przez Joanna Duda-Gwiazda | poniedziałek 1 listopada 2010 | opinie
Los zrządził, że przez długi czas nie mogłam śledzić sytuacji w Polsce i na świecie. Czas był gorący, spodziewałam się dużych zmian. Kiedy zaczęłam czytać, słuchać, oglądać – odniosłam wrażenie, że czas stanął w miejscu.
Rząd nadal nie może rozwinąć skrzydeł, bo wszędzie czai się złowrogi PiS. Premier się ośmiesza, ale po napadzie na biuro PiS w Łodzi nikomu nie jest do śmiechu. Po tamtym morderstwie wystarczyło parę godzin, aby napad na PiS przedstawić jako atak na całą klasę polityczną. Nawet Miller poczuł się zagrożony. Konie kują, a żaba nogę podnosi.
W Polsce zrobiło się ciasno i duszno. Licencje na miłość i nienawiść zostały rozdane. Przepustką do obozu miłości europejskiej, postępowej, optymistycznej – jest nienawiść do nienawiści, czyli do tych, którzy pamiętają Smoleńsk i zadają pytania dotyczące śledztwa. Nie szukam niszy ekologicznej dla normalnego felietonu, bo jej nie ma.
Stwierdziłam u siebie objawy zastraszenia. Są trochę nietypowe, ponieważ w przeciwieństwie do większości Polaków nie boję się Jarosława Kaczyńskiego. Nie boję się nawet Donalda Tuska. To czego się boję, to symbioza Platformy z bezpieką. Np. muchomory i brzozy żyją w symbiozie. Nic o sobie nie wiedzą, a obok siebie rosną lepiej. Gdyby poszukać genezy kolejnych oskarżeń o łamanie przez PiS praw człowieka, zasad demokracji i awanturnictwo polityczne, znajdujemy lustrację, zdemaskowanie Lecha Wałęsy, rozwiązanie WSI i zagrożenie interesów Rosji. Platforma nawet tego nie ukrywa. To nie jest walka o władzę. Platforma ma pełnię władzy, robi co chce, ale nie panuje nad historią. Nie spocznie, dopóki Jarosław Kaczyński nie ukorzy się, nie przyzna, że jego brat stracił życie na własne życzenie. Trudno racjonalnie wytłumaczyć, dlaczego to jest takie ważne. Polecam film „Oto jest głowa zdrajcy”, historię Tomasza Morusa.
Katastrofa w Smoleńsku kojarzy mi się z procederem piratów. Fałszywymi sygnałami nawigacyjnymi doprowadzić statek do rozbicia, szczątki zatopić w morzu, a ciała ofiar ukryć w zalutowanych trumnach. Ta interpretacja to mój autorski pomysł, Jarosława Kaczyńskiego znam z widzenia.
Komisja pani Anodiny pracowała pełną parą i w odpowiednim czasie wszystkiego się dowiemy. Wzorowy obywatel nie narzeka, czeka, cieszy się z nowych chodniczków w Smoleńsku, wybudowanych na cześć Pierwszych Dam Polski i Rosji. Oglądamy niekończący się spektakl szukania drugiego dna w samobójczej śmierci Barbary Blidy i wykrywania zaniedbań w śledztwie w sprawie Olewnika. Pracują komisje sejmowe. Jak to pogodzić z bezczynnością w sprawie Smoleńska?
Wiara w rzetelne śledztwo rosyjskie nie ma żadnych podstaw, a w sprawie tej katastrofy nie można liczyć na zbiorową amnezję. Tkwi w pamięci jak cierń, który mogłoby usunąć tylko wiarygodne śledztwo.
W serwisach dominują nieszczęśliwe wypadki, katastrofy i informacje o ofiarności społeczeństwa. Początkowo cieszyły mnie akcje pomocy, ale teraz nie mogę już tego słuchać. Powodzianie nadal są bez dachu nad głową, dzieci mdleją z głodu, a młodzież z prowincji może studiować jeśli dostanie stypendium z jakiejś zbiórki. Równocześnie organizuje się uniwersytety dla przedszkolaków. Państwa nie ma. Komuna była państwem policyjnym, ale studiować mógł każdy, dopóki nie rozdawał ulotek.
Po katastrofie ekologicznej w Zatoce Meksykańskiej mamy katastrofę na Węgrzech w dorzeczu Dunaju. W obu przypadkach przyczyną jest pogoń za zyskiem korporacji uwolnionych od kontroli państwa. Ale o tym się nie mówi. Do Polski nie docierają dyskusje nad ważnymi problemami światowego systemu. Jesteśmy zieloną wyspą, czyli zaściankiem.
W komentarzach uderza powierzchowność. Nawet tragiczna w skutkach katastrofa prywatnego busa dowożącego ludzi do pracy nie wywołała problemu likwidacji transportu publicznego. Kolej praktycznie przestała działać. W dyskusjach o bezpieczeństwie na drogach piesi występują w roli zawalidrogi. Nie ma poboczy, nie ma chodników nawet na terenach zabudowanych. Dyskutuje się tylko o autostradach.
Po katastrofie smoleńskiej Platforma sprawnie obsadziła wszystkie stanowiska swoimi ludźmi, ale na tym wyczerpał się jej pomysł na rządzenie. Od wygranej batalii o zmianę ustawy o IPN minęło już wiele miesięcy, a Rady, która ma zastąpić Kolegium i przedstawić kandydata na prezesa, wciąż nie ma. Przypuszczam, że ostatecznie prezesa wyznaczy Sejm. Nieporadność PO mnie zaskoczyła. Sprawne rozgrywanie sytuacji politycznych nie zastąpi rządzenia. Opinia publiczna jest epatowana nowymi pomysłami, które potem są porzucane.
Telewizja dostosowała się do polityki, jest niewiarygodnie nudna. Pojawia się jakiś hit, wszystkie stacje powtarzają w kółko kilka nieistotnych informacji i pojawia się hit następny. Na szyldzie sklepu w Małopolsce widziałam napis: „Duperele i inne”. Jeśli do hitów dodamy reklamy i tzw. rozrywkę, w telewizji same duperele. Istotnych treści, czyli innych – na lekarstwo.
W całej Europie trwają rozruchy społeczne. Telewizja pokazuje migawki z walk ulicznych nie siląc się na żadną analizę. Wszystko wskazuje na to, że cierpliwość społeczeństw do zaciskania pasa wyczerpała się. W Polsce przeszło dwa miliony ludzi żyje w nędzy, ale nie buntują się, śledzą losy Palikota, Kalisza, dopalacze, in vitro i sukcesy Platformy w walce z PiS.
Mimo przygnębiającej atmosfery i niepomyślnych prognoz dla Polski, jestem dobrej myśli. Spędziłam kilka tygodni w Polsce południowej. Z dala od metropolii i autorytetów ludzie są przytomniejsi i bardziej życzliwi. Walcząc o byt mniej czasu i uwagi poświęcają politycznemu maglowi. Nadzieję widzę w Polsce prowincjonalnej.
przez Remigiusz Okraska | niedziela 24 października 2010 | opinie
Jeśli Polacy i Węgrzy są bratankami, my jesteśmy tym znacznie mniej udanym. Oni właśnie likwidują Otwarte Fundusze Emerytalne.
Premier Węgier, Viktor Orbán, właśnie zapowiedział likwidację prywatnych funduszy emerytalnych. Początkowo rząd, któremu przewodzi, deklarował czasowe ograniczenie wpłat z budżetu do OFE, w ramach zmniejszania deficytu finansów publicznych. Nie było w tym niczego szczególnie rewolucyjnego, gdyż po podobne rozwiązanie sięgnęły w obliczu kryzysu ekonomicznego inne kraje Europy Środkowo-Wschodniej. Łotwa i Litwa zmniejszyły wysokość składek przekazywanych funduszom, Estonia zaprzestała czasowo przekazywać je w ogóle, Rumunia wycofała się z planowanej podwyżki ich wysokości, Słowacja pozwoliła wszystkim chętnym na rezygnację z przynależności do OFE i powrót do państwowego systemu ubezpieczeń.
Szef węgierskiego rządu początkowo deklarował zawieszenie przekazywania składek OFE do końca roku 2011, jednak obecnie mowa o całkowitej likwidacji tego rozwiązania. „Tylko państwo jest w stanie zapewnić ludziom godziwą emeryturę” – miał powiedzieć Orbán, porównując fundusze do hazardzistów, którzy w dążeniu do zysków ryzykują wielkie kwoty, tyle że nie swoje.
Tu warto poczynić pewną dygresję. Słowa premiera Węgier o hazardzistach są najbardziej zwięzłą metaforą neoliberalizmu. Zwolennicy tzw. wolnego rynku, którego notabene świat nigdy nie widział (nawet w epoce tzw. dzikiego kapitalizmu, czyli w XIX wieku, państwo pozostawało bardzo aktywne w dziedzinie polityki gospodarczej, a jednym z głównych aktorów owego „wolnego” rynku były kanonierki Jej Królewskiej Mości Imperium Brytyjskiego), lubują się w argumencie, że dziś wszędzie i wszystko reguluje państwo. Przekonują oni, że jeśli coś „nie działa”, winny nie jest rynek, lecz jego niedobór, że wszystko, co złe, od państwa pochodzi, że rynku krytykować nie można, bo wszak go nie ma. Argumentacja ta jest bliźniaczo podobna do wywodów ortodoksyjnych komunistów, którzy przekonują, że „prawdziwego” komunizmu nigdy nie było, że mieliśmy tylko „błędy i wypaczenia”. Zwolennicy Adama Smitha i Lwa Trockiego podają sobie ręce.
Owszem, wolnego rynku w postaci idealnej nigdy nie było od czasu, gdy wyszliśmy z jaskiń. Są tylko różne formy interwencjonizmu państwa w gospodarkę. Sęk w tym, po co państwo to robi. W systemach socjalno-demokratycznych (model europejski, model skandynawski, państwo opiekuńcze) czyni tak w imię poprawy doli ogółu obywateli, zmniejszenia nierówności społecznych i powszechnego awansu cywilizacyjnego. W modelu liberalnym państwo również jest na wiele sposobów aktywne w sferze gospodarczej, tyle że po to, aby zwiększać różnice majątkowe i zmniejszać równość szans rozwojowych między bogatą elitą a „dołami” społecznymi – przy czym owe „doły” obejmują, jak to było w USA przez lata rządów neokonserwatystów, również klasę średnią, stale ubożejącą. Nawiasem mówiąc, model liberalny ma wiele wspólnego z tzw. realnym socjalizmem, w którym polityka państwa również służyła wąskiej kaście, z tą różnicą, że oligarchię biznesową zastąpiła partyjna klika.
Neoliberalizm nie jest liberalizmem takim, jaki istnieje w wywodach Adama Smitha i autorów libertariańskich czytanek. To liberalizm realny, tj. taki, w którym „zły” jest interwencjonizm państwa, gdy służy uboższym, „dobry” zaś wtedy, gdy potęguje potęgę już potężnych. Państwo ma nie przeszkadzać wielkiemu biznesowi w osiąganiu coraz większych zysków, natomiast powinno pokrywać koszty wszelkich „skutków ubocznych” jego działań. Czy będą to wojny o ropę, żeby paliwowi giganci mogli zarabiać, czy finansowanie policji, aby chroniła zamożnych przed „wyrzutkami społecznymi”, czy dotacje dla banków upadłych wskutek ryzykownych operacji, czy pokrywanie kosztów dewastacji środowiska – za to wszystko płacą biedni ze swoich podatków, bo podatki dla bogaczy są coraz mniejsze, a ich dochody coraz lepiej ukryte. Noam Chomsky nazwał to bardzo trafnie: uspołecznianiem kosztów i prywatyzowaniem zysków.
OFE są wręcz modelowym przykładem realnego liberalizmu. Państwo ustawowo zmusza ogół obywateli do przekazywania ogromnych kwot prywatnym funduszom. Cały proces jest skonstruowany tak, że „darczyńcy” w zasadzie niczego nie mogą żądać w zamian ani na nic konkretnego liczyć – wystarczył jeden kryzys gospodarczy, który zresztą nasz kraj nieco ominął, abyśmy dowiedzieli się, że wartość aktywów zgromadzonych w OFE przez dekadę ich istnienia, zmalała o… W zasadzie nie wiadomo o ile, bo to wszystko jest mocno niejasne, ale mowa o utracie nawet połowy środków. Prywatny biznes dostaje od nas olbrzymie kwoty, kontrola nad nimi jest niewielka, prowizje za obsługę tych pieniędzy spore (wyższe niż w ZUS-ie) i w zasadzie nienegocjowalne, a spodziewane korzyści – co najmniej enigmatyczne.
Co będzie, jeśli jakiś OFE na przestrzeni lat zbankrutuje i powie to, co oznajmiły klientom i społeczeństwu amerykańskie banki: „nie mamy pieniędzy na wasze roszczenia”? Że co? Że ZUS też jest niepewny? Nic nie wiadomo, żeby w ciągu ostatnich kilku dekad jakieś poważne państwo na serio zbankrutowało, za to bankructw prywatnych firm było całkiem sporo. W dodatku państwo posiada instrumenty, dzięki którym niedobory wpływów w jednej dziedzinie może rekompensować dochodami z innych źródeł. Ot, choćby podnieść podatki bogatym.
O tym, że OFE nie mają sensu z punktu widzenia interesu społeczeństwa, lecz służą jedynie interesom biznesowej oligarchii, wiedzą fachowcy. Nie miejsce tu na długie wywody – mówiła o tym w wywiadzie dla „Obywatela” prof. Józefina Hrynkiewicz już ponad 4 lata temu, zaś nowsze spojrzenie na tę kwestię można znaleźć tutaj. Decyzja Viktora Orbána jest więc ze wszech miar sensowna.
Jest ona także bardzo wymowna w kontekście porównawczym. Historia najnowsza Polski i Węgier jest bowiem podobna, a obecny szef węgierskiego rządu to ulubieniec znacznej części naszej rodzimej prawicy liberalnej. Orbán był wielokrotnie komplementowany przez czołowych polityków i ideologów nadwiślańskiej prawicy – antykomunista, piewca „wartości chrześcijańskich”, niezłomny bojownik z węgierskim „układem” (synteza postkomuny i części „opozycji demokratycznej”), polityk proamerykański i antyrosyjski. Peany na jego cześć drukowała „Rzeczpospolita”, książkę Orbána wydała „Fronda” itd. Wypisz, wymaluj: węgierski „trzeci bliźniak”.
Istnieje taki termin, jak „mąż stanu”, używany zazwyczaj na wyrost, w dodatku kryteria za nim stojące są niejasne i czysto uznaniowe. Ogólnie mówiąc, odnosi się on do tych polityków, którzy w imię interesu społecznego/narodowego potrafili podejmować decyzje nie tylko idące pod prąd postawom z głównego nurtu, ale także takie, które były wbrew poglądom ich własnego zaplecza politycznego. Viktor Orbán nie jest politykiem z „mojej bajki” – nie ta orientacja ideowa oraz wiele decyzji, których bym nie poparł. Nie wiem, czy zasługuje on na określenie „mąż stanu”, wiem natomiast, że potrafi wykroczyć poza schematy własnego środowiska, gdy uzna, że będzie to dobre dla ojczyzny, narodu, społeczeństwa.
Natomiast w Polsce tym środowiskom, które tkwią w przekonaniu o własnej wyjątkowej wartości, nieomylności, szlachetności i wizjonerstwie, nic takiego się nie zdarza. Są albo papugami (bądźmy tacy jak Ameryka), albo mechanicznymi anty-papugami (jeśli coś popiera UE, Niemcy lub Rosja, to my jesteśmy przeciw), albo zakładnikami sztampowych poglądów własnego środowiska i elektoratu. Viktor Orbán zaczynał jako gospodarczy liberał. Gdy zorientował się, że tego rodzaju poglądy są zasłoną dymną dla drenażu Węgier jako państwa oraz przeważającej części węgierskiego społeczeństwa, odszedł od nich. Już wcześniej miał na koncie posunięcia prospołeczne (m.in. likwidacja opłat za leczenie szpitalne, wprowadzonych przez tamtejszą… centrolewicę), teraz zaś demontuje złodziejstwo zwane OFE. W Polsce natomiast wyborczym hasełkom o „Polsce solidarnej” towarzyszyła Zyta Gilowska w rządzie i znacząca obniżka obciążeń fiskalnych dla bogatych podatników, a o jakichkolwiek choć trochę rewolucyjnych decyzjach, w rodzaju likwidacji OFE, nie było nawet mowy.
Jeśli więc Polak i Węgier to dwa bratanki, my jesteśmy tym głupszym.
przez Krzysztof Wołodźko | wtorek 5 października 2010 | opinie
Wywiad-rzeka z Januszem Palikotem („Ja, Palikot”) jest o tyle interesujący, że pokazuje mniej widowiskowe oblicze sposobu myślenia tego polityka.
Cezary Michalski pytał posła Platformy m.in. o prawicę. Padła odpowiedź:
„Najpierw przez lata zbierali w każdych wyborach ponad 50 procent głosów, ale ponieważ dzielili je na kilkanaście partii, politycy prawicowi stanowili w Sejmie mniejszość. Potem był rzekomy sukces, czyli AWS, będący eksperymentem bycia ze sobą razem. Jednak ceną za to były pomysły na intronizację Chrystusa-Króla, staroświecki klerykalizm, obsesyjny antykomunizm (…). Potem nadszedł PiS z Kaczyńskim, który zbudował pierwszą stabilną prawicową partię, ale za cenę sprowadzenia prawicowości do jej karykatury, do kształtu, którym sam się zawsze brzydził. Prawicowi intelektualiści biją mu brawo, ale przecież Kaczyński nie okazał się przywódcą, przeciwnie, to radykalne żywioły zbudowały mu partię i podyktowały program. Kaczyński jest dziś zakładnikiem, a nie liderem. Kaczyński doprowadził prawicowość do tego, że jest niezdolna do przetrwania. Gdyby stworzył partię umiarkowaną i budował koalicję z radykałami, byłaby w tym polityczna zręczność, ale Kaczyński zrobił coś odwrotnego – wszystko, co wartościowe na prawicy, pozwolił zabrać Tuskowi, a sam wziął odpadki. I ludzkie, i programowe.
A mniejsze środowiska? Np. konserwatyści?
Mili ludzie, ale politycznie wielkie dzieci. Kto dziś uprawia politykę mówiąc tylko o wartościach rodzinnych, autorytecie czy roli tradycji. Przecież to co najwyżej literatura. (…) Konserwatyści stali się, nie tylko w Polsce, bezobjawowi, oni nawet nie próbują ingerować w rzeczywistość, oni stylizują się na znaki sprzeciwu. Ubierają się inaczej, mówią inaczej, chodzą po niszowych programach, wierzą, że w ten sposób stają się elitą. Nic dziwnego, że każdy używa ich jak mu wygodnie.
A co pan myśli o czołowych politykach?
Polscy politycy nie wiedzą, do czego jest państwo. Balcerowicz sądził, że jest to narzędzie do zaprowadzenia racjonalnej utopii. Wałęsa widział w nim berło dla wodza »Solidarności«, Kwaśniewski równie narcystycznie widział w państwie instrument odzyskania postkomunistycznej dumy. Krzaklewski chciał użyć państwa do złożenia hołdu Kościołowi i polskiej historii, Kaczyński próbował państwem przeorać umysły. Te dwie dekady to seria wielkich nieporozumień. Z drugiej strony, oni byli samoukami, nie zastali normalnego państwa i sensownej polityki, każdy z nich powoli odkrywał, o co chodzi (…).
Jest pan konserwatystą?
Jeśli pyta pan, czy chcę adopcji dzieci dla par homoseksualnych, albo czy uważam aborcję za naturalny sposób rozwiązywania problemu niechcianej ciąży, to jestem konserwatystą.
Liberałem?
Chętnie dam gejom związek partnerski a kobietom – mimo mej niechęci do aborcji – prawo do decyzji.
Prawicowcem?
Nie znoszę tej patriotycznej dyscypliny. Tego zmuszania wszystkich do stałego, czynnego kochania ojczyzny. Tych tysięcy rocznic, które trzeba obchodzić. To jest dramatycznie defensywne. (…)
Krytykuje pan wszystkie generalnie projekty polityczne.
Krytykuję te projekty, które zamieniają politykę w teorię (…).”
Nie byłoby powyższego cytatu, ani tego felietonu, gdyby nie myśl, że Janusz Palikot – pomijając tu jego kostium błazna i zimnego drania – uosabia w polskiej polityce pewną tendencję, która może się nasilać. W dużym skrócie wiąże się ona z przejściem od polityki opartej na „wielkich narracjach” i mitologii narodowej, do kultu pragmatyzmu i demitologizacji państwa/narodu. Wiąże się to także z założeniem, że współczesne polskie społeczeństwo swoje rozumienie np. roli Kościoła w życiu publicznym przeżywa inaczej niż jeszcze kilkanaście lat temu. Inaczej także podchodzi do kwestii etycznych czy aksjologicznych, dogmatów związanych czy to z życiem rodzinnym (mniejsza liczba dzieci, wzrastająca liczba rozwodów), czy to ze sferą seksualną; wydaje się wręcz stawać nieco indyferentne moralnie.
Wbrew pozorom, problem ten nie dotyczy wyłącznie „młodych, wykształconych, z wielkich miast”. Jest to szerszy proces, związany z przyswojeniem wzorców czerpanych z Zachodu, choćby za pośrednictwem popkultury. Także procesy społeczno-ekonomiczne, generujące większą mobilność, a także tymczasowość form egzystowania w społeczeństwie, wymuszają istotne zmiany. I to bynajmniej nie ze względu na atrakcyjność bądź siłę oddziaływania doktryn liberalizmu obyczajowego czy Nowej Lewicy. Idzie raczej o to, że płytsze zakorzenienie w lokalnych strukturach społecznych pociąga za sobą mniej zobowiązujące uczestnictwo w stabilnych, z natury bardziej konserwatywnych wzorcach kulturowych i etycznych. Trudno być autentycznym tradycjonalistą żyjąc na walizkach, często zmieniając pracę, w której spędza się czasem więcej niż pół dnia; w obliczu niepewności jutra, bez bycia-u-siebie.
Nie można zatem wykluczyć, że chcąc nie chcąc nasza prawica, także za sprawą zmiany pokoleniowej, będzie coraz bardziej upodabniała się – w swoim głównym, najsilniej oddziałującym realnie nurcie – do swojego odpowiednika na Zachodzie, który z polskiej perspektywy jest przez wielu konserwatystów odbierany wręcz jako lewicowy. Charakterystyczna jest tu opinia Palikota na temat związków partnerskich homoseksualistów, czy jego podejście do aborcji. Jest to zapowiedź polityki kompromisu, który dziś jeszcze może być nie do przyjęcia. Jednak o doktrynach politycznych poszczególnych partii decyduje także elektorat, jego stosunek m.in. do wyżej wspomnianych kwestii. Jeśli będzie się on stawał coraz bardziej obojętny (jeśli nie wprost przyzwalający), wtedy ów model liberalnej centroprawicy, jaki dziś uosabia Janusz Palikot, stanie się faktem. I nie ulega wątpliwości, że jego medialny sposób bycia jest swego rodzaju sondą, zapuszczaną w świat wyobrażeń społecznych: co jest już do przyjęcia, co – jeszcze nie. Popularność, jaką cieszy się polityk rządzącej, mainstreamowej partii bodaj nie tylko wśród jej elektoratu, daje do myślenia.
Przeobrażenia społeczne w Polsce są faktem. Hierarchia kościelna, co pokazuje nie tylko jej rozdarcie w sprawie krzyża z Krakowskiego Przedmieścia czy problemy z dziwnymi typami w Komisji Majątkowej, ma spory problem sama ze sobą i z własnym wizerunkiem – także, a może przede wszystkim, na prawicy. Jeśli istnieją jak dotąd silne, środowiskowe, czasem wręcz towarzyskie powiązania między wyższym duchowieństwem a politykami, to przecież nie musi to oznaczać, że będzie tak już zawsze. I tu postać Palikota pokazuje, jak można atakować kler bez większej szkody dla siebie. A co, jeśli za lat kilka, kilkanaście politycy uznają, że nie potrzebują już wsparcia Kościoła w swoich zabiegach o popularność wśród Polaków? Bez złudzeń: rozstaną się z nim w mniej lub bardziej kulturalny sposób.
Zagadnienia te nie dotyczą jedynie prawej strony sceny politycznej, ale mają charakter ogólnospołeczny. Dziś może brzmieć to baśniowo, ale można sobie wyobrazić polskich polityków na prawicy jawnie deklarujących homoseksualizm, odcinających się od tzw. mitologii narodowej czy wprost odżegnujących się od Kościoła. Przecież już dziś, zdaniem części polityków i publicystów, związanych choćby ze środowiskiem „Christianitas”, lojalność prawicy wobec (nauki) Kościoła pozostawia wiele do życzenia. I trudno odmówić im racji. Utożsamienie prawicowości z Kościołem rzymskokatolickim dla wielu jest przede wszystkim wygodnym narzędziem politycznym i dopiero wtórnie wiąże się z recepcją jego doktryny.
Gdyby model prawicy, który już w jakimś stopniu realizuje się m.in. w Platformie Obywatelskiej stał się faktem, stawiałoby to nowe wyzwania także przed lewicą. Dla części z niej, co interesujące, byłby to problem z kategorii: „być albo nie być”. Bo o co miałaby walczyć lewica obyczajowa z wyemancypowaną, podobną sobie „nową prawicą”? Chyba że o hasła jeszcze dalej idącej „emancypacji”. W gruncie rzeczy czyniłoby to te formacje trudnymi do odróżnienia, faktycznie post-politycznymi bytami. Z drugiej strony, może wtedy wreszcie na serio potraktowano by spory o charakterze ekonomicznym, socjalnym, klasowym, gdyby Nowa Lewica straciła ten punkt odniesienia, który dziś czyni ją tak popularną i „awangardową”. Cóż, trudno orzec; być może przekonamy się o tym za prezydentury Janusza Palikota.
Krzysztof Wołodźko
przez dr Rafał Bakalarczyk | czwartek 23 września 2010 | opinie
Tegoroczna jesień upłynie pod znakiem manifestacji. Przeciwnicy aktywności związkowej już znaleźli sposób na ich delegitymizację.
Mowa o przedstawianiu pracowniczych protestów jako inspirowanych przez PiS – cała ta zawierucha miałaby mieć na celu torowanie osłabionej ostatnio formacji Jarosława Kaczyńskiego drogi do zwycięstwa w nadchodzących wyborach samorządowych. Nawet jeśli interpretacja ta zawiera ziarnko prawdy, pomija ona – moim zdaniem świadomie – dwie bardzo ważne kwestie. Po pierwsze, protesty o których mowa są elementem większego przedsięwzięcia, którego inicjatorem i organizatorem jest Europejska Konfederacja Związków Zawodowych. Równolegle manifestacje związkowe mają odbyć się w wielu krajach europejskich i wynikają z niekorzystnej sytuacji społeczno-gospodarczej, w jakiej znalazły się państwa i społeczeństwa UE, m.in. wskutek kryzysu finansowego. Po drugie, o manifestowaniu na polskich ulicach zdecydowały nie tylko władze „Solidarności”, ale także związkowcy z OPZZ, których trudno posądzić o PiS-owskie sympatie.
Samospełniające się proroctwo
Te dwie okoliczności sprawiają, że mówienie o pracowniczych protestach jako strategii przywrócenia do władzy jednej z sił opozycyjnych są mocno naciągane. Straszenie w tym kontekście PiS-owską „inwazją” jest bardzo wygodne. Pozwala mianowicie uciec od zmierzenia się ze związkowymi postulatami, który mają charakter ekonomiczny i społeczny, a w niektórych kwestiach są całkiem konkretne.
Gdyby związkowcy szli z hasłami typu „Komoruski ma krew na rękach”, czy „Tusk i Putin zabili nam Prezydenta”, wówczas rzeczywiście utraciliby swój społeczny mandat, także w moich oczach. Jednak protestujący co innego mają wypisane na sztandarach. Nawet jeśli ktoś uznaje poszczególne z ich postulatów za niesłuszne lub np. nierealne do spełnienia w bieżącym kontekście, związkowcy i ich legalna reprezentacja mają prawo, a nawet powinność ich artykułowania – i to właśnie o nich, a nie o rzekomych motywach politycznych należy z nimi rozmawiać. Natomiast uciekanie od dialogu (choćby w postaci merytorycznej konfrontacji) i przypisywanie drugiej stronie niecnych intencji działa raczej jak samospełniające się proroctwo. Kiedy zablokuje się ludziom kanały artykulacji tak czy inaczej rozumianego interesu ekonomicznego, jedynie przykłada się rękę do tego, by część z nich zwróciła się ku narracjom środowisk, które żerują na gniewie wykluczonych.
Nie tylko manifestacje
Warto też wspomnieć, że przedstawiany przez główne media jako banda politycznych pieniaczy związek „Solidarność” opublikował w ostatnim czasie m.in. ciekawy dokument analityczny pt. „Praca Polska 2010”. Zamieszczone w nim dane, zaczerpnięte w znacznej części z międzynarodowych ekspertyz porównawczych, pokazują, że rozgoryczenie deficytem solidarności w polskim systemie społeczno-gospodarczym nie jest bezpodstawne. Dość przypomnieć o wysokości wskaźnika nierówności dochodowych, która sytuuje nas bliżej USA i Meksyku, niż większości krajów „starej UE” (ale także niektórych postkomunistycznych sąsiadów, jak Czechy czy Węgry). Z punktu widzenia pracownika najemnego nasz kraj szczególnie słabo wypada m.in. pod względem wysokości minimalnego wynagrodzenia oraz udziału ludzi biednych pośród pełnoetatowych pracowników. Jak piszą autorzy: Według danych Eurostatu, w 2008 r. z udziałem 11% ubogich pracowników zatrudnionych na pełnym etacie, Polska zajmuje w Europie po Grecji i Rumunii trzecie miejsce i plasuje się przed krajami, które charakteryzują się bardzo silnym dualizmem na rynku pracy oraz często znaczącą obecnością imigrantów, tak jak ma to miejsce np. w Hiszpanii. Oznacza to, że podjęcie pracy, nawet w pełnym wymiarze godzin, dla co dziesiątego zatrudnionego nie jest gwarancją wynagrodzenia gwarantującego życie powyżej granicy ubóstwa (s. 23). Od siebie dodam, że deficyt solidarności dotyka nie tylko pracujących, ale też tych, którzy pracę stracili, o czym świadczy ponadprzeciętnie niski odsetek bezrobotnych, którzy mają prawo do zasiłku, a także niewielka wysokość tego świadczenia, wypłacanego przez krótki okres.
Warto podkreślić, że wspomniany raport – choć można się spierać z wysnutymi w nim interpretacjami danych i rekomendacjami – wykracza poza wąsko rozumiany interes zawodowy, stanowiąc próbę holistycznej diagnozy społeczno-ekonomicznych realiów dnia dzisiejszego. Dobrze byłoby, gdyby rządowi eksperci, których stać było na pisany z dużo większym rozmachem intelektualny wyczyn w postaci raportu „Polska 2030”, zmierzyli się z treścią opracowania zamówionego przez związkowców, które uzupełnia naszą wiedzę o tym, co owi eksperci przemilczeli lub potraktowali nazbyt zdawkowo.
Podkładanie głowy pod topór
W aktualny kontekst gorącego politycznego sporu trudno byłoby wrzucić chłodniejszą refleksję. Łatwiej przecież przyprawić „Solidarności” gębę PiS-owskiej przybudówki, a jej intelektualne wytwory zbyć milczeniem. Dodatkowo irytujące jest to – mówię o tym bez satysfakcji – że „Solidarność”, zwłaszcza pod wodzą Janusza Śniadka, częściowo zapracowała sobie na reputację ruchu bezwarunkowego poparcia dla Kaczyńskiego, niezależnie od jego kolejnych politycznych wolt, bynajmniej nie zawsze w kierunku wizji „solidarnego państwa”. W tym wszystkim uderza nie to, że centralna związkowa udzieliła poparcia kandydatowi, który mógłby reprezentować ludzi pracy, ale to, że udzieliła mu go jeśli nie wbrew, to przynajmniej w oderwaniu od interesów społecznych swoich członków. Bo jakie zasługi miał we współczesnej Polsce Jarosław Kaczyński dla świata pracy, czy szerzej dla urzeczywistnienia wizji Polski Solidarnej – jako żywo nie mam pojęcia.
Jeśli przewodniczący Janusz Śniadek jest innego zdania, powinien to jasno wyartykułować i przekonująco uzasadnić, żeby odrzucić podejrzenia o sprzyjanie partyjnym partykularyzmom, zamiast walki o uniwersalne prawa społeczne.
Związki mogą być polityczne
Wiąże się z tym jeszcze jeden problem z polską debata publiczną i życiem społecznym po ’89 r. Śledząc obecne dyskusje na temat „Solidarności”, można odnieść wrażenie, że wielu komentatorów kwestionuje nie tylko treść politycznego zaangażowania tego związku, ale sam fakt jego współudziału w polityce. Kryje się w tym nieporozumienie, dość zaskakujące w obliczu faktu, że to na bazie struktur związkowych dokonano największego przełomu w najnowszej historii Polski i całego regionu. Tymczasem w wielu krajach, nie mających podobnej historii za sobą, zinstytucjonalizowane, ale pozaparlamentarne reprezentacje ludzi pracy stanowią istotną siłę współkształtującą politykę gospodarczą i społeczną państwa. Tak dzieje się np. krajach skandynawskich. Jak zauważył dr Rafał Chwedoruk, gdyby związki unikały wszelkiego umocowania politycznego, byłyby bezradne.
U nas natomiast próbuje się podważyć zasadność takiego mechanizmu budowania ładu społecznego. A szkoda. Aktualne postulaty głównych związków zawodowych, które w tym wypadku mówią jednym głosem, odnoszą się bowiem do sytuacji ludzi pracy jako całości, a pośrednio – do funkcjonowania całej wspólnoty i sytuacji bytowej jej poszczególnych członków, niezależnie od tego, czy głosują na SLD, PiS czy PO. Spór dotyczy – a właściwie powinien dotyczyć, gdyby nie był zaciemniany – praw socjalnych, ich rozumienia i możliwości realizacji. Chyba najwyższy czas zacząć na niego patrzeć w ten właśnie sposób.
Rafał Bakalarczyk
przez Krzysztof Wołodźko | wtorek 7 września 2010 | Felietony - Krzysztof Wołodźko, kultura zaangażowana
Jego bohaterem jest robotnik stoczniowy o nazwisku Ufnal, „zwykły robol” wedle pewnej nomenklatury. Wegetuje wraz z rodziną, łatwo nim manipulować, gdyż jest podatny na propagandę, myśli i mówi nowomową, którą traktuje jako coś naturalnego, w co się wżył, czego jest poślednią częścią.
O sobie mówi:
Nie mogę narzekać. Zbudowany jestem w wysokim stopniu topornie, jako narzędzie pracy jestem wydajny i mam szerokie zastosowanie. Jako prawdomówca dodaję od razu, że po wypadku, jakim mnie niedobry los pokarał w pierwszych dniach pracy w stoczni sławnej imieniem W. Lenina w charakterze rdzacza, moja prawa strona jest bardziej wydajna niż druga. Co przy porównaniu z pracownikami, których przy tym samym wypadku zwęgliło bez reszty, był czysty śmiech. Owszem, daje znać o sobie rwaniem czy sztywnieniem albo nawet opuchnięciem przetrąconej nogi, tak że muszę dawać jej odsapnąć, ale dzieje się to tylko po jakichś dwudziestu, dwudziestu sześciu godzinach nieprzerwanych prac ukończeniowych. Kiedy to za pośrednictwem czynu rzucamy całemu światu bezlitosne wyzwanie.
Teraz, kiedy już jestem urządzony z rodziną w wozie o byłym zastosowaniu cyrkowym, muszę się zgodzić, że przechodziłem koleje losu. W poprzedniej działalności rolniczo-hodowlanej, jako osoba pozbawiona partyjności, padałem ofiarą nieludzkich stosunków i wyzysku ze strony tłumiciela i dławiciela księgowego, przynależnego z prezesem do kliki zmownej, który do tego drastycznie obchodził się z moją żoną, tak że aż musiała zemrzeć, żeby się od niej odczepił.
Nie będę tu szczegółowo opisywał kolei losu Ufnala, który m.in. staje się mimowolnym kapusiem, gdy obiecują mu mieszkanie w bloku zamiast barakowozu, a później z tym zrywa; grożą mu sankcje, łącznie z utratą pracy. Na utrzymaniu ma dwójkę dzieci i starych rodziców. Jest świadkiem podpisania porozumień sierpniowych. Na koniec relacjonuje:
Okularnica, niedużo widząc przez zalane łzami okulary, ucieszyła się, że jestem, a nawet pocałowała mnie w policzek, tak że aż opuściłem od zadawnionego wstydu głowę. Ale ona mnie tylko pogłaskała ze słowami: – Nic się, synku, nie przejmuj.
/…/ Wolno wylałem się na ulicę przez bramę, koło której kręciła się już regularna straż przemysłowa. Dookoła huczała szczęśliwie ulica, a ja szedłem zatopiony w myślach, aż koło mnie raz i drugi zatrąbił samochód Fiat Polski. Patrzę, a ze środka wychyla się, machając do mnie zaciśniętą chyba na znak solidarności pięścią, Przełożony Wysokiego Towarzysza. /…/
Dalej to już trudno opisać, w każdym razie z naszego odpucowanego i przybranego zieloną trawą na kolor nadziei wozu wysypała się rodzina – trzylatek, pięciolatek, matka, do tego stopnia, że nawet wylazł dziadek i ojciec wychylił się z głową. Matka gotowała rzepę na obiad i żałowała, że nie ustawiła się po chleb, ale i tak ze wzruszenia nikt by na pewno nic nie zjadł. A ja wyciągnąłem się najpierw wygodnie na skrzyni w otoczeniu najbliższych, myśląc że po pierwsze, w szerokim planie nie można całkiem na pewno wykluczyć, że rząd dotrzyma tego, co podpisał, że w tym roku to już na pewno będzie czym w mrozy palić, dostanę nie cztery, nie pięć, ale najmniej siedem drewnianych skrzynek, a w ogóle do zimy jeszcze daleko, zresztą, kto wie, może mieć łagodny przebieg.
Następnie poszedłem na miejsce, gdzie była pochowana kicia, a potem już osobiście na grób półtoraroczniaka, gdzie najpierw pomodliłem się żarliwie, dodając: – Widzisz, synku, teraz to już chyba jakoś pójdzie.
Dziś Ufnal powinien mieć około sześćdziesięciu, siedemdziesięciu lat. Nie wiadomo, co działo się z nim w stanie wojennym i później; czy spotykał się w pracy z Okularnicą, która musiała dopracować do emerytury, czy widywał ją później. Czy i jemu po latach, jak jej, brakowało na leki. A może nie wytrzymał, zaczął pić, z barakowozu przeniósł się żebrać na ulicę i zmarł gdzieś tam, na jakimś dworcu kolejowym, we Wrzeszczu może, może w Gdyni lub Gdańsku, albo skończył w przytulisku dla bezdomnych, na przykład w Przegalinie. A może wprost przeciwnie, powodzi mu się teraz całkiem nieźle; może, choć schorowany, z pogodnym sercem prowadzi wnuki na spacery i tęskni za robotą w stoczni, za robotą w charakterze rdzacza. I może nawet, jak mu się zbierze na narzekanie, gada że za komuny było lepiej. Albo zaciął się w sobie, nic już nie mówi, pogrążony w myślach chodzi na groby i starymi palcami, ledwo się schylając w bólu, zapala tanie znicze. Nie wiem też, za kim lub przeciw komu jest i co sądzi o Henryce Krzywonos, a co o Wąsaczu, kryptonim „Bolek”, co o doradcach, o stanie stoczni. Nieważne to zresztą, mało ważne. Kogo obchodzi jakiś tam Ufnal.
Opowiadanie Głowackiego ukazało się w PRL w drugim obiegu. Powstało m.in. na podstawie niezrealizowanej noweli filmowej, którą autor napisał wespół z Michałem Mońko. Przeczytałem je po raz pierwszy – zadziwiony, spod czyjego wyszło pióra – chyba w 1997 r., gdy nakładem „Świata Książki” wydano zbiór opowiadań Głowackiego „Rose Café i inne opowieści”.
Dziś jest świetna okazja, by sobie ten tekst przypomnieć. Na naszym rynku wydawniczym ukazuje się właśnie Kanon Literatury Podziemnej: w 20. rocznicę historycznej daty 1989 Oficyna Wydawnicza Volumen i wydawnictwo Bellona we współpracy z Europejskim Centrum Solidarności, Narodowym Centrum Kultury, Radą Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa oraz Stowarzyszeniem Pokolenie przedstawiają kolekcję książek nazwaną Kanonem Literatury Podziemnej. Celem przedsięwzięcia jest pokazanie wielkiego wkładu podziemnego ruchu wydawniczego w polską kulturę – utrwalenie w świadomości współczesnego pokolenia obrazu tzw. drugiego obiegu wydawniczego lat 1976-1989 jako przestrzeni, w której działali najlepsi z najlepszych pisarze, poeci, dziennikarze. Lista książek jest tak dobrana, aby obraz ten był obrazem wolnej wspólnoty poszukiwań i sporów, swobodnej umysłowo i zróżnicowanej estetycznie, aby zawierał i reprezentował wszystkie lub prawie wszystkie główne gatunki literackie, aby pokazywał wielkie bogactwo duchowe pozaoficjalnego życia tamtej epoki. Za kryterium formalne wydawcy przyjęli fakt pierwszego wydania dzieła w drugim obiegu; czyli na Kanon składają się książki wybrane spośród tych, które w drugim obiegu miały swoją premierę, które nieprędko ujrzałyby światło dzienne albo i wcale, a być może nie zostałyby napisane, gdyby nie powstała fenomenalna przestrzeń wolnego słowa, jaką stworzył niezależny ruch wydawniczy – zjawisko niespotykane na skalę światową. Komunistyczna reglamentacja obowiązywała nie tylko w sklepach spożywczych, ale i w księgarniach. Niektóre produkty literackie były po prostu nie do kupienia. Dodam, że na publikację książek w tej serii nie zgodzili się wdowa po Zbigniewie Herbercie i Adam Michnik. A cały wykaz publikacji znajdziecie tutaj.
Nie idzie mi jednak przede wszystkim o literaturę. Opowiadanie Głowackiego raz jeszcze pozwala sobie uświadomić, sprzeciwem wobec jakiego syfu była „Solidarność”. Warto, żeby o tym pamiętali i co bardziej naiwni lewacy oraz sympatycy „komunistycznego patrioty”: dlaczego, w czyim imieniu, w reakcji na co ludzie zbuntowali się. Dlaczego wybuchały strajki, rozruchy, dlaczego dochodziło do masowych wystąpień na ulicach. Skąd brały się czołgi i zabici. Skąd pytanie: „za czym kolejka ta stoi?”. Czego chcieli ludzie: poszanowania swojej pracy, uznania godności, normalnych słów, oraz – cóż w tym złego? – poprawy warunków bytu. I chcieli też tego banalnego „lepszego jutra”, jeśli już nie dla siebie, to dla swoich dzieci.
I dlatego jest mi dziś wstyd, gdy obserwuję swary wokół „Solidarności”. Gdy widzę jej ludzi, obrosłych władzą i wpływami, którzy upodobnili się do Przełożonego Wysokiego Towarzysza i mają dziś pięść zaciśniętą (na znak solidarności, oczywiście). I patrząc na Was teraz myślę ze smutkiem, chyba podobnie jak myśleli przed trzydziestu laty moi Rodzice, patrząc na ludzi tamtej władzy: kim Wy właściwie jesteście? Co z Was za ludzie?
Wy jesteście Moc, która znów okrzepła? Co się z Wami stało? Kim Wy jesteście, do cholery?
przez Konrad Malec | niedziela 5 września 2010 | opinie
Ponad połowa spośród 12 marek wskazanych przez czytelników „Pulsu Biznesu” jako powód do narodowej dumy należy do ponadnarodowych korporacji.
Sześciu laureatów plebiscytu to napoje alkoholowe, wiodące marki na rynku krajowym i/lub eksportowym; wszystkie przejęte przez międzynarodowe podmioty gospodarcze (jeden wytwarza swój produkt także w zakładach poza Polską). Dużym uznaniem cieszy się również marka E. Wedel, obecnie w posiadaniu… japońsko-koreańskim. Pierwsza firma, która szczyci się wyłącznie rodzimym (i rodzinnym) kapitałem, to producent autobusów z Bolechowa, Solaris, który zajął w rankingu 4. miejsce. Na pozycji 8. znalazł się Ludwik, płyn do mycia naczyń, którego wytwórca na swojej stronie internetowej również chwali się w pełni polskim właścicielstwem. Na liście znalazły się ponadto koszule Vistuli i Wólczanki, należące do polskiej grupy kapitałowej, i dwie firmy o własności rodzinnej (Melex i Dr Irena Eris).
Wyniki internetowej zabawy dziennika pozwalają uchwycić powszechny sposób postrzegania rzeczywistości: coś, co zawsze było wytwarzane w kraju – jest polskie, nawet jeśli producentem jest obcy podmiot, wyprowadzający wypracowany zysk za granicę (w dwudziestoleciu międzywojennym Austriacy stosowali podobne metody produkując na nasz rynek kosy „Kosynier”). Wielu rodaków kupując produkty opatrzone tradycyjnymi polskimi znakami towarowymi nawet nie wie, że przyczynia się do drenażu ekonomicznego własnego kraju. Inna rzecz, że często niełatwo o alternatywę, np. rynek napojów alkoholowych czy słodyczy zostały niemal w całości zdominowane przez obcy kapitał.
Jeśli spojrzymy na ranking z szerszej perspektywy, uderza fakt, że wśród marek, które wygrały „casting”, tylko trzy reprezentują innowacyjne, a więc perspektywiczne dziedziny przemysłu. Jak określił to na łamach „Obywatela” dr hab. Andrzej Karpiński, dominuje u nas przemysł „dymiący”, ustępujący z państw rozwiniętych, natomiast produkcja w branżach nowoczesnych stanowi 0,1-1,7% produkcji „starej” Unii, podczas gdy ludność Polski stanowi ponad 10% ludności Piętnastki. Sytuacja pod tym względem znacznie pogorszyła się w ciągu dwudziestu lat transformacji, zwłaszcza że powyższe, nikłe procenty w ogromnej części dotyczą montowni. To spuścizna przyjętego modelu prywatyzacji, ale i braku aktywnej polityki przemysłowej państwa. Wysokorozwinięte kraje zachodnie aktywnie wspierają swoje przemysły, pompując duże ilości pieniędzy w badania naukowe istotne dla rozwoju poszczególnych branż, podczas gdy u nas zdarzają się co najwyżej nakłady na „twardą” infrastrukturę. Skutki najlepiej obrazuje przykład przemysłu okrętowego. Niedozwolona pomoc publiczna okazała się gwoździem do trumny dla części naszych stoczni (choć rząd miał szersze pole manewru – pisaliśmy o tym w nr 46), podczas gdy Niemcy na swoje okrętownictwo przeznaczali znacznie większe kwoty, podnosząc jednocześnie jego konkurencyjność.
Dominujące w strukturze naszego przemysłu dziedziny opierają się o proste przetwórstwo i zaspokajają najbardziej podstawowe potrzeby. To samo dotyczy naszego eksportu, w którym królują produkty rolne i półfabrykaty. W medialnym szumie o rzekomej mocy polskiej gospodarki („odpornej na kryzys”) ginie alarmująca informacja, że udział importu w sprzedaży krajowej sięga 54%, podczas gdy udział produkcji wytworzonej w kraju (łącznie z firmami zagranicznymi) tylko 46%. Co gorsza, dominuje tendencja, by w ramach branż schyłkowych walczyć z zagraniczną konkurencją za pomocą niskich cen. Problem w tym, że wschodniej taniochy i tak nie przebijemy, a zbijanie kosztów przez obniżanie płac pomniejsza siłę nabywczą pracowników, będącą siłą napędową gospodarki, przez co wpadamy w błędne koło niedorozwoju.
Jeśli zrobimy solidny gospodarczy rachunek sumienia, okaże się, że de facto jesteśmy krajem półkolonialnym: sprzedajemy surowce i półprodukty, natomiast dobra wysokoprzetworzone i luksusowe sprowadzamy z zagranicy. Bezpośrednio po odzyskaniu niepodległości, choć kraj był w totalnej ruinie, inwestowano w rozwój rodzimej wytwórczości – początkowo na zagranicznych licencjach, a następnie we własne konstrukcje, co najlepiej widać na przykładzie przemysłu zbrojeniowego. Ostatnie przedwojenne polskie czołgi, samoloty czy karabiny były nowoczesne, bardzo dobrej jakości, a przy tym zaprojektowane i wykonane w kraju. Dziś, w bez porównania bardziej sprzyjających warunkach historycznych, gdy mowa o rozwoju przemysłu, najczęściej chodzi o żebraninę u zagranicznych inwestorów o wybudowanie u nas ich montowni. „Stymulowanie rozwoju gospodarki” ogranicza się do kolejnych zwolnień podatkowych dla najlepiej sytuowanych, liberalizacji prawa pracy i utrzymywania niskiej płacy minimalnej, natomiast rozwój nauki sprowadzono do zwiększania „produkcji” studentów, opuszczających akademickie mury z coraz mniejszą wiedzą.
Na „polską Nokię” będziemy musieli poczekać – na razie pozostaje nam prawie-piwo.
Konrad Malec