przez Roman Rostek | niedziela 2 kwietnia 2023 | opinie
Od wielu tygodni w mediach można znaleźć dyskusje o tym, w jaki sposób sztuczna inteligencja (AI – Artificial Intelligence) zmieni realia naszej pracy. Aplikacje typu ChatGPT czy Midjourney z jednej strony budzą zachwyt swoimi możliwościami. Z drugiej – wywołują obawy, czy nie zastąpią pracy wykonywanej obecnie przez ludzi. Niemal co tydzień pojawia się jakieś nowe fantastyczne zastosowanie AI, które napawa lękiem przedstawicieli kolejnej grupie zawodowej. Na podstawie dostępnych danych i odrobiny futuryzmu można spróbować określić, w jaki sposób te rozwiązania zmienią pracę.
Udostępnienie aplikacji opartych na przetwarzaniu języka naturalnego pokazało szerokiej publiczności możliwości sztucznej inteligencji. Podawanie komend nie przy pomocy kodu, ale zwyczajnych zapytań i poleceń, wydaje się być przełomem dla sposobu pracy wielu osób, które potrzebują szybkiej obróbki cyfrowych danych różnego rodzaju. Jest to tylko wycinek stosowania AI w pracy, natomiast na pewno marketingowo bardzo pociągający i budujący wyobrażenie działania sztucznej inteligencji na sposób podobny do człowieka. A skoro tak, to może ludzką pracę zastępować. Stąd w ostatnim czasie pojawiło się mnóstwo historii o tym, co AI już potrafi.
Nowe wspaniałe możliwości
Serwisy internetowe chwalą się coraz szerszym wykorzystywaniem sztucznej inteligencji do tworzenia różnego rodzaju publikacji. Zanik tradycyjnego dziennikarstwa nie jest niczym nowym, ale teraz można liczyć na przyspieszenie tych procesów. Podobnie z grafikami czy architektami – cyfrowo wygenerowane prace mogą zastąpić ich żmudne działania, wymagające wielu lat doświadczeń. Zapytania przez ChatGPT zastąpią wyszukiwanie w internecie, odbierając przychody twórcom blogów. Amazon jest zasypany e-bookami wygenerowanymi przez aplikacje. Sztuczna inteligencja może też zarządzać firmą. Chińska korporacja pochwaliła się, że na swojego szefa mianowała wirtualnego humanoidalnego robota, a po kilku miesiącach kurs akcji firmy rośnie. Tego typu informacji jest coraz więcej. Budują poczucie, że jesteśmy na początku rewolucji, której już nikt nie zatrzyma.
Producenci tych aplikacji mogą tylko zacierać ręce, widząc taką falę newsów. Dokładają do tego prezentacje coraz to nowszych zastosowań sztucznej inteligencji w pracy. Oczywiście marketing oparty jest na hasłach, które już nie raz towarzyszyły cyfrowym przemianom. Nowa technologia ma uwolnić człowieka od mordęgi monotonnej pracy i pozwolić na wyzwolenie kreatywności – to komunikat dla użytkownika-pracownika. Produktywność wzrośnie – to komunikat dla właściciela i zarządzającego. Powstaną nowe stanowiska, niezbędne dla obsługi aplikacji – to komunikat dla zaniepokojonego obywatela.
W rzeczywistości sztuczna inteligencja zmienia rynek pracy już od wielu lat. Analizy tych przemian pozwalają na wyciągnięcie istotnych wniosków z przeszłości, a dodając nieco futurystycznej wyobraźni, można te przemiany środowiska pracy opisać, nawet jeśli ten dzisiejszy opis wkrótce zdezaktualizuje się.
Technologie oparte na sztucznej inteligencji w kontekście środowiska pracy oddziałują w trzech kierunkach:
• prowadzą do automatyzacji pracy człowieka, a co za tym idzie – do likwidacji stanowisk,
• zmieniają charakter wykonywanej pracy, wymuszając nabywanie nowych kompetencji,
• tworzą nowe stanowiska i zupełnie nowe zawody.
AI likwiduje pracę
Od wielu lat raporty różnych instytucji ogłaszają, ile stanowisk może zostać zautomatyzowanych poprzez zastosowanie rozwiązań opartych na sztucznej inteligencji. Jeszcze do niedawna w tym kontekście pisano o pracy powtarzalnej, mechanicznej, prostej. Raport firmy McKinsey z 2017 podawał, że do 2030 roku połowa zadań realizowanych przez ludzi może być zautomatyzowana. W efekcie setki milionów pracowników będzie musiało zmienić pracę. Dwa lata później OECD podała w swoim raporcie, że 14% stanowisk podlega wysokiemu ryzyku automatyzacji, a dalsze 32% może ulec poważnej transformacji z tych powodów [1]. Podsumowanie trendów w raporcie OECD z 2021 roku to kolejny etap: o ile wcześniej automatyzacja była łączona z likwidacją prostych prac, to coraz więcej danych wskazywało, że stanowiska wymagające wysokich kwalifikacji również są zagrożone. Wśród takich zawodów wymieniono m. in. inżynierów, optometrystów, epidemiologów, aktuariuszy, księgowych, statystyków, programistów, analityków kredytowych, techników laboratoryjnych, kontrolerów jakości [2].
Rozwój sztucznej inteligencji powoduje, że do tej listy należy dziś dodać zawody uważane za kreatywne. Nawet jeśli nie zostaną zautomatyzowane, to struktura pracy mocno się zmieni. Z kolei upowszechnienie się narzędzi w rodzaju Microsoft 365 Copilot z całą pewnością ograniczy możliwości pracy stanowiskom asystenckim, stażystom, różnego rodzaju junior brand managerom. W zawodach kreatywnych eksperci będą nadal niezbędni. Natomiast ci, którzy tworzyli dokumenty, prezentacje, tabelki czy podstawowe treści do mediów elektronicznych, będą musieli szukać innych zadań.
Nie mają obecnie sensu próby oszacowania, ile osób będzie musiało z tego powodu zmienić stanowisko lub nauczyć się nowych umiejętności. Można zdroworozsądkowo stwierdzić, że wykonywanie pracy przy komputerze generalnie zwiększa ryzyko automatyzacji, co jest oczywistą obserwacją. Poza większym ryzykiem utraty pracy, wiąże się ono również z ryzykiem zmniejszenia wynagrodzenia. Natomiast odwrotny wpływ ma zaawansowanie w kierunku AI. Takie kompetencje do tej pory nie tylko zwiększają pewność zatrudnienia, ale również wysokość zarobków [3].
AI zmienia pracę
W wielu raportach, odnoszących się do ryzyk wynikających z AI dla przyszłości pracy, pada zazwyczaj uniwersalna rada: pracownicy będą potrzebowali nabywać nowe kompetencje, aby poradzić sobie ze zmianami. To rada zarówno banalna, jak i nie do końca uwzględniająca dynamikę zmian na rynku pracy. Przy szybkich zmianach technologicznych trudno przewidzieć, jakie kompetencje mogą być przydatne w przyszłości. Paradoksalnie to komunikatywność czy sprawność manualna bywają najtrudniejsze do automatyzacji.
Z drugiej strony marketing towarzyszący wprowadzaniu nowych aplikacji podkreśla, że są one łatwe w użyciu i nie tyle zastępują człowieka, co asystują w pracy. Dzięki rozwiązaniom opartym na przetwarzaniu języka naturalnego szybkość i efektywność indywidualna będą wzrastać. Nieprzypadkowo Microsoft promuje swoje rozwiązania jako najpotężniejsze narzędzie zwiększające produktywność.
W idealnym świecie takie zwiększenie indywidualnej produktywności spowodowałoby skrócenie tygodnia pracy czy wprowadzenie podatku od sztucznej inteligencji, z którego można byłoby np. sfinansować bezwarunkowy dochód gwarantowany. W świecie kapitalizmu zapewne zostanie to wykorzystane do podniesienia targetów i zwalniania części pracowników. Ci, którzy będą w pracy korzystać z takich rozwiązań, niekoniecznie będą szczęśliwsi. Doświadczenia z badań w Japonii [4] wskazują, że tacy pracownicy faktycznie odczuwają więcej satysfakcji z pracy, ale towarzyszy temu większy stres, ponieważ zostają im do wykonania tylko bardziej skomplikowane zadania. Paradoksalnie, sztuczna inteligencja może więc spowodować zwiększenie poczucia obciążenia pracą.
Poza zawodami opartymi na kreatywności, coraz więcej pracowników będzie podlegać w większym zakresie zarządzaniu algorytmicznemu. Czyli aplikacjom wykonującym niegdysiejsze funkcje kierownicze, jak przydzielanie zadań, planowanie pracy czy ocenianie. Ta innowacja również nie poprawia pracy na lepsze. Algorytmiczne ukierunkowywanie, ocenianie i dyscyplinowanie przynosi pracownikom frustrację, poczucie dyskryminacji i utraty prywatności, stres i prekaryzację [5].
AI tworzy pracę
O pozytywnym oddziaływaniu AI na przyszłość pracy będzie można mówić wtedy, gdy doprowadzi do automatyzacji niebezpiecznych, monotonnych czy poniżających zadań. A jednocześnie stworzy nowe, dobrze płatne stanowiska w liczbie przewyższającej te likwidowane. Społecznie korzystna automatyzacja musi zwiększać zapotrzebowanie na pracę.
Nowe zawody, kreowane wraz z rozwojem rynku aplikacji AI, mają często futurystyczne nazwy i nie do końca zrozumiałe dla laika zakresy obowiązków. Sztuczna inteligencja nie jest bezobsługowa. Jeśli jest niekontrolowana, ma skłonność do halucynowania (czy też bardziej wprost: do tworzenia bzdurnych informacji) czy stosowania mowy nienawiści. Nic dziwnego, skoro jest tylko odbiciem i wymieszaniem tego, co wytworzył człowiek. Dlatego do modelowania aplikacji niezbędni są trenerzy, tagujący w odpowiedni sposób kategorie informacji, czy kuratorzy, zajmujący się porządkowaniem danych. Aby aplikacja była efektywna w danym środowisku, potrzebni będą algorytmiczni brokerzy, informujący pracowników o tym, jaka jest logika działania aplikacji. Bieżące działania będą realizowane przez serwisantów i konsultantów, którzy mają łączyć systemy i naprawiać błędy. McKinsey przewiduje, że za kilka lat samych algorytmicznych tłumaczy będzie kilka milionów [6].
Obecnie elitą nowych zawodów algorytmicznych wydają się prompt engineers – inżynierzy poleceń. Ich zadanie polega na „tworzeniu i udoskonalaniu tekstu, który ludzie wpisują w sztuczną inteligencję w nadziei na uzyskanie optymalnego wyniku. W przeciwieństwie do tradycyjnych programistów, tacy inżynierowie programują prozą, wysyłając polecenia napisane zwykłym tekstem do systemów sztucznej inteligencji, które następnie wykonują rzeczywistą pracę” [7]. W ogłoszeniach o pracę dla takich stanowisk pojawiają się stawki rzędu 100-300 tys. dolarów rocznie.
O ile prompt engineers świetnie nadają się do zilustrowania nowego świata pracy w sposób godny działów marketingu i public relations producentów aplikacji AI, to rzeczywistość nowych algorytmicznych zawodów przypomina często stare kapitalistyczne wzorce. Open AI, firma stojąca za ChatGPT, chciała ograniczyć odpowiedzi określane jako „toksyczne” (przemocowe, rasistowskie, seksistowskie, wulgarne). Zlecenie wyoutsourcowano do kenijskiego oddziału kalifornijskiej firmy Sama. Tysiące pracowników tej firmy zarabia po 1,32-2 dolary za godzinę pracy polegającej na etykietowaniu ogromnych baz informacji zaciągniętych z internetu. Te informacje to najgorszego typu komunikacyjny ściek, wytworzony przez ludzi: opisy przemocy, okrucieństw, pedofilii i innych okropieństw, które pracownicy przeglądają w celu otagowania, aby sztuczna inteligencja nie brała ich pod uwagę. W efekcie ci wykorzystywani ekonomicznie według starego postkolonialnego kapitalistycznego wzorca „algorytmiczni trenerzy i kuratorzy” po tygodniu takiej pracy nadają się tylko na terapię [8].
Nie ma co wierzyć w opowieści, że zamiast nudnych zadań, które zostaną zautomatyzowane, sztuczna inteligencja wytworzy tylko kreatywne i dające poczucie samorealizacji. Zarówno likwidacja, jak i tworzenie nowej pracy będą podyktowane pogonią za lepszym wynikiem finansowym.
AI tworzy nierówności
Przykład kenijskiego oddziału firmy Sama odnosi się do jeszcze jednego problemu podnoszonego w kontekście zmian na rynku pracy. Rozwiązania oparte na sztucznej inteligencji pogłębiają nierówności na świecie. Daron Acemoglu, profesor ekonomii na MIT, który analizuje te zmiany w perspektywie kilkudziesięciu ostatnich lat, na styczniowej konferencji organizowanej przez Pissaridies Review, mówił o rozczarowaniu, jakie przynosi wdrażanie AI. Kiedyś zastosowanie maszyn było bilansowane nowymi zadaniami, teraz automatyzacja ma coraz bardziej widoczny negatywny kontekst: redukuje wzrost zatrudnienia i pogarsza redystrybucję. Innowacje zdają się podążać w kierunku nadmiernej automatyzacji, której efektem jest mniej zatrudnionych, zmniejszające się zarobki i brak wzrostu rynku pracy. Dodatkowo Acemoglu zauważa, że na dawnej osi podziału ekonomicznego tworzą się nowe nierówności: automatyzacja na Północy powoduje dezindustrializację na Południu. Technologie automatyzacji są nieodpowiednie dla krajów rozwijających się, ponieważ ograniczają rozwój siły roboczej, która jest tam kluczowym zasobem.
Nierówności globalne będą również wzmacniane kosztami ekologicznymi działania AI. Jest to technologia wysoce energochłonna, wymagająca serwerów i mocy obliczeniowych (podobnie zresztą jak choćby kryptowaluty). To dodatkowy społeczny koszt tego cyfrowego postępu, który rozkłada się nierównomiernie [9].
Motorem napędowym tej zmiany nie jest chęć uczynienia pracy człowieka łatwiejszą. Na pewno sztuczna inteligencja przyczyni się do poprawy wielu działań, zarówno istotnych społecznie (np. diagnostyka medyczna), jak i nieistotnych (np. automatyczne produkowanie zbędnych prezentacji na korporacyjne spotkania). W kontekście pracy ważniejsze wydają się zmiany strukturalne, odnoszące się do automatyzacji stanowisk i tworzenia nowych. Grupy pracowników z najlepszym przygotowaniem kompetencyjnym mogą spać spokojnie, poradzą sobie z tymi zmianami, co najwyżej dojdzie im więcej stresu, ale często za lepsze pieniądze. Reszta, czyli większość, niekoniecznie może komfortowo patrzeć w algorytmiczną przyszłość.
Roman Rostek
Grafika w nagłówku tekstu: Gerd Altmann from Pixabay.
Przypisy:
1. OECD (2019), OECD Employment Outlook 2019, OECD Publishing, Paris, https://doi.org/10.1787/19991266.
2. Lane, M., Saint-Martin, A. (2021), The impact of Artificial Intelligence on the labour market: What do we know so far? OECD Social, Employment and Migration Working Papers No. 256, https://dx.doi.org/10.1787/7c895724-en
3. Fossen, F., Sorgner, A. (2019), New Digital Technologies and Heterogeneous Employment and Wage Dynamics in the United States: Evidence from Individual-Level Data, IZA – Institute of Labor Economics, Discussion Paper Series.
4. Lane, M., Saint-Martin, A. (2021), The impact of Artificial Intelligence… op. cit.
5. Kellog, K., Valentine, M., Christin, A. (2020), Algorithms At Work: The New Contested Terrain Of Control, „Academy of Management Annals” 2020, Vol. 14, No. 1, 366–410. https://doi.org/10.5465/annals.2018.0174
6. ibid.
7. Harvell D. (2023), AI whisperer. No coding required. „Washington Post” February 25, 2023, https://www.washingtonpost.com/technology/2023/02/25/prompt-engineers-techs-next-big-job/
8. Perrigo, B. (2023), OpenAI Used Kenyan Workers on Less Than $2 Per Hour to Make ChatGPT Less Toxic, „Time”, January 18, 2023 https://time.com/6247678/openai-chatgpt-kenya-workers/
9. Ernst E (2022) The AI trilemma: Saving the planet without ruining our jobs. „Frontiers in Artificial Intelligence”, 5:886561.doi: 10.3389/frai.2022.886561
przez Bartosz Oszczepalski | niedziela 19 marca 2023 | opinie
Tuż przed wyborami parlamentarnymi lewicowa publicystyka nabiera rozpędu. Pojawiają się szczegółowe analizy wymierzone w maluczkich nierozumiejących dziejowych konieczności, szumne deklaracje o wielkich koalicjach, a nawet groźby skierowane pod adresem rządzącej prawicy. W oczy rzuca się jednak to, że w tych wywodach, co tylko pozornie jest paradoksalne, brakuje troski o los klasy ludowej i pracowników po ewentualnym dojściu do władzy liberałów oraz dokooptowaniu sobie przez nich lewicy jako koalicjanta.
Czy nadejdzie lewicowo-liberalny „dzień sznura”?
Tomasz Kozak, deklarujący się jako marksista, z zawodu adiunkt na Uniwersytecie Marii Curie-Skłodowskiej, na łamach „Krytyki Politycznej” popełnił tekst „Zdelegalizować PiS? Jak powinny wyglądać powyborcze rozliczenia”. Zachęca w nim lewicę do przelicytowania liberałów w bezwzględności i do jeszcze mocniejszego niż oni postulują rozliczenia „pisowców”. Elektorat opozycji „chce krwi”, więc powinien tę czerwoną krew dostać, najlepiej od czerwonej lewicy – buńczucznie pisze Kozak. Wspólna lista opozycji, czyli sojuszu neoliberałów z lewicą, to dla marksisty oczywista oczywistość, dlatego idzie on dalej. Domaga się zemsty, „przygotowania list pupili pisowskich”, „procesowego ich przeczołgiwania” oraz „publicznego napiętnowania”. Ale na tym nie kończy. Pragnie uruchomienia środków policyjno-prokuratorskich, by uzyskać większość w Sejmie, zamykania posłów PiS w więzieniu i pozbawiania ich immunitetów. Pod płaszczykiem inteligenckiej nowomowy i erudycyjnego języka Kozak zawarł pogardę dla demokracji, praw człowieka, praworządności oraz wielu innych wartości, jakich przestrzeganie deklaruje opozycja. Napisał jeden z bardziej obrzydliwych i paskudnych wywodów w historii lewicowej oraz opozycyjnej publicystyki.
Ale czy jest się czego bać? Absolutnie. Kozakowi, podobnie jak głośnemu przed kilkoma laty kieleckiemu libertarianinowi Kelthuzowi, zamarzył się „dzień sznura”, z tą jednak różnicą, że pierwszemu lewicowy, a drugiemu libertariańsko-prawicowy. W przypadku Kelthuza marzenia skończyły się na upokarzającym wyroku z tytułu „znieważenia w swoich piosenkach osób ze względu na ich kolor skóry, wyznawaną religię oraz przekonania polityczne”, przy okazji obnażając finansową niedolę „przedsiębiorczego” liberała. Natomiast represyjne marzenia lewicowego adiunkta raczej się nie wydostaną poza publicystyczne wykwity trzeciego sortu. Choćby dlatego, że samorządowe układy są znacznie trwalsze niż rządowe, a tam, by chronić profity, dochodzi niekiedy do bardzo egzotycznych sojuszy. Gdyby na szczeblu centralnym poszczególne partie represjonowały się nawzajem po przetasowaniach na szczytach władzy, wiele intratnych interesów natrafiłoby na przeszkody. Żeby jednak to wiedzieć, należałoby czasem wychylić głowę z uniwersyteckich murów.
Oczywiście, jak przystało na prawdziwego marksistę, Kozak ani nie razu nie zająknął się o tym, jak dojście neoliberałów i lewicy kulturowej wpłynie na sytuację pracowników i klasy ludowej. Nie trzeba wielkiej wyobraźni, aby mieć świadomość, że ta może się znacznie pogorszyć. Tu jakoś brakowało mu werwy i socjalistycznego radykalizmu. Taki „marksizm” nie potrzebuje nawet ataków ze strony prawicy, tym bardziej że są one zazwyczaj karykaturalne, by zostać uznanym za co najwyżej dziwaczną fanaberię zblazowanego intelektualisty.
Młodzi socjaliści starzeją się brzydko
Oczywiście wywody Kozaka można traktować jako pewne egzotyczne ekstremum, które nie jest warte wysnuwania wniosków dotyczących całej lewicy. Ale po lewej stronie na porządku dziennym jest narracja, w której los grup najgorzej sytuowanych ekonomicznie znajduje się na dalszym miejscu. Oczywiście pozory są zachowane: „lewicowy program” istnieje, postulaty na profilu partii Razem są (choć tych ekonomicznych jest jakby mniej niż kilka lat temu), Zandberg i Konieczny czasami napomkną o pracownikach najemnych i potrzebie mnożenia programów socjalnych, a także rozliczą PiS z tego, że jest „zbyt mało” prospołeczny. Ale to tylko zasłona dymna, a prawdziwe zamiary są widoczne w wypowiedziach dwóch lewicowych polityków dotyczących przyszłych układanek koalicyjnych. Całkiem niedawno Zandberg ostro zareagował na wulgarnego tweeta liberała Tomasza Lisa, który „Kałownią” nazwał Szymona Hołownię za rzekome niszczenie jedności liberalnej opozycji. Zandberg przekonywał, że to takie wypowiedzi dziennikarza „rozbijają jedność na centroprawicy”. Czy jest to ślad wskazujący na przygotowywanie swojej pozycji w negocjacjach koalicyjnych? Nie ma tu przypadku. W podobnym tonie wypowiadał się w rozmowie z Robertem Mazurkiem w RMF FM Maciej Konieczny, inny parlamentarzysta z Razem. Szczytem jego asertywności wobec liberałów było to, że deklaratywnie wykluczał przygotowanie jednej listy opozycji, lecz zarazem często używał sformułowań typu „nasze listy wyborcze” czy „nasz koalicyjny rząd”. W zasadzie przyznał, że koalicja z PO jest prawdopodobna, czego nie można powiedzieć o koalicji lewicy z PiS w razie przegranej bloków opozycyjnych.
Na wszystko to patrzę z rozbawieniem jako były członek socjalistycznej młodzieżowej organizacji, w której działali także obecni liderzy Razem. Nie sposób się bowiem nie uśmiechnąć, gdy się zestawia wspomniane wypowiedzi z tym, co głosiły młodsze wersje obecnych lewicowych posłów. Obaj byli wręcz socjalistycznymi hunwejbinami, którzy w organizacji rozliczali „prawicowe frakcje”. Rugali (bo nie była to zwykła kulturalna krytyka) też obecnych na wspólnych spotkaniach sędziwych działaczy PPS czy młodych aktywistów OPZZ za choćby ciut przychylne słowa wobec SLD, wówczas „neoliberalnego wroga”, krytykowanego mocniej niż piętnowana była cała prawica. Nie pomyślałbym wówczas, że za pewien czas nie tylko będą w świetnej komitywie z liberałami z SLD, bo to już się dzieje od wielu lat, ale również o Tusku i PO mówić zaczną jako o naturalnym koalicjancie. I to ustami Macieja Koniecznego, swego czasu jednego z najbardziej zajadłych antyliberałów w organizacji Młodzi Socjaliści. Trudno o bardziej dobitny i groteskowy przykład przemiany nadgorliwego ideowca w cynika.
Czary goryczy dopełnia transfer wyjątkowo radykalnej neoliberałki i fanki Balcerowicza Klaudii Jachiry do Partii Zieloni. Oczywiście Zieloni już od dłuższego czasu unikają związków z lewicą, a ich parlamentarzyści są w klubie KO. Jednak kiedyś było inaczej: kierownictwo ugrupowania nie bało się szermować antyneoliberalnymi hasłami, które wraz z agendą ekologiczną i liberalizmem światopoglądowym teoretycznie sytuowało ich po lewej stronie. Kiedyś mówiło się: z wierzchu zielony, a w środku czerwony. Teraz powinno się mówić: z wierzchu zielony, a w środku neoliberalny.
Lewicowi stratedzy z bożej łaski
Nie sposób zatem uwierzyć w to, że los pracowników najemnych czy osób z najniższych szczebli drabiny klasowej spędza sen z powiek kierownictwu Razem i że martwią się tym, co się stanie z grupami wykluczonymi ekonomicznie, gdy jednak Tuska nie będzie się dało przekonać do socjalnych pomysłów. To cecha wspólna również przyszywanych strategów, którzy z pozycji eksperckich przekonują, że dzięki pójściu za rączkę z neoliberałami razemowcy przynajmniej mają szansę na udział we władzy i realizację postulatów, a byliby jej pozbawieni, gdyby „szlachetnie zostali w niszy jak Śpiewak czy Ikonowicz”. Oczywiście nie wspominają, że lewica w Polsce sama zasłużyła na taką sytuację, stawiając na liberalny gospodarczo elektorat klasy średniej (znacznie bardziej prorynkowy od elektoratu PiS, a w niektórych obszarach nawet od wyborców PO) i sprowadzając własną rolę do pozycji kwiatka na liberalnym kożuchu. A gdy już było wiadome, że na fioletowych sztandarach daleko się nie zajedzie, zamiast budować struktury od podstaw postawiła na szybkie kariery u boku liberałów. To nie „dziejowe konieczności” zaprowadziły was tam, gdzie jesteście. Wy sami to zrobiliście. Oczywiście teoria o tym, że „lepszy rydz niż nic” już nie działa, gdy w tych kręgach ostro krytykuje się nielicznych lewicujących publicystów, którzy doceniają niektóre działania PiS z pozycji prosocjalnych.
Na koniec i ja się pobawię w domorosłego stratega, choć upierać się będę, że moje wnioski są oparte na zdecydowanie mniej wątłych przesłankach. Lewica nie przejmuje się sytuacją pracowników i klasy ludowej, szykując się do sprawowania władzy wraz z neoliberałami. Uzależniła się od fochów liberalnego gospodarczo elektoratu i salonów. Zatem zwyczajna arytmetyka krzyczy: „Chcesz socjalu? Pragniesz propracowniczych zmian? Nie głosuj na lewicę!”. Tym bardziej, że – w przeciwieństwie do publicystów i działaczy lewicowych – według sondażu przeprowadzonego na zlecenie Wirtualnej Polski aż 49 procent przepytywanych Polaków obawia się tego, że powrót PO do władzy wiązać się będzie z ograniczeniem programów socjalnych, a także z podwyższeniem wieku emerytalnego. Co więcej: Polacy głosujący na podstawie poglądów i oczekiwań socjalnych doskonale wiedzą, że lewica chce ułatwić neoliberałom powrót na szczyty władzy. I dlatego ta część wyborców nie odda głosu na lewicę. Byt, jak zawsze, określa świadomość, a porady domorosłych strategów są ludziom zbędne. Ciekawe, co by o tym wszystkim powiedział Marks, gdyby żył?
Bartosz Oszczepalski
Grafika w nagłówku tekstu: Phil59 from Pixabay.
przez Karol Trammer | środa 15 marca 2023 | opinie
Nad Słowacją krążyło widmo dużych cięć połączeń. W grę wchodziła powtórka sprzed 20 lat, kiedy likwidacje dotknęły jedną piątą sieci. Uznano jednak, że problemy rozwiąże zwiększenie liczby pociągów.
1 stycznia 2023 r. minęło 30 lat od podziału Czechosłowacji na dwa państwa. W każdym koła historii – przynajmniej jeśli chodzi o kolej – potoczyły się inaczej. O ile w Czechach nigdy nie doszło do masowych likwidacji połączeń, o tyle w Słowacji – w dziesiątą rocznicę powstania kraju – zapadła decyzja o wycofaniu pociągów z jednej piątej sieci kolejowej.
Cięcie po słowacku
Na początku 2003 r. ogłoszono, że z dniem 2 lutego zlikwidowane zostaną przewozy pasażerskie na 689 km linii. Domagając się odwołania tej decyzji, 29 stycznia 2003 r. kolejarze zorganizowali strajk ostrzegawczy i na sześć godzin zatrzymali ruch pociągów na terenie całej Słowacji. Jako że nic to nie dało, 31 stycznia 2003 r. rozpoczął się strajk bezterminowy. Jak wspomina Jozef Gulík w portalu Vlaky.net, był to największy strajk w historii niepodległej Słowacji. W ekspresowo wydanym orzeczeniu sąd w Bratysławie nakazał jego przerwanie – 4 lutego 2003 r. pociągi znowu zaczęły kursować, ale już nie na 24 liniach, które Železničná Spoločnosť przewidziała do likwidacji.
Niektóre części Słowacji zostały bardzo mocno dotknięte ograniczeniami. W krainie Gemer pociągi przestały kursować na liniach Dobšiná – Rožňava, Slavošovce – Plešivec i Muráň – Revúca – Plešivec, stanowiących dopływy z gemerskich dolin do głównej linii Koszyce – Zwoleń. Leżący z dala od największych miast Gemer to rejon dotknięty największą stopą bezrobocia – obecnie sięga ona tu 20%. Cięcia wcale jednak nie ominęły też lepiej rozwiniętej zachodniej części Słowacji. Choćby regionu nitrzańskiego, w którym przestały funkcjonować właściwie wszystkie linie lokalne.
Zamknięto nie tylko krótkie lokalki, czyli ślepe linie biegnące od głównych ciągów do położonych na uboczu miasteczek, ale także kilka odcinków, które łącząc stacje węzłowe, zapewniały spójność sieci połączeń. Pociągi wycofano też z kilku ośrodków powiatowych oraz miast ze światowej listy dziedzictwa UNESCO: Bańskiej Szczawnicy i Lewoczy. Wszystko to działo się, gdy premierem był działacz chrześcijańskiej demokracji Mikuláš Dzurinda, który przed rozpoczęciem kariery politycznej pracował w żylińskim Instytucie Badawczym Transportu oraz bratysławskiej dyrekcji czechosłowackich kolei ČSD.
Z likwidacjami nie pogodziły się społeczności lokalne i władze samorządowe. Niezadowolenie było na tyle duże, że w czerwcu 2003 r. Železničná Spoločnosť przywróciła ruch na dziewięciu z 24 linii. Połączenia odzyskały stolice powiatów Zlaté Moravce i Bánovce nad Bebravou. Pociągi znowu pojawiły się między innymi na 19-kilometrowej linii łączącej kilkutysięczne miasteczka Neded, Vlčany, Žihárec, Tešedíkovo i Diakovce ze stacją Šaľa na magistrali Bratysława – Budapeszt. O ile jednak przed zawieszeniem przewozów w relacji Neded – Šaľa kursowało siedem połączeń dziennie, o tyle po reaktywacji już zaledwie trzy i to tylko w dni robocze. Następnie liczbę połączeń zmniejszono do dwóch, potem do jednego, by w 2010 r. ponownie zlikwidować ruch.
Komunizm na kolei
Po cięciach wyniki słowackiej kolei mocno się pogorszyły. W 2002 r., przed wielką likwidacją połączeń, pasażerowie odbyli pociągami 59,4 mln podróży, a w 2003 r. już tylko 51,3 mln. Następnie w latach 2006-2014 ani razu nie udało się przekroczyć poziomu 50 mln podróży rocznie. Odbicie nastąpiło dopiero w 2015 r. – podróżni odbyli wówczas 60,6 mln przejazdów pociągami. Przede wszystkim był to efekt jednego ze sztandarowych posunięć partii Smer-Sociálna Demokracia, która sprawowała rządy w latach 2012-2020.
Od listopada 2014 r. podróże pociągami stały się bezpłatne dla dzieci, młodzieży, studentów, emerytów, rencistów oraz osób otrzymujących zasiłki. Wszyscy oni muszą pobierać darmowe bilety, za które kolej otrzymuje refundację z budżetu państwa. Gdy został wprowadzony rządowy program „Pociągiem za darmo”, na okładce opiniotwórczego czasopisma „Týždeň” pojawił się ówczesny premier Robert Fico w mundurze kolejarza z czasów socjalistycznej Czechosłowacji. Tygodnik opublikował artykuł pod tytułem „Komunizm na kolei”. Prognozowano w nim, że koszty kolei wzrosną, bo będzie musiała ona uruchomić więcej połączeń, aby zdołać przewieźć tłumy „socjalnych” pasażerów, którzy w dodatku odstraszą podróżnych płacących za bilety.
Komercyjni przewoźnicy alarmowali, że pasażerowie, mając możliwość darmowej jazdy dotowanymi pociągami, nawet nie będą rozważali podróży za pieniądze. – „Nasz biznesplan został całkowicie zniszczony” – mówił Radim Jančura, właściciel prywatnego przewoźnika RegioJet. Ta czeska firma wciąż jednak działa na słowackich torach: jej żółte składy jeżdżą na trasach Żylina – Bratysława – Brno – Praga oraz Koszyce – Żylina – Ostrawa – Praga. Na drugiej z tras jeżdżą również komercyjne pociągi Leo Express.
Przez pierwszych pięć lat funkcjonowania programu „Pociągiem za darmo” liczba podróży koleją skokowo rosła, by w 2019 r. osiągnąć 81,4 mln – z czego darmowych było 36% przejazdów. Przed epidemią COVID-19 każdy z 5,4 mln mieszkańców Słowacji statystycznie odbywał 15 podróży koleją rocznie (dla porównania polski wynik za 2019 r. to dziewięć podróży na mieszkańca).
W Słowacji epidemia, zresztą tak jak w innych krajach, doprowadziła do tąpnięcia na kolei: w 2020 r. pasażerowie odbyli 49,6 mln podróży, a w 2021 r. jeszcze mniej, bo 46,3 mln. Železničná Spoločnosť podała już swój wynik za 2022 r.: 67,1 mln podróży, a więc wciąż wyraźnie mniej niż przed nastaniem koronawirusa.
Co gorsze, coraz więcej wskazywało na to, że zanim słowacka kolej na dobre zdoła wyjechać z kryzysu epidemicznego, wjedzie w jeszcze poważniejsze problemy.
Kryzys kolejowy, kryzys polityczny
Słowacji w oczy zajrzała wizja powtórki sytuacji sprzed 20 lat. Wicepremier i minister finansów Igor Matovič wiosną 2022 r. oznajmił, że zmuszony jest dokonać cięć wydatków na połączenia kolejowe.
– „Miałoby to niewyobrażalne skutki. Cały świat idzie przecież w przeciwnym kierunku i inwestuje w koleje” – apelował do kolegi z rządu minister transportu Andrej Doležal.
– „Jeśli ministerstwa transportu i finansów nie znajdą sposobu na pokrycie kosztów zamówionych przewozów, scenariusz dużych cięć będzie realny” – powiedział w dzienniku „Pravda” Tomáš Kováč, rzecznik prasowy spółki Železničná Spoločnosť. A jej prezes Roman Koreň oznajmił na antenie Radia Slovensko, że z każdej trasy może wypaść co trzecie, co czwarte połączenie. – „W grze są też warianty, że niektóre linie zamkniemy całkowicie”.
W całej sytuacji nie pomagały konflikty, w których pogrążyła się szeroka koalicja rządząca Słowacją od 2020 r. Istniała obawa, że Igor Matovič z ugrupowania OĽANO (Zwyczajni Ludzie i Niezależne Osobowości) i Andrej Doležal, reprezentujący partię Sme Rodina (Jesteśmy Rodziną), będą coraz bardziej skupiać się na sporach politycznych i połączenia kolejowe staną się tego ofiarą.
Mimo nasilającego się kryzysu – który, wiadomo już, wiosną 2023 r. skończy się przedterminowymi wyborami – udało się uzgodnić wysokość dofinansowania dla spółki Železničná Spoločnosť. W 2023 r. otrzyma dotację w wysokości 439 mln euro, czyli na podobnym poziomie jak w 2022 r., skorygowanym o inflację. Resort finansów jednocześnie zażądał jednak od państwowego przewoźnika zwiększenia efektywności oraz zoptymalizowania oferty przewozowej. Takie oczekiwania – zwłaszcza gdy padają z ust finansistów i to akurat 20 lat po pamiętnym 2003 r. – mogą mrozić krew w żyłach jako ładnie opakowana zapowiedź cięć.
Co więcej, minister finansów zdecydował, że jego resort włączy się w prace nad rozkładem jazdy. Zlecił to pracownikom Wydziału Jakości za Pieniądze, który ma za zadanie sprawdzać, czy finansowane przez podatników usługi publiczne świadczone są na odpowiednim poziomie. Pracownicy tego wydziału w dokumencie podsumowującym ich kolejowy audyt orzekli: „Rozwiązaniem nie może być likwidowanie połączeń, lecz zwiększanie ich liczby”.
Walka o minuty
„Wzmocnienie połączeń regionalnych oraz przyspieszenie pociągów dalekobieżnych stworzy silną zachętę dla podróżujących, aby przesiedli się do pociągów” – pisali analitycy Ministerstwa Finansów, wskazując problemy wymagające rozwiązania: „Przykładem jest zmodernizowana wielkim kosztem linia Bratysława – Żylina, którą jedzie się 30 min. dłużej niż równoległą autostradą”.
Magistrala z Bratysławy przez Trnawę, Trenczyn do Żyliny, łącząc stolice czterech regionów zachodniej Słowacji, cechuje się największą w całym kraju liczbą pasażerów. Jest to przy tym jedyny słowacki ciąg, na którym pociągi mogą rozpędzić się do 160 km/h. Linią kursują również pociągi łączące dwa największe miasta kraju: Bratysławę z Koszycami. I to od tej relacji postanowiono zacząć przyspieszanie kolei.
Železničná Spoločnosť chwali się, że od grudnia 2022 r. jeden z pociągów InterCity pokonuje relację Koszyce – Bratysława w rekordowym czasie 4 godz. 31 min. Na całej 443-kilometrowej trasie pociąg ma tylko trzy postoje (w Kysaku, Popradzie, Żylinie) i bez zatrzymania przemyka nawet przez dwie regionalne stolice: Trenczyn i Trnawę. Łączące Bratysławę z Koszycami pociągi InterCity to jedyne komercyjne połączenia, jakie uruchamia Železničná Spoločnosť – nie są one objęte dotacjami i nie przysługują w nich bezpłatne podróże.
Połączenia dotowane też przyspieszyły: pociągi pospieszne „Tatran” relacji Koszyce – Bratysława przekształcono w ekspresy. Ich czas jazdy skrócił się z 5 godz. 50 min. do 5 godz. 26 min., jednak kosztem zatrzymań na stacjach Trenčianska Teplá, Nové Mesto nad Váhom, Piešťany i Leopoldov. Spotkało się to ze sprzeciwem mieszkańców i lokalnych władz – petycję domagającą się przywrócenia postojów podpisało 7,5 tys. osób. Železničná Spoločnosť podkreśla jednak, że zwiększyła na tej trasie częstotliwość obsługujących mniejsze miasta regionalnych ekspresów REX, a łączna liczba bezpośrednich połączeń z Trenczyna do Bratysławy wzrosła z 25 do 31. Przewoźnik nie zostawił złudzeń: w ruchu dalekobieżnym kluczowe jest teraz skracanie czasów jazdy.
Walka toczy się niemal o każdą minutę. Kursujące ze Zwolenia do Koszyc pociągi pospieszne „Gemeran” skróciły swój czas przejazdu z 3 godz. 25 min. do 3 godz. 18 min. – w tym celu jeden z postojów pośrednich przeniesiono ze stacji Fiľakovo na przystanek Fiľakovo Zastávka, dzięki czemu przez to 10-tysięczne miasto można przejechać łącznicą skracającą trasę o 3 km.
Regionalna efektywność
W Słowacji rząd odpowiada nie tylko za ruch dalekobieżny, ale również za pociągi regionalne (samorządy ośmiu słowackich regionów odpowiedzialne są natomiast za połączenia autobusowe).
Wzmocnienie kolei regionalnych, na czego potrzebę wskazywał dokument Ministerstwa Finansów, widać na trasie łączącej stolice dwóch regionów wschodniej Słowacji. Z Preszowa do Koszyc pociągi zaczęły przez cały dzień kursować dwa razy na godzinę – od 4:19 do 22:19 ruszają składy zatrzymujące się wszędzie po drodze, a 42 min. po pełnej godzinie odjeżdżają nowo uruchomione regionalne ekspresy REX z jednym postojem pośrednim w Kysaku.
Na liniach, na których dotąd jeszcze nie funkcjonował cykliczny rozkład jazdy, uporządkowano godziny kursowania. Z Popradu pociągi na Zamagurze Spiskie zaczęły wyruszać od 4:46 do 22:46 – co dwie godziny do Starej Lubowli i co godzinę do położonego bliżej Kieżmarku.
Takt godzinny przez większość dnia zaczął też funkcjonować na wijącej się doliną rzeki Hnilec linii Nálepkovo – Gelnica – Margecany. Liczbę par połączeń zwiększono z 14 do 16, ale tak, aby nie generować zapotrzebowania na dodatkowy tabor. Skrócono więc postoje na mijance i stacjach końcowych, zrezygnowano z zatrzymań na leśnych przystankach Švedlár Zastávka i Gelnica Zastávka, a także ustalono postoje na żądanie na trzech przystankach.
Na linii biegnącej z położonego u stóp Białych Karpat miasteczka Horné Srnie do węzłowej stacji Trenčianska Teplá liczbę pociągów zwiększono z 11 do 13, zapewniając równomierne odjazdy od 4:45 do 19:45 – co godzinę w szczycie rano i po południu, a w międzyszczycie co dwie godziny. Zniknęła więc czterogodzinna luka w ruchu przed południem.
Już podczas audytu oferty przewozowej w 2022 r. pracownicy resortu finansów zwracali uwagę na to, że „jedną z głównych przyczyn rosnących kosztów jest nieefektywny rozkład jazdy”, przekładający się na „problem słabego wykorzystania taboru i personelu”.
Na linii Levice – Štúrovo z sześciu par połączeń zrobiło się dziewięć, co pozwoliło wyeliminować sześciogodzinny przestój w środku dnia. Na części linii pojawiły się dodatkowe połączenia wieczorem. Z Żyliny ostatni pociąg do Rajca odjeżdżał już przed 19:00, a wraz ze zmianą rozkładu jazdy dodano pociągi o 20:49 i 22:49 (jeden z nich to pociąg przesunięty z mało atrakcyjnej 3:50). Nowe wieczorne połączenia pojawiły się też między innymi na trasach Lučenec – Poltár – Utekáč i Humenné – Vranov nad Topľou – Prešov.
Zwiększenie efektywności w niektórych przypadkach odbywało się za wszelką cenę. Widać to w leżącym przy trójstyku granic Słowacji, Czech i Polski regionie Kysuce, na lokalnej linii Čadca – Makov. Od grudnia 2022 r. w połowie tej trasy, na stacji Turzovka, podróżni muszą przesiadać się z jednego składu do drugiego. Zdecydowano się na takie rozwiązanie, bo na odcinku Čadca – Turzovka potoki pasażerskie są znacznie większe niż na dalszym odcinku Turzovka – Makov. Słabiej wykorzystywany odcinek zaczął być obsługiwany krótszym składem.
Także efektywnością uzasadniono decyzję o ograniczeniu ruchu do weekendów, ferii i wakacji na odcinkach Tisovec – Brezno, Studený Potok – Tatranská Lomnica, a także Hronská Dúbrava – Banská Štiavnica (z którego pociągi wycofano w czasie cięcia w 2003 r., ale wkrótce potem przywrócono). Resort finansów zaznacza, że wzdłuż powyższych linii jeżdżą autobusy, a Železničná Spoločnosť dodaje, że gros podróżujących tymi trasami stanowią turyści. Burmistrz Bańskiej Szczawnicy Nadežda Babiaková z partii Smer skarżyła się portalowi Aktuality: – „Miasto jest nie tylko dla turystów, ale też dla ludzi, którzy tu żyją i muszą dojechać do pracy. Dużo mówi się o ekologii, a likwidacja pociągów w dni powszednie spowoduje, że jeszcze więcej ludzi będzie poruszać się samochodami”.
Železničná Spoločnosť podkreśla, że na całej sieci praca eksploatacyjna – czyli łączny dystans pokonywany przez wszystkie pociągi – wyniesie w 2023 r. 38,8 mln km, a zatem o 5% więcej niż 2022 r. oraz o 11% więcej niż w 2019 r.
Jak przewidują analitycy Ministerstwa Finansów, „zwiększenie liczby połączeń przyciągnie więcej pasażerów i spowoduje wzrost przychodów”. Ma to otworzyć drogę do dalszej rozbudowy oferty przewozowej w kolejnych latach, a przy tym do utrzymania dotacji na tym samym poziomie.
Karol Trammer
Tekst pochodzi z dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn” nr 2/123 marzec-kwiecień 2023; http://www.zbs.net.pl
Zdjęcie w nagłówku tekstu: Pociąg na dworcu w słowackim mieście Martin, fot. Magdalena Okraska
przez Jan Przybylski | niedziela 12 marca 2023 | opinie
Wbrew obawom niektórych obserwatorów, rocznica rozpoczęcia „specjalnej operacji wojskowej” nie przyniosła żadnych spektakularnych wydarzeń. Władimir Putin wygłosił długie, nudne i pełne pustosłowia przemówienie. Natomiast na froncie ugrzęzłym w wojnie pozycyjnej był to dzień jak co dzień. Urodziny wojny zdecydowanie przyćmiła wcześniejsza o trzy dni wizyta prezydenta USA w Kijowie. Sam Kijów wydaje się szczęśliwie być bardzo daleko poza zasięgiem rosyjskich rąk. Obecnie wciąż nie są one w stanie uchwycić Bachmutu, broniącego się wciąż twardo mimo trudnej od wielu tygodni sytuacji wojsk ukraińskich stawiających dość niewielkimi siłami opór agresorowi nieliczącemu się z ofiarami. Jednak karnawałowy nastrój sprzed roku, wywołany widowiskowym blamażem rosyjskiej próby ofensywy na wielką skalę obszarową, jest wspomnieniem praktycznie tak samo odległym, jak groza pierwszych dni, gdy wydawało się, że Ukraina nie przetrwa. Pytań o przyszłość jest wiele, odpowiedzi pozostają w najlepszym wypadku enigmatyczne.
Koncert nietrafionych rachub
Rekonstruowane ex post plany, z którymi Rosja wyruszała 24 lutego 2022 na wojnę, zakończyły się kompletną katastrofą. Ukraina miała okazać się państwem-wydmuszką, które rozpadnie się po niezbyt mocnym uderzeniu wskutek ciągu zdrad zakończonego przewrotem. Miałoby to pozwolić Moskwie na zabór wyselekcjonowanych terenów na wschodzie, z pozostawieniem na pozostałym obszarze zdominowanego przez siebie buforowego państwa resztkowego. W związku z tym do początkowej ofensywy, które miała w istocie być tylko „specjalną operacją”, nie pełnoskalową wojną, wyznaczono siły spore w kontekście takiego charakteru przewidywanych działań, liczące około 200 000 żołnierzy. Zapewniały one teoretycznie bezpieczną przewagę nad rozwiniętymi w „godzinie zero” wojskami ukraińskimi w liczbie nieprzekraczającej 150 000. Siłom rosyjskim przy tym wyznaczono przy tym bardzo ambitne zadania, obejmujące zdobycie samego Kijowa. Jednak zamierzenia te zbudowano na kardynalnym błędzie, którym było niedocenienie przeciwnika.
Ukraińskie państwo faktycznie zatrzeszczało, a ocenione przez źródła ukraińskie jako zdrada poddanie pierwszych linii obrony pozwoliło z jednej strony działającym z Białorusi wojskom rosyjskim podejść pod sam Kijów, a z drugiej wyjść z Krymu aż pod Mariupol i Mikołajów, ze zdobyciem po drodze Chersonia. Jednak to był koniec rosyjskich sukcesów strategicznych. W Kijowie nie nastąpił pucz, armia ukraińska jako całość nie rozpadła się, wręcz przeciwnie – podjęła walkę. W tych warunkach błyskotliwy pierwotny rosyjski koncept zmienił się w parodię.
Siły okazały się być o wiele za małe jak na obszar, na które je rzucono. I tak słaba logistyka była ofiarnie i skutecznie paraliżowana przez Ukraińców. Ci korzystali z przewagi wyszkolenia zapewnionej przez wcześniejszą współpracę z krajami NATO i doświadczenia z wojny zapoczątkowanej w 2014 oraz z bezwzględnej przewagi świadomości sytuacyjnej wynikającej z dostępu do danych zachodniego rozpoznania. Co najmniej równie ważne było podjęcie rzuconej rękawicy przez ukraińskie społeczeństwo, które w krytycznych momentach organizowało się oddolnie i zaciągało do wojska. Choć dalece nie wszystko było idyllą, pozwoliło to w ciągu dwóch tygodni rozwinąć armię do poziomu 250 000 żołnierzy, po miesiącu do 350 000, po kwartale – do pół miliona. Umożliwiło to w praktyce wyrównanie stosunku sił z całością wojsk rosyjskich uruchomionych dla zabezpieczenia operacji (oprócz 200 000 rzuconych do działań liczyły one jeszcze dwa razy tyle zaplecza).
W tej sytuacji zaczął mścić się improwizowany charakter rosyjskiej armii skierowanej przeciwko Ukrainie. Stanowiła ona jako całość słabo zgrany i źle dowodzony konglomerat rozmaitych jednostek, od elity po Szwejków. Ukraińcy praktycznie wszędzie dominowali taktycznie, poza frontem południowym szybko uzyskali przewagę operacyjną. Skutecznie obroniono Charków i Mikołajów. Na froncie północnym Rosjanie już 30 marca 2022 rozpoczęli rejteradę z okupowanych obszarów w obwodach kijowskim, czernihowskim i sumskim. 5 kwietnia odeszli od Mikołajowa. Miesiąc później wycofali się spod Charkowa, w którego rejonie wojska ukraińskie osiągnęły przedwojenną granicę. Oznaczało to pełny krach wojny jako pierwotnego kompleksowego zamierzenia strategicznego dążącego do uzyskania przez Moskwę kontroli nad Ukrainą. Oznaczało także przegraną projektu rozciągnięcia na nią „ruskiego miru”. Ten definitywnie zginął pod Kijowem i w zbiorowych mogiłach w Buczy.
Niestety, nie zmaterializowały się również formułowane na Zachodzie nadzieje, że widowiskowe porażki spowodują tąpnięcie w samej Rosji. Ani wojsko, ani oligarchowie nie odsunęli Władimira Putina mimo klęski wojennego projektu oraz sankcji. Straty i rozpoczęta 21 września mobilizacja nie poruszyły też społeczeństwa. Rosja przegrała dynamiczną fazę wojny, czego ukoronowaniem było przeprowadzenie na początku września przez Ukrainę kontrofensywy w obwodzie charkowskim, prowadzącej do odbicia Bałaklii, Kupiańska i Iziumu, a w październiku i listopadzie odzyskanie Chersonia, leżącego według Rosjan od 30 września, kiedy to Putin podpisał dekret zatwierdzający „referenda” dotyczące przyłączenia terenów okupowanych, w Rosji. Przeszła do jej fazy uporczywej, na wyczerpanie. Wyrazem tego jest prowadzone w pierwszowojennym stylu parcie w obwodach donieckim i ługańskim. W ten sposób pod koniec czerwca Rosjanie zdobyli Siewierodonieck, a obecnie walczą o Bachmut. W maju po trzech miesiącach oblężenia musiał skapitulować Mariupol.
Jednocześnie, chociaż sprawna ukraińska naziemna obrona przeciwlotnicza uniemożliwiła rosyjskiemu lotnictwu skuteczne działanie w głębi kraju, od samego początku wojny agresor prowadzi uderzenia rakietowe na całą Ukrainę. W sytuacji rosyjskich porażek przybrały one charakter terrorystycznych ataków na infrastrukturę.
Straty
Rosyjska porażka z pierwszej fazy wojny oraz pierwszowojenny styl prowadzenia działań przełożyły się na ogromne straty. Według ocen przywoływanego już we wcześniejszych tekstach zespołu analitycznego Oryx sięgnęły one do dziś w formie bezpowrotnej m.in. ponad 1630 czołgów, ponad 2000 bojowych wozów piechoty, niemal 70 samolotów bojowych i takiej samej liczby śmigłowców. Do tych wskaźników należy dodać „ciemną liczbę” szacowaną na około 30%. Oznacza to, że Rosja w ciągu roku straciła około połowy liczby czołgów, które miała w linii na początku 2022. Zmusiło to Moskwę do sięgnięcia do głębokich rezerw, których symbolem stały się rzucone na front latem czołgi T-62, a ostatnio jeszcze bardziej archaiczne transportery opancerzone BTR-50. Ironią losu jest to, że te przestarzałe systemy zachowały się w składnicach mobilizacyjnych w lepszym stanie niż nowsze T-72 czy BMP-1 i 2, ponieważ nie było już chętnych na ich podzespoły, które z nowszych wzorów ochoczo szabrowano.
Ukraińskie straty w sprzęcie są również znaczące, jednak w podstawowych kategoriach mniej więcej 3–4-krotnie mniejsze niż rosyjskie. Przy tym o ile Rosja musi uciekać się do staroci, o tyle Ukraina otrzymuje jak dotąd od wspierających ją aliantów zachodnich sprzęt jakości porównywalnej do posiadanego przed wojną (czołgi T-72 czy PT-91), a nawet istotnie lepszy (armatohaubice Krab czy czołgi Leopard 2, w szczególności zapowiadane wersje A5/A6).
Znacznie trudniejsze do oszacowania są straty w ludziach. Według ocen, które należy traktować z najwyższą ostrożnością, w przypadku Rosji suma strat mogła sięgnąć 200–250 000 ludzi, z czego 50–75 000 zabitych i wziętych do niewoli. W przypadku Ukrainy chodzi o mniej więcej połowę tej pierwszej liczby. Z prawdopodobnie znacznie mniejszym (o 50%?) udziałem zabitych, z uwagi na sprawniejsze działanie służb medycznych.
Straty stricte frontowe to jednak tylko część zagadnienia. Szacuje się, że z terenów Ukrainy nieokupowanych przez Rosję przemieściło się za granicę nawet 5 milionów osób. Wiele z nich będzie zapewne stratą do pewnego stopnia bezpowrotną – już nie wrócą, chociaż zapewne nie zerwą więzi, w tym ekonomicznych, z ojczyzną. W aspekcie społecznym trzeba jednocześnie uznać, że inwazja stanowiła dla Ukraińców drugą, utrwalającą dawkę szczepionki na „ruski mir” – pierwsza została podana w 2014. Ta strata jest dla Rosji wprost kosmiczna. Według wszelkiego prawdopodobieństwa straciła możliwość wywierania na Ukraińców wpływu w inny sposób niż brutalne zniewolenie ich i wymordowanie stawiających opór, czyli już bynajmniej nie nielicznych elit. Całkowicie rozbieżny z intencjami konsolidacyjny czy w pewnym sensie narodotwórczy aspekt prymitywnych działań Rosjan, niezdolnych do pokojowej ekspansji gospodarczej i oddziaływania za pomocą soft power, trzeba uznać za czynnik, który dopiero się objawił, a jego pełne efekty będą manifestowały się przez dekady.
Bezpośredniej rekompensaty nie znajdują natomiast straty gospodarcze ponoszone przez Ukrainę wskutek okupacji i ataków na infrastrukturę. Przed słusznym odwetem za te ostatnie Rosję zabezpiecza niestety status mocarstwa nuklearnego. Z tego względu Ukraina nie dostaje od Zachodu stosownych środków, a podejmowane działania, takie jak uderzenia na miejsca stacjonowania bombowców strategicznych, mają charakter incydentalny i punktowy, chociaż według doniesień wymuszają na Rosjanach także rozwinięcie obrony głębi terytorium, choćby na wszelki wypadek.
Straty gospodarcze Rosji są równie niełatwe do oszacowania jak ludzkie. Moskwa, mimo objęcia sankcjami przez Zachód, znajduje chętnych na swoje surowce, tudzież pomagających jej omijać ograniczenia eksportowe. Z drugiej kończąca się właśnie łagodna zima wyśmiała domniemane rachuby na wzięcie Europy mrozem wskutek ograniczenia dostaw gazu i ropy. Ceny gazu ziemnego są dziś ponad trzykrotnie niższe niż w szczytowym momencie spekulacyjnej paniki po wybuchu wojny, pozostając na poziomie z przełomu lat 2020 i 2021. Ropa naftowa we wspomnianym szczycie kosztowała około 60% więcej niż dziś, a trzeba pamiętać, że Rosjanie muszą swoim klientom, Chinom i Indiom, oferować znaczący upust. Rosyjski bank centralny manipulacjami walutowymi zdołał opanować kurs rubla, jednak długotrwałość stosowania takich środków pozostaje ograniczona.
Całościowo, powstrzymując się od przewidywania, kiedy i w jakim stopniu gospodarka Rosji miałaby się zawalić, trzeba jednak uznać, że została zmuszona do ogromnego wysiłku. Który jednak, w przeciwieństwie do lat 1941–45, nie doprowadzi do „odkucia się” grabieżą na wielką skalę i dostępem do nowych technologii. Jeżeli nawet Rosjanie nie stracą nabytków i wezmą Bachmut czy później jeszcze jakieś pomniejsze ośrodki, znajdą tam tylko leje po bombach i ruiny…
Bezwzględną i oczywistą stratą Rosji jest natomiast wyciek na Zachód morza wiedzy o jej technologiach wojskowych, dzięki zdobytemu sprzętowi wszelkich kategorii, ogromnej liczbie danych z rozpoznania, obserwacji procedur w działaniu. Można uznać, że rosyjski kompleks wojskowo-przemysłowy na dekady pozostanie otwartą księgą.
Otoczenie międzynarodowe
Można uznać za pewnik, że niedocenienie reakcji Zachodu na inwazję stanowiło grzech pierworodny rosyjskich rachub. Moskwa pomyliła się wprost kosmicznie. Zdeterminowanym Stanom Zjednoczonym udało się zbudować prężną koalicję wspierającą Ukrainę. Do Wielkiej Brytanii, Polski i krajów bałtyckich uczestniczących w niej realnie już długo przed wojną udało się dociągnąć za uszy nawet Niemcy. W Europie Zachodniej jedyne wyjątki stanowią i tak relatywnie niewiele znaczące Węgry, Austria i Szwajcaria. Do NATO zmierzają mimo turecko-węgierskiej obstrukcji Finlandia i Szwecja. Okrakiem na barykadzie siedzi nawet tradycyjny sojusznik Rosji, czyli Serbia. Niestety, taką samą pozycję wybrała Turcja, paląca Panu Bogu i diabłu świeczki dość podobnej wielkości.
Rosja z kolei może liczyć na wsparcie Chin, które ma jednak tradycyjnie janusowe oblicze. Wątpliwe, aby Pekin zdecydował się na przekroczenie granicy w postaci bezpośrednich dostaw uzbrojenia. W tym aspekcie Rosjanie stali się klientami Iranu i najprawdopodobniej Korei Północnej. Chiny jednak jednocześnie zdobywają wpływy w Azji Środkowej, gdzie prezydent Tokajew mimo obrony swojej pozycji przez Rosję jeszcze przed agresją na Ukrainę, ostentacyjnie dystansuje się od Moskwy, grając na Zachód, ale głównego protektora szukając w Pekinie. Podobnie jeśli chodzi o wektor chiński zachowuje się Alaksandr Łukaszenka, mimo wspólnictwa w agresji przez udostępnianie terytorium za wszelką cenę usiłujący, jak się wydaje, wymigać się od bezpośredniego udziału w niej wojsk białoruskich.
Za sporą porażkę dyplomacji Zachodu można uznać w sporej mierze sprzyjające Rosji stanowisko Indii. Delhi oczywiście nie robi tego bezinteresownie i korzysta na przymusowej sytuacji Moskwy, ale np. dostawy komponentów stamtąd mają przyczyniać się niebagatelnie do odtwarzania rosyjskiego potencjału. Z drugiej strony Zachodowi udało się zorganizować szeroką akwizycję na rzecz Ukrainy postsowieckiego sprzętu w krajach arabskich, Afryce, a prawdopodobnie do źródeł dołączy na szerszą skalę Pakistan.
Co dalej?
Tu pojawia się tytułowa mgła. Nie wiadomo, czy rosyjski nacisk pod Bachmutem i w innych obszarach Doniecka i Ługańska to już spodziewana ofensywa, czy tylko preludium do niej. Nie wiadomo, czy istnieją perspektywy skokowego zwiększenia potencjału wojsk ukraińskich dzięki dostawom z Zachodu. Wyskrobywanie kolejnych kompanii czy batalionów Leopardów 2, Challengerów czy Abramsów nie wydaje się rokować dobrze w aspekcie wojny na wyczerpanie, a tym bardziej ewentualnej kontrofensywy. Z T-62 spotkają się niedługo ich przewidywani przeciwnicy z czasów Zimnej Wojny – Leopardy 1. Aby skutecznie grać w „zbijanego”, zachowując jednocześnie korzystny stosunek strat w ludziach, Ukraina powinna dostawać szerszy strumień wsparcia z Zachodu, np. produkowane gdzieś na bieżąco czołgi (mogłyby to być Opłoty czy PT-91 przetłumaczone na zachodnie technologie). W celu umożliwienia przejścia do ofensywy strumień powinien przekształcić się w rzekę.
Oczywiście dotychczasowe wsparcie Zachodu jest bezcenne. Bez niego Ukraina przy całej ofiarności wojska i społeczeństwa upadłaby w kilka tygodni. Ale żeby możliwe było odepchnięcie Rosji choć do linii sprzed 24 lutego 2022, potrzebne byłoby nowe otwarcie, obejmujące takie elementy, jak nowoczesne wielozadaniowe samoloty bojowe, które mimo rozlicznych spekulacji czy warunkowych zapowiedzi nie chcą się wciąż zmaterializować.
Według innych spekulacji Zachód ma dawać Ukrainie czas na osiągnięcie sukcesów militarnych do końca bieżącego roku, po czym miałoby nastąpić zamrożenie wojny w jakiejś formie. Jednak warunkiem takich sukcesów będzie wspomniana rzeka wsparcia, która musi się objawić. Albo musiałby nastąpić kolaps gospodarczy czy społeczny w Rosji. Z drugiej strony nie wydaje się, żeby najbardziej optymistyczne rachuby Moskwy sięgały daleko poza Bachmut. Wiosna siłą rzeczy część dotychczasowej mgły rozwieje, oby odsłaniając optymistyczny obraz…
dr Jan Przybylski
Zdjęcie w nagłówku tekstu: Dmitry Bukhantsov from Pixabay.
przez redakcja | niedziela 5 marca 2023 | opinie
Wydaje się, że oto nagle wiele strasznych ostrzeżeń dotyczących sztucznej inteligencji zamienia się w rzeczywistość. Wcześniejsze generacje automatyzacji uderzały w ogromną liczbę miejsc pracy w amerykańskim sektorze produkcyjnym i usługowym. Natomiast teraz sztuczna inteligencja przychodzi po „twórców” – pracowników umysłowych, którzy zawsze wyobrażali sobie, że są chronieni od takich banalnych zagrożeń. Żadna branża nie jest obecnie bardziej bezpośrednio zagrożona niż dziennikarstwo. Istnieje jednak sposób, aby wyprzedzić to zagrożenie już teraz, zanim algorytmy zjedzą nas wszystkich żywcem.
ChatGPT, program OpenAI, który jest w stanie wypluć spójne (jeśli już nie poetyckie) teksty, został publicznie udostępniony niedawno. Ale już teraz firmy medialne spieszą się z eksperymentowaniem ze sposobami wykorzystania programu i podobnych technologii, aby zastąpić ludzi dotychczas widniejących na ich listach płac. Buzzfeed zauważył, że niskie ceny ich akcji wzrosły po tym, jak ogłosili, że użyją ChataGPT do pisania quizów i list. „Men’s Journal” używa sztucznej inteligencji do wypluwania artykułów, które są przepisanymi ponownie starymi materiałami z archiwów. A CNET po cichu używał sztucznej inteligencji do pisania artykułów przez miesiące, zanim pod koniec stycznia powiedział, że „wstrzyma” operację, po tym, jak stwierdzono, że wiele tych tekstów zawiera błędy lub jest plagiatami.
Można śmiało powiedzieć, że to wszystko to dopiero początek. Obecnie dostępna sztuczna inteligencja może pisać (gówniane) historie, rysować ilustracje, a nawet replikować twój głos, aby czytać głośno tekst. Google ma w tym roku wprowadzić 20 oddzielnych produktów AI. Algorytmy szybko stają się coraz bardziej wyrafinowane. Każdy, kto zajmuje się twórczą pracą z tekstem – zarówno dziennikarze, pisarze, artyści, jak i reporterzy radiowi – konkuruje teraz z komputerem, który może stworzyć symulakrum naszej pracy za mniej niż kosztujemy firmę, która płaci nam za takie zadania. Zagrożenie dla wielu tysięcy miejsc pracy istnieje i ma potencjalnie charakter egzystencjalny.
Czy to pilna kwestia pracownicza? Z pewnością. Ale pracownicy mediów i ich związki zawodowe mogą walczyć nie tylko za pomocą pikiet i protestów. Podstawowe założenie („nowa technologia dziesiątkuje cały istniejący przemysł z zapierającą dech w piersiach szybkością”) jest znajome. Zdarzyło się to sprzedawcom zapałek, operatorom telegrafów i pracownikom taśm montażowych, i nie ma nic dziwnego w potencjalnej możliwości, że przydarzy się dziennikarzom – z wyjątkiem naszego zdrowego poczucia własnej wartości. Kiedy te historie są przekazywane jako powszechna mądrość, zwykle przedstawia się je jako lekcje, jak nie pozostawać w tyle za szybko zmieniającym się współczesnym światem; widmo przysłowiowego woźnicy to znana przestroga w kulturze amerykańskiej. Wyraźny brak sympatii dla pozostawionych samym sobie robotników leży w naturze tych kapitalistycznych zasad. Przecież obsługujący konne powozy powinni byli zostać mechanikami samochodowymi! A zwolnieni dziennikarze powinni nauczyć się kodować! I tak dalej, i tak dalej.
W branży dziennikarskiej mamy w USA niewielką przewagę nad innymi branżami. Mamy silne i wszechobecne związki zawodowe oraz powszechnie akceptowany kodeks etyczny, który określa, jak daleko można przesunąć standardy, zanim coś przestanie się liczyć jako dziennikarstwo. To są podstawowe narzędzia, którymi dysponujemy w naszej zbliżającej się walce z AI. Zamiast udawać, że możemy powstrzymać falę zmian technologicznych, argumentując, że byłoby to dla nas złe, musimy skupić się na bardziej istotnym fakcie, że może to być apokaliptyczne dla samego dziennikarstwa.
Należy zauważyć, że nie ma uzgodnionych ani dobrze ugruntowanych zasad dotyczących sztucznej inteligencji i etyki dziennikarskiej. Ta technologia po prostu nie istnieje wystarczająco długo, aby wprowadzić te zasady. Lepiej się z tym pospieszmy, albo gwarantujemy sobie, że wiele złych rzeczy zostanie zrobionych przy braku standardów branżowych. Pozwólcie, że zasugeruję jedną podstawową zasadę na początek: dziennikarstwo jest wytworem ludzkiego umysłu. Jeśli coś nie pochodzi z ludzkiego umysłu, nie jest dziennikarstwem. Nie dlatego, że sztuczna inteligencja nie może wypluć przekonującej repliki rzeczy, ale dlatego, że dziennikarstwo – w przeciwieństwie do sztuki czy rozrywki – wymaga odpowiedzialności, aby było uzasadnione.
Serwisy informacyjne nie tylko publikują artykuły. Mogą również, jeśli to konieczne, dokładnie wyjaśnić, jak powstała dana historia i dlaczego tak się stało. Dlaczego jest to news? Jakie ma źródła? Jakie możemy wyciągnąć z niego wnioski? W jaki sposób upewniliśmy się, że sprzeczne punkty widzenia zostały przedstawione rzetelnie? W jaki sposób ustaliliśmy, że nagłówek, wstęp, anegdoty i cytaty w historii były odpowiedni dobrane, by stworzyć jak najbardziej rzetelną, najdokładniejszą i wciągającą historię? Czy pominęliśmy coś, co mogłoby być sprzeczne z naszą tezą? Czy historia jest niewłaściwie przedstawiona? To nie są tylko kwestie estetyczne. Są to pytania, na które serwisy informacyjne muszą być w stanie odpowiedzieć, abyśmy wszyscy zgodzili się, że ich dziennikarstwo jest uzasadnione i etyczne. Przyjmuje się za pewnik, że prawdziwi dziennikarze mogą odpowiedzieć na te pytania i uzasadnić swoje odpowiedzi w przypadku sporu. Jedną wspólną cechą wszystkich tych fundamentalnych pytań jest to, że nie można na nie spójnie odpowiedzieć, jeśli odwołamy się do sztucznej inteligencji.
Tak, AI potraf wypluć zdanie w odpowiedzi na dowolne z tych pytań. Ale czy to oznacza rzeczywistą przejrzystość? Kiedy mówisz programowi AI, aby napisał historię, czy możesz definitywnie sprawdzić, że coś pominął? Czy możesz dokładnie opisać proces, który wykorzystał do wyciągnięcia wniosków? Czy możesz ostatecznie ręczyć za fakt, że sztuczna inteligencja była rzetelna i dokładna oraz że jej praca nie jest wadliwym produktem jakiejkolwiek liczby ukrytych uprzedzeń? Nie, nie możesz. Tak naprawdę nie wiesz, jak sztuczna inteligencja zrobiła to, co zrobiła. Nie znasz procesu, którego użyła do wytworzenia efektu swojej pracy. Nie możesz też dokładnie opisać ani ocenić tego procesu. Jest bardzo prawdopodobne, że wiele mediów pospieszy się, by wykorzystać sztuczną inteligencję do produkcji tanich treści, a następnie zlecić redaktorowi przejrzenie ich przed publikacją i wykorzysta takie ludzki wgląd jako uzasadnienia dla publikacji. Ale ten proces jest iluzją – redaktor-człowiek nie wie i nigdy nie może wiedzieć, w jaki sposób sztuczna inteligencja stworzyła daną historię. Technologia jest w rzeczywistości czarną skrzynką. A to czyni ją śmiertelnie wadliwą w naszej konkretnej dziedzinie.
Dziennikarze-ludzie też mają wady. Ale jesteśmy odpowiedzialni. To jest różnica. Instytucje dziennikarskie żyją z wiarygodności, a ta wiarygodność wynika bezpośrednio z odpowiedzialności, która towarzyszy każdej historii. Gdy historie zawierają błędy lub uprzedzenia, pomijają pewne rzeczy, przeinaczają lub naginają prawdę, można je wiarygodnie zakwestionować, a wiarygodne instytucje są zobowiązane do wykazania, w jaki sposób i dlaczego historia jest taka, jaka jest, i są zobowiązane do przyznania tego i poprawienia wszelkich błędów w swoich procesach raportowania, pisania i publikowania. Jeśli tego nie robią, tracą wiarygodność. Kiedy to tracą, tracą wszystko. Ten proces odpowiedzialności jest podstawą dziennikarstwa. Bez tego możesz „coś robić”, ale nie zajmujesz się dziennikarstwem.
Nie musicie mnie przekonywać, że media często są leniwe, głupie, gonią za sensacją lub są pełne nieświadomych przedzałożeń wprost z Ivy League [grupa amerykańskich elitarnych uczelni wyższych], wygłaszając zdumiewająco ignoranckie wypowiedzi na temat świata. Właśnie dlatego w ciągu ostatniego stulecia powstał cały nurt etyki dziennikarskiej, którego głównym celem jest sprawienie, by branża była odpowiedzialna, a tym samym wiarygodna. Odpowiedzialność wymaga obecności ludzkiego umysłu, który może odpowiedzieć na wszystkie wspomniane pytania. Ponieważ sztuczna inteligencja nigdy nie może być naprawdę odpowiedzialna za swoją pracę, jej rezultat nie jest dziennikarstwem. Z tego powodu publikowanie takich prac jest nieetyczne. Jako branża musimy wspólnie zgodzić się na standardy, które zapewniają, że żaden serwis informacyjny nie publikuje treści wyprodukowanych bezpośrednio przez sztuczną inteligencję. Technologia może być narzędziem pomagającym ludziom w zbieraniu wiadomości, ale nigdy nie powinna zastępować ludzi w redakcji.
Wkraczamy w erę mediów, które będą zapełniane bagnami pełnymi filmów, nagrań audio, zdjęć i tekstów całkowicie generowanych komputerowo i mających na celu wprowadzanie ludzi w błąd. Opinia publiczna będzie miała bardzo, bardzo duże trudności z odróżnieniem tego, co prawdziwe, od tego, co fałszywe. Ważniejsze niż kiedykolwiek jest to, aby wiarygodne serwisy informacyjne istniały – i aby pozostały wiarygodne. Żeby to zrobić, musimy sprzeciwić się sztucznej inteligencji, która przejmuje pracę dziennikarzy. Musimy zjednoczyć się wokół idei, że coś takiego nie jest etyczne. Jeśli tego nie zrobimy, możesz założyć się, że firmy będą działały tak szybko, jak to możliwe, aby zaoszczędzić dolary – i przy okazji całkowicie zniszczyć dziennikarstwo.
Hamilton Nolan
Tłum. Magdalena Okraska
Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w serwisie internetowym inthesetimes.com w lutym 2023. Zdjęcie w nagłówku tekstu: Gerd Altmann from Pixabay.
Hamilton Nolan jest zatrudniony w redakcji amerykańskiego lewicowego pisma „In These Times”. Ostatnią dekadę spędził na pisaniu o pracy i polityce dla „Gawker”, „Splinter”, „The Guardian” i innych.
przez redakcja | niedziela 26 lutego 2023 | klasyka, opinie
Sam fakt, że co i rusz znajduje się ktoś ogłaszający „śmierć” programu dystrybucjonistycznego, jest wystarczającym dowodem na to, że ten program nie umarł. Rok temu ogłosił ją na łamach „Commonweal” John Stanbley [1]. Kilka miesięcy temu to samo zrobił jeden z autorów „Social Justice”, wydawanej przez Central Verein [2]. A jednak, dystrybucjonizm żyje i będzie żyć, bo jako system odpowiada potrzebom i wymaganiom ludzkiej natury.
Piszemy o przyszłych społecznościach rolniczych, ponieważ uważamy je za swego rodzaju ideał formy społecznej, ku stworzeniu której powinniśmy zmierzać i której stworzenie powinniśmy planować – i będziemy nadal o nich pisać. Podobnie jak będziemy pisać o tych społecznościach rolniczych, które już istnieją i stanowią realną egzystencjalną alternatywę dla współczesnego człowieka. Wierzymy bowiem, że własność można przywrócić, a państwo niewolnicze – powstrzymać.
W ciągu kilku poprzednich miesięcy miała miejsce interesująca wymiana: pewna grupa rolników radzieckich przyjechała do nas, a analogiczna grupa naszych rolników odwiedziła ZSRR. Gazety piszą o niej ciekawe rzeczy. Na przykład pewien amerykański gospodarz wspomina, jak odwiedził kołchoz, w którym zatrudnionych było 5000 rolników – i to mimo iż praca na nim była w pełni zmechanizowana. Kołchoz to gospodarstwo kolektywne, ale niezależnie od tego rodzina każdego zatrudnionego w nim rolnika otrzymuje także w prywatne użytkowanie działkę ziemi, dużą na akr czy dwa. Otóż gospodarz ten twierdzi, że na tych maleństwach rosyjscy rolnicy byli w stanie hodować kury, świnie, a nawet krowy, a do tego uprawiać taką ilość warzyw, że trzeba powiedzieć, iż to wyłącznie dzięki ich wysiłkom rzeczony kołchoz potrafił sprostać zapotrzebowaniom rynku. Radzieckie miasta miałyby problem się wyżywić – gdyby nie wspaniała praca drobnych rolników na ich małych działkach.
Z drugiej strony należy zauważyć, że wielkoskalowe rolnictwo kolektywne, jakie istnieje zarówno w ZSRR, jak i tu, w Stanach Zjednoczonych, bardzo dobrze sprawdza się, jeżeli chodzi o produkcję pszenicy, lnu i bawełny, owoców i innych tego typu roślin, które uprawiać muszą duże zespoły pracowników na dużych przestrzeniach. Taka forma gospodarowania mogłaby zatem zostać w dystrybucjonizmie zachowana.
Tutaj w USA zbiorami zajmują się imigranci zarobkowi, a właściwie miliony imigrantów zarobkowych – źle odżywionych, źle ubranych, mieszkających w strasznych warunkach. To niewątpliwie ogromny problem naszej gospodarki. W Rosji, wydaje się, sytuacja rolników jest stabilniejsza. Wobec tak ogromnej liczby pracowników zaangażowanych w proces produkcji rolnej, można mniemać, że zbiorów zwyczajnie nie da się już przyśpieszyć, choć trzeba dodać, że z konieczności tak zasiew, jak i zbiory oznaczają pracę od rana do późnego wieczora, wyrównywaną potem przez większą ilość odpoczynku w zimie.
W gospodarstwach, które odwiedzałam podczas moich podróży po kraju, mówiono mi, że dla indywidualnego rolnika zima jest czasem równie trudnym, jak lato, ponieważ zwierzęta trzeba karmić częściej (ze względu na brak możliwości korzystania z pastwisk), a pracę wykonywać w trudnych warunkach – w zimnie, w mroku, przy mniejszej liczbie rąk do pomocy.
Gubernator Harriman [3] określił niedawno nędzę mianem problemu narodowego, co mówiąc miał zapewne przed oczami obraz dramatycznej sytuacji imigrantów, Meksykanów, Portorykańczyków i czarnoskórych, zamieszkujących slumsy naszych miast i wsi. Liderzy związków zawodowych mówią o zagłębiach bezrobocia. Wszędzie, gdzie przemysł zbankrutował albo przeniósł się w inne miejsce, otacza się powszechną czcią agentów nieruchomości, którzy wykupują opustoszałe fabryki i wynajmują je pod inny typ produkcji. Mimo całego dobrobytu, widmo bezrobocia wciąż krąży nad nami.
W gospodarstwie wszakże, jak powtarzał zawsze Peter Maurin, nie ma bezrobocia. Jest za to jedzenie, odzież, schronienie, opał i praca. Dowodem na to fakt, że przez 23 lata istnienia Katolickiego Ruchu Robotniczego (Catholic Worker Movement), mimo nędzy i powstających okresowo zagłębi bezrobocia, dołączył do nas raptem jeden rolnik – John Fillinger, który podczas strajku w 1936 pracował jako marynarz, a widząc, jak bardzo potrzebujemy rąk do pomocy, zdecydował się z nami zostać. Jak to mówią: „W każdym marynarzu drzemie gospodarz”.
W serii The New World Chesterton, wydawanej przez Sheed & Ward, w tomie „Tremendous Trifles” znajdujemy esej zatytułowany „The Dickensian” [4]. Nasi czytelnicy pamiętają zapewne, że ten wielki pisarz, Gilbert Keith Chesterton, był wielkim zwolennikiem dystrybucjonizmu, a jego dwie książki: „Co jest złe w świecie” oraz „Normalność w zarysie”, stanowią lekturę obowiązkową dla każdego chcącego zapoznać się z tą myślą, podobnie jak dzieło „Słońce sprawiedliwości” napisane przez Haralda Robbinsa [5], jego przyjaciela.
W eseju tym Chesterton spotyka na statku wycieczkowym płynącym leniwie po zatoce Yarmouth pewnego nieznajomego. Nieznajomy ów biada nad końcem „starych, dobrych czasów”, przejawiającym się między innymi w tym, że na dziobach okrętów nie umieszcza się już galionów, i poszukuje w Yarmouth śladów rzeczywistości opisanej w książkach Karola Dickensa. Po południu panowie odwiedzają kościół i widzą w nim witraż, „płonący kolorami całej owej fascynującej heraldyki, jaką spotykamy w najbardziej płomiennych i ekstatycznych dziełach chrześcijańskiej sztuki”, z obecnym na nim wizerunkiem anioła zmartwychwstania. Niewiele myśląc, Chesterton chwyta nieznajomego za frak i wybiega z nim na zewnątrz, jak mówi, aby wypić piwo imbirowe, kupić kilka pocztówek, posłuchać ulicznych muzykantów grających na harmonii i pojeździć na ośle. Kiedy zaś spostponowany entuzjasta Dickensowskiej prozy dochodzi do wniosku, że jego towarzysz najzwyczajniej w świecie zwariował, autor „Tremendous Trifles” wyjaśnia: „Są tacy pisarze, którym ludzkość zawdzięcza bardzo wiele, ale których talent ma naturę tak niepozorną, tak retrospektywną wręcz, że dobrze jest połączyć go mentalnie z kilkoma dziwnymi miejscami, rozsnuć wokół niego kilka przelotnych skojarzeń”. Dalej zaś dodaje, że gdyby Dickens żył obecnie, to nie zajmowałby się przeszłością, ale starał brać świat takim, jakim jest. Dlatego też właśnie to on, Chesterton, okazał się w całej historii prawdziwym Dickensistą – bo umiał cieszyć się chwilą, a to jest właśnie początek drogi ku prawdziwemu duchowi Dickensa.
Tak samo rzeczy się mają z dystrybucjonizmem. On również musi być ciągle pisany na nowo, na nowo rozpatrywany, oceniany i formułowany, z mądrością i jasnością prawdziwie godną Chestertona – wielkiego twórcy, który, mocą swych błyskotliwych paradoksów, pozwala widzieć nasze życie i nasze problemy w świetle Wiary i który również dziś może przyjść nam z niesłychaną pomocą w naszych wysiłkach zmierzających do stworzenia syntezy tego, co w życiu najważniejsze: kultu, kultury i kultywacji.
Mimo kolosalnej groźby ery atomowej, w której przyszło nam żyć, wciąż możemy uprawiać własne ogródki, choćby były tak małe, jak pudełko po butach, z pomocą łaski zaś możemy także zrzucić starego człowieka i przyoblec się w Chrystusa, nauczyć się żyć bez owych wszystkich błyskotek, jakimi wabi nas państwo ziemskie i stworzyć prawdziwą społeczność rolniczą, Sioło, „państwo” Boże, w którym mieszka sprawiedliwość.
Dorothy Day
Przeł. Maciej Sobiech
Powyższy tekst Dorothy Day pierwotnie ukazał się w pismie „The Catholic Worker”, lipiec-sierpień 1956, 4.
Zdjęcie w nagłówku tekstu: Hans from Pixabay.
Przypisy:
1. Bliżej nieznany dziennikarz, zapewne proweniencji katolickiej, bo „Commonweal” był i jest katolicką gazetą.
2. German Roman Catholic Central Verein of North America – organizacja skupiająca rzymskich katolików pochodzenia niemieckiego, założona w 1855 w USA (aktywna do dziś).
3. William Averell Harriman (1891–1986) – amerykański polityk i dyplomata, członek Partii Demokratycznej. Postać bardzo zasłużona dla reform socjalnych i pokojowych.
4. Harold Robbins (1888–1945) – angielski działacz i pisarz dystrybucjonistyczny z Birmingham, autor wielu książek i artykułów, w tym dość kontrowersyjnej biografii Chestertona „The Last of the Realists”.
5. Po polsku moglibyśmy powiedzieć: „Dickensista”.