przez Monika Kostera | niedziela 7 marca 2021 | opinie
Dawno, dawno temu, za siedmioma lasami, był sobie uczony Himisław, który myślał inaczej niż wszyscy i był wielkim guru (tak było! pod warunkiem, rzecz jasna, że charakteryzował się właściwą przynależnością klasową, właściwą płcią, właściwą narodowością, religią, orientacją seksualną itd., itp.). Tu i teraz, w naszym świecie, uczony Hodysław myśli inaczej i jest ostracyzowany przez całe swoje środowisko, ale za to może troszeczkę bardziej otwarcie nie należeć do kilku spośród „właściwych” grup. Z kolei uczony Hubysław pamięta tamte obyczaje sprzed wielu lat i zza wielu lasów, ale w życiu się nie przyzna, że coś się nie zgadza, bo nie chce wyjść na nieseksownego dziadersa. Widzicie, drogie Czytelniczki i Czytelnicy, pokolenie oczko wyżej od mojego i częściowo moje też, dorastało wśród Muz i kwiatów polnych, wierzyło w przyszłość i postanowiło sobie, że nigdy, przenigdy nie będzie mówiło, że kiedyś było lepiej. Byliśmy tacy piękni i wolni, zarazem ulotni i racjonalni, przyszłość była naszą pieśnią. Ach, byliśmy wszak całkiem inni niż nasi „starzy”, „wapniacy” i inni nudziarze. Na wszelki wypadek, by nie wykluczać nas samych spośród czytelników tego tekstu, a także dlatego, że nie chcę być uncool, powiedzmy sobie wyraźnie – kiedyś nie było lepiej. Ta płeć, to pochodzenie… Solidne struktury miały zalet wiele, ale i poważne wady – wykluczały wiele grup z pełni uczestnictwa w życiu społecznym. Trzeba było się dostosować albo zniknąć. Ale miało być lepiej. Właśnie, kiedyś przyszłość była była (czas zaprzeszły) lepsza, my marzyliśmy lepiej. Nie dlatego, że byliśmy lepszymi ludźmi, ani nawet nie dlatego, że mieliśmy lepsze perspektywy, niż dzisiejsza młodzież. Dlatego, że mieliśmy z czego splatać marzenia.
Więc Hubysław milczał, mając nadzieję, że może nikt się nie kapnie, że wie, że Novotel Warszawa Centrum nazywał się Forum i był koloru kakaowego. Zresztą, nikt go o nic specjalnie nie dopytywał. Młodzi nie chcą wiedzieć. Nie dlatego nie zadają tylu drążących, egzystencjalistycznych pytań, że są mniej piękni i ulotni, niż my kiedyś byliśmy. Nawet pewnie nie dlatego, że kwietnych łąk i Muz mniej wokół. Dlatego, bo system stracił pamięć, a wraz z nią zdolność uczenia się. Do tego jeszcze wrócę. Pozostańmy na razie przy tym, co łączy wszystkie te postaci: Himisława, Hodysława, Hubysława i niedociekliwych młodych. Otóż – żyjemy w wielkim systemie społecznym, który ma demencję. System to, według jednego z twórców ujęcia systemowego, biologa Ludwiga von Bertalanffy’ego, kompleks elementów i relacji między nimi, który pozostaje otwarty i dokonuje interakcji z otoczeniem. Systemy podlegają ciągłej ewolucji i z biegiem czasu stają się coraz bardziej skomplikowane, zyskując jakościowo nowe właściwości. Teoretyk organizacji Russell Ackoff zaznacza, że system tworzy całość, a próby podziału lub rekonfiguracji siłowej powodują utratę kluczowych aspektów (w przypadku systemów żywych tym aspektem jest życie). Systemy społeczne bywają mniejsze i większe. Wielkie systemy społeczne obejmują całe cywilizacje: struktury społeczne; mechanizmy i dynamiki gospodarcze i polityczne. Działają przez setki, nawet tysiące lat.
Nasz, funkcjonujący od kilku stuleci wielki system społeczny stracił niedawno pamięć krótkookresową, delektuje się wspomnieniami ze swej młodości, które na ogół są mocno podkolorowane lub fałszywe. Wszystko ma wszystkim za złe i stracił zdolność do samoregulacji. W tej sytuacji bardzo potrzebujemy odnowy, od tego zależy przyszłość nie tylko ludzkości, ale i całej planety, coraz bardziej systemowo niszczonej. Jednak odnowa nie przychodzi.
Dzieje się tak, ponieważ system stracił zdolność do regeneracji. Psychologia gestalt uczy, że ludzie tworzą pewne rozpoznawalne kształty, formy, zgodnie z jakimś przyjęty kodem, np. kulturowym. Percepcja kształtowana jest przez relacje między bodźcami percepcyjnymi, które otrzymujemy z otoczenia (czyli tym, co widzimy, słyszymy, czujemy) i formami (czyli tymi właśnie społecznie znaczącymi formami). Bodźce pojawiają się z tego, co odbieramy jako nasze otoczenie. Formy wpisane są w naszą wizję i na ogół nie zauważamy ich istnienia, bo one umożliwiają nam odbiór w ogóle. Taka wpisana forma, czyli gestalt, umożliwia zatem odbiór i wizję, ale jednocześnie powoduje – używając języka teorii systemów – splątanie naszej możliwości, uniemożliwiające widzenie czegoś innego. Zarazem pozwala nam widzieć – jak i widzenie nam uniemożliwia. Rzeczywistość jest wybitnie złożona i bez takiej selekcji odbieralibyśmy wciąż ustawiczny, bezsensowny szum.
Natomiast – co wiemy z doświadczenia i z historii – życie człowieka, społeczeństwa ani ludzkości nie polega na tym, że wszystko pozostaje takie samo. Świat się zmienia. Wszystko płynie. Systemy społeczne, czyli wielkie ponadjednostkowe, ponadgrupowe i ponadgeneracyjne, byty społeczno-ekonomiczno-polityczne także się zmieniają. Zdrowy system ma zdolność odnowy, regeneracji. Energię i inspirację do tego czerpie z różnych źródeł, częściowo wewnętrznych, czyli tego, co wynika z istniejących form. Ale częściowo – i tak jest zwłaszcza z wszelkimi naprawdę nowatorskimi pomysłami – z zewnątrz. Jakaś grupa społeczna, jakiś podsystem, zajmuje się tkwieniem na granicy między tym, co możliwe i istniejące w ramach obecnych form i tym, co nie istnieje, co niemożliwe, co jest czystymi żywymi kosmosami. Można powiedzieć, że chwyta w garść kosmosy i przerabia je na zalążki nowych form. To wymaga kolejnej dygresji.
Istnieją dwa tryby systemowej twórczości. Pierwszy to generowanie, czyli (re)produkcja, polegające na tworzeniu nowych wzorców zgodnie z istniejącym kodem, w ramach obwiązujących form (gestalt). Taka wewnątrzsystemowa kreatywność to umiejętność łączenia kodów w nowy, ciekawy sposób. Drugi tryb to emergencja, wyłanianie się rzeczy absolutnie nowych. W ten sposób pojawiają się powiązania, elementy systemu, który wcześniej nie istniał. Zgodnie z obowiązującymi formami takie elementy są niemożliwe. Nie ma na nie rynku, nie ma zapotrzebowania, nie dadzą się wycenić, ba, nie dadzą się zmierzyć i policzyć. To wszystko można próbować robić, jeśli się ma ochotę, dopiero gdy zostaną „zapakowane” w całkiem nowe formy. Twórczość poza systemem to zdolność do spotkania elementów emergencji.
Brytyjski literaturoznawca Thomas Docherty w swojej książce poświęconej systemowemu atakowi przez neoliberalny kapitalizm na uniwersytety pisze tak: „Uniwersytet można scharakteryzować jako spotkanie, które generuje czas lub które generuje otwartość na przyszłe możliwości, otwartość na różnicę i zmianę, na świat i nasze zaangażowanie z nim i w nim”. W tym pięknym stwierdzeniu chodzi właśnie o tę właściwość, o której pisałam przed chwilą – spotkanie twórcze.
Twórcze spotkanie to gotowość na oryginalność, na przyjęcie inności. Od kilkudziesięciu lat ludzie zdają się obawiać wypowiadać poglądy, które w jakiekolwiek sposób wyróżniają ich z grupy („bańki”), z którą się identyfikują. Nie wolno przekroczyć bańkowych granic w żadnym stopniu, nawet nawołując do wysłuchania drugiej strony. To grozi ostracyzmem i potężną środowiskową agresją. Dziennikarz jest obiektem nienawiści własnej bańki za wypowiadanie nietypowych dla niej poglądów. Wykładowca za to, że wykonuje swoją pracę i mówi studentom o istnieniu alternatywnych form ekonomii, dostaje publiczną reprymendę. Ludzie ze środowiska bliskiego jej ideowo cieszą się z tego, że autorka problemowych książek o tematyce społecznej wyleciała z pracy. Patrzymy na to i widzimy, w zależności od punktu siedzenia: sprawiedliwość, podłość, normalną ludzką reakcję, chamstwo. Może tak jest – oraz dużo, dużo więcej. Natomiast na poziomie mikrosystemów społecznych jest to powtarzający się wzorzec, wynikający z braku czegoś. To brak podstawowej odwagi myślenia i nie jest niczym unikalnym dla współczesnej Polski. Myślę, że to efekt globalnego tąpnięcia uniwersytetu jako instytucji, która na pierwszym miejscu powinna uczyć odwagi myślenia. Czyli umiejętności radzenia sobie z nieistniejącymi, niemożliwymi elementami, z których być może będzie się dało stworzyć nowe formy. Nie istnieje na poziomie systemu nikt, kto strukturalnie hamowałby takie społeczne energie agresji, inb, mobbingu i ostracyzmu skierowane w poszukiwaczy nowych elementów. Nikt, kto strukturalnie odróżniałby ziarno od plew i potrafiłby uspokoić nastroje, wyjaśnić, że im więcej różnych autorek społecznych książek tym wszakże lepiej, że gdyby wszyscy mówili jednym głosem, to doszłoby do skretynienia społeczeństwa, że szukanie nowych form jest cool, jest fajne. Że odwaga intelektualna jest super, a nie zdradą zasady teamplayerstwa i obrazą dla koleżanek i kolegów. Że taka odwaga to psi obowiązek dziennikarza, społecznej pisarki, naukowca. Zwłaszcza naukowca, bo na tym opiera się rola społeczna uniwersytetu.
Więc co się stało z tym uniwersytetem? W Wielkiej Brytanii i innych krajach anglosaskich od kilku dziesięcioleci obowiązuje model szkolnictwa wyższego, do którego Polska dąży. Opiera się on na zasadach biznesu, a więc na mechanizmach popytu i podaży. Uczeni mają produkować naukę (publikować w określonych pismach) i oferować usługę edukacyjną klientom-studentom. Abstrahując od tego, jaki to ma związek z nauką czy edukacją, daje się zauważyć w kontekście tego felietonu szczególnie jedna cecha – popyt występuje wyłącznie na rzeczy istniejące, określone przez dane formy (gestalt). Nie ma popytu na kosmosy. Taki uniwersytet jest konkurencyjny, rynek wymusza konkurowanie: między uczonymi, między uniwersytetami. Przede wszystkim rządzą i porządkują funkcjonowanie uczelni rankingi. Te, na które najczęściej powołujemy się w kontekście oceny polskiej akademii, to narzędzia wypracowane przez firmy konsultingowe i medialne, służące brandingowi, zarządzaniu markami na globalnym rynku studentów. Aspekty akademii nieuwzględniane w rankingach (bądź nisko punktowane) siłą rzeczy zostaną zaniedbane. Dlatego np. warunki pracy naukowców nieszczególnie obchodzą współczesne globalne uniwersytety, nie widziałam takiego rankingu w pismach innych niż związkowe. Tabele rankingowe zwłaszcza nie mierzą niczego nowego – tylko to, co było dostępne od początku i co potem można mnożyć, generować, produkować. Służą jako baza dla podejmowania decyzji konsumenckich przez studentów i decydują o losach konkurujących ze sobą uczelni. To działa, być może, jako mechanizm rynkowy regulujący działalność firm produkcyjnych. W przypadku organizacji mających inną rolę w systemie zmuszanie ich, by funkcjonowały w takim trybie – powoduje głębokie patologie. Abstrahując znów od tego, że nauka wymaga współpracy, konkurencja jest zaprzeczeniem tworzenia, bo ogranicza możliwe formy, zacieśnia je do jądra przynoszącego sukces – ogranicza różnorodność. Taka dynamika systemu prowadzi do systematycznego ignorowania różnorodności, a więc wyklucza poszukiwania nowych elementów na pograniczach systemu. Unikalna rola uniwersytetu w systemie – radykalna twórczość – jest zaniedbywana, a może i blokowana. Mamy współcześnie do czynienia z katastrofą ekologiczną, globalnym kryzysem gospodarczym, pandemią, kryzysami społecznymi i permanentna wojną. Potrzebujemy desperacko nowych form, nie reprodukcji starych. Tymczasem nic nowego na horyzoncie nie świta. Poszukujemy rozwiązań w historycznych modelach, czy to u Hayeka, czy u Keynesa. Ale to nie koniec nieszczęść. Jak wspomniałam wcześniej, system stracił zdolność uczenia się.
Dzieje się tak dlatego, że – jak mówimy wspólnie z Jakubem Brdulakiem – system utracił sterowność, ponieważ z autokorekty na zasadzie sprzężenia zwrotnego ujemnego przeszedł, w epoce neoliberalizmu, na mechanizm sprzężeń zwrotnych dodatnich. Przy sprzężeniu zwrotnym ujemnym, sygnały zwrotne używane jako korekta systemów kontroli, np. tak działa termostat. W systemie społecznym – gdy ludzie protestują przeciwko niskim płacom, po różnych perypetiach płace są podwyższane. Sprzężenie zwrotne dodatnie polega na tym, że sygnały korygujące prowadzą do wzmocnienia istniejących procesów. Wyobraźmy sobie zepsuty grzejnik – jest za gorąco, więc jakiś nieszczęsny szalony mechanizm daje więcej czadu. W systemie społecznym odpowiednikiem jest to, że gdy ludzie protestują przeciwko prekaryzacji zatrudnienia, to prekaryzuje się pracę jeszcze bardziej. To ujednolica władzę i konsoliduje system. Jednocześnie uniemożliwia regenerację, odnowę, dostosowanie do coraz bardziej złożonego otoczenia. Władza w złożonym systemie nie powinna być jednolita, tylko – przeciwnie – odzwierciedlać jego złożoność. Tak głosi systemowe prawo Ashby’ego.
Uczeni zajmujący się systemowym uczeniem się, tacy jak Gregory Bateson, Chris Argyris i Donald Schön, łączyli procesy kolektywnego uczenia się z mechanizmami sprzężenia zwrotnego. Systemowe uczenie się to ujemne sprzężenie zwrotne. Pętla pierwszego stopnia, czyli proste sprzężenie ujemne, to bieżąca korekta, umożliwiająca stabilność niczym termostat. Pętla drugiego stopnia to coś więcej niż reagowanie – owszem, także korekta, ale także poszukiwanie przyczyn, wyciąganie wniosków – to prawdziwe uczenie się. Gdy te mechanizmy nie działają, system przestaje się uczyć, traci pamięć, traci pamięć o tym, że pamięć stracił (piszemy o tym we wspólnym artykule naukowym wraz z Sylwią Ciuk), zostaje dotknięty jakby systemową amnezją. Nic dziwnego, że system jako taki nie domaga się, mając wszakże dostępne jakieś mechanizmy temu służące, rynkowe i administracyjne, by uniwersytety pełniły właściwą sobie rolę. Mechanizmy sprzężenia zwrotnego dodatniego coraz bardziej system ujednolicają, wzmacniają jego patologie (zamiast je eliminować), wywołują błędne koła, konsolidują władzę w jedno coraz węższe i coraz bardziej jednolite centrum, podczas gdy na szeroką społeczną skalę przynoszą coraz większą niemoc i brak sprawczości, odcinają marginesy, które mogły dać nadzieję na odnowę, w wybitnie złożonej rzeczywistości powodują rozpad i fragmentaryzację społeczną, usuwając więzi międzyludzkie, które kiedyś były źródłem zbiorowej sprawczości. Jako ludzkość pędzimy w niebyt.
„Poza niemocą i władzą, poza fragmentacją społeczeństwa na miriady sprzecznych elementów, poza niepewnym frakcjonowaniem pracy, wiedza jest tym wymiarem społecznym, w którym zły sen o kapitalizmie może zostać w końcu rozwiany: nie po prostu odwrócony, mam na myśli całkowicie porzucony jako pusta przestrzeń, zapomniana jak koszmar senny” – pisze Franco Bifo Berardi w swojej książce „Futurability”. I dodaje: następna bitwa będzie dotyczyła autonomii wiedzy, jej wolności od hegemonii istniejących form gestalt, wtłaczających wszystko z coraz większą brutalnością i mocą w ekonomiczne prokrustowe łoża. Nie jest to problem filozoficzny. To kwestia społeczna, oparta na sprawczości aktorów społecznych, pracowników zajmujących się jakąkolwiek produkcją czy tworzeniem znaczeń, wiedzy, wyobrażeń, usług. Robotnicy wiedzy, oderwani od środków produkcji, odarci z możliwości tworzenia, skazani nawet nie na kreatywne przelewanie z pustego w próżne, ale w reprodukowanie rzeczy, w które wierzyć coraz bardziej nie sposób. Kto wie, może to pora na nasz bunt, pięknoduchów i wiecznych gdybaczy? Tylko skąd weźmiemy doń nowe inspirujące treści? W ramach form-klatek (chów klatkowy twórców), w jakich żyjemy, nie ma miejsca na nie; nie ma miejsca na bunt. Czy jesteśmy skazani na uduszenie się w jałowych formach wielkiego systemu społecznego z zaawansowaną demencją?
Na szczęście nie tylko uniwersytet zajmuje się przechwytywaniem kosmosów, niemożliwych elementów, z których być może będzie można stworzyć nowe formy. Innym społecznym podsystemem zajmującym się tym, jest sztuka – to sfera działalności ludzkiej umiejąca sobie radzić ze złożonością. Nasz zjadowaciały demencją system wprawdzie nie kocha artystów i stara się na wszelkie sposoby utrudnić i obrzydzić im życie, ale jednak nie jest to do końca skuteczne. Hubysław może i nie mówi nic swoim studentom o tym, jak to drzewiej bywało, ale nie przyłącza się do ostracyzowania Hodysława, bo po co? Wtedy się nie włączał w takie rzeczy, więc teraz tym bardziej nie musi. Uśmiecha się krzywo pod nosem i zabiera studentów na różne wystawy sztuki mające niewiele wspólnego z „efektami kształcenia”, pokazuje im awangardowe dzieła na zoomie i zadaje do domu układanie playlisty o tekstach, które przeczytali. Nie wiem jak Państwo, ale ja bym tak prędko nie spisywała nas wszystkich na straty.
prof. Monika Kostera
przez Sofia Cherici | poniedziałek 1 marca 2021 | opinie
Sektor turystyczny zatrudnia w Unii Europejskiej pięciokrotnie więcej osób niż motoryzacyjny. W sporej części południa Europy był jedynym, który przez długie lata stagnacji cieszył się wzrostem. Dla miast takich jak Rzym czy Wenecja, skutkami ubocznymi tego rozwoju były gentryfikacja, zanieczyszczenie środowiska czy upadek tradycyjnego rzemiosła. Pandemia przyczynia się do dodatkowych problemów. Metropolie stoją dziś przed unikalną szansą wypracowania bardziej sensownego podejścia do turystyki – wciąż jednak pozostają pod poważną presją ekonomiczną.
Nowy Jork, Mediolan, Tokio, Barcelona czy Paryż. Globalne ośrodki miejskie były pierwszymi miejscami, które doświadczyły skutków pandemii – począwszy od gwałtownego wzrostu zachorowań. Współczesne centra miast okazały się idealnymi przestrzeniami rozwoju wirusa z powodu dużego zagęszczenia ludności, chronicznego zanieczyszczenia powietrza i dużych przepływów ludzi.
COVID-19 w gwałtowny sposób zmienił opowieść o wielkich metropoliach. Widziane do tej pory jako kluczowe elementy współczesnego społeczeństwa, zaczęły jawić się jako przeludnione, zanieczyszczone, betonowe pustynie. Kiedy czar prysł, okazało się, że zaczęły się wyludniać.
Przepływy migracyjne między wsią a miastem uległy odwróceniu, w wielu zakątkach świata prowadząc wręcz do eksodusu z obszarów miejskich. Podróże turystyczne do najbardziej atrakcyjnych miejsc globu zostały gwałtownie wstrzymane. Tak krajowi, jaki i międzynarodowi turyści – po części z powodu nowych, narodowych i europejskich reguł przemieszczania się, po części zaś z powodu ryzyka infekcji – porzucili kierunki najpopularniejsze do tej pory.
Dane z miast takich jak Barcelona, Praga, Amsterdam czy Rzym prezentują niepokojący stan pogrążonego w kryzysie sektora turystycznego, którego kiepska kondycja zagraża stabilności kluczowych europejskich gospodarek miejskich. Według danych włoskiego urzędu statystycznego ISTAT kraj ten (jeden z kluczowych kierunków podróży na świecie) stracił w 2020 roku 81 milionów gości. Ilość osób odwiedzających miasta takie jak Florencja, Rzym czy Wenecja, spadła w marcu tamtego roku niemal do zera. Biorąc pod uwagę wkład miast w globalne PKB, potencjalne efekty gospodarcze tego stanu rzeczy wyglądają katastrofalnie.
Dotknięte skutkami pandemii, wyludnione z powodu trwającej latami polityki, stawiającej na masową turystykę, teraz zaś zagrożone bezprecedensowym kryzysem sektora, miasta zmuszone są do przemyślenia swej relacji z branżą, która do tej pory stała w samym centrum ich planowania.
Pożarte przez turystykę
W roku 1851 brytyjski przedsiębiorca Thomas Cook, założyciel biura podróży Thomas Cook and Son, zaaranżował przejazd 150 tysięcy osób na Wielką Wystawę odbywającą się w Londynie. Był to największy we współczesnej historii pakiet podróżny. W epoce, kiedy rosły dochody rozporządzalne oraz sieć transportu zbiorowego, model wielkiej wycieczki, zaproponowany przez Thomasa Cooka, szybko się upowszechnił, co skłoniło go do jego powielenia również w innych krajach. Tak właśnie wyglądają początki fenomenu, który dziś określamy mianem turystyki masowej. Wiele też w międzyczasie zmieniło się – turystyczny gigant Thomas Cook we wrześniu 2019 roku zbankrutował, a wizerunek zainspirowanego jego dotychczasowymi sukcesami modelu podróżowania zmienił się z symbolu dwudziestowiecznego dobrobytu w przykład kapitalistycznej branży słynącej z wyzysku.
W raporcie z roku 2016, poświęconym rosnącym wskaźnikom turystów udających się na Islandię, internetowy magazyn Skift określił mroczną stronę demokratyzacji podróżowania mianem „przeturystowania” (ang. overtourism). Skoro możemy przemieszczać się obecnie po świecie coraz szybciej, bardziej komfortowo i taniej niż kiedykolwiek, turystyka przestaje być luksusem. Czy najważniejsze ośrodki turystyczne są jednak gotowe na przyjmowanie coraz większej ilości gości? Co z potencjalnym wpływem tego zjawiska na lokalne gospodarki i ekosystemy tych miejsc?
Sektor turystyczny w znaczący sposób zmienił strukturę i dynamikę społeczno-gospodarczą europejskich miast. Dość wspomnieć o ekosystemie biznesowym, składającym się z bazy noclegowej i gastronomicznej, rozrywki, transportu i zakupów turystycznych. Tak we Włoszech, jak i w całej Europie, coroczne fale odwiedzających przekształciły śródmieścia, przyczyniając się do utowarowienia lokalnego dziedzictwa.
Masowa turystyka często wiąże się dla miast z przepełnionymi ulicami, zwiększoną konsumpcją oraz problemami administracyjnymi. Skutkuje ciągłym obciążeniem dla ograniczonych zasobów, infrastruktury i usług – od zbiórki odpadów po zużycie wody i energii. Skupienie turystów w najbardziej znanych, charakterystycznych częściach miasta dodatkowo pogłębia te problemy.
Paola Minoia, geografka na uniwersytetach w Turynie i w Helsinkach, tłumaczy, w jaki sposób dzisiejsza Wenecja jest efektem deregulacji z przełomu XX i XXI wieku, kiedy to gwałtowne zmiany w polityce samorządowej zniosły ograniczenia handlowe oraz limit 11 tysięcy miejsc noclegowych. Przyczyniła się również do rozpowszechnienia baz noclegowych oraz firm nastawionych bardziej na turystów niż mieszkańców.
Wystarczyło kilka lat, by Wenecja stała się miastem „sklepów z upominkami, takimi jak maski karnawałowe niewiadomego pochodzenia”, w którym niegdysiejsze mieszkania zastąpiły hotele i apartamenty na wynajem. Pojawienie się statków wycieczkowych pogorszyło wpływ turystyki na lokalne środowisko. „Te statki to symbol niezrównoważonej turystyki w Wenecji”, mówi Minoia. „Generowane przez duże motorówki i statki wycieczkowe fale przyczyniają się do erozji brzegu, co z kolei oznacza utratę ziemi oraz destabilizację fundamentów mostów i budynków, którym zaczyna zagrażać zawalenie. Sytuacja ta przyczynia się do zachwiania równowagi w ekosystemie laguny poprzez podmywanie brzegu i wprowadzanie gatunków inwazyjnych”.
Komercjalizacja przestrzeni miejskiej w Rzymie, pobudzająca rozwój niskiej jakości turystyki, sabotuje działania na rzecz rewitalizacji, wprowadzając do niej motyw zysku. W efekcie miasto zmaga się z dużymi problemami przestrzennymi, a „zrewitalizowane” budynki odrywają się od lokalnej tkanki społecznej. W roku 2017 ujawniono, iż budynek „Ex Dogana” – niegdysiejsze centrum wydarzeń kulturalnych i koncertów w różnorodnym studenckim rewirze San Lorenzo – stanie się hotelem, należącym do holenderskiej firmy The Student Hotel. Zamiast oddawać tego typu przestrzenie zamieszkującym daną okolicę, spora część miasta zmienia się w obszary oferujące dostosowane do potrzeb turystów noclegi, sklepy czy ofertę kulturalną.
Masowa turystyka przekształca przestrzeń, strukturę demograficzną i rynki pracy w centrach miast na swój obraz i podobieństwo. Zaczyna się od historycznych starówek. Rosnący popyt turystyczny opróżnia je z dotychczasowych mieszkańców, wypychanych z coraz bardziej nieprzystępnego rynku mieszkaniowego. W ich miejsce pojawiają się luksusowe apartamenty, kuszące spreparowanym doświadczeniem lokalności za wysoką cenę. Trend ten, znany jako „efekt Airbnb”, unaocznia zagrożenia związane ze spekulacją i nieuregulowanym rynkiem mieszkaniowym.
W Wenecji, Rzymie czy Florencji lokalna kultura staje się towarem dla turystów, służącym tworzeniu sztucznego wrażenia obcowania z lokalnym kolorytem. Podmywa to fundamenty miejskiego życia. Słynny rzymski rewir Trastevere stracił swoją tożsamość i lokalną społeczność w wyniku wzrostu cen czynszów oraz zamknięcia warsztatów rzemieślniczych i innych lokalnych biznesów.
Oddech dla miast – katastrofa dla ich gospodarek
Pobłogosławione bogatym dziedzictwem historycznym i artystycznym Włochy przez lata stawiały na zapchanie turystami swych ulic i muzeów. Turystyka, uznawana za bezpieczny kierunek rozwoju nawet w momentach kryzysów, w wyniku braku rozsądnej polityki dywersyfikacji gospodarki naraziła krajową gospodarkę na kłopoty. Obietnica sowitego zwrotu z inwestycji skłoniła do obrania podobnego kursu szereg miast i regionów. Choć na krótką metę był on dochodowy, to na dłuższą przyniósł sporo szkód społeczno-ekonomicznych.
W świetle spadku o 60% ilości zagranicznych gości w roku 2020 najważniejsze włoskie „miasta sztuki” przeżywają wstrząsy gospodarcze i społeczne. Miejskie gospodarki powielają – w lokalnej skali – to samo uzależnienie od turystyki, które oddziałuje na sytuację ekonomiczną całego kraju. Gdy pandemia sprawiła, że najczęściej odwiedzane miejscowości Włoch opustoszały, ich kondycja ekonomiczna zaczęła drastycznie się pogarszać.
Choć imperium Airbnb zdaje się odżywać po pierwszym pandemicznym szoku, to już sam sektor turystyki miejskiej, który wokół niego się kręcił, wciąż ma problemy ze stanięciem na nogi. W trakcie pandemii wszystkie, opanowane przez tego behemota historyczne centra miast świeciły pustkami. Nawet wtedy, gdy kwarantanna w dużej mierze została zniesiona, nie widać w nich wielu znaków życia. Nie brak za to informacji o zamkniętych czy wystawionych na sprzedaż lokalach.
Choć jednak lokalne gospodarki otrzymały potężny cios, to brak turystów przyniósł z kolei ulgę w kwestiach społecznych i ekologicznych. Zdaniem Minoii ilość statków wycieczkowych zawijających do Wenecji sięgnęła szczytu w roku 2019. W trakcie pandemii przestały one zajmować przestrzeń Canal Grande, co umożliwiło spektakularną odbudowę ekosystemu laguny. Gwałtowne zmniejszenie poziomów użytkowania takich środków transportu turystów, jak taksówki wodne czy łodzie, przyczyniło się do poprawy jakości wody, co pozwoliło na własne oczy cieszyć się bogactwem lokalnego ekosystemu wodnego.
Wenecja nie jest tu jedynym przykładem. Poprawę jakości powietrza i wody, związaną ze zmniejszeniem poziomów zanieczyszczeń generowanych przez turystykę, odnotowano w miastach w różnych zakątkach Włoch. Sam Rzym odwiedzony został przez 30 milion osób mniej, co dzięki spadkowi poziomu wygenerowanych ścieków przyniosło ulgę ekosystemom wodnym w otaczającym metropolię regionie Lazio.
Nowe oblicze turystyki miejskiej
Choć wciąż trudno powiedzieć, jak w praktyce wyglądać będą centra największych miast Europy po pandemii – jest jednak pewne, że na ich kształt wpłyną decyzje polityczne, które zostaną podjęte w najbliższych latach. Kluczowym problemem w przemyśleniu na nowo dzielnic śródmiejskich jest fakt, iż stały się one pustymi skorupami.
Głęboki kryzys ekonomiczny oznacza ryzyko, iż Włochy będzie kusić stawianie na krótkowzroczne posunięcia polityczne, które będą podtrzymywać kluczową rolę szkodliwego modelu turystyki w swojej gospodarce. Kryzys egzystencjalny, z jakim mierzą się centra europejskich miast, daje jednak szansę na zaproponowanie nowego, bardziej równościowego i zrównoważonego wzorca turystyki miejskiej.
Czy masową turystykę w ogóle da się pogodzić ze sprawiedliwością społeczną i zrównoważonym rozwojem? W cyklu wywiadów dziennika „The Guardian” burmistrzowie jednych z najczęściej odwiedzanych miast Europy twierdzą, że tak. Zdaniem Xaviera Marcé, barcelońskiego radnego odpowiedzialnego za turystykę, problem tkwi nie w ilości gości, lecz w ich dystrybucji. Ich bardziej równomierne rozłożenie po mieście i porach roku ułatwiłoby radzenie sobie z problemami związanymi z turystyką.
Choć wpływanie na to, dokąd ludzie chcą jechać, nie jest czymś prostym, to rozproszenie kierunków turystycznych mogłoby pomóc rzadziej uczęszczanym terenom w czerpaniu korzyści, które może przynosić ten sektor. Jak jednak wskazuje poświęcony trendom w turystyce raport OECD z roku 2020, bez odpowiednich posunięć politycznych takie działania mogą skończyć się przenoszeniem tych samych problemów w inne miejsca.
Jeszcze przed pandemią ważne europejskie ośrodki turystyczne, takie jak Amsterdam, Barcelona czy Paryż zaprezentowały strategie na rzecz bardziej zrównoważonego charakteru lokalnej turystyki. Miasta te przygotowały plany mające na celu zmierzenie się z problemem gentryfikacji, zanieczyszczeń czy przeludnienia za pomocą regulowania rynku mieszkaniowego oraz ograniczenia ekscesów w sektorze turystycznym i noclegowym.
Najbardziej palącym pytaniem dla wielu miast pozostaje to, w jaki sposób można ponownie zaludnić historyczne centra i umożliwić w nich zgodne współżycie mieszkańców i turystów. Według Minoii miasta muszą zapobiec sytuacji, w której zostaną zdominowane przez turystykę – nawet jeśli oznaczać to będzie wprowadzenie limitów odwiedzin. „Obecny czas przyniósł wytchnienie ludziom i środowisku. Model turystyki miejskiej, który przed nim dominował, oznaczał zawłaszczenie przestrzeni miast – trudno go nawet nazwać turystyką. Musimy dziś bronić miejskiego życia”. Okres pandemii przyniósł nadzieję, że niewynajmowane apartamenty i pustostany w Wenecji zostaną poddane redystrybucji i trafią do osób studiujących, przedsiębiorstw społecznych czy na potrzeby zapewnienia mieszkańcom przystępnego cenowo dachu nad głową.
Bez odpowiednich zachęt i regulacji ze strony rządów, a także planów na odbudowę tkanki miejskiej dzielnic śródmiejskich serca miast pozostaną na łasce masowej turystyki albo – co gorsza – wciąż będą opustoszałe. „Nie wystarczy znaleźć mieszkania i oddać je w ręce ludzi. Musimy sprawić, by miasta znów nadawały się do życia. Oznacza to odbudowę lokalnych sklepów spożywczych, warsztatów rzemieślniczych czy obiektów kulturalnych” – mówi Minoia.
„Historia Wenecji jest mocno powiązana z typem rzemiosła, które właśnie ulega zanikowi. Sytuacja, która panuje od czasu pandemii, może być okazją dla przywrócenia tych tradycji i równocześnie do wypromowania nowych przedsięwzięć generujących zatrudnienie. Wśród młodych ludzi widać zainteresowanie wskrzeszeniem tych rzemiosł, tchnięciem w nie nowego życia”. Odbudowa tkanki społecznej zapobiegnie nawrotowi turystycznej monokultury i promować będzie większe zróżnicowanie, dzięki któremu kryzysy, taki jak ten wygenerowany przez pandemię koronawirusa, odejdą do przeszłości.
Możliwość urzeczywistnienia wizji zrównoważonej turystyki pozostaje dziś jednak na łasce polityków. Podczas gdy miasta pustoszały, debata publiczna we Włoszech skupiała się na nawoływaniu do jak najszybszego sprowadzenia turystów z powrotem. Jako priorytet uznano stymulowanie turystyki krajowej oraz zapewnienie bezpieczeństwa i atrakcyjności centrom miast. We wrześniu roku 2020 włoski minister ds. turystyki i kultury, Dario Franceschini, ogłosił, iż część środków z unijnego Funduszu Odbudowy skierowanych zostanie na „odbudowę turystyki masowej”. Pokazuje to, że wąsko rozumiane, krótkofalowe potrzeby ekonomiczne po raz kolejny kierują polityką publiczną.
„W Wenecji nigdy w oficjalny sposób nie przyglądano się zanieczyszczeniom wody”, mówi Minoia. „Powodem tego stanu rzeczy jest wybór polityczny, będący pochodną gry interesów”. Wobec braku chęci zmian ze strony poziomu centralnego organizacje pozarządowe i ruchy lokalne tworzą bastiony oporu, niezbędne do przesunięcia debaty na temat turystyki miejskiej. „Konflikt interesów stał się jasny, gdy władze miasta zdecydowały się na wydanie zgody na zmiany w planach zagospodarowania przestrzennego, umożliwiające zmianę funkcji budynków z mieszkalnej na turystyczną. Pokazało to, że nie są one zainteresowane troską o zachowanie tkanki miejskiej. Ruchy społeczne, takie jak No Grandi Navi (protestujący przeciwko statkom wycieczkowym) są jedyną wiarygodną opozycją”.
Choć decyzje polityczne mają kluczowy wpływ na przyszłość turystyki to swoją rolę do odegrania mają tu również konsumenci, start-upy czy sektor biznesowy. W tym kruchym momencie, kiedy próbujemy nakreślić wizję przyjaznej dla ludzi i środowiska turystyki miejskiej wyzwaniem staje się uniknięcie wpadnięcia w pułapkę greenwashingu. Jeszcze przed pandemią wiele inicjatyw, realizowanych pod hasłem zrównoważonej turystyki okazało się etycznie wątpliwymi lub trudnymi do wdrożenia. Był nawet czas, gdy to Airbnb uważało siebie za zieloną alternatywę dla tradycyjnego sektora turystycznego. Dziś, próbując wykorzystywać rosnącą świadomość wygenerowaną przez działania współczesnego ruchu ekologicznego, niektóre firmy poprawiają sobie samopoczucie twierdząc, że wspierają ochronę środowiska czy ekonomię społeczną, jednocześnie zalewając rynek niedopracowanymi rozwiązaniami, wprowadzającymi zamęt w głowach konsumentów.
W mgławicy rozwiązań w duchu zielonej konsumpcji daje się jednak znaleźć również innowacyjne rozwiązania z zakresu turystyki miejskiej. W kontrze do modelu Airbnb pojawiła się bardziej lokalna, społecznościowa inicjatywa Fairbnb. Model spółdzielczy sugeruje, iż nie wszystkie aspekty przedpandemicznej turystyki powinny być wyrzucone do kosza. Oddając połowę zysków na potrzeby lokalnych projektów platforma ta stawia sobie za cele dzielenie się korzyściami z turystyki w szerszy i bardziej uczciwy sposób. Choć nie stanowi rozwiązania wszystkich problemów, to zastosowany przez nią model pokazuje, jak mogłaby wyglądać wiarygodna alternatywa, jeśli zostanie wsparta przez odpowiednie posunięcia polityczne.
Zjawiska takie jak korporacyjna ekościema, wyludnianie się historycznych centrów miast czy utowarowienie kultury i przestrzeni publicznej – to tylko niektóre z cech charakterystycznych globalnego modelu turystyki, który rozpada się na naszych oczach. We wzorcu produkcji stawiającym na komodyfikację, hiperkonsumpcjonizm i spekulację, kwestie takie jak ochrona lokalnego ekosystemu społecznego i środowiskowego, odstawiane są na boczny tor.
Obecny czas – choć towarzyszą mu obawy o powrót miejskich „mrocznych wieków” – daje szansę na zmianę reguł dyskusji wokół zrównoważonego (społecznie i ekologicznie) planowania urbanistycznego. Centra miast, wraz z nastaniem ery postpandemicznej, wejdą w okres transformacji, która będzie szansą na przemyślenie relacji między mieszkańcami, turystami i środowiskiem.
Sofia Cherici
Tłumaczenie: Bartłomiej Kozek
Powyższy artykuł pierwotnie ukazał się na łamach magazynu „Green European Journal”. Dziękujemy redakcji za zgodę na przedruk.
przez Przemysław Ciupka | wtorek 23 lutego 2021 | opinie
Globalne ocieplenie, topnienie lodowców, podnoszenie poziomu oceanów i postępujące ich zakwaszenie. Każde z tych pojęć odnosi się do katastrofalnych procesów, a przy okazji żadne nie wzbudza większych emocji. Islandczyk Andri Snær Magnason pisząc „O czasie i wodzie” starał się odczarować ten akademicki język. Do opowieści wplótł historię rodzinną, mity od nordyckich po hinduskie, pradawną poezję i twarde dane. W efekcie otrzymujemy bardzo dobrą literaturę. Która nic nie zmieni. Przekonywanie przekonanych, choć w świetnym stylu.
Czy sto lat to dużo? Dla dzieci, które właśnie przychodzą na świat życie w XXII wieku to realna perspektywa. Te same dzieci mają jeszcze szansę poznać pradziadków, którzy na własnych skórach doświadczyli największego horroru XX stulecia – II wojny światowej – a potem zakasali rękawy, by odbudować świat. Napędzana ropą i powojennym skokiem technologicznym planeta szybko stała się globalną wioską z coraz to szybciej wzrastającą liczbą mieszkańców. Od narodzin naszych dziadków – w czasie zaledwie jednego pokolenia – na Ziemi przybyło 5 miliardów ludzi. Wszystko dzięki uwolnieniu skrytych pod ziemią pokładów energii. Ropa, węgiel, gaz ziemny – te surowce dały ludzkości bezprecedensową możliwość rozwoju. Eksploatacja paliw kopalnych przyniosła też jednak efekt uboczny, dziś oczywisty, sto lat temu abstrakcyjny – emisję dwutlenku węgla. Ten gaz w atmosferze stanowi blokadę dla ciepła, które nie może ulecieć w próżnię; w morzach prowadzi do zakwaszenia, co może brzmi niegroźnie, ale skutkuje obumarciem życia w wielkiej wodzie. A to morskie ukwiały produkują 60 proc. tlenu, którym oddychamy.

W historii Ziemi odnotowaliśmy pięć wielkich wymierań gatunków, stoimy u progu szóstego. „W zamian za każdy znikający gatunek pojawia się owacyjnie przez nas witany nowy znak towarowy. Tiger. Apple. Amazon. Czekamy w kolejkach, nocujemy w namiotach przed sklepami, kiedy na rynek ma wejść nowy rodzaj butów Nike” – konkluduje Magnason. Nie pozostawia też wątpliwości co do tego, kto ponosi większą odpowiedzialność, a na kogo spadną koszty. Autor przywołuje raport Oxfam z 2015 r., według którego 10 proc. mieszkańców Ziemi odpowiada za 50 proc. emisji CO2. Te dane jasno wskazują, że o ile przeludnienie może stanowić poważny problem, to największym jest ciągle konsumpcyjne rozpasanie pierwszego świata. Człowiek należący do jednego procenta najbogatszych odpowiada za emisję równą 175 osób należących do najbiedniejszych warstw społecznych. „Skutki zmian klimatycznych skupiają się jednak w największej mierze na najuboższych, których nie stać, aby się bronić, którzy nie mają możliwości zmienić miejsca zamieszkania” – zauważa Islandczyk.
Naukowcy kładą na stół twarde dane płynące z wieloletnich badań, alarmują o skutkach szybszych niż kiedykolwiek zmian klimatycznych. Niektórzy, jak prof. Szymon Malinowski, mówią wprost: można panikować. Paniki jednak nie widać. Dlaczego? Może problem wciąż jest dość abstrakcyjny? Może klimatolodzy i aktywiści używają słów, które ładunku emocjonalnego nabiorą dopiero za 10, 20 lub 50 lat? W XIX wieku rodacy Magnasona, co wtrąca do opowieści pisarz, nie znali pojęcia wolności i niepodległości. Zignorowali więc rewolucjonistę, który obiecywał im wydobycie się spod duńskiego buta. Do opisywania i zrozumienia świata potrzebujemy odpowiedniego języka. Nie walczysz o suwerenność, jeśli nie znasz i nie rozumiesz koncepcji wolności. Nie walczysz z globalnym przegrzaniem, jeśli „katastrofa klimatyczna” pozostaje jedynie zbitką słów nie budzących całej serii skojarzeń i emocji. Z takiego założenia wychodzi Magnason – filolog, poeta, pisarz, aktywistą proekologiczny, były kandydat na prezydenta Islandii – i podąża tym tropem. Sam przyznaje, że przez dekadę głowił się nad tym, jak mówić o ociepleniu klimatu i jego antropogenicznych przyczynach.
Ostatecznie posłużył się esejem, reportażem, historiami najbliższych mu osób, poezją i mitologią. Poznajemy losy jego dziadków, pionierów wypraw badawczych na islandzkie lodowce. Czytamy o drugim dziadku, który zakotwiczył w Ameryce, a jego życiorys nadaje się na osobną książkę. O wuju, który ocalił zagrożony wyginięciem gatunek krokodyla. Wplatanie portretów krewnych pozwala oswoić naukową terminologię. To problem dziadka i wnuczki, to nasza przeszłość i przyszłość naszych dzieci. Pomaga też odpowiedzieć na pytanie postawione na samym początku: czy sto lat to dużo? Zarówno w czasach Chrystusa, jak i 1500 lat później perspektywa upływu wieku nie zwiastowała niczego nadzwyczajnego. Czy jednak dziś jesteśmy sobie w stanie wyobrazić sobie rok 2121? Dziadkowie autora, prawie stulatkowie, twierdzą zgodnie, że największe zmiany w ich życiu obserwują w ostatniej dekadzie. Wskazówki zegara przyspieszyły i nie chcą zwolnić, bo mają więcej energii niż kiedykolwiek. Ta energia ma jednak swoją cenę, bardzo wysoką. Co się stanie, kiedy temperatura na ziemi wzrośnie o 1,5, a co jeśli wzrost przekroczy 2 stopnie Celsjusza? Jak topnienie lodowców zaburzy globalny ekosystem i co mają z tym wspólnego święta krowa czy prawa kobiet? Jak mity nordyckie splatają się z tymi z Dalekiego Wschodu i jakie wnioski mogą wyciągnąć z tego współcześni? Odpowiedzi na te pytania czekają w książce.
Jak przeprowadzić sprawiedliwą transformację energetyczną? Jak zmusić bogatsze państwa do wzięcia na siebie większych kosztów? W jaki sposób skłonić wielki biznes do rzeczywistych zmian, a nie zadowalać się bezczelnym greenwashingiem (pijarowymi zabiegami, które mają pokazać, jacy to jesteśmy eko)? Jak odwrócić logikę globalnej eksploatacji i ciągłego wzrostu? Tego z eseju Islandczyka się nie dowiemy. Czy Magnason odczarował katastroficzny język opowieści o globalnym przegrzaniu? Nie sądzę, choć podjął piękną próbę. Jednak próbę z góry kierowaną do wąskiego grona czytelników. Dlatego ostatecznie trzystustronicowy esej nie ma żadnego znaczenia. Poza literackim, czyta się to świetnie.
Przemysław Ciupka
Andri Snær Magnason, O czasie i wodzie, Wydawnictwo Karakter, Kraków 2020.
Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Remigiusz Okraska
przez redakcja | niedziela 21 lutego 2021 | klasyka, opinie
Znacie tego owada z okrągłym brzuchem i lepkim kosmatym ciałem, co po ciemnych kątach jak najdalej od światła dziennego rozciąga swe mordercze sieci, w których śmierć znajdują biedne, nieopatrzne lub lekkomyślne muchy. Ten wstrętny potwór o okrągłych szklistych oczach, o długich wygiętych nogach, które tak doskonale służą do chwytania i duszenia ofiary, ten potwór – to pająk.
Patrzcie, jak martwo i nieruchomo siedzi w swym kącie, czyhając na zdobycz, która ma dostać się w zakres jego władzy, albo z jaką piekielną zręcznością snuje tę zabójczą tkaninę, która ma chwycić słabą muchę i spętać ją bez litości! Wstrętne zwierzę poświęca dużo, nieraz bardzo dużo czasu na to, by wydoskonalić swe sieci podług wszelkich prawideł sztuki, aby zdobycz w żaden sposób nie umknęła. Oto przeciąga naprzód jedną nitkę, potem drugą, trzecią – coraz więcej. Przerzuca nitki poprzeczne, związuje je nowymi poprzecznymi, ażeby usiłowania ofiary, nawet w najwyższym śmiertelnym strachu czynione, nie mogły rozerwać sieci, tylko ją jeszcze bardziej zacieśniły.
Nareszcie pajęczyna jest gotowa, pułapka zastawiona. umknięcie – prawie niemożliwe. Pająk wraca do swojej nory i czeka, dopóki bujająca w powietrzu mucha, pędzona głodem, nie nadleci, szukając pożywienia.
Nie potrzebuje długo czekać: mucha nadlatuje wkrótce. Wypatrując pożywienia naprawo i na lewo, biedaczka zahacza się raptem o rozciągnięte przed nią sieci i zaplątuje się w nich, przerażona usiłuje wyrwać się i – ginie na wieki.
Zaledwie pająk spostrzeże, że ofiara jest złapana, porzuca swą norę, z krwi żądnym spojrzeniem i wyciągniętymi pazurami, zbliża się z wolna do swej zdobyczy – spieszyć nie ma potrzeby, nędzne zwierzę wie bardzo dobrze, że nieszczęsny owad, który się raz złapał – nie może ujść jego mocy. Coraz bliżej podchodzi, mierzy swą ofiarę zielonkawymi wytrzeszczonymi oczyma i pozbawia ją przytomności. Mucha drży na całym ciele ze strachu, widząc grożące niebezpieczeństwo, chce wyplątać się z więżących ją sieci, chce uciekać i wyczerpuje siły w rozpaczliwym szamotaniu.
Ale próżne wysiłki, daremny trud! Tkanina zaplątuje się coraz bardziej i pająk podchodzi coraz bliżej. Za każdym poruszeniem muchy, pragnącej wyrwać się z pajęczyny, w której drobne i zręczne oka się złapała, coraz więcej nici ją obejmuje, coraz nowe sieci ją oplątują. Nareszcie bezsilna i wyczerpana, niezdolna już do oporu, wpada w ręce swego wroga i zwycięzcy, obrzydliwego pająka!
I oto wstrętny potwór wyciąga kosmate łapy, chwyta ją w śmiertelny uścisk. Po tym zaczyna ssać drżące ciało swej słabej zdobyczy – chłepce krew raz, drugi, trzeci –– zależnie od apetytu i chęci. Zaspokoiwszy na chwilę swe pragnienie krwi, zostawia ją, nie zabijając całkowicie. Potem wraca i ssie na nowo, odchodzi i powraca, aż dopóki nieszczęsnej muchy całkiem nie wyniszczy, póki jej nie pozbawi krwi i soków żywotnych. I długa chwila mija, nieraz bardzo długa, zanim śmierć zakończy te męczarnie.
Dopóki jednak pożądliwa pijawka znajduje jeszcze w ciele lub trupie ofiary najmniejszą cząstkę siły żywotnej do wyssania, nie traci swej zdobyczy z oka. Wchłania w siebie jej życie, wysysa jej siły, chłepcze jej krew i porzuca dopiero wtedy, kiedy nic zgoła już w niej nie ma.
Wtedy biedna mucha, martwa, wyssana, lżejsza od źdźbła słomy, wypada z pajęczyny. Pierwszy powiew wiatru unosi ją z sobą i – wszystko skończone.
Pająk zaś, syty, zadowolony, powraca do nory, kontent z siebie i z całego świata, i dochodzi do przekonania, że porządnym ludziom jednak wcale nieźle dzieje się na tym świecie.
Muchy, które wysysają i zabijają, muchy, które niszczą i których krwią się karmią – to wy, proletariusze po miastach i po wsiach! To wy, uciskane ludy, wy, robotnicy ducha, wy, robotnicy fabryczni i rzemieślnicy, wy, drżące młode dziewczęta i słabe, gnębione kobiety, wszyscy, którzy nie śmiecie żądać swych praw, słowem, wy wszyscy, biedni, wyzyskiwani, których odrzucają precz, kiedy już z waszych żył nic nie można wyssać; to wy, którzy stanowicie całą produkcję, serce, rozum, żywotne siły kraju, i którym jedno tylko prawo przyznają – pokornie i cicho w jakimś kącie nędzny zakończyć żywot, uzbroiwszy w potęgę i upasłszy własną krwią, potem, trudem, myślą, życiem – swoich panów i ciemięzców: obrzydliwe pająki.
Pająki – to panowie, bogaci finansiści, wyzyskiwacze, spekulanci, kapitaliści, uwodziciele, wyższe duchowieństwo, pasożyty wszelkiego rodzaju, twórcy niesprawiedliwych praw, które nas duszą, tyrani, którzy nas ciemiężą. Pająki to ci wszyscy, którzy żyją naszym kosztem, kosztem ludu, którzy nas depczą nogami, którzy szyderczo urągają z naszej nędzy i z naszych daremnych trudów.
Mucha – to biedny robotnik, który się musi poddać wszystkim krwawym przepisom swego pracodawcy, dlatego, że nieszczęsny pozbawiony jest wszelkich środków do życia i musi dla siebie i swoich zdobywać pożywienie. Pająk – to wielki fabrykant, który co dzień zarabia na każdym swoim robotniku 2-3 ruble i raczy płacić mu łaskawie za 10-11-godzinną pracę 1-1,5 rubla dziennie.
Mucha – to górnik, co poświęca swe życie w dusznej kopalni, ażeby wyrwać ziemi skarby, które nie są dla niego przeznaczone; pająk to pan akcjonariusz, którego akcje podnoszą się podwójnie i potrójnie w cenie, i który jednak nigdy nie jest zadowolony i chce zagarniać coraz wyższe dywidendy, który okrada robotników z ich pracy, a kiedy się ważą żądać choćby najmniejszego podwyższenia płacy, woła policję i wojsko na pomoc, aby zmiażdżyło „buntowników”.
Mucha – to dziecię, które już w najmłodszym wieku musi ciężko pracować w fabryce, w warsztacie w rodzicielskim domu, bo praca rodziców nie wystarcza na wyżywienie. Pająk – to nie biedni rodzice, którym nędza każe poświęcać swe dzieci, lecz dzisiejszy przeklęty ustrój społeczny, który z żelazną siłą zmusza ich do gwałcenia naturalnych uczuć, do niszczenia własnej rodziny.
Mucha – to prawe dziewczę ludu, a pająk to nędznik pryncypał lub fabrykant, majster lub dyrektor, którzy czyhają na młode robotnice, korzystając ze swej władzy. Pająk to młody nadęty wietrznik, próżniaczy szlifibruk z „dobrej” rodziny, który ze śmiechem uwodzi młode dziewczęta i wciąga je w błoto, który w tym widzi punkt honoru, aby jak najwięcej kobiet zbezcześcić.
Mucha – to ty, pracowity rolniku, który użyźniasz ziemię dla bogatego dziedzica, siejesz zboże, którego nie zbierzesz, hodujesz owoce, które nie będą twoim pożywieniem. Pająki – to wielcy właściciele ziemscy, którzy zmuszają swych biednych chłopów, swych parobków i najemników do pracy bez chwili spoczynku, aby samym wieść próżniacze życie i opływać w dostatki, którzy z roku na rok podnoszą ciągle dzierżawę i zniżają zapłaty za uczciwą pracę. Muchy to wy, żony robotnicze, które dziś, podczas krwawej zawieruchy wojennej, nie możecie związać końca z końcem i nie wiecie, w jaki sposób wyżywić z nędznego zarobku całą rodzinę. Pająki to spekulanci, kupcy, sklepikarze, obszarnicy, chłopi bogaci, którzy korzystają z wojny i zręcznie tkają sieć drożyzny i spekulacji.
Muchy – to wy wszyscy robotnicy, którzy musicie krew swą przelewać na wojnie, to wdowy i sieroty po żołnierzach. Pająki – to rządy i kapitaliści, którzy przędą sieć intryg i matactw w swym własnym samolubnym interesie, którzy sieciami swej nikczemnej oszukańczej polityki oplątują miliony ludzi, posyłając ich na rzeź, każąc im mordować się wzajemnie niby to dla dobra „ojczyzny”.
Muchy – to my wszyscy, biedni i prości, którzyśmy od wieków drżeli na stopniach ołtarzy, kłonili głowy pod klątwą księży, ku czci i zabawie klechów wzajemnie się pobijali i ciemiężyli, chylili karki i zginali kolana, my, którzy pozwalamy naszym ciemięzcom używać owoców ich nieprawości dlatego, że sparaliżował nas osłabiający wpływ nauki religijnej. Pająki – to te czarne sutanny z obłudnym i zmysłowym spojrzeniem, które oplątują proste dusze swych owieczek poniżającymi naukami i trują je przez ducha poddania i służalstwa, ducha, który, jak temu Polska przykładem, cały naród rujnuje.
Słowem, muchy – to gnębieni, to uciskani, wyzyskiwani; pająki – to haniebni spekulanci i wyzyskiwacze, to samowola i despotyzm we wszelkiej postaci.
Dawniej pająki zarzucały swe sieci z wysokich zamków rycerskich i dworów, dziś obierają sobie z upodobaniem siedlisko w wielkich ośrodkach przemysłu i handlu, w bogatych dzielnicach szczęśliwców naszego wieku. Przeważnie znaleźć ich można po fabrycznych miastach, ale gnieżdżą się też i po wsiach i po małych miasteczkach, ujrzysz ich wszędzie, gdzie istnieje wyzysk, gdzie robotnik, ubogi proletariusz, drobny rzemieślnik, najemnik, zadłużony chłop wystawieni są bez miłosierdzia na bezgraniczną chciwość spekulantów.
W jakimkolwiek miejscu, w mieście i na wsi, wszędzie biedne owady szamocą się daremnie w sieciach swych wrogów, opadają z sił, umierają.
Ileż okropnych tragedii odegrało się w ciągu wieków w tej walce słabych i bojaźliwych much z pożądliwymi i okrutnymi pająkami! Czyż nie widzimy dzisiaj zwłaszcza, jak miliony much-robotników giną na wojnie i jak krwią ich tuczą się pająki – rządy i pijawki kapitalistyczne. Im dłużej trwa rzeź rozpasana, tym więcej trupów zaściela pobojowiska, tym gęściej giną za obcą sprawę bezimienni żołnierze-proletariusze, by sprawcy wojny, cesarzowie, generałowie, urzędnicy, wielcy kapitaliści używali dalej życia w pełni sławy i bogactw, by jeszcze większą stała się potęga tych pająków. Krwawa to i bolesna historia
Przyjrzyjmy się więc bliżej walce, którą dziś muchy z pająkami wiodą, poznajmy warunki, w których się odbywa, oświećmy się, my, muchy, jak urządzone są sieci, które nasi wrogowie na nas zastawiają, starajmy się odkryć ich zasadzki, a przede wszystkim – połączmy się my, którzyśmy pojedynczo za słabi, aby stargać oplątujące nas sieci. Zerwijmy kajdany, które nas pętają, wypędźmy naszych wrogów z ich siedzib, rozszerzmy wszędzie światło, jasne światło wiedzy, aby podłe potwory nie mogły w ciemnościach prowadzić swego zabójczego rzemiosła.
Ach gdybyście tylko chciały, muchy, gdybyście tylko chciały, byłybyście niezwyciężone! Wprawdzie pająki są dziś jeszcze silne, ale ich jest niedużo. Wy zaś, muchy, choć nie macie znaczenia ni wpływu, ale ilość wasza jest olbrzymia. Wy – to życie! Wy – to świat. Gdybyście tylko chciały! Gdybyście chciały się połączyć, za jednym uderzeniem waszych skrzydeł zerwałybyście wszystkie nici, wszystkie sieci, w których was dziś spętano, w których szamocecie się i giniecie z głodu. Koniec byłby wszelkiej nędzy i niewoli – gdybyście tylko chciały!
Nauczcież się chcieć!
Wilhelm Liebknecht
______________________
Powyższy tekst Wilhelma Liebknechta był kilkakrotnie wydawany przez różne polskie ugrupowania socjalistyczne pod koniec XIX i w początkach XX wieku jako krótka i przystępna broszura agitacyjna dla środowisk robotniczych.
przez redakcja | czwartek 18 lutego 2021 | opinie
Powyższy tekst to zredagowany zapis debaty poświęconej publikacji „Świat po pandemii. Nowe idee na nowe czasy” – można ją w całości i za darmo pobrać tutaj. Debata odbyła się online 15 grudnia 2020 i została zorganizowana przez „Nowego Obywatela” i Komitet Dialogu Społecznego KIG. W dyskusji udział wzięli: Magdalena i Remigiusz Okraskowie, prof. Monika Kostera, Bartłomiej Kozek oraz Bartosz Bartosik jako prowadzący. W roli gospodarza wystąpił: Konrad Ciesiołkiewicz (Komitet Dialogu Społecznego KIG). Całość spisała i zredagowała Marta Tumidalska.
Jak zmieniła nasz świat pandemia?
Remigiusz Okraska: Mówiąc wprost, nasz świat eksplodował. Okazało się, że mamy gigantyczny problem o zasięgu globalnym, który wywraca do góry nogami pewniki na których wszyscy bazowaliśmy, fundamenty gospodarki liberalnej, zglobalizowanej, opartej na intensywnej presji na środowisko naturalne. Pandemia stała się dobitnym potwierdzeniem tego, co od wielu lat staramy się w „Nowym Obywatelu” głośno mówić zarówno w sprawach społecznych jak i gospodarczych, ale w większości przypadków uważano to wcześniej za przesadę, czarnowidztwo, straszenie, szukanie dziury w całym, a w najlepszym razie – za ekscentryczność intelektualną.
Tymczasem rzeczywistość niemal z dnia na dzień potwierdza wiele tych diagnoz. Okazało się na przykład, że gospodarka zglobalizowana ma problem z łańcuchami dostaw. Myślenie typu tego, że będziemy produkować na drugim końcu świata, bo tam jest taniej, nie zdaje egzaminu, bo nagle przywóz tych towarów napotyka na blokadę z powodu problemów sanitarnych, izolacji społecznej, kwestii bezpieczeństwa. A dotkliwym skutkiem są m.in. braki na półkach, w tym braki środków ochronnych, lekarstw itp.
W pandemii coraz głośniejszy jest głos krytyków kapitalizmu.
Magdalena Okraska: Pandemia jasno pokazała, że kapitalizm nie ma odpowiedzi na wszystko. Co więcej, upiera się przy stosowaniu ciągle tych samych rozwiązań. To jest bardzo ważne np. w kontekście tego, jak wygląda obecnie świat pracy i sytuacja pracowników. W 2008 r. na skutek krachu gospodarczego nastąpiło pierwsze otrzeźwienie, pojawiła się świadomość potrzeby zmiany narracji. Tzw. wyczekiwany koniec historii nie nastąpił. Pojawiły się np. ruchy „Occupy”, rozróżnienie na 1 i 99 procent społeczeństwa, a klasowy kontekst sytuacji w świecie pracy zaczął być dostrzegany również przez media liberalne i klasę średnią.
W broszurze „Świat po pandemii. Nowe idee na nowe czasy”, którą napisaliśmy wspólnie z Remigiuszem, przedstawiamy idee odpowiadające na wyzwania dzisiejszych czasów, ale robimy to wbrew tradycyjnym podziałom ideowym. Nie dzielimy ich np. na lewicowe i prawicowe, bo uważamy, że one są niejednorodne środowiskowo. Taka konwencja pozwoliła nam umieścić tam np. tematy związkowe i stricte pracownicze, ale także dotyczące pracy reprodukcyjnej kobiet – niepłatnej pracy domowej, emocjonalnej, fizycznej, niewartościowanej rynkowo i lekceważonej społecznie.
Piszemy też o ideach dotyczących tego, czego jeszcze nie ma, ale już nie ze sfery science fiction. Chodzi o decyzje, które będziemy musieli podejmować w krótkim czasie, np. dotyczące bezwarunkowego dochodu podstawowego, wypłacanego każdemu w równej kwocie tylko za to, że jest obywatelem danego kraju.
Broszura dotyczy globalnych trendów, ale w dotychczasowej publicystyce zajmowaliście się także sprawami lokalnymi, opisując np. sytuację Zawiercia, gdzie mieszkacie. Czy ta zmiana perspektywy była dla was problemem?
R. O.: To, co dzieje się w społecznościach lokalnych, zazwyczaj jest odzwierciedleniem zdarzeń i procesów na poziomie krajowym czy coraz częściej właśnie globalnym. Nie ma już społeczności odizolowanych, nie możemy abstrahować od globalnych procesów, zresztą one często dopiero na lokalnym poziomie są jaskrawo widoczne. Opowieść o globalizacji gospodarczej trafia do odbiorców mniej lub bardziej, ale bardzo wyraźnie przekłada się na społeczność lokalną, bo jeśli powstaje 5 dyskontów to znika 50 małych sklepów, które należały do ludzi związanych z tym miejscem na dobre i złe, i stanowiły część lokalnej tkanki społecznej.
Piszecie o „nowym lokalizmie”. Co to znaczy?
R. O.: To idea, która wybrzmiewa na świecie już od jakiegoś czasu. Bardzo mocno wybrzmiała u początków ruchu antyglobalistycznego, który zwrócił uwagę na fakt, że mimo kulturowego i gospodarczego powiązania, a nawet ujednolicenia wielu miejsc na świecie, wciąż istnieją tradycje i specyfiki lokalne, które są często rezerwuarem pomysłów na rozwiązywanie problemów społecznych. W kosmopolitycznym świecie intelektualnym możemy funkcjonować w ogólnym wymiarze haseł, ale życie ludzi nadal bardzo mocno związane jest z konkretnym miejscem, z jego problemami i wypracowywanymi tam rozwiązaniami. Ruch antyglobalistyczny zwrócił uwagę na lokalną specyfikę problemów, na to, że mimo pewnej wspólnoty doświadczeń w świecie, w którym coraz więcej rzeczywistości się przenika, nie ma uniwersalnej czy uniformizacyjnej recepty na wszelkie problemy. A perspektywa lokalna nie tylko nie przeszkadza w rozmowie o globalnych trendach, ale wręcz przeciwnie, nadaje im dodatkowe zakorzenienie w konkrecie.
Wróćmy jeszcze do wątku krytyki kapitalizmu. Czy pogłoski o jego rychłej śmierci nie są przesadzone? I co nadejdzie po nim?
M. O.: Nie wierzę w to, że kapitalizm podda się bez walki. W euroamerykańskim kręgu ideowym ruchy oddolne dochodzą do pewnych wniosków na temat modyfikowania czy też wręcz obalania kapitalizmu. Ale jest przecież mnóstwo krajów, na których peryferyjności i taniej sile roboczej, problemach zdrowotnych, problemach z wodą itp. kapitalizm korzysta.
Absolutnie nie jestem fanką kapitalizmu, który nawet pomimo pewnych modyfikacji jest moim zdaniem jednym z najgorszych, najbardziej wyzyskowych systemów kontroli człowieka i jego pracy, jaki kiedykolwiek przydarzył się ludzkości. Trzeba mieć świadomość, że on nie jest jedyny, że są alternatywy, ale to wymaga ogromnych zmian i to nie tylko ideowych, bo kapitalizm to potężny przeciwnik. Jednocześnie my znajdujemy się w tej części świata, która może starać się wymóc kierunkowe decyzje np. na wielkich korporacjach.
A kapitalizm w czasie pandemii decyduje m.in. o tym, kto, kiedy i za ile będzie miał dostęp do konkretnych leków. Sam fakt, że szczepionka na COVID-19 będzie darmowa bierze się z tego, że chorują biali ludzie. I ci sami ludzie chcą, żeby szczepionka była szybko. Gdy epidemie uderzały w Afrykę czy w Azję, szczepionki były tworzone wolniej, a więcej osób umierało z powodu braku dostępności, bo koncerny farmaceutyczne kładły łapę na patentach. Zdrowie i życie ludzkie spoza kręgu euroamerykańskiego to są liczby, które w pewien sposób podlegają handlowi, wymianie i wszelkim kapitalistycznym prawom.
R. O.: Zbyt często żyjemy naiwną nadzieją, że system – możemy go nazwać kapitalizmem – zmieni się sam z siebie. To tak nie działa. Mamy do czynienia z brutalną grą interesów, w której ten system pazurami trzyma się swoich stref wpływów i nie odda swojego stanu posiadania bez walki. A zmiany następują albo w wyniku ogromnej presji społecznej, której nie da się zneutralizować, albo wtedy, gdy system staje się dysfunkcjonalny na taką skalę, że nie da się udawać, że jest inaczej.
Tu niezwykle ważna staje się ekologia i ochrona środowiska, które dotyczą samych podstaw bytowania człowieka i innych gatunków. Bo PKB może rosnąć, na rynek mogą wchodzić nowe modele smartfonów czy kolejne udogodnienia cywilizacyjne, ale to wszystko traci znaczenie, gdy w kłopotach pogrąża się fundament przetrwania, czyli odporność naszej planety. Kapitalizm nauczył się sprawnie omijać czy spychać na ubogie obrzeża wiele problemów społecznych, ale wobec wyzwań klimatycznych dochodzi do ściany, bo tu nie da się udawać, że jest inaczej niż jest.
Jestem trochę pesymistą dziejowym, to znaczy uważam, że wiele pozytywnych zmian społecznych wynikało z walki, z determinacji, z upominania się o prawa słabszych, ale wiele innych wprowadzono dopiero po rozmaitych kataklizmach, hekatombach, po wyniszczających wojnach, wśród ruin i zgliszczy.
A gdyby jednak próbować zdążyć przed kolejnym kataklizmem – jak i wokół czego budować skuteczne koalicje na rzecz zmian?
R. O.: Trzeba uświadamiać ludziom, że nie są sami, myśląc, że coś z tym światem jest nie do końca w porządku. Z perspektywy czasu widzę, wyraźnie, że dzisiaj łatwiej już o refleksję, o artykułowanie w sferze publicznej pewnych problemów i nowych idei. To jest duża zdobycz, bo jeszcze 10-20 lat temu propagowanie czegoś, co było w kontrze do neoliberalnego mainstreamu, przypominało walenie głową w mur.
Ale budowanie koalicji to nadal poligon, na którym poruszamy się trochę po omacku, metodą prób i błędów. Nie ma dróg na skróty, trzeba się sprawdzać w boju, a przede wszystkim rozmawiać z bardzo różnymi ludźmi z bardzo różnych środowisk. Metody działania w systemie demokratycznym są tak naprawdę ciągle takie same: mobilizacja społeczna, mobilizacja polityczna. Wiem, że wielu osobom polityka bardzo źle się kojarzy, ale nacisk na decydentów rożnego szczebla jest po prostu niezbędny. Nie wierzę w prezenty od odpowiedzialnych elit władzy czy pieniądza. Musimy się o te reformy społeczne i ekonomiczne ciągle upominać – każdy tak, jak potrafi, w zgodzie z własnym temperamentem i możliwościami. Kluczem jest aktywność, próba osiągnięcia sprawstwa społecznego, a nie oglądanie się na elity.
Co odróżnia presję od skutecznej presji?
M. O.: Żeby wywieranie presji było skuteczne, musi być masowe. Dlatego jeśli ktoś doprowadzi do zmian relacji pracy i kapitału to będzie to prawdopodobnie ruch pracowniczy. Żeby przerazić kapitał, elity, rządzących potrzeba dużych grup ludzi, którzy są w stanie wyjść na ulicę, albo jak w Amazonie blokować wyjazdy ciężarówek. Albo usiąść do stołu negocjacyjnego i tam zabrać głos w imieniu dziesiątek tysięcy osób myślących podobnie.
Druga rzecz to lobbing. Tu dobrym przykładem jest ruch prozwierzęcy. To trochę paradoks, bo obok ruchu ekologicznego należy do tych wyjątków, gdzie beneficjenci nie są w jego stanie zabrać głosu we własnej sprawie. Tu zmianę jakościową wywalczyli nie tyle ludzie, którzy stali na ulicach z transparentami „Macie krew na rękach”, co ci, którzy chodzili do firm, ubierali się w garsonki i szpilki i starali się negocjować jednocześnie z biznesem i z polityką.
I wreszcie to, co zdarza się najrzadziej, ale jednak się zdarza. Tak jak w Polsce przed 5 laty, gdy władza w pewnym sensie odpowiedziała na potrzeby społeczne, mimo że nie były one poparte strajkami czy protestami, a jedynie niezadowoleniem i rezygnacją. To zostało sprawnie wykorzystane przez obecnych rządzących, ale z korzyścią dla wielu słabszych grup społecznych.
Wróćmy do ekologii, o której wspomniano wcześniej jako jednym z kluczowych wyzwań.
Bartłomiej Kozek: Kwestie tego, czy chronić środowisko, przestają być w Europie i w Polsce elementem sporu ideowego lewicy z prawicą. Stają się przestrzenią dyskusji nad sposobami jego ochrony (szczególnie ważnej w obliczu kryzysu klimatycznego), w której odnajdują się siły usytuowane po różnych stronach politycznego spektrum.
Jest to zauważalne również w Polsce, gdzie np. przy okazji ostatnich wyborów parlamentarnych w 2019 r. kwestie środowiskowe pojawiały się w przekazach w zasadzie każdej kandydującej partii, niezależnie od jej nurtu ideowego. Ta sytuacja wpływać będzie pozytywnie również na siły ekopolityczne – odwołujące się przede wszystkim do ekologii, środowiska, zrównoważonego rozwoju – bo zmusza je do zaakceptowania faktu, że nie mają monopolu na kwestie środowiskowe. Pozwala też przekonywać do tych kwestii różnego rodzaju grupy – i to nie tylko te wielkomiejskie, liberalne, kosmopolityczne, ale też te, które łączą kwestie środowiskowe z szeroko pojętą konserwacją, zachowywaniem więzi społecznych i więzi człowieka z przyrodą.
Kto na tym skorzysta?
B. K.: Warto zwrócić uwagę, że już sam fakt konkretyzacji wizji ekologicznej na poziomie Europy – czyli Europejski Zielony Ład – nie wyniknął tylko z dobrej woli, lecz z dość banalnego faktu, że w wielu krajach siły progresywnie patrzące na kwestie ekologiczne zaczęły zyskiwać szersze poparcie. Wywołało to parcie na to, by projekt europejski – jeśli zachować ma swą legitymację społeczną – odpowiadał na trapiące opinię publiczną wyzwania. Czy rzeczywiście odpowiada? W dużej mierze tak. W dokumentach, które towarzyszą temu projektowi, widać wciąż jednak napięcie między starą wizją gospodarki opartej na wzroście a próbą wyjścia poza paradygmat nieograniczonego wzrostu PKB.
W odpowiedzi na kryzys klimatyczny pojawiają się m.in. rozwiązania oparte na mechanizmach rynkowych, jak np. europejski system handlu emisjami, które jednak ich krytykom kojarzą się ze sprowadzaniem przyrody do roli towaru. Są też rozwiązania z obszaru ekologicznej polityki podatkowej, czyli przenoszenia ciężaru opodatkowania z pracy na zanieczyszczenia. Pojawia się pytanie o to, na ile może ona sprzyjać redystrybucji i kto na tej zmianie skorzysta. Czy będzie to np. klasa średnia inwestująca w różnego rodzaju odnawialne źródła energii (co będzie sprzyjać obniżkom ich ceny), czy też raczej skupić się powinno na przeznaczaniu środków na inwestycje publiczne, masowe programy termomodernizacyjne, które mają m.in. zwalczać ubóstwo energetyczne.
Od poprzedniego kryzysu gospodarczego coraz więcej mówi się o tzw. rematerializacji ekopolityki. Upowszechnia się przekonanie, że jest to kwestia bezpośrednio dotykająca tego, w jaki sposób żyjemy: jaki jest poziom naszego życia i jego jakość. W 2008 r. zaczęły upowszechniać się idee takie jak zielony nowy ład czy tworzenie zielonych miejsc pracy. Na forum ONZ w ostatnich latach coraz więcej mówi się o łączeniu sprawiedliwości środowiskowej i sprawiedliwości społecznej. Dane wskazują, że emisje gazów cieplarnianych, wygenerowane przez najbogatszy jeden procent ludzi na świecie, są dwukrotnie większe niż najbiedniejszej połowy ludzkości. W świecie nierówności dużo trudniej troszczyć się o środowisko.
W ostatnich latach zmienia się na lepsze jakość debaty o ochronie środowiska – na bardziej inkluzywną, zarówno pod kątem uwzględniania kwestii społecznych, jak i ideowej różnorodności. Nadal dużym wyzwaniem pozostaje natomiast łączenie kwestii praw środowiskowych z prawami człowieka, oparcie prawdziwie trwałego, zrównoważonego rozwoju na prawie do jakości życia na odpowiednim poziomie, prawie do edukacji, prawie do zdrowia i jego ochrony. A przecież mowa tu o podstawowych dobrach i usługach publicznych niezmiernie istotnych, abyśmy w ogóle mieli siłę myśleć z perspektywy trochę szerszej niż tylko „od pierwszego do pierwszego”.
Czy lokalny kontekst ma znaczenie?
B. K.: W ekologii dużo mówi się o kontekście lokalnym. Problemem jest nie tyle to, że chcemy kopiować 1:1 jakieś rozwiązania ze świata, ale raczej kwestia, że często nie wykonuje się wystarczająco dużego wysiłku intelektualnego, aby się z danym rozwiązaniem zapoznać przed jego wykorzystaniem. Niezwykle ważne jest dostosowywanie rozwiązań środowiskowych do lokalnego kontekstu, specyfiki metropolii, obszarów przemysłowych czy rolniczych. Uwzględnienie kontekstu lokalnych społeczności, nadanie tym rozwiązaniom partycypacyjnego, obywatelskiego, demokratycznego charakteru. Mówienie językiem korzyści o poprawie komfortu życia wynikającej z polityki środowiskowej.
Wracając do kryzysu klimatycznego, mniej boję się apokaliptycznej wizji końca ludzkości niż scenariusza, w którym przez najbliższe dziesięciolecia będziemy stąpać po cienkiej linii na skutek braku ambitnej globalnej polityki klimatycznej, w ekosystemach będzie dochodzić do sprzężeń zwrotnych gwałtownie pogarszających naszą jakość życia, a bardziej tego, że równolegle bogata Północ uzbroi się i okopie, a nasz kontynent stanie się „fortecą Europą” próbującą bronić się przed ludźmi uciekającymi do niej w poszukiwaniu lepszego życia.
Zakończę pozytywnym akcentem z Polski – całkiem niedawno we wschodniej Wielkopolsce powstała strategia sprawiedliwej transformacji tego subregionu, która zakłada dojście do celu neutralności klimatycznej do 2040 r., czyli aż 10 lat wcześniej niż cel europejski. Co ważne, strategia ta została stworzona przy udziale samorządów, organizacji pozarządowych, przedsiębiorców i związków zawodowych. To pokazuje niezwykłą wagę dialogu społecznego, którego istnienie wymaga silnych stabilnych instytucji, również publicznych – kreujących, współtworzących, wspierających ten dialog. Jest on potrzebny do tego, byśmy nie żyli w swoich oddzielnych „bańkach”, lecz przekraczali nasze strefy komfortu. Nagle może się okazać, że właśnie rozmawiając będziemy w stanie stworzyć coś, co realnie odpowiada na wyzwania współczesności. Przykład z Wielkopolski pokazuje jasno, że zmiana jest możliwa. Pozostaje kwestia tego, czy i w jaki sposób naciskać oraz jak najbardziej skutecznie generować sojusze po to, aby ta zmiana faktycznie nastąpiła.
A jak Pani profesor wyobraża sobie przyszły świat? Będzie lepszy niż obecny?
Monika Kostera: Wszyscy zastanawiamy się dzisiaj jak będzie wyglądał świat po pandemii. A ja zaczęłabym od próby odpowiedzi na pytanie, gdzie właściwie znajdujemy się obecnie. W 2012 r. Zygmunt Bauman ponownie zaproponował na dzisiejsze czasy metaforę interregnum autorstwa Antonio Gramsciego jako moment pomiędzy dużymi systemami, kiedy jeden z nich już nie działa, ale nie mamy jeszcze nic nowego na horyzoncie. I teraz mamy do czynienia właśnie z metaforycznie ujmowanym bezkrólewiem. Znajdujemy się bowiem w próżni instytucjonalnej, w próżni socjologicznej – ani tu, ani tu.
Ten okres interregnum jest bardzo nieprzyjemny, z czego zdaję sobie sprawę jako naukowczyni i uczestniczka życia społecznego. Mówimy bowiem o stanie, kiedy wszystko przestało działać i zdaje się być skazane na czarne scenariusze – opisuję to w moich publikacjach jako „apokalipsę socjologiczną”. Obserwujemy rozpad wielkich struktur i instytucji, które latami dźwigały bardzo skomplikowane rozwiązania i mechanizmy społeczne – to wszystko legło w gruzach.
Ale przecież „apokalipsa” oznacza objawienie. Rozpad ujawnia to, co jest pod spodem, to, na czym były zbudowane struktury i instytucje. One powinny być zbudowane na wspólnych wartościach, a okazuje się, że tam pod spodem są przemoc, naga władza, rzeczy, które nas przerażają i odrzucają. To też wprowadza mroczne nastroje społeczne, wywołuje pytania o to, dokąd właściwie zmierzamy.
Uważam, że te wspólne wartości też tam są. Obecnie jest czas na to, aby ich celowo i świadomie szukać, bo one nam się bardzo przydadzą do budowy nowego świata, w którym będzie się nam – ludziom i przyrodzie – lepiej funkcjonowało.
A to dzisiejsze „pomiędzy” przypomina stan, który w antropologii nazywa się liminalność, czyli faza rytuału przejścia pomiędzy odebraniem i nadaniem właściwości, np. roli społecznej. To może być bardzo trudny stan, ale on jednocześnie oferuje też przestrzeń myślenia, potencjał do tego, żeby coś się skrystalizowało, można go wykorzystać do myślenia nad rzeczami, których „nie da się zrobić”. Czyli np. różne anarchistyczne inicjatywy prefiguratywnego zarządzania, kooperatywy, które sobie zresztą ekonomicznie bardzo dobrze radzą, czy też inne alternatywne organizacje gospodarcze, które zarządzają sprawnie, ale za granicą istniejącego systemu – mając na uwadze to, że w przyszłości będzie inaczej, proponując strukturyzację wokół kluczowych wartości.
A co z kapitalizmem?
M. K.: Nigdy zbytnio nie przepadałam za kapitalizmem, ale trzeba uczciwie przyznać, że miał on swoje lepsze czasy, potrafił wchłaniać różnorodność, kraść twórcze rozwiązania socjalistom czy nawet komunistom i na tym budować swoje strategie przetrwania. Ale utracił tę żywotność, stracił sterowność, wpadł w błędne koło oparte na dodatnim sprzężeniu zwrotnym – czyli na zasadzie, że jeśli występuje zakłócenie, to dodaje się więcej do parametru zgodnym z kierunkiem zakłócenia. Czyli, potocznie rzecz ujmując, że jeśli coś nie działa, to stosuje się więcej tego samego. Kapitalizm nie potrafi już w obecnej fazie uczyć się na własnych błędach. Co więcej, w ostatnich czasach zaczyna odcinać marginesy, a jak wiadomo marginesy to są życiodajne peryferia wielkiego systemu. Czyli nie ma skąd czerpać energii dla odnowy.
Jest to jednak wielki system społeczny, więc on może tak umierać przez pięćdziesiąt, albo i sto lat. Popatrzmy na poprzednie systemy – na imperium rzymskie, na feudalizm. A kapitalizm ma nadal bardzo dużą siłę bezwładu i mechanizmy, które w części nadal działają – jak np. mechanizm wzrostu ekonomicznego. Ale bez struktur wspierających i źródeł odnowy to prowadzi do systemów przemocowych, niedemokratycznych i co więcej – do takiego wyniszczenia planety, że dalszego ciągu już nie będzie.
Co mogłoby to zmienić?
Rozmawiamy na przykład o powszechnym dochodzie gwarantowanym. On mógłby być klinem, który możemy wbić kapitalizmowi i pomóc mu umrzeć. Bo gdy ludzie dostaną ten dochód, to mogą się zorientować, że wcale nie muszą pracować w neoliberalnych korporacjach, nie muszą się godzić na hegemoniczne zarządzanie, które już w tej chwili – nikt tego nie ukrywa – opiera się głównie na przymusie. Gdy damy dochód podstawowy, to może ludzie zajmą się np. opieką nad swoimi bliskimi czy nawet po prostu wysypianiem się. Bo trzeba dać się ludziom wyspać. I może zobaczą wówczas, że istnieje dla nich realnie jakaś alternatywa. I to może zrobić dużą różnicę, pomóc temu wielkiemu systemowi umrzeć. A potem możemy próbować na bazie tego coś nowego budować. Ja bym sobie najbardziej wymarzyła jakiś ustrój oddolnego, kooperatywnego socjalizmu. Ale to jest moje prywatne marzenie, nie jestem prorokiem.
Skąd przyjdzie zmiana? Papież Franciszek namawia, abyśmy poszukiwali rozwiązań na obrzeżach, na marginesach. To jest zresztą stara prawda systemowa – zmiana nigdy nie przychodzi z centrum, lecz z marginesu. System je odcina, ale one istnieją – tyle że poza systemem, a więc nie ma ich w mediach, nie są widoczne ani łatwo dostępne. Centrum systemu nie jest źródłem odnowy, bo ono stabilizuje i konserwuje to, co ma. Owszem, bywały takie momenty, był oświecony feudalizm czy też oświecony kapitalizm, ale to były tylko momenty, w których rozwój systemu polegał na umiejętności odnowy, a w tej chwili to absolutnie nie ma miejsca.
Czyli musimy szukać alternatyw?
M. K.: Już w latach 90. profesor zarządzania Heather Höpfl – po słynnej deklaracji brytyjskiej premier Margaret Thatcher „There is no alternative” – powiedziała: musimy szukać alternatyw, bo tam jest przyszłość. Stąd rozwinęło się zresztą zarządzanie organizacjami alternatywnymi, działającymi na obrzeżach systemu czy też poza systemem, bo niektóre z tych organizacji definiują siebie jako funkcjonujące poza systemem kapitalistycznym. Taki totalny margines, choć oczywiście margines jest szeroki, zwłaszcza w złożonym, wielowymiarowym systemie.
Nie mamy pojęcia, skąd przyjdzie ta przyszłość. Może z pięknych kooperatyw, a może z czegoś, co nie jest ani piękne, ani miłe, ani nie gwarantuje przetrwania naszej cywilizacji. Tym bardziej powinniśmy poznawać te obrzeża, te marginesy, te alternatywy, żeby one funkcjonowały w przestrzeni fizycznej, żeby ludzie wiedzieli, że one istnieją.
Jest jeszcze stara dobra rada. Pochodzi z nauk organizacji i zarządzania i brzmi: organizujmy się. Możemy się uczyć od Skandynawów jak organizować się w związki zawodowe. A pamiętajmy, że związki zawodowe zawsze broniły praw pracowniczych, gwarantowały przynajmniej jakieś tam reprezentowanie najsłabszych. A więc zbierzmy się, organizujmy się, róbmy to świadomie. I może będzie dobrze.
przez Remigiusz Okraska | środa 17 lutego 2021 | opinie
Jeszcze przed kilkoma laty funkcjonował w zupełnych literackich i politycznych niszach. Całkiem niedawno znalazł sobie specjalizację rezonującą wśród liberalnej opinii publicznej: (anty)faszyzm. „Bada”, „analizuje” i „opisuje” skrajną prawicę i wszystko, co za nią uzna. Opiniuje, poucza, naucza, ocenia, rozlicza, wskazuje, gdzie jest dobro, a gdzie zło oraz kto błądzi. Audytorium ma trochę spod znaku antypisowsko-liberalnej opozycji, a trochę z okolic liberalnej lewicy. Przyjrzyjmy się zatem tej postaci równie wnikliwie jak on sam lubi to robić wobec innych.
Wiemy już z odkrywczych tekstów badacza, że Korwin-Mikke czy Braun mają ponure poglądy, a jakiś marginalny faszol wygadywał bzdury. Mało jednak wiadomo, poza autoreklamą, kim jest, co głosił i porabiał sam badacz. Całkiem niedawno, bo zajmiemy się jego wywodami i zachowaniami nie z odległych czasów, lecz z ostatnich lat, czyli okresu, kiedy bohater tego tekstu, rocznik 1982, przekroczył trzydziestkę i zbliżał się do czterdziestki. Naukowiec, moralista, dziennikarz. Oto Przemysław Witkowski i jego poczynania.
Kilka słów o metodach
Najpierw rzućmy okiem na metody badawcze i dziennikarskie. Bo badacz lubi chwalić się rzetelnością, a tu i ówdzie uchodzi za eksperta.
Gdy na początku roku 2017 zmarł Zygmunt Bauman, na łamach „Vice” Witkowski pożegnał go tekstem pt. „Jak wypaliłem papierosa z Zygmuntem Baumanem”. Opisał tam m.in. swoje relacje z niedawno zmarłym naukowcem. Ex-żona Witkowskiego, poetka Ilona Witkowska, stwierdziła w internecie, że były małżonek przypisał w tym tekście samemu sobie udział w części zdarzeń, w których brał udział nie on, lecz ona, i które znał tylko z jej opowieści.
W marcu 2019 na portalu oko.press Witkowski opublikował tekst poświęcony politycznej przyszłości i sojuszom Agrounii dowodzonej przez Michała Kołodziejczaka. Zastanawiał się, czy Agrounia „skręci w lewo czy w prawo”. Tekst jest w całości poświęcony tematowi bieżącemu. Zawiera wypowiedzi Kołodziejczaka, opatrzone wzmiankami Witkowskiego: „opowiada”, „mówi mi z goryczą w głosie”, „podsumowuje twardo”, „mówi wzburzony”, „odpowiada mi” itd. Niby zwykłe zabiegi dziennikarskie, ale sugerujące, że rozmowa miała miejsce niedawno i została przeprowadzona na potrzeby tego konkretnego tekstu dla oko.press na konkretny temat. Problem w tym, że Witkowski w tym czasie w ogóle nie rozmawiał z Kołodziejczakiem. Odbył z nim rozmowę na potrzeby wywiadu dla „Krytyki Politycznej” znacznie wcześniej, bo w lipcu 2018, czyli dziewięć miesięcy przed powstaniem „bieżącej analizy”. Stamtąd pochodzi część cytatów – bez wzmianki, gdzie były pierwotnie publikowane i jak dawno temu.
Całej sprawie dodaje smaczku fakt, że w tym samym czasie, gdy Witkowski napisał „bieżącą analizę” na podstawie rozmowy sprzed wielu miesięcy, dla oko.press powstał faktycznie bieżący i aktualny wywiad z liderem Agrounii, zamówiony przez redakcję tego portalu. Michał Kołodziejczak udzielił długiego wywiadu dla oko.press innej osobie, po czym ze sporym zdziwieniem zarówno on sam, jak i autorka rozmowy odebrali fakt, że w oko.press nie ukazał się autoryzowany przez niego wywiad, lecz tekst Witkowskiego ze starymi wypowiedziami. Redakcja oko.press, poinformowana o metodach dziennikarskich Witkowskiego, kontynuuje z nim współpracę do dzisiaj, a ówczesny aktualny wywiad z Kołodziejczakiem nie ukazał się nigdy na tamtym portalu (ostatecznie opublikowało go inne medium). Jest to zadziwiające w przypadku redakcji, która publicznie podkreśla swoje standardy dziennikarskie oraz stawianie na fact checking.
Gdy latem roku 2020 ukazała się książka Witkowskiego o Romach, została ona opatrzona rekomendacją autorstwa Lidii Ostałowskiej, znanej reportażystki, autorki tekstów także o tej zbiorowości. Ostałowska zmarła 21 stycznia 2018 roku. Witkowski w rozmowie nagranej z okazji spotkania we Wrocławiu w dniu 22 sierpnia 2018 r., czyli 8 miesięcy po śmierci Ostałowskiej, oznajmiał: „Teraz napisałem książkę […] historię Romów”. Trudno zatem uznać, że autorka rekomendacji miała możliwość przeczytania ostatecznej wersji tego, co rekomenduje. Etyczny wymiar takiego zabiegu oceni każdy samemu.
Na niekompatybilność tych dwóch dat zwróciła uwagę w niedawnej debacie z Witkowskim ekspertka ds. cyganologii dr Emilia Kledzik. Ona oraz prowadząca debatę Katarzyna Czarnota poddały fachowej krytyce wywody Witkowskiego. Poczynając od nieumiejętności sprecyzowania i zdefiniowania tematu, przez dobór przestarzałych, amatorskich i tendencyjnych źródeł oraz pomijanie nowszych, fachowych i demaskujących wiele archaicznych mitów nt. Romów, a także fałszywe informacje („przykro mi to stwierdzić, ale tego typu rzeczowych błędów ta książka jest pełna” – podsumowuje dr Kledzik), a kończąc na tym, że Witkowski w odniesieniu do własnej książki noszącej podtytuł „Polityczna historia Romów” twierdzi, że nie jest to książka romologiczna. Obie uczestniczki debaty wskazują także, iż Witkowski bezkrytycznie operuje archaiczną literaturą pełną mitów, rasistowskich i innych uprzedzeń wobec Romów sporo dekad po wydaniu tych książek i po zdezawuowaniu ich wymowy przez naukowców. Film ten jest w zasadzie miażdżący dla Witkowskiego w roli naukowca. Polecam obejrzeć całość, bo to merytoryczny nokaut.
Alko-agresja
W grudniu 2017 roku, ledwie nieco ponad trzy lata temu, w sobotę nad ranem do pewnego wrocławskiego mieszkania wchodzi pijany osobnik. To Przemysław Witkowski. Od pewnego czasu mieszka w Warszawie. Swoje wrocławskie mieszkanie wynajmuje innym, ale posiada do niego klucze, którymi teraz otwiera lokal. Najemcy to jego kolega Robert z partnerką Karoliną. Są w mieszkaniu, zaskoczeni przybyciem niezapowiadanego gościa, tym bardziej w takim stanie upojenia oraz o takiej porze.
W listopadzie 2019 roku Karolina opisała mi całą historię. Wynajęli mieszkanie od Witkowskiego, oczywiście odpłatnie, ale przez dłuższy czas nie otrzymali umowy najmu. Pomijając ogólny aspekt formalnoprawny tej sprawy (choć przypomnijmy, że Witkowski deklaruje się jako lewicowiec), w pewnym momencie Karolina potrzebowała takiego dokumentu z powodu konieczności udokumentowania kosztów życia w celu ubiegania się o stypendium socjalne na studiach. Zapytała Witkowskiego o umowę. „Potwornie się obruszył i od czasu, kiedy go o tę umowę poprosiłam, zupełnie zmienił swój stosunek do nas – a co ważne, wcześniej się z moim chłopakiem bardzo blisko kumplowali” – relacjonowała mi.
Wspomnianego dnia Witkowski bez zapowiedzi odwiedził lokatorów zupełnie pijany. „Ledwo był w stanie cokolwiek powiedzieć” – wspominała dziewczyna. „Próbowaliśmy go wyprosić, ale też nie chcieliśmy się z nim szarpać przy otwartych drzwiach, żeby nam koty nie pouciekały, on wlazł do środka, położył się w salonie na łóżku i oświadczył, że on tu zostaje i że teraz tak będzie częściej. Znaczy wybełkotał”. Lokatorzy stwierdzili, że wobec tego wrócą do innego pokoju spać, a w międzyczasie Witkowski nieco wytrzeźwieje i zapewne zrozumie niestosowność takich zachowań oraz sobie pójdzie. Po kilku godzinach stwierdzili jednak, że nadal przebywa w mieszkaniu. Po sugestii, iż powinien je opuścić, zaczął, jak relacjonuje Karolina, „robić się agresywny”. Wobec niemożności polubownego załatwienia sprawy najścia, dziewczyna postanowiła wezwać policję: „zadzwoniłam na 112 i jak on usłyszał, że przyjedzie patrol, to natychmiast uciekł”.
Początkowo Witkowski przeprosił lokatorów, więc uznali, że wyciągnął ze swojego zachowania rozsądne wnioski. Szybko okazało się jednak, że niekoniecznie. „Kilka tygodni później od znajomych z Poznania, związanych z Rozbratem [znany skłot i alternatywne centrum kultury Rozbrat – przyp. aut.], słyszę, że Witkowski opowiada o mnie jakieś niestworzone historie – że przyszedł do swojego mieszkania, chciał przenocować, a ja otworzyłam mu drzwi i z miejsca zadzwoniłam po policję, a on musiał uciekać. I Witkowski jeździł po Polsce i opowiadał tę historię, dodając, że jaka ze mnie anarchistka, skoro dzwonię na policję. Poznań nie miał żadnych wątpliwości, które z nas mówi prawdę, a Witkowski zrobił nam niesamowitą awanturę, że jesteśmy wobec niego nielojalni. No i tak się skończyła nasza z nim znajomość” – wspominała w rozmowie ze mną Karolina.
35-letni naukowiec, związany z poważnymi instytucjami dydaktycznymi, mediami i środowiskami politycznymi – m.in. Uniwersytetem Wrocławskim, Collegium Civitas i „Krytyką Polityczną” – bardzo pijany nachodzi lokatorów, urządza awanturę, opuszcza mieszkanie dopiero po wezwaniu policji, a następnie oczernia ofiary najścia w ich środowisku politycznym. I po pewnym czasie blokuje Karolinę na Facebooku.
Do całej sprawy Witkowski przyznał się publicznie pod koniec września 2020 roku, czyli po prawie trzech latach, na swoim profilu facebookowym. W międzyczasie Karolina opisywała pobieżnie całe zdarzenie na kilku lewicowych grupach facebookowych. Rzecz stała się znana w środowiskach niszowej lewicy. Witkowski zabrał głos publicznie po tak długim czasie, stwierdzając o sprawie, że „ostatnio rezonuje ona w komentarzach w internecie i w prywatnych rozmowach”. Na swoim profilu facebookowym przedstawił jednak całość w sposób zupełnie inny. Wedle jego relacji rzeczywiście był pijany, miał problem z nadużywaniem alkoholu, wskutek pijackiej pomyłki nie zapowiedział swojej wizyty w mieszkaniu wynajętym lokatorom. I w zasadzie tyle. Komercyjny wynajem lokalu mieszkalnego deklaratywny lewicowiec nazwał „użyczeniem (za opłatą)”. Nie wspomniał ani słowem o tym, że zachowywał się agresywnie i że właśnie to było przyczyną wezwania policji. Nie wspomniał też ani słowem, że tygodnie po samym wydarzeniu oczerniał lokatorów w ich środowisku politycznym. Że zarzucał im „brak lojalności” po tym, jak odpierali jego fałszywe zarzuty wobec nich.
Cała facebookowa opowieść Witkowskiego o tej sprawie nie tylko była pozbawiona zasadniczych informacji. Szybko także zamieniła się w festiwal masowej publicznej nagonki na Karolinę i Roberta. W mnóstwie komentarzy można było przeczytać wyśmiewające, szydercze lub agresywne opinie, że co to za przyjaciele, którzy zamiast przygarnąć niezapowiedzianego gościa sobotnim wczesnym porankiem do „użyczonego” mieszkania, wezwali bez powodu policję. Witkowski takie komentarze polubiał

lub nie kasował ich (np. takiego o treści: „Ale z nich bufony nadęte”), choć były sprzeczne z prawdą i obraźliwe dla Karoliny i Roberta. Opowieść Witkowskiego stała się okazją do nagonki na ofiary najścia agresywnego pijanego człowieka – nie na jego sprawcę. Zwracała na to uwagę jedna z komentatorek

Po opublikowaniu tamtych wywodów, Karolina napisała na swoim profilu facebookowym o tym, co Witkowski pominął: że był agresywny, że całość trwała kilka godzin, że z powodu jego zachowań „baliśmy się o bezpieczeństwo swoje i naszych zwierząt”. Karolina odnotowała także, iż jest zablokowana i nie może skomentować wersji Witkowskiego, co pod jego wpisem zaczęły podkreślać inne osoby, więc ostatecznie została odblokowana. Napisała wówczas w dyskusji pod postem Witkowskiego: „wezwałam policję, kiedy o piątej rano bez uprzedzenia do mieszkania, w którym mieszkałam od już chyba roku wszedł pijany człowiek. I nie, nie zrobiłam tego dlatego, że tam wszedł i zasnął, tylko dlatego, że po kilku godzinach był wobec mnie i mojego partnera agresywny i zwyczajnie bałam się o swoje bezpieczeństwo. I bardzo chciałabym na tym zakończyć ten ściek, który się tu wylewa pod adresem moim i mojego partnera”.
W zasadzie jedyną osobą rozpoznawalną publicznie, która w dyskusji pod wpisem Witkowskiego zabrała głos krytycznie, była Beata Siemieniako, prawniczka dopominająca się o prawa lokatorów, autorka książki o przekrętach związanych z reprywatyzacją i wynikających stąd ludzkich krzywdach:

Jakie wnioski wyciągnął Witkowski z całej sytuacji? Takie, że pisze per „alkopatola” o ludziach nienadużywających alkoholu lub szydzi z komentatorów z prawicy, którzy jakoby coś napisali pod wpływem alkoholu.

No tak, gdy całkiem niedawno ktoś zupełnie pijany nachodził lokatorów, awanturował się i uciekał dopiero po wezwaniu policji, w sam raz nadaje się do opiniowania tego, że dorośli ludzie sfotografowali się z piwem, a inni napisali coś bełkotliwego na Twitterze.
Mowa nienawiści
Tego typu zachowania i wywody raczej nie zszokują nikogo, kto miał okazję obserwować wypowiedzi Witkowskiego przy różnych okazjach. Wystarczy spojrzeć na przykłady:


Nic dziwnego, że o Witkowskim pierwszy raz zrobiło się publicznie głośniej właśnie z powodu wulgarnego języka. Na początku maja 2018, niespełna trzy lata temu, napisał o „bezmózgu z Anglii”. O kim tak napisał? O podtrzymywanym przy życiu ciężko chorym chłopcu, Alfiem Evansie, którego losy poruszyły miliony ludzi na całym świecie. Napisał to wkrótce po śmierci dziecka. Dołożył do tego spiskowe rojenia o tym, jakoby sprawa głośna i wzbudzająca emocje w wielu krajach miała… „przykryć” jeden z protestów społecznych w Polsce:

Wypowiedź Witkowskiego odbiła się szerokim echem. Oburzeni komentatorzy domagali się wyciągnięcia konsekwencji m.in. od publicznego pracodawcy Witkowskiego, czyli Uniwersytetu Wrocławskiego. Bo warto pamiętać, że autor tych wszystkich wybryków i wypowiedzi żyje od lat m.in. za nasze, tj. podatników, pieniądze. Po fali krytyki Witkowski ostatecznie przeprosił za swoją wypowiedź i skasował post o zmarłym dziecku.
Bynajmniej nie zaprzestał agresywnych wypowiedzi. Wykładowca uniwersytecki tak oto komunikuje się z odbiorcami swego profilu facebookowego np. w grudniu 2020:

i tak w tym samym czasie pisze o innych

a nawet w podobny sposób opiniuje Slavoja Žižka:

Oczywiście sam jest niezwykle wrażliwy i delikatny w kwestii nieładnych słów pod jego adresem:

Kiedy(ś) szambo wybije?
Pod koniec sierpnia 2020 roku napisał do mnie znajomy lewicowy komentator i naukowiec. Zrobił to à propos jednej z facebookowych dyskusji o innej postaci z tego środowiska – dyskusji na temat niestosownych zachowań wobec kobiet. Stwierdzał: „z kilku źródeł wiem, że na Witkowskiego też są grube kwity. Powstawał już nawet tekst jakiś czas temu. […] o jego wybrykach słyszałem kilkakrotnie we Wrocławiu, tyle że bez szczegółów – wyłącznie, że są to rzeczy »bardzo grube« i mówiły to osoby, które nie są entuzjastkami Me too”.
Mój rozmówca informował, że cała sprawa miała zostać ujawniona przed kilkoma laty, gdy na fali akcji Me too, dokumentującej przemoc seksualną, powstał w listopadzie 2017 głośny tekst opisujący zachowania Jakuba Dymka z „Krytyki Politycznej” oraz Michała Wybieralskiego z „Gazety Wyborczej” (wspomniany Wybieralski regularnie gości na facebookowym profilu Witkowskiego – jak widać, gospodarzowi nie przeszkadzają takie wybryki).

Rozmówca twierdzi, że wówczas zachowania Witkowskiego zamierzała opisać pewna kobieta z Wrocławia. Nie doszło do tego, jak twierdzi mój rozmówca, wskutek niejasnych poczynań osób związanych ze środowiskami feministycznymi. W grę wchodzić miały prywatne znajomości i zależności między tymi osobami a Witkowskim. Mój pierwszy rozmówca zasugerował kontakt z inną osobą, która prawdopodobnie zna sprawę lepiej i z bezpośredniej relacji domniemanej ofiary. To nasz wspólny znajomy, też z kręgów lewicowych i naukowych. Obie te postaci są znane z licznych działań publicznych, długiego stażu na lewicy, nieskłonne do personalnych konfliktów, nagonek, plotkarstwa itp.
Kolejny rozmówca potwierdza, że zna domniemaną ofiarę niewłaściwych zachowań Witkowskiego – kobietę, która chciała na fali Me too opisać całą sprawę, lecz odbiła się od muru obojętności. Zna też jej relację na temat niestosownych zachowań Witkowskiego. Wymieniamy kilka e-maili o tym wszystkim. Dowiaduję się, że od domniemanej ofiary wie on, iż w grę może wchodzić więcej osób doświadczających niestosownych zachowań Witkowskiego: „Jeśli zgodziłaby się z Tobą o tym porozmawiać, to jest szansa, że przekaże kontakt do innych osób, które mają o Witkowskim opowieści – nazwijmy to – nieprowadzące do aż tak ciężkich zarzutów, ale pozostające w temacie. Słyszałem od niej o przynajmniej jednej innej”.
W trakcie wymiany e-maili on także wspomina zablokowanie ujawnienia całości: „już swego czasu miała wszystko opisać, tylko sprawa się gdzieś rozmyła m.in. przez to, że bardzo negatywnie zareagowało środowisko […], któremu zaproponowała tekst o tej sprawie”. W ostatnim tygodniu września 2020, pisze do mnie: „Ta osoba […] nie chce anonimizacji i ponoć dosłownie w ostatnich dniach wreszcie ułożyła sobie oświadczenie w całej sprawie”. Autorka chce przed przesłaniem opisu sprawy porozmawiać. „Jak się z nią widziałem, to ona (bez żadnej presji) powiedziała, że zadzwoni do Ciebie na 100% i na tej podstawie zdecyduje – miała wręcz, na ile to możliwe w takiej sytuacji, trochę entuzjazmu”. Ale domniemana ofiara nie odzywa się nigdy. W krótkim czasie z osoby chętnej publicznie i pod nazwiskiem opisać całość staje się osobą milczącą o całej sprawie i niechętną jej zrelacjonowaniu. Dzieje się to w tych samych dniach, gdy Witkowski nagle po prawie trzech latach opisuje pijackie najście w mieszkaniu, którego „użyczył” Karolinie i Robertowi.
Być może za kolejne lata Witkowski rozliczy się publicznie i z tej kwestii. A może w końcu przemówi domniemana ofiara. A może podzielą się szczegółami ludzie, którzy znają jej opowieść, lecz póki co z szacunku dla jej prywatności nie chcą relacjonować szczegółów publicznie.
Na razie wiemy, że 9 stycznia 2020 r. feministka Maja Staśko opublikowała na Facebooku post o treści: „Wczoraj Joanna Lech opisała seksistowskie zachowanie poety – ale nie wskazała, o kogo chodzi. Po tym poście pisały do niej inne poetki i krytyczki. Okazało się, że wiele z nich rozpoznało go, inne myślały o kimś innym – i w miarę im się zgadzał wzór zachowania i reakcja środowiska. Tylu jest tutaj seksistów, że trudno było rozpoznać. A sposoby ich ochrony i bagatelizacji przemocy są zawsze te same. W komentarzach pojawiło się z kolei oburzenie, że nazwisko seksisty nie zostało ujawnione. Przez całą noc rozmawiałyśmy z dziewczynami z poezji o dyskryminacji i przemocy, której doświadczałyśmy. I postanowiłyśmy postawić POETYCKĄ TABLICĘ SEKSISTÓW. Domagaliście się nazwisk? To macie”. Wśród kilkunastu nazwisk pojawia się Przemysław Witkowski. Kilku mężczyzn wymienionych na tej liście przeprosiło publicznie za swoje niestosowne zachowania. Witkowski nie odniósł się do tego publicznie nigdy.
Forsa z Kremla?
Może chociaż w kwestii ideologicznej jest to człowiek żelaznych zasad i niezwykle konsekwentny? Tak właśnie lubi się prezentować. No to przyjrzyjmy się tej działce w zaledwie ostatnich kilku latach i porównajmy deklaracje z czynami.
Jednym ze stwierdzeń goszczących w wywodach Witkowskiego jest to, jakoby skrajna prawica w Polsce i innych krajach była finansowana przez Kreml, czyli putinowską Rosję, w celach niejasnych, ale niecnych. Wedle tych opinii Kreml ma finansować w Polsce m.in. podsycanie nastrojów antyukraińskich. Być może tak jest faktycznie. Pojawiały się raporty analityków z krajów Zachodu wskazujące na takie właśnie wykorzystanie „kremlowskich pieniędzy”. Tyle że zazwyczaj mówią one także i o tym, że rosyjskie pieniądze trafiają również do antyukraińskiej i prorosyjskiej skrajnej lewicy. Tymczasem Witkowski dziwnym trafem ma na koncie kilkuletnią współpracę z właśnie takimi środowiskami lewicowymi, które swojej opcji prorosyjskiej nie ukrywają.
Portal strajk.eu powstał jesienią 2014. W jego ekipie oprócz kilkorga osób z kręgów postkomunistycznych znaleźć można ludzi z niewielkich środowisk skrajnej lewicy. Już kilkakrotnie pojawiały się wątpliwości, skąd biorą się środki na funkcjonowanie inicjatywy. Niszowy portal produkuje sporo treści, ma stały zespół redakcyjny, zatrudnia kilka osób, inni piszą tam odpłatnie, niczego nie sprzedaje, nie ma komercyjnych reklam, niemal nie zbiera środków od sympatyków, a wszystko to od lat i nie w postaci krótkiego zrywu – jest to zatem ewenement wśród mediów w Polsce. Jego twórcy są powiązani z innymi inicjatywami prorosyjskimi czy wręcz rosyjskimi. Obecny szef portalu Maciej Wiśniowski (wedle oficjalnych deklaracji to pieniądze z jego działalności gospodarczej mają finansować portal) publikuje na polskojęzycznym rosyjskim portalu Sputnik News, mającym główną siedzibę w Moskwie. Zanim powstał strajk.eu, dla kremlowskiego „Głosu Rosji” (to medium zostało rozwiązane po stworzeniu Sputnika i przejęciu przezeń jego funkcji) napisał np. reportaż z okupowanego Krymu, utrzymany w duchu mniej więcej takim, że panuje spokój i porządek, nic się złego nie dzieje. Natomiast na łamach Sputnika ubolewał w 2015, że w Polsce „Raptowny skok rusofobii nie zaczął się od 2014 roku, od Krymu i wojny na Ukrainie. Jej początek można go usytuować w okolicach 2005 r. kiedy wiadomo było, że Rosja rozpoczyna walkę o swoje, przez siebie zdefiniowane interesy. Głównym obiektem ataku stał się Władimir Putin”. Z kolei pierwsza szefowa strajk.eu, Agnieszka Wołk-Łaniewska, dziś bryluje na łamach Sputnik News. Już w 2014 zostali oni opisani przez „Newsweek” jako część środowisk prorosyjskich wpływów w Polsce.
O takim „klimacie” strajk.eu mówiła na początku roku 2016 jedna z liderek partii Razem, a dzisiaj posłanka Lewicy, Marcelina Zawisza, pracująca w strajk.eu w początkach istnienia portalu. Wszystkie te dziwne związki strajk.eu opisał portal ARB Info w obszernym tekście – portal ten powinien być dla Witkowskiego wiarygodny, bo założył go jego znajomy, Tomasz Piątek, a sam Witkowski miał wedle deklaracji twórcy portalu dołączyć do jego współpracowników. Na podobne zjawiska związane ze strajk.eu uczulał także Igor Isajew, regularnie goszczący z komentarzami na facebookowym profilu Witkowskiego.
Tyle osób wie i mówi, tylko sam tropiciel „kremlowskich pieniędzy” niczego nie zauważył. Witkowski regularnie współpracował ze strajk.eu przez długi czas. Jego teksty pojawiły się tam kilka miesięcy po uruchomieniu portalu, pierwszy prawdopodobnie w lipcu 2015. Pisywał tam przez cztery lata.

W tym samym czasie na portalu można było regularnie przeczytać m.in. wywody, że na Majdanie być może strzelali do protestujących ich polityczni sojusznicy (opowieści te opublikowano kilka miesięcy po tym, jak Witkowski na strajk.eu zamieścił swój pierwszy tekst), że masakrę urządziły tamże nie siły policyjne prorosyjskich władz, lecz… prozachodnia opozycja (tekst opublikowano rok przed tym, nim Witowski zamieścił tam swój ostatni tekst). I tak dalej. Tego rodzaju wywody na portalu były liczne. Wydawałoby się, że ktoś tak wyczulony na „kremlowskie pieniądze”, knowania Putina i antyukraińskość zauważy to wszystko w miejscu, w którym regularnie publikuje. Ale nie zauważył. Co tak zamgliło wzrok? Przecież chyba nie honoraria? A może chodzi o to, że zanim zaczął być jako tako rozpoznawalny w liberalnym mainstreamie z powodu „antyfaszyzmu”, takie treści wcale mu nie przeszkadzały, a następnie uznał, że mogą jednak przeszkadzać nowym współpracownikom i oferentom honorariów?
Od pewnego czasu jego autorskie teksty nie pojawiają się już na tych łamach, ale regularnie gościł jako ekspert zapraszany przez to medium jeszcze w grudniu 2019.

Rozmawiał wtedy z redaktorką Małgorzatą Kulbaczewską-Figat – zrobiło się o niej głośno latem 2020 roku, gdy wzięła udział w rosyjskiej „konferencji naukowej”, której uczestnicy przyjęli stanowisko, wedle którego ZSRR nie ponosi odpowiedzialności za… mord w Katyniu. Co prawda odcięła się od tego stanowiska, ale sam udział w takim spędzie mówi wiele o powiązaniach i sympatiach. Witkowski, oczywiście, wciąż i wciąż „nie zauważa” w strajk.eu niczego dziwnego w temacie prorosyjskość i antyukraińskość.
„Nie zauważył” też podobnych klimatów u nigdy nie kryjącego sympatii prorosyjskich i takiejże orientacji tygodnika „Przegląd”. Także i tu pisywał, co najmniej w latach 2018-2020.

Produkował tam wywody typu: „Razem to partia z marzeń Jarosława Kaczyńskiego. Jednocześnie antykomunistyczna, patriotyczna, nawiązująca do tradycji Polskiej Partii Socjalistycznej, pronatowska, antyrosyjska, bez kierownictwa rodem z Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej”. Także tym razem „nie zauważył” ani antyukraińskich okładek, ani pogrywania tamże takimi wątkami.


Warto też dodać, że jeden z tekstów Witkowskiego z „Przeglądu” przedrukował za zgodą redakcji pisma wspomniany rosyjsko-kremlowski portal Sputnik News.
Nie mam pojęcia, czy strajk.eu dostaje „kremlowskie pieniądze”, zresztą nawet gdyby dostawał, to przeciętnie rozgarnięty człowiek zrobi to na tyle sprytnie, że nikt go za rękę nie złapie bez pomocy wyspecjalizowanych służb. Nie uważam też, żeby w demokracji nie było miejsca dla poglądów „prorosyjskich” czy „antyukraińskich”, choć sam takich nie podzielam. Groteskowe i dwulicowe są natomiast alarmy „antyfaszysty” w sprawie rzekomych pieniędzy z Kremla i prorosyjskich poglądów w środowiskach prawicowych, skoro on sam latami współpracuje z podobnie zorientowanymi środowiskami lewicowymi.
Fuj i be, chyba że koledzy
Witkowski w ogóle „przeocza” różne sprawy, co musi dziwić w przypadku kogoś, kto reklamuje się jako analityk, tropiciel, drobiazgowy poszukiwacz błędów i wypaczeń, czyli odchylenia prawicowo-nacjonalistycznego. Tam, gdzie mu wygodniej je „przeoczyć”, robi to.
„Przeoczył” na przykład bardzo ciekawe poczynania swojego kolegi i współpracownika. Chodzi o Piotra Nowaka, związanego z wspomnianym portalem strajk.eu chyba od początku jego istnienia. Obaj regularnie mają kontakt prywatny i zawodowy, sporo „eksperckich” wypowiedzi Witkowskiego dla tego portalu, już po tym, gdy przestał tam pisać, pochodzi właśnie z tekstów Nowaka:

Ten ostatni to postać znana w środowiskach niszowej lewicy od lat z zaawansowanych praktyk tzw. trollingu, czyli produkowania w internecie treści bzdurno-obelżywych. Od pewnego czasu stonował takie zachowania, ale wciąż można się natknąć np. na takie jego przemyślenia i opinie:

Potrafi także postraszyć, gdy ktoś na lewicy ma czelność mieć odmienne zdanie:

Ale jeszcze ciekawsza jest sprawa poczynań Nowaka, który podobnie jak Witkowski reklamuje się jako konsekwentny antyfaszysta, nieskalany żadną prawicowością. Tymczasem Witkowski znowu „przeoczył”, że jego kolega miał, całkiem niedawno, związki ze skrajną prawicą. Po napaści Rosji na Ukrainę środowiska prorosyjskiej skrajnej prawicy w Polsce zorganizowały „manifestację antywojenną” pod… ambasadą Ukrainy w Warszawie. Tak, to nie pomyłka, Ukrainy – nie pod ambasadą Rosji. Akcję opisywał skrajnie prawicowy xportal. Najpierw jednak oddajmy głos samemu Witkowskiemu, który w swoich tekstach pisał: „Bartosz Bekier to prawdziwy obieżyświat. Z biurem podróży »Putin Travel« odwiedził już Syrię, Krym i Donbas. W Rosji był wielokrotnie. Były szef ONR Mazowsze i były wiceprzewodniczący partii Zmiana dziś przewodzi skrajnie prawicowej Falandze. Jego ludzie organizują zamachy terrorystyczne na Ukrainie, podszywając się pod banderowskich nacjonalistów”. Oraz: „Falanga w promocji swoich prorosyjskich stanowisk stawia też na szeroko na działania medialne. Prowadzą Xportal, Xradio, Xportaltv i Wydawnictwo ReVolta. W Xportalu znaleźć można teksty wielu faszystów”. A teraz zacytujmy wspomniany Xportal, który opowie nam o „manifestacji antywojennej” z udziałem Nowaka, kolegi Witkowskiego, w sierpniu 2014:
„23 sierpnia bieżącego roku pod Ambasadą Ukrainy w Warszawie odbyła się manifestacja antywojenna pod hasłem: »Pokój dla Ukrainy«. Punktualnie o godz. 15:00 zebrali się czytelnicy Xportal.pl oraz działacze i sympatycy Samoobrony, żeby zademonstrować swój sprzeciw wobec działań wojennych prowadzonych w ramach tzw. operacji antyterrorystycznej. Obecne też były media z Polski i zza granicy. Nad ponad setką zgromadzonych powiewały flagi Polski, powstańczych republik ludowych, organizacji biorących udział w akcji oraz zakrwawione symbole narodowe Ukrainy. […] Pierwsi głos zabrali uciekinierzy i jednocześnie naoczni świadkowie wojny – krótko opisując tragedię swoich rodzin. Następnym mówcą był dr Mateusz Piskorski, szef międzynarodowej misji obserwacyjnej na Krymie. Dr Piskorski sugerował prawdziwych inspiratorów konfliktu. Wskazał obecnym, że powinni w tym momencie znajdować się pod ambasadą USA, państwa, które jest za obecny chaos odpowiedzialne, które zamiast wysyłać leki i jedzenie, wysyła za pośrednictwem swoich politycznych satelitów kamizelki i hełmy dla ochotników z neobanderowskich organizacji. »Stiepan Bandera – pachołek Hitlera!« – takim okrzykiem rozpoczął swoje przemówienie Bartosz Bekier, redaktor naczelny dziennika »Xportal«, który m.in. przedstawił zgromadzonym relacje ze swego niedawnego wyjazdu do Donbasu oraz opowiedział o panujących tam nastrojach, jednocześnie zaznaczając konieczność zaangażowania Polaków w walkę o prawdę z jednostronnymi przekazami medialnymi. Gdy zgromadzeni zakończyli skandować antykapitalistyczne hasła – m.in. »Na pohybel oligarchom!« – głos zabrał Piotr Nowak, bloger lewica.pl, zwracając uwagę na ekonomiczne i klasowe aspekty oraz skutki tej wojny [podkreślenie moje – R. O.]. W dalszej kolejności Jacek Kamiński odczytał »Manifest Ludowego Frontu Wyzwolenia Ukrainy, Noworosji i Rusi Przykarpackiej«”.

Całość można przeczytać tutaj. Warto dodać, że wspomniany w tekście Jacek Kamiński to były działacz skrajnie prawicowego Narodowego Odrodzenia Polski. Dziś można na jego wywody regularnie natrafić – co za niespodzianka – na portalu strajk.eu.
Witkowski, który w razie potrzeby wypomina innym choćby i po 20 latach jakiekolwiek niewielkie czy taktyczne formy współpracy z prawicą, wybacza to samo swoim kolegom wspaniałomyślnie już po latach zaledwie kilku. Sam zresztą ortodoksem tego typu jest od niedawna. Przy okazji psioczenia na „zmanierowaną i gnuśną” Europę i jej młodzież pisał, powołując się na Mao Tse Tunga: „Nie ma się więc co dziwić, że jak przyszło co do czego i władza razem z kapitałem zamachnęły się na wolność internetu, to musiałem paradować w jednej demonstracji z Robertem Winnickim. Przeciw ACTA stanęli wszyscy młodzi, od skrajnego prawa, po skrajne lewo, tak niewiele zostało rzeczy dla europejskiej młodzieży ważnych. Skręcić lolka, mieć gastro, pozamulać przed serialem czy filmem – to rozrywka naszego pokolenia”.
Wielką wyrozumiałość widać świetnie także wtedy, gdy Witkowski w drobiazgowych „analizach” dziejów skrajnej prawicy w III RP przemilcza współpracę sporej części skrajnej lewicy z ex-sojusznikami skrajnej prawicy. Ponad 13 lat temu opisałem, że liczni ludzie ze środowisk skrajnie lewicowych gremialnie porzucili wybrzydzanie na sojuszników faszystów i w imię kilku miraży i złotówek nagle zapałali miłością do środowiska politycznego, które do Polski zapraszało i podejmowało z honorami zastępcę Le Pena we Froncie Narodowym, zawiązywało koalicje wyborcze z Narodowym Odrodzeniem Polski oraz jednym ze swoich liderów czyniło człowieka bliskiego Radiu Maryja. Odsyłam po szczegóły do tamtego tekstu. Wśród opisanych tam inicjatyw można znaleźć wielu ówczesnych i dzisiejszych kolegów i stronników Witkowskiego. I jego wydawców.
Mój wydawca jest „antysyjonistą”
Wydawcą obu książek Witkowskiego jest oficyna Książka i Prasa (wydała je w 2017 i 2020), środowisko dość specyficzne w swej lewicowości. Kto kliknął w poprzedni link, ten miał okazję poznać m.in. jedną z prominentnych postaci tej ekipy, Zbigniewa Marcina Kowalewskiego – człowieka, który w lewicowych publikacjach bez zbytniego krytycyzmu opisywał takie organizacje, jak… ukraińska nacjonalistyczna formacja UPA czy amerykański Nation of Islam znany m.in. z szalonych teorii antysemickich. Były one wedle niego a to „narodowowyzwoleńcze”, a to pełniły ważne role w dziele politycznego uświadomienia Czarnych w USA. Kowalewski był także jednym z czołowych ideologów wspomnianego wcześniej sojuszu skrajnej lewicy z niedawnymi oficjalnymi współpracownikami skrajnej prawicy.
Ale na tym nie koniec. W publikacjach Książki i Prasy sporo miejsca zajmował „antysyjonizm”. Nie chodzi jednak po prostu o krytykę państwa Izrael i jego polityki, dość częstą w lewicowych publikacjach na całym świecie. Chodzi o tak bzdurne i odrażające wywody i generalizacje na ten temat, że trudno pojąć, co w ogóle robiły one na lewicowych łamach. Gościli tam m.in. autorzy znani ze współpracy z neofaszystami, mający na koncie wywody o „światowej konspiracji syjonistycznej” czy „micie Holocaustu”, publikowani w Polsce także przez skrajną prawicę, głoszący zupełnie odlotowe teorie spiskowe itp. Opisaliśmy to obszernie i z licznymi cytatami już w roku 2008 w tekście „Moczar – reaktywacja?” – zachęcam do jego lektury.
Nie byliśmy wszakże pierwsi – na brednie te zwracali uwagę m.in. naukowcy z Żydowskiego Instytutu Historycznego i zarazem działacze lewicy, a jako bodaj pierwszy pisał o tym Michał Bilewicz w czasopiśmie „Słowo Żydowskie”. Ten ostatni występuje dziś w audycjach radiowych razem z Witkowskim i też zwalcza faszyzm i uprzedzenia, więc wydawałoby się, że Witkowski powinien posłuchać starszego i bardziej doświadczonego kolegi, i trzymać się z dala od Książki i Prasy. No ale znowu dziwnym trafem coś „przeoczył” i znowu akurat wtedy, gdy prywatny interes (publikacja własnych książek) wszedłby w kolizję z czujnością i drobiazgowością „antyfaszystowską”, przejawianymi przy innych okazjach.
Nie tylko zresztą z tymi „antysyjonistami” trzyma się Witkowski. Jednym z bohaterów naszego tekstu z 2008 roku był Paweł Michał Bartolik. Ten z kolei propagował tezę, że Mossad był poinformowany o przygotowaniach do zamachu na World Trade Center, ale nie zapobiegł im. Był także jednym z orędowników wspomnianej współpracy skrajnej lewicy z ex-sojusznikami neofaszystów. Produkował na nieistniejącym już portalu Viva Palestyna wywody typu: „Dlatego właściwym jest całkowicie antysyjonistyczne stanowisko, uznające, że Izrael nie miał prawa powstać, gdyż jego powstania nic nie usprawiedliwia; stanowisko, które uznaje to państwo za niewarte i niegodne przerażającej ceny, jaką przyszło zapłacić regionowi i całemu światu za utrzymywanie tego rasistowskiego reżimu. /…/ gdy David Irving jest /…/ ścigany przez policje dziesiątek krajów i musi mierzyć się z pozwami sądowymi i aresztowaniami, podobni mu w swej istocie negacjoniści syjonistyczni mają co najwyżej problem z tym, że czerwony dywan, który przed nimi rozwinięto na lotnisku, był o zgrozo zakurzony”. Dzisiaj autor tych wywodów gości na facebookowym profilu Witkowskiego:

Antyfaszyzm na Bosaka
Od Witkowskiego nie można się doczekać elementarnej spójności nawet w antyfaszyzmie. Przez kilka lat pisze teksty na temat „zwalczania faszyzmu”. Jednym z głównych czarnych charakterów jest w nich nieodmiennie środowisko z okolic dawnego Ruchu Narodowego i inicjatyw Korwin-Mikkego, a następnie, po zjednoczeniu się tychże, Konfederacja. Chyba z połowa antyfaszystowskich wywodów Witkowskiego dotyczy tych środowisk. I co?
Przed drugą turą wyborów prezydenckich w roku 2020 redakcyjny kolega Witkowskiego z „Krytyki Politycznej”, Michał Sutowski, pisze tekst pt. „Prezydencki Paryż wart jest konfederackiej mszy”. Przekonuje w nim, że aby pokonać Dudę, jego kontrkandydat Trzaskowski musi pozyskać wyborców Krzysztofa Bosaka z pierwszej tury, że połowa z nich wedle badań sondażowych może zagłosować „właściwie” i że należy ich do tego zachęcać. Sutowski przekonuje: „Ukłon Trzaskowskiego wobec skrajnej prawicy może pozwolić mu dostawić odważnik 12 lipca i przechylić szalę na korzyść opozycji. A skutki uboczne? Długofalowe? A czy coś szczególnego Trzaskowski skrajnej prawicy obiecał? I komu konkretnie? Bądźmy szczerzy, to naprawdę nie ma nic wspólnego z zapraszaniem sami-wiecie-kogo do rządowej koalicji, żeby pogonił socjalistów i komunistów, jak to kiedyś sobie umyślili nieszczęśni niemieccy konserwatyści”. Wypowiedź ta odbija się szerokim echem w środowiskach lewicowo-postępowo-liberalnych. Takie wywody to zbyt wiele nawet dla sporej liczby osób niecierpiących PiS-u, Dudy itd., to gra zbyt cyniczna, zbyt daleko posunięta i każąca zapytać, jaki ma sens walka z „faszyzmem” pisowskim za pomocą umizgów do konfederatów.
Kto przychodzi Sutowskiemu w sukurs? Otóż Witkowski. Na swoim facebookowym profilu „wyjaśnia” ludziom, którzy wzięli na serio jego antyfaszystowskie wywody o Konfederacji, że tekst Sutowskiego to nic zdrożnego, „zwykła realpolitik”:

Znów pojawia się pytanie, o co chodzi i czy przypadkiem nie o to, że Witkowski zarabia w „Krytyce Politycznej”, a Sutowski jest tam jednych z decydentów redakcyjnych.
W bardzo podobnym czasie Witkowski natomiast gromko potępia. Kogo? Osobę lub ludzi, którzy w Toruniu napisali na kampanijnej furgonetce Bosaka słowo „faszysta”. Witkowski uznał ich/jego za „durnia i sojusznika Konfederacji”:

Brzmi logicznie: Sutowski wzywający do umizgów do elektoratu Konfederacji nie jest jej sojusznikiem, jest to realpolityka, za to ludzie atakujący Bosaka w imię konsekwentnego antyfaszyzmu – są sojusznikami Konfederacji…
Gdy w październiku 2020 kłopoty z wymiarem sprawiedliwości ma Roman Giertych, a część środowisk postępowych reaguje krytycznie na branie go w obronę przez liberalny mainstream, Witkowski zabiera głos. Przyznaje, że Giertych ma ciemne karty w życiorysie, ale zasługuje na „uczciwy proces”. Taki to antyfaszyzm, bardzo czujny na cierpienia ex-lidera skrajnej prawicy, zapewne zupełnie bez związku z jego mocną pozycją w obozie obecnych „demokratów”. Bardzo wiele troski wkłada antyfaszysta w losy obecnych i dawnych skrajnych prawicowców. Oczywiście tylko wybranych. W innych przypadkach za byle bzdurkę jest gotów rozliczać 20 lat wstecz lub przekonywać, że należy wobec takich środowisk trzymać się ortodoksyjnie na ogromny dystans.
We wspomnianym wpisie o ataku na furgonetkę Bosaka, stwierdza Witkowski: „Służby dostają teraz znów pretekst do jeszcze większej inwigilacji lewicy pod pretekstem zagrożenia terrorystycznego i rozwijanie tam siatki agenturalnej”. Chciałoby się zapytać: i kto to mówi? Bowiem to właśnie Witkowski przyznał się do współpracy ze spec-służbami.
Przemysław Wallenrod
11 listopada 2020 Witkowski wprost przyznał się, że należy do „grup eksperckich” współpracujących m.in. z Policją i Agencją Bezpieczeństwa Wewnętrznego oraz deklarował chęć dalszej współpracy. Jego wpis facebookowy, pierwotnie publiczny, szybko przestał takim być, ale oto on:

Wcześniej Witkowski chwalił się szkoleniami dla Policji, wspominając przy tym, że interesuje się także „ekstremistami lewicowymi”. Bardzo ciekawe oświadczenie jak na kogoś, kto miał sporo kontaktów w środowiskach radykalnej lewicy.
Współpracę z ABW można oceniać różnie, ale w tym przypadku istotny jest kontekst. Otóż jest to współpraca za rządów PiS. Tymczasem gdyby na serio potraktować wywody Witkowskiego, należałoby uznać, że jakakolwiek współpraca z instytucjami podlegającymi temu rządowi to niespotykana hańba. Regularnie dowiadujemy się z facebookowych wywodów Witkowskiego, że PiS jest fatalny, PiS jest ohydny, PiS odpowiada za wiele strasznych rzeczy. A przecież ABW podlega bezpośrednio premierowi RP. Poczytajmy zatem tylko kilka wybranych spośród wielu podobnych opinii Witkowskiego o tym rządzie i jego okolicach politycznych:





Nie przeszkadza to Witkowskiemu we współpracy z ABW i z policją za rządów PiS. Oczywiście nie przeszkadzało mu też, o czym czytamy w jego oficjalnych biogramach, pobieranie stypendium Ministra Edukacji Narodowej i Sportu w roku 2006, czyli za rządów PiS.

Taka deklaratywna ortodoksja i doskonałość, a tyle od niej odstępstw, przeoczeń, niezauważeń, co za przypadek. Swoją drogą czy Polska to nie jest wspaniały kraj, skoro, jak możemy przeczytać w wywodach Witkowskiego, tyle tu wpływów prawicy, skrajnej prawicy, „faszyzowania”, bezwzględnie rządzi PiS itd., a jednocześnie jak gdyby nigdy nic prominentny antyfaszysta i gromki krytyk PiS-u współpracuje z instytucją bezpośrednio podległą premierowi z PiS.
Antyfaszystowskie teorie spiskowe
Wywody Witkowskiego to wizja niemal wszechobecnego faszyzmu. Terminów typu „faszyzm”, „neofaszyzm”, „postfaszyzm”, „skrajna prawica”, „volkizm” – używa pod adresem mnóstwa osób i środowisk, w tym i takich, które wywodzą się z lewicy czy mają od niego sporo dłuższy staż nieprawicowy. Wystarczy okazjonalna współpraca z prawicą czy wzmianka, że w wybranej dziedzinie – choćby polityce społecznej – PiS wypada lepiej od PO, żeby już być na cenzurowanym u „badacza”, przy czym „badacz” potrafi „przeoczyć” całą niepasującą mu do tej tezy część aktywności danej osoby czy środowiska. Wszystko się u niego łączy, przenika, „kolaboruje”, byle drobiazg wystarczy, aby zostać uznanym częścią „siatki” (krypto)faszystowskiej, w dodatku raz na zawsze. Oczywiście jest to dość zrozumiałe: jeśli chce się robić karierę na antyfaszyzmie, to należy faszyzm odkrywać wszędzie. Pisanie w kółko tekstów o Braunie i Korwinie może na dłuższą metę zanudzić odbiorców. Ale Witkowski ma w ogóle zamiłowanie do teorii spiskowych.
Możemy na jego facebookowym profilu przeczytać np. aprobatę dla wywodów, że ABW (ta sama, z którą Witkowski współpracuje) w głośnej przed laty sprawie zmusiła niejakiego Brunona Kwietnia, ex-działacza Narodowego Odrodzenia Polski, do planowania zamachu na budynek parlamentu za rządów PO:

W tych wywodach wtóruje mu zresztą wspomniany Wybieralski, „bohater” akcji Me too, któremu Witkowski te wywody lajkuje:


Witkowski powtarza tu wywody skrajnej prawicy, która przed laty, po aresztowaniu Kwietnia, ale także później uważała to za prowokację służb i próbę oczernienia środowisk prawicowych. Macierzysta organizacja Kwietnia, NOP, tak napisała po jego śmierci: „Operację przeciwko Kwietniowi, rozpoczętą w roku 2011, od początku inspirowała ABW, poprzez swoich działających pod przykrywka agentów próbując zmusić go wszelkimi sposobami (grożono śmiercią nawet jego najbliższym) do opracowania planów zamachu. Powód był prosty. W tym czasie bowiem krajowe służby specjalne gorączkowo szukały uzasadnienia dla korzystnych dla siebie zmian prawnych, zwiększających ich kompetencje i umożliwiających mocniejsze oplecenie Polski kontrolą bezpieki. Potrzebny był publiczny symbol uzasadniający te zmiany. Padło na Brunona Kwietnia”.
Wedle Witkowskiego spisków jest więcej. Nie tylko Brunon K. ma tajemnicze problemy i umiera w niejasnych okolicznościach. Podobnie dzieje się wedle Witkowskiego z Dawidem „Cyganem” Kosteckim:

Niezależnie od tego, jakie były faktyczne losy Kwietnia czy Kosteckiego oraz ich przyczyny, trudno zrozumieć, czemu ktoś podejrzewający ABW o tak perfidny i podły spisek, nie widzi niczego złego we współpracy z tą samą ABW. I dlaczego człowiek tak krytyczny wobec poczynań rządu współpracuje ze spec-służbami odpowiedzialnymi za ponoć tak straszne rzeczy oraz podległymi premierowi rządu podobno tak koszmarnego.
Co wolno antifa-wojewodzie…
Wszędzie tropi „odchylenie prawicowe”, „kryptofaszyzm”, „przymilanie się” do PiS-u i inne myślozbrodnie, potępia niemal każde odstępstwo od liberalno-mainstreamowego wzorca. Na jego profilu facebookowym notorycznie odbywają się połajanki pod adresem wszelkich takich „heretyków”, np. Rafała Wosia. Co innego sam Witkowski, jemu wolno.
Weźmy fragment o Unii Europejskiej z jednego z tekstów Witkowskiego sprzed kilku lat: „Paradoksalnie na więcej niż polską lewicę krytyki wobec wolnego rynku, Unii Europejskiej czy współczesnego kapitalizmu stać obecnie nacjonalistów. Pod bannerem przedstawiającym »grabarzy Polski« (Jaruzelski, Wałęsa, Balcerowicz, Kwaśniewski, Rostowski, Tusk) sam mógłbym się podpisać. Lewica ciągle boi się być naprawdę krytyczna, boi się problematyzować sfery kapitalistycznych niesprawiedliwości, jakby ciągle tłumaczyła się ze swojego istnienia, ze swojego niesowieckiego charakteru, swojej europejskości, i np. krytyka UE z jej perspektywy, poza mikrogrupą skrajnej lewicy, w zasadzie nie zachodzi. A przecież liberalny charakter tej instytucji zasługuje na krytykę absolutnie – jako skrajnie kapitalistyczna wspólnota oparta przede wszystkim na biznesie i handlu, gdzie inne tematy (gender, walka z rozwarstwieniem, prawa pracownicze, standardy demokratycznych procedur) są jakby poboczną działania tej korporacji, zmienną w czasie, na niezmiennej wolnorynkowej podstawie”.
Albo o disco polo. Po tym, jak politycy i włodarze telewizji publicznej za rządów PiS zaczęli flirtować z częścią wykonawców disco polo, na facebookowym profilu Witkowskiego można znaleźć wywody jego i jego znajomków o tym, jakie to cyniczne, jaka to ludomania, jakie obniżanie standardów itd. Znowu zatem zacytujmy Witkowskiego sprzed kilku lat: „Wprowadzona przez elity hierarchia i porządek ma między innymi na celu łatwą identyfikację, z jakiej grupy społecznej pochodzimy i napiętnowanie słuchaczy o innym, w tym kontinuum, gorszym guście. Guście, który zamiast na kontemplację porządku i harmonii, zamiast zabaw kodami i nawiązaniami ma na celu ukazanie samego nagiego życia: taniec, radość, smutek, miłość i frywolność. Zdjęcie odium z disco polo to zdjęcie odium z klasy plebejskiej; ludu, nie plebsu; to odrzucenie oceny na rzecz badania, pogardy na rzecz wysłuchania, tańca na sali balowej na rzecz wiejskiego wesela. Disco polo to tylko jedna ze ścieżek powstawania nowej muzyki ludowej, o ile taka muzyka może jeszcze powstać, nie będąc tanią podróbką dawnej, protezą. Innymi jej odnogami są płyty Kayah i Goran Bregovića czy popularność Brathanków i braci Golców, choć przecież w ich wypadku mamy do czynienia ze spreparowanym dla współczesnego słuchacza surogatem, nie z żywą kulturą. Zdecydowanie inne jest kreowane oddolnie disco polo, którego fenomen trwa, nie dość, że przy obojętności elit, wytwórni i tzw. opinii publicznej, ale w rzeczy samej jej naprzeciw. Romantyczna rewolucja, która chwilowo wyniosła ludowość na piedestał, musiała być równie szokująca dla ówczesnego establishmentu, jak dziś kilkugodzinna sesja z Disco Polo Live. Niesmak dzisiejszych elit, gdy zmuszone są odnieść się do disco polo, przypomina niesmak klasycystów skonfrontowanych z twórczością romantyków – gdzie inspiracje muzyką ludową były »grzeszne« i »pozbawione dobrego gustu i smaku«, a przemawiać miały instynkt i czucie, zaś sama twórczość nie wymagała od odbiorcy rozległej wiedzy, ale rozwiniętej sfery uczuć. […] Do jakiejkolwiek oceny tej muzyki konieczne jest wyrwanie się na chwilę z narracji »disco polo to kuriozum i żenada« (pod względem ilości kodów, prymitywizmu, wulgarności). Spojrzenie na ten styl jako na twórczość artystyczną to szansa na zrozumienie jego fenomenu. Trzeba wyrwać się z zaklętego kręgu klasistowskiego oraz podszytych wstydem i Selbsthasse potępienia i wzgardy, bo z powyższej wzgardy pozostaje tylko pozycjonowanie tych »partaczy« z założenia skazanych na bycie rozrywką dla »ciemnego ludu«, a nie realizacją szczerej potrzeby kontaktu z muzyką. […] Może warto pogodzić się z Bayer Full i Shazzą, bo to esencja współczesnej polskości – trochę przaśnej, trochę wulgarnej, trochę nieudolnie kopiującej Zachód, ale mimo wszystko to prawda o nasze epoce i jako taka wymaga co najmniej wnikliwego spojrzenia, jeśli nie stać nas na okazanie szacunku. […] Wyklęcie disco polo jako muzyki obciachowej to tylko jeden z wielu wymiarów patologizacji klasy ludowej. Wszystko, co wiąże się z tą grupą, było wulgarne, obciachowe, prymitywne, a biedni w tej narracji to nie tylko grupa roszczeniowa, której realizacja żądań może zagrozić istnieniu wypłacalnego państwa, ale także grupa, której kulturalne potrzeby i gusta mogą zagrozić sztuce wysokiej, jako prymitywne i obniżające standardy. Zamiast traktować disco polo jako to, czym rzeczywiście jest – czyli jako wesołą muzykę do tańca, picia wódki i zabawy na weselu, traktowano ją jak trąd, który dotyka polską muzykę, a słuchających tego gatunku jak zadżumionych, których najlepiej zepchnąć do getta. […] Ten gatunek muzyczny jest dzieckiem swojej epoki, swoich czasów, a Toples, Milano, Boys czy Tomasz Niecik są głosem małych miast i miasteczek, prowincji; prawdziwym. Niezależnie od tego, jak bardzo byśmy chcieli być zachodnioeuropejscy, to tu jest właśnie Polska”.
Aż chciałoby się powiedzieć, że Jacek Kurski byłby zachwycony tymi wywodami. Ale lepiej zapytać, czemu Witkowski porzucił dawne poglądy. Oczywiście tylko krowa nie zmienia zdania i tak dalej, ale tutaj wiele wskazuje, iż dzieje się tak dlatego, ponieważ inne są mody i orientacje w kręgu jego dzisiejszych odbiorców i płatników jego honorariów, więc i trajektoria tych zmian jest dość przewidywalna. Jeszcze ktoś oskarżyłby Witkowskiego za powyższe cytaty o „pisowskość”, „ludomanię”, „populizm” itp. Tak jak Witkowski oskarża bardzo chętnie i bez żadnego umiaru.
Bardzo swój człowiek
Wydawałoby się, że coś takiego powinno być łatwe do zauważenia, tym bardziej że część tych postaw to sprawy znane publicznie lub znane określonym środowiskom. Tymczasem nic z tego. Witkowski jest zatrudniony na Uniwersytecie Wrocławskim oraz w prywatnej uczelni Collegium Civitas, od niedawna wykłada także na Uniwersytecie Warszawskim. Stale współpracuje m.in. z „Krytyką Polityczną”, oko.press, od niedawna pisuje do tygodnika „Polityka”, jest zapraszany do dyskusji w Onecie czy TVN-ie. Wśród jego znajomych można znaleźć liczne osoby z polskiej elity kulturalnej i naukowej.
W świetle powyższego tekstu już nie będą mogli powiedzieć, że nie wiedzieli, z kim i czym mają do czynienia.
Remigiusz Okraska
Moi rozmówcy w tekście pozostali anonimowi, natomiast większość ich wypowiedzi w sprawach nieznanych szerszej publiczności ma postać pisemnych relacji pod nazwiskiem, a ich kopie zostały sporządzone i zdeponowane u prawnika współpracującego z naszą redakcją.