przez Tomasz Drzazgowski | środa 2 czerwca 2021 | opinie
Czasem faktycznie mogą puścić nerwy. Na przykład kiedy czytam o kolejnym zabetonowanym placu, kolejnych wyciętych drzewach, kolejnych pomysłach typu „zróbmy plac zabaw na starym cmentarzu, a potem co kwartał płaćmy 40 tys. złotych sokolnikowi, żeby przepędzał gawrony”. Ale wiem też, że nerwowe i emocjonalne ruchy nie wystarczą, by wyleczyć chorobę. Również chorobę nazwaną betonozą. Musimy poznać jej źródła. A nie są one wcale oczywiste.
Po pierwsze, betonoza rozwija się w społecznej próżni, w jakiej znalazła się przestrzeń wspólna po 1989 roku. Po części odreagowaliśmy w ten sposób lata PRL-u z jej – w dużej mierze przymusowym i iluzorycznym – uspołecznieniem. Po części zajęci byliśmy zdobywaniem i urządzaniem przestrzeni własnej: mieszkań, domów, działek, ogródków. Ogromne znaczenie miał też obowiązujący przez wiele lat trend, zgodnie z którym wszystkim można zarządzać jak firmą, a prywatny właściciel jest zawsze najlepszym wyjściem. W efekcie całe połacie gruntu i całe kwartały miast oddano do dyspozycji deweloperom. Skutki znamy: monstrualne galerie handlowe w centrach, a na peryferiach pokryte monotonną zabudową grodzone osiedla pozbawione infrastruktury i zieleni. Do tego często zbudowane na terenach rolniczo czy przyrodniczo wartościowych.
W końcu przyszło zatem rozczarowanie deweloperami i kryzys wiary w prywatną własność jako gwarancję jakości przestrzeni. Zbiegło się to w czasie z uruchomieniem środków unijnych przeznaczonych na infrastrukturę i rewitalizację. Na scenie pojawili się zatem urzędnicy, głównie samorządowi. Obiekt się zmienił, ale ta sama pozostała nadzieja, że możemy jako społeczeństwo czy społeczność oddać komuś odpowiedzialność za przestrzeń. Podobnie jak deweloperzy, również urzędnicy nie spełnili tych oczekiwań. Zmiana w tkance miejskiej (i wiejskiej) – niezależnie od tego, jak niewinnie na pozór wygląda – pociąga za sobą ingerencję w szereg splątanych ze sobą procesów geologicznych, hydrologicznych, biologicznych, technicznych, architektonicznych, urbanistycznych, politycznych, ekonomicznych, socjologicznych i psychologicznych. Wymaga ponadto naruszenia, a potem uzgodnienia interesów wielu grup, często pozostających w konflikcie.
Wydaje się, że w obliczu tak złożonych i ryzykownych sytuacji, przy permanentnym braku czasu, większość urzędników zdezerterowała, trzymając się rozwiązań banalnych, nudnych, sztampowych. Na ogół niewiele one polepszają, a często pogarszają sytuację, jak w przypadku odrestaurowanych na glanc, ale pustych dworców, ulic czy dzielnic, zabetonowanych placów czy stuletnich drzew wycinanych hurtowo, by na ich miejscu stworzyć… park. Tego typu rozwiązania gwarantują jednak stosunkowo łatwe skonstruowanie budżetu, a potem zatwierdzenie go przez urząd marszałkowski czy instytucję unijną. To z kolei przekłada się na sympatię wójta czy burmistrza, a to oni przecież wypłacają pensję. Nie bez znaczenia jest pewnie fakt, że na betonie czy kostce brukowej łatwiej dać zarobić tym, którzy mają zarobić niż by to miało miejsce w przypadku projektów bardziej złożonych.
Problemem jest też brak wyobraźni. Dowiedziono w badanych i w praktyce, że ludzie często chcą tego, co już znają i widzą wokół siebie. Jeżeli widzą beton i bruk, na ogół będą upatrywać zmianę w tym, żeby było jeszcze więcej betonu i bruku. Ewentualnie lepszego, ładniejszego czy droższego. A urzędnicy w ratuszach nie różnią się zbytnio od reszty populacji. Niestety, o ile dość szczegółowo szkoli się ich z finansów i sprawozdawczości, o tyle z estetyki, urbanistyki czy rozumienia procesów społecznych już niekoniecznie. Pomóc mogłyby narzędzia narzucane przez unijne agendy, takie jak wymóg dokonania wielowymiarowej diagnozy, powołania ciał doradczych czy zorganizowania konsultacji. Potraktowane poważnie, mogłyby realnie wspomóc urzędników w rozumieniu złożonych procesów, w które ingerują, albo poszerzyć ich wyobraźnię. Dość szybko zmieniają się one jednak w fasadę czy listek figowy, ponieważ są postrzegane nie jako wsparcie, lecz raczej jako kolejny interes do uwzględnienia w i tak już skomplikowanej mozaice – lub wręcz jako przeszkoda w realizacji wybranej wcześniej wizji.
W efekcie leje się cement i kładzie bruk, jak kraj długi i szeroki. Coraz więcej ludzi drży na dźwięk słowa „rewitalizacja”, ponieważ kojarzy się im ono z wycinką drzew, betonowaniem oraz bezwzględnie narzucanymi sztucznymi rozwiązaniami, które na długi czas budowy wyłączają z życia całe kwartały miast, a po jej zakończeniu owocują przestrzenią kapiącą wprawdzie bogactwem, ale często martwą, słabiej nadającą się do życia, działania i pracy. Tak dochodzimy do kolejnej fali rozczarowania. Zbiegła się ona z ogólnoświatowym kryzysem klimatycznym. Ta fala rozczarowań przyniosła kolejnych wyrazistych bohaterów w postaci działaczy ruchów miejskich i ekologicznych, którzy ukuli bardzo nośne hasło „betonozy” jako nazwę dla choroby toczącej polską przestrzeń.
Z pewnością ekolodzy budzą więcej sympatii (przynajmniej mojej) niż głusi na wszelką krytykę włodarze z uporem maniaka tnący drzewa i brukujący, co się da (i nie da). A jednak, po bliższym przyjrzeniu okazuje się, że działaczy miejskich i ekologicznych łączy z urzędnikami i deweloperami więcej niż się to na pozór wydaje. Wspólnym mianownikiem jest wycinkowość spojrzenia i wynikająca z tego cząstkowość wysuwanych rozwiązań. O ile sporo osób zaangażowanych w ruchy miejskie czy ekologiczne sprawia wrażenie empatycznych, kreatywnych i otwartych, o tyle proponowane lekarstwa na bolączki współczesnego miasta zwracają uwagę swoją wybiórczością i ograniczonością. Sprowadzają się właściwie do tego, że uratuje nas więcej zieleni. Oraz ścieżek rowerowych.
Zwłaszcza ten ostatni postulat sygnalizuje, że ruchy miejskie reprezentują interes nie tyle całego miasta czy ogółu, lecz własnej grupy społecznej. Młodzi, sprawni i mający dość zasobów (czasowych, finansowych i kulturowych) dbają o potrzeby swoje i podobnych sobie, nie zaś tych, którzy z różnych powodów nie chcą czy nie mogą przesiąść się na rowery – dostawców, seniorów, niepełnosprawnych, opiekunów małych dzieci itp. I nie ma w tym nic złego. Wręcz przeciwnie, podobnie jak nie są naganne same z siebie działania deweloperów, urzędników czy innych podmiotów reprezentujących konkretne interesy, a także potrzeby i wartości obecne w społeczności i obecne w każdym z nas. Ważne jednak, abyśmy patrzyli na wszystkich stawiających diagnozy i proponujących rozwiązania w ten właśnie sposób. Widzieli ich nie jako kogoś, komu możemy odstąpić całościową odpowiedzialność za przestrzeń, lecz podmiot reprezentujący pewien wycinek rzeczywistości. I dbający do tego głównie o swój interes.
Przecież podczas remontu czy budowy domu zatrudniam specjalistów z rozmaitych dziedzin: elektryków, hydraulików, murarzy, malarzy, dekarzy. Nieważne, jakiej klasy fachowcami są i jak wiele dobrej woli mają, to jednak na mnie spoczywa odpowiedzialność za całość przedsięwzięcia. I jeśli chcę stworzyć miejsce nadające się do zamieszkania przeze mnie, nie mogę tej odpowiedzialności się pozbyć. Nawet jeśli zatrudniam kierownika budowy czy architekta. Wydaje się to oczywiste czy wręcz banalne w przypadku pojedynczego budynku. Takim też powinno się stać w odniesieniu do otaczającej nas przestrzeni.
Konieczny jest więc tolkienowski „powrót króla” – ponowne wzięcie odpowiedzialności za wieś, miasto, dzielnicę, osiedle, sąsiedztwo przez suwerena. Czyli przez zamieszkującą je społeczność. To nie jest łatwe. Wymaga czasu, wysiłku i odwagi. Odwagi naruszenia różnych interesów, nadepnięcia na wiele odcisków. Ale też odwagi spojrzenia na samych siebie. Na swoje wartości i na swoje czyny. Władza tnie i betonuje, to prawda. Ale w pierwszym półroczu obowiązywania lex Szyszko wycięto trzy miliony drzew – więcej niż w ciągu całej poprzedzającej dekady. I nie robiły tego tylko władze, które przecież ktoś zresztą kadencja po kadencji wybiera, lecz również obywatele. Więc umiłowanie przyrody i zrozumienie, jaką rolę odgrywa, nie jest tak oczywiste, jak mogłoby się wydawać. Dla niektórych esencją miejskiej nowoczesności jest zrównoważona zieleń podpatrzona w Skandynawii, dla innych – kostka brukowa będąca zaprzeczeniem błota kojarzącego się z wsią. Musimy żyć razem, ze sobą i obok siebie. Chcąc nie chcąc, od czasu do czasu spotkamy się na jednym rynku, który należy do wszystkich. Nie powinien być łupem spekulantów (przepraszam, inwestorów), nie powinien być wybetonowanym parkingiem. Ale nie powinien być też parkiem w środku miasta, bo nie do tego rynek służy.
Zresztą aż tak bardzo się od siebie nie różnimy. Myślę, że większość osób, które skwapliwie korzystały z nowego prawa, by pozbyć się niechcianych drzew, powiedziałaby, że kocha przyrodę. Ale zawsze jest jakieś „ale”. Ale drzewo zasłania widok, do tego może się złamać. Ale to moja działka, a władza powinna lepiej dbać o parki, gdzie jest miejsce zieleni. Ale to przecież tylko jedno drzewo… Łatwo takich ludzi piętnować, lecz niech pierwszy rzuci kamieniem, kto jest bez winy. Kto nigdy nie wrzucił nieposegregowanych śmieci. Kto nie skorzystał z apartamentu na wynajem w coraz bardziej wydrążonym z mieszkań śródmieściu Gdańska czy Krakowa. Kto nie kupuje książek przez Internet, chociaż w głębi duszy kocha klimatyczne księgarnie…
Jeżeli dostrzeżemy, jak bardzo jesteśmy podobni w naszej małości i wielkości, zamiast widzieć je wyłącznie w innych, być może powstanie płaszczyzna współpracy. I ułatwi społecznościom ponowne wzięcie odpowiedzialności za zamieszkiwaną przestrzeń. W przeciwnym razie trwać będzie próżnia, którą wypełnią podmioty najbardziej aktywne, a niekiedy agresywne. Patrzące wycinkowo, napędzane ideą bądź chęcią zysku, władzy, a często po prostu świętego spokoju. Podmioty, które pogrążą się w jałowej walce albo dokonywać będą cichych porozumień. Niekoniecznie w interesie naszym i naszego świata.
Tomasz Drzazgowski
przez Magdalena Okraska | niedziela 30 maja 2021 | opinie
Wszyscy już napisali tony zachwytów o książce „Łyski liczą do trzech”. To bardzo odświeżające widzieć, że taka proza może w Polsce wyjść poza niszę „realizm magiczny w małym miasteczku” oraz „młoda, zdolna autorka opowiada nam o”. Olga Hund unika wszelkich tego rodzaju pułapek i robi to w bardzo zasadniczy sposób – a czytelnikowi pozostaje dostosować się do rytmu prozy, która rysuje alternatywny świat bardzo blisko rzeczywistego.
Sposób narracyjnej prezentacji własnej prozy bardzo mocno splata się z tym, jakiego typu autorką, ale przede wszystkim człowiekiem jest Hund, i jak bardzo nie umie (i nie chce) udawać, że interesuje ją inteligencka gra pozorów i wyścigi w workach po prestiż. Znam Olgę od lat z punkowych środowisk, gdzie rządzą skromność, prowizorka, luz i spokój ducha, przynajmniej deklaratywnie. Znam ją z czasów, gdy nikt nie spodziewał się, że którakolwiek z nas kiedyś napisze coś więcej poza tekstem na bloga czy przepisem na wege burgery. Poprzeczka dla tego typu środowisk jest zawieszona bardzo wysoko – a i nikomu nie chce się po nią specjalnie sięgać.
Tymczasem Hund zdobyła już dwie nagrody literackie za swoją pierwszą powieść, genialne „Psy raz drobnych” – i były to nagrody, o których marzą warszawskie studentki MISH w bezsenne noce. Jednak nie wpadła we wnyki przysłowiowej „drugiej książki, która zawsze się nie udaje”. Nie wpadła też w sidła dostosowywania swojej tematyki i języka swojej prozy pod oczekiwania salonu literackiego. Na galach z okazji nagród piła piwo w puszce.
Polski rynek młodej literatury pełen jest autorek eksplorujących trudne dzieciństwo, trudną młodość albo temat dusznej wiejskiej społeczności za górami, za lasami. Mamy Joannę Lech, Jagę Słowińską, Annę Cieplak, Dominikę Słowik i mnóstwo nazwisk, które chciałyby być na ich miejscu. Hund nie dołącza do chóru – pisze prozę, która nie dotyka osobistych spraw w taki sposób, jak to jest przez polską literaturę oczekiwane, jeśli dotyka ich w ogóle. „Psy ras drobnych”, opowieść o doświadczeniach z psychiatryka, to zestaw zgrabnych miniatur, gorzkich i zabawnych, dumnych i wściekłych, ale bez użalania się. Hund nie podaje nam całej historii, nie zwierza się z łańcuchów przyczynowo-skutkowych, nie płacze nam w rękaw. Mówi „było tak, a pacjentce z łóżka obok było tak”. A potem znienacka ucina.
W „Łyskach…” autorka uciekła przed oczekiwaniami recenzentów, ale i przed swoim oszczędnym stylem. Książka, pomimo że po sposobie szalonej narracji można poznać, że to ona ją napisała, nie jest już krótkim zbiorem zaglądających przez dziurkę od klucza miniatur. Hund spróbowała stworzyć alternatywny świat, ale bez mitycznej symboliki, realizmu magicznego wsi i koktajlu z Marqueza zmieszanego z Cortazarem. Wrzuciła za to do gara wszystko, co ją konstytuuje i interesuje – doświadczenia z Czech i Słowacji (jest tłumaczką jęz. słowackiego), punkowe podejście do instytucji policji i wszelkiego autorytaryzmu, wspomnienia o dorastaniu (z pomocą zine’ów) do zestawu lewicowych poglądów i dekonstrukcję stereotypów na temat społeczności romskiej.
I bum, odpaliła nam tego grilla, a my stoimy i mówimy „wow”. To znaczy – wcale nie mówimy „wow”, bo w Polsce i w książkach Hund nikt tak nie mówi, wszyscy mówią „o kurwa”.
Olga Hund wymyśliła Caaków – romską społeczność żyjącą w opozycji do czeskiej, w wyrzuconych poza miasta osadach. Caakowie są tu figurą Cyganów, choć nigdzie wprost to nie pada, mają też magiczne cechy, jakich na próżno szukać pod faktycznym Brnem czy Zlinem: trzecie oko na czole i bursztynową skórę. Caakowie widzą trochę więcej, ale ich główny imperatyw jest taki, jak społeczności romskiej w byłej Czechosłowacji – przetrwać i żeby biali się nie wtrącali. Hund z czułością i wnikliwie opisuje codzienność caakańskich/romskich osad (widać, że w nich bywała) i bezlitośnie punktuje czeski stosunek do Caaków – nie tylko rasizm czy wyuczoną obojętność, ale także etnograficzny zachwyt czy NGO’sowe „pochylanie się” nad „barwną kulturą”. To są cudowne momenty książki, w których czytelniczka mówi sobie – no tak, o jezu, po prostu odwalmy się od nich wreszcie, zachwyt to też patronizacja.
Caakowie nie mają własnych pism świętych, ani dekalogów, ani mnichów i kapłanów. Ubierają się w zwyczajne ciuchy: markowe, niemarkowe. Studenci etnologii, sojusznicy Caaków od października do pierwszej sesji, jak przyszli do osady i zobaczyli, że nie ma tu cudów-niewidów, powiedzieli: Nic tu po nas, zero egzotyki – pisze Hund i pokazuje bardzo zgrabnie zjawisko inteligenckiego „zainteresowania fenomenem”, znane nam z własnego podwórka aż za dobrze.
Albo: Akademicy zorganizowali trzydniową konferencję w ośrodku sanatoryjnym na Morawach pod nazwą „Oni i my. Wrogowie czy przyjaciele”, na której nie pojawił się żaden Caak, bo nikt żadnego nie zaprosił. „Nie ma kompromisu w budowaniu dialogu pomiędzy Czechem a Caakiem!”, pokrzykiwali tymczasem profesorowie w referatach otwierających zjazdy.
Czy też: Caakańską księżniczką to chce teraz być każda wykształcona pizda z Europy – odezwał się oburzony hasłem Caak – Wiem, że oglądacie o nas czarno-białe filmy znanych reżyserów. Ale nie ma w nich nic o tym, że w swoich krajach wywalacie nas z basenów i nie puszczacie naszych dzieci do podstawówek.
Hund bardzo udatnie ukazuje też Czechów – naród, który jako Polacy, nie wiedzieć czemu, upieramy się romantyzować, wywyższać, podziwiać i stawiać na piedestale. Od dwudziestu trzech lat jeżdżę regularnie do Czech i, przy bliskim kontakcie z tym krajem i jego mieszkańcami, nie ma się raczej złudzeń co do tego, że ten przyjemny pod względem rekreacyjnym kącik Europy zamieszkują osoby o mało otwartym zestawie poglądów. Badania wykazują, że spora część Czechów jest antyunijna, poziom ksenofobii jest dość wysoki, a postawy antyromskie są powszechne (łącznie z odbywającymi się co jakiś czas atakami na osady cygańskie, np. znaną sprawą z 2009 r., gdzie w Vitkowie grupa mężczyzn zaatakowała koktajlami Mołotowa romskie mieszkanie – jedno z dzieci doświadczyło poparzenia 80% powierzchni ciała).
Hund mieszkała w Czechach i bardzo udatnie portretuje tę niechęć – przy czym zauważa, nawet nie odautorsko, lecz między wierszami, że sposób myślenia czeskich policjantów także da się prześledzić i zrozumieć. W jej historii Caakowie są dobrzy i atakowani za odmienność, ale autorka zgrabnie pokazuje prowadzący do nawarstwienia się uprzedzeń strach Czechów.
No myśmy wam tu pozwolili być z ludzkiego odruchu, myślał Czech. Właściwie to wydawało nam się, że przyszliście tu do nas słabi, chorzy, żeby wymrzeć, jak zwierzęta, które idą zdechnąć do lasu. Nie mówiliśmy o tym, ale się na to jakby zgodziliśmy. A wy zaczęliście się mnożyć. Czy to było z kimś ustalone? Z kim? – tak autorka przedstawia sposób myślenia białego obywatela Czech.
W „Łyskach…” dostaje się więc wszystkim – i Czechom, i Polakom (wspaniała jest też scena, gdy w czeskim radiu odbywa się program o Polakach, którzy urządzają ustawki, by się bić – w studiu wypowiada się zaproszony czeski „ekspert od Polaków”, a żadnego Polaka nikt nie pyta o zdanie; to wspaniała szpila, pokazująca, jak Czesi wrzucają nas do worka z napisem „status: niebiały”), i czasami trochę Caakom. Policjantom, turystom, punkowcom, „zwykłym ludziom”. To książka o tym, że Europa Środkowa ma swoją specyfikę, w której, na fali rewolucyjnych deklaracji, powinno być „miejsce dla wszystkich”, ale tego miejsca wcale nie ma, bez względu na to, ile szkoleń o tolerancji odbędziemy za unijne pieniądze.
„Łyski…” to dobra książka, właśnie dlatego, że niby pokazuje nam dobrego (Caak) i złego (Czech, policjant), ale zaraz trochę miesza w tych kartach, zmienia przypisane role, by potem zmienić je ponownie. To także odrobinę szalona proza – pełna kolokwializmów, przekleństw, języka obarczonego powtórzeniami, błagającego o zmianę składni. Domyślam się, jak Hund musiała walczyć o tę frazę z redaktorami i cieszę się, że udało się ją ocalić.
Realizm magiczny o caakańskiej rewolucji prowadzonej przez społeczność z trzecim okiem na czole jest trochę czeskim „Mad Maxem”, zza którego pleców gwałtownie wychyla się polski kuzyn. Widać po książce, jak bardzo Hund jest Polką, jak bardzo nie jest to chirurgicznie skrojona pod unijne gusta, ogólnoeuropejska proza. Widać też, jak mocno punkowa/skłoterska to książka. Tutaj akurat, by wychwycić wszystkie te nawiązania, trzeba mieć podobną do Hund subkulturową przeszłość. Ale i bez tego tę prozę czyta się bardzo dobrze.
Magdalena Okraska
Olga Hund, Łyski liczą do trzech, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2021, s. 180.

przez Maciej Huzarewicz | wtorek 25 maja 2021 | opinie
Panele obywatelskie podbijają świat. Gdzie indziej organizowane są już na poziomie państw, w Polsce coraz szerzej odwołują się do nich miasta. Tylko w 2020 roku, mimo epidemii, obradowały w Warszawie, Wrocławiu i Łodzi. Na różnych etapach jest obecnie realizacja paneli w Krakowie i Poznaniu. To dobry moment, by porozmawiać o ich efektach.
Panel obywatelski to eksperymentalna forma demokracji deliberatywnej. Powoływany jest dla powzięcia rozstrzygnięć w jednym temacie, zdefiniowanym w trakcie przygotowań. Uczestnicy panelu wyłaniani są do niego nie na drodze wyboru, lecz losowania, z założeniem, by skład panelu odzwierciedlał możliwie wiernie przekrój demograficzny reprezentowanej społeczności. Od uczestników nie są wymagane żadne konkretne kompetencje. Podczas pierwszych spotkań panelu, dzięki zaproszonym ekspertom, zapoznają się oni z postawionym do rozwiązania problemem, podczas kolejnych – wspólnie rozważają możliwe rozstrzygnięcia. Efektem pracy panelu są rekomendacje wybranych rozwiązań, przy czym przyjmuje się zwykle, że najistotniejsze („wiążące”) są te z nich, które poparło co najmniej 80% panelistów.
Pierwszy w Polsce był Gdańsk. Już w 2014 zorganizowano tam panel obywatelski, który miał pomóc w ulepszeniu funkcjonowania budżetu obywatelskiego. Kolejne trzy obradowały w latach 2016-17. W 2018 zorganizowano panel w Lublinie. W 2020 – klimatyczny w Warszawie, skupiony na kwestii miejskiej zieleni w Łodzi oraz poświęcony zagadnieniom komunikacyjnym panel we Wrocławiu.
Oczekiwania względem wyników pracy paneli bardzo silnie ukształtowały się pod wpływem zmitologizowanej wizji efektów obrad panelu przeprowadzonego w Irlandii w 2017, a poświęconego kwestii aborcji. Wbrew popularnym przekonaniom, panel ten nie „zalegalizował” aborcji w Irlandii. Jego zasadniczą rekomendacją, choć przyjętą większością jedynie 57% głosów uczestników, była tylko zmiana brzmienia 8. poprawki do konstytucji, dotychczas wykluczającej dopuszczenie legalnej aborcji, na takie, które decyzję w tej kwestii odda w ręce parlamentu. Zalecenie to, z ulgą przyjęte przez polityków, którzy zdawali sobie sprawę z tego, że społeczeństwo w większości popiera już rozwiązania pro choice, lecz nadal nie mieli odwagi przeciwstawić się zdeterminowanym środowiskom katolickim, stało się podstawą referendum, które zmianę 8. poprawki zatwierdziło (samo zaś prawo aborcyjne zostało zmienione tradycyjną ustawą).
W ten sposób instytucja panelu obywatelskiego, nieco na wyrost, wyrobiła sobie markę narzędzia pozwalającego jednym cięciem rekomendacyjnego miecza uporać się z przeróżnymi węzłami gordyjskimi, których rozwiązanie przerasta kompetencje i/lub odwagę polityków. Tak pojmowany i wyobrażony panel trafił na listę żądań ruchów społecznych, oskarżających klasę polityczną o nieumiejętność uporania się z wyzwaniami współczesności. Organizacja klimatycznych paneli obywatelskich stała się na przykład jednych z trzech zasadniczych postulatów globalnego ruchu Extinction Rebellion.
Czy efekty pracy paneli spełniają pokładane w nich oczekiwania?
Trzy kolejne panele obywatelskie obradujące w Gdańsku (pomijając ten z 2014) przedstawiły łącznie 73 rekomendacje, które zyskały poparcie ponad 80% panelistów. Zamieszczone na poświęconej panelom podstronie oficjalnej witryny Gdańska zestawienie zrealizowanych rekomendacji liczy… trzy pozycje. W rzeczywistości zrealizowano ich więcej, ale fakt, że nawet organizator panelu, Urząd Miejski Gdańska, nie uznaje za istotne, by się tym pochwalić, jest znaczący. Już przy okazji pierwszego z tych paneli ujawnił się problem, który powtarzać się będzie regularnie – zorganizowany przez miasto panel przyjmuje rekomendacje, których miasto nie jest w stanie wykonać, bo przekracza to jego kompetencje. Efektem kolejnego gdańskiego panelu było m.in. zalecenie, by Gdańsk objąć uchwałą antysmogową, zakazującą spalania paliw stałych. Miasto nie może takiej uchwały przyjąć, może to zrobić tylko sejmik wojewódzki. W tej sytuacji rekomendacja pozostaje martwym zapisem, a jedynymi zaleceniami realizowalnymi okazują się te, które postulują wyświetlanie poziomu zanieczyszczeń na przystankowych tablicach i prowadzenie kampanii informacyjnej. Rzeczy ważne, lecz do game changerów im daleko. (Notabene – uchwała antysmogowa została przyjęta przez sejmik pomorski w 2020 roku, trzy lata po panelu i bez wyraźnego związku z jego pracami.)
Zarówno ten, jak i inne panele „okołosmogowe”, dobrze uwidoczniły też inny kłopot – z właściwym sformułowaniem tematu i zagadnień poddawanych pod obrady. Problem smogu jest dostatecznie rozeznany, a sposoby jego rozwiązania – oczywiste. Nie trzeba do tego powoływać panelu. Panel natomiast z powodzeniem mógłby się zająć tym, skąd wziąć pieniądze na szybką i masową wymianę pieców (czyli z jakiego obszaru je zabrać), albo w jaki sposób ograniczyć transport w mieście. O to jednak, na wszelki wypadek, nikt go nie pyta. Zamiast tego, uczestników panelu lubelskiego poproszono o odpowiedź na ogólnikowe pytanie: „Co zrobić, aby oddychać czystym powietrzem?”.
Z kolei trzeci panel w Gdańsku miał powiedzieć „Jak wspierać aktywność obywatelską w Gdańsku?”. Adresowanie takiego pytania do panelu, zamiast do zespołu socjologów, dowodzi całkowitego niezrozumienia jego idei i zaowocowało, oczywiście, całą listą rekomendacji, które w istocie sprowadzają się do jednej banalnej konstatacji – należy obywateli słuchać. Rekord absurdalności stawianego panelowi pytania należy jednak niewątpliwie do władz Poznania, które nie wahają się poddać pod rozstrzygnięcie istnie rewolucyjnej kwestii: „Czy całkowicie odejść w Poznaniu od spalania węgla w gospodarstwach domowych?”. To nie żart (chyba?), nad tym miał się zastanawiać panel rozpoczynający się w marcu roku 2021!
Jak traktowane są rekomendacje niechciane, wykraczające poza plany miejskich „włodarzy”, doskonale widać było w Lublinie. Tamtejszy panel wskazał m.in. na konieczność „pełnej ochrony przed zabudową kubaturową całego obszaru Górek Czechowskich” (Górki to położony w bezpośredniej bliskości centrum miasta obszar częściowo dzikiej zieleni). Rekomendacja ta została przez miasto z miejsca, już w komentarzach do wyniku pracy panelu, odrzucona. Dążąc zaś wbrew niej do tego, by deweloperowi jednak na zabudowę Górek zezwolić, miasto zaproponowało zmianę miejscowego planu przestrzennego. Propozycja ta, odrzucona przez lublinian w referendum zorganizowanym rok po panelu, została jednak przyjęta przez uparcie dążącą do celu Radę Miasta, a batalia prawna o Górki trwa do dziś. Istnym kuriozum była też odpowiedź miasta na kolejną rekomendację panelu, zalecającą obniżenie cen biletów okresowych w komunikacji zbiorowej. Tu urząd miasta z rozczulającą szczerością napisał: „Rekomendacja nie odpowiada na pytanie zadane panelowi. Nie ma związku z poprawą jakości powietrza”.
We Wrocławiu jedyna z ostatecznych rekomendacji, która wyznaczała konkretną datę jej realizacji, dotyczyła przebudowy przystanku w centrum miasta. Została odrzucona przez magistrat natychmiast po zakończeniu panelu, jako niemożliwa do realizacji w tym terminie. Realizacja tak niewielkiej przecież inwestycji wydawałaby się dobrym sposobem na uwiarygodnienie dobrej woli miasta i pokazanie, że zgodnie z obietnicami poważnie podchodzi do wyników prac powołanego przez siebie panelu. Najwyraźniej jednak tak nie jest. We Wrocławiu można było także zaobserwować jeszcze jedno interesujące zjawisko. Tamtejszy panel, poświęcony kwestiom komunikacyjnym, miał m.in. odpowiedzieć, jak skomunikować z centrum odleglejsze dzielnice. Przed ostatecznym głosowaniem opublikowano listę planowanych rekomendacji. To do tych propozycji swoje uwagi mogli zgłosić mieszkańcy i ruchy obywatelskie. Mające być głosowane rekomendacje zalecały m.in. budowę linii tramwajowych – na Maślice do 2023 r., na Muchobór – do 2026, na Ołtaszyn – do 2024. W rekomendacjach faktycznie głosowanych dat już nie ma, zostały zastąpione formułką „w najbliższym możliwym terminie”, co oczywiście całkowicie odbiera im jakiekolwiek znaczenie.
Czy panele mogą być skuteczne?
Protagoniści paneli przekonują, że są one doskonałym narzędziem, by wspomóc niewydolną demokrację przedstawicielską, popchnąć sprawy na nowe tory wtedy, gdy społeczeństwo staje się już do tych zmian gotowe, lecz uwikłani w rozmaite zależności politycy jeszcze się ich boją. Argumentują, że paneliści nie muszą zyskiwać partyjnej nominacji i akceptacji wodza, nie są skrępowani partyjnymi instrukcjami ani obawami o przyszłą reelekcję. Nie reprezentują nikogo poza samymi sobą, choć panel jako całość reprezentuje całą społeczność. Deliberacje w gronie kilkudziesięciu osób o podobnej sytuacji, acz być może prezentujących całkowicie odmienne spojrzenie na daną kwestię, na dodatek w oderwaniu od zaplecza ideologicznego, nieuniknionego w momencie, gdy paneliści byliby reprezentantami partii czy ruchów, pozwala każdemu z nich na zyskanie nowej perspektywy. Można więc przypuszczać i mieć nadzieję, że dzięki temu stać ich będzie na odważne i trudne decyzje. Odpowiednio zorganizowany panel miałby stanowić współczesne wcielenie idei rządów „równych przez równych”, a w akcie zarządzania w najdosłowniejszy sposób braliby udział nasi sąsiedzi. Lub my sami, jeśli tylko zostaniemy wylosowani. W czasach powszechnej nieufności i pogardy do klasy politycznej to niebagatelna zaleta. Gdy przyjdzie do podejmowania trudnych decyzji, związanych choćby z koniecznością adaptacji do zmian klimatycznych, wiarygodność panelu stanowiłaby silny argument pomocny w uzasadnianiu ich konieczność.
Narracja taka, choć może grzeszy zbytnim optymizmem, nie jest pozbawiona pewnych racji, czego dowodzą takie rekomendacje, jak choćby ta w sprawie lubelskich Górek. Ten sam casus pokazuje jednak kompletną bezsilność panelu, gdy przychodzi do realizacji rekomendacji. Zarówno prezydent Żuk, jak i prezydenci innych miast, które panele organizowały, obiecywali solennie, zwykle przy okazji ich inauguracji, że rekomendacje, które zyskają 80 lub więcej procent poparcia w głosowaniu, traktować będą jako „zobowiązujące”. Praktyka pokazuje coś całkowicie odmiennego.
Jednak na nic więcej, niż prezydenckie deklaracje, panele w obecnym stanie prawnym liczyć nie mogą. Są one organizowane albo na podstawie ustawy o samorządzie gminnym jako forma konsultacji społecznych (Gdańsk, Poznań), albo na podstawie ustawy o działalności pożytku publicznego jako zadanie publiczne (Lublin, Wrocław, Warszawa). Żadna z tych form nie daje panelowi jakichkolwiek kompetencji decyzyjnych. Dopóki tak będzie, dopóki panele nie będą mogły decydować ani o budżetach, ani o terminach realizacji swoich rekomendacji, i dopóki te decyzje nie będą rzeczywiście obowiązujące, organizowanie paneli pozostanie, jak dotychczas, sztuką dla sztuki, służącą PR-owi miejskich włodarzy, a nie rozwiązywaniu realnych problemów. Do tego sztuką dość drogą – organizacja jednego panelu kosztuje 100-200 tysięcy zł. Dzieje się tak zresztą nie tylko w Polsce – postanowienia szeroko wychwalanego francuskiego narodowego panelu klimatycznego zostały w dużej części, i wbrew wcześniejszym obietnicom, zlekceważone przez Macrona.
Nadanie panelom mocy decyzyjnej wymagałoby ustępstw kompetencyjnych ze strony władzy zarówno ustawodawczej, jak i wykonawczej, a możliwe byłoby jedynie w drodze – co najmniej – ustawowej. Czy taka rewolucja jest obecnie możliwa, jak silna powinna to być moc, w jaki sposób i przed kim odpowiedzialna – to kwestia do dalszej dyskusji, niezbędnej jednak, jeśli chcemy kontynuować eksperymenty z demokracja deliberatywną.
Jeszcze jedna, niezwykle istotna, kwestia to właściwe sformułowanie problemu, o którym panel ma decydować. Stawianie pytań otwartych, na które paneliści mieliby poszukiwać odpowiedzi, mija się z celem. Pamiętajmy, że spotykają się oni 5-6 razy po kilka godzin, a połowa tych spotkań poświęcona jest na wysłuchanie ekspertów i stron. Nie ma czasu na wypracowywanie rozwiązań. Panel powinien mieć zatem głos przede wszystkim rozstrzygający – zapoznany z kilkoma wypracowanymi wcześniej, alternatywnymi strategiami rozstrzygnięcia problemu, decydowałby o wyborze jednej z nich. Propozycje strategii powinny przy tym być możliwie całościowe, nie ograniczając się tylko do wyboru rozwiązań inżynierskich i technicznych, lecz również uwzględniać skutki społeczne i środowiskowe, a także szacować koszty finansowe. Muszą to też być rozwiązania, które będą realnie możliwe do realizacji na poziomie jednostki organizującej panel. Pozostając przy przykładzie miejskich paneli klimatycznych – panel mógłby wybrać drogę, którą miasto powinno pójść, by najlepiej zaadaptować się do zmian klimatu. Rozważania o tym, że miasto ma być emisyjnie neutralne lub nawet „100% OZE” (jak to się stało w Warszawie) są mrzonkami, na poziomie komunalnym niemożliwymi do realizacji.
Maciej Huzarewicz
przez Marcin Rezik | czwartek 20 maja 2021 | opinie
Błyskawiczne fiasko Superligi, która przetrwała zaledwie kilkadziesiąt godzin, nie powinno nikogo uśpić. Idea wydzielenia osobnego formatu rozgrywek tylko dla bogatych została skompromitowana, ale na pewno nie umarła.
25 maja 1967 r., Estadio Nacional w Lizbonie. Celtic Glasgow po bramce strzelonej w końcówce meczu przez Stephena Chalmersa pokonuje w finale Pucharu Europy Mistrzów Krajowych faworyzowany Inter Mediolan. Najbardziej prestiżowe rozgrywki w Europie wygrywa szkocka drużyna, w której nie ma ani jednego obcokrajowca. Mało tego. Wszyscy piłkarze ówczesnego Celticu urodzili się w promieniu 50 km od Glasgow.
Tak się złożyło, że przed rokiem finał najbardziej prestiżowych zmagań na starym kontynencie również toczył się w Lizbonie. Trofeum zdobył niemiecki Bayern Monachium. W pierwszej jedenastce Bawarczyków wybiegło 6 Niemców. Niby nie najgorzej, ale wśród nich był tylko jeden piłkarz, którego Bayern ukształtował piłkarsko od czasów juniora. To jednak i tak o niebo lepiej niż w drużynie finałowego rywala. We francuskim PSG na boisko wybiegło dwóch piłkarzy z ojczyzny de Gaulle’a, w tym jeden wychowanek. Porównanie to dobitnie ukazuje, jak zmieniła się piłka przez ostatnie pół wieku.
W latach 90. doszło do dwóch wydarzeń, które na trwałe zmieniły charakter europejskich rozgrywek. Pierwszym z nich było przekształcenie Pucharu Europy Mistrzów Krajowych w Ligę Mistrzów. Najważniejszą cechą reformy było zastąpienie w początkowej fazie rywalizacji systemu pucharowego (gdzie przegrywający odpada po dwumeczu) zmaganiami w czterozespołowych grupach. Systematycznie również zwiększano ilość uczestników fazy grupowej, do obecnych 32, dopuszczając do rywalizacji nie tylko wicemistrzów, ale nawet drużyny zajmujące 3. i 4. miejsce (przy czym nie zdecydowano się na zmianę nazwy rozgrywek) w de facto najbogatszych ligach, choć do sezonu 2018/2019 drużyny z niższych miejsc musiały przebijać się przez kwalifikacje.
Drugim znamiennym wydarzeniem był wyrok Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej w sprawie belgijskiego piłkarza Jean-Marc Bosmana, którego kontrakt z pierwszoligowym Royal Football Club de Liège wygasł w 1990 r. Klub wysłał zawodnika do rezerw, jednocześnie obniżając mu pobory. Bosman znalazł sobie nowego pracodawcę we Francji, ale Belgowie zażądali od Francuzów kwoty odstępnego za swojego zawodnika. Bosman poszedł do sądu, oskarżając władze klubu z Liège o złamanie unijnej zasady swobodnego przepływu osób. Sprawa trafiła do TSUE, który uznał racje zawodnika, uznając, że każdy piłkarz w przypadku wygaśnięcia kontaktu z dotychczasowym pracodawcą ma prawo do swobodnego wyboru nowego klubu, a poprzedniemu nie należy się z tej przyczyny żadna kwota odstępnego. Zasady te miały obowiązywać we wszystkich federacjach piłkarskich państw należących do Unii Europejskiej.
Niewątpliwie orzeczenie TSUE poprawiało sytuację zawodników, którzy do tej pory często, już po zakończeniu zobowiązań kontraktowych, byli traktowani jak zakładnicy przez dotychczasowych pracodawców. To jednak nie wszystko. Trybunał uznał, że federacje krajowe nie mogą wprowadzać klauzul ograniczających zatrudnianie cudzoziemców, jeżeli są oni obywatelami któregoś z państw Unii Europejskiej. Orzeczenie otworzyło szeroko drzwi europejskich klubów dla piłkarzy zagranicznych. Do tego stopnia, że sytuacja, gdy w drużynie włoskiej czy angielskiej nie wybiega ani jeden rodzimy piłkarz, coraz rzadziej uważana jest za anomalię.
Po orzeczeniu TSUE hipotetycznie może powstać drużyna składająca się z europejskich piłkarzy najlepszych na swojej pozycji. O ile nie ma jednej takiej drużyny w Europie, to już w poszczególnych ligach łatwo dostrzec hegemonów, wyciągających od konkurencji najzdolniejszych zawodników. W Niemczech taką pozycję od lat ma Bayern Monachium, we Włoszech Juventus, we Francji PSG, a w Hiszpanii Real i Barcelona. Kluby te są w stanie pozyskać w zasadzie każdego zawodnika z ligi, na którego tylko mają ochotę, a dodatkowo wzmacniają skład najlepszymi piłkarzami zagranicznymi. Dzieje się to ze szkodą dla dramaturgii rywalizacji ligowej, a walka o mistrzostwo do ostatniej kolejki jest rzadkością. I tak Bayern Monachium zdobywa mistrzostwo Niemiec nieprzerwanie od 2013 r., Juventus dziewięciokrotnie wygrał rywalizację we Włoszech (w tym roku przerwaną przez równie bogaty Inter Mediolan), PSG od czasów przejęcia klubu przez Katarczyków przegrywa na swoim podwórku incydentalnie, a w hiszpańskiej Primera Division w ostatnich 20 latach tylko trzykrotnie mistrzostwa nie zdobywał ktoś z duopolu Real-Barcelona.
Europejska scena piłkarska została tak szczelnie zabetonowana, że w zasadzie nie da się zagrać na niej głównej roli bez wpompowania fortuny na transfery zawodników i zatrudnianie najlepszych trenerów. Nie można przebić szklanego piłkarskiego sufitu bez pieniędzy bajecznie bogatych inwestorów. Modelowym przykładem takiej drogi są Paris Saint-Germain oraz Manchester City. Właścicielem tych pierwszych jest, siedzący na ropie, katarski biznes. Na drugi łoży z kolei szejk Mansour bin Zayed al-Nahyan. W ciągu ostatnich kilkunastu lat na oba kluby wydano, luźno licząc, 2-3 miliardy euro, niejako wykupując sobie miejsce w europejskiej elicie. Jeszcze na przełomie lat 80. i 90. ubiegłego stulecia kluby z biednej Rumunii czy Jugosławii były w stanie wygrywać najważniejsze rozgrywki piłkarskie na starym kontynencie. W tej chwili sukcesem dla drużyn z naszej części Europy jest już gra w samej fazie grupowej, która dla największych stanowi dopiero rozgrzewkę przed poważną rywalizacją pucharową.
Ktoś może w tym momencie powiedzieć: no dobrze, ale skoro wspomniane kluby stać na wykup zawodników nie tylko od krajowej konkurencji, ale też od klubów z państw stojących niżej w piłkarskiej hierarchii, to te pieniądze muszą płynąć do mniej zamożnych. I tak, jeżeli Milan kupił Krzysztofa Piątka za 35 mln euro od Genoi, to klub z Ligurii zarobił na transferze 31 mln. Wcześniej bowiem musiał zapłacić za polskiego napastnika 4 mln euro Cracovii. Polski zespół zarobił zatem również pieniądze ogromne jak na nasze lokalne warunki. Mało tego, na każdym transferze Piątka zarabia Lechia Dzierżoniów z tytułu wyszkolenia zawodnika. I tak, po przeprowadzce snajpera z Milanu do Herthy na konto czwartoligowego klubu z Dolnego Śląska trafiło 270 tys. euro.
Czy można z tego wysnuć wniosek, że dzięki hojności możnych zyskują wszyscy, a bogactwo spływa z góry klubowej hierarchii na sam dół? Niestety tak nie jest. Po pierwsze największe pieniądze wydaje się między najbogatszymi klubami (np. rekordowe 222 mln euro, jakie PSG musiało zapłacić Barcelonie za Neymara). Za zawodnika z mniej majętnej ligi z założenia płaci się gorsze pieniądze. Poza tym, co istotniejsze, reformy rozgrywek europejskich, w których kluby mogą zarobić, zmierzają w kierunku ograniczania możliwości awansu biedniejszym, przy gwarancji uczestnictwa większej ilości przedstawicieli lig najbogatszych. Kilkanaście lat temu zauważył to Michel Platini, któremu udało się przeforsować reformę Ligi Mistrzów. Dokonano podziału kwalifikacji tak, by przedstawiciele najbogatszych lig nie mogli rywalizować o awans z mistrzami lig mniej zamożnych. Zgodnie z tym czwarta drużyna ligi angielskiej nie mogła na tym etapie rywalizować z mistrzem Polski. Zmiana spotkała się ze zdecydowanym sprzeciwem klubów skupionych w ramach grupy G-14, będącej protoplastą niedoszłej Superligi. Po raz pierwszy pojawiła się wtedy poważna groźba rozłamu w europejskiej piłce, wyciszona ugodą z FIFĄ i UEFĄ w sprawie rekompensat dla klubów za kontuzje ich zawodników w Mistrzostwach Świata i Mistrzostwach Europy.
Reforma Platiniego była jednak ostatnią próbą poprawienia sytuacji biedniejszych klubów w rywalizacji z europejskimi gigantami. Od tego czasu widzimy jak włodarze europejskiej piłki ulegają coraz bardziej żądaniom możnych, używających raz po raz straszaka w postaci stworzenia odrębnej ligi. W 2017 r. UEFA nieco zmodyfikowała łatwiejszą ścieżkę awansu dla klubów z mniej zamożnych lig, zmniejszając o jedną pulę miejsc dla klubów ze ścieżki mistrzowskiej. Co jednak bardziej istotne, zagwarantowała po cztery miejsca w fazie grupowej Ligi Mistrzów przedstawicielom czterech najbogatszych lig: angielskiej, hiszpańskiej, włoskiej i niemieckiej. Na tym szczególnie zależało europejskim potentatom, dla których ewentualny brak gry w najbardziej dochodowych rozgrywkach oznacza ogromne straty dla budżetu. Dodajmy, klubów i tak już mocno zadłużonych, co trwająca pandemia jedynie spotęgowała. Żyjące od lat na kredyt Real, Barcelona czy Juventus (tutaj chlubnym wyjątkiem jest Bayern Monachium) utraciły wpływy z biletów oraz z promocji na całym świecie.
Największe kluby europejskie są bowiem markami globalnymi, którym w coraz większym stopniu zależy na satysfakcji kibica azjatyckiego czy amerykańskiego niż wiernego fana od lat przychodzącego na stadion. W lidze hiszpańskiej już tradycją stało się rozgrywanie kilku spotkań w kolejce o godzinach wyjątkowo wczesnych jak na styl życia mieszkańców Półwyspu Iberyjskiego (między 12 a 14), aby tylko zadowolić chińskiego kibica Primera Division, oglądającego mecze w lokalnym prime timie. Od 2020 r. natomiast organizowane są rozgrywki o Superpuchar Hiszpanii w formie turnieju rozgrywanego pomiędzy czterema zespołami w… Arabii Saudyjskiej (w tym roku z powodu pandemii musiał być „przymusowo” rozegrany w Hiszpanii). Poważnie rozważano także kuriozalny pomysł rozgrywania niektórych meczów ligowych w Stanach Zjednoczonych. Hiszpania nie jest wyjątkiem. Szlak przecierali Włosi, którzy już w 1993 r. zorganizowali mecz o Superpuchar na stadionie w Waszyngtonie. Od tego czasu tradycyjny mecz między mistrzem Italii a zdobywcą pucharu rozgrywany był w Libii, Chinach, Katarze czy Arabii Saudyjskiej.
Oprócz oczywiście żądzy większego zysku (za sam udział w rozgrywkach kluby miały mieć do podziału 3,5 mld euro), u podstaw projektu Superligi stało myślenie w kategoriach globalnych, reprezentujące nieeuropejską wizję sportu. Obejmowała ona rozgrywki ze stałymi drużynami, mającymi co rok zagwarantowane miejsce w nich niezależnie od uzyskiwanych wyników, co żywo przypominały amerykańskie ligi koszykówki, hokeja czy baseballu. To nie może dziwić, skoro sponsorem ligi miała być amerykańska sieć banków inwestycyjnych JP Morgan Chase. Pewną osobliwością byłoby zapraszanie do Superligi członków niestałych, oczywiście uznaniowo wskazywanych przez samych założycieli.
Pomysł, który miał mieć siłę bomby atomowej, z dnia na dzień zmieniając rzeczywistość europejskich rozgrywek, okazał się jednak przemokniętym kapiszonem. Dlaczego? Oczywiście forma zakomunikowania światu rewolucyjnego pomysłu była fatalna. Te jaskrawe niedociągnięcia nie były jednak decydujące w tak szybkim pogrzebaniu projektu. Wydaje się, że kluczowym okazał się brak właściwego rozeznania rzeczywistości piłkarskiej przez pomysłodawców. Nie spodziewano się tak masowego i zgodnego sprzeciwu wobec Superligi ze strony europejskiej centrali, federacji związkowych, piłkarzy, mediów i kibiców. O tym, jak ważna okazała się to kwestia, świadczy fakt zajęcia stanowiska przez czołowych polityków europejskich. Prezydent Francji Emanuel Macron wyraził zadowolenie, że żaden francuski klub nie weźmie udziału w Superlidze (zaproszone było PSG), a premier Wlk. Brytanii Boris Johnson określił plany stworzenia nowych rozgrywek jako destrukcyjne dla futbolu. I to w sytuacji, kiedy aż sześć angielskich klubów miało mieć w nich zagwarantowane miejsce na stałe.
UEFA postanowiła zareagować stanowczo i zagroziła, nie tylko wyrzuceniem klubów biorących udział w secesji z wszelkich europejskich rozgrywek (co miałoby zasadnicze konsekwencje już w tym sezonie, bo na półfinalistów Ligi Mistrzów aż trzech z czterech zadeklarowało chęć uczestnictwa w Superlidze, a Ligi Europy – połowa) oraz krajowych, ale też zakazem uczestnictwa w Mistrzostwach Europy dla ich piłkarzy. Na marginesie trzeba dodać, że zdecydowana reakcja UEFY mniej wynikała z przyczyn ideowych, a bardziej z czysto ekonomicznych. Rozgrywki bez klubów generujących największe zainteresowanie postronnych kibiców przestałyby przynosić tak gigantyczne zyski, także dla europejskiej centrali piłkarskiej. Bunt możnych musiał być zresztą dla niej niemałym szokiem, tym bardziej, że kilka dni wcześniej uzgodniono reformę rozgrywek pucharowych zgodnie z interesami największych. Te mogłyby zagrać w Lidze Mistrzów nawet zajmując miejsce poniżej 4. w swojej lidze. Co szczególnie interesujące, szefem ECA, w ramach której został ustalony przyszły format Ligi Mistrzów, był wtedy Andrea Agnelli, prezes Juventusu Turyn, a także wiceprezes… niedoszłej Superligi.
Tym, co przeważyło szalę, była ulica, a konkretnie angielscy kibice wściekli, że ich ulubieńcy mogą zostać wykluczeni z Premier League. Dla fanów Chelsea ważniejsze okazały się derby Londynu z West Hamem i Fulham niż cotygodniowe starcia z Realem i Barceloną. Podobnie dla kibiców pozostałych angielskich klubów, a fani Manchesteru United wtargnęli na stadion i nie pozwolili na rozegranie meczu z Liverpoolem, nawet po tym, jak amerykańscy właściciele Czerwonych Diabłów wycofali się z Superligi. Bunt możnych chwilowo został zdławiony. Naiwnością byłoby jednak sądzić, że porzucą oni swój pomysł na nową „lepszą” piłkarską Europę.
Tak, jestem romantykiem futbolu, wciąż wierzącym, że pieniądze w tym sporcie nie są jedynym gwarantem sukcesów. Z biegiem czasu wiara ta jednak słabnie we mnie. Piłka przez ostatnie lata przeszła błyskawiczną transformację. Bez formalnego utworzenia odrębnej ligi bogaczy, piłkarska elita pieniądza uciekła daleko biedniejszym pretendentom. Nawet teraz jednak czasami Dawidowi uda się pokonać Goliata, a już sama możliwość rywalizacji z wielkim rywalem jest wydarzeniem, które kibice piłkarskiego kopciuszka wspominają latami. Jestem kibicem Wisły Kraków. Teraz drużyna jest w kryzysie, od dekady nie mogąc przebić się do kwalifikacji europejskich rozgrywek. Nie tak dawno jednak klub wygrywał ligę, a ja mogłem pasjonować się meczami z galaktycznym Realem Madryt, naszpikowaną gwiazdami Barceloną czy Interem Mediolan. W większości przypadków były to potyczki przegrane, ale zdarzały się też wielkie triumfy, jak pamiętne 4:1 nad ówczesnym wicemistrzem Niemiec, Schalke 04 Gelsenkirchen. Gdyby istniała Superliga, nie miałbym szans przeżywać takich emocji. Tak jak milionom kibiców w całej Europie, oddanym drużynom spoza elitarnej 12 czy 15, brutalnie pozbawiono by mnie marzeń.
Odebranie resztek nadziei… Tak, to byłaby największa zbrodnia Superligi.
Marcin Rezik
przez Monika Kostera | wtorek 18 maja 2021 | opinie
Jaromiła ma 60 lat. Jaromiła byłaby dziadersem, gdyby była mężczyzną. Jaromiła jest kobietą, więc jest niewidoczna. Ubiera się w brązy, mówi cichym głosem, chyba że wypowiada się na tematy rodziny i kościoła, wtedy gardłuje. Ale wtedy raczej nikt jej nie słucha, bo przyszłość nie do niej należy. Wolno jej dobrze gotować, ale nie jeździć szybko motocyklem, a już na pewno nie wolno jej oglądać się za zgrabnym męskim kształtem w autobusie. Jeanne-Louise ma 60 lat. Jeanne-Louise jest pyskata. Za Jeanne-Louise oglądają się na ulicy panowie w różnym wieku, a bywa że także panie. Jeanne-Louise ma wiele zainteresowań starych i nowych oraz uczy młodszych od siebie jak uniknąć dostania gazem po oczach podczas demonstracji. Słuchy głoszą, że Jeanne-Louise ma w domu tani czarny deszczowiec, ale sza, to nie temat na błahe felietony. Jeanne-Louise mieszka we Francji, gdzie bywa bardzo różnie, ale ludzie nie pozwalają sobie zabrać smaku życia. Jaromiła mieszka w Polsce, która bez wahania przyjęła neoliberalną definicję starości jako czegoś brzydkiego, niepotrzebnego, nieproduktywnego, co może mieć miejsce jedynie na marginesie, najlepiej niewidoczne.
A przecież Søren Kierkegaard mówił, że to, co stare, nigdy się nie nudzi, nudzą się nam tyko nowości. Jeśli posiada się coś starego w ten sposób, jest się szczęśliwym człowiekiem, bo powtórzenie stanowi piękno życia. Ewangelista Łukasz zaś przytacza słowa Jezusa, który mówił, że „kto się napił starego wina, nie chce potem młodego. Mówi bowiem: Stare jest lepsze”. Nie musi być przy tym mniej atrakcyjne, dowodem czego jest Jeanne-Louise. I wino, które pije z bardzo przystojnym mężem i przyjaciółmi.
Są bowiem dwie drogi przez życie – przez przywilej i przez cierpienie. Przywilej może być własny lub czyjś, może polegać na budowaniu pozycji swojej lub męża albo księdza proboszcza. Cierpienie też może być własne lub czyjeś, a wtedy współodczuwane, wypalone walką o prawa i godność Innego. Nie w necie, ale tam, gdzie można dostać gazem po oczach, tam, gdzie można zostać wyszydzonym i odrzuconym razem z Innym. Te dwie drogi prowadzą w zupełnie różne miejsca. A jednak produkują ten sam ilościowo wiek. Dlatego nie wierzę w wiek. Wierzę w doświadczenie. Świadome doświadczenie cierpienia uczy mądrości – nie istnieje inny nauczyciel. Można mieć dużo wiedzy i władzy, ale być idealnie pozbawionym mądrości. To właśnie jest neoliberalna starość – głupia, wypasiona władzą i pieniędzmi albo wyrzucona za margines produktywnego społeczeństwa. Neoliberalna współczesność nie akceptuje starości ani cierpienia, nie posiada także mądrości.
Ale nie jest też świętem młodości. Młodość jest niewinnością, w tym sensie, że jest poszukiwaniem, błądzeniem, intensywnością i odkrywaniem. Młodość jest niezrównoważona i niesprawiedliwa. Jest odważna, poszukuje sprawiedliwości, domaga się jej. Częściej pyta niż udziela odpowiedzi, rzadko kalkuluje, jeszcze rzadziej – wyciąga z kalkulacji wnioski. Jest bezkompromisowo twórcza, bierze wielkie ryzyko bez wahania, wszystko ocenia, ale się do tych ocen nie przywiązuje. W neoliberalnym świecie nie ma miejsca na to wszystko. Nie ma miejsca na dorastanie, poszukiwanie i popełnianie błędów, trzeba wszystko robić „od razu dobrze”, bo wymusza to wszechobecna konkurencja z jednej strony, a trwały ślad elektroniczny z drugiej. Nie można się pomylić, nie można zmienić zdania, nawet na bardziej „właściwe”, bo zawsze odnajdzie się w internecie ślad po błądzeniu. Nierzadko słyszymy o poważnych konsekwencjach wyciąganych przez pracodawców wobec różnych osób za wcześniejsze wypowiedzi w mediach społecznościowych, nawet z czasów, gdy były nastolatkami, nawet gdy są to stosunkowo mało oburzające kwestie, nawet gdy osoby te nie są osobami publicznymi.
W neoliberalnej kulturze nie ma miejsca ani dla starości, ani dla młodości. Jedno i drugie jest zbyt ekstremalne, by ta kultura mogła je zaakceptować. Współczesność uosabia hasło wellness, rozumiane jako unikanie ekstremów. Piszą o tym badacze nauk o zarządzaniu Carl Cederström i André Spicer w swojej książce poświęconej neoliberalnej kulturze szczęśliwości. Szczęśliwość ta jest obowiązkowa dla wszystkich, od dzieci, poprzez studentów, a na emerytach skończywszy, i polega na stałej, pozbawionej wahań w górę i w dół pozytywności. Nie wolno robić niczego, co niebezpieczne. Nie wolno czuć smutku. Smutek trzeba leczyć, a przede wszystkim należy się go wstydzić, bo jest współczesnym grzechem, czymś, za co ponosi się winę, którą trzeba szybko odkupić przy pomocy pozytywnego nastawienia do świata lub środków farmakologicznych. Każdy jest kowalem własnego losu i swojego szczęścia. Obowiązkiem nowoczesnego obywatela i nowoczesnej obywatelki jest zawsze czuć się jednostajnie, równomiernie uszczęśliwionym. Kto tego nie czyni, ten daje dowód swojej nieprzystawalności, swojego braku dostosowania, a zatem nie zasługuje na sukces i nagrody ani materialne, ani symboliczne. Odczuwanie smutku, ale także gniewu, także pożądania, gwałtowności serca – to wszystko jest niebezpieczne, zagraża wellness. Szczęśliwość bez smutku, bez żalu, bez namiętności, bez szczęścia.
Taką szczęśliwość nazywam apatią. O smutku napiszę innym razem. Teraz jeszcze słów kilka o społecznej moralności apatii, bo wydaje mi się, że w niej tkwi źródło współczesnej fobii wobec zarówno starości, jak i młodości. Myślę, że taka apatia wynika z imperatywu rugowania ludzkiej cielesności z współczesnej kultury. Ciało jest jak słoń w składzie neoliberalnej porcelany. Przeszkadza, zawadza, psuje. Brudzi, bałagani, a to czuwa, a to śpi, a to jest głodne, a to się zakochuje wbrew rozsądkowi. Ciało sprawia, że jesteśmy starzy, młodzi, że zmieniamy się, że różne doświadczenia nas pociągają lub odpychają.
Włosko-brytyjska profesor zarządzania Ilaria Boncori argumentuje, że współczesna kultura pogardza ciałem, odrzuca je jako możliwą i dopuszczalną formę i medium ekspresji. Język neoliberalnego pisania jest bezcielesny, czysty tak jak czysty może być jedynie algorytm. Podobnie brytyjska badaczka zarządzania Heather Höpfl podkreślała rosnącą bezcielesność naszych czasów. Jej zdaniem wstręt wobec ludzkiej cielesności wyklucza społecznie przede wszystkim kobiety, które są mniej skłonne do udawania, że nie dotyczy ich ból, fizyczna miłość, że podanie ręki nie tworzy więzi, że przytulenie drugiego człowieka nie koi jego smutku i bólu. Fizyczna obecność zmienia sens i dynamikę relacji, tworzy kontakt, który nie wygeneruje się podczas wymiany e-maili. W rozmowie twarzą w twarz trudniej jest drugą osobę zignorować, trudniej odepchnąć własne współczucie wobec cudzego cierpienia. Dlatego Höpfl nawołuje do uszanowania aspektów macierzyńskich roli szefa – szef obecny i troszczący się będzie szefem bardziej odpowiedzialnym. Ucieleśnionej organizacji nie kontroluje się tak łatwo jak abstrakcyjnej, bezcielesnej. Ale nie powinno być łatwo. Jeśli jest łatwo, to znaczy że nie jest odpowiedzialnie. Organizacje są bowiem złożonymi konstruktami i działają w bardzo złożonym otoczeniu. Boncori głosi potrzebę ucieleśnionej komunikacji, w tym też – pisania. Autorka obecna w swoim języku, w swoim tekście, świadoma fizyczności pracy, jaką jest pisanie, może być bardziej wrażliwa na inne osoby, mniej skłonna do ferowania wyroków, do odtrącania, wreszcie – do bezosobowej automatyzacji życia. Australijscy uczeni Carl Rhodes i Alison Pullen twierdzą, że dobre pisarstwo, także naukowe, musi być „brudne” w ten sposób, w jaki „brudna” jest nasza cielesność, nasza obecność na Ziemi.
„Być obecną na Ziemi” oznacza dotykać, czuć zapach, czuć smak, także smak życia, być częścią tego, co Francuzi nazywają terroir. Wdychać i wydychać nie na sali ćwiczeń, ale pod drzewem lub daleko od drzewa. Czasami skakać do góry, ale zawsze czasami spadać, dobrze jeśli na cztery, albo choćby dwie, łapy. Ziemia to grawitacja. Ziemia to kwitnięcie, dojrzewanie pod Słońcem.
Szwedzki dziennikarz społeczny Lukas Ernryd opowiada o pewnym poranku, gdy spóźnił się na zebranie. Szef spytał go, dlaczego się spóźnił. Ernryd odpowiedział, zgodnie z prawdą: „stałem z twarzą zwróconą do słońca. Przegapiłem autobus”. „Dobrze zrobiłeś!”, pochwalił go szef. O takich właśnie szefach mówiła profesor Höpfl, że są nam absolutnie niezbędni. Niemiecki profesor zarządzania Burkard Sievers podkreśla, że nasze współczesne oddzielenie myśli od ciała, człowieka od człowieka, człowieka od życia i od śmierci to przejaw diabolizacji kultury – diaballein znaczy dzielić, rozdzierać, rozpraszać, przerzucać. Żebyśmy nie wiem jak przerzucali z pustego w próżne, to nie zmieni faktu, że Ziemia jest jedna i że jesteśmy wszyscy jej dziećmi. Czas, aby nasze organizacje, nasz język i nasza mowa wróciły na Ziemię – tu jest miejsce dla starych i dla młodych. Jest miejsce dla nas wszystkich, tu i tylko tu. Nie ma miejsca na systemy niszczące życie, odbierające jego smak, apatyczne i głupie.
I chyba każdy przyzna, że warto wiedzieć, jak uniknąć dostania gazem po oczach.
prof. Monika Kostera
przez Szymon Gams | niedziela 16 maja 2021 | opinie
Mija już ponad rok od początku pandemii koronawirusa. Jeśli wierzyć zapewnieniom rządu, powoli zaczynamy wychodzić z katorgi szarego życia objętego obostrzeniami. Otwierane są szkoły, restauracje i obiekty sportowe. Wirus sam w sobie był tylko jednostką chorobową. Znacznie bardziej ważne zdaje się to, jak bardzo ujawnił on strukturalną prawdę o współczesnym świecie.
Giorgio Agamben w swojej książce dotyczącej pandemii koronawirusa („Where Are We Now? The Epidemic as Politics”) postawił problem polityczności pod groźbą śmiertelnej choroby w kategoriach pytania: gdzie jako ludzie znajdujemy się „teraz”. Ilekroć mówimy o kondycji ludzi jako gatunku, kluczowe znaczenie ma definicja tego, gdzie dokładnie jesteśmy jako ci właśnie ludzie. Ten sposób myślenia filozoficznego pomaga nam zrozumieć, co definiuje nasze akty buntu lub akty strachu czy wręcz przeciwnie – naszą społeczną apatię. Mamy do czynienia nie tylko z pandemią; mamy do czynienia także z rosnącymi dysproporcjami społeczno-ekonomicznymi. W większości krajów pierwszego świata ludzie buntują się przeciwko nowo powstałemu ładowi życia społecznego – to kolejny ważny punkt definicji obecnego stanu rzeczy. Znajdujemy się w czasie globalnego buntu. Buntujemy się przeciwko niskim płacom poprzez zrzeszanie się w związkach zawodowych, buntujemy się przeciwko ograniczeniom pandemicznym, a na koniec buntujemy się przeciwko nieludzkim prawom (takim, jak zakaz aborcji w Polsce czy sceptyczne wobec wirusa rządy, takie jak Bolsonaro w Brazylii). Jeśli na kwestie miejsca człowieka w status quo patrzy się z perspektywy trwającego buntu, jest niezwykle ważne aby pokazać skutki, jakie wywołuje tenże bunt.
Zacznijmy od prawdopodobnie najbardziej zbuntowanej grupy społecznej, jaką jest młodzież. Bunt jest immanentną figurą, która definiuje młodych ludzi. Buntować się to znaczy tworzyć własny sposób emancypacji, choćby nawet w sposób chaotyczny czy destrukcyjny. Podczas głośnych protestów w maju ‘68 roku J. Lacan powiedział zbuntowanym uczniom, że ich bunt to tylko histeria, która szuka nowego pana. Michel Foucault napisał kiedyś, że bunt przeciwko systemowi jest w pewnym sensie uczestniczeniem w tym systemie. Myślisz w tych samych kategoriach, co twoi ciemiężcy, albo reprodukujesz uciskający system. Młodzi ludzie w krajach pierwszego świata zbuntowali się przeciwko wielu obecnym strukturom współżycia społecznego. Walczą z religią, konserwatywnym światopoglądem czy rolami płciowymi. Lecz tworząc ten nowy sens ich życia sprawiają, że wpadają w nowe represyjne struktury. Struktury, które zawierają nowe zakazy i nowe nakazy etyczne.
Ogólnie mówiąc, ta walka o nowy światopogląd jest czymś dobrym – w końcu tak dokonuje się postęp historyczny. Jedynym problemem jest niepoprawne definiowanie tego buntu, które zamyka nas w bańce naszej własnej rebelii– to problem na skraju solipsyzmu, opisanego przez Marka Fishera w eseju „Wyjście z zamku wampirów”. Jeśli młodzież sądzi, że jest nieomylna, to nie jest zbuntowana, a jedynie rekonstruuje poglądy Berkeleya, uważając siebie samego za jedyny podmiot, który ma rację, którego epistemologia jest tą „dobrą”. Ta negatywna część buntu jest ujawniona w interakcjach międzyludzkich. Młodzież, starając się stworzyć nowy tolerancyjny świat, zwykle nie rozumie, że jest wielu ludzi, którzy nie są tak dobrze wykształceni, jak oni. Ile razy jeszcze młodzież będzie wymagała wzniosłej etyki od ludzi, którzy nie mają czasu na etykę, na czytanie i studiowanie – bo pracują po 12 godzin dziennie?
Bunt, który szuka zniszczenia, nie może dostrzec, że jest wiele ludzi potrzebujących wyjaśnienia tejże etyczności. A nawet – jest wielu ludzi, dla których problemy zbuntowanej młodzieży są marginalne, np. wyzyskiwani pracownicy. Rebelia nie rozumie tych zwykłych ludzi, kawiorowa lewicowa młodzież ma tendencję do odrzucania ich za brak chęci do walki o swoją sprawę – i to jest problem, to jest moment, gdzie bunt jest nowym mistrzem, to jest „zła” część młodzieży. W swoim buncie młodzi ludzie powinni szukać kontaktów z grupą najbardziej zmarginalizowaną, czyli klasą robotniczą. Sam bunt powinien być wymierzony w fundamenty danego systemu, który koniec końców rozwija swoje sidła w każdej dziedzinie życia społecznego. Jeśli nie chcemy się buntować w sposób totalitarny, w sposób, który wyklucza innych z naszego buntu, musimy zrozumieć, że największy i najważniejszy silnik zmiany to klasa pracująca. Dlaczego? Ponieważ pracownicy są największą grupa społeczną, jednocześnie inne grupy marginalizowane (takie jak społeczność LGBTQ lub kobiety) należą w większości do kategorii pracowników.
Takie podejście to cała figura człowieka zbuntowanego opisywanego przez Camusa. Człowieka, który w buncie nabiera świadomości, rozpoznaje swoją alienację i solidaryzuje się z innymi bytującymi obok niego. Bunt powinien pozwolić umożliwić zrozumienie alienacji innych osób poprzez świadomość bytowania wśród innych „cierpiących” czy umierających, tak więc bunt musi wchodzić jak najgłębiej w struktury życia społecznego i redefiniować stosunki produkcji. Walcząc o pracowników, w rzeczywistości walczymy o wszystkich z wyjątkiem tych, którzy nas marginalizują.
Myślenie o tym, gdzie jesteśmy, jest kluczem do filozofii marksistowskiej. Marksiści argumentują, że historia ludzkości jest historią walki klas, i tam też jest klucz do zrozumienia statusu quo. Podczas pandemii wirusa walka klas staje się coraz brutalniejsza, najbogatsi zarabiają na ciałach martwych robotników. Musimy zrozumieć, że Covid-19 to morderstwo społeczne. Covid-19 to wirus jak każdy inny, ale to, co definiuje go jako morderstwo społeczne, to miejsce, w którym jesteśmy jako ludzie. To nie przypadek, że pracownicy umierają z powodu wirusa, podczas gdy najbogatsi zwiększają zyski. To nie jest zbieg okoliczności, że gdy ktoś najbogatszy zachoruje na wirusa, media krzyczą o tym – podczas gdy tysiące pracowników umierają w tym samym czasie bez zainteresowania środków masowego przekazu. Również to nie przypadkowe, że przynależność do hermetycznie zamkniętej elity umożliwia szczepienia poza kolejką. Miejsce, w którym jesteśmy w tej chwili, to miejsce społecznego mordu, wielki pokój zwany planetą Ziemią, gdzie bogaci stoją w jednym rogu, a trupy robotników w drugim.
Czy to nie straszne? Tak szybko przyzwyczailiśmy się do śmierci. Wszyscy wykształceni czytający na przykład Jaspersa i jego wzniosłą tezę o sytuacjach granicznych po prostu ignorują to, że Covid-19 stworzył sytuację graniczną na całym świecie. Według Jaspersa, sytuacje graniczne pozwalają człowiekowi wyjść z alienacji i postawić pytania o to, dlaczego żyje. Jednostki ludzkie żyją w doczesności społecznej, nie zdając sobie sprawy z istoty swojego jestestwa, tę istotę miałby im przybliżyć np. kontakt ze śmiercią. Codziennie spotykamy się z sytuacjami granicznymi, słysząc jak wiele ludzi umarło tego dnia. To właśnie przeciwko temu powinniśmy się buntować! Jako młodzi ludzie, jako pracownicy. Powinniśmy zbuntować się przeciwko masowemu mordowaniu biednych, zmarginalizowanych – nie ignorować ich, jak to czynią nieraz młodzi. Covid-19 to pandemia, kapitalizm to wirus!
Problem z wieloma postawami buntu w czasie pandemii polega na tym, że nie definiują one obecnej sytuacji jako morderstwa społecznego. Młodzi ludzie buntują się przeciwko restrykcjom, ponieważ nie czują się zagrożeni; tak zwani sceptycy buntują się wobec wirusa, ponieważ w niego nie wierzą. Wszystkie te formy buntu to tylko część spektaklu – jak powiedziałby Debord. Wszystkie te formy buntu tańczą tak, jak spektakl zagra, po prostu odtwarzają morderstwo. Więc jedyny sposób na zbuntowanie się poza spektaklem jest pokazanie, że ktoś nas zabija. Ten „ktoś” to wielki biznes i korporacje oraz rządy wspierające tamtych. Kiedy 1000 najmożniejszych już odzyskało swoje straty w wyniku wirusa, najbiedniejsi będą walczyli z ekonomicznymi skutkami wirusa przez ponad dekadę – podawał raport Oxfam. Nie wszystkie osoby wyjdą z pogłębiającego się ubóstwa. Eksperci podają, że nierówności społeczne w najbliższych latach cofną światową walkę z ubóstwem o co najmniej 30 lat. Dlatego właśnie wirus nie jest tylko jednostką chorobową, na wirusa należy patrzeć szerzej, tzn. z perspektywy nieudanego buntu oraz sytuacji pracowników.
Wirus może być też ciekawie odczytany z perspektywy sytuacjonistycznej. Sytuacjonizm metodologicznie jest bliski pytaniu, które zadał Agamben – o tym gdzie się znajdujemy. Sytuacjonistyczna metoda obserwowania rzeczywistości zakłada ciągłą próbę redefiniowania sytuacji – obecnie mamy światowe morderstwo społeczne i ono powinno przyciągać nasze myśli. Dlaczego powinniśmy się na tym skupić? Ponieważ to morderstwo definiuje za nas inne sytuacje z życia codziennego. Żeby być wolnymi, musimy sami definiować sytuacje, nie oddawać tej władzy najbogatszym lub przemysłowi, który wykorzystywał Covid-19 do zwiększania zysków. Maski, ograniczenia sanitarne – to przykład tego, jak wirus na nowo definiuje sytuacje za nas i jak bunt sceptyków został zmarnowany. Maski niewątpliwie definiują za nas przeżywanie sytuacji – to jeden z flagowych argumentów sceptyków ubolewających nad niewygodnością rozwiązań sanitarnych. Jednakże to nie maski czy rząd są źródłem redefiniowania sytuacji przez jakąś wyższą siłę, one są tylko narzędziem w rękach samego spektaklu. Przecież Covid-19 można było pokonać, po prostu zatrzymując przemysł, który powoduje nagromadzenie ludzi w miejscach pracy. Wirus, który można pokonać, po prostu zatrzymując interakcje z innymi ludźmi. Taka przerwa nie musiała trwać długo – to byłaby kwestia kilku miesięcy, a tak mamy roczną tragedię, roczne nagromadzenie martwych ciał, które mimo uspokojenia sytuacji na froncie nadal się mnożą. Jednak pokonanie wirusa nie leży w interesie spektaklu, czyli światowego przemysłu.
Ta pełna zależność od biznesu, od tego, jak biznes definiuje za nas sytuację, dużo mówi o kondycji ludzkości. Hegel, w swojej nauce o państwie wysnuł tezę, że państwo winno zapośredniczyć wolność i etyczność społeczeństwa. W jego myśli państwowość jest bliska polis, gdzie każdy pełnoprawny obywatel kształtował etyczny charakter państwa-miasta. Tego właśnie zabrakło podczas pandemii – etyczności, społecznego heglowskiego kolektywu etycznego. Jako ludzie absurdyzowaliśmy etykę, przyzwyczailiśmy się do milionów śmierci, tak jak i zresztą przyzwyczajaliśmy się przed pandemią, gdzie w tle bogato zastawionych brunchów i drogiego wina umierała zagłodzona podklasa. Pandemia była jednak o tyle specyficzna, że śmiertelność systemu kapitalistycznego stała się bardziej dostrzegalna – śmierć stała się głównym tematem w debacie publicznej.
Prawdziwym ujawnieniem tego, że kapitalizm promuje absurdyzowanie śmierci, bólu czy zła, był fenomen społeczny pejoratywnie określany jako „Janusze biznesu”. Cały rok pandemii godziliśmy się na cwaniactwo, obchodzenie restrykcji i prawa – wszystko w imię „walki” z rządem lub rzekomo nieistniejącym wirusem. Media nagłaśniały takie postawy, jeszcze bardziej absurdyzując śmierć. Strajki przedsiębiorców były niczym innym jak ukazaniem degrengolady naszych stosunków społecznych, które w imię cwaniactwa odchodzą od etycznego państwa. Zmieniliśmy figurę człowieka zbuntowanego w człowieka absurdalnego, również znanego z filozofii Camusa. Imprezowe bunty przeciwko pandemii i władzy, gdzie protestujący sceptycy z piwem w dłoni odgrywali rolę tych, którzy uważają Syzyfa za szczęśliwego. Cały ten bunt był absurdem, imprezowym żartem z realnego cierpienia i realnych stosów martwych ciał. Pandemia ujawniła to, że nie tylko kapitalizm jako taki jest nieetyczny, ale również to, że nasze sposoby buntu i współżycia są nieetyczne. Dużo mówi się o etycznej konsumpcji, zrzucając konsekwencje etyczne wielu postaw z systemu na jednostki. Jest to po części prawdą, jednak to, jak jednostka zapośrednicza system, dużo mówi o samym systemie. Kapitalizm pokazał, jak bardzo degeneruje ludzi i odsuwa od wspólnotowości – nawet za cenę śmierci innych i piętrzących się stosów ciał.
Gdy mówimy o tym, gdzie dokładnie jesteśmy, to kluczowe zawsze będzie określenie aktualnych relacji społeczno-ekonomicznych. Aby to dostrzec, musimy przyjrzeć się, dlaczego i jak buntują się ludzie, żeby ukazać im, że ich bunt jest w rzeczywistości tylko reprodukcją spektaklu. Jeśli kiedyś ludzie zrozumieją, że za każdą przedefiniowaną sytuacją kryją się interesy przemysłu/biznesu, świat stanie się piękniejszy. Ślepy bunt przeciwko konkretnym sytuacjom może jedynie przyćmić źródło zakłócenia tychże sytuacji – źródło, jakim jest światowy biznes.
Szymon Gams