Niech znów połączy nas Donald Tusk – w walce!

Ile to już razy słyszeliśmy o powrocie Donalda Tuska do krajowej polityki? Frontlinerzy liberalnej publicystyki nie skrywali swoich fantazji na ten temat. Tusk na białym koniu, na czele anty-PiSowskiej rewolty, niestrudzony i porywający trybun ludowy wróci nas do starych dobrych czasów. Czasów, w których ministrowie jego rządu w drogich restauracjach za publiczne pieniądze zajadali się ośmiorniczkami, popijali je drogim szampanem i przy użyciu knajackiego języka drwili z prostych Polaczków, którzy nie wiadomo jak przeżywają w tym niesprawiedliwym kraju za swoje drobne pensyjki. Afera taśmowa, która pogrzebała rząd PO-PSL, to jaskrawy symbol buty i arogancji rządu Tuska, jego przybocznych, klakierów i świadków siepanki politycznej konkurencji.

Były premier był tak dobry w wyrzynaniu swoich partyjnych przeciwników, że ostali się jedynie Grzegorz Schetyna i Borys Budka. Ten drugi, będący „najlepszym” przewodniczącym Platformy w historii, w dwa lata stracił połowę poparcia swojej formacji. I to właśnie próba ratowania PO zdaje się jednym z głównych motywów Tuska w kwestii powrotu do Polski, która jednak za sprawą rządów PiS zmieniła się w sposób fundamentalny na przestrzeni ostatnich lat. Zarówno na gorsze (niszczenie trójpodziału władzy, ksenofobia wywyższona do cnoty władzy, bezsensowny konflikt z Unią Europejską), jak i na lepsze, szczególnie w wymiarze polityki społecznej. 500+, wprowadzenie godzinowej płacy minimalnej, podwyższenie minimalnego wynagrodzenia do poziomu połowy średniej krajowej, obniżenie wieku emerytalnego – to tylko parę zdobyczy rządów Beaty Szydło i Mateusza Morawieckiego, do których także lewica powinna odnosić się z uznaniem. Wymienione reformy społeczne zwyczajnie wzmocniły świat pracy, przywróciły poczucie godności przegranym transformacji i globalizacji. Zatrudniający nie mają już aż takiej przewagi nad pracownikami jak za czasów Tuska. Masowe śmieciówki, wypychanie na fałszywe samozatrudnienie, głodowe wypłaty, rządowa promocja „samozaradności” czy zerwanie dialogu społecznego ze związkami zawodowymi to przecież symbole rządów Platformy.

Dlatego zapowiedź powrotu Tuska do krajowej polityki można odczytywać na kilka sposobów. Po pierwsze, tuskowy renesans świadczy o ideowo-intelektualnym upadku polskich liberałów, chadeków, centrystów (czy jak tam się nazywa Platformę Obywatelską i jej środowisko medialnych akolitów). W momencie, gdy cały cywilizowany świat zastanawia się nad potrzebą pilnego dofinansowania usług publicznych oraz opodatkowania międzynarodowych korporacji w imię społecznej solidarności, PO stać wyłącznie na postawienie na jednego z najbardziej neoliberalnych polityków po 1989 roku.

Warto jednak zaznaczyć, że ten swoisty „powrót do przeszłości” stanowi zarówno olbrzymie zagrożenie, jak i niepowtarzalną szansę dla lewicy w Polsce. Powrót do „świętej wojny” między PO a PiS to niebezpieczeństwo pozbawienia politycznego tlenu wszystkich niemieszczących się między narożnikami Kaczyńskiego i Tuska. Ten jałowy, postsolidarnościowy spór między PiS-em a Platformą wyrządził już wystarczająco dużo krzywd. Rozjechał doszczętnie poczucie wspólnoty, stworzył partyjne plemiona, które krzycząc do siebie nienawistnie pogłębiają regionalne i klasowe różnice.

Odkurzenie Tuska to jednak także szansa dla lewicy, żeby w końcu raz na zawsze położyć go na łopatki, odesłać na polityczną emeryturę, skończyć z erą wiary w „dobrodziejstwa” wolnego rynku. Neoliberalne rządy Platformy utorowały drogę do władzy prawicowym populistom z PiS. Nikt, dosłownie nikt nie jest lepszym gwarantem hegemonii partii Kaczyńskiego niż były (i zapewne przyszły) lider PO. Tusk co prawda ostatnie lata spędził w Brukseli, gdzie jego polityczni przyjaciele z Europejskiej Partii Ludowej godzą się z cywilizacyjną rolą państwa dobrobytu w Europie. Jednak on sam w ostatnich latach pokazał, że jego wiara w liberalizm ekonomiczny nie zmalała. Widzieliśmy to chociażby podczas publicznego łamania kręgosłupa Aleksisowi Tsiprasowi, który został przez Merkel i Tuska zmuszony do zaakceptowania turbo-neoliberalnego planu pomocy Grecji: całego szeregu friedmanowskich reform komercjalizujących usługi publiczne i prywatyzujących szereg gałęzi greckiej gospodarki.

Tusk oczywiście będzie starał się od pierwszego dnia przewodzenia Platformie zapędzić wszystkich kijem do jednego wspólnego obozu anty-PiS. Hasłem przewodnim tej listy będzie: „Odsuniemy Kaczyńskiego od władzy, a potem się zobaczy”. Tyle tylko, że to, co nastąpi dzień po ewentualnej wygranej jednej demokratycznej opozycji, ma fundamentalne znaczenie dla lewicy. Polska socjaldemokracja jest samodzielną pod względem organizacyjnym, ideowym i moralnym siłą polityczną, która w sporze między światem pracy a światem kapitału zawsze stanie po stronie pracowników i związków zawodowych. W jaki sposób lewica ma wprowadzać państwo dobrobytu wraz z przeciwnikami progresji podatkowej? Czy można kłaniać się twórcom Polski Ludowej, która wylała fundamenty pod sukces gospodarczy III RP razem z tymi, którzy nie tak dawno ustanawiali Narodowy Dzień Żołnierzy Wyklętych? Jak reformować polski system wymiaru sprawiedliwości z tymi, którzy parę lat temu pełni pasji bronili wejścia ABW do redakcji „Wprost” oraz stosowali areszty wydobywcze dla kibiców? Czy wprowadzenie emerytur stażowych będzie możliwe z antyzwiązkowymi liberałami?

Powrót Tuska będzie stanowił dla lewicy wyzwanie. Będzie także egzaminem dojrzałości dla tych polityków, którzy dopiero od niedawna zasiadają w poselskich ławach. W ostatnich miesiącach parlamentarna lewica przeżyła bezpardonowy atak polityków PO i jej całego medialnego zaplecza. Przy głosowaniu nad Krajowym Planem Odbudowy nie zadrżała im ręka. SLD, Wiosna, Razem i PPS pokazały, że potrafią działać samodzielnie i odważnie. Niech powrót Tuska nas połączy! W walce o urzeczywistnienie konstytucyjnego zapisu: „Rzeczpospolita Polska jest demokratycznym państwem prawnym, urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej”!

Bartosz Rydliński

tu mógł być twój ulubiony tekst, ale nie warto

***

 

celebrytka na Barbados lamentuje nad książeczką,
demokracją rozprzedaną i że śmiał to ktoś poświęcić
te swobody, wolny wybór, jej wycieczki do teatru,
więc porzuci tępy naród i nam grozi emigracją
narzekając na bolszewię, kompromisy, co dla rządu
są paliwem nieodzownym, a więc wstrzymać się od głosu
nad śmieciówką, nad podwyżką, bo to w wolność jej tak godzi
kiedy ludzie coś zarobią – w końcu liczą się wartości
że sprzedano znów feminizm i te strajki nad aborcją
no bo przecież prawa kobiet to szefowa w dużym korpo

obrażony na lewicę pan reżyser, bo to zdrada,
że się z PiS-em ktoś dogadał i zbudują nam mieszkania
więc bolszewia, nowy Stalin, rozdawnictwo i coś jeszcze,
ale nie wiem, co dokładnie, bo się zapluł pisząc brednie
woła pomsty, elaborat znów wyklepał w social mediach,
bo zdradziła go lewica i że PiS mu niszczy klimat,
a więc bluzga, że wydmuszka i że, kurwa, znowu Budka
i że Biedroń ma do Słupska i w ogóle znowu kurwa
rozczulony tym warcholstwem jakby pisał tak jak Szekspir,
choć nie pisał Króla Leara – zamiast tego zrobił Lejdis

zatroskana pani poseł, co znów martwi się twym losem,
że sprzedałeś tanio prawa i znów rządzić będzie moher
bo nieważne są fundusze ani ile płaci FedEx
po co komu służba zdrowia, przecież tanio jest w Luxmedzie

publicysta na Twitterze, co go dręczy ciągły meltdown
bo znów Polskę ktoś mu sprzedał i zadręcza wolne media
te od platform dla faszystów, artykułów o mieszkaniach
(metr za dychę pod Warszawą – bo to przecież jest okazja)
reportaży o patoli, co obszczywa polskie wydmy
i się wozi na wakacje za podatki publicysty
dziękujemy wolna praso za laurki dla Kulczyków
przypomnienie żeby wstawać i że los swój można wykuć
ciężką pracą, uśmiechaniem no i zmysłem gospodarczym
teraz skanduj WOLNE MEDIA – każą płacić nam podatki

pouczajcie i strofujcie i nam mówcie, co nam wolno
wielka kasto celebrycka – to wam również ten chuj w dziąsło

Piotrek Kolasiuk

Nie pragniecie hygge – pragniecie socjaldemokracji

Hygge stało się w zachodnim świecie bardzo popularne jako przytulny, uspokajający trend w aranżacji otoczenia człowieka. Ale bezpieczeństwa i intymności, jakie ma wywoływać, nie da się osiągnąć samymi świecami zapachowymi – wymaga to powstania socjaldemokracji.

Są święta i pragniemy wygody. Chcemy zwinąć się w kłębek w pluszowym fotelu przy kominku. Chcemy najbardziej miękkich koców i najbardziej wełnianych swetrów. Chcemy pochłaniać babcine krówki orzechowe, napić się ajerkoniaku z kuzynami i po raz trzydziesty czwarty obejrzeć „Cud na 34. Ulicy” – ulubiony film twojej mamy. A może nie lubisz świątecznych spotkań rodzinnych, ale podoba ci się pomysł popijania grzańca i grania w gry planszowe z kilkoma bliskimi przyjaciółmi, gdy na zewnątrz pada śnieg i migoczą światełka?

Ale nie możesz tego mieć, bo nie stać cię na bilet lotniczy. Albo twoi krewni są na miejscu, ale czasy są napięte, a rezygnacja z pensji za nadgodziny przepracowane podczas świąt wydaje się nieodpowiedzialna. Może to wszystko przypadkowo się tak ułożyło, ale nie możesz się zrelaksować. Zaglądasz do skrzynki e-mailowej, niespokojny o pracę, która nie jest wykonywana. Robisz zakupy w ostatniej chwili, na wyprzedażach, oszczędzając każdy grosz, i myślisz, że Scrooge miał trochę racji. Albo chowasz się w swojej sypialni z czasów dzieciństwa, oglądasz telewizję i przewijasz media społecznościowe, ponieważ rzadka przerwa od presji codziennego życia jest bardziej okazją do zniknięcia niż do świętowania i wesołości.

Tak czy inaczej, czujesz się okropnie, bo wiesz, że ktoś gdzieś dosłownie piecze kasztany na otwartym ogniu, a tobie świętowanie przelatuje przed nosem. Duńczycy mają słowo na określenie rzeczy, której u nas desperacko pragniesz, ale której nie możesz mieć: hygge. Pochodzi ono od norweskiego terminu oznaczającego „dobre samopoczucie”, ale współczesna duńska definicja ma znacznie szersze znaczenie.

W „The Little Book of Hygge: Danish Secrets to Happy Living” autor Meik Wiking pisze: „Hygge dotyczy atmosfery i doświadczenia, a nie rzeczy. Chodzi w nim o bycie z ludźmi, których kochamy. Poczucie domu. Poczucie, że jesteśmy bezpieczni, że jesteśmy chronieni przed światem i możemy porzucić czujność”.

Hygge można doświadczyć o każdej porze roku, ale Duńczycy mocno kojarzą je z Bożym Narodzeniem, najbardziej hyggeligowym okresem w roku. Na pytanie, co najbardziej kojarzy im się z hygge, Duńczycy odpowiadali w kolejności ważności: gorące napoje, świece, kominki, Boże Narodzenie, gry planszowe, muzyka, wakacje, słodycze i ciasta, gotowanie i książki. Siedmiu na dziesięciu Duńczyków twierdzi, że hygge najlepiej doświadczać w domu, a nawet mają na to słowo – hjemmehygge, „domowe hygge”.

Ale Wiking podkreśla, że chociaż hygge ma silne właściwości estetyczne, to coś więcej niż suma jego części. Nie tylko je widzisz, ale także czujesz.

„Hygge wskazuje, że ufasz tym, z którymi jesteś i temu, gdzie jesteś” – pisze – i że rozszerzyłeś swoją strefę komfortu, aby objąć innych ludzi i czujesz, że możesz być pośród nich całkowicie sobą”. Przeciwieństwem hygge jest alienacja.

To nie przypadek, że ta koncepcja jest zarówno rodzima, jak i powszechnie rozumiana w tym samym kraju, który konsekwentnie dominuje w World Happiness Report i innych corocznych badaniach ogólnego zadowolenia. W rzadkich przypadkach, gdy Danię wyprzedza inny kraj, zawsze jest to jeden ze skandynawskich sąsiadów.

To, co sprawia, że ludzie w tych krajach są szczęśliwsi niż reszta z nas, jest naprawdę proste. Duńczycy i ich sąsiedzi mają większy dostęp do poszczególnych elementów szczęścia: czasu, towarzystwa i bezpieczeństwa.

Skandynawowie nie mają tych rzeczy tylko dlatego, że cenią je bardziej albo z powodów kulturowych, które są wrodzone, niepodrabialne i poza naszym zasięgiem. Ludzie na całym świecie cenią czas, towarzystwo i bezpieczeństwo. To, co mają Skandynawowie, to układ polityczno-gospodarczy, który bardziej ułatwia regularne korzystanie z tych wartości. Taka umowa społeczna nazywa się socjaldemokracja.

Polityczność hygge

Dania nie jest krajem socjalistycznym, choć, podobnie jak sąsiednia Szwecja, w latach 70. zbliżyła się do kolektywizacji przemysłu. Ten wysiłek był napędzany przez „związki zawodowe, ruchy ludowe i partie lewicowe”, piszą Andreas Møller Mulvad i Rune Møller Stahl w „Jacobinie”. „To właśnie te masowe siły – a nie życzliwe elity, starannie rozważające alternatywy przed podjęciem decyzji o oświeconej mieszance kapitalizmu i socjalizmu – były architektami i impulsem stojącym za modelem nordyckim. To one są odpowiedzialne za uczynienie krajów nordyckich jednymi z najszczęśliwszych i najbardziej demokratycznych na świecie”.

Silna ofensywa kapitalistyczna powstrzymała tę skandynawską koalicję przed przejściem do socjalizmu, a spuścizna jej wysiłków stanowi ostrożny kompromis. Sektor prywatny utrzymuje się, ale podatki są zarówno progresywne, jak i wysokie. Wydatki publiczne stanowią 55 procent całkowitego PKB, co czyni go krajem trzecim na świecie pod tym względem. Siłę pracodawców częściowo równoważą silne związki zawodowe, do których należą dwie trzecie Duńczyków.

Ten redystrybucyjny układ znacznie zmniejsza rozwarstwienie klasowe charakterystyczne dla kapitalizmu. W rezultacie Dania ma jeden z najwyższych wskaźników równości ekonomicznej na świecie. Główne wydatki publiczne przeznaczane są na finansowanie państwa opiekuńczego. Każdy wpłaca i wszyscy odbierają nagrodę. Ten egalitarny, humanitarny i solidarny model pozwala rozkwitać wartościom związanym z hygge. Daje też ludziom więcej możliwości działania na ich podstawie.

W Danii opieka zdrowotna jest, jeśli chodzi o świadczenie usług, bezpłatna. To samo dotyczy edukacji – przez całą drogę ucznia, w college’u, a nawet na studiach podyplomowych. Dwadzieścia procent duńskich zasobów mieszkaniowych to lokale socjalne, o regulowanych czynszach i wspierane finansowo przez państwo, ale będące wspólną własnością lokatorów i zorganizowane zgodnie z „tradycją partycypacji lokatorów i samorządności”. Dania oferuje roczny płatny urlop rodzicielski i gwarantuje powszechną opiekę dla wszystkich dzieci, począwszy od momentu zakończenia urlopu, czyli od chwili, kiedy dziecko ukończy rok.

Podobnie, w dużej mierze ze względu na dawną i obecną siłę związków, Dania posiada przyjazne dla pracowników przepisy i standardy pracy, zapewniające bardziej harmonijną równowagę między życiem zawodowym a prywatnym. Duńczycy otrzymują pięć tygodni płatnego urlopu plus dodatkowe wolne na dziewięć świąt państwowych. W przeciwieństwie do Stanów Zjednoczonych, Dania prowadzi krajową politykę płatnych zwolnień chorobowych. Dania ma również hojne zasiłki dla bezrobotnych i program dopłat do wynagrodzeń dla osób, które chcą pracować, ale z przyczyn od siebie niezależnych potrzebują bardziej elastycznych rozwiązań.

Normalny tydzień pracy w Danii wynosi trzydzieści siedem godzin i ludzie zwykle się tego trzymają. Tylko 2 proc. Duńczyków deklaruje, że pracuje bardzo długo. W badaniu krajów OECD Dania zajęła czwarte miejsce pod względem liczby osób spędzających najwięcej czasu na rozrywce i dbaniu o samych siebie. Stany Zjednoczone zajmują 30. miejsce.

Wszystko to ma głęboki wpływ na zdolność jednostek do odczuwania przyjemności, zaufania, komfortu, intymności, spokoju umysłu – i oczywiście połączenia tych rzeczy, czyli hygge.

Po pierwsze, doba ma tylko tyle godzin, ile ma. Niektóre zajęcia nas uszczęśliwiają, a inne unieszczęśliwiają. Badanie Princeton Affect and Time Survey wykazało, że czynności, które sprawiają nam najwięcej radości, to zabawa z dziećmi, słuchanie muzyki, przebywanie na świeżym powietrzu, chodzenie na imprezy, ćwiczenia, spędzanie czasu z przyjaciółmi i zabawa ze zwierzętami. Są to również czynności, które Duńczycy kojarzą z hygge. Te, które sprawiają, że jesteśmy najmniej szczęśliwi, to płatna praca, prace domowe, utrzymanie i naprawy w domu, załatwianie sprawunków, osobista opieka medyczna i dbanie o zobowiązania finansowe.

Każdy musi wykonywać czynności z kategorii „nieszczęśliwych”, aby utrzymać porządek w swoich sprawach. Ale ma sens to, że zdejmiemy część tych obowiązków z barków obywateli i zaprojektujemy gospodarkę tak, aby dać im więcej czasu na czynności z „kategorii szczęścia”. Będą wtedy bardziej zadowoleni i będą prowadzić wzbogacające życie.

Wielu Amerykanów z klasy robotniczej nie ma zbyt wiele czasu na zajęcia z „kategorii szczęścia”, ponieważ wykonują wiele prac lub pracują przez wiele godzin, a także muszą utrzymywać porządek w gospodarstwie domowym bez niczyjej pomocy. Wielu z nich boi się, że jeśli poświęcą trochę mniej czasu na swoje stresujące obowiązki, to przeoczą coś ważnego i pozostaną w tyle. I nie będzie żadnej siatki bezpieczeństwa, aby ich złapać – to wszechobecny niepokój, który zakrada się w hierarchię klasową. Rodzi to alienację, a nie intymność.

W dodatku ludzie pracy w krajach wysoce kapitalistycznych, gdzie życie gospodarcze charakteryzuje się bezwzględną konkurencją, a karą za przegranie tej konkurencji jest nędza, mają skłonność do nawiązywania ze sobą wrogich stosunków, co nie jest zbyt hygge.

Model socjaldemokratyczny opiera się raczej na solidarności: oboje z sąsiadem płacimy podatki, abyśmy oboje mogli żyć na wysokim poziomie. Dbamy o siebie nawzajem na podstawie obietnicy, że każdy będzie pod opieką. Pracując razem, a nie przeciwko sobie, oboje otrzymujemy to, czego potrzebujemy. Uniwersalne programy społeczne, takie jak te, które tworzą skandynawskie państwa opiekuńcze, są więc motorem solidarności. Udowadniają ludziom, że ich sąsiad nie jest przeciwnikiem ani przeszkodą, lecz partnerem w budowaniu i utrzymywaniu społeczeństwa.

Konfrontując ludzi ze sobą, neoliberalny kapitalizm promuje podejrzliwość i wrogość. Często przekłada się to na podziały społeczne i manifestuje się jako rasizm, seksizm, ksenofobia i tak dalej. Ale sprawia także, iż ludzie są ogólnie ostrożni i aspołeczni. Ludzie żyjący w socjaldemokracji są dalecy od niewrażliwości na uprzedzenia i mizantropię, ale układ społeczny nadal bardziej promuje życzliwość, zaufanie i dobrą wolę niż robiłby to neoliberalny kapitalizm – i rzeczywiście, Duńczycy są jednymi z najbardziej ufnych ludzi na świecie, w takim samym stopniu w stosunku do przyjaciół i obcych.

Jedno z tych rozwiązań polityczno-ekonomicznych wzmacnia więź ludzi z podwalinami szczęścia i hygge — wolnym czasem, towarzystwem i bezpieczeństwem — podczas gdy drugie je zrywa. Obfitość lub niedobór tych podwalin stanowi materialną podstawę życia społecznego.

Zasady dotyczące atmosfery miejsca

Hygge to nie tylko ekscentryczne zjawisko kulturowe. To owoc polityki, a zadanie jego kultywowania ma charakter polityczny. Amerykanie mają kłopot ze zrozumieniem tego faktu.

Kilka lat temu przez Stany Zjednoczone przetoczyła się lawina książek, blogów i vlogów zorientowanych na hygge. Ale nawet gdy tęskniliśmy za przytulnością, staraliśmy się wyobrazić ją sobie jako coś więcej niż aspiracyjną estetykę.

Jedna z książek o designie hygge, napisana przez dwoje Amerykanów, zawierała serię wywiadów z amerykańskimi trendsetterami. Na pytanie, jak stworzyli hygge w domu, jeden z nich odpowiedział: „Kluczowe są oczywiście faktura i kolor. Lubię równowagę skór owczych, aksamitu i drewna”. Na pytanie, co znaczy dla niej hygge, druga autorka odpowiedziała listą motywów wystroju wnętrz: gramofonów, recyklowanego drewna, staroświeckich żarówek, starej maszyny do pisania, kilimowych poduszek.

Książka ta propaguje tezę, że hygge jest niewypowiedzianym uczuciem. Ale nie pokazuje warunków społecznych wymaganych do wytworzenia tego uczucia.

To, że hygge stało się amerykańskim trendem, nawet w zniekształconej formie, było znakiem, iż dostrzegamy w naszej kulturze fakt jakiegoś niedoboru i tęsknimy za alternatywą. Ale nawet gdy uznaliśmy niematerialne właściwości hygge, nadal zakładaliśmy, że można je uzyskać dzięki indywidualnym wydatkom konsumentów. Rzadko przychodziło nam do głowy, że odpowiedzią są zbiorowe wydatki socjalne.

Skandynawowie wiedzą jednak, że hygge to nie indywidualny styl życia do kupienia, lecz zbiorowe zjawisko społeczne zakorzenione w rzeczywistości politycznej. Pod wystrojem i atmosferą kryją się zasady, pewien program. W swojej książce Wiking stwierdza to wyraźnie: „Istnieje szerokie poparcie dla państwa opiekuńczego. Wsparcie to wynika ze świadomości, że model opieki społecznej zamienia nasze zbiorowe bogactwo w dobrostan. Nie chodzi o to, że po prostu płacimy podatki – lecz inwestujemy w nasze społeczeństwo. Kupujemy jakość życia. Kluczem do zrozumienia wysokiego poziomu dobrostanu w Danii jest zdolność modelu opieki społecznej do zmniejszania ryzyka, poziomu niepewności i niepokoju wśród obywateli oraz zapobiegania skrajnemu nieszczęściu”.

Inna książka, zatytułowana „The Hygge Life”, napisana przez dwoje skandynawskich autorów, mówi mniej więcej to samo: „W Skandynawii rząd dba o wiele podstawowych usług życiowych, takich jak opieka nad dziećmi, edukacja i opieka zdrowotna. Zasady hygge pojawiły się w całym regionie po części dlatego, że jego mieszkańcy nie muszą ponosić ciężaru odpowiedzialności za wiele kosztownych potrzeb życiowych – ani przeżywać niepewności i niepokoju, które towarzyszą temu ciężarowi”.

Socjaldemokracja nie może rozwiązać wszystkich naszych problemów. Jednym sporym problemem, którego nie może rozwiązać, jest jej własna kruchość.

Jeśli kapitaliści nadal będą istnieć, to nadal będą wyzyskiwać pracowników i gromadzić bogactwo, i użyją tego bogactwa do budowy władzy politycznej, którą będą dzierżyć, aby podkopać samą demokrację socjalną. Dzieje się to teraz w skandynawskich socjaldemokracjach, gdy rządy neoliberalne, w tym niektóre partie socjaldemokratyczne, prywatyzują dobra publiczne i zrywają dwudziestowieczny kompromis pracy i kapitału. Wprowadzenie nawet łagodnych „oszczędności budżetowych” podwoiło liczbę Duńczyków żyjących w ubóstwie od 2002 r. (choć nadal jest to mniej niż jedna trzecia wskaźnika ubóstwa w Stanach Zjednoczonych).

Socjaldemokracja nie może też z pewnością zagwarantować hygge. Nie gwarantuje, że śnieg w Wigilię będzie uroczo padał za oknem ani że nasze świąteczne spotkanie będzie przytulne i biesiadne. Jak napisał Corey Robin w „Jacobinie”, właściwy system polityczno-gospodarczy może w najlepszym razie obiecać „przekształcenie histerycznej nędzy w zwykłe nieszczęście”. Reszta zależy od nas. Musimy przycinać własne drzewa i kochać naszych sąsiadów.

Ale socjaldemokracja – a nawet rzeczywisty socjalizm – może ułatwić zdobycie czasu, towarzystwa i bezpieczeństwa. To niemały wyczyn.

W ten sposób może położyć materialne fundamenty pod społeczeństwo bardziej w stylu hygge, w którym ludzie są szczęśliwsi i swobodniejsi, a panującą zasadą nie jest alienacja, lecz solidarność.

Meagan Day

Tłum. Magdalena Okraska

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się na stronie internetowej czasopisma „Jacobin” w grudniu 2018 r.

 

Żyjąc w raju utraconym. Kapitałocen, zmiany klimatu i klęski żywiołowe

W ostatni dzień 2019 r. – roku rekordowych temperatur, szalejących pożarów i burz tropikalnych – Chiny ogłosiły światu, że w Wuhan pojawił się nowy wirus. Początkowo problem został zignorowany przez światową opinię publiczną. Wtedy jeszcze nikt nie spodziewał się, że pandemia COVID-19 będzie wydarzeniem, które wywróci do góry nogami cały świat. Nowy wirus doprowadził do śmierci milionów ludzi, pogłębił nierówności i zapoczątkował największą recesję od prawie 100 lat. Wydarzenia minionego roku pokazują, że znajdujemy się w momencie cywilizacyjnego przesilenia. Koronawirus to manifestacja stanu chronicznego przeciążenia ekosystemów. Dzisiaj jedna iskra wystarczy, aby wzniecić płomień.

Żyjemy w świecie, który nieustannie produkuje stany wyjątkowe. Globalna gospodarka wytwarza złożoną sieć zależności, które prowadzą do outsourcingu przemocy, zanieczyszczeń i wyzysku ze światowego centrum do peryferii, oraz do deterytorializacji takich zjawisk jak epidemie, kryzysy finansowe czy zmiany klimatyczne. Pamiętacie, jak w 2007 r. wybuchła bańka spekulacyjna na rynku nieruchomości w Stanach Zjednoczonych? Wszyscy pamiętamy kryzys finansowy tamtych lat, ponieważ dotyczył każdego, mimo że nikt z nas nie odpowiada bezpośrednio za nadużycia amerykańskiego sektora finansowego. Globalizacja połączyła wszystkie rejony świata w jeden wrażliwy organizm. W konsekwencji pojedyncze, z pozoru nieistotne zdarzenia mogą zmienić życie miliardów ludzi.

Po wybuchu pandemii COVID-19 niektórzy komentatorzy porównywali to wydarzenie do czarnego łabędzia. Czym jest czarny łabędź? Wydarzeniem niezwykle rzadkim, znajdującym się na samym krańcu ogona rozkładu prawdopodobieństwa, ale wywierającym olbrzymi wpływ na świat. O czarnym łabędziu mówiono wiele po wybuchu kryzysu finansowego w 2008 r. Za pomocą tego pojęcia tłumaczono, jak to możliwe, że modele prognozujące ryzyko nie przewidziały nadchodzącego krachu. Postrzeganie kryzysów w kategoriach zjawisk trudnych do przewidzenia jest wygodne, ponieważ rozmywa poczucie odpowiedzialności. Kryzysy powinniśmy jednak postrzegać systemowo. Źródłem pandemii COVID-19 był najprawdopodobniej wirus odzwierzęcy, przeniesiony przez osobniki tradycyjnie unikające człowieka, które zetknęły się z gatunkiem ludzkim na fali wytrzebiania bioróżnorodności. To nie przypadek doprowadził do tragedii, lecz lata zaniedbań w sferze ochrony środowiska, zdrowia publicznego i finansowania badań epidemiologicznych.

Pandemia COVID-19 to bez dwóch zdań wielkie zagrożenie. Skuteczne zaszczepienie populacji i kontrola kolejnych mutacji wirusa to największe wyzwania na najbliższe lata. Nie pozwólmy jednak, aby zakończenie pandemii uśpiło naszą czujność. Kryzys wywołany przez COVID-19 jest nieodłącznie związany z kryzysem klimatycznym. Koronawirus to przedsmak świata, w którym możemy żyć za około 50 lat. Świata klęsk żywiołowych, głodu i wojen klimatycznych. W tym wypadku zmiany mogą być jednak znacznie bardziej dotkliwe i nieodwracalne.

Powinniśmy byli słuchać naukowców, którzy od dziesięcioleci ostrzegali, że czeka nas pandemia. Dziś rozwagi wymagają od nas kwestie klimatyczne. Trzeba działać, zanim będzie za późno.

Jak straciliśmy kontrolę

W 2015 r. dziennikarka „New Yorkera” Elizabeth Kolbert otrzymała Nagrodę Pulitzera za książkę pt. „The Sixth Extinction: An Unnatural History”, w której zebrała oraz omówiła dowody naukowe na to, że żyjemy w okresie szóstego masowego wymierania gatunków. Gady, płazy, ryby, ptaki, ssaki, a nawet rośliny są zagrożone wyginięciem. Szacuje się, że tempo wymierania gatunków jest obecnie około 100 razy szybsze niż naturalne. Do tej pory Ziemia doświadczyła pięciu masowych wyginięć. Wraz z wyginięciem większości gatunków życie na planecie zostaje odtworzone. Drastyczną zmianę warunków klimatycznych przeżywają tylko prymitywne organizmy, z których w perspektywie milionów lat powstaje bardziej zaawansowana forma życia. Za jeden biologiczny reset odpowiadał meteoryt. Tak wyginęły znane nam z książek dinozaury. Za pozostałe cztery – gazy cieplarniane. Czy ludzie podzielą los dinozaurów? Jeżeli nic się nie zmieni, to jest to bardzo prawdopodobne. Szóste masowe wymieranie gatunków różni się jednak od poprzednich tym, że jego przyczyna leży w działalności ludzkiej.

Za szkody wyrządzone przyrodzie do tej pory odpowiada głównie gospodarka człowieka. Największym zagrożeniem przyszłości są jednak zmiany klimatu i związany z nimi wzrost globalnych temperatur. Średnia temperatura powierzchni ziemi wzrosła o ponad 1°C od czasów epoki przedprzemysłowej. To efekt emisji gazów cieplarnianych, które pochodzą ze spalania surowców kopalnych wykorzystywanych przez człowieka do zdobywania energii. Bez energii cieplnej nie zasililibyśmy maszyn, które wykorzystujemy do powiększania rozmiarów naszej gospodarki. Nie bylibyśmy również w stanie ogrzać naszych domów, kiedy temperatury spadają poniżej akceptowalnego poziomu. Nie ma wątpliwości, że energia jest nam niezbędna do życia. Dzięki paliwom kopalnym rozwój świata znacznie przyśpieszył, a miliony ludzi wyszły z ubóstwa.

Emisja gazów cieplarnianych zaczęła rosnąć wraz z rewolucją przemysłową, ale początkowo bardzo powoli. Wielu z nas postrzega globalne ocieplenie jako swego rodzaju dług moralny, narastający od początku rewolucji przemysłowej. Taka perspektywa jest jednak błędna. W rzeczywistości ponad połowa węgla wydalonego do atmosfery z paliw kopalnych została wyemitowana zaledwie w ciągu ostatnich trzech dekad. W dodatku głównym emitentem były państwa wysoko rozwinięte, które skok rozwojowy mają dawno za sobą. W 1992 r. Organizacja Narodów Zjednoczonych ustanowiła oficjalny konsensus naukowy w sprawie zmian klimatu i wyznaczyła ramy walki z globalnym ociepleniem. W tym samym roku amerykański polityk Al Gore wydał książkę „Ziemia na krawędzi”, w której opisywał, jak niebezpieczny kierunek mogą obrać zmiany klimatyczne, jeżeli ludzkość nie zacznie działać. Od tego czasu wyrządziliśmy Ziemi więcej szkód niż przez wszystkie ostatnie tysiąclecia.

Niewątpliwie człowiek prowadził grabieżczą gospodarkę środowiskową od setek lat, ale skala strat nigdy nie była tak poważna. Dopiero pojawienie się kapitalizmu i powojenne przyspieszenie uprzemysłowienia spowodowały, że sytuacja wymknęła się spod kontroli. Nieraz słyszymy, że żyjemy w epoce antropocenu. Czym jest antropocen? Okresem w geologicznych dziejach ziemi, w którym to człowiek w największym stopniu kształtuje globalny ekosystem. Redukowanie odpowiedzialności za zmiany klimatyczne do naturalnej dysfunkcjalności gatunku ludzkiego jest jednak wygodne. Pomaga rozmyć odpowiedzialność. Sprowadzić tragedię do prostego stwierdzenia: „tak musiało być, ponieważ tacy jesteśmy”. Jacy dokładnie? Chciwi, wiecznie nienasyceni i żądni władzy nad światem. Katastrofa klimatyczna to jednak de facto wina nie człowieka, lecz systemu gospodarczego, w którym człowiek od pewnego czasu żyje. To wolnorynkowy kapitalizm fetyszyzuje nieskrępowaną niczym konsumpcję i ciągły wzrost gospodarczy. To w kapitalizmie dobrobyt mierzymy za pomocą PKB, który nie uwzględnia skali zniszczeń środowiskowych. Socjolog Jason W. Moore proponuje zatem, żeby, zamiast o antropocenie, mówić o kapitałocenie. Epoce, w której to nie człowiek rządzi, a kapitał. I to kapitał prowadzi nas do katastrofy.

Piekło na ziemi

Co nas czeka w przyszłości? Czy jest jeszcze jakaś nadzieja? Na ile możemy liczyć na dotychczasowe ustalenia międzynarodowe w sprawie przeciwdziałania zmianom klimatycznym? To niewygodne pytania, od których staramy się uciekać, ale warto udzielić na nie odpowiedzi.

Według dostępnej wiedzy sytuacja jest zła i trzeba działać tu i teraz. Jeżeli natychmiast nie zredukujemy emisji w zasadzie do zera, to do 2030 r. temperatura wzrośnie o 1,5°C, do 2100 r. powyżej 4°C, a później 3 razy tyle. Konsensus naukowy mówi o tym, że 2°C to punkt krytyczny. Po jego przekroczeniu zmiany klimatu zaczną postępować kaskadowo i nie będziemy mogli zrobić już nic, aby je powstrzymać. Jednak nawet wzrost temperatury do 2°C wiąże się z tragicznymi konsekwencjami. Czekają nas między innymi zabójcze dla rolnictwa i ludzi fale upałów oraz susze, niedobory wody, postępujące wymieranie gatunków, topnienie lodowców, a co za tym idzie potężny kryzys humanitarny. Według badań odsetek ludzi narażonych na nieakceptowalne zagrożenie życia w co najmniej dwóch z trzech dziedzin, takich jak dostęp do wody, energii czy żywności, obejmie prawie 1/3 ludzkości, z czego ponad 90% przypadków dotyczyć będzie Azji i Afryki. Kryzys dotknie w pierwszej kolejności najuboższych części świata, co czyni go jeszcze bardziej dotkliwym.

A co się stanie, jeśli przekroczymy granicę 2°C? W rzeczywistości jesteśmy bowiem na prostej drodze do tego, aby do końca wieku osiągnąć wzrost temperatury nawet o 4°C. Jeżeli uwzględnimy porozumienia paryskie z 2016 r., które niestety są dobrowolne i nie nakładają bezwarunkowego obowiązku redukcji emisji CO2 na państwa, to temperatury wzrosną o około 3°C. Tak wysoki wzrost temperatur wiązać będzie się z tym, że zjawiska pogodowe, które dziś uznajemy za anomalie, na przykład pożary lasów, powodzie, huragany czy susze, staną się codziennością. Kraje basenu Morza Śródziemnego, takie jak Hiszpania, Włochy i Grecja, będą pustynnieć, a region Bliskiego Wschodu nie będzie się nadawał do życia. Będziemy mieli do czynienia z klęską humanitarną na niespotykaną do tej pory skalę. Miliony ludzi z ubogiego Południa zmuszone zostaną do migracji na Północ. Pojawią się uchodźcy klimatyczni i wojny o podstawowe zasoby, jak żywność czy woda.

To wszystko w ramach nadal dość realistycznych scenariuszy. A co jeśli będzie gorzej? Co jeżeli naukowcy, mający zawodową skłonność do przedstawiania ostrożnych prognoz, mylą się, a zmiany klimatu przybiorą znacznie szybszy i tragiczniejszy w skutkach przebieg? W 2017 r. amerykański dziennikarz David Wallace-Wells prześledził znacznie bardziej pesymistyczne scenariusze i przedstawił je w formie artykułu, który szybko stał się najczęściej czytanym w historii „The New York Times”. Tekst zaczyna się od stwierdzenia: „Jeśli twój niepokój związany z globalnym ociepleniem jest zdominowany przez obawy o podniesienie się poziomu mórz, to ledwo pojmujesz, jaki terror rzeczywiście nas czeka”. Wallace-Wells twierdzi, że obowiązujące modele klimatyczne mogą nie doceniać stopnia ocieplania się ziemi. W artykule rozważa scenariusze wzrostu temperatur nawet o 8°C. Co oznaczałby taki wzrost? Mniej więcej tyle, że nasza planeta zupełnie nie nadawałaby się do zamieszkania przez ludzi. Ziemia byłaby praktycznie martwa. I to w perspektywie jednego pokolenia.

Warto zaznaczyć, że artykuł Wallace-Wellsa doczekał się krytyki ze strony naukowców i środowisk walczących ze zmianami klimatu. Podkreślano, że praca jest zbyt pesymistyczna, a miejscami zawiera nawet błędy faktograficzne. Ostatecznie „The New York Times” uwzględnił uwagi środowiska naukowego i zaktualizował artykuł, a sam Wallace-Wells dwa lata później wydał książkę „Ziemia nie do życia. Nasza planeta po globalnym ociepleniu”. Została ona przyjęta znacznie bardziej pozytywnie niż pierwotny artykuł. Popularny periodyk ekonomiczny „The Economist” napisał w recenzji: „Niektórzy czytelnicy uznają dowody Wallace-Wellsa za alarmistyczne. I rzeczywiście są one alarmistyczne. Ty także powinieneś taki być”.

Żyjąc w raju utraconym

Większość z nas doświadcza na własnej skórze tego, że żyjemy w czasach gwałtownych zmian. Wydaje się, że taka perspektywa nie wynika wyłącznie z dynamicznego rozwoju technologii, która zmienia otaczający nas świat. Od dekad co kilka lat mamy do czynienia z kolejnym światowym kryzysem. Na początku XXI wieku wybuchła wojna z terroryzmem. Zrzeszona pod imperialnym sztandarem Stanów Zjednoczonych koalicja państw rozpętała wojnę na Bliskim Wschodzie. W tle tej wojny znajdował się konflikt o ropę naftową. Pod koniec pierwszej dekady XXI wieku wybuchł kryzys finansowy, a zaraz po nim kryzys uchodźczy. Jedną z przyczyn Arabskiej Wiosny Ludów były regularnie nawiedzające tamte regiony susze, które gwałtowanie zwiększały ceny żywności i wywoływały niezadowolenie społeczne. Masowe migracje dostarczyły paliwa populistycznej prawicy w Europie, która cynicznie wykorzystała tragedie setek tysięcy ludzi do budowania kapitału politycznego. Prędko zaczęto mówić o tym, że to demokracja jest w kryzysie. Zanim sytuacja się ustabilizowała, wybuchła globalna pandemia śmiertelnego wirusa COVID-19.

Co łączy te wszystkie wydarzenia? Z pozoru niewiele. Jednak gdy zastanowimy się nad tym głębiej, to zauważymy, że w tle wielu istotnych wydarzeń nowożytnej historii znajdują się zmiany klimatyczne. Wraz z postępującymi zmianami klimatycznymi podlegamy coraz większej presji. Stabilność świata ludzi zależy od dostępu do żywności, wody i surowców naturalnych. Wobec tego załamanie się ekosystemu musi prowadzić do kolejnych kryzysów. Terroryzm nie rozwinąłby się, gdyby nie odkrycie ogromnych złóż ropy naftowej na Bliskim Wschodzie. Europa nie zmagałaby się z zalewem fali uchodźców, gdyby globalna temperatura nie rosła w tak zawrotnym tempie. Nie doszłoby również do epidemii COVID-19, gdyby nie nasz bezwzględny stosunek do zwierząt i skala eksploatacji, jakiej poddajemy przyrodę. Kolejne kryzysy to kwestia czasu.

To wszystko prowadzi do tego, że gdy dziś myślimy o utopii, to wzrok kierujemy coraz częściej nie w przyszłość, lecz w przeszłość. Taką kondycję ludzką, wzorując się na Walterze Benjaminie, opisał w jednej ze swoich ostatnich książek polski socjolog Zygmunt Bauman. Nazwał ją retrotopią (od słów retro – dawny, dotyczący przeszłości – oraz utopia). Retrotopia to forma raju utraconego i popadłego w ruinę. Pojęcie to opisuje zjawisko społeczne, obserwowane szczególnie w krajach wysoko rozwiniętych, ale coraz częściej pojawiające się na całym świecie. Charakteryzuje je nostalgia, wyrażająca się w wierze w możliwość powrotu do bezpiecznej i wyidealizowanej przeszłości.

Dziś być może ciężko w to uwierzyć, ale końcówka XX wieku wiązała się z wiarą w możliwy koniec historii. Historia miała się skończyć dzięki stworzeniu najlepszego z możliwych systemów, czyli wolnorynkowej i liberalnej demokracji. Przez wiele lat wydawało się, że zmierzamy w tym kierunku. Kryzysy stawały się rzadkością, a społeczeństwa bogaciły się w szybkim tempie. Wszechobecny dobrobyt i pokój wydawały się na wyciągnięcie ręki. W latach 90. za sprawą Wiosny Ludów upadła żelazna kurtyna i część państw bloku wschodniego dołączyła do zachodniego świata. W tym samym czasie z ubóstwa wyszły miliony mieszkańców Chin, a w różnych krajach upadały długotrwałe dyktatury. Wielu myślicielom wydawało się, że świat znalazł właściwą drogę. Do dziś wiara ta jest bardzo silna.

Obietnice architektów neoliberalnego ładu okazały się jednak wielkim złudzeniem. Friedman, Hayek czy Fukuyama zostali zaślepieni ideologią, którą sami obiecywali zwalczyć. Socjalizm w wykonaniu radzieckim był ideologiczny i posługiwał się aparatem propagandy, ale w wolnorynkowym kapitalizmie korporacje dopuszczają się podobnych działań. Ideologiczne zacietrzewienie było podtrzymywane przez cyniczne próby ukrycia skali spustoszeń w ekosystemie. Koncerny paliwowe tuszowały dowody na to, że ich działalność prowadzi do tragicznego w skutkach ocieplania się klimatu. Republikanie w Stanach Zjednoczonych finansowali badania i konferencje podważające konsensus naukowy. Politycy, jak to politycy, myśleli co najwyżej w kilkuletnim horyzoncie czasowym – byle wygrać następne wybory.

W 2010 r. historyczka nauki Naomi Oreskes oraz historyk Erik M. Conway przedstawili dowody na to, że niektórzy amerykańscy naukowcy celowo dyskredytowali konsensus naukowy dotyczący zmian klimatu. Pod koniec XX wieku grupa fizyków, których Oreskes i Conway nazywają handlarzami złudzeń, mocno krytykowała podejmowanie wszelkich działań na rzecz ochrony przyrody czy klimatu. Wśród nich znaleźli się między innymi Fred Seitz, Fred Singer czy Robert Jastrow. Jak się po czasie okazało, wszyscy byli finansowani przez korporacje i wolnorynkowe think-tanki. Seitz, Singer i Jastrow byli jednak zawziętymi antykomunistami i sprzeciwiali się interwencji państwa w gospodarkę. Prezentowane przez nich poglądy nie opierały się na naukowych dowodach, lecz były konsekwencją ideologicznego zacietrzewienia. Oreskes i Conway klasyfikują taką postawę jako pewien rodzaj denializmu klimatycznego. W takim przypadku odrzucenie faktów dotyczących zmian klimatu wynika nie z badań naukowych, lecz z obawy o to, że zmiana klimatu podważa zasadność świata, w którą tak wielu wierzy.

Denializm klimatyczny jest nadal problemem, ale nie jest zjawiskiem powszechnym, a raczej marginalnym. Dziś znacznie większym problemem jest imposybilizm, który wynika z paraliżującego strachu przed tym, co wydarzy się jutro.

Strach jutra

Wielu z nas nie potrafi zmierzyć się z tym, co nas czeka. Boimy się przyszłości, ponieważ wiemy, że rysuje się ona w ciemnych barwach. Zrozumieliśmy, że neoliberalny ład okazał się pułapką, w którą naiwnie wpadliśmy. Jednak zamiast działać, poddajemy się czemuś, co brytyjski reżyser filmów dokumentalnych Adam Curtis nazwał hipernormalizacją. Termin ten odnosi się do paradoksalnej sytuacji, w której wszyscy wiemy, że świat się chwieje i chyli ku upadkowi, ale nikt z nas nie potrafi wyobrazić sobie alternatywy wobec obecnego porządku. Jesteśmy zmuszeni do utrzymywania pozorów sprawnie funkcjonującego społeczeństwa. Normalizacja kryzysu klimatycznego jest znacznie większym zagrożeniem niż denializm klimatyczny.

Z czego wynika? Strach i poczucie winy wywołują efekt przeciwny do oczekiwanego. Ludzie stają się bierni, sparaliżowani. Bezwiednie poddają się presji klimatycznej, z każdym dniem coraz mocniej oswajając poczucie zbliżającego się końca. Wiąże się to z różnymi strategiami redukcji dysonansu poznawczego. Zmiany klimatyczne zostają umiejscowione w dalekiej przyszłości. Jako coś, co czeka nie nas, ale ich. Przyszłe pokolenia. Nawet nie nasze dzieci, ale może ich dzieci. Albo wnuki naszych dzieci. Nie ma to większego znaczenia. Istotne jest to, że postrzegamy te zmiany jakoś coś, co nas nie dotyczy. To przeświadczenie ma również wymiar przestrzenny. Wydaje nam się, że zmiany klimatu nie dotyczą kraju, w którym żyjemy, lecz innych regionów geograficznych. Myślimy o wymierających niedźwiedziach polarnych i topniejących lodowcach. Albo o rekordowo wysokich temperaturach na Półwyspie Arabskim czy pożarach w Australii.

To nie jest tak, że klimat nas nie obchodzi. Wręcz przeciwnie. Wielu z nas szczerze martwią tragiczne konsekwencje degradacji środowiska. Przytłacza nas jednak bezmiar problemu, z którym się mierzymy. Ze wszystkich stron jesteśmy bombardowani fatalistycznymi komunikatami, które indywidualizują odpowiedzialność za zbliżającą się klęskę. Zaleca się nam wzięcie sprawy we własne ręce. Wiele mówi się o tym, że musimy zmienić własny „lifestyle”. Przestać jeść mięso, kupić elektryczne auto, pić kawę fair trade i pamiętać o zakręcaniu kurka z wodą. Niestety, musimy zrozumieć, że systemowe problemy, a zmiana klimatu takim właśnie jest, wymagają systemowych rozwiązań. Kapitalizm to system zorganizowany przede wszystkim wokół produkcji. Pojedyncze decyzje konsumenckie, choć są jak najbardziej wskazane, nie zmienią poziomu zrównoważenia globalnej gospodarki. Co najwyżej poprawią nasze samopoczucie. Ale lepszym samopoczuciem nie zmienimy świata.

Od animizmu do dualizmu

Brytyjski filozof Timothy Morton, nazywany również prorokiem antropocenu, uważa jednak, że problem leży nie tylko w tym, z jak poważnym wyzwaniem się mierzymy, ale również w naszym myśleniu. Morton twierdzi, że charakterystyczną cechą nowoczesnego świata jest obecność wielkich podmiotów, które nazywa hiperobiektami. Przykładami hiperobiektów są zmiany klimatyczne. W naszej zbiorowej wyobraźni zmiany klimatyczne to czysta abstrakcja. Nie jesteśmy w stanie bezpośrednio doświadczyć ich skutków, choć są realne – wszechobecne w czasie i przestrzeni. Funkcjonują zwykle jako pojedyncze manifestacje, takie jak anomalie pogodowe czy wykresy emisji CO2. O ich realności decyduje to, że zmieniają świat. Zmiany świata są jednak na tyle powolne, że w krótkim horyzoncie czasowym w zasadzie niedostrzegalne.

Ojciec współczesnej nauki Francis Bacon, uważał, że naturę można zredukować do materii nieożywionej. Według Bacona przyroda uosabia dzikość i bezład, czyli zupełne przeciwieństwa świata zorganizowanego przez ludzi. Wskazywał wobec tego, że rozwój nauki ma służyć przede wszystkim okiełznaniu chaosu natury. Podobne idee rozwijał inny twórca rewolucji naukowej, Kartezjusz. Dla Kartezjusza zwierzęta były wyłącznie maszynami zrobionymi z mięsa. Wizja oświeceniowych filozofów zakładała, że życie ludzi jest wyraźnie oddzielone od natury. Ten dualizm prędko zdominował kulturę europejską i organizował ludzkie relacje z naturą przez kolejne wieki.

Takie postrzeganie było na rękę również rozwijającemu się od XV wieku nowemu systemowi społeczno-ekonomicznemu, czyli kapitalizmowi. Kapitalizm, jako pierwszy system w historii, w centrum ludzkiej działalności stawiał imperatyw ciągłego wzrostu. Wzrost z biegiem czasu odbywał się jednak w coraz większym stopniu poprzez wywłaszczenie tzw. gospodarek niekapitalistycznych. W praktyce oznacza to utowarowienie kolejnych sfer ludzkiego życia oraz natury. Rozwój poprzez wywłaszczenie jest skuteczny, ponieważ pozwala społeczeństwom bogacić się w bardzo szybkim tempie, ale w długim okresie jest nie do utrzymania, ponieważ odbywa się kosztem stabilności ekosystemów. I tak, kiedy przyglądamy się historii kapitalizmu, staje się jasne, że znaczna część tego, co nazywamy postępem, odbyła się w ramach procesu wywłaszczenia przyrody. Ludzie bogacili się dzięki energii i zasobom, które czerpali z natury. Nawet największe innowacje rewolucji przemysłowej, takie jak maszyna parowa czy przędzarka, powstały tylko po to, aby szybciej pozbawiać naturę zasobów. Podobnie odkrycie złóż paliw kopalnych pozwoliło zastąpić dzisiejszą pracę człowieka spalaniem związków organicznych, które zalegały setki milionów lat pod ziemią. Jedna baryłka ropy umożliwia bowiem wytworzenie 1700 kWh energii, czyli równowartość pięciu lat ludzkiej pracy.

Złudzenia zielonego wzrostu

Wzrost gospodarczy oparty o wywłaszczenie, w ramach którego natura nie ma żadnych szans na odtwarzanie własnych zasobów, nie może trwać w nieskończoność. Istnieją realne, mierzalne oraz materialne granice postępu według takich zasad. Do pierwszej powoli docieramy i jest nią ocieplanie się klimatu. Jesteśmy na dobrej drodze do tego, żeby klimat ocieplił się w zabójczym dla człowieka tempie już w najbliższych dekadach. Co możemy zrobić, aby temu zapobiec? Niektórzy wierzą, że wystarczy odsunąć od władzy denialistów klimatycznych, takich jak Donald Trump, oraz wydać wystarczające kwoty na zieloną transformację energetyczną. Taką propozycję nazywa się najczęściej zielonym wzrostem. Zwolennicy tej wizji uważają, że klimat uratujemy dzięki inwestycjom w rozwój nowych sektorów związanych z gospodarką zeroemisyjną. Technologia pozwoli nam odłączyć wzrost gospodarczy od obciążenia środowiska. Dzięki temu nadal będziemy mogli konsumować bez konsekwencji.

Już na pierwszy rzut oka taka wizja przyszłości wydaje się naiwna. Łatwo w nią zwątpić z dwóch względów. Po pierwsze, nic nie wskazuje na to, że mamy wystarczająco dużo czasu na to, aby przeprowadzić zieloną transformację. Po drugie, ratowanie środowiska wymaga od nas znacznie więcej niż tylko zmiany systemu energetycznego. Skala zniszczeń przyrody wykracza bowiem daleko poza wzrost globalnej temperatury.

Zacznijmy od pierwszego punktu. Według Międzyrządowego Panelu Klimatycznego przy ONZ (IPCC) ludzkość musi ograniczyć do 2030 r. emisję CO2 o połowę, aby mieć szansę na zatrzymanie wzrostu temperatury na poziomie 1,5°C. Polityczny konsensus mówi o tym, że naszym celem jest nie 1,5°C, lecz 2°C. Pamiętajmy jednak o tym, że każde porozumienie między państwami powstaje pod naciskiem wielu grup interesów, w tym międzynarodowych koncernów węglowo-naftowych, a próg 2°C były krytykowany przez wielu specjalistów ds. klimatu. Mimo to, rozważmy realność takiego scenariusza.

W 2013 roku IPCC stwierdził, że ludzkość musi utrzymać łączne emisje CO2 na poziomie 800 miliardów ton węgla, aby nie przekroczyć wzrostu temperatury o 2°C. W tym samym roku pojawiły się badania mówiące o tym, że zostało nam około 270 miliardów ton węgla do spalenia. Jednak w latach 2000–2019 emisje dwutlenku węgla wzrosły o 50 proc. W 2019 r. wyemitowaliśmy 37 miliardów ton CO2. Przełomowy był 2020 rok, kiedy emisje spadły o 7%, ale spadek wynikał głównie z epidemii COVID-19, a w 2021 r. spodziewany jest powrót na dawną ścieżkę wzrostu. Jak łatwo policzyć, zostało nam maksymalnie 10 lat na ścięcie emisji do zera (lub mniej lat przy założeniu dalszego rocznego wzrostu emisji). Wydaje się to mało prawdopodobne, ponieważ transformacja gospodarki to kwestia dekad i jeżeli do tej pory nie podjęliśmy radykalnych kroków, to trudno oczekiwać, że ten proces jakkolwiek przyśpieszymy. Tym bardziej, że istnieje znaczące ryzyko przekroczenia tak zwanych punktów krytycznych ocieplenia klimatu, które doprowadzi do niekontrolowanego i kaskadowego wzrostu temperatury na Ziemi.

Sytuację pogarsza rosnąca populacja. Według różnych szacunków w 2060 r. ma nas być około 10 miliardów (obecnie 7,5 miliarda). Liczba ludności wzrasta od 1950 r. w tempie 1–2 proc. rocznie. Oznacza to większe zapotrzebowanie na konsumpcję – zarówno energii, jak i innych zasobów. Dobra wiadomość jest taka, że w okolicach 2060 r. nastąpić ma przełom demograficzny, w wyniku którego przyrost naturalny osiągnie ujemny poziom. To efekt m.in. upowszechnienia się antykoncepcji i edukacji w krajach rozwijających się. W konsekwencji w 2100 r. globalna populacja liczyć ma 8,8 mld osób. Zła wiadomość jest taka, że spadek populacji niestety nas nie uratuje, ponieważ demografia działać będzie na naszą korzyść zbyt późno. W 2100 r., czyli w momencie, kiedy Ziemia ociepli się nawet o kilka stopni, będzie nas nadal więcej niż dziś.

Trudno uwierzyć, że uda nam się zatrzymać globalne ocieplenie, ale jeszcze trudniej jest zaufać opiniom, które mówią, że to wystarczy. W 2018 r. brytyjski antropolog, Jason Hickel, jeden z silnych zwolenników doktryny post-wzrostu, w czasopiśmie „Foreign Policy” przekonująco dowodził, że nawet jeżeli udałoby się nam obciąć emisje CO2 zgodnie z planem IPCC, to równocześnie musielibyśmy całkowicie zmienić naszą gospodarkę. Czysta energia może pomóc w radzeniu sobie ze zmianami klimatycznymi, ale nie przyczyni się do odwrócenia procesów wylesiania, przełowienia, zubożenia gleby i masowego wymierania gatunków. Hickel przekonywał, że globalne zużycie zasobów rośnie nieprzerwanie od ponad 100 lat. Ziemia może wytrzymać około 50 miliardów ton zużytych zasobów rocznie, a obecnie zużywamy ok. 70 miliardów ton. Zakładając stały wzrost gospodarczy i brak drastycznych zmian w stylu życia, zużycie zasobów wzrośnie do 180 miliardów ton w 2050 r.

Nadzieja w polityce

Uratowanie klimatu to największe wyzwanie, z jakim kiedykolwiek mierzyła się ludzkość. Nie udawajmy, że istnieją proste rozwiązania. Wręcz przeciwnie, jakakolwiek zmiana wymagać będzie wyrzeczeń i ogromu pracy. W najbliższej dekadzie musimy zorganizować świat w taki sposób, aby pogodzić ze sobą sprzeczne interesy 7,5 mld osób. Ostatnia konferencja ONZ dotycząca klimatu odbyła się w 2019 r. i zakończyła się całkowitą porażką. Jedyną ofertą polityczną globalnych liderów była obietnica poprawy. Obietnica ta powtarzana jest jednak od dekad i nadal niewiele się zmienia. Od 2019 r. wydarzyły się jednak dwie rzeczy, które budzą nadzieję. Po pierwsze, Chiny zobowiązały się do redukcji emisji CO2 do zera do 2060 r. Po drugie, wybory w Stanach Zjednoczonych wygrał demokrata Joe Biden, który już w pierwszych dniach urzędowania przywrócił obecność Stanów Zjednoczonych w porozumieniu paryskim. Postęp w sprawach klimatu zależy przede wszystkim od działań, które podejmą mocarstwa takie jak Chiny, Stany Zjednoczone czy Unia Europejska, więc zmianę podejścia Chin i Stanów Zjednoczonych możemy postrzegać jako pewien sukces.

W przypadku Polski kluczowa jest zielona transformacja. Energetyka oparta na węglu jest przeżytkiem i nie zmienią tego ani lata górniczej tradycji, ani polityczny zapał w konserwowaniu status quo. Polska przyszłości musi być zielona i niskoemisyjna. Jak tego jednak dokonać? Wychodzenie z recesji wywołanej epidemią COVID-19 jest doskonałą okazją do przemyślenia priorytetów polityki gospodarczej. Rząd powinien postawić na program odbudowy oparty o inwestycje publiczne w strategicznym sektorze zielonych energii. Jednym z instrumentów realizacji takiego programu mogą być zielone obligacje, które mogłyby zostać wyemitowane przez skarb państwa oraz samorządy. Dodatkowo, niezbędne jest zaproponowanie sensownej i sprawiedliwej strategii wygaszania górnictwa. Rząd póki co przedstawił jedynie skrajnie nierealistyczny scenariusz zamknięcia kopalń do 2049 r. Jest on całkowicie sprzeczny z ustaleniami w ramach Unii Europejskiej oraz przede wszystkim ze zdrowym rozsądkiem.

Być może najgorsza w naszym położeniu jest świadomość tego, że od dawna mamy wiedzę na temat zmian klimatu, a ciągle niewiele się zmienia. Mógłbym wymienić szereg rozwiązań, które każdy czytelnik uzna za niezbędne – inwestycje w zieloną energię, dekarbonizację gospodarki, walkę z rajami podatkowymi, wprowadzenie mechanizmów sprawiedliwego handlu i tak dalej. Problem leży jednak znacznie głębiej i dotyczy polityki. Bez wyraźnej zmiany politycznej ratowanie klimatu spali na panewce. Ta zmiana musi jednak faworyzować polityków o określonych przekonaniach. Nie chodzi tu ani o lewicę, ani o prawicę. Potrzebujemy innego myślenia o polityce, które wyprowadzi polityczność poza obecny system.

Socjolog Fredric Jameson napisał kiedyś, że znacznie łatwiej wyobrazić sobie koniec świata niż koniec kapitalizmu. Być może w tym stwierdzeniu powinniśmy szukać wytłumaczenia naszego fatalnego położenia. Kapitalizm niewątpliwie wzbogacił ludzkość, ale zrobił to kosztem środowiska. Równocześnie jednak zagorzali obrońcy kapitalizmu usilnie bronią jego dorobku, ponieważ boją się jeszcze gorszej alternatywy. Powinniśmy jednak coraz mocniej podkreślać, że kapitalizm to ideologiczna utopia. Bo jeżeli nie, to jak inaczej moglibyśmy wytłumaczyć kryzys klimatyczny? Jeżeli w kapitalizmie rządzą racjonalizm i pragmatyzm, to dlaczego wciąż niewiele się zmienia? Mamy wiele dowodów na to, że kapitalizm to system społeczno-ekonomiczny, który marnuje zasoby i rośnie poprzez eksploatację świata natury. Nieustanne zapewnienia o tym, że żyjemy w erze post-ideologicznej pokazują, jak bardzo nasz świat osadzony jest w ideologii. Ideologia, jak pisał słoweński filozof Slavoj Žižek, to pole ciągłej walki symbolicznej – walki o zawłaszczenie historii i tradycji.

Wyzwaniem na najbliższe lata jest przejęcie sfery symbolicznej i przywrócenie pewnych znaczeń. Kategoria praw człowieka nie powinna dotyczyć wyłącznie wolności politycznych, ale przede wszystkim spraw socjalnych. Ekologia musi zacząć kojarzyć się z systemowymi zmianami, a nie z ascezą jednostki.

Katastrofa klimatyczna przytłacza swoją nieuchronnością i skalą. Łatwo porzucić wszelkie nadzieje na uratowanie świata. Mamy bardzo mało czasu i bardzo wiele do zrobienia. Greta Thunberg, młoda i odważna dziewczyna, powiedziała kiedyś, że nie ocalimy świata, grając według jego zasad, ponieważ to właśnie te zasady muszą zostać zmienione. Walka o klimat wymaga porzucenia naiwnej wiary w to, że system da się zmienić od wewnątrz. Potrzebujemy ofensywny politycznej na wielu frontach, która zakwestionuje ideologiczne fundamenty kapitalizmu. W rzeczywistości sprowadza się to do odzyskania obowiązującej świadomości zdrowego rozsądku. Musimy napisać zasady gry od nowa. Zmiana dominującego dyskursu jest niesamowicie trudna, ale nie jest niemożliwa. Uratowanie klimatu wymaga zupełnie nowego języka. Mamy dekadę, może dwie. Działajmy. Zanim będzie za późno.

Nikodem Szewczyk

Eugeniusz Kwiatkowski: Gdynia symbolem buntu (1936)

To, co w całej przeszłości naszej, w historii dawnej Rzeczypospolitej stanowi – szczególnie w okresie XVII i XVIII wieku – zjawisko dominujące i najbardziej charakterystyczne, a zarazem najbardziej ujemne, to fakt rozproszenia odpowiedzialności za przyszłe losy narodu i państwa, to brak jakiejkolwiek ciągłości w najważniejszych programowych wysiłkach i zamiarach.

Świadomość potęgującego się zła w życiu zbiorowym przenikała z pokolenia w pokolenie coraz głębiej; upadek dawnej potęgi – we wszystkich przejawach politycznych, gospodarczych i społecznych – rysował się coraz dobitniej i coraz wyraźniej. Dokoła Rzeczypospolitej wyrastały nowe potęgi militarne, ale w Polsce nikt nie potrafił się zdobyć na przymus niepopularnej ofiary, wyrażającej się w organizacji stałej armii dla ratowania zagrożonej niepodległości. Rządy wielu państw europejskich czyniły w tym czasie największe wysiłki dla rozwoju własnego gospodarstwa narodowego, a u nas wszelkie wysiłki tonęły w powodzi krytyki, narzekań, oporów, destrukcji i anarchii możnych, bez jakiegokolwiek realnego rezultatu. Skarb państwowy u naszych sąsiadów na wschodzie i na zachodzie reorganizował się i napełniał, u nas był chronicznie pusty, chronicznie deficytowy i uniemożliwiał podjęcie jakiejkolwiek aktywniejszej i odważniejszej polityki. Każda próba reformy skarbowej, od czasu wojen kozackich i szwedzkich aż do okresu Sejmu Czteroletniego, spotykała się z niezmiennym oporem prawie całego społeczeństwa. Ani magnaci polscy, ani szlachta, ani dygnitarze i urzędnicy koronni, ani reprezentanci narodu, ani przedstawiciele gospodarstwa społecznego – nie zdołali rozbudzić w sobie tej świadomości, że pusty skarb nie napełnia się cudem, a tylko ofiarą i obciążeniem obywateli. Ubożejące systematycznie rolnictwo domagało się na sejmach równania cen przemysłowych w dół, wyznaczało wciąż nowe taksy na wytwory kupowane w miastach, a równocześnie antygospodarcze ustawodawstwo niszczyło miasta i handel, ścieśniało możliwości konsumpcyjne, a tym samym osłabiało ponownie rolnictwo. Przedstawiciele szlachty domagali się wolnego importu towarów zagranicznych, gdy import ten niszczył walutę polską, a wszystkie państwa sąsiednie w oparciu o cła rozbudowywały coraz wszechstronniej własną produkcję, protestowali oni przeciwko wszelkim inwestycjom państwowym podejmowanym nieśmiało to na wybrzeżu morskim, to wewnątrz kraju, obawiając się, że ten – jakbyśmy to dziś powiedzieli – „etatyzm”, ogranicza swobodę, nie realizowanej zresztą, prywatnej ekspansji i może spowodować jakieś obciążenia podatkowe lub celne. Taką charakterystyczną kampanię i polemikę prowadzono w okresie Władysława IV przeciwko cłom morskim mającym stworzyć fundusze dla ufortyfikowania wybrzeża morskiego i rozbudowy floty polskiej.

A gdy nawet zjawiała się na horyzoncie życia publicznego jakaś wybitna, historyczna jednostka, gdy próbowała ona mocą swego autorytetu narzucić elementy odpowiedzialności za losy państwa, przystosować jego politykę i jego organizację do zadań i przeciwności, którym Polska musi „stawić czoła”, gdy usiłowała złamać ostrze ciasnego i krótkowzrocznego egoizmu różnych mafii, to cały wysiłek rozpraszał się w nicości ponownie, po jej zgonie lub zejściu z areny publicznej działalności.

Państwo nasze odznaczało się bowiem dawniej szczególnie słabym instynktem samoobronnym i samozachowawczym, toteż społeczeństwo było eksploatowane przez całe wieki ze wszystkich stron.

Jeżeli dziś my współcześni przyglądamy się z goryczą i czasem z apatią objawom naszej gospodarczej niedoli, gdy stwierdzamy jak bardzo i jak daleko w tyle pozostaliśmy poza długim szeregiem narodów europejskich w odniesieniu do głównych sprawdzianów siły, to prawie zawsze zapominamy, że połowa naszej współczesnej niedoli i biedy wyrasta z dawno minionej przeszłości. Zapominamy, że tak samo jak losy przyszłych pokoleń i przyszłej Polski kształtować się będą na fundamencie naszej dzisiejszej pracy, naszego hartu, naszej zdolności do współdziałania i naszego stanu rozumu, naszej wytrwałości i ofiarności, tak samo nasze dzieje współczesne muszą się zmagać w trudzie i w wysiłku z tym, co stało się ciężką spuścizną przeszłości.

Przeglądając – własne i obce – źródła historyczne, możemy z nieulegającym wątpliwości obiektywizmem stwierdzić, że żywioł słowiańsko-polski, przy zlekceważeniu naczelnych i naturalnych tendencji politycznych i gospodarczych, był systematycznie w ciągu wielu wieków odpychany od wybrzeża morskiego i ze swych siedzib zachodnich na wschód.

Morze Bałtyckie – jako podstawa aktywizmu handlowego i aktywizmu strategicznego – było związane organicznie i strukturalni z naczelnymi postulatami polityki Rzeczypospolitej Polskiej.

Jakże jasne jest dziś właśnie dla nas, że rolnictwo, nie oparte o zorganizowany handel wewnętrzny i eksportowy, pomimo dobrych warunków naturalnych nie może się stać właściwym akumulatorem bogactwa narodowego.

Tak jest dziś i tak samo było w przeszłości. A w przeszłości Polski ten właśnie problem był może jeszcze ważniejszy niż dziś. Cała Polska była wówczas nastawiona prawie wyłącznie na rolnictwo, a zarazem była spichrzem dla Europy Zachodniej. Posiadamy dokumentarne stwierdzenia, iż w połowie XVII wieku trzy czwarte kapitałów najpotężniejszej giełdy amsterdamskiej zaangażowane było w handlu bałtyckim. Stosunek zaś handlu z Polską za pośrednictwem portu gdańskiego w porównaniu z całym międzynarodowym handlem na Bałtyku, ustalony na podstawie rejestru celnego w Sundzie, stanowił pod koniec XVI wieku prawie 60% ogółu statków. Sam eksport zboża z Polski przez Gdańsk wahał się wówczas w granicach ok. 300 000 ton, a były lata, w których cyfra ta bardzo znacznie wzrastała. Istniały wówczas w teorii znakomite koniunktury światowe dla rolnictwa polskiego; były całe dziesięciolecia pokoju w Polsce, gdy równocześnie Europa Zachodnia toczyła krwawe i niszczące wojny. Ceny zboża dochodziły wówczas do bardzo wysokiego poziomu. Ale handel zbożowy – wbrew oczywistej potrzebie i sytuacji – dla strony polskiej urywał się w połowie swego programu na Wiśle, przed bramami Gdańska. Port handlowy przestał być dawno instrumentem pomocniczym ekspansji handlowej Polski, a stał się celem samym w sobie, stał się uprzywilejowanym i wyłącznym pośrednikiem, umiejącym zgarniać wszystkie ekonomiczne korzyści dla siebie. Mechanizm pośredniczący centryfugował sam wszystkie zyski, pozostawiając produkcji ceny najniższego kosztu własnego.

Już ten jeden fakt posiadał doniosłość tak wielką i w skutkach swych tak powszechną, że po dzień dzisiejszy od nich uwolnić się nie możemy. Ale podobnych zagadnień i podobnych faktów historia Polski notuje znacznie więcej. Można bez obawy o przesadę twierdzić, że zaniedbanie w zakresie realizacji własnej, polskiej polityki morskiej i własnej ekspansji handlowej zubożało dawne państwo o wielomiliardowe wartości, zwęziło nasze granice etnograficzne, zaważyło ujemnie na naszym rozwoju społecznym i wreszcie stało się jedną z przyczyn upadku.

Fakt powstania po wielkiej wojnie światowej nowej Polski, wolnej i zjednoczonej, związanej bezpośrednio z Bałtykiem, powstrzymał nagle wiele procesów eksploatacyjnych, zahamował systematyczny wyzysk ziem polskich; musiał więc stworzyć całą falę nienawiści ku nowemu państwu zrywającemu wszystkie pęta służby jak gdyby kolonialnej, i budzącemu poczucie własnych praw narodowych w zakresie gospodarczym i politycznym. Terytorialnie najważniejsze elementy gospodarczej samodzielności Polski są związane z województwami śląskim pomorskim. Pierwsze może i powinno się stać punktem wyjścia dla systematycznego rozwoju przemysłu w Polsce, tak zasobnej w niewyzyskane surowce, posiadającej rynek wewnętrzny o nieograniczonych wprost możliwościach konsumpcyjnych i ogromny przyrost ludnościowy; drugie, tj. Pomorze, musi stworzyć podstawy własnego handlu w skali międzynarodowej. Odbudowa Polski, zjednoczenie trzech dzielnic pod względem gospodarczym i społecznym i nastawienie ich rozwoju na typ zachodnioeuropejski nie jest możliwe bez swobodnego kontaktu handlowego z całym cywilizowanym światem. Tej samodzielności – w szczególnych warunkach Polski, ustalonych już w ciągu wieków – nie zabezpieczy żaden, choćby najkorzystniejszy traktat, nie zabezpieczy obcy port handlowy i obcy element kupiecki. To wszystko musi stworzyć programowo sama Polska, swym władnym, upartym i niezłomnym wysiłkiem i nakładem materialnym.

Z tego też punktu widzenia Gdynia stanowi wyjątkowo wielki i ważny symbol programu nowej, odrodzonej Polski. Oczywiście, iż możemy się cieszyć czy chlubić, że Gdynia w ciągu kilku zaledwie lat stała się jednym z największych portów na Bałtyku, że odzyskanych praw narodowych na piaszczystym wybrzeżu polskim nie zmarnowaliśmy w tych pierwszych kilkunastu latach, pomimo wszystkich trudności; że Gdańsk, w oparciu o gospodarstwo polskie, szczególnie jako port, wykazuje bardzo poważny rozwój i nawet w latach najcięższego kryzysu ma ruch towarowy ponad dwa razy większy niż w najlepszych latach przedwojennych, przy odcięciu go od gospodarczego zaplecza Polski. Jednakże istotne, najgłębsze znaczenie Gdyni nie leży w samych faktach materialnych. Tego decydującego znaczenia nie posiada ani fakt nadzwyczajnego rozwoju miasta Gdyni, ani fakt powstania polskich linii okrętowych, zajmujących w porcie polskim coraz bardziej dominujące znaczenie i niosących już banderę polską do wszystkich najważniejszych portów świata, ani nawet fakt – nieznany początkowo Polsce – wykazujący większy obrót towarowy na mikroskopijnym wybrzeżu morskim niż na całej długość potężnej granicy lądowej, ani ilość kilometrów gotowych i pięknych nabrzeży w Gdyni, ani rosnąca z roku na rok ilość kranów przeładunkowych, wielkich i nowocześnie urządzonych magazynów, chłodni i fabryk czy może urządzeń kolejowych.

Istota znaczenia Gdyni leży w czym innym. Jest ona bowiem symbolem buntu, który zrodził się świadomie w psychice całego narodu i społeczeństwa polskiego i który jest reakcją przeciwko wiekowej eksploatacji Polski przez obce elementy i siły, eksploatacji, która systematycznie spychała nas w Europie do rzędu elementu wyzyskiwanego i niesamodzielnego, do tego poziomu biedy, która panuje w słomą krytej chacie chłopa polskiego, tego abnegata wszelkiej konsumpcji, lub na poddaszu polskiego pracownika pragnącego bezskutecznie sprzedać swe siły i zdolności za środki najmarniejszej egzystencji życiowej.

Nic bardziej, jak Gdynia i konsekwentna polityka morska, nie nauczyło nas rozumieć, że tak długo nie podźwigniemy własnego społeczeństwa z dna nędzy, nie oderwiemy się od roli pariasów, jak długo nie zdobędziemy się na takie samo uzbrojenie ekonomiczne, jakie zdobyły systematyczną i programową pracą inne, wielkie i cywilizowane narody Europy.

Drogi handlowe na wschód i na zachód przez granice lądowe zacieśniły się bezpowrotnie. Na ich rozwarcie się nie mogą już wpłynąć decydująco normalne i poprawne stosunki sąsiedzkie. Sama bowiem struktura gospodarcza tych rynków uległa zasadniczej zmianie w okresie tych kilkunastu lat, które przywróciły bałtyckie prawa Polsce.

Jeśli chcemy żyć jak naród naprawdę niepodległy i niezależny, politycznie, i gospodarczo, musimy zbudować i wyposażyć technicznie i organizacyjnie szeroką drogę komunikacji gospodarczej ze światem. W warunkach polskich istnieje tylko jedna możliwość budowy tej drogi: przez Gdynię. Jednakże Gdynia uda się nam naprawdę tylko wtedy, gdy słowo to stanie się programem całej Polski i to programem trwałym, niezłomnym, programem zawsze żywym i aktualnym, wciąż ulepszanym, doskonalonym i rozszerzanym.

Musimy zrozumieć, że właśnie przez Gdynię, przez Pomorze i Śląsk przebiega główny nerw gospodarczego życia polskiego, i przecięcie tego nurtu to paraliż całego organizmu, to stabilizacja nędzy wielu pokoleń, to niemożność wydobycia się z pęt tych powikłań, które tak jaskrawo rysują się przed oczyma współczesnego pokolenia.

Jeśli chcemy żyć i dalej prowadzić dzieło wyzwolenia Polski, to muszą stanąć zwarte i karne szeregi najlepszych ludzi w Polsce, którzy z pokolenia na pokolenie przekazywać będą hasło nastawiania zdolności obrony i zdolności twórczej pracy w kierunku Gdyni i Bałtyku przez etnograficznie polskie Pomorze.

Każda rocznica odzyskania dostępu naszego do morza, to dzień, który ma zawierać w sobie nie tyle świadomość osiągniętych rezultatów, ile raczej świadomość, że dzieło nasze i nasz obowiązek dalekie są od zakończenia, że temu programowi służyć musimy wytrwale i solidarnie my i nasi następcy przez szereg pokoleń.

Eugeniusz Kwiatkowski

Powyższy tekst Eugeniusza Kwiatkowskiego pierwotnie ukazał się w miesięczniku „Morze” nr 3/1936. Poprawiono pisownię według obecnych reguł.

Pimpuś, czyli koszmary edukacji

O tym jak po ukończeniu mądrej „Szkoły pod Batogiem” (przemianowanej zgodnie z nowoczesnymi trendami w pedagogice na „Pod Pierogiem”) Pimpuś z braku lepszych propozycji został taktycznym nihilistą (i nie tylko). Sztuka na jeden łyk.

***

Scena przedstawia salon w burżuazyjnym domu. Rolety spuszczone, na scenie ciemno. Gdy zasłona się podnosi, zegar w jadalni wybija godzinę szóstą. Powoli się rozwidnia.

A.: Pimpusiu, znowu jesteś pijany. Czy wiesz, że alkohol szkodzi zdrowiu, a zwłaszcza wódka? Mało tego, powoduje ona szereg negatywnych skutków społecznych, takich jak zatargi z prawem, rozpad rodziny czy powodowanie wypadków drogowych?

P.: Co masz na myśli, mówiąc „alkohol”? Zapewne używasz tej nazwy nie wiedząc do końca, o czym mówisz, a twoja niechęć do pluralizmu nazewniczego skorelowana jest z wrogością wobec demokracji. Zaryzykuję twierdzenie, że ty i całe to twoje towarzystwo czepiacie się przedwojennych, co tam przedwojennych, przedpotopowych, określeń, jak pijany płotu. Nalegacie, aby błędnie nazywać alkoholem pewne specyficzne związki organiczne występujące w przyrodzie, pochodne węglowodorów, proszę, możesz sprawdzić wzory chemiczne. W literaturze naukowej obszernie na temat węglowodorów pisze profesor Izopropyl Trifenylokarbinol w swojej pracy „Długa i zawiła rozprawa o przyłączaniu wody do alkenów”, cytuję: „Na temat tak zwanych »alkoholi« narosło wiele mitów i nieporozumień, to samo zresztą dotyczy tłuszczów. Wśród najwybitniejszych naukowców istnieje jednak niepodważalny, szeroki konsensus co do tego, że alkohole nie istnieją, a raczej że ich istnienia nie da się udowodnić żadnymi znanymi metodami naukowymi, stanowczo nie możemy jednak powiedzieć tego samego o węglowodorach”. Więc mówimy tu jakby o szczególnej postaci węglowodorów, nie masz pojęcia o chemii, przyznaj się. Zobacz także, co na ten temat pisze antropolog kultury Adam Cizliścia w pracy „Z dziejów gorzałki w Polsce – wypisy węglowodorowe”: „Cała nasza historia i literatura pełne są odniesień to tego mitycznego alkoholu, tej przeklętej gorzałki, zwanej okowitą, tego źródła wszystkiego, co złe, które jednak okazuje się nie istnieć poza chorą wyobraźnią pospólstwa, »przypadkowego społeczeństwa« i »strasznych mieszczan«, a służy jedynie jako proteza do usprawiedliwienia ich własnych braków osiągnięć i cywilizacyjnego zapóźnienia wobec krajów, które wydały więcej noblistów. Toksyczność, którą ludowe opowieści przypisały tak zwanemu alkoholowi, jest w istocie psychologiczną grą samousprawiedliwień i ucieczką przed naszymi własnymi narodowymi wadami. Naszym obowiązkiem, jako ludzi nauki i Polaków, jest drobiazgowo zdekonstruować pojęcie alkoholu, i usunąć z języka polskiego, jako ugruntowane w zacofaniu i nieracjonalnym oporze większości polskiego społeczeństwa wobec stosowania właściwego, przyjętego przez światowe autorytety naukowe nazewnictwa pewnych pochodnych, podkreślam jeszcze raz – pochodnych węglowodorów”.

A.: Mówię o pijaństwie. Widziałeś się dziś w lusterku?

P.: A ja ci naukowo i z cytatami udowadniam, że nie wiesz, o czym mówisz. Używaj chociaż trochę logiki i zaufaj nowoczesnej nauce. Jakie ty masz właściwie wykształcenie? Widzisz, nie masz żadnych dowodów na poparcie swoich hipotez, do tego w ogóle nie tolerujesz odmiennego zdania.

A.: Pimpusiu, martwisz mnie, wyglądasz strasznie, może ci ziółek naparzyć?

P.: Nalej mi piwa, idiotko.

 

Magdalena Bieńczak