Dlaczego Agnieszka Holland została zaopatrzeniowcem Konfederacji?

Dlaczego Agnieszka Holland została zaopatrzeniowcem Konfederacji?

Wypowiedź Agnieszki Holland na Campusie Polska Przyszłości odbiła się szerokim echem. Reżyserka zaproponowała, by odebrać mężczyznom czynne prawo wyborcze na trzy kadencje parlamentu – czyli dwanaście lat (jak to ujmuje sama autorka pomysłu: „zawiesić”). Mogliby oni być wybierani, mówi Holland, ale nie mogliby wybierać. Nie pierwszy raz taka propozycja pada z jej ust – już w 2019 r. postulowała to w wywiadzie udzielonym Paulinie Reiter („Gazeta Wyborcza”). Jakie jest uzasadnienie? „Kobiety przez tysiąclecia nie miały żadnych praw. Byłoby sprawiedliwe, żeby choć przez kilkanaście lat mężczyźni odpoczęli. Dajmy im czas na refleksję”. Cóż, może jestem dziwny, ale brzmi to jak dość prymitywna wendeta.

Na wstępie zaznaczam: rozumiem nagromadzenie negatywnych emocji, które są efektem życia w patriarchacie, a które prowadzić mogą do takich właśnie stanowisk. Nie jestem również przeciwnikiem radykalnych propozycji. Wiem, na jakich założeniach opiera się propozycja Holland – na polityce tożsamościowej, głoszącej – w uproszczeniu – że osoby o danej (mniejszościowej) tożsamości są bardziej wrażliwe. To jednak nie sprawia w żadnej mierze, że będę usprawiedliwiać tę wypowiedź. Zrozumienie nie wiąże się z akceptowaniem ani nawet tolerowaniem danych postaw. Pozwala ono co najwyżej inaczej na nie spojrzeć.

Aż ciśnie się pod palce pytanie, jak konkretnie takie „zawieszenie” miałoby wyglądać? Co miałoby oznaczać pojęcie „mężczyzna”? W końcu Holland zalicza się do grona, które nieco ironicznie nazywam liberalną post-lewicą, a więc – jak wnoszę z innych jej publicznych wypowiedzi – popiera prawa osób transpłciowych. Co więc jeśli transkobieta nie zdążyła jeszcze uzgodnić swojej płci prawnej? Powinna mieć czynne prawo wyborcze czy nie?

Zostawmy jednak złośliwości i przejdźmy do istoty rzeczy. W ostatnim czasie obserwować mogliśmy istny wysyp artykułów, zwłaszcza w prasie prawicowej, które raz po raz smagały Holland za to stanowisko. Trudno się dziwić – gdyby ktoś o jej pozycji (nie będę bowiem zaprzeczać, że jest wybitną reżyserką) zasugerował zawieszenie praw wyborczych kobiet… Możemy sobie tylko wyobrazić, jaka burza medialno-polityczna by się rozpętała. Nie byłoby to symetryczne, ale miałoby zakorzenienie w myśleniu, które w tożsamości upatruje automatycznie pewien zestaw poglądów.

A przecież historia dostarcza nam aż nadto przykładów, że to nieprawda. Pierwszy lepszy z brzegu: amerykańskie feministki były w najlepszym razie neutralne wobec problemu niewolnictwa – nie chciały bowiem mieszać praw kobiet z prawami czarnoskórych. Sojouner Truth wygłosiła na ten temat nawet przemówienie, które zapamiętane zostało jako „Ain’t I a Woman?” („Czy nie jestem kobietą?”). Nie dziwcie się więc, że z niejaką podejrzliwością patrzę na wizję „rządów kobiet”, nawet jeśli patriarchat napawa mnie przerażeniem. Współcześnie zaś – i bliżej domu: to kobieta, Kaja Godek, stała się twarzą walki o zakaz aborcji w Polsce, nie zaś mężczyzna. Przypomnieć by można również, że wśród uprawnionych do głosowania kobiety mają nieznaczną, ale jednak przewagę.

Najważniejsze jednak jest to: radykalna propozycja Holland wygłoszona na 6 tygodni przed wyborami stanowi znakomite paliwo dla wszelkich mizoginistycznych ruchów, które chce ona zwalczać.

Co bowiem musi dziać się w głowie młodego mężczyzny, skonfundowanego przez rozdźwięk między patriarchalnymi ramami, w których go wychowano, a – bądź co bądź – postępującym równouprawnieniem i (zbyt) powolnym obumieraniem patriarchatu, gdy słyszy taką propozycję? Potrzeba naprawdę najgorszego rodzaju optymistycznej naiwności, by sądzić, że to go otrzeźwi. Prędzej poczuje się zagrożony, bowiem proponuje się zawieszenie jego istotnego obywatelskiego prawa,. To skieruje go w stronę, która nie tylko nie przejawia takich postaw, ale na dodatek postuluje powrót do bezpiecznego czarno-białego świata. Podejrzewam, że mając wybór między degradacją a nobilitacją – nawet jeśli jest ona pozorna – większość ludzi wybrałaby tę drugą.

Holland wskutek swojej propozycji stała się, chcąc nie chcąc, zaopatrzeniowcem Konfederacji i pokrewnej ruchów. Wręczyła im naładowany karabin, z którego będą strzelać w stronę tzw. demokratycznej opozycji, by odebrać jej tę mniejszość młodych mężczyzn chcących na nią głosować. Inna sprawa, z jaką skutecznością.

Co więcej, postrzegam to jako zdradę demokratycznych ideałów. Choć nie należę do bezkrytycznych entuzjastów demokracji, w najśmielszych snach nie przyszłoby mi do głowy, by w ramach demokratycznego systemu odebrać czy zawiesić prawa wyborcze wybranej grupy – nieważne czy etnicznej, płciowej czy religijnej. Godząc się na demokrację, powinniśmy grać według jej reguł. Nie oznacza to, oczywiście, np. dopuszczania do debaty publicznej mowy nienawiści, ale arbitralne naznaczenie tej oto grupy poprzez odebranie jej prawa do głosowania stanowi postulat antydemokratyczny. Inaczej bym do tego podszedł, gdyby Holland słynęła z krytyki demokracji liberalnej – ale przecież jest ona jedną z jej obrończyń.

Jest to tym bardziej śmieszne i ironiczne, że organizatorzy Campusu domagali się wykluczenia Grzegorza Sroczyńskiego z Panelu Symetrystów za krytykę radykalnych zwolenników Platformy Obywatelskiej, w wyniku czego panel odwołano. Natomiast osobę, która od przynajmniej czterech lat proponuje odebranie jednego z konstytucyjnych praw niemal połowie obywateli, fetuje się tam.

Niezależnie od skutków wypowiedzi Agnieszki Holland, jestem pewien jednego – tego typu stanowiska pchają młodych mężczyzn w łapska prawicowych radykałów. A później, gdy okazuje się, że ponad 60 procent mężczyzn do 35. roku życia chce oddać głos na Konfederację, będzie płacz i zgrzytanie zębów.

Christian Kobluk

Grafika w nagłówku tekstu: Gerd Altmann z Pixabay.

Kultura terapeutyczna, czyli woke i psychiatria

Kultura terapeutyczna, czyli woke i psychiatria

Proletariat (prekariat) toczy wewnętrzne bratobójcze walki o tożsamościowe etykietki, podczas gdy nierówności ekonomiczne, zyski wielkich koncernów, majątki multimiliarderów i ich wpływ na rzeczywistość polityczno-ekonomiczna rosną, a na świecie coraz więcej ludzi cierpi z powodu głodu i niedożywienia i nie ma gdzie mieszkać.

Tęczowe barwy na produktach wyzyskujących ludzi i eksploatujących planetę korporacji w żaden sposób nie ograniczą władzy międzynarodowej finansowej oligarchii, nie poprawią warunków życia ludzi ani nawet nie wpłyną specjalnie na los przedstawicieli tych czy innych mniejszości – szczególnie, jeśli owi przedstawiciele nie należą do tzw. klasy średniej. Ze snu polityki tożsamości warto się przebudzić – ale nie po to by bronić status quo. Woke to symulakrum rewolucji, sprzedawane jako radykalny sprzeciw wobec opresji i postęp, w istocie jednak konserwujący strukturalne nierówności. Z tej perspektywy, zarówno „lewicowy/postępowy” dyskurs woke, jak i jego „prawicowa/konserwatywna” i „konserwatywno-liberalna” krytyka pełnią tę samą rolę. Musimy wyjść poza ten klincz, jeśli faktycznie chcemy realizować prospołeczną politykę w interesie ogółu. Także, lub nawet przede wszystkim, jeśli niepokoi nas rosnąca popularność skrajnej prawicy – w Polsce i na świecie.

Z podobnym zjawiskiem mamy do czynienia w psychiatrii. Woke, opierające się przede wszystkim na identity politics i różnych „tożsamościach” oraz kultura terapeutyczna (powinno się chyba raczej mówić o „kulturze psychiatrycznej”) wyrastająca z reifikowanych diagnoz psychiatrycznych i odpowiadających tym diagnozom tożsamości – są sobie bliskie. Woke podlany jest też współczesny „renesans psychodeliczny”. Ten ruch, momentami przypominający skomercjalizowany skansen po Woodstocku rzekomo nawiązujący do hipisowskiej kontrkultury i lewicowych protestów z końca lat 60., jest równocześnie głęboko osadzony w indywidualistycznej polityce tożsamości oraz kulcie „innowacyjności” i wydajności ekonomicznej wprost z Doliny Krzemowej, świata technologicznych start-upów i Big Techu. Snując opowieści o wolnościowej rewolucji, której narzędziem miał być internet, budowano kapitalizm nadzoru i systemy inwigilacji dla wielkich korporacji i rządowych agencji. W przypadku psychodelików, zamiast „rewolucji świadomości” otrzymamy zapewne wyłącznie nową klasę równie „bezpiecznych, skutecznych i nieuzależniających” leków psychiatrycznych, co te wcześniejsze. Dobrym przykładem jest Spravato, w którym stary tani generyczny lek – ketamina, po zapakowaniu w spray, co umożliwiło uzyskanie nowego patentu, stał się bardzo drogim (a od niedawna refundowanym także w Polsce) lekiem o wątpliwej skuteczności i profilu bezpieczeństwa. Zamiast zmiany świadomości mamy więc nowy produkt i narrację o neuroplastyczności i glutaminianie, czyli biologizację indywidualizującą problemy społeczne.

Postępowe i szczytne idee, przejęte przez główny nurt, stają się swoim przeciwieństwem. Katowicka „miejska farma”, w formie wielkiego napisu w centrum miasta umieszczonego przed wysypanym żwirkiem skwerkiem nad podziemnym parkingiem ze smutnymi roślinkami w skrzyniach, jest dobrym symbolem tego, co mainstream może zrobić z „oddolnymi” słusznymi inicjatywami, w rodzaju tych permakulturowych. Przykładem z psychiatrii, obrazującym nieoczywiste skutki bliskiej kulturze woke fiksacji na używaniu poprawnych słów, zamiast na rozwiązywaniu problemów, na które wskazują te niepoprawne, są forsowane od jakiegoś czasu (najprawdopodobniej przez część Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego) zmiany w ustawie o ochronie zdrowia psychicznego. Poprawne politycznie zastąpienie określenia „choroba psychiczna” (które odnosiło się wcześniej do „zaburzeń psychotycznych”) rzekomo mniej stygmatyzującym „zaburzenie psychiczne” (które obejmuje znacznie więcej problemów), przy równoczesnym zastosowaniu przepisów dotyczących przymusowego leczenia, które wcześniej dotyczyły wyłącznie „chorób”, również do „zaburzeń”, sprawić może że znacznie łatwiej, niemal każdego, będzie można leczyć przymusowo właściwie wyłącznie na podstawie subiektywnej opinii psychiatry. Mariaż władzy medycznej i psychiatrycznej z sądowniczą czy też z aparatem represji, jest wyjątkowo groźny, o czym przekonuje zarówno historia III Rzeszy (w ramach Akcji T4, która była pierwowzorem lub też początkiem Holocaustu, wymordowano najpierw pacjentów szpitali psychiatrycznych, nazywając to „eutanazją” – opracowane wtedy technologie masowego mordu przeszczepiono potem do obozów koncentracyjnych, po „podludziach” „chorych psychicznie”, przyszła kolej na Żydów, Słowian i Romów), jak i radzieckie tortury dysydentów pod pretekstem leczenia tzw. bezobjawowej schizofrenii.

Co ciekawe, w głośnej niedawno sprawie Joanny z Krakowa, wbrew nawet słowom samej poszkodowanej, która wprost wyrażała pretensje wobec lekarki (twierdząc, że ta ją oszukała, informując, że wzywa ratowników medycznych, choć dzwoniła na policję), liberalne media próbowały przekierować oburzenie na rząd i policję. Warto jednak zauważyć, że, cokolwiek by o takich standardach nie myśleć, psychiatra podejrzewająca pacjentkę o zamiary samobójcze ma prawo wezwać służby, które taką osobę mogą pod przymusem umieścić w szpitalu. Potraktowanie Joanny nie odbiega specjalnie od tego, jak często osoby określone jako „chore psychicznie”, tym bardziej „suicydalne”, traktowane są przez lekarzy i policję. Dokładna rewizja i rekwirowanie wszelkich rzeczy osobistych, które mogłyby potencjalnie posłużyć do odebrania sobie życia (włączając w to np. sznurówki butów czy ładowarkę telefonu – ze względu na kabelek, którym można się np. udusić), nie są w takiej sytuacji niczym wyjątkowym. Niewiele osób zdaje sobie jednak sprawę z tego że, nawet w świetle obowiązujących przepisów, od przymusowego pobytu w szpitalu psychiatrycznym dzieli ich właściwie jeden telefon na policję wykonany przez psychiatrę subiektywnie oceniającego, że zagrażają swojemu życiu.

Sama „lewicowość” w dużej mierze stała się etykietką-produktem mającym głównie sygnalizować status społeczny, nadążanie za modnymi tematami i „najnowszymi trendami” (w dużej mierze koncentrującymi się wokół posiadania którejś z woke tożsamości lub przynajmniej „sojusznictwa”) – poza frazesami rzadko stoją już jednak za nimi realne działania w interesie pracowników. „Lewicowość” często nie łączy się już nawet z żadnymi propracowniczymi poglądami – wszelkie badania pokazują bowiem, że elektorat lewicy jest gospodarczo nawet bardziej „na prawo” od zwolenników Platformy i w poparciu dla neoliberalnych reform uderzających w najsłabszych niewiele różni się od Konfederacji.

Podobnie, woke jest raczej wynaturzonym neoliberalizmem (o ile neoliberalizm może być w ogóle inny niż wynaturzony…) niż ruchem autentycznie lewicowym. W istocie bliższy jest na wielu poziomach postawom neokonserwatywnym, tyle że z lekko przestawionym wektorem. W efekcie ci sami ludzie, którzy kpią z „obrazy uczuć religijnych”, są gotowi palić na stosie za obrazę „uczuć tożsamościowych”. Częściowo dotyczy to również etykiet psychiatrycznych. Choć w Polsce jest to jeszcze relatywnie mało widoczne zjawisko, to zapewne z czasem będzie i u nas przybierać na sile. Na ironię zakrawa przy tym wszystkim fakt, ze DSM, czyli tzw. biblia psychiatrii zawierająca definicje zaburzeń psychicznych, a więc podstawa i źródło opartych na nich tożsamości, tworzona jest przede wszystkim przez… garstkę uprzywilejowanych starszych białych bogatych cisheteroseksualnych mężczyzn opłacanych przez koncerny farmaceutyczne. Kreowane i/lub promowane przez koncerny etykiety oraz utożsamiający się z nimi ludzie, stają się zarazem targetem dla przekazów agencji marketingowych i idących za nimi produktów i postaw. Wykorzystywane przez III Rzeszę do zwiększania produktywności i nadania prędkości Blitzkriegowi stymulanty są teraz lekiem na ADHD. Jak w tekście opublikowanym w lewicowym „Counterpunch” sugeruje terapeuta Bruce E. Levine – efekty działania stymulantów mogą ułatwiać wpasowanie się w system, w którym pełnić mamy wyłącznie rolę bezwolnych trybików destrukcyjnej maszyny.

O tych zjawiskach nie należy oczywiście myśleć jako o jakimś skoordynowanym i ściśle zaplanowanym „spisku elit”. Wydaje się to być raczej konsekwencją szeregu złożonych procesów ekonomicznych i społecznych, w których, jak pokazywał choćby Mark Fisher, a dużo wcześniej np. Guy Debord, kapitalizm przejmuje skierowaną przeciwko sobie krytykę, wulgaryzuje ją, komercjalizuje i zaprzęga do celów sprzecznych z oryginalnymi, umacniając tym samym swoją hegemonię. Wydaje się że podobny los spotkał kontrkulturę czy też ruch hipisowski lat 60. i 70. oraz ówczesne europejskie protesty. Być może indywidualistyczny rdzeń tych zrywów i ich w jakimś sensie konsumpcjonistyczny u zarania charakter (nawet jeśli chodzi np. o konsumpcję „wrażeń” czy „doznań”) odpowiada za ich łatwe zawłaszczenie i podporządkowanie przez dominujący dyskurs. Podobnie może być dzisiaj tak z psychodelikami w psychiatrii, jak i z ruchem neuroróżnorodności, którego szczytne ideały, połączone jednak z zafiksowaniem na przedrostku neuro, a więc biologicznym esencjalizmie, sprawiają, że bardzo łatwo zawłaszczany jest przez biomedyczną neoliberalną indywidualistyczną psychiatrię. Czy powiemy „neuroróżnorodny” czy też „neuroatypowy” nie ma większego znaczenia, jeśli nadal de facto odsyła to w praktyce do tego samego, co „zaburzony”.

W przeciwieństwie jednak do sytuacji sprzed pół wieku, możliwe, że mamy do czynienia dzisiaj z sytuacją, w której aparaty ideologiczne państwa, o których pisał Althusser, stają się coraz mniej państwowe. Państwo stopniowo przestaje być potrzebne do sprawowania ideologicznej kontroli służącej reprodukcji siły roboczej i stosunków klasowych. Tym samym kapitał, uniezależniając się od przynajmniej częściowo podlegającym demokratycznej kontroli instytucji państwowych, umacnia pozycję i cementuje swoją władzę. Dziś to bardziej (ponowoczesne) media społecznościowe niż (nowoczesna) szkoła formują umysły, a Tik Tok, Instagram czy Twitter stają się „najważniejszą ze sztuk”. Nawet, jeśli naszym celem miałoby być w ostateczności wyzwolenie się także z opresji państwa, to, jak wskazywał Althusser, to właśnie jego aparaty ideologiczne, zaprzęgnięte w interesie klasy pracującej, mogą być środkiem do tego celu – innej siły choćby potencjalnie zdolnej przeciwstawić się Mamonie, nie widać na horyzoncie.

W (po)nowoczesnym sporze o inwestyturę pomiędzy wielkimi korporacjami (współcześnie dominującą rolę wydaje się odgrywać Big Tech) a państwem, w interesie społecznym jest wzmocnienie roli państwa. Tylko państwo, a nawet ponadnarodowe organizacje (o ile podlegałyby realnej demokratycznej kontroli), mogą bowiem stanowić przeciwwagę dla molocha korpo. Choć państwa i międzynarodowe instytucje są w dużej mierze uzależnione od korporacyjnych lobbystów, skorumpowane oraz podległe zainteresowanej wyłącznie swoim partykularnym interesem „klasie eksperckiej/menadżerskiej” (i/lub „akademickiej”), to mamy wciąż legalne i nieprzemocowe ścieżki wpływu na te ciała i podejmowane przez nie decyzje. Na decyzje wielkich korporacji, wielkiego kapitału – wpływ mają tylko jego posiadacze. Niezależnie od sympatii politycznych, sytuacja, w której Big Tech cenzuruje urzędującego prezydenta ponoć najpotężniejszego demokratycznego państwa na świecie, tak jak to miało miejsce w wypadku Donalda Trumpa, powinna być dla nas alarmem, nie zaś powodem do małostkowej radości. Podobnie jak sytuacja, w której ambasador obcego państwa blokuje rozwiązania mające na celu uregulowanie działalności Big Tech w Polsce. W kulturze woke, pozornie traktującej o systemowych niesprawiedliwościach, a faktycznie skoncentrowanej na cechach jednostek i indywidualnych sympatiach i antypatiach wobec nich, strukturalny aspekt takich zdarzeń przechodzi niemal niezauważony.

Siłę mediów społecznościowych w kreowaniu rzeczywistości, choć jest to przykład o znacznie mniejszym ciężarze gatunkowym, dobrze było widać przy okazji niedawnej „afery Janoszek”. Jej bohaterka m.in. dzięki mediom społecznościowym spreparowała swoją rzekomą karierę. „Duże” media, także w kwestiach całkiem poważnych, coraz częściej ograniczają się do referowania treści postów czy tweetów poszczególnych osób; to media społecznościowe także jako źródło przekładających się na wpływy z reklam „klików” zaczynają kręcić mediami „tradycyjnymi”.

Równocześnie, większość komentujących sprawę skupiała się na tym, kto jest fajny (Janoszek czy Stanowski?), na tym, kto kogo nie lubi lub kto się ładnie, a kto brzydko zachował. Niewiele widać było namysłu nad tym, co nam ta sprawa mówi o stanie mediów, dezinformacji, propagandzie i stojących za nimi strukturami i mechanizmami. Największe i najważniejsza media w Polsce przez lata podawały niesprawdzoną informację, którą można byłoby zweryfikować w kilka minut przy pomocy Google’a. Moglibyśmy spojrzeć na tę aferę przez pryzmat warunków pracy w mediach, moglibyśmy spróbować głębiej zastanowić się nad „post-prawdą”, symulakrami, relacją między rzeczywistością wirtualną i medialną a jej wpływem na realne zjawiska i związkiem tego wszystkiego z materialnym osadzeniem różnego rodzaju instytucji. Jest to przecież jaskrawy przykład na to, że medialny spektakl może nie mieć wiele wspólnego z faktami, może być fabrykacją całkowicie oderwaną od rzeczywistości, ale jednak ową całkiem materialną i prawdziwą rzeczywistość kształtuje. Moglibyśmy też zapytać, jaką właściwie rolę pełnią „wolne media” (czyt. korporacyjne), skoro nie można im zaufać w tak prostej sprawie i jaki sens ma ich obrona przez tzw. lewicę. Może właśnie, żeby uniknąć tego rodzaju pytań, wielu lewicowych komentatorów wolała w trybie woke pogardliwie wypowiadać się o Stanowskim, o „przygłupach, którzy to obejrzą” czy nawet w ogóle o ludziach, dla których Janoszek nie była postacią anonimową.

Komentarze te więc same nie wychodziły poza schemat konsumpcji tego typu informacji narzucony przez media, przypominały one raczej komentarz do reality show lub głosowanie w Tańcu z Gwiazdami. Pokazuje to problem z wyjściem poza narzucone ramy ideologiczne po to, aby przyjrzeć się samym mechanizmom ideologii. Podobnie, uwięzieni w symulacji woke ludzie nie widzą, że narzuca im ona interpretację rzeczywistości, która może być nawet sprzeczna z ich rzeczywistymi interesami, ani nawet że znajdują się pod jej wpływem. Zamiast głębszego namysłu nad tym, co sprawa Janoszek może nam powiedzieć o świecie, otrzymaliśmy więc przede wszystkim typowy dla woke „oburz” skierowany w stronę tej czy innej jednostki, z którego właściwie nic nie wynika. Nawet wykraczające nieco poza tę prostą perspektywę komentarze często ostatecznie skupiały się na „cnotach” (a raczej ich braku) u Stanowskiego, w klasycznym manewrze woke przekierowując uwagę na jednostkę rzekomo łamiącą normy moralne. Co zresztą można też odczytać jako próbę obrony autorytetu mediów przez medialnych „ekspertów” – nie gryzie się w końcu ręki, która karmi. Sam Stanowski, nota bene, „zdiagnozował” „zaburzenie” u Janoszek, co ma podobny indywidualizujący i zasłaniający strukturalne zjawiska efekt i może też wskazywać na to, jak przenikają się kultura woke i terapeutyczna oraz jak podobnymi rządzą się mechanizmami. Janoszek zaś potraktować można jako skrajny (i skuteczny) przykład autoprezentacji w mediach społecznościowych, której wszyscy podlegamy, np. kreując wizerunek na potrzeby pracodawcy czy też próbując udowodnić sobie i znajomym, że jesteśmy szczęśliwi i odnosimy sukcesy realizując wizję konsumpcjonistycznego szczęścia i pragnienia sztucznie wykreowane przez media.

Te same media, które nie potrafiły zweryfikować informacji o Janoszek, od lat opowiadały nam też o „nierównowadze chemicznej” jako „przyczynie depresji”, odwracając uwagę od jej społecznych i ekonomicznych przyczyn. Często zresztą powtarzali to występujący w nich „eksperci”. Nie powinno więc może dziwić, że jak pokazuje jeden z ostatnich sondaży, dziennikarze są grupą zawodową cieszącą się najniższym zaufaniem w Polsce. Psychiatrzy są niewiele wyżej, na szóstym miejscu od końca (pomiędzy pracownikami NGOsów i sędziami), w przeciwieństwie do innych lekarzy, którzy nadal cieszą się dużym zaufaniem społecznym.

Mimo że deklaratywne cele woke, polityki tożsamości, politycznej poprawności czy cancel culture (to właściwie różne aspekty i nazwy tych samych procesów) same w sobie są słuszne i szczytne, a ich celem ma być zniesienie różnego rodzaju opresji i samych tych celów nie należy porzucać, to w praktyce zjawiska te przyjmują autorytarne opresyjne formy, ze swoim własnym zestawem arbitralnych wzorców, tożsamości, słów, norm, nakazów, zakazów i kar za ich przekroczenie. Można odnieść wrażenie, że woke i dyskurs skrajnej prawicy stają się swoimi lustrzanymi odbiciami. W ustawionych naprzeciwko siebie lustrach wzmacniają się nawzajem w nieskończonym ciągu powtórzonych odbić. Jeśli faktycznie chcemy emancypacji, to woke staje się wrogiem emancypacji.

Wyjście poza klincz ideologii woke i konserwatyzmu wymaga powrotu do podstaw myślenia krytycznego, uwzględnienia roli uwarunkowań ekonomicznych (zarówno na strukturalnym, jak i indywidualnym poziomie) i potężnych instytucji finansowych oraz ich wpływu na kulturę. Pominięcie lub wyłącznie hasłowe potraktowanie tych kwestii prowadzi do mylnych diagnoz i chybionych działań, które zamiast pomagać – szkodzą. Taka analiza jest jednak trudniejsza i bardziej wymagająca niż bezrefleksyjne kopiowanie zagranicznych propagandystów – z obu stron tej de facto pozornej barykady – i trudniejsze niż zamykanie oczu i zaklinanie rzeczywistości upartym powtarzaniem, ze „cancel culture nie istnieje”, ewentualnie że „zawsze się trochę cancelowało” i właściwie to nie ma problemu. Szczególnie, że można by się było wtedy narazić na scancelowanie…

Być może, w przeciwieństwie do toksycznego zamku wampirów woke, jedyną ideą, która byłaby w stanie skutecznie, bez unieważniania i wykluczania, połączyć całą różnorodność doświadczeń i sposobów bycia, w prospołecznym celu, jest idea wspólnej tożsamości narodowej i państwa jako narzędzia emancypacji. O ile tylko kapitalistyczna oligarchia nie zaprzęgnie jej do imperialistycznych wojen, w których za pełne kasy tłustych szuj giną prości ludzie.

Radosław Stupak

Grafika w nagłówku tekstu: Mohamed Hassan z Pixabay.

Śmierć (pseudo)buntownika

Śmierć (pseudo)buntownika

Gdy dotarła do mnie wiadomość o katastrofie samolotu z Prigożynem na pokładzie, uświadomiłem sobie, że w zasadzie zapomniałem o jego czerwcowym pseudo-buncie. A przecież wtedy na bieżąco omawiałem ze znajomymi kolejne posunięcia zarówno Grupy Wagnera, jak i sił putinowskich. Narracja mówiąca, że jest to „wydarzenie historyczne”, zaraziła również i mnie – dopóki nie został ogłoszony rozejm. Tak czy owak, wielki „marsz sprawiedliwości” rozszedł się po kościach, a śmierć Prigożyna – podobnie jak innych przywódców Grupy Wagnera – to, jak stwierdziła Paulina Siegień, „sensacyjny news, który nic nie zmienia”. Czy na pewno?

Nie zagłębiając się w szalone teorie spiskowe ani płonne nadzieję, że będzie to jakiś punkt zwrotny w rosyjskiej polityce, trzeba przyznać jedno: nie ma to żadnego wpływu na wojnę w Ukrainie. Tu sprawa jest jasna. Jednak konsekwencji buntu i śmierci Prigożyna nie powinniśmy ograniczać do naszego światka.

Grupa Wagnera była w dużej mierze ramieniem – politycznym, medialnym, gospodarczym i zbrojnym – którym Rosjanie obejmowali Afrykę. To właśnie wagnerowcy byli protagonistami w malijskiej propagandowej kreskówce – walczyli w niej z francuskimi zombie próbującymi przejąć Mali. Ostatnio sugerowano zaangażowanie Grupy Wagnera we wsparcie puczystów w Nigrze. Ale macki Prigożyna sięgały dalej niż kraje silnie związane z Rosją lub autorytarne – również w Republice Południowej Afryki, którą bądź co bądź uważamy za państwo demokratyczne, prowadzone były działania propagandowe na rzecz Rosji. Ich efekty mogliśmy obserwować, gdy prezydent RPA Cyril Ramaphosa poinformował, że nie wykona nakazu aresztowania Putina wydanego przez Międzynarodowy Trybunał Karny. Podobnie Republika Środkowoafrykańska, osłabiona po wieloletniej wojnie domowej, stała się zależna od Grupy Wagnera. W trwającym od kwietnia konflikcie w Sudanie wagnerowcy wspierają Siły Szybkiego Wsparcia, paramilitarną organizację, która wyewoluowała ze zbrojnych milicji muzułmańskich. Przykłady można mnożyć i mnożyć.

Śmierć Prigożyna, odpowiadającego za znaczenie Grupy Wagnera, Dimitrija „Wagnera” Utkina, twórcy i koordynatora grupy, oraz pozostałych liderów wiąże się z końcem wagnerowców, a przynajmniej w dotychczasowym kształcie. Oznacza to, że na rynku militarno-propagandowym powstała luka, którą w jakiś sposób trzeba będzie zapełnić – chyba że ktoś chce naiwnie wierzyć, że Rosja zrezygnuje z budowanych przez dekady wpływów w Afryce.

Bo choć „demontaż prigożynowskich biznesów trwał od momentu nieudanego puczu, konsekwentnie i metodycznie”, jak pisze Siegeń – jasnym powinno być, że koniec wagnerowców nie będzie prowadzić do końca rosyjskiego zaangażowania w politykę państw Czarnego Lądu. Już od końca czerwca Malijczycy zastanawiali się, jak będą wyglądały ich relacje z rosyjskimi partnerami, skoro owi partnerzy – Putin i Prigożyn – są skonfliktowani do tego stopnia, że wybuchł pucz. Z ich wypowiedzi jednak wynikało jedno – to Rosja jako kraj jest partnerem, a nie szemrany oligarcha.

Ponadto, Grupa Wagnera to najemnicy – wystarczy więc, że Putin znajdzie innego oligarchę bądź rzezimieszka (a znając rosyjskie realia, zapewne obu w jednym), który oficjalnie obejmie ster, a de facto będzie kontrolowany z tylnego siedzenia. I tak, możliwe, że gorliwi wyznawcy Utkina będą protestować, może nawet się zbuntują, ale bądźmy poważni – większość nie jest tam dla idei. Gdy tylko poczują zapach afrykańskiego złota, polecą, gdzie będzie trzeba „z armat walić, mordować, grabić, truć i palić”, by przytoczyć Tuwima.

Powstaje pytanie, kto teraz przejmie rolę Prigożyna w Afryce, kto zyska zaufanie zarówno Kremla, jak i wojskowych dyktatur Czarnego Lądu. I czy ten trwający od dwóch miesięcy kryzys będzie miał wpływ – i jaki – na sudański i nigeryjski konflikt.

Więc tak, śmierć Prigożyna dla sytuacji w Ukrainie i Rosji nie ma większego znaczenia. Ale nie znaczy to, że nie odciśnie się ona piętnem na światowej polityce.

Christian Kobluk

Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. IGORN z Pixabay

Ten róż pasuje do wszystkiego. Podobno

Ten róż pasuje do wszystkiego. Podobno

Mówi się, że film „Barbie” krytykuje i dekonstruuje drugą falę feminizmu. Mówi się, że to zawoalowana krytyka kapitalizmu, dynamiki między płciami i wzorców kobiecości. Być może to prawda – tylko że to wszystko już było.

Firma Mattel po prostu uwłaszczyła się na micie lalki Barbie i krytyce tego mitu, serwując nam niezbyt ciepłe i nie za ostre danie, podczas gdy my jesteśmy już o wiele dalej z naszą świadomością szkodliwości pewnych rozwiązań społecznych. Czy na pewno 2023 rok jest świetnym momentem na bicie się w piersi za kreowania szkodliwego wzorca od 1959 r.? Niesmak pozostawia także fakt, że film sprawia wrażenie wspaniałego interesu: w weekend otwarcia zarobił 162 miliony dolarów, a sama firma Mattel zanotowała nieoczekiwane zyski na swoich akcjach, w kwocie… 27 miliardów dolarów. Oczywiście film uratował także spadającą sprzedaż lalki.

Sama Barbie to nie jedna, lecz wiele lalek, powstałych pod koniec lat 50. jako alternatywa dla lalki „bobasa”, którą do tej pory bawiły się dziewczynki. Nowa lalka miała być „dorosła”: mieć piersi (lecz już nie genitalia), bardzo długie nogi, nierealnie szczupłą talię i prawdziwą pracę. Początkowo służyła głównie do przebierania, fryzowania i obstawiania różowymi gadżetami. Szybko odkryto, że „dorosła” lalka może kanalizować marzenia i pragnienia bawiących się nią dziewczynek. Które dziecko nie zadaje sobie (i nie wysłuchuje do znudzenia od dorosłych) pytania: „A kim byś chciała zostać, gdy będziesz duża?”. Mattel w odpowiedzi proponuje cały wachlarz możliwości, od Barbie-w-ciąży, przez Barbie nauczycielkę po Barbie prezydentkę czy astronautkę. Pobocznych wątków w świecie Barbie nie sposób zliczyć – producenci lalek eksplorowali nie tylko świat różnych profesji (dostępnych i niedostępnych kobietom), lecz także hobby i zainteresowań (Barbie jeździła konno czy na wrotkach, była DJ-ką) oraz otworzyli szerzej drzwi do świata etnicznego profilowania wyglądu lalek. Seria Ethnic Dolls obejmuje lalki o różnych kolorach skóry, natywnych fryzurach (afro, warkoczyki i inne), strojach i rysach twarzy. Nie zabrakło oczywiście krytyki takiego podejścia do sprawy ze strony portretowanych przez Mattel środowisk etnicznych i narodowych. Firma była słusznie krytykowana za produkowanie zabawki dla białych dziewczynek, którym trzeba pokazywać, jak wyglądają przedstawicielki innych nacji i społeczności niebiałe, robiąc z tego pewien rodzaj kolekcjonerstwa („zbierz wszystkie!”) i wyolbrzymiając ich fizyczne cechy. Jednocześnie w swoim czasie wielu odbiorców wskazywało pojawienie się czarnej Barbie jako przełom społeczny, pozwalający dzieciom bawić się lalkami, które je przypominają.

„Barbie. The Movie” z 2023 roku jednak właściwie nie dotyka tematyki koloru skóry i pochodzenia etnicznego – chciałabym móc powiedzieć, że to dlatego, że mamy to już społecznie przepracowane. Tak jednak nie jest. Świat Barbie nawet w 2023 r. jest światem białych, uroczych profesjonalistek, które realizują wizję sukcesu charakterystyczne właśnie dla białego feminizmu drugiej fali. Fakt, iż twórcy filmu zdają się to dostrzegać, a nawet nieśmiało podkreślać, nie zmienia ogólnego wydźwięku. Może i Mattel uwzględnia rasę zabawki (jako jeden ze „smaków”, trik napędzający sprzedaż), ale nie uwzględnia jej klasy społecznej. Choć lalki (poza światem zza Żelaznej Kurtyny, gdzie były niedostępne i dlatego tak mocno przez nas pożądane) nie były w szczycie swej popularności drogie ani dla wybranych, wpływ ich wyglądu i przesłania na pokolenia dziewczynek wydaje się dojmujący.

I jest to wpływ głównie negatywny, co film stara się uczciwie podjąć, ale jego twórcy zapędzają siebie (i widza) w kozi róg dziwacznych przygód, nie zawsze świeżych żartów i płytkich odpowiedzi na trudne pytania. Oto w Barbielandzie wszystkie lalki żyją szczęśliwie w matriarchalnym świecie. Barbie prezydentka i Barbie pielęgniarka wspierają się nawzajem wedle najlepszych idei feministycznego siostrzeństwa. Wierzą w siłę i zawodowy profesjonalizm kobiet. Kenowie (nie zapominajmy o nich) są tam tylko po to, by je doceniać i podziwiać. Teoretycznie rzeczywiście świat Barbie jest światem kobiet, w którym Ken ma być tylko dodatkiem. Ekscytujemy się tym, kim jest czy może zostać Barbie, Kenowi wciskając pod pachę deskę do surfowania i niech stoi. W ogóle nam go nie żal, za bardzo przypomina to bowiem odwrotną sytuację w realnym życiu. Dlatego ta część odbiorców filmu, którzy wskazują na jego mizoandrię wobec Kenów – i w ogóle mężczyzn – nie spotyka się z wielkim zrozumieniem. „Ken istnieje tylko wtedy, gdy Barbie na niego spojrzy”, mówi narratorka filmu. Skąd my to znamy. Czy ktoś współczuje kobietom, wiecznie osadzanym w rolach cheerleaderek męskich przedsięwzięć, etatowych pocieszycielek i „podziwiaczek”?

Recepcja filmu przez feministki pokazuje szeroki rozdźwięk rozmaitych podejść. Niektóre skupiają się na rzekomej mizoandrii – a film tylko pokazuje świat, gdzie mężczyzna wreszcie nie rządzi; szkoda, że jak zwykle musi to robić w nieco krzywym zwierciadle, jak „Seksmisja”. Inne na krytyce samej Barbie, która jednak, ich zdaniem, nie wychodzi poza swoją stereotypowość lub narzucone z góry inne role (etniczne Barbie w roli wiecznego Innego, Barbie profesjonalistki niewidzące świata poza swoim zawodem itp.). Są też odczytania mówiące, że twórcom filmu udała się popfeministyczna dekonstrukcja mitu piękna, młodości i sukcesu. Jeszcze inne krytykują go za zbyt częste przywoływanie kapitalistycznego hasła: „Możesz być, kim zechcesz”. Tutaj akurat dna są dwa, bo to tak naprawdę żart z liberalnego feminizmu, który podaje je nam od lat szuflami.

Ciekawy w zamyśle pomysł – konfrontacja Barbielandu z realnym światem prawdziwych kobiet i mężczyzn – zgrzyta fabularnie, zwłaszcza że obudowany jest serią niepotrzebnych przygód i „atrakcji”, np. podczas podróży z jednego świata do drugiego ktoś wypada z łódki czy spada z roweru, sporo jest także żenujących musicalowych momentów, gdy wszyscy zaczynają nagle tańczyć i śpiewać. To te popkulturowe, a nawet kampowe odniesienia estetyczne, które mają mrugać do starszego widza, a raczej widzki, bo mężczyźni film „o lalce” odwiedzają raczej w roli ojców, wujków i trzymaczy popcornu (mam jednak nadzieję, że, jak Kenowie z Barbielandu, ostatecznie wyniosą z niego jakąś lekcję). Politycznych mrugnięć także nie brakuje. Zastanawiam się jednak, ile wyniesie z projekcji dziewczynka, która przyszła faktycznie na film o ulubionej lalce i przed którą jeszcze całe spektrum wiedzy o tym, że nigdy nie będzie miała tak długich nóg i nigdy nie zostanie astronautką, a Ken, chociaż głupszy, i tak jeszcze przez parę pokoleń porozdaje karty.

Obalanie mitu Mattel przez samo Mattel to oczywiście piętrowy żart, z tych kapitalistycznych żartów, gdy firma mruga do nas „no wiemy, wiemy, że kiedyś byliśmy nie fair, zmieniliśmy się”, wszyscy się śmiejemy, a potem cyk, klient zostaje bez kasy, a w postępowaniu firmy nic się nie zmienia. Czy Barbie będzie gruba i niska? Czy będzie niepełnosprawna? Czy dostanie waginę? A skąd, pozwolimy jej najwyżej urodzić plastikowe dziecko. Barbie w ciąży (tak naprawdę kumpelka Barbie o imieniu Midge) została zresztą wycofana ze sklepów już w 2002 roku i powróciła tylko na chwilę w 2013. Najwyraźniej prezydentki, astronautki, DJ-ki, modelki i nawet gospodynie domowe nigdy nie rodzą dzieci.

Dlaczego nie kupuję pop-dekonstrukcji własnego mitu przez Mattel i przede wszystkim mitu nierealnej do osiągnięcia urody? Dlaczego nie uważam, że „ten róż pasuje do wszystkiego” („this pink goes with everything”, tak brzmi fragment tekstu piosenki śpiewanej przez lalki w czołówce filmu)? Bo obalanie mitu, który się jednocześnie żwawo wzmacnia, nie jest wypowiedzeniem mu nie tylko wojny, lecz nawet potyczki. Bo lalka, która nigdy nie zdejmuje butów na obcasie, nie może wyznaczać wzorców urody, kariery ani szczęścia rodzinnego. A czy będzie wyznaczała? Oczywiście – choćby Mattel dolało jej w biodrach trochę plastiku i ogłosiło serię „plus size Barbie”. Już to zresztą zrobiło, tyle że Curvy Barbie z serii Fashionista to śmiech na sali. Nosi co najwyżej rozmiar 42 i nadal ma zgrabne nogi.

Kiedy feministki przestaną zajmować się długością nóg, zapytacie. Dokładnie wtedy, gdy przestanie się nią zajmować kultura, popkultura i kapitalizm. Dokładnie wtedy, gdy każda rozmowa o kobietach przestanie kręcić się w kółko i powracać do tematu urody, wdzięku i młodości.

Magdalena Okraska

„Barbie. The Movie”, reż. Greta Gerwig, 2023.

Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Erika Wittlieb z Pixabay

Odezwa Polskiej Partii Socjalistycznej w obliczu najazdu bolszewickiego (1920)

Odezwa Polskiej Partii Socjalistycznej w obliczu najazdu bolszewickiego (1920)

Do wszystkich organizacji Polskiej Partii Socjalistycznej!

Towarzysze i Towarzyszki!

W ciągu ostatnich paru tygodni zaszły wypadki pierwszorzędnego znaczenia; zmuszają one nas do przedstawienia Wam z całą dokładnością sytuacji, w jakiej kraj się znalazł, do nakreślenia roli, jaką odegrać winna w danych warunkach Polska Partia Socjalistyczna.

Jak wiecie, próba powołania Rządu centrowo-lewicowego, przedsięwzięta bezpośrednio po upadku gabinetu p. Skulskiego, nie powiodła się. Pozornie stanęły jej na przeszkodzie względy osobiste i formalne, w rzeczywistości chodziło o to, że ani Polskie Stronnictwo Ludowe, ani Narodowa Partia Robotnicza nie były zdecydowane na prowadzenie energicznej polityki demokratycznej i pokojowej. Wówczas powstał rząd p. Grabskiego, powitany z zapałem przez żywioły prawicowe.

W tym samym jednak czasie położenie na froncie stało się groźnym. Na południu wojska polskie cofają się przed przeważającymi siłami Rosji i walczą już na pograniczu wschodniej Małopolski. Na północy armie rosyjskie przeszły do generalnego ataku. Niebezpieczeństwo zawisło nad Polską, nad jej bytem niepodległym i przyszłością.

Według naszego najgłębszego przekonania ocalić kraj może tylko zawarcie sprawiedliwego pokoju i objęcie władzy państwowej przez rząd zdolny do szybkiego wprowadzenia w życie radykalnych reform społecznych, posiadający pełne zaufanie mas pracujących i żołnierzy, słowem rząd ludowy, rząd robotniczo-włościański.

Toteż niezwłocznie po otrzymaniu wiadomości o stanie rzeczy na froncie zwróciliśmy się ponownie do klubów lewicy i centrum sejmowego z propozycją utworzenia takiego właśnie gabinetu ministrów. I znowuż wysiłki nasze rozbiły się o gwałtowny opór prawicy z narodową demokracją na czele, o intrygi pokątne, o chwiejność i niezdecydowanie różnych grup. Okazało się, że rząd robotników i włościan nie miałby w Sejmie większości, nie mógłby się w warunkach normalnych utrzymać.

Ale sytuacja przestała być normalną.

Wojna na wschodzie toczy się nie z bolszewikami, nie z władzą sowiecką, ale z Rosją, z całą potęgą dawnego państwa carów. Oddziały komunistyczne idą przeciwko Polsce w imię programu sowietów, oddziały oficerów i żołnierzy byłych armii Denikina czy Kołczaka – w imię wielkiej Rosji, w imię nienawiści do samego faktu niepodległości naszej Ojczyzny. Dotychczasowa zaś polityka polskich klas posiadających odbiera żołnierzowi polskiemu wiarę w słuszność jego sprawy, osłabiła jego siłę moralną, uśpiła społeczeństwo.

Ideom Rosji Trockiego i Rosji Brusiłowa trzeba przeciwstawić własną ideę polskiego ludu pracującego, ideę socjalizmu i demokracji.

Trzeba, by żołnierz w polu, robotnik w fabryce, chłop na wsi, trzeba, by wszyscy ludzie pracy posiedli pewność, że na czele Rzeczypospolitej stoją ludzie, którzy naprawdę chcą pokoju, a jednocześnie gotowi są bronić ojczystych granic, ludzie, którzy usuną precz reakcję, uczynią z Polski państwo istotnie ludowe i demokratyczne.

I dlatego sądzimy, że stworzenie rządu robotniczo-włościańskiego jest w dalszym ciągu bezwzględną koniecznością. Niepodobna w tej chwili przewidzieć, jakimi drogami cel ten osiągniemy: każda godzina przynosi ze sobą zmianę sytuacji. Bądź jak bądź nie pójdziemy nigdy w kierunku burzenia podstaw niepodległej państwowości. Ale rząd robotniczo-włościański – to dzisiaj cel wszystkich naszych wysiłków. Musimy go zdobyć, bo tego wymaga wola ludu i potrzeba Polski.

Równolegle prowadzić będziemy dalej akcję pokojową. Lud polski winien zażądać od ludu rosyjskiego przerwania wojny na warunkach sprawiedliwości i samookreślenia narodów. Naprawimy straszliwe błędy rządów burżuazji; musimy poprawić Polsce opinię wśród ludów Europy, stwierdzić głośno i uroczyście, że pragniemy zakończenia krwawej zawieruchy.

Ale, towarzysze, dopóki wojna trwa, dopóki nie wiemy, jak na sprawę pokoju zapatrują się kierownicy rosyjskiej polityki i rosyjskiej armii – dopóty zbrodnią byłoby uczynić cośkolwiek, co by mogło osłabić front, pozostawić Ojczyznę bez obrony. Pamiętajcie, że idzie o niepodległość, pamiętajcie, że u bram Rzeczypospolitej stoi bynajmniej nie rewolucja społeczna, lecz armia Rosji imperialistycznej, Rosji, która szuka nowych terenów dla ekonomicznego wyzysku, Rosji, która nie uszanuje woli polskiego ludu.

W toku rokowań o powołanie Rządu robotniczo-włościańskiego została utworzona z inicjatywy Naczelnika Państwa Rada Obrony Państwa. Związek PPS [tak w oryginale; chodziło o Związek Polskich Posłów Socjalistycznych, oficjalną nazwę sejmowej reprezentacji PPS] wydelegował do Rady swych przedstawicieli w przekonaniu, że instytucja ta może być wykorzystana przez rząd ludowy dla jego działalności twórczej i organizacyjnej, dla jego akcji na rzecz pokoju i obrony Rzeczypospolitej. Dalsze pozostawanie nasze w Radzie zależy od rozwoju wypadków, w szczególności od widoków na osiągnięcie naszych głównych celów.

Towarzyszki i Towarzysze!

Znacie nas. Wiecie, że nie oszukiwaliśmy Was nigdy, nie straszyliśmy kłamliwymi wieściami. Dzisiaj uważamy za swój obowiązek powiedzieć wyraźnie Wam, jako kierownikom i wyrazicielom ruchu robotniczego, że niepodległości Polski zagraża niebezpieczeństwo. Polska Partia Socjalistyczna spełni zadanie, jakie jej przypadło w udziale. Uczyni to, jeśli zachowa bezwzględną karność organizacyjną, zimną krew i odwagę. Zwracamy się do Was ze wskazówkami następującymi:

1) Powinniście prowadzić propagandę jak najenergiczniejszą na rzecz rządu robotniczo-włościańskiego, powinniście wykazywać i tłumaczyć, że tylko taki Rząd może spełnić wolę ludu, ocalić kraj i doprowadzić Rzeczpospolitą Polską do sprawiedliwego pokoju;

2) powinniście wykazywać i tłumaczyć, że tylko pokój sprawiedliwy i demokratyczny stanowi słuszne zakończenie toczącej się wojny; jednocześnie wszakże musicie z całym naciskiem tłumaczyć, że front musi być utrzymany, że granice Polski muszą być bronione, że odmawianie rekruta i ofiar dla wojska byłoby zdradą kraju, wydaniem na śmierć dziesiątków tysięcy żołnierzy;

3) powinniście przeciwdziałać ze wszystkich sił propagandzie rozkładowej czy to komunistów, czy też narodowej demokracji.

Nie wątpimy, że wszyscy spełnicie swój obowiązek. Nie wątpimy, że dzięki Waszej pracy cały kraj powita z ufnością i spokojem powstanie rządu robotników i włościan.

Wszyscy do szeregu! Wszyscy na stanowiska!

Niech żyje Socjalizm!

Niech żyje Polska niepodległa!

Niech żyje rząd robotniczo-włościański!

Centralny Komitet Wykonawczy Polskiej Partii Socjalistycznej

Warszawa, 7 lipca 1920 r.

Powyższa odezwa została zamieszczona w prasie PPS-owskiej oraz kolportowana w postaci ulotki. poprawiono pisownię według dzisiejszych reguł.

Skończmy z platformowym wyzyskiem – o co walczą kurierzy

Skończmy z platformowym wyzyskiem – o co walczą kurierzy

Z pracą platformową – jednym z bardziej popularnych pojęć-wytrychów, których używa się przy próbach opisu przemian zachodzących w nowoczesnej gospodarce oraz na rynku pracy – jest trochę jak ze znanym memem z kreskówki „Scooby-Doo”. Pojmany przez Freda Jonesa złoczyńca ukrywa swoją tożsamość pod maską, którą zdobią atrakcyjne i pociągające hasła o elastyczności, swobodnym dorabianiu do pensji czy zarobkowaniu na własnych warunkach. Po ściągnięciu zasłony okazuje się jednak, że w ogromnej liczbie przypadków mamy tak naprawdę do czynienia z niepewnością, erozją bezpieczeństwa socjalnego oraz wszechwładzą niezwykle wpływowych korporacji.

Po latach konsumenckiej fascynacji możliwościami oferowanymi przez modne „appki”, bierności ustawodawców i odosobnionych prób ostrzegania przed narastającymi problemami, coś wreszcie zaczyna zmieniać się na lepsze. Elity rządzące w Europie przebudzają się z apatii, inicjując pierwsze kompleksowe akty prawne dotyczące gig economy, a presję wywiera na nie zorganizowany świat pracy. Jednym z jego przedstawicieli jest organizacja związkowa OPZZ Konfederacji Pracy, zrzeszająca kurierów z Pyszne.pl. W związku z przygotowywaną dyrektywą UE opublikowała ona niedawno manifest wzywający do pilnego uregulowania pracy platformowej.

Ziarnko do ziarnka – jak rozrastają się platformy

Dostępny praktycznie na zawołanie samochód z kierowcą odbierającym nas z nocnej imprezy, jedzenie z ulubionej knajpki dostarczone do drzwi przez poruszającego się na rowerze kuriera, fachowiec od drobnych napraw, którego wizytę zamawia się jednym kliknięciem – praca platformowa, kojarzona również z takimi terminami jak gig economy („ekonomia fuch”), zdążyła się już wpisać w krajobraz i styl życia rozwiniętych społeczeństw, w tym polskiego. Rozwiązanie wydaje się niezwykle proste: platformy internetowe kojarzą ze sobą usługodawców i klientów, a do szybkiego wyboru odpowiedniej oferty wystarczy kilka ruchów na smartfonie. Według oficjalnych danych przytaczanych przez organy Unii Europejskiej, w 2022 roku w państwach Wspólnoty za pośrednictwem platform zarobkowało już ponad 28 mln osób, których liczba w ciągu dwóch najbliższych lat ma wzrosnąć do 43 mln.

Ilościowa skala zjawiska nie jest jednak łatwa do precyzyjnego oszacowania, a zajmujący się tym tematem badacze i badaczki mierzą się z poznawczymi i metodologicznymi problemami. – „Trudno jednoznacznie odpowiedzieć na pytanie o skalę pracy platformowej” – mówi Zuzanna Kowalik, ekspertka Instytutu Badań Strukturalnych i współautorka badania „Job quality gaps between migrant and native workers: evidence from Poland” (Różnice w jakości pracy pomiędzy pracownikami platformowymi pochodzącymi z Polski i migrantami). – „Nie wiemy przede wszystkim, dla ilu z osób przywoływanych w oficjalnych źródłach jest to jedyne bądź główne źródło utrzymania, a ile traktuje to jako dodatkowe lub dorywcze zajęcie. Dokładniejszej wiedzy mogłoby dostarczyć dodanie pytania o pracę platformową do badania aktywności ekonomicznej ludności (BAEL), które obejmuje dużą próbę populacji. Dopóki się go nie przeprowadzi, musimy polegać na cząstkowych i niepełnych danych. Wiemy na przykład, że w zeszłym roku liczba osób wykonujących usługi taksówkarskie oraz zajmujących się dostawami jedzenia, a więc zasilających dwie największe gałęzie pracy platformowej, w dziewięciu największych miastach w Polsce wynosiła od 0,5 do 2% ogółu zatrudnionych”.

Badania prowadzone m.in. przez dr. Macieja Beręsewicza z Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu pokazują, że w czerwcu 2021 r. z aplikacji dla kierowców Ubera korzystało niespełna 47 tys. osób, z kolei z podobnej aplikacji Bolta – niecałe 39 tys., z czego część wyników prawdopodobnie się ze sobą pokrywała. Same te liczby mogą nie robić większego wrażenia. Liczą się jednak trendy oraz konsekwencje dla całego rynku pracy. Ekonomiczne znaczenie platform takich jak Uber, Deliveroo, Bolt czy Glovo rośnie. Między 2016 a 2020 rokiem dochody sektora w całej UE wzrosły z ok. 3 mld do ok. 14 mld euro.

Platformy zarabiają przede wszystkim na prowizjach płaconych przez klientów i pracujących, ale nie boją się „długiego marszu” i są cierpliwe. Stanisław Kierwiak, lider związku kurierów w zarządzającej marką Pyszne.pl spółce Takeaway, zwraca uwagę na powolne i konsekwentne budowanie przez platformy coraz silniejszej pozycji rynkowej, która w przyszłości ma umożliwić pełne dyktowanie warunków zarówno pracownikom, jak i konsumentom oraz kontrahentom takim jak restauracje. – „Platformy są uważane za bardzo przyszłościowy biznes i łatwo pozyskują od inwestorów venture capital na rozwój swojej działalności” – mówi Kierwiak. – „To strategia obliczona na dłuższy okres. Z punktu widzenia wielu pracowników, poszczególne marki mogą dzisiaj oferować całkiem przyzwoite zarobki, wiemy jednak, że dla platform to tylko etap przejściowy umacniania się na rynku. Nie mamy absolutnie żadnej gwarancji, że gdy poczują się pewniej, płace nie pójdą w dół. Zgodnie z tym samym mechanizmem mogą wzrosnąć obecnie niskie ceny dla klientów albo prowizje pobierane od współpracujących z platformami niewielkich firm”.

Wolność i swoboda czy innowacyjny wampiryzm?

Z prospołecznej perspektywy jeden z głównych problemów z platformami polega na tym, że nie chcą one wziąć odpowiedzialności za swoją rolę pracodawcy. Wraz ze wszystkimi obowiązkami, jakie XX-wieczne umowy społeczne nałożyły na kapitał.

Wykorzystanie nowoczesnych rozwiązań opartych na danych i algorytmach miało stworzyć wrażenie, że dzięki innowacyjności cyfrowych wizjonerów otrzymaliśmy neutralną – a może nawet demokratyczną – infrastrukturę, która pozwoli łatwo kojarzyć ze sobą przedsiębiorcze jednostki i z niespotykaną dotąd wygodą dostarczać tanie usługi. Jak zauważa Zuzanna Kowalik, w opowieści platform nawet praca ma się stać doświadczeniem ekscytującym i uwalniającym od etatowego kieratu. Kampanie rekrutacyjne Ubera zachwalają takie atuty prowadzenia taksówki, jak różnorodność i poznawanie wielu nowych ludzi. Nic, tylko usiąść za kierownicą. Albo dla innej formy wsiąść na rower i ruszać ku wzbogacającym przygodom. Co jednak wtedy, gdy będziemy potrzebować L4, zechcemy pójść na urlop albo po prostu wiedzieć, ile pieniędzy zarobimy w danym miesiącu?

Rozmaite triki prawne i technologiczne umożliwiają platformom gładkie omijanie przepisów prawa pracy, gwarantujących zatrudnionym socjalne zdobycze ubiegłego stulecia. Stanisław Kierwiak opowiada o popularnym mechanizmie służącym do takich celów: „Większość platform funkcjonuje w modelu, w którym nie ma żadnej więzi prawnej między marką a osobą wykonującą pracę. Służą do tego pośrednicy tzw. flotowi, czyli firmy zatrudniające chętnych do pracy np. w Uberze, Wolcie czy Glovo na umowach zlecenie. W zamian za prowizję oferują obsługę księgową, wypłacają pieniądze, czasem mogą jeszcze wynajmować sprzęt i na tym właściwie ich rola się kończy. Z formalnego punktu widzenia to zupełnie niezależne podmioty, które nie mają nic wspólnego z platformami – te mogą się od nich w każdej chwili odciąć i powiedzieć, że to przecież nie ich sprawa, gdy np. pośrednik ogłosi upadłość i nie wypłaci ludziom wynagrodzeń. Takie przypadki już się zdarzały i jest to najzupełniej legalne. Platforma nie ma żadnych zobowiązań wobec tych, którzy dla niej pracują”.

Umowy podpisywane z pośrednikami, ale i klasyczne samozatrudnienie, niosą jeszcze inne groźne konsekwencje. Pracownicy platformowi są często pozbawieni prawa do minimalnego wynagrodzenia. Zuzanna Kowalik zwraca uwagę na podobieństwo przyjętych formuł prawnych do tzw. zero hour contracts, czyli umów, w których pracodawca nie jest zobowiązany do zapewnienia pracownikowi minimalnej ilości pracy, a więc i minimalnej pensji. Kurier czy kierowca otrzymuje pieniądze wyłącznie za wykonane zlecenie, licząc na to, że w danym momencie pojawi się zapotrzebowanie na jego usługi. Jak mówi Kierwiak, w skrajnych przypadkach skutkuje to sytuacjami, w których pracujący spędza w terenie cały dzień, zarabiając za to około 20 zł.

Stawki są niejasne i oparte na zupełnie nieprzejrzystych decyzjach algorytmów. Umowa zawarta z pośrednikiem nie chroni w żaden sposób również przed czysto arbitralnymi decyzjami platformy. Może ona w dowolnej chwili odciąć zatrudnionych od podstawowego narzędzia pracy, a więc mobilnej aplikacji służącej do wyłapywania zleceń. Pewnym medialnym echem odbiły się wydarzenia z wiosny 2021 r., gdy Glovo postanowiło ukarać w ten sposób kurierów strajkujących z powodu obniżki płac. Stanisław Kierwiak informuje, że poza tego rodzaju „cyfrowym lokautem” nagłe blokady stosuje się jednak także w bardziej prozaicznych przypadkach. – „To nie dotyczy tylko strajków czy działalności związków zawodowych. Platformy odcinają od aplikacji każdego, kto z dowolnych przyczyn się im nie spodoba, nie przedstawiając przy tym żadnego uzasadnienia” – mówi mój rozmówca. – „Taka osoba nie może wtedy zarabiać i nie ma nawet pojęcia, dlaczego. Po prostu usuwa się jej konto i nikt nie musi się z tego choćby szczątkowo wytłumaczyć”.

Stare dobre śmieciówki

Przykłady można mnożyć. Po zdjęciu marketingowej fasady rzeczywistość pracy platformowej dzisiaj to w ogromnej mierze niestabilne warunki zatrudnienia, niepewne i szybko zmieniające się zarobki, długie godziny pracy, brak urlopu i chorobowego, niższe składki emerytalne, utrudnienia dla aktywności związkowej i skrajnie niekorzystne położenie wobec rzeczywistego pracodawcy, którego samowoli nie krępują żadne ograniczenia. Niestety w Polsce to wszystko może brzmieć aż zbyt znajomo. Opisywany stan rzeczy to bowiem w istocie nic innego niż kolejna odsłona uśmieciowienia i prekaryzacji, z którymi w różnych fazach borykamy się od co najmniej dwudziestu lat. Z taką diagnozą zgadza się Michał Lewandowski, przewodniczący międzybranżowego związku zawodowego OPZZ Konfederacja Pracy: „W naszym odczuciu jako związkowców to wszystko nie jest nic specjalnie nowego – myśląc o pracy platformowej, warto zdać sobie sprawę, że tak naprawdę mamy do czynienia z dobrze znanymi umowami śmieciowymi w nieco ładniejszych ozdobach”.

Samo pojawienie się platform wraz z przyjętym przez nie modelem biznesowym można traktować jako przejaw długofalowych tendencji rozwojowych współczesnego kapitalizmu. Takie spojrzenie proponuje m.in. kanadyjski ekonomista Nick Srnicek, którego zdaniem kapitał wciąż poszukuje nowych, jeszcze skuteczniejszych technologii oraz form organizacji. W XXI wieku zapewniają je przede wszystkim dane – w przypadku np. Ubera wykorzystywane do analizy ruchu i aktywności klientów oraz pracowników. Zbiega się to z jeszcze starszymi, bo zachodzącymi już od kilku dekad przekształceniami gospodarki, która odchodzi od dawnej fordowskiej organizacji produkcji i w coraz większym stopniu opiera się na tzw. nowych formach pracy oraz atypowych formach zatrudnienia. Jak w oparciu o klasyfikację Eurofound w wydanej jeszcze w 2019 r. publikacji „Nowe formy pracy w Polsce” pisze ekspert Instytutu Spraw Publicznych, Dominik Owczarek, należy do nich m.in. praca platformowa.

Podobnego zdania jest Zuzanna Kowalik: „Platformy wpisują się w dawno już rozpoznany trend postępującego uelastycznienia rynku pracy oraz neoliberalizmu. Wcześniej widzieliśmy np. umowy zero hour contracts, a teraz to zjawisko jest technologicznie oraz ideologicznie zasilane właśnie przez platformy” – mówi mi ekspertka. I dodaje, że trwająca przez lata w Polsce plaga kiepskiego i niestabilnego zatrudnienia w pewnym sensie znieczuliła nas na sytuację pracowników platformowych: „Być może jako społeczeństwo pozostajemy wobec tego raczej obojętni, ponieważ po prostu przyzwyczailiśmy się do pracy na śmieciowych warunkach. Na Zachodzie szok był większy, bo u nas już wcześniej przygotowano pod to grunt”.

Stanisław Kierwiak jednego z większych niebezpieczeństw dla pracownic i pracowników upatruje w możliwym rozlewaniu się modelu pracy platformowej na pozostałe branże. Te dzisiaj jeszcze objęte tradycyjnymi zabezpieczeniami. Jak zauważa związkowiec, może się tak stać, ponieważ przyjęta przez platformy formuła jest niezwykle atrakcyjna dla biznesu. W końcu jaki prawdziwy kapitalista nie marzy o doskonale elastycznej i dyspozycyjnej sile roboczej, na którą można przerzucić większość ryzyka i nie martwić się takimi uciążliwościami, jak stabilność zatrudnienia czy zabezpieczenia społeczne? – „Problem z platformami jest taki, że to model bardzo uniwersalny” – mówi Kierwiak. – „Przy braku regulacji będzie się więc rozprzestrzeniał, bo wiele firm i sektorów zechce skorzystać z tak kuszącej okazji. Jeżeli można niemal dowolnie ciąć koszty, przerzucając ryzyko na pracownika, to po prostu będzie się to robić”.

To zresztą już się dzieje. Manifest organizacji związkowej kurierów z Pyszne.pl wspomina o aplikacji Tikrow. To stosunkowo świeży wynalazek, który został szybko ochrzczony „Uberem dla pracowników”. Pomysł stojący za polskim start-upem sprowadza się do jak największej optymalizacji pozyskiwania pracowników przez firmy. Za pomocą nowego narzędzia zyskują one błyskawiczny dostęp do osób przyjmowanych na krótkie, często zaledwie jednodniowe zlecenia. Większość ofert dotyczy pracy fizycznej, związanej m.in. z układaniem towaru w magazynach czy sprzątaniem. Będący oficjalnie agencją pracy tymczasowej Tikrow, w swoim materiale promocyjnym zapewnia o szeregu korzyści dla wszystkich stron zawieranych transakcji. Pracodawca nie traci już czasu na długie i kosztowne procesy rekrutacyjne, a pracownik łapie fuchę poprawiającą stan portfela. New day. New job – czytamy na stronie marki, która roztacza sielankową wizję szybkich i dobrowolnych kontraktów zawieranych dla wspólnego dobra między równymi partnerami.

W dorabianiu nie ma niczego złego, a formalności bywają dokuczliwe. Ale czy w przypadku strukturalnego pogorszenia się sytuacji pracowników to wspaniałe urządzenie nie zamieni się w cyfrowy odpowiednik placu przed XIX-wieczną fabryką, na którym zdesperowani robotnicy każdego ranka rywalizują o to, który z nich dostanie zatrudnienie na chociaż jeden dzień?

Coś zaczęło się ruszać – manifest i dyrektywa

Poparty przez prezydium OPZZ manifest pracowników platformowych z Pyszne.pl, którzy mają już za sobą pierwsze akcje strajkowe i podjęcie dialogu z pracodawcą, ukazał się w nieprzypadkowym momencie. Po raz pierwszy bowiem istnieją obecnie realne polityczne szanse na uregulowanie gig economy oraz zatrzymanie groźnych trendów potencjalnie zdolnych do podminowania całości stosunków pracy oraz związanego z nimi ładu instytucjonalnego.

W grudniu 2021 r. Komisja Europejska przedstawiła projekt dyrektywy, która ma stworzyć ramy prawne dla pracy platformowej oraz objąć ochroną zarabiających w ten sposób ludzi. Prace nad dyrektywą toczą się w tzw. trialogu – 12 czerwca swoją opinię wydała gromadząca ministrów państw członkowskich Rada UE, wkrótce natomiast odbędą się konsultacje z europarlamentem. Najważniejsze postanowienia dokumentu mówią o warunkach, których spełnienie oznacza domniemanie istnienia stosunku pracy. Są wśród nich ograniczona swoboda wyboru godzin, nadzór platformy czy górny limit wynagrodzenia. Mowa także o zapewnieniu wglądu w decyzje algorytmów wraz z prawem do ich zakwestionowania.

Dlaczego UE w ogóle zainteresowała się tym obszarem i podejmuje działania, które mogą uderzyć w ekonomiczne interesy platform? Stanisław Kierwiak uważa, że w dużej mierze chodzi tu o kwestię suwerenności i samosterowności silnego międzynarodowego gracza, który nie może pozwolić sobie na to, żeby wielki kapitał całkowicie wszedł mu na głowę. – „Unia to nie jest instytucja szczególnie znana z jakiegoś bardzo propracowniczego nastawienia” – mówi lider Konfederacji Pracy w Pyszne.pl. – „Tam po prostu zdano sobie sprawę, że nie można pozwolić na to, aby jakaś grupa korporacji zaczęła dyktować państwom warunki dotyczące standardów pracy i zatrudnienia. Europejski system stosunków społecznych jest jednak bardziej solidarystyczny niż amerykański i nadeszła chwila, w której należy go zbiorowo bronić”.

Moi rozmówcy są zgodni: do kluczowej próby sił, w której rozstrzygnie się przyszłość pracy platformowej, dojdzie przy implementacji unijnych przepisów do systemów prawnych poszczególnych państw członkowskich. Dokładny kształt przyjętych rozwiązań ma zależeć od specyfiki istniejących tradycji i ustawodawstwa, poszczególne warianty mogą się więc od siebie różnić. Zuzanna Kowalik zauważa, że do pewnego rozwodnienia pierwotnego projektu doszło już na etapie przygotowań w instytucjach unijnych, które początkowo proponowały mniej warunków niezbędnych do stwierdzenia stosunku pracy. Lobbing platform zatem działa i można się spodziewać jego intensyfikacji.

Stanisław Kierwiak podkreśla, że właśnie teraz szczególnie ważny i potrzebny jest głos strony pracowniczej, która zawalczy o przyjęcie korzystnych dla siebie zapisów. W przestrzeni publicznej zdominowanej przez optymistyczną opowieść platform, postulaty związkowe wybrzmiewają jako zupełna nowość. – „Jako reprezentanci związku zawodowego wzięliśmy udział w zebraniu sejmowego zespołu ds. przyszłości pracy – mówi Kierwiak – na którym były również przedstawicielki Ministerstwa Rodziny i Polityki Społecznej. Po usłyszeniu naszej agendy te panie powiedziały, że bardzo ciekawie było usłyszeć stanowisko drugiej strony, bo cały czas słychać tylko to, co mówią platformy”.

„Mamy prawo obawiać się, że firmy takie jak Uber, Glovo, Wolt stanowić będą awangardę uśmieciowienia rynku pracy […] Model platformowy oznacza brak prawa do uzwiązkowienia, płatnego urlopu, stałej stawki godzinowej, stałej liczby godzin pracy czy przewidywalności wynagrodzenia, a także niższą emeryturę w przyszłości, brak prawa do urlopu macierzyńskiego i chorobowego” – tymi słowami związkowcy z Konfederacji Pracy otwierają swój manifest, który zawiera diagnozę obecnej sytuacji oraz kluczowe propozycje jej rozwiązania. Modus operandi platform szkodzi przede wszystkim pracownikom oraz ich prawom socjalnym i związkowym. Zagraża jednak również tracącemu wpływy podatkowo-składkowe państwu i pozostałym rynkowym podmiotom, które muszą się mierzyć z nieuczciwą konkurencją. Wykorzystywanie pośredników flotowych pozwala na kreatywną księgowość. Platformy poza tym przerzucają na instytucje publiczne rozmaite koszty uboczne, takie jak leczenie wypadków przy pracy czy zdrowotnych skutków chronicznego przepracowania.

Opowiadając o problemie nieuczciwej konkurencji, Kierwiak stwierdza, że oferowanie przez platformy niskich cen dzięki obchodzeniu zobowiązań wobec pracowników to psucie rynku. Dlatego na uregulowaniu tej sfery powinno zależeć również „konwencjonalnym” przedsiębiorcom. – „Z dużym zdziwieniem obserwuję, że takie organizacje pracodawców jak Konfederacja Lewiatan cały czas trzymają stronę platform” – opowiada związkowiec. – „Nietrudno przecież zauważyć, że model ich działania jest nie fair nie tylko wobec zatrudnionych, ale i pozostałych firm, które chciałyby prowadzić działalność w zgodzie z przepisami prawa i oferować normalny model zatrudnienia. Nie da się konkurować z kimś, kto całe koszty i ryzyko swojej działalności może przerzucić na pracowników”.

Minimum, którego domagają się związkowcy i które powinno znaleźć swoje odbicie w zapisach polskiego prawa po wdrożeniu unijnej dyrektywy, składa się z pięciu postulatów. Pierwszy z nich to zapewnienie stabilności zarobków, których wysokość – nawet przy gwarantowanej stawce godzinowej – waha się dzisiaj w zależności od liczby dostępnych kurierów czy kierowców albo od warunków atmosferycznych.

Nigdy do końca nie wiedząc jakich pieniędzy mogą się spodziewać, kurierzy i kierowcy chętniej korzystają z oferowanych przez platformy premii za większą liczbę zleceń, wzmagając przez to czysto fizyczną eksploatację. Stąd właśnie wynika kolejny punkt manifestu, czyli zakończenie promocji pracy ponad siły, stosowaną obecnie poprzez platformy w ramach systemu zachęt.

Następny postulat mówi o kolejnej fundamentalnej sprawie, bez której na dłuższą metę trudno wyobrazić sobie jakąkolwiek skuteczną walkę o prawa zatrudnionych. Jest to zagwarantowanie praw związkowych. Michał Lewandowski z OPZZ Konfederacja Pracy – organizacji, która stawia sobie za cel docieranie do pracowników z różnych, często słabo uzwiązkowionych branż – stawia sprawę jasno. Nikt nie żyje w próżni, a czasy się zmieniają, więc również związki zawodowe muszą za tym nadążać, nie przeoczając takich nieobecnych wcześniej na rynku pracy tworów jak platformy. – „Musimy starać się uczestniczyć w tych formułach, które nas otaczają” – mówi Lewandowski i dodaje, że udało się już powołać organizację w Pyszne.pl, co zapewnia związkowcom nowe możliwości działania, takie jak rozmowy ze stroną pracodawców czy kontakty z politykami i urzędnikami. Organizowanie kurierów czy kierowców nie jest jednak łatwe i napotyka na problemy wynikające m.in. z czysto przestrzennych czy logistycznych uwarunkowań. – „W wielu firmach pracownicy w ogóle nie mają ze sobą kontaktu; to praca wykonywana raczej indywidualnie. Trudniej wtedy myśleć o założeniu związku”.

Przeszkodą w zakładaniu i rozwijaniu działalności związków jest oczywiście śmieciowe zatrudnienie, które utrudnia m.in. ochronę działaczy – można się ich pozbyć, po prostu nie przedłużając umowy zlecenia. Mówiąc o teoretycznej możliwości powołania organizacji u jednego z formalnie zatrudniających pośredników, Stanisław Kierwiak powraca do problemu pełnej kontroli platform nad aplikacjami umożliwiającymi pracę. W ramach antyzwiązkowych retorsji pracownicy mogą zostać od nich zwyczajnie odcięci. Jak mówi związkowiec, stało się tak m.in. podczas niedawnego protestu kurierów Glovo w Wałbrzychu. – „Jakiś czas temu rozmawialiśmy z niezadowolonymi kurierami z Wolta. Byli dobrze zorganizowani i spokojnie mogliby założyć organizację związkową u pośredników flotowych. Ostatecznie jednak się na to nie zdecydowali, ponieważ nie było absolutnie najmniejszej gwarancji, że pierwszą reakcją platformy na wiadomość o powstaniu związku nie będzie usunięcie im kont. Były to osoby, dla których praca platformowa stanowiła główne albo jedyne źródło zarobkowania. Z tą wolnoamerykanką trzeba po prostu skończyć”.

Niepewność zarobków, przepracowanie – eksploatowanym pracownikom należy się work-life balance i zwyczajne wolne. Dlatego też czwarty punkt manifestu mówi o zagwarantowaniu prawa do płatnego urlopu.

Piąty i ostatni z kluczowych postulatów odnosi się do kwestii uwzględnionej w projekcie unijnej dyrektywy, która wykracza zresztą poza problematykę pracy platformowej, dotykając również innych sektorów. Mowa o wprowadzeniu rozwiązań gwarantujących przejrzystość algorytmów stosowanych przez platformy. Wydaje się, że w realiach coraz silniej „udanowionej”, mediowanej przez narzędzia cyfrowe gospodarki, jest to jeden z fundamentalnych kierunków walk całego świata pracy. Jego sprawczość i samostanowienie zależą m.in. od znajomości obowiązujących zasad i możliwości otwartej polemiki z decyzjami ocenianymi jako niesprawiedliwe.

W poszukiwaniu optymalnej formuły

Co dalej? Prace nad dyrektywą trwają i minie pewnie jeszcze sporo czasu, zanim krajowi ustawodawcy przełożą je na konkretny język obowiązującego prawa. Wiadomo, że określenie satysfakcjonujących zapisów będzie trudne – także z powodu skomplikowanej czy chwilami niejednoznacznej natury samych platform. Nie ulega wątpliwości, że należy położyć kres zupełnie bezwstydnemu wyzyskowi i składkowo-podatkowemu cwaniactwu, uprawianemu przez korporacje pod płaszczykiem nowoczesności i innowacyjności.

Moi rozmówcy dodają jednak, że oferowana elastyczność w pewnych wypadkach rzeczywiście bywa atrakcyjna i nie należy z niej w pełni rezygnować. Niełatwym, ale możliwym do realizacji wyzwaniem będzie zatem ochrona możliwości swobodnego dorabiania czy preferencyjnego wyboru godzin pracy przy równoczesnym zagwarantowaniu minimum bezpieczeństwa socjalnego i praw pracowniczych. – „Platformy żerują na tym, że jako społeczeństwo faktycznie chcemy nieco większej elastyczności” – mówi Stanisław Kierwiak. – „Widać to m.in. w popularności pracy zdalnej po pandemii. Wiemy, że rynek będzie się zmieniał w tym kierunku, bo coraz mniej podoba nam się przywiązanie do jednego miejsca i zadań. Chodzi jednak o to, żeby to nie wielkie korporacje dyktowały nam, jak ta elastyczność ma wyglądać”. Z kolei Zuzanna Kowalik dodaje: „Pewną zaletą platform jest to, że mogą stanowić bufor pomiędzy »normalnymi« pracami w okresach bezrobocia. W zasadzie bez większych barier wejścia możemy wtedy znaleźć jakieś zlecenia, które stanowią pewną poduszkę bezpieczeństwa”.

Dorabianie czy freelancing mają swoje miejsce, dlatego regulatorzy będą musieli pamiętać o zróżnicowanej sytuacji różnych grup zarobkujących na platformach. Chodzi tu zarówno o tych z kurierów i kierowców, którzy np. łączą pracę z nauką, jak i o ludzi wykonujących różnego rodzaju fizyczne bądź zdalne zadania dla kilku zleceniodawców. Przejrzystość algorytmów oraz zarobków dotyczy chyba jednak wszystkich bez względu na konkretną specyfikę wykonywanej pracy. – „Jako związkowcy wiemy, że nie wszyscy pracownicy potrzebują dokładnie tego samego” – mówi Michał Lewandowski. – „Przyjęte przepisy powinny mieć to na uwadze. Mimo to, elementarne zabezpieczenia socjalne i wpływ na warunki pracy należą się każdemu”.

Przed nami ważne i nieoczywiste rozstrzygnięcia. Walka o jak najbardziej korzystny dla pracowników i pracownic kształt nowych przepisów będzie trwała zarówno na poziomie europejskim, jak i polskim. Warto więc trzymać rękę na pulsie i śledzić kolejne wydarzenia. Głośne afery ostatnich lat, takie jak Uber Files, pokazują, że platformy potrafią agresywnie i z naruszeniem prawa bronić swoich interesów. Dlatego w ramach przeciwwagi tym bardziej potrzebujemy silnego prospołecznego i propracowniczego głosu. Lepiej, żeby słowa takie jak „elastyczność”, „wolność” czy „różnorodność” zachowały swoje pozytywne znaczenie, zamiast służyć jako wytworne opakowanie dla praktyk związanych z wyzyskiem, stresem i wyczerpaniem.

Szymon Majewski

Zdjęcie w nagłówku tekstu: Mike Ramírez Mx z Pixabay