W obronie radykalnego symetryzmu

W obronie radykalnego symetryzmu

W ostatnim czasie miała miejsce dyskusja o symetryzmie i opozycyjnej cenzurze dziennikarzy wywołana decyzją organizatorów Campusu Polska Przyszłości w sprawie Panelu Symetrystów. „W największym skrócie: zadzwonili do mnie organizatorzy Campusu z pytaniem, czy mogę poprowadzić panel bez Grzegorza Sroczyńskiego – wyjaśniał w mediach społecznościowych Marcin Meller, który miał prowadzić rzeczony panel. – Odpowiedziałem, że nie ma takiej możliwości”.

W efekcie w imprezie, na której z ust Agnieszki Holland padły słowa o zawieszeniu czynnego prawa wyborczego mężczyzn, nie wzięli udział krytyczni dziennikarze otwarcie mówiący o wadach i błędach opozycji i jej zwolenników, zwłaszcza tych radykalnych.

Dzisiaj, przede wszystkim wśród Silnych Razem (aktywnego w internecie betonowego elektoratu Platformy), nie ma chyba zarzutu bardziej zabójczego niż ten o bycie symetrystą. Do zaakceptowania jest Roman Giertych, wicepremier w rządzie Jarosława Kaczyńskiemu, któremu zawdzięczam wspomnienia związane z mundurkiem szkolnym – spróbuj jednak choćby zasugerować, że Prawo i Sprawiedliwość nie jest czystym diabelstwem…

Taka postawa jest bardziej szkodliwa niż pomocna. Powoduje ona okopanie się w utartych poglądach, nakazuje uciszanie krytycznych głosów, uniemożliwia jakąkolwiek refleksję. Ogranicza się do maniakalnego spojrzenia na obecny konflikt partyjny, polityczny i społeczny. Symetryzm nie jest już tym, czym był – a więc narracją „PiS-PO to jedno zło”, ignorującą istotne różnice. Stał się w ustach Silnych Razem określeniem na każdego, kto nie uważa Donalda Tuska za rycerza na białym koniu. Jest synonimem kryptopisowca.

Że ten rycerz może ostatecznie okazać się giermkiem na starej szkapie? To nieważne – będzie wszak na kogo zrzucić odpowiedzialność. Na symetrystów właśnie, którzy, zamiast siedzieć cicho, zdecydowali się na krytykę posunięć nieomylnego wodza. Zaślepienie najradykalniejszych zwolenników liberalno-konserwatywnej strony sceny politycznej prowadzi do odrzucenia każdej innej perspektywy. Cóż, jest to przypadłość właściwa wszelkiej maści ultrasom – nie wiem, czemu liberałowie mieliby być wyjątkiem.

Jak na ironię krytycy lewackiej poprawności politycznej i prawackiej cenzury, sami przywdziali szaty Katona i usiłują wytępić zdania odrębne. Oczywiście Marcin Matczak zdążył już napisać na platformie X (dawny Twitter), że oto lewica nadziała się na własny miecz i mazgai się z tego powodu: „Trzeba być ostrożnym w kwestii tego, o czym się marzy, bo to się może spełnić”. Do grona oburzonych dołączył też Zbigniew Hołdys, pisząc na tej samej platformie: „Strategia symetrystów: przyjąć zaproszenie od Nitrasa, sponiewierać w audycji Tuska, PO i jej sympatyków, wyzywając ich od trolli i kundelków, a kiedy Nitras wycofa zaproszenie, rozjechać go i próbować skompromitować Campus. Symetryści to współczesna wersja szmalcowników”.

To chyba dobry moment, by zaznaczyć, że tytuł jest ironiczny. Nie zamierzam bowiem bronić symetryzmu jako takiego, w takim rozumieniu, jakie wcześniej przedstawiłem. Nie potrafię przejść jednak obojętnie obok przekonania betonowych elektoratów wszystkich stronnictw politycznych, że ich krytyka wiąże się z antypolonizmem, nienawiścią do demokracji i tego typu bzdurami. W momencie, gdy grupa dziennikarzy jest określana mianem szmalcowników przez osobę deklarującą się jako „obrońca wolnych mediów”, pozostaje jedynie głuchy, drwiący śmiech.

Nie chcę już nawet powtarzać przemielonych po wielokroć argumentów, że przecież krytyka własnego obozu politycznego i zauważanie zalet konkurencji, jest w ostateczności dobre dla „naszych” – pokazuje bowiem, co powinniśmy usprawnić. Sam nie utożsamiam się z żadną formacją, nigdy nie należałem do partii ani młodzieżówki, a strategia głosowania na osobę, nie na listę towarzyszy mi od początku wyborczej przygody. Oczywiście postulaty jednych przekonują mnie bardziej niż innych, ale to chyba dotyczy każdego.

Rzecz w tym, że możliwość krytycznego spojrzenia na wszystkich aktorów obecnych na politycznej scenie Polski jest dość stymulująca. W „Uwagach o kafkowskim labiryncie” pisałem o „masce otwartego liberała”, którą przybierają politycy tzw. opozycji demokratycznej, a która opada przy pierwszej lepszej konfrontacji z rzeczywistością. Prawda bowiem nie leży pośrodku, a „słońce nie wschodzi jednego dnia na wschodzie, a drugiego na zachodzie”, by zacytować Christophera Hitchensa. W mojej opinii na tym właśnie polega prawdziwe dziennikarstwo – na wyłapywaniu błędów, wad, potknięć i przestępstw polityków bez oglądania się na ich afiliację partyjną.

W mojej bańce informacyjno-politycznej nie ma nic prostszego niż krytyka posunięć PiS-u. Każdy, kto przeczytał choćby jeden mój esej czy wywiad albo wysłuchał moich publicznych wystąpień z ostatnich trzech lat, wie dobrze, że nie należę do entuzjastów obecnej władzy. Jednak nie oznacza to automatycznie, że z bezkrytycznym optymizmem patrzę na perspektywę zwycięstwa opozycji. Ba, właśnie z powodu nadziei, jakie moja bańka pokłada w demokratycznej opozycji, powinniśmy się im przyglądać niezwykle uważnie. A zbliżające się wybory nie są żadną wymówką, by nie punktować jej słabych punktów.

Zastanawiające jest również to, że najbardziej skrajni liberałowie, potępiając krytycznie myślących, zakładają, iż wyborca w ostatecznym rozrachunku jest głupi. W innym wypadku bowiem byłby on w stanie zauważyć, że nie można zrównać wad opozycji demokratycznej i obecnej władzy. Sprzeciwiają się więc czemuś, co jest podstawą liberalnej demokracji, i stosują narrację Korwina.

Nie wiem, co musieliby powiedzieć przedstawiciele Platformy, aby betonowy elektorat przestał ich bronić (z wyjątkiem racjonalnej jego krytyki, o czym przekonał się Nitras). Taki sam mechanizm, jak zaznaczyłem, jest obecny wśród betonowych elektoratów wszystkich partii. I każdy beton alergicznie będzie reagować na najmniejszą choćby krytykę, odmawiając dyskusji z racjonalnymi kontrargumentami.

A jeśli po tym tekście przyczepią mi łatkę symetrysty, przyjmę ją z dumą.

Christian Kobluk

Grafika w nagłówku tekstu: Mohamed Hassan z Pixabay

Dlaczego Agnieszka Holland została zaopatrzeniowcem Konfederacji?

Dlaczego Agnieszka Holland została zaopatrzeniowcem Konfederacji?

Wypowiedź Agnieszki Holland na Campusie Polska Przyszłości odbiła się szerokim echem. Reżyserka zaproponowała, by odebrać mężczyznom czynne prawo wyborcze na trzy kadencje parlamentu – czyli dwanaście lat (jak to ujmuje sama autorka pomysłu: „zawiesić”). Mogliby oni być wybierani, mówi Holland, ale nie mogliby wybierać. Nie pierwszy raz taka propozycja pada z jej ust – już w 2019 r. postulowała to w wywiadzie udzielonym Paulinie Reiter („Gazeta Wyborcza”). Jakie jest uzasadnienie? „Kobiety przez tysiąclecia nie miały żadnych praw. Byłoby sprawiedliwe, żeby choć przez kilkanaście lat mężczyźni odpoczęli. Dajmy im czas na refleksję”. Cóż, może jestem dziwny, ale brzmi to jak dość prymitywna wendeta.

Na wstępie zaznaczam: rozumiem nagromadzenie negatywnych emocji, które są efektem życia w patriarchacie, a które prowadzić mogą do takich właśnie stanowisk. Nie jestem również przeciwnikiem radykalnych propozycji. Wiem, na jakich założeniach opiera się propozycja Holland – na polityce tożsamościowej, głoszącej – w uproszczeniu – że osoby o danej (mniejszościowej) tożsamości są bardziej wrażliwe. To jednak nie sprawia w żadnej mierze, że będę usprawiedliwiać tę wypowiedź. Zrozumienie nie wiąże się z akceptowaniem ani nawet tolerowaniem danych postaw. Pozwala ono co najwyżej inaczej na nie spojrzeć.

Aż ciśnie się pod palce pytanie, jak konkretnie takie „zawieszenie” miałoby wyglądać? Co miałoby oznaczać pojęcie „mężczyzna”? W końcu Holland zalicza się do grona, które nieco ironicznie nazywam liberalną post-lewicą, a więc – jak wnoszę z innych jej publicznych wypowiedzi – popiera prawa osób transpłciowych. Co więc jeśli transkobieta nie zdążyła jeszcze uzgodnić swojej płci prawnej? Powinna mieć czynne prawo wyborcze czy nie?

Zostawmy jednak złośliwości i przejdźmy do istoty rzeczy. W ostatnim czasie obserwować mogliśmy istny wysyp artykułów, zwłaszcza w prasie prawicowej, które raz po raz smagały Holland za to stanowisko. Trudno się dziwić – gdyby ktoś o jej pozycji (nie będę bowiem zaprzeczać, że jest wybitną reżyserką) zasugerował zawieszenie praw wyborczych kobiet… Możemy sobie tylko wyobrazić, jaka burza medialno-polityczna by się rozpętała. Nie byłoby to symetryczne, ale miałoby zakorzenienie w myśleniu, które w tożsamości upatruje automatycznie pewien zestaw poglądów.

A przecież historia dostarcza nam aż nadto przykładów, że to nieprawda. Pierwszy lepszy z brzegu: amerykańskie feministki były w najlepszym razie neutralne wobec problemu niewolnictwa – nie chciały bowiem mieszać praw kobiet z prawami czarnoskórych. Sojouner Truth wygłosiła na ten temat nawet przemówienie, które zapamiętane zostało jako „Ain’t I a Woman?” („Czy nie jestem kobietą?”). Nie dziwcie się więc, że z niejaką podejrzliwością patrzę na wizję „rządów kobiet”, nawet jeśli patriarchat napawa mnie przerażeniem. Współcześnie zaś – i bliżej domu: to kobieta, Kaja Godek, stała się twarzą walki o zakaz aborcji w Polsce, nie zaś mężczyzna. Przypomnieć by można również, że wśród uprawnionych do głosowania kobiety mają nieznaczną, ale jednak przewagę.

Najważniejsze jednak jest to: radykalna propozycja Holland wygłoszona na 6 tygodni przed wyborami stanowi znakomite paliwo dla wszelkich mizoginistycznych ruchów, które chce ona zwalczać.

Co bowiem musi dziać się w głowie młodego mężczyzny, skonfundowanego przez rozdźwięk między patriarchalnymi ramami, w których go wychowano, a – bądź co bądź – postępującym równouprawnieniem i (zbyt) powolnym obumieraniem patriarchatu, gdy słyszy taką propozycję? Potrzeba naprawdę najgorszego rodzaju optymistycznej naiwności, by sądzić, że to go otrzeźwi. Prędzej poczuje się zagrożony, bowiem proponuje się zawieszenie jego istotnego obywatelskiego prawa,. To skieruje go w stronę, która nie tylko nie przejawia takich postaw, ale na dodatek postuluje powrót do bezpiecznego czarno-białego świata. Podejrzewam, że mając wybór między degradacją a nobilitacją – nawet jeśli jest ona pozorna – większość ludzi wybrałaby tę drugą.

Holland wskutek swojej propozycji stała się, chcąc nie chcąc, zaopatrzeniowcem Konfederacji i pokrewnej ruchów. Wręczyła im naładowany karabin, z którego będą strzelać w stronę tzw. demokratycznej opozycji, by odebrać jej tę mniejszość młodych mężczyzn chcących na nią głosować. Inna sprawa, z jaką skutecznością.

Co więcej, postrzegam to jako zdradę demokratycznych ideałów. Choć nie należę do bezkrytycznych entuzjastów demokracji, w najśmielszych snach nie przyszłoby mi do głowy, by w ramach demokratycznego systemu odebrać czy zawiesić prawa wyborcze wybranej grupy – nieważne czy etnicznej, płciowej czy religijnej. Godząc się na demokrację, powinniśmy grać według jej reguł. Nie oznacza to, oczywiście, np. dopuszczania do debaty publicznej mowy nienawiści, ale arbitralne naznaczenie tej oto grupy poprzez odebranie jej prawa do głosowania stanowi postulat antydemokratyczny. Inaczej bym do tego podszedł, gdyby Holland słynęła z krytyki demokracji liberalnej – ale przecież jest ona jedną z jej obrończyń.

Jest to tym bardziej śmieszne i ironiczne, że organizatorzy Campusu domagali się wykluczenia Grzegorza Sroczyńskiego z Panelu Symetrystów za krytykę radykalnych zwolenników Platformy Obywatelskiej, w wyniku czego panel odwołano. Natomiast osobę, która od przynajmniej czterech lat proponuje odebranie jednego z konstytucyjnych praw niemal połowie obywateli, fetuje się tam.

Niezależnie od skutków wypowiedzi Agnieszki Holland, jestem pewien jednego – tego typu stanowiska pchają młodych mężczyzn w łapska prawicowych radykałów. A później, gdy okazuje się, że ponad 60 procent mężczyzn do 35. roku życia chce oddać głos na Konfederację, będzie płacz i zgrzytanie zębów.

Christian Kobluk

Grafika w nagłówku tekstu: Gerd Altmann z Pixabay.

Śmierć (pseudo)buntownika

Śmierć (pseudo)buntownika

Gdy dotarła do mnie wiadomość o katastrofie samolotu z Prigożynem na pokładzie, uświadomiłem sobie, że w zasadzie zapomniałem o jego czerwcowym pseudo-buncie. A przecież wtedy na bieżąco omawiałem ze znajomymi kolejne posunięcia zarówno Grupy Wagnera, jak i sił putinowskich. Narracja mówiąca, że jest to „wydarzenie historyczne”, zaraziła również i mnie – dopóki nie został ogłoszony rozejm. Tak czy owak, wielki „marsz sprawiedliwości” rozszedł się po kościach, a śmierć Prigożyna – podobnie jak innych przywódców Grupy Wagnera – to, jak stwierdziła Paulina Siegień, „sensacyjny news, który nic nie zmienia”. Czy na pewno?

Nie zagłębiając się w szalone teorie spiskowe ani płonne nadzieję, że będzie to jakiś punkt zwrotny w rosyjskiej polityce, trzeba przyznać jedno: nie ma to żadnego wpływu na wojnę w Ukrainie. Tu sprawa jest jasna. Jednak konsekwencji buntu i śmierci Prigożyna nie powinniśmy ograniczać do naszego światka.

Grupa Wagnera była w dużej mierze ramieniem – politycznym, medialnym, gospodarczym i zbrojnym – którym Rosjanie obejmowali Afrykę. To właśnie wagnerowcy byli protagonistami w malijskiej propagandowej kreskówce – walczyli w niej z francuskimi zombie próbującymi przejąć Mali. Ostatnio sugerowano zaangażowanie Grupy Wagnera we wsparcie puczystów w Nigrze. Ale macki Prigożyna sięgały dalej niż kraje silnie związane z Rosją lub autorytarne – również w Republice Południowej Afryki, którą bądź co bądź uważamy za państwo demokratyczne, prowadzone były działania propagandowe na rzecz Rosji. Ich efekty mogliśmy obserwować, gdy prezydent RPA Cyril Ramaphosa poinformował, że nie wykona nakazu aresztowania Putina wydanego przez Międzynarodowy Trybunał Karny. Podobnie Republika Środkowoafrykańska, osłabiona po wieloletniej wojnie domowej, stała się zależna od Grupy Wagnera. W trwającym od kwietnia konflikcie w Sudanie wagnerowcy wspierają Siły Szybkiego Wsparcia, paramilitarną organizację, która wyewoluowała ze zbrojnych milicji muzułmańskich. Przykłady można mnożyć i mnożyć.

Śmierć Prigożyna, odpowiadającego za znaczenie Grupy Wagnera, Dimitrija „Wagnera” Utkina, twórcy i koordynatora grupy, oraz pozostałych liderów wiąże się z końcem wagnerowców, a przynajmniej w dotychczasowym kształcie. Oznacza to, że na rynku militarno-propagandowym powstała luka, którą w jakiś sposób trzeba będzie zapełnić – chyba że ktoś chce naiwnie wierzyć, że Rosja zrezygnuje z budowanych przez dekady wpływów w Afryce.

Bo choć „demontaż prigożynowskich biznesów trwał od momentu nieudanego puczu, konsekwentnie i metodycznie”, jak pisze Siegeń – jasnym powinno być, że koniec wagnerowców nie będzie prowadzić do końca rosyjskiego zaangażowania w politykę państw Czarnego Lądu. Już od końca czerwca Malijczycy zastanawiali się, jak będą wyglądały ich relacje z rosyjskimi partnerami, skoro owi partnerzy – Putin i Prigożyn – są skonfliktowani do tego stopnia, że wybuchł pucz. Z ich wypowiedzi jednak wynikało jedno – to Rosja jako kraj jest partnerem, a nie szemrany oligarcha.

Ponadto, Grupa Wagnera to najemnicy – wystarczy więc, że Putin znajdzie innego oligarchę bądź rzezimieszka (a znając rosyjskie realia, zapewne obu w jednym), który oficjalnie obejmie ster, a de facto będzie kontrolowany z tylnego siedzenia. I tak, możliwe, że gorliwi wyznawcy Utkina będą protestować, może nawet się zbuntują, ale bądźmy poważni – większość nie jest tam dla idei. Gdy tylko poczują zapach afrykańskiego złota, polecą, gdzie będzie trzeba „z armat walić, mordować, grabić, truć i palić”, by przytoczyć Tuwima.

Powstaje pytanie, kto teraz przejmie rolę Prigożyna w Afryce, kto zyska zaufanie zarówno Kremla, jak i wojskowych dyktatur Czarnego Lądu. I czy ten trwający od dwóch miesięcy kryzys będzie miał wpływ – i jaki – na sudański i nigeryjski konflikt.

Więc tak, śmierć Prigożyna dla sytuacji w Ukrainie i Rosji nie ma większego znaczenia. Ale nie znaczy to, że nie odciśnie się ona piętnem na światowej polityce.

Christian Kobluk

Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. IGORN z Pixabay

List otwarty do mojej Siostry Ałły Gutnikowej

List otwarty do mojej Siostry Ałły Gutnikowej

Droga Siostro,

nie chcę mówić o sprawie, o rewizjach, przesłuchaniach, aktach ani procesach. Nie chcę mówić o więzieniu ani o pracach korektorskich. Podobnie jak Ty wolałbym podyskutować o literaturze i filozofii. Chciałbym z Tobą porozmawiać o Baldwinie, Morrison, Fanonie i Mbembe. Chciałbym poznać Twoje zdanie na temat Dostojewskiego, Gogola, Tołstoja i Szewczenki. Chciałbym spierać się o Kanta, Hegla, Butler i Žižka. Jestem ciekaw, co sądzisz o Jelinek, Tokarczuk, Żadanie i Gospodinowie. Moglibyśmy wspólnie czytać Gorman i Herman, zastanawiając się, co mają nam do przekazania.

Ale – podobnie jak Tobie przed rokiem – słowa chowają mi się gdzieś między żołądkiem a sercem. Nie wiem, co mógłbym Tobie powiedzieć dzisiaj. Moja wyobraźnia i mój język kapitulują wobec ogromu zła, jaki obserwujemy w świecie. Nie wiem, czy potrafiłbym spokojnie mówić o literaturze.

Spróbuję jednak znaleźć słowa i frazy, jakie mógłbym Tobie przekazać. Chyba powinienem zacząć od życzeń urodzinowych – wszak niedługo kończysz dwadzieścia pięć lat.

Czego jednak można życzyć prześladowanej za prawdę? Jakie kartki urodzinowe śle się do skazańców?

Z niejakim przerażeniem myślę, że należymy do tego samego pokolenia. Myśl, że moja niemalże rówieśniczka została skazana za walkę o prawdę spędza mi sen z powiek. Ale być może to właśnie dlatego – gdy czytam Twoje słowa – czuję się, jakbym to ja z mojej strony Uralu stał nad przepaścią i krzyczał, a odpowiedź jest echem. Odnajduję się w Twoich słowach, przechodzi mnie dreszcz, gdy je czytam raz po raz. Choć ta część Eurazji, w której przyszło mi się urodzić, uważa się za ostoję demokracji i praw człowieka, zmaga się z problemami, które w Twoim kraju przybrały rozmiary gargantuiczne i niweczą światowy pokój. Też coraz częściej czuję się uczniem szkoły frustracji i zmęczenia.

Przypomina mi się utwór „Sługi za szlugi”. Od ponad roku mam ochotę wrzeszczeć ponad Uralem:

Czy kto jeszcze pisze wiersze w ojczyźnie Puszkina,

gdy za forsę skalnym torsem szarża się wypina?

I nie mówcie, żeście wcześniej na kolanach byli,

bo by trzeba spytać jeszcze – coście tam robili?

Rosjanie, Rosjanie, Rosjanie moi,

odważny naród – lecz władzy się boi!

Ty jednak, i Twoi przyjaciele i przyjaciółki, pokazują mi, że jednak są odważni w Twoim narodzie. Że nie wszyscy są gotowi spalić świat na żądanie dyktatora. Że wciąż tli się jakakolwiek nadzieja.

Zauważyłaś, że Iosif Brodski, podobnie jak Ty, był sądzony w wieku 23 lat. A mi natychmiast przypomniał się wykład noblowski Wisławy Szymborskiej: „Uznano go za »pasożyta«, ponieważ nie miał urzędowego zaświadczenia, że wolno mu być poetą…”. Ciebie zaś uznano za zagrożenie, bo miałaś odwagę mówić prawdę. Czyżby do tego potrzebne było urzędowe zaświadczenie? Pozwolenie władz państwowych?

W swojej mowie końcowej odniosłaś się do hasła „za wolność naszą i waszą”. Jest to dla mnie o tyle ważne, że odnajduję w tym pewien smutny znak czasów. To jedno z polskich mott narodowych doby rozbiorów – nieśli je na sztandarach powstańcy listopadowi, chcąc podkreślić swoje braterstwo z rosyjskimi dekabrystami. Dzisiaj, prawie dwieście lat później, hasło to jest wciąż aktualne – dalej musimy walczyć przeciwko totalitaryzmowi obecnemu w Rosji, przeciwko imperialistycznej mentalności, przeciwko carowi, który dziś nosi tytuł prezydenta.

Mówiłaś: „sapere aude! – odważ się być mądrym!”. Słyszę w tym echo słów Immanuela Kanta, mojego ulubionego filozofa, gdy pisał w XVIII wieku o wychodzeniu z wieku niedojrzałości. Z własnej winy nie jesteśmy w stanie – nie chcemy! – posługiwać się własnym rozumem. Wolimy cudze kierownictwo. To wezwanie jest niezwykle aktualne. Bez tej odwagi nie będziemy w stanie budować cywilizacji opartej na równości, wolności i braterstwie.

Powiedziałaś, za Audre Lorde, że cisza nas nie ochroni. A ja, za Albertem Camusem, zapytam: „Co może być odpowiedzią na uporczywość zbrodni, jeśli nie uporczywość świadectwa?”. Cóż, żyjemy dzisiaj w czasach, gdy milczenie jest nie tylko współudziałem w zbrodni, ale jest wręcz samobójcze. Jednak nasze społeczeństwa wciąż potulnie zdążają ku przepaści, w kierunku której nieustannie spychają nas różni tyrani i szaleńcy, chcący narzucić swoją wizję każdemu człowiekowi. Czy słowo jest naszą jedyną przeciwko temu bronią? Zapewne nie. Ale słowo, być może przede wszystkim to, które chce się ukryć w trzewiach, ma moc transformacji świata. Toni Morrison wskazuje, że pisarze, dziennikarki, eseiści, blogerki, poeci i dramaturżki mają zdolność wyrwania społeczeństwa spod panowania apatii, co jest zagrożeniem dla wszelkiego rodzaju tyranii. Żaden despota nie jest chyba na tyle głupi, by tego typu zagrożenie ignorować.

To chyba Tadeusz Borowski pisał:

Tobie Ojczyzną – Tryumfalny Łuk,

defiladowa muzyczka zwycięska,

a mnie Ojczyzną – parszywy grób

w lasku pod Smoleńskiem!

Tobie Ojczyzną – spokojny kąt

i kark, który posłusznie się gnie,

a mnie Ojczyzną – spalony dom

i rejestracja w NKWD.

Ale przecież – Twoja Ojczyzna nie ma nic wspólnego z łukiem tryumfalnym ani defiladami, ani też spokojnym kątem. Twoja Ojczyzna, podobnie jak moja przed dekadami, to spalony dom, niewola i kark, co się (nie)posłusznie gnie. Twoja Ojczyzna – wolna, demokratyczna, sprawiedliwa Rosja, Rosja, która naprawia wyrządzone przez siebie zło – nie istnieje.

Choć to Ty masz urodziny, przynosisz mi prezenty – siłę, odwagę i nadzieję. Siłę – bo dzięki Tobie wiem, że jest, o co walczyć. Odwagę – bo ostrzegasz, że strach zabija duszę. Nadzieję – bo mogę z nowym podziwem wracać do Twoich słów, które świecą w rosyjskich ciemnościach.

Już chyba wiem, droga Siostro, czego mogę Ci życzyć. Życzę Ci przede wszystkim siły, odwagi i nadziei. Życzę, byś była jak dziecko – byś nie bała się pytać o dobro i zło, byś nie bała się powiedzieć, że król jest nagi, byś nie bała się krzyczeć. Życzę Ci świata stworzonego z miłości i czułości, z solidarności i radości.

I życzę – zarówno Tobie, jak i sobie – by nadszedł dzień, w którym będziemy mogły porzucić politykę, usiąść i podyskutować o literaturze, filozofii i sztuce.

Twój brat Christian

Christian Kobluk

Grafika w nagłówku tekstu: Tumisu from Pixabay.