewne mu najbliższym obok Maxa Horkheimera (z którym od czasów wspólnie wydanej „Dialektyki oświecenia” mieli „jedną filozofię”) i dawno zmarłego Waltera Benjamina. Ich korespondencja, której fragmenty z początkiem obecnej dekady ukazały się w „Odrze”, dowodzi – co może być potrzebne zbyt gorliwym czytelnikom Blooma, Kołakowskiego czy Miłosza – że eksplozja sprzed 40 lat nie wzięła się z konsumpcyjnego przesytu, ideologicznego urojenia czy narkotycznego transu. Studenci, oceniając sytuację społeczną jako rewolucyjną – powtarzał wtedy Marcuse – są w oczywisty sposób dziecinni i naiwni. Ale czy wolno im mieć za złe, że nie pohamowali „fizjologicznego obrzydzenia” wobec zbrodni U.S. Army w Wietnamie, obecności kombatantów NSDAP i czasem nawet SS na szczytach politycznej i finansowej władzy w Republice Federalnej Niemiec, czy wreszcie narzucanego im trybu życia, w którym tyranię niedostatku zastępuje tylko z pozoru dobrowolna gra o awans w hierarchii spożycia i prestiżu?

Adorno znacznie lepiej od Marcusego zdaje się – podczas ich korespondencyjnej debaty – pamiętać rok 1933, który ich obydwu wygnał za ocean, a w kręgu ich przyjaciół już wkrótce wywołał spustoszenie. Zaznacza więc z uporem, iż barbarzyńska może być nie tylko stabilizacja, lecz także rozsadzająca ją rewolta. Razem z przedstawicielem młodszego pokolenia szkoły frankfurckiej, Jürgenem Habermasem, który pomagał mu mierzyć się z tajfunem przelatującym salami wykładowymi i ulicami, posługuje się – wyglądającą na paradoksalną – kategorią „lewicowego faszyzmu”. W rzeczy samej, niestety, na obrzeżach, a tu i ówdzie także w centrum studenckiej wiosny 1968, powróciło widmo, które ona w swoich hasłach egzorcyzmowała. Przybrawszy niegdyś postać bojówkarza ze Sturm-Abteilungen, czuje się ono równie dobrze – czego lewicowi antyfaszyści nie umieli pojąć – w ciele komsomolca, hunwejbina, Czerwonego Khmera albo żołnierza tych czy innych brygad, które próbują wprowadzić ludzkość na świetlisty szlak. Redukując rzeczywistość do politykierskiej opozycji swoich i obcych, sprowadza ją zaraz do walki o unicestwienie lub przynajmniej zaszczucie tych ostatnich. Kogo nie zdoła zniszczyć, tego zagoni do swego orszaku. Według kalkulacji młodzieżowych wodzów – co Grass trafnie zaobserwował – Adorno miał „oddać na użytek rewolucji… swój autorytet”, który – jak im się wydawało – dopiero co został „rozerwany na strzępy” komenderowaną przez nich striptizową demonstracją. „Zachodzi potrzeba wykorzystania, wobec klasy panującej, jego autorytetu”. Oczywiście, tak się go wykorzysta na obecnym etapie. „Ale w zasadzie to należy go usunąć” [8].

Kontestacja potrafi oddać się na służbę przyszłej dyktaturze, której już z góry się duchowo podporządkowała. Rok 1968 nie zakończył się wszakże dokładnie takim obrotem wydarzeń. Ledwie przeminął, dziennikarze odnotowali nie bez złośliwej satysfakcji, że zbuntowani studenci zeszli z barykad, umyli się, ostrzygli i zgłosili do pracy w urzędach i firmach „systemu”, który bez większego trudu oparł się ich atakom. Gorzej: potępienie łatwo dających się im wypomnieć ekscesów stało się – czego nie w pełni uniknął późniejszy Habermas – przydatnym instrumentem do bronienia „racjonalnego dyskursu demokracji liberalnej” przed głównym podobno złem naszych czasów, jakim obwołano „ekstremizm”.

Dlaczego tak się stało, zdążył wyjaśnić Adorno. Tuż przed śmiercią w sierpniu 1969, poświęcił on kilka studiów swoim antagonistom, którzy tępili go i szantażowali niewiele miesięcy wcześniej (oprócz drukowanej obok, najzwięźlejszej i chyba najbardziej sugestywnej „Rezygnacji”, należą tu zwłaszcza „Kritik” oraz „Marginalien zu Teorie und Praxis” [9]). Wprowadzone tam zostały trzy kluczowe kategorie: „pseudorzeczywistość”, „pseudoaktywność” i „akcjonizm”. Pierwsza odnosi się do wyjściowego niejako fałszerstwa, którego ofiarą pada niespełniony rewolucjonista. Dwie pozostałe natomiast opisują typowe wzory jego subiektywnych reakcji na swój sfałszowany świat.

Zajmujący nas działacz, ledwie rozejrzy się wokół siebie, zobaczy prawdopodobnie lud, który – wzdychając pod uciskiem – marzy o wyzwoleniu się pod jego wodzą. Patrząc dalej, zewsząd nadchodzi fala rewolucyjna. Film ten – zbyteczne dodawać – wyświetlany jest w kinie „Pseudorzeczywistość”. Aktywista, zafascynowany jego przewijającymi się klatkami, zaczyna tworzyć armie, brygady, samorządy i trybunały. Tym sposobem chce spełnić życzenia zbiorowości, wzdychającej do wielkich czynów, których dla niej dokona. A skoro jego trud jest równie mozolny jak wzniosły, to czy odrobiny należącego mu się kultu nie da się przenieść na osobę, która się go podjęła? Tak wokół „pseudoaktywności” wyrastają świątynie jej religii, zwanej „akcjonizmem”. W pełni ufając iluzjom, jednakże, nie da się trwać zbyt długo. Chyba, oczywiście, że ktoś na tyle stanowczo (jak – dla przykładu – towarzysze Renato Curzio z Brigate Rosse albo Ulrike Meinhof z Rote Armee Fraktion, czy też wyznawcy narkotycznego proroka Timothy’ego O’Leary) i gwałtownie przeskoczy na drugą stronę lustra, że nie znajdzie stamtąd powrotu. Inni, mniej radykalni, a dla odmiany zapobiegliwi – stosując swój wypróbowany model pseudoaktywnej praktyki w ramach pseudorealnej percepcji – reklamują to samo, co wcześniej palili. Reszta, która daje się umieścić między tymi biegunami, wegetuje w rezerwatach (typu kopenhaskiej Christianii lub berlińskiego Kreuzbergu), służących mechanizmom zarządzania istniejącymi stosunkami za wentyle bezpieczeństwa, komercyjne parki tematyczne, rezerwowe źródła zasilania dla stacji transmisyjnych masowej rozrywki i tak dalej…

Razem wzięte, kategorie Adorna bezbłędnie wskazują na powody, dla których uzasadniony pod wieloma względami i w pierwszym odruchu pewnie zazwyczaj szczery sprzeciw z roku 1968, nadspodziewanie łatwo doznał swojego znanego losu: stłumienia bądź unieszkodliwienia. A jego szczątki stały się cząstką – lub nawet emblematem – bytu społecznego, który dziś prowokuje krytyczny opór. I zarazem nadal go więzi w schematach pseudorzeczywistości, pseudoaktywności i akcjonizmu.

dr Jacek Zychowicz

Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Tomasz Chmielewski

Przypisy tłumacza:

1. Przytoczony slogan pochodzi prawdopodobnie z okresu Wiosny Ludów, kiedy to w Niemczech – za sprawą konserwatywnych obrońców starego reżimu, ale i niecierpliwych entuzjastów rewolucyjnego czynu – upowszechniło się powiedzenie: „Vier und achtzig Professoren, Vaterland du bist verloren”. Wyrażając znużenie niekończącymi się debatami parlamentarnymi, klubowym i wiecowymi, winą za nie obciążało – jak widać – akademickich teoretyków.

2. Por. – oczywiście – Karol Marks, Tezy o Feuerbachu:… XI. Filozofowie rozmaicie tylko objaśniali świat, idzie jednakże o to, aby go zmienić.

3. Terminami „krytyczna krytyka” oraz „krytyczni krytycy” Marks posługuje się – w rzeczy samej monotonnie, jeśli nie obsesyjnie – w swych polemikach z koryfeuszami tzw. lewicy heglowskiej, zebranych w tomach Święta rodzina oraz Ideologia niemiecka.

4. Warto odnotować przykład – typowej dla stylu Adorna – gry z klasyczną lub aktualnie krążącą w obiegu terminologią teoretyczną. W latach 60. XX wieku, Herbert Marcuse upowszechnił pojęcie „represyjnej tolerancji”. Demaskowało ono paradoks współczesnego liberalnego kapitalizmu, polegający na tym, że poglądy „alternatywne” są w tym ustroju skutecznie unieszkodliwiane i tłumione, mimo iż ich rzecznicy nie są w prawnie czy fizycznie wymiernym sensie za nie represjonowani. Adorno wskazuje ironicznie, że w efekcie rewolty przeciw wskazanym przez Marcusego ograniczeniom wolności możliwy jest powrót tradycyjnej nietolerancji, która okaże się co najmniej w tym samym stopniu – a zapewne bardziej – represyjna.

5. Por. Die Axt im Haus erspart den Zimmermann, F. Schiller, Wilhelm Tell (Dritter Akt, Erste Szene). W swoich krytycznych analizach społecznych, Adorno, szczerze nienawidzący osoby, twórczości i poetyki Schillera, wielokrotnie nawiązuje do tego cytatu, który w kulturze niemieckiej stał się popularną „złotą myślą”. Według niego, Schiller tyleż proroczo, co – niestety – apologetycznie zarysował tam sprzeczności właściwe ideologii i praktyce podziału pracy w społeczeństwie mieszczańskim. Swoje narzędzia i umiejętności zawodowe – podpowiada Schillerowski bohater – należy wykorzystywać również w domu, aby uniknąć konieczności ich kupowania na rynku dóbr czy usług. Gdyby jednak wszyscy postępowali tak, jak pojętni wychowankowie Wilhelma Tella, zatrzymałoby to rozwój społeczeństwa, który – o czym wiadomo co najmniej od czasów Kanta – opiera się na wzajemnej wymianie usług, a tym samym na rosnącej współzależności między jednostkami. Patrząc szerzej – tę maksymę wygłasza już, naturalnie, Adorno, a nie Schiller – nie należy się bezkrytycznie podporządkowywać zasadzie użyteczności. I to jednak nie gwarantuje dobrych skutków (por. rozwinięcie Schillerowskiej metafory w tekście).

6. G. Grass, Moje stulecie, Wydawnictwo Oskar, Gdańsk 2000, przeł. Sławomir Blaut, s. 188.

7. Tamże, s. 187.

8. Por. G. Grass, op. cit., s. 188

9. Por. T. W. Adorno, Gesammelte Schriften, Bd 10.2, Suhrkamp Verlag Frankfurt am Mein 1977, herausgegeben von Rolf Tiedemann.

Łącz i bądź

Łącz i bądź

Częstowoj jest młodym człowiekiem marzącym o lepszej przyszłości. Jest również człowiekiem aktywnym i nieznoszącym apatii. Bynajmniej nie można go oskarżyć o bycie jedynie facebookowym wojownikiem – spotkacie go, drodzy Czytelnicy, na wielu demonstracjach i wielu akcjach w różnych słusznych sprawach. Jednak udziela się także na facebooku, gdzie prowadzi lewicową stronę i komentuje wpisy innych aktywistów. Ostatnio spostował sążnisty wpis na temat ludzi przywileju, którzy nie rozumieją tego, że istnieją obywatele, którzy nie dość, że są biedni, to jeszcze nie mieli tych samych szans, co oni na starcie. Ich bieda jest przez nich niezawiniona, a jednak są obiektami pogardy tych uprzywilejowanych, mających siebie za lepszych, a swoje przywileje – za zasłużone. Wpis jak wpis, miał Częstowoj naprawdę dużo racji i całkiem zgrabnie to wyraził. Jednak zakończył swój post popularnym obecnie hasłem: „OK boomer”.

Abstrahuję od tego, że to memowe powiedzonko jest czystą kalką z tak zwanego Zachodu. W Polsce nie ma większego sensu, bo w czasach, gdy dorastali i pławili się w swoich życiowych szansach okresu superwzrostu gospodarczego północnoamerykańscy i zachodnioeuropejscy baby boomers, w Polsce był wczesny PRL, a więc czasy stalinowskie ze swoją brutalną przemocą, ale jednak także masowym awansem społecznym; a potem „mała stabilizacja” Gomułki zakończona Moczarowską antysemicką nagonką. Nie trzeba być filozofem ani nawet historykiem, aby zauważyć, że były to znacząco inne warunki niż te, w jakich żyli ich zachodni koleżanki i koledzy.

Abstrahuję też od wątku wojny pokoleń i jej wersji na dzisiejsze czasy. Proponuję, byśmy przyjrzeli się dynamice, w którą włącza się młody idealistyczny aktywista Częstowoj i temu, dokąd ona prowadzi. Otóż prowadzi prosto w kierunku tego, czego Częstowoj najbardziej nie lubi – do akumulacji władzy przez najmożniejszych tego świata. O tym, że wojna generacji to artykuł zastępczy walki klas, który ma odciągnąć od niej naszą uwagę, pisałam w jednym z wcześniejszych felietonów. W tamtym tekście zajmowałam się akurat przejawami tej wojny, gdzie ostrze było skierowane w przeciwnym kierunku, jednak myślę, że wersja z boomerem jest bardzo podobna. Nadal chodzi o klasy i nadal mamy tego nie widzieć i o tym nie rozmawiać.

Ale jest jeszcze jeden aspekt tych wojenek, o którym chciałabym dzisiaj napisać – polaryzacja i dualizm, których częścią jest wzajemne wyzywanie się od boomerów i millenialsów, to część starej dobrej strategii gromadzenia władzy, znanej jako zasada „dziel i rządź” (której autorstwo przypisywane jest, niesłusznie, Niccolo Machiavellemu – raczej należałoby zaszczycić nim Filipa Macedońskiego). Takie podziały nie są twórcze, nie są antytezą do tezy i nie skutkują syntezą. Wystarczy prześledzić losy polityki tożsamości z ostatnich lat – pojawiają się wciąż nowe i słusznie brzmiące postulaty czy hasła, mnożą się podziały, ale czy wynikają z nich jakieś przełomy, wielkie syntezy, coś, co choćby po części przypomina sojusz robotniczo-chłopski albo otwarcie się związków zawodowych na aktywne członkostwo kobiet sto lat temu i połączenie dążeń i haseł? Czy raczej wygląda to tak, że podczas gdy poprzednie rozdwojone tożsamości ze sobą wojują, w obu obozach tworzą się nowe pęknięcia i podziały? A tymczasem Jeff Bezos i kompania biją nowe rekordy bogactwa a system neoliberalny umacnia się coraz bardziej, mimo że nikt, prócz, być może, Tomasza Lisa i Witolda Gadomskiego, nie jest już jego szczerym i płomiennym entuzjastą? Ba, mogłoby się wydawać, że Częstowoj i jego towarzysze – a nawet jego adwersarze – są naprawdę szczerymi i płomiennymi wrogami tego sytemu. Jest to możliwe dlatego, że w neoliberalizmie zamiast sprzężenia zwrotnego negatywnego dominuje sprzężenie zwrotne dodatnie jako główny mechanizm sterowania dynamiką systemu.

Amerykański filozof Norbert Wiener, uznawany za twórcę cybernetyki, opisał mechanizmy sprzężenia zwrotnego, które sterują dynamiką systemu. Gdy system odejmuje od oryginalnej wartości sygnał z otoczenia, mamy do czynienia ze sprzężeniem negatywnym, a gdy dodaje – z pozytywnym. W naukach zarządzania o tym zjawisku pisali między innymi polscy uczeni – Andrzej Zawiślak i Andrzej Koźmiński. W systemach społecznych negatywne sprzężenie zwrotne oznacza działania promujące stabilizację systemu. W skrócie, odpowiada on na sygnały o nieprawidłowościach, korygując swój tryb działania. Czyli gdy pracownicy protestują przed samowolnymi zwolnieniami, rząd opracowuje pakiet legislacyjny, który chroni pracownika i jego prawa. Gdy kobiety domagają się praw wyborczych, państwa, mniej lub bardziej opornie, ale jednak te prawa im nadają. I tak dalej – to mechanizm, który sprawiał, że kapitalizm, mimo swoich sprzeczności i nierówności, działał całkiem sprawnie i wyciągał z każdego kryzysu wnioski umacniające swoje podstawy. Negatywne sprzężenie zwrotne pomaga utrzymać ekwilibrium i stabilizuje istniejące instytucje.

Pozytywne sprzężenie zwrotne to natomiast sytuacja, w której zewnętrzne bodźce prowadzą do wzmożenia wywołujących je działań. Protesty pracownicze prowadzą zatem do jeszcze bardziej energicznych zwolnień i zwiększenia przemoc ze strony policji wobec demonstrantów. Rośnie bezrobocie, zwiększają się nierówności, a więc państwa obniżają podatki najbogatszym. Zmniejsza się siła nabywcza pracowników, więc likwiduje się kolejne zabezpieczenia pozycji pracownika przed realnymi obniżkami płac. Prywatyzacja instytucji publicznych powoduje patologie i dysfunkcje, więc prywatyzuje się kolejne publiczne i wspólne zasoby. Te mechanizmy są podstawą patologii zarządzania znanych jako błędne koła. Destabilizują system i minimalizują dostępne sposoby przeciwdziałania dalszej destabilizacji. Neoliberalizm to kapitalizm z gigantycznym przechyłem i praktycznie bez wewnętrznych dynamik obrony. Titanic tonie, Bezosowie i Zuckerbergowie uciekają na złotych jachtach, łodzie ratunkowe dawno sprzedane inwestorom, dochody odprowadzone do rajów podatkowych, a pasażerowie wyzywają się od boomerów i millenialsów. Mniej więcej tak to wygląda.

Proponuję przyjrzeć się jeszcze tym pasażerom. Popatrzmy na Czciborę, która udziela się na forum dla graczy. Niedawno napisała mniej więcej coś takiego: „do telewizji zamiast prawdziwych ekspertów zapraszają wciąż starych, białych, grubych mężczyzn”. Dostała bana. Nie za obraźliwą wypowiedź, nie za stereotypizację, nie za trollowanie, ale za „naśmiewanie się z otyłości”. Nie, tu nie chodzi o szacunek dla drugiego człowieka ani dla inności. Po prostu akurat taka tożsamość podniosła w tym momencie, na tym forum, sztandar buntu. Nie wobec ustroju, nie wobec wyjałowionego z wartości odżywczych, ale za to tuczącego przemysłowego jedzenia ani nawet wobec reklam z anorektycznymi modelami na prochach. Bynajmniej! Bunt skierowany jest wobec losowego forumowicza, który wszelako może obrażać i naśmiewać się z starych, z białych, z mężczyzn, a skądinąd wiem, że także z chudzielców płci obojga, w wieku dowolnym. Czcibora nie trafiła w jednym z czterech strzałów, które wszystkie były bardzo podobne. Skądinąd wszak wiadomo, że jest osobą lewicową i, mimo różnych wad i przywar, wytrwale marzy o lepszym świecie, gdzie zwykłym ludziom żyłoby się dostatniej, a Elon Musk przestałby być bogiem i zabulił za przestawienie gospodarki na zieloną. Czcibora ma przeszło 50 lat, a Częstowoj jest grubiutki jak Puchatek. Znają się, ale nie podają sobie ręki – nie dlatego, że covid, tylko dlatego, że szczerze się wzajemnie nienawidzą.

Gdyby te podziały były wywrotowe, gdyby naprawdę pomagały ludziom uciśnionym sięgnąć po władzę, to wynikałaby z nich synteza. Czcibora rzuciłaby się w objęcia Częstowoja, który zakrzyknąłby: „solidarność naszą siłą!”. Solidarność to bowiem więź łącząca mimo różnic, nie dlatego, że jesteśmy podobni, ale dlatego, że wierzymy we wspólną sprawę. Taka więź jest wywrotowa. Ona naprawdę jest naszą siłą. Tymczasem w neoliberalnym świecie kolejne polaryzacje jakoś nie prowadzą do androgyniczności, staromłodości, czarnobiałości, biseksualności. Wręcz przeciwnie. Hybrydowe i zmieszane tożsamości, powyższe oraz inne im podobne, pozostają tabu, choćby miały nie wiem jak bogate tradycje i intrygujące kulturowe korzenie (jak androgyniczność). Nie tworzą źródeł nowych społecznych energii, nie inspirują do braterstwa i walki.

Nie chodzi tu bynajmniej o tanie zaklajstrowanie różnic, o zbanalizowanie, o cukierkowe podanie ręki przeciwnikom bez sensu i bez powodu. Chodzi o jedność, o całość, o kondycję ludzką, z której polaryzacje i podziały nas odzierają. Nie można w ramach dominujących narracji być dziś androgynem, trzeba być kobietą lub mężczyzną, ewentualnie mężczyzną lub kobietą. Osoba trans jest osobą o płci jednoznacznie ustalonej, najlepiej chirurgicznie i trwale (spierać się można jedynie o to, komu przysługuje władza przypisywania płci). Nie można po prostu być bardzo skomplikowaną istotą ludzką, bez łatwych tożsamościowych happy endów. Trywializujemy w ten sposób samych siebie i łatwiej nami rządzić, bo stajemy się prostsi i jednocześnie sfrustrowani. Marginalizujemy część siebie samych i bardziej przychodzi nam nienawidzić tych, którzy tego nie zrobili lub zrobili w inny sposób. Synteza to nie jest zbiór albo-albo, to jest i jedno, i drugie. Na raz. Im trudniej kogoś zaszufladkować, tym trudniej nią manipulować.

Tego rodzaju podziały są jedną z dynamik fragmentaryzacji definiującej płynną nowoczesność tak, jak opisał ją Zygmunt Bauman. Życie społeczne rozsypało się na okruchy, niepowiązane ze sobą. Teraźniejszość i przyszłość straciły powiązanie ze sobą, bo ludzie przestali brać na siebie długookresowe zobowiązania. Relacje międzyludzkie utraciły swoje stabilne więzi, bo przestały być doświadczane jako trwałe. Coraz częściej i coraz twardziej definiujemy siebie według esencjalizowanej i absolutyzowanej tożsamości. Powoduje to, że okopujemy się w tym jedynym punkcie, który jest dla nas względnie trwały i akceptowalny moralnie, czyli w coraz bardziej wycinkowej tożsamości, a wobec innych narasta wrogość i wyobcowanie. Wobec samych siebie też stajemy się nietolerancyjni, bo ceną za względnie stałą wycinkową tożsamość jest odrzucenie dużych części siebie. Powoduje to zubożenie, odarcie z ludzkiej złożoności, ale w niczym nie redukuje ciągłego poczucia niepewności w świecie bez stabilnych relacji, na których można by polegać. W efekcie te inne tożsamości nie są dla nas Innymi, z którymi można budować więzi, lecz konkurentami o władzę. Walka na tożsamości przeradza się w bitwę o władzę, bo „się należy”. Strona posiadająca mniej przywilejów nie pragnie syntezy i równości, lecz uzyskania przewagi, dąży do tego, by stać się takimi jak oni, zastąpić ich na szczebelku wyżej od siebie. Podczas gdy trwa walka o te coraz bardziej sfatygowane szczebelki na tonącym statku, prawdziwi bossowie dawno już spokojnie wciągają kokę na złotych jachtach. To nie jest walka o wywrotowym potencjale. Dziwimy się, że lewica nie łączy, nie grozi establishmentowi, nie rusza z posad bryły świata? Nie za bardzo jest się czemu dziwić. Ale to nie znaczy, że potencjał nie istnieje.

Potencjał wywrotowy wobec władzy, także tej neoliberalnej, wszechmocnej, tkwi w tym, kim jesteśmy. Złożeni, niejednoznaczni, nieszufladkowalni. Na początek strategia buntu polegać może na przypomnieniu sobie, czym są klasy społeczne i gdzie my wszyscy siedzimy – na złotych jachtach czy raczej na połamanych szczebelkach drabiny na tonącym statku? A potem na zwróceniu uwagi na bogactwo z inności, różnorodności – pomiędzy nami i w nas samych. Współczesne niepokoje nie są „problemami pierwszego świata” czy „millenialsową śnieżynkową histerią”, ale czymś o wiele poważniejszym – to krzyk desperacji naszej ludzkiej kondycji, wywodzący się po części z alienacji i nieszczęścia wynikających z życia w złym i szkodliwym systemie, ale także, po części, z tego, że jesteśmy czymś więcej, niż nasze fragmentaryczne tożsamości. To prawda, że w dzisiejszym świecie trudno o prawdziwą solidarność. Ale nie musi tak być. Dowód każda i każdy ma w swoim wewnętrznym niepokoju.

prof. Monika Kostera

Robotnicza Brygada Obrony Warszawy (1920)

Robotnicza Brygada Obrony Warszawy (1920)

Stara wiara. Bojowcy, którzy w latach 1904-1905 nieraz wystrzałami rozmawiali z carską policją, żandarmerią czy wojskiem, a za niemieckiej okupacji wzięli na swe sumienie oberszpiclów – jak Schulze i jego pomocnicy. Broń krótka – to dla nich nie nowina, a granaty ręczne to przecież te same pomarańcze, którymi częstowali Konstantinowa czy Skałłona. Dawniej, za carskich czasów, w pojedynkę, samotnie staczali potyczki z całymi oddziałami rosyjskimi, więc i dziś żadna przewaga ich nie peszy.

W Alejach Jerozolimskich, w lokalu Okręgowego Komitetu Robotniczego Polskiej Partii Socjalistycznej, gdzie mieści się dziś Komisja Wojskowa [Wydział Wojskowy PPS], organizatorzy brygady robotniczej – po wszystkich pokojach, po ławach i stołach, pod ścianami, grupki robociarzy, którzy przybyli z podmiejskich okolic, śpią lub gadają. Bije z twarzy zaciętość i duma robotnicza. Będzie to najbardziej może ideowo i narodowo uświadomiony żołnierz. Niejedną już słyszeli albo sami prowadzili w czasach przedwojennych dyskusję z esdekami, dzisiejszymi komunistami polskimi, o niepodległości i taktyce socjalistycznej. Znają doskonale ich zasadę „organicznego wcielenia Polski do Rosji”, którą postawiła ongi Róża Luxemburg. Pamiętają, że za carskich i pruskich czasów [komuniści] byli przeciwnikami terroru – akcji z bronią w ręku, bo to była rzecz ryzykowna. Pamiętają, jak wówczas esdecy mówili o pracy w związkach zawodowych i dopiero gdy zwycięstwo bolszewików w Rosji dało im udział we władzy, stali się zwolennikami tego terroru, stosowanego do zwyciężonych i słabszych, nie do carskich czy beselerowskich żołdaków, ale do nieprawomyślnych pod względem komunistycznym robotników.

W obronie niepodległości i w obronie czystości zasad socjalizmu i demokracji zaciągają się do szeregów, by walczyć przeciwko najezdniczej armii sowietów.

Licznie, bardzo licznie napływają ochotnicy. W ciągu 4 dni był już gotowy batalion. Robotnicy fabryki Ursus, robotnicy elewatorów zgłosili się gremialnie, związek [zawodowy] kelnerów zmobilizował wszystkich zdolnych do służby czynnej, a pracodawcom dał żony, siostry i narzeczone ochotników na zastępczynie.

Organizują brygadę „towarzysze”. Jest między nimi poseł Barlicki o płomiennej wymowie, i milczący, a nieugięty Arciszewski, tzw. Stanisław, jeden z dawnych kierowników organizacji bojowej [OB PPS], jest stary legun kapitan Jaworowski, czyli inaczej Świętopełk albo Antoni.

Koło nich gromadzą się tłumy nowych żołnierzy – robotników, towarzyszów z PPS, dla których świętymi są tradycje Montwiłłów, Mirskich, Okrzejów i Baronów, umierających na szafocie z okrzykiem „Niech żyje niepodległa Polska!”.

Bolszewicy chcą wejść do Warszawy, by rozwinąć nad nią sztandar czerwony z inicjałami Rosyjskiej Federacyjnej Socjalistycznej Republiki Sowieckiej. Ale na okopach, które Warszawy bronią, spotkają czerwone sztandary batalionów robotniczych PPS, które dadzą im mocną odprawę. Wystarczy tylko widzieć tych robotników-żołnierzy.

 

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w piśmie „Wiarus – pismo dla żołnierzy polskich” nr 34/1920. Od tamtej pory nie był wznawiany, poprawiono pisownię według obecnych reguł. 

Przepracowany jak Polak

Przepracowany jak Polak

Już ponad 80 lat temu Bertrand Russell proponował wprowadzenie czterogodzinnego dnia pracy, afirmując korzyści płynące z wolnego czasu. Jego pogląd, tak jak dla wielu mu współczesnych, także dziś może wydawać się szokującym. Pewnie, praca w o połowę krótszym wymiarze czasu wygląda na utopię. Szczególnie w Polsce, gdzie postulaty propracownicze nie cieszą się zbytnią popularnością. Warto się jednak zastanowić, czy w naszym kraju nie nadszedł w końcu czas na renegocjowanie dziennego wymiaru czasu pracy, a przynajmniej przeprowadzenie poważnej debaty na ten temat. Statystyki wskazują bowiem, że znajdujemy się w gronie najbardziej zapracowanych narodów.

Ośmiogodzinny dzień pracy traktujemy jako coś naturalnego, dla wielu jest to norma wręcz niepodważalna. Nic dziwnego, skoro taki wymiar czasu pracy obowiązuje od ponad 100 lat, a konkretnie od dekretu rządu Moraczewskiego z 1918 r. Później zostały wprowadzone również pracujące soboty, ale w PRL od nich odstąpiono. Obecnie zgodnie z art. 129 kodeksu pracy „czas pracy nie może przekraczać 8 godzin na dobę i 40 godzin w przeciętnie pięciodniowym tygodniu pracy w przyjętym okresie rozliczeniowym”. Oczywiście regulacje kodeksowe przewidują również odstępstwa od tej ogólnej zasady. Dekret z 1918 r. wyprzedził o rok tzw. konwencję waszyngtońską, która w skali globalnej regulowała tę kwestię. Została przyjęta przez Międzynarodową Konfederację Pracy, ustanawiając 8-godzinny dzień pracy przy tygodniowym wymiarze czasu pracy na poziomie 48 godzin (później zredukowanym do 5 dni).

Można zatem skonkludować, że czterdziestogodzinny tydzień pracy stanowi pewną uniwersalną normę. Nie jest oczywiście mile widziane, by wymiar pracy był wydłużany przez krajową legislację, bo oznaczałoby to niewątpliwą szkodę dla pracownika. Nic jednak nie stoi na przeszkodzie, by przyjęty wymiar czasu pracy był niższy niż standardowy (tj. 8 godzin dziennie i 40 tygodniowo). Najbardziej sztandarowym przykładem jest rozwiązanie francuskie, gdzie już od dwudziestu lat funkcjonuje 35-godzinny wymiar czasu pracy. W Portugalii obowiązuje podobny, ale jedynie w administracji publicznej. Również Duńczycy pracują krócej. Ten kraj ma jednak inną specyfikę prawa pracy niż Polska. Gdy u nas zdecydowana większość praw pracowniczych zapisana musi być w kodeksie, tam niemal wszystko regulowane jest w drodze układów zbiorowych. Dla większości branż w Danii tygodniowy wymiar czasu pracy został uzgodniony na 37 godzin i każda przepracowana godzina ponad to traktowana jest jako nadliczbowa. Standardowy krótszy czas pracy niż w Polsce obowiązuje także chociażby w Irlandii (39 godzin) czy we Włoszech (38 godzin).

Dwa lata temu szerokim echem, także w naszym kraju, odbiło się porozumienie zawarte przez związek IG Metall, reprezentujący ponad 2 mln niemieckich pracowników przemysłu ciężkiego, z niemiecką organizacją pracodawców Südwestmetal, zgodnie z którym pracownicy z ponad 700 firm, zlokalizowanych w południowo-zachodnich Niemczech, mogli przejść na 28-godzinny dzień pracy przez okres dwóch latach, po którym mieli wrócić do standardowego czasu pracy. Ciekawostką jest, że normalny czas pracy dla zatrudnionych w przemyśle ciężkim w Niemczech wynosi 35 godzin.

Oprócz regulacji wprowadzanych na poziomie krajowym warto też wspomnieć o swego rodzaju eksperymencie dokonanym przez Toyotę w Szwecji. Japoński koncern już kilkanaście lat temu ograniczył wymiar dzienny dla swoich pracowników do sześciu godzin. Podobny test przeprowadzono w domu opieki w Göteborgu, również skracając o dwie godziny dniówkę pracującym tam pielęgniarzom.

Można pokusić się o ogólną konstatację, że w Europie Zachodniej i Skandynawii dostrzegalna jest pewna tendencja do obniżania wymiaru czasu pracy. Dzieje się tak w państwach silnie akcentujących socjalny aspekt polityki oraz o wysokim poziomie uzwiązkowienia. W Polsce postulaty skracania czasu pracy rzadko przebijają się do przestrzeni publicznej. Być może wpływ na to ma niezbyt wysoki status związków zawodowych, także wśród dużej części pracowników. Po pierwsze, wielu pracujących nie widzi w związkach zawodowych rzeczywistych reprezentantów swoich interesów. Po drugie, pracodawcy często traktują związki jako zło konieczne, z którymi ani myślą zawierać jakichkolwiek porozumień. W takiej sytuacji w rolę obrońcy praw pracowniczych musi wcielić się państwo, wprowadzając regulacje na poziomie ustawowym. Czyni to jednak dość ostrożnie, ważąc interesy jednej i drugiej grupy.

Same związki zawodowe nie wykazują zresztą zbytniej determinacji w omawianym temacie. Co jakiś czas z któreś centrali związkowej słychać o potrzebie renegocjowania wymiaru czasu pracy (np. OPZZ postulowało skrócenie tygodniowego czasu do 35 godzin dla rodziców wychowujących dzieci do 12. roku życia), ale brakuje wspólnego działania, które mogłoby zaowocować inicjatywą ustawodawczą.

Przed dwoma laty partia Razem rozpoczęła zbieranie podpisów pod projektem ustawy wprowadzającym 7-godzinny dzień i 35-godzinny tydzień pracy, na wzór francuski. Niestety nie udało się wtedy uzyskać wystarczającej ilości podpisów. Projekt ustawy idący nieco w kierunku propozycji Razem wniosło natomiast do Sejmu Polskie Stronnictwo Ludowe. Ludowcy chcieli, aby tydzień pracy mógł zostać skrócony dla rodziców wychowujących dzieci do ukończenia przez nie 15 lat. W czasie kampanii przed wyborami parlamentarnymi PSL mówił nawet o zmniejszeniu tygodniowego wymiaru czasu pracy dla wszystkich, ale póki co ten postulat nie został przekuty w inicjatywę ustawodawczą. Przed I turą tegorocznych wyborów prezydenckich jeden z dwóch kandydatów lewicowych, Waldemar Witkowski, w swoim programie wyborczym umieścił siedmiogodzinny dzień pracy. Przewodniczący Unii Pracy został jednak niemal całkowicie zignorowany przez główne media (nie licząc zaproszenia do debaty wszystkich kandydatów organizowanej przez TVP).

Zastanówmy się przez moment, jakie skutki dla gospodarki mogłoby przynieść skrócenie wymiaru czasu pracy. Kiedy ten temat pojawi się już w przestrzeni medialnej, zawsze słychać głosy ze strony pracodawców i biznesu, że nas na to nie stać, nie możemy porównywać się z bogatymi krajami zachodnimi, bo cały czas jesteśmy na dorobku, że ucierpi na tym efektywność, gospodarka będzie mniej konkurencyjna itd. Czy jednak tak musi być? Można się zgodzić, że ustanowienie całego dodatkowego dnia wolnego nie obyłoby się bez jakieś szkody dla gospodarki. W postulacie skrócenia czasu pracy chodzi jednak o coś zgoła innego. Dobry pracownik to pracownik wypoczęty, który ma odpowiednio dużo czasu, by zrelaksować się w domu przed kolejnym dniem w pracy. Takie jest założenie. Z punktu widzenia pracownika niewątpliwie byłaby to zmiana korzystna. A jak by to mogło wyglądać w odniesieniu do interesu pracodawcy? Eksperyment w szwedzkim domu opieki wpłynął na jakość usług świadczonych przez kadrę pielęgniarską. Pracownicy mieli więcej energii i cierpliwości względem pacjentów. Rzadziej także chorowali. Z racji jednak na specyfikę miejsca (konieczność sprawowania opieki nad pacjentami przez 24 godziny na dobę) trzeba było zatrudnić większą liczbę pielęgniarzy. Dom opieki jest jednak szczególnym miejscem pracy. Znacznie bardziej reprezentatywny będzie przykład szwedzkiej Toyoty. Trudno podejrzewać, by jeden z największych światowych koncernów samochodowych pozwalał sobie na poprawę jakości życia swoich pracowników kosztem efektywności. Dowodów na to, że zmniejszenie czasu pracy nie musi się automatycznie wiązać ze spadkiem wydajności jest więcej. Latem zeszłego roku japoński oddział Microsoftu dał swoim pracowników pięć wolnych piątków z rzędu. Efekt? Obniżenie wydatków (m.in. na energię elektryczną) i aż 40-procentowy wzrost produktywności.

No właśnie, tym, którzy całą dyskusję na temat zmniejszania godzinowego wymiaru pracy chcieliby sprowadzić jedynie do pytania, jak operacja ta wpłynie na efektywność, przedstawmy kilka faktów. Jak wynika z raportu OECD, Polacy należą do czołówki najbardziej zapracowanych narodów na świecie. Zajęliśmy w nim wysokie siódme miejsce, z przepracowanymi średnio 1928 godzinami dla jednego pracownika w 2017 r. przy średniej międzynarodowej na poziomie 1763 godzin. Dla porównania Niemcy przepracowali w tym czasie średnio aż 600 godzin mniej od nas, co oznacza, że przeciętny Niemiec spędzał w pracy zaledwie 5,5 godziny. W 2018 r. pracowaliśmy nieco mniej, bo 1792 godziny, ale i tak o 58 godzin więcej niż średnia europejska. Gdyby przepracowane roboczogodziny automatycznie przekładały się na efektywność, taki stan rzeczy byłby wytłumaczalny koniecznością nadrabiania zaległości względem bardziej rozwiniętych gospodarek krajów zachodnich. Jak wynika jednak z publikacji „Produktywność pracy w Polsce – jak dogonić Europę?” przygotowanej przez serwis aleo.com, bazującym właśnie na statystykach podawanych przez OECD, znajdujemy się wśród najmniej produktywnych państw Unii Europejskiej (obok Grecji, Łotwy czy Rumuni) i to pomimo tego, że z roku na rok nasza wydajność systematycznie rośnie. Okazuje się bowiem, że w ciągu godziny pracownik w Polsce jest w stanie wytworzyć aż o 1,5 razy mniej niż jego kolega w Niemczech i aż o ponad dwa razy (!) mniej niż przeciętny Norweg czy Irlandczyk. Na pewno polskie przedsiębiorstwa mają sporo do zrobienia w kwestii innowacji i nowych technologii, zwiększających wydajność wykonywanej pracy. Tutaj otwiera się pole do popisu dla rządzących. Pod względem wydatków na badania i rozwój znajdujemy się pod koniec UE, przeznaczając na ten cel jedynie ok. 1% PKB (1,03% w 2017 r., 1,21% w 2018 r., w tym roku ma być ponoć 1,7%). Kamieniem do ogródka pracodawców mogą być także rezerwy w zakresie właściwej organizacji pracy przedsiębiorstwa. Nie dość, że pracujemy długo, to wciąż za marne pieniądze. Według danych na 2018 r. koszt godziny pracy w Polsce to zaledwie ok. 10 euro, czyli blisko trzy razy mniej niż średnia unijna.

Jak pokazuje ranking „The Workforce View in Europe 2018” zbyt długi czas przebywania w pracy (nie tylko fizycznie, ale też myślami już po wyjściu z biura) przynosi bardzo złe skutki dla naszej kondycji psychicznej. Jesteśmy bowiem najbardziej zestresowanym narodem w Europie. To uczucie nieodłącznie towarzyszy każdego dnia w pracy aż 27% Polakom. Napięcie, jakie odczuwamy przy wykonywaniu obowiązków zawodowych, ma niestety bezpośrednie przełożenie na naszą efektywność. Ciekawe, choć bardzo przygnębiające wnioski płyną z raportu psycholog Małgorzaty Czerneckiej z Human Power. W badaniu przeprowadzono wywiady z 1149 menedżerami i pracownikami szeregowymi dużych firm. Aż 75% menedżerów pracuje w ciągu dnia regularnie dłużej niż 8 godzin, a prawie połowa zabiera pracę do domu. Co szczególnie alarmujące, aż 1/3 wszystkich przebadanych pracowników miała świadomość, że nie pracuje w pełni efektywnie. Z natłoku stresu i obowiązków większość ankietowanych odczuwała zmęczenie i senność w ciągu dnia.

W sytuacji, kiedy pracownicy nie wykonują swoich obowiązków najbardziej efektywnie, pracodawcy powinni być otwarci na nowe, czasem eksperymentalne, formy zwiększania wydajności. Tymczasem słuchając przedstawicieli polskiego biznesu, można odnieść wrażenie skrajnej zachowawczości tego środowiska. To powinno dziwić, bo przecież od kogo, jak nie od nich winniśmy oczekiwać bardziej nowatorskiego podejścia do problemów. Postawę pracodawców, oczywiście dokonując przy tym pewnych uogólnień, można scharakteryzować w następujący sposób: wiemy, że Polacy nie pracują tak efektywnie jak powinni, ale jeżeli skrócimy im czas pracy, to wtedy wydajność będzie jeszcze niższa. Mam wrażenie, że taki pogląd opiera się na szalenie krzywdzącym założeniu, że brak dostatecznej efektywności nie wynika z niedostatków organizacyjnych firmy oraz z przepracowania pracowników, ale z lenistwa i cwaniactwa świadczących pracę, którzy robią wszystko, aby „zarobić, a się nie narobić” (niczym w popularnym serialu komediowym o pewnej rodzinie z Wrocławia). Gwoli sprawiedliwości trzeba jednak napisać, że także w naszym kraju zdarzają się pracodawcy nie bojący się eksperymentów z obniżaniem czasu pracy swoich pracowników. Agencja PR POiNTB skróciła zatrudnionym czas pracy do 6 godzin dziennie. Początkowo test miał trwać 3 miesiące, ale właściciele firmy byli na tyle zadowoleni z efektów zmiany, że taki tryb wprowadzili na stałe.

Doceniając pewne chwalebne wyjątki wśród przedstawicieli polskiego biznesu, faktem jest jednak, że do czasu wprowadzenia regulacji ustawowej z krótszego czasu pracy będą mogli cieszyć się tylko niektórzy pracownicy. Problem rozwiązałaby nowelizacja kodeksu pracy, ale do tego potrzebna jest znacznie większa determinacja strony społecznej, która mogłaby zmusić rządzących do zajęcia się na poważnie zmianami w tym zakresie.

Marcin Rezik

Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Tomasz Chmielewski

William Morris: Jak zostałem socjalistą (1894)

William Morris: Jak zostałem socjalistą (1894)

Redaktor niniejszej gazety [„Justice”] poprosił mnie o sporządzenie krótkiej historii tego politycznego nawrócenia, mnie zaś wydaje się, że może z tego wyniknąć nieco pożytku, zwłaszcza jeśli czytelnicy zechcą spojrzeć na mnie jako na reprezentanta pewnej grupy czy pewnej mentalności, niełatwo jednak opisać taką rzecz naraz zwięźle i zgodnie z prawdą. Niech będzie mi wszakże wolno choć spróbować. Najpierw jednak powiem może, co to znaczy dla mnie „być socjalistą”, mówią mi bowiem, że termin ten stracił owo precyzyjne i klarowne znaczenie, jakie miał jeszcze dziesięć lat temu. Cóż, krótko mówiąc, przez socjalizm rozumiem stan społeczny, w którym nie ma ani biednych, ani bogatych, ani panów, ani sług, ani ludzi bezczynnych, ani przepracowanych, ani pracowników umysłowych o chorym umyśle, ani pracowników fizycznych o chorym sercu, słowem, taki, w którym wszyscy żyliby na takim samym poziomie i kierowali swoim losem rozumnie, z pełną świadomością faktu, że szkoda jednego jest szkodą wszystkich, urzeczywistniając w ten sposób fundamentalne znaczenie pojęcia rzecz-pospolita.

Ta definicja socjalizmu, w którą do dziś wierzę i mam nadzieję w wierze tej umrzeć, była tym, od czego zacząłem; nie doświadczyłem tzw. okresu przejściowego, chyba że nazwać tak moment politycznego radykalizmu, w którym zacząłem widzieć mój polityczny ideał jaśniej niż przedtem, bez wszakże jakichkolwiek nadziei na jego realizację. Moment ten dobiegł końca na kilka miesięcy nim dołączyłem do (jak się wtedy nazywała) Federacji Demokratycznej [1], który to akt stanowił przypieczętowanie faktu, że coś się zmieniło: że zacząłem patrzeć na realizację moich ideałów bardziej optymistycznie. Jeśli zapytacie mnie, jak optymistycznie czy co dokładnie liczyłem, że my, socjaliści żyjący i działający w tamtym okresie zdołamy osiągnąć, lub czy kiedy dokładnie spodziewałem się jakiejś konkretniejszej zmiany społecznej, zmuszony będę odpowiedzieć: nie wiem. Powiem może w ten sposób, że nie mierzyłem ani moich nadziej, ani radości, jakie mi one wtedy przyniosły według jakiejś konkretnej skali. Co do reszty, gdy zdecydowałem się na ten krok, nie miałem pojęcia o ekonomii; ani nie otwarłem nigdy jednej książki Adama Smitha, nie słyszałem o kimś takim jak Ricardo czy Karol Marks. Jak dziwne by się to mogło wydawać, czytałem natomiast nieco Milla, mianowicie: te opublikowane (w „Westminster Review” czy „Fortnightly”?) pośmiertnie artykuły, w których atakował on socjalizm w jego odmianie fourierowskiej. W artykułach tych argumentował, przynajmniej takie odniosłem wrażenie, w sposób tak przejrzysty i logiczny, że zdołał przekonać mnie bez wątpliwości, iż nadejście socjalizmu to zmiana konieczna, którą można przeprowadzić jeszcze za mojego życia. Teksty te ostatecznie pomogły mi podjąć decyzję o przyjęciu idei socjalistycznej. Przyłączywszy się zatem do oficjalnej socjalistycznej organizacji (bo federacja szybko stała się organizacją socjalistyczną), włożyłem nieco wysiłku w zrozumienie ekonomicznej strony tego poglądu, a nawet spróbowałem sił z samym Marksem, choć muszę przyznać, że jak podobała mi się niezmiernie historyczna część „Kapitału”, tak część stricte ekonomiczna tego wielkiego dzieła przysporzyła mi niemałych bólów głowy. Tak czy inaczej, czytałem co mogłem, i mam nadzieję, że udało mi się przyswoić przynajmniej część z tych wszystkich informacji; wydaje mi się wszakże, że więcej dały mi tutaj niekończące się rozmowy z dobrymi przyjaciółmi takimi jak Bax [2], Hyndman [3] czy Scheu [4], a także intensywne spotkania propagandowe, odbywające się wtedy jedno za drugim, w których również nierzadko brałem udział. Ostatnie zajęcia z tego kursu praktycznego socjalizmu przeprowadzili dla mnie, jak mogę powiedzieć, moi serdeczni znajomi anarchiści, dzięki którym zrozumiałem, wbrew ich intencjom, że anarchizm jest utopią, podobnie jak wcześniej Mill wbrew swoim intencjom zdołał utwierdzić mnie w przekonaniu, że ustrój socjalistyczny musi nadejść.

Opowiadając tu wszakże, jak zaangażowałem się w praktykę ruchu socjalistycznego, obawiam się, zacząłem od środka – bo biorąc pod uwagę spokój życiowy, jakim cieszyłem się jako człowiek dobrze sytuowany, wolny od trudności, z jakimi na każdym kroku musi mierzyć się klasa robotnicza, wydaje mi się, że nigdy nie zdecydowałbym się na taki krok, gdyby nie właśnie ideał. Bo polityka jako polityka, tj. polityka niedefiniowana jako konieczny, choć być może nieefektywny, a wręcz często obrzydliwy, środek realizacji pewnych celów, nigdy by mnie nie pociągnęła, zdawszy zaś sobie sprawę z niesprawiedliwości naszych współczesnych urządzeń społecznych oraz niemiłosiernego ucisku ubogich, nigdy nie uwierzyłbym w możliwość „częściowego” rozwiązania tych problemów. Innymi słowy: nigdy nie byłbym dość głupi, aby uwierzyć, że ubodzy mogą stać się „szczęśliwymi i porządnymi ludźmi”, pozostając ubogimi[5].

Jeśli to zatem mój ideał skłonił mnie do praktycznego zaangażowania w ruch socjalistyczny, co skłoniło mnie do przyjęcia tego ideału? Tutaj wchodzi w grę to, co miałem na myśli, gdy nazwałem się reprezentantem pewnej mentalności.

Przed narodzinami nowoczesnego socjalizmu niemal wszyscy ludzie inteligentni byli, lub przynajmniej twierdzili, że są, zadowoleni z cywilizacji naszego wieku. I cóż, niemal wszyscy z nich naprawdę byli z niej zadowoleni, święcie wierząc, że jedyne, co pozostaje do zrobienia, to wydoskonalić tę cywilizację oczyszczając ją z ostatnich reliktów epok barbarzyństwa. Dominował, krótko mówiąc, wigowski sposób myślenia, tak naturalny dla przedstawicieli bogatej klasy średniej, która, istotnie, przynajmniej z perspektywy czysto mechanicznych aspektów postępu, nie potrzebuje niczego, może poza tym, aby socjaliści zostawili ją w spokoju i pozwolili jej spijać śmietankę mieszczańskiego dobrobytu.

Oprócz większości zadowolonych istniała także na szczęście grupa niezadowolonych, tych, który odczuwali wobec tego cywilizacyjnego triumfalizmu jakiś niejasny wstręt, ale musieli milczeć, bezradni wobec nieposkromionej potęgi wigostwa. W końcu, byli i tacy, którzy wszczęli przeciw wigowskiemu establishmentowi otwartą rebelię – niewielu, może nawet i tylko dwóch: Carlyle i Ruskin. Drugi z nich, zanim zaangażowałem się w działalność socjalistyczną, był moim mistrzem, to on właśnie wyznaczał drogę do ideału, jaki pragnąłem zrealizować – i, patrząc wstecz, nie mogę powstrzymać się przed stwierdzeniem, jak bardzo nudny byłby świat dwadzieścia lat temu, gdyby nie pisarstwo Ruskina! To dzięki niemu nauczyłem się nadawać konkretny kształt memu niezadowoleniu, które już i tak, rzec muszę, było bardzo konkretne. Prócz pasji tworzenia rzeczy pięknych, największą namiętnością mego życia była i jest bowiem nienawiść do współczesnej cywilizacji. Co powiem o niej teraz, gdy przypisuje mi się tak wiele rzeczy, których nie powiedziałem – o nadziei na jej zniszczenie, o perspektywie zastąpienia jej socjalizmem?

Co powiem o jej technicznym zaawansowaniu i marnotrawstwie mocy mechanicznych, o jej poczuciu wspólnoty – tak słabym, i o wrogach tej wspólnoty – tak silnych i bogatych, o jej kolosalnej organizacji – nieprzynoszącej życiu nic poza cierpieniem! Jej pogardzie dla prostych przyjemności, którymi wszyscy mogliby się cieszyć, gdyby nie jej głupota? Jej ślepej wulgarności, która zniszczyła sztukę, jedyne prawdziwe ukojenie w pracy? Wszystko to czułem tak samo mocno wtedy, jak czuję dzisiaj, wtedy wszakże nie wiedziałem jeszcze, dlaczego. Nadzieje przeszłości minęły, wielowiekowe zmagania ludzkości zakończyły się właśnie tak: przynosząc nam tylko ten plugawy, bezsensowny, odrażający chaos; najbliższa przyszłość zwiastowała zaś, przynajmniej w moich oczach, wyłącznie zniesienie ostatnich reliktów lepszych czasów, nieznających jeszcze uniwersalnej szpetoty cywilizacji, jaka do dziś zdążyła ogarnąć cały świat, i, przez to, pogłębienie niesprawiedliwości obecnego systemu. Perspektywy wydawały się tragiczne, przynajmniej komuś takiemu, jak ja – człowiekowi, jeśli mogę napisać tutaj coś o mnie jako o osobie, a nie tylko typie pewnej grupy, niedbającemu o metafizykę ani religię, ani, szczerze powiedziawszy, analizę naukową, niemniej pałającemu szczerą miłością do ziemi i wszystkiego, co na niej żyje – i szczerą pasją do historii i przeszłości własnego gatunku. Pomyślcie tylko! Czy to wszystko naprawdę miałoby zakończyć się w wielkim biurze rachunkowym pośród zgliszcz, w pokoju gościnnym pana Podsnapa [6], na obradach jakiegoś wigowskiego komitetu rozdającego ubogim margarynę, a bogatym szampana w takich proporcjach, że wszyscy byliby zadowoleni, choć widzialne piękno zniknęło z oblicza świata, a Homera zastąpił Huxley [autor ma na myśli Thomasa Henry’ego Huxleya, zoologa i filozofa, zwolennika wulgarnej wykładni darwinizmu, dziadka Aldousa Huxleya – przyp. redakcji]? A jednak, wierzcie mi, gdy zmusiłem w końcu oczy mego serca do odważniejszego spojrzenia w przyszłość, oto, co w niej zobaczyłem, i, na ile mogłem się zorientować, niemal nikt nie uważał za celowe zgłaszać jakichkolwiek uwag wobec takiego cywilizacyjnego apogeum. I tak oto zmierzałem prostą drogą ku wzniośle tragicznemu końcowi życia, jaki przystawałby prawdziwemu pesymiście – i bez cienia wątpliwości nie zszedłbym z niej, gdyby na szczęście nie zaświtało mi w pewnym momencie, że pośród całego tego brudu naszej kultury posiane na tej ziemi ziarna tego, co niektórzy nazywają „Rewolucją Społeczną”, zaczynają kiełkować. Odkrycie to, zmieniło wszystko – i jedynym, co musiałem zrobić, aby naprawdę stać się socjalistą, było zaangażować się bardziej praktycznie, co i też zrobiłem, jak napisałem wcześniej, i staram się robić najlepiej, jak potrafię.

Podsumowując, studia historyczne oraz miłość sztuki i tworzenie sztuki sprawiły, że nie mogłem nie nienawidzić cywilizacji, która – jeśliby nikt jej nie zatrzymał – zamieniłaby dzieje ludzkości w nonsens, a sztukę w zbiór starych ciekawostek, pozbawionych jakichkolwiek związków z życiem.

Ale świadomość fermentu rewolucyjnego, mającego miejsce we wnętrzu tej cywilizacji, powstrzymała mnie przed ewolucją w kierunku pospolitego malkontenta jałowo krytykującego postęp z jednej strony, a z drugiej przed marnowaniem czasu i energii na jeden z owych niezliczonych projektów, przy pomocy których quasi-artyści z klasy średniej mają nadzieję utrzymać przy życiu drzewo sztuki, gdy już podcięto mu korzenie, w związku z czym stałem się socjalistą praktycznym.

Ostatnie słowo czy dwa. Być może niektórzy z naszych przyjaciół powiedzą: „A cóż my mamy wspólnego z historią i sztuką? My chcemy po prostu, wprowadzając socjaldemokrację, zapewnić sobie godne życie – chcemy żyć, i to jak najprędzej”. Otóż istotnie ktoś, kto uważa, że sprawa sztuki i kultury winna być rozwiązana pierwej, niż sprawa pełnego żołądka (a są tacy), nie rozumie, czym sztuka tak naprawdę jest, ani jak głęboko musi ona zapuścić korzenie w glebie szczęśliwego i spokojnego życia. Trzeba jednak pamiętać, że cywilizacja współczesna zmieniła robotnika w istotę tak wynędzniałą, tak godną pożałowania, że bardzo często nie ma on pojęcia, co zrobić z nurtującym w nim pragnieniem życia lepszego, niż to, którego jarzmo musi teraz nosić. I tylko sztuka potrafi pokazać mu ideał życia prawdziwie pełnego i rozumnego, życia, w którym tworzenie i doświadczenie piękna, czyli prawdziwą przyjemność istnienia, będzie odczuwać się jako rzecz równie konieczną dla człowieka jak chleb powszedni, tak naturalną, że nikt ani nic nie jest w stanie mu jej odebrać, chyba że przemocą, której należy przeciwstawiać się wszelkimi dostępnymi środkami.

William Morris

Tłum. Maciej Wąs

Artykuł pierwszy raz ukazał się w magazynie „Justice” w 1894 roku.

Przypisy tłumacza:

1. Ang. Democratic Federation, później Federacja Socjaldemokratyczna (Social Democratic Federation), założona w 1881 organizacja zrzeszającej socjalistów angielskich. Z przyczyn zrozumiałych tylko dla znających się na marksizmie nie otrzymała ona jednak poparcia Engelsa.

2. Ernest Belfort Bax (1853-1926) – angielski socjalista, dziennikarz, filozof, działacz. Z zawodu prawnik.

3. Henry Mayers Hyndman (1842-1921) – angielski socjalista, założyciel Federacji Demokratycznej.

4. Andreas Scheu (1844-1927) – socjalista austriacki. Z zawodu cieśla. Wyjechał do Londynu w 1874. W 1881 wstąpił do Federacji Demokratycznej, którą wszakże w 1883, w opozycji do Handymana, którego oskarżał o zapędy autorytarne, przekształcił w Federację Socjaldemokratyczną.

5. Fragment wydaje się nieco niejasny, co staram się zachować i oddać możliwie wiernie te Morrisowskie esy-floresy.

6. Postać z ostatniej dokończonej powieści Charlesa Dickensa „Our Mutual Friend” (1864-65), symbol snobizmu wyższej klasy średniej.

 

William Morris (1834-1896) – angielski malarz, rysownik, pisarz, poeta, architekt, projektant, tłumacz. Działacz socjalistyczny i korporacjonistyczny. Spiritus movens odrodzenia zainteresowania w Anglii wiekami średnimi. Jego myśl stała się główną inspiracją dla wpływowego Ruchu Sztuk i Rzemiosł (Arts and Crafts Movement), dążącego do odrodzenia rękodzieła. Przeciwnik industrializmu i urbanizacji. Pod koniec życia, wraz z przyjęciem przez większość socjalistyczną poglądów etatystycznych (tzw. socjalizm państwowy), jego relacje – jako anty-etatysty – z ruchem socjalistycznym stały się bardziej napięte. W Polsce znany głównie z napisanej w roku 1890 powieści „Wieści znikąd”.

Prof. Monika Kostera: Zmierzch liderów?

Prof. Monika Kostera: Zmierzch liderów?

Dwóch było w kantynie. Jeden został wzięty, a drugi zostawiony. Ten drugi tylko wyszedł do łazienki, jego ciastko i połowa kawy nadal stały na stole. Stał też talerzyk kolegi, dziwnie przekrzywiony. Tylko kolegi już nie było. Drugi pomyślał, że pierwszy też pewnie na chwilkę dokądś odszedł, ale przerwa kawowa się skończyła, a kolegi cały czas nie było. Gdy wrócił na swoje miejsce przy kompie, dowiedział się, że kolegi nie ma i nie będzie, a wszystkie sprawy z jego konta teraz przechodzą do załatwienia przez niego. Powiedziano mu, że szef przechodził przez korytarze, zobaczył siedzącego w kantynie pierwszego, wszedł i rzucił „Pan już nie pracuje”, po czym poszedł dalej. Dowiedział się, że to wszystko stało się spokojnie, po cichu, bez wrzasku, bez fajerwerków. Po prostu – był pracownik, nie ma pracownika. W firmie już od jakiegoś czasu trwały zwolnienia, kogoś trzeba zwolnić, akurat pierwszy był pod ręką, akurat drugiego nie było.

W tych dniach nie wiecie, koleżanki i koledzy, w którym dniu szef przyjdzie po was. Być może przyjdzie z hukiem i reprymendą, a być może ze spokojnym uśmiechem. Bowiem nie tylko obecne obyczaje w firmach są inne, ale nowa generacja bezdusznych szefów jest inna niż poprzednie. To nie jest tradycyjna megalomania, z porywami emocji, z ciągłym socjalnym ryzykanctwem. Już nawet nie narcyzowie, strojący się w piórka innych ptaszków, ale starający się być widoczni, ba, jak najbardziej widoczni, nieunikający kontrowersji. Ci nowi są inni, tacy jacyś nijacy. Rugają za nic, chwalą za nic, potrafią pochwalić i następnie zwolnić, albo zrugać i też zwolnić. Unikają mediów. Najczęściej mówią to, co wszyscy pragną usłyszeć, używają słów, jakich użyć trzeba, mówią gładko, mówią płynnie. Robią co innego, niż mówią, ich słowa są tańsze niż proch. Ci nowi szefowie nie muszą wydawać nic z serca, nic z duszy. Sprawdzają się wyłącznie w tym kontekście, który teraz jest. Wyjęci z niego są nikim – przeniesieni w czasie nawet 10 lat wstecz, w ogóle nie istnieją, są nikim. Ich jedyny walor to nieskończona cierpliwość, z jaką patrzą na świat, na wszystko, co im się nie podoba. Patrzą na ciebie i spokojnie, z pogodą ducha zdają się myśleć: poczekaj, już niedługo wylecisz stąd. Jest to prawie wyrozumiałość.

Dostaję ostatnimi czasy taki wysyp podobnych opowieści od Czytelników, że aż zmieniłam temat tego felietonu. O tym, o czym miałam pisać, napiszę w przyszłym miesiącu. Obraz dwóch kolegów w kantynie nie daje mi spokoju, ci niemal skradający się nowi szefowie za ich plecami. Co to znaczy? Czyżby zmierzch liderów? Koniec błyskotliwych narcyzów, głośnych psychopatów? Być może, jednak literatura naukowa (i doświadczenia Czytelników) pokazują, że psychopaci korporacyjni mają się dobrze, wręcz – świetnie. Rok 2020 dopiero się rozkręca, a publikacji na ich temat mamy jak grzybów po deszczu, kto wie, czy nie większy urodzaj, niż dotąd. Większość z nich oparta jest na badaniach, które trwały od jakiegoś czasu, jednak wnioski zdają się być alarmująco aktualne. Wyniki tych badań dołączają do bogatej wiedzy o psychopatii w miejscu pracy, jaką dysponujemy, tak z psychologii, jak i z socjologii i nauk zarządzania. Przypomnę, że psychopatia to, według profesora psychologii Roberta Hare, niezdolność do empatyzowania, brak poczucia i brania odpowiedzialności za swoje czyny, notoryczne rozmijanie się z prawdą i powierzchowność w relacjach międzyludzkich. Socjopatia przejawia się podobnie, ale jest bardziej wyuczona – osoby mogą mieć funkcjonujące sumienie, lecz pod wpływem środowiska nauczyły się ignorować płynące z niego sygnały i skutecznie przełamywać opory wynikające z empatii. Ogólnie zjawisko to można by określić jako socjopsychopatologię, czyli nieludzkość organizacyjną.

Badania australijskiego uczonego Nathana Brooksa z 2016 roku wykazały, że proporcja psychopatów wśród prezesów w biznesie jest podobna do tej wśród więźniów, czyli ok. 21%, podczas gdy w zwykłej populacji jest to 1-4%. Nieco starsze badania Paula Babiaka, Craiga Neumanna i Roberta Hare, opublikowane w 2010 roku, wskazały, że klinicznych psychopatów wśród szefów najwyższego szczebla jest ok. 4%. Jednak w nowej książce Paul Babiak i Robert Hare argumentują, że zależna od kontekstu socjopatia jest znacznie bardziej powszechnym typem osobowości wśród współczesnych menedżerów wysokiego szczebla niż kliniczna psychopatia. Przezwyciężanie impulsów empatii, pokonywanie głosu sumienia pozwala dostosować się do środowiska. W przypadku socjopatów-kryminalistów to patologiczne środowiska – najczęściej rodzina albo znajomi – uczą ich takich postaw. W przypadku socjopatów korporacyjnych są to przede wszystkim niewłaściwa edukacja i warunki organizacyjne, nagradzające wyłącznie sukcesy finansowe, chwaląc jednocześnie przedsiębiorczość.

Babiak i Hare argumentują bowiem, że tradycyjna organizacja, zwłaszcza typu biurokratycznego, była dla psychopatów środowiskiem niesprzyjającym. Psychopaci (i socjopaci) unikają kontroli, wymogów przejrzystości swoich działań, ograniczeń i powszechnych reguł – cała ich działalność polega na funkcjonowaniu poza prawem lub łamaniu prawa. Natomiast znakomite dla nich środowisko stworzyła coraz bardziej popularna i wszechobecna od kilku dziesięcioleci przedsiębiorczość: przedsiębiorczość korporacyjna, przedsiębiorczy szpital, przedsiębiorczy uniwersytet, przedsiębiorcze państwo… Rozluźnienie ograniczeń, jakie ta tendencja spowodowała, kult „wolnej amerykanki” w zarządzaniu, brak jasnych zasad – to idealne warunki dla psychopatów i doskonałe środowisko do wytwarzania się kultury sprzyjającej socjopatii. Jest to kultura nieprzejrzystości, konkurencji, pozorów, indywidualizmu, powierzchowności i ambicji bez dyscypliny. Taki system norm i wartości wyklucza wszystkich tych, którzy chcą się naprawdę czegoś uczyć (to zajmuje czas), pracować rzetelnie dla dobra firmy (to wymaga współdziałania), albo budować relacje z klientami (to wymaga zaufania). To, co jest stale i w widoczny sposób premiowane, czyli pozory, powierzchowne efekty, wysyła silny sygnał normotwórczy w system. Wyraźne i widoczne pomijanie i marginalizacja systematyczności i rzetelności demotywuje do angażowania się w takie działania, tym bardziej, że są trudne, żmudne i czasochłonne. Przedsiębiorcze korporacje to szkoły socjopsychopatologii. Czy to bardzo źle? Czy może, jak twierdzą niektórzy entuzjaści wszech-przedsiębiorczości, powinniśmy po prostu uczyć się od psychopatów jak osiągać sukces?

Nie radzę. Socjopatyczne zarządzanie jest nie tylko dewastujące dla morale i atmosfery w pracy, ale także szkodliwe dla przedsiębiorstwa, również z czysto efektywnościowego punktu widzenia. Mimo że wiemy od tym od jakiegoś czasu, tendencja do zatrudniania socjopatów na wysokich stanowiskach wcale się nie zmniejsza. Co więcej, Clive Boddy, australijski profesor zarządzania, stwierdza, że mimo wyraźnie negatywnego wpływu na zarządzane organizacje i ich otoczenie, korporacyjni psychopaci nie ponoszą konsekwencji za swoje decyzje i czyny, innymi słowy – ich kariera nie cierpi, cierpią inni ludzie. To, co zdaje się zmieniać ostatnimi czasy, to raczej styl, jaki prezentują te postaci. Błyskotliwi liderzy, supergwiazdy medialne to obecnie głównie prezesi najwyższego szczebla, wielokrotni milionerzy i miliarderzy, którzy, jak pokazują w swej wydanej niedawno po polsku książce profesorowie zarządzania Peter Bloom i Carl Rhodes, koncentrują na sobie uwagę społeczną, stają się wzorcami do naśladowania – w świecie, gdzie awans społeczny, nawet tylko w ułamku zbliżający do pozycji, jaką zajmują, stał się nieprawdopodobny. Być może więc jest tak, że kapitalizm zrobił z liderami to samo, co z innymi rolami społecznymi – zdeprecjonował ich, ponieważ tam, gdzie rośnie popyt, rośnie też podaż, liderzy są produkowani masowo w szkołach, uczelniach i na rozmaitych kursach, a więc ich cena i ich status społeczny poszły w dół. Ot, zwykła nadprodukcja.

Jednakowoż pozwolę sobie też troszkę nienaukowo pospekulować co do innych, nakładających się na tę tendencję, dynamik. Możliwe, że obserwujemy kolejny etap interregnum, o którym pisał wielki polski socjolog Zygmunt Bauman (więcej na ten temat pisałam w felietonie poświęconym strukturom społecznym) – etap wywożenia gruzów. Rozpad struktur posunął się już tak daleko, że liderzy markujący efektywność nie są już w cenie. Teraz do działania przystępują o wiele bardziej niepozorni i spokojni czyściciele ruin. Już nie liderzy, ale nadal socjopaci – tak samo jak ich poprzednicy nie mrugną nawet okiem zwalniając, mniej lub bardziej losowo, pracowników, skazując ich na rozszalałą niepewność i pogłębiającą się beznadzieję kondycji bezrobocia i prekariatu. Oni „tylko wykonują polecenia”, zadają swoim sumieniom gwałt tak samo, jak ich jazgotliwi poprzednicy. Nie muszą koniecznie być złymi ludźmi, zachowują się socjopatycznie niekiedy z powodu pozytywnych intencji, takich jak identyfikacja z organizacjami, którymi zarządzają. Taka totalna identyfikacja z patologicznym systemem wartości sprawia, że czują się uprawnieni do działań, które są po prostu szkodliwe.

Ich cichość nie ma nic wspólnego z pokorą. Nie słuchajmy ich słów – czarują słowami, mówią wszystko, to, co powinni w tym miejscu i w tym czasie. Patrzmy im uważnie na ręce. Wbrew pozorom to, gdzie patrzymy i na co uważamy, ma ogromne znaczenie. Możemy wreszcie położyć kres tym prestidigitatorom zarządzania. Przepraszam, pseudo-zarządzania. Zarządzanie wszak definiuje się jako branie odpowiedzialności: za organizację, za ludzi, za przyszłość. Północnoamerykański profesor zarządzania Michael Pirson dowodzi, że obecna degradacja roli zarządzania spowodowana jest ekonomizacją edukacji w tym zakresie. Aby przywrócić odpowiedzialność, należy we wszelkie kursy i studia zarządzania włączyć silne narracje humanistyczne. Pirson przypomina, że ludzkość przetrwała tylko dzięki odpowiedzialności. Takie wartości jak godność, twórczość, wyobraźnia, dobro wspólne powinny jak najszybciej zastąpić obecnie gloryfikowaną finansową efektywność jako motyw przewodni studiów zarządzania. Nie słuchajmy tych, którzy twierdzą, że się nie da. Posłuchajmy naszych studentów. Rozmawiałam na te tematy z wieloma spośród moich. Chciałabym w ramach zakończenia tego eseju oddać głos studentce, która bardzo krótko i treściwie ujęła to, co słyszałam od wielu osób: „na studiach zarządzania chciałabym się uczyć wyobraźni, empatii i uważności”. To nasza odpowiedzialność – aby jej i jej koleżankom oraz kolegom to umożliwić.

prof. Monika Kostera