przez redakcja | niedziela 22 stycznia 2023 | klasyka, opinie
W Klimontowie, w głębokości 400 metrów pod ziemią, założyli kilkudniowe własne państwo. Byli rzeczywistymi panami kopalni. Zakosztowali tego, co jest celem socjalizmu: opanowania narzędzi i materiałów pracy. Dowiedli światu, że kopalnia należy się nie tym, którzy ją chcą zatopić, gdy eksploatacja się nie opłaca, lecz tym, którzy ją ratują, którzy z głębi wołają: Nie damy! Nie oddamy!
Posiedli ją najpierw w ofiarnej pracy, a potem w ofiarnej miłości. Przeprowadzili regularne oblężenie, wygłodzenie twierdzy. Ale rzecz dziwna: oblegający wydawali się oblężonymi, i oni też cierpieli głód faktyczny. Wiła się jednak ze strachu i wstydu opinia publiczna i w końcu musiała się poddać. Nie można było dopuścić, aby 490 ludzi umarło z głodu pod ziemia, ABY UMARLI ZWYCIĘZCAMI. Trzeba im było ustąpić. Trzeba się było nad nimi „zlitować”, uszanować ich, niby świętych wariatów. To, co było legalną zdobyczą, opinia zamieniła w kompromis, nawet w łaskę. Byle nie było „skandalu”.
A jednak zwycięstwo nie daje się sfałszować i pozostaje zwycięstwem. Zatacza dalsze kręgi, budzi naśladowców. Głodówki wciąż wybuchają.
Ci, którzy nie mogą przymuszać, chwytają się tego, żeby wymuszać. Wymuszanie jest na ogół bronią słabych. Ale jeżeli odnosi w ogóle skutek, to dlatego, że istotnym słabym jest świat kapitalistyczny. On przegrywa w opinii. Czuje, że nie może przeciągać pewnych strun. Gdyby był naprawdę silny, odwołałby się do bagnetów, stłumiłby „nieposłuszeństwo”, albo pozwoliłby zbuntowanym zdychać z głodu – skoro sobie tego sami życzą.
Cudowna siła ilustracyjna zawiera się w tym głodzie. Jest to głód dobrowolny, a jednak koncentruje się w nim to, całe lata trwające, przymieranie głodem, które znosić musieli oni i ich rodziny. Teraz głodują dobrowolnie i publicznie, bo przedtem głodowali przymusowo i prywatnie. Robią ze swojego głodowania ironiczną uroczystość. Są aktorami głodu, bo zaczęli być wyższymi ponad głód. Swoim głodem policzkują. I tego syci znieść nie mogą. Czują także jakieś skręcenia w kiszkach i wolą ustąpić.
Cudowna siła zawzięcia się w woli która chce – nie chcieć. Gdy bohaterstwa czynu są na razie wyłączone, trwają bohaterstwa cierpienia, które jednak dają miarę tego, jakie skupienia woli się nagromadziły.
Rozpowszechnienie się metod strajku włoskiego i jego powodzenia tłumaczą się tym, że na ogół szanse rewolucji są dzisiaj mniejsze, niż dawniej. Strona słabsza, choć liczniejsza, nie może walczyć z mniejszością, która ma w ręku broń i organizację. Metody spiskowe nie dopisują wobec wszechpenetracji szpiegów i wobec kontrspisków i prowokacji.
Strajk włoski, jako zjawisko socjologiczne naszych czasów, dałby się porównać z obstrukcją parlamentarną. I obstrukcja parlamentarna ma to na celu, by w ironiczny sposób unaocznić przeciwnikowi, że popełnia gwałt na mniejszości. Ale obstrukcja taka jest już dziś, zdaje się, bronią złamaną. Gwałt krępował się dawniej przesądami liberalnymi, ale dziś już nauczył się nie dbać o nie.
Nasuwa sic też porównanie z głodówkami Gandhiego. Ale Gandhi głoduje indywidualnie. Gandhi jest arystokratą i prorokiem, jego głodowanie ma skupiać i fascynować tłumy, które by inaczej były rozproszone.
W każdym razie te metody walk bezkrwawych mają dużą rację bytu jako przygrywki rewolucji, chociaż jej zastąpić nie zdołają. Są rezerwuarem jeszcze nie wyczerpanym, a kto wie, czy nie obfitszym, niżby się zdawało.
Karol Irzykowski
Powyższy tekst dotyczy wydarzeń z roku 1933, gdy w kopalni „Klimontów” w Sosnowcu miał miejsce strajk okupacyjny w proteście przeciwko likwidacji kopalni. Francuscy właściciele kopalni postanowili ją zatopić wiosną 1933. W odpowiedzi górnicy z pierwszej zmiany nie wyjechali na powierzchnię, a dołączyli do nich na dole pracownicy drugiej zmiany. Prowadzili strajk okupacyjny połączony z głodówką, a po kilku dniach przestali komunikować się z ludźmi na powierzchni. Był to jeden z najgłośniejszych protestów pracowniczych w okresie II RP. Strajk zakończył się częściowym powodzeniem. Nie udało się uratować kopalni, ale górnicy uzyskali odprawy i inne formy wsparcia finansowego. Wznowienie wydobycia na tym terenie miało miejsce po II wojnie światowej, a po zmianach organizacyjnych wydobycie węgla w Klimontowie trwało do roku 1998.
Irzykowski błędnie używa w tekście terminu „strajk włoski”. Ten oznaczałby wykonywanie czynności pracowniczych powoli i przesadnie dokładnie, zmniejszając tempo wykonywania pracy. Natomiast strajk okupacyjny nosi nazwę strajku polskiego, gdyż w naszym kraju był stosowany pioniersko i często, stając się inspiracją dla robotników także w innych krajach.
Tekst Karola Irzykowskiego pierwotnie ukazał się w dzienniku „Robotnik – centralny organ Polskiej Partii Socjalistycznej” nr 146/1933, 30 kwietnia – 1 maja 1933 roku. Od tamtej pory nie był wznawiany. Tekst publikujemy w 150. rocznicę urodzin Irzykowskiego.
przez redakcja | niedziela 15 stycznia 2023 | opinie
Pod względem demografii Czechy bardziej przypominają dobrze prosperujący kraj zachodni niż dawne państwo komunistyczne.
Ich populacja rośnie, a w 2021 roku Czeszki urodziły więcej dzieci niż przyszło na świat gdziekolwiek indziej w Europie. Czechy przeciwstawiają się trendom całej reszty byłej komunistycznej Europy. Przyciągają imigrantów, mają niski wskaźnik emigracji i demograficznie przypominają bardziej prosperujący kraj zachodni niż dawne państwo komunistyczne.
Wojna w Ukrainie sprawiła, że przewidywanie przyszłości stało się głupotą, ponieważ nikt nie wie, ilu z 431 285 Ukraińców, którzy zarejestrowali się w Czechach w celu uzyskania „tymczasowej ochrony”, pozostało tam, a ilu kiedykolwiek wróci do domu – co daje potencjalnie masowy i nieoczekiwany wzrost całkowitej liczby ludności kraju. W 1989 r. populacja Czech wynosiła 10,3 mln. Według spisu ludności z 2021 r. jest to obecnie 10,5 mln, a ta liczba nie obejmuje uchodźców z Ukrainy.
W 2021 r. czeski całkowity współczynnik dzietności wyniósł zdumiewające 1,83 dziecka na kobietę w wieku rozrodczym. W 2022 r. ma on spaść do poziomu 1,65-1,70, ale nadal jest to wartość znacznie powyżej średniej unijnej, wynoszącej 1,5. Czesi starzeją się jak wszyscy Europejczycy, ale jeśli chodzi o tak zwaną „naturalną zmianę” – bilans urodzeń i zgonów – radzą sobie stosunkowo dobrze. W latach 1994-2005 przydarzył im się okres, w którym było więcej zgonów niż urodzeń rocznie, ale przez większość lat od tego czasu do 2020 r., kiedy COVID-19 zwiększył śmiertelność, mieli więcej urodzeń niż zgonów.
Jednak fakt, że populacja Czech jest obecnie większa niż w momencie upadku komunizmu, jest prawie całkowicie spowodowany imigracją. To właśnie odróżnia go od innych byłych krajów postkomunistycznych i sprawia, że jego trendy demograficzne stają się podobne do trendów wielu krajów Europy Zachodniej, których populacja zmniejszyłaby się bez ciągłego napływu przybyszów.
Dlaczego Czechy się wyróżniają? Odpowiedź leży na mapie. Demografowie uwielbiają spierać się o to, czy stare powiedzenie „demografia to przeznaczenie” jest prawdziwe, czy nie, ale czeskim demografom można wybaczyć brak troski. Dla nich geografia to przeznaczenie. „Zdradzę ci mały sekret” – mówi Tomas Kucera, starszy demograf z Uniwersytetu Karola w Pradze. – „Czechy leżą w jednej z najlepszych lokalizacji geograficznych w Europie”. Leżące na przecięciu korytarzy transportowych Wschód-Zachód i Północ-Południe Czechy od dawna znajdują się w miejscu dobrym dla rozkwitu gospodarki, a w okresie przejściowym od komunizmu był to kluczowy czynnik chroniący je przed zawirowaniami demograficznymi, przed którymi stanęły wszystkie inne kraje w byłej komunistycznej Europie, z wyjątkiem Słowenii.
– „Gdyby Mołdawia była tam, gdzie my, a my tam, gdzie jest Mołdawia”, mówi Kucera, „to bylibyśmy w podobnej sytuacji jak Mołdawia jest teraz, i vice versa”. Od 1989 roku Mołdawia straciła jedną trzecią populacji. – „Kiedy Cesarstwo Austro-Węgier upadło w 1918 roku”, mówi Kucera – „nowa Czechosłowacja, a raczej ta jej część, która jest teraz Czechami, odziedziczyła znaczną część przemysłu, który zachowała i rozwija do dziś”. W latach międzywojennych Czechosłowacja była gospodarką rozwiniętą na równi z kilkoma krajami Europy Zachodniej, których trendy demograficzne również odzwierciedlała.
W czasach komunistycznych pozostawała ważną potęgą przemysłową. Następnie, po upadku komunizmu, który w przeciwieństwie do innych krajów nie doprowadził tam do całkowitego załamania gospodarczego, trendy demograficzne w Czechach szybko wróciły do tych z głównego nurtu Europy Zachodniej.
Kiedy załamanie współczynnika dzietności nie jest końcem świata
Historia współczynnika dzietności w Czechach, który w zeszłym roku wyniósł 1,83 i przekroczył wysokość współczynnika we Francji metropolitalnej (a ona od dawna ma jeden z najwyższych wskaźników w Europie), jest fascynującym wglądem w historię demograficzną tego kraju.
W czasach kryzysu lat 30. XX wieku niepewność co do przyszłości zepchnęła dzietność poniżej 2,1, czyli poziomu, którego populacja potrzebuje do zastąpienia pokoleń bez imigracji. Co ciekawe, w czasie II wojny światowej nastąpił gwałtowny wzrost dzietności, po części dlatego, że Czechom w większości oszczędzono walki, a posiadanie dzieci było sposobem na uniknięcie wysłania na roboty przymusowe do Niemiec.
Współczynnik dzietności utrzymywał się na wysokim poziomie we wczesnych latach komunizmu, które dla wielu były okresem optymizmu. Następnie spadł poniżej poziomu zastępowalności między 1966 a 1972 rokiem, a ostatecznie spadł poniżej niego na dobre w 1981 roku. W 1989 roku wynosił 1,87, ale dekadę później spadł do 1,13. W tamtym roku urodziło się tylko 89 471 dzieci, najmniej we współczesnej historii Czech. Od tego czasu jednak regres współczynnika zaczął się cofać. W 2021 roku w Czechach urodziło się 111 793 osób.
Co jednak interesujące, w pierwszej połowie 2022 r. urodziło się jedynie około 50 000 osób, co oznacza, że w tym roku, z niejasnych jeszcze przyczyn, wskaźnik urodzeń prawdopodobnie spadnie o około 10 procent w porównaniu z rokiem ubiegłym.
Całkowity spadek współczynnika dzietności po upadku komunizmu nastąpił w całej Europie Środkowo-Wschodniej. Były to lata zawirowań gospodarczych i prawie wszędzie pojawiły się znaczne trudności, bezrobocie, rosnąca śmiertelność i wysokie wskaźniki emigracji.
Z badań Tomasa Sobotki z Wiedeńskiego Instytutu Demograficznego wynika jednak, że w Czechach było zupełnie inaczej. Twierdzi, że „załamanie współczynnika dzietności” w Czechach wcale nie było krachem, ale raczej odrzuceniem wschodnioeuropejskich wzorców małżeństw i rodzenia z czasów komunizmu i powrotem do zachodnioeuropejskich wzorców sprzed wojny.
Sobotka mówi, że kobieta urodzona w 1965 r. miała zazwyczaj pierwsze dziecko w wieku 20 lub 21 lat. Ale kobieta urodzona w 1990 r. „zwykle rodzi swoje pierwsze dziecko w wieku 29 lat, a więc pomiędzy tymi okresami nastąpiła przerwa, bo kobiety i ich partnerzy czekali dłużej, zanim mieli pierwsze dziecko. Zatem w tym okresie przejściowym współczynnik dzietności spadł, nie dlatego, że ludzie przestali mieć dzieci, ale dlatego, że czekali, aż będą starsi”.
Wyjaśnia, że kolejnym powodem, dla którego wiek posiadania pierwszego dziecka w Czechach bardzo szybko wzrósł, jest to, że w czasach komunizmu edukacja seksualna była na niskim poziomie, a stosowanie pigułek antykoncepcyjnych było niezbyt częste, więc wiele pierwszych ciąż było przypadkowych. W 1990 roku antykoncepcję hormonalną przyjmowało tylko 4 procent kobiet w wieku rozrodczym. Zmieniło się to szybko i liczba nieplanowanych urodzeń i aborcji gwałtownie spadła. Obecnie pigułki stosuje około 30 procent czeskich kobiet w wieku rozrodczym.
Dziś płodność jest wspierana „stosunkowo hojną polityką rodzinną” – mówi Sobotka – „pozwalającą na elastyczny i dobrze płatny urlop rodzicielski dla obojga rodziców przez pierwsze trzy lub cztery lata życia każdego dziecka”. Dość egalitarna redystrybucyjna polityka socjalna pomogła również zachować „większą stabilność społeczną i uniknąć najgorszych nierówności ekonomicznych i wydarzeń, jakie można zaobserwować w innych krajach postkomunistycznych”.
Gospodarka ogranicza emigrację
Innym czynnikiem odróżniającym Czechy od ich byłych komunistycznych odpowiedników po 1989 r. był fakt, że ochrona zdrowia wszędzie przeżywała kryzys, ale Czechy nie doświadczyły porównywalnej zapaści. Oznaczało to, jak mówi Sobotka, że „nastąpiły bardzo szybkie inwestycje w nowe technologie, które były niedostępne wcześniej. Tak więc leczenie raka i niektórych innych trudniejszych schorzeń związanych ze starością szybko się poprawiło, a wskaźniki śmiertelności zaczęły spadać, zaledwie kilka lat po zmianie ustroju i po 30 latach stagnacji”.
W przeciwieństwie do reszty komunistycznej Europy, Czechy, uprzemysłowione przed II wojną światową, nie były zdominowane przez wielkie gałęzie przemysłu, których zamknięcie prowadziło do upadku gospodarczego całych miast i regionów, jak to miało miejsce na przykład na Słowacji. Mniejsze branże i gałęzie przemysłu znacznie lepiej radziły sobie z transformacją. Od tamtego czasu Czesi mają znacznie mniejszą motywację ekonomiczną do emigracji niż obywatele innych byłych krajów komunistycznych, a nawet niektórych krajów Europy Zachodniej. „Dla Czechów nie ma sensu jechać do pracy w Wielkiej Brytanii” – mówi Kucera – „bo pieniądze, które tam zarobią, pomniejszone o koszty zakwaterowania, oznaczają, że zyskają mniej, niż będą zarabiać tutaj”.
Przypuszczenia Kucery potwierdzają dane ujawnione przez brytyjskie Biuro Statystyk Narodowych. Po Brexicie 78 200 Czechów złożyło wniosek o pozostanie na terenie Wielkiej Brytanii. Z kolei 136 970 Słowaków złożyło tam wniosek o pobyt, mimo że populacja Słowacji jest o połowę mniejsza niż w Czechach; 444 940 Portugalczyków złożyło wnioski, mimo że populacja Portugalii jest prawie taka sama jak w Czechach.
Badania przeprowadzone przez Sobotkę pokazują również, że wskaźnik emigracji Czechów jest bliższy wskaźnikowi dobrze prosperujących krajów Europy Zachodniej, w przeciwieństwie do krajów Europy Środkowej i Południowo-Wschodniej, z których wyjechał duży odsetek ludzi w każdym wieku. Mówi, że w Czechach od 4 do 6 procent ludzi w każdym pokoleniu mieszka obecnie za granicą, „a to nie różni się tak bardzo od stanu, który można napotkać w Wielkiej Brytanii czy Francji”.
Oczywiście trudno jest śledzić emigrację, a zeszłoroczny spis ludności wykazał, że kraj opuściło więcej osób, niż przewidywano na podstawie spisu z 2011 roku. Doprowadziło to do korekty liczby ludności Czech w 2021 r. o 200 000 w porównaniu z 2020 r., ale nie oznacza to, że liczba ludności kraju spadła aż tak bardzo w ciągu roku.
Napływ imigrantów
Przede wszystkim tym, co pod względem demograficznym upodabnia Czechy do bogatszego kraju zachodniego, jest imigracja.
Pod koniec 2021 r. w kraju zarejestrowanych było 660 849 cudzoziemców, z czego 320 534 miało pobyt stały, a większość pozostałych posiadała krótkoterminowe zezwolenia na pracę. Spośród wszystkich trzech najsilniej reprezentowanych narodowości było to 196 875 Ukraińców, 114 630 Słowaków i 64 851 Wietnamczyków.
Opierając się na danych i tendencjach w Czechach do końca 2021 r., prognozy Eurostatu przewidywały delikatny wzrost liczby ludności Czech do 10,76 mln w 2030 r., a następnie powrót do obecnego poziomu 10,53 mln do 2050 r. Teraz jednak o nic byśmy się nie zakładali. Do 13 września tego roku około 431 285 Ukraińców zostało zarejestrowanych jako osoby, którym zezwolono na pozostanie w Czechach z powodu wojny na terenie ich kraju.
Z pewnością część, a nawet większość z tych Ukraińców mogła od tego czasu wrócić do domu lub wyjechać do innych krajów, takich jak Niemcy. Ale duża liczba pozostaje w Czechach i nadal będzie to robić, ponieważ wiele dzieci uchodźców rozpoczyna naukę w szkole, a im dłużej trwa wojna, tym większa będzie liczba osób, które osiedlą się na stałe w Czechach.
Zdaniem Kucery populacja Czech „zdecydowanie będzie rosła w perspektywie średnio- i długoterminowej”, ale nieoczekiwany napływ setek tysięcy Ukraińców oznacza, że przyszłość demograficzna Czech jest obecnie niemożliwa do przewidzenia.
Co ciekawe – mówi Kucera – „zwykle im bardziej odległy horyzont przewidujesz, tym mniej pewna jest prognoza. Mamy teraz paradoks – najbardziej niepewne są prognozy krótkoterminowe!”.
Tim Judah
tłum. Magdalena Okraska
Tekst pierwotnie ukazał się na stronie balkaninsight.com w październiku 2022 r.
Grafika w nagłówku tekstu: Kurious from Pixabay.
przez Jan Przybylski | niedziela 8 stycznia 2023 | opinie
O tym, że rok 2022 był dziwny, chyba nikogo nie trzeba przekonywać. Konsekwencje wydarzeń rozciągną się niechybnie na dekady, natomiast obserwacji i wstępnej ocenie dostępne są pewne skutki bezpośrednie. Wśród nich widoczna jest gwałtowna transformacja Sił Zbrojnych Rzeczypospolitej Polskiej.
W ciągu minionego roku skumulowały się procesy decyzyjne, które przy normalnym biegu wypadków zajęłyby zapewne dekadę. W bezpośrednim związku z wojną obronną Ukrainy, Wojsko Polskie w istocie żegna się ze schedą po PRL-u, której bez tego pozostałoby jeszcze całkiem sporo lat życia.
Dookreślenie strategiczne
Być może najważniejszą rzeczą, którą przyniósł rok 2022, jest dowodne wykazanie skali zaangażowania, do którego w naszym regionie zdolny jest umowny Zachód pod przewodnictwem Stanów Zjednoczonych. Wcześniej Polska była oczywiście już wiele lat członkiem NATO, obowiązywały artykuły Traktatu Północnoatlantyckiego ze sławnym piątym na czele, jednak wątpliwości istniały. Można było w zupełnie dobrej wierze zastanawiać się, czy alianckie stolice, w tym najważniejsze, nie zaczną się w obliczu materializacji zagrożenia ze strony Rosji głęboko zastanawiać, interpretować Traktat w sposób możliwie najmniej wiążący etc., w efekcie pozostawiając region samemu sobie. Refleksji nigdy za wiele, wszak nic nie jest dane na zawsze, jednak to, co widać na Ukrainie, musi zaskakiwać największych optymistów.
Gdyby w lutym 2022 ktoś ogłosił, że niemal rok później Ukraina będzie toczyć z Rosją wojnę na wyniszczenie, opartą na gigantycznej pomocy materiałowej i informacyjnej Zachodu, że od kilku miesięcy spustoszenie w rosyjskich szeregach będzie siać skolokwializowane już HIMARS-owanie, że zostanie ogłoszona dostawa Patriotów, a „na stole” będzie kwestia zachodnich czołgów i samolotów bojowych – zostałby w najlepszym wypadku ogłoszony reprezentantem myślenia życzeniowego. Tymczasem to wszystko po prostu się dzieje. Obóz kierowany przez Waszyngton toczy przeciwko moskiewskiemu agresorowi de facto regularną wojnę o dużej intensywności, pokonując kolejne progi niewyobrażalności posunięć.
Powyższe ma dwojakie skutki. Pierwsze są natury geostrategicznej. Okazało się dowodnie, że nie istnieją aktualnie realne alternatywy w polityce zagranicznej, którymi Polska mogłaby uzupełniać takie czy inne niedostatki relacji ze Stanami Zjednoczonymi i Unią Europejską. W szczególności jako mało wartościowy zweryfikował się kierunek chiński. Pekin, który wcześniej i tak nie był w stanie sformułować atrakcyjnej dla krajów regionu oferty gospodarczo-politycznej, okazał się nie mieć także zdolności pożądanego moderowania posunięć Rosji, względnie przewidywania ich konsekwencji. Sekwencja wydarzeń na linii Chiny-Rosja przed 24 lutego 2022 pozostaje w sferze domysłów, jednak można założyć, że chińskie kierownictwo państwowe albo nie było w stanie odwieść Rosjan od ich planów, albo nie chciało tego robić i dało przyzwolenie na jakąś formę operacji. Być może opierając się na radykalnie mylnych ocenach zarówno rosyjskiego potencjału, jak i psychologicznej oraz materialnej zdolności dania mu odporu przez Zachód. W świetle powyższego spoglądanie z Europy Środkowo-Wschodniej na Pekin, skądinąd boleśnie uderzany przez Amerykanów w ramach wojny gospodarczej i pozostający w COVID-owej opresji, poza poziomem relacji czysto gospodarczych wydaje się nie mieć żadnego uzasadnienia, poza oczywiście marginesem zaślepionego i nierealistycznego ideologicznego antyokcydentalizmu.
Żadną alternatywą wobec Waszyngtonu nie okazał się również Berlin. Niemcy najpierw przez konsekwentną politykę uzależniania Europy od rosyjskich surowców energetycznych walnie przyczynili się do zaistnienia groźnej sytuacji. Natomiast w momencie erupcji popadli w stupor wynikający z koniunkcji zawalenia się rachub polityczno-gospodarczych z niskiej jakości przywództwem. Presja sytuacji i Amerykanów spowodowała włączenie się Berlina do realnej pomocy Ukrainie, ale i tak stolica ta pozostaje wołem w zaprzęgu ciągniętym przez anglosaskie rumaki.
Drugi skutek dotyczy bezpośrednio kierunków zakupów dla polskich Sił Zbrojnych. Siłą rzeczy ogromna część kluczowego sprzętu i/lub technologii pochodzi z importu i nic nie wskazuje, aby to miało ulec zmianie w przewidywalnej przyszłości. Dominujący w tym zakresie kierunek amerykański był wielokrotnie poddawany uzasadnionej krytyce – jako mało atrakcyjny gospodarczo. Stany Zjednoczone najchętniej sprzedają krajom takim, jak Polska, pozbawionym bardzo mocnej pozycji przetargowej, rozwiązania „z półki”, bez dzielenia się istotnymi technologiami. Na przykład kwestie marginalnego transferu produkcji i technologii w przypadku nabycia systemów Patriot dla programu „Wisła” czy jego braku w odniesieniu do F-35 nie budziły zatem wielkich wątpliwości z uwagi na pozostawanie stosownych kompetencji poza zasięgiem krajowego przemysłu i gospodarki. Natomiast w przypadku systemów artylerii rakietowej HIMARS czy pocisków przeciwpancernych Javelin takie podejście budziło zupełnie zasadnie furię obserwatorów. W pierwszym przypadku wskazywano na o rząd bardziej atrakcyjną w odniesieniu do wspomnianych transferów kontrpropozycję izraelską. W drugim na pociski Spike i krajowe opracowania prototypowe.
Wojna ukraińska przyniosła tu jednak zasadnicze przewartościowanie. W przypadku wojennej próby mało komfortowe gospodarczo w czasie pokoju zakupy sprzętu w Stanach Zjednoczonych otwierają dostęp do Sezamów tamtejszych magazynów i bieżącej produkcji. Izrael (czy wielu innych potencjalnych kontrahentów) ma o rzędy mniejsze zasoby bieżące i możliwości produkcyjne. Których zresztą z uwagi na potrzeby wynikające z własnej polityki regionalnej czy nawet wewnętrznej w sytuacji wojny wcale nie musi chcieć udostępniać nabywcy oddalonemu geograficznie i politycznie. Stąd, dbając maksymalnie o wzmacnianie własnego przemysłu, należy zachowywać daleko idący sceptycyzm wobec egzotycznych partnerów. W zamian warto preferować mocno powiązanych politycznie i dysponujących rozwiniętą bazą wytwórczą, nawet jeżeli ci pierwsi byliby skłonni czarować atrakcyjnymi propozycjami
Ofensywa modernizacyjna
Sporą część zagadnień modernizacji sił zbrojnych z ubiegłego roku omówiłem we wcześniejszych tekstach: Modernizacja Wojska Polskiego osiąga prędkość kosmiczną oraz Zbrojeniowe Eldorado szansą dla przemysłu? Odsyłam zatem do nich, aby uniknąć powtarzania się. Jednak kolejne miesiące przyniosły zarówno nowe wydarzenia, jak i konkretyzację w niektórych obszarach. Ograniczeniu do około 200 wyrzutni uległy zamiary zakupy systemów HIMARS – nawet amerykański przemysł nie byłby w stanie zrealizować w rozsądnym czasie zamówienia o skali 500 sztuk, w szczególności w świetle potrzeb sił zbrojnych zarówno własnych, jak i ukraińskich. Na fali zakupów w Korei Południowej MON znalazł jednak uzupełnienie właśnie tam. Ma je stanowić 288 wyrzutni rakiet K239 Chunmoo, stanowiących bliski ekwiwalent systemów amerykańskich. Wyrażane są nadzieje na szeroką polonizację, w szczególności produkcję w kraju pocisków. Jednak uzyskanie od Koreańczyków – spełniających z uwagi na znaczne zdolności wytwórcze wymóg bycia poważnym partnerem, a potencjalnie bardziej od Amerykanów skłonnych do transferu technologii – realnych korzyści gospodarczych okazuje się nie aż tak proste. Nie są oni w tym zakresie świętymi Mikołajami, a podpisywanie najpierw umów na zakupy (warto zaznaczyć, że w grudniu do kraju dotarły już pierwsze partie czołgów K2 i haubicoarmat samobieżnych K9A1), a później negocjowanie przeniesienia produkcji i jego formy okazuje się problematyczne, zgodnie zresztą z oczekiwaniami. Wskutek splotu tych trudności z realiami organizacyjnymi wszystko wskazuje na to, że z oczekiwanych aż 1000 czołgów K2 w wersjach pierwotnej i dostosowanej do polskich wymagań, 500 powstanie w Korei, a drugie 500… może pozostać bardzo mglistą perspektywą.
Z kolei w odniesieniu do haubicoarmat typu K9 nastąpiła dość istotna zmiana zamierzeń. O ile po zakupie w Korei 212 egzemplarzy wersji A1 dopełnienie do planowanej liczby 672 miała stanowić wersja A2 z w pełni automatycznym ładowaniem działa, o tyle weryfikacja doświadczeń ukraińskich, szczególnie eksploatacji z jednej strony dział Krab mających ładowanie półautomatyczne, a z drugiej niemieckich PzH 2000 z „pełną” automatyzacją, wykazały dużą problematyczność tego drugiego rozwiązania, które z uwagi na skomplikowanie źle znosi brutalne użytkowanie na froncie. W związku z tym wojsko miało odstąpić od zamiaru zakupu dział w wersji opartej na K9A2, przynajmniej w aspekcie automatyzacji.
W odniesieniu do innego sprzętu ciężkiego Wojsk Lądowych konkretyzacji uległa liczba i wersja używanych czołgów Abrams, pozyskanych w Stanach Zjednoczonych w ramach szybkiego uzupełnienia stanów sprzętu w związku z donacjami dla Ukrainy. Będzie to 116 pojazdów w wersji M1A1 FEP, poddanych dodatkowo remontowi zerującemu resurs. Czołgi mają zacząć docierać do nas jeszcze w bieżącym roku. Co bardzo istotne, WP zamierza do nowo pozyskiwanych czołgów kupić wreszcie skuteczną amunicję przeciwpancerną. W grudniu Polska zwróciła się do Stanów Zjednoczonych z zapytaniem dotyczącym zakupu tego asortymentu, obejmującego m.in. do 112 000 nabojów M829A2/A3/A4, tj. sławnej amunicji z rdzeniami ze zubożonego uranu, niezwykle skutecznej nawet w przypadku najnowocześniejszych czołgów. Niewykluczone zresztą, że to nie koniec zmian w odniesieniu do czołgów. Pojawiają się bowiem informacje, że na Ukrainę miałyby trafić nie tylko pozostałe jeszcze w Polsce dość nieliczne czołgi T-72 i PT-91, których dotychczas ma pole walki trafiła tylko niewielka część, ale także Leopardy 2. Trudno sobie wyobrazić, żeby takie ruchy miały się dokonać bez de facto natychmiastowej rekompensaty sprzętowej, której źródłem mogą być realnie tylko arsenały niemieckie (musiałyby być to wyprodukowane dla Bundeswehry Leopardy 2A6/A7) czy ponownie amerykańskie, z kolejnymi Abramsami. Poza tym szczęśliwe rozwiały się obawy dotyczące możliwości zakupu w Korei mało interesujących bojowych wozów piechoty K21. Nawet stanowiące znacznie bardziej zaawansowaną ofertę pojazdy AS21, które bardzo poważnie przymierzano do elitarnej uderzeniowej 18 Dywizji Zmechanizowanej, okazały się w procesie zapoznawczym bardzo problematyczne. Ich izraelska wieża wykazała się fatalną celnością, a podwozie dyskwalifikującą w krajowych warunkach sygnaturą termiczną. W związku z tym ich zakup przynajmniej w obecnej postaci stał się wątpliwy, natomiast realizacja krajowego Borsuka i powiązanej w nim wieży ZSSW-30 wydaje się niezagrożona. W szczególności na tę ostatnią złożono już zamówienie, w liczbie 70 sztuk, jeszcze dla Rosomaków.
Warto także zwrócić uwagę na wystosowanie do rządu amerykańskiego zapytania w sprawie możliwości zakupu aż 96 śmigłowców AH-64E wraz ze środkami rażenia i transferem technologii. Miałyby w końcu zastąpić one przestarzałe zupełnie Mi-24. Skala jest ponownie bardzo duża, więc pojawiają się wątpliwości odnośnie do możliwości absorpcji takiej liczby tych potężnych, ale bardzo drogich w zakupie i jeszcze bardziej w eksploatacji maszyn. Zawarto także umowę w sprawie zakupu bezzałogowego systemu rozpoznawczo-uderzeniowego klasy MALE (średni pułap, duży zasięg) MQ-9A Reaper, które ma służyć do czasu zakupu bardziej zaawansowanej wersji B. W odniesieniu do zdolności rozpoznawczych bardzo duże znaczenie ma zawarcie z koncernem Airbus umowy na dostawę dwóch satelitów rozpoznania obrazowego Pléiades Neo wraz z dostępem do danych pozyskiwanych przez całą konstelację. Na morzu takie zdolności mają zapewnić dwa zamówione od szwedzkiego Saaba (ze spodziewaną budową w Polsce) okręty rozpoznania elektronicznego „Delfin”.
„Wojna jest ojcem wszystkich rzeczy”
Ponieważ, zgodnie z maksymą Heraklita, obszerne procesy modernizacyjne w Polsce zainicjowała lub zintensyfikowała wojna ukraińska, warto przyjrzeć się naszym dostawom dla broniącego się sąsiada. Zauważając przy tym, że nie są one jakimś „bezinteresownym frajerstwem”. Abstrahując nawet od realizacji przez Ukraińców polskiego celu strategicznego przez tępienie rosyjskiego miecza, Polska jest wynagradzana tak przez Unię Europejską (pojawiła się informacja o przekazaniu kwoty 1,5 miliarda euro za dość jednak stary sprzęt), jak i przez Amerykanów. Wiadomo np. o jawnym dofinansowaniu zakupu czołgów M1A1 FAP kwotą 200 milionów dolarów. Według bardziej i mniej jawnych danych dostarczyliśmy zatem Ukrainie ponad 230 czołgów T-72M1/M1R, kilkadziesiąt PT-91, co najmniej 40 pojazdów BWP-1, nie mniej niż 54 Kraby, około 150 dział samobieżnych 2S1, ponad 20 wyrzutni artylerii rakietowej BM-21, nieokreśloną liczbę zestawów przeciwlotniczych S-125 Newa oraz 9K33 Osa. Sprzęt ten zapewnia ukraińskiej armii bezcenne wsparcie, pozwala na odbudowę ponoszonych strat i ma kluczowe znaczenie dla możliwości prowadzenia wojny. Można śmiało powiedzieć, że bez polskich dostaw Ukraina by nie przetrwała, a inne uzupełnienie ich byłoby nierealne. Wypada sobie życzyć, aby kolejny rok przyniósł w tej wojnie korzystny przełom, do czego mogą się przyczynić kolejne transfery sprzętu, implikujące dalsze zmiany w polskiej armii…
dr Jan Przybylski
Zdjęcie w nagłówku tekstu: Obraz autorstwa kjpargeter na Freepik.
przez Roman Rostek | środa 21 grudnia 2022 | opinie
Polska ma szanse przyjąć rozwiązania prawne, które choć trochę porządkują obszar zarządzania algorytmicznego w firmach. Zastępowanie w pracy decyzji człowieka automatycznymi decyzjami sztucznej inteligencji w odniesieniu do obciążenia zadaniami, wynagrodzenia, zatrudnienia czy awansu, opiera się przeważnie na niejasności ich kryteriów dla pracowników. Uchwała procedowana w Sejmie ma zobowiązać pracodawców do zakomunikowania na wniosek związków zawodowych, na jakich zasadach działa algorytm podejmujący decyzje kluczowe z punktu widzenia pracownika.
Zarządzanie algorytmiczne to różnorodne narzędzia cyfrowe stosowane w firmach. Polegają na zbieraniu danych, ich obróbce, a następnie automatycznym zarządzaniu procesami pracy w oparciu o te dane. Pracownik otrzymuje z systemu kluczowe dla siebie informacje na temat dziennych norm, planu pracy czy wynagrodzenia. Może być też tak, że decyzje na temat przyszłości pracownika (awans, podwyżka, przedłużenie lub zakończenie umowy o pracę) podejmowane są przez kierowników w oparciu o dane pochodzące z takiego systemu.
Z punktu widzenia pracownika najważniejsze są kryteria takich decyzji. Niestety, przeważnie informacja dotyczy tylko wyniku procesu decyzyjnego, na zasadzie „tak wskazał komputer”. Tworzy to asymetrię informacji: pracodawca zna kryteria oceny pracownika, pracownikom brakuje tej wiedzy. Jak wskazują badania, wywołuje to u nich poczucie niepewności i niestabilności. Pracownicy obawiają się o swoje zatrudnienie, nie mając wskazówek, w jaki sposób poprawiać efektywność. Mierniki te służą w ten sposób dyscyplinowaniu pracowników [1].
Skrajnym przykładem są platformy cyfrowe (jak Uber, Bolt czy Glovo), gdzie osoby wykonujące pracę (nie mając praw pracowniczych) w 100% podlegają zarządzaniu poprzez system algorytmiczny. Nie mają kierowników, wszelkie decyzje są im przekazywane z poziomu aplikacji.
Sejmowa Komisja Cyfryzacji, Innowacyjności i Nowoczesnych Technologii od wielu miesięcy pracowała nad nowymi przepisami. Mają one zobowiązać pracodawców wykorzystujących rozwiązania z obszaru sztucznej inteligencji w zarządzaniu pracownikami – do udzielania informacji na temat zastosowania takich algorytmów. Obszar ten obecnie nie podlega praktycznie żadnym regulacjom, więc taki przepis byłby pierwszym porządkującym stosowanie zarządzanie algorytmicznego.
Ustawa ma dać związkom zawodowym, jako reprezentantom pracowników, dostęp do „parametrów, zasad i instrukcji, na których opierają się algorytmy lub systemy sztucznej inteligencji, które mają wpływ na podejmowanie decyzji, a które mogą mieć wpływ na warunki pracy i płacy, dostęp do zatrudnienia i jego utrzymanie, w tym profilowanie”. Zapis krótki, ale zmieniający wiele.
Takich regulacji brakuje nie tylko w Polsce. Jedynie Hiszpania wprowadziła rozwiązania, które w podobnym kształcie procedowane są w polskim parlamencie. To tylko wskazuje, że mówimy o obszarze nieuporządkowanym, zajętym przez tych, którzy wykorzystują pełnię możliwości sztucznej inteligencji w celu maksymalizacji zysków. Jednym przynosi to zyski, innym pogarsza warunki pracy i powoduje niepewność.
Z punktu widzenia osób pracujących takie rozporządzenie jest czymś oczywistym. Każdy w pracy potrzebuje podstawowych informacji. Problemem nie jest bowiem stosowanie mechanizmów opartych na sztucznej inteligencji do podejmowania decyzji. Problemem jest asymetria informacji i celowe ukrywanie kryteriów decyzyjnych, aby móc nimi sterować dla maksymalizacji korzyści pracodawcy.
Podczas prac sejmowej komisji, a także w publikacjach poświęconych tej regulacji, zazwyczaj pojawiają się te same zastrzeżenia. Przyjrzyjmy się im.
To skomplikowane
Algorytm jest zbyt skomplikowany, aby pracownicy byli w stanie go zrozumieć. To praca informatyków, rozbudowany projekt, zrozumiały tylko dla specjalistów.
Taka argumentacja jest stosowana przez firmy gospodarki cyfrowej od lat, gdy tylko ktoś domaga się przejrzystości stosowanych przez nie algorytmów. Można było to słyszeć od szefów portali społecznościowych, właścicieli wyszukiwarek internetowych, a obecnie od chcących zablokować transparentność zarządzania algorytmicznego.
Pracownicy nie potrzebują szczegółów technicznych dotyczących algorytmu. Pracownicy potrzebują informacji o kryteriach co do decyzji, jakim podlegają. Ktoś te kryteria ustanowił, ktoś tymi kryteriami steruje. Jeśli to wszystko byłoby zbyt skomplikowane, aby móc to wytłumaczyć ludziom, których te decyzje dotyczą, coś byłoby nie w porządku z takim algorytmem. Oznaczałoby to, że prawdopodobnie jest słabo kontrolowalny i w ten sposób bardzo ryzykowny dla jakiejkolwiek firmy.
Jeszcze z innej strony, trudno sobie wyobrazić przeciętnego szefa firmy, który ma podjąć decyzję o wprowadzeniu w organizacji zarządzania algorytmicznego i nie oczekuje prostego podsumowania, w jaki sposób to będzie działać, w oparciu o jakie kryteria. Decydenci potrzebują w takich sytuacjach skrótu kluczowych informacji. Asymetria polega na tym, że ich podwładni nie dostają tych informacji.
To tajemnica handlowa
Jeśli podamy szczegóły dotyczące algorytmu, ujawnimy tajemnicę handlową przedsiębiorstwa, na której opiera się przewaga konkurencyjna.
Pracownicy nie potrzebują dokumentacji technicznej, jaką twórca oprogramowania dostarcza klientowi-firmie lub jaka powstaje w ramach wewnątrzfirmowo opracowywanej aplikacji. A tylko konieczność ujawnienia takiej dokumentacji mogłaby naruszyć tajemnicę handlową. Informacje niezbędne pracownikom są z tej kategorii danych, które pracownicy mają prawo znać na bazie innych, obowiązujących już przepisów (jak np. prawo do informacji na temat systemu wynagrodzeń).
Ten argument często idzie w parze z podkreślaniem bezpieczeństwa danych zbieranych w ramach systemu. Konieczność zabezpieczenia danych jest bezdyskusyjna i opisana np. w przepisach RODO.
Unia to wkrótce załatwi
Nie ma potrzeby uchwalania odrębnych przepisów, Unia Europejska pracuje nad całym pakietem regulacji, dotyczących zastosowania sztucznej inteligencji w wielu obszarach, nie tylko pracy.
Parlament Europejski i Rada Europy od dłuższego czasu pracują nad całościowymi przepisami AI Act – Akt w sprawie sztucznej inteligencji. Do tego dochodzi projekt innej dyrektywy, regulującej pracę za pośrednictwem platform cyfrowych. Obydwa projekty mają rzeczywiście odniesienie do obszaru, którego dotyczy omawiana ustawa z polskiego parlamentu.
„Akt w sprawie sztucznej inteligencji” to obszerny dokument, pokazujący ambicje unijne w odniesieniu do gospodarki cyfrowej. Poza uporządkowaniem zastosowania rozwiązań wykorzystujących sztuczną inteligencję, unijne podejście charakteryzuje też chęć przewodzenia rewolucji cyfrowej. Akcenty są więc rozłożone nieco inaczej, to nie kwestia warunków pracy jest punktem odniesienia. W projekcie unijnym kluczowe jest określenie ryzyka wynikającego ze stosowania sztucznej inteligencji oraz określania na bazie tego, czy dane rozwiązanie jest dopuszczalne, czy też nie. Pracownicy są tu tylko jedną z wielu grup odniesienia. Pojawiają się też analizy, według których takiemu podejściu brakuje etycznego fundamentu i mocniejszego podkreślenia kwestii godnościowej w odniesieniu do pracy regulowanej algorytmami [2].
W oparciu o AI Act producenci aplikacji mają otrzymywać certyfikację zgodności z unijnymi przepisami. Informacja o tym, że oprogramowanie zastosowane do algorytmicznego zarządzania ma unijny certyfikat, nie jest kluczowa z punktu widzenia pracowników i nie rozwiązuje problemu asymetrii informacji. Na pewno uporządkuje to obszar stosowania AI, ale wciąż na poziomie firm wymagać będzie komunikacji nie o produkcie, ale o sposobie jego wykorzystania i ustawieniu parametrów decyzyjnych. To niekoniecznie będzie wynikać wprost z unijnego projektu, gdzie w tym kontekście można przeczytać raczej ogólne stwierdzenia o zapewnieniu odpowiedniego poziomu przejrzystości i informacji o sposobie korzystania z systemu.
Drugi ze wspomnianych projektów unijnych dotyczy co prawda organizacji opartych na zarządzaniu algorytmicznym, ale ograniczony tylko do tego typu firm. Nacisk jest tam położony na kluczowe dla pracowników potwierdzenie istnienia stosunku pracy, więc cel jest zupełnie inny. Dlatego ani jedno, ani drugie rozporządzenie nie zastąpią projektu złożonego we wrześniu w Sejmie. Natomiast wszystkie one razem będą się świetnie uzupełniać.
Rola związków zawodowych
W propozycji ustawy to związki zawodowe są organizacją uprawnioną do wystąpienia o informacje na temat algorytmu. Nawet jeśli jest to ograniczeniem, to warto chwilę przyjrzeć się przyszłości związków w kontekście nie tylko zarządzania algorytmicznego, ale i gospodarki cyfrowej.
Na początek cofnijmy się do gospodarki kapitalistycznej poprzednich czasów. Kilkadziesiąt lat temu jednym z twardych wskaźników słabej komunikacji w organizacji był odsetek pracowników należących do związków. Kiepskie relacje firma-pracownicy miały swoje odbicie w niedoinformowaniu zatrudnionych, a związki zawodowe stanowiły dla pracowników w takiej sytuacji alternatywny kanał komunikacji. Stąd korelacja: kiepska komunikacja to więcej osób należących do związków.
W gospodarce cyfrowej związki zawodowe nie pełnią takiej roli, jak w tradycyjnych branżach kilkadziesiąt lat temu. W nowych firmach trudniej zawiązać organizację związkową (co publicznie można było ostatnio zaobserwować w Polsce choćby na przykładzie firmy Sii Polska), rozproszenie pracowników przy pracy zdalnej utrudnia budowanie relacji pomiędzy nimi, co jest niezbędne do jakiegokolwiek zorganizowania. Jednocześnie typowe hierarchiczne relacje, niezbędne dla zdrowego formalnego przepływu informacji, zanikają dzięki zarządzaniu algorytmicznemu. W tradycyjnej organizacji najważniejszym z punktu widzenia pracownika nadawcą informacji był bezpośredni przełożony, a najważniejsze tematy to te, które bezpośrednio dotyczą pracy i zadań. Gdy bezpośredni przełożeni są zastępowani przez algorytmy, a informacje podawane przez system nie odpowiadają najważniejszym potrzebom pracowników, trudno o zadowolenie z komunikacji.
W naturalny sposób pojawia się tu rola do wypełnienia dla związków zawodowych. Nie tylko jako kanału komunikacji dla niedoinformowanych pracowników, ale również jako czynnika gwarantującego etyczne zastosowanie zarządzania algorytmicznego. Etyczne, to znaczy odnoszące się do dobrej pracy, co nie jest przecież podstawowym celem wdrażania takich rozwiązań w firmach. Jak piszą autorzy raportu o etycznym zastosowaniu sztucznej inteligencji w zarządzaniu: „Każdy pracodawca poważnie zainteresowany etycznym zastosowaniem sztucznej inteligencji w miejscu pracy powinien respektować prawa pracowników do organizowania się i zapewnić jak najszerszą reprezentację dla opinii pracowników” [3].
Jeżeli spojrzeć na sens polskiej ustawy, to właśnie o dobrą pracę w niej chodzi – o doinformowanie na temat kwestii kluczowych dla każdej pracującej osoby. Porządne firmy same z siebie powinny to robić, te mniej porządne potrzebują przepisu, który wymusi coś, co powinno wydawać się oczywistym działaniem dla każdego menedżera poważnie traktującego pracowników.
Roman Rostek
Grafika w nagłówku tekstu: Mohamed Hassan from Pixabay.
Przypisy:
1. Chan N. K. (2022), Algorithmic precarity and metric power: Managing the affective measures and customers in the gig economy, Big Data & Society, July–December: 1–13, 2022.
2. Cole M., Cant C., Ustek Spilda F. and Graham M. (2022), Politics by Automatic Means? A Critique of Artificial Intelligence Ethics at Work. Frontiers in Artificial Intelligence 5:869114. doi: 10.3389/frai.2022.869114
3. Tamże, s. 10.
przez Karol Trammer | niedziela 11 grudnia 2022 | opinie
Rząd ma nadzieję, że praca zdalna powstrzyma wyludnianie się wsi i mniejszych miast. Nie uda się to bez dobrego transportu publicznego.
Ministerstwo Rodziny i Polityki Społecznej chce upowszechnić pracę zdalną, licząc na to, że możliwość wykonywania obowiązków z własnych domów powstrzyma mieszkańców wsi oraz małych i średnich miast przed emigracją do dużych aglomeracji.
Przeciwdziałanie wyludnianiu
Jak zakłada projekt ustawy o aktywności zawodowej, pracę zdalną mają promować dopłaty dla pracodawców. Będą oni mogli otrzymać dotację z Funduszu Pracy za przyjęcie na stanowisko zdalne każdej osoby bezrobotnej mającej mniej niż 30 lat albo, jeśli jest w małżeństwie lub wychowuje dziecko, nie więcej niż 40 lat. Z dopłaty na utworzenie stanowiska pracy zdalnej, która wynosić ma 6980 zł, ma być finansowany dostęp do internetu, sprzęt komputerowy czy oprogramowanie.
„Istotą planowanego rozwiązania jest przeciwdziałanie wyludnianiu się małych i średnich miejscowości oraz ich rozwój społeczny i gospodarczy” – czytamy w ocenie skutków regulacji przedstawionej przez resort polityki społecznej. Dopłata przysługiwać ma za przyjęcie do pracy zdalnej mieszkańca obszarów problemowych wskazanych w Krajowej Strategii Rozwoju Regionalnego – to 139 miast tracących funkcje społeczno-gospodarcze i 755 gmin zagrożonych trwałą marginalizacją.
Przeceniana praca zdalna
Resort rodziny i polityki społecznej nie udaje, że upowszechnianie pracy zdalnej przyniesie znaczące efekty. Szacuje bowiem, że dzięki dopłatom zatrudnienie znajdzie w skali całego kraju około 13,8 tys. osób rocznie: średnio 45 mieszkańców każdego z miast tracących funkcje i 5-15 mieszkańców każdej gminy zagrożonej marginalizacją.
Tymczasem wiele gmin z roku na rok traci kilkudziesięciu mieszkańców. Na przykład w dwóch gminach w powiecie sokołowskim na wschodzie województwa mazowieckiego populacja w ciągu dekady zmniejszyła się o 20%: od 2011 do 2021 r. – między kolejnymi spisami powszechnymi – gmina Ceranów straciła 342 mieszkańców, a gmina Sterdyń 690 mieszkańców.
Jak wskazuje Główny Urząd Statystyczny, największym skupiskiem gmin, które w ciągu minionej dekady straciły przynajmniej 10% ludności, jest województwo podlaskie, gdzie problem dotyczy prawie połowy gmin.
Jak dotąd praca zdalna na obszarach, na których rząd chce ją promować, nie była popularna. W województwie podlaskim w pierwszym kwartale 2022 r. zdalnie swoje obowiązki wykonywało 0,7% pracowników. Według danych GUS, udział pracujących na odległość wynosił mniej niż 1% również w województwach świętokrzyskim, opolskim, lubuskim i warmińsko-mazurskim. Praca z domu najpopularniejsza jest w aglomeracji warszawskiej, gdzie na początku 2022 r. obowiązki wykonywało tak 13,9% pracowników. Znaczenie pracy zdalnej i możliwości rozwoju tej formy zatrudnienia często się przecenia. Jak podał Eurostat, w 2020 r. – w dobie największych obostrzeń epidemicznych – w Polsce pracowało zdalnie 8,9% zatrudnionych, natomiast w całej Unii Europejskiej 12,3%.
Ostatni autobus za wcześnie
Można uznać, że Ministerstwo Rodziny i Polityki Społecznej swoją inicjatywą wyraża brak zaufania do skuteczności programów Ministerstwa Infrastruktury, których celem jest walka z wykluczeniem transportowym.
Utworzony w 2019 r. Fundusz Rozwoju Przewozów Autobusowych choć oferuje samorządom pieniądze, to wciąż wyłącznie na podstawie umów rocznych. Brak wieloletniego finansowania to brak gwarancji stabilności przewozów. Wprowadzenie funduszu nie wiązało się też z określeniem standardów, przez co na liniach dotowanych z rządowego funduszu liczba kursów często nie odpowiada potrzebom społecznym.
Problem ten daje o sobie znać chociażby w przypadku finansowanych z FRPA połączeń obsługujących najbardziej wyludniające się mazowieckie gminy Sterdyń i Ceranów, do których ostatni autobus odjeżdża z Sokołowa Podlaskiego o 17:10. Nie daje to możliwości powrotu z pracy w handlu, gastronomii czy z drugiej zmiany w zakładach przemysłowych. W weekendy kursy nie odbywają się wcale.
Podczas badań „Publiczny transport zbiorowy poza miejskimi obszarami funkcjonalnymi” prowadzonych przez dr. Michała Wolańskiego z warszawskiej Szkoły Głównej Handlowej pracownicy urzędów pracy zwracali uwagę na sytuacje, gdy bezrobotni z terenów wiejskich nie są w stanie przyjąć ofert zatrudnienia w handlu i gastronomii, ponieważ ostatnie autobusy do ich miejscowości odjeżdżają z miasta przed godziną zamknięcia sklepów i lokali.
Czynnik kryzysu
Duże nagromadzenie gmin, które w ciągu minionej dekady straciły co najmniej 10% ludności, występuje na pograniczach województw. Tereny te określa się mianem peryferii wewnętrznych. „Najbardziej prawdopodobnym czynnikiem ich kryzysu jest zła dostępność” – czytamy w raporcie „Studia nad obszarami problemowymi w Polsce” Polskiej Akademii Nauk oraz Uniwersytetu Warszawskiego. – „Dane pokazują, że właśnie z tego typu obszarów nastąpił silniejszy odpływ ludności”.
Na granicach województw mieszkańcy – zamiast móc korzystać z dostępu do rynku pracy dwóch czy nawet trzech regionów – borykają się z urywającymi się relacjami pociągów czy zupełnym brakiem połączeń na stycznych odcinkach. Z tym problemem miał walczyć rządowy program Kolej Plus, w którym – oprócz przywracania do życia linii kolejowych – przewidziano zachęty dla samorządów do uruchamiania połączeń w głąb sąsiednich województw. Ten element Kolei Plus został jednak zapomniany – w sprawozdaniach z realizacji programu rząd słowem nie wspomina o uzyskanych efektach w zakresie zszywania sieci połączeń między regionami.
Rządowe programy rozwoju kolei stawiają samorządom wymóg uruchamiania czterech par pociągów na dobę. Jak taki rozkład jazdy wygląda w praktyce, można zobaczyć na przykładzie Białegostoku, skąd pociągi regionalne w kierunku Ełku odjeżdżają tylko o 5:03, 10:20, 14:27 i 18:09. Taka oferta nie zaspokaja nawet tak podstawowych potrzeb jak powrót ze stolicy województwa z pracy, którą kończy się o 15:00, 15:30, 16:00, 19:00, 20:00, 21:00 czy 22:00.
Dojazd albo jego brak
Z danych GUS za wrzesień 2022 r. wynika, że w 10 województwach powiaty, w których notuje się najwyższe bezrobocie, to powiaty położone poza siecią kolejowych połączeń regionalnych. Gdy na Dolnym Śląsku stopa bezrobocia w skali regionu wynosi 4,5%, to w pozbawionym kolei powiecie górowskim sięga ona 15,5%. Ta zależność występuje także w województwach kujawsko-pomorskim, lubelskim, łódzkim, małopolskim, opolskim, podkarpackim, podlaskim, pomorskim i świętokrzyskim.
Dla całej Polski stopa bezrobocia wynosi 5,1% (w aż 120 powiatach utrzymuje się na poziomie poniżej 5%). Co jednak znamienne, w sondażu Centrum Badania Opinii Społecznej z września 2022 r. aż 29% ankietowanych z miast liczących mniej niż 20 tys. mieszkańców odpowiedziało, że znalezienie pracy na miejscu jest trudne lub niemożliwe. To oznacza, że dla mieszkańców mniejszych ośrodków decydującą kwestią przy zatrudnieniu są możliwości dojazdu do pracy. Albo ich brak.
Karol Trammer
Tekst pochodzi z dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn” (nr 6/121 listopad-grudzień 2022)
http://www.zbs.net.pl
Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Tomasz Chmielewski
przez Monika Kostera | wtorek 6 grudnia 2022 | opinie
To mój pierwszy raport z badań terenowych na zajęciach z etnografii historycznej. Jeśli wszystko dobrze pójdzie, to będą następne – zobowiązałam się pisać i wysyłać regularnie krótkie sprawozdania z moich badań. To jest troszkę dłuższe, bo jest pierwsze. Dostaliśmy za zadanie publikować etnoreportaże w mediach szerokiego zasięgu; ja wybrałam „Supernowego Obywatela”, bo ma mnóstwo czytelników, ale i wyraźny profil i zawsze stara się mówić nowe, niebanalne rzeczy. Właśnie takie chciałabym umieć powiedzieć o epoce, którą badam – coś więcej niż to, co wszyscy o niej myślą i czują, czyli właściwie nic specjalnego, byle nie musieć się na niej zbyt długo koncentrować, zbyć banalną etykietką i móc zająć się ciekawszymi momentami w historii planety. Dla mnie ta epoka ma nabrać życia, energii i znaczenia. I chcę przekazać moim współczesnym ziomkom to, co zobaczę.
Nie zdziwi nikogo, gdy dodam, że byłam jedyną osobą, która zapisała się na tę epokę. Nasza profesor, Ania Lawendowska, po namyśle zgodziła się, żebym wybrała się na samodzielne badania. Powiedziała: „Ty, Dobromiło, zawsze jesteś taka Zosia Samosia, dasz sobie radę. I ta epoka właściwie pasuje do takiego indywidualnego podejścia. Tylko musisz być bardzo czujna i wrażliwa, żeby nie stracić energii”.
Wyjaśniła mi, że mam sprawdzać poziom energometrem codziennie, a w razie potrzeby nawet za każdym razem, gdy czuję, że coś jest nie bardzo w porządku. Jeśli zjedzie mi pod kreskę, to mam zostawić absolutnie wszystko, nie wracać po nic, tylko nastawić chronoport z powrotem na rok 2083 i fru. Notatki będę zawsze nosić przy sobie, bo nie wyobrażam sobie, żebym umiała je zostawić i wyskoczyć z powrotem do domu bez nich. Wszystko inne mogę zostawić, ale mojej pracy nie. Nie ma w tym chyba nic dziwnego; wiadomo, że utrata pracy powoduje dramatyczny spadek energii. Będę bardzo uważać, bo wiemy z historii, że ludzie wtedy to były chodzące czarne dziury (i jakie to miało skutki). Zresztą nasza Ania pamięta sama tamte czasy, studiowała wtedy socjologię, i dobrze potrafiła mi poradzić, jak mam się zabezpieczać przez zjazdem.
Najpierw było mnóstwo szkoleń BHP i z obsługi chronoportu. Zakazano nam ujawniania w jakikolwiek sposób, że pochodzimy z ich przyszłości. Słusznie – chociaż wiemy przecież, że tamci ludzie po prostu nie widzą niczego, co pochodzi z przyszłości; żyją w czasach sprzed chronoportacji i nie mają nawet specjalistów od postrzegania przybyszów z przyszłości. Widzą nas tylko o tyle, o ile odgrywamy role i zasady z ich czasów. Na dobrą sprawę można im powiewać sztandarem rewolucji 2032 roku i nie zobaczą dokładnie nic. Ale rozumiem, że muszą nam takie rzeczy dokładnie wyjaśnić, bo takie badania przeszłości to nie żadna turystyka, lecz poważne podejście i trzeba brać odpowiedzialność za to, co się robi i za to, co się myśli. Nie wiadomo jeszcze, jaki ślad tam zostawiamy, nawet jeśli nikt nas nie widzi. Nie można robić byle czego w przeszłości tylko dlatego, że oni robili byle co. Tych przygotowań i szkoleń było mnóstwo, zdążyły nas zmęczyć i znudzić. Jednak, mimo wszystko, nic nie przygotowało mnie na faktyczne stanięcie twarzą w twarz z rokiem 2022. Żadne opowieści, żadne symkursy, żadne pilotaże nie mogą się równać z bezpośrednim wrażeniem zanurzenia w zupełnie innym kosmosie. Tak jak nam wyjaśniono, najpierw jest pierwszy haust euforii, nagłe wyrównanie energii, ma się wrażenie unoszenia w powietrzu. Ale potem się zaczyna czuć przestrzeń wokół.
W moim przypadku – nie bardzo. Pierwsze uczucie: no dobrze, pojmuję, czemu ten czas nazywa się La Moche Époque. Tego wrażenia nie oddają w pełni stare klipy ani obrazy, to jest coś, co się czuje całą skórą. Jest naprawdę brzydko, wszystko jest strasznie brzydkie. Myślę sobie está bem, dawaj od razu energometr. I słusznie – wskaźnik spadał, chyba z jakiegoś zawyżonego pułapu od tego pierwszego haustu, więc nie było tragicznie – ale przestraszyłam się, bo jeszcze nigdy czegoś takiego nie miałam, tak silnego zjazdu. Wszystko wokół było jakieś jałowe, wysuszone, ale jednocześnie wiotkie, zwiędłe. Ludzie niby ubrani kolorowo, ale wszyscy tacy sami, przynajmniej wtedy takimi mi się wydali. Gesty, rytm wokół jednostajny. Na pewno też zawiniła troszkę nawigacja, bo zamiast bezpiecznie w mieszkaniu, znalazłam się w środku domu handlowego. Muszę to zgłosić, pewnie błąd w mapach programu, ale i tak dobrze, że mnie nie wylądowało na środku ulicy.
W każdym razie wrażenie było mocne i postanowiłam od razu skorzystać z rad anty-entropowych. Obrałam kurs na najbliższy park, czyli w tym przypadku Saski. To fizyczne uczucie ulgi, kiedy spotkałam pierwsze drzewo! Kochany, cudowny klon. I potem już coraz lepiej. Lipy, kasztanowce białe, inne klony. Nawet nie musiałam mierzyć energii, czułam się z każdą minutą coraz lepiej. Jak spragniony człowiek w upale, chłonęłam kontakt z jesiennymi liśćmi, cienie, jakie rzucały na alejki, cudne aromatyczne zapachy jesieni, ptaki, które czuły moje zaniepokojenie i starały się nakarmić mnie dawką dobrego konsonansu. Está bem, está bem. Było dość ciepło, usiadłam na ławce. Po jakimś czasie zaczęłam znów zwracać uwagę na ludzi. Patrzyłam na nich troszkę jakby z ukrycia, nieśmiało, gotowa, by odwrócić w każdej chwili wzrok. Już nie wydawali mi się tacy groźni, jak na samym początku. Nawet mieli swój wdzięk. Mieli jakiś taki rytm smutku, nie uśmiechali się do siebie, nie mówili przechodzącym ani dzień dobry, ani olá. Większość sunęła z łagodną melancholią, jakby nie do końca świadomie chłonąc i czerpiąc energię z drzew. Niektórzy patrzyli pod nogi, inni jakby w próżnię. Tak jak nas uczono, sporo osób chodziło z tymi ich modelami komórek, które są absolutnie identyczne i przypominają listewki do prądu. Albo trzymają to przy głowie, albo mają lokalną zdalność, ale wtedy też są na tych komórkach skoncentrowani, ich uwaga jest wyraźnie gdzieś indziej. Widziałam też osoby siedzące na ławkach z komórkami albo z książkami, takimi z papieru drzewnego, te białe kartki mocno zwracają uwagę, jest w nich coś smutnego i bardzo pięknego. Pomyśleć, że oni mogą z takimi cudami siedzieć byle gdzie i dotykać brudnymi łapami. Choć w jakiś sposób to mi pasowało, poczułam wielkie piękno tej scenki – człowiek z drzewną książką pod jesiennym kasztanowcem, drzewem…
Poczułam też, że cieszę się i jestem głęboko wdzięczna za nasz algowy papier, w tym drzewnym jest, oprócz głębokiego piękna, też głęboka przemoc, tak samo jak z pergaminem. Patrzyłam w Saskim na ówczesne dzieci, też takie odrębne, ale przynajmniej rozglądały się na boki i jedno pokazało mi ozór. Odpowiedziałam tym samym. Poczułam, że jest está bem i że mogę już iść, poszukać mojego lokum i spróbować się z nim zaprzyjaźnić. Przede mną, jak dobrze pójdzie, cały semestr w tym burym świecie.
Inaczej niż większości, mnie załatwiono indywidualne mieszkanie, bo ważniejsze niż zsocjalizowanie się z epoką jest przeżycie badania, a na higienie energetycznej mieszkańców, nawet najbardziej podstawowej, nie ma tu co polegać. Nie mogę więc obserwować, co robią rano studenci w akademiku ani jak się zachowuje rodzina gospodarzy wieczorem, czego troszkę żałuję. Z drugiej strony jednak nie zamierzam szaleć, bo nikt nie chce się obudzić pewnego dnia jako pieprzony implo.
Mieszkam na Żoliborzu, bo tam jest dużo drzew, sporo niekoszonych trawników, ptaki i inne zwierzęta. Dom jest zbudowany ze zdrowego materiału, sporo cegły, jest zachowana taka jakby intuicyjna higiena mieszkalna. Wyjaśniono mi, że to troszkę sztuczna społeczność, bo głównie bogaci ludzie, żebym się nie spodziewała organicznego życia sąsiedzkiego, i żeby, jeśli coś będzie ze mną nie tak, jednak najpierw sięgać po chronoport, a nie liczyć na pomoc sąsiada. Tu jednak moje pierwsze wrażenia były bardzo przyjemne. Dom przywitał mnie ciszą i zapachem starych murów. Wszędzie są zamki i zamknięcia, ale przynajmniej nie ma tu ogrodzeń, a wiem, że w innych osiedlach bywają.
Wnętrze cudownie velha guarda, z drewnianą klepką, która trzeszczy pod stopami, umeblowane też po staremu, bo ktoś zostawił meble i wynajął. Szafki w kuchni pełne talerzy ręcznie malowanych przez starych mistrzów z Włocławka. Gdybym była gorszym człowiekiem, to zabrałabym kilka do domu na koniec badań. (Ale nie jestem, bądźcie spokojne, drodzy Czytelnicy!) Coś przecudnego, i można jeść z tego jajecznicę i chleb z masłem. Co oczywiście robię i wcale mi się nie nudzi, czuję tę zebraną w talerzu pracę ludzką, staranność, wiedzę całych załóg zmaterializowaną w tych obiektach – i jestem ostrożna, pełna szacunku. W ogóle mieszkanie nastraja mnie w ten sposób. Nie czuję się tu sama, wszędzie są ślady czyjejś staranności i pracy. Nie zawsze jest to dobre uczucie – właściciel zostawił mi na powitanie różne rzeczy, między innymi tabliczkę czekolady, której jedzenie sprawiło mi fizyczną przyjemność, ale jednocześnie napełniło smutkiem. Mnóstwo rzeczy w tym świecie powstaje z pracy tak głęboko wyalienowanej, że ściska w dołku. Czasami zupełnie nie jest się na to przygotowanym, bo nigdzie nie ma ostrzeżeń. Nie bardzo.
Na początek postanowiłam się zmierzyć z młodzieżą jako tematem badawczym. Przeprowadziłam analizę tekstu, obserwację nieuczestniczącą i jedną rozmowę z tubylczynią. Analizowałam głównie teksty z tutejszego internetu – to rzeczywiście gąszcz pełen wnyków i miejscami zaminowany, można się wrąbać w byle co bez żadnego uprzedzenia – nikt tego nie moderuje ani nie ma ostrzeżeń dla użytkowników. Ma rację Zapatero, że to była prawdziwa machina chaosu i nic dziwnego, że poszło tak, jak poszło. Obserwację prowadziłam w wybranych miejscach pracy studentów i uczniów. Pracują też często jako gońcy, tak zwani copywriterzy, czyli pisarze reklam, opiekują się dziećmi (głównie kobiety), pracują w magazynach i jako piloci wycieczek.
Wybrałam gastronomię, bo wydała mi się najłatwiejsza do obserwowania z zewnątrz. Siedziałam w kawiarniach, gdzie pracowała młodzież i patrzyłam uważnie na to, co się dzieje. Wreszcie porozmawiałam z jedną osobą. Tu nie jest tak łatwo zacząć rozmowę z nieznajomą osobą na mieście – za to super łatwo z nieznajomym w internecie, ale na tym mi na razie nie bardzo zależy, te wymiany są strasznie płytkie i często agresywne, a chciałam mieć głębszy kontakt z tubylcem. Nie ma klubów osiedlowym, ale są pierwsze kooperatywy. Zapisałam się do jednej i tam bez żadnych problemów nawiązałam takie znajomości, na jakich mi zależało. Osoba, z którą porozmawiałam o jej sytuacji, ma na imię Karolina i pracowała razem ze mną na dyżurze. Wygląda to w zasadzie tak samo jak u nas, chociaż tu jest o wiele rzadziej spotykane – te kooperatywy to prawdziwi pionierzy spółdzielczości i trzeba poważnie poszukać, żeby na jakąś trafić.
Potem będę naprawdę spotykać się z różnymi ludźmi, rozmawiać i uczyć się, jak żyją. Będę o tym, czego się tu nauczę, pisać i wysyłać kolejne raporty. Teraz kilka słów o wstępnych badaniach młodych ludzi z brzydkiej epoki. Nie będą to miłe słowa, bo sytuacja młodych zdaje się tu być niezbyt miła. Z jednej strony teksty tych czasów pełne są komplementów wobec młodzieży. Młodzież to „przyszłość”, „jest najlepszym pokoleniem w historii” (w ogóle wymyśla się tu ciągle nowe pokolenia, to bardzo ciekawe, bo między nimi nie ma odstępu w czasie, który wystarczyłby na rodzicielstwo, no, chyba że rodzicami miałyby być dziesięcioletnie dzieci…), jest „ambitna”, „wie, czego chce”, „jest mądra, nie da się indoktrynować”. Często też spotyka się frazę „trzeba dać młodzieży szansę” albo „teraz czas na młodych”. Nie ma tu instytucji starszyzny w strukturach zarządzających organizacjami czy społecznościami.
Z jednej strony można odnieść wrażenie, że ta epoka jest przynajmniej ideowo przyjazna dla młodych. Ale z drugiej – nigdy nie słyszałam o czasach tak niesprzyjających młodym ludziom. Młodzi niby rządzą się sami, nikogo nie pytając – ale też nie mają kogo spytać. Bardzo trudno o pracę zgodną z umiejętnościami i wykształceniem. Niby deklaratywnie wpiera się osoby, które chcą się kształcić, ale nie udało mi się dowiedzieć, na czym to wsparcie konkretnie polega. Studenci zaoczni nie dostają płatnych urlopów z miejsc pracy, nawet na czas pisania prac dyplomowych. Nie dostają też nagród, gdy takie studia ukończą. Za to wisi nad nimi ciągła groźba utraty pracy i bardzo wiele osób szuka studiów niezgodnych ze swoimi zainteresowaniami, ze strachu, że zostaną bez pracy po ukończeniu nauki! W naszych czasach wydaje się śmieszne, że takie ogromne masy osób studiują zarządzanie – tylko w tym roku były w Polsce dziesiątki tysięcy kandydatów na takie studia! Czym oni potem zarządzają? Wydaje mi się, że oni wiedzą, że nie będą szefami korporacji, ale mają nadzieję, że miejsca pracy będą przychylnie patrzeć na ich dyplomy – nic innego nie odgrywa tu większej roli.
Co gorsza, młodzi nie mają gdzie mieszkać i wszyscy sprawiają wrażenie, jakby to było normalne. Prawie wszystkie mieszkania są prywatne i naprawdę strasznie drogie. Gdyby młoda osoba nawet nie wydała nic na życie przez cały rok, to taka całkowicie odłożona pensja wystarczyłaby na jakieś 3 metry kwadratowe mieszkania, może 4. Tylko młodzi z bogatymi rodzicami mają szansę na własne mieszkanie. Ale to też ma swoją cenę – rodzina mówi im, co mają studiować, w jaki sposób brać ślub, a nawet z kim i kiedy. Stosunki własności paraliżują tutaj życie. Trudno się dziwić, że nie ma bogatej kultury żywego teatru, żadnego fermentu, bezkompromisowego buntu. Naszym łatwo jest mówić – spróbowaliby tu pożyć moi koledzy kurwa wyklęci bardowie z wielkim dylematem życiowym, czy mieszkać w cichej kawalerce, czy kolektywnie.
Młodzi ludzie pracują w warunkach kompletnej alienacji pracy. Są cały czas obserwowani i nagrywani przez kamery, zazwyczaj nie mają umowy o pracę ani nawet wzajemnych zobowiązań świadczenia z zakładem pracy. W ich miejscach pracy bardzo często nie ma w ogóle związków zawodowych. Widziałam szefów besztających pracowników na oczach całej sali pełnej klientów – nikt nie reagował (miałam wielki problem, żeby powstrzymać się przed wstaniem i strzeleniem we wrzeszczący pysk). Widziałam, jak pracownik musiał robić za kilka osób, dwoił się i troił, bez przerw, bez możliwości pogadania z innymi ludźmi. Widziałam, jak pracownicy gastro zmuszeni byli do recytowania odrażających formułek marketingowych i wpychania klientom jakichś rzeczy, których oni wcale nie chcieli – to skutecznie zabijało jakiekolwiek możliwości nawiązania więzi między nimi, rzecz jasna, bo klient myślał tylko o tym, żeby jak najszybciej odejść od lady, a pracownik nie widział w kliencie w ogóle człowieka, lecz obiekt do molestowania tymi ofertami. Dowiedziałam się, że młodzi pracują na zmianach po 10 godzin w cateringu – a bywa, że dłużej. Nie mają do kogo iść na skargę, bo jest to uważane za normalne, jeszcze usłyszeliby od przełożonych i rodziców, że mają za dobrze. Podobno to normalna odzywka w tej epoce, muszę kiedyś spróbować zrozumieć, skąd się bierze – sprawia wrażenie okrutnego absurdu. Natomiast fakt, że polscy studenci i tak mają nieskończenie lepiej, niż rówieśnicy z Anglii czy USA (którym wszyscy zdają się zazdrościć), bo przynajmniej nie muszą na ogół płacić za naukę ani zadłużać się na dziesięciolecia do przodu.
Te obserwacje pochłonęły sporo czasu i energii, zabierałam zawsze ze sobą awaryjny tomik poezji, Nâzım Hikmet uratował mnie przed niejednym zjazdem. Czułam, że zaczynam widzieć problem, ale patrzyłam ze zbyt wielkiego dystansu, aby naprawdę go rozumieć. Wtedy właśnie zapisałam się do kooperatywy i zaczęłam regularnie przychodzić na dyżury. Zaprzyjaźniłam się z Karoliną i zadawałam jej wiele pytań, a ona odpowiadała i czasami też mnie pytała. Staram się zawsze odpowiadać szczerze, ale bez przyszłościowych rewelacji, więc siłą rzeczy to, co o sobie mówię, jest skrótowe i zniekształcone. Czasami tłumaczę, że jestem introwertyczką, co jest po części prawdziwe. W każdym razie dzięki Karo zobaczyłam ten świat troszkę bardziej od środka. Opowiedziała mi, jak wcześniej pracowała w gastro, potwierdzając z naddatkiem moje ponure obserwacje. Nadal musi zasuwać, bo jej kooperatywa nie płaci, tylko daje możliwość kupowania warzyw i owoców ze zniżką. Ja mam zresztą tak samo, też nie dostaję wypłaty i nie jestem pracowniczką. Mnie to nie robi problemu, bo mam stypendium i mogę się skoncentrować na studiowaniu. Tego oczywiście Karo nie powiedziałam, bo to zupełnie przyszłościowy kosmos. Ale bardzo nam się dobrze pracuje razem, Karo też mówi, że w kooperatywie jest cudownie. Dostosowujemy się do siebie z tempem, pomagamy sobie wzajemnie nosić kraty z warzywami. Siedzimy, przebieramy marchewkę razem i rozmawiamy.
„Ty, dlaczego nikt nie wpadł na to, że taka praca jak tu jest sensowniejsza i lepsza niż to, co na ogół?” – spytała mnie Karo, a ja nie wiedziałam, co powiedzieć, więc tylko kiwałam głową. „W gastro jest spinka, wszyscy z agresją, często nienawidzi się tych klientów, bo to jedyne, co daje moc, żeby przetrwać jeszcze kilka godzin. I się bierze, co się da, bo nie wolno, szef każe wyrzucać do śmieci dobre jedzenie. Więc jak się trafi okazja, to bierze się, co się da. A przecież tu – nigdy, za nic. Tu jest inaczej. Nie wiem, jak to wytłumaczyć”.
Ja wiem, ale nie mogę jej tego powiedzieć. Pocieszam się, że już za 10 lat oni też to będą wiedzieć i że dzięki temu tacy jak ja będą mogli sobie odgrywać święty teatr po nocach i mieć bezkompromisowe zdanie o świecie i o czasie odkupienia. Na widok wrzeszczącego w miejscu pracy sadysty świerzbi nas ręka, a nie zaokrąglają się ramiona. Własne mieszkanie kojarzy nam się z introwertyzmem i ekstrawertyzmem, a nie z długiem do końca życia. Dziękuję, Karo. Nie mogę ci tego powiedzieć tam w świecie, który badam, ale powiem tu, w moim reportażu.
Karo powiedziała mi, że mieszka „za miastem” i dodała, że w Konstancinie. Zaciekawiło mnie, jakie mają przedmieścia w tych czasach, więc bezczelnie się do niej wprosiłam. Chyba była troszkę zdziwiona, zdaje się, że nie jest to normalnie praktykowane, żeby tak szybko i tak bezstresowo się wpraszać do znajomych. Przywitała mnie jakimś fajnym warzywnym daniem, nie spodziewałam się, że zada sobie trud gotowania dla mnie obiadu i zrobiło mi się głupio. Wynajmuje pokój u jakiejś rodziny, ma własny kąt kuchenny i całkiem przyjemny widok z okna na piękne jesiony i olchy. Zdziwiła się, że tak dużo wiem o drzewach i ptakach, a ja zdziwiłam się, że oni mówią po prostu „drzewo”. To tak jakby mówić „zwierzę” zamiast kot, pies, dzik. Ale – co kraj to obyczaj i co epoka w sumie też. Ciekawe, kiedy zaczną powstawać nowe przysłowia, gdy chronoporty się staną bardziej powszechne. Oczywiście nic z tego nie powiedziałam Karolinie, tylko pomogłam jej zmywać i ucieszyłyśmy się obie, że się niedługo znów zobaczymy.
W drodze powrotnej miałam zabawną przygodę w tramwaju. Automat biletowy pożarł mi monetę i nie chciał wydać biletu. Spojrzałam na niego i powiedziałam wyraźnym i spokojnym tonem: oddaj, ty skurwysynu. Oczywiście wiem, że tutejsze biletomaty nie reagują na zaczepki, ale nie mogłam się powstrzymać. Pomyślałam nawet „nie zauważą i już”. Nieoczekiwanie dla mnie stały się dwie rzeczy. Automat pomielił i wypluł bilet. Odchodząc natrafiłam na wpatrzone we mnie z zachwytem oczy chyba dziesięcioletniego chłopca. „Szacunek” powiedział, gdy zobaczył, że na niego patrzę. Wzajemnie, nieznajomy chłopaku, wzajemnie.
Śniłam dzisiaj, że w moim tutejszym mieszkaniu zamknięte były koty, wychudzone, smutne. Wypuściłam je na wolność – z taką niesamowitą ulgą wybiegły. Myślę, że będzie dobrze. Ta epoka jest brzydka, ale nie może być aż tak zła, skoro już niedługo wybuchnie tu najpiękniejsza rewolucja 2032 roku i bardzo duża część osób, które teraz obserwuję, weźmie w niej udział, walcząc o piękniejszy, pełen życia świat. Está bem.
prof. dr hab. Monika Kostera
Zdjęcie w nagłówku tekstu: Silvia from Pixabay.