Przeciąg historii

Obywateli hipnotyzuje tzw. okno papieskie w krakowskim Pałacu Biskupim oraz okno mokotowskiej willi gen. Jaruzelskiego. Czy jednak nie warto byłoby przejść się czasem pod inne okno?

Zima niczyja?

Co roku, w nocy z 12 na 13 grudnia pod domem Wojciecha Jaruzelskiego pojawia się licząca od kilkudziesięciu do kilkuset osób grupa ludzi chcących upamiętnić rocznicę wprowadzenia stanu wojennego. Przeważającą większość stanowią przeciwnicy „czerwonego generała”.

Jeszcze parę lat temu odnosiło się wrażenie, że protestującym o coś chodzi, i że przynajmniej do pewnego stopnia reprezentują liczną grupę Polaków, według których stan wojenny był zbrodniczą próbą zduszenia „Solidarności”. Niestety, ostatnie manifestacje bardzo „zaniżyły poziom”. Wszelakiej maści krótko ostrzyżeni chłopcy stali się przytłaczającą większością, a „Zima wasza, wiosna nasza!” czy klasyczne „Precz z komuną!” – chwytliwe i bądź co bądź racjonalne hasła sprzed lat – ustąpiły „Wyłaź, szczurze”, „SLD – KGB” czy „Generale, smaruj pałę”.

Dlaczego zwykli obywatele przestają przychodzić pod dom Jaruzelskiego? Pokusiłbym się o hipotezę, że duży wpływ ma tu zwyczajny fakt, iż od 1981 r. minęło już sporo czasu i stan wojenny, choć rozmaicie oceniany, budzi coraz mniejsze emocje. Co więcej, pokolenia urodzone po upadku komunizmu są już zmęczone martyrologiczną narracją postsolidarnościową i na sprawie generała zwyczajnie położyły to, co NOP-owcy radzą mu smarować.

Skoro zbieranie się pod domem niemal 90-letniego starca i wykrzykiwanie mu po nocy haseł nie wydaje się dziś odpowiednią formą prowadzenia debaty historycznej, warto by się zastanowić, pod jakim innym oknem moglibyśmy ze znajomymi miło spędzić wieczór.

Nikt nic nie wie

Domyślam się, że każdy czytelnik ma własnego faworyta. Mimo to chciałbym zaproponować swojego kandydata: Leszka Balcerowicza.

Sukces tego adepta Instytutu Podstawowych Problemów Marksizmu-Leninizmu był dla mnie zawsze zagadką porównywalną z tajemnicą Trójkąta Bermudzkiego. Umiarkowanie znany akademicki ekonomista bez doświadczenia w kierowaniu zespołem ludzkim, na dodatek kiepski mówca – nagle zostaje wicepremierem i ministrem finansów pierwszego demokratycznego rządu. I to rządu, dodajmy, o zabarwieniu mocno lewicowym.

Nigdy nie byłem w stanie zrozumieć, co stało się z elitą „Solidarności”, która gdy tylko stworzyła własny gabinet polityczny, wykonała zwrot o 180 stopni, porzucając lewicowy program ustalony przy Okrągłym Stole (polityka pełnego zatrudnienia, zrównoważenia gospodarki, ewolucyjnych przemian ekonomicznych itd.). Następnie rozpoczęła realizację planu, którego historia, jeśli kiedykolwiek zostanie zekranizowana, mogłaby mieć tytuł jak jeden z filmów Woody’ego Allena: „Bierz forsę i w nogi”.

Dlaczego Mazowiecki, Kuroń czy Michnik – wszyscy otwarcie przyznający się do ekonomicznej ignorancji – tak łatwo zawierzyli neoliberalnym doradcom z USA (przezywanym Brygadą Marriotta), takim jak Jeffrey Sachs i George Soros? I jak to możliwe, że owoc prac zespołu wicepremiera, czyli pakiet ustaw nazwany potem planem Balcerowicza, wprowadzono bez konsultacji społecznych oraz oglądania się na krytykę czołowych ekonomistów i posłów (Bugaj, Kowalik, Modzelewski, Małachowski)?

Wreszcie, ludzkie pojęcie przechodzi nieświadomość rządu i prezydenta w kwestii tworzonego planu zepchnięcia kraju gospodarki nakazowo-rozdzielczej w odmęty wolnego rynku. Po latach Lech Wałęsa przyznał, że zaakceptował program wicepremiera, mimo że ten nie pofatygował się przedstawić mu go w finalnej wersji.

Jednak najbardziej zastanawia mnie fakt, że pomimo oczywistej porażki planu Balcerowicza, jego twórca nie stał się medialną persona non grata.

Księżycowa ekonomia

Jak od lat podkreśla prof. Tadeusz Kowalik, żaden PRL-owski plan nie rozminął się z rzeczywistością tak bardzo, jak plan Balcerowicza.

Weźmy bezrobocie. Oceniano, że osiągnie poziom 400 tys. osób (Sachs mówił wręcz o nieco ponad 100 tys.), a i to jako zjawisko tymczasowe. Jednakże na bruku wylądowały 3 mln Polaków. Inflacja miała spaść do jednocyfrowej – stało się tak dopiero pod koniec lat 90. Wzrost cen okazał się pięciokrotnie wyższy od zakładanego. Spadek produkcji przemysłowej pięć razy przekroczył przewidywania „speców” ministerstwa. I tak dalej…

Mylić się jest rzeczą ludzką. Osobiście jestem w stanie wiele bliźnim wybaczyć. Nawet wybór najbardziej radykalnego wariantu reform spośród rekomendowanych przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Nawet zabawę w laboratorium ekonomiczne pod batutą Miltona Friedmana (który radził Balcerowiczowi nie brać wzorów ze współczesnych, „socjalistycznych” Stanów Zjednoczonych, ale z ustroju tego kraju… sprzed stu lat), przy skocznych akordach kapitałów zachodnich skupujących za bezcen sektor państwowy.

Niech będzie. Trzeba rozumieć kontekst historyczny tamtych czasów i nawet chyba istotniejszy czynnik ludzki, który stał u podstaw błędów gabinetu Mazowieckiego. Ze strony Balcerowicza, którego kompetencji część środowiska ekonomistów nigdy wysoko nie ceniła, również wiele spodziewać się nie powinniśmy. Na czele gospodarki stanął człowiek o bezprecedensowym uporze, darze organizowania ludzi i – przepraszam – niewielkiej wiedzy o procesach gospodarczych i społecznych. To pozwoliło mu nie widzieć trudności i iść naprzód. Po prostu nie wiedział, że robi rzeczy niemożliwe – tak w 2005 r. dorobek wicepremiera ocenił obecny szef NBP, Marek Belka. Dlaczego jednak Balcerowicz, zamiast cichaczem wycofać się na „intelektualną Elbę” w postaci założonego przez siebie Forum Obywatelskiego Rozwoju, jako VIP bierze udział w najważniejszych debatach publicznych?

Ostatni niesprawiedliwy

Za społeczne skutki swojej wiary w neoliberalne dogmaty przeprosiło już wielu. Przede wszystkim Sachs, który wykonał niespodziewaną woltę i teraz jest głosicielem idei zrównoważonego rozwoju. Z 1990 r. rozliczali się także niektórzy politycy, np. ówczesny wicemarszałek Sejmu Aleksander Małachowski, a spośród członków gabinetu Mazowieckiego – Jacek Kuroń. Nawet pierwszy demokratyczny premier zdaje się przewartościowywać swoje spojrzenie na plan Balcerowicza (choćby w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” z 6 czerwca 2009 r.).

Także przy okazji debaty dotyczącej Otwartych Funduszy Emerytalnych widzimy, jak dawni zatwardziali neoliberałowie zmieniają poglądy. Najlepiej można to dostrzec w zaskakująco pragmatycznym stanowisku ministra finansów Jacka Rostowskiego, współtwórcy reform ustrojowych, a także doradcy premiera, Jana Krzysztofa Bieleckiego.

Mimo to Balcerowicz nadal nie traci rezonu. Zamiast karnie stanąć do szeregu i wyjść z ambarasu z twarzą, zgrywa pierwszej wody eksperta, który ma zawsze gotowe recepty na wszelkie bolączki gospodarki. Co gorsza, znajduje wielki posłuch u dziennikarzy. Niedawno na antenie radia TOK FM Janina Paradowska chwaliła go za to, że jego pomysł na OFE, w odróżnieniu od tego rządowego, jest… prosty.

Skoro elity polityczne, biznesowe oraz media nie chcą bądź nie są w stanie pojąć, że Balcerowicz jest ekonomiczną ofermą, obywatele powinni wziąć sprawy w swoje ręce. To chyba jedyna szansa na wytrącenie z letargu naczelnego doktrynera III RP.

Panu już dziękujemy

Przyznam, że nie wiem, gdzie mieszka szef Forum Obywatelskiego Rozwoju. Mam nadzieję, że w wypasionej chacie w samym centrum Warszawy, z dojazdem dogodniejszym niż pod dom Jaruzelskiego, dzięki czemu będziemy mogli gremialnie tam przybyć.

Gasnącego generała i historyczne demony zostawmy rzeczowej debacie historyków. Biorąc pod uwagę ciężar gatunkowy „zasług” Balcerowicza, „okienny obóz protestu” należy przenieść spod okna na ul. Ikara pod dom ekonomisty. Dla wahających się mam dobrą wiadomość. Zamiast w mroźną, grudniową noc, spotykamy się we wrześniu – w tym samym miesiącu, w którym grupa ekspertów byłego wicepremiera stworzyła plan reform.

Mam już nawet pomysł na pierwszy okrzyk, który będziemy ochoczo wznosić: „Balcerowicz do domu!”.

Wszystko ma swoją cenę

W kapitalistycznym świecie wszystko musi zostać przeliczone na pieniądze, nawet bezcenne pamiątki kultury i natury.

W połowie lutego Ministerstwo Środowiska rozesłało do wszystkich parków narodowych polecenie wyceny wartości należących do nich terenów. Niebawem poznamy rynkową wartość Puszczy Białowieskiej – jednego z ostatnich niżowych lasów naturalnych Europy, Morskiego Oka, Maczugi Herkulesa czy jedynych w Europie ruchomych wydm nadmorskich. Ministerstwo twierdzi, że taki wymóg nałożyła nań ostatnia kontrola NIK, wskazując na zapisy ustawy o rachunkowości. Przedstawiciele Izby dziwią się jednak, że resort środowiska wybrał tę drogę, skoro mógł zwrócić się do posłów o zmianę ustawy, w nieżyciowy sposób podchodzącej do terenów chronionych.

Być może ministerstwo popełniło gafę, urzędnik, od którego należałoby oczekiwać wyprostowania sytuacji – nie pomyślał. To się zdarza. Rzecz w tym, że cała sytuacja doskonale pokazuje, jak wygląda postrzeganie wartości przez pryzmat pieniądza. Jak dziś pamiętam zajęcia z ekonomii w ochronie środowiska, na które uczęszczałem podczas studiów. Najbardziej utkwiło mi w pamięci przesłanie, że wszystko ma swoją wymierną wartość. Kiedy spytałem, jak wycenić Tatry, prowadząca wykład odrzekła, że trzeba zapytać, ile ktoś jest w stanie za nie zapłacić. Suma takich „ktosiów” da nam odpowiedź.

Wycena wyceną; ot, kolejny przejaw jałowego przeliczania wszystkiego na szmal, uznałem. Zmroziło mnie dopiero kilka chwil później. Dowiedziałem się bowiem, w jakich sytuacjach będzie można przeprowadzić destruktywne inwestycje w miejscach, które uznawałem za bezcenne. Oczywiście wówczas, gdy wartość inwestycji przekroczy nominalną wartość np. Doliny Chochołowskiej, Wigier czy Puszczy Kampinoskiej. To samo dotyczy zabytków, np. Wawelu, Zamku Królewskiego w Warszawie czy kolegiaty w Tumie. Z ekonomicznego punktu widzenia to tylko zbiory cegieł, dość starych, więc niewiele wartych. Wyższe partie Tatr to jedynie trudne w użytkowaniu łąki, z kolei zachowane w pierwotnym stanie fragmenty Puszczy Białowieskiej stanowią potencjalnie dość cenny zasób desek.

To, że powyższych dóbr, które ponadprzeciętnie ceni jedynie pewien zbiór naiwniaków, nikt jeszcze nie przetworzył na coś bardziej wartościowego, jest tylko zrządzeniem losu. Problem leży jedynie w tym, że z winy archaicznych przepisów na większości z nich nie można zarabiać jak należy, skoro bilety wstępu są sprzedawane po symbolicznych cenach, a do tego często limitowane.

Może wycena położy kres marnotrawstwu i pozwoli wreszcie godziwie na przyrodzie zarabiać? Skoro olbrzymia rzesza ludzi deklaruje, że jest ona dla nich ważną wartością, to może nareszcie zaczną za nią płacić? A jeśli nie, to rząd sprzeda zbędny zasób, łatając tym samym dziurę budżetową. Prywatny inwestor już będzie wiedział, jak na nim zarobić, a przy okazji odprowadzi podatek od zysku (do jakiegoś raju podatkowego). Stertami cegieł zajmiemy się w drugiej kolejności.

Na marginesie „Złotych żniw”

Na marginesie „Złotych żniw”

Staram się unikać zabierania głosu w sprawach związanych ze stosunkami polsko-żydowskimi, z filo- czy antysemityzmem. Robię to tylko wtedy, gdy sytuacja mnie do tego zmusza lub prowokuje. Czynię to niechętnie, dla przeciwstawienia się antysemickim, antypolskim czy po prostu szkodliwym wypowiedziom. Problematyka stosunków polsko-żydowskich nie jest przedmiotem moich zainteresowań, ale czasem milczeć nie można…

Wiadomo, że w czasie wojny, jak i po wojnie, poza pomocą udzielaną Żydom były i haniebne działania Polaków. Wśród Polaków, jak w każdym społeczeństwie, są tak uczciwi ludzie, jak i bandyci. Gdyby jednak ogół zachowywał się podczas okupacji tak, jak to opisują „Złote żniwa”, to mnie by nie było na świecie.

Byli szmalcownicy szantażujący Żydów i donoszący gestapo. Okupant nagradzał ich, promując takie postawy, a podbite państwo nie mogło temu skutecznie przeciwdziałać i karać bandytów. Za ich działania odpowiedzialność ponoszą – poza nimi samymi – ci, którzy na nie pozwalali i którzy je nagradzali. W czasie wojny nie było polskiego rządu kolaboracyjnego, a jedyne legalne polskie władze (Rząd Londyński) nakazywały wydawanie wyroków śmierci na szmalcowników, zaś AK jak mogła, te wyroki wykonywała. Byli też Polacy, którzy narażając własne życie ratowali ukrywających się Żydów.

Obecnie trwa rozmywanie odpowiedzialności za zbrodnie II wojny światowej popełnione na Żydach, tak by trochę jej zdjąć z Niemców, aby trochę spadło na Polskę. Piszę to, mimo iż moi dziadkowie zginęli z rąk szmalcownika. Moja matka, Erna Rosenstein, wraz ze swoimi rodzicami uciekała z Warszawy na wieś, wydawało się, że tam będzie bezpieczniej. Człowiek, który zaoferował pomoc, zabrał ich pociągiem gdzieś pod Małkinię, ograbił i zabił. Mojej matce udało się uciec. Nie można jednak za to morderstwo obwiniać polskiego społeczeństwa. Dziesiątki ludzi próbowały im wcześniej pomagać, a wystarczył jeden bandzior, żeby ich zamordować. Za działania bandytów nie wolno obwiniać wszystkich Polaków, na zasadzie odpowiedzialności zbiorowej, bo sporo ludzi pomagało jak mogło, mimo iż kraj był pod okupacją. Za zbrodnie odpowiadają ci, którzy je popełnili oraz hitlerowcy, którzy te działania promowali i nagradzali.

Byli szabrownicy, którzy po wojnie grabili mienie po pomordowanych Żydach. Rozkopywano także groby. Te bandyckie działania, brak skutecznej reakcji władz, muszą być oceniane na tle stanu państwa, w którym trwała wojna domowa, reforma rolna, trwało przemieszczanie ludności na niespotykaną skalę. Równolegle miało miejsce grabienie dworków na parcelowanej ziemi i masowy szaber mienia porzuconego przez Niemców na Ziemiach Odzyskanych.

Ponieważ w czasie wojny na terenie Polski zginęła kolosalna liczba Żydów, pozostał po nich ogromny majątek i oczywiście szaber w wielkim stopniu dotyczył właśnie ich mienia. To, co się działo, nie miało w żadnym stopniu charakteru działań narodowych wymierzonych specjalnie w mienie po Żydach, lecz były to akty bandytyzmu, które miewają miejsce po wojnie. Należy je potępiać, nie można ich w żaden sposób tłumaczyć, ale też nie wolno im przypisywać charakteru wyłącznie antysemickiego.

Taki charakter miał oczywiście pogrom w Kielcach, który spotkał się z masowym potępieniem, a przestępcy zostali osądzeni.

Na błędnych torach

Poczta Polska wchodzi w decydującą fazę ograniczania sieci swoich placówek. Nad urzędy pocztowe na wsi oraz w małych miastach – często stanowiące ostatni przyczółek struktur państwowych na prowincji – nadchodzi fala przekształceń. W najlepszym razie stają się one filiami urzędów z większych ośrodków. Co najmniej tysiąc placówek ma zostać zastąpionych agencjami pocztowymi, czyli prywatnymi firmami działającymi w imieniu Poczty Polskiej. Tak filie, jak i agencje świadczą zwykle mniejszy zakres usług niż urzędy pocztowe (np. nie przyjmują cięższych paczek). Ponadto są zwykle znacznie krócej czynne – istnieją w Polsce placówki pocztowe czynne zaledwie jedną godzinę dziennie (np. filia w Zawykach na Podlasiu w godz. 13.00-14.00, filia w Zalasowej w Małopolsce w godz. 10.00-11.00 czy filia w Domisławiu na Pomorzu w godz. 8.45-9.45).

Pocztowi reformatorzy zapewniają, że przekształcenia będą polegać wyłącznie na zamianie urzędów w filie i agencje, a nie całkowitych likwidacjach. Prawda jest jednak taka, że rząd zaakceptował już zmiany w przepisach, które pozwolą na zmniejszenie minimalnej liczby placówek pocztowych, czyli ograniczenie jedynego mechanizmu w jakikolwiek sposób gwarantującego powszechny dostęp do usług pocztowych. Dziś od Poczty Polskiej wymaga się utrzymywania 8240 placówek w całym kraju (w miastach: jedna placówka na 7 tys. mieszkańców, na wsi: jedna placówka na 85 km2). Zmiany, które mają wejść w życie w 2012 r., umożliwią zredukowanie sieci pocztowej o 1,5 tys. placówek!

Obecne plany przekształceń w filie i agencje w rzeczywistości stanowią więc forpocztę zupełnego wycofania się Poczty Polskiej z obsługi „prowincji”. Już dziś publiczny operator pocztowy obszar ten traktuje po macoszemu. Wiele placówek wliczanych do obowiązkowej sieci 8240 punktów pocztowych w rzeczywistości jest „zawieszonych”. Przykładowo, na terenie koszalińskiego oddziału rejonowego poczty obecnie zawieszona jest działalność 11 placówek, podobnie na terenie oddziału w Białej Podlaskiej, zaś na terenie oddziału kieleckiego zawieszonych jest 8 placówek. Występujący w każdym niemal oddziale rejonowym problem zawieszania placówek dotyczy przede wszystkim agencji pocztowych – ajenci rezygnują z obsługi prowadzonych punktów albo Poczta Polska nie jest w stanie porozumieć się z zewnętrznymi partnerami w kwestii warunków umów ajencyjnych. To pokazuje, jaka czeka nas rzeczywistość po przekształceniu tysięcy urzędów pocztowych w „elastyczne” agencje pocztowe.

Faza „reform”, w którą właśnie wchodzi Poczta Polska, niebezpiecznie przypomina przekształcenia dokonane w ciągu ostatnich kilkunastu lat na kolei. Polska sieć kolejowa skurczyła się o ponad jedną czwartą – w 1990 r. eksploatowano 26,2 tys. km sieci, by do 2008 r. skrócić ją do 19,6 tys. km (dane z raportów Eurostatu). Dodajmy, że codzienny ruch pasażerski obecnie prowadzony jest na zaledwie 13,3 tys. km sieci kolejowej. Kolej w wyniku rezygnacji z obsługi linii przynoszących najsłabsze wyniki finansowe przestała być powszechnym, ogólnokrajowym systemem transportu. W powiatach, do których w ogóle nie docierają pociągi pasażerskie, mieszkają 3 mln obywateli.

Ograniczanie sieci lokalnych połączeń spowodowało zmniejszenie potoków pasażerskich na głównych liniach kolejowych. Zasadniczym efektem prowadzonej przez ostatnich kilkanaście lat „reformy” likwidującej nierentowne połączenia był dramatyczny spadek liczby klientów kolei. Według danych międzynarodowej unii kolei UIC, w 1990 r. z usług kolei skorzystało 766 mln pasażerów, a w 2009 r. – zaledwie 211 mln. Jak widać, liczba podróżujących tym środkiem transportu spadła w Polsce o prawie 75%. Przy takim spadku liczby klientów i udziału kolei w rynku transportowym przewoźnicy nie mogli wyjść z problemów finansowych. I rzeczywiście, po dziś dzień wciąż słyszymy o długach i milionowych stratach notowanych przez spółki kolejowe.

Na błędną drogę kolejowych „reform” wkracza obecnie Poczta Polska. Tak jak kolej odcięła się od całych regionów, tak publiczny operator pocztowy wkrótce będzie mógł zlikwidować 1,5 tys. swoich placówek w Polsce powiatowej. Tak jak kolej na wciąż czynnych liniach zmniejszała liczbę połączeń do jednego-dwóch na dobę, zniechęcając do korzystania ze swoich usług nawet najwierniejszych klientów, tak Poczta otwiera swoje mniejsze placówki na zaledwie godzinę dziennie. Tak jak kolej, chcąc spijać śmietankę z rynku transportowego, ograniczyła się do obsługi głównych tras, tak publiczna poczta skupia się na obsłudze strumieni przesyłek w ramach największych aglomeracji. W efekcie tych zmian Poczta Polska – tak jak stało się to z koleją – straci swój powszechny, ogólnokrajowy zasięg. I wraz z nim przychody od milionów klientów.

Cała władza w ręce sondaży!

Jeśli miałbym wskazać polityka, który w największym stopniu reprezentuje moje poglądy, byłby nim Jan Kowalski.

Tradycyjnie przywoływane powody do narodowego samozadowolenia, jak odnalezienie się znacznej liczby Polaków w roli prywatnych przedsiębiorców czy kolejne rekordy hojności wobec fundacji Jerzego Owsiaka – wywołują u mnie odczucia dość ambiwalentne. Rodzimy kapitalizm oraz samoorganizację wokół wspólnych celów obserwuję poniekąd zawodowo i choćby dlatego jestem raczej powściągliwy w zachwytach nad naszą nacją. Polak jaki jest, każdy widzi – wymienić cały katalog naszych zbiorowych wad nie byłoby wielkim wyzwaniem. Daleko mi jednak do tych, którzy najchętniej wymieniliby własne społeczeństwo na jakieś inne, bardziej „nowoczesne” czy „europejskie”.

Mimo swoich ułomności, „statystyczny Polak”, jeśli mu się przyjrzeć bez elitarnych uprzedzeń, okazuje się bowiem mieć poukładane w głowie całkiem nieźle. A gdy wziąć poprawkę na dwie dekady neoliberalnego prania mózgów, poprzedzonego doświadczeniem prawie pół wieku realnego socjalizmu, ze stanu umysłu państwa Kowalskich możemy być wręcz dumni.

Do takiego wniosku skłaniają m.in. wyniki badań opinii społecznej. Choć potrafią niemile zaskoczyć – vide serdeczne uczucia, jakie obdarzony krótką pamięcią naród żywi wobec Jerzego Buzka – w zasadniczych kwestiach politycznych oraz gospodarczych przeciętni obywatele wykazują zwykle rozsądek i przyzwoitość.

Wobec tak zróżnicowanych zagadnień, jak idea podatku liniowego, zadania i optymalne rozmiary sektora publicznego, reprywatyzacja czy stosowanie modyfikacji genetycznych w rolnictwie – większość rodaków konsekwentnie prezentuje stanowisko propaństwowe oraz egalitarne. Z kolei gdy mowa o tematach pozornie kontrowersyjnych, jak dopuszczalność przerywania ciąży, rozdział Kościoła od państwa czy lustracja, Polacy okazują się zaskakująco odporni na postulaty skrajne.

Sondaże pokazują także wyraźnie proeuropejski rys naszego społeczeństwa oraz jego szacunek dla prawa międzynarodowego, czemu towarzyszy rosnący sceptycyzm wobec polityki Stanów Zjednoczonych. Tutaj przykłady mogą stanowić zdecydowany sprzeciw wobec naszego udziału w interwencjach militarnych w Iraku i Afganistanie (niestety, głównie werbalny) czy niechęć wobec budowy elementów tzw. tarczy antyrakietowej.

Gdyby podsumować poszczególne elementy światopoglądu Polaków, okaże się on bliski najlepszym tradycjom postępowym. Na przekór opiniotwórczym elitom, pozostajemy narodem zadeklarowanych socjaldemokratów, w dziedzinie kultury i obyczaju z niezłymi szansami na zachowanie równowagi między tradycyjnymi wartościami a emancypacją jednostki. Niestety, czynniki historyczne sprawiły, że poglądy znacznej części społeczeństwa nie są reprezentowane przez liczące się ugrupowania polityczne, a ich elity pozostają bezkarne wobec wyroków demokracji. Co gorsza, nie nadążają one mentalnie za resztą społeczeństwa, które intuicyjnie opowiedziało się za najbardziej efektywnym i sprawiedliwym ładem społeczno-gospodarczym. Oparcie go na programie zarysowanym przez samych obywateli – czego należałoby oczekiwać w systemie demokratycznym – przesunęłoby nas nawet nie tyle na Zachód, co na Północ Europy. Tymczasem polski establishment nadal żyje dawno skompromitowanym mitem „drugiej Ameryki”, względnie „drugiej Irlandii”.

Nie twierdzę, że demokracja plebiscytarna byłaby  panaceum na polskie bolączki. Więcej nawet: oczekuję od polityków, by nie obawiali się podejmować decyzji idących pod prąd społecznych oczekiwań, dopóki busolą będzie dla nich mądrze rozumiane dobro publiczne. Zmierzam do banalnej w gruncie rzeczy konstatacji, że technokracja – „rządy fachowców”, mających za nic kwestie takie jak umowa społeczna czy wartości wyznawane przez społeczeństwo – ostatecznie wyczerpała się jako forma rządów w Polsce. Wbrew nadziejom Lenina, nie każda kucharka jest w stanie nauczyć się zarządzać nowoczesnym państwem. Jednak nowoczesne państwo nie może także na dłuższą metę sprawnie funkcjonować, jeżeli światłe poglądy na temat jego zadań posiadają wyłącznie kucharki.

Zielona Wyspa szuka pracy

Zielona Wyspa szuka pracy

17 lutego br. na łamach ogólnopolskiego dziennika „Metro” ukazał się artykuł pod znamiennym tytułem: „Jestem germanistką. Za 5 zł sklejam pudełka”. To pełna dramatyzmu relacja Ewy, młodej absolwentki bezskutecznie poszukującej pracy, z której mogłaby się utrzymać. Mamy w niej chyba wszystko to, co spotyka kończących studia Polaków na początku ich drogi zawodowej. Mianowicie: codzienne wertowanie gazet i portali z ogłoszeniami, wysyłanie dziesiątek CV i listów motywacyjnych (z czasem – gdzie popadnie), sporadyczne rozmowy kwalifikacyjne, dorywcze zajęcia, McPracę „na przeczekanie” – często trwające latami, bezpłatne staże, wolontariat, akwizycję, przedsiębiorców skłonnych rzucić kilka złotych, ale wyłącznie „pod stołem”, bezdusznych urzędników, dla których absolwent bez zajęcia to ofiara własnej nieudolności bądź roszczeniowiec oczekujący od razu prezesowskiego fotela… Już na wstępie redakcja stawia kilka interesujących pytań: A jeśli to nie jest wina Ewy? A jeśli takich osób jak Ewa jest znacznie więcej? Jak planować swoje życie, nie mogąc myśleć o choćby minimalnej stabilizacji? Przecież Polska to Zielona Wyspa!

Trudno posądzać bohaterkę artykułu o życiową nieporadność czy nieuleczalne lenistwo. Opanowała całe know-how, którego znajomość teoretycznie umożliwia znalezienie pracy. Jak sama przyznała, potrafi się przekonująco sprzedać. Kurs autoprezentacji byłby w jej przypadku stratą czasu. Tekst kończy się odważnym wyznaniem Ewy: Już się nie wstydzę, że jestem bezrobotna. To nie moja wina, tylko chorego systemu, który takich jak ja kopie w d... Wiedząc, że na nic innego nie będzie w stanie zaoszczędzić, odkłada na bilet do mroźnej Skandynawii; decyduje się zostawić Zieloną Wyspę dla białych nocy i białych niedźwiedzi. Życzmy jej powodzenia, mając świadomość, że w krajach skandynawskich gospodarka w pierwszej kolejności służy przeciętnemu obywatelowi, a nie transnarodowym korporacjom i elitom władzy.

Brak pracy to w naszym kraju problem od początku transformacji. Przeciętna stopa bezrobocia do momentu wejścia Polski do Unii Europejskiej wynosiła ok. 16%, była i nadal jest ponad dwukrotnie wyższa niż w „starej” Unii. Na przełomie 2003 i 2004 r. osiągnęła zatrważający poziom 20%, bez pracy pozostawało ponad 40% młodzieży. Otwarcie granic przez Wielką Brytanię i Irlandię stało się buforem osłabiającym skutki wejścia na rynek pracy pokolenia wyżu demograficznego lat 80. Anglosasi doświadczali wówczas dotkliwych braków w tradycyjnie nisko opłacanych sektorach usług i handlu. Fala emigracji zarobkowej przekroczyła wtedy dwa miliony osób. Staliśmy się największym w Europie eksporterem taniej i nieźle wykwalifikowanej siły roboczej. W rodzinnych stronach wydłużałaby tylko kolejki w pośredniakach. Podobnie jest w Ameryce, której gospodarkę zasilają półdarmowi pracownicy z Meksyku, i w Azji, gdzie tę rolę spełniają Chińczycy.

Obecnie w grupie osób do 25. roku życia, wśród których są także absolwenci studiów wyższych, bezrobotni stanowią ponad 22% (GUS, dane na koniec 2010 r.). Każdy, kto choć przez krótki czas pozostawał bez pracy wie, jak negatywny wpływ wywołuje taka sytuacja. Uczucia wstydu i upokorzenia, stopniowa utrata wiary we własne siły, przedłużająca się apatia, demoralizacja należą tutaj do kanonu. Można wymienić również całą gamę skutków makroekonomicznych. Stagnacja, spadek popytu wewnętrznego, pogłębianie nierówności ekonomicznych, ucieczka najzdolniejszych – to tylko kilka najbardziej podstawowych.

Wskaźnik bezrobocia rejestrowanego, latami przekraczający 10%, oznacza ogromną armię ludzi bez pracy. Wbrew temu, co twierdzą nadwiślańscy liberałowie gospodarczy, taki stan rzeczy nie „oczyszcza” rynku, tylko go psuje. Sprawia między innymi, że stawki wynagrodzeń kształtują się na zaniżonym poziomie, skoro „jest wielu na twoje miejsce”. Tymczasem oni uparcie utrzymują, jakoby bezrobocie było w Polsce wydumanym zagadnieniem, „bo każdy, kto chce pracować, pracę w końcu znajdzie. Ci, co jej nie mają, pewnie sami są sobie winni – nie chce im się pracować, bo są leniwi i wolą brać wysokie zasiłki” (590 zł/mc!).

Kolejne ekipy rządzące niewiele sobie robią z bezrobocia. Pozostaje ono polem pozorowanych działań i politycznej hipokryzji. Lansowany od dwudziestu lat skrajny indywidualizm i neoliberalna propaganda zasiały w ludziach przeświadczenie, że za wszystkie swoje niepowodzenia odpowiadają oni sami (sukcesy natomiast politycy chętnie przypisują swoim działaniom) To bardzo wygodne dla rządzących. Dopóki ludzie są przekonani, że cała wina leży po ich stronie, politycy nie mają się czego obawiać. Tragedia bezrobocia jest sprowadzana do jednostkowego problemu, którego rozwiązanie zależy od obranej przez nas strategii. Tymczasem problem, z którym borykają się ponad dwa miliony czynnych zawodowo osób, trudno rozpatrywać w kategoriach indywidualnych. Jego rzeczywiste przyczyny tkwią w rozwiązaniach systemowych, które dopuszczają do takiej sytuacji, oraz w braku kompleksowej strategii przeciwdziałania. Długotrwałe pozostawanie bez zajęcia wiąże się nieuchronnie z zanikiem postaw obywatelskich. Bezrobotni zazwyczaj nie chodzą na wybory, więc politycy nie czują się zobligowani, aby o nich zadbać.

Przypominam sobie fragmenty książki George’a Orwella „Droga na molo w Wigan”. Za poetyckim tytułem nie kryje się niestety romantyczna treść. To zbiór reportaży z 1936 r. Autor „Folwarku zwierzęcego” i „Roku 1984” opisuje w nich życie i pracę górników w północnej Anglii. To czas naznaczony ciągle żywym wspomnieniem niedawnego Wielkiego Kryzysu. Orwell uchwycił istotę ówczesnego stosunku do bezrobocia: Klasa średnia powtarzała slogan o „leniwych, bezczynnych nygusach na zasiłku” oraz: „ci wszyscy ludzie, gdyby tylko naprawdę chcieli, mogliby łatwo znaleźć pracę” […]; czy: […] moja droga, ja nie wierzę w całą tę gadaninę o bezrobociu. Wyobraź sobie, że w zeszłym tygodniu szukaliśmy kogoś do wypielenia ogródka, no i nie znalazł się żaden chętny. Oni po prostu nie chcą pracować, ot, co!; oraz: Taki był wtedy społeczny stosunek do bezrobocia: uważano je za tragedię, która dotknęła ciebie, osobę indywidualną, tragedię, której ty sam jesteś sprawcą i przyczyną.

Brzmi znajomo?