przez Remigiusz Okraska | sobota 6 sierpnia 2011 | opinie
Wraz ze śmiercią Andrzeja Leppera odszedł człowiek, który we współczesnej Polsce zrobił – nieraz bezwiednie – najwięcej dla promocji ideałów prospołecznych. I człowiek, którego „kariera” mówi o owej Polsce więcej niż medialna wrzawa i tysiące naukowych analiz.
„Everyone loves you when you are dead” – śpiewa z goryczą szwedzki zespół Perkele. Gdy umrzesz, wszyscy cię (po)kochają. Andrzeja Leppera też doceniono, gdy okazało się, że nie żyje. Nagle całkiem pozytywnie zaczęły o nim mówić i pisać media establishmentu, a od wyznań jego „fanów” zaroiło się również na niszowych portalach różnych radykałów. Moment jest może niezbyt stosowny, ale podzielę się z czytelnikami satysfakcją człowieka, który Samoobrony nigdy nie opluwał tak, jak czyniły to media głównego nurtu, bełkoczące na przemian o faszyzmie i komunizmie Leppera, ani tak, jak robili to pożal się Boże „radykałowie”, zarzucający Zmarłemu, iż nie jest wystarczająco radykalny, konsekwentny i że w ogóle się „sprzedał”. Fakt, ci ostatni się nie sprzedali, bo przecież nikt ich nigdy nie chciał kupić – albo byli na to zbyt głupi i nieudolni, albo od zawsze i całkiem za darmo schlebiali establishmentowi, głosząc „radykalnym” żargonem to samo, co „Gazeta Wyborcza” głosiła w liberalnej polszczyźnie.
Dla Samoobrony i jej lidera miałem wiele sympatii odkąd pamiętam. Sympatii, której nie należy mylić ani z przekonaniem, że to środowisko jest nieskazitelne i zawsze czyni dobrze, ani z bezkrytycznym kultem idola. Wręcz przeciwnie – gdy wielokrotnie o Samoobronie pisałem i mówiłem ciepło lub wrzucałem do urny głos na jej kandydatów, były to całkowicie odpersonalizowane wyrazy uznania i poparcia. Bo choć Samoobrona miała mnóstwo wad i popełniła całkiem sporo błędów, a jej liderzy nie raz i nie dwa kompromitowali się na różne sposoby, był to jedyny taki fenomen w Polsce po roku 1989. Popieranie Samoobrony nigdy nie było rozkoszą, ale czasami bywało obowiązkiem.
Jeśli krytycznie oceniamy rozwój wydarzeń po roku 1989 i polski status quo, a w centrum takiej diagnozy stawiamy triumf dzikiego kapitalizmu, ekspansję neoliberalizmu, nierówności społeczne, ukształtowanie pseudodemokratycznej oligarchii itp., to trudno byłoby znaleźć racjonalny powód, aby Samoobrony nie popierać, nawet jeśli byłoby to poparcie krytyczne. Ugrupowanie Andrzeja Leppera było jedyną siłą polityczną, która zarazem zakwestionowała realia III RP z pozycji prospołecznych i potrafiła wokół takiego stanowiska zgromadzić masy, niejako skumulować społeczny gniew.
Na podkreślenie zasługuje kilka kwestii. Po pierwsze, ogromna wytrwałość. Zanim Lepper mógł choć trochę „skonsumować” własny sukces, prowadził walkę przez dekadę. Odbył setki, jeśli nie tysiące spotkań ze zwykłymi ludźmi, organizował dziesiątki protestów i innych działań, budując z olbrzymim mozołem ten ruch protestu. Czynił to wbrew licznym niepowodzeniom i o wiele większej dawce ataków. Ataków wyjątkowo brutalnych i chamskich nawet jak na realia polskiego systemu oligarchicznego, w którym mafiosi zwani liderami, autorytetami czy ojcami demokracji nie cofną się właściwie przed niczym, podobnie jak serwilistyczne wobec nich media. Na Leppera wylano kubły pomyj, próbując go bez ładu i składu oskarżać o co się tylko da: o faszyzm i o komunizm, o agenturalność taką czy inną, o złodziejskie zamiary i o naiwny idealizm, o podejrzaną przeszłość i zbrodnicze plany na przyszłość. Był portretowany jako wykolejeniec, bezwzględny demagog, furiat i szaleniec, no i oczywiście – jako wieśniak, cham, burak i ćwok.
Tego ostatniego „argumentu” używali ochoczo m.in. specjaliści od tolerancji i zwalczania dyskryminacji. Liberalne media, które pełne są potępień homofobii, antysemityzmu, ksenofobii i innych niemądrych, lecz zazwyczaj dość marginalnych – choć przez zawodowych „zwalczaczy” chętnie wyolbrzymianych – postaw, nieustannie mrugały okiem do odbiorców. O, popatrzcie, ale wsiowy głupek, co on bredzi, cham jeden w gumofilcach, dureń od pługa granatem oderwany, gnojem śmierdzi i brud ma za paznokciami, ha ha ha. Bo w dyskursie sytej, aroganckiej elity nie tylko dopuszczalny, ale wręcz dobrze widziany jest jeden rodzaj rasizmu: pogarda, niechęć i odmawianie faktycznych równych praw tym, którzy nie są dość zamożni, dobrze wykształceni i nie zamieszkują wielkich aglomeracji. Demokracja – o tak, pod warunkiem, że chamy z prowincji nie przegłosują Geremka na rzecz „ludzi znikąd”. „Prosty człowiek” – czemu nie, pod warunkiem, że jest „nasz” i że imię ma TW, a nazwisko Bolek.
Andrzej Lepper znosił dzielnie całe to szambo, które na niego wylewano przez lata. Ale nie tylko znosił, nie tylko je przetrwał, nie tylko cierpliwie zapracował na sukces. Tym, co przesądza o jego znaczeniu w polskim życiu publicznym, są współgrające ze sobą: umiejętność mobilizacji mas społecznych oraz ominięcie pułapki mielizn ideologicznych, na których osiadło wiele podobnych inicjatyw. Samoobrona była skuteczna – nie raz, nie przez rok, lecz wiele razy przez ponad dekadę artykułowała społeczny gniew, nie pozwoliła zamieść problemów pod dywan, wytrącała sytych z błogostanu. Może i ocierała się o prymitywizm, ale „Balcerowicz musi odejść” wyprowadzało ludzi na ulice skuteczniej niż seminaria o nierównościach społecznych i eseje o szwedzkim modelu dobrobytu. Lepper był populistą, ale w dobrym tego słowa znaczeniu – po imieniu nazywał realne problemy, które inni chcieli przypudrować i rozmemłać w magmie ładnych słówek. Potrafił o bolączkach opowiedzieć tak, że nawet jeśli nie była to narracja zbyt pożywna dla wymagających mózgów, to na pewno porywała proste serca.
Co więcej, populizm Leppera był postępowy. Nie był to populizm w stylu Le Pena, który gniew ludu kieruje na Bogu ducha winnych emigrantów, aby ominął on faktycznych winowajców – kapitalistycznych krwiopijców i niesprawiedliwości natury gospodarczej, nie etnicznej. Lepper nie wzywał do rozprawy z żadnymi „obcymi”, nie napuszczał „rdzennych Polaków” na Żydów, wierzących na ateistów czy „sól ziemi” na „miastowych”. Potępiał polityczny establishment i podejmowane przezeń decyzje strukturalne jako szkodliwe dla naszego kraju i większości jego mieszkańców.
Tym, co stanowiło o fenomenie Samoobrony, było także ominięcie pułapek, w które inni krytycy obecnego porządku wpadają z regularnością godną mechanizmów szwajcarskiego zegarka. Z 99-procentową pewnością można zakładać, że gdy w Polsce pojawi się jakiś radykał, który całkiem sensownie krytykuje prywatyzację, wyzysk ekonomiczny, nieistnienie polityki gospodarczej, łamanie praw pracowniczych, biedę i brak perspektyw, to prędzej czy później zacznie bełkotać bądź o tym, że wszystkiemu są winni Żydzi, masoni i lobby aborcyjne, bądź dla odmiany o tym, że należy zalegalizować marihuanę, wysłać księży na Księżyc oraz ubóstwiać „Che” Guevarę. W Polsce fiasko polityki prospołecznej i niemożność stworzenia silnego lobby na jej rzecz wynikały nie tylko z uwarunkowań systemowych (liberałowie wszelkich odcieni u władzy, bo tylko oni mieli na to środki), nie tylko z klimatu ideologicznego (ogólnoświatowa moda na neoliberalizm), nie tylko z wpływu przeszłości (niemal wszystko, co „społeczne”, kojarzy się źle po 45 latach komuny). Jak wskazują prawie wszystkie sondaże, Polacy są zazwyczaj zwolennikami rozwiązań socjalnych. Jeśli masy popierają postulaty liberalne, to zwykle w tych przypadkach, gdzie noszą one znamiona sensu, jak w kwestii „przebiurokratyzowania” życia codziennego. Jedną z głównych przyczyn niepowodzeń opcji prospołecznej jest natomiast to, że postulaty owego rodzaju są niemal zawsze podawane „w pakiecie” z czymś, co albo powinno być prywatną sprawą, albo przedmiotem debaty w innym miejscu i na innej płaszczyźnie.
Ugrupowanie Leppera jako jedyna poważniejsza siła antyliberalna zdołało uniknąć tej pułapki. Jej lider deklarował się jako katolik i cytował Jana Pawła II, a zarazem nie wdawał w czarnosecinne potępianie homoseksualizmu czy w inicjatywy wieszania krzyży gdzie popadnie. Bronił niektórych aspektów PRL-u, lecz bez wielbienia morderców Popiełuszki, wychwalania stanu wojennego czy wywodów, że słusznie rozgromiono „reakcyjne bandy” rękoma krasnoarmiejców. Lepper sednem ideologii i przekazu uczynił postulaty prospołeczne, inne niemal zupełnie marginalizując lub wręcz całkowicie przemilczając. To było jednym z głównych źródeł jego sukcesu – że ofiary neoliberalizmu widziały w nim wybawienie niezależnie od tego, czy któraś z nich czytała „Nie”, czy „Nasz Dziennik”.
Ale właśnie to było też powodem nasilonej nienawiści establishmentu wobec Samoobrony. Gdy okazało się, że Leppera nie sposób wrobić w faszyzm czy w komunizm, że nie daje się złapać na haczyk wyklinania lub promowania aborcji, lecz stoją za nim masy żądające pracy i chleba – wiedziano już, że nie ma żartów, bo ktoś taki może odnieść sukces, jakiego nie odniosą nigdy Wrzodak czy Ikonowicz. A sukces Leppera mógł być początkiem końca ustroju ugruntowanego na niesprawiedliwościach, wyzysku i łupiestwie.
Nawiasem mówiąc, dokładnie za to samo nienawidzili Leppera nie tylko przedstawiciele establishmentu, ale także ci wszyscy radykałowie, którym pokazał on, jak można być „ostrym” i jednocześnie wyjść z niszy. Radykałowie prawicowi wtórowali TVN-owi i „Wyborczej”, portretującym Leppera jako komunistę i aparatczyka rodem z PRL, zaś radykałowie lewicowi jednym głosem z „Wprost” ględzili, że Lepper to neofaszysta i antysemita. Gdy oni popiskiwali o „rewolucji socjalnej” lub „obronie interesów narodowych” w swoich gazetkach węszących spiski faszystów lub spiski Żydów, Lepper blokadami paraliżował cały kraj i wprowadzał do parlamentu kilkudziesięciu posłów.
Nie chcę być źle zrozumiany – to nie jest żadna pośmiertna, standardowa laurka. Andrzej Lepper jako człowiek i lider ugrupowania popełnił wiele błędów, był postacią kontrowersyjną nie tylko wedle salonowych, lecz również całkiem zwykłych kryteriów. Wokół Samoobrony kręciło się wielu podejrzanych typów, okoliczności wydarzeń z udziałem tego środowiska są niejasne i nawet jeśli establishment je wyolbrzymiał (jak sprawę Anety K., orientację prorosyjską, aferę gruntową itp.), to pozostawiają pole do wielu domniemań i podejrzeń. Podobnie wygląda rzecz z udziałem Samoobrony we władzy – nie jest łatwo powiedzieć dzisiaj, czy Lepper się „sprzedał”, dał utemperować za kilka posad, a następnie uwikłał w niejasne interesy, czy też Jarosław Kaczyński na bazie pomówień lub czyjejś prowokacji postanowił podarować władzę Platformie Obywatelskiej i zamienić rząd przeklinany przez salony na niekończącą się opozycyjność. Zapewne na precyzyjny osąd przyjdzie nam poczekać kilka dekad, gdy historycy spokojnie przejrzą akta wielu instytucji i ocenią je bez środowiskowo-politycznych uwikłań i oczekiwań, od których dziś nie sposób abstrahować.
Niezależnie jednak od nieraz dziwnych „okolic” Samoobrony oraz od smutnego końca jej lidera, Andrzej Lepper był postacią, która zasługuje na dobre słowo. Ile błędów by nie popełnił, pozostaje jego zasługą to, że pierwszy tak dobitnie i zarazem konsekwentnie, a przy tym z wielkim talentem popularyzatora podniósł hasła socjalne, „wbił” się z nimi do debaty publicznej i nie pozwolił sytym całkiem zdominować krajobrazu politycznego, zabudowywanego stopniowo coraz bardziej groteskowymi liberalnymi wioskami potiomkinowskimi. Lepper był mieczem, który wciąż wisiał nad głowami zadowolonych łajdaków z warszawki i krakówka i przypominał im – i nam wszystkim – że istnieje inny świat. Świat zlikwidowanych PGR-ów, podupadłych małych miasteczek, które przeżywają regres cywilizacyjny, zamykanych zakładów pracy, wiejskiej i miejskiej biedy, głodnych dzieci i wegetujących starców. To w dużej mierze dzięki niemu dziś nawet media establishmentu przestały udawać, że jest całkiem OK, że doganiamy i przeganiamy Europę, że nie istnieją realne, utrwalone i rosnące problemy społeczne. Jeszcze 15 lat temu w tych samych mediach byli tylko „ludzie sukcesu” i „pracowita klasa średnia” oraz garstka „roszczeniowych nieudaczników” i amatorów wina „Arizona”.
Oceniając pośmiertnie Leppera należy też zrobić coś, czego niemal nigdy w polskim dyskursie publicznym się nie robi. Mianowicie odpersonalizować zjawisko. Wygodniej i łatwiej wytyka się takie czy inne wady i błędy lidera Samoobrony lub dla odmiany wychwala jego zalety jako konkretnego człowieka, bo wówczas nie trzeba się wysilać. Wówczas on sam jest „chamem i burakiem” albo „charyzmatycznym liderem”, jego wyborcy „dali się omamić” lub „zawierzyli komuś, kto wyrażał ich nastroje”, a on ich zawiódł, gdyż „sprzedał się” lub „uwikłał w niejasne interesy” albo „załatwił go Kaczyński”. Ale w ujęciu systemowym Lepper jest tylko – a może aż – swoistym papierkiem lakmusowym, skutkiem pewnych procesów, nie zaś ich przyczyną.
W takim ujęciu nie ma „Nikodema Dyzmy”, który „uwiódł naiwnych”. Jest polityka lekceważenia milionów ludzi i całych połaci kraju, które nie są przypadkowo zacofane oraz zamieszkiwane przez nieudaczników, lecz „celowo” spychane na dno wskutek wyboru modelu ekonomicznego, bazującego na tworzeniu i powiększaniu nierówności. Jest wieloletnia pogarda pod adresem takich ludzi i obszarów, jest ich nieobecność w debacie publicznej, jest lekceważenie ich sytuacji przez polityków głównego nurtu. I jest trybun ludowy, który dla takich osób staje się jedynym wiarygodnym człowiekiem. I jest jego przekaz, brutalny i prosty nie tylko dlatego, że przynosi poparcie wspomnianych osób, ale i ponieważ tylko to może przebić się do centrum zainteresowania. Podobnie jak wysypywanie zboża na tory czy blokowanie ruchu drogowego w całym kraju – zamiast konferencji prasowych, których nie pokażą skorumpowane i stronnicze media.
W takim ujęciu nie ma „chama i buraka”, który zapragnął wtargnąć na salony i wbić zęby w specjały z pańskiego stołu. Są głębokie uprzedzenia elit politycznych i kulturowych, są olbrzymie pokłady antywiejskich kompleksów (wiele mówiące o kraju, w którym pokolenie czy dwa wstecz „wieśniakami” była ogromna większość społeczeństwa). Jest oligarchiczny, zablokowany system polityczny oraz triumf kumoterstwa, co skutkuje niemożnością cywilizowanej kooptacji do grona liderów reprezentujących interesy społeczne.
W takim ujęciu nie ma Leppera, który „upraszcza”, „wyolbrzymia”, „źle definiuje”. Jest plebejski, samorodny działacz, który bije głową w mur, bo nie może liczyć na zainteresowanie i pomoc specjalistów, analityków czy naukowców. Oni bowiem albo stanowią integralną część systemu władzy i opresji, podczepieni pod promocję w „Wyborczej” i granty z Fundacji Batorego, albo są tak subtelni i przywiązani do eleganckiej formy, iż przesłania im ona sedno treści, albo też ich prospołeczne poglądy są po prostu ścieżką kariery w neofeudalnej hierarchii akademicko-medialnej. Są też tak bardzo postępowi, że dla mniej postępowych nie mają pomocnej dłoni, a jedynie pogardliwe wywody o ich zacofaniu.
W takim ujęciu wreszcie, nie ma Leppera, który się sprzedał, zdradził, wypiął na „swoich”. Jest całkowita zapaść kultury demokratycznej i zaangażowania społecznego we współczesnej Polsce. W efekcie nie ma ugrupowań o wielu liderach kontrolujących się wzajemnie, a przede wszystkim kontrolowanych przez zwykłych członków i sympatyków. Jest za to kult idoli, którzy za nas „powinni coś z tym zrobić”, a my łaskawie wrzucimy kartkę do urny, oczywiście jeśli akurat nie będzie padał deszcz lub teść nie zorganizuje imprezy. Jest polityka nie jako emanacja zbiorowej woli, lecz żerowisko nieokiełznanych samców alfa. Nie ma pobłądzenia czy zdrady jednostki, którą zastępują sprawnie inni, bez wielkiej szkody dla całości, są za to partie wodzowskie, które upadają wraz z upadkiem wodzów. Nie ma comiesięcznych składek 50 tysięcy ludzi po 10 zł, lecz „układy” z 50 „sponsorami”, z których każdy daje 10 tysięcy i oczekuje „wdzięczności”, czyli reprezentowania swoich – nie zaś wyborców – interesów, albo po prostu jedna wielka łapówka 500-tysięczna, za którą kupuje się kogoś, kto na „wielką politykę” potrzebuje środków.
Andrzej Lepper nie żyje. Ale wciąż żyją problemy i negatywne tendencje, przeciwko którym on się buntował. Dziś już tego nie zrobi, bo rozpoczął wieczny odpoczynek. Byłoby kpiną właśnie komuś takiemu życzyć sztampowego, mieszczańskiego odpoczywania w spokoju. Panie Andrzeju, niech Pana gniew nie opuszcza, gdziekolwiek Pan jest.
Remigiusz Okraska
Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Tomasz Chmielewski
przez Joanna Duda-Gwiazda | środa 3 sierpnia 2011 | opinie
Według słownika empatia to „uczuciowe utożsamienie się z inną osobą i wywołanie w sobie uczucia, które ona przeżywa”.
Trudno racjonalnie wytłumaczyć nienawiść do braci Kaczyńskich, Macierewicza i całego „pisowskiego ludu” (określenie Igora Janke). Absurdalna i okrutna wydaje się usilnie lansowana teza, że załoga i pasażerowie samolotu w Smoleńsku zginęli na własne życzenie. Ale popatrzmy na sprawę oczami tych, którzy boją się PiS-u jak zarazy, żądają „kordonu sanitarnego”, a wszystko będzie wyglądać inaczej.
Ryszard Kalisz ogłosił, że za samobójczą śmierć Barbary Blidy odpowiedzialni są Zbigniew Ziobro i Jarosław Kaczyński. Jest to prawda oczywista. Gdyby PiS nie podejmował próby wyjaśnienia powiązań w mafii paliwowej, Barbara Blida by żyła. Trudniej wytłumaczyć przyczyny zbiorowego samobójstwa awangardy pisowskiego ludu. Dlatego wciąż pojawia się inny wątek. Lech Kaczyński sam sobie winien, ponieważ narażał się PO i Rosji. Stawiał się, wtrącał do polityki międzynarodowej, nie uwzględniał szczególnej wrażliwości decydentów, którzy mają realną siłę i realną władzę. Tak jak sam sobie jest winien szef CBA, który zastawiał pułapkę na premiera oraz agent Tomek, prawiący dusery skorumpowanej posłance.
Nienawiść do patriotów staje się zrozumiała, gdy wyobrazimy sobie taką scenę. Jesteśmy marszałkiem albo ministrem, zasłużonym, podziwianym, filmowanym. Poddani nam czapkują, redaktorzy tytułują, zagraniczni mężowie stanu obejmują i klepią po plecach, saloniki dla VIP-ów, salonki w samolocie, drogie hotele. Nasza chata na przedmieściu chędoga, choć nie rzuca się w oczy, fura z przyciemnionymi szybami w garażu. Nagle bez uprzedzenia o szóstej rano – puk-puk i zbiry w mundurach jak jakieś gestapo wywlekają nas z domu do aresztu, na przesłuchanie. Wypytują o starych i nowych partnerów w biznesie, przetargi, kontakty, adresy, mają jakieś papiery z podsłuchów, z NIK-u, z tajnych biurek urzędników państwowych. Powiemy, że wszystko fałszywe, pewnie z IPN-u, gdzie najlepiej znają się na podrabianiu dokumentów, ale będzie wstyd i duże straty. Nie tak miało być. Nieudacznicy, którzy nie odnaleźli się na wolnym rynku i w naszej młodej demokracji, biorą odwet na tych, którzy w ciężkim trudzie zbudowali III RP.
Motyw pukania o szóstej rano pojawiał się we wszystkich opowieściach o odradzającym się faszyzmie, stalinizmie, totalitaryzmie. Przyznaję, że robi on wrażenie nawet na tych, do których w PRL pukali koledzy bohaterów naszej młodej demokracji. Pojawił się cień obawy, że pukanie wraca, może nawet wywalanie drzwi łomem, jak w nocy 13 grudnia. No i wróciło, zapukało do drzwi jakiegoś internauty. Ryszard Kalisz jest prawdziwym prorokiem.
Smoleńska katastrofa pomogła opanować sytuację. Służbami państwowymi kierują teraz kulturalni, apolityczni profesjonaliści, odpowiedzialni za stabilność państwa, uwzględniający uwarunkowania zewnętrzne. Zagrożenie minęło, na twarze premiera, ministrów i innych notabli powróciła pewność siebie. Jednak nadal coś ich nęka, uśmiechy przypominają grymas, wzrok dziki, plącze się słowotok o paśmie sukcesów. Co to może być? Nie sytuacja gospodarcza, bo ta jest jak wiadomo znakomita i budzi powszechny podziw, stosunki z Berlinem i Moskwą są tak dobre, że buzi dać. Słupki poparcia trzymają się jak zamurowane.
Jakiś robak dręczy sterników naszej nawy państwowej. Strach przed prokuratorem i sądem minął – ale pozostał, a nawet nasilił się strach przed ulicą. W całej Europie „motłoch” wylega na ulice i czepia się polityków. Strach ma wielkie oczy. Pojawił się napis na transparencie – nadciąga las (odwołanie do Makbeta). Ten las zmaterializował się na stadionach. Kibice okazali się odporni na propagandę sukcesu. Przed sejmem jacyś dzicy spalili 560 krzesełek, symbol parlamentarnej demokracji. Mało kto to zauważył, bo policja chwaliła demonstrantów za ład i porządek. W kinach wyświetlają film „Uwikłani” – instruktaż, jak poradzić sobie z demonami przeszłości.
Jeszcze wierny lud gapi się w telewizję i nie chce zmian. Kto ma dach nad głową, dostęp do środków publicznych, dobrą pracę albo wysoką emeryturę, ten wie, że mieszka na zielonej wyspie. Kto się omsknął i już tonie, może jeszcze wierzyć, że sam sobie winien. Młodzi ludzie, którzy nie mogą pracy znaleźć albo harują od świtu do nocy bez żadnej perspektywy na przyszłość, pocieszają się, że to pech, chwilowe niepowodzenie. Są przecież młodzi, pełni entuzjazmu, nowocześni. Jednak slogan, że pracę znajdzie każdy, kto naprawdę chce, coraz częściej okazuje się oszustwem. Uwiedzionych propagandą sukcesu twarde lądowanie przywraca do rzeczywistości.
W Gdańsku jedyną pracą, którą znalazł absolwent technikum, było rozrzucanie tłucznia przy przebudowie torów tramwajowych. Praca dobrze płatna – 10 zł za godzinę netto, ale warunki umowy drakońskie. Jeśli robotnik zrezygnuje w ciągu pierwszych trzech dni, nie dostanie ani grosza. Za jeden dzień nieobecności kara wynosi 100 zł. Nie ma żadnych dni wolnych, a z zawartych w umowie 10 godzin pracy na dobę zrobiło się 12 godzin. Matka radziła synowi, aby powołując się na konstytucyjne prawo do praktyk religijnych zażądał wolnych niedziel. Nie dało to rezultatu. Być może, gdyby był muzułmaninem, dostałby wolne piątki, jeśli Żydem – wolne soboty. Kiedy okazało się, że ból mięśni nie mija przez noc oraz nie ma możliwości odebrania świadectwa maturalnego i zapisania się na studia, młody człowiek zrezygnował z pracy. Jego starsi koledzy zostali, są silniejsi, w domu czekają głodne dzieci. Każdy mądrala powie: „Po co rozrzucać tłuczeń, lepiej świadczyć usługi internetowe”. Praca fizyczna jest w pogardzie, a wykonujący ją ludzie są wyzyskiwani bez litości.
Rywalizacja z systemem komunistycznym zmuszała kapitalizm do respektowania praw pracowniczych i związkowych. Marksizm przegrał. Tzw. państwo opiekuńcze jest likwidowane jako szkodliwy dla gospodarki anachronizm. Mam nadzieję, że dla wszystkich już jest jasne, dlaczego pierwszą „Solidarność” trzeba było zniszczyć. Teraz wszyscy się na nią powołują, ale przypominanie, że był to związek zawodowy, wywołuje konsternację.
Strach przed komunistyczną zarazą zniknął. Dla wyzyskiwaczy nastało dolce vita, gospodarka rozwinęła się wspaniale i nawet na kryzysie można dobrze zarobić. Banki nadal pożyczają pieniądze na obsługę długów. Nazywa się to pomocą międzynarodową w imię solidarności. Odsetki od tych długów w krajach bankrutujących sięgają już 30 procent. Biznes jest pewny, bo rządy nie pozwolą, aby banki poniosły stratę. Trzeba tylko dokręcić śrubę „darmozjadom” z ulicy.
Jeśli jedynym lekarstwem na światowy kryzys jest zwiększanie wyzysku, to znaczy, że znaleźliśmy się na równi pochyłej i pędzimy do ściany.
przez Krzysztof Wołodźko | poniedziałek 25 lipca 2011 | opinie
Pierwsze, zapamiętane długie oczekiwanie na opóźniony pociąg? To zdaje się mała, wielkopolska stacja Czempiń, mroźna zima może w połowie lat 80. Bodaj dwie godziny spóźnienia pociągu osobowego na trasie Poznań-Wrocław. Niebiesko-żółta jednostka z siedzeniami z brudno-brązowego skaju, oczekiwana tęsknie jak wizyta Gwiazdora (wielkopolski święty Mikołaj). Tyle że wtedy odziedziczony po Prusakach dworzec w Czempiniu miał jeszcze, obok poczekalni, duży, ciepły bufet.
Bufet został skutecznie na początku III RP zdekomunizowany, tj. odcięty od reszty dworca cegłami, szarą zaprawą i przerobiony na magazyny. Ale to nie był koniec skutecznej dekomunizacji: to, co pozostało z dworca, okoliczna młodzież na długie lata upstrzyła obyczajowo-wulgarnymi napisami od podłogi po sufit. Jak kapitalizm, to kapitalizm.
Tak, PKP, Anno Domini 2011 to naprawdę znakomity wehikuł czasu. To chyba wliczone jest w cenę biletu. Czasem te podróże w czasie łączą w sobie w jakiś perwersyjny sposób stare i nowe w arcypolski mix. Ot, środek zimy 2010, Warszawa Centralna, kolosalne opóźnienia, remontowany dworzec w stolicy nadwiślańskiego państwa pozbawiony świetlnych tablic informacyjnych, jeden oblegany punkt informacyjny, z megafonów dobiega jakiś niewyraźny pogłos. Trudno nawet uwierzyć megafonom, tu już nawet alegoria Kaczmarskiego na nic. Ścisk, chaos i dłużyzna opóźnień. Z jednego peronu raz za razem odjeżdżają bliżej niezidentyfikowane pociągi, co jeszcze wzmaga wrażenie pandemonium.
I w tym wszystkim, raptem, wybrzmiewa jasno i wyraźnie słyszany głos, że podróżni międzynarodowego pociągu, przebijającego się przez kraj papieża, Wałęsy i polskiej kiełbasy gdzieś na Zachód, proszeni są na gorącą kawę do „Strefy VIP”. I pomyślałem wtedy, że jednak w Polsce po „Solidarności” wciąż warto wyjeżdżać międzynarodowym pociągiem na Zachód. A jeśli, człowieku, akurat nie jesteś w trakcie takich wojaży, to wcale nie znaczy, żeś podróżnym drugiej kategorii, szarakiem czekającym na swoje InterRegio, czy nawet IC relacji Warszawa-Kraków. Po prostu nie dla wszystkich nastarczyło kawy. I to niczyja wina, że chamstwo wciąż się pcha na dworce, zamiast przesiąść się na jakieś bardziej wygodne środki transportu.
Przy odrobinie wyobraźni można by uznać, że to zaproszenie wybranych na kawę do „Strefy VIP”, ostentacyjnie podane przez megafony tłumowi zdezorientowanych, mocno poirytowanych, zmęczonych pasażerów, to symbol naszej rodzimej odmiany kapitalizmu. Symbol arogancji i nowych podziałów społecznych. Ale komu by się chciało wysilać na takie metafory, gdy marzy tylko, by wsiąść do pociągu byle jakiego.
Tak, a ten pociąg – wracając do czasów dzieciństwa – faktycznie wciąż jakiś byle jaki, lepki, albo przegrzany, albo wyziębiony, albo stoi w polu, a na zewnątrz polskie wiosna, lato, jesień, albo zima, a w środku płacz i zgrzytanie zębów, ucisk i strapienie, arogancka obsługa w WARS-ie, znudzony wszystkim konduktor, skonfundowany zagraniczny turysta, przyglądający się z bliska hiperborejskim porządkom, bo pechowo wsiadł nie do tego pociągu, o którym sądził, że kupił bilet, gdzieś w Toruniu czy Bydgoszczy.
I teraz nad cudzoziemcem złośliwie anty-polskojęzycznym stoi konduktor, i patrzą na siebie, i nic nie rozumieją, no, może oprócz tego, że konduktor wie, że cudzoziemiec jeszcze nie wie, że konduktor już wie, że zaraz wypisze „panu etranżerowi” odpowiednią dopłatę za ten luksus, jakim jest podróż pociągiem z mrugającym w usterce (albo i w rozterce) oświetleniem i zapchanym kibelkiem, bez wody w nieco przybrudzonym kranie, za to z mnóstwem szarych, papierowych ręczniczków na podłodze i kostką mydła przyklejonego do dna umywalki. I ten dyskretny zapach tytoniowego dymu w toalecie, i ten pet w ubikacji. Skąd on tam? „Elementarne, drogi Watsonie”: jesteśmy w Europie, „całkowity zakaz palenia”.
I za to wszystko należy się dopłata. Ale chyba najbardziej za widoki za oknem, za ten krajobraz pełen pól, lasów i łąk, ze słońcem odbijającym się obojętnie od dziesięcioleci w lekko przybrudzonych oknach, roziskrzającym kurz na niesfornych firankach drugiej świeżości.
I tak to się właśnie podróżuje, niby z punktu A do punktu B, a w gruncie rzeczy w przeszłość, brodzi się rzeczką czasu pod prąd, albo – trafniej – wydeptuje torami kolejowymi drogę w drugą stronę, a te tory kolejowe zarastają, rdzewieją, ktoś kradnie podkłady. I gdy zmorzy mnie sen, mijam w onirycznym widzeniu jedną po drugiej pustawe stacje, gdzie już nie uświadczysz bileciku z twardego kartonu, przyrdzewiałe tablice z nazwą przystanków, poniszczone ławki na peronach, zamknięte na cztery spusty toalety, cuchnące latem uryną i lizolem. I nie wiem, w pół uśpieniu, czy to „teraz”, czy „niegdyś”, czy to rok 2011, 1994, 1985, choć tyle się zmieniło przecież i wszystko jest bardziej światowe, anglojęzyczne, a w IC za darmo można dostać kawę i ciasteczko. Ot, peryferyjne, małe radości dla raczkujących jeszcze przedstawicieli cywilizacji zachodnioeuropejskiej.
Najciekawsze jest jednak w tym wszystkim, że naprawdę lubię podróżować PKP. Lubię przykleić nos do szyby, a wcześniej westchnąć z ulgą: „jedziemy”. I lubię podmiejskie jednostki pełne uczniów. I zadbany dworzec w Lesznie Wielkopolskim, gdzie podają niezłe hamburgery, a toaleta dworcowa jest naprawdę czysta. Ale to wszystko chyba, po trosze, dziwny sentymentalizm środkowoeuropejczyka, dla którego czas i miejsca zawsze wracają do jakiegoś magicznego punktu w przeszłości i nie pojmie tego mędrca „szkiełko i oko”.
przez Tadeusz Markiewicz | czwartek 14 lipca 2011 | opinie
Izraelscy żołnierze to roboty strzelające do wszystkiego, co się rusza. W Gazie nie ma szkół, bo są same więzienia. Wszyscy aktywiści Flotylli Wolności są święci. Oto konflikt izraelsko-palestyński oczami Romana Kurkiewicza.
Kilka dni temu Roman Kurkiewicz zaskoczył wywiadem, jaki ukazał się w „Krytyce Politycznej”. Znany dziennikarz dzieli się w nim przemyśleniami na temat sytuacji Palestyńczyków, polityki Izraela, a także własnymi przeżyciami z tegorocznej Flotylli Wolności.
Gaza?
Rozpoczyna stwierdzeniem, że do Strefy Gazy „nie można dostarczyć podstawowych artykułów gospodarczych”. A przecież Izrael lata temu wypracował skuteczne mechanizmy umożliwiające każdemu przekazanie Palestyńczykom pomocy humanitarnej i towarów konsumpcyjnych. Jeśli nie chcemy tego robić poprzez wsparcie jednego z ponad 120 zatwierdzonych projektów społeczności międzynarodowej, możemy zgłosić się do organizacji pozarządowych (PAH, Oxfam, ANERA, Viva Palestine itd.), które transportują towary do Strefy. Ponadto przez otwarte niedawno przejście graniczne Kerem Shalom, do Gazy codziennie wjeżdżają z Izraela setki ciężarówek z towarami.
Zdaniem Kurkiewicza, mieszkańcy Strefy Gazy żyją w więzieniu. Skoro w więzieniu, to wiadomo – są „pozbawieni jakichkolwiek szans edukacyjnych”. Nieważne, że na zamieszkałym przez 1,5 mln osób terytorium działa ponad 640 szkół i kilka uniwersytetów.
Skąd dramat Gazy? Zdaniem dziennikarza, „stało się tak w wyniku politycznych decyzji rządu Izraela”. I kropka. W czarno-białej narracji brak informacji na temat przejęcia władzy w Strefie przez Hamas. Organizacja ta, uznawana przez Unię Europejską i USA za terrorystyczną, dąży co prawda do wymazania państwa żydowskiego z map, ale widać jest to czynnik zbyt mało istotny, żeby znalazł się w analizach Kurkiewicza.
Idylla Flotylla
W wywiadzie nie brakuje także obserwacji na temat dramatu, jaki rozegrał się w czasie zeszłorocznej akcji Flotylli Wolności. Niestety i one są powierzchowne. Dowiadujemy się m.in., że „sytuacja, w której Izrael uzurpuje sobie prawo do operacji wojskowej na wodach międzynarodowych, jest absolutnym skandalem”. „Absolutny skandal” wyjątkowo nietrafnie charakteryzuje podstawy prawne izraelskiej interwencji. W świetle ONZ-owskiej konwencji Law of the Sea, wody międzynarodowe nie należą do żadnego państwa. Można na nich dokonać kontroli ładunku statku w sytuacji, gdy służby podejrzewają, że na jego pokładzie są terroryści albo broń. Państwo żydowskie od lat korzysta z tego prawa i kontroluje jednostki pływające nieopodal wód Izraela.
– „Tego typu akcja ma kilka celów. Oczywiście głównym jest dowiezienie pomocy humanitarnej” – Kurkiewicz nie ma wątpliwości co do tegorocznych zamiarów organizatorów Flotylli Wolności. Jednak już zeszły rok dobitnie pokazał, że nie o to bynajmniej chodzi. Towary wiezione do Gazy są elementem mającym nagłośnić cel walki politycznej aktywistów. W 2010 r. ponad 2/3 lekarstw transportowanych dla Palestyńczyków było… przeterminowanych już w chwili ładowania ich na pokłady.
I w tym, i w zeszłym roku aktywiści nie chcą słyszeć tureckich i izraelskich propozycji przetransportowania ładunków przez egipski port El-Arisz lub izraelskie przejścia graniczne. Nie chcą, bo gdyby do Gazy płynęli bez ładunków, w warstwie symbolicznej nikogo nie ratowaliby z „humanitarnej opresji”.
Auschwitz na pokładzie
Aby nie było żadnych wątpliwości, Kurkiewicz podkreśla, że wśród pasażerów pierwszej Flotylli „były osoby ocalone z Holokaustu”. Nie rozumiem, co to ma do meritum. Jak to uzasadnia całą akcję? To bardzo osobista i drażliwa dla wielu kwestia, ale moim zdaniem w tym przypadku dziennikarz instrumentalnie wykorzystuje ów fakt.
Holokaust to symbol, który ma nas do sprawy Flotylli konkretnie nastawić. Ma ją chyba uwiarygodnić. Doprawdy nie wiem, czemu. Czy ci, którzy przeżyli Shoah, są nieomylni? Czy reprezentują jakieś zwarte stanowisko, formację polityczną, światopoglądową?
A przecież na pokładzie „statków wolności” był także Erdin Tekir, który odsiedział 3,5 roku w rosyjskim więzieniu za współudział w porwaniu w 1996 r. promu z ponad 200 pasażerami. Tylko co z tego? Czy udział w akcji Flotylli byłego bojownika Szamila Basajewa obala szlachetne pobudki reszty aktywistów? I czy wreszcie sam Tekir nie ma prawa zmienić swych poglądów?
Dlaczego słuszna troska o los Palestyńczyków uprawnia do szkodliwych skrótów myślowych i jednostronnie upraszczanej narracji? Jak spłycanie problematyki konfliktu dwóch związanych węzłem gordyjskim narodów ma przysłużyć się do jego rozwiązania?
Europejska lewica od lat jest najodważniejszym i najbardziej postępowym adwokatem spraw ludzi spychanych na margines. Broni praw mniejszości seksualnych, mniejszości narodowych, ruchów robotniczych i drastycznie rosnącego prekariatu. Walczy o sprawiedliwy świat, wolny od rasizmu i uprzedzeń. Niestety jej spojrzenie na sprawę palestyńską od lat jest bardzo jednostronne. Ze szkodą tak dla Palestyńczyków, jak i Izraelczyków.
przez Joanna Duda-Gwiazda | czwartek 7 lipca 2011 | opinie
Miała babuleńka Koziołka Matołka, co kazał dziewczyny powsadzać do dołka. Koziołek Matołek – pod rogami pustka, dziewczyny wesołe, on blady jak chusta.
Taką piosenkę, nie przesadnie wyrafinowaną artystycznie i intelektualnie, śpiewałyśmy w obozie internowanych. Na szczęście junta wojskowa była mniej obrażalska od obecnych władz i nie próbowała nas za to zamknąć. Wprawdzie trudno zamknąć kogoś, kto już siedzi, ale WRON-a to potrafiła. Andrzeja aresztowała w obozie internowanych i oskarżyła o obalanie ustroju siłą, za co groziła kara śmierci. Siły do obalania czegokolwiek nie mieliśmy ani wtedy, ani teraz. Wszystkie Koziołki Matołki, historyczne i współczesne, mogą spać spokojnie. Nobliwa pani Sybiraczka powiedziała mi: Zostawcie w spokoju generała, to stary schorowany człowiek. Nie taki schorowany, skoro uczestniczy w pracach BBN. Ale postęp jest. Teraz mamy standardy europejskie i przynajmniej za słowa kara śmierci już nie grozi.
Nauczycielka w szkole podstawowej kazała trzem klasom napisać opowiadanie w odcinkach pod tytułem Diabelski Anioł. Dzieci uruchomiły chorą wyobraźnię, karmioną bajeczkami, grami komputerowymi i filmami akcji. W kolejnych odcinkach pojawiały się coraz bardziej sadystyczne i obrzydliwe sceny. Zacytuję kilka fragmentów:
„Zobaczyła ciało swojego chłopaka bez rąk i z jedną nogą”. „Kolejna ofiara był przywiązana łańcuchami do drzewa. Po całym ciele spływała krew. Głowa człowieka była odrzucona kilka metrów dalej. Wnętrzności były wyjedzone”. Motyw urwanej głowy tak się dzieciom spodobał, że pojawia się w następnym odcinku. „Przywiązali Łukasza sznurkiem i puścili go jako przynętę. Nagle zobaczyli szarpnięcie sznurka, szybko go chwycili i podciągnęli. Zobaczyli sznurek z głową Łukasza i z kłakami potwora”. Łukasz jest kolegą z grupy autorów. Dalej, oprócz krwi i flaków, z ciał wylewają się robaki, które są zjadane. Kto zje robaka, zamienia się w potwora. Potwór wyjada nie tylko wnętrzności, również mózgi. Zabawę przerwała dyrektorka.
Rodzice próbują ograniczać dzieciom dostęp do Internetu, blokują strony z pornografią, ale jest to nieskuteczne, ponieważ dzieci mają telefony komórkowe. Synek znajomych otrzymuje SMS-y: „Czy ty dalej wierzysz w tą głupią Maryśkę?”. Chodzi oczywiście o Marię, matkę Chrystusa.
Wielu jest chętnych do cenzurowania Internetu, ale nie słyszałam, aby ktokolwiek domagał się ograniczenia sadystycznych, okrutnych i obrzydliwych treści w publicznym przekazie, ponieważ wszystkim jest to na rękę. Panuje przekonanie, że im mocniejsze ostrzeżenie, tym lepszy skutek. Obrońcy zwierząt pokazują ich cierpienia, pacyfiści okrucieństwa wojny, kościół wystawia plansze ociekające krwią nienarodzonych, drogówka ofiary wypadku. Trzeba przebić się przez kulturę masową, która jest coraz bardziej brutalna i prymitywna.
Nakręca się spirala coraz mocniejszych środków wyrazu. Natomiast reklamy i większość seriali wypełniają lukrowane obrazki z życia ludzi, którzy nie mają większych kłopotów, albo świetnie sobie z nimi radzą. Wszystko jest umowne: entuzjazm widzów, spontaniczność celebrytów, krew z urwanej nogi. Do mediów przebijają się jeszcze tylko tragiczne historie ludzi okrutnie skrzywdzonych przez los lub władzę.
Trudno sobie wyobrazić dalszą eskalację straszenia i pogróżek w celach wychowawczych. Przypadkowo znalazłam przykład innego podejścia do wychowania dzieci. W wydanym przez IPN albumie „Rotmistrz Witold Pilecki 1901-1948” zamieszczono fotokopię wierszowanego listu do syna (str. 123). Oto dwa fragmenty:
„Niby świat kocha i wsze stworzenia
W gołębim sercu – gołąbki zmieszcza
To raptem znowu zmienia się w drania
Motylom życie odbiera – więc gania”.
Jeśli Cię ręka swędzi i oko
Równego sobie szukaj – silnego
Z nim stań do walki. Uda się – a więc głęboko
Miecz wraź swój w niego!
Lecz słabe niszczyć stworzonka – nieduże
Tak robić potrafią przede wszystkim tchórze
Lecz nigdy nie robią tego rycerze”.
Nie trzeba wymyślać niczego nadzwyczajnego. Wystarczy wrócić do starych zasad i metod wychowania, aby świat wrócił do normy. Oczywiście nie jest to takie proste. Kto przyzwyczaił się do stosowania prawa siły, bezkarnego gnębienia słabszych, nie nawróci się na etos rycerski – stawanie do walki z silniejszym, otaczanie opieką wdów, sierot i motylków.
Rządzący chełpią się siłą, ponieważ jest to skuteczna polityka. Nie trzeba silić się na argumenty i wszyscy wiedzą, kto tu rządzi. Wiele razy słyszałam z ust Borusewicza i Tuska: „Trzeba było wygrać wybory”. Na szczęście nie wszyscy obywatele są klientami władzy. W sprawach tak ważnych, jak wyjaśnienie przyczyn katastrofy pod Smoleńskiem, pokrzykiwanie i wyszydzanie nie uciszy oponentów. Również pacyfikowanie kibiców nie daje pożądanego skutku. Władza kompromituje się, zaczyna się bać, ludzie się śmieją.
Nie wiem jak potoczą się losy Europy i świata. Społeczeństwa się buntują, ale chciwości i zadłużania się nikt powstrzymać nie potrafi. Szczytem bezczelności jest oskarżanie narodów Europy, że żyły na kredyt i narobiły długów. Nie przypominam sobie, aby Balcerowicz pytał nas, czy chcemy zadłużania państwa. Chcieliśmy żyć nie na kredyt, lecz z wynagrodzenia za własną pracę.
Zastanawia mnie, czego tak panicznie boją się autorytety, że ostrzegają przed faszyzmem. Co mają na sumieniu tchórze, którzy ze strachu rozum tracą? Czy miłość do zysków korporacji uzasadnia taki poziom emocji, jaki objawia np. Stefan Bratkowski, podobno dziennikarz, nie prezes banku?
przez dr Rafał Bakalarczyk | wtorek 28 czerwca 2011 | opinie
Rodzice dzieci niepełnosprawnych 15 czerwca wyszli na ulicę. Protestowali pod Kancelarią Prezesa Rady Ministrów, domagając się podwyższenia świadczenia pielęgnacyjnego do wysokości minimalnej płacy. Może się wydawać, że to protest dotyczący problemu wprawdzie ważnego, ale obejmującego dość wąski krąg osób. Jednak w tych protestach można dopatrzyć się zaczynu czegoś bardziej uniwersalnego – walki o uznanie opieki za pełnoprawną pracę, która wymaga wynagrodzenia.
Co do świadczenia pielęgnacyjnego, w ostatnich latach nastąpiły pozytywne zmiany. Do końca 2009 r. było to świadczenie selektywne, zależne od progu dochodowego, określonego w ustawie o świadczeniach rodzinnych. Wsparcie obejmowało więc tylko najuboższych. Od 2010 r. próg jest zniesiony, dzięki czemu dana osoba niezależnie od dochodu w rodzinie (jeśli zrezygnuje z podjęcia pracy, by oddać się opiece nad niesamodzielnym członkiem rodziny), otrzyma zasiłek w wysokości 520 zł. Choć to pozytywna zmiana, to jednak dla wielu osób niemożliwa jest rezygnacja z pracy i dochodów z niej na rzecz tak skromnego świadczenia.
Zgodnie z duchem polskiego prawa, jest to wciąż zasiłek, a nie wynagrodzenie. Nie uwzględnia się zatem, że opieka stanowi formę zasługi wiążącej się z wysiłkiem analogicznym, a niekiedy przecież znacznie większym, niż w przypadku pracy zawodowej.
Obawy tych, którzy przewidują gigantyczne koszty podniesienia świadczenia pielęgnacyjnego można ostudzić zapewnieniem, że nie wszyscy – nawet gdyby wzrosło ono radykalnie – byliby zainteresowani skorzystaniem z niego. Moja znajoma, opiekująca się dzieckiem (metrykalnie dorosłym mężczyzną) z porażeniem mózgowym, mając środki zapewnia dziecku opiekunkę w godzinach pracy, a sama zajmuje się nim w wolnym czasie. Powiedziała mi, że będzie chciała pracować jak najdłużej, bo całodobowej opieki nie wytrzymałaby psychicznie.
Przed podobnym dylematem stoi wiele osób. Warto, aby społeczeństwo i państwo wyciągnęli praktyczne wnioski z faktu, że opieka w domu nie jest okresem dezaktywizacji. Jeśli członkowie rodziny mają się opiekować niesamodzielnymi krewnymi, państwo musi ich wspierać na różne sposoby. W przeciwnym razie opiekunowie po jakimś czasie będą – wskutek zrozumiałego wypalenia – nie tylko niezdolni do opieki, którą będą musiały przejąć publiczne służby. Gorzej – sami będą jej potrzebowali.
Długofalowe koszty są więc wielokrotnie większe, niż wypłata świadczenia w wysokości płacy minimalnej. Potrzeba jednak trochę wyobraźni. I zrozumienia potrzeb. Wsparcie to nie powinno bowiem mieć charakteru pieniężnego, jak to ma miejsce w kontekście świadczenia pielęgnacyjnego, lecz obejmować także instrumenty rzeczowe i usługowe. Szczególnie ważne w obliczu powyższych problemów byłoby prawne zagwarantowanie opieki zastępczej na czas urlopów wytchnieniowych, gdy stali opiekunowie mogliby na pewien czas wyjechać i odpocząć. Takie rozwiązanie, zdaje się, ma zostać zawarte w przygotowywanej przez posłów PO ustawie pielęgnacyjnej. Oby niebawem ujrzała ona światło dzienne.
Sugerowałbym także modyfikację innego świadczenia na rzecz rodzin z niepełnosprawnymi. Chodzi o dodatek za kształcenie i rehabilitację dziecka niepełnosprawnego – obecnie wynosi on 50-70 zł miesięcznie, zależnie od wieku dziecka. Nie kwota jest tu jednak kluczowa, lecz to, że świadczenie przysługuje jako dodatek do świadczenia rodzinnego, a więc mogą z niego korzystać tylko osoby znajdujące się pod niskim progiem dochodowym. Rodziny, których dochód przekroczy próg choć minimalnie, nie otrzymają wsparcia. Patrzy się zatem na zagadnienie w kategoriach typowo socjalnych, a nie motywacyjnych. Tymczasem instrument ten – gdyby uniezależnić go od kryterium dochodowego – mógłby funkcjonować jako zachęta dla społecznie korzystnych działań i rekompensata indywidualnych kosztów, które im towarzyszą.
Ułatwienie dzieciom niepełnosprawnym edukacji to inwestycja w ich integrację ze społeczeństwem oraz podnoszenie kapitału ludzkiego. To również częściowe odciążenie czasowe opiekujących się nimi rodziców, a tym samym szansa na integrację ze społeczeństwem także dla nich. Polityka społeczna powinna odchodzić wyłącznie od zaspokojenia indywidualnych potrzeb w kierunku działań integracyjnych, a więc rzutujących na strukturę społeczną.
Wracając do postulatów protestujących rodziców, jedna rzecz budzi konfuzję. Otóż świadczenie pielęgnacyjne nie dotyczy tylko sytuacji, gdy rodzice opiekują się niesamodzielnymi dziećmi. Bywa odwrotnie, czasem to dorosłe dzieci muszą sprawować opiekę nad niesamodzielnymi rodzicami. Czy zatem świadczenie pielęgnacyjne miałoby być podniesione dla wszystkich opiekunów? Takie rozwiązanie byłoby bez wątpienia najsprawiedliwsze, ale rodzi ono – w obliczu starzenia się społeczeństwa i wzrostu udziału osób niesamodzielnych ze względu na podeszły wiek – ryzyko bardzo wysokich wydatków budżetowych. Czy nie jest to jednak koszt uzasadniony względami sprawiedliwości? Nie tylko sprawiedliwości redystrybucyjnej, ale i wymiennej, odnoszącej się do konieczności zapłaty za wykonaną pracę.
Wyobraźmy sobie, że tych usług opiekuńczych nie wykonywaliby członkowie rodziny. Wówczas albo osoby najbardziej bezbronne pozostałyby bez opieki, albo musiałoby zająć się tym państwo (i charytatywne organizacje) – a więc instytucje wspólnotowe. Powinniśmy zatem jako wspólnota być wdzięczni opiekunom rodzinnym, że wykonują tę eksploatującą pracę. A wdzięczność powinna znaleźć odzwierciedlenie w systemowym wsparciu dla nich.
Tymczasem przyjęliśmy za oczywisty i naturalny fakt, że świadczenie tych usług leży niemal wyłącznie w obowiązku osób bliskich lub zatrudnionych przez nich (w praktyce najczęściej na czarno) opiekunów pozarodzinnych. Taki system – utrudniający zresztą wprowadzenie i wyegzekwowanie jakichkolwiek standardów opieki – wydaje się kłócić z ideą nowoczesnego dobrobytu, w którym obciążenie ryzykiem socjalnym nie spoczywa wyłącznie na jednostce i jej rodzinie. Przeciwnie, jest częściowo rozłożone także na wspólnotę polityczną. Sytuacja niesamodzielności – na co zwracają polscy badacze zagadnienia, jak dr Barbara Więckowska – powinna być przyporządkowana do takiego katalogu ryzyk socjalnych.
Przemyślenie idei wynagrodzenia za opiekę nad osobami niesamodzielnymi nie jest nieuzasadnionym „roszczeniem”. Przeciwnie. Parafrazując słynną wypowiedź Nelsona Mandeli: Overcoming poverty is not an act of charity. It is an act of justice, chciałoby się rzec, iż wprowadzenie choćby minimalnego wynagrodzenia za opiekę nad osobami niesamodzielnymi to nie akt dobroczynności, lecz wymóg sprawiedliwości.