Wielki ekonomista w ludzkiej skali (Pamięci prof. Tadeusza Kowalika)

Wiadomość o odejściu Tadeusza Kowalika (1926-2012) wywołała uczucie pustki i bezpowrotnej straty. Dla mnie podwójnej, bowiem był dla mnie nie tylko autorytetem, ale i przyjacielem.

Pisanie o tym nie jest więc łatwe. Trzeba mieć świadomość, że pisze się o człowieku-instytucji – nie tylko o ekonomiście dużego formatu, ale i o zaangażowanym intelektualiście, który miał zdolność i odwagę publicznie poddawać krytyce rzeczywistość społeczną. W swym długim, aktywnym życiu uczestniczył w wielu procesach i wydarzeniach nie tylko jako ich recenzent i komentator, ale także jako osoba starająca się mieć merytoryczny wpływ na bieg spraw. Owa mnogość ról, w które wchodził i bogactwo życiorysu muszą w pierwszej chwili przerastać kogoś, kto – tak jak ja – licząc sobie jedynie 25 lat, próbuje oddać wielkość tej postaci i jej dorobku. Z drugiej strony, prywatnie postać Tadeusza ma dla mnie równolegle ludzką skalę – skalę jego wątłej, aczkolwiek żwawej sylwetki, spacerującej obok mnie podczas wspólnych przechadzek po Polach Mokotowskich, które kilkakrotnie odbyliśmy w ciągu ostatniego roku.

Właściwie nie wiem, od którego wymiaru tej postaci zacząć: publicznego czy prywatnego. W momencie, kiedy dowiedziałem się o jego śmierci, miałem przed oczami przede wszystkim znajomego i poważanego człowieka, a nie wybitnego ekonomistę. Jednak nastrój chwili wymaga, by zacząć od tego drugiego wizerunku Profesora i przypomnieć, co wniósł lub nadal może wnieść w życie szerszego kręgu odbiorców. Losy jego długiego, bardzo aktywnego i zaangażowanego życia obfitowały w liczne zwroty i dylematy, podobnie jak czasy, w których żył. Można dziś różnie oceniać jego poszczególne wybory, jednak trudno nie zgodzić się, że kwestia sprawiedliwości społecznej była mu bliska przez cały czas. Biorąc pod uwagę czasy po przełomie 1989 roku, jego postawa i światopogląd jawią się jako nad wyraz spójne i konsekwentne. Był nieprzejednanym krytykiem modelu transformacji przeprowadzonej przez Leszka Balcerowicza i drogi rozwoju realizowanej przez kolejne formacje aż po dziś dzień. Owym konsekwentnym kontestowaniem „jedynej słusznej drogi”, skazującym go na marginalizację w ramach ekonomicznego mainstreamu, zaskarbił sobie uznanie i respekt wśród wielu środowisk antysystemowych.

Zaklasyfikowanie Profesora po prostu jako krytyka transformacji wydaje się jednak spłaszczeniem jego wizerunku. Krytyka przez niego przeprowadzana była nie tylko konsekwentna, ale i podbudowana rozległą wiedzą i argumentacją ekonomiczną oraz szerokim i pogłębionym spojrzeniem na historię (także zakulisową) transformacji i jej konsekwencji, co odtworzył m.in. na kartach swego ostatniego dzieła „www.polskatransformacja.pl”.

O dostrzeżenie i przyjęcie alternatywnych ścieżek rozwoju apelował do końca. Rozeznanie w nich uzyskał podczas licznych podróży jako wykładowca po różnych krajach świata. Prawdopodobnie to one, jak i lektura zagranicznej literatury ekonomicznej, już dawno uświadomiły mu, że model neoliberalny nie jest ani jedynym, ani najskuteczniejszym. Swoją wiedzę na temat wielości systemów ekonomicznych przedstawił w książce „Systemy gospodarcze, efekty i defekty reform i zmian ustrojowych” (2005), która stanowi swoiste kompendium wiedzy, czekające na kontynuację i aktualizację. Jego aktywność w tym obszarze nie doczekała się niestety zasłużonego rozgłosu, a sam Profesor nieraz ubolewał, że w polskich naukach ekonomicznych kuleje nieco komparatystyka, że za mało badamy rozwiązania, które funkcjonują w innych krajach i nie wykorzystujemy ich jako inspiracji.

Podróżował – na ile pozwalał mu pogarszający się stan zdrowia – do końca. Gdy widzieliśmy się zimą, wspominał, że ma jeszcze zaplanowany odczyt w którymś z krajów Ameryki Łacińskiej na temat Michała Kaleckiego (w dobie kryzysu, w wielu częściach globu, choć niestety nie u nas, odżyło zainteresowanie tradycjami myśli ekonomicznej dalekimi od neoliberalnej ortodoksji). Dziedzictwo Kaleckiego znał jak mało kto. Znał równie dobrze dorobek Ludwika Krzywickiego, a także paru innych twórców polskiej myśli ekonomicznej, dziś zapomnianych przez główny nurt, np. swojego przyjaciela – Włodzimierza Brusa, którego pisma do końca troskliwie przechowywał w swym pełnym książek mieszkaniu przy Alei Niepodległości.

Źle by jednak się stało, gdyby z tych wspomnień wyłonił się obraz Profesora wyłącznie jako kustosza wartościowych, ale zakurzonych tradycji ekonomicznych czasów minionych. Do końca bowiem interesował się ideami krążącymi we współczesnej światowej debacie ekonomicznej oraz aktualnymi procesami społeczno-gospodarczymi. To, co trapiło go szczególnie, to krzepnięcie na naszych oczach cywilizacji pogłębiających się nierówności i niesprawiedliwości społecznej. Choć jako socjaldemokrata był siłą rzeczy bardziej kojarzony z poglądami na temat krajowych systemów gospodarczych, nie stronił od wyrażania pogłębionych opinii na temat globalnego kontekstu, który przedstawiał jako „kapitalizm kasyna”, a także tendencji zachodzących nie tylko na naszym podwórku, lecz wspólnych dla innych państw i instytucji wspólnotowych UE w czasie kryzysu (jego irytację wywołała powszechna na kontynencie obsesja na punkcie cięć budżetowych).

Tym, co mnie wydawało się szczególnie atrakcyjne w jego podejściu do rzeczywistości ekonomicznej, była zdolność dostrzegania w wielkich procesach i wydarzeniach tego, co społeczne czy po prostu ludzkie. Dostrzegał człowieka zarówno jako twórcę życia ekonomicznego (które nie było w jego rozumieniu skutkiem jedynie ślepej dziejowej konieczności), jak i przede wszystkim człowieka muszącego ponosić na własnej skórze skutki poszczególnych decyzji i ideologii w ramach polityki ekonomicznej. Jeśli sięgniemy po jego „Transformację”, już w pierwszych rozdziałach daje się zauważyć łączenie analizy strukturalnej z drobiazgowym pochyleniem się nad klimatem intelektualnym oraz poglądami reprezentowanymi nie tylko przez całe formacje, ale i przez poszczególne osoby. Co więcej, autor tłumaczy przełomowy moment w polskiej historii społecznej nie tylko poglądami wiodących aktorów, ale zwraca uwagę także na cechy charakterologiczne poszczególnych postaci, które wpłynęły na przebieg wydarzeń (choć warto podkreślić, że stronił od dość wygodnego, a niestety częstego u nas tłumaczenia zła transformacji głównie czynnikami personalnymi).

Jego wiedza w tym zakresie była szeroka, pogłębiona, pochodząca niejednokrotnie z pierwszej ręki. Z uwagą słuchałem jego prywatnych opowieści o tym, jak zmienne były koleje losu i układy między poszczególnymi postaciami. Szczególnie w pamięci osadziła mi się historia tego, jak na początku lat 90. przebywał jakiś czas w Szwecji. Od razu zaczął szukać kontaktów z tamtejszymi socjaldemokratami, wobec których już wówczas czuł ideową sympatię. Tamci jednak nie znając go dobrze, zwrócili się do jego ówczesnego przyjaciela Bronisława Geremka, by ów poświadczył jego lewicowość! Wspominał też, że parę lat później, gdy spotkali się z liderem UW w samolocie, nigdy nie stoczył równie długiej rozmowy o pogodzie i stewardessach. Ich drogi tak bardzo się rozeszły, że trzeba było szukać tematów zastępczych, by przypadkiem nie wejść na obszar polityki. A zapewne nie było to jedyne jego rozejście się ideowe z przyjaciółmi z dawnych czasów.

Profesor mówił o tym wszystkim zazwyczaj z dystansem, nieraz zabarwionym humorem w starym stylu. Gdy jednak przychodziło do odczytu na temat nierówności, sprawiedliwości czy ubóstwa – unosił się, wygłaszając drżącym, niekiedy urywanym głosem płomienne wystąpienia. Tak było również podczas ostatniego wystąpienia, na którym go widziałem – w Fundacji Eberta.

W prywatnych kontaktach był człowiekiem serdecznym, o dużej klasie, ale i wdzięku, zdolnym do zdystansowanej ironii względem czasów dawnych i obecnych, a także względem samego siebie. Nie lubił za to dystansu społecznego ani w stosunkach między ludźmi. Pamiętam, że już w początkach naszej znajomości Profesor nalegał, czy też według jego słów wręcz „wymuszał na mnie” przejście na „ty”. Dla mnie, osoby, która dopiero co kończyła studia, a starszego o równo 60 lat naukowca znała dotąd głównie z lektury jego książek, było to początkowo przedmiotem nie lada konfuzji, wobec czego w ramach e-mailowej korespondencji zręcznie się wymigiwałem. Do czasu. Pewnego razu, gdy spotkaliśmy się w autokarze jadąc na jedną z konferencji, nie miałem już wyjścia – trzeba było przystać na zaproponowaną przezeń „antyhierarchiczną” konwencję.

Potrzeba usuwania hierarchii ujawniała się także w jego stosunku do czytelnika. Jego książki były pisane komunikatywnym, żywym językiem, nie wymagające od odbiorcy rozległego przygotowania ekonomicznego, a jedynie woli krytycznego namysłu nad rzeczywistością i wyjścia poza myślowe schematy. Ów popularyzatorski styl pisania stanowi o dużej użyteczności jego pism, które mogą być czytane i omawiane w szerokich kręgach.

Profesor nie zamykał się też w opłotkach swojej dyscypliny naukowej; dążył do jak najsilniejszego zakorzenienia społecznego nauk ekonomicznych. Gdy zaś szło o politykę społeczną, np. tę realizowaną w Skandynawii, apelował, by tamtejszego modelu welfare state nie wyłączać z gospodarczego kontekstu. Twierdził bowiem, że istnieje silne powiązanie między polityką ekonomiczną a społeczną, a ta ostatnia może być ważnym czynnikiem rozwoju gospodarczego, co pokazały właśnie doświadczenia skandynawskie. To między innymi nasz wspólny entuzjazm wobec nordyckiego modelu społecznego był jedną z głównych osi, na których znajdowaliśmy tak dobre porozumienie. On był w tej kwestii optymistą – zdawał się wierzyć, że drugą Szwecję może budować i nad Wisłą. Ja zawsze byłem nieco bardziej sceptyczny, choć uważam, że spróbować nie zaszkodzi, a książki i artykuły Tadeusza Kowalika mogą dostarczyć ku temu argumentów i zachęty.

To, co wydaje się szczególnie cenne w jego dorobku, to nie tylko taki a nie inny sposób oceny wybranych wydarzeń i zjawisk, ale sama perspektywa patrzenia na rzeczywistość społeczno-ekonomiczną. Prof. Kowalik wielokrotnie powtarzał, że wierzy w ogromną rolę idei w kształtowaniu procesów ekonomicznych, to one w dużej mierze – a nie wyłącznie obiektywna gra interesów społeczno-ekonomicznych – miały determinować to, co działo się w światowej i krajowej gospodarce. Z założenia tego wynika, że to, jakie będziemy mieli idee i poglądy na temat ładu społecznego, wpłynie znacząco na warunki, w jakich będziemy żyli. Społeczeństwa stają przed ciągłym wyborem drogi gospodarczo-społecznej. Oby był to wybór, jakiego zapewne życzyłby sobie i nam Profesor.

Rafał Bakalarczyk

Na bezrybiu po transformacji

Polak mądry po szkodzie? Nie każdy. Gdy słucha się niektórych osób, mających decydujący wpływ na oblicze transformacji ustrojowej, uderza ich niemożność zejścia z torów myślenia, na które skierowali ongiś polski model rozwoju. Co więcej: to, czego bronią, jest często dalekimi od realiów wyobrażeniami na temat ówczesnej rzeczywistości – zarówno naszej, jak i tej na Zachodzie, który ponoć miał stanowić dla nas inspirację.

Michnik w „Kontakcie” z ekonomicznymi realiami

Do takich wniosków przywiódł mnie wywiad z Adamem Michnikiem, opublikowany w czasopiśmie „Kontakt”. Ostatni numer tego periodyku, zatytułowany „Po lewicy Ojca”, poświęcono perspektywom dialogu między środowiskami katolickimi i lewicowymi. Nie dziwi zatem, że dużą część rozmowy z redaktorem naczelnym „Gazety Wyborczej” zajmują rozważania na temat jego niegdyś znaczącej książki „Kościół, lewica, dialog” i jej aktualności. W wywiadzie pojawiły się jednak także inne wątki, jak model społeczny czy powinności państwa wobec najsłabszych – i to na nich chciałbym się skupić.

Warto to uczynić tym bardziej, że dla postawy Michnika i jego środowiska po 1989 r. symptomatyczne było konsekwentne unikanie czy wręcz zamykanie dyskusji na temat społeczno-ekonomicznego aspektu transformacji. Prawdopodobnie w obawie przed podważeniem sensu „jedynej słusznej” drogi w oczach społeczeństwa, które mogłoby w konsekwencji zatrzymać proces zmian lub przestawić go na inne tory. Obawy te były o tyle uzasadnione, że sporo realnych powodów do kontestacji status quo miała niejedna grupa społeczna, poturbowana nie tylko przez transformację, która przybrała kształt terapii szokowej, ale także przez cały ciąg przemian kontynuowanych aż do dziś. Czy jednak jest to powód, by przemilczeć negatywne zjawiska społeczne, a tym bardziej odsądzać od czci i wiary tych, którzy odważą się głośno o nich mówić? Nie licuje to z etosem zaangażowanej inteligencji, na duchową więź z którą Michnik z lubością się powołuje.

Ale zostawmy samego Michnika, a przyjrzyjmy się jego tezom na temat polityki społecznej – tej realizowanej, tej pożądanej i tej możliwej do realizacji. Nie są to tezy wyłącznie jego ani nawet szerszego „salonu”, jak zwykli określać otoczenie redaktora GW jego prawicowi adwersarze. To poglądy zbyt powszechnie przyjmowane, by można było je zbyć lub sprowadzić do kwestii środowiskowo-personalnych.

Wędka, ryba i… nauka łowienia!

Jednym z haseł, przy pomocy którego uderza się od dawna w Polsce w instytucje socjalne, jest „wędka zamiast ryby”. Państwo rzekomo daje pasywnym homo sovieticusom liczne świadczenia, utrwalając ich zależność od „socjalu”, podczas gdy należałoby tworzyć bodźce ku temu, by zaczęli aktywnie i skutecznie dbać o siebie i otoczenie. Do takiej filozofii odwołuje się właśnie Michnik i sugeruje, że było to swoiste credo doby transformacji. We wspomnianym wywiadzie przywołuje historię, w której jego druh Jacek Kuroń (wówczas minister) pojechał na spotkanie z księżmi zajmującymi się światem pracy i wrócił rozczarowany. „Próbował tym duszpasterzom zaproponować język wspólnej troski. Jedyne zaś, co oni mieli mu do powiedzenia, to »Rząd ma dać!«. A jeśli nie da, to jest zdrajca, złodziej i łajdak. Otóż filozofia transformacji polegała na tym, żeby dać ludziom nie rybę, lecz wędkę”.

Ten cytat wymaga szeregu sprostowań, tak na gruncie filozoficznym, jak i na gruncie faktów historycznych. Po pierwsze, metaforę ryby i wędki można różnie rozumieć. Czym jest owa wędka? Czy jest to po prostu praca? Jeśli tak, to w Polsce po 1989 r. realizowano coś zgoła odwrotnego niż filozofię wędki – pracy było coraz mniej, wskaźniki bezrobocia dochodziły nawet do 20%! Jeśli dawanie ludziom wędki miało być po prostu wypychaniem ich z systemu świadczeń socjalnych na rynek pracy, aby radzili sobie sami, to takie tendencje można zaobserwować we współczesnej Polsce – świadczenia są coraz bardziej selektywne, a tym samym krąg ich odbiorców się zawęża. Tyle tylko, że samo odbieranie ryby trudno utożsamić z faktycznym dawaniem wędki.

Poza tym, na bezrybiu – gdzie w lokalnych społecznościach brakuje miejsc pracy, a inwestycje nie nadciągają – nie wszyscy mają szanse złowić na tyle dużo, by móc wyżywić siebie i rodzinę.

Jeśli sięgniemy do źródeł tej metafory, a więc do przywołanego bodajże przez Benjamina Franklina indiańskiego przysłowia, to brzmiało ono tak: „Nie dawaj głodnemu ryby, podaruj mu wędkę i naucz go łowić”. To, co współcześnie w retoryce neoliberalnej bywa pomijane, to właśnie owa „nauka łowienia” – konsekwentne, systemowe działania reintegracyjne (w wymiarze zawodowym i społecznym) wobec osób wykluczonych, a nie powiedzenie „radź sobie sam”. Trzeba jednak stwierdzić jasno, że nawet gdy staw będzie obfitował w ryby, nie każdy okaże się skutecznym wędkarzem. Grupa najskuteczniejszych może zgarnąć niemal całą pulę i dla reszty nie starczy wcale lub zostanie bardzo mało. Dlatego tak ważna jest polityka społeczna – aby poprzez system redystrybucji umożliwić dzielenie się rybami na czytelnych zasadach z tymi, którzy radzą sobie gorzej.

Zupa zamiast wędki

Przechodząc od filozofii społecznej do historii politycznej warto zauważyć, że – wbrew temu, co twierdzi Michnik – filozofia transformacji (jeśli sądzić o niej na podstawie podjętych wówczas działań) wcale nie bazowała na dawaniu wędki zamiast ryby. W większości opracowań opisujących politykę społeczną tamtych czasów wskazuje się raczej na jej nie aktywizacyjno-integracyjny, a osłonowy charakter.

Chodziło o to, by amortyzować społeczne koszty dla grup, które straciły na restrukturyzacji społeczno-gospodarczej. Zwłaszcza grup potencjalnie mogących wzniecić opór. Ludziom nie dano wędki (możliwości zatrudnienia) ani nie uczono ich łowienia ryb – nie finansowano przekwalifikowywania i adaptacji do nowych realiów, co podniosłoby zatrudnialność (employability) tych osób. Dawano im (i to nie wszystkim) niezbyt dużą i mało smakowitą rybę w postaci różnych świadczeń rentowych, przedemerytalnych etc. Od dawna postrzega się to za główną słabość polityki społecznej tamtego okresu, a tym bardziej jako model nie mający uzasadnienia w sytuacji obecnej, gdy zasadniczy przełom jest już za nami, a trzeba sprostać nowym wyzwaniom – związanym z podnoszeniem konkurencyjności i szukaniem odpowiedzi na wyzwania demograficzne.

Jacek Kuroń w swej książce „Moja zupa”, poświęconej opisowi głównych problemów, z którymi mierzył się jako minister pracy i polityki socjalnej, stwierdza, że podstawową trudnością było pozyskanie od ministra finansów środków wystarczających na to, by grupy pokrzywdzone miały co włożyć do garnka. Podczas gdy Kuroń zapewne faktycznie chciał osłonić najsłabszych przed skutkami reform (choć w przypadku wielu grup niespecjalnie mu się to udało), jego polityczni koledzy kierowali się odwrotną logiką. Nie tyle chciano osłonić ludzi przed reformami, ile reformy przed frustracją ludzi – to tym podyktowane były pewne działania osłonowe. Tym samym mający dobre chęci i poczucie odpowiedzialności za rzeczywistość Jacek Kuroń stał się „pożytecznym idiotą”, wchodząc w buty tych, którzy – w przeciwieństwie do niego – wykluczonych mieli w gruncie rzeczy gdzieś.

Działania osłonowe nie sprowadzały się wprawdzie wyłącznie do słynnej zupy ani do telewizyjnych pogadanek Kuronia tłumaczących poczynania rządu. Miały charakter systemowy, dotyczyły nieraz szerokich grup. Niemniej było to jedynie chwilowe łatanie dziur w systemie bezpieczeństwa socjalnego, na dodatek tylko największych, które najostrzej ukazywały braki prowadzonej polityki. Miała ona charakter selektywny i dezaktywizujący, przyczyniając się do wytworzenia niekorzystnego klimatu dla aktywności zawodowej, obywatelskiej i społecznej.

W zasadzie o polityce zawierającej elementy filozofii „wędka zamiast ryby” wedle nowoczesnych, europejskich wzorców tzw. aktywnej polityki społecznej można dopiero mówić w kontekście reform w pierwszych latach XXI wieku. Powstały wówczas m.in. ustawa o spółdzielniach socjalnych czy ustawa o zatrudnieniu socjalnym. Nastąpiło to późno i być może właśnie owo zapóźnienie stanowi jeden z powodów, dla których filozofia ta nie przynosi spodziewanych efektów, mimo zasadniczo słusznych instrumentów. Pewne wzorce dezaktywizacyjne już się w społeczeństwie zakorzeniły i nie jest to wyłącznie spuścizna PRL-owskiego „Czy się stoi, czy się leży…”, ale również właśnie polityki zapoczątkowanej przez transformację.

Państwo wspólnego (!) dobrobytu

Innym problemem, który przewija się przez wywiad z Michnikiem, jest jego stosunek wobec państwa opiekuńczego i modelu socjaldemokratycznego. Tu Michnik wypowiada słowa, które mogą w pierwszej chwili pozytywnie zaskakiwać, ale kończy jednak rozczarowująco. Stwierdza m.in.: „W sensie filozoficznym uważam się za zwolennika państwa opiekuńczego. Tyle tylko, że nie zawsze i nie w każdych warunkach jest ono projektem realnym”, a także: „Jeśli pyta mnie pan o to, jak dzielić społeczne urządzenia – to jestem zdecydowanie za rozwiązaniami socjaldemokratycznymi. Oczywiście, pod warunkiem, że moje państwo stać na ich wdrożenie. Z budżetem państwa jest jak z budżetem rodziny. Chciałbym kupić mojemu synowi samochód, ale na to potrzebne są środki… Nie wystarczy powtarzać, że każdemu dziecku należy się samochód”.

Dochodzimy tu do kwestii rozumienia istoty państwa opiekuńczego i możliwości jego wdrażania. Według mnie Michnik myli się w jednym i drugim. Po pierwsze, pojmuje to zjawisko na sposób indywidualistyczny – w tym ujęciu państwo opiekuńcze, zwane też państwem dobrobytu (welfare state), to państwo, które zapewnia wysoki standard życia wszystkim obywatelom. Jeśli tak postawimy sprawę, faktycznie może się wydawać, że na obecnym poziomie rozwoju Polski nie stać nas na welfare state. Szkopuł w tym, że takie ujęcie państwa opiekuńczego nie sięga do korzeni rzeczy.

Państwo dobrobytu, zwłaszcza w wariancie socjaldemokratycznym, charakteryzowało się bowiem nie tyle wysokim poziomem indywidualnego zaspokajania potrzeb, co inwestowaniem we wspólnotowe formy konsumowania pewnych dóbr i usług, które dla osób mniej zamożnych byłyby nieosiągalne na rynku lub wiązałyby się z obciążeniem nie pozwalającym zaspokoić innych potrzeb. Wśród tych dóbr znajdowała się przede wszystkim opieka nad osobami zależnymi, edukacja w różnych fazach życia, służba zdrowia czy inne instytucje wsparcia. Oczywiście to, co wspólnotowe, przekładało się na indywidualny dobrostan, i to zarówno w wymiarze materialnym, jak i pozamaterialnym. Ponadto w dłuższej perspektywie okazywało się inwestycją w kapitał społeczny i ludzki, co przynosiło pośrednie korzyści dla rozwoju społeczno-gospodarczego, w wyniku którego również indywidualne spożycie mogło być na wyższym poziomie. Rozsądna, elastycznie modyfikowana, ale cały czas hojna polityka społeczna nie była traktowana jako wydatek, lecz jako inwestycja.

Dzielić się zasobami, nie dzielić społeczeństwa

Myślę, że do takiej koncepcji państwa dobrobytu można byłoby przekonać dzisiaj niejedną osobę, ale zaraz pojawi się wątpliwość: zgadzamy się, że polityka społeczna może być inwestycją, ale skąd weźmiemy na starcie pieniądze, by zainwestować? Przecież nas nie stać. Czyżby? Kraje skandynawskie, gdzie instytucje dobrobytu są najgłębiej zakorzenione, mają nie tylko wysoki poziom bogactwa, ale też dużą jego część decydują się przekazać do publicznej kasy w formie podatków. W Polsce wpływy podatkowe są znacznie niższe w relacji do PKB. Gdyby je zwiększyć – podnosząc stawki, ale też koniecznie poprawiając ściągalność od tych, którzy najczęściej nie płacą ich wcale, a powinni, np. części najbogatszych przedsiębiorców – to znalazłyby się większe środki na finansowanie instytucji dobrobytu. Poza tym w samym systemie finansów publicznych wiele środków jest marnotrawionych – wcale nie idą na cele społeczne. Kluczowe jest więc nie tylko to, na jakim poziomie rozwoju gospodarczego jesteśmy jako społeczeństwo, ale też jak dzielimy to bogactwo – najpierw między tym, co prywatne a tym, co publiczne, a następnie w ramach tego, co zgromadzone zostało w budżecie.

Aby zacząć budowę państwa dobrobytu, trzeba jednak zrozumieć jego istotę. Nie chodzi o to, by każdy nastolatek jeździł luksusowym porsche, ale aby wszyscy mieli możliwość taniego dojazdu do szkoły i w inne miejsca. Nie chodzi o to, by każdy emeryt wygrzewał się na wczasach na Hawajach, ale aby wszystkich emerytów stać było na podstawowe leki, wyjazd do sanatorium czy uczestnictwo w życiu wspólnoty lokalnej. Nie chodzi o to, by każde dziecko podróżowało po całym świecie, rezydując w drogich hotelach, ale by każdemu dziecku zapewnić realną możliwość choćby krótkiego, subsydiowanego publicznie wyjazdu wakacyjnego poza miejsce zamieszkania. Podobne przykłady można mnożyć. Mówiąc w skrócie, nie chodzi o to, żeby wszyscy byli bogaci, ale o to, by nikt nie był biedny i wykluczony, a mniej zamożni mogli się cieszyć takim samym dostępem do podstawowych praw, co osoby bogatsze; nie chodzi więc też o to, by wszyscy mieli dokładnie po równo. Wspólne korzystanie z instytucji publicznych buduje przy tym spójne społeczeństwo, mniej podatne na destrukcyjne konflikty i alienację jednostek. Ważna jest nie tyle równość między poszczególnymi osobami, co spójność społeczeństwa, które nie dzieli się na zatomizowane jednostki.

Pesymizm Michnika nie jest więc uzasadniony, choć na pewno trzeba wykonać pokaźną pracę, aby urzeczywistnić powyższy wzorzec. Wydaje się, że błędem ojców transformacji była nie tyle nieudolność w realizacji państwa dobrobytu, ale przyjęcie, że jest to cel nierealny, do którego nie warto próbować zmierzać. Dziś możemy i powinniśmy uczyć się na błędach tamtego pokolenia reformatorów. Warto na starcie zakwestionować przeciwstawianie ryby wędce i szukać sposobów na uzyskanie synergii między działaniami osłonowo-kompensacyjnymi a integracyjno-aktywizacyjnymi. Należy również promować wśród obywateli (zwłaszcza majętnych) ideę większego dzielenia się swoimi zasobami z budżetem, z którego będą mogli per saldo skorzystać wszyscy. Wreszcie, trzeba porzucić mrzonki o indywidualnym bogactwie na rzecz wspólnego dobrobytu. Wszystko to składa się na całkiem realny projekt, także na obecnym etapie ekonomicznego rozwoju Polski. Czas zacząć wcielać go w życie!

Rafał Bakalarczyk

Korczak i moje typy

Gdy wgłębić się w życie Janusza Korczaka, a także wielu postaci Polski międzywojennej, uderza obraz mało dziś znany: postępowej, zaangażowanej inteligencji, tworzącej wówczas faktyczne zręby tego, co obecnie nazywamy społeczeństwem obywatelskim. I przy całej niedoskonałości tamtego, bezpowrotnie utraconego świata, daje do myślenia rozziew między dawną a dzisiejszą epoką.

Myślę, że każdy, kto zetknął się z biografiami bardzo różnych postaci życia publicznego początków XX wieku i międzywojennej Polski, wie, w czym rzecz. Będziemy tu mieli ludzi lewicy i katolików, pisarzy, publicystów, działaczy społecznych, spółdzielców, lekarzy, wydawców, prawników – trudno czasem rozdzielić te role i tożsamości, przyglądając się choćby życiu Janusza Korczaka, Stefana Żeromskiego, Romualda Mielczarskiego, Kazimierza Pużaka, Gustawa Daniłowskiego, Jakuba Mortkowicza, księdza Wacława Blizińskiego, Marii Dąbrowskiej. A te nazwiska można mnożyć.

Z reguły – co także znamienne – nie był to banalny podział na „ludzi pióra” i „ludzi czynu”, w życiu dawała o sobie znać koherencja, zdolność do współpracy, współodpowiedzialności, troski społecznej. Nie obywało się bez gniewu, klęsk, rozczarowań, kłótni, niesnasek, łajdactw i niepowodzeń – strasznie czasem bolała Polska, im piękniejsza jawiła się we snach. Ale nie było też tak, że ta Polska stanowiła coś zbędnego, niechcianego, przypadkowego. Polska i polskość były treścią, sensem i zadaniem. I sprawy, które jej dotyczyły, nie były fanaberią elity zamkniętej w kryształowej wieży, ludzi, którzy muszą ciężko wzdychać, że pechowo urodzili się pod taką a nie inną szerokością geograficzną, w otoczeniu takiej a nie innej, ciemnej mierzwy i tłuszczy, z którą same problemy i niewiele pożytku, którzy chcą się stąd wyrwać, odseparować, wyjść na swoje, machnąć ręką, splunąć.

Co się stało po drodze, od początku wieku XX do roku 2012 – dobrze wiemy. Nie mamy Żeromskiego, który zarówno troskał się o losy dzieci polskiej biedoty, jak i o losy Żydów w służbie polskiego wojska, internowanych po Bitwie Warszawskiej. Mamy parunastu luminarzy, co to zawsze podpiszą list otwarty, którego podstawowa, choć nie wyartykułowana wprost treść brzmi: „Chwała nam i naszym kolegom. Ch… precz”. Mamy parunastu luminarzy obnoszących się z wrażliwością społeczną, bo byli na „Ty” z Jackiem Kuroniem – człowiekiem, który na początku III RP dość pechowo przyjął na siebie zadania, które go przerosły i dał symboliczne i praktyczne przyzwolenie na „terapię szokową” Balcerowicza. Mamy parunastu luminarzy, dla których kwestia praw obywatelskich sprowadza się do paradowania na Manifach, ale byli i są ślepi i głusi na prawa pracownicze, na godność ludzi spychanych na margines coraz bardziej byle jakiej socjalnie Polski. Mamy paręnaście zaciętych feministek, które chętnie wyszydzą katolickich konliberałów, troszczących się jedynie o brzuchy kobiet, ale nie przypominam sobie, żeby te miłe panie wiele zdziałały w sprawie warunków w polskich domach dziecka, zmian w prawie i finansowaniu rodzin zastępczych czy rodzinnych domów dziecka albo w kwestii dostępu „zwykłych kobiet” do dobrej służby zdrowia na prowincji.

Niemal cała dzisiejsza postępowa inteligencja to jakaś parodia, kpina z chlubnych tradycji przeszłości, osobniki lokajskie, żyjące w stanie mentalnego skolonizowania, syte splendorem, jaki im ofiarowano za to, że grzecznie przyjmują istniejący stan rzeczy. Mamy parunastu dżentelmenów, którzy chętnie będą walczyć z krzyżem, ale niespecjalnie wiem, co właściwie mają do zaoferowania w zamian. Etykę indywidualistów i/albo „dorobkiewiczów idei”? Lojalność kół wzajemnej adoracji? Przesyłkę z Holandii dla psa? Wywiad z Dodą? Cynizm, którego nauczyli się od postkomunistów i obrosłych tłuszczem „postsolidaruchów”? Zachwyty nad osobnikami pokroju Palikota i Urbana? Pikietę w obronie Jaruzelskiego na ulicy Ikara? Zwymiotowałby się Krzywicki, Żeromski, Korczak et consortes, gdyby musieli to towarzystwo uznać za swoich dziedziców.

Piszę te słowa, bo jest rok korczakowski, a nie chciałbym, żeby przeszedł on bez jakichkolwiek refleksji innych niż laurkowo-cukierkowe. Bez doświadczenia i poświadczenia bolesnej pustki po ludziach umarłych, wymordowanych albo – co gorsza – wykolejonych dwoma totalitaryzmami, którym w PRL przyszło się na ogół pogodzić z duszną atmosferą okołosowieckiego reżimu, zabijającego w Polakach instynkt społecznikowski, etos zaangażowanej inteligencji, odpowiedzialności społecznej. Piszę te słowa, choć sam nie jestem społecznikiem i mam tego dojmującą świadomość, graniczącą z wyrzutem sumienia. Ale w wieku trzydziestu pięciu lat można jeszcze patrzeć w przyszłość z nadzieją.

Oczywiście, nie jest tak, że mamy dziś w Polsce tylko postępowych inteligentów, którzy nadają się jedynie na to, by zapisać ich na liście „moje typy”. Że poza oczyma mediów, poza dusznym (pół)światkiem dzisiejszej „postępowej kołtunerii”, z zadowoleniem mlaskającej nad samą sobą, jest mnóstwo ludzi wykazujących faktyczną troskę o dobro społeczne, rozumiejących polskość i postępowość jako zbieżne ze sobą, nieantagonistyczne wartości, służące dobru społecznemu, nie beneficjentom przemian. Wiem, że są ludzie, którzy swoje poglądy, nastawienie etyczne, postawy życiowe łączą z troską o rzeczy banalne, „prowincjonalne”, o najlepsze idee socjaldemokracji, pracy i sprawiedliwości społecznej, o polską kulturę i tożsamość. Wiem, że są tacy ludzie także pośród środowisk lewicy antagonistycznych wobec „Nowego Obywatela”. Cześć im, wdzięczność i szacunek za ich często anonimowe, mało nagłośniane prace i myśli. Ale dla tych, co są ich zaprzeczeniem – tylko obrzydzenie i drwina z ich cwaniactwa i samozadowolenia, z ich popularności i lokajstwa, zgięta w łokciu ręka dla ich nic nie kosztującej „walki z ciemnogrodem”, bo często do tego ogranicza się ich wybrakowany humanizm.

Zaimponowali mi ostatnio poznańscy naukowcy i artyści, którzy w proteście przeciwko budowie osiedla kontenerów socjalnych napisali w liście do prezydenta stolicy Wielkopolski, Ryszarda Grobelnego: „Nie chcemy i nie możemy się biernie przyglądać sytuacji, w której Poznań buduje getto biedy, do którego zsyłani mają być najsłabsi mieszkańcy miasta. Bowiem w tym kontekście funkcjonowanie miejskich instytucji kultury, teatrów oraz galerii, staje się farsą, legitymizując i – co gorsze – maskując nieludzką politykę mieszkaniową władz miasta. Nasze przyzwolenie na taki sposób traktowania części mieszkańców Poznania doprowadziłoby do sytuacji, w której kultura przestaje być płaszczyzną krytycznych dyskusji oraz sporu o wartości – stając się jedynie rozrywką dla elit”.

Odnalazłem w tym liście całą dumę, troskę i wielkość naszej dawnej inteligencji. Tak, to był dobry list na rok korczakowski. I widzę jak z zaświatów podpisują się pod nim Korczak, Żeromski, ks. Bliziński i wielu, wielu innych. A kogo nie ma pod tym listem, bo akurat podpisał inny, w obronie swoich kolegów, ten, mówiąc językiem Starego Doktora, zapisał się do grona „cwaniaków, błaznów, ohydnych krętaczy, pokojowej psiarni i kreatur najgorszej sorty”. Własnych inwektyw już nie wymyślam, bo upał. Ale milszy mi polski upał od Was, moje typy.

Społeczna gospodarka rynkowa w saloonie

Wszyscy znamy te obrazki z westernów: sprawiedliwy szeryf z impetem kopie w drzwi saloonu. W miasteczku panuje cisza, wiatr roznosi pył po opustoszałej ulicy, zaś starcy, kobiety i dzieci nieśmiało wychylają głowy zza okiennic domów – na ich twarzach rysują się niepokój, ale i nutka nadziei. Po chwili rozlega się seria strzałów. Jeszcze moment, a będzie jasne, że sprawiedliwości stało się zadość: złowrodzy bandyci już nigdy nie zakłócą spokojnego rytmu życia tej miejscowości i jej pobożnych, pracowitych mieszkańców.

Pewien znany działacz peerelowskiej opozycji solidarnościowej, zapytany o źródła swej bezkompromisowej postawy w ciężkich latach stanu wojennego, odpowiedział w ten sposób: „Nie mogłem inaczej. Wychowałem się na westernach…”. Jakże znamienna odpowiedź, wiele mówiąca o wpływie otoczenia kulturowego na losy zbiorowości. Popatrzmy na przesłanie niemieckiego filmu „Życie na podsłuchu” z 2007 r. W filmie tym smutny oficer Stasi, pod wpływem inwigilowanych przez niego ludzi, słuchając ich utworów muzyki klasycznej i czytając ich książki, przechodzi przemianę i postanawia, wbrew systemowi, czynić dobro. Pod koniec filmu jest samotnym, materialnie zdegradowanym roznosicielem ulotek. A jednak żaden z widzów nie odczuwa względem niego litości, lecz podziw, jeżeli nie zazdrość. On sam, a z nimi i widzowie, odkryli już prawdę: dobro jest piękne. Tak jak wszystkie tyrady Trazymacha nie przekonały Sokratesa, że gorzej jest być sprawiedliwym i cierpieć, niż niesprawiedliwym i pławić się w doczesnej chwale, tak wychodzący z kin wiedzą już, co jest warte ich wysiłków, a co ułudą.

Warto mieć te konkluzje na uwadze, obserwując otoczenie kulturowo-społeczne i miałki przekaz, z którym do nas dociera. Ten tekst nie traktuje jednak o wpływie wychowania dzisiejszej młodzieży przez MTV na przyszłość naszego kraju. Mówi on o tym, co naprawdę powinien zrobić szeryf.

Lata błędów i wypaczeń realnego liberalizmu mają dwojaki skutek. Z jednej strony rośnie zrozumienie potrzeby wprowadzenia w życie – zapisanej w konstytucji – idei społecznej gospodarki rynkowej, która wbrew niektórym opiniom ma niewiele wspólnego z redystrybucją dochodów. Jej założenia oparte są o dobro wspólne i uznanie roli ludzkiego potencjału w tworzeniu dobrobytu, a była realizowana również przez takich „prawicowych” przywódców powojennego złotego ćwierćwiecza Europy jak Ludwig Erhard, Charles de Gaulle czy Harold Macmillan. Z drugiej jednak strony słyszymy, iż lepsza przyszłość zbiorowości winna być budowana na „rozliczaniu zdrajców”. Ostatnie 20 lat rzeczywiście obfitowało w wiele patologii, z których sporo w niemal zinstytucjonalizowanej formie funkcjonuje do dziś, dlatego tej propozycji i jej potencjalnym skutkom należy poświęcić więcej uwagi. Zanim to jednak zrobimy, po raz ostatni przywołajmy postać szeryfa.

Gdy zaczynał robić porządek, rzeczy miały się rzeczywiście jak najgorzej. Wielkie instytucje finansowe swoją spekulacją wywołały gigantyczny kryzys gospodarczy, postępowała pauperyzacja bezsilnego społeczeństwa. I wtedy, w roku 1933, na scenę (jak kto woli, do saloonu) wkroczył, a raczej wjechał na wózku inwalidzkim, szeryf Franklin Delano Roosevelt. Od początku nie pozostawiał wątpliwości w sprawie stosunku wobec oligarchów finansowych z Wall Street: „Nienawidzą mnie – stwierdził – a mnie ta nienawiść cieszy”.

Joseph P. Kennedy, znany powszechnie jako „Joe”, ojciec przyszłego znakomitego prezydenta USA Johna F. Kennedy’ego, był wówczas znany nie tylko jako przemytnik alkoholu w czasie prohibicji, ale również jako specjalista od przekrętów giełdowych. Znał i korzystał z każdego brudnego triku i możliwości, jakie oferował mu „wolny rynek”. Przekładając to na dzisiejsze realia, Joe Kennedy był zaradnym beneficjentem czasów transformacji. Joe miał swoje za paznokciami: to tacy jak on doprowadzili do Wielkiego Kryzysu. Nasza wyobraźnia powinna podpowiedzieć to, czego oszczędzają nam reżyserzy westernów: takich jak Joe czeka smutny koniec.

A jednak nie. Dla Roosevelta cele dobra wspólnego nigdy nie ustąpiły potrzebie rewanżu. Joe Kennedy został z nadania prezydenta pierwszym szefem amerykańskiego nadzoru finansowego (Securities and Exchange Commission), który na dekady zatamował siłę amerykańskiej i międzynarodowej finansjery, kładąc podwaliny pod powojenny rozwój obszaru transatlantyckiego. Jako były de facto przestępca z Wall Street, nestor rodu Kennedych dysponował olbrzymią wiedzą na temat tego, jak kosztem społeczeństwa dokonywać olbrzymich przekrętów oraz… jak im zapobiegać. Już po śmierci Roosevelta, syn Josepha – John F. Kennedy – spędzał długie godziny u byłej prezydentowej Eleanor Roosevelt, która uczyła go prawdziwego ducha systemu amerykańskiego. Jak bardzo te nauki zaprocentowały u postrzeganego jako lekkoduch Johna F. Kennedy’ego, amerykański oligarchiczny establishment dostrzegł dopiero po objęciu przez niego urzędu prezydenta. Co za ironia! Z oficera Stasi – dobroczyńca. Ze spekulanta – państwowiec. Z playboya – mąż stanu.

Warto mieć te fakty na uwadze, gdy zbytnio koncentrujemy się na analizie okresu błędów i wypaczeń realnego liberalizmu, tracąc z horyzontu cel dobra wspólnego. Po pierwsze, punktowanie, często słuszne, błędów okresu prywatyzacji ustawia nasze widzenie w wadliwym paradygmacie statycznej gospodarki: myślimy o „stratach”, nie myślimy o nowych wyzwaniach i sposobach powiększania społecznego dobrobytu i rozwijaniu potencjału kraju i jego mieszkańców. Oczywiście niewywiązywanie się przez zagraniczne koncerny z umów prywatyzacyjnych powinno być kartą przetargową przy ustalaniu nowego modus operandi w polityce gospodarczej państwa, ale nic ponad to nie przyniesie długotrwałych korzyści całemu społeczeństwu. Po drugie, mamy do czynienia z tęsknotą za wychowawczym efektem rozliczania niektórych rodzimych drobno-oligarchów. W praktyce takie rozliczenia są (byłyby) bardzo selektywne i mają niewiele wspólnego z zaprowadzaniem praworządności.

Te właśnie przemyślenia nie bez kozery zabierają miejsce ekonomicznemu teoretyzowaniu, o które pokuszę się dopiero pod koniec. Zauważmy prawidłowości obecnej sytuacji politycznej. Bez wątpienia pod wpływem neoliberalnej ideologii mamy do czynienia ze „zwijaniem państwa”, przejawiającym się w likwidacji szkół i „nierentownych” obiektów użyteczności publicznej. Nie można jednak zapomnieć, iż obóz rządzący ma też jednak, nie tylko w dziedzinie dość stabilnej polityki zagranicznej, swoje zasługi. Wicepremier Pawlak z lubością mówi o „banksterach” i z trybuny sejmowej nawołuje posłów do obejrzenia filmu „Inside Job”. Minister Rostowski z wielką wprawą przekonuje swoich londyńskich kolegów, że nie warto atakować papierów dłużnych Polski. Wielu krytyków rządu utrzymuje przy tym, iż rządowe manipulacje przy prezentowaniu zadłużenia publicznego są niedopuszczalne (ich zdaniem na rynku długów powinni manipulować tylko zagraniczni spekulanci), ale pomińmy to dobrotliwym milczeniem. Relatywne przeskoczenie przez wzrost PKB tempa zadłużania się kraju powinno być odnotowane z zadowoleniem.

Przy dużej dozie dobrej woli można wręcz założyć, że rząd zachowuje się jak surowa matka, broniąca dziecka przed ojcem-psychopatą (rynkami finansowymi). Za granicą rządzący chwalą się, zgodnie z europejskim trendem, ciężkimi wyrzeczeniami narzucanymi społeczeństwu (reforma emerytalna), nie wspominając jednak, iż zmiany te są rozciągnięte w czasie, a i tak zostaną obalone po następnych wyborach.

Zamiast jednak pochopnie udzielać rządzącym zbyt wielkiego kredytu dobrej woli, oceńmy rysującą się na horyzoncie alternatywę. Największa partia opozycyjna jest, przynajmniej w deklaracjach, niechętna zwijaniu państwa. Niestety, kompetentni ekonomiści w jej szeregach, tacy jak profesor Jerzy Żyżyński, nie mają zbyt wielkiego wpływu na jej program gospodarczy. Brak programu gospodarczego o ewidentnie nowatorskim i prowzrostowym charakterze może być bardzo zły w skutkach także pozagospodarczych.

Obudzona nadzieja na zmiany i mesjanistyczny image największej partii opozycyjnej oznaczać mogą, w przypadku braku zmiany paradygmatów gospodarczych, zaaplikowanie krajowi niepotrzebnej dozy niestabilności. Brak poprawy warunków życia pauperyzowanego społeczeństwa może zmusić rzeczone środowisko do działań nieracjonalnych. Jedynym możliwym sposobem utrzymania mobilizacji politycznej swoich zwolenników, którym nie przybędzie „masła na chlebie” ani „kartofli na talerzu”, będzie zastąpienie populizmu ekonomicznego – kulturowym. Ten zaś jest niezwykle destabilizujący, utrwala irracjonalne podziały i oddala szanse na prowzrostową i prospołeczną zmianę paradygmatu gospodarczego.

Plan rozwoju gospodarczego Polski już jest gotowy, w postaci programu reindustrializacyjnego, autorstwa Polskiego Lobby Przemysłowego z 2012 roku. Właśnie na zaadaptowaniu tego programu osadza się pytanie o polityczne rozwiązanie problemów społeczno-gospodarczych naszego kraju. Podjęcie wyzwań stawianych przez kluczowe zagadnienia społeczne, takie jak niekorzystne zmiany demograficzne czy problemy mieszkaniowe młodego pokolenia, może się dokonać nie dzięki życzeniowym deklaracjom, lecz ekspansywnej polityce gospodarczej państwa.

Tym samym kwestia zwiększania bogactwa jest w dłuższym horyzoncie zagadnieniem numer jeden. Kluczowa powinna stać się kwestia inwestycji w kapitał wytwórczy („kury znoszące złote jaja”), czyli taki, który tworzy kolejne dobra, najlepiej o jak najwyższej stopie zwrotu, pozwalającej na szybsze tworzenie bogactwa. Dość wyprane dziś ze znaczenia pojęcie „gospodarki opartej na wiedzy” może odegrać ważną rolę, o ile tylko powiąże się je z wytwórczością. Tym bowiem, co rozróżnia względem stopnia przydatności dla społeczeństwa różne metody ekstrakcyjne i przetwórcze uzyskiwania dobrobytu, od wypalania lasów, przez kopalnie węgla, po światłowody, jest nie tyle nakład pracy, lecz właśnie nakład wiedzy. Kluczowa rola wiedzy każe nam zrewidować prostackie rozumienie gospodarki w kategoriach monetarnych, gdzie instytucje edukacyjne i kulturalne, stymulujące rozwój kreatywnych zdolności człowieka, uważane są za „nierentowne”.

Potrzebne jest zrozumienie wagi odpowiedniego otoczenia edukacyjnego, czy szerzej: społeczno-kulturowego. W nim to bowiem, nieodpowiednio pielęgnowanym, powstaje kolektywna choroba ego, skutkująca irracjonalną potrzebą dominacji, czyli oligarchizmem. Od czasów opisania tego zjawiska przez Platona w „Państwie” niewiele się zmieniło, a forma, jaką ono przybiera, jest kwestią wtórną. Czy jest to, jak opisuje Federalny Instytut Technologiczny w Zurichu w raporcie z 2007 r., posiadanie przez 10 megakorporacji 80 procent światowego kapitału, czy też, jak chciałyby niektóre teorie spiskowe, kontrola zasobów świata przez np. 12 rastamanów z Jamajki, oligarchizm jest bez wątpienia pasożytem na idei dobra wspólnego, który nie może znieść humanistycznego, optymistycznego, postępowego otoczenia kulturowego. Tylko ono właśnie, w połączeniu z prowzrostową polityką gospodarczą państwa, jest w stanie odważyć się odrzucić stary porządek i tworzyć lepszy, choć nie do końca jeszcze znany.

Krzysztof Mroczkowski

Polska do wzięcia?

Polska, Solidarność i Trzecia Droga. Czas wyboru

Pamiętam jak dzisiaj moment, w którym zobaczyłem tytuł w „Wiadomościach rolniczych”, wiosną 1989 roku. Wydrukowany wielkimi literami, na pierwszej stronie jednej z największych brytyjskich gazet rolniczych, brzmiał: „Polska do wzięcia”. Było to dla mnie jak cios nożem w serce. Chociaż nigdy przedtem nie byłem w Polsce, ani nawet zbyt dużo nie rozmyślałem o tym kraju, to jednak to zdanie mną wstrząsnęło.

Oczami wyobraźni jasno ujrzałem tysiące tradycyjnych gospodarstw, żywych wspólnot kultywujących wiejski styl życia, miażdżonych przez chciwy zachodni agrobiznes ze swoją nienasyconą żądzą łatwych zysków i neokolonialnej ekspansji. Nie chciało mi się wierzyć, aby Polska po daniu dowodów tak wielkiego heroizmu i ogromnej energii, jaką włożyła w pozbycie się trwającej przez dekady komunistycznej opresji, pozwoliła, aby to wszystko zakończyło się w tak opłakany sposób. Jednak tytuł brzmiał prawdziwie i z pewnością spowodowałby u każdego polskiego patrioty mrowienie na plecach.

Tamtej wiosny także wydarzenia w samej Wielkiej Brytanii dość mocno uderzyły w moją rolniczą działalność. W lutym 1989 r. rząd brytyjski ogłosił znienacka zakaz sprzedaży niepasteryzowanego mleka, którego produkcja stanowiła podstawę mojej działalności, podobnie jak ogromnej ilości niewielkich gospodarstw produkujących nabiał. Jedyną drogą ratunku dla nas było rozpoczęcie ogólnonarodowej kampanii na rzecz cofnięcia tej decyzji.

To była stosunkowo krótka, bo trwająca kilka miesięcy, ale bardzo zaciekła walka zakończona zwycięstwem producentów i konsumentów niepasteryzowanego „prawdziwego” mleka. Na skutek silnego zainteresowania mediów rząd się wycofał. Pewną pomocą okazało się to, że premier Thatcher wyraziła „umiarkowaną sympatię” dla naszej kampanii przeciw zakazowi. Jednak rząd nadal upierał się przy opatrywaniu produktów z mleka niepasteryzowanego ostrzeżeniem o „potencjalnych zagrożeniach dla zdrowia”, pomimo niezbitego faktu, że przez dekady spożywania tego żywego i pełnego wartości odżywczych mleka, nikt poważnie z tego powodu nie zachorował.
Jednak kryzys, który groził Polsce, miał zupełnie inny wymiar. Po bez mała 10 latach od utworzenia związku zawodowego „Solidarność”, ogromna popularność Lecha Wałęsy i jego kolegów z gdańskiej stoczni doprowadziła w końcu do upadku komunizmu. Gorbaczow uświadomił sobie, że stosowanie kroków o charakterze wojskowym jedynie podsycałoby bunt, cały czas tlący się w Polsce. Nagle, wbrew rachunkowi sił, „Solidarność” osiągnęła swój cel, nie tylko doprowadzając do upadku swego wroga, ale wygrywając także pierwsze, częściowo wolne wybory.

Podczas gdy starałem się przywrócić mojemu gospodarstwu stan normalności po nerwowym okresie walki o utrzymanie otwartego rynku dla naturalnego mleka, podziwiani przez cały świat Polacy świętowali zwycięstwo nad machiną partyjno-państwowego komunizmu.

W tym przełomowym momencie historii, bieg wydarzeń stworzył Polsce wyjątkową okazję dla realizacji całkiem nowej wizji społeczno-ekonomicznej. W kraju, gdzie państwowe fabryki stanowiły podstawę dla gospodarki będącej niemal stuprocentową własnością państwa, polegałaby ona na przejęciu ich przez samorządy pracownicze, które dzięki temu uzyskałyby kontrolę nad przemysłem, a w konsekwencji możliwość wpływu na całość pomyślności gospodarczej kraju.

Konsekwencje takiego oddolnego przejęcia gospodarczej władzy byłyby przeogromne nie tylko dla Polski, ale dla całego świata. Taki nowy model, gdyby udało się go zrealizować, stanowiłby realizację „Trzeciej Drogi” i mógłby naruszyć dominującą pozycję, jaką dotąd dzierżyły komunizm i kapitalizm.

Trzecia Droga

Z pojęciem Trzeciej Drogi zetknąłem się osobiście stosunkowo niedawno – w czasie lektury słynnej książki Naomi Klein „Doktryna szoku”. Czytając ją, od razu zrozumiałem, jak wielka odpowiedzialność spoczęła na barkach ekipy „Solidarności”, negocjującej na temat przyszłości swojego kraju. Trzecia Droga to była łamiąca schematy formuła, która musiała napędzać niezłego stracha okopanym na swoich pozycjach doktrynerom ze Wschodu i Zachodu. Nie tylko dlatego, że zrywała z modelami komunizmu i kapitalizmu, ale także dlatego, że kluczową rolę odgrywały w niej związki zawodowe, mające powszechne poparcie społeczne.

Pierwszą poważną przeszkodą, na jaką musieli napotkać jej zwolennicy, był problem poradzenia sobie z ogromnym długiem państwowym, jaki pozostawił po sobie odchodzący reżim komunistyczny. Według Naomi Klein, chodziło o 40 miliardów dolarów, przy inflacji sięgającej 600%. (Obecnie, po wyprzedaniu większości państwowego przemysłu, dług Polski wynosi ok. 288 mld dolarów, a więc jest 7 razy większy niż w 1989 roku. Roczny koszt jego obsługi to ok. 12 mld USD)

Na nieszczęście dla Polski (i dla reszty świata) realizacja Trzeciej Drogi została podważona przez argumenty odwołujące się właśnie do sposobu spłaty tego długu. Drugim czynnikiem było pojawienie się w ekipie „Solidarności” Jeffreya Sachsa, stosunkowo młodego protegowanego Ameryki, który wywodził się z chicagowskiej szkoły ekonomicznej Miltona Friedmana. Stosowana już formuła Friedmana radzenia sobie z tego typu problemami, polegała na wprowadzeniu 100% wolnego rynku, w połączeniu z prywatyzacją i sprzedażą państwowych udziałów w przedsiębiorstwach. Sachs, którego nazwisko nabrało już rozgłosu dzięki zastosowaniu tej doktryny w poważnie zadłużonej Boliwii, tak naprawdę stał pod względem politycznym i ekonomicznym na przeciwnym biegunie niż „Solidarność”. Okazał się jednak wystarczająco silny, aby zdecydować o przechyleniu się szali na rzecz doktryny ultra-neoliberalnej, która nadal panuje w większości krajów Zachodu.

Możliwość Trzeciej Drogi została po raz pierwszy wyartykułowana w roku 1981. W programie „Solidarności” jej twórcy stwierdzali: „Domagamy się samorządowej i demokratycznej reformy na każdym szczeblu zarządzania oraz nowego systemu społeczno-ekonomicznego, który łączyłby elementy gospodarki planowej, samorządu i rynku. Uspołecznione przedsiębiorstwo powinno być podstawą gospodarki. Powinno ono być kontrolowane przez radę pracowniczą, reprezentującą kolektyw i zarządzaną na szczeblu operacyjnym przez dyrektora, mianowanego na podstawie kompetencji i odwoływalnego przez radę”.

Było to przesłanie wystarczająco rewolucyjne, by zdenerwować i rozwścieczyć Moskwę, a w konsekwencji doprowadzić do wyprowadzenia przez dowódcę polskich sił zbrojnych, generała Jaruzelskiego, czołgów przeciwko gdańskiej stoczni i do wprowadzenia w całym kraju stanu wojennego. Pomimo formalnego zniesienia w roku 1983, faktycznie trwał on aż do końcowego zrywu w 1989 r., kiedy to opozycja pod przywództwem związku zawodowego „Solidarność” przełamała sowiecką okupację.

Wtedy jednak pojawił się wspomniany Jeffrey Sachs i skutecznie przekonał wystarczającą liczbę czołowych działaczy „Solidarności”, że jedynie oparcie się na pożyczce z Międzynarodowego Funduszu Walutowego (MFW) uratuje kraj z opresji. Zapewniał także, że on sam osobiście poprzez swoje kontakty potrafi wyjednać w MFW konieczne sumy. Sporo wskazuje na to, że wielu działaczy było mocno skonsternowanych tymi propozycjami, jednak inni nie widzieli alternatywnej drogi spłacenia państwowych długów i ich głos przeważył. Takie zakończenie debaty okazało się równie brzemienne w skutki, jak koniec komunizmu; Polacy wyzwolili się spod okupacji jednego wielkiego ciemiężcy tylko po to, by dostać się pod panowanie nowego.

Sachs dotrzymał słowa i MFW wyłożył potrzebne sumy. Stało się to jednak za cenę masowej wyprzedaży państwowego przemysłu i przyjęcia takiej odmiany polityki wolnego rynku, która stała się znakiem rozpoznawczym amerykańskiego dążenia do globalnej hegemonii, szczególnie gdy była skorelowana z doktryną MFW, pozbawiającą państwo udziałów w strategicznych działach gospodarki. Armia Czerwona i realny socjalizm zniknęły. W ich miejsce natychmiast pojawiły się równie dogmatyczny globalizm i jeszcze groźniejsza potęga militarna Stanów Zjednoczonych oraz ich sojuszników.

Tragedią było to, że idea Trzeciej Drogi nigdy nie zdołała na trwale zagościć w pustej przestrzeni pomiędzy nimi.

„Polska do wzięcia” – to zdanie ciągle przychodzi mi na myśl. Wiosenny dodatek „Wiadomości rolniczych” z rzucającym się w oczy tytułem głęboko zapadł mi w pamięci i dzisiaj nie mogę oprzeć się refleksji nad jego złowróżbnym znaczeniem. Zdominowane przez korporacje agrobiznesowe rolnictwo brytyjskie także szybko dostrzegło okazję, jaką stworzył Sachs i chicagowska szkoła ekonomii. Postpaństwowe gospodarstwa rolne (PGR) potrzebowały nowych inwestorów, a któż lepiej nadawał się do podjęcia tego wyzwania, niż amerykańscy, holenderscy czy brytyjscy praktycy nasyconych agrochemią monokultur.

Polskie ziemie były i są stosunkowo mało zniszczone – są urodzajne. W połączeniu z tanią siłą roboczą kryły się w tym ogromne możliwości łatwych zysków w świeżo wyzwolonej Polsce. Brytyjskie i kontynentalne gleby na zachodzie Europy są już bardzo wyeksploatowane poprzez lata niezwykle intensywnego gospodarowania, które pozbawiły je naturalnych możliwości odżywczych i warstwy próchnicy. Uczyniło to rolników zależnymi od ogromnych ilości toksycznych nawozów sztucznych i środków owado- i chwastobójczych. Sachs utorował również drogę do eksploatacji polskiej gleby, a dochody z tego zaczęły płynąć na Zachód wraz z nieubłaganie wysokimi odsetkami od pożyczek, jakich udzielał MFW.

Straszna prawda o szeroko głoszonym zwycięstwie „Solidarności” polegała na tym, że okazało się ono jednocześnie niepowetowaną klęską sił wolności. Brzmi to jak ponury paradoks, ale świeżo odzyskana niepodległość przyniosła nowe zniewolenie: toksyczna gospodarcza i rolnicza ekspansja Zachodu zastąpiła wojskową interwencję Wschodu. Wolność okazała się iluzją.

We wczesnych latach 90. wymęczony walką naród polski nie potrafił łatwo rozpoznać prawdziwego charakteru swoich nowych władców. Sklepy napełniły się zachodnimi dobrami konsumpcyjnymi; Coca-Cola i McDonaldy stały się wszechobecne, pierwsze supermarkety pojawiały się w dużych miastach, a Polacy ustawiali się w kolejkach pod amerykańską ambasadą w nadziei otrzymania wiz do „ojczyzny wolności i swobody”. Tym Polakom, którzy wierzyli, że „trawa po drugiej stronie jest zieleńsza”, nowa sytuacja jawiła się jako rodzaj zbawienia. Jednak dla wielu innych rzeczywistość nie dorastała do obietnic, jakie początkowo niosła.

W miastach szybko rosło bezrobocie, a pensje nie pokrywały rosnących kosztów utrzymania. Na wsi gospodarka wiejska, dobrze chroniona w czasach komunizmu, załamała się, a nowe regulacje bazujące na dyrektywach narzuconych przez Światową Organizację Handlu i Unię Europejską doprowadziły do zamknięcia tysięcy małych i średnich zakładów przetwórczych, ubojni i wiejskiego przemysłu. Przedsiębiorstwa, które na ogół bardzo dobrze prosperowały pod sowiecką okupacją, teraz okazywały się nie przystawać do gospodarki kraju, który jako jeden z pierwszych w Europie Środkowo-Wschodniej miał dostąpić zaszczytu wstąpienia do Unii Europejskiej. Tętniące kiedyś życiem i gwarantujące pełne zatrudnienie wioski, stały się ofiarami agresywnej formy globalnego kapitalizmu, polegającej na tym, że kilka ogromnych i zcentralizowanych korporacji produkcyjno-przetwórczych wypiera tysiące małych, lokalnych przedsiębiorstw, prowadzonych przez rodziny lub spółdzielnie.

Unia Europejska i żyła złota

Podczas gdy Polacy, dostosowując się do nowych warunków, walczyli o przetrwanie, polskie rządy i instytucje odpowiedzialne za podejmowanie decyzji znów ulegli mirażowi kolejnej wielkiej obietnicy. Tym razem chodziło o unijne dotacje, które miały pozwolić na osiągnięcie wyższych standardów socjo-ekonomicznych, koniecznych przy wstąpieniu do Unii Europejskiej. Po raz kolejny obietnica wielkich pieniędzy zdominowała myślenie o własnym kraju, któremu postanowiono zaaplikować następną dawkę zachodniego „lekarstwa”.

To wtedy po raz pierwszy postawiłem stopę na polskiej ziemi. Jesienią 2000 r. Jadwiga Łopata zaproponowała abym został współzałożycielem Międzynarodowej Koalicji dla Ochrony Polskiej Wsi. W nabitym ludźmi wiejskim domu u podnóża Beskidów w południowej Małopolsce powstała Międzynarodowa Koalicja dla Ochrony Polskiej Wsi (ICPPC – International Coalition to Protect the Polish Countryside), a ja znalazłem się w samym centrum zmagań o kształt decyzji dotyczących przyszłości. Moją pierwszą myślą było, aby zapewnić, że wejście Polski do UE będzie prawidłowo wynegocjowane i nie powtórzy się w niej zjawisko masowego porzucania ziemi, co było udziałem mojego kraju w czasie, gdy wchodził do UE, a także wielu innych krajów, które weszły na tę drogę. Kilka miesięcy później minister Plewa, odpowiadający za negocjacje w sprawach rolnictwa, umożliwił mnie i Jadwidze udział w spotkaniu z zespołem negocjującym warunki wejścia Polski do UE w obszarach rolnictwa i ochrony środowiska.

To, co zdarzyło się w czasie tamtego spotkania wywołało w nas szok, jakiego nie doznałem nigdy przedtem. Przewodnicząca zespołu poinformowała nas, że Polska będzie musiała pozbyć się co najmniej miliona małych i średnich gospodarstw, aby umożliwić „restrukturyzację i modernizację” swojej, sprawdzonej przez historię, tradycyjnej kultury rolnej. Jak się miało okazać, oznaczało to koniec nastawionych na różnorodną produkcję gospodarstw rodzinnych i zastąpienie ich przez zarządzane przez wielki agrobiznes konglomeraty, który miały uczynić polskie rolnictwo „konkurencyjnym na światowym rynku”. Pani przewodnicząca dodała jeszcze, że takie przekształcenia są tylko kwestią czasu.

Po raz kolejny oddech globalnego wolnego rynku, forsowanego przez friedmanowską Szkołę Chicagowską, dał znać o sobie. Tym razem miały go poczuć tętniące bioróżnorodnością łąki polskiej wsi.

Mając żywo w pamięci tamto spotkanie, wydawało się nam koniecznym natychmiastowe zaalarmowanie i ostrzeżenie polskich parlamentarzystów przed tym, co miało nastąpić. Kilka dni potem, na konferencji prasowej w polskim Sejmie, miałem okazję skierować do Polaków przesłanie: „Nie naśladujcie nas”. Nie dajcie się skusić dotacjom, które tylko jeszcze bardziej zniewolą wasz naród przez ambicje niewybieralnego, ponadnarodowego kartelu, rezydującego w Brukseli. Ten kartel już wyrządził ogromne szkody w moim własnym kraju, a jego oparta na zaawansowanych technologiach i małym nakładzie pracy polityka rozbiła w proch miliony autentycznie niezależnych gospodarstw i wspólnot rolnych na całym kontynencie europejskim.

Sześć miesięcy po ostrzeżeniu polskiego parlamentu przed tym, co się szykuje, zmienił się rząd. Nowy zdominowany był przez prounijną i prowolnorynkową partię, całkowicie oddaną sprawie wejścia Polski do UE w roku 2004. Był to jednocześnie sygnał dla polskich mediów głównego nurtu, aby zintensyfikować serwowanie diety, opartej na prounijnej propagandzie o rzece unijnych dotacji, którymi Bruksela miała obdarować wyciągających po nie ręce, zbiedniałych Polaków. Wszelka krytyka była zakazana. Reszta, jak mówią, „jest historią”.

Jest to jednak historia pełna intryg, oszustw i bezwstydnej dezinformacji. Wstąpienie Polski do UE ani nie wyciągnęło Polski z długów, ani nie poprawiło sytuacji finansowej milionów zwykłych ludzi, którzy mogli jedynie się przyglądać, jak bogaci stają się jeszcze bogatsi, a ich własne pensje nie są w stanie nadążyć za rosnącymi cenami.

Solidarna Trzecia Droga

W centrum polskiego dylematu leży nadal podstawowe pytanie o to, kto weźmie na siebie zadanie dokonania tego, co nie udało się stoczniowcom? Mówiąc wprost: kto doprowadzi do odrodzenia społeczno-gospodarczego, opartego na współwłasności pracowniczej oraz Idei Trzeciej Drogi? Kto pokona w ten sposób polityczne i korporacyjne potęgi, których złowrogi sojusz skrywa zakusy na wspólne przejęcie kontroli nie tylko nad polskim łańcuchem żywieniowym, ale nad całym krajowym życiem gospodarczym.

Kiedy wracamy do lat 1980-81, mamy w pamięci pełne ognia przemówienia robotników „Solidarności”, które formułowały jednocześnie wspaniałe plany i pragmatyczne rozwiązania wobec bieżących problemów kraju. Właśnie tego samego potrzeba znowu, w roku 2012, nie tylko dla Polski, ale dla całego świata. A dokładnie wszędzie tam, gdzie przebrzmiałe i zużyte modele kapitalizmu i komunizmu nadal tłamszą politykę, gospodarkę i społeczeństwa w swoich zesztywniałych ramach.

Trzecia Droga jest zbyt ważna, aby pozwolić jej na to, by znikła w historycznym niebycie. Trzecia Droga to dynamiczna idea, która daje najlepszą szansę na przezwyciężenie oszukańczej polityki naszej epoki. Polityki, która ma na celu zachowanie władzy poprzez dzielenie i podbój, poprzez szczucie jednej grupy na inną, jednej fałszywej ideologii na inną fałszywą ideologię, jednej klasy na inną klasę. To polityka, która przypomina niekończącą się ślepą uliczkę, dla której „nie ma alternatywy”, co sprytnie przedstawia się jako „wolność wyboru”.

Trzecia Droga wznosi się ponad tę chimerę i zajmuje opustoszałe miejsce w centrum, stwarzając potencjał do zjednoczenia narodowych interesów. To polityka, która odpowiada na pytanie, czym powinien być ruch autentycznie ludowy. Trzecia Droga daje również w końcu miejsce na głównej scenie tym, którzy są politycznie i ekonomicznie marginalizowani. Kiedy tylko taki ruch stanie mocno na nogach i zyska błogosławieństwo elektoratu, wtedy potężna klika bankierów i korporacji, która obecnie rządzi światem, zostanie powalona na ziemię niczym po nokautującym ciosie pięści. Wierzę, że ten czas jest blisko i nadchodzi moment, aby wielki plan „Solidarności”, który powstał przed trzydziestoma laty został urzeczywistniony.

Przemiana i wybór

Rok 2012 i lata bezpośrednio po nim następujące wydają się nieść ze sobą wiele oznak tego, że ucisk ludzkości przez małe grupy ogarniętych obsesją władzy finansistów, może być pokonany, a świeże, prawdziwie oddolne ruchy mogą zająć ich miejsce. Polska ma dobre podstawy, by odegrać ważną rolę w tej przemianie. Przemianie, która zawiera potencjał uwolnienia zdolności twórczych, tłumionych przez długi okres. Działo się tak za sprawą obcych ciemiężców, ale także na skutek braku wiary w siebie. To on przede wszystkim spowodował, że jak dotąd obietnice czegoś znacznie lepszego (dla tak mocno doświadczonego narodu), jak choćby samostanowienie i odrodzenie kulturalne, za którym tęsknią ludzie ze wszystkich warstw, nie mogły się ziścić.

Solidarność miasta i wsi

Pora na odwrócenie dotychczasowych tendencji. Heroiczna walka i klęska gdańskich stoczniowców to pole, które powinno być odzyskane. Jednak to nie doprowadzone do upadłości stocznie nad Bałtykiem, ale miliony małych i średnich gospodarstw rolnych są ostatnim większym bastionem w posiadaniu ludzi pracy. Ostatnim bastionem, którego nigdy nie zdobyli Sowieci i który nadal pozostaje poza zasięgiem Międzynarodowego Funduszu Walutowego, Banku Światowego, Komisji Europejskiej, ogromnych korporacji agrobiznesowych, farmaceutycznych i nasiennych, które zacisnęły już pętlę na zachodnim łańcuchu żywieniowym i nad żyznymi niegdyś polami Europy Zachodniej i Ameryki Północnej.

To właśnie tu ciągle istnieje szansa na odwrócenie losu narodu. To w tym ostatnim bastionie są niezależni ludzie pracy, którzy uparcie odmawiają wyrzeczenia się swojego, opartego na własnej ziemi sposobu życia. To ci ludzie, którzy są prawdziwymi strażnikami „nieopatentowanego” łańcucha żywieniowego potrzebują naszego wsparcia. Przyszłość naszego zdrowia i nasz dobrobyt są w ich rękach. Brukseli ciągle nie udało się wyrugować z ziemi miliona rolników, tak jak zapowiadała to Komisja Europejska w 2000 r. Plan UE dla Polski jeszcze nie powiódł się.

Od momentu wstąpienia do UE w 2004 r. około 200 tysięcy gospodarstw zrezygnowało z działalności. Ciągle pozostaje około półtora miliona tych, które działają, a ogromna większość należy do rolników, którzy pracują na własnej ziemi. To właśnie oni stanowią najbardziej żyzny grunt dla realizacji ciągle niezrealizowanej idei Trzeciej Drogi, wyrosłej za czasów pierwszej „Solidarności”.

Tylko realizacja takiego programu może uchronić te gospodarstwa przed przejęciem jedno po drugim przez globalną gospodarkę, wypaczoną za sprawą bankierów, korporacji, supermarketów oraz przez Unię Europejską, której obsesja na punkcie higieny nie ma nic wspólnego z troską o zdrowie, lecz służy jedynie zniszczeniu drobnego rolnictwa, aby zrobić miejsce dla agrobiznesowych karteli. Plan oparty na idei Trzeciej Drogi pozwoliłby także pozbyć się rządów, które od dłuższego czasu siedzą w kieszeni globalnych koncernów agrochemicznych. Wspólny opór oraz współpraca konsumentów i rolników pozwoli pokonać te ciemne siły i za jednym zamachem wyzwolić Polskę z niewolnictwa.

Taki opór musi oprzeć się na tradycyjnych zasobach żyznych ziem polskiej wsi. Kiedy już do niego dojdzie, wtedy będzie to siła, która odrodzi się jak Feniks z popiołów i której nikt nie powstrzyma. Tylko popierając taki zakorzeniony w ziemi opór, możemy odzyskać kontrolę nad własnym przeznaczeniem i uwolnić się od finansowej machiny, która niszczy albo zatruwa wszystko, co jest żywe, piękne i wartościowe dla nas i dla całej naszej planety.

„Polska do wzięcia” – to zdanie tylko wtedy przestanie dręczyć moją duszę, kiedy uda nam się poskromić demoniczne siły, stojące za odgórnym zawłaszczeniem naszego życia. Nie przybyłem do Polski, żeby chronić dziko rosnące kwiatki, ale żeby pomóc zmienić przeznaczenie kraju, który zajmuje w moim sercu szczególne miejsce. Uważam to za zaszczyt. Nie ustąpię i nie zaznam spokoju, dopóki radykalny proces oddolnej zmiany nie rozpocznie się na dobre. I dopóki do otwartych serc, które są tak wielkim bogactwem polskiego społeczeństwa, nie uda się dołączyć jasnej wizji i wiary we własne siły, bez których taka zmiana nie może się udać.

Sir Julian Rose
7 maja 2012 r.
tłumaczenie Ola Gordon

Skrzypiące tryby liberalizmu

Jeden z najmniej mądrych aforyzmów – co gorsza, podparty autorytetem samego Arystotelesa – wskazuje, że prawda zawsze leży pośrodku. Do takiego przesłania swą ofertę polityczną znakomicie dopasowali neoliberałowie, ze skutkiem marnym dla kondycji polskiego społeczeństwa. Prawda bowiem, co brzmi już jak ekstremizm, nie leży pośrodku, tylko tam, gdzie leży. Jednak samo jej poszukiwanie to roszczeniowe i warcholskie podważanie demoliberalnej postideologii. Walka z tym (po)tworem powinna być jednak zadaniem każdego uczciwego człowieka, samo wszak założenie istnienia owego myślowego bytu jest wewnętrznie sprzeczne, a mówiąc dosadniej – zakłamane.

Twarda rzeczywistość obala teoretyczne modele, kreślone od kilkudziesięciu lat na setkach stron traktatów filozoficznych. Instrukcja obsługi demoliberalizmu przewidywała, że przystosowane doń społeczeństwo szybko zacznie odczuwać zawrót głowy od sukcesów. W praktyce natomiast kolejne etapy na drodze do Edenu okazywały się jedynie kolejnymi złudzeniami. Przy każdym większym zabiegu, począwszy od terapii szokowej, poprzez wejście do NATO i Unii Europejskiej, aż po organizację mistrzostw Europy w piłce nożnej, wytwarzana przez demoliberałów propaganda zachęca do cierpliwości, a ewentualnie – do pozytywnej lub negatywnej weryfikacji obozu rządzącego za pomocą kartki wyborczej.

Ta ostatnia, choć sama w sobie nie nacechowana negatywnie, jest egzemplifikacją mechanizmów „schładzania” opinii publicznej. Są one na tyle skuteczne, że momentami można wręcz zatęsknić za okresem PRL-u w kwestii ówczesnej determinacji społeczeństwa w walce o swoje prawa. III RP, choć wyrosła na bazie potężnego i inspirującego ruchu masowego, pożarła swój ogon – w ciągu ostatnich dwudziestu lat uzwiązkowienie w Polsce obniżyło się o ok. 80%, lądując na mizernym, jednocyfrowym poziomie. Nie lepiej wygląda zaangażowanie Polek i Polaków w działalność w partiach politycznych – na ponad 30 mln uprawnionych do głosowania jedynie ok. 1% angażuje się w działalność w takich organizacjach.

Nie oznacza to oczywiście całkowitego zaniku energii, politycznej świadomości czy elementarnego zainteresowania dobrem publicznym. Jednak ze smutkiem wypada skonstatować, że spora część spośród tej garstki, która zachowała resztki chęci do jakiegokolwiek aktywizmu, deponuje swój zapał w NGO’sach. Te zaś, znane szerzej jako „trzeci sektor”, bądź po prostu organizacje pozarządowe, z racji podejmowanej tematyki nie są zazwyczaj w stanie wylegitymować się jakąkolwiek identyfikacją ideową. Natomiast pośród tych, które są jakoś zorientowane ideologicznie, można dopatrzeć się – obok tworzonych przez bezsprzecznie uczciwych i pełnych entuzjazmu społeczników – także wielkomiejskich grantobiorców. Zaangażowanie w te ostatnie wynika często ze specyficznego sformatowania ich członków, którym wmówiono, że droga do szczęścia wiedzie przez jednostkowy awans społeczny lub materialny.

Ów liberalny aksjomat, zachęcający do indywidualnej poprawy bytu – abstrahując od tego, czy w założeniach przynieść ma to ze sobą wzrost sumy szczęścia owych jednostek, czy całego społeczeństwa – jest zatem tym samym, czym drobny otwór w pokrywce garnka, pozwalający ulatywać parze. Rzut oka na wszystkie rewolucje wskazuje przecież, że gdzieś u podstaw każdej z nich tkwiły niespełnione ambicje przedsiębiorczych, zdolnych i zaradnych grup, którym skostniały lub niewydolny system odcinał drogę awansu. Model gospodarczy, z którym mamy do czynienia obecnie, jest skonstruowany w sposób znacznie bardziej przemyślany, gdyż już w samej nadbudowie skłania pucybutów do chęci zostania milionerami.

Ta konstrukcja jest jednak skażona fałszem, gdyż – jak zweryfikowała rzeczywistość – hołubione „tygrysy Europy” często okazywały się nie uzdolnionymi pracoholikami, lecz cwaniaczkami i krętaczami, dorabiającymi się na przemycie i nielegalnych układach polityczno-biznesowych. Z drugiej strony, liberalne ideały niebezpiecznie dla ich samych wypacza wzrastająca w Polsce nierówność społeczna – współczynnik Giniego, w którym często się ją wyraża, wzrósł z 0,25 w 1987 r. do 0,35 w 2002 r. Oznacza to istnienie gigantycznych nierówności już na starcie życiowych dróg tysięcy osób. W praktyce zatem dziecko z popegeerowskiej wsi – wtłoczone w ramy systemu, który pokonywanie kolejnych szczebli drabiny społecznej ukazuje jako coś nie tyle pozytywnego, ale wręcz pożądanego – ma duże szanse, by dołączyć do grona wykluczonych.

Wydawać by się mogło, że sytuacja ta otwiera pole działania dla grup opozycyjnych wobec systemu. Wystarczy „wyłapać” młodych frustratów z prowincji czy z blokowisk wielkich miast i skierować ich gniew na tory polityczne. Konstrukcja współczesnego, realnego liberalizmu i na to jednak znalazła całkiem skuteczne panaceum. Na działaczy społecznych zerka się przychylnie do momentu, w którym nie wystawiają nosa poza łowienie grantów w umiarkowanych NGO’sach. Jakikolwiek przejaw radykalizmu, zwłaszcza na polu ekonomicznym, jest natychmiast stygmatyzowany. Uczestnicy protestów lokatorskich czy pracowniczych nie są więc oddanymi słusznej „sprawie” (cóż za wypaczony termin!) działaczami czy ofiarami zwyczajnej niesprawiedliwości, lecz „nierobami”, którzy mają dwie lewe ręce i stanowią tylko ciężar dla młodych, płacących podatki, ciężko pracujących przedsiębiorców.

Sytuację tę można obejrzeć także od drugiej strony – ci, którzy z jakiegoś powodu natrafili na barierę uniemożliwiającą im wskoczenie na wyższy szczebel hierarchii społecznej lub wręcz prowadzącą do ich degradacji, często popadają w marazm. Uwidacznia się on nie tylko w postaci braku starań o poprawę sytuacji bytowej, ale także – a może przede wszystkim – w niechęci do wkroczenia na drogę aktywności politycznej. Tę ostatnią sporadycznie udaje się przezwyciężyć dzięki determinacji działaczy społecznych, o czym świadczy fakt narodzin zalążków ruchu lokatorskiego w kilku polskich miastach. Nie oznacza to oczywiście przezwyciężenia liberalnych barier. Często trzeba lat ciężkiej pracy, by ze zbioru indywidualnych spraw, na których załatwieniu najbardziej zależy zainteresowanym (choć trafniej byłoby nazwać ich „poszkodowanymi”), stworzyć rzeczywisty ruch, oparty na solidarności i tożsamości interesów jego uczestników.

Największą bolączką realnego liberalizmu nie są jednak mniejsze czy większe protesty społeczne, będące skutkiem ubocznym systemu. Demoliberalizm cierpi bowiem na znacznie poważniejsze wady genetyczne, wytykane przez różne strony sceny politycznej. Jego siła pośrednio tkwi jednak także w owym dualizmie – manifestacja lewicowców przeciwko cięciom socjalnym może jedynie wzbudzić wrogość skrajnej prawicy – i odwrotnie. O ile więc siły centrowe wespół z prawicowymi mogą wspólnie dążyć do realizacji pewnych celów (vide np. wspólny start Platformy Obywatelskiej i Unii Polityki Realnej w wyborach parlamentarnych w 2001 r. ), o tyle rozmaite koncepcje „sojuszu ekstremów” kończą się fiaskiem z powodu nadmiernych, niemożliwych do pogodzenia odmienności programowych.

Osikowym kołkiem dla obecnego modelu jest fałsz zawarty w samym centrum jego ideologii: że dzięki ciężkiej pracy, talentom i odrobinie szczęścia każdy może sięgnąć gwiazd. Statystyka bezlitośnie rozbija ten mit – polskie społeczeństwo należy do pracujących najdłużej w Europie (według niemieckiego dziennika „Bild”), a mimo to zamożność naszego kraju znacznie odbiega od rozwiniętych państw Zachodu. Winę za gospodarcze dysproporcje w Europie politycy chętnie zrzucają oczywiście na mityczną „komunę”. Jeśli jednak przytaczane przez „Bild” dane o średnim czasie pracy w skali roku (1856 godzin dla Polski; 1702 godziny – Czechy, 1659 godzin – Niemcy) nie skłonią liberalnego polityka do namysłu nad kondycją obecnego modelu, o tyle dane CBOS ze stycznia 2009 r. powinny wywołać wycie syreny alarmowej w jego obozie politycznym. Centrum Badania Opinii Społecznej wykazało bowiem, że nawet praca nie zapewnia przysłowiowych kołaczy – wedle analityków, ponad 2 mln osób to tzw. pracujący biedni. Stanowi to ponad 6,6% dorosłych Polaków.

Owa rzesza ludzi niczym cierń godzi w liberalną opowieść i sprawia, że tryby systemu skrzypią coraz to bardziej. Politycy i ekonomiści od czasu do czasu próbują jeszcze podlewać go smarem, a to – przy wtórze mediów – przekierowując uwagę na skoki narciarskie czy Euro 2012, a to zaciągając pożyczki na inwestycje efektowne, acz zazwyczaj mające na celu jedynie przyciągnięcie kapitału. Koła zębate obracają się jednak z coraz większym trudem, a gdzieś w centrum całej tej maszynerii narastają siły odśrodkowe. Antysystemowe ruchy na masową skalę dawały już o sobie znać w Hiszpanii i Grecji. Również w Polsce emanacją tendencji poszukiwania alternatywy dla establishmentu był wysoki wynik wyborczy Ruchu Palikota.

Topniejące poparcie formacji biznesmena z Biłgoraja wskazuje jednak, że głosy hipsterów i klasy średniej to rzecz bardzo ulotna. Zwłaszcza w sytuacji strukturalnego kryzysu klasa średnia – lub osoby do niej pretendujące – z coraz większą determinacją będzie się rozglądać za alternatywą, która zapewni jej wreszcie stałą możliwość bogacenia się. Aktualne tendencje zdają się wskazywać, że prawda dla przedstawicieli tej niestałej mieszanki może znaleźć się już nie pośrodku, lecz na skrajnej prawicy. Nie bez powodu rej na demonstracjach nacjonalistów częstokroć wiodą właściciele drobnych, internetowych sklepów z „chuligańską” odzieżą. Ktoś taki jest po prostu bardziej wiarygodny dla młodego pokolenia w sytuacji, gdy każdy nastolatek może samodzielnie zarabiać np. na grach komputerowych, co automatycznie tworzy u niego świadomość indywidualistycznego i „zaradnego” pretendenta do klasy średniej. Dostrzeżenie przez te osoby ograniczeń w „rozbuchanym socjalu”, w obronie którego staje lewica, a jednocześnie zaufanie do liderów organizacji nacjonalistycznych z powodu podobnych interesów klasowych, może jedynie pogłębić prymat prawicy w polskim życiu publicznym.

Piotr Kuligowski