przez Anna Gotowska | wtorek 19 czerwca 2012 | opinie
Nie milkną kontrowersje wokół reformy emerytalnej. Nic dziwnego – w ciągu ostatnich miesięcy, oprócz sprawy głośnej umowy ACTA, niewiele było decyzji politycznych mających tak niskie poparcie społeczne. Według badania przeprowadzonego przez CBOS na początku marca, ponad 80 proc. Polaków jest przeciwnych podniesieniu wieku emerytalnego kobiet i mężczyzn do 67 lat.
Przyczyny braku akceptacji dla reformy mogą być różne, jednak ten ogólny sprzeciw pozwala naświetlić bardzo istotną kwestię. Każda trudna reforma, która w istotny sposób wpływa na zmianę poziomu oraz stylu życia obywateli, powinna wiązać się z szeregiem działań ochronnych. Naiwnością i skrajnym brakiem odpowiedzialności jest twierdzić, że rzeczywistość, którą stworzy nowelizacja, jest dostosowana do polskich warunków. Aby uzyskać oszczędności, trzeba najpierw zainwestować.
W świetle działań innych państwo unijnych, a także niekorzystnych zmian demograficznych mających nastąpić w nadchodzących latach, przeprowadzenie reformy emerytalnej może wydawać się nieuniknione. Warto jednak pamiętać, iż prowadzona przez starszych członków Wspólnoty Europejskiej polityka społeczna, a także środki na nią łożone, różnią się znacznie od polskich realiów. Według badań Eurostatu, Polska wydaje na systemy zabezpieczeń społecznych 19% PKB, przy unijnej średniej na poziomie 29%. Jest to jeden z najgorszych wyników w UE. W rezultacie szybkiego przegłosowania reformy, bez wcześniejszej debaty nad działaniami ochronnymi, wiele grup już i tak upośledzonych czekają szczególnie trudne czasy. Pośród nich, jako wyjątkowo narażone na niekorzystne zmiany sytuacji życiowej należy wyróżnić kobiety, szczególnie te w wieku 50+.
Brak działań ochronnych przy wprowadzaniu w życie zapisów znowelizowanej ustawy emerytalnej może obnażyć najbardziej palące i wciąż nierozwiązane kwestie polityki społecznej. W sytuacji wydłużonej obecności kobiet na rynku pracy wyjdą na światło dzienne ze zdwojoną siłą wszystkie czynniki, które już przed reformą nie pozwalały kobietom na w pełni efektywne funkcjonowanie w tej sferze. Odpowiedzialnie przeprowadzona reforma powinna pociągać za sobą realne zmiany w rozwiązywaniu kwestii takich, jak system opieki nad osobami starszymi, polityka rodzinna czy procesy podnoszenia kwalifikacji osób starszych.
Według najnowszych danych, przedstawionych przez Eurostat, wskaźnik aktywności zawodowej kobiet w wieku 15-64 lata w Polsce wzrósł do 59,8 proc. To najlepszy wynik od 2004 r., ale i tak jeden z najgorszych w UE. Jedną z przyczyn dystansu dzielącego Polskę od innych krajów Wspólnoty Europejskiej pozostaje z pewnością brak właściwej polityki dotyczącej adekwatnego finansowania systemu opieki. Rośnie liczba osób, które jako powód bierności podają obowiązki rodzinne i związane z prowadzeniem domu. Według szacunków „Rzeczpospolitej”, w 2011 r. było już ich prawie 1,5 mln. Z powodzeniem można założyć, że znacząca większość z nich to właśnie kobiety. Przy obecnych głodowych zasiłkach pielęgnacyjnych oraz braku dziennych placówek pomocy, dostosowanych do stopnia i rodzaju niepełnosprawności, powrót tych kobiet na rynek pracy wydaje się być co najmniej wątpliwy – zaś podwyższony wiek emerytalny jedynie osłabi sytuację finansową tej i tak już niedofinansowanej grupy. Postępujące starzenie się społeczeństwa, będące wszak głównym powodem przeprowadzenia reformy emerytalnej, jeszcze ten kryzys zapewne zaostrzy – liczba osób wymagających opieki będzie się niewątpliwie powiększać w nadchodzących latach.
Kolejną kwestią, która nie pozostanie bez wpływu na skutki reformy, jest ogólnie gorsza sytuacja kobiet na rynku pracy. Kobieta oceniana jest jako gorszy pracownik ze względu na potencjalną chęć posiadania dzieci, za których wychowanie w percepcji społecznej ponosi główny ciężar odpowiedzialności. W rezultacie krócej pracuje, zarabia mniej, a w efekcie jej chęć posiadania potomstwa maleje. Mniejsza liczba dzieci przekłada się z kolei na wskaźniki demograficzne, te zaś są głównym motorem przeprowadzonej reformy, która – nie poparta właściwymi rozwiązaniami społecznymi – po raz kolejny uderzy w kobiety.
Taka wizja problemu nie jest niczym nowym – sami autorzy ustawy ws. wieku emerytalnego rozpoznają kobiety jako grupę najbardziej narażoną na zubożenie wskutek wprowadzanych zmian. Na rządowej stronie informacyjnej znaleźć można informację, że największe obawy związane z nowelizacją mają kobiety, które poza pracą zawodową opiekują się wnukami lub niedołężnymi rodzicami. Nic dziwnego – kobiety stanowią ponad 2/3 z 63 milionów osób nieaktywnych zawodowo w wieku od 25 do 64 lat w UE. Jako rozwiązanie problemu ustawa przewiduje możliwość wypłaty tzw. emerytury częściowej, do której prawo miałyby m.in. kobiety w wieku co najmniej 62 lat, posiadające minimum 35-letni staż ubezpieczeniowy. Korzystanie z emerytury częściowej, której wysokość wynosiłaby 50 proc. emerytury, zmieniałoby wysokość emerytury wypłacanej po 67. roku życia.
Rozwiązanie to, choć można je zaliczyć do działań buforowych, jest w oczywisty sposób niewystarczające. Bez obecności innych kroków ochronnych sytuacja kobiet podlegających skutkom nowelizacji może znacznie się pogorszyć – w sytuacji tąpnięcia rynków finansowych w skali europejskiej szybciej rośnie stopa bezrobocia kobiet niż mężczyzn. Jak informuje Fundacja Feminoteka, dodatkowym niebezpieczeństwem dla kobiet jest duży poziom ich zatrudnienia w sektorze publicznym zagrożonym redukcjami. W przypadku braku pracy, świadczenia, które będą pobierać kobiety do 67. roku życia, będą niższe od dotychczasowych. W przypadku braku wymaganego stażu ubezpieczeniowego – takich świadczeń nie otrzymają wcale.
Złagodzenie skutków przeprowadzonej nowelizacji przy pomocy emerytury częściowej to krok nie tylko niewystarczający ale i – w pewnym sensie – w niewłaściwym kierunku. Pomoże on, w niewielkim stopniu, tylko określonej grupie kobiet – chorych lub rezygnujących z pracy na rzecz opieki nad bliskimi. Natomiast kobietom, których powrót na rynek pracy wymagałby podniesienia kompetencji zawodowych lub przekwalifikowania się, nie pomoże wcale.
Z licznych badań wynika, iż osoby starsze są gorzej traktowane jako pracownicy, zwłaszcza w przypadku podnoszenia ich kwalifikacji. Oxford Institute of Ageing donosi, że aż 80% przedsiębiorstw nie skierowało na szkolenie żadnego pracownika, który skończył 45. rok życia. W ramach działań podjętych w celu zwiększenia aktywności zawodowej osób 50+ w Polsce, stworzono rządowy program „50+. Solidarność pokoleń”. Jednak środki podjęte w ramach tego pakietu obejmują głównie ulgi, do których uprawnieni są pracodawcy w związku z zatrudnieniem osób w wieku przedemerytalnym. Ulgi te z pewnością nie zaszkodzą pozycji osób starszych na rynku, jednak to aktywna polityka podnoszenia kompetencji przynosi najlepsze rezultaty.
W innych krajach unijnych głównym przedmiotem troski są właśnie pracownicy – programy wspierające przeprowadzoną reformę obejmują działania takie, jak dofinansowanie kształcenia zawodowego dla osób powyżej 45. roku życia oraz dofinansowanie wynagrodzeń pracowników w wieku 50+, którzy powrócili z bezrobocia trwającego co najmniej 6 miesięcy (Niemcy); przyznanie rocznej premii finansowej dla pracowników w wieku 61 lat i starszych (Holandia); dotacje wypłacane pracującym znajdującym się w szczególnej sytuacji na rynku pracy – w tym osobom starszym (Wlk. Brytania). Działania o profilu aktywizacji zawodowej rządy krajów europejskich podejmują już od pewnego czasu. Aby skutecznie zaktywizować osoby w wieku 50+, nawiązują współpracę z sektorem niepublicznym, z firmami i organizacjami pozarządowymi.
Nowelizacja reformy emerytalnej jest zgodnym z tendencjami unijnymi rozwiązaniem problemu kosztów starzejącego się społeczeństwa. Jednak prowadzenie polityki prawdziwie odpowiedzialnej, a co za tym idzie – skutecznej, wiąże się z umiejętnością dostrzegania całokształtu dynamiki zmian zachodzących w społeczeństwie. To, że zmiana zaistnieje jako zapis prawny, nie oznacza, iż jej realizacja w praktyce pójdzie równie gładko. Zmiany to proces, dlatego też strategia ich wprowadzania powinna być poparta działaniami łagodzącymi skutki wobec grup najbardziej narażonych w wyniku przemian.
Celem znowelizowanej ustawy mają być oszczędności. Jednak brak działań buforowych sprawia, że odbywają się one kosztem znacznej części społeczeństwa. A jako że dyskryminacja i upośledzenia społeczne maja się zwyczaj kumulować, oznacza to pogłębianie już istniejących problemów, na których rozwiązanie też przecież trzeba będzie wydać pieniądze.
przez Joanna Duda-Gwiazda | wtorek 12 czerwca 2012 | opinie
W czasie zaborów Polacy na kresach wschodnich wyhodowali fasolę niepodległości. Na białej łupinie wyraźnie widoczny jest czerwony orzeł z koroną. Uprawianie tej fasoli było zakazane, więc sadzono ją między ziemniakami, chociaż jest rośliną wysokopienną. Kiedy już wydawało się, że fasolka niepodległości jest legendą, okazało się, że przywieziona z kresów przez dr. Zenona Kukiera przetrwała w Małopolsce. Rośnie w gminach Łącko, Podegrodzie i Chełmiec w pobliżu Nowego Sącza. Tradycja nakazuje dodać ją do potraw przyrządzanych na wieczerzę wigilijną. Nasionka dostają tylko ludzie godni zaufania. Fasola jest rośliną wiatropylną i chociaż fasola z orzełkiem okazała się odmianą trwałą, nie powinno się dopuszczać do krzyżówek. Moja siostra dostała cały woreczek i z zapałem szykuje tyczki.
Niedowiarkom mogę powiedzieć, że w 2010 roku fasola niepodległości dostała certyfikat produktu tradycyjnego. Wyszło symbolicznie: trochę smutno, trochę śmiesznie, ale optymistycznie. Przywiązanie do niepodległości jest produktem kresowej szlachty, kultywowanym w Małopolsce. Polacy zdradzani przez własnych przywódców, pokonywani przez wrogów, którzy tajnie się przeciw nim zmawiali, kiedy już nic nie dawało się zrobić, hodowali fasolkę niepodległości. Gdybym miała podać jeden powód, dlaczego mogę mieszkać tylko w Polsce, wymienię fasolkę, chociaż wszędzie mi się podoba, a niektóre wady moich rodaków powodują, że nóż sam się w kieszeni otwiera. Podróbka Polaków jest niemożliwa, nie można ich naśladować, ponieważ nie wiadomo, co wymyślą.
Przydałoby się nam trochę więcej zawziętości właściwej Słowianom południowym. W Muszynie na zgrupowaniu przebywała pierwszoligowa drużyna z Serbii. Zagrali mecz towarzyski z czwartoligową Muszynianką i sromotnie przegrali. Trener się wściekł, zrugał swoich podopiecznych, że nie chce ich znać i wraca do Serbii. Kiedy okazało się, że nie żartował, wyruszyła ekipa poszukiwawcza. Znaleźli trenera, jak twierdzą, w połowie drogi przez Słowację. Maszerował na południe w garniturze i wizytowych butach.
Sądzę, że najważniejszą przyczyną naszych niepowodzeń jest odpuszczanie zdrajcom. Niemoralny obyczaj użalania się nad zdrajcami i pogardy dla ofiar przedstawia się w słodkim sosie chrześcijańskiego miłosierdzia, chociaż każdy, kto miał przynajmniej trójkę z religii, wie, jakie są warunki przebaczenia. Podejrzewam, że za pozornie szlachetną rezygnacją z dochodzenia prawdy i sprawiedliwości kryje się uzasadniony strach, że ci, którzy wygrali, będą się mścić. Wałęsa nie odpuszcza, nęka procesami Wyszkowskiego, a sądy przyznając mu rację jawnie kłamią. W marszach pamięci każdego dziesiątego w Trójmieście nie uczestniczą członkowie Ligi Obrony Suwerenności. Nikt nie musi, ale nazwa organizacji zobowiązuje. Z ulotki dowiedziałam się, że w sprawie suwerenności LOS proponuje odrzucenie dyktatu Unii Europejskiej, zachowanie złotówki, obronę majątku przed zagranicznymi roszczeniami i wycofanie się z Afganistanu. Radykalny program, ale PO i Rosji lepiej się nie narażać. UE i NATO daleko.
Tresowanie społeczeństwa w duchu „racja jest po stronie siły” może się źle skończyć. W państwach cywilizowanych siła tylko dlatego jest po stronie ulicy, że strzelanie do tłumu z ostrej amunicji lub rozjeżdżanie czołgami, jak na placu Tiananmen, nie jest dopuszczalne. Ta psychologiczna i prawna bariera może w każdej chwili pęknąć w obronie pieniędzy i w obawie przed odpowiedzialnością. Na całym świecie, nie tylko w Polsce, trwają przygotowania do tłumienia masowych rozruchów, kiedy wyczerpią się możliwości manipulowania opinią publiczną. W USA Halliburton buduje więzienia i zamknięte obozy, czyli łagry. Światowi mędrcy już dawno oszacowali, że 80% populacji jest zbędna, a teraz głowią się, jak pozbyć się balastu. W ekskluzywnych gremiach jest Zbigniew Brzeziński i jak fama głosi, również Palikot. Współczuję tym mędrcom. Wolę być z pospólstwem, bo nie tylko pieniądze i władza, towarzystwo też się liczy. Poza tym wcale nie wiadomo, po której stronie będzie bezpieczniej.
Nie chcę nikogo straszyć, jestem dobrej myśli. Ludzie zainteresowali się realną ekonomią i słuchanie ideologicznych sloganów, które niczego nie wyjaśniają, coraz bardziej ich denerwuje. Próbują dowiedzieć się, jak degenerował się system finansowy, którego rolą było kiedyś obsługiwanie gospodarki, albo wychodzą na ulice, demonstrują, tłuką szyby w bankach lub lokalach partii politycznych. Niepoprawne politycznie opinie o przyczynach i istocie kryzysu pojawiają się nawet w polskich mediach, często w miejscach nieoczekiwanych. Z biuletynu funduszu inwestycyjnego Pioneer Pekao dowiedziałam się, dlaczego Niemcy forsowali pakt fiskalny, chociaż sami od dawna przekraczali obowiązujące limity zadłużenia. Sztywne limity zeszły na dalszy plan, teraz wymaga się redukcji zadłużenia strukturalnego. Nie bardzo wiadomo, co to jest, więc można swobodnie żonglować interpretacją. Ta polityczna decyzja pozwala karać węgierski rząd Viktora Orbana.
Prezydent Francji rzucił nowe hasło walki z kryzysem – rozwój gospodarczy. Hasło się podoba, ponieważ daje nadzieję na zmniejszenie bezrobocia. Hollanda krytykują przeciwnicy zadłużania – bez nowych kredytów rozwój jest niemożliwy. Ciekawą krytyczną opinię usłyszałam od znajomego Francuza: „We Francji produkujemy wystarczającą ilość wszystkiego, co nam potrzeba, a rozwój, który likwiduje miejsca pracy, zwiększy bezrobocie”. Wszystkie kraje rozwinięte mają nadzieję na sprzedanie nadmiaru towarów produkowanych przy coraz mniejszym zatrudnieniu. Zbędne 80% populacji nie chce się dobrowolnie powiesić, a państwo opiekuńcze według liberałów jest anachronizmem i przyczyną kryzysu. Sytuacja jest patowa. Lud Rzymu domagał się chleba i igrzysk. Same igrzyska nie wystarczą, jakieś minimum chleba jest konieczne. Pytanie, jaki jest cel rozwoju, jest ważne.
W Polsce – przeciwnie niż we Francji – importujemy wiele towarów i usług, poczynając od projektów stadionu, na ziemi do kwiatów kończąc. Po szokowej transformacji straciliśmy całe gałęzie gospodarki. U nas celem rozwoju jest odbudowa polskiej gospodarki, ale pytanie pozostaje: Po co Polacy mają pracować dłużej, za mniejsze pieniądze i przechodzić na emeryturę później, skoro mamy tylu bezrobotnych? Odpowiedzi dostajemy wciąż te same – bo taki jest ogólny trend, bo musimy wygrać wyścig, bo żądają tego światowe rynki finansowe. Rynki nie odróżniają Warszawy od Budapesztu, ale dobrze wiedzą, kto chce się lenić. Na mecie wyścigu jest przewlekły kryzys, ale wszyscy muszą grać w tę grę pod szantażem bankructwa, bo wszyscy są zadłużeni. Średnie zadłużenie państw UE wynosi 60% i można je spłacić tylko pozyskując środki od sąsiadów, ponieważ bilans wymiany z państwami poza Unią jest zrównoważony. Przypomina to eksperyment, o którym opowiadał mi tato, przyrodnik. W szczelnym słoiku zamknął kokon jaj pająka. Wylęgła się chmara małych pajączków, a po pewnym czasie na nitce przyczepionej do wieczka zwisał jeden tłusty pająk.
Wybór socjalisty na prezydenta Francji został w Polsce przyjęty z niechęcią i wywołał zamieszanie. Liberałom socjalizm kojarzy się z prawami pracowników, związkami zawodowymi i znienawidzonym państwem opiekuńczym. Partia rządząca wciąż inwestuje w przyjaźń z Angelą Merkel, ale Niemcy też już się buntują przeciw zaciskaniu pasa, a zmiana układu sił na szczytach Unii może Merkel pogrążyć. Nie wiadomo, czy inwestycja nie okaże się chybiona. Leszek Miller cieszy się, że zwrot na lewo w Europie przybliży SLD do władzy w Polsce. Wybór Hollanda to również zwrot na prawo, ponieważ wzmacnia dążenia do niezależności państw narodowych. Trafnie odczytał tę zmianę Jarosław Kaczyński, który w przeciwieństwie do dużej części swojego elektoratu, z satysfakcją przyjął wynik wyborów we Francji. Miller euroentuzjasta, zwolennik ścisłej integracji, może naśladować Francję tylko w sprawach socjalnych. Na przykład może popierać starania partii prawicowych o pomoc państwa dla kobiet rodzących i wychowujących dzieci. Życzę mu powodzenia.
W Polsce słowo „socjalista” pełni rolę inwektywy, ale rekord we wrogim stosunku do Hollanda pobił Krzysztof Wyszkowski w swoim felietonie w „Gazecie Polskiej” z 16 maja. Zacytuję fragment „…wyciągnięta z partyjnego lamusa kukła z bezbarwnej plasteliny. Jego program jest wielkim łgarstwem bezprzykładnego łgarza, który na swoją obronę ma tylko to, że jest do tego stopnia Monsieur Inconnu, że nawet jego kobiety nie chciały się z tą mieszaniną mydła z szampanem ożenić”. Albo Krzysztof miał zły dzień, albo za długo oglądał Niesiołowskiego. Sensu to nie ma, ale dalej Wyszkowski oskarża „zachodnioeuropejską francę” o zarażenie Ameryki: „Jeszcze, niedawno wydawało się, że po ujawnieniu się okropnych objawów tej choroby (i to szczególnie w ochronie zdrowia) zostanie ona szybko i skutecznie gorącym żelazem wypalona”. Mam nadzieję, że w Polsce nie dojdzie do „wypalania gorącym żelazem” powszechnych ubezpieczeń i publicznej ochrony zdrowia.
Joanna Duda-Gwiazda
przez Krzysztof Wołodźko | środa 6 czerwca 2012 | opinie
„Okupacja” Warszawy i Krakowa skończyła się szybkim zwinięciem obozów grupek protestującej lewicy przez włodarzy miast – rękoma policji. Przy okazji pojawiły się oburzone głosy rodzimych „oburzonych”, którzy na własnej skórze doświadczyli, że władze poczynają sobie nader lekko ze swobodami demokratycznymi i prawem do protestu. To, co „mohery”, nie tylko z Krakowskiego Przedmieścia, dawno już wiedziały, stało się teraz doświadczeniem i nauczką dla lewicy „okupującej” publiczną przestrzeń.
Lepiej późno niż wcale. Z tym, że kontestatorska prawica w ostatnich latach zjadła zęby na protestach naprawdę masowych, nie wspieranych przez większość mediów, gdy lewicy wciąż nie udało się przekroczyć masy krytycznej, która pozwoliłaby uznać, że mamy do czynienia z czymś więcej, niż piknikami na świeżym powietrzu. Zaznaczę, że nie mówię tu o działalności np. w kwestii blokad eksmisji, bo to nieco inna historia.
O społeczeństwie obywatelskim w Polsce można napisać wiele. Między innymi to, że zostało w dużym stopniu zepchnięte do niszy „organizacji pozarządowych”, w której ma pięknie kwitnąć, żyć z czerpanych profitów i się nie wychylać, czytać zaangażowane książeczki i radzić o braciach zza Buga. Społeczeństwo obywatelskie w charakterze paprotki – tak to mniej więcej widzę.
O podejściu rządzących do protestów społecznych również można powiedzieć wiele. Zakłamanie III RP dotyczy także tej kwestii. W kraju, który nieco ponad 20 lat temu ogłosił niepodległość i wypisał na sztandarach demoliberalne hasła, w którym byli dysydenci stali się decydentami – swobody obywatelskie i głos ludu są na cenzurowanym. A im bardziej oligarchia i reprezentujący ją establishment umacniają swoją władzę, im pewniej się czują – tym bardziej stają się aroganccy i nieprzyjaźni wobec tej części społeczeństwa, którą nie wszystko zachwyca. A w myśl pewnych oświeconych, politycznie poprawnych standardów powinno.
Demokracja po polsku: Ty się zanadto nie wychylasz, my właściwie dajemy ci święty spokój, w końcu żyjemy w cywilizowanym kraju, nie na jakiejś Białorusi. Ale nie przesadzaj z aktywnością i protestami – toż to niepotrzebne jątrzenie i czysty populizm. Uszanuj spokój i dobre samopoczucie starszych panów, co o taką Polskę dla ciebie walczyli… Nie rezonuj, obywatelu, jeśli nie siedziałeś za komuny i nie męczyłeś wątroby, w imię pluralizmu oczywiście, konsumpcją wódeczności z Urbanem.
Nic też dziwnego, że idea i praktyka „społeczeństwa obywatelskiego” są w Polsce traktowane jako jeszcze jedno narzędzie wzmacniania władzy i prymatu ideologii wyrażającej poglądy i interesy najlepiej sytuowanych, najbardziej ustosunkowanych beneficjentów III RP. To sytuacja patologiczna, bo zawłaszcza i przekreśla suwerenność ludu, jego potencjalną chęć i pole aktywności (i tak niewielkie), traktując je czysto instrumentalnie. Ujmę rzecz w dużym skrócie: jeśli ośmielasz się działać i wypowiadać publicznie, wbrew ideologicznemu i instytucjonalnemu „konsensusowi” elit, wbrew „umowie społecznej” panującej w III RP – stajesz się populistą, niebezpiecznym radykałem, „oszołomem”, „skrajną lewicą/prawicą”. A Twój publiczny protest zostanie szybko spacyfikowany, niezależnie od tego, czy ośmieliłeś się ustawić krzyż ze zniczy, zablokować wejścia do parlamentu, czy współuczestniczyłeś w rozbiciu kilku namiotów w centrum Warszawy lub Krakowa.
Znamienne są ostatnie wydarzenia związane właśnie z odrzuceniem wniosku o referendum w sprawie „reformy” oraz późniejsze reakcje na zablokowanie Sejmu przez związkowców. Każdy ma swój plac boju z arogancją i poczuciem bezkarności władzy. Prawica – Krakowskie Przedmieście. Społeczna, prozwiązkowa lewica – okupację Sejmu. Ale przynajmniej póki co są to dwa różne doświadczenia. Problem polega na tym, że siły, które mają swoje powody, by zakwestionować i kontestować polskie status quo, stoją właściwie w opozycji do siebie i wzajemnie szachują się niechęcią i obcością. Mówię tu o prawicowej opozycji i stosunkowo nielicznych środowiskach lewicy pozaparlamentarnej. Dodatkowym problemem jest to, że znacząca część ideowej lewicy nie raz już pokazała, że w mniej lub bardziej świadomy i przemyślany sposób woli opowiedzieć się za konsensusem III RP i przeciw pisowskiej czy związkowej opozycji. Gdy ma do wyboru walkę z Platformą Obywatelską i jej antysocjalnymi reformami i „walkę z faszyzmem”, wybiera to drugie. Faszyzm nie przechodzi, neoliberalne ustawy w Sejmie – owszem.
Pytanie, czy Euro 2012 stanie się okazją do wspólnego wystąpienia ponad podziałami. Nie mam co do tego pewności, mam jedynie cień nadziei. Impas może przełamać – co miałoby arcyinteresujące historyczne konotacje – „Solidarność”. Jej opór wobec platformerskiego reżimu politycznego popiera w niemałym stopniu prawica i lewica, media kontestatorskiej prawicy i głosy lewicowej opinii (tak, pamiętam o proporcjach, przemawiających na niekorzyść lewicy). Dla lewicy to doświadczenie byłoby pożyteczne ze wszech miar – także ze względów pedagogicznych, leksykalnych i semantycznych.
Mówiąc wprost – od dzisiejszej „Solidarności” lewica ma szansę nauczyć się języka oporu społecznego, przystającego do mowy przeciętnych Polaków. A także przestać wdzięczyć się intelektualnym żargonem do samej siebie i garstki oczytanych dżentelmenów.
Nie, nie głoszę obskuranckiej tezy o rezygnacji z myślenia i konstruowania wartościowych teorii. Głoszę zachętę do zerwania z mówieniem do towarzyszek i towarzyszy z kawiarni. Nie dlatego, że uważam, iż proletariusze, prekariusze, potencjalny elektorat lewicy, na kawę nie chodzi i jest mu to „klasowo obce”. Myślę jednak, że język protestu jest mocniej osadzony w przyziemności, a mniej w publicystyce, tworzonej nierzadko w sterylnej przestrzeni idei, albo w takich miejscach, które są od „języka mas” fizycznie i symbolicznie odseparowane. Głoszę ideę nie tylko trzymania się „szarej rzeczywistości”, ale i zdolności mówienia o niej z ludźmi, którzy ją zamieszkują. Myślę, że lewicowe mówienie o Polsce zza kierownicy snobistycznego auta, które notabene symbolizuje triumfy neoliberalizmu, jest bardzo utrudnione.
Na koniec nieco etycznego patosu. Tytuł tego felietonu nawiązuje do książki Martina Luther Kinga, „Dlaczego nie możemy czekać”. Z niej pochodzić myśl: „Pokonana racja jest silniejsza niż triumfujące zło”. To myśl przede wszystkim dla tych, którzy obecnie pytają: co zrobić z faktem, że stoimy na przegranej pozycji wobec realnego liberalizmu. Odpowiedzią jest świadomość wartości tego, za czym się opowiadamy, nie resentyment przegranych. Ale nie jest to także proklamacja manifestu bierności. W słowach Kinga kryje się nadzieja. Daje ją wielkość sprawy, która wydaje się przegrana. Dlatego nie powinniśmy milczeć. Dlatego musimy nauczyć się mówić: językiem ulicy i na ulicy – w trakcie Euro 2012, razem z „Solidarnością”, razem z kontestatorską prawicą, gdy trzeba. Oby taka szansa była nam dana.
Krzysztof Wołodźko
przez Bartosz Oszczepalski | środa 30 maja 2012 | opinie
Dużo się w polskich mediach mówi o uproszczonej wizji patriotyzmu w wydaniu prawicy. Warto jednak spojrzeć na lewą stronę sceny politycznej. Tamtejszy stosunek do relacji obywatel – ojczyzna wcale nie wydaje się bardziej rozsądny i przemyślany. Nie jest on także atrakcyjny dla osób, które nie akceptują zarówno postaw nacjonalistycznych, jak i kosmopolitycznych.
Analizując ostatnie wypowiedzi Romana Kurkiewicza można stwierdzić, że lewica z patriotyzmem ma spory problem.Przypomnijmy, że redaktor naczelny „Przekroju” w wywiadzie dla portalu na temat.pl stwierdził, że „dla mnie patriotyzm to pojęcie opresyjne, budujące fałszywe poczucie wspólnoty, grupujące ludzi według niejasnych kryteriów”. Kurkiewicz dodał, że pojęcie patriotyzmu jest zawężające i wykluczające, a flagi i czapki na „Euro” nazywa przemysłem patriotycznym i plemienną identyfikacją.
Można pomyśleć, że był to jedynie incydent, ale słowa Janusza Palikota, kreowanego na nowego guru lewicy, o „potrzebie wyrzekania się polskości” – każą już poważnie się zaniepokoić. Jak słusznie zauważył Marcin Meller w swoim felietonie „Bagnet wyprowadzić”, słowa te nie spotkały się z żadną reakcją po lewej stronie. Tak samo zresztą jak w przypadku wypowiedzi redaktora naczelnego „Przekroju”. A powinna ona głośno krzyczeć i tupać. Wystarczyłoby znać tradycje największej w historii Polski partii lewicowej – PPS, zarówno socjalistycznej, jak i patriotycznej.
Dziś na lewicy przeważa postawa kosmopolityczna. Lewicy nie można zarzucić tego, że nie wie, jakiego rodzaju miłości do ojczyzny nie akceptuje. Wiadomo – odrzuca nacjonalistyczny pogląd o wyższości jednych narodów nad innymi, martyrologiczne ciągoty prawicy oraz tzw. patriotyzm romantyczny, emocjonalny, unikający wstydliwych aspektów naszej historii. Na ten temat powstało już wiele artykułów, a nawet książek. Problem pojawia się, gdy trzeba określić, jaki ten lewicowy patriotyzm ma być, to znaczy jaka jest alternatywa wobec przesłania prawicy. Okazuje się, że najczęściej nie chodzi wcale o to, żeby patriotyzm był „nie taki jak prawicowy” – ma go nie być wcale. Takie stwierdzenia można coraz częściej usłyszeć nie tylko od Palikota czy Kurkiewicza, ale także od młodych lewicowców z niewielkich organizacji. Ci ostatni twierdzą, że podziały narodowe są sztuczne i należy je zastąpić akcentowaniem różnic klasowych. Ale czy jedno wyklucza drugie?
Polska Partia Socjalistyczna odcisnęła pozytywne piętno na historii naszego kraju. Strajki robotnicze, udział w prospołecznych gabinetach rządowych, walki przeciwko nazistom o niepodległą Polskę. Jeden z bardziej znanych ideologów PPS, Mieczysław Niedziałkowski, przekonywał, że „idea socjalistyczna łączy się ściśle z patriotyzmem, ukochaniem ojczyzny”. Niedziałkowski nie zgadzał się z poglądem, który wyznaje dziś spora część lewicy, że narody to twory sztuczne. Z tezą, że „proletariat nie ma ojczyzny”, nie zgodziłoby się wielu innych polityków PPS, jak chociażby legendarny Bolesław Limanowski. Można oczywiście stwierdzić, że żyli i działali oni w innych czasach, gdy o niepodległość naszego kraju trzeba było walczyć za pomocą pistoletu. Ale równie dobrze można stwierdzić, że akcentowanie tematyki narodowej i patriotycznej powinno dla lewicy być istotne również w dobie coraz większego nacisku na państwa narodowe ze strony międzynarodowego kapitału, światowych instytucji finansowych i agencji ratingowych, które wymuszają na rządach poszczególnych krajów cięcia socjalne i liberalne reformy. Patriotyzm, podobnie jak doktryny lewicowe, cechuje troska o wspólnoty i solidarność między członkami tychże wspólnot. Rozsądnie pojmowany patriotyzm mógłby posłużyć lewicy jako oręż przeciwko ideologiom liberalnym, nastawionym jedynie na dobro wybranych jednostek.
Abstrahując od kwestii społeczno-gospodarczych, patriotyzm polegający na przywiązaniu do ojczyzny, kultywowaniu poczucia tożsamości poprzez uczestnictwo w obchodach świąt narodowych, promowaniu barw narodowych podczas imprez sportowych, nie jest przecież niczym złym, nie musi też koniecznie posiadać konotacji prawicowych, szowinistycznych i nacjonalistycznych – choć próbują to sugerować niektóre środowiska lewicowe. Przeciwnie, świadomy obywatel powinien znać historię swego kraju, zdawać sobie sprawę, czego może wymagać od państwa, w którym żyje i jakie ma obowiązki wobec tego państwa i społeczeństwa. Jest to tym bardziej istotne w świecie konsumpcjonizmu, gdzie ludzie często są nastawieni jedynie na zysk, ich bożkiem jest skrajny indywidualizm, natomiast zapominają o takich wartościach, jak sprawiedliwość społeczna, solidarność międzyludzka czy troska o losy kraju.
Moje wywody nie są specjalnie odkrywcze i oryginalne. Nie napisałem niczego, co mogłoby zszokować kogoś, kto choć pobieżnie orientuje się w historii i tradycji polskiej lewicy. Dlaczego redaktor podobno największej lewicowej gazety w Polsce ma tak mało wyobraźni, że w kwestii patriotyzmu akceptuje dychotomię, w której znajdują się tylko hasła „Prawdziwy rewolucjonista nie ma ojczyzny” oraz „Polska dla Polaków”? Czy nie stać nas na nic lepszego? Czy słowa Kurkiewicza są wynikiem ignorancji, czy salonowej mody na bycie „obywatelem świata”? Jedno jest pewne: nie ma to nic wspólnego z najlepszymi polskimi tradycjami lewicowymi, a wręcz jest ich zaprzeczeniem.
Ale tradycje to jedno. Ważniejsze jest coś innego. Środowiska lewicowe nie zareagowały ani na wypowiedź Palikota (co byłoby jeszcze zrozumiałe, bo lewicowość Palikota jest często kwestionowana), ani na opinie Kurkiewicza, który szefuje pismu wpływowemu po lewej stronie. Do czytelników wywodzących się z tego środowiska mam zatem propozycję: zastanówcie się, jak wywody o „opresyjnym patriotyzmie” mogą zostać odebrane przez społeczeństwo. Żyjemy w kraju, w którym ze względu na położenie geograficzne i wydarzenia z przeszłości obywatele są dość mocno przywiązani do postaw patriotycznych. Szczególnie widoczne jest to wśród grup ekonomicznie gorzej sytuowanych oraz zamieszkujących uboższe regiony, czyli typowego potencjalnego elektoratu lewicy społecznej. Nietrudno się domyślić, jaki stosunek wobec „salonowego antypatriotyzmu” mają tacy ludzie. Zwłaszcza że ich opinie i emocje są dodatkowe „podkręcane” przez prawicę, która zręcznie wykorzystuje potknięcia środowisk lewicowych w tej materii.
Jeśli miałbym wymienić kilka przyczyn słabości lewej strony, na pewno jedną z głównych byłoby porzucenie tematyki patriotycznej i całkowite oddanie jej w ręce prawicy. Świetnie widać to na przykładzie zeszłorocznych obchodów Święta Niepodległości. Nie dość, że demonstrantów po stronie Marszu Niepodległości było znacznie więcej niż na Kolorowej Niepodległej, to w ten dzień lewica popełniła jedną z największych gaf politycznych w swojej historii. Zamiast zorganizować alternatywne obchody i przypomnieć dorobek polskiej lewicy patriotycznej, zdecydowano się pod wodzą liderów „Krytyki Politycznej”, wspomnianego Kurkiewicza oraz dziennikarzy „Gazety Wyborczej” na przepychanki z narodowcami. Do społeczeństwa poszła wiadomość: Lewica jest przeciwko patriotyzmowi – blokuje legalny marsz z okazji ważnego narodowego święta. W ten sposób lewica na własne życzenie przegrała kolejną batalię z prawicą. Parafrazując słowa Mellera ze wspomnianego felietonu, nad nieodpowiedzialnymi politykami i publicystami nie ma co płakać, ale lewicy autentycznie szkoda.
przez dr Rafał Bakalarczyk | wtorek 22 maja 2012 | opinie
A patrząc, widzą wszystko oddzielnie / Że dom… że Stasiek… że koń… że drzewo… – ów cytat z wiersza Tuwima uporczywie przychodzi mi na myśl, gdy zastanawiam się nad przegłosowanym przez Sejm 11 maja podniesieniem wieku emerytalnego. Niczym tytułowi straszni mieszczanie z utworu Tuwima, władza „widzi wszystko oddzielnie” i przeprowadza reformę emerytalną w oderwaniu od działań na innych polach. Nie zauważając, że system emerytalny jest jedynie częścią większej konstrukcji – systemu publicznego dobrobytu, u którego fundamentów leżą określone warunki demograficzne, zaś jego filarami powinny być inkluzywny, wydajny rynek pracy oraz zdrowe i spójne społeczeństwo.
Niemal każdy z elementów owej konstrukcji jest przez polską politykę zaniedbany. Porównując tę sytuację do przebudowy domu, podniesienie wieku emerytalnego jest jak rozpoczęcie przebudowy od komina. I to w sytuacji, gdy fundamenty się zapadają, a ściany pękają i kruszą.
Premier chętnie przedstawia reformę emerytalną jako dowód politycznej odwagi własnego środowiska, które nie boi się niepopularnych, lecz koniecznych zmian, a także jako wyraz perspektywicznego myślenia o współczesnych wyzwaniach. Czy tak jest w istocie? Podniesienie wieku emerytalnego to raczej pomysł na krótkookresową poprawę kondycji budżetu poprzez zmniejszenie liczby wypłacanych emerytur. Gdyby rzeczywiście władzy chodziło o długofalową reakcję na wyzwania demograficzne i ekonomiczne, wdrożyłaby kompleksowe zmiany, które – jak każda inwestycja – wymagałyby na starcie wydatków społecznych oraz wysiłku podjętego w celu znalezienia na nie środków zarówno w ramach samego budżetu, jak i z dodatkowych wpływów podatkowych. Jednak przekonanie całego społeczeństwa czy wybranych, zasobnych grup do zasilania domeny publicznej w imię określonych celów społecznych, które zaprocentują później, wymaga w istocie – zwłaszcza w polskim kontekście – znacznie większej odwagi niż polityka szukania oszczędności.
Nie stać nas, więc stójmy w miejscu
Swego czasu „rozczuliła” mnie wypowiedź pełnomocniczki ds. równego statusu, Agnieszki Rajewicz-Kozłowskiej, która pytana przez dziennikarkę „Przekroju”, stwierdziła, że jeśli chcielibyśmy uzależnić moment podniesienia wieku emerytalnego od kompleksowych zmian w wielu sferach życia społecznego, musielibyśmy czekać na to wiele lat, gdyż w tej chwili na kompleksową reorganizację polityki społecznej nas po prostu nie stać. W moim przekonaniu, stwierdzenie, że „nas nie stać”, jest gołosłowne i najpewniej wynika z powielania obiegowych opinii, iż żyjemy ponad stan i należałoby w dobie kryzysu zacisnąć pasa. Jednak sama polityka zaciskania pasa poprzez cięcia w wydatkach publicznych, a zwłaszcza socjalnych jako panaceum na czas dekoniunktury, bywa kwestionowana m.in. przez takich ekonomistów, jak noblista Joseph E. Stiglitz, a wśród polskich badaczy Kazimierz Łaski i Leon Podkaminer. Pojawiają się też głosy, że bardziej zasadnym kierunkiem rozruszania gospodarki jest zwiększenie zatrudnienia poprzez inwestycje publiczne, a także wzrost popytu konsumpcyjnego przez poprawę sytuacji osób mniej zamożnych czy wręcz ubogich.
Ponadto Polska jest jednym z ostatnim krajów, którego władze powinny wzbraniać się przed modernizacją polityki społecznej przy pomocy zainwestowania w to środków większych niż obecnie. Według Eurostatu, jesteśmy jednym z krajów Europy wydających najmniej na zabezpieczenie społeczne – 19% PKB, przy unijnej średniej na poziomie 29%. Zatem gdy władze powołują się na to, że większość krajów UE podnosi wiek emerytalny, dbają o standardy europejskie dość wybiórczo. Tutaj znów objawia się niezdolność władzy do widzenia systemu społecznego jako całości. A wydatki na zabezpieczenie społeczne to tylko jeden z licznych wskaźników społecznych, w których nie dorównujemy wielu krajom UE i – co gorsza – niewiele robimy, by to zmienić.
Podnieść próg czy wiek
Rząd najczęściej tłumaczy konieczność podwyższenia wieku emerytalnego trendami demograficznymi. Jednak rozwiązanie, które proponuje, nie przyczyni się do kształtowania stosunków ludnościowych. Pomysł podwyższenia wieku emerytalnego jest co najwyżej próbą łagodzenia skutków starzenia się populacji, nie zaś oddziaływania na przyczyny – więc znów jest to budowanie domu od komina. Tymczasem należałoby w pierwszej kolejności stworzyć ludziom warunki dogodne do posiadania i wychowywania dzieci. Tu zapóźnienie polskiej polityki względem „starej” Europy jest szczególnie widoczne. Wydajemy na politykę wsparcia rodzin i dzieci 0,8% PKB, przy unijnej średniej na poziomie 2,3%.
Skutki niedofinansowania są opłakane. Rodziny, którym uda się spełnić restrykcyjne kryteria uprawniające do wsparcia, otrzymują je w niewielkim wymiarze, najczęściej przy pomocy działań osłonowych. Umożliwiają one zaspokojenie najbardziej elementarnych potrzeb, nie dają natomiast realnych możliwości pełnego uczestnictwa w społeczeństwie. Równocześnie wiele osób – na skutek istnienia niskiego, nie podnoszonego od 8 lat progu dochodowego, uprawniającego do świadczeń rodzinnych – nie otrzymuje wsparcia wcale. Rząd dopiero teraz podjął decyzję, że od listopada podniesiony zostanie zarówno próg dochodowy, jak i wysokość samego zasiłku rodzinnego (ale już nie dodatków do niego). Ciekawe, że podniesienie wieku emerytalnego przyjęto w błyskawicznym tempie mimo sprzeciwu wielu grup, tymczasem podniesienia wspomnianego progu tak długo nie mogliśmy się doczekać, mimo że eksperci postulowali to od dawna.
Modernizacja cudzymi rękami
Oczywiście polityka rodzinna to nie tylko świadczenia rodzinne. Piętą achillesową polskiej polityki społecznej są usługi, w tym opiekuńcze. To właśnie ze względu na ich niedobór wiele osób nie decyduje się na posiadanie dzieci, a ci, którzy to robią, nie zawsze mają szansę na zaspokojenie potrzeb rozwojowych swego potomstwa. Oczywiście, w kręgach prorządowych podnosi się z dumą kwestię wprowadzenia ustawy żłobkowej i rosnących w lawinowym tempie wskaźników skolaryzacji na poziomie przedszkolnym. Warto jednak pamiętać, że równolegle do wzrostu podaży opieki rosną koszty, jakie ponoszą rodziny.
Według badań Eurobarometru, polskie rodziny w ostatnich latach odczuły wzrost obciążeń związanych z wychowaniem dziecka. Ów wzrost nie wynika bezpośrednio z ustawy, ale wiele gmin, na które zrzucono odpowiedzialność za to (i za wiele innych nowych zadań), przerzuciło na rodziców niemałą część kosztów. Na poziomie systemowym nie zapewniono mechanizmu, który ograniczyłby wzrost kosztów ze strony rodzin, ani też nie zapewniono wystarczającego wsparcia gminom. Ponadto wzrost podaży miejsc w instytucjach opieki nad dzieckiem, oprócz dużego prywatnego wysiłku finansowego rodziców, jest możliwy dzięki środkom unijnym, rozdysponowanym w ramach Programu Operacyjnego Kapitał Ludzki. Jest to źródło potrzebne, ale niestabilne – prędzej czy później wygaśnie. A zatem władze może i realizują słuszne cele, ale wyłącznie cudzymi rękoma: samorządów, rodziców, UE. A subwencji oświatowej na opiekę przedszkolną, choćby częściowej – mimo przedwyborczych obietnic Premiera – jak nie było, tak nie ma…
Pies pogrzebany w śmieciach
Opisana sytuacja zwiększa ryzyko wykluczenia, którym zresztą władza się nie przejmuje. Wydatki na przeciwdziałanie wykluczeniu społecznemu oraz na mieszkalnictwo są w Polsce 5 razy mniejsze niż unijna średnia (0,2% do 1% PKB). Tymczasem brak dostępu do mieszkań stanowi barierę także dla decyzji prokreacyjnych. Jak pokazały badania CBOS z 2007 r., większość indagowanych wskazała, że właśnie poprawa dostępu do mieszkań mogłaby zachęcić ich do powiększenia rodziny. Tymczasem sytuacja mieszkaniowa jest fatalna, zwłaszcza że wiele osób nie ma szans na kredyt, pracując na tymczasowych umowach – mamy najwyższy wskaźnik zatrudnionych na umowach czasowych w UE. W Polsce umowa o pracę staje się powoli luksusem – zwłaszcza dla młodej generacji. Wielu młodych – jeśli w ogóle udaje im się wejść na rynek pracy – jest zatrudnionych w ramach umów cywilnoprawnych lub wręcz „na czarno”, nie mając żadnych praw pracowniczych. I tu właśnie jest pies pogrzebany!
Ogromna rzesza osób pozostających poza rynkiem pracy lub zatrudnionych w systemie nieoskładkowanym, sprawia, że wpływy do FUS są niewielkie. Publiczna „świnka skarbonka” niemiłosiernie chudnie, a nie karmiona przychodami ze składek nie jest w stanie wypłacić godziwych świadczeń beneficjentom. Toteż rozwiązywanie problemów systemu emerytalnego należy rozpocząć od zmierzenia się ze zjawiskiem prekaryzacji pracy i życia. Celowo mówię o prekaryzacji, a nie o samych umowach śmieciowych, gdyż nie jest to problem jedynie umów i nie da się go rozwiązać wyłącznie przez regulacje prawa pracy. Jak zauważył prof. Mieczysław Kabaj, młodzi godzą się na śmieciowe warunki i biorą byle jaką pracę w obawie przed nieustannie czającym się za plecami widmem bezrobocia, szczególnie powszechnego w Polsce w tej grupie wiekowej.
A co robi władza? Drastycznie tnie wydatki z Funduszu Pracy, paraliżując działania publicznych służb zatrudnienia. W 2009 r. wydawaliśmy na walkę z bezrobociem 4 razy mniej niż średnia wydatków na ten cel w krajach UE. Aż strach myśleć, jak będą wyglądały te różnice obecnie. O ile po liberalnej władzy nie spodziewałem się nasilonej walki z wykluczeniem, o tyle wydawało się, że dążenie do jak największej aktywizacji zawodowej jest zgodne z kanonem liberalizmu w wydaniu europejskim. Jednak u nas – nie.
Bez pracy i emerytury, lecz z obowiązkiem opieki
Sytuacja zawodowa jest trudna nie tylko dla osób dopiero wchodzących na rynek pracy, ale także dla dojrzałych pracowników. Tym bardziej dziwi dążenie do podniesienia wieku emerytalnego, skoro mamy w Polsce najniższy w UE wskaźnik zatrudnienia osób w wieku 50+! Wiele z nich de facto pracuje, ale nieodpłatnie, opiekując się wnukami, a także osobami w wieku podeszłym. O ile opieka nad wnukami zazwyczaj wiąże się z radością i satysfakcją, o tyle pielęgnacja niesamodzielnych osób starszych, z których wiele cierpi na liczne dolegliwości i nieraz nie poznaje już bliskich, to ogromne obciążenie psychiczne dla opiekuna. Część z nich musi zrezygnować z zatrudnienia, a horyzont uzyskania emerytury przesuwa się. Inni są zmuszeni do łączenia pracy na etacie i wykonywanej po godzinach nieodpłatnej pracy w postaci opieki nad osobami starszymi, co może prowadzić do fizycznego i psychicznego wyczerpania, a w związku z tym do obniżenia efektywności w pełnieniu obydwu ról.
W Polsce udział opiekunów nieformalnych jest szczególnie wysoki, a według stosowanych typologii porównawczych, nasz system opieki nad osobami starszymi jest jednym z najmniej przyjaznych w całej UE. Ale system siłą inercji trwa, a władza w swej krótkowzroczności korzysta z przerzucenia odpowiedzialności za ten problem na rodzinę, nie zauważając, że to również m.in. tutaj leży bariera w realizacji deklarowanych założeń reformatorów, jakimi jest zwiększenie liczby pracujących.
Niestety w oczach rządzących ponury obraz wszystkich powyższych zależności rozmywa się w dymie z komina, od którego nasi „straszni mieszczanie” zabierają się za reformy.
Rafał Bakalarczyk
przez Krzysztof Mroczkowski | poniedziałek 14 maja 2012 | opinie
Życie jest zbyt krótkie, aby próbować prostować wszystkie głupstewka, które płyną z ekranów telewizorów. Nie można jednakże przejść obojętnie wobec pokrętnej narracji produkowanej przez część mediów na potrzeby objaśnienia wyników wyborów we Francji i Grecji. Otóż wybory owe, tłumaczy się nam, były jakoby złym sygnałem dla Europy, a jeszcze gorszym dla tych krajów. Niewdzięczny lud nie zrozumiał rozsądnych i umiarkowanych wizjonerów, dokonujących trudnych reform na rzecz lepszej przyszłości swoich państw. Do głosu dochodzą zaś populiści, których demagogia i brak odwagi zmierzenia się z historyczną koniecznością sprowadzą katastrofę na głowy Francuzów i Greków.
W rzeczywistości wybory dokonane przez obywateli tych dwóch państw są kamieniami milowymi na drodze do wyjścia z kryzysu. Polityka cięć oszczędnościowych nie załatwiła zasadniczego problemu, jakim jest duszenie gospodarki realnej przez sektor finansowy, wierzący w samoistną „wartość” papierowych kontraktów. Potencjał gospodarczy i poziom życia obywateli spadają, a obrazu katastrofy dopełnia sytuacja budżetowa. Po raz n-ty w historii potwierdza się oczywista prawda, że próby zrównoważenia budżetu w warunkach stagnacji przynoszą skutki odwrotne do zamierzonych: kurcząca się gospodarka jest coraz mniej zdolna do spłacania zobowiązań zaciąganych przez państwo. Obowiązująca neoliberalna doktryna cięć okazała się pod każdym względem porażką, służąc kilkunastu globalnym instytucjom kosztem społeczeństw, które w wyborach opowiedziały się przeciwko takiemu stanowi rzeczy. Społeczna fala niezgody na voodoo-ekonomię wezbrała na tyle, by móc wpłynąć na polityczne procesy i odwrócić bieg wydarzeń. Nie tak jednak tłumaczą nam to media.
Jedynym punktem z programu gospodarczego nowo wybranego prezydenta Francji, Francois Hollande’a, który przebił się do polskich środków masowego przekazu, była deklaracja obłożenia milionerów wysokim podatkiem dochodowym. Istotnie, takie działanie samo w sobie można byłoby uważać za leczenie objawów, bez zmierzenia się z przyczynami choroby, jaką jest względne pogarszanie się warunków życia i pracy zwykłych Francuzów oraz rosnące rozwarstwienie społeczne. Hollande zna jednak doskonale przyczyny recesji i wie, jaka terapia jest potrzebna Francji i Europie.
W wyborczym przemówieniu z 22 stycznia kandydat Hollande stwierdził: „Zdradzę kto jest moim przeciwnikiem, moim prawdziwym adwersarzem. Nie ma nazwiska ani twarzy; nie należy do żadnej partii; nigdy nie zgłosi swej kandydatury. Nie zostanie wybrany w wyborach, ale mimo to rządzi. Moim wrogiem jest świat finansów”. Zwrócił uwagę na to, że ostatnie 20 lat stały pod znakiem przejmowania kontroli nad gospodarką i społeczeństwem przez finansjerę, dodając: „To, co było tylko wpływem, stało się imperium”. Dzisiejszy prezydent-elekt świetnie przeanalizował również wzrost wpływów instytucji finansowych po implozji systemu finansowego w 2008 roku, wskazując na patologiczną rolę finansjery i agencji ratingowych; po uratowaniu przez państwo banki „pożerają rękę, która je nakarmiła”.
Hollande, podkreślający na każdym kroku, że poprawa sytuacji budżetowej możliwa jest tylko po przywróceniu krajowi wysokiego wzrostu gospodarczego, wystąpił z precyzyjnym programem usuwania przyczyn i skutków recesji. Po pierwsze, banki będą musiały odseparować działalność depozytowo-kredytową od inwestycyjnej, co odizoluje potrzebną gospodarce część systemu bankowego od niebezpiecznego rynku pochodnych. Zabezpieczy to państwa przed szantażem implozji gospodarczej w przypadku nieskupowania przez nie toksycznych aktywów bankowych. Po drugie, żaden francuski bank nie będzie mógł działać w raju podatkowym. Ponadto „toksyczne produkty, nie mające żadnego związku z rzeczywistymi potrzebami realnej gospodarki, zostaną zdelegalizowane”. Następnym punktem jest wprowadzenie podatku od każdej transakcji finansowej, eliminując opłacalność niszczących działań finansjery. Hollande zachęca inne kraje do podążania jego śladem. Zapowiada również powołanie europejskiej agencji ratingowej, skazując tym samym na bezrobocie współpracujące ze spekulantami oszukańcze pseudo-agencje.
Politykę cięć i wyrzeczeń ma zastąpić podczas prezydentury Hollande’a polityka wzrostu. Jest on zwolennikiem emitowania euroobligacji, jednak głównym ich przeznaczeniem nie ma być wykup aktywów i obligacji, lecz finansowanie projektów gospodarczych. Europejski fundusz, którego powstanie zapowiada, walczyłby ze spekulantami, ale przede wszystkim koordynowałby politykę przemysłową oraz inwestycje w sektorze energetycznym.
Również sytuacja w Grecji wywołuje u dominujących w oficjalnym dyskursie „ekspertów” gospodarczych wiele obaw. Obywatele Republiki Helleńskiej najwyraźniej nie zrozumieli dziejowej konieczności poświęcenia przyszłości gospodarczej swojego kraju na ołtarzu oszukańczej ideologii. Dwie partie, Pasok i Nowa Demokracja, rutynowo zdobywające w każdych wyborach łącznie 80 procent głosów, dostały „w nagrodę” od wyborców ledwie trzydzieści-kilka procent. Wygrała Nowa Demokracja, jedynie o kilka punktów wyprzedzając partię Syriza kierowaną przez Alexisa Tsiprasa. Syriza opowiada się za pozostaniem w strefie euro, zamrożeniem spłaty długu na trzy lata (przeciwko czemu, co znamienne, są komuniści z KKE), przeprowadzeniem śledztwa w sprawie kryzysu oraz polityką pobudzania wzrostu gospodarczego poprzez inwestycje.
Zamrożenie płacenia długu jest operacją przeprowadzaną w historii bardzo często. Całkiem niedawno zrobiły to tak duże kraje, jak Brazylia i Argentyna. Ta ostatnia spłaciła wszystkie zaległe zobowiązania już po kilku latach, ponieważ dzięki prowzrostowej, proprzemysłowej polityce prezydenta Nestora Kirchnera bardzo szybko odbiła się od dna. Dziś zaprzecza mitom o „utracie zaufania inwestorów” – jej obligacje, płacące procent powiązany z pędzącym wzrostem PKB, sprzedają się jak świeże bułeczki.
Jeżeli nie dojdzie do koalicji „partii rozsądku” przeciwko Syrizie, już wkrótce w Grecji mogą odbyć się powtórne wybory. Jak wskazują sondaże, Syriza ma szanse na samodzielną większość. Jeżeli tak by się stało, to Grecja i Francja dokonają punktu zwrotnego w polityce Unii Europejskiej. I nie dokonuje się to ani o jeden moment za wcześnie: tendencje ksenofobiczne szybko zyskują na znaczeniu.
Do europejskiego trendu „odspołeczniania” kosztów kryzysu dołącza również Słowacja. Jej nowo wybrany premier Robert Fico, zamiast zwyczajowego zaciskania pasa najuboższym oraz uderzającego w zwykłych ludzi podwyższania podatku VAT, zapowiedział wielkie inwestycje w sektorze energetycznym oraz podniósł stawki podatków płaconych przez banki.
To wszystko dokonuje się na przekór intencjom ekspertów głównego nurtu, starającym się pozostawić problem niezadowolenia społecznego w rezerwacie bezpłodnej kontrkultury, nie naruszającej paradygmatu ekonomiczno-politycznego. Dzisiejsza ekonomia (economics, dawniej political economy) stara się ignorować społeczno-polityczny wymiar procesów gospodarczych, redukując je do indywidualnych preferencji pojedynczego konsumenta. Jednak polityczna rzeczywistość na każdym kroku ukazuje absurd dogmatycznego stosowania zasad liberalizmu ekonomicznego, odnoszącego się do nieistniejącego świata, bez skonfliktowanych interesów, bez grup nacisku, karteli i przemocy. Dlatego dziś neoliberalizm stoi u progu swego spektakularnego upadku, a osinowy kołek do jego przebicia trzymają w rękach właśnie społeczeństwa i polityczni przywódcy, nie wahający się użyć siły państwa do pozbycia się oligarchicznej narośli.
Wynik tej bitwy nie jest jeszcze przesądzony. Po raz pierwszy od dawna jednak szala zaczyna się przechylać na stronę 99,9%, czyli społeczeństwa – i to właśnie jest lekcja z wyborów we Francji i Grecji.
Krzysztof Mroczkowski