przez Piotr Kuligowski | niedziela 6 maja 2012 | opinie
Przy każdym mniejszym lub większym systemowym tąpnięciu dyżurni „rewolucyjni marksiści” mają w zwyczaju na internetowych forach czy w „alternatywnych” kawiarniach wieszczyć o już nadchodzącej rewolucji. Wchodzenie w ich kompetencje w tym zakresie byłoby stawaniem na z góry przegranej pozycji – zgodnie z maksymą o sprowadzaniu do własnego poziomu i pokonywaniu przeciwnika z powodu większego doświadczenia w operacji na terenie lepiej znanym intelektualnie. Jednak ostatnie demonstracje skłaniają do reakcji również prosystemowych intelektualistów. Oto w rozmowie z Agnieszką Kublik dla portalu Wyborcza.pl prof. Ireneusz Krzemiński w alarmującym tonie komentował marsze organizowane przez środowisko związane z Radiem Maryja, a wymierzone w decyzję o nieprzyznaniu TV Trwam koncesji na nadawanie programu na multipleksie cyfrowym.
Antagonizujący władzę i „moherów” mechanizm jest, mimo odmienności interesów, podobny temu, który działa również w przypadku kibicowskich protestów przeciwko zamykaniu stadionów czy młodzieżowych Marszów Wyzwolenia Konopi. W każdej z tych spraw chodzi przede wszystkim o zwiększenie swobód z zakresie tego, co – sięgając do żargonu marksistowskiego – określić można mianem „reprodukowania siły roboczej”. Zatem bywalec stadionów daje się bezkrytycznie każdego dnia wyciskać szefowi w pracy, jednak groźba odebrania mu ulubionej rozrywki, jaką jest oglądanie na żywo zmagań piłkarskich, wywołuje natychmiast ostry konflikt. Podobnie emeryci i renciści, którzy stanowią trzon sympatyków Radia Maryja, nie wychodzą na ulice z powodu mizernej wysokości otrzymywanych świadczeń, lecz z racji problemów ulubionej stacji. Wbrew konfliktowi pokoleń, dokładnie tej samej tendencji ulega najmłodsza część społeczeństwa. Demonstracje sprzeciwu wobec odpłatności za drugi kierunek studiów gromadziły w najlepszym razie kilkadziesiąt osób – na Marsz Wyzwolenia Konopi w stolicy przychodzi natomiast nawet 6 tys.
Wspominani kibice są w ostatnim czasie nader interesującą grupą społeczną, gdyż charakteryzują się bodaj największą bojowością. Erupcję aktywizmu politycznego stadionowych fanów piłki nożnej wywołała chęć swoistego „upudrowania” polskich stadionów w ramach przygotowań do Euro 2012, choć za całym przedsięwzięciem może stać również dostrzeżenie, iż dostosowanie trybun do potrzeb „drobnomieszczan”, a tym samym zachęcenie ich do przychodzenia na mecze, może przynieść większe zyski, niż w przypadku obsadzania ich „chłopakami z osiedla”. Obecna władza, której wszystkie cechy uosabia Donald Tusk, w pójściu na konfrontację z kibicami mogła też mieć cel PR-owy – oto zatroskany, ale i bezwzględny premier z determinacją godną „Żelaznej Damy” gromi stadionowe chuligaństwo przy powszechnym poparciu opinii publicznej.
Jeśli więc takie były motywacje szefa rządu, to przyznać trzeba, że ruszając na podbój sondaży, obrał drogę fatalną. Kibice, a zwłaszcza ich fanatyczna część, są wszak grupą specyficzną. W ich skład wchodzą w zdecydowanej mierze mężczyźni dobrze zbudowani, zafascynowani przemocą i poszukujący przynależności do silnego kręgu. Z racji takich cech, szalikowcy nigdy nie mogli liczyć na specjalną przychylność w oczach mediów i prawdopodobnie nigdy nawet zbytnio o nią nie zabiegali. Kibice jednakowoż charakteryzują się również zdolnością mobilizacyjną i skłonnością do konfrontacji. Konfrontacji zazwyczaj z fanami skonfliktowanej drużyny, ale w momencie – sięgając do kibicowskiego slangu – „kosy” z władzą, na celowniku miłośników oglądania piłki kopanej może znaleźć się również obóz rządzący.
Stadionowy zryw polityczny, z racji swej dynamiki, niczym zwierciadło odbija zjawiska wyłaniające się stopniowo także wśród pozostałych ruchów kontestatorskich. Chodzi mianowicie o postulaty stricte ekonomiczne, które – tkwiące przez wiele lat pod zastygłą skorupą „demoliberalnego konsensusu” – zdają się powoli wybijać na powierzchnię. Swe zrozumienie dla konieczności poszerzenia postulatów również o problematykę związaną ze „sprzedażą siły roboczej”, pokazali niedawno kibice Ruchu Chorzów. Sympatycy tegoż zespołu podczas dzikiego strajku, podjętego w celu obrony miejsc pracy przez załogę walcowni rur i stalowni w chorzowskiej Hucie Batory, dali dowody swego poparcia dla radykalnej akcji. Fani futbolu nie tylko wyeksponowali na stadionowych trybunach transparenty, będące wyrazem solidarności ze strajkującymi, ale także pikietowali pod bramą zakładu w momencie, gdy jego zarząd ściągnął kilkudziesięciu ochroniarzy z zamiarem pacyfikacji protestu.
To swego rodzaju wyczerpywanie się dotychczasowej formuły demonstracji było częściowo widoczne także na protestach przeciwko porozumieniu ACTA, kiedy to niejednokrotnie pojawiały się hasła związane z planowaną reformą emerytalną, drożejącym paliwem czy ogólną indolencją gospodarczą rządu Tuska.
Zamieszkujący między Odrą i Bugiem przez wiele lat mogli się przyzwyczaić raczej do pikujących, niż zwyżkujących wskaźników ekonomicznych. Wszelkie kryzysy mają jednak to do siebie, że prędzej czy później muszą wywołać rozgoryczenie ulicy, co prowadzi do radykalizacji form oporu. A jest się na co oburzać, gdyż wskaźniki z dnia na dzień wyglądają gorzej. Doniesienia Głównego Urzędu Statystycznego rozbijają wszelkie zaklęcia liberalnych optymistów: w ciągu ostatniego roku średnia płaca w Polsce wzrosła o 3,8%, lecz w tym samym czasie ceny towarów i usług podskoczyły o… 3,9%! Równie źle przedstawia się, rosnąca regularnie, stopa bezrobocia. W lutym osiągnęła ona poziom 13,5%, a zatem więcej, niż w analogicznym okresie roku 2011. I choć realia neoliberalnego kapitalizmu, wbrew niemal powszechnie zapomnianym zapowiedziom jego architektów sprzed 20 lat, przyzwyczaiły do wysokiego odsetka osób bezrobotnych (w grudniu 2003 r. osiągnął on 20%), to niepokojem musi napawać obecny negatywny trend.
Skoro radykalnej poprawy na rynku pracy nie przyniosły nawet, podjęte na dużą skalę, inwestycje związane ze zbliżającymi się mistrzostwami Europy w piłce nożnej, to nietrudno sobie wyobrazić sytuację tuż po szumnie zapowiadanym turnieju. Gdy tyrającym przy budowie dróg i stadionów budowlańcom wygasną umowy śmieciowe, stopa bezrobocia może gwałtownie podskoczyć.
Nakreślone realia, jeśli zestawić je z wynikami badań opinii publicznej, w myśl których aż 1/5 ankietowanych deklaruje niezdecydowanie w kwestii wyboru konkretnej opcji politycznej, powinny tworzyć niejako naturalną niszę dla konsekwentnie prospołecznej opozycji. Taką zaś powinna być – zwłaszcza w chwili powstania poważnych rys na neoliberalnym „dobrobycie” – lewica. Ta jednak, gardłując od lat za zwiększaniem swobód obyczajowych, zatraciła swój „genetycznie” plebejski charakter, w zamian stając się formą oświeconej i postępowej elity. Ów elitaryzm dostrzec można w wielu sferach działalności podmiotów takich jak Sojusz Lewicy Demokratycznej, Ruch Palikota czy „Krytyka Polityczna”. Ich działacze organizują antydyskryminacyjne spotkania, koncerty i eventy, nawołują do wyzbywania się „polskości”, recenzują kulturę wysoką, drwią z Kościoła, redagują przeintelektualizowane pisma itd.
Samozwańczo przybrane przez te kręgi miano „lewicy”, z radością podchwycone i powtarzane przez politycznych oponentów z prawej strony, jest nieporozumieniem nie tylko w sferze programowej, ale także ideowej. Niespełna dwa lata temu w programie „Warto rozmawiać” Michał Sutowski z „Krytyki Politycznej” w debacie nt. antysemityzmu dał się zmasakrować Rafałowi Ziemkiewiczowi, gdy ten najpierw polską przedwojenną lewicę sprowadził do Jerzego Giedroycia, a następnie wypomniał temuż chęć uprzykrzenia Żydom życia w Polsce, by w ten sposób zmusić ich do emigracji. Sutowski, co znamienne, słowem nie napomknął o innych tradycjach polskiej lewicy, która – w przeciwieństwie do ugrupowań narodowych – nie musi się wstydzić za fascynacje Mussolinim czy akcentowanie „problemu żydowskiego” w okresie międzywojennym. Zastępując Abramowskiego Giedroyciem, a także – jakże wymownie! – „Robotnika” „Kulturą”, lewica sprowadza się do poziomu dowcipnisiów z SuperStacji, którzy w swych wystąpieniach sprawnie obśmiewają Kościół, Kaczyńskiego i związkowców.
Tym sposobem, choć autentyczna polska lewica może się poszczycić chlubnym rodowodem historycznym, reprezentujące ją środowiska tracą inicjatywę w sytuacji, na którą część z nich, na co dzień pozbawiona inicjatywy politycznej, czekała z utęsknieniem, czyli w momencie strukturalnego kryzysu modelu neoliberalnego. Zeszłoroczny 11 listopada pokazał jasno, która strona jest otwarta na rozgoryczonych skutkami kryzysu. Podczas gdy na wiecu Kolorowa Niepodległa odbijano piłki i dziękowano policji za dobre traktowanie, na Marszu Niepodległości niesiono transparent „Będzie druga Grecja” i odpalano race. Złudzeń nie pozostawiła frekwencja na obu wydarzeniach – czterokrotnie większa liczba uczestników prawicowej manifestacji wskazuje dobitnie, że to ta część sceny politycznej umiejętnie przedstawia programowe oferty, które mogą być atrakcyjne zarówno dla klas wyższych i średnich (ultraliberalizm), jak i niższych (solidaryzm narodowy).
Zatem, paradoksalnie, to elitarystyczni prawicowcy, choć zazwyczaj przychylnie spoglądający na cięcie zasiłków dla bezrobotnych czy eksmisje na bruk, mają dzisiaj status „plebejskich”. To oni tworzą niezależne media, podczas gdy „lewicowi” intelektualiści rozczytują się w publikatorach koncernu Agora S.A. To na ich manifestacjach agresywny, zakapturzony tłum walczy z policją, a nawet skanduje „USA – imperium zła!” (sic!); i to w czasie, gdy na tej samej ulicy, w kawiarni Nowy Wspaniały Świat, doktoranci socjologii, popijając kawę za 15 zł, rozprawiają o kolejnym spektaklu Strzępki i Demirskiego. To wreszcie wspomniani kibice, w sporej części prawicowi, wspierają strajkujących pracowników, podczas gdy śląskie środowisko anarchistyczne zajęte jest organizacją blokady przemarszu Obozu Narodowo-Radykalnego.
Przyszłość jest trudna do przewidzenia. Teraźniejszość nie napawa optymizmem. W obliczu hegemonii postulatów kulturowych na lewicy, marginalizacji ulegają najistotniejsze – zwłaszcza w dobie kryzysu – problemy społeczne. I nic tu nie pomoże deterministyczne oczekiwanie na to, że samo załamanie systemu przyniesie ogólne otrzeźwienie. Kapitalizm wielokrotnie już dał dowód swej żywotności i zdolności do funkcjonowania nawet po ciężkich depresjach. Z całą pewnością jednak Europa i świat stoją w obliczu przełomu. Swych chęci dokonania głębokich przeobrażeń gospodarczych nie kryją politycy głównego nurtu, napomykający coraz częściej o konieczności reindustrializacji Starego Kontynentu. Uchwycenie istoty przemian i mozaiki protestów jest jednak trudne zza szyb ekskluzywnych kawiarni w centrum stolicy.
Piotr Kuligowski
przez Krzysztof Wołodźko | wtorek 24 kwietnia 2012 | opinie
Kilka miesięcy temu obejrzałem w przeznaczonej dla Polaków wersji MTV program, dzięki któremu po raz któryś w życiu poczułem, że poczucie zażenowania i nieledwie wściekłość świetnie się komponują. Nie będę tu jednak opowiadał o swoich uczuciach, choć uważam, że socjalizm to spora intensywność emocji plus egalitaryzacja. I ideowa dekapitacja liberałów razem z kawiorową lewicą, aż do chrupania karków w bieliźnie. Ale nie o tym będzie tym razem mowa.
Rzeczony program opierał się na tym, że chłopak czy dziewczyna mogli się umówić na randkę z jakąś gwiazdką naszej peryferyjnej sceny muzycznej. A mówiąc ściśle: z imitacją tej gwiazdki. Na podium wychodziły zatem jedna po drugiej dziewczyny udające Dodę, a jakiś jurny młodzian razem ze swoimi przyjaciółmi decydował, która z nich najbardziej mu odpowiada i z którą zamierza skonsumować randkę. Dziewczyny krygowały się, mniej lub bardziej (bez)pretensjonalnymi wygibasami i makijażem próbowały podkreślić swą „dodowatość” i „fajność”. Żarty fruwały w powietrzu jak zgniłe pomidory i ogólnie było sympatycznie i tandetnie. Szczęśliwy koniec polegał rzecz jasna na tym, że młodzian upatrzył sobie którąś „Dodę” i odeszli razem w siną dal, gdzie strumyk płynie z wolna, albo świat się śmieje. Czy jeszcze inaczej.
Pewnie nie jest to opowieść, którą da się zobrazować całą dzisiejszą Polskę, ale jakąś jej niepoślednią część – owszem. To jest historia – jeszcze jedna – o imitacji, o żerowaniu na uprzednio wykreowanych potrzebach. Jest to wreszcie opowieść o tym, jak wielki biznes robi ludziom wodę z mózgów. Ale jest to też historia o tym, że taka jest nasza rzeczywistość, takie są marzenia i rozrywki jakiejś części „zwykłych ludzi” i trzeba to przyjąć do wiadomości. Kiedyś twarz Poli Raksy, dziś Dody rozpala czyjeś marzenia. W końcu nie każdego musi porywać wolność prowadząca lud w kierunku Nowego Wspaniałego Świata, albo felietony prowincjonalnie zaangażowane Wołodźki.
Nie wpadając w fatalizm, frustrację czy protekcjonalny ton, ani w żadne inne inteligenckie sposoby radzenia sobie z oporem materii, trzeba dodać, że tak już jest urządzona rzeczywistość. Ktoś lubi Dodę, kto inny piosenki Kelusa. Albo lubi i Dodę, i Kelusa. Albo kiszone ogórki z bitą śmietaną do popołudniowej kawy z mlekiem. O gustach się nie dyskutuje, choć można z nich czasem pokpiwać. Osobiście lubię się czasem pośmiać i z plebejskich, i z inteligenckich gustów i guścików. Lubię też czasem i plebejskie, i inteligenckie dowcipy, przyjmuję je tak samo, jak biel i czerwień na polskiej fladze.
Jednak inteligenckie czy plebejskie zwyczaje, światopoglądy, gusta i rozrywki, to jedno. Znacznie ciekawsze jest to, jak mają się nieraz do siebie te światy. I jak są przeciw sobie rozgrywane. Zacznijmy od tego, że wielki przemysł rozrywkowy niejako pasożytuje na ludzkich gustach. Z prostych żartów robi z premedytacją żarty prostackie. Z ludzkiego zainteresowania rzeczami powszednimi i naturalnymi, w tym dotyczącymi płci, jedzenia i słabostek, robi spektakl nieokiełznanej głupoty, hedonizmu, ekshibicjonizmu. Wykorzystuje arcyludzkie skłonności i pragnienia, by karmić formatowanych odbiorców swoimi produktami, bynajmniej nie bezinteresownie. Już nie „Randka w ciemno” ze zwykłą dziewczyną, ale randka z imitacją Dody czy innej postaci nadreprezentowanej w kolorowych gazetkach. Rynek chce naszych uczuć, marzeń i tęsknot. I pieniędzy. A razem z forsą chce zabrać ludziom ich własne sny, zastępując je wyprodukowanymi przez speców od reklamy. I to mnie wkurza: nie „plebejskie gusta”, lecz nieustanny drenaż nie tyle ludzkich kieszeni, co marzeń. I tak mięsny jeż jest żenujący nie dlatego, że dla ludzi biesiadowanie przy suto zastawionym stole to wcielony w życie symbol spotkania, zgody, rodzinności, poczucia bezpieczeństwa, ale dlatego, że stanowi imitację i parodię czegoś zwykłego i w gruncie rzeczy bardzo potrzebnego.
Powyższe rozważania prowadzą do sprawy znacznie istotniejszej. Do problemu, który odnosi się też do życia politycznego czy społeczno-gospodarczego. Wszyscy znamy słowo „populizm”. Przywykłem już do tego, że różni mądrzy, światli, otwarci, odpowiedzialni i utytułowani, elokwentni i opiniotwórczy ludzie odmieniają to słowo przez wszystkie przypadki, gdy tylko zetkną się z czymś, co nie odpowiada ich kryteriom racjonalności i dobrego smaku, ich egoizmom klasowym i zależnościom towarzysko-biznesowym czy finansowym. A, prawdę mówiąc, nierzadko ani za ich dobry smak, ani za racjonalność nie dałbym złamanego grosza. Ba, powiem więcej, wolałbym nie raz i nie dwa skonsumować mięsnego jeża, niż przystać na ich życiowe mądrości.
Rozumiem, gdy słowem „populizm” jak wytrychem posługują się libertarianie czy konserwatywni liberałowie, otwarci katolicy, czy zamknięci w czterech ścianach swoich strzeżonych osiedli obywatele, uskrzydleni i/lub sfrustrowani własnym życiowym sukcesem, który zmusza ich do spłacania długoletnich kredytów, zobligowani – przykładowo – do produkowania rozrywki z imitacją Dody lub paradokumentów o mięsnym jeżu. Rozumiem, że słowo „populizm” jest dla nich wygodne, przyjemne w użyciu i pasuje do tych układanek, które mają w głowach. Każdy niepokój, każda niezrozumiała sytuacja społeczna, cudze obawy, aspiracje i gniew mogą z jego pomocą zapakować do odpowiedniej szuflady i mocno tam zatrzasnąć. Nie jestem ich terapeutą, ani komiwojażerem idei: nie będę chodził od drzwi do drzwi i pukał. Tym bardziej, że w odróżnieniu od Świadków Jehowy nie pokazałbym im pisemek, w których lew spoczywa obok baranka, a Królestwo Boże przypomina domek na amerykańskim przedmieściu z czasów prosperity. Bynajmniej, pokazałbym im coś zupełnie innego, co wygląda raczej jak „Sąd Ostateczny” Hansa Memlinga. Nie będę wyganiał ich ze świątyń, w których czczą mamonę i swoje klasowe fobie i fascynacje, bo boli mnie w krzyżu i zwyczajnie mi się nie chce.
Nie mogę natomiast zrozumieć (to figura retoryczna), dlaczego słowo „populizm” tak sobie upodobała część lewicy i jej celebryci. Oczywiście, lewicowi celebryci zawsze dodają do słowa populizm epitet „prawicowy”, żeby się jakoś odróżnić od swoich liberalnych kolegów i koleżanek, którzy zapraszają ich do rozgłośni, na łamy itd. Domyślam się, że część lewicowców używa słowa „populizm/prawicowy populizm”, żeby jakoś wyartykułować dezaprobatę wobec części tego nieszczęsnego polskiego ludu, który ma ich w swoim ciemnogrodzkim tyłku i za nic nie chce się nawrócić na światłe i postępowe poglądy i obyczaje, na inteligencki żargon i tym podobne atrakcje. Rozumiem, że część lewicowców nie może zaakceptować ludu, który najpewniej nie potrzebuje feministycznych wydarzeń w stylu niedawnych „Dni Cipki”, bo dawno odczarował to słowo przy pomocy „pornokultury”, z którą obeznani są już gimnazjaliści, albo porządnego, sprośnego żartu, jaki można usłyszeć przy szynkwasie w plebejskiej knajpie czy w pierwszym lepszym warsztacie samochodowym.
Otwarte pozostaje też pytanie, czy lud potrzebuje dobrych rad lewicowego celebryty co do tego, na kogo głosować lub nie, jak rozumieć słowo „patriotyzm” i co o nim sądzić, albo jak powinien pojmować swoje interesy klasowe. Bo czy się to lewicowym celebrytom podoba, czy nie, ze swoim nadużywaniem słowa „populizm” robią jedynie za pożytecznych idiotów u cwańszych i ważniejszych od siebie. Być może zresztą o tym wiedzą, ale już niespecjalnie mogą sobie pozwolić na luksus inny, niż dobra mina do złej gry.
Tu zastrzeżenie. Jestem za powszechną, egalitarną edukacją na wysokim poziomie. I tak dalej. Nie chcę, by władzę nad umysłami mas sprawowali spece od pichcenia mięsnego jeża. Ale rola tej edukacji powinna być służebna. Oświecenie, które ma oznaczać meblowanie ludzkich głów wedle jednego, narzuconego odgórnie wzorca, które stawia sobie za cel propagandę – jest czymś wstrętnym i zdecydowanie antyegalitarnym, aspołecznym. Jest załatwianiem własnych biznesów ponad głowami społeczeństwa. Chyba że dla kogoś socjalizm to strzeżenie interesów oligarchii plus arogancja. Ale takim socjalistom życzę ideowej dekapitacji. Aż do chrupania karków w bieliźnie. I mięsnego jeża zamiast kawioru na śniadanie, obiad i kolację. Smacznego.
Krzysztof Wołodźko
przez Krzysztof Mroczkowski | wtorek 17 kwietnia 2012 | opinie
Raport nt. przemysłu, wydany niedawno przez Polskie Lobby Przemysłowe im. Eugeniusza Kwiatkowskiego (PLP), ukazuje, że świat znajduje się w przededniu przemian gospodarczych o niezwykłej doniosłości. Jak wskazują eksperci PLP, w najbliższych latach zaobserwujemy globalny trend odzyskiwania znaczenia przez proces produkcji przemysłowej, mogący prowadzić do znaczącego wzrostu produkcji w krajach rozwiniętych, często określanych już jako „postindustrialne”. Mocno upraszczając: miejsca pracy i fabryki częściowo „wrócą” z krajów azjatyckich do Europy i Ameryki Północnej.
W tle tego procesu zachodzi gigantyczny rozwój „technologii przełomów”, które zostaną wdrożone w proces masowej produkcji w latach 2016-2020. Jeżeli Polska dobrze przygotuje się na nadejście tej fali, będzie to oznaczało wkroczenie naszego kraju na zupełnie nowy poziom rozwoju, zaprzeczając statycznej i pesymistycznej logice cięć budżetowych i wyrzeczeń.
Dla przygotowania tej „nowoczesnej reindustrializacji Polski”, przypominającej w duchu i intencji przedwojenny projekt Centralnego Okręgu Przemysłowego, potrzebne jest podjęcie przez państwo szeregu działań, negujących rządzącą ostatnim dwudziestoleciem zasadę, iż „najlepszą polityką gospodarczą jest jej brak”. Wśród tych działań jednym z kluczowych byłoby powołanie Narodowego Funduszu Rozwoju Przemysłu, wspierającego kredytem „non profit” przedsięwzięcia wytwórcze, oraz bezpośrednie zaangażowanie państwa w tworzenie infrastruktury technicznej, koniecznej dla rozwoju krajowego potencjału produkcyjnego. Innym postulatem PLP jest dopuszczanie wysokich odpisów amortyzacyjnych za podejmowane przez przedsiębiorstwa wysiłki inwestycyjne, stymulujące wytwórczość. Warto zauważyć, iż podobny mechanizm (pod nazwą „produkcyjny rabat podatkowy”) został zastosowany przez prezydenta USA Johna F. Kennedy’ego na początku lat 60. Ironią jest, że boom gospodarczy tamtego okresu przypisywany jest opisywanej przez „krzywą Laffera” obniżce podatku dochodowego, a nie rabatowi produkcyjnemu i aktywnej polityce gospodarczej prezydenta USA (na czele ze słynnym wyznaczeniem NASA stymulującego celu rozwojowego w postaci lotu człowieka na księżyc).
Wiele osób zapewne zastanawia się, dlaczego powinniśmy zajmować się przemysłem. Proklamowano przecież epokę postindustrialną, gdzie usługi i wiedza odgrywają dominującą rolę, zaś praca w fabryce wydaje się XIX-wiecznym przeżytkiem, dobrym dla nienowoczesnych krajów na dorobku. Otóż pomyślność gospodarcza kraju i, co za tym idzie, warunki życia ludzi, determinowane są właśnie przez wytwarzanie dóbr. Autorzy raportu wskazują na wyraźny i niezaprzeczalny związek między wysokim poziomem życia, wyrażonym statystycznie jako produkt krajowy brutto, a wysokim poziomem produkcji przemysłowej.
Związek ten potwierdzają choćby ostatnie stulecia rozwoju ludzkości. Przemysłowa forma kapitalizmu, nieodłącznie związana z twórczymi zdolnościami człowieka, wyrażanymi w postępie naukowo-technicznym, nie tyle wpływała pozytywnie na polepszanie warunków życia, lecz była (i jest!) jądrem tego procesu, „ożywiając” niewykorzystane zasoby natury i potencjały ludzkie. Dokonywanie przełomów naukowo-technicznych i implementacja tych zdobyczy w procesie masowej produkcji skutkują poprawą produktywności pracy. To oznacza w praktyce, że życie człowieka staje się mniej uciążliwe dzięki zdobyczom ludzkiego rozumu – krótsza, lecz wydajniejsza praca pozwala na tańsze wytwarzanie większej ilości dóbr poprzednio mniej dostępnych, uwalniając dodatkowy potencjał dla tworzenia wynalazków i ulepszeń.
Jak zauważyli już XVII-wieczni przedstawiciele myśli o polityce gospodarczej, zwanej kameralizmem, przyszłość kraju zależy od spijania „śmietanki” wysokiej wartości dodanej, czyli od posiadania wysokorozwiniętych przemysłów, tworzących dobra gotowe. Co prawda technika potrzebna do opanowania zaawansowanej wytwórczości jest kosztowna, jednak zwroty z takiej inwestycji są nieporównywalnie większe niż w kraju oferującym jedynie surowce i proste produkty. Do tego jednak niezbędna jest intencjonalna dalekowzroczna polityka państwa, nie poddająca się iluzjom wolnego rynku. Jak to ujął XVII-wieczny austriacki ekonomista Philipp von Hornick: „Lepiej jest wydać za produkt dwa talary, które by zostały w kraju, niż jeden, który by go opuścił – jakkolwiek dziwnie by to nie zabrzmiało niezaznajomionym”.
Właśnie te merkantylistyczne zasady legły u podstaw zdystansowania Rzeczpospolitej Obojga Narodów przez kraje Europy Zachodniej. Polscy myśliciele (Grodwagner, Fredro) propagujący postępowe idee merkantylistyczne, nie znaleźli zrozumienia wśród przedstawicieli drobno-oligarchicznej republiki szlacheckiej, pogrążającej się coraz bardziej w gospodarczym marazmie i bezrozumnie usiłującej zmienić dystans do krajów rozwiniętych poprzez zwiększanie wymiaru pracy przymusowej poddanych. W zasadzie dopiero po utracie niepodległości idee anty-leseferystycznej, intencjonalnej polityki gospodarczej zaczęły być propagowane przez działaczy społecznych i polityków, takich jak Stanisław Staszic czy Franciszek Drucki-Lubecki.
Z dotychczasowych doświadczeń w dziedzinie bogacenia się i poprawy warunków życia ludzkości można wyprowadzić dwa wnioski. Pierwszy z nich to skuteczność intencjonalnej państwowej polityki gospodarczej w organizowaniu wysiłku rozwojowego, co w suchych ekonomicznych słowach można określić jako wzrost produktywności pracy. Gdy publikacja magazynu „Chase Econometrics” z 1976 r. wskazywała, że każdy dolar wydany przez wszystkie lata na państwowy program NASA zwrócił się społeczeństwu czternastokrotnie (tj. roczny zwrot wyniósł średnio ponad 40%), to tak naprawdę opisała ona kreatywny potencjał ludzkości, zdolny do tworzenia rzeczy wcześniej nie istniejących, do redefiniowania rzeczywistości.
Drugi wniosek jest taki, iż „alternatywne metody” spijania śmietanki bogactwa, nie opierające się na poprawie produktywności pracy, zdolne są wyłącznie do przesunięć podziału bogactwa w ramach planety, nie do jego zwiększania. Metody alternatywne, pozwalające niektórym wskazywać np. na Hong Kong czy londyńskie City jako wzorce do naśladowania, są w istocie metodami pasożytniczymi, niechętnymi nowoczesnemu kapitalizmowi przemysłowego. Te metody to bańki spekulacyjne, bankowość offshore, połączona z globalnym handlem narkotykami oraz geopolityka (dawniej kolonializm i imperializm) pozwalająca przejmować skarby ziemi, a także zarabiać na rozliczeniach kontraktów surowcowych (czym tłumaczona jest specjalna pozycja dolara). Metody owe, w przeciwieństwie do poprawy produktywności pracy, rzadko prowadzą do polepszenia warunków życia, dlatego kraje nie wspierające kapitalizmu przemysłowego skazane są na oligarchiczną strukturę społeczną.
Przypadek Federacji Rosyjskiej znakomicie ilustruje znaczenie produkcji przemysłowej dla dobrobytu państwa i obywateli. Po latach „szoku bez terapii” lat 90., długość życia Rosjan spadła o 5 lat w ciągu pięciu lat, zaś PKB kraju skurczyło się z 500 do 200 mld dolarów. Produkcja rolna spadła w tym czasie o niemal połowę, zaś produkcja przemysłowa o ponad połowę. Dopiero w sierpniu 1998 r. Rosja pod wpływem kryzysu zanegowała politykę nieinterwencji i prymatu tzw. wartości papierów finansowych. Wtedy to premier Primakow utarł nosa niszczącym kraj zagranicznym spekulantom finansowym, decydując o częściowej restrukturyzacji zobowiązań. Po kilku latach, wykorzystując dobrą koniunkturę surowcową, rządzący zdecydowali o bardziej zdecydowanej interwencji w procesy gospodarcze, formułując strategie dotyczące przemysłu wysokich technologii. Dziś już nikogo nie dziwią zaawansowane plany budowy nowych miast, kosmodromów, linii kolejowych czy nowoczesnych elektrowni. Jakkolwiek geopolityka surowcowa miała bardzo ważne znaczenie, to nie tłumaczy ona tempa wzrostu rosyjskiego PKB z blisko 200 mld dolarów w 1999 roku do ponad półtora biliona dolarów w ciągu dekady.
W 2010 r., jak podaje Bank Światowy, produkt krajowy brutto na głowę według parytetu siły nabywczej Rosji był wyższy od polskiego. Przy wszystkich zastrzeżeniach wobec takich statystyk, warto pamiętać, co czyniło kraj uboższym, a co go wzbogacało. Do tego potrzebne jest odrzucenie mitu o szkodliwości jakiejkolwiek interwencji państwa w stymulowanie procesów gospodarczych. Jak uczy historia, to nie niewidzialna ręka rynku prowadzi do bogactwa narodów, lecz aktywna polityka przemysłowa.
Krzysztof Mroczkowski
przez Michael Hauser | wtorek 10 kwietnia 2012 | opinie
Przejawy nietolerancji, ksenofobii, rasizmu i fundamentalizmu, które wbrew wszystkim głosicielom postmodernizmu występują coraz częściej, stanowią wyzwanie dla filozofii, by ze swych koncepcji wyciągnęła konkretne wnioski i powiedziała o tych zjawiskach coś istotnego.
Wszystkie współczesne prądy filozoficzne spotykają się tu ze swego rodzaju probierzem, odsłaniającym, co właściwego, a co niewłaściwego znajduje się w tym czy owym sposobie myślenia. Każdemu konkretnemu prądowi filozoficznemu możemy rzucić wyzwanie: hic Rhodus, hic salta (tu Rodos, tu skacz – pokaż, na co cię stać i co potrafisz). To wyzwanie dotyczy oczywiście najbardziej kierunku filozoficznego, którego dewizą jest dążenie do zrozumienia kulturowej inności, a także przemyślenie podstaw wzajemnej komunikacji, współpracy i współistnienia różnorakich kultur. Tym kierunkiem jest liberalny multikulturalizm.
Jego podstawowa idea – tolerancja wobec Innego – nie jest wcale nowa. O pokojowej i owocnej koegzystencji różnych kultur, religii i przekonań mówili już myśliciele renesansu i oświecenia, tacy jak Erazm z Rotterdamu i Wolter, nie zapominając też o Janie Amosie Komeńskim. Ideę tolerancji znajdujemy także w niektórych religiach świata, np. w islamie, który obecnie w świecie Zachodu zyskał opinię religii fanatycznej. Jak wiadomo, w średniowieczu kraje muzułmańskie cieszyły się większą wolnością religijną i filozoficzną, niż chrześcijańskie. W czasach, gdy dla chrześcijan epoki średniowiecza filozofia była zaledwie służebnicą teologii, myśliciele arabscy mogli na ogół w sposób wolny rozwijać filozofię starożytną, a także własną.
Możemy z grubsza rozróżnić trzy rodzaje tolerancji. Po pierwsze, tolerancję, która jest częścią jakiegoś projektu religijnego. Jej zakres określa płaszczyzna, na którą rzutuje się pewną konkretną religię. Obecnie o rozwijanie tego tolerancyjnego aspektu różnych religii zabiega niemiecki teolog Hans Küng w swym projekcie „światowego etosu”.
Drugi rodzaj tolerancji należy do klasycznego oświecenia. Bazuje na rozpoznaniu, że religia i rozum nie harmonizują ze sobą, a mimo to człowiek potrzebuje nie tylko rozumu, lecz również religii, a także sztuki oraz poczucia przynależności. Klasyczny człowiek oświecenia za pomocą rozumu i doświadczenia rozpoznaje konieczność tolerancji, a zarazem uświadamia sobie, że jednostki ludzkiej nie można zredukować wyłącznie do racjonalności. Dlatego stara się tchnąć w religię filozoficznego ducha (Wolter), by zharmonizować ją z rozumem i wymogami tolerancji. Nazwijmy takie ujęcie tolerancją treści: tolerancja pomiędzy różnymi religiami i kulturami możliwa jest wyłącznie gdy powstaje nowa, żywa forma kulturowej tożsamości, która potrafi objąć wszystkie aspekty i wymiary człowieka. Taka tolerancja treści może też polegać na oświeconej religii, jaką jest na przykład religia człowieczeństwa Tomáša Garrigue Masaryka.
Trzeci rodzaj tolerancji postuluje współczesny multikulturalizm; możemy nazwać go tolerancją formy. Liberalny multikulturalizm dąży do zajęcia neutralnego stanowiska, pozbawionego wszelkich kulturowych partykularyzmów. Takie stanowisko – a mają go zająć instytucje państwowe i europejskie – jest dla multikulturalisty warunkiem sprawiedliwego i prawnie zagwarantowanego dostępu do wszystkich kultur. Zgodnie z nim, każda poszczególna kultura powinna stłumić swe mroczne, irracjonalne znamiona i rozpocząć realizację partykularnych interesów za pomocą instytucji multikulturalnych.
Multikulturalizm nie jest jednym z wielu kierunków myślowych. Obecnie jest raczej wytyczną, która w świecie Zachodu towarzyszy reformie zastanych instytucji i budowaniu nowych. Chodzi o orientację teoretyczną, która wpływa na myślenie i zachowanie polityków, a także stanowi ideową podbudowę dla instytucji posiadających realną władzę. Multikulturalizm w pewnej mierze określa nasze środowisko życiowe i kulturowe, a także wizerunek współczesnej Europy. Dlatego właśnie naszym zadaniem jest nieustanne poddawanie krytycznej refleksji tej „filozofii na tronie” i otwarte mówienie o jej słabościach, sprzecznościach i ograniczeniach. Naszym zadaniem jest także rozwijanie innego pojęcia tolerancji, a mianowicie tolerancji treści lub tolerancji religijnej jako alternatyw dla jej multikulturalistycznego wariantu. Już dziś bowiem istnieje niemało oznak tego, że liberalny multikulturalizm nie potrafi właściwie nazwać współczesnych problemów, a tym bardziej przyczynić się do ich rzeczywistego rozwiązania.
Istnieją w sumie trzy podstawowe braki i ograniczenia multikulturalizmu.
Pierwszym brakiem jest to, że multikulturalizm nie dość zastanawia się nad swym stosunkiem do globalizacji (tzn. do realnego procesu socjoekonomicznego i kulturowego) oraz do kultury europejskiej. Mówiąc inaczej, prezentuje się jako coś ahistorycznego i ponadkulturowego, jako coś stojącego ponad dziejami ludzkości i wszystkimi kulturami.
Ów brak chyba najlepiej uchwycił Slavoj Žižek w swych krytycznych analizach multikulturalizmu. Zdaniem Žižka, można rozróżnić trzy etapy kapitalizmu. W pierwszym etapie kapitalizm łączy się z państwami narodowymi, które handlują między sobą na zasadzie suwerenności. W drugim etapie jedne kraje kolonizują i eksploatują drugie. W trzeciej fazie tego procesu, w epoce globalizacji, powstaje paradoks kolonizacji, kiedy nie istnieją już kolonie i kolonizatorzy, lecz gdy kolonizującym mocarstwem staje się globalna firma, która stara się kolonizować także kraj swego pochodzenia i dochodzi do tzw. samo-kolonizacji.
Wielonarodowe przedsiębiorstwo handlowe nie jest bezpośrednio związane z żadnym krajem. Stosunek pomiędzy tradycyjnym imperialistycznym kolonializmem a globalnym kapitalizmem samo-kolonizacji odpowiada stosunkowi pomiędzy zachodnim imperializmem kulturowym a multikulturalizmem. Globalny kapitalizm znalazł swą idealną formę ideologiczną w multikulturalizmie – w postawie reprezentującej uprzywilejowaną pustą uniwersalność, z której ocenia się i uznaje roszczenia wszystkich poszczególnych kultur. Jak powiada Žižek, prawda multikulturalizmu nie polega na tym, że maskuje eurocentryczną treść, lecz odwrotnie: odcień partykularnych korzeni zasłania fakt, że podmiot jest całkowicie wykorzeniony, że jego rzeczywistym usytuowaniem jest pusta uniwersalność, która odpowiada podejściu globalnego kapitału do poszczególnych krajów. Problem multikulturalizmu (hybrydowego współistnienia różnych kulturowych światów i sposobów życia) tkwi w tym, że stanowi formę przejawiania się swego przeciwieństwa, tzn. faktu, że globalny kapitalizm dokonuje homogenizacji współczesnego świata.
Žižek odkrywa więc błędne koło i nieuczciwość liberalnego multikulturalizmu, który twierdzi o sobie, że zajmuje całkowicie uniwersalną i obiektywną pozycję, pozbawioną wszelkiej partykularności. Multikulturalizm jawi się jako mało tolerancyjny wobec niektórych kwestii, inne traktuje natomiast aż nazbyt tolerancyjnie: toleruje Inność w tej mierze, w jakiej nie jest realną Innością, lecz jedynie aseptyczną Innością przednowoczesnej mądrości ekologicznej, fascynujących rytuałów itp. Kiedy spotyka się z realną Innością – z obrzezaniem kobiet, ze zmuszaniem ich do noszenia czarczafów, z zabijaniem nieprzyjaciół – tolerancja szybko się kończy. Ten sam multikulturalista, który sprzeciwia się eurocentryzmowi, odrzuca zazwyczaj także karę śmierci, w przekonaniu, że chodzi o relikt prymitywnych barbarzyńskich obyczajów. Tu właśnie ujawnia się ukryty europocentryzm: multikulturalista odwołuje się do liberalnego pojęcia człowieka i ewolucyjnej koncepcji kultury, wedle której rozwój przebiega od prymitywnych społeczności do społeczeństw nowoczesnych i tolerancyjnych.
Z drugiej strony, multikulturalista niekiedy toleruje nawet najbardziej brutalne deptanie praw człowieka albo waha się z jego potępieniem, by nie zostać oskarżonym o forsowanie wartości cywilizacji zachodniej. W ten sam sposób nierzadko argumentują rzecznicy prasowi wielonarodowych korporacji w celu usprawiedliwienia tego, że ich pracodawca w danym kraju nie dba o przestrzeganie praw człowieka.
Pierwszą, nietolerancyjną tendencję multikulturalizmu przypisuje Žižek faktowi, że multikulturalista nie potrafi dostrzec specyficznej, uwarunkowanej kulturowo rozkoszy (jouissance), którą może odczuwać nawet i „ofiara” obcej kultury (kobiece „ofiary” obrzezania nierzadko odbierają ten proceder jako ponowne nabycie kobiecej godności). Owa nadmierna życzliwość multikulturalizmu ma swe źródło w tym, iż multikulturalista nie rozumie możliwego wewnętrznego rozdarcia obcej kultury – nie każdy z jej członków się z nią utożsamia, a wielu nabiera do niej dystansu i może zacząć się buntować. Zachodnie prawa człowieka mogą w takiej wspólnocie oddziaływać niczym katalizator, który wywoła autentyczny protest przeciw określonym aspektom tej kultury.
Drugi brak liberalnego multikulturalizmu tkwi w sposobie, w jaki rozumie on tożsamość kulturową i człowieka w ogóle. W oczach multikulturalisty człowiek posiada jeden, a najwyżej kilka nielicznych wymiarów: jednostkę ludzką określa jej tożsamość kulturowa. Zapomina się jednak o tym, że człowiek posiada wymiary powiązane z naturalnym aspektem jego istoty, które wytwarzają jego nietożsamość. Jak podkreślał Theodor W. Adorno, człowieka należy określić jako jedność tożsamości i nietożsamości. Człowiek jest czymś więcej niż tylko tą czy ową kulturową tożsamością. Naturalny wymiar człowieka jest czymś, co formuje często nieuświadomione tło wszystkich tożsamości kulturowych; czymś, co jest zapośredniczone przez tożsamość, lecz nie jest z nią tożsame. Żadna tożsamość nie jest czysta w tym sensie, iż byłaby oddzielona od takiej nietożsamości. Każda tożsamość jest przeniknięta i nasycona tym, co w człowieku nietożsame, a co ostatecznie pozostaje głównym powodem tego, że jednostka świadomie (tzn. nie tylko na zasadzie uspołecznienia) identyfikuje się z pewną tożsamością. Multikulturalizm zakłada, że za pomocą racjonalnych argumentów wystarczy przekonać odmienne kultury oraz ich przedstawicieli, że „lepiej” przyjąć reguły, które sam niejako z góry wprowadza. Dla multikulturalisty pozostaje zagadką, dlaczego jedna i ta sama tożsamość kulturowa raz jawi się jako najbardziej tolerancyjna, a kiedy indziej całkowicie nietolerancyjna, jak ma to miejsce w przypadku wspomnianego islamu. Mówiąc inaczej, wydaje się, że multikulturalizm potrafi o doniosłości tolerancji przekonać jedynie te kultury, które są już tolerancyjne oraz jedynie te jednostki, które utożsamiają się z ideą tolerancji. Natomiast pozostałe jednostki łatwiej przekona któryś z fundamentalistycznych prądów albo polityk skrajnej prawicy, starający się pozyskać nowych zwolenników poprzez mówienie tego, „co ludzie naprawdę myślą”.
Trzecim brakiem multikulturalizmu, związanym z poprzednim, jest to, że jego podejście do innych kultur ogranicza, zamiast rozwijać. Jest to bowiem podejście, które od razu uczy odmienne kultury własnych reguł gry, tzn. stara się skłonić je do tego, by porozumiewały się na zasadach zdefiniowanych przez multikulturalizm. Brak tu wyczucia dla rzeczywistej wyjątkowości danej kultury. Multikulturalizm z góry zakłada znajomość danej kultury: warunkiem akceptacji pewnej kultury jest jej zdolność do przyjęcia multikulturowych reguł komunikacji. Jeśli dana kultura nie przyjmuje takich apriorycznych reguł, nie zostaje zaakceptowana. Tu należy przyznać rację postmodernistycznej krytyce multikulturalizmu. Multikulturalista nie potrafi podejść do obcej kultury w taki sposób, by zrozumieć ją od wewnątrz oraz rozpoznać jej wewnętrzną dynamikę i antynomie. A właśnie taki otwarty i uważny stosunek do obcych kultur wydaje się być podstawą sensownej i rozsądnej tolerancji. Jednak takie podejście jest prawdopodobnie zgoła niemożliwe, jeśli najpierw nie wykształcimy w sobie głębokiego i twórczego stosunku do jednej jedynej kultury. Dopiero dzięki temu będziemy zdolni do ukształtowania poczucia wartości kultury jako takiej i nauczenia się rozumienia obcych kultur oraz ludzi w nich żyjących. Wówczas znaczenia nabierze to, co pośród wszelkiej różnorodności stanowi wspólny element wszystkich kultur i ludzi.
Czy wobec tego nie jest możliwe rozwijanie idei tolerancji na podstawie innej niż liberalny multikulturalizm?
Michael Hauser
Przekład z j. czeskiego: Krzysztof Kołek
Tekst pierwotnie ukazał się na stronie internetowej stowarzyszenia SOK – Socialistický kruh, które zajmuje się popularyzacją współczesnej myśli lewicowej w Czechach. Przedruk za zgodą autora.
przez Joanna Duda-Gwiazda | wtorek 3 kwietnia 2012 | opinie
Byłoby śmiesznie, gdybyśmy mogli oglądać ten cyrk z wygodnej loży na widowni. Niestety, siedzimy w samym środku areny, więc jest i śmiesznie, i strasznie.
Światowy system zbankrutował moralnie i materialnie, ale dysponuje jeszcze środkami przymusu ekonomicznego i politycznego. Kurczowe trzymanie się władzy i fałszywych doktryn robi wrażenie chaosu i wygląda groteskowo. Jak generał Jaruzelski, który najpierw bronił socjalizmu jak niepodległości, czyli czołgami, a potem został pierwszym prezydentem kapitalistycznej Polski. Postępowanie Jaruzelskiego zaczyna jednak wyglądać sensownie, gdy uświadomimy sobie, że celem wojny z narodem było zniszczenie pierwszej „Solidarności” – związku zawodowego, który stanowił przeszkodę w podporządkowaniu Polski nowemu systemowi. Prezydent G. Bush nie bez powodu zachęcał Jaruzelskiego do objęcia stanowiska prezydenta, a nowe władze okazują Jaruzelskiemu szacunek.
Rozterki władzy PO sparodiował kabaret. Premier przychodzi na posiedzenie rządu w masce Anonymousa, a w sprawie emerytur rząd postanawia zabezpieczyć swoje oszczędności w bankach szwajcarskich na wypadek szybkiej ewakuacji. Strach przed przyszłością, przede wszystkim przed gniewem ulicy, jest coraz bardziej widoczny.
Jakby nic się nie stało, propaganda nadal osłania władzę hasłami wolnego rynku, demokracji, tolerancji i praw człowieka, chociaż coraz bardziej jest widoczne, że to tylko zasłona dymna. Na „wolnym rynku” uprzywilejowane są potężne ponadnarodowe korporacje. W demokratycznych państwach instytucje finansowe wyznaczają premierów. Pod hasłem „nie ma tolerancji dla wrogów tolerancji” prześladowani są ludzie przywiązani do religii, jej zasad i tradycyjnego stylu życia. Coraz więcej wiadomo, jak przestrzegane są prawa człowieka w krajach okupowanych – Iraku i Afganistanie. Odkryciem dla polskiej opinii publicznej są informacje o ograniczaniu praw człowieka w demokratycznych Stanach Zjednoczonych (Patriotic Act, ACTA).
Trudno jest określić jednym słowem ten nowy system w taki sposób, aby ująć wszystkie jego istotne cechy, nie przesadzić, a także nie obrazić ludzi w dobrej wierze przywiązanych do swoich idei. Fundamentem nowego porządku świata jest monetaryzm. Ale monetaryzm to tylko teoria makroekonomiczna, podkreślająca rolę podaży pieniądza. Teoria, która w praktyce oznacza podporządkowanie gospodarki bankom, ogranicza pole manewru reprezentacji państw wyłanianej w demokratycznych wyborach i wpływ związków zawodowych. Do lamusa teorii przegranych odłożono możliwość ingerencji państwa w sprawy gospodarcze, równowagę kapitału i pracy, a nawet równowagę popytu z podażą. Każde odstępstwo od monetarnej ortodoksji potępiane jest jako „keynesizm”. Opór społeczny przeciw systemowi zaczął się, gdy ludzie zauważyli, że zakaz interwencji państwa nie obejmuje dokapitalizowania banków i wielkich korporacji z pieniędzy publicznych.
Globalizacja jest naturalnym procesem, który umożliwia systemowi opanowanie całego świata, ale nie stanowi jego istoty. Określenie „neoliberalizm” wywołuje protesty przywiązanych do idei wolności. Jeszcze gorszym pomysłem jest „neokonserwatyzm”, ponieważ obrażają się konserwatyści, którzy widzą zagrożenie dla tradycyjnych wartości. Proponowana nazwa turbokapitalizm jest niezrozumiała dla ludzi nie znających mechanizmu dźwigni finansowych i zmian w prawie, które przekształciły tradycyjny demokratyczny kapitalizm w kapitalizm korporacyjny. Nazwy macdonaldyzacja lub lansowana przez Stefana Adamskiego cocacolonizacja, odnoszą się tylko do sfery kultury.
Andrzej Gwiazda proponuje nazwę friedmanizm – od nazwiska Miltona Friedmana, ideologa i praktyka nowego systemu. Uważam, że to dobry pomysł. Ciekawym polem rozważań są analogie do marksizmu. System w PRL nie był ani komunizmem, ani socjalizmem, ani nawet nie były to rządy jednej partii (w kapitalistycznych Chinach do dzisiaj rządzi partia komunistyczna), ale nikt nie mógł zaprzeczyć, że fundamentem systemu jest marksizm. Ostatecznie przyjęła się nazwa „realny socjalizm”, z której bardzo szybko wyparował przymiotnik „realny”. Ta niefortunna nazwa, kojarzona z całym złem systemu i bolszewicką okupacją, spowodowała trwałe ograniczenie intelektualne i polityczne. Odwoływanie się do tradycji niepodległościowej Polskiej Partii Socjalistycznej jest bezskuteczne, ponieważ większość w ogóle nie jest zainteresowana historią Polski, a tym bardziej historią socjalistów zwalczanych przez komunizm. Wysiłki redakcji „Obywatela”, aby polskie tradycje lewicowe przypomnieć, nie przynoszą rezultatu.
Próbowałam namówić znajomych do przeczytania fascynującej książki Naomi Klein „Doktryna szoku”. Większość odmówiła – Klein to lewaczka. Nie znalazłam żadnej definicji lewicy i lewactwa. Mogę tylko opierać się na danych empirycznych. Lewica to Miller, Kalisz, Kwaśniewski, liderzy partii wywodzącej się z Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. PZPR nie była partią marksistowską, była partią władzy. Marksizm był jedynie przykrywką, dawał legitymację do zwalczania opozycji antysystemowej. Tak zdefiniowana lewica nie miała żadnego problemu z zaakceptowaniem friedmanizmu. Jedyną tradycją głęboko zakorzenioną w PZPR i przeniesioną do SLD jest internacjonalizm, wiodąca idea friedmanizmu.
Zarówno marksiści, jak i antymarksiści zapominają, że dyktatura proletariatu miała być tylko środkiem do centralnego zarządzania gospodarką światową. Friedmaniści próbują ten cel osiągnąć skrajnie prawicowymi metodami, stawiają na egoizm i chciwość. Skutki są podobne jak w komunizmie – niszczenie więzi rodzinnych, sąsiedzkich, wspólnot religijnych, narodowych. Postępuje atomizacja społeczeństwa. Nawet podobnie to wygląda. Samotne jednostki odnajdują namiastkę wspólnoty na masowych imprezach.
Lewakami w Polsce nazywa się opozycję antyfriedmanowską. Ugrupowaniom i instytucjom, które prowadzą walkę z narodową tradycją, kościołem i patriotyzmem, czyli zabezpieczają friedmanizm na polu kultury i tożsamości obywateli, przysługuje zaszczytne miano Nowej Lewicy. Godny odnotowania jest fakt, że marszałkini sejmu, wywodząca się z ruchu Palikota, awansowała z lewaczki na lewicowego polityka.
Napisałam tekst długi i zawiły. Nie moja to wina. Bankructwo friedmanizmu jako ideologii pogłębiło chaos w pojęciach i ideach, który celowo wprowadzono, aby utrwalić dezorientację wynikającą z szokowej transformacji ustroju.
Na koniec chciałam zwrócić uwagę na trudną do pojęcia sytuację PO. Państwo się rozpada, instytucje przestają działać, a władza się umacnia, jest coraz bardziej arogancka. Nie bacząc na koszty społeczne, ale także na materialne wymierne straty, likwidowana jest infrastruktura na prowincji – poczty, szkoły, komunikacja, szpitale, przedszkola, pogotowie ratunkowe i pogotowie energetyczne, sądy, nawet placówki IPN. Skutki są bardzo różne, zawsze niekorzystne dla obywateli. Na przykład ograniczenie punktów, w których można uzyskać prawo jazdy, spowodowało, że centra miast uprzywilejowanych zostały dosłownie zakorkowane samochodami z tablicą „L”. Państwo odwraca się od obywatela i coraz częściej jest postrzegane jako instytucja represyjna. Straszenie państwem opiekuńczym to już bajki o żelaznym wilku.
Zbankrutowała główna idea friedmanizmu, polegająca na likwidacji państw. Sprywatyzowano wszystkie funkcje państwa, nawet prowadzenie wojny, czego drastycznym przykładem są wojny w Iraku i Afganistanie. Modny outsourcing sprowadził rolę państwa do egzekwowania podatków i przekazywania zgromadzonych środków firmom komercyjnym. Bardzo to wygodne dla władzy, która w tym systemie nie ponosi za nic odpowiedzialności. Państwo zostało wydrążone, pozostała atrapa, pusta skorupa. Ta filozofia poniosła spektakularną klęskę w Iraku. Kontraktorzy uciekali z Iraku w popłochu, w kamizelkach kuloodpornych, chociaż z walizkami pełnymi dolarów. Nie można zlikwidować państwa i równocześnie na nim żerować. Te miliardy dolarów nigdy już nie wrócą do budżetu Stanów Zjednoczonych, ponieważ okazało się, że instytucje hojną ręką rozdające korporacjom publiczne pieniądze nie reprezentowały rządu.
To nie utrata instynktu samozachowawczego jest powodem dziwacznego postępowania rządu PO. Rząd znalazł się w pułapce ideologii. Nie może wzmacniać państwa, które ma zlikwidować. Likwidując państwo, władza realizuje swoje główne zadanie, ale traci kontrolę nad sytuacją. Możliwości przerzucania kosztów kontynuowania friedmanizmu na społeczeństwa niebezpiecznie się skurczyły.
Joanna Duda-Gwiazda
przez Krzysztof Wołodźko | wtorek 27 marca 2012 | opinie
Wsiadam do busa w Krakowie, wysiadam na prowincji, w miasteczku czy na wsi. Wewnątrz, jeśli jest tłoczono, nie pachnie zbyt zachęcająco, co zrozumiałe, bo ludzie są zmęczeni dniem, sfatygowani Polską, dźwigają torby i reklamówki, są po pracy, albo po dniu szukania pracy, lub po wielu godzinach załatwiania czegoś w urzędach, po wizytach w szpitalach, po kolejkach u doktora, albo wracają z uczelni, z imprezy, z łażenia po galeriach handlowych, z szukania okazji na lepsze życie. Jest w nich strach o przyszłość, wiara, nadzieja i miłość, troski rodzinne, zarzewia chorób, albo spustoszenia chorobą, do tego emocje nasze powszednie i jakiś urywek programu telewizyjnego, tlący się z tyłu głowy, czyjeś słowa i gesty, dotyki, obojętność, tkliwość. Gdy się na tak niewielkim obszarze, gdy bus jest przegrzany, wilgotny, lepki od człowieczeństwa, zgromadzi tyle osób, trudno, żeby pachniało fiołkami. I tak jest w porządku.
W busie gra zwykle Zetka, albo RMF, lub słychać kierowców klnących na siebie przez CB radio. Nie zawsze mogę zdzierżyć te odgłosy, wtedy zakładam słuchawki. A czasem słucham rozmów, czytam, patrzę przez okno na tę naszą III RP na żywo, nie zapośredniczoną przez media, nie poddaną obróbce, nie podawaną mi do wierzenia przez hochsztaplerów i speców od cudzych myśli.
W busie jest dobrze, apolitycznie. Przynajmniej z pozoru, ale to mi wystarcza. Jeśli są tu jacyś katoliccy neoliberałowie, feministki liberalne czy socjały nudne i ponure, ukryta opcja niemiecka, „żydokomuna”, „prawdziwki”, aktywny elektorat PO, PiS, RP czy SLD, to nic o tym nie wiem. Nie ma też znajomych z facebooka, udzielających się w mediach, wykładających na uczelniach, opiniotwórczych, znanych i cytowanych. Ot, widać jakichś ludzi: mają twarze, nie mają nazwisk, a przecież często jest odwrotnie: ludzie mają nazwiska, ale są bez twarzy. Ważne zresztą, że w busie ludzi widać. Jeden pan śpi ciężko rozwalony na siedzeniu, kawał chłopa, z sumiastym ryżym wąsem, z wielkimi, czerwonymi dłońmi, chropowatymi i napuchniętymi. Kobieta w brązowej kurtce i w niebieskich, spłowiałych dżinsach, w rozmywającym się makijażu i z przetłuszczonymi włosami, trzyma na rękach dziecko, różowe, pulchne, w różnokolorowej czapeczce i ze smarkiem u nosa. Młodzi udają, że ich tu nie ma, pilnie stukając w klawiaturę smartfonów, a kolor smartfonów jest czerwony, bo na nich azjatycka krew. Młodzieniec z lekko przygłupią twarzą opowiada coś komuś przez telefon polszczyzną tak połamaną, jakby sto lat i więcej żył pod wszystkimi zaborami na raz i żadna go Siłaczka, żaden doktor Piotr nie spotkał, nie pochylił się nad nim, ani żaden mu wielki pan czy dobra pani nie dali skrzypiec, stypendium i stancji.
Za szybą domy polskie, a to szpetne, a to całkiem ładne, a na bardzo wielu nieodzowny talerz cyfrowego Polsatu lub innego szanownego nadawcy, karmiącego masy podobną sieczką informacyjną i rozrywkową. Bo polska prowincja, którą naiwniacy albo cynicy podejrzewają o jakieś niezwykłe pokłady głęboko skrywanej, nieskażonej polskości, wcale się od miast wiele nie różni swoją popkulturą.
Jadę busem, wstaje pani, narzekająca wcześniej towarzyszce podróży, że musi nieczystości wylewać na drogę. Wysiada, kusa kurtka odsłania zielony, plastikowy pasek u spodni, buty lekko przybrudzone. Co zrobić, że zbrudzone? Marzec polski chlapie z dziur w asfalcie, z chodników nierównych, chlapie błotem i uderza nagle rozjechanym przez samochody odłamkiem chodnika, a chodzić trzeba, wychodzić trzeba za swoim, nie każdy Polak przecież zmieści się do inteligentnego biurowca, do full wypas bryki, którą podjeżdża wprost pod ganek wyczyszczony przez służbę. Nie wszędzie może być tak czysto, jak na ruchomych schodach w „Galerii Krakowskiej”, na których młode dziewczyny pokazują, że jeszcze są zwycięskie i świat przed nimi, choć w zębach już ubytki, bo jednak łatwiej o ciuch z wyprzedaży, niż o regularne wizyty u dentysty… Ale nie o tym, nie o tym była mowa.
Jadę busem do wieczoru na wsi, do księżyca w nocy. Jadę z Krakowa, z ponad dziesięciu lat życia, na wieś, czyli robię wycieczkę w głąb siebie, do kilkunastu lat dzieciństwa i dorastania. To inna wieś, wieczór inny i księżyc inny, inny też ja. I tu najważniejsze. Bo jeśli bliska jest mi wieś, to nie dlatego, że jest ostoją jakichś niezwykłych cnót, szlachetności, pobożności, nieskazitelnej chłopskiej mądrości, polskości a la PiS, jak to sobie wyobraża, albo podaje do wierzenia pewien publicysta, ale dlatego, że stamtąd jestem, że stamtąd są moje pierwsze sny, złudzenia i marzenia, prawdy o ludziach i świecie; bo jeśli bliska jest mi prowincja, to dlatego, że jest częścią prawdy o Polsce, jeszcze jedną jej blizną, historiami złymi i dobrymi. A że bywa szmatława, że ludzie potrafią być chciwi, okrutni, głupi, że znam jak zły szeląg ich przywary, to cóż – to życie, nie ma co go ani zbytnio przeklinać, ani malować sentymentalną pozłotką. Ale póki co jadę busem, niebo gwiaździste nade mną, a dziury w asfalcie i koleiny pode mną, a jedna pani drugiej pani opowiada, że TIR wypadł z drogi, a człowiek się spalił w domu w wiosce obok. Dom był stary, człowiek był stary i samotny, zwęglone życie, zwęglone miejsca. Na szczęście w busie gra Zetka i chwila zasłuchania w plastikową melodię odpędza myśli o zwęglonym skrawku świata i staruszku, który może zadusił się czadem, a może wcześniej ogień objął jego ciało i mężczyzna po raz ostatni w życiu nie był w nocy samotny. A jedna pani drugiej pani opowiada jeszcze, że ksiądz mówił, żeby młodzi chodzili na kursy przedślubne, bo później i tak pewnie wyjadą za granicę i będzie z tym kłopot.
Bus staje. Widać kiosk. W kiosku ta sama kolorowa prasa, co w mieście, tygodniki w większości te same, jedynie słuszne, liberalne lub konserwatywno-liberalne, papierosy, kosmetyki, słodycze, prezerwatywy, napoje te same, a w busie informacje w Zetce te same, co i w mieście. Gdyby pójść do okolicznego spożywczaka, to byłaby w nim ta sama wędlina, co w mieście, a czasem nawet gorsza, najtańsza. I chleb ze spulchniaczami, też taki jak w mieście. A jak sklep i kiosk, to cywilizacja, a jak cywilizacja, to śmieci walające się obok pełnego kosza, stojącego przy wiacie autobusowej. Bo wieś to też śmieci, takie same jak w mieście, tyle że czasem nawet bardziej rzucają się w oczy, gdy wiatr rozwiewa je po polu, rowie melioracyjnym, poboczach. Polska ziemia nie takie rzeczy przyjmowała. Nie wiem, jak patriotyczni publicyści łączą swoją okołoprowincjonalną mitomanię z tym syfem powszednim.
Bus rusza. Jeśli jadę popołudniu, w środku jest więcej młodzieży, ludzi w średnim wieku. A późnym wieczorem bus, który zatrzymuje się na Placu Centralnym, skręca jeszcze pod Hutę im. Sendzimira, gdzie wsiadają, mówiąc umownie, proletariusze, złączeni pod wiatą przystanku autobusowego, zmęczeni, senni, lekko apatyczni. Jest po 22.00, za pół godziny, godzinę będą w domu, a tam już kolacja, albo kolacja plus wszystkie nasze dzienne sprawy, albo kolacja plus wszystkie nasze dzienne sprawy plus telewizor, albo jeszcze co innego, smutki i radości, które są ich tajemnicą.
Późnym wieczorem w busie rządzą sen i księżyc, jeśli nie ma chmur. A jeśli są ciężkie obłoki, właściwie rządzi ciemność, polska prowincjonalna droga to przecież nie Stadion Narodowy, ba, polska prowincjonalna droga to także nie „Polska w budowie”, to po prostu skrawek lepiej lub gorzej połatanego asfaltu, na którego solidny remont nie ma pieniędzy. Zresztą, niektóre gminy dla oszczędności wyłączają po północy latarnie, a wtedy cywilizacja chowa się w ciemności przed naturą, co sprzyja romantyczności i patrzeniu na miesiączek nasz śliczny, wzniosłe konstelacje gwiezdne, a ze względu na walory estetyczne, skłaniające do głębokich refleksji etycznych, a może i doznań metafizycznych – zdecydowanie wzmaga uroki wiejskiego życia.
Jeśli ktoś jednak nie potrafi się skupić na tych urokach, jeśli nie ma dopłat z Unii, jeśli od księżyca woli dobry telewizor czy po prostu pewną pracę i dobrą płacę, dobrobyt w domu, albo sąsiedzką zazdrość, to wyjeżdża zagranicę z tej wsi polskiej urokliwej, gdzie roboty często nie ma, albo jest kiepsko płatna, bez umowy i za pocałowaniem w rękę, i wysiada z busa na przystanku „praca zagranicą” i tyle go widzieli: ojczyzna, miesiączek, a czasem też rodzina.
Bus staje. Na rynku w małej miejscowości otwarty sklep spożywczy, sieciówka taka jak w mieście. Rynek jest ładny, okolica górzysta, oddycham rześkim powietrzem, patrzę na plecy przygarbionej kobiety, drepczącej kilka kroków przede mną i mamroczącej do siebie najświętsze słowa swojego życia i naprawdę nie jest mi wszystko jedno. Obok przystanku tli się niedogaszony pet, ogieniek świeci nawet jaśniej niż lekko przyblakły księżyc, oswojony z wędrówką, którą znam jeszcze z dzieciństwa i może oglądał ją będę na starość.
Krzysztof Wołodźko