przez Remigiusz Okraska | piątek 17 czerwca 2011 | opinie
Czy niewielka skala emigracji zarobkowej za Odrę to pokłosie pokutującego w polskiej mentalności dowcipu z lat okupacji: „Chcesz umierać na suchoty – jedź do Niemiec na roboty”? Stabilna gospodarka nieliberalna oferuje mało posad dla niewykwalifikowanych pariasów.
Polskie media w ostatnich tygodniach co i rusz wydają westchnienie ni to zdziwienia, ni to ulgi. Okazało się bowiem, że masowym exodusem za Odrę nie poskutkowało niedawne zniesienie w Niemczech barier formalnych dla pracowników-migrantów z Polski. Ponieważ znakomita większość krajowych mediów ma liberalny profil w kwestiach gospodarczych, w ślad za ulgą i zdziwieniem idzie zwyczajowa propagandowa mantra. Przekonują one, że skoro nie ruszyliśmy masowo na podbój niemieckiego rynku pracy, to widocznie nieźle jest na polskim rynku pracy. Mówiąc inaczej: jeśli ktoś naprawdę chce pracować, to w Polsce pracę znajdzie i wyjeżdżać nie musi. Gdyby bowiem pracy nie było, na „bliski Zachód” ruszyłaby fala emigracyjna.
Takie rozumowanie można łatwo podważyć. Po pierwsze, na Wyspy Brytyjskie wielka fala migracji też nie dokonała się w ciągu miesiąca. „Gazeta Wyborcza” właśnie doniosła, że wśród polskich pracodawców czołową pozycję wśród obaw związanych z brakiem wykwalifikowanych pracowników zajmuje wizja ich wyjazdu do Niemiec. Po drugie, skoro mnóstwo ludzi już wyjechało do innych krajów, to siłą rzeczy teraz do Niemiec wyjedzie ich znacznie mniej, bo Polaków w wieku produkcyjnym nie przybyło nagle wielu. W ramach poprzednich fal emigracji zarobkowej wyjechali już ci, którzy zarazem musieli, jak i mogli, nie mając w Polsce ani dobrej lub jakiejkolwiek pracy i perspektyw, ani też takich zobowiązań czy ograniczeń, które trzymałyby ich na miejscu. Po trzecie, swoje robi kwestia językowa. Szczególnie młodsze pokolenie zna przynajmniej podstawy angielskiego, jest z tym językiem – czy za sprawą szkoły, czy popkultury – choć trochę osłuchane, więc kraje anglojęzyczne jawią się jako bardziej „przyjazne” niż te, gdzie trzeba „szprechać”.
Jednak kluczowy jest powód nie tyle logiczny, co faktograficzny. Otóż Niemcy w obliczu niechybnego otwarcia rynku pracy dla Polaków wręcz zachęcali nas do przyjeżdżania za chlebem. Ale zachęcali bardzo konkretne osoby. W marcu jedna ze śląskich agencji pośrednictwa pracy dostała zgłoszenie zapotrzebowania z Akwizgranu (Aachen) od tamtejszej Izby Rzemieślniczej, działającej w porozumieniu z lokalnymi władzami. Na ok. 800 ofert pracy dla Polaków, poszukiwano 120 elektryków i elektromonterów, 117 budowlańców (głównie specjalistow), 92 ślusarzy, 70 mechaników, 20 optyków, 29 cukierników i piekarzy, 22 fryzjerów, 13 mechatroników oraz po kilku specjalistów w około 20 różnych wąskich specjalizacjach. Były to etaty, na które nie znaleziono chętnych w Niemczech i we Francji.
Jak podkreślają analitycy rynku pracy, tego rodzaju zapotrzebowanie nie jest lokalnym przypadkiem. Odzwierciedla ono ogólnoniemieckie tendencje związane z tym, co można określić jako „praca dla Polaków”. Przed kilkoma dniami rozmawiałem z pracownicą prywatnej agencji pośrednictwa zawodowego. Twierdzi ona, że ofert z Niemiec jest dość sporo, ale głównie dla specjalistów, robotników wykwalifikowanych oraz osób znających dobrze j. niemiecki – i że trudno znaleźć chętnych, bo takie osoby mają zwykle niezłą pracę w Polsce i nie są skore do wyjazdów. Niemieckie wyższe pensje nie zrekompensują im wzrostu kosztów życia (np. wynajem mieszkania) i rozłąki z rodziną czy środowiskiem towarzyskim. Ale już np. poszukiwane w Niemczech pielęgniarki, które w Polsce zarabiają mało, przodują w grupie specjalistów, którzy udali się za zachodnią granicę.
Sądzę, że takie, wyraźnie sprofilowane zapotrzebowanie z niemieckiego rynku pracy, nie jest przypadkowe. To raczej pochodna niemieckiego modelu gospodarki – modelu, który nie ma nic wspólnego z tak wychwalanym w Polsce liberalizmem gospodarczym. Z tym samym liberalizmem, który w wielu krajach, z USA i Anglią na czele, destabilizuje posady trwałe i nieźle płatne, za to „tworzy miejsca pracy” dla poniewierających się z miejsca na miejsce wyrobników lokalnych i przyjezdnych, nie mających alternatywy wobec zasuwania „na zmywaku” na niepewnych, krótkich kontraktach, bez gwarancji socjalnych itp. Niemcy są jednym z tych istotnych nie tyle wyjątków, co przykładów, które stanowią ciężki orzech do zgryzienia dla liberałów.
Oczywiście nie ma potrzeby opowiadać bajek, że Niemcy są rajem. Również tam istnieją kiepskie posady dla miejscowych, a jeszcze więcej jest ich dla imigrantów – poczynając od tureckich, osiadłych od kilku dekad gastarbeiterów, a kończąc na Polakach pracujących do niedawna na czarno na budowach jako pomagierzy od najbardziej niewdzięcznej roboty. Dziś nie ma wśród nowoczesnych państw takich enklaw, do których w ogóle nie dotarłby wirus neoliberalizmu i związane z nim pomysły na destabilizowanie ładu społeczno-gospodarczego. Nie ma też potrzeby demonizować liberalnych gospodarek, do których tu Niemcy porównujemy. Wszak nawet Anglia „pothatcherowska” okazała się dla wielu Polaków z byle jakich emigracyjnych posad istnym rajem w porównaniu z pracą w markecie, jako opiekunka do dziecka czy roznosiciel ulotek w Przasnyszu, Wałbrzychu, Krośnie lub Białymstoku. Bo Anglia może być krajem liberalnym, ale jest zarazem krajem zamożnym i cywilizowanym, posiadającym nowoczesne instytucje i debatę publiczną, która nie jest monologiem. My natomiast wśród pożal się boże „elity” i rozmaitych „liderów opinii” mamy głównie nieuków powtarzających bzdury za Balcerowiczem czy wręcz Korwin-Mikkem i do rangi cnoty podnoszących zachłanny egoizm, podlany sosem bądź to etosowo-michnikowego, bądź kruchtowo-bigoteryjnego moralizowania.
Niemcy są natomiast jaskrawym zaprzeczeniem neoliberalnego doktrynerstwa. W kraju tym niemal nigdy nie było liberalizmu gospodarczego, a gdy był – nie kończyło się to najlepiej. Od wielu dekad popularne jest tam myślenie wspólnotowe i przedkładanie dobra zbiorowego ponad indywidualne interesy. Pierwsze znaczące rozwiązania socjalne sięgają czasów Bismarcka i wprowadzonych przezeń zrębów nowoczesnego systemu ubezpieczeń społecznych. Daleki od lewicy, rozumiał on tę prostą prawdę, że w dynamiczny kapitalizmie i społeczeństwie masowym bzdurne są oczekiwania, iż każdy od młodości do śmierci ma być kowalem własnego losu, a jeśli znajdywać jakieś oparcie, to we „wspólnotach naturalnych” i „tradycyjnych więziach społecznych”. W ówczesnych i dzisiejszych realiach wspólnoty te są zbyt słabe, by uporać się z takim zadaniem, a więzi zostały porwane na strzępy. Nieokiełznany kapitalizm rozbija w proch i pył dawne struktury, lojalności, zależności i powiązania, bo stają one na przeszkodzie jego rozwoju.
To, co Bismarck przeczuwał intuicyjnie, doczekało się pogłębionych analiz w niemieckiej myśli socjaldemokratycznej i chadeckiej. W efekcie, Niemcy są jednym z najlepszych przykładów na poparcie tezy, że dobrze pojęta ingerencja państwa w gospodarkę gwarantuje nie tylko zabezpieczenie dobrostanu jednostek i grup, nie tylko ład społeczny i stabilizację, ale także rozwój ekonomiczny. Gdyby natomiast zostawić rynek samemu sobie, nie byłby on żadnym „naturalnym ładem”, jak chcą naiwni konserwatyści, lecz wojną wszystkich ze wszystkimi, a raczej pobojowiskiem po owej wojnie. Bezładne działanie sił rynkowych zaowocowałoby chaosem, który okiełznać mogłaby tyko nieludzka tyrania. Niemcy wiedzą to doskonale, bo to właśnie u nich Wielki Kryzys, spowodowany „swobodną grą sił rynkowych”, zaowocował nędzą i bezrobociem milionów. Nie mając nic do stracenia, za to rozpaczliwie czepiając się każdego pozoru nadziei, poparły one zbrodniczego demagoga i stoczyły się w otchłań hitleryzmu. Czyli systemu, w którym nie było za grosz tak miłej liberałom wolności. Było natomiast stado zastraszonych baranów, prowadzonych na rzeź przez brutalnych i cynicznych rzeźników.
Niemcy wyciągnęli z tego koszmaru wnioski. Powojenna odbudowa kraju dokonywała się nie wedle liberalnych recept, lecz całkowicie wbrew nim. Nie „niewidzialna ręka rynku”, lecz państwowy interwencjonizm na wielką skalę. Nie sielankowe gawędy o „naturalnych wspólnotach”, lecz państwowe wsparcie zarówno owych wspólnot (rodzin czy społeczności lokalnych), jak również bezpośrednia pomoc tym, którzy od owych wspólnot nie mogą lub nie chcą otrzymać żadnej podpory w życiowych zawieruchach. Czy byli to niemieccy ordoliberałowie (a więc tacy specyficzni liberałowie, dla których ład i stabilizacja są ważniejsze niż wolny rynek i zysk), czy niemieccy socjaldemokraci, przy wszystkich różnicach między nimi podzielali wspólne przekonanie, że konieczna jest perspektywa wspólnotowa i wysiłki państwa na rzecz owej wspólnoty. I że wolny rynek oraz mechaniczne zsumowanie jednostkowych wysiłków, to zdecydowanie za mało, aby ich ojczyzna mogła gwarantować obywatelom godne życie.
Dlatego też niemiecki model gospodarczy jest kapitalizmem z ludzką twarzą. Nie chodzi wszak tylko o rozbudowany „socjal” i hojnie finansowaną sferę publiczną. Niemieckie czołowe banki są wciąż poddane rozmaitym formom kontroli ze strony państwa i prowadzą politykę, którą oprócz chęci zysku znamionuje dbałość o interes wspólnoty narodowej. W przedsiębiorstwach istnieją mechanizmy i instytucje gwarantujące pracownikom wpływ na decyzje strategiczne (w ramach całościowej, spójnej koncepcji współzarządzania, Mitbestimmung) – rady zakładowe, rady pracowników, udział w radach nadzorczych przedstawicieli załogi firmy itd. Silne związki zawodowe są powszechnie akceptowaną normą, nie anomalią. Mimo stosunkowej decentralizacji kraju, funkcjonuje wiele mechanizmów, które pozwalają dbać o całość oraz wyrównywać dysproporcje rozwojowe (dość wspomnieć gigantyczny transfer środków do byłej NRD). Nic zatem dziwnego, że choć globalizacja neoliberalna odcisnęła piętno także na naszych zachodnich sąsiadach, to Niemcy znajdują się w czołówce światowych eksporterów oraz producentów znakomitych wyrobów, w dużej części nadal wytwarzanych na miejscu.
Gospodarka niemiecka jest nowoczesna i dynamiczna, dowodząc, że dobrze pomyślane prospołeczne ingerencje państwa nie muszą prowadzić do niewydolności i nieefektywności. Nie jest to oczywiście żadna nowość ani nic zaskakującego. Pisał o tym obszernie przed laty Michel Albert w znakomitej książce „Kapitalizm kontra kapitalizm”, wykazującej na mnóstwie przykładów, iż wyższości społecznej modelu nadreńskiego nie towarzyszą wcale, jak to się często uważa, podwyższone koszty, niekorzystnie oddziałujące na konkurencyjność gospodarki. Z pewnością sprawiedliwość społeczna ma swoją cenę i trzeba ją finansować ze środków państwowych. Ale mylą się ci, którzy sądzą, że wydatki te muszą przynosić gospodarce szkodę. Przeciwnie – […] konkurencyjność i solidarność mogą stanowić bardzo dobraną parę.
Jak wspomniałem, nie ma potrzeby udawać, że Niemcy to raj. Jednak na tle niezwykle burzliwej epoki, w której wiele dotychczasowych pewników postawiono na głowie, są krajem bardzo stabilnym pod względem społecznym i gospodarczym. Nie wiadomo, czy śmiać się, czy płakać, gdy konserwatywno-liberalni doktrynerzy jednym tchem potępiają niemiecki „socjal” i wieszczą związany z nim nieodległy upadek Niemiec, a zarazem straszą podstępnymi knowaniami pogrobowców Hakaty. „Socjal” czy „etatyzm” nie tylko nie doprowadziły Niemców do ruiny, ale sprawiły, że naszym sąsiadem jest zbiorowość silna, spójna, zamożna, pewna siebie, a nierzadko ekspansywna. To ostatnie może budzić w Polsce zaniepokojenie, jednak nie Niemcy są winni.
To my jesteśmy winni, że kolejne polskie rządy nie robiły niemal nic dla wsparcia rozwoju polskich firm i eksportu ich produktów. Że zaniedbano zaplecze badawcze i rozwojowe przemysłu. Że naiwnie wyobrażano sobie, iż przyzwolenie na wyzysk pracowników zaowocuje akumulacją kapitału, spożytkowanego następnie na nowe inwestycje, nie zaś na luksusową konsumpcję prymitywnych dorobkiewiczów. Że zamiast unowocześniać przedsiębiorstwa i czynić je konkurencyjnymi, po prostu sprzedawano je każdemu, kto się nawinął. Że wśród konsumentów nie rozbudzano etosu nabywania polskich produktów, a wśród biznesmenów – uczciwego płacenia podatków w Polsce. Dziś prawicowe lamenty, że przyjdzie Deutsche Bahn i wykupi rozsypujące się PKP, co oznaczać będzie 148 rozbiór Polski, brzmią żenująco i groteskowo w ustach ludzi, którzy przez lata zajadle warczeli na wszystko, co publiczne i co w mądrych krajach jest hojnie wspierane z państwowej kasy.
Nie jest winą Niemców, że my sami nie potrafimy myśleć długofalowo i w perspektywie wspólnotowej. Nie jest też żadnym usprawiedliwieniem to, że Niemcy są państwem od dawien dawna bogatszym i że w przeszłości uczynili nam takie czy inne krzywdy. Żadne historyczne żale nie przesłonią faktu, że Polska w roku 2011 ma niewiele wspólnego z dynamiką rozwojową Niemiec w roku 1967, czyli po 22 latach, które nas dzielą od pokojowego wyjścia z komunizmu, a ich dzieliły wówczas od sromotnie przegranej, niszczycielskiej wojny. Bo też zamiast po 1989 r. nadrabiać dystans, na własne życzenie zwiększaliśmy przepaść między nimi a nami. Czyniliśmy tak, gdy w imię ideologii prywatyzacyjnej sprzedawaliśmy za grosze kolejne zakłady Polleny Henklowi czy Beierdorsfowi, wraz ze sporymi udziałami w rynku. Gdy w imię „wolnego handlu” pozwalaliśmy – gwarantując duże ulgi podatkowe „inwestorom zagranicznym” – lokować Lidle w centrach miast tuż obok „komunistycznego reliktu” Społem. Gdy polskie władze, wierne zasadzie „braku ingerencji w mechanizmy rynkowe”, nawet nie próbowały lobbować za rodzimymi firmami tak, jak władze niemieckie przez lata lobbowały za BASF-em, Bayerem, Oplem, Boschem, MAN-em, Südzuckrem czy Merckiem. Itd.
Tak, jak jałowe jest wypominanie Niemcom zadanych nam krzywd, tak też niczym nie przysłuży się Polsce nawet najbardziej „narodowa” i „suwerennościowa” retoryka, gdy towarzyszą jej zupełnie „nieczułe” postawy wobec własnych obywateli, wypychanych setkami tysięcy na emigrację zarobkową, obojętnie gdzie. W tym samym czasie Niemcy używają retoryki „europejskiej” i „multikulturowej”, ale priorytetem wysiłków państwa jest kondycja wspólnoty narodowej, zaś dopiero później dbałość o „Europę”. Efektem zaś są takie rozwiązania socjalne i ekonomiczne, które sprawiają, że z tamtego kraju mało kto chce i musi wyjeżdżać. Chyba że na państwowej emeryturze wylegiwać się na hiszpańskiej plaży – Polacy będą mieli za to „złotą jesień” z prywatnych OFE, kursując ze starannie wyliczonymi drobniakami między apteką a Biedronką.
Gdy dzisiaj obawiamy się fali emigracji zarobkowej do Niemiec lub gdy z ulgą i zdziwieniem stwierdzamy, że ona nie nastąpiła, a później dowiadujemy się, iż oczekują tam z Polski głównie fachowców, nie zaś przypadkowych wyrobników, to pomyślmy o tym, dlaczego akurat my, nie zaś Niemcy, mamy w ogóle dylematy związane z emigracją zarobkową między tymi krajami. Niemcy mają taki dowcip: „Jedźmy do Polski, nasze samochody już tam są”. Polacy mogliby mieć inny: „Jedźmy do Niemiec, nasze dawne miejsca pracy już tam są”. Bo sami je przecież „wyeksportowaliśmy” za garść świecidełek lub po lekturze zbiorku wolnorynkowych aforyzmów.
przez Karol Trammer | wtorek 31 maja 2011 | opinie
Warszawa „odrywa się” od reszty kraju. Wszystko przez to, że w stolicy niemal całkowicie skupia się życie publiczne. Tu swoje siedziby ma przytłaczająca większość urzędów administracji publicznej. Tu zapadają wszystkie ważne decyzje. Stąd media opisują rzeczywistość. Tu Polacy widzą szanse na rozwój swojej kariery.
Choć całkowite skupienie władzy państwowej w jednym mieście może wydawać się nam zupełnie naturalne, to w Europie wcale nie jest to zjawiskiem powszechnym. W kilku krajach zasadą stało się, że władza sądownicza ma siedzibę w innym mieście niż wykonawcza i ustawodawcza. W Czechach trybunał konstytucyjny, sąd najwyższy oraz prokuratura generalna mieszczą się w Brnie. Podobnie jest na Słowacji, gdzie trybunał konstytucyjny ma siedzibę poza stolicą kraju, w Koszycach. Również w Niemczech najważniejsze instytucje wymiaru sprawiedliwości – trybunał konstytucyjny, sąd najwyższy oraz prokuratura federalna – zlokalizowane są w 300-tysięcznym Karlsruhe, położonym na zachodzie kraju.
Niemcy są europejskim liderem polityki deglomeracji administracji publicznej, czyli rozproszenia jej ośrodków. Nawet rząd nie jest tam skupiony w jednym mieście: część ministerstw mieści się w Berlinie, a pozostałe w dawnej stolicy, Bonn. Co więcej, urzędy administracji centralnej i inne ważne instytucje rozsiane są po całych Niemczech. Przykładowo, prezydium policji federalnej mieści się w Poczdamie, naczelny sąd administracyjny w Lipsku, federalny sąd pracy w Erfurcie, dyrekcja archiwów państwowych w Koblencji, kontrwywiad w Kolonii, główny urząd statystyczny w Wiesbaden, urząd ochrony konsumentów w Brunszwiku, urząd patentowy w Monachium, a federalny urząd pracy – w Norymberdze. Również państwowe media zlokalizowane są poza stolicą: telewizyjny program pierwszy (ARD) ma główną siedzibę w Monachium, a program drugi (ZDF) w Moguncji. W Polsce odpowiedniki wszystkich tych instytucji mieszczą się w Warszawie.
W Niemczech – dzięki rozproszeniu ośrodków władzy – życie administracyjne i polityczne nie skupia się wyłącznie w stolicy. W kraju tym osiągnięto ideał organizacji przestrzennej, polegający na tym, że trudno wskazać, które z największych miast jest najważniejszym i dominującym ośrodkiem – nie tylko w zakresie administracji publicznej. Przykładowo, redakcje największych niemieckich tygodników, „Der Spiegel” oraz „Stern”, mieszczą się w Hamburgu, niemiecką stolicą bankowości jest Frankfurt nad Menem (tu siedzibę ma niemiecki i europejski bank centralny), a matecznikami nauki są niewielkie miasta uniwersyteckie, jak Heidelberg czy Tybinga.
Deglomeracja uznana jest nie tylko w Niemczech. Holandia ma dwie stolice, Amsterdam i Hagę, a część niderlandzkich instytucji centralnych mieści się w jeszcze innych miastach (np. główna siedziba kolei znajduje się w Utrechcie). Stolicą Szwajcarii jest Berno, piąte co do liczby mieszkańców miasto w tym kraju – wielkością zbliżone do Płocka. W Estonii ministerstwo edukacji i badań ulokowano w Tartu, a nie w stołecznym Tallinie.
Dzięki takim zabiegom z dziedziny organizacji przestrzennej, władza wraz z klasą polityczną nie okopują się w jednym mieście i nie zaczynają żyć w oderwaniu od realiów i problemów całego kraju. Rozproszenie ośrodków władzy centralnej zapewnia również bardziej równomierny rozwój. Strategiczne decyzje przestają zapadać odgórnie w jednym mieście, lecz stają się kompromisem między instytucjami rozrzuconymi po różnych regionach. Dzięki deglomeracji niweluje się problem przestrzennej, politycznej oraz ekonomicznej izolacji stolicy od pozostałych obszarów. Jej wymiernym efektem jest rozwój infrastruktury wspomagającej administrację publiczną (hotele, restauracje, poligrafia, zaopatrzenie, doradztwo, informatyka itp.) także poza aglomeracją stołeczną. Wreszcie, za sprawą deglomeracji kładziony jest większy nacisk na sprawne połączenia komunikacyjne między różnymi częściami państwa.
Typowa dla Polski koncentracja administracji państwowej w stolicy wywołuje „wymywanie” aktywności gospodarczej i społecznej z pozostałych regionów kraju. Ambitni i wykształceni uznają, że tylko w Warszawie można znaleźć pracę odpowiednią do ciężko zdobytych kwalifikacji. Prywatne firmy chcą być bliżej miejsc, w których zapadają decyzje gospodarcze, a media jak najbliżej polityków. Do Warszawy centralę przeniósł m.in. koncern komputerowy Optimus z Nowego Sącza. Swoje siedziby ma tam aż siedem z dziesięciu pierwszych firm na liście „Rzeczpospolitej” 500 największych polskich przedsiębiorstw. Kilka lat temu z Poznania do Warszawy przeniósł redakcję tygodnik „Wprost”. W Warszawie mieszczą się redakcje właściwie wszystkich ogólnopolskich dzienników, tygodników oraz stacji telewizyjnych. Nie dziwmy się więc, że media opisują rzeczywistość z punktu widzenia stolicy, a nie pozostałych 378 polskich powiatów.
Karol Trammer
Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Tomasz Chmielewski
przez Tadeusz Markiewicz | poniedziałek 23 maja 2011 | opinie
Na początku kwietnia Biały Dom ogłosił: Barack Obama będzie w 2012 r. starać się o reelekcję. To fajnie, tylko czemu piszę to z takim niesmakiem?
Przeprowadzony niedawno przez „Washington Post” sondaż pokazuje, że pierwszy czarnoskóry prezydent wygraną ma niemal w kieszeni: pokonuje każdego z poważniejszych kandydatów Republikanów. Jeszcze rok temu byłby to dla mnie powód do nieskrywanej radości. Dziś mam mieszane uczucia.
Yes we can’t
W czasie wyborów prezydenckich 2008 r. Barack Obama złożył ponad 500 obietnic wyborczych. Choć to w znacznej mierze kwestia interpretacji, można uznać, że dotrzymał ponad 170 z nich. Trzeba przyznać, że gdyby porównać wynik z polskimi realiami, to bardzo, bardzo dużo. Administracji prezydenta udało się m.in. zrealizować kilkadziesiąt wielomiliardowych programów wspierania najsłabszych obywateli i mniejszości, innowacyjnych przedsiębiorstw czy edukacji. Wzmocniono prawa gejów, Biały Dom otworzył się na świat arabski (choćby poprzez program swoistych amerykańskich domów kultury w metropoliach na Bliskim Wschodzie), rozpoczęto realizację ambitnych programów wspierających rozwój tzw. zielonych technologii.
Niestety, ponad 300 obietnic do tej pory nie zostało zrealizowanych. USA nie wychodzą z kryzysu, Obama nie zdołał przekonać senatorów do zamknięcia więzienia w Guantanamo, w zeszłym roku pod naciskiem Republikanów przedłużył obowiązywanie ulg podatkowych dla najbogatszych, wprowadzonych przez Busha juniora.
Powyższy rachunek pokazuje, że jak dotąd pierwsza kadencja Obamy wniosła wiele pozytywnych regulacji, jednak była przede wszystkim prezydenturą walenia głową w mur. Prezydenturą nie przeforsowanych ustaw oraz tych zrealizowanych tylko połowicznie. Wreszcie, prezydenturą niespełnionych marzeń wszystkich tych Amerykanów, którzy z roku na rok coraz dotkliwiej odczuwali skutki deregulacji rynków finansowych, outsourcingu, offshoringu czy drożejącej żywności.
Czyj prezydent?
Najdobitniej problem bezsilności Obamy można było zaobserwować w czasie ciągnącego się jak brazylijska telenowela procesu przepychania ustawy o powszechnym dostępie do opieki zdrowotnej. Przegłosowana wersja pakietu Demokratów jest oczywiście wielkim dokonaniem solidarnej Ameryki. Zapewnia ona prawo do leczenia tym, których do tej pory nie było na nie stać i kładzie kres dyskryminacyjnym chwytom korporacji ubezpieczeniowych. Mimo to nie ma ona wiele wspólnego z pierwotnym programem Obamy.
Wszystko za sprawą wykreślonego przez republikańskich senatorów (czytaj: lobby ubezpieczeniowe) zapisu o utworzeniu tzw. public option, czyli państwowego ubezpieczyciela, który mógłby konkurować z prywatnymi konglomeratami i obniżać ceny usług medycznych.
USA mają rekordowo wysokie składki ubezpieczeniowe, a w efekcie – jedne z najwyższych na świecie kosztów leczenia. Mimo że do tej pory kraj nie gwarantował żadnych powszechnych usług medycznych, na jednego obywatela przeznaczał ok. dwa razy więcej środków niż np. oferująca państwowy system Kanada. Tę patologię miał pomóc zwalczyć nowy, państwowy gracz. Niestety, tak się nie stanie. Demokraci przegłosowali ze wszech miar słuszne rozwiązanie, które jednak dla podatników będzie nadal niezwykle kosztowne i które de facto gwarantuje korporacjom zachowanie monopolu na rynku zdrowia. Ba, dodatkowo wzbogacą się na zastrzyku gotówki z pakietu Obamy.
Flagowy projekt prezydenta w wersji pozbawionej public option nie obniży kosztów całego systemu lecznictwa. Tym samym nie udowodni Amerykanom, że niektóre „komunistyczne” pomysły Obamy są ekonomicznie racjonalne. Będzie ciężarem dla amerykańskiego budżetu i wielkim sukcesem neoliberalnych doktrynerów, którzy „udowodnią”, że wszelkie państwowe rozwiązania są nieefektywne.
Ustawa zdrowotna w długiej perspektywie okaże się pułapką zastawioną na Biały Dom. Jest także smutnym przykładem tego, co od wielu lat trapi USA. Mam na myśli utratę kontroli obywateli nad własnym państwem oraz bezsilności polityków chcących reformować skorumpowany system. Jest też niestety dowodem słabości samego Baracka Obamy, prezydenta, który zdołał dokonać zaskakująco mało. Pytanie tylko, czy w obecnej sytuacji mógł dokonać więcej?
przez Krzysztof Wołodźko | niedziela 1 maja 2011 | opinie
30 grudnia 1987 r., w dwudziestą rocznicę encykliki „Populorum progressio” Pawła VI, Jan Paweł II ogłosił encyklikę „Sollicitudo rei socialis”. Z okazji zbiegającego się w jednym dniu Święta Pracy oraz beatyfikacji Jana Pawła II, warto przypomnieć pokrótce treść tego dokumentu, który niejako antycypował upadek komunistycznych reżimów sterowanych z Moskwy, a równocześnie wyraźnie krytykował praktykę i teorię społeczno-gospodarczą globalnego kapitalizmu.
Jan Paweł II, ukazując horyzont ówczesnego świata, który w znacznej mierze wciąż odnosi się do naszych realiów, wskazywał na najbardziej niepokojące zjawiska końca XX wieku. Papieska krytyka rzeczywistości nie ma jedynie charakteru ekonomicznego, ale zawiera głęboki osąd etyczny, a w ostateczności, co nie może dziwić, rys eschatologiczny.
Jako bolączki Jan Paweł II wskazywał m.in. narastanie różnorakich dysproporcji między Północą i Południem. Zwracał przy tym uwagę na pewną umowność tej terminologii i fakt, że drastyczne różnice zachodzą nieraz również w obrębie poszczególnych państw i regionów, niezależnie od ich usytuowania na mapie globalnej. Przegląd różnych dziedzin – jak produkcja i rozdział żywności, higiena, zdrowie i mieszkania, zaopatrzenie w wodę pitną, warunki pracy, zwłaszcza kobiet, długość życia i inne wskaźniki ekonomiczne i społeczne daje w rezultacie niezadowalający obraz ogólny, czy to rozpatrywany sam w sobie, czy w stosunku do odpowiednich danych z krajów najbardziej rozwiniętych.
Jan Paweł II pokazywał, jak na kwestie z pozoru czysto materialne nakładają się kolejne problematy, związane czy to z kulturą, czy z kwestiami politycznymi i ustrojowymi, czy odnoszące się wprost do antropologii człowieka. Są to: analfabetyzm, trudność czy niemożność osiągnięcia poziomu wyższego wykształcenia, niezdolność do uczestnictwa w budowaniu własnego narodu, różne formy wyzysku czy ucisku ekonomicznego, społecznego, politycznego, a także religijnego osoby ludzkiej i jej praw, wszelkiego rodzaju dyskryminacje, zwłaszcza ta najbardziej odrażająca, oparta na różnicy rasowej. Jeśli którąś z tych plag odczuwa się w strefie najbardziej rozwiniętej Północy, to niewątpliwie występują one częściej, są trwalsze i trudniejsze do wykorzenienia w krajach słabiej rozwiniętych i mniej zaawansowanych.
Należy koniecznie – stwierdzał papież – napiętnować istnienie mechanizmów ekonomicznych, finansowych i społecznych, które, chociaż są kierowane wolą ludzi, działają w sposób jakby automatyczny, umacniają stan bogactwa jednych i ubóstwa drugich. Mechanizmy te, uruchomione – w sposób bezpośredni lub pośredni – przez kraje bardziej rozwinięte, sprzyjają – poprzez samo ich funkcjonowanie – interesom tych, którzy nimi manewrują, ale w końcu doprowadzają do zdławienia lub uzależnienia gospodarki krajów słabiej rozwiniętych. Już encyklika Populorum progressio przewidywała, że przy istnieniu takich systemów będzie się mogło powiększać bogactwo bogatych, przy równoczesnym utrwalaniu się nędzy ubogich. Potwierdzeniem tego przewidywania jest pojawienie się tak zwanego Czwartego Świata. Byłoby rzeczą ze wszech miar pożyteczną dziś, w czas beatyfikacji Jana Pawła II, zadać sobie pytanie, czy owe tendencje, które tak go niepokoiły pod koniec lat 80., uległy osłabieniu, czy wzmocnieniu? Czy świat, dotknięty niedawno globalnym kryzysem ekonomicznym jest bezpieczniejszy dla rzesz ludzkich, dla poszczególnych społeczności, narodów i państw? Czy jego struktury globalne gwarantują większą sprawiedliwość i dobrobyt ogółu?
Wizja przedstawiona w encyklice operuje dwoma, bynajmniej niesprzecznymi, pojęciami: globalizm i solidarność. Po pierwsze, mamy tu do czynienia z odczytaniem problemu globalizacji i jej procesów, zachodzących jako relacje między pierwszym, drugim, trzecim i czwartym światem. Zawsze pozostaje bardzo ścisła współzależność tych światów, która, jeśli nie liczy się z wymogami etycznymi, przynosi tragiczne skutki najsłabszym. Co więcej, owa współzależność, poprzez pewien rodzaj dynamiki wewnętrznej i pod działaniem mechanizmów, których trudno nie uznać za przewrotne, wywołuje negatywne skutki nawet w krajach bogatych. Po drugie, odpowiedzią na globalizację powinna być etyka solidarności: rozwój albo stanie się powszechny we wszystkich częściach świata, albo ulegnie procesowi cofania się również w strefach odznaczających się stałym postępem. Zjawisko to jest szczególnie znamienne dla natury prawdziwego rozwoju: albo uczestniczą w nim wszystkie narody świata, albo nie będzie to prawdziwy rozwój.
Równocześnie papież wskazywał, że na najgłębszym możliwym poziomie Kościół w swojej wizji stosunków społecznych nie opowiada się ani po stronie Zachodu, ani Wschodu. Napięcie między Wschodem i Zachodem nie dotyczy samo w sobie przeciwieństw między dwoma różnymi stopniami rozwoju, ale raczej między dwiema koncepcjami samego rozwoju ludzi i ludów; obydwie są niedoskonałe i wymagają gruntownej korekty. Omawiana przeciwstawność zostaje przeniesiona do tych krajów, przyczyniając się do powiększenia przedziału, który już istnieje na płaszczyźnie ekonomicznej między Północą i Południem i który jest wynikiem dystansu pomiędzy dwoma światami: światem bardziej i światem mniej rozwiniętym. Jest to jedna z racji, dla których społeczna nauka Kościoła jest krytyczna zarówno wobec kapitalizmu, jak i wobec kolektywizmu marksistowskiego. Rozpatrując bowiem rzecz z punktu widzenia rozwoju, trudno nie postawić pytania, jak i na ile oba systemy są zdolne do przemian i odnowy, tak by ułatwić lub popierać prawdziwy i integralny rozwój człowieka i ludów we współczesnym świecie?
Wobec upadku „kolektywizmu marksistowskiego”, zwyciężający na jego gruzach neokapitalizm popadł w swoisty triumfalizm ekonomiczny. Spora część jego wyznawców (w tym neofitów) także tu, w Polsce, wolałaby schować w cień tę niewygodną dla siebie prawdę, że społeczna nauka Kościoła bynajmniej nie pokrywa się z ich doktryną. O ile bowiem Kościół odnosi się z szacunkiem do własności prywatnej i różnorodnych form ludzkiej przedsiębiorczości, o tyle odrzuca również „ekonomicystyczne” traktowanie człowieka i społeczeństw. Ponadto, co w rodzimych, konserwatywno-liberalnych realiach może powodować zarzut dziwacznego „zlewaczenia” nauk Jana Pawła II, na kartach omawianej tu encykliki bardzo mocno podkreśla się etyczną odpowiedzialność człowieka nie tylko na gruncie ekonomii czy polityki oraz stosunków społecznych, ale np. stanowczo podnoszone są zagadnienia związane z szacunkiem dla zasobów naturalnych i środowiska przyrodniczego.
Brak szacunku wobec świata natury i jej delikatnego porządku wiąże się nie tylko z kwestiami ekonomicznymi, ale także z etyczną plagą hiperkonsumpcji: Nadrozwój, polegający na nadmiernej rozporządzalności wszelkiego typu dobrami materialnymi na korzyść niektórych warstw społecznych, łatwo przemienia ludzi w niewolników „posiadania” i natychmiastowego zadowolenia, nie widzących pewnego horyzontu, jak tylko mnożenie dóbr już posiadanych lub stałe zastępowanie ich innymi, jeszcze doskonalszymi. Jest to tak zwana cywilizacja „spożycia” czy konsumizm, który niesie z sobą tyle „odpadków” i „rzeczy do wyrzucenia”. Posiadany przedmiot, zastąpiony innym, doskonalszym, zostaje odrzucany bez uświadomienia sobie jego ewentualnej trwałej wartości dla nas lub dla kogoś uboższego. Wszyscy z bliska obserwujemy smutne skutki tego ślepego poddania się czystej konsumpcji: przede wszystkim jakiś rażący materializm, przy równoczesnym radykalnym nienasyceniu.
Znamienne, że właśnie zagadnienia ekonomiczne i redukcja człowieka do ekonomii, uczynienie z niego jedynie narzędzia przynoszącego utylitarny zysk lub stratę, wydają się dla Jana Pawła II najistotniejszymi. Sprowadzenie człowieka do roli trybu w maszynach ideologii podporządkowanych materialnym aspektom istnienia staje u korzeni nowożytnych problemów społeczeństw, czyniąc łatwiejszym manipulowanie osobami ludzkimi: Rozwój tylko ekonomiczny nie może wyzwolić człowieka, wprost przeciwnie, prowadzi do większego jeszcze zniewolenia. Rozwój, który nie obejmuje wymiarów kulturowych, transcendentnych i religijnych człowieka i społeczeństwa, im bardziej nie uznaje istnienia takich wymiarów i nie dostrzega w nich własnych celów i priorytetów, tym mniejszy ma wkład w prawdziwe wyzwolenie. Istota ludzka jest całkowicie wolna tylko wówczas, gdy jest sobą w pełni swoich praw i obowiązków; to samo trzeba powiedzieć o całym społeczeństwie.
Człowiek, jakim widzi go papież, wyrasta ponad świat, wyrasta ponad dzieła swej pracy, stąd czynienie go jeszcze jednym narzędziem, często gorszym od innych, godzi w samą istotę człowieczeństwa, w godność i suwerenność osoby ludzkiej. Niezależnie od tego, jak dziś w Polsce prawica chce i potrafi interpretować nauczanie Jana Pawła II, nie powinno to przeszkadzać ludziom lewicy czytać je bez uprzedzeń. Korzyścią z lektury może być choćby zrozumienie problemów i sprzeczności tkwiących w samych doktrynach lewicowych i próba ich intelektualnego przepracowania. Nie musimy czytać na kolanach – wystarczy, że będziemy czytać ze zrozumieniem. I krytycznie także wobec siebie.
Ostatecznie trzeba pamiętać, że właściwym horyzontem myślenia papieskiego nie jest żadna świecka doktryna, ale teologia i tradycja Kościoła. W tym fundamentalnym sensie przekaz encykliki „Sollicitudo rei socialis” leży „poza lewicą i prawicą”, choć z pewnością może i powinien być inspiracją dla wszystkich ludzi dobrej woli, niezależnie od ich zapatrywań światopoglądowych, społeczno-ekonomicznych czy politycznych.
przez Joanna Duda-Gwiazda | środa 27 kwietnia 2011 | opinie
We wsi Znamienka na Syberii trudno było przedrzeć się do tajgi przez zwały śmieci. Kiedy dotarliśmy do wsi Ługawskoje, okazało się, że obory usytuowane są tak, aby łatwo było zrzucać gnój do Jeniseju. Rosjanie tłumaczyli, że dzikiej przyrody mają dużo i nie muszą troszczyć się o środowisko. W Australii dzikiej przyrody też jest dużo, ale parki narodowe spotyka się co krok, a śmieci nie ma wcale. Na przełęczy w jeżynach nasz towarzysz znalazł butelkę po ćwiartce wódki. Włożył ją do kieszeni, wniósł na szczyt i zniósł do podnóża góry, gdzie był śmietnik.
Wiadomo, że Australijczycy chodzą głową na dół, kangury kicają po trawiastym dachu parlamentu (już go ogrodzono), koale śpiące na eukaliptusach niedbale zwieszają łapki. Trzeba to jednak zobaczyć, ponieważ żaden album czy film nie odda przestrzeni, piękna i różnorodności egzotycznej przyrody. Dojechać nie jest łatwo. Podróż nawet przy dobrych połączeniach trwa przeszło dobę i kosztuje kilka tysięcy dolarów. Nie wiem, ile dokładnie, ponieważ wszystkie koszty naszego, ponad dwumiesięcznego pobytu, poniósł Związek Polskich Więźniów Politycznych. Gospodarze zorganizowali nam wiele spotkań publicznych z Polonią w Sydney, Melbourne, Adelajdzie oraz Perth, wywiadów w polonijnej prasie i radiu. W Australii rozgłośnie grup etnicznych są dofinansowane ze środków publicznych. Dwóch dziennikarzy z prasy anglojęzycznej prosiło o wywiad. Jeden pytał o neoliberalizm i globalizację, drugi o historię Lecha Wałęsy. Polacy w Australii są nadzwyczajnie dobrze zorientowani i zaangażowani w sprawy polskie. Spotkania nie różniły się od tych w Polsce. 10 kwietnia w Sydney i Melbourne odsłonięto tablice upamiętniające ofiary katastrofy.
W Australii wszyscy mają prawo do państwowej emerytury, rozwijany jest transport publiczny, wypłacane są zasiłki, funkcjonują programy adresowane do różnych grup społecznych, do młodzieży i seniorów. Ludzie pracują, niektórzy dużo i ciężko, jeśli chcą spłacić kredyty. Bezdomnych nie widzieliśmy. Wyszydzane w Polsce państwo opiekuńcze, w Australii ma się dobrze. Kryzys jest odczuwalny, ale gospodarka funkcjonuje, bezrobocie nie przekracza 6%, a dolar australijski stoi nie gorzej niż amerykański.
W porównaniu z USA, w Australii żyje się na luzie. Australijczycy są pogodni, życzliwi, lubią się bawić, podróżować, uprawiają sporty. Nawet skłonni do narzekania Polacy mówią, że żyje się tu dobrze. Marzeniem każdego Australijczyka jest wybranie się na emeryturze w podróż domem na kółkach po całym kontynencie. Podobno trzeba na to trzech lat.
Trzech lat nie mieliśmy, ale gospodarze zadbali, abyśmy w czasie wolnym zobaczyli jak najwięcej. Polacy dobrze się zapisali w historii Australii i dzisiaj też cieszą się dobrą opinią. Był projekt, aby nazwę najwyższego szczytu, Mount Kosciuszko, zmienić na aborygeńską. Taki ukłon w stronę poprawności politycznej. Od kilku lat Polacy organizują wielki festyn pod górą, połączony z biegiem na szczyt i z powrotem. Na zwycięzców czekają nagrody. Festyn cieszy się wielkim powodzeniem, w biegu uczestniczą nie tylko Polacy. O zmianie nazwy nikt już nie mówi.
Wbrew powszechnej opinii, Australia nie jest płaskim, pustynnym talerzem. Jest tu dużo pięknych gór, lasów, wodospadów i rzek. Sieć szlaków jest dobrze rozwinięta. Serce nam się kroiło, gdy na punktach widokowych czy w miejscach piknikowych patrzyliśmy na tabliczki kierujące na odlegle pasma górskie i szczyty. Wiedzieliśmy, że nie przyjechaliśmy tu na wędrówkę z namiotem, ale Andrzej włożył swój stary plecak do podróżnej torby i wniósł go na najwyższy szczyt („Nigdy by mi nie darował, gdybym go nie zabrał”).
Trudno nawet wymienić, a tym bardziej opisać cuda, które widzieliśmy. Największe wrażenie zrobiły na mnie australijskie pingwiny, wracające po całym dniu połowów. Małe, dzielne ptaki wspinają się na stromy brzeg i maszerują do nor, gdzie czekają głodne pisklęta. Nawoływania ze wszystkich stron tworzą przedziwną muzykę. Niezwykła była wędrówka kładką wśród koron drzew-gigantów, rejs katamaranem po oceanie, łowienie krabów, dżdżownice o długości kilku metrów, wypad w Góry Błękitne, spacer po lasach drzewiastych paproci, przejazd Great Ocean Road, zwiedzanie grot, kopalni złota i miasteczka-skansenu po czasach gorączki złota. Widzieliśmy też standardowe atrakcje, takie jak papugi, kangury, strusie, wieże widokowe, latarnie morskie, operę, ogrody botaniczne, oceanarium z rekinami pływającymi nad głową, ogród zoologiczny, gdzie tylko groźne zwierzęta, np. diabeł tasmański, są zamknięte w klatkach. Pod koniec pobytu byłam już tak zmęczona rozrywkami, że bez wstrętu myślałam o powrocie do naszych normalnych zajęć, takich jak demonstracja pod rosyjską ambasadą. Zdążyliśmy, mimo że samolot z Dubaju spóźnił się i musieliśmy nocować we Frankfurcie. Spadliśmy twardo na ziemię. Teraz Andrzej poszedł na demonstrację, ponieważ stołeczna straż miejska pobiła Michała Stróżyka, a ja piszę tekst dla „Nowego Obywatela”.
Nasz wyjazd do Australii spowodował nadzwyczajne ożywienie u naszych przeciwników. Dowiedzieliśmy się, że Andrzej w Australii agitował za głosowaniem na SLD, że Związek Polskich Więźniów Politycznych nie istnieje, że bezpieka sfinansowała nam wakacje – „Można ich zrozumieć, bo lubią podróżować, a nie mają pieniędzy”. Otóż dzięki specjalnym dodatkom do emerytur, które przyznał nam premier Kaczyński, pieniędzy mamy jak lodu.
Nie wiem, czy bezpieka na stare lata oszalała, czy ukrywa w Australii jakichś Eichmannów systemu komunistycznego. Będziemy musieli to sprawdzić.
przez Micah M. White | piątek 15 kwietnia 2011 | opinie
Kroku naprzód nie dokonamy na ekranie monitora. Przyszłością aktywizmu nie jest online-aktywizm.
Świat pilnie potrzebuje rewolucji kulturowej. Podczas gdy jedni harują, by produkować dobra, na które nigdy nie będzie ich stać, inni zamęczają się, żeby móc konsumować luksusowe towary, których nie potrzebują. Jedni i drudzy ani nie żyją pełnią życia, ani nie są szczęśliwi. Wspólnie natomiast uczestniczą w postępującym oszpecaniu i wyjaławianiu Ziemi. Społeczeństwo konsumpcyjne tkwi w błędnym kole, które jednych przykuwa do stołów montażowych w fabrykach, a drugich do monitorów w biurowych boksach. Rodzi się coraz bardziej nieludzki cykl, który wymyka się spod kontroli, wciągając ludzkość w otchłań wojen klimatycznych i kulturowego obłędu.
Tyle wiemy. Niejasne jednak pozostaje, jak tę sytuację zmienić.
Odpowiedź, która zdominowała wszystkie inne, polega na twierdzeniu, że przyszłość aktywizmu obywatelskiego leży w jego internetowej odmianie. Oszołomieni obietnicą dotarcia do miliona osób za pomocą jednego kliknięcia, wydaliśmy ideę zmiany społecznej w ręce technokracji – programistów i „ekspertów ds. mediów społecznościowych”. Tworzą oni efekciarskie, wysokobudżetowe strony internetowe oraz kampanie wirusowe, gromadzące miliony adresów poczty elektronicznej. Biorąc liczbę adresów e-mail za równoznacznik liczby rzeczywistych członków, organizacje społeczne chełpią się własnym rozmiarem, lekceważąc jednocześnie niewielki wpływ na rzeczywistość. Zważają przede wszystkim na ilość. W celu ciągłego rozrostu korzystają z konsultacji specjalistów od marketingu, zapewniających, że „najlepsze praktyki” nakazują tworzenie przekazu zdolnego dotrzeć do jak największej liczby odbiorców. Stąd grupy fokusowe, testy A/B oraz badania bazy członkowskiej zastąpiły mocną filozofię, wizję radykalnej zmiany i zespół zagorzałych zwolenników.
Nic więc dziwnego, że wkrótce takie działania zaczęły przypominać kampanie reklamowe: wiadomości e-mail poddawane są badaniom rynkowym, a statystykom klikalności podporządkowuje się wszystkie inne kryteria. Jednak w pogoni za ilością pozostawiono w tyle pasję. Organizacje tego typu z każdym dniem coraz trudniej znajdują odzew u swoich „członków”. Ostatecznie branża online-aktywizmu osiąga swą żałosną średnią: mniej niż jeden na dwudziestu odbiorców otwiera przysłanego e-maila, większość po prostu klika przycisk „usuń”. Tajemnicą poliszynela jest, że postępowe organizacje pozarządowe z obszaru metropolitalnego San Francisco uzyskują z reguły współczynnik odpowiedzi rzędu 5%.
Mimo posiadania olbrzymiej listy mailingowej, organizacje nie mogą liczyć na uzyskanie dużego odzewu na jakąkolwiek ze swoich kampanii. W celu zwiększenia klikalności coraz bardziej łagodzą ton przekazu, „apele” stają się prostsze, a oczekiwane „działania” – mniej wymagające. Wkrótce wprowadza się sztuczkę, dzięki której samo otwarcie e-maila traktowane jest jak podpisanie petycji. A jednak, podczas gdy listy członkowskie tych organizacji dalej się rozrastają, znika aktywna część ich bazy. Co gorsza, działający w dobrej wierze cyberaktywiści odkryją w końcu, że są upupiani przez obłudne kampanie reklamowe, udające prawdziwy motor zmian.
Tak oto znaleźliśmy się w dziwacznej sytuacji, gdy słynna międzynarodowa organizacja działająca na rzecz przeciwdziałania zmianom klimatycznym, TckTckTck – posiadająca ponad 10 mln członków oraz ponad 350 organizacji partnerskich, w tym Greenpeace, WWF, Oxfam itd. – jest potajemnie prowadzona przez Havas Worldwide, szóstą co do wielkości agencję reklamową na świecie. Klientami Havas są np. Wal-Mart, Coca-Cola, Pfizer, BP i cała reszta tych, którym należą się słowa krytyki.
Oddając aktywizm w ręce technokratów, wyświadczyliśmy niedźwiedzią przysługę szlachetnej tradycji społecznych protestów, które przyniosły ludzkości postęp w kierunku równości. Zamieniliśmy trudny proces angażowania się w walkę w realnym świecie na beztroskę wysyłania e-maili oraz klikania w linki. Mówię tak, mając świadomość, że cyberaktywiści godzą się na to (a nowe pokolenie jest aż nadto ochocze, by zaofiarować swą pomoc), promując siebie samych jako pionierów przemiany adresów e-mailowych w realne osoby na ulicy. Musimy jednak odrzucić ich roszczenie do bycia ekspertami oraz ich pojęcie sukcesu oparte na kryterium ilościowym. Krok naprzód nie nastąpi za pośrednictwem ekranu monitora.
Właściwie pojmowany aktywizm dąży do przewrotu, uderzając w sedno. Stosuje rzeczową krytykę społeczną, której nie można rozładować czy też przyswoić bez gruntownej przemiany kulturowej. Każda epoka musi odnaleźć i wyostrzyć taką krytykę oraz wytrwale stosować ją w nieustannej walce z dominującym układem sił społecznych. Zasadnicza krytyka naszej generacji odbywa się z punktu widzenia ekologii umysłu, która traktuje konsumpcjonizm jak plagę, podsycaną przez skażenie środowiska mentalnego przez reklamodawców.
Przyszłością aktywizmu nie jest online-aktywizm. Jest nią wewnętrzny zryw przeciwko zanieczyszczaniu umysłu. Ten zaś rozpocznie się wraz z wyłączeniem naszych monitorów.
Tekst pochodzi z blogu autora. Jego rozszerzona wersja ukazała się w dzienniku „The Guardian”. Przedruk za zgodą autora. Tłumaczenie: Krzysztof Kołek.