Bezdroża dochodu podstawowego?

Bezdroża dochodu podstawowego?

Eksperci Polskiego Instytutu Ekonomicznego w opublikowanym raporcie „Bezwarunkowy Dochód Podstawowy. Nowy pomysł na państwo opiekuńcze?” przyjrzeli się szansom wdrożenia BDP w Polsce. Czyli koncepcji bezwarunkowego transferu pieniężnego wypłacanego regularnie każdej jednostce na poziomie gwarantującym materialną egzystencję. O dochodzie podstawowym dyskutuje również Klub Jagielloński. To już nie tylko lewicowi akademicy, ale szersze spektrum polityczne i społeczne. Całkiem niedawno debatę na podobny temat zorganizowała Komisja Młodych NSZZ „Solidarność”. Z czego wynika ta popularność?

Poszukiwanie alternatyw jest naturalne. Globalny kryzys finansowy z 2008 roku podważył zaufanie do kapitalizmu. Ci, którzy zyskali na deregulacji sektora finansowego, stali się głównymi beneficjentami pomocy publicznej. Kiedy menedżerowie wielkich banków inkasowali nagrody za dobre wyniki z poprzednich lat, tysiące pracowników było zwalnianych z powodu postępującej recesji. W wyniku pandemii COVID-19 miliony ludzi straciło pracę lub likwidowało drobne biznesy. Gdy indywidualny wysiłek przestaje być gwarantem godnego bytu, koncepcja regularnego transferu finansowego daje poczucie bezpieczeństwa.

Krytyka neoklasyczna i pozorne odpowiedzi

Ekonomiści neoklasyczni to główni oponenci wdrożenia dochodu podstawowego w Polsce. Przedmiotem sporu jest sposób finansowania oraz wpływ na rynek pracy. Zwolennicy BDP odnoszą się do tego na dwa sposoby – zachowawczo lub progresywnie. Pierwsze podejście wpasowuje dochód podstawowy w obecny ład instytucjonalny. Ma on osiągać cele obiecane przez neoliberalny kapitalizm. W ujęciu progresywnym, BDP jest narzędziem, które intencjonalnie przekracza reguły gospodarki rynkowej. Problem polega na tym, że w zależności od publiki, zwolennicy dochodu podstawowego stosują różne linie argumentacji, które jednak mają odmienne rezultaty.

Głównonurtowi ekonomiści twierdzą, że budżet Polski jest zbyt mały, aby sfinansować ten eksperyment. W tym scenariuszu wzrost obciążeń podatkowych byłby na tyle wysoki, że zahamowałby wzrost gospodarczy. Dlatego konieczne są radykalne cięcia wydatków publicznych. Upodabnia to BDP do koncepcji negatywnego podatku dochodowego, czyli transferu pieniężnego wypłacanego przez państwo, jeśli zarabiający nie osiąga określonej kwoty wolnej od podatku. Jeśli Jan Kowalski zarabia 50 tysięcy złotych przy 60 tysiącach jako kwocie wolnej od podatku, to brakujące 10 tysięcy pokrywa państwo. Milton Friedman, najbardziej znany zwolennik tej idei, widział w negatywnym podatku dochodowym narzędzie likwidacji socjalnych funkcji państwa. W tym samym kierunku zmierzają argumenty zachowawczo zorientowanych zwolenników BDP. Transfer pieniężny tak, ale wszelkie pozostałe świadczenia socjalne i usługi publiczne mocno ograniczamy. Strona progresywna jest natomiast bardziej otwarta na finansowanie programu z deficytu publicznego.

Kolejny spór dotyczy bezwarunkowości dochodu podstawowego. Głównonurtowi ekonomiści obawiają się kultury wyuczonej bezradności, czyli efektu masowego wycofywania się z rynku pracy wskutek otrzymywania świadczenia. Problem ubóstwa miałby się jeszcze pogłębić. Podobnie jak wcześniej, tutaj też panuje dwugłos. Zachowawczy zwolennicy BDP argumentują, że dochód podstawowy tworzy bufor bezpieczeństwa. Zachęca do podejmowania bardziej ryzykownych działań, niemożliwych w reżimie pracy najemnej ze względu na systemowy brak stabilności finansowej. BDP stałby się więc gwarantem drobnej przedsiębiorczości i kreatywnych projektów. Ogólny poziom produktywności wzrósłby, a nie spadł. Z kolei opcja progresywna widzi w dochodzie podstawowym narzędzie oporu w miejscu pracy. Umożliwiłby on wycofanie się z rynku pracy i budowę nie-kapitalistycznych relacji społecznych.

Niezależnie od przyjętej wersji BDP, koncepcja ta obarczona jest brakami, które czynią ją kontr-skuteczną względem deklarowanych celów. Przyjrzyjmy się temu.

Mniej stabilności (cenowej i pracowniczej)

Koncepcję dochodu podstawowego łączy z perspektywą ekonomii neoklasycznej indywidualizm metodologiczny. Jednostka jest traktowana jako punkt odniesienia. Ryzyka i szanse dochodu podstawowego są analizowane w ujęciu mikroekonomicznym. Z tego powodu zwolennicy BDP ignorują makroekonomiczne konsekwencje swojej polityki. Czym z tej perspektywy jest dochód podstawowy? To większe możliwości wydatkowe społeczeństwa bez dodanych usług lub zdolności produkcyjnych. To wzrost popytu przy zachowaniu dotychczasowego poziomu podaży. W zależności od przyjętej wersji BDP – zachowawczej bądź progresywnej – mierzymy się z różnymi problemami.

Zacznijmy od wersji dochodu podstawowego, która odrzuca regułę neutralności fiskalnej w imię znaczącego transferu pieniężnego. Ryzykiem jest tu inflacja. We współczesnych gospodarkach ryzyko inflacyjne dotyczy relacji między nominalnym wzrostem wydatków (popytu), a zdolnością gospodarki, by odpowiedzieć na ten popyt zwiększoną podażą towarów i usług. Gdy popyt rośnie szybciej niż produkowane towary lub świadczone usługi, tworzy się presja na wzrost cen.

Zwolennicy BDP odpowiedzą, że nie jest to problem, bo gospodarki kapitalistyczne cierpią z powodu zbyt niskiego poziom wydatków. Firmy są w stanie produkować dużo więcej, niż konsumenci mogą obecnie kupić. Dzięki dochodowi podstawowemu przedsiębiorstwa będą mogły bardziej wykorzystać moce produkcyjne i zatrudnić więcej ludzi. Poziom cen ustabilizuje się z czasem. Tym, co zostało przeoczone w takiej perspektywie, jest cykliczność wpisana w funkcjonowanie gospodarki – chodzi o okresy wzrostu i spadku. W przypadku pierwszego zjawiska inwestycje rosną, spada bezrobocie i zwiększa się konsumpcja. W drugim tendencja jest odwrotna – sektor prywatny kurczy się, a ludzie więcej oszczędzają niż wydają. Koncepcji dochodu podstawowego brakuje automatycznych stabilizatorów, które mogłyby działać kontrcyklicznie. Dochód podstawowy, jako stały i regularny transfer pieniężny, nie jest wrażliwy na zmiany makroekonomiczne. W dobie recesji zapobiega znaczącemu spadkowi popytu krajowego, co stymuluje gospodarkę. Jednak w okresie prosperity BDP zwiększa ryzyko inflacyjne. Sytuacja staje się gorsza, gdy więcej osób dzięki BDP korzysta z „wolności” od pracy. Strona podażowa gospodarki kurczy się, a popyt pozostaje na stałym poziomie. Ten popyt na towary i usługi może zostać zaspokojony importem, co jednak wpływa na kurs wymiany i krajowy poziom cen, wzmacniając dodatkowo tendencje proinflacyjne.

W wersji zachowawczej ryzyko inflacyjne jest zredukowane, bo kwota otrzymywana w dochodzie podstawowym jest mniejsza. BDP nie zwiększa deficytu publicznego, a pracownicy nie otrzymują kwoty, która skłoniłaby ich do wycofania się z rynku pracy. Pojawia się jednak inny zestaw problemów. Po pierwsze, skupienie się na kosztach programu skutkuje tym, że transfer pieniężny będzie zbyt niski, aby rozwiązać problemy, które zwolennicy BDP deklarują przezwyciężyć – biedę i niestabilność dochodową. Kolejne ryzyko dotyczy wpływu na rynek pracy. Część pracowników, mając dodatkowe źródło dochodu, rezygnowałaby z pracy pełnoetatowej i łączyła dochód podstawowy z zatrudnieniem na niepełny etat. W wymiarze makro oznacza to zwiększoną podaż nie-pełnoetatowej siły roboczej i przebudowę struktury rynku pracy. Jest to kluczowe w kontekście koncepcji dualnego rynku pracy, gdzie istnieją dwa segmenty o odmiennych warunkach płacowych i zatrudnienia: sektor kluczowy i sektor peryferyjny. Pierwszy, oczekujący określonego poziomu kwalifikacji, oferuje w zamian stabilne zatrudnienie i wyższy poziom płac. Drugi, o niskich barierach wejścia (jeśli chodzi o posiadane kompetencje) i wyjścia (ze względu na małą atrakcyjność warunków pracy i zatrudnienia), charakteryzuje się większym udziałem atypowych form zatrudnienia. Dochód podstawowy doprowadzi do silniejszej segmentacji rynku pracy. Pracodawcy funkcjonujący w sektorze peryferyjnym, gdzie siła przetargowa pracowników jest mniejsza, mogą łatwiej obniżyć poziom płac, wiedząc, że pracownicy dysponują regularnym buforem finansowym. W praktyce BDP staje się polityką wzmacniającą prekaryzację stosunków pracy i transfer dochodów od pracowników do przedsiębiorców.

Kultura indywidualizmu

Indywidualizm metodologiczny dochodu podstawowego ma swoje kulturowe implikacje. BDP jest projektem indywidualistycznym. Jego przedmiotem jest jednostka wyabstrahowana ze zobowiązań społecznych. W wizji zwolenników tego rozwiązania jednostka wolna od konieczności pracy będzie mogła dać wyraz swoim zdolnościom i w ten sposób przysłużyć się wspólnocie. Towarzyszy temu celebracja kreatywności i anty-paternalistyczny sentyment, wymierzony przede wszystkim wobec państwa. Kiepsko funkcjonujące usługi publiczne, jak np. zajęcia dodatkowe dla dzieci, zastępują oddolnie zorganizowani obywatele, którzy teraz mają zasoby, by realizować takie projekty. Państwo opiekuńcze z biurokratycznym aparatem kontroli wypierane jest przez wolontariat „na dopingu”.

Idealizacji indywidualnej innowacyjności towarzyszy deprecjonowanie roli pracy. Rzecznicy BDP sprowadzają ją do przynoszącej dochód aktywności wycenianej przez rynek. Jeśli bezpieczeństwo finansowe może być zagwarantowane innymi sposobami, to jest ona zbędna. W bliźniaczy sposób pracę ujmuje teoria neoklasyczna w tzw. krzywej podaży pracy. Pracownik ma wybór między pracą – która jest czymś złym, bo stanowi źródło niewygody – oraz czasem wolnym – postrzeganym jako coś preferowanego. W tym ujęciu praca jest tolerowana, bo dzięki zarobkom umożliwia zakup innych preferowanych dóbr. Mechanizmem, który zarządza alokacją czasu pracownika, jest płaca, która określa cenę czasu wolnego. Ekonomiści neoklasyczni oraz zwolennicy BDP sprowadzają aktywność zawodową do funkcji czysto zarobkowych. Pomijają fakt, że praca oprócz wynagrodzenia przynosi szereg wewnętrznych pozytywów w postaci zdrowia psychicznego, poczucia przynależności czy osobistej satysfakcji.

Suwerenność (monetarna) ma znaczenie

Dylematy dotyczące sposobu finansowania BDP wynikają z braku zrozumienia różnicy między krajami suwerennie monetarnymi (m.in. Stany Zjednoczone, Wielka Brytania, Szwajcaria, Polska), a krajami tej suwerenności pozbawionymi (strefa euro). Te pierwsze dysponują monopolem na emisję pieniądza i tworzą popyt na tę walutę poprzez nakładanie zobowiązań podatkowych. W przeciwieństwie do rządu, sektor niepubliczny, tj. firmy i gospodarstwa domowe, jest użytkownikiem waluty (tak samo jak kraje, które oddały swoją suwerenność monetarną Europejskiemu Bankowi Centralnemu). Opodatkowanie służy tworzeniu popytu na rządową walutę. Ten proces można widzieć w trzech etapach: 1) Rząd nakłada zobowiązanie podatkowe płatne w walucie, którą emituje. 2) W obliczu zapotrzebowania na jednostki waluty rządowej podatnicy oferują towary i usługi na sprzedaż, prosząc w zamian o jednostki waluty. 3) Rząd emituje swoją walutę i wydaje – w zamian za dobra i usługi, których potrzebuje.

Zwolennicy BDP błędnie kwalifikują kraje suwerenne monetarnie jako użytkowników waluty. Zawężając przestrzeń fiskalną państwa, są zmuszeni bilansować budżet kraju poprzez wzrost podatków i cięcia w wydatkach. W efekcie grawitują w kierunku polityki zaciskania pasa uzupełnianej regularnym transferem pieniężnym. Wraz ze wzrostem czasowego zatrudnienia, pomimo dobrych intencji rzeczników dochodu podstawowego, otrzymamy bardziej sprekaryzowaną gospodarkę ze zwijającym się państwem. Rezultat odległy od tego, co obiecują pracownikom najemnym.

Jak krytykować?

Nie mam wątpliwości, że pomimo zaprezentowanej krytyki, koncepcja BDP będzie zyskiwała na popularności. Jej zwolennicy sprawnie komunikują, co jest ich celem i jakimi atutami dysponują w zestawieniu z neoliberalną polityką. Kiepska jakość współczesnych stosunków pracy, tj. upowszechnienie się niskopłatnego i niestabilnego zatrudnienia bez możliwości awansu, czyni atrakcyjnymi obietnice godnego życia poza pracą najemną. Ponadto BDP wykorzystuje kulturowe znaczenie indywidualizmu silnie zakorzenionego w neoliberalizmie. Równie ważne jest instytucjonalne zaplecze tego projektu. Międzynarodowe i krajowe środowiska akademików – socjologów, filozofów, ekonomistów i badaczy polityki społecznej – uprawomocniają BDP od strony naukowej. Organizacje aktywistyczne przekładają język naukowej teorii na żądania polityczne, które następnie trafiają na sztandary ruchów społecznych i partii politycznych.

Mając świadomość zagrożeń związanych z dochodem podstawowym i kosztów trwania statusu quo, potrzebna jest krytyka, która umożliwi bardziej sprawiedliwą wizję świat. Po pierwsze, BDP skupia się na jednostce, abstrahując od jej społecznych zobowiązań. Nie daje narzędzi do rozwiązania problemów, przed którymi stoimy jako społeczeństwo. Kryzys klimatyczny i sprawiedliwa transformacja w kierunku mniej emisyjnej gospodarki są tu nieobecne. Co więcej, dochód podstawowy może sytuację pogorszyć. Stymulacja wydatków, przy nietkniętej strukturze podażowej, oznacza większe zużycie zasobów w ramach gospodarki niezrównoważonej ekologicznie. BDP niewiele oferuje także w kontekście wyzwań rozwojowych Polski. Pułapka średniego rozwoju wymaga skoordynowanej polityki, mającej na celu przebudowę struktury gospodarczej kraju. Regularne wsparcie pieniężne na poziome jednostki co najwyżej aspiruje do mikroekonomicznych narzędzi polityk aktywnego rynku pracy. Ciężar modernizacji gospodarki przerzucony jest na indywidualnych obywateli. To pracownicy muszą się sami dokształcić i podnieść własne kwalifikacje. Dlatego alternatywne spojrzenie powinno zaczynać się od wspólnoty jako punktu wyjścia. BDP nie jest w stanie sprostać wyzwaniom, które wymagają kolektywnego wysiłku do ich rozwiązania.

Każda krytyka zostawia pytanie o alternatywę. Jeśli odrzucamy dochód podstawowy i neoliberalny status quo, to co w zamian? Jaka propozycja poprawi sytuację jednostek i będzie funkcjonalna poziomie makroekonomicznym? O tym w kolejnym tekście, ale do tego czasu polecam zapoznać się z tekstem Rafała Wosia na temat gwarancji zatrudnienia.

Kamil Sawczak

Inne teksty autora można przeczytać tu: sawczak.substack.com

Łakniemy

Łakniemy

Ach, paradoksy! Chcemy być europejscy, zachodni, chcemy znajdować się w twardym jądrze wspólnoty, ale nie chcemy ot tak, bez żelaznych gwarancji, klepnąć unijnego programu finansowego. Nawet dopuszczamy myśl, że moglibyśmy go zablokować, bo u nas banasie, obajtki i w ogóle złodziejstwo i szwindle takie, że Panu Bogu się nie śniło, jak świat budował. A już z pewnością nie śniło się Belgom, Hiszpanom czy Włochom. U nich raczej nie ma złodziejstwa. A na pewno nie takie.

Chcemy być normalnym państwem. Chcemy żyć w normalnym kraju. Normalnym, czyli takim, jak na Zachodzie, ale nie chcemy płacić wysokich podatków, jak Szwedzi czy Francuzi, bo u nas tylko obajtki, szwindle, niegospodarność i skręcony Trybunał Konstytucyjny.

Marzymy o ochronie zdrowia, jak w państwach starej Unii. Tyle że chcemy jednocześnie płacić o połowę niższą składkę, niż płacą tamci. Składki to są w ogóle… szkoda słów. Haracz! Haracz to jest dobre słowo.

Chcemy mieć wykształcone, świadome społeczeństwo, ale nie lubimy łożyć hajsu na publiczne szkolnictwo i na pensje nauczycieli. Najlepiej, żeby szkoły były prywatne, a dzieci z porządnych rodzin nie musiały siedzieć w jednej klasie z dziećmi lamusów i innych pięćsetplusów – to spowalnia postęp.

Nie chcemy zapracować się na śmierć i chcemy mieć czas na hobby i dla przyjaciół… ale jeśli ktoś powie słowo o 35-godzinnym tygodniu pracy, to od kopa dajemy naklejkę „kosmita”. Ewentualnie odznakę leniuszka.

Co istotne, zdecydowanie nie podobają nam się długi. Następnym pokoleniom dług po sobie zostawić? Patologia. Zadłużenie to najkrótsza droga do piekła. Grecja, druga Grecja. Podsumowując: mieszkanie mamy na kredyt, samochód w leasingu i dwie karty debetowe. (No może i tak, ale my to spłacamy karnie i regularnie. A państwo? Państwo spłaca? Kraj obajtkowy Polska na pewno nie spłaca).

Chcemy czystego powietrza i lubimy być eko, ale chcemy też mieć dwa samochody, z czego jeden może być SUVem palącym 13 litrów. W autobusach i tramwajach śmierdzi – szczególnie, kiedy jest upał. Ohyda. (No i kominek. Domek pod miastem bez kominka, to lepiej nie mieć domku).

Żądamy odpowiedzialnej, wykształconej, uczciwej klasy politycznej, ale nie lubimy zapisywać się do partii i związków zawodowych, niech się inni zapisują i niech po godzinach łażą na spotkania, zbierają podpisy czy coś. My mamy kolację do ugotowania i hbo do dokończenia.

Bardzo chcemy być tolerancyjni i postępowi. Postęp brzmi kapitalnie. Łakniemy postępu, tak jak kania łaknie… Cokolwiek to jest. Z drugiej strony, jeżeli osoba prosi nas, aby mówić o niej psycholożka lub architektka, zamiast psycholog i architekt, to przewracamy oczami. Na taki galopujący postęp jeszcze nie jesteśmy gotowi.

Szanujemy estetyczne, spójne miasta. Rispekt. Choć koniec końców wolimy kupić mieszkanie na grodzonym osiedlu, żeby nam patusy lusterek w samochodzie nie pourywały. Ogrodzenia przecież też mogą być ładne. No i chcemy wszędzie mieć parkingi. Parkingi nie mogą być ładne?

A najważniejsze i po pierwsze, to chcemy samorządności. Chcemy sami decydować o własnych sprawach. Chyba, że chodzi o zebranie wspólnoty mieszkaniowej, albo napisanie projektu dla budżetu obywatelskiego, to wtedy akurat nie.

Michał Kowalówka

Herman Lieberman: Nieśmiertelna, niepodzielna i niezłomna (przemówienie 1-majowe z roku 1941)

Herman Lieberman: Nieśmiertelna, niepodzielna i niezłomna (przemówienie 1-majowe z roku 1941)

Robotnicy całej Polski!

Odzywam się jako przedstawiciel Polskiej Partii Socjalistycznej do Was z Londynu, ze stolicy wielkobrytyjskiej, przez którą ciągnie się front bojowy w tej najkrwawszej z wojen. Nie ma na ziemi ludu bardziej godnego podziwu w męstwie i wytrwałości, gdy walczy przeciw wrogom, jak ten lud brytyjski ze swoją stolicą na czele. Cierpi on od bomb śmiercionośnych nieraz całe noce: giną kobiety i dzieci tysiącami, lecz niezłomna wola wytrwania aż do zwycięstwa ani na chwilę nie słabnie. Wy w Polsce rozpoczęliście w obliczu świata tę walkę bohaterską przeciw tyranii i okrucieństwu germańskiemu, dając przykład wszystkim innym narodom. Dlatego was tu wciąż wspominają i czczą; klasa robotnicza Wielkiej Brytanii ze wzruszeniem mówi o bohaterstwie robotników i chłopów polskich, którzy zarówno w czasie wojny wrześniowej, jak i po ustaniu działań wojennych na naszych ziemiach do dziś dnia zacięcie bronią swojej Ojczyzny i swojego prawa do wolności i sprawiedliwości. Wiemy o wszystkim, co wy cierpicie; wiadomości, które o tym z kraju do całego świata dochodzą, wszędzie wywierają wrażenie wstrząsające. Z miłością dla was łączy się podziw dla waszego wiernego bohaterstwa, bo w walce nie ustajecie. Na powierzchni ziemi i pod ziemią, jak Polska długa i szeroka, bronicie waszego prawa do niepodległej ojczyzny, walką i cierpieniem budujecie przyszłość. I po najpóźniejsze pokolenia, robotnicy i chłopi całej Polski, wasze czyny bohaterskie opromieniać będzie najpiękniejsza i najbardziej nadzieję krzepiąca legenda.

Dla waszej walki i bezgranicznego poświęcenia klasa robotnicza Wielkiej Brytanii na równi z całym jej narodem, ma głębokie zrozumienie. Należy to do starej tradycji ludności zamieszkującej tę wyspę, która dziś polskiej emigracji udziela swej gościny. Pamiętny jest w historii ruchu robotniczego całego świata dzień 28 września 1864 roku, kiedy zwołano międzynarodowe zgromadzenie w Londynie w sali św. Michała, celem zamanifestowania solidarności z narodem polskim pokonanym przez carat rosyjski w powstaniu styczniowym. Na tym to zgromadzeniu, w którym wzięli udział przedstawiciele wszystkich narodowości w związku z koniecznością obrony zwyciężonego narodu polskiego, uchwalono zawiązać pierwsze Międzynarodowe Stowarzyszenie Robotników. Zaraz po uchwaleniu wyrazów solidarności z ciemiężoną Polską wybrano Radę Główną tej pierwszej Międzynarodówki, która natychmiast obwieściła światu w uroczystej deklaracji, że Międzynarodówka robotnicza, jak i pojedyncze osoby i organizacje do niej należące, uznają za zasadę swego postępowania względem wszystkich ludzi bez różnicy barwy, wiary i narodowości – prawdę, sprawiedliwość i moralność.

Robotnicy Polski zawsze byli i dziś dnia pozostali wierni tym zasadom. Pod wszystkimi zaborami zawsze o ich zwycięstwo walczyli. Dla nich składali ofiarę z wolności, życia i mienia, a dziś, kiedy o te wielkie ideały ludzkie toczą się zacięte i krwawe boje niemal na przestrzeni całej kuli ziemskiej, my stokroć goręcej zbawienność tych haseł rozumiemy i odczuwamy.

Robotnicy! Dzielą nas lądy i morza, lecz myślą stęsknioną i braterską żyjemy wśród was, a wy z waszą niedolą, męką i walką bohaterską żyjecie wciąż w naszych sercach. Lata mijają i wciąż się tułamy po rożnych krajach, bardzo daleko od tych, co są nam najdrożsi! Ta sama jednak nadzieja i wiara przepełnia nasze i wasze umysły.

Wierzymy, że Polska jest nieśmiertelna, niepodzielna i niezłomna. Wierzymy, że przetrwa wszystkie burze i klęski, że ostoi się niezachwianie, jak niebosiężna opoka wbrew krótkotrwałym triumfom wrogów wolności ludzkiej i pomimo niesłychanego spustoszenia dokonanego prze zdobywców zarówno na naszej ziemi ojczystej, jak i w krajach z nami sprzymierzonych, które tak jak my dążą do zbratania się ludów na zasadach prawdy, sprawiedliwości i miłości ludzkiej. Żyjąc w Londynie, przez bombowce niemieckie wciąż dziko i bestialsko ostrzeliwanym, pozostajemy wraz z ludem brytyjskim nieprzerwanie pod wrażeniem głębokiej pewności, że zwycięstwo ostateczne uwieńczy sztandary sprzymierzonych narodów. Ani te narody, ani my – nigdy nie będziemy niewolnikami i cywilizowana ludzkość stojąca po naszej stronie, w coraz doskonalszy sprzęt wojenny zbrojna, zdruzgocze nienawistne jarzmo. Będziemy wolni, bo chcemy być wolni i wiemy, że droga do wolności prowadzi przez bezwzględną walkę przeciw jej wrogom i że bunt najpotężniejszych i najszlachetniejszych narodów przeciw totalistycznej tyranii zwyciężyć musi.

W dniu Pierwszego Maja, który robotnicy Polski tradycyjnie taką miłością otaczali, bo był zawsze pogłębieniu braterstwa wolnych narodów poświęcony, ponawiamy przysięgę, że z oparów krwi przelanej, z morza łez i bezmiaru niedoli przeżytej, z ruin, zgliszcz i grobów, którymi obficie zasłana jest nasza ziemia ojczysta, powstanie i rozkwitnie Nowa Polska, Polska Ludu Pracującego, Polska sprawiedliwa w swoim umiłowaniu wszystkiego, co tchnie dobrem, pięknem i prawdą, Polska, w której chłopi, robotnicy i pracownicy umysłowi w życiu odbudowanej Ojczyzny będą mieli głos rozstrzygający.

Herman Lieberman

 

Powyższy tekst Hermana Liebermana to zapis przemówienia radiowego na 1 maja 1941 roku. Tekst pierwotnie został opublikowany w piśmie „Przedświt – wydawnictwo Komitetu Zagranicznego Polskiej Partii Socjalistycznej w Londynie” z datą 1 maja 1941. Od tamtej pory nie był wznawiany, poprawiono pisownię według obecnych reguł.

Stop pracy aż do śmierci

Stop pracy aż do śmierci

„40 lat minęło jak jeden dzień, już bliżej jest niż dalej, o tym wiesz” – tak w tytułowej piosence serialu „Czterdziestolatek” śpiewał Andrzej Rosiewicz. Niestety, nie dotyczy to emerytury, bo każdy rok dodatkowo to już dalej niż bliżej. Dla wielu oznacza to dożywocie w pracy wyniszczającej zdrowie.

Wielu z nas zaczynało pracę zaraz po szkole ponadpodstawowej. Niektórzy wręcz jako młodociani w wieku 17 lat. Byliśmy młodzi, nikt z nas nie myślał o emeryturze, chcieliśmy się uniezależnić od rodziców, zarabiać, iść na swoje, stanąć na własnych nogach, być użytecznymi wartościowymi obywatelami, którzy pracują po to, by godnie żyć i być docenianymi. Po drodze przeżyliśmy wyniszczającą terapię wstrząsową Balcerowicza, która szybko wyleczyła nas ze złudzeń. Był wyzysk, poniżanie i obniżanie naszej wartości jako ludzi i pracowników. My, robole, staliśmy się podludźmi, którzy mają być cicho i wykonywać wszelkie prace fizyczne i usługowe na rzecz klasy panów, która właśnie chwyciła Pana Boga za nogi i uwierzyła, że jest solą ziemi i należy jej się ten przywilej, żeby na nią robole pracowali. Unieważniano wartość naszej pracy. Mówiono, że każdy może tyrać fizycznie, bo do tego nie trzeba specjalnych kwalifikacji.

Specjalne kwalifikacje w mniemaniu naszych ekonomów to coś, co mają oni, nieważne, że czasem to były zwykłe znajomości czy przywileje wynikające z pochodzenia czy przynależności do uprzywilejowanych kast zawodowych. Jednak studia, tytuły naukowe, kariery w biznesie i polityce, choćby stuprocentowo uczciwe, nie usprawiedliwiają pouczania nas, że powinniśmy pracować jak najdłużej. Wszyscy, którzy osiągnęli w życiu jakiś sukces, powinni pamiętać, że ktoś musiał wykonywać te podstawowe obowiązki, żeby ci wszyscy ludzie sukcesu mieli zapewnione podstawowe potrzeby życiowe. To zapewniali ci zwykli pracownicy w fabrykach, na kasach sklepowych, w gastronomii, w infrastrukturze, w budownictwie, ochronie i wielu innych branżach, gdzie musieli oddawać swoją fizyczną pracę, czas, w którym nie mogli być ze swoją rodziną, czasem za nędzne grosze, poświęcając zdrowie.

Znakomita większość z nas nigdy nie osiągnęła czegoś, co nazywa się satysfakcją zawodową czy społecznego uznania, nie mówiąc już o godziwej płacy, która powinna być podstawą, a o której większość mogła pomarzyć. Dla nas praca, przez większość trwania okresów zatrudnienia, była konieczną harówką i walką o przeżycie, a wolność, którą tak pięknie nam obiecywano, zaczynała się dopiero po fajrancie, za bramą zakładu. I niezbyt wiele było tej wolności, jeśli weźmiemy pod uwagę nasz czas pracy. Nierzadko nasze dniówki wynosiły 10-12 godzin dziennie. Wystarczyło czasu na tyle, by pójść spać i iść od nowa do roboty.

Wielu z nas z utęsknieniem wyczekuje emerytury, co jest dość tragiczne, bo faktycznie oznacza to oczekiwanie na starość. Doprowadziliście nas do tego, nasi panowie, że chcemy się szybko zestarzeć, aby odpocząć i poczuć choć trochę wolności. Ale okazuje się, że i tego nie chcą nam dać!

Odbieranie praw do emerytury ludziom wyczerpanym pracą, było szatańskim projektem. Rządy ekonomicznych liberałów pozwoliły sobie na niczym nieuzasadnione, poza zyskiem rynków finansowych, podniesienie wieku emerytalnego do 67. roku życia, przy okazji odbierając prawo do wcześniejszej emerytury pracownikom pracującym w warunkach szczególnych. W tym czasie średnioroczny czas pracy wynosił w Polsce ok. 2000 godzin rocznie, podczas gdy w krajach Europy wynosił on 1500-1700 godzin rocznie. Oznacza to, że polski pracownik w analogicznym okresie składkowym 40 lat przepracowywał 10 lat ekstra w stosunku do europejskiej średniej. W rocznym czasie pracy wyprzedziliśmy nawet słynących z pracoholizmu Japończyków. Przy czym w większości krajów Europy obowiązują emerytury stażowe.

Odmawianie nam emerytur stażowych, namawianie do dłuższej pracy, która rzekomo pozwoli nam zachować lepszą formę na starość, jest więc dziś bezgraniczną podłością i bezczelnością. To jest plucie w twarz i poniżanie tych, którzy nie mają już zdrowia i sił do pracy. Jest to po prostu nieludzkie, bo każdy, kto ma resztki sumienia i zdaje sobie sprawę, czym jest praca fizyczna czy każda inna praca wykonywana w tak długim czasie, i wie, jakie warunki pracy były i są w Polsce, nie odważy się odmawiać ludziom prawa do emerytur stażowych. Emerytura stażowa do zadośćuczynienie za ten cały czas spędzony w pracy, kiedy nie mogliśmy być matkami, ojcami, obywatelami, bo pochłaniało nas codzienne staranie o zapewnienie podstawowych potrzeb materialnych. Może pod koniec życia mamy prawo być dziadkami i babciami lub choćby mieć trochę czasu dla siebie, żeby nieco odpocząć.

W 2015 roku obecny obóz władzy szedł do wyborów z postulatem emerytur stażowych. Urzędujący prezydent zobowiązał się do wniesienia inicjatywy ustawodawczej w tej prawie. Dziś pytamy: gdzie są nasze emerytury stażowe Panie Prezydencie? To najwyższy czas na działanie. Czas się pospieszyć. Stoi dziś pan przed wyborem, czy okaże się prezydentem godnym tego urzędu. Czy okaże się pan godnym tego, by mógł pan nazywać swoim mentorem śp. Lecha Kaczyńskiego? Przypominamy panu i całemu obozowi władzy, że prezydent Lech Kaczyński wetował w 2009 roku ustawę odbierającą prawa do wcześniejszych emerytur stażowych. Wówczas koalicja rządowa PO-PSL wespół z liberałami z SLD odrzuciła to weto i okryła się hańbą. To pański, i pana zaplecza politycznego wybór, czy chcecie tę hańbę wziąć na siebie, czy postaracie się naprawić ten nieludzki system, który zmusza zbyt wielu ludzi do pracy aż do śmierci.

Jarosław Niemiec

greenwashing

greenwashing

***

 

lśni na półkach obok soi i smalczyku na fasoli

naturalne i tak eko przywiezione z Amazonii

szmaragd skórki, która topi te wyrzuty i bolączki

w jasnym kremie guacamole, kiedy rano chleb nią zdobisz

naturalne i pogodne w sosie krwistym z martwych lasów

ale za to w super cenie i torebce „ziemię ratuj”

 

polskie mięso, polski rolnik, a więc 100% natural

w reklamówce jak pan Stefan do swych świnek się przytula

że interes to rodzinny prowadzony od pokoleń

w myśl tradycji, patriotyzmu i z szacunkiem do zwierzątek

wśród pagórków, wśród zielonych niezliczonych łąk Podlasia

z melodyjką patriotyczną i sielanką chów wypasa

i krwawicą swą, harówką chce wykarmić całą Polskę

mięsem świnek co do rzeźni się kierują tak radośnie

 

cztery latte, dwa espresso i trzy procent na Afrykę,

bo dziś korpo szczytnym gestem pragnie walczyć tym z wyzyskiem

pakiet z łyżką, ekosłomką i w gratisie cukrem z trzciny,

mlekiem z soi, brakiem winy i sumieniem wreszcie czystym

Piotrek Kolasiuk

Pozwólcie nam pić w miejscach publicznych

Prawa i regulacje zakazujące spożywania alkoholu w miejscach publicznych kryminalizują klasę robotniczą i odbierają nam radość życia. Musimy zalegalizować publiczne picie.

Zapach świeżo duszonego gulaszu gumbo i gotowanych krabów unosił się na ulicy przed barem Broadview Seafood na skraju Seventh Ward w Nowym Orleanie. W tegoroczną środę popielcową, kiedy doszedłem do siebie po hulankach karnawału Mardi Gras [Tłusty Czwartek w USA obchodzi się inaczej niż u nas – przyp. tłum.], zacząłem być głodny i rozważać posiłek: czy powinienem zamówić jakieś odnóża kraba? A może kanapkę po’boy ze świeżo smażonymi krewetkami, w chrupiącej francuskiej bagietce? Wszystko to ważne pytania, ale to moje pierwsze zamówienie było najważniejsze – lodowata IPA w pokrytym szronem kuflu. A ponieważ byłem w jednym z nielicznych bastionów legalnego picia ulicznego w USA, kupiłem piwo na wynos.

Otrzymawszy nagrodę w postaci gumbo, krabów i po’boya, z piwem w ręce, rozważałem następny krok. Wdzięczny za luźne przepisy dotyczące publicznego picia, miałem pełen zakres możliwości: spacer po pobliskiej kultowej alei Esplanade i piknik w wypełnionym dębami Fortier Park, otoczonym okazałymi XIX-wiecznymi rezydencjami i jaskrawo zdobionymi domami, albo spacer trochę dalej na zachód miasta, by usiąść nad brzegiem kanału Bayou St. John. Zamiast tego zdecydowałem się przynieść swój mały bankiet do parku miejskiego, gdzie udałem się w towarzystwie przyjaciół. Bawiliśmy się dobrze, rozmawiając, jedząc i śmiejąc się – a wszystko to przy jednoczesnym publicznym popijaniu napojów alkoholowych, bez obawy o karę.

Było to radosne doświadczenie. Ale obecnie takie doświadczenia są dostępne tylko osobom mieszkający lub odwiedzającym Nowy Orlean oraz niewielką liczbę innych miejsc w całym kraju. To absurd – wszyscy powinniśmy móc pić w miejscach publicznych.

Jednak dzisiaj, osiemdziesiąt siedem lat po ratyfikacji 21. poprawki, wciąż żyjemy z pozostałościami ram prawnych z czasów prohibicji, według których spożycie alkoholu jest poważnie ograniczone i kontrolowane. Oprócz ogólnokrajowego minimalnego wieku spożycia wynoszącego dwadzieścia jeden lat, większość stanów wprowadziła surowe przepisy zakazujące publicznego picia, powszechnie określane jako przepisy dotyczące „otwartych pojemników” (open container laws).

Nadszedł czas, aby uchylić te przestarzałe, dyscyplinujące zasady i zdać sobie sprawę, że ruch na rzecz zniesienia prohibicji wcale nie zakończył swojej pracy. Należy ostatecznie zalegalizować publiczne picie alkoholu w całych Stanach Zjednoczonych.

Socjaliści walczyli o wasze prawo do picia

Aby zrozumieć, dlaczego nasze przepisy dotyczące publicznego picia są tak represyjne, musimy wrócić do amerykańskiego ruchu zakazującego alkoholu. Od samego początku ruch prohibicji był bowiem ożywiany purytańskim duchem.

Pod koniec XIX wieku działacze ruchu umiarkowania – wielu z nich motywowanych surowymi zasadami religijnymi – nalegali na całkowitą abstynencję od alkoholu, uznając jego spożywanie za grzech. Religijni rewolucjoniści w tamtych czasach postrzegali ten ruch jako drogę do zapewnienia sobie pewnego poziomu politycznej legitymizacji.

Jak pisze James Morone w „Hellfire Nation: The Politics of Sin in American History”: „Prohibicja zaoferowała im jedyny możliwy kontakt z władzą krajową, jedyną publiczną możliwość przeciwstawienia się upadkowi moralności”.

Taka postawa znalazła odzwierciedlenie w orzeczeniach prawnych, takich jak orzeczenie Sądu Najwyższego z 1887 r. w sprawie „Mugler przeciwko Kansas”. Stwierdzono w nim, że „powszechne używanie napojów odurzających może zagrażać moralności publicznej” oraz że „bezczynność, nieporządek, pauperyzacja i występujące na terenie kraju przestępstwa są w pewnym stopniu identyfikowalne z tym złem”.

Ale nie tylko wpływ religii doprowadził do zjadliwej agitacji antyalkoholowej – była to także logika kapitalistycznej akumulacji. Czołowi ekonomiści tamtych czasów, tacy jak Simon Patten i Irving Fisher, również naciskali na prohibicję na początku XX wieku, jako sposób na zwiększenie produktywności pracowników i, jak wątpliwie argumentował Fisher, rzekome zyskanie 6 miliardów dolarów dla gospodarki USA.

Dodajmy do tego działaczki feministyczne, które postrzegały zakaz jako sposób na walkę z kulturą picia alkoholu wyłącznie przez mężczyzn w saloonach oraz z przemocą domową stosowaną przez pijanych mężów wobec ich żon i innych kobiet. Ta kombinacja argumentów ostatecznie doprowadziła do uchwalenia w Kongresie 18. poprawki oraz ustawy Volstead Act (National Prohibition Act), która weszła w życie 17 stycznia 1920 r.

Oczywiście, zamiast faktycznie wyeliminować spożycie alkoholu, regulacje te po prostu zepchnęły go do podziemia, a nielegalny handel i domowa destylacja stały się powszechne w latach następujących po przyjęciu ustawy. Skutkiem był gwałtowny wzrost przestępczości zorganizowanej związanej z nielegalną dystrybucją alkoholu, a także choroby i śmierć spowodowane trującymi formami czarnorynkowego alkoholu – oto konsekwencje wypychania alkoholu (a także innych rodzajów substancji odurzających) w ciemne zakątki życia społecznego.

Jednak prohibicja miała także zaciekłych przeciwników. Cała historia Stanów Zjednoczonych to przykłady socjalistów i innych lewicowych przywódców, którzy podejmowali sprawę liberalizacji przepisów dotyczących picia alkoholu i walczyli o przyznanie Amerykanom swobody picia jak im się podoba.

Prohibicja oficjalnie zakończyła się dopiero 5 grudnia 1933 r., w dniu ratyfikacji 21. poprawki. Ale trzy lata wcześniej, w 1929 r., mieszkańcy stanu Wisconsin przyjęli już legalne spożywanie alkoholu, kiedy wyborcy uchylili ustawę Seversona. Liderem ruchu obalenia tej ustawy był Thomas Duncan, socjalista z Milwaukee, który jako pierwszy wezwał do przeprowadzenia referendum w tej sprawie. Duncan był członkiem tzw. socjalistów kanalizacyjnych – polityków znanych ze skutecznych robót publicznych – którzy rządzili Milwaukee przez pięćdziesiąt lat, od początku XX wieku.

Przed głosowaniem Duncan ostrzegł, że jeśli przegrają referendum, „państwo zostanie oddane w pełnym tego słowa znaczeniu Ku Klux Klanowi i Anti-Saloon League, by mogły zrobić z nim, co chcą” – co było odniesieniem do brutalnego egzekwowania zakazów przez KKK i ASL, zarówno za pomocą środków politycznych, jak i pozaprawnych. Ponowną legalizację alkoholu ostatecznie poparło w plebiscycie 64 proc. mieszkańców.

Duncan nie był jedynym lewicowym mieszkańcem Milwaukee dążącym do legalizacji picia alkoholu. Dołączyło do niego sześciu innych posłów i trzech senatorów stanowych, wszyscy socjaliści, a decyzję przyjął burmistrz Daniel Hoan, również socjalista.

W 1932 r. Partia Socjalistyczna uchwaliła stosunkiem głosów trzy do jednego, aby dodać do swojej oficjalnej platformy tekst: „Uchylenie 18. poprawki i przejęcie przemysłu alkoholowego pod rządową własność i kontrolę”. Uchylenie poprawki w następnym roku było dużym krokiem w kierunku poszerzenia wolności osobistej i ograniczenia kryminalizacji alkoholu. Zanim Duncan i jego koledzy socjaliści z Milwaukee skutecznie obalili prohibicję w Wisconsin, poparcie dla moratorium na alkohol już malało wśród amerykańskich wyborców.

Jednak nawet po uchyleniu poprawki w 1933 r. poszczególne stany nadal mogły zakazać lub ograniczyć sprzedaż i spożywanie alkoholu, co prowadziło do powstania „suchych” hrabstw, w których alkohol jest zabroniony (w wielu do dziś), wraz z szeregiem innych przepisów mających na celu ograniczenie używania alkoholu.

Karanie biednych za to, że strzelili sobie piwko

Obecny reżim prawny dotyczący publicznego picia doprowadził do takiego systemu egzekwowania, który nieproporcjonalnie karze Amerykanów, jeśli chodzi o podział przebiegający według linii rasowych i ekonomicznych. Jak Niki Ganong, autor „The Field Guide to Drinking in America”, powiedziała niedawno firmie Eater o przepisach dotyczących „otwartych pojemników”: „To kolejne rasistowskie prawo stosowane niemal powszechnie wobec biednych. Zwykle jest to wymówka dla policji, aby zatrzymać kogoś i przeprowadzić dochodzenie”.

Jak donosi „New York Times”, w 2011 r. nowojorska policja wydała 124 498 wezwań do stawienia się w sprawie publicznego picia, „znacznie więcej niż w przypadku jakiegokolwiek innego naruszenia”. Co w zasadzie nie zaskakuje, w ciągu jednego miesiąca na Brooklynie 85 procent wezwań skierowano do osób czarnych i Latynosów, a 4 procent do białych (którzy stanowią 36 procent populacji gminy).

Ustalenia te skłoniły Noacha Deara, sędziego z Nowego Jorku, do napisania w orzeczeniu sądu: „Niniejszym zalecam, aby praktyki i polityka NYPD w odniesieniu do egzekwowania prawa o otwartych pojemnikach podlegały kontroli i były natychmiast wstrzymywane, jeśli zostaną uznane za dyskryminujące”.

Rasowe różnice w stosowaniu przepisów dotyczących picia są widoczne w pozostałej części kraju, podobnie jak nadmierne egzekwowanie przepisów w biednych i robotniczych społecznościach. Te rozbieżności pomogły zmotywować ustawodawców Nowego Orleanu do ostatecznego zerwania z przepisami dotyczącymi publicznego picia w 2001 r. Jak pisze Henry Grabar, „Rada miejska Nowego Orleanu uchyliła miejskie prawo »otwartych pojemników«, które było egzekwowane z zastosowaniem uprzedzeń rasowych w podziale 80 do 20 procent, po tym, jak czarnoskóry mężczyzna niosący piwo został zastrzelony przez policję ”.

Wiele współczesnych przepisów dotyczących „otwartych pojemników” wywodzi się z poprzednich rozporządzeń dotyczących „publicznego pijaństwa” i „włóczęgostwa”, które uznawały za przestępstwo nie tylko alkoholizm, ale także ubóstwo i bezdomność. W 1953 r. Chicago ustanowiło takie prawo zakazujące „picia w miejscach publicznych” jako sposób na wydalenie tzw. gangów butelkowych – grup mężczyzn, którzy często nie robili nic poza gromadzeniem się na ulicach miast.

W latach 60., gdy Ruch Praw Obywatelskich nabrał rozpędu, egzekwowanie tych przepisów na tle rasowym zostało zakwestionowane w sądzie, a wiele z nich uznano za niezgodne z konstytucją. W rezultacie, zamiast zakazać „pijaństwa”, w kolejnych latach wiele miast i gmin zdecydowało się po prostu zakazać samego publicznego picia.

Te nowe przepisy wpisują się w szerszy wzorzec działań policyjnych zwanych „polityką rozbitych okien”, który przejęła większość amerykańskiej policji w latach 80. i później, traktując drobne naruszenia, takie jak otwarte spożywanie alkoholu, jako prostą drogę do przestępczości. Dają one organom ścigania nowe możliwości wystawiania mandatów i zatrzymywania dużej liczby osób za to, że podczas przebywania w miejscach publicznych nie robią nic złego lub społecznie szkodliwego.

Jak wskazuje Grabar, język nowojorskiej ustawy zakazującej przebywania w miejscu publicznym z otwartym pojemnikiem na alkohol nie był zbyt subtelny: „Kiedy Nowy Jork zakazał otwierania pojemników na swoich ulicach w 1979 r., ustawodawcy dość wyraźnie mówili o celu tego prawa: »Nie oczekujemy lekkomyślnie, że policja wezwie Eda z klasy średniej, który popija piwo do lunchu« – mówił wtedy »Timesowi« jeden z pomysłodawców ustawy. – »Ona jest dla młodych chuliganów z butelkami wina, którzy nękają nasze kobiety i zastraszają naszych seniorów«”.

Taki motyw nadal stanowi źródło aktywności organów ścigania. Od stycznia tego [2020] roku 91 proc. wypisywanych przez NYPD mandatów za picie trafiło do nowojorczyków czarnoskórych lub o pochodzeniu latynoskim, mimo że pandemia pustoszyła miasto. Wniosek jest jasny: te przepisy nigdy nie miały na celu poprawy bezpieczeństwa publicznego, ale raczej dały policji narzędzia do atakowania tych, których zechce. Ten niesprawiedliwy porządek będzie nadal prowadził do rasistowskich i stronniczych skutków – dopóki nie zostanie obalony.

Jako alternatywę dla przepisów dotyczących „otwartych pojemników” niektóre miasta, jak Louisville i Memphis, przyjęły prawo o tak zwanych „dzielnicach rozrywkowych”. Jednak te przestrzenie to często zaledwie kilka ulic i nie są one wcale bastionami wolności. Koniec końców są to centra zysku – często zarządzane przez prywatne firmy i zaśmiecone inwestycjami deweloperskimi – które ograniczają osobistą autonomię zamiast ją rozszerzać.

Zamiast organizować takie strefy, powinniśmy położyć kres dyscyplinującej polityce wobec publicznego picia i uwolnić nasze przestrzenie publiczne, pozwalając wszystkim dorosłym na publiczne spożywanie napojów alkoholowych, jeśli tego chcą i wtedy, kiedy tego chcą. Model z Nowego Orleanu można łatwo powielić w miastach i gminach w całym kraju.

Oczywiście zachowania, które zagrażają bezpieczeństwu publicznemu, takie jak prowadzenie pojazdu pod wpływem alkoholu, nie powinny być dozwolone ani nie powinno się do nich namawiać. Uzależnienie od alkoholu jest oczywistym problemem w Ameryce. Wymaga on głębokich nakładów na programy leczenia alkoholizmu i stabilizacji zdrowia psychicznego. System Medicare for All mógłby znacznie przyczynić się do niezbędnych postępów w dziedzinie zdrowia publicznego. Ale te problemy już istnieją w Stanach Zjednoczonych i nie rozwiązuje ich wcale egzekwowanie przepisów dotyczących picia w miejscach publicznych.

Całkowite zniesienie zakazu – i kropka

Uchylenie przepisów dotyczących publicznego spożycia alkoholu stało się jeszcze pilniejsze ze względu na trwającą pandemię COVID-19, która wstrząsnęła amerykańskim przemysłem barowym i restauracyjnym.

Ze względu na nieudolną reakcję administracji Trumpa, sześć miesięcy po pojawieniu się w Ameryce wirus nadal szybko rozprzestrzenia się w całym kraju i nie widać końca. Zamiast wdrożyć solidny system testowania i śledzenia kontaktów, jak zrobiła to większość innych krajów rozwiniętych, prezydent Trump postanowił potraktować wirusa jako niewarte uwagi zjawisko, które ma tylko rozpraszać, i odmówił podjęcia nawet podstawowych kroków w celu opanowania pandemii.

W obliczu tych wydarzeń, jak dowiedzieliśmy się w ostatnich tygodniach, środki dystansowania społecznego niezbędne do powstrzymania COVID-19 sprawiają, że ponowne otwarcie restauracji i lokali gastronomicznych jest prawie niemożliwe. W rezultacie wiele stanów złagodziło egzekwowanie przepisów dotyczących „otwartych pojemników”, a niektóre, np. Aleksandria, Wirginia, Chicago i Nowy Jork, przyjęły nowe rozporządzenia zezwalające na sprzedaż drinków na wynos, wraz z innymi, bardziej liberalnymi przepisami regulującymi handel alkoholem i jego spożycie. Jak donosi BBC, w celu obniżenia liczby więźniów, by zapobiec dalszemu rozprzestrzenianiu się COVID-19 w ośrodkach penitencjarnych, Baltimore anuluje toczące się postępowania karne wobec osób aresztowanych za wiele przestępstw bez użycia przemocy, w tym za łamanie przepisów dotyczących picia alkoholu w miejscu publicznym.

Takie zmiany są mile widziane, ale nie prowadzą do sedna problemu. Nawet jeśli zarzuty karne zostaną oddalone lub możesz kupić gin z tonikiem na wynos, nie zmienia to faktu, że publiczne picie jest nadal nielegalne. Zamiast tego potrzebne jest całkowite uchylenie przepisów dotyczących picia.

Taka zmiana została zaproponowana w Nowym Jorku przez socjalistyczną senatorkę Julię Salazar, która na początku lipca przedstawiła Senatowi ustawę nr S8675 o treści: „[…] daje prawo do posiadania otwartego pojemnika z alkoholem i publicznego spożywania alkoholu podczas pandemii COVID-19”.

Jak podano w sekcji uzasadnienia projektu:

„W wielu miejscach na świecie dozwolone jest publiczne spożywanie alkoholu. W Nowym Jorku policja i inni przymykają oczy, jeśli obywatel pije kieliszek wina, słuchając muzyków nowojorskiej Filharmonii na wielkim trawniku w Central Parku, ale jeśli jest młodym człowiekiem na plaży na Coney Island i pije nutcrackera [mieszanka wódki lub likieru z sokiem – przyp. tłum.] lub piwo z przyjaciółmi na własnej ulicy, może być ukarany mandatem. To dyskryminacja i hipokryzja”.

Dalej twórcy ustawy pytają: „Ma to sens tylko dlatego, że miasto już zezwoliło tysiącom barów na serwowanie napojów na wynos. Jak myślicie, gdzie one są konsumowane?”.

Dzisiaj picie w miejscu publicznym, jutro picie alkoholu jako wartość publiczna i wspólnotowa

Nie ma nic radykalnego w pozwoleniu ludziom na picie alkoholu na świeżym powietrzu, gdy śmiertelna pandemia sprawia, że przestrzenie wewnątrz budynków są niebezpieczne – to tylko zdrowy rozsądek. Publiczne picie jest aktem bez ofiar (chyba że jeden ze zbyt wielu koktajli prowadzi do kaca lub niezrozumiałego SMS-a wysłanego nocą do byłego partnera).

Drastyczne przepisy dotyczące picia w miejscu publicznym nie zostały uchylone od ponad wieku. Takie uchylenie mogłoby pomóc nam rozwinąć zdrowszy stosunek do środków odurzających, wyciągając spożywanie alkoholu z cienia.

Mogłoby to również pozwolić nam wyobrazić sobie jeszcze głębsze i bardziej radykalne zmiany w naszym stosunku do alkoholu, np. to, kto kontroluje jego produkcję i kto ma udział w przychodach. Jeszcze przed uchwaleniem 18. poprawki zakaz był już prawem obowiązującym w wielu stanach, a amerykański lider socjalistów Eugene V. Debs napisał w 1916 r .: „Uspołecznij biznes alkoholowy, pozbądź się zysku i pozwól mu być kontrolowanym przez państwo, jak proponuje socjalizm, a nastąpi doraźny koniec zła – ale nigdy nie nastąpi on poprzez ustawodawstwo zakazujące. Na świecie jest zbyt wiele »zakazów«, a duch ich jest często bigoteryjny i tyrański. W księgach ustaw istnieją dziesiątki tysięcy praw, które zabraniają prawie wszystkiego, co można sobie wyobrazić, i pomimo całego dobra, jakie czynią, lepiej byłoby, gdyby zostały uchylone”.

Od ponad stu lat, odkąd Debs napisał te słowa, nadal żyjemy w cieniu zbyt silnego zakazu. Zamiast tego wybierzmy wolność i zalegalizujmy publiczne picie alkoholu.

Miles Kampf-Lassin

Tłum. Magdalena Okraska

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w internetowym wydaniu czasopisma „Jacobin” w sierpniu 2020 r.