Globalny agrobiznes sprzyja pandemii koronawirusa

COVID-19 jest tak groźny dla bezpieczeństwa żywnościowego, ponieważ globalny łańcuch dostaw był zawsze zagrożony. Czy możemy to zmienić?

Globalny system żywnościowy zajmował bardzo ważne miejsce w historii związanej z wybuchem epidemii COVID-19. Wszyscy oczywiście zdają sobie sprawę, że głód uparcie podąża za wirusem, siejąc spustoszenie zarówno na globalnej północy, jak i na globalnym południu. Rzeczywiście, można powiedzieć, że w przeciwieństwie do Azji Wschodniej, Europy i USA, w Azji Południowej katastrofa żywnościowa poprzedziła faktyczną inwazję wirusa, a pod koniec marca 2020 r. w Indiach, Pakistanie i Bangladeszu odnotowano stosunkowo niewiele infekcji. Ale miliony osób już zostały przesiedlone z powodu lockdownów i innych drakońskich środków podjętych przez rządy regionu.

Na przykład w Indiach migranci wewnętrzni stracili pracę w ciągu zaledwie kilku godzin, pozostawiono ich z niewielkimi środkami na jedzenie i czynsz, i zmuszono do wędrówki setki kilometrów do domu, a dziesiątki z nich zostały pobite przez policję próbującą poddać ich kwarantannie, gdy przekraczali granice stanów. Liczbę migrantów wewnętrznych szacuje się na 139 milionów. W większości niewidoczni w normalnych czasach, nagle stali się zauważalni, gdy próbowali dotrzeć do swoich rodzimych stanów. Z powodu nagłej blokady całego kraju zostali pozbawieni transportu publicznego, więc wędrowali pieszo.

Gdy umierali po drodze, w tej ogromnej ludzkiej fali jak refren rozbrzmiewał desperacki okrzyk: „Jeśli koronawirus nas nie zabije, to zrobi to głód!”.

Ale kwestia żywności była kluczowa dla pandemii z dwóch innych powodów. Jednym z nich jest związek wirusa z destabilizacją dzikiej przyrody. Drugą jest fakt, że środki mające na celu powstrzymanie rozprzestrzeniania się wirusa uwydatniły skrajną niewydolność światowego łańcucha dostaw żywności.

Covid-19 i dzika przyroda

Historia o tym, jak nowy koronawirus przeskoczył ze zwierzęcego żywiciela na człowieka na targu w Wuhan wciąż wymaga szczegółowego opowiedzenia – a rządząca w Chinach Partia Komunistyczna jest tak wrażliwa na punkcie swoich pierwszych nieudanych prób powstrzymania choroby, że możemy tej historii nigdy nie usłyszeć.

Jedna z zataczających kręgi hipotez mówi, że pierwotnym żywicielem był nietoperz, podczas gdy żywicielem pośrednim między nietoperzem a ludźmi był łuskowiec lub łuskowaty mrówkojad. Nietoperze były również pierwotnymi żywicielami wirusa powodującego SARS, chorobę, która nawiedziła świat na początku XXI wieku, oraz MERS, czyli „zespół problemów z układem oddechowym na Bliskim Wschodzie”, który pojawił się prawie dekadę później. Jednak żywiciele pośredni różnili się: kot cyweta służył jako żywiciel pośredni dla SARS, a wielbłąd dromader pojawił się w przypadku MERS.

Wirusolodzy i biolodzy wciąż muszą dojść do ostatecznego wniosku co do pośredniego nosiciela nowego koronawirusa, który przeskoczył na ludzi na targu w Wuhan. To, co nas tutaj interesuje, to prawdopodobne tło dla tej historii. To tło prawdopodobnie wiązało się z destabilizacją ekologiczną spowodowaną ekspansją kłusownictwa komercyjnego na dużą skalę, rolnictwem przemysłowym, ekspansją mieszkaniową i innymi formami inwazji ludzi na naturalne siedliska dzikich zwierząt.

Nic dziwnego, że przejście od łuskowców do ludzi nastąpiło w Chinach – zarówno w przypadku nowego koronawirusa, jak i SARS, który rozpoczął się w gminie Foshan w prowincji Guangdong. Chiny są światowym centrum handlu dzikimi zwierzętami, w większości nielegalnego. Jak podkreśla Mahendra Lama, ekspert ds. systemów żywnościowych, w Chinach „znajdują się dziesiątki licencjonowanych i nielegalnych komercyjnych centrów rozmnażania i hodowli, które dostarczają na rynek tygrysy, jeżozwierze, łuskowce, niedźwiedzie, węże i szczury”. Badanie przeprowadzone przez Chińską Akademię Inżynierii wykazało, że w 2016 r. w branży związanej z dziką przyrodą pracowało ponad 14 milionów ludzi i zarobili dla niej 74 miliardy dolarów.

Globalny łańcuch dostaw żywności to słabe ogniwo

Innym wymiarem pandemii COVID-19 związanym z żywnością, a mającym kluczowe znaczenie, jest wrażliwość globalnego łańcucha dostaw żywności. Wraz z przewidywaniami ataku pandemii COVID-19 na Azję Południową i Afrykę, które specjaliści do spraw zdrowia uważali za regiony najbardziej podatne na wirusa, szefowie Światowej Organizacji Handlu, Światowej Organizacji Zdrowia oraz Administracji Wyżywienia i Rolnictwa przyjęli pod koniec marca 2020 wspólną deklarację, mówiącą, że skoro „miliony ludzi na całym świecie są zależne od handlu międzynarodowego w zakresie bezpieczeństwa żywnościowego i środków do życia”, rządy musiały powstrzymać się od podejmowania środków, które „zakłóciłyby łańcuch dostaw żywności”. Szef FAO, Qu Yongdu, ostrzegł: „Nie pozwólcie, aby kryzys COVID-19 stał się igrzyskami śmierci”.

Agencje międzynarodowe obawiały się powtórki kryzysu związanego z cenami żywności z lat 2007–2008, kiedy to zakłócenia w globalnym łańcuchu dostaw żywności wywołane restrykcjami eksportowymi przez kluczowe kraje dostarczające zboże, takie jak Chiny, Argentyna, Wietnam i Indonezja, spowodowały gwałtowny wzrost cen żywności, zapisując dodatkowe 75 milionów ludzi w szeregi głodnych i doprowadzając około 125 milionów ludzi w krajach rozwijających się do skrajnego ubóstwa.

Jednak obecne zagrożenie dla globalnego łańcucha dostaw nie jest tylko potencjalne. Łańcuch już się rozpada w jednym z najbardziej krytycznych ogniw: migrującej sile roboczej.

Pandemia ujawniła stopień, w jakim rolnictwo jest uzależnione od pracowników migrujących: ponad 25% pracy rolnej na świecie jest wykonywane przez robotników wędrownych. W swoim doskonałym badaniu Jean Shaoul pokazuje nam, że około dwie trzecie z tych 800 tysięcy trudnych i wyczerpujących miejsc pracy, których głównymi cechami są niskie wynagrodzenie i długie godziny pracy, jest obsadzonych w okresie żniw w Europie przez pracowników z Afryki Północnej i Europy Środkowo-Wschodniej. Ale strefa Schengen, obejmująca 26 państw europejskich, zakazała na 30 dni wjazdu osób z zewnątrz i zamknęła wiele granic.

„Świat pracy będzie największą z rzeczy, które mogą się załamać”, powiedział „New York Timesowi” Karan Girotra, ekspert ds. łańcuchów dostaw z Cornell University. „Jeśli duża liczba ludzi zachoruje na obszarach wiejskich w Ameryce, wszystko się zmieni”.

Rzeczywiście, należąc do tej niezbędnej branży, pracownicy rolni i pracownicy sektorów przetwórstwa żywności i sprzedaży detalicznej znajdują się na pierwszej linii walki o powstrzymanie COVID-19. Jednak wielu z nich jest pozbawionych najbardziej podstawowego sprzętu ochronnego, takiego jak maski na twarz, i pracuje w warunkach, które są kpiną z zasad dystansu społecznego.

Globalny łańcuch dostaw jest zagrożony nie tylko problemami na etapie produkcji i przetwarzania, ale także wąskimi gardłami w transporcie, zwłaszcza w kluczowych węzłach. Raport FAO obrazowo ukazuje problem rozwijający się w Rosario w Argentynie, największym na świecie miejscu eksportu pasz sojowych dla zwierząt gospodarskich: „Niedawno dziesiątki miejscowości w pobliżu Rosario zablokowały ciężarówkom zbożowym wjazd do ich miast i wyjazd z nich, aby spowolnić rozprzestrzenianie się wirusa. Dlatego soja nie jest transportowana do tłoczni, co wpływa na eksport śruty sojowej dla bydła. Podobnie w Brazylii, która jest kolejnym kluczowym eksporterem podstawowych towarów – pojawiają się tam doniesienia o przeszkodach logistycznych zagrażających łańcuchom dostaw żywności. W skali międzynarodowej zamknięcie dużego portu, takiego jak Santos w Brazylii czy Rosario w Argentynie, oznaczałoby katastrofę dla światowego handlu”.

Nie ma wątpliwości, że staranie, by światowy łańcuch pokarmowy był wolny od zakłóceń, jest krótkoterminowym priorytetem, mającym zapobiec głodowi i zamieszkom. Niepokojące jest jednak, że FAO i inne agencje wielostronne nie potrafią przyjąć do wiadomości, że długi globalny łańcuch dostaw żywności potęguje fiasko walki z COVID-19 – że wyparł on lokalne i regionalne systemy produkcji żywności i sprawił, iż kraje stały się mniej samowystarczalne. Niewystarczająca ilość pożywienia sprawiła, że wiele z nich jest bardziej podatnych na pandemie i inne sytuacje kryzysowe. Co więcej, statki i samoloty załadowane żywnością same stały się jednymi z najskuteczniejszych przekaźników choroby na duże odległości.

Wydłużanie łańcucha

Kryzys żywnościowy z lat 2007–2008 i światowy kryzys finansowy z lat 2008–2009 powinny były jaskrawo ukazać kruchość globalnych łańcuchów dostaw: systemu żywnościowego w przypadku pierwszego i przemysłowego w przypadku drugiego. Kryzys finansowy doprowadził do globalnej recesji, która spowodowała zamknięcie wielu globalnych podwykonawców przemysłowych w Chinach.

Tamte wydarzenia powinny były wywołać poważne pytania dotyczące odporności paradygmatu globalnego łańcucha dostaw, który stał się „modelem biznesowym” dla zachodnich korporacji transnarodowych. Jednak zamiast wycofywać się, łańcuch dostaw żywności rozciągano coraz dalej, a lokalne i regionalne systemy żywnościowe jeszcze bardziej więdły.

FAO szacuje, że światowy handel produktami rolnymi zwiększył się w latach 2000–2016 ponad trzykrotnie, do około 1,6 biliona dolarów. Coraz więcej lokalnych i regionalnych systemów żywnościowych, które obejmowały większość krajowej produkcji i konsumpcji żywności, wycofuje się w obliczu rywalizacji z tymi łańcuchami, które są zdominowane przez duże firmy przetwórcze i supermarkety, dysponują wielkimi środkami finansowymi i mają stosunkowo niskie nakłady pracy w porównaniu z drobnymi rolnikami. Tacy międzynarodowi i regionalni giganci stanowią obecnie około 30 do 50 procent systemów żywnościowych w Chinach, Ameryce Łacińskiej i Azji Południowo-Wschodniej oraz 20 procent systemów żywnościowych w Afryce i Azji Południowej.

Według jednego z badań integracja pionowa i konsolidacja po stronie kupca w łańcuchach eksportowych „wzmacniają siłę przetargową dużych firm rolno-przemysłowych i międzynarodowych koncernów spożywczych, przenosząc uprawnienia decyzyjne z rolników na firmy niższego szczebla oraz zwiększając poziom zwrotu tych firm z obecności w łańcuchu, co działa na niekorzyść drobnych dostawców działających w sieci”.

Do jakich zmian w globalnym systemie produkcji i handlu żywnością zmusza nas obecność koronawirusa?

Powstrzymać niszczenie dzikiej przyrody i siedlisk zwierząt

Przede wszystkim Chiny muszą przestać destabilizować siedliska dzikich zwierząt. Należy podkreślić, że egzotyczne praktyki kulinarne Chin, polegające na nielegalnym handlowym kłusowaniu na dzikie zwierzęta, doprowadziły do dwóch pandemii w ciągu mniej niż dwóch dekad – SARS i COVID-19. Dlatego Pekin ma obowiązek dopilnować, aby Chiny nie stały się źródłem trzeciej.

Uznając istnienie nielegalnego związku Wuhan z dziką przyrodą, najwyższy organ prawny w Chinach, Stały Komitet Narodowego Kongresu Ludowego Komunistycznej Partii Chin, zakazał handlu dzikimi zwierzętami. Pekin jest również sygnatariuszem Konwencji o międzynarodowym handlu dzikimi zwierzętami i roślinami gatunków zagrożonych wyginięciem (CITES) i nałożył kary za przestępstwa przeciwko dzikiej faunie i florze w wysokości 29 441 USD oraz kary dożywocia.

Jednak, jak mówi nam Mahendra Lama, „handel dzikimi zwierzętami trwa nieprzerwanie, a korzystanie z bardziej wyrafinowanych platform e-commerce z wysoce zakodowanymi komunikatami, obchodzi prawo bez trudu”. Poważne egzekwowanie, obejmujące zaawansowane technologicznie metody, a nie tylko ustawodawstwo, musi być priorytetem Pekinu, „aby handlarze dzikimi zwierzętami, menedżerowie łańcucha dostaw i globalne marki byli traktowani jak terroryści, surowo traktowani, gdy zostaną złapani”. Chiny, jak słusznie podkreśla Lama, „muszą zdać sobie sprawę, że ich status globalnego aktora stał się teraz nierozerwalnie powiązany z lokalnymi praktykami kulinarnymi i handlowymi na targach wielu miast”.

Ale jest jeszcze większe wyzwanie, któremu Chiny muszą sprostać, a mianowicie muszą poważnie przemyśleć i być może odłożyć na bok swoją flagową inicjatywę Jeden Pas i Jedna Droga (BRI). To ogromny program budowy dróg i linii kolejowych oraz budowa elektrowni wodnych i węglowych, a także zakładanie przedsięwzięć górniczych, wartych miliardy dolarów. Według Światowej Federacji Przyrody projekty BRI zagrażają ponad 1700 kluczowym miejscom bioróżnorodności i 265 zagrożonym gatunkom.

Jednym z nich są wyżyny leśne Batang Toru na Sumatrze, jeden z najbardziej różnorodnych biologicznie regionów Indonezji, gdzie elektrownia wodna o wartości 1,6 miliarda dolarów stanowi zagrożenie dla rzadkiego orangutana Tanapuli i wysoce zagrożonego tygrysa sumatrzańskiego oraz łuskowca sundajskiego. Na Filipinach przewiduje się, że finansowana przez BRI tama Kaliwa na górzystej wyspie Luzon na wschodzie ma wyprzeć stamtąd około 20 tysięcy rdzennych mieszkańców 230 hektarów lasów, a także stanowić zagrożenie dla rzadkich gatunków flory i fauny na tym obszarze – w tym białoskrzydłego nietoperza, sierściogona kokosowego, cywety, dzików, orła filipińskiego i jelenia filipińskiego.

Wiele z tych dzikich zwierząt jest nosicielami wirusów, takich jak te wywołujące SARS i COVID-19, i podejrzewa się, że przenoszą je z nietoperzy na ludzi. Tym samym wiele projektów związanych z BRI zdestabilizuje lokalną ekologię, grożąc wywołaniem przyszłych pandemii.

Transmisja wirusa nie jest jedynym zagrożeniem, jakie stwarza BRI. Według jednego z badań, sieć dróg, linii kolejowych i rurociągów BRI może wprowadzić ponad 800 obcych gatunków inwazyjnych – w tym 98 płazów, 177 gadów, 391 ptaków i 150 ssaków – do kilku krajów położonych wzdłuż wielu tras, destabilizując ich ekosystemy. Chiński rząd musi poważnie przemyśleć ten projekt i radykalnie go zmodyfikować, jeśli nie całkowicie wyeliminować wiele jego założeń ze względów zdrowotnych i ekologicznych.

Suwerenność żywnościowa jako zasada produkcji żywności

Najważniejszym chyba środkiem, jaki proponujemy, jest przeniesienie produkcji żywności z dala od kruchego, kontrolowanego przez korporacje, zglobalizowanego łańcucha dostaw produktów spożywczych opartego na wąskich założeniach, takich jak redukcja kosztów jednostkowych, do bardziej zrównoważonych lokalnych systemów opartych na małych gospodarstwach. Chociaż w perspektywie krótkoterminowej globalne łańcuchy dostaw muszą działać, aby ludzie nie umierali z głodu, strategicznym celem musi być ich zastąpienie, a niektóre środki można już podjąć, nawet gdy pandemia jest u szczytu.

Istnieją solidne powody, by odwrócić trend globalizacji produkcji żywności i pójść w kierunku większej samowystarczalności żywnościowej. Jednak ich uzasadnienie wykracza poza samo zapewnienie samowystarczalności żywieniowej – oznacza wartości i praktyki, które wzmacniają wspólnotę, solidarność społeczną i demokrację. Ruch w kierunku alternatywnego systemu żywności nabrał rozpędu w ciągu ostatnich kilku dziesięcioleci, dzięki rosnącej świadomości, że sposób, w jaki produkujemy naszą żywność, jest jednym z kluczy do przezwyciężenia alienacji ludzi od siebie nawzajem i wyobcowania społeczności ludzkiej z życia planety.

Ruch ten, kierowany przez chłopów i drobnych rolników, którzy nadal produkują około 70% światowej żywności, proponuje alternatywny paradygmat „suwerenności żywieniowej”. Jego podstawowe zasady brzmią tak:

– lokalna produkcja żywności musi zostać oddzielona od globalnych łańcuchów dostaw zdominowanych przez korporacje, a każdy kraj powinien dążyć do samowystarczalności żywnościowej. Oznacza to, że krajowi rolnicy powinni produkować większość żywności spożywanej w kraju – to koncept, który obala korporacyjną koncepcję „bezpieczeństwa żywnościowego”, mówiącą, że kraj może również zaspokoić dużą część swoich potrzeb żywnościowych poprzez import.

– ludzie powinni mieć prawo do określania swoich wzorców produkcji i konsumpcji żywności, biorąc pod uwagę „wiejską i produkcyjną różnorodność”, i nie pozwalać na podporządkowanie ich nieuregulowanemu handlowi międzynarodowemu.

– lokalność produkcji żywności jest dobra dla klimatu, ponieważ emisje dwutlenku węgla z produkcji lokalnej są znacznie mniejsze niż w przypadku rolnictwa opartego na globalnych łańcuchach dostaw.

– tradycyjne chłopskie i tubylcze technologie rolnicze zawierają wiele mądrości i reprezentują ewolucję łagodnej równowagi między społecznością ludzką a biosferą. Ewolucja agrotechnologii w celu zaspokojenia potrzeb społecznych musi przyjąć tradycyjne praktyki za punkt wyjścia, a nie uważać je za przestarzałe.

Z pewnością istnieje wiele pytań związanych z polityką, gospodarką i technologią suwerenności żywnościowej, które pozostają bez odpowiedzi lub na które jej zwolennicy udzielają zróżnicowanych, a czasem sprzecznych odpowiedzi. Ale nowy paradygmat nie rodzi się doskonałym. Rozpędu nadaje mu nieodwracalny kryzys dawnego paradygmatu i przekonanie masy krytycznej ludzi, że to jedyny sposób na przezwyciężenie problemów starego systemu i otwarcie nowych możliwości dla realizacji wartości, które są bliskie wielu ludziom.

Jak w przypadku każdej nowej formy organizowania relacji społecznych, na pytania bez odpowiedzi można odpowiedzieć tylko przez praktykę, tak samo, jak niejasności i sprzeczności można rozwiązać jedynie poprzez praktykę, ponieważ praktyka zawsze była matką możliwości.

Mawia się, że nie należy pozwolić, aby dobry kryzys poszedł na marne. Pozytywną stroną kryzysu związanego z COVID-19 jest szansa na niezależność żywnościową.

Walden Bello

Tłum. Magdalena Okraska

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w kwietniu 2020 r. na stronie internetowej Foreign Policy in Focus.

Czarna strona seksbiznesu

Czarna strona seksbiznesu

Ostatnimi czasy temat pracy seksualnej dzieli środowisko feministyczne jak nic innego. Mamy dwa mocne obozy: zwolenniczek i przeciwniczek. Obie strony wymiennie przerzucają się argumentami i oszczerstwami, próbując często zdyskredytować swoje oponentki jako te, którym nie warto wierzyć.

Dekryminalizacja, czyli co?

Obóz zwolenniczek jest skupiony wokół nieformalnej grupy pracownic seksualnych Sex Work Polska. Na swojej stronie internetowej piszą: „Tworzymy inicjatywę działająca na rzecz praw pracownic i pracowników seksualnych w Polsce. Sex Work Polska powstało w 2014 roku w odpowiedzi na brak reprezentacji pracownic i pracowników seksualnych w Polsce oraz brak inicjatyw kierujących niestygmatyzujące wsparcie dla osób świadczących usługi seksualne. Realizujemy działania w terenie docierając do miejsc pracy osób świadczących usługi seksualne Oferujemy bezpłatne porady prawne, konsultacje psychologiczne, konsultacje dla migrantek i migrantów z zakresu procedur wizowych i legalizacji pobytu, wsparcie w sytuacjach trudnych i kryzysowych, informacje na temat zdrowia seksualnego i reprodukcyjnego, w tym profilaktykę HIV, organizujemy szkolenia i warsztaty” [1].

Na facebooku śledzi ją ponad cztery tysiące osób, na Instagramie – prawie trzy tysiące. Prowadzą szeroko zakrojone akcje na rzecz wspierania pracownic seksualnych: objęły patronatem Doświadczalnik [2], czyli poradnik od pracownic dla pracownic, który ma pomóc w bezpiecznym i satysfakcjonującym świadczeniu usług seksualnych oraz prowadzą zbiórkę- fundusz kryzysowy [3], gdzie zebrały ponad 28 tysięcy złotych dla osób pracujących seksualnie w Polsce.

Ich głównym postulatem jest zmiana modelu prawnego obowiązującego w naszym kraju. Na swojej stronie piszą o tym, że pomimo braku karalności osoby świadczącej takie usługi, branża seksualna w Polsce jest skryminalizowana – bowiem karane są tzw. osoby trzecie. To znaczy: wszyscy, którzy w jakimś stopniu czerpią korzyści z cudzej pracy seksualnej; mowa tutaj o odpowiedzialności karnej z art. 203 i art. 204 KK [4] – są to zapisy prawne mówiące o sutenerstwie, stręczycielstwie i kuplerstwie. Aktywistki działające na rzecz sexworkingu mówią, że te zapisy mogą być nadinterpretowane, bo karani są np. wynajmujący mieszkanie, ochroniarze, szoferzy.

Pracownica, czyli kto?

Mówią o sobie, że są pracownicami seksualnymi, opowiadają głośno o swojej pracy, udzielają wywiadów, pokazują swoje życie na Instagramie – praca seksualna przeniknęła do mainstreamu. Wywiady z camgirls, czyli dziewczynami z kamerek, przeprowadzały duże portale, takie jak Gazeta Wyborcza czy WP. Opowiadają w nich szczerze o swoim życiu w tym biznesie, pokazują, że nie taki diabeł straszny, jak go malują. Mówią o tym, że w porównaniu do dawnego życia, jako szara pracowniczka sklepu czy korporacji, żyje im się o wiele lepiej, seksbiznes pomógł im się usamodzielnić czy pokonać nałogi. Nalegają na to, żeby słuchać ich, osób, które mają doświadczenie codziennego życia w zawodzie, zamiast szeroko pojętej inteligencji akademickiej, która wypowiada się wszak z uprzywilejowanej pozycji.

Feminizm wykluczający?

Drugą stroną konfliktu są tzw. swerfy. Według słownika UrbanDictionary.com [5] jest to akronim oznaczający „radykalną feministkę wykluczającą pracownice seksualne”. Oznacza osobę, która uznaje się za feministkę, ale nie wierzy w to, że osoba, która zdecydowała się dobrowolnie świadczyć jakiekolwiek usługi seksualne, powinna być włączona w walkę o równość płci – mowa tutaj o wykluczeniu opartym na błędnie rozumowanej moralności.

W Polsce ten temat zaczął być popularyzowany przy okazji sytuacji, która wyniknęła tuż po tym jak jedna z feministycznych aktywistek, Kaya Szulczewska, prowadząca na instagramie konto kayaszu, podzieliła się swoimi wątpliwościami związanymi z feministycznym aspektem pracy seksualnej. Wcześniej byłyśmy, jako feministki, przyzwyczajone do jednej, głównej narracji: seksbiznes jest okej, bo skoro ktoś chce tak pracować, to powinien mieć do tego prawo – a my powinnyśmy walczyć o dekryminalizację, która ma poprawić los pracownic seksualnych. Aktywistka najpierw wstawiła na instastories cytaty z książki „Niewolnice władzy” Lydii Cacho, początkowo bez żadnego swojego komentarza, później zaczęła podawać w wątpliwość dominującą narrację, zastanawiać się, czy droga, którą podążamy, jeśli chodzi o kwestię praw pracownic seksualnych, jest na pewno tą właściwą.

Ta książka jest bardzo ciężka, bo ujawnia taki ogrom cierpienia dzieci i kobiet, że to trudne do zniesienia, ale totalnie wywróciła moje myślenie o prostytucji i różnych formach pracy seksualnej i całym seksbiznesie – przekazywała za pośrednictwem instastories Szulczewska. – Polecam wszystkim przeczytać! Mega ważne, zwłaszcza feministki powinny tę pozycję przeczytać. Ta książka pokazała to wszystko od innej strony, przedstawiła tak ogromny problem z handlem kobietami i dziećmi w celu niewoli seksualnej… A także to, jak bardzo w ten cały biznes zamieszane są rządy, mafia, banki i bogaci ludzie tego świata… Jak ten biznes jest w zasadzie ciężki do zwalczenia, że tak naprawdę nie ma możliwości ochrony kobiet i dzieci przed zniewoleniem, jeśli nie zmienimy naszego podejścia do całego seksbiznesu. Musimy zacząć traktować go jako wielką przestępczą maszynę seksistowskiej, mizoginistycznej władzy nawet jeśli jakiś odsetek kobiet pracuje tam świadomie. Musimy z pokorą przyjąć trudny i bardzo niepokojący fakt, że większość jest zmuszana bezpośrednio lub pośrednio.

Sytuacja, która zadziała się wokół tych refleksji pokazała nam, że nie potrafimy na ten temat rozmawiać bez zbędnych emocji. W krótkim czasie Kaya i nataszkan – druga aktywistka, która postanowiła zabrać głos – stały się obiektami wielkiej nagonki. Ich słowa były przekształcane w taki sposób, żeby udowodnić innym, że chcą one wykluczyć pracownice seksualne z feminizmu i odmawiają im podstawowych praw.

W bardzo osobistym wpisie na Instagramie nataszkan w ten sposób opisywała całą sytuację:

Konkretne tematy, na które się wypowiadałam to: zgoda na seks – czy etyczne jest uprawianie seksu za pieniądze z osobą, która nie przespałaby się z nami za darmo? Czy powszechność SW [sex workingu] nie jest szkodliwa dla społeczeństwa, utrwalając obraz seksu jako czegoś, co kobiety dają mężczyznom, a one same nie otrzymują żadnej przyjemności? Dowiedziałam się, że poszukiwanie odpowiedzi na te pytania jest zakazane w środowisku feministycznym. Jeżeli twoje podejście do SW jest inne niż „blow job is real job”, „to praca jak każda inna”, „praca seksualna to wyzwolenie kobiet, daje ona kobietom siłę”, to prawdopodobnie doświadczysz tego, czego ja doświadczam już od ośmiu miesięcy. A jest to: wciskanie mi do ust słów, których nigdy nie wypowiedziałam, rzucanie w moją stronę wyzwisk, obwinianie mnie za przemoc fizyczną, psychiczną i gwałty doświadczane przez pracownice seksualne podczas ich pracy i poza, tworzenie o mnie fake newsów, porównywanie mnie do najgorszych seksistów. Pomimo tego, że od miesięcy nie wypowiadałam się na temat SW, to ostatnio przez moje poglądy dostałam osobistą groźbę śmierci od kobiety świadczącej usługi seksualne. Sprawą zajmuje się policja. [6]

Dla Kai Szulczewskiej cała ta sytuacja była niezwykle stresująca. – Przeżyłam ogromny szok i traumę w związku z wypowiadaniem się na ten temat – wspomina. – Widzę też, że narracja pełna jest kłamstw i wypaczeń, które mają na celu manipulowanie opinią publiczną i demonizowanie każdego, kto choćby delikatnie podważy dyskurs lobbystek. Jestem tym bardzo zmęczona, ale mam nadzieję, że choć kilka osób przeczyta dzięki mnie książkę Lidii Cacho pt. „Niewolnice władzy” i przekona się, że słuchanie jednej strony nie wystarczy, żeby wyrobić sobie zdanie o tak złożonym i pełnym przemocy procederze, jakim jest szeroko pojęty seks biznes, na którym w największym stopniu korzystają mężczyźni i dosłownie garść uprzywilejowanych względem reszty pracownic.

Warto również zauważyć, bo ta kwestia zdaje nam się umykać, że druga strona, strona tzw. przeciwniczek pracy seksualnej (chociaż tak naprawdę to nie są przeciwniczki pracy seksualnej per se, a raczej – przeciwniczki wyzysku seksualnego), nie ma na celu usunięcia kogokolwiek z feminizmu, a raczej chce pokazać, iż rzeczywistość nie jest tak cudowna, jak przedstawiają to dziewczyny w wywiadach dla liberalnych mediów. Podnosi się temat ryzyka chorób przenoszonych drogą płciową, przestępstw na tle seksualnym, a także ryzyka wystąpienia chorób i zaburzeń psychicznych, w tym PTSD. Te tzw. swerfki odbijają piłeczkę, mówiąc o tym, że praca seksualna nie jest w Polsce kryminalizowana, kryminalizowane jest czerpanie korzyści z cudzej prostytucji, a jako pożądany model wskazują – przeciwny do dekryminalizacji – model nordycki, zwany też neoabolicją. Tam praca seksualna jest legalna, a nielegalne jest kupowanie seksu i czerpanie korzyści materialnych z pracy seksualnej innych osób.

Zrozumiałam, że oni nie mają do nas żadnego szacunku

Kiedyś przypadkiem natrafiłam na wywiad z camgirl zadowoloną ze swojej pracy – mówi Magda, która zdecydowała się ze mną porozmawiać na temat jej doświadczeń. – Chciałam zarobić przez telefon na dominacji. Na czacie znalazłam mężczyznę, podał mi numer, ja zastrzegłam numer i zadzwoniłam. Wszystko bezpiecznie. Pozornie. Słyszałam jak sapał, rozłączyłam się, gdy powiedział mi, że doszedł. Siedziałam w piżamie, a mówiłam mu, że jestem naga i napalona, podczas gdy byłam bardziej obrzydzona. Kazałam mu przelać sobie na paypal 50 zł, nie wiedząc, że wpłatę można cofnąć. Czułam się wtedy nie tylko oszukana, ale i brudna, skalana. To był chyba przełom, zrozumiałam, że oni nie mają do nas żadnego szacunku.

Czułam się ohydnie

W internecie istnieje wiele stron oferujących sprzedaż używanej bielizny. Działalność na takich portalach prezentuje się jako banał, przecież i tak byś wyrzuciła swoją starą i zużytą bieliznę, a tutaj możesz na niej zarobić – mówią.

Wiele kobiet się na nie [usługi w internecie – przyp. aut.] decyduje, bo uważają to za łatwe i dające im możliwość zachowania anonimowości – mówi mi Marta. – Też tak pomyślałam. Ja konkretnie sprzedawałam używaną bieliznę (a raczej miałam sprzedawać, bo żadna paczka nie została przeze mnie wysłana). Zarejestrowałam się jako sprzedająca na stronie, która oferowała sprzedaż używanej bielizny. Musiałam przejść proces weryfikacji, tj. wstawić zdjęcie, na którym trzymam kartkę z loginem i na którym widać, że jestem kobietą. Na szczęście moje usta i kawałek policzka wystarczyły.

Jak można się domyślić, strona potwornie wyzyskuje sprzedające. Nie dość, że pobiera aż 23% ich wszystkich dochodów, to jeszcze obciąża je kosztami wysyłki (które w normalnej sprzedaży internetowej zawsze pokrywa klient). Największą popularnością cieszą się noszone majtki. Płaci się dodatkowo za każdy dzień noszenia, a także takie usługi jak orgazm w majtkach, plucie, oddawanie na nie kału i moczu, krew menstruacyjna czy pominięcie kąpieli. Wybrałam kilka, z którymi czułam się komfortowo.

Mało kto podnosi temat wyzysku przez tzw. pracodawców w branży. Oszukiwanie, narzucanie horrendalnych prowizji, niechęć do płacenia – to wszystko jest pomijane w mainstreamowych tekstach o internetowym sexworkingu, jest za to mowa o leczeniu kompleksów i prawdziwym empowermencie. Nie można też krytykować klientów, bo pojawiają się głosy o kinkshamingu. Z jednej strony jest mowa o tym, że praca seksualna nie wyklucza się z consentem [7], a osoba świadcząca usługi seksualne na pełne prawo do stawiania granic, z drugiej – potępia się ocenianie klientów, nawet kiedy naciskają na usługi, których dana osoba nie wykonuje.

Rzeczywiście, jak obiecano, szybko zaczęłam dostawać masę wiadomości – kontynuuje Marta. – Tylko że one nigdy nie dotyczyły moich ofert. Dostawałam propozycję wspólnej masturbacji, liczne prośby o zdjęcia i filmy, pytanie o odtwarzanie fetyszy kupujących (oczywiście za rzekome pieniądze, chociaż transakcje poza serwerem strony były nielegalne). Nie zgodziłam się na żadną z nich. Po trzech dniach wycofałam się z jakiejkolwiek sprzedaży. Usunęłam wszystkie oferty, a potem całe konto. Czułam się ohydnie. Ohydnie z byciem sprowadzaną do roli obiektu seksualnego. Ohydnie z brakiem poszanowania dla własnych granic (mój profil wyraźnie mówił, że nie sprzedaję erotycznych zdjęć i nagrań), ale przede wszystkim z wyzyskiem, w jaki prawie dałam się wkręcić.

Łatwo jest przesuwać granice, kiedy ma się pieniądze i zdesperowaną dziewczynę przed sobą

Laura – trzecia i zarazem ostatnia z moich rozmówczyń – pracowała z klientami. Na portalach internetowych wyszukiwała konkretne ogłoszenia i umawiała się z mężczyznami. Mówi, że wyróżniała trzy typy klientów: jeden taki bezproblemowy, drugi wredny chuj, trzeci który się zakochuje.

W rozmowie ze mną pokazała czarną stronę pracy seksualnej, taką, której raczej się nie podnosi. Tabu z samego sexworkingu zeszło, natomiast powstało tabu wokół krzywdy kobiet, jakiej doświadczają w związku z wykonywaną profesją.

Ja to sobie uświadomiłam – wspomina moment, w którym zdecydowała, że z tym kończy – kiedy jakiś typ zaczął mnie dusić podczas seksu i po pierwsze, przeraziło mnie to, że nawet nie chciało mi się walczyć, tylko pomyślałam: „okej, no to umrę”. A po drugie –spojrzałam w tamtych kilku sekundach na wszystko z innej perspektywy, zobaczyłam, że jestem w takiej sytuacji, jak to opisują statystyki – uzależniona, w depresji, zagubiona, bezradna, z długami. To było dziwne, bo byłam pewna, że umrę, a jednocześnie wszystko zobaczyłam z innej perspektywy i zrozumiałam że się wciągnęłam w coś, z czego nie potrafię wyjść i że jest tyle innych kobiet w mojej sytuacji. I wyobraziłam sobie, że po mojej śmierci przyjdzie policja i ustalą, że byłam prostytutką i będę dla nich kolejną statystyką, i to mnie jakoś obudziło. No i to był ostatni raz.

Klienci wcale nie są tak idealni, jak przedstawiają to aktywistki mówiące o wzajemnym szacunku i tolerancji w relacji świadcząca usługi-kupujący. Mamy więc niepłacących klientów, o których mówiła Magda, przekraczających granicę, o których wspominała Marta, a także skupionych wyłącznie na własnej przyjemności, traktujących kobiety jak przedmiot, o których opowiada Laura.

Klienci są różni, ale moim zdaniem, łączy ich to, że nie obchodzi ich nic poza własnym orgazmem – wspomina Laura. – Mogą być mili, sympatyczni, kulturalni, to nie ma znaczenia. Ostatecznie i tak jedyne, co się dla nich liczy, to to, że płacą i wymagają, nieważne czy jesteś przestraszona, smutna, zmęczona i w ogóle nie masz nastroju na seks, oni nie zrezygnują. Moim zdaniem to jest absolutnie zwyrodniałe, żeby nie powiedzieć „stop” w momencie, w którym osoba, z którą mamy uprawiać seks, tego nie chce, nie ma nastroju i robi to wyłącznie dlatego, że chce mieć co zjeść. To jest absolutny brak człowieczeństwa i poczucia empatii, nie mieści mi się to w głowie. Raczej nie rozmawiali ze mną o prostytucji, niektórzy robili się zazdrośni i wypytywali, czy spotykam się z innymi. Paru z nich wiedziało, że jestem w głębokiej depresji, ale nigdy nie pytali, dlaczego się zdecydowałam to robić, czy jestem pewna i tym podobne. Uważam, że z pełną premedytacją wykorzystywali fakt, że byłam chora, samotna i w słabej sytuacji materialnej.

To, na co zwraca uwagę wiele przeciwniczek popularyzowania pracy seksualnej jako czegoś fajnego, to właśnie władza, jaka występuje w relacji klient-prostytutka. Wprawdzie ona ma prawo odmówić, ale to on tutaj dysponuje kapitałem, więc ma nad nią panowanie. Łatwo jest przesuwać granice, kiedy ma się pieniądze i zdesperowaną dziewczynę przed sobą: biedną, samotną, z długami i bez perspektyw.

Aktywistki SWP absolutnie nie są moim głosem

Akurat w tym oni mają rację, że prostytutki są strasznie wyalienowane i nie ma z kim pogadać, bo nikomu się nie możesz przyznać – przyznaje Laura. – Ja byłam panicznie przerażona, że ktoś się dowie, w końcu wpadłam w jakaś obsesję, miałam ataki paniki, gdy dzwonił obcy numer, wydawało mi się, że ktoś mnie śledzi. No, a do tego codziennie paliłam trawę, co też nie pomagało. Ale teraz się cieszę że nie udało mi się wtedy znaleźć tych ludzi typu Kitty Tease [jedna z aktywistek seksworkowych – przyp. aut.], bo może siedziałabym w tym do dzisiaj albo już nie żyła.

Nikomu o tym nie mówiłam – mówi Marta. – Kiedy zdecydowałam się rozmawiać za pieniądze, to byłam pijana. Rano obudziłam się z podwójnym kacem: od alkoholu i od wydarzeń poprzedniej nocy. Później się bałam, że niby był to tylko krótki telefon i to z zastrzeżonego numeru, ale i tak zostanę rozpoznana, wytknięta palcem. Byłam w tym wszystkim sama, nie zdradziłam tego nawet na terapii. Kiedy toczą się te wszystkie dyskusje o pracy seksualnej i ktoś rzuca w końcu frazes o tym, żeby słuchać pracownic, to aż mnie trzepie. Wiele z nas nie ma opcji, żeby się ujawnić. Żyjemy w małych miastach, mamy konserwatywne rodziny. Takie coming outy spotkałyby się z ostracyzmem, wykluczeniem. Dużo się ostatnio mówi o przywileju i uważam, że otwarte mówienie o swoim doświadczeniu w seksbiznesie to gigantyczny przywilej. Ja go, niestety, nie mam.

Uważam że popularyzowanie prostytucji jako zwyczajnej pracy – dodaje Laura – to najgorsze, co się przydarzyło kobietom, odkąd powstał feminizm. Widzę, że młode dziewczyny to czytają i w to wierzą, widzę w nich dawną siebie, straumatyzowaną przemocą seksualną, schorowaną, bez konkretnej edukacji seksualnej ani świadomości własnych potrzeb seksualnych, bez seksualności rozwiniętej w oderwaniu od zaspokajania mężczyzn. Jest mi strasznie źle, że kiedykolwiek próbuję się wypowiedzieć na temat prostytucji, to słyszę, że mam dać mówić sexworkerkom. Stawia mnie to w takiej sytuacji, że albo mam się zamknąć, albo ujawnić z tym, że byłam prostytutką, co może mieć dla mnie nieprzyjemne konsekwencje i czego po prostu nie chcę robić publicznie. Uważam, że każda kobieta ma nie tylko prawo, ale też obowiązek rozmawiać o prostytucji, po pierwsze dlatego, że obchodzi nas los innych kobiet, a po drugie dlatego, że większość z nas jest o dwie wypłaty od wpadnięcia w ten syf. Do tego uważam, że osobiste doświadczenia są mniej ważne niż wyniki badań społecznych, ktoś może mieć super doświadczenia z prostytucją, bo miał fart, ale to nie zmienia faktu, że badania jasno wskazują, że większość prostytutek pada ofiarą przemocy, jest uzależniona i chce z tym skończyć. Aktywistki SWP absolutnie nie są moim głosem, wręcz przeciwnie, jestem przez nie uciszana. Prostytutki i byłe prostytutki z zupełnie odmienną opinią niż SWP istnieją, ale nie mogą się nigdzie wypowiedzieć, bo są wyzywane i obrażane. Do tego grupa, która zrzesza kilkadziesiąt osób, nie jest żadnym wyznacznikiem tego, jak wygląda rzeczywistość reszty Polek.

Nic o nas bez nas

W tej całej dyskusji o seksbiznesie zapominamy, że nie każda z byłych pracownic będzie się w stanie ujawnić. Sex Work Polska wprowadza skrajnie neoliberalną narrację – nie można już mówić o problemach systemowych, bo to stygmatyzuje tę mniejszość, której praca seksualna się podoba; musimy patrzeć na to w kryteriach jednostkowych. Urszula Kuczyńska, działaczka i polityczka z Lewicy Razem, w swoim tekście „Seks biznes a sprawa polska” [8] tak wspomina próbę wypracowania stanowiska na temat pracy seksualnej między Lewicą Razem i koalicją Sex Work Polska: w ramach tych około-kobiecych dyskusji i debat, Razem chciało też wypracować stanowisko dotyczące branży usług seksualnych. Działaczki, które podjęły się sformułowania pierwszej wersji dokumentu, zwróciły się o pomoc do koalicji Sex Work Polska, które wskazało swoją ekspertkę w temacie. Nie byłam wówczas w prace programowe zaangażowana bezpośrednio, wciąż była ze mnie bardziej aktywistka niż polityczka i wydarzenia znam z drugiej ręki, ale z tego, co zrozumiałam, wskazana przez SWP ekspertka przedstawiła postulaty koalicji jako wiążące i odmówiła dalszej dyskusji na ich temat. Albo Razem przyjmie je w całości, jak są, bez pytań i kwestionowania, albo no dziękujemy za współpracę. Razem faktycznie za współpracę podziękowało, ale skoro znane było stanowisko koalicji, to poddano je wewnętrznej dyskusji. I rozpętało się piekło, z którego nie zrodził się ostatecznie żaden dokument (co było i do dziś pozostaje w organizacji ewenementem), a jedynie głęboki podział.

Nie ma nic dziwnego w tym, że to gorący temat, który budzi wielkie kontrowersje. Zdecydowanie nie potrafimy o nim rozmawiać. Z jednej strony mamy zdecydowane stanowisko popierające dekryminalizację, które momentami zakłamuje rzeczywistość (mowa o narracji przedstawiającej polski model prawny jako taki, który kryminalizuje pracę seksualną, podczas gdy kryminalizowane jest tylko czerpanie z niej korzyści osób trzecich), z drugiej – równie stanowcze stanowisko przeciwne, postulujące karanie klientów w ramach modelu nordyckiego, często ocierające się o slutshaming. Wydawałoby się, że nie ma nic pomiędzy.

W dyskusji na temat feminizmu problem jest wielowątkowy. Nie możemy udawać, że prostytucja nie jest przedłużeniem patriarchatu. Jest pewien określony męski porządek, który wypełnia. Kobieta (bo osoby świadczące usługi seksualne to głównie kobiety) sprowadzona jest do roli przedmiotu, który ma przynieść zadowolenie mężczyźnie (bo klientami z kolei w większości są mężczyźni); pojawia się natomiast pytanie: w którym miejscu kończy się indywidualna decyzja, a zaczyna realizacja konkretnego przymusu, opierającego się o koncept przemocy symbolicznej w ujęciu Bourdieu, czyli jednostki partycypującej we własnej opresji.

Dziewczyny, z którymi rozmawiałam, podkreślają, żeby wątpiący nie bali się szukać odpowiedzi również u osób, które nie są zwolennikami czy zwolenniczkami modelu proponowanego przez SWP.

Skoro mamy słuchać osób w branży, to powinniśmy słuchać wszystkich osób z podobnymi doświadczeniami – nie tylko tych, których gwiazda świeci najjaśniej, a one mają przez to siłę przebicia w liberalnych mediach.

Rienka Kasperowicz

Imiona w tekście zostały zmienione, by zapewnić moim rozmówczyniom anonimowość.

 

Przypisy:

[1] https://swpkontakt.org

[2] https://sexworkpolska.files.wordpress.com/2019/12/00_doswiadczalnik_digital_b.pdf

[3] https://zrzutka.pl/7k8tga

[4] https://www.prawo.pl/prawo/prostytucja-sutenerstwo-kuplerstwo-seks-biznes-w-polsce-rozwija,479373.html#:~:text=Karane%20jest%20zmuszanie%20do%20uprawiania,od%20roku%20do%2010%20lat

[5] https://www.urbandictionary.com/define.php?term=SWERF

[6] https://www.instagram.com/p/CAyENeEqFIF/?utm_source=ig_web_copy_link

[7] Tutaj warto zauważyć, że consent jako świadoma i nieprzymuszona zgoda mocno rozmija się z przymusem ekonomicznym, który wg badań Z. Izdebskiego jest główną przyczyną zdecydowania się na świadczenie usług seksualnych; zob: https://www.google.com/url?sa=t&rct=j&q=&esrc=s&source=web&cd=&cad=rja&uact=8&ved=2ahUKEwjNltrfjYLtAhUvtYsKHXqvCfAQFjAAegQIBxAC&url=http%3A%2F%2Ftnsglobal.pl%2Farchiv_files%2FTNS-OBOP_dlaczego-prostytucja.doc&usg=AOvVaw2tplMxttrlgRgFV3skrD3G

[8] https://urszulakuczynska.wordpress.com/2020/07/18/seksbiznes-a-sprawa-polska-dyskusja/

Pracownik czy wolny najmita?

Pracownik czy wolny najmita?

Jarosław Niemiec: Wśród pytań o stan polskiej demokracji działaczowi związkowemu brakuje pytania podstawowego, którego nie słychać w debacie publicznej, a które powinno brzmieć: „Co się stało z 10-milionowym ruchem Solidarności, że dziś mamy uzwiązkowienie na poziomie nieco ponad 10%, to jest trzykrotnie niższe od średniej w krajach Europy?”. Do tego, przy tak małym uzwiązkowieniu, polskie związki zawodowe są znacznie słabsze i mają znacznie mniejszy wpływ na politykę społeczną niż w innych krajach europejskich. Co się stało, że ruch związkowy, który wywalczył dla Polski demokratyczną przemianę, nie ma dziś nic do powiedzenia?

Na te pytania częściowo odpowiedział David Ost w głośnej książce „Klęska Solidarności”, która stanowi cenną diagnozę historyczną, ale stojąc przed faktem dokonanym, nawet z wiedzą, skąd się to wszystko wzięło, trzeba postawić pewną diagnozę funkcjonalną, a mianowicie określić, jakie czynniki utrzymują ten wysoce niepożądany dla losu pracowników i demokracji stan rzeczy. Obserwujemy bowiem pewne zjawiska i postawy wśród pracowników, które klasycy nazywali fałszywą świadomością, ale dziś wypadałoby mówić raczej o zupełnym braku rozpoznania swojej sytuacji społecznej i interesu społecznego. Konkretnie, jest to dość powszechne przekonanie, że nie ma potrzeby się zrzeszać, że pracownik jest samodzielną jednostką na rynku pracy, identyfikowanie swojego interesu z interesem tego, komu świadczy się pracę itp. Te przekonania pozostają w sprzeczności z twardą rzeczywistością i wystarczy pobieżna analiza Kodeksu Pracy, by przekonać się, że ustawodawca z góry zakłada nierówność stron pomiędzy pracownikiem a pracobiorcą, ponieważ bierze pod uwagę rzeczywiste warunki graniczne, tak jak je nazywał John Rawls, po to by w Kodeksie Pracy sprawiedliwość można było wyrazić jako bezstronność. A warunki graniczne są takie, że pracownik jest stroną znacznie słabszą, stąd więc na przykład przeniesienie ciężaru dowodu na pozwanego w sprawach o ustalenie stosunku pracy, kiedy powództwo składa pracownik. Używając kategorii sportowych można założyć, że każdy może wejść do ringu z mistrzem boksu, bo zasady są dla obydwóch te same. Na szczęście dla takich pyszałków są zasady kwalifikacji do podobnych walk i kategorie wagowe, bo niepodobna sobie wyobrazić walki 80-kilogramowego amatora ze 100-kilogramowym czempionem. Podobnie jest w sytuacji, kiedy pracownik wchodzi w spór z dużą firmą. Raczej trudno przypuszczać, by pokonał w pojedynkę sztab najlepszych i bardzo drogich prawników. I to są właśnie te potrzebne warunki graniczne. Mówiąc kolokwialnie, pewne fory dla pracownika w prawie pracy i siła związku zawodowego z prawem do strajku i sporów zbiorowych. Skąd więc niezrozumienie tych podstawowych zasad?

Dziś zagubienie pracownika i jego dezorientację można tłumaczyć funkcjonalnie pewnymi mocno działającymi czynnikami, którymi według mnie są: topos self made mana, oczywiste zabiegi propagandowe korporacyjnych mediów, psychologiczna teoria atrybucji – czyli skłonność do identyfikacji z tzw. ludźmi sukcesu oraz coś, co dla własnego użytku nazywam mechanizmem „król jest nagi”, pojęcie świetnie znane ze słynnej baśni Andersena. Z pewnością nie są to wszystkie czynniki, ale tym chętnie przyjrzałbym się im dokładniej.

Anna Musiała: Wszystko, co mówi Jarek, w zasadzie się zgadza, ale jest jedno kluczowe nieporozumienie w tym, co powyżej stwierdzono, wyrażając krytykę w stosunku do polskiego kodeksu pracy: „wystarczy pobieżna analiza Kodeksu Pracy, by przekonać się, że ustawodawca z góry zakłada nierówność stron pomiędzy pracownikiem, a pracobiorcą, ponieważ bierze pod uwagę rzeczywiste warunki graniczne”. Ja chcę powiedzieć, że ów kodeks, a więc polski kodeks pracy, jest całkiem „niezły”; jego problem współcześnie polega na tym, że dokonuje się jego interpretacji w oderwaniu od aksjologii wypływającej z Konstytucji. Ta aksjologia zakłada istnienie społecznej gospodarki rynkowej, opartej m.in. na zasadzie solidarności, dialogu, a także mowa w niej o zasadzie pomocniczości, którą to zasadę znakomicie przecież wypełnia koncepcja zakładu pracy, tak brutalnie w 1996 r. wykreślona z przepisów, aczkolwiek, właśnie przy prawidłowej interpretacji kodeksu pracy – absolutnie możliwa do odtworzenia. Krótko mówiąc, my chcemy widzieć to kodeksowe prawo pracy tak jak nam „pasuje”, a dziś ów „pasujący”, przeważający nurt myślenia, w zakresie interpretowania przepisów kodeksu pracy – to nurt neoliberalny. W konsekwencji widzimy wyłącznie relację dwóch osób, pracownika i pracodawcy, jakby w oderwaniu od reszty, tzn. od innych osób, które ów pracodawca zatrudnia, ale też od społeczeństwa, na rzecz którego de facto ów pracownik pracuje.

Ta dwustronność relacji ma fatalne konsekwencje dla dalszego humanistycznego myślenia o pracy ludzkiej. Dlaczego? Ano dlatego, że choćby wyklucza rozumienie zakładu pracy jako grupy ludzi pracujących razem, a więc mających ze sobą relacje. Poza tym bardzo utrudnia powstanie ruchu związkowego, bo dla związku zawodowego potrzeba właśnie zakładu pracy, ale nie rozumianego jako urządzenia, maszyny i mury, lecz jako grupa ludzi, która jest blisko siebie, ma relacje i sobie ufa.

Monika Kostera: Doskonale rozpoznaję z mojego poletka – nauk o zarządzaniu – te problemy o których mówicie. Rzeczywiście pokutuje we współczesnej wyobraźni organizacyjnej wizja ludzkiej pojedynczości, czyli że, jak mówisz, Jarku, „pracownik jest samodzielną jednostką na rynku pracy”, a w efekcie brak rozumienia, jak zauważyłaś, Aniu, że „zakładu pracy to grupa ludzi pracujących razem”. Ten deficyt nie tyko ogranicza pole widzenia, ale jest wręcz szkodliwy we współczesnym świecie, bardziej złożonym, niż wszystko, co historycznie znamy.

W naukach społecznych istnieje sposób patrzenia na świat społeczny, który bierze pod uwagę tę złożoność i radzi, jak z nią postępować. Znane jest to jako podejście systemowe. Jedna z systemowych maksym głosi, że nie ma nic tak szkodliwego, jak proste rozwiązania złożonych problemów. Musimy złożone problemy rozwiązywać w sposób odzwierciedlający złożoność. Podejście systemowe mówi dalej, że organizacje świetnie nadają się do rozwiązywania takich problemów, bo są złożonymi systemami społecznymi. Czyli organizowanie się związkowe byłoby super pomysłem na radzenie sobie z problemami rynku pracy – ale i zakład pracy, też organizacja, mógłby całkiem inteligentnie nawigować w burzliwym otoczeniu. Zgodnie z podejściem systemowym, organizacje są złożonymi systemami, czyli całościami, których części pozostają ze sobą w ciągłych relacjach, jak to się często podkreśla – dynamicznych, czyli zmieniających się w czasie, np. w zależności od sytuacji i od działań różnych stron. Inna maksyma systemowa mówi, że system to więcej niż suma jego części. Często działania podejmowane w jednym jego obszarze przynoszą efekty w innych, zdarza się, że całkiem nieprzewidzianych, w sposób, który też trudno przewidzieć. Najważniejsze są rozmaite żywe relacje między elementami, podobnie jak w przypadku żywych organizmów.

I teraz mamy taką sytuację, jak ta, którą opisujecie – we wspólnej wyobraźni nie istnieją systemy, lecz pojedyncze jednostki. Taki zbiór niepowiązanych jednostek nosi w języku systemowym nazwę agregatu. Jego podstawową cechą jest to, że jest martwy. Martwy – a więc niezdolny do tego, by reagować na bodźce z otoczenia, by tworzyć coś nowego i odradzać się, zmieniać i udoskonalać. Ale za to łatwo je kontrolować – bo są deterministyczne, czyli można przewidzieć jak się zachowają w przyszłości, ba, można to łatwo zmierzyć i na różne sposoby sparametryzować.

Jarosław Niemiec: Bardzo słusznie Ania zwróciła uwagę na moje niedopatrzenie tego istotnego faktu, jakim była zamiana w Kodeksie Pracy pojęcia „zakładu pracy” na „pracodawcę”. Czuję się więc wywołany do tablicy i jako związkowiec muszę to przyjąć jako uzasadnione wytknięcie bardzo istotnego błędu w naszej, związkowej, narracji i analizie sytuacji. Tak jest, „myśmy wszystko zapomnieli”. Może w 1996 roku nikt nie podziewał się, jakie skutki to może przynieść. Skutki tej indywidualizacji stosunków pracy i pozbawienie ich społecznego charakteru, tak jak to opisuje Monika, można więc dziś z wysokim prawdopodobieństwem uznać za otwarcie furtki dla psucia stosunków pracy, rozpowszechnienia umów śmieciowych, samozatrudnienia i marginalizacji roli zrzeszeń pracowniczych.

Oczywiście wszelkie racjonalizacje takiego stanu, wymienione przeze mnie na wstępie, mają zatem tym większą siłę w zachowaniu status quo, im większe będzie to modne dziś „personalizowanie” stosunków pracy. Nie muszę dodawać, że zwrócenie na to uwagi zobowiązuje zorganizowany ruch pracowniczy do wyciagnięcia zasadniczych wniosków praktycznych. Z samym słowem „pracodawca” należałoby się osobno i zdecydowanie rozprawić, bo fałszuje ono prawdziwy obraz relacji ekonomicznych i wprowadza element łaskawości i dobrotliwości po stronie zatrudniających, jak nie przymierzając „chlebodawca” czy inny dobrodziej. Co gorsza, z tymi dobrodziejami identyfikuje się wielu pracowników i są oni gotowi bronić ich nienależnych przywilejów jak jakichś nadludzi. Tak to mieszczański liberalizm oświeceniowy zawrócił nas do feudalizmu. Paradoks czy perfidia?

Anna Musiała: To zamierzone działanie, ów zwrot ku czasom feudalizmu. A może jeszcze inaczej, efekt zindywidualizowania relacji pracownika i pracodawcy, co rozważając w kontekście prymitywności i okrucieństwa polskich relacji społecznych, doprowadza do tak wysokiego poziomu zachowań o charakterze mobbingu. Innymi słowy, biorąc pod uwagę dość istotną polską zawziętość nierzadko przechodzącą w agresję, proces zindywidualizowania relacji pracownika i pracodawcy musiał ową zawziętością i agresją nasiąkać. To prowadziło do zachowań patologicznych w relacjach pracownika i pracodawcy, co już zupełnie nie uniemożliwiało budowania tkanki społecznej dla zakładu. Jeszcze mimo wszystko można było myśleć o budowaniu, wbrew tym polskim obciążeniom, o zakładzie pracy, gdyby respektowano zasadę równości w prawie. Tymczasem choćby wynagrodzenie, które było kwestią zupełnie kluczową, zostało poddane pod dwustronne negocjacje. I to właśnie najbardziej niszczyło jedność i zatomizowało jednostki.

Monika Kostera: Struktury są niezbędne do tego, by działać wspólnie. Dzięki nim nie musimy za każdym razem, gdy chcemy coś razem zrobić, uzgadniać każdego detalu, bo wiemy, jaka praca do kogo należy, po kim można (i należy) czego oczekiwać. Struktura społeczna to jedna z podstawowych ram pozwalających nam działać i porozumiewać się społecznie. To jakby niepisana instrukcja obsługi świata społecznego, czyli wzorce postępowania, których uczymy się od dzieciństwa, zawierające role społeczne, które odgrywamy, zasady, które kierują współżyciem społecznym, „nasze miejsce” w świecie. Dzięki nim wiemy, kto gra jaką rolę: kto jest nauczycielem, a kto uczniem, jak rozpoznać lekarza, jak zachować się w przychodni jako pacjent. Gdy zostaniemy tego pozbawieni, np. w wyniku zmian społecznych takich jakie miały miejsce w Polsce po wojnie i w okresie tzw. transformacji, zaczynają się bardzo fundamentalne problemy.

Jak współdziałać, kiedy nie wiadomo, czego po kim oczekiwać, a w dodatku mają miejsce jakieś wielkie przekształcenia społeczne, na których ktoś traci i ktoś korzysta? A skoro tak, to nie można nikomu ufać, samo-organizacja staje się utrudniona. Zanim wykrystalizują się nowe struktury, z jednej strony trwa walka, takie społeczeństwo typu „dog eat dog”, ale z drugiej pojawia się przestrzeń dla różnych odmieńców, w tym psychopatów, ale także twórców, artystów, nonkonformistów. To było szczególnie widoczne w okresie Młodej Polski i po odzyskaniu niepodległości – erozji wielkich struktur towarzyszyła ogromna, żywotna społeczna twórczość. Z naszą ostatnią transformacją systemową mieliśmy pecha o tyle, że miała miejsce w czasie, gdy wielkie struktury społeczne zaczęły globalnie się kruszyć i rozpadać. Czas neoliberalizmu to na całym świecie czas potężnej erozji struktur społecznych. Dlatego takie kruche okazały się nasze nowe pomysły na społeczeństwo przyszłości, budowane na piasku, bez prób poszukiwania głębszych wartości, które jednoczyłyby kogoś więcej, niż tylko elity wygrywające na transformacji. Robotników zostawiono, można powiedzieć – rzucono w kąt historii, a wykształcona (a więc posiadająca „kapitał społeczny”) inteligencja przerobiła się w kilka miesięcy na burżuazję i myślała, że może nadal być autorytetem moralnym, sumieniem narodu. Takie życie ponad moralny stan. Teraz są śmiertelnie obrażeni, że „hołota” nie szanuje ich Potiomkinowskiego etosu.

Jarosław Niemiec: No właśnie! Kazano nam brać udział w ekonomicznej rywalizacji jeden na jednego, bez określenia „kategorii wagowych”, bez „ochraniaczy”, choćby w postaci godziwych zasiłków dla bezrobotnych po nokaucie, jakim jest utrata pracy. W grze, w której reguły ustala tylko jedna ze stron. Kiedy ktoś kwestionuje zasady tej gry, usłużne ośrodki propagandy uruchamiają mechanizmy, które z miejsca dyskredytują tych, którzy ośmielają się kwestionować jedynie słuszną linię dyktatury pieniądza. Po pierwsze postawiono alternatywę: albo jesteś przedsiębiorczy i zaradny, albo głupi, roszczeniowy i leniwy. Część ludzi daje się na to złapać, bo to lepiej wpływa na ich samoocenę, gdy identyfikują się z tymi, którzy są zaradni i przedsiębiorczy. Nie ma znaczenia, że osoba identyfikująca się z przedsiębiorcą jest biednym jak mysz kościelna, poniżanym robotnikiem, który w dodatku uważa, że przecież gdyby nie socjalizm rzucający kłody pod nogi, to byłby człowiekiem sukcesu. To działa. A jak nie działa to trzeba jeszcze wmówić ludziom, że zalety takich stosunków pracy są niewątpliwe i tylko człowiek głupi ich nie widzi. Przecież nikt nie chce wyjść na głupca. Nie kto inny, jak autorytet wielu publicystów – Janina Paradowska – już w latach 90. głosiła tezę, że gdyby ludzie kierowali się rozumem, to Unia Wolności wygrywałaby w cuglach wszystkie wybory. Ta Unia Wolności, która jest kreatorką i matką wszystkich zjawisk, o których tu mówimy. Coś mi się zdaje, że związki zawodowe potrzebują dziś armii psychologów-terapeutów.

Anna Musiała: Pozwólcie, że odniosę się do waszych uwag na przykładzie z otoczenia mi najbliższego, a więc ze środowiska prawniczego. Monika powiedziała, że społeczeństwo ma własne struktury, a ludzie pełnią w tym społeczeństwie swoje funkcje. Naukowiec ma więc też swoją rolę, naukowiec-prawnik także. Tymczasem lata 90. i kolejne, a więc czas po transformacji, to okres, kiedy prawnik zajmujący się nauką był jednak traktowany jako ten drugiej kategorii, a więc ten, który nie poradziłby sobie na „rynku”, nie zbił fortuny w kancelarii. Do dziś pamiętam z lat studiów tę atmosferę specyficznego szacunku, w pewnym sensie wymuszonego na nas, studentach, wobec nauczycieli akademickich, którzy łączyli naukę i praktykę; oni niejako byli „wyżej” od profesora, który nie pracował poza uczelnią. Tak też oto znikała nauka prawa pracy; spotkania dla studentów czy dyskusje naukowe, poza zajęciami dydaktycznymi, nie odbywały się, bo kadra nie miała na to czasu. Prawie nikt się tym nie chciał zajmować. Ta narracja jest w zasadzie do dziś. Ciągle króluje w nauce prawa pracy prawnik-praktyk, który nierzadko tytułu naukowego potrzebuje dla prestiżu, ale nauka niewiele z tego ma, żeby nie powiedzieć nic, albo wręcz szkodę.

I tu, odnosząc się do tego, co powiedział Jarek, chcę dość mocno podkreślić, że nie ma szans na naukę prawa pracy, bo zbyt niewielu osobom na niej zależy. Przytłaczająca większość kadry już absolutnie nie angażuje się w rozwój nauki, co oznacza też organizowanie sensownych wydarzeń naukowych, gdzie włącza się w to studentów, zwłaszcza w mniejszych grupach. Ci pracujący tylko na uczelni też poniechali aktywności, jakby w myśl zasady „po co się wychylać”. To również po prostu „nieopłacalne”, krótko mówiąc, w myśleniu polskiego nauczyciela akademickiego prawa pracy: „z tego nic nie ma”. Prawie nikt zatem, w skali kraju, nie zajmuje się naukowo prawem pracy, kilka osób pracujących w takim układzie jest przecież pomijalnych.

Monika Kostera: Czyli – pracownicy zostali pozostawieni na pastwę rynku pracy i zatrudniającego podmiotu. A to znów nas prowadzi do pytania, zadanego na wstępie przez Jarka – o polski ruch związkowy. Mam tu nie tyle odpowiedź, co podpowiedź. Otóż, skoro część polskiego ruchu związkowego uległa polityzacji i petryfikacji, to może, w duchu syndykalistycznym, przejmujmy oddolnie struktury istniejących związków? Ignorujmy, w miarę możliwości, co robi centrum, ono i tak już się oderwało od pracowniczej ziemi. Twórzmy też oddolnie nowe ogniwa w związkowych sieciach i szukajmy partnerów do współpracy w innych oddolnych związkowych ogniwach, niezależnie od ich odgórnego politycznego programu? Co Ty na to, Jarku?

Jarosław Niemiec: Właściwie to poszczególne organizacje zakładowe już to robią, bo zwyczajnie nie mają innego wyjścia. Wsparcie od central jest bardzo niewielkie. Z drugiej strony ustawa o związkach zawodowych, która miał być wielkim osiągnięciem demokracji, bardzo krepuje ruchy organizacji związkowych, bo wymogi reprezentatywności i bardzo wąsko określony zakres działania powodują, że możliwość zorganizowania sporu zbiorowego, nie mówiąc już o strajku, są mocno ograniczone, czasem musi minąć kilka miesięcy, żeby można było spełnić warunki do strajku. Osobiście jestem zdania, że musimy wrócić do tego nieszczęsnego 1996 roku i próbować odwrócić to, o czym wcześniej wspomniała Ania, a mianowicie przywrócić prawu pracy jego społecznego ducha. To będzie wymagało od związków zawodowych gigantycznej pracy nad przekazem, nie tylko do opinii publicznej, ale także w zakresie wewnętrznej komunikacji związkowej. Nad własnym językiem, umiejętnością formułowania postulatów, porzuceniem przez związkowców wstydu, kiedy ktoś zaczyna mówić o „roszczeniowej hołocie”. Tak jest, mamy roszczenia i tego się nie wstydzimy – muszą mówić związkowcy z podniesionym czołem. My, nie ja. My, cała załoga, cała klasa społeczna, bo mamy w tym wspólny interes. Nie wyobrażam sobie tego jednak bez udziału prospołecznych środowisk akademickich i opiniotwórczych i tę naszą wymianę myśli traktuję jako takie właśnie działanie i dobry prognostyk na przyszłość.

William Morris: O sztukę dla robotników (1885)

William Morris: O sztukę dla robotników (1885)

Już widzę oczyma wyobraźni, jak wielu naszych towarzyszy uśmiecha się gorzko czytając powyższy tytuł – bo cóż może mieć wspólnego ze sztuką czasopismo socjalistyczne? Zacznę więc może od tego, że rozumiem w pełni, jak bardzo „niepraktyczny” jest ten temat w warunkach obecnych, w systemie płac i kapitału. O tym, istotnie, jest ten tekst.

Czym wszakże, zastanówmy się, sztuka właściwie jest? Gdzie ma swe źródła? Otóż sztuka to ucieleśnione w pewien sposób zainteresowanie człowieka własnym życiem; jej źródło stanowi przyjemność z przeżywania tego życia; przyjemność, owszem, tak właśnie musimy ją nazwać, biorąc pod uwagę życie ludzkie jako takie, niezależnie, jakie dołączałyby się do niego konkretne cierpienia i problemy jednostek. Sztuka to właśnie wyraz owej przyjemności – przyjemności, powiadam, z życia w ogóle; z czynów przeszłości, obecnych w pamięci, z czynów przyszłości, obecnych w nadziei, przede wszystkim jednak z czynów teraźniejszości, obecnych tu i teraz; z pracy.

Tak, jakże dziwne musi wydawać się to nam w dzisiejszych czasach! Tym, czego na ogół przecież doświadczamy, jest przyjemność z bezproduktywnego użytkowania ludzkich energii – z trwonienia ich na sportach i rozrywkach; ale zajęcie w sensie produktywnym, praca – ta monotonna praca, którą musimy wykonać codziennie, aby mieć co jeść, którą będziemy musieli wykonać i jutro, i pojutrze, i każdego następnego dnia, dokładnie tak samo aż do naszej śmierci – jakąż, pytamy, przyjemność można czerpać z czegoś podobnego?

A jednak powtórzę: głównym źródłem przyjemności jest dla człowieka codzienna, konieczna dla zachowania życia praca, w której to jednocześnie przyjemność owa znajduje wyraz i ucieleśnienie; nic bowiem innego nie zdoła odcisnąć na powszednich okolicznościach życia charakteru piękna – ilekroć zaś owo piękno jest w życiu obecne, stanowi znak, że człowiek czerpie ze swojej pracy radość, niezależnie, jakie oprócz tego trapiłyby go trudności. To właśnie brak radości z codziennego wysiłku sprawił, że nasze miasta i domy stały się tak niewypowiedzianie szkaradne – afront wobec krajobrazu, którego naturalne piękno kalają; wszystkie zaś utensylia codzienne – nędzne, trywialne, brzydkie, słowem: wulgarne. Straszliwy jest ów stan rzeczy, jaki przychodzi nam znosić – odwagi jednak, przyszłość niesie ze sobą nadzieję; nie może być bowiem ta zewnętrzna szpetota niczym innym, jak tylko owocem nędzy i zniewolenia mas; i zasadnie można spodziewać się, że gdy system nędzy i zniewolenia zostanie obalony, znów zaczniemy organizować otaczającą nas przestrzeń w piękny sposób – co stanowi zresztą, jak powiedziałem, naturalny znak szczęśliwej i wolnej pracy.

Bądźcie pewni, że nic innego nie zdoła wydać z siebie czegokolwiek, co choćby pod pewnym względem przypominałoby sztukę; bo – pomyślcie tylko! – robotnicy, których to ręce przecież muszą stworzyć kiedyś sztukę nową, zmuszani są w warunkach systemu komercjalistycznego pędzić swe życie, nawet gdy powodzi im się relatywnie nieźle, w budynkach tak zatłoczonych i brzydkich, że nikt nie mógłby mieszkać w nich i zachować zdrowe zmysły, nie tracąc jednocześnie do szczętu poczucia piękna i umiejętności cieszenia się swą egzystencją. Pochód „armii przemysłu”, z jej „kapitanami produkcji” [angielskie określenie potentatów przemysłowych – przyp. tłum.] (na litość!…), znaczą, podobnie jak pochód jakichkolwiek innych wojsk, ślady zniszczenia naturalnego piękna i spokoju krajobrazu, nasza natura zaś, nakazująca nam żyć za wszelką cenę, zmusza nas, abyśmy przyzwyczaili się do tej degeneracji, poświęcając swe człowieczeństwo i płodząc dzieci skazane na życie jeszcze bardziej nieludzkie, niż to, które wiedziemy. Żyjący pośród takiej szkarady nie mogą być zdolni dostrzegać piękna – a zatem, także go wyrażać.

Ale nie tylko robotnicy cierpią z powodu tej tragedii (i ja przynajmniej bardzo się z tego cieszę). Sztuka wyższa i bardziej intelektualna przeżywa te same problemy, co sztuki użytkowe. Artyści, których cel życiowy stanowi wytwarzanie przedmiotów pięknych i interesujących, nie odnajdują w realnym świecie żadnego zgoła materiału odpowiedniego dla tego przedsięwzięcia, skoro wszystko, co ich otacza, jest brzydkie i wulgarne. Albo zatem szukają go w wyobraźni wieków minionych, albo zaczynają żyć w kłamstwie, fałszując i sentymentalizując własną epokę; w konsekwencji, wbrew swojemu niekłamanemu talentowi, inteligencji i entuzjazmowi, tworzą dzieła, z których niewiele nie zasługuje wprost na pogardę w porównaniu ze sztuką epok przed-komercjalistycznych. Nie wolno nam też zapominać, że te nieliczne, istotnie wartościowe dzieła, jakie w naszych czasach powstają, stanowią co do jednego owoce pracy ludzi zbuntowanych przeciw swojej epoce – czasem walczących z nią otwarcie, czasem kryjących swój sprzeciw pod maską cynizmu, ale nieodmiennie trawiących życie na sporach z bliźnimi, w znacznej większości wypadków zupełnie bezowocnych, choć powinni je przecież poświęcić rozwojowi owych wyjątkowych talentów, którymi zostali obdarzeni, a z których korzyści mogłaby czerpać cała ludzkość.

Tak też na wysokości i na niskości, panowie i niewolnicy, wszyscy pospołu cierpimy z powodu niedoboru piękna, bądź – innymi słowy – przyjemności godnych człowieka. Całkowita nieobecność przyjemności w życiu to drugi – po niezliczonych zastępach wywłaszczonych proletariuszy – wielki dar, jaki ustrój komercjalistyczny przyniósł światu. Tylko zmiażdżona przez stalowe tryby tej potwornej machiny wartościowa niegdyś cywilizacja mogła stoczyć się w podobną wulgarność. Teoria głosząca, jakoby kryzys sztuki wynikał ze zbiorowego zainteresowania nauką, pozbawiona jest podstaw. Oczywiście, to prawda, że nauce przynajmniej pozwala się dziś istnieć – z tego prostego powodu, że może ona generować zyski. Ludzie zaś, pragnąc jakoś użytkować swe wrodzone energie, zwracają się do niej – dokładnie dlatego, że przynajmniej istnieje, choćby tylko jako niewolnik (choć coraz bardziej niezadowolony i niepokorny niewolnik) kapitału. Sztuka wszakże, gdy wkomponować ją w wielką machinę zysku, natychmiast umiera, i zostaje po niej ledwie widmo, tandeta na usługach wielkich posiadaczy.

Jakkolwiek dziwne może się to zatem wydać niektórym ludziom, zupełną prawdą jest, że socjalizm, powszechnie kojarzony z płytkim utylitaryzmem, stanowi obecnie jedyną nadzieję sztuki. Może być i tak, że do czasu zakończenia rewolucji społecznej, a może i trochę potem, okoliczności życia stawać się będą coraz bardziej nijakie, smutne i bezsensowne. Mówię: może i trochę potem, ponieważ nie da się wykluczyć, że ludzie mogą potrzebować trochę czasu, aby pozbyć się nawyków ukształtowanych przez życie między dwoma biegunami: beznadziejnej nędzy i rozpasanego luksusu, które to życie narzucił im komercjalizm. Nawet w tym jednak jest nadzieja; bo możliwe, że wszystkie obecne przesądy i konwencje muszą przeminąć, aby sztuka mogła narodzić się na nowo; że przed tymi narodzinami, będziemy musieli pogodzić się z utratą wszystkiego, co dziś nazywa się sztuką; że nie pozostanie nam nic innego, niż ledwie materiał sztuki, to znaczy: sam rodzaj ludzki, ze swymi aspiracjami i pasjami, i swoim wspólnym domem: ziemią; który to materiał długo obrabiać będziemy musieli przy użyciu tych dwóch oto narzędzi: pragnienia i odpoczynku.

Ale choć tak być może, nie wydaje mi się, abyśmy mieli szansę zorientować się, kiedy to nastanie; zmiana, jeśli nastąpi, będzie prawdopodobnie tak powolna i stopniowa, że nawet nie zwrócimy na nią uwagi. Ba, możliwe, że już i dziś sztuka choruje śmiertelnie – i to, co z niej widzimy, to półżywe truchło, skazane na zagładę: ale, z drugiej strony, czy nie możemy żywić nadziei na to, że sztuka odrodzi się jeszcze przed osiągnięciem pokoju i ustanowieniem nowego porządku? Czy to niemożliwe, że tym, co zada ostateczny cios otaczającej nas szpetocie będzie sama wielka tragedia Rewolucji Społecznej, i że robotnicy zaczną tworzyć sztukę z tą samą chwilą, w której uświadomią sobie swój prawdziwy cel – równy udział w życiu godnym człowieka – i zaczną dążyć do jego realizacji? Wojna, którą będą toczyć, sama może dodać im skrzydeł – wrogiem nie jest bowiem przecież sztuka, ale niepokój: przytłaczający, plugawy niepokój istoty zmuszonej pracować codziennie dla fizycznego przetrwania za nędzne ochłapy, w sposób wyniszczający tak ciało, jak umysł, tak ze względu na nadmierną intensywność wysiłku, jak i czysto mechaniczny, nieludzki charakter.

Tak czy inaczej, czas wolny, który socjalizm chce zapewnić robotnikom, z konieczności rodzi pragnienie – pragnienie piękna, pragnienie wiedzy, pragnienie, krótko mówiąc, życia bardziej pełnego i sensownego. Powtórzmy zaś: pragnienie i odpoczynek to czynniki naturalnie sprzyjające sztuce – bez nich zaś, odwrotnie, sztuka może być tylko podróbką pozbawioną racji życia i istnienia: dlatego też nie tylko robotnik, ale i cały świat nie doświadczy sztuki realnie tak długo, jak długo obecne społeczeństwo komercyjne nie zostanie zastąpione społeczeństwem prawdziwym – społeczeństwem socjalistycznym. Wiem, że to temat zbyt poważny i trudny, by dało mu się oddać sprawiedliwość w krótkim artykule. Proszę zatem moich czytelników, by potraktowali ów artykuł jako wstęp do własnych rozważań o kwestii związków gospodarki ze sztuką.

William Morris

Przeł. Maciej Sobiech (vel Wąs)

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w magazynie „The Commonweal” w kwietniu 1885 roku. W nagłówku tekstu wykorzystano jedną z prac graficznych autora.

William Morris (1834-1896) – angielski malarz, rysownik, pisarz, poeta, architekt, projektant, tłumacz. Działacz socjalistyczny i korporacjonistyczny. Spiritus movens odrodzenia zainteresowania w Anglii wiekami średnimi. Jego myśl stała się główną inspiracją dla wpływowego Ruchu Sztuk i Rzemiosł (Arts and Crafts Movement), dążącego do odrodzenia rękodzieła. Przeciwnik industrializmu i urbanizacji. Pod koniec życia, wraz z przyjęciem przez większość socjalistyczną poglądów etatystycznych (tzw. socjalizm państwowy), jego relacje – jako anty-etatysty – z ruchem socjalistycznym stały się bardziej napięte. W Polsce znany głównie z napisanej w roku 1890 powieści „Wieści znikąd”.

Zabawa w magazyniera?

Zabawa w magazyniera?

Heike Geissler, niemiecka pisarka i dziennikarka, postanowiła zatrudnić się na miesiąc w centrum logistycznym firmy Amazon i opisać to doświadczenie w 180-stronicowej książce. Od dłuższego czasu da się zaobserwować trend na tego rodzaju reportaże wcieleniowe. Problem w tym, że, w przeciwieństwie do stałych pracowników, autorki i autorzy zawsze mogą po prostu uciec z takich miejsc. Czeka na nich inna praca, a miesiąc czy kwartał w zakładzie czy magazynie ma być tylko „doświadczeniem”. Nie inaczej wygląda proza Geissler, która niespełna miesiąc pracy (minus L4) rozciągnęła na pełnoprawną książkę. Jak jej poszło?

Przede wszystkim punktem wyjścia dla moich rozważań – a i punktem dojścia, o czym później – jest fakt, że warunki pracy, płacy oraz cały okołologistyczny klimat wokół pracy w Amazonie różnią się między Polską a Niemcami, i to znacznie. Nie ma wątpliwości, że praca magazyniera także za naszą zachodnią granicą jest ciężka, uciążliwa i relatywnie nisko płatna, ale nie da się jej warunków na serio porównać z zatrudnieniem się w tej samej sieci w jej polskim wydaniu. Dotyczy to zresztą także innych tego rodzaju miejsc pracy – czy to Lidl, czy Kaufland, czy montaż samochodów znanej marki w ramach specjalnej strefy ekonomicznej – polski (lub bułgarski, rumuński, litewski) pracownik będzie gorzej wynagradzany, będzie miał większe problemy z dojazdem do pracy czy wzięciem wolnego, a standardy BHP w jego zakładzie będą niższe niż na Zachodzie. Tak po prostu jest, można z tym walczyć lub nie, ale negowanie tego faktu i szukanie na siłę podobieństw donikąd nas nie zaprowadzi. Zatem sam fakt, że Heike Geissler w „Pracy sezonowej” przedstawia swoje zatrudnienie w Amazonie jako piekło i pasmo upokorzeń, może tylko wywołać u polskich pracowników pusty śmiech. Co jakiś czas bowiem natykamy się w narracji na (przezroczyste dla autorki) zdobycze niemieckiego systemu świadczenia pracy i ochrony pracowników, o których Polak może tylko pomarzyć.

Są zatem różne Amazony, Lidle i Kauflandy, różne Toyoty i różne sklepy sieci odzieżowych, w zależności od tego, jaki kraj widnieje na okładce naszego paszportu. O doświadczeniach Geissler możemy zatem czytać ze współczuciem, jeśli całe życie spędziliśmy za biurkiem na uniwersytecie, ale jeśli kiedykolwiek na serio pracowaliśmy fizycznie w Polsce – w gastronomii, sklepie, w firmie „u Janusza” – to na wiele przytoczonych przykładów zakrzykniemy „No i co z tego? Wielki mi problem!”. Trzeba było wcześnie wstawać? 90% globu tak wstaje. Nikt nie powiedział, na czym polega zakres obowiązków, ale drugiego dnia zaczął je egzekwować? A to tak nie jest wszędzie? Przełożony był niemiły? Cry me a river. Słowiańskie przyzwyczajenie do zapierdolu za niewielkie pieniądze każe nam mało czemu się dziwić.

Ja osobiście zdziwiłam się podczas lektury tylko raz – gdy przeczytałam, że do centrum logistycznego Amazona, położonego podobno w szczerym polu, autorka może dojechać publicznym tramwajem. Na wszystkie zmiany.

fot. Bartosz Laber

Dobrze, podejdźmy do tego jak do literatury, odłóżmy na chwilę politykę (pewnie i tak się nie uda). „Praca sezonowa” to książka napisana w przedziwnej manierze narratorskiej – ani w pierwszej („ja”), ani w trzeciej („ona”) osobie, lecz w formie zwracania się przez autorkę do opisywanej pracownicy (która niby jest, ale jednocześnie nie jest nią samą) zwrotem „pani”, np. „Przed wyjściem partner życzył pani szczęścia i jeszcze raz podkreślił, że nie musi pani tego robić. Ale to nieprawda, musi pani, musi pani wykorzystać pierwszą okazję do zarobienia pieniędzy”, albo „Nawiasem mówiąc, jest pani córką graczy w lotto, obeznaną z nadzieją na pieniądze, z oczekiwaniem na pieniądze. Wkrótce przybędą, skądś, wierzy pani, choć jednocześnie tę wiarę neguje, próbuje ją sobie wybić z głowy”.

Cala książka napisana jest w identycznej manierze, która chwilami zachwyca, a chwilami bardzo irytuje, jednak jej zamysł konstrukcyjny jest – moim zdaniem – jeden: od początku zdystansować się od opisywanej postaci. To nie Heike tam pracuje, to nie Heike marznie na przystankach i je w śmierdzącej stołówce, to tylko „pani”. Choć blurb na okładce zapewnia nas, że autorka „zwraca się do samej siebie sprzed kilku lat”, to ma się jednak nieodparte wrażenie, że próbuje się od bohaterki-robotnicy (nieświadomie?) oddzielić. A może po prostu chce oryginalnym stylem przykuć uwagę gremiów rozdających nagrody literackie?

Jednocześnie Geissler – ale już w głowie „pani” – poświęca wiele miejsca rozważaniom o fałszywej świadomości klasowej i poczuciu bycia lepszą niż pracownicy fizyczni. Nasza bohaterka wewnętrznie buntuje się, bo skanowanie produktów i pakowanie ich do pudełek nigdy nie było jej ambicją, a jednak wie, że, aby zarobić pieniądze, musi wylądować tam, gdzie oni; tam, gdzie nikogo nie interesuje jej CV, przemyślenia czy wiedza: „Jest pani jedną z nich, nawet jeśli wydaje się pani, że jest inaczej i wiele razy będzie pani podkreślać dystans między sobą a innymi pracownikami i tym większy wobec firmy – nie jest to prawda”.

Podjęta przez bohaterkę praca sezonowa to trzy tygodnie przed Bożym Narodzeniem, gdy centra logistyczne potrzebują każdej pary rąk. „Pani” opowiada nam wszystko po kolei – o odpowiedzi na ogłoszenie, rozmowie kwalifikacyjnej, pierwszym dniu, stroju roboczym, zakresie obowiązków, kolegach. Powtarzalna, ale przykuwająca narracja oscyluje wokół kolejnych bardzo podobnych do siebie dni, gdy każdy z obecnych na hali odlicza minuty do końca zmiany. Narratorka z pobłażaniem, niechęcią (ale czasem także czułością) opisuje osoby, z którymi przychodzi jej pracować i stykać się w częściach wspólnych magazynu. Dąży do samotności, nie podczepia się pod istniejące i nowo powstałe grupki, bo cały czas ma poczucie, że jest „na wylocie”. Oni, inni pracownicy, nie. Oni tam zostaną.

Geissler – a raczej „pani” – uważnie obserwuje swoje ciało, głowę, reakcje. Patrzy, jak biegiem przepracowanych dni jej świat kurczy się, koncentruje wyłącznie na pracy, zmęczeniu, uporczywych myślach o konieczności przetrwania kolejnego dnia w zimnym magazynie, Nienawidzi weekendu czy wieczoru, bo wie, że kolejnego dnia przyjdzie ten sam kierat. Od takiej pracy nie ma ucieczki – z wyjątkiem rezygnacji, na którą jednak chcąca utrzymać się finansowo na powierzchni osoba nie bardzo może sobie pozwolić.

Autorka źle znosi hierarchię, szkolenia, bezsensowny jej zdaniem porządek pracy, jej rutynę i powtarzalność. Trochę z nadmiernie pobudzonej wyobraźni, a trochę dla sabotażu stara się ją zakłócić, wykonując obowiązki niedokładnie lub nie po kolei, i zastanawia się, czy ktoś się zorientuje. Hipnotyzujące opisy magazynu i beznadziejnie nudnej, powtarzalnej pracy byłyby jeszcze lepsze, gdyby narratorka nie dystansowała się cały czas od reszty pracowników, z którymi nie czuje żadnej więzi – a może tylko pragnie pokazać czytelnikom, że czasy pracowniczej solidarności już minęły, że teraz każdy walczy o siebie?

„– Wstawać – woła przejeżdżający operator wózka.

Ignoruje go pani, choć przypomina sobie, że siadanie na paletach jest zabronione, zwłaszcza gdy nie leży na nich płyta MDR. Integralną częścią tej pracy jest przebywanie z ludźmi, których dobrowolnie nie wybrałoby się jako towarzystwa”.

Mimo dyskusyjnych założeń „Praca sezonowa” przedstawia całkiem wiernie warunki zatrudnienia w molochu Amazona, a więc i wszelkich podobnych magazynach – czytniki kart, krótkie przerwy, abstrakcyjne reguły, wyśrubowane normy, idiotyczne rytuały. Te momenty, gdy „pani” jest w pracy, stanowią największą siłę książki. Dzięki zadziorności i wnikliwości narratorki dowiadujemy się sporo o bezsensowności pracy w centrum logistycznym: o tym, że nie jest ważne pogniecione pudełko, lecz „zdrowa” zawartość, o tym, że wiele przyjmowanych i pakowanych przez pracowników towarów objechało cały świat – że filiżanka czy lalka podróżowała więcej niż pakujący je pracownik.

Uwag dotyczących kondycji współczesnego kapitalizmu nie ma w książce aż tak wiele i są mocno rozsiane po narracji, ale jednak autorka stara się co jakiś czas wrzucić informację sugerującą, że pracownicy Amazona nienawidzą swojej ciężkiej, a jednocześnie alienującej pracy, np.:

„Niektóre wypowiedzi pracowników brzmią następująco:

Nie trzeba brać sobie do serca.

Trzeba zacisnąć zęby.

Trzeba brać wszystko pod uwagę.

Nie jesteś z cukru.

To wszystko gówno.

Pięknie to sobie wymyślili, ci na górze.

Jak wygram w lotto, to nikt mnie tu już nie zobaczy”.

Albo: „Kilka tygodni później, gdy odbywał się kolejny strajk, usłyszałam o T-shirtach noszonych przez łamistrajków: We love Amazon. Jasne wyznanie dla pracodawcy, które znaczyło, że tylko ci, którzy nie strajkują, szanują go”.

„Praca sezonowa” powie nam wiele o Amazonie, ale jednak będzie nas jak obuchem w głowę waliła podprogowymi informacjami o warunkach życia w społeczeństwie niemieckim – a to informacje, które, wbrew zamiarom narratorki, w polskich pracownikach nie pogłębią współczucia dla jej sytuacji, lecz wzbudzą niesmak lub zazdrość. W moim egzemplarzu książki wykrzyknikami oznaczone są miejsca, w których wyśmiewany przez autorkę niemiecki system socjalny bierze ją pod opiekę, a ona tego nawet nie zauważa: gdy idzie do lekarki po L4 i okazuje się, że jest ubezpieczona, mimo że praca w Amazonie jest sezonowa, a wcześniej wcale nie pracowała. Gdy jej matka staje na komisji zdrowotnej w sprawie przedłużenia renty, kasa chorych proponuje jej pracę przez dziesięć godzin tygodniowo, bo choroba nie jest aż tak poważna, matka odmawia, po czym uzyskuje bez wielkiej szarpaniny przedłużenie świadczenia na trzy lata. Gdy spotyka sąsiadkę, która od wielu lat nie pracuje, ale nadal otrzymuje zasiłki, przy czym deklarowane przez nią „niewielkie pieniądze” wystarczają na przetrwanie. Polak zgrzyta zębami czytając takie historie, zwłaszcza że nie są one w żaden sposób przedstawione jako coś wyjątkowego, to po prostu część narracji. Autorka nie zna innego życia, nie zna rynku pracy bez tych siatek bezpieczeństwa. W tym kontekście jej utyskiwanie na system traci przynajmniej połowę siły rażenia.

fot. Bartosz Laber

I tu wracamy do naszej klamry – warunki pracy w niemieckim Amazonie, a przede wszystkim ogólny klimat pracy i jej braku panujący w niemieckim społeczeństwie nie mają wiele wspólnego z warunkami polskimi. O zatrudnieniu w polskim Amazonie zgodził się opowiedzieć mi Bartosz Laber, dwudziestopięcioletni były pracownik centrum logistycznego w Sosnowcu:

„Pracę w Amazonie, magazyn KTW1 w Sosnowcu, rozpocząłem od stycznia tego roku. Miałem zacząć pracę od listopada 2019, w okresie tzw. peak time (wzmożony okres realizacji zamówień), łączyło się to z bonusem 1500 brutto, za pracę w tym okresie. Zatrudniono zbyt dużo osób, więc przeniesiono moje zatrudnienie dopiero na 3 stycznia. Należałem do jednego z ostatnich naborów, który został przyjęty bezpośrednio przez Amazon do KTW1. Od stycznia 2020 KTW1 zaczęło już zatrudniać pracowników T1 tylko poprzez agencje pracy tymczasowej Adecco i Randstadt. Na umowach o pracę tymczasową zawieranych na miesiąc, a nawet na dwa tygodnie. Następnie była podejmowana decyzja o przedłużeniu umowy bądź nie. Zasada kija i marchewki. Teoretycznie po 3 miesiącach można było się ubiegać o konwersję, czyli przejście pod Amazon. Jest wiele osób, które pracowały po 6 miesięcy i konwersji nie przeszły. To mały procent pośród agencyjnych. Oni też po konwersji musieli zaczynać od 3-miesięcznej umowy na okres próbny. Dostałem umowę o pracę na 3-miesięczny okres próbny, szczęśliwcy mieli »szansę« po okresie próbnym dostać umowę roczną, a potem na czas nieokreślony. To znikomy procent pracowników. Stawka 20 zł brutto/h, 3-miesięczny okres rozliczeniowy. Nazwa stanowiska – pracownik magazynowy ds. logistycznych, poziom T1. To najniższy poziom zaszeregowania, większość pracowników magazynowych na nim się znajduje. Udało mi się załatwić zmianę studencką poniedziałek – czwartek, była jeszcze zmiana rodzicielska. Studiuję zaocznie, stąd taka możliwość. Podstawowe zmiany FRONT niedziela – środa, BACK środa – sobota, DONUT poniedziałek, wtorek, czwartek, piątek. Była jeszcze zmiana weekendowa dla pracowników na pół etatu.

W organizacji pracy występowała tzw. kohorta. To tryb pracy niespotykany chyba nigdzie indziej, bardzo obciążający. W wielu krajach niestosowny przez Amazon z powodu silnego prawa pracy, układów zbiorowych i związków zawodowych. Między innymi w Niemczech. W Polsce zmiana trwa 10,5h, pracuje się tak przez 4 dni w tygodniu. Czasami było to 5 dni albo 3, obowiązuje 3-miesięczny okres rozliczeniowy, więc HR może sobie przerzucać godziny. Trafiają się też obowiązkowe nadgodziny. Pracuje się przez 4 tygodnie na dzień/nocki, a potem następuje zmiana. Tak więc można mieć cały miesiąc nocek i przez 4 dni w tygodniu domu jest się gościem, bo tyle wolnego czasu zostaje. Przed pandemią dniówka trwała od 6:00 do 16:30, a nocka od 18:30 do 5:00.

Ponieważ Amazon nie jest zbyt konkurencyjny w dużych miastach, a nawet w Zagłębiu i Śląsku, więc dowozi ludzi z małych miejscowości, często bardzo oddalonych. Do KTW1 jeżdżą autobusy z Sosnowca, Katowic, Gliwic, Mysłowic, Będzina, Czeladzi, Dąbrowy Górniczej, Chorzowa, Zabrza, Świętochłowic, Rudy Śląskiej, Siemianowic Śląskich, Piekar Śląskich, Jaworzna, Trzebini, Tarnowskich Gór, Zawiercia, Ciągowic, Olkusza, Sławkowa.

Autobusy powrotne ruszały zawsze 15 minut po zakończeniu zmiany. Starczało mi wtedy czasu na zejście z mojego działu, szybkie wejście do szatni i dostanie się do szafki, a potem szybki papieros i do autobusu. Nie zdążyłbym się umyć i czy cały przebierać. Biorąc pod uwagę 10,5 h zmiany i około godzinę dojazdu nie było mnie w domu prawie 12 h, a mieszkam prawie w centrum Sosnowca. Odliczając te 12 h poza domem, 8 h snu, zostaje max 4 godziny na obiad, prysznic, ubranie się, przygotowanie. Tak przez cztery dni każdego tygodnia.

Stan techniczny autobusów pracowniczych pozostawia wiele do życzenia. Poza autobusami pracowniczymi dojazd pod Amazon był mocno utrudniony. Z centrum Sosnowca jeździł tylko jeden miejski autobus. Tak więc bez auta czy możliwości dojazdu autobusem pracowniczym, nie dało się dojechać, a już szczególnie osobom mieszkając daleko.

W trakcie 10,5-godzinnej zmiany były dwie 15-minutowe płatne przerwy i jedna półgodzinna bezpłatna, którą trzeba było odrobić. Stąd te 10,5 h. Wydaje się, że to dużo, lecz biorąc pod uwagę tempo pracy te przerwy były i tak za krótkie. Jeszcze kwestia bezpłatności długiej przerwy. Dodać do tego należy, że magazyny Amazona zajmują bardzo dużą przestrzeń. Tam wszędzie jest daleko, do toalety, na palarnię, kantynę, stołówkę. To zajmuje czas i mocno skraca te przerwy. Trzeba się jeszcze przy okazji nie zgubić. Mój dział był najdalej na terenie magazynu i na stołówkę czy do szatni szło się prawie 5 minut.

Zmiana zaczynała się stand upem, zbierali się pracownicy i menedżerowie z liderami. Obowiązkowa wskazówka bezpieczeństwa, wskazówka jakościowa, jakieś informacje od HR i ludzie rozchodzili się do pracy na stanowiska. Po długiej przerwie był kolejny stand up.

Zarobki: stawka podstawowa 20 zł/h brutto, możliwość uzyskania premii do 15% wynagrodzenia. O ile dobrze pamiętam, 8% było za obecność. Brak L4, urlopów na żądanie, nieusprawiedliwionych nieobecności, urlopy zaplanowane się nie liczyły. Za nieobecności obcinali premię. Te pozostałe 7% to premia za wyniki magazynu, o niej decydowały już »władze« i premie te bywały różne, często nawet 1%. Poza tym dodatki za nocki wedle kodeksu pracy, jakaś śmieszna kwota jako ekwiwalent za pranie ubrania. Na święta można było się starać o bony z zakładowego funduszu świadczeń socjalnych. Nadgodziny poza dniami z grafiku płatne dodatkowe 100%, tak więc za godzinę wychodziło wtedy 40 zł/h brutto.

Ile się realnie zarabia? To zależy. W grafiku można mieć 16, jak i 19 zmian. Wszystko i tak się musi zgadzać w trzymiesięcznym okresie rozliczeniowym. Do tego kwestia, ile premii się dostało, ile było nocek. Do tego najważniejsze, czy ma się mniej czy więcej niż 26 lat. Stawka netto przed 26. rokiem życie to około 17 zł, a po 26 około 15 zł. Przeciętnie, przy dobrych wiatrach i premii można było wyciągnąć za miesiąc 3000 zł netto. W Amazonie bardzo wielu pracowników decyduje się na nadgodziny. Ich limit na 3 miesiące to podajże 104 h. Tak więc w każdym miesiącu można było zrobić te 3 zmiany więcej. Takie osoby potrafiły zarobić i ze 4000 zł netto, ale przy 200 h pracy w miesiącu, tak więc wiadomo jak to wygląda…

W Amazonie można palić tylko w wyznaczonych palarniach, każda czynność pracownika czy gościa jest uregulowana wewnętrznymi przepisami. Kamery są wszechobecne. Nawet sposób przemieszczania się czy parkowania. Pilnuje tego ochrona i przełożeni. Dwa duże wejścia, przez które przewalają się setki pracowników. Trzeba wejść przez pierwsze drzwi, a potem odbić się na obrotowej bramce. W szafce trzeba zostawić telefon i wszelaką elektronikę, której nie można wnosić na teren magazynu. Typowe szafki pracownicze, smród męskiego potu. Potem przechodzi się przez bramki obok stanowiska ochrony i czeka się przed wejściami na magazyn. Większość pracowników, poza wyjątkami może przebywać na terenie dopiero na 5 minut przed rozpoczęciem zmiany. Wszyscy obowiązkowo odbijają się na zegarze i gnają na swoje działy. Dojście na mój dział zajmuje bardzo szybkim krokiem jakieś 3 minuty.

Amazon udaje najbezpieczniejszy zakład pracy w Polsce, wszechobecne są reguły bezpieczeństwa. Jest pilnowane nawet to, czy pracownicy trzymają się poręczy na schodach. Za wszelkie odstępstwa wyciągane są konsekwencje. Amazon zapewnia darmową wodę, kawę/herbatę z automatów, obiad za 1 zł w kantynie głównej.

Obiad je się zazwyczaj na najdłuższej, darmowej półgodzinnej przerwie. Czasami lepsze, czasami gorsze. Nic specjalnego. Wiele osób po tych obiadach ma niestrawności żołądkowe. Gdybym miał płacić za nie więcej niż 1 zł, to bym ich nie jadł. Jeśli ktoś chce na przerwie odwiedzić toaletę, zjeść obiad, zapalić i jeszcze zabrać z szafki telefon, to musi się nieźle nabiegać. Jest się pod ciągłą kontrolą kamer, przełożonych i przede wszystkim mitycznego systemu. Pracownicy nie mają pojęcia jak on działa, jakie są algorytmy. Można skontrolować wszystko. Konkretny czas pracy, kiedy i ile się robiło”.

„Praca sezonowa” to z jednej strony potrzebna książka, z drugiej jednak pewnego rodzaju cosplay magazyniera, jak, z konieczności, właściwie wszystkie reportaże wcieleniowe. Teoretycznie wiemy, że Heike Geissler podjęła pracę w Amazonie, bo po prostu potrzebowała pieniędzy. W praktyce – jestem przekonana, że bardzo szybko w jej głowie powstała myśl o napisaniu tekstu lub książki na temat przeżytych tam doświadczeń. Cóż, udało się.

Dlatego dużo bardziej chciałabym przeczytać autentyczny głos pracowniczy z biedniejszego kraju, takiego jak Polska czy Rumunia – głos człowieka, dla którego pozostanie w Amazonie (czy innej tego typu firmie) jest być albo nie być. Ale, niespodzianka, pracownicy magazynów nie mają czasu na pisanie książek.

Magdalena Okraska

Heike Geissler, Praca sezonowa, wyd. Czarne, Wołowiec 2020, s. 176.

Czy wiesz kogo wspierasz?

Każdego dnia przekazujemy komuś swoje pieniądze. Podczas codziennych zakupów decydujemy o tym, która firma w sprawozdaniach finansowych wykaże większy zysk. Warto mieć to na uwadze decydując o tym, co wkładamy do koszyka. Zwłaszcza w sytuacji, gdy funkcjonowanie wielu firm jest ograniczone, a ich przyszłość niepewna.

Świadomość konsumencka nie jest nowym zagadnieniem. Od dawna mówi się chociażby o kupowaniu produktów z kodem 590, który ponoć oznacza, że produkt pochodzi z Polski. Niestety nie jest to prawda i taka narracja to wprowadzanie ludzi w błąd. Z kodu 590 może korzystać każda firma zarejestrowana w Polsce. Niemiecko-rosyjska spółka produkująca w Chinach i płacąca podatki na Cyprze również może korzystać z kodu 590. Od kilku lat w Klubie Jagiellońskim zwracamy na to uwagę za pomocą aplikacji Pola. Miejsce rejestracji firmy to tylko jeden z czynników, który należy wziąć pod uwagę, by dokonać świadomego wyboru. Jednym z nich jest kapitał firmy. Dziś, w dobie pandemii, o wiele częściej dokonujemy zakupów za pomocą internetu. Tylko czy świadomie? Do kogo należą najczęściej odwiedzane przez nas sklepy i najpopularniejsze marki?

To nie nasze sklepy

Na co dzień tego nie widać, ale wśród dziesięciu największych sieci handlowych w Polsce… nie ma ani jednej z polskim kapitałem. Lider, czyli Biedronka, należy do portugalskiego koncernu Jeronimo Martins. Lidl to oczywiście niemieckie przedsiębiorstwo. Dalej mamy wiele polsko brzmiących marek: ABC, 1Minute, Delikatesy Centrum, Groszek, Lewiatan czy Mila. Są one zrzeszone w sieci Eurocash, która również należy do Portugalczyków. Dalsze pozycje to Auchan i Tesco, czyli Francuzi i Brytyjczycy. Z Francji wywodzi się również Carrefour, a Kaufland należy do niemieckiej grupy Schwarz. Kolejny na liście Rossmann również ma niemiecki rodowód. Dziewiąte miejsce zajmuje Żabka, która w lutym 2017 roku została przejęta przez CVC Capital Partners, jedną z największych firm private equity i doradztwa inwestycyjnego na świecie. Zestawienie zamyka wywodząca się z Francji Castorama, kontrolowana przez brytyjską sieć Kingfisher.

W internecie nie jest lepiej. Allegro od października 2016 roku należy do funduszy inwestycyjnych Cinven, Permira i Mid Europa Partners. Do tej samej grupy należy Ceneo. Na wolny termin w sklepie Frisco musimy poczekać do stycznia. Warto wiedzieć, że ten popularny sklep został przejęty przez grupę Eurcoash. Zamawiając pizzę czy burgery z Pyszne.pl warto wiedzieć, że portal należy do holenderskiej grupy Takeaway.com. Uber to oczywiście przedsiębiorstwo amerykańskie. PizzaPortal należy do hiszpańskiego Glovo, a wcześniej całość akcji posiadał AmRest Holding, czyli międzynarodowy operator zarządzający markami branży gastronomicznej, np. KFC, Pizza Hut, Burger King czy Starbucks.

Nasza praca, cudzy plon

Dlaczego to ważne? Ponieważ powinniśmy wiedzieć, kto faktycznie zarabia na produktach, które kupujemy. Problem podnoszony był latem, gdy rolnicy zwracali uwagę na diametralne różnice pomiędzy ceną za owoce w hurtowniach a cenami na półkach sklepów. Z analiz rynku wynika, że od 60 do 80 proc. ceny owoców to zysk pośredników. Potwierdzają to badania przeprowadzone przez Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów. „Wyniki w dużej mierze potwierdzają to, o czym od dawna mówią rolnicy – że ich zarobek jest niewielki w porównaniu do ostatecznej ceny. W niektórych przypadkach było to zaledwie kilkanaście procent” – oznajmił prezes UOKiK, Marek Niechciał. W przypadku pośredników, z których korzystamy na co dzień, jest podobnie. Rafał Nowicki, restaurator z Łodzi, zdradził kulisy współpracy z Pyszne.pl: jeśli składamy zamówienie na 30 zł, to restauracji zostaje z tego 15,2 zł, a trzeba z tego opłacić wszelkie koszty, więc do zysku daleko. Wydawać by się mogło, że ceny można po prostu podnieść. Otóż nie. Restaurator przedstawia tabelę ze szczegółowymi wytycznymi oraz fragmenty podpisanej umowy. Stwierdza wprost, że „Pośrednicy zmonopolizowali rynek i dyktują warunki”.

Pan Niechciał przyrównuje platformy pośredniczące do agencji pracy tymczasowej. Restauracja odpowiedzialna jest za wykonanie niezbędnej pracy i ponosi większość kosztów, a za co odpowiedzialny jest pośrednik? Czy dba o prawa pracownicze, ubezpieczenia, świadczenia socjalne, czyli wszystko to, co wypracowaliśmy przez ostatnie dekady, uznając to za podstawę cywilizowanego rynku pracy? Niekoniecznie. Przerabialiśmy to, gdy w Polsce pojawił się Uber, co wywołało protesty taksówkarzy. Prosta i łatwa w obsłudze platforma cofa rynek usług do czasu, gdy zabezpieczenie finansowe i podstawowe prawa były postulatem. Przypomina to franczyzę, narzędzie, które mogłoby działać dobrze, gdyby nie było wykorzystywane w niewłaściwy sposób.

Brzmi to dobrze. Zamiast otwierać własny biznes, korzystasz z już istniejącej marki i nie musisz się martwić o marketing, zatowarowanie i rywalizację o klienta. W praktyce bywa różnie. Franczyza również może służyć do umywania rąk od odpowiedzialności. Przecież biznes prowadzą Adam z Iławy i Marta z Sieradza, zarząd międzynarodowej korporacji tylko zlicza zysk. Większość kosztów może być przerzucana na właścicieli sklepu. Doskonale pokazuje to film „Dzień kobiet” oraz sprawa franczyzobiorców Żabki czy Intermarche, którzy skończyli franczyzową przygodę z długami.

Polska cytryną globalizmu

Nie byłoby problemu w tym, że w dziesiątce największych sieci handlowych w Polsce nie ma ani jednej z polskim kapitałem, gdyby nie fakt, iż niemal żadna z nich nie płaci w Polsce podatków. Dane udostępnione przez Ministerstwo Finansów są jednoznaczne. Wśród 36 firm handlu detalicznego aż dziesięć nie przynosi żadnego dochodu! O finansach Pyszne.pl też wiemy całkiem sporo. „Bezpośrednio 100 proc. udziałów właściciela Pyszne.pl ma holenderska spółka Takeaway.com. Na początku października na walnym zebraniu zdecydowała, że otrzyma cały zysk netto polskiej spółki z ub.r. w formie dywidendy”. Przy zakupach online jest podobnie.

Rynek e-commerce rósł już przed pandemią, a obecnie sprzedaż przez internet jest dla wielu firm jedyną szansą na przetrwanie. Problem w tym, że państwo i jego instytucje często nie nadążają za zmieniającą się rzeczywistością. Związek Przedsiębiorców i Pracodawców informuje, że skarb państwa traci co roku ponad 2 mld zł za sprawą Aliexpress, na skutek niekontrolowanych zakupów w Chinach. Podsumowując to wszystko, otrzymamy niepokojący obraz.

Ciężka praca wielu Polek i Polaków nie przekłada się na pomnażanie naszego dobrobytu. Owoce naszej pracy konsumują pośrednicy, utrzymujący polskich producentów i usługodawców na granicy opłacalności. Bywa tak, że zyski z naszej ciężkiej pracy często trafiają za granicę, a mali i średni przedsiębiorcy zostają z długami. Zamiast budować silne usługi publiczne, tkwimy w pułapce średniego wzrostu. Kwintesencją tych wszystkich zjawisk jest nowa akcja marketingowa Biedronki, w której Coca-Cola przedstawiana jest jako produkt polski. Taka ma być nasza rola w globalnych łańcuchach dostaw. Zautomatyzowane fabryki ulokowane tu ze względu na niskie koszty pracy mają nam wystarczyć, a podatkami i dywidendami nie powinniśmy się przejmować? Oczywiście, że nie!

Musimy dokonywać świadomych decyzji, zwłaszcza w tak trudnym czasie. Istnieje kilka narzędzi, które mogą nam w tym pomóc. Jeśli zamierzacie kupić odzież, skorzystajcie z Fashion Checker. Warto też wsłuchać się w głos restauratorów i zamawiać bezpośrednio u nich. Szukajmy lokalnych firm i sklepów, które nie wytransferują zysków za granicę. Starajmy się sprawdzać, jaki kapitał stoi za danym produktem. Mając świadomość tego, że wszystko przenosi się do internetu, uruchamiany wyszukiwarkę na stronie Aplikacji Pola. Warto również zwrócić uwagę na inicjatywy takie jak Polskie Marki czy Polski Ślad. Każda złotówka ma wpływ na to, która firma lepiej poradzi sobie z kryzysem. Nietrudno wyobrazić sobie sytuację, że po pandemii międzynarodowe koncerny będą jeszcze silniejsze. Warto zadać sobie pytanie, czy chcemy żyć w takim świecie.

Mateusz Perowicz