przez Jarosław Górski | czwartek 23 stycznia 2014 | opinie
Akcja bojkotu sklepów i produktów firmy LPP, która aby uniknąć płacenia polskich podatków, przeniosła część swoich spółek na Cypr i do Zjednoczonych Emiratów Arabskich, spotkała się z silnym odporem neoliberalnych publicystów i mediów. Między innymi na swoim blogu w internetowym piśmie „Liberté!” odezwał się Marcin Celiński, który liberalnym zwyczajem zwymyślał bojkotujących od użytecznych idiotów, zasugerował, że kierują się oni złą wolą lub ignorancją, a może i są na usługach wrednej konkurencji. Następnie zaś pouczył czytelników, że taka akcja z patriotyzmem nie ma nic wspólnego.
Cóż, Celiński ma prawo do patrzenia na świat i ludzi przez okulary własnej ideologii, choćby i takiej, z której błędami i wypaczeniami świat i ludzie muszą się borykać. Skoro jednak przyznamy mu także prawo do nazywania nas – mogę tak napisać, ponieważ sam akcję popieram czynnie i biernie – „użytecznymi idiotami”, to przyznajmy sobie prawo do nazwania roli, którą on sam odgrywa, chyba najadekwatniejszym mianem: szkodliwego mądrali. Bo Celiński gromiąc akcję wymierzoną nie w jakiegokolwiek człowieka (chybione porównanie LPP do badylarzy), ale w chciwość i nieodpowiedzialność wielkiej korporacji, atakuje też wolność oraz racjonalność konsumenckiego wyboru, a także wolność głośnego i zorganizowanego informowania innych o motywacjach własnego działania. Również zaprezentowane przez Celińskiego wyobrażenie patriotyzmu gospodarczego czy konsumenckiego uważam za szkodliwe i promujące zachowania o katastrofalnych skutkach nie tylko dla gospodarki, ale i dla wspólnoty.
Patriotyzm gospodarczy w żadnym razie nie polega na popieraniu zawsze i wszędzie tylko swojego i swojskiego – i podobnie nie oznacza bezmyślnego odrzucenia tego, co cudze. Wynika on właśnie z patriotyzmu jako takiego, który wcale też nie oznacza fanatycznego przywiązania do swojskości i pogardy czy nienawiści do tego, co obce. Patriota to człowiek świadom, że z krajem urodzenia i (lub) zamieszkania, ze wspólnotą współmieszkańców łączą go silne więzi, wymagające troski i pielęgnacji. Świadom także tego, że jego własna tożsamość – na którą składają się między innymi zwyczaje i upodobania, wrażliwość i wyobraźnia, status społeczny czy życiowe osiągnięcia – jest w dużej mierze współtworzona przez wspólnotę, w skład której wchodzą ludzie jemu podobni. I że ci właśnie ludzie także potrzebują wspólnoty – a więc również i jego – do budowania własnej tożsamości i realizowania swej życiowej twórczości. Wspólnota może w związku z tym istnieć dzięki wzajemnemu obdarowywaniu się jej uczestników, obdarowywaniu oczywiście nie wyłącznie (choć też) dobrami materialnymi, ale także niedającymi się w wulgarny ekonomiczny sposób wycenić wytworami ducha i kultury. Patriota będzie zatem miał świadomość własnych powinności wobec wspólnoty, której wiele zawdzięcza, ale i świadomość tego, że inni uczestnicy wspólnoty także powinni wywdzięczać się wspólnocie – a za jej pośrednictwem również jemu samemu – za dobra od niej otrzymane.
Patriota gospodarczy rozumie, że podatki i daniny – w tym podatki od zysku przedsiębiorstw – nie są wcale szykanami, którymi państwo z niewiadomych powodów dręczy ludzi przedsiębiorczych i twórczych, lecz stanowią środki niezbędne dla kontynuowania wspólnoty. One wspólnocie – i powołanym przez nią instytucjom, takim jak państwo czy mniejsze jednostki samorządu – po prostu się należą, jako ekwiwalent tych wszystkich materialnych i niematerialnych zasobów i osiągnięć wspólnoty, z których ludzie i instytucje prowadzący działalność gospodarczą czerpią całymi garściami, a bez których prowadzenie ich działalności byłoby niemożliwe czy bardzo utrudnione. I chodzi tu nie tylko o kosztowne sądy, policję czy straż pożarną, które strzegą bezpieczeństwa prowadzenia interesów, ale również w trudzie i znoju przez stulecia pracy całej społeczności wytwarzane przekonania, że nie wolno okradać nawet złodzieja i że pracownik winien jest porządną pracę nawet podłemu pracodawcy. Nie chodzi tu tylko o obliczalne koszty, jakie państwo poniosło na wykształcenie ludzi, których ręce i umysły będą teraz wyzyskiwane przez przedsiębiorców, ale także o tak niewymierne a doniosłe dobra tworzone wysiłkiem pokoleń jak język czy pojęcia, bez których prowadzenie jakiejkolwiek działalności gospodarczej byłoby niemożliwe. Patriota gospodarczy wobec tego wie, że podatki należą się wspólnocie, a kwestią negocjacji jest ich wysokość czy kształt. Niezadowolenie uczestnika wspólnoty z wyników tych negocjacji uprawnia go do domagania się ponownych ustaleń, ale nigdy nie zwalnia go z płacenia podatków.
Patriota gospodarczy rozumie też, że zarówno on sam, jak i inni uczestnicy jego wspólnoty występują w wielu społecznych rolach, które na siebie wzajemnie oddziałują i których nie da się rozdzielić. Kiedy więc w sklepie kupuje spodnie, pamięta – mimo że sprzedawcy zależy, aby o tym zapomniał – że bycie konsumentem nie jest jego istotą, ale właśnie jedną z jego ról, której nie da się oddzielić od roli obywatela, pracownika, członka wspólnoty lokalnej i narodu, empatycznego człowieka dobrze życzącego nie tylko sobie, ale także innym. Dlaczego zatem dokonując wyborów konsumenckich, nie miałby się kierować również przesłankami obywatelskimi, pracowniczymi czy po prostu ludzkimi?
Skoro płacąc pieniędzmi – za które przecież sam zapłacił komuś własną pracą, a więc czasem, życiem, którego każdemu z nas tak szybko ubywa – w sklepie z ubraniami, jako konsument zwraca uwagę na jakość i cenę swoich spodni, to dlaczego nie miałby się podobnie jak o fason, solidność szwów czy trwałość materiału troszczyć o ów okruszek szkolnej pracowni, uniwersyteckiego laboratorium, o ten skrawek strażackiej sikawki czy ułamek szczodrej ministerialnej dotacji dla liberalnego pisma „Liberté!” dołączone do swojego zakupu? Czy nie powinien, we własnym interesie, domagać się tego, aby niewielka (w Polsce w porównaniu z innymi europejskimi krajami naprawdę bardzo niewielka) część zysku z jego wydatku przyczyniła się jako podatek do wspólnego dobrobytu? Czy nie działa racjonalnie i we własnym, dobrze pojętym interesie pracownika, omijając – a więc bojkotując – sklepy należące do spółek, które mimo osiągania bajecznych zysków płacą swojemu personelowi głodowe stawki i w ten sposób przyczyniają się do zaniżania płac i poziomu życia w całym kraju? Z kim – racjonalnie i we własnym interesie – powinien się utożsamiać: czy z pracownikami, którzy będą opłacani najniżej i wtedy, gdy firma będzie przynosić straty, i wtedy, gdy będzie dawać niewyobrażalne zyski, czy właśnie z firmą – jak ją trafnie scharakteryzował Celiński – z istoty swojej także racjonalną, choć – dodajmy – pozbawioną empatii, zawsze dążącą do zysku, uciekającą tam, gdzie jej lepiej, nie mającą ojczyzny ani nie odczuwającą żadnych zobowiązań?
Pisze Celiński, że od firm nie można oczekiwać patriotyzmu – i ma rację. Z pewnością nie od spółek giełdowych, których rozproszeni właściciele oceniają ich skuteczność wyłącznie na podstawie kursów akcji i dywidend. Ale pod zły adres kieruje tę uwagę. Organizatorzy i uczestnicy bojkotu firmy LPP nie oczekują od niej patriotyzmu. Oczekują patriotyzmu od jej klientów a swoich rodaków, działają właśnie w tym celu, aby uświadomić im, czego mocą własnych zachowań konsumenckich mogą oczekiwać od nieludzkich tworów, zaprogramowanych wyłącznie na zarabianie pieniędzy. I dlatego właśnie nie piszą petycji do władz firmy – to nie miałoby sensu – lecz organizują konsumencki bojkot. Konsumenci, działając racjonalnie i we własnym, prywatnym i wspólnotowym interesie, są w stanie wpływać na wyniki finansowe spółek, ich kurs akcji, dywidendy – i w końcu na sposób prowadzenia biznesu. To właśnie selekcja firm pod kątem własnych, nie tylko konsumenckich, ale także obywatelskich, pracowniczych, rodzinnych czy ludzkich potrzeb, czyli bojkot – a nie kompulsywne zakupy czy płocha chęć upodobnienia się do fotoszopowych lalek z reklam – jest racjonalnym, odpowiedzialnym i patriotycznym zachowaniem konsumenckim każdego z nas.
Pisze też Celiński o tym, że to od rządzących powinniśmy domagać się, aby zapobiegali podobnym ucieczkom kapitału do rajów podatkowych. I także, częściowo, ma rację. Nie chcę nic insynuować samemu Celińskiemu, ale przyzwyczaiłem się już, że gospodarczy liberałowie widzą tylko jeden sposób takiego zapobiegania: obniżać podatki. To żadne rozwiązanie. LPP przeniosło część swoich spółek do Zjednoczonych Emiratów Arabskich, gdzie podatek dochodowy wynosi 0%. Emirowie mogą sobie na to pozwolić, bo żyją z rabunkowej gospodarki ropą naftową, mogą rozdawać pieniądze poddanym, a ludźmi półniewolniczej i niewolniczej pracy po prostu się nie przejmują. Jakkolwiek więc polscy rządzący podatków by nie obniżali, zawsze znajdzie się kraj, w którym będą one niższe i do którego będą chciały uciec firmy dążące do „optymalizacji podatkowej”. Jednak gdybyśmy zaproponowali inne działania rządzących zmierzające do uniemożliwienia takich kombinacji, jakie zaprezentowała LPP, to czy jakiś szkodliwy mądrala nie grzmiałby o tłumieniu wolności gospodarczej?
„Wybraliśmy parlament, ten wybrał rząd – to do rządu należy kierować pytania, dlaczego miliony Polaków są na wyspach brytyjskich, a tysiące spółek na Cyprze” – pisze Celiński. Rządem nie jestem, ale wiem, że miliony Polaków są na Wyspach Brytyjskich właśnie dlatego, że tysiące spółek – także tych, z którymi interesy robi polskie państwo – są na Cyprze. I że w związku z tym naszego państwa nie stać choćby na przyzwoitą opiekę nad matkami z małymi dziećmi, które z tego powodu wolą rodzić w Anglii. Polacy wolą, żeby płacili im i traktowali według swoich standardów brytyjscy, a nie cypryjscy pracodawcy, podlegający brytyjskiemu, a nie cypryjskiemu prawu. A polskie spółki mogą być na Cyprze między innymi dlatego, że polscy konsumenci rzadko bywają gospodarczymi patriotami i po prostu nie interesują się, gdzie mają siedziby spółki, których produkty i usługi kupują. Błędne koło, które właśnie starają się przerwać uczestnicy bojkotu.
Oczywiście wcale nie uważam, że polski gospodarczy patriota to ktoś, kto kupuje wyłącznie produkty firm mających siedzibę w Polsce. Myślę, że chętniej kupi produkt firmy obcej, ale nieunikającej płacenia podatków i przyzwoicie traktującej pracowników w kraju swojej siedziby: na Ukrainie, w Bangladeszu, Chinach czy Anglii, niźli takiej, która reklamuje się jako polska, ale miga się od uczciwego regulowania swoich zobowiązań. Po prostu uzna, że lepiej, aby z jego zakupu skorzystała jakaś obca wspólnota – ludzie, z którymi może się w jakiś sposób utożsamić – niż żeby miał on finansować wyłącznie kolejne fanaberie właścicieli chorych z chciwości, z którymi nic kompletnie go nie łączy. Polacy szczególnie powinni sobie zdawać sprawę z tego, że promowanie w jakimkolwiek zakątku globu wyzysku i oszustwa wreszcie uderzy w nich rykoszetem. W końcu nasi rządzący, biznesmeni i różni szkodliwi mądrale wyobrażają sobie, że nasz kraj będzie konkurencyjny właśnie wtedy, gdy pozwolimy się wyzyskiwać i traktować gorzej niż inni, gdy bardziej niż inni obniżymy płace, podatki, cywilizacyjne oczekiwania.
Gospodarczy patriota będzie jednak chętnie wspierał swoimi decyzjami konsumenckimi firmę, która, jak pisze Celiński, „się rozwija, a wraz z jej rozwojem zwiększa zatrudnienie, co za tym idzie daniny podatkowe, NFZ, ZUS”. No i – dodajmy już wbrew Celińskiemu – płaci pełny podatek dochodowy, bo nie jest absolutnie tak, że płacenie wypracowanych przez pracowników składek na ZUS czy NFZ zwalnia kogokolwiek od płacenia podatku od własnego zysku. Patriota gospodarczy wesprze tę firmę nie dlatego, że chce, aby to polski, a nie zagraniczny kapitalista mógł pławić się w luksusie, ale dlatego, że dzięki temu najbardziej skorzysta jego własna wspólnota. Taka postawa konsumencka jest racjonalna i równie racjonalny jest bojkot – a więc zorganizowane zaprzestanie wspierania decyzjami konsumenckimi firmy, która nie reguluje swoich zobowiązań wobec tych, dzięki którym może istnieć i osiągać zyski. Ma rację Celiński – wtedy skorzysta na tym firma spoza naszego kraju. Trudno. Niech skorzysta – byle taka, którą udało się zmusić do zachowania przyzwoitych standardów.
przez Krzysztof Wołodźko | środa 15 stycznia 2014 | opinie
Na dworcu PKS w Opolu awaria w toalecie. Przed drzwiami gromadzi się coraz większy, poddenerwowany tłumek. Mężczyźni i kobiety, średnia wieku – około 30. Spieszą się i niepokoją, bo wkrótce odjadą „Sindbady” na Zachód. Opole jest znacznie lepiej skomunikowane z Berlinem niż z Warszawą. Tam stolica, gdzie kapitał – trudno oprzeć się smutnej myśli. Ponad dwadzieścia lat realnego liberalizmu, w tym chwalebnych reform społeczno-gospodarczych w wykonaniu prawicy, więcej zrobiło dla osłabienia więzi Opolszczyzny z Polską niż działania śląskich separatystów.
Polacy zmykają z kraju. Pustoszeją nie tylko miejscowości na ścianie wschodniej. Znajomy na Facebooku często opowiada o losie Sanoka, zdekapitalizowanego miasta, z którego przyszłość, biznes i pieniądze uciekają wraz z ludźmi. Kolejne bomby wybuchają pustką i tykają gdzie indziej. Jak informowały niedawno media, w świętokrzyskim w 2013 r. odnotowano najwyższy przyrost bezrobocia w stosunku do innych województw oraz najmniejszy wzrost wynagrodzenia w sektorze przedsiębiorstw. Już dziś w co piątej z rodzin jeden z jej członków pracuje poza tym regionem lub krajem. A wojewódzkim instytucjom kultury obniżono dotacje o 12,5 proc. Źle się dzieje w antypaństwie…
Tyle jest w III Rzeczpospolitej miejsc, które coraz bardziej przypominają za duże ubranie na wychudłym człowieku. I te krajobrazy współczesnych miasteczek, zbyt dalekich od metropolii, by masowo instalowali się tam nowobogaccy. Na obrzeżach miast i wsi kilka, kilkanaście, może kilkadziesiąt nowych domów, ale w większości stare budynki, liszajowate kamienice. Mieszkają w nich ludzie, których przedsiębiorca zamyka w hali na kłódkę, gdy zjawia się inspekcja pracy. Ale przed Bożym Narodzeniem nie zapomina o pracowniczej Wigilii. Popłuczyny po katolicyzmie, po etyce pracy, po przyzwoitości – folwarki na miarę III RP.
Pewien przedsiębiorca, żyjący ze środków PFRON, ma zaprzyjaźnionego lekarza, który orzeka o niepełnosprawności. A jeszcze ktoś inny oferuje fachową pomoc w wyciszeniu sprawy, gdy pracownik zemdleje w robocie, bo jest faktycznie niepełnosprawny, a pracował już czternastą godzinę i nieco się wyeksploatował. Jednak o tym wszystkim jest cicho, jak najciszej, choć to jest właśnie ta Polska wyzyskiwaczy i wyzyskiwanych, apatii, obaw i bezkarności lokalnych sobiepanków, knebla na ustach w czasach formalnej wolności słowa.
I te ruiny jak rany: po zakładach pracy, po przemyśle, po życiu. Jest początek ciepłej zimy, kępy trawy stroszą się wśród opustoszałych murów, cień chmur wędruje przez puste miejsca, gdzie jeszcze tu i ówdzie nie zatarły się do końca wyblakłe litery ostrzegające klasę robotniczą przed nieuważną pracą i zachęcające do wzmożonego wysiłku. Deszczowa kałuża odbija bladoniebieski skrawek kosmosu, nikt w nią nie wdepnie, nikogo tu nie ma i długo jeszcze nie będzie, choć zardzewiał i zgnił drut siatki strzegący tego miejsca przed nieupoważnionymi. Ale cieniom chmur i obojętności nieba towarzyszą jedynie ludzkie cienie: miejsca jak blizny po przeszłości. Nawet złomiarze już się tutaj nie zapuszczają. A 30-latkowie siedzą w autokarze firmy „Sindbad” i nie patrzą na widoki za oknem. Śpią, bo trzeba przespać, minąć Polskę, żeby obudzić się już w lepszym świecie.
Nocą miasteczko biorą w posiadanie młodzi chłopcy i młode dziewczyny. Piąteczek! Sobota! Dyskoteka nie jest tak daleko od kościoła, więc uważaj, rodzicu, jak idziesz chodnikiem w niedzielny poranek, bo łatwo wdepnąć w prezerwatywę. Może to twoje dzieci się tu bawiły. Ale teraz, w nocy, gdy śpisz, krzyczą w euforii, uczą się hedonizmu, bez którego nie ma współczesnego rynku. Prawdziwa rewolucja obyczajowa, przeciw której biskupi nie napiszą listu, bo nazbyt jest dla nich niezwykła i niezrozumiała. Nowa, nastoletnia klasa próżniacza, uprzywilejowana w swojej młodości i licznych pragnieniach wykreowanych w tyglu wielkiego kapitału, pragnieniach, za które płacą rodzice, żeby dzieci miały lepiej niż oni kiedyś (i teraz), żeby dzieci pokazywały światu i sąsiadom, że właśnie ich stać. Dziecko – sztandar statusu domowego.
Więc leje się wódka, ćmią się ćmiki, zużywają się mocniejsze używki, ktoś rzyga na markowe buty, „w samochodzie przy chodniku zapłacono już dziewczynie”. Piąteczek! Sobota! Piękni, jeszcze nie dwudziestoletni, prawdziwi roszczeniowcy III RP, bawią się młodzieżową konsumpcją. Lecz to potrwa jeszcze tylko chwilę, za moment przyjdzie do nich gorycz wysokiego bezrobocia, pustka miasteczka, zdumienie, że nie stać ich na to, co w życiu naprawdę ważne. Zazdrość, że jedna z drugą koleżanka ma lepiej, że kolega ma naprawdę ustawionego dziadziusia, który niegdyś utrwalał nadwiślański socjalizm, a później budował lokalny kapitalizm, że kolega z ławki pracuje, bo matka ma etat w urzędzie, że koleżanka pracuje, bo ciotka jest menedżerem w sieci handlowej i trochę zrestrukturyzowała zasób ludzki, żeby zmieścić chrześniaczkę. I kolejne autokary odjadą na Zachód, pełne tych, którym tutaj nie wystarczyło znajomości.
W moich rodzinnych stronach lokalny bogacz przyozdobił bramę symbolem „$”. On już wie, stać go na szczerość ze światem: tylko pod tym jarzmem, tylko pod tym znakiem Polska będzie Polską, a Polak Polakiem. Ale nie każdy chce nazywać rzeczy po imieniu. Bo III RP jest jak któryś z południowych stanów USA, gdzie wojny kulturowe decydują o wszystkim, są jak opium mas, wyciszające wszelkie konflikty klasowe. Całe łajdactwo, niesprawiedliwość i krzywda znikają za zasłoną dymną kulturowych wojenek. Gdy instytucje państwa służą jego demontażowi, a społeczeństwo staje się coraz bardziej aspołeczne, rządzi pieniądz, posługujący się nadrzeczywistością jako narzędziem kamuflażu prawdziwego świata i reguł gry, które nim zarządzają. Aby kolejne autokary mogły wyjechać pełne ludzi, którym beznadzieja odebrała tutaj własne miejsca.
Na dworcu PKS w Opolu ludzie przestępują z nogi na nogę przed nieczynną toaletą. Pierzchają nagle – podjeżdżają autokary. Koła podróżnych toreb stukoczą o nierówny chodnik, wielka emigracja zwykłych ludzi jest taka banalna, płaski monitor wielkiego telewizora w hali dworcowej pokazuje świat nasycony barwami, ciepły jak staroświecka choinka, ktoś ogląda się przez ramię, by jeszcze spojrzeć na uśmiechniętych, rozluźnionych dziennikarzy, którzy opowiadają właśnie, że w jakimś przedszkolu zabroniono zatrudnionym tam paniom pomagać dzieciom w toalecie – z obawy przed molestowaniem. Ale nikt już tego nie słucha, kloszardzi przycupnęli blisko drzwi, drzemią, oni nigdzie się nie wybierają. I tak zwykle są gdzie indziej, smutni outsiderzy, ubodzy krewni swoich nieco mniej ubogich krewnych, którzy właśnie wsiadają do autobusów, by nie dać się pożreć lokalnej pustce.
Miga mi to wszystko w pamięci, gdy kupuję bilet kolejowy w prowincjonalnej kasie gdzieś w Wielkopolsce. Dobrze, że w tym styczniu jest tak ciepło, bo nie ma żadnego ogrzewania dla podróżnych. Starsza kobieta, która sprzedaje mi bilet, ma włączony piecyk elektryczny, siedzi ubrana na cebulkę. Ciekawe, czy musi dokładać się do zużytego prądu. Może choć klimat się nad nami zlituje i z pensji, pół-pensji i ćwierć-pensji prowincjonalni (i nie tylko tacy) Polacy nie będą musieli wydawać na ogrzewanie tak dużo. Może w końcu przyjdzie to cholerne globalne ocieplenie i zrobi nam z Bałtyku ciepłe bajoro, i wyrosną tutaj owoce cytrusowe. A Polak zrobi się czarny, będzie rwał banany i zbierał bawełnę. Czarny Polak na ojczystej palmie pod neokolonialnym słońcem – ostatni cud boski nad umęczonym narodem. Somalia rozkwitnie nad Wisłą – korwiniści będą mieli jak w raju. Właściwy naród na właściwym miejscu i nareszcie w klimacie przyjaźniejszym dla wciąż białych Murzynów.
przez Krzysztof Mroczkowski | poniedziałek 6 stycznia 2014 | opinie
Za dziesięć lat o tej porze: Polska jest nudnym i bogatym krajem europejskim. Strumień zdobytych po europrośbie funduszy strukturalnych nieodwracalnie odnowił oblicze tej ziemi. Polacy cieszą się z wysokich zarobków, ze śmiechem wspominając czasy, kiedy potoczne pojęcie „Zachodu” nie obejmowało kraju między Bugiem a Odrą. Nie patrzą w przeszłość, ciesząc się z sukcesu naszej wspólnej, europejskiej ojczyzny, która dzięki coraz ściślejszej integracji rozwiązała wszystkie swoje problemy. Są młodzi (przynajmniej duchem), pozbawieni kompleksów i pełnymi garściami czerpią z normalności, nienormalnej przecież w naszej części kontynentu. Nieroszczeniowi, dynamiczni, szczęśliwi, z torbami wypchanymi zakupami pełnymi delikatesów. I luźnym zdążają tramwajem, wytworną konfekcją okryci…
Zarysowana wizja jest oczywiście mrzonką. Chociaż ogólny efekt zastrzyku funduszy unijnych jest pozytywny, to naiwne jest liczenie, że zapewnią nam one skok cywilizacyjny. Spore ilości już wchłoniętych przez Polskę euro nie spowodowały trwałego spadku poziomu bezrobocia czy jakościowych zmian na rynkach produkcji bądź usług. Nadal jesteśmy w dużej mierze tanimi podwykonawcami dla zachodnich koncernów, a rodzima myśl naukowa i zdecydowany wzrost kwalifikacji obywateli to nasiona, które padają na wyjątkowo nieurodzajny grunt zapóźnionej polskiej gospodarki.
Dobroczynny wpływ Brukseli i żółwio powolne nadganianie przez Polskę szybko obniżających się zachodnich standardów życia nie powinny nas uśpić. Rozwiejmy wątpliwości: fundusze europejskie nie są wystarczającą dźwignią do trwałych, strukturalnych zmian w tym kraju. Może się okazać, że za dziesięć lat o tej porze – gdy ostatnie firmy będą zamykały swoje niegdyś intratne fabryki w specjalnych strefach ekonomicznych, uszczęśliwiając równie wysoko wykwalifikowanych, lecz wiele tańszych Ukraińców – Polska wcale nie będzie bogata. Co więcej, wcale nie musi też być krajem nudnym. Spiętrzenie problemów pokolenia czterdziestolatków z wyżu demograficznego oraz frustracja wywołana utrwaleniem przez system edukacji antymerytokratycznych, klasowych reguł dziedziczenia statusu społecznego mogą zaowocować kryzysem, którym nie będą potrafiły zarządzić nawet najtęższe głowy.
Sposób przejścia przez trudną cezurę roku 2020 może mieć trwały wpływ na pomyślność naszego kraju. Przy radykalnie zmniejszonym strumieniu środków europejskich oraz nieuchronnym porzucaniu Polski przez kapitał zagraniczny na rzecz państw o tańszej sile roboczej, znajdziemy się w strefie zagrożenia dryfem cywilizacyjnym. Czy tego chcemy czy nie, nasze państwo musi znaleźć na siebie pomysł, gdyż dotychczasowemu zbliża się termin ważności. U tego progu zmierzymy się z nowymi zagrożeniami i będziemy mieli okazję wykorzystać nasze szanse.
***
Nie jesteśmy pozbawieni atutów. Mamy coraz lepiej wykwalifikowanych pracowników, co jest w dużej mierze sukcesem polskich nauczycieli. Ten potencjał, choć nierównomiernie rozłożony, jest obecny w wielu regionach kraju, czekając na bardziej sprzyjające otoczenie rynkowe. W kolejnych latach będziemy notować wzrost gospodarczy – nie bardzo wysoki, lecz wyższy od przewidywań analityków, co będzie efektem lepszego wykorzystywania potencjału produkcji w okresie koniunktury oraz chęci do pracy i aspiracji popytowych. Luka popytowa, której istnienie bezsprzecznie udowodnił ostatnio w swoim raporcie NBP, będzie nieco maleć.
To wszystko, jak również dopływ środków z Brukseli i nieco bardziej zdroworozsądkowe podejście do kwestii deficytu i jego źródeł, sprawi, że będziemy mieli do czynienia z pewną gospodarczą konwergencją (zbliżaniem się) do poziomu „starej Unii”. Nie bez znaczenia będzie specyficzna pozycja naszego „starszego brata” – Niemiec, wykorzystujących na swoją korzyść pokryzysowy model zarządzania gospodarczego Wspólnotą, w którym przypadnie nam rola pomocnego kooperanta. Bez względu na przyczyny tego stanu rzeczy i jego szersze konsekwencje, jest to okoliczność sprzyjająca. Procentować będzie także, nieco dziwaczny z perspektywy ulicy, wizerunek Polski jako kraju coraz bardziej zachodniego, liberalnego, nie sprawiającego większych kłopotów.
Wymienione atuty będą niestety równoważone przez coraz większy cień problemu demograficznego. Ten zaś wyrasta w wielkiej mierze z pogłębiających się różnic w szansach życiowych w ramach jednego społeczeństwa. Ekonomiczny aspekt zapomnienia o wielkiej części kraju jest oczywisty – niewykorzystanie potencjałów ludzkich odbywa się kosztem obecnych i przyszłych pokoleń. Dla wielu wyjazd na Wyspy był nie tyle życiową okazją, co wręcz koniecznością. Przy chronicznie wysokim bezrobociu trudno namawiać te półtora miliona rodaków do powrotu. Ale nie jest też tak, że jedynym powodem wyjazdów na Zachód jest nadzieja na wyższe zarobki. Od wieków tam żyło się lepiej niż tu.
Słabość więzi wspólnotowych powoduje, że pomimo nawyków i przywiązania do ojczystej kultury, wielu Polaków z miejscem urodzenia nie łączy zbyt wiele – a przynajmniej zbyt mało, aby myśleli o powrocie. Trudno o wspólnotę w kraju, w którym hasło „Powinniśmy sobie pomagać” kojarzone jest z totalitaryzmem. Niełatwo uwierzyć, że zapomniane miejscowości i całe regiony doczekają lepszego jutra, skoro nikt nawet nie sili się na takie obietnice. W obliczu rosnącego indywidualizmu brak społecznego spoiwa jest coraz bardziej dotkliwy – nawet emocje przeżywane medialnie stają się wspólnymi doświadczeniami coraz mniejszych grup. To puste miejsce coraz śmielej zajmuje frustracja i narzekanie na państwo i rodaków.
Powyższe obserwacje, nawet tak powierzchowne, mogą stać się wskazówką przy rozważaniu wyzwania roku 2020. Wymaga ono aktywności wielu stron: rządzących, przedsiębiorców i zwykłych Polaków. Jest ono jednocześnie doniosłe, jak i w zasięgu naszych możliwości. Wystarczy złagodzenie gwałtowności procesów demograficznych, a spadek liczby rąk do pracy nie stanie się narodową katastrofą dzięki wzrostowi gospodarczemu.
Zawarta w pierwszym akapicie tego tekstu obietnica lepszej przyszłości, choć naiwna i przesadzona, nie jest pozbawiona elementów racjonalności. Niedopowiedzianym warunkiem jej spełnienia jest niezakłócanie status quo, prezentowanego jako rządy „spokoju” czy też „technokratyczne”, oferujące krzepiącą wizję Polski w budowie. Sen o wykuwanym pracą organiczną sukcesie może się ziścić, jeżeli tylko zwykli ludzie będą robić to, co dotychczas – wstawać wcześnie rano i harować.
Jest to wizja podejrzanie wygodna z punktu widzenia obecnego rządu oraz środowisk biznesowych, ale, powtórzmy, niepozbawiona racjonalnych podstaw. Niestety, w zderzeniu z rzeczywistością przyszłej dekady niechybnie się rozsypie, ponieważ w trójkącie rządzący-biznes-Polacy ci ostatni co najwyżej milcząco akceptują układ sił. Tymczasem progu roku 2020 nie da się z sukcesem pokonać bez prawdziwej umowy społecznej, żywo popieranej przez wszystkie strony. Same nawoływania nie przekonają rodaków do wytężonego wysiłku demograficznego w tak niekorzystnych dla większości z nich warunkach i bez wiarygodnej obietnicy lepszego, bardziej sprawiedliwego jutra. A bez owego wysiłku już wkrótce jako wspólnota będziemy biec dwa razy większym wysiłkiem – i dwa razy wolniej.
przez dr Rafał Bakalarczyk | sobota 14 grudnia 2013 | opinie
Niedawno przez Sejm i zarazem całą debatę publiczną przeszła burza wokół referendum w sprawie obniżenia wieku szkolnego do lat 6. Skala poruszenia tą „reformą” jest doprawdy zdumiewająca, zwłaszcza że obecna władza ma na koncie wiele bardziej znaczących działań (oraz zaniechań) z punktu widzenia funkcjonowania polskiej szkoły, nie mówiąc o innych obszarach polityki publicznej. Ponadto posunięcie to jest wprowadzeniem tego, co funkcjonuje już w wielu innych krajach, i gdyby wynurzyć głowę poza polskie rozgorączkowanie wokół tej sprawy, wówczas ta wysoka temperatura okazałaby się dość kuriozalna. Stało się jednak inaczej.
Myślę, że tego fenomenu nie można sprowadzić wyłącznie do nieudolnego PR-owo i chaotycznego przeprowadzania reformy przez rząd z jednej strony, a z drugiej do brawurowej i godnej uznania sprawności mobilizacyjnej i organizacyjnej państwa Elbanowskich oraz grupy aktywistów, którym udało się w tej sprawie narzucić ton debacie publicznej. Wydaje się, że stosowana tu retoryka musiała trafić na głębsze podłoże. Głębsze także niż dość szeroko zakrojone niezadowolenie i znużenie rządami PO, co wszak motywowałoby do sprzeciwu pod byle pretekstem. Wydaje się, że w „ratowanie maluchów” włączyła się również część tych, którzy nie są organicznymi wrogami Donalda Tuska i z czystej przekory powiedzą mu: veto. Wręcz przeciwnie, wśród twarzy ruchu byli głównie celebryci i ludzie sukcesu, a jego bazę społeczną stanowili w niemałej mierze przedstawiciele klasy średniej, więc raczej grupy będącej dotąd sprzymierzeńcem, a nawet trzonem elektoratu PO. Choć oczywiście struktura postaw w sprawie „sześciolatków” wykroczyła poza krzepnące w Polsce granice klasowo-statusowe, a także socjopolityczne podziały, w tym i dotychczasowe preferencje partyjne. Jest to tyleż socjologicznie intrygujące, co politycznie niekorzystne. Wydaje się, że sprawa wywołała podziały między środowiskami, które mogłyby stworzyć wspólny front w znacznie ważniejszej sprawie – w dążeniu do bardziej inkluzywnej i równościowej edukacji.
Masowy społeczny zryw – wyrażony między innymi liczbą zebranych podpisów w imię „ratowania maluchów” – naprowadza na znany nie tylko z polskiego podwórka trop wewnętrznej kolonizacji przez warstwy, których świadomość, interesy i preferencje uzyskują hegemonię i w sposób miękki zaszczepiają określone postawy pozostałym grupom. W istocie retoryka, którą od początku posługują się autorzy akcji „Ratuj Maluchy”, wyraża „źle” rozumianą perspektywę korzyści przedstawicieli klasy średniej i ich rodzin. Dlaczego uważam, że „źle” – napiszę dalej. W tym miejscu warto zatrzymać się nad faktem, że autorzy występowali w obronie maluchów ogółem (mimo iż nie wszyscy rodzice – także z klasy średniej – podzielali ich obawy co do posłania swoich pociech do szkół w młodszych wieku), a tymczasem kryło się pod tym mniej lub bardziej uświadomione reprezentowanie interesów dziecka zadbanego, wyposażonego w domu w odpowiedni kapitał kulturowy i materialny, żyjącego w warunkach ekonomicznego i emocjonalnego bezpieczeństwa. Dziecka, którego rodziców stać, aby posłać je do przedszkola albo zapewnić mu prywatną domową opiekę i wychowanie, albo też jedno z nich może pozwolić sobie na rezygnację z pracy bez ryzyka popadnięcia całej rodziny w ubóstwo. Ale takich dzieci jest tylko pewna część, zaś pozostali nie mają tak łatwej sytuacji. Chodzi więc o całą rzeszę dzieci, które mają mniej korzystny start, w tym o te żyjące de facto na społecznym marginesie. Czy i w ich przypadku szkoła – nawet niedoskonała – jest miejscem, przed którym mamy je ratować?
Dla takich dzieci znalezienie się w otoczeniu innym niż to domowe czy podwórkowe jest szansą na wyrównanie deficytów środowiskowych, nabycie kompetencji społecznych i rozwojowych, jakich nie dostarcza otoczenie, w którym się wychowują. Wiem, że mówię o szansie, a nie o gwarancji. Jednak aby ta szansa mogła przekształcić się w realną zmianę, w proces przygotowania na to wyzwanie polskiej rzeczywistości edukacyjnej trzeba włożyć wiele wysiłku, wykraczając poza szkołę, a obejmując także kanały edukacji nieformalnej i pedagogiki społecznej. Z pewnością nie przysłuży się temu jak najdłuższe pozostawanie dzieci poza środowiskiem szkolnym.
Oczywiście to wyrównywanie szans i kompensowanie deficytów może dokonywać się nie tylko w ramach szkoły, ale także w przedszkolach, na które nałożone są zarówno zadania opiekuńcze, jak i edukacyjne oraz wychowawcze. Jednak póki co edukacja przedszkolna nie jest, wskutek wieloletnich zaniedbań, upowszechniona wśród dzieci młodszych. Również obecny rząd zbyt długo zwlekał z wprowadzeniem dotacji dla samorządów na ten cel, ale cóż – lepiej późno niż wcale. W tym kontekście należy również pamiętać, że obniżenie wieku szkolnego o rok niejako uwalnia w placówkach przedszkolnych miejsca dla młodszych dzieci. To właśnie patrząc z tej perspektywy – przesunięcia w dół momentu, w którym rodzina z dzieckiem otrzymuje instytucjonalne wsparcie opiekuńczo-wychowawcze – reforma „sześciolatków” ma jeszcze więcej zalet.
Dzieci z rodzin defaworyzowanych zazwyczaj jednak nie mają społecznego rzecznika swoich interesów i praw pod postacią aktywnych rodziców i przez nich powoływanych ruchów społecznych. Ekstrapolowanie przez pewną część klasy średniej własnego interesu na całe społeczeństwo i przedstawienie go jako uniwersalnego, wydaje mi się niewłaściwym, szczególnie gdy grupy słabe, które na tym tracą, nie są w stanie postawić votum separatum. Napisałem wcześniej, że stoi za tym fałszywie rozumiany interes klasowy. Owa fałszywość polega na tym, że opóźnienie czy ograniczanie powszechnej integracji dzieci o odmiennym statusie społecznym szkodzi wszystkim. Także tym z warstw uprzywilejowanych. W interesie wszystkich powinna być bowiem integracja – spotkanie z dziećmi o innych doświadczeniach życiowych, odmiennych środowiskowych i biomedycznych możliwościach rozwojowych. Dopiero zetknięcie się z innymi osobami ułatwi w przyszłości budowanie więzi, rozwiązywanie trudnych sytuacji konfliktowych oraz uczyni życie społecznie i duchowo bogatszym. Im wcześniej w procesie socjalizacji dziecka to nastąpi, tym lepiej.
Oczywiście polska oświata nie jest wolna od innych, znacznie wyraźniejszych mechanizmów prowadzących do segregacji i izolacji różnych grup. Wymienić tu można choćby rozwój szkół prywatnych i nauczanie w nich od wczesnych etapów kształcenia, rozluźnienie zasad rejonizacji pozwalające sprytniejszym rodzicom wybierać lepsze placówki, segregacje wewnątrzszkolne w przydziale do oddziałów klasowych itp. Procesom tym towarzyszy niepokój w związku z odnalezieniem się dziecka w przypadkowo dobranym otoczeniu rówieśniczym w ramach szkoły publicznej. Z tych lęków rodzą się konkretne postawy – albo zwrócenie się ku podmiotom prywatnym, albo z kolei ku temu, co rodzinne. Wydaje się więc, że właśnie ta „familizacja” indywidualistycznej strategii wycofania przed zetknięciem się z rzeczywistością szkoły publicznej jest źródłem tego, iż sprzedaje się ona tak dobrze w publicznej debacie. Przecież nie chodzi o egoizm jednostki, a o dobro rodziny. Czyż nie brzmi to lepiej?
Kilka miesięcy temu zarówno w prasie mainstreamowej, jak i w opracowaniach eksperckich można było znaleźć szereg artykułów przekonujących o wartości i rosnącej popularności edukacji domowej. Równolegle jesteśmy bombardowani informacjami o tym, jak bardzo szkoła psuje uczniów i ile zagrożeń niesie z sobą. Przypomnijmy choćby opublikowany 1 września br. tekst w „Rzeczpospolitej” pt. „Polska szkoła niszczy ucznia”, poświęcony problemom psychicznym młodzieży. Artykuł opierał się na niezweryfikowanym przeświadczeniu, że akurat funkcjonowanie szkoły jest źródłem owych problemów, zaś w katalogu potencjalnych przyczyn pominięto czynniki leżące poza nią – coraz mniej stabilne relacje rodzinne i warunki bytowe, drapieżną i alienującą sferę konsumpcji, demontaż pozaszkolnych instytucji kultury i uczestnictwa etc. Nie przeczę, że to, jak działa szkoła – w niemałej mierze powielająca wymienione zewnętrzne trendy – również dokłada swoją cegiełkę, jednak fakt, że uwaga skupiła się od razu na niej, a nie na rynkowych i rodzinnych stosunkach społecznych, jest symptomatyczny. Budowanie wyidealizowanego obrazu rodziny i kontrastowanie go z pokazaną wyłącznie w czarnych barwach szkołą nie służy właściwemu postawieniu diagnozy, a tym bardziej naprawie bieżącego stanu rzeczy. Potrzebna jest raczej kooperacja rodziny, szkoły i innych instytucji lokalnych, a nie ich przeciwstawianie, jak to się aktualnie czyni.
Sprawa ma jednak szersze tło. Ukazuje bowiem skłonność do eskapizmu w obliczu narastających kwestii społecznych i wyzwań, z którymi skutecznie możemy mierzyć się wyłącznie zbiorowo. Gdy widzimy, że coś w domenie publicznej szwankuje, zamiast to naprawić, przyjmujemy postawę „ratuj się kto może” i jeśli mamy możliwość ucieczki w bezpieczniejszą i bardziej komfortową prywatność, z chęcią to czynimy. Nie dotyczy to tylko szkoły, ale także szeregu innych obszarów, od transportu przez służbę zdrowia po osobiste relacje międzyludzkie. Nie podoba nam się publiczna opieka zdrowotna – uciekamy (jeśli mamy za co) do prywatnej, nie pasuje nam coś w danej relacji – łatwo ją kończymy, zamiast nad nią trochę popracować. Nie radzimy sobie z rzeczywistością, to nie zmieniamy jej, lecz po prostu oddzielamy się od niej. Z pewnością wielu aktorów społecznych oraz ich zachowania wymykają się temu schematowi, jednak wydaje się, że powyższy obraz oddaje pewne tendencje mentalne i behawioralne w ponowoczesnym społeczeństwie konsumpcyjnym. Zamiast – jak dawniej – pracować wspólnie nad tym, co mamy, wolimy zmienić to na coś innego. Tak kształtuje się i hartuje społeczeństwo pełne anomii i neurotyczne, bezradne wobec wyzwań.
Jest to zarazem strategia całkowicie destrukcyjna. Działa bowiem jak samospełniające się proroctwo. Im bardziej powszechny exodus najsilniejszych, tym mniejsza możliwość zmieniania rzeczywistości, która nam zgrzyta. A wówczas problemy narastają. Po drugie strategia ucieczki jest możliwa tylko dla wybranych. Część nie ma gdzie uciec. Jest też jeszcze jeden niepokojący aspekt sprawy. Otóż narzucenie dyskursu potępiającego w czambuł usługi publiczne stawia tych, którzy widzą ich wartość, w pozycji defensywnej. Od paru lat działam w szeregu różnych projektów i inicjatyw, których tło stanowi misja ochrony sfery publicznej przed neoliberalną ofensywą, ekspansją mechanizmów i ideologii rynkowych do domeny publicznej. Koncentrując się z konieczności na powstrzymywaniu komercjalizacji, nieraz brakuje czasu i energii na działalność w kierunku poprawy jakości usługi publicznych, przezwyciężania ich ograniczeń i słabości, wśród których nie wszystkie wynikają z tego, że mamy za dużo rynku. Docelowo prawdziwym celem aktywności środowisk, którym bliska jest idea dobra wspólnego, powinna być nie tyle obrona publicznej edukacji czy służby zdrowia, co ich rozwój i modernizacja.
Marzy mi się taka debata o edukacji, gdzie w centrum rozważań nie będzie zagadnień dotyczących ochrony tej dziedziny przed destrukcją, lecz pytania innego rodzaju. Aby spór ogniskował się wokół tego, jakie zadania powinna spełniać szkoła i jak można je najskuteczniej realizować. Czy szkoła ma tylko funkcje dydaktyczne? Czy również wychowawcze i opiekuńcze? A także kompensacyjne, integrujące, wyrównawcze i emancypacyjne? Jak je w praktyce rozumieć i jak zapewnić im harmonijną realizację?
Niestety dyskusja wokół sześciolatków w nieznacznym stopniu popchnęła nas do przodu, co zresztą było naturalną konsekwencją przyjętego przedmiotu owego gorącego sporu. Niemniej tak jak daleki jestem od popierania tez o potrzebie ratowania maluchów przed szkołą, tak samo nie skłaniam się do przekonania, że wprowadzenie sześciolatków do szkół – samo w sobie, bez dodatkowych działań – w diametralny sposób wyrówna szanse rozwojowe. Może to być co najwyżej element szerszej strategii na rzecz bardziej równościowej edukacji, ale z pewnością nie jej trzon. Równie ważne są bowiem inicjatywy takie jak znoszenie wszelkiej segregacji w dostępnie do szkół i oddziałów klasowych, prowadzenie działań wyrównawczych i włączających dla dzieci o trudniejszym starcie ze względu na pochodzenie czy specjalne potrzeby edukacyjne, bardziej dostępny i mniej stygmatyzujący system wsparcia socjalnego i opiekuńczego uczniów. Mimo że na linii walki o sześciolatki jestem raczej po stronie rządowej, apelowałbym o unikanie traktowania przesunięcia granicy wieku jako wystarczającego instrumentu na rzecz wyrównywania szans. Ten sam błąd popełnia się nieraz w myśleniu o edukacji integracyjnej, tak jakby wystarczyło w odpowiednim miejscu i czasie wymieszać z sobą dzieci i integracja harmonijnie będzie się toczyć. Otóż nie, nie będzie. Od samego mieszania herbata nie zrobi się słodsza.
Wokół problemów polskiej edukacji potrzeba zdecydowanie szerszej debaty na różnych poziomach. Od ogólnego – na temat funkcji szkoły, po bardzo szczegółowe – związane z ich realizacją. Marzę o tym, abyśmy w tych sprawach rozmawiali z przynajmniej takim samym zaangażowaniem, jak w związku z „ratowaniem sześciolatków”.
przez Jarosław Górski | piątek 6 grudnia 2013 | opinie
Sześćdziesiąta rocznica śmierci Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, poety nie tylko niezwykle sprawnego i oryginalnego, ale też jednego z wcale niewielu takich, którzy zdobyli serca i wyobraźnię bardzo szerokiej publiczności, będzie z pewnością okazją do przypominania raczej jego życiowych łamańców i zawirowań niż poezji. O poezji w ogóle niewiele się we współczesnych mediach mówi, a czasy, kiedy czytelnicy codziennych i cotygodniowych gazet rozpoczynali lekturę od poszukiwania wiersza ulubionego poety – na przykład właśnie Gałczyńskiego – już nie powrócą.
Chętnie się za to grzebie w biografii, wyciągając z niej elementy skandaliczne i płaskie, dopasowując wybitne postaci do wypalonego żywym żelazem w umysłach dzisiejszych odbiorców wzorca współczesnego celebryty. Publiczność także poddaje takie postaci politycznej i agenturalnej lustracji, a akurat Gałczyński, jako że zdarzyło mu się i w faszystowskim, i w komunistycznym łajnie przyzwoicie unurzać, nadaje się do takich operacji jak nikt inny. Ale ponieważ Gałczyńskiego przelustrowano już w tę i nazad setki razy, ponieważ jego pijackie, erotyczne i towarzyskie awantury także przewałkowano, ja na rocznicę jego śmierci poczytam sobie mało dziś pamiętany, a – jak sądzę – całkiem smakowity jego młodzieńczy (z 1928 r.) poemacik „Koniec świata. Wizje świętego Ildefonsa czyli satyra na wszechświat”.
Jak często u młodego Gałczyńskiego leciutki, przegadany, zagracony językowymi bibelotami, ornamentami, pełen groteskowej ezoteryki i dziwacznych imion, dźwięczący gimnazjalną łaciną przetykaną włoszczyzną. Oto na bolońskiej (Bolonia-Polonia, tu podobieństwo brzmień może być całkiem nieprzypadkowe) akademii astronom Pandafilanda wyliczył z biegu gwiazd, że za godzinę nastąpi koniec Ziemi, a może całego Kosmosu. Katastroficzna wizja naukowca-profety zostaje natychmiast zakrzyczana i odrzucona przez jego oświeconych kolegów, a on sam obrzucony obelgami i poddany środowiskowemu ostracyzmowi jako zdrajca oświeceniowych ideałów:
Skandal i granda!
On tu nas chciał omamić,
nabujać, skorrumpować,
zaidiotyfikować!
Poczekaj pan: kłamstwo plami,
nikt z czoła ci hańby nie zdejmie!
To mówiąc wyszli, stuknąwszy pulpitami,
jak w polskim sejmie.
Sytuacja znamienna i wiele mówiąca o tym, jak młody poeta postrzegał porządki i hierarchie tego świata. Pandafilanda to szarlatan, który musi ulec przemocy nudnych i aroganckich oświeconych mądrali.
Słowo o szarlatanach
Kwestia szarlatańska jest w twórczości Gałczyńskiego kluczowa. Oczywiście szarlatan w znaczeniu nadawanym temu słowu przez młodego poetę (np. w wierszach „Ulica szarlatanów” czy „Kryzys w branży szarlatanów”) to nie oszust wykorzystujący ciemnotę i naiwność gawiedzi dla zbijania majątku, ale wizjoner, może poeta, może mędrzec, a może tylko sprzedawca zapomnianych idei i magicznych mikstur (ocet siedmiu złodziei i babiloński kleik i poudre de pourlimpimpim), wiedzący więcej i przenikający spojrzeniem świat głębiej niż publika zwiedziona mirażem oświeceniowej pewności. A może także i oszust, ale taki, który wie doskonale, że istnieją wartości większe i wspanialsze niż banalna prawda i że prawdą nie należy się przejmować, kiedy zawadza ona marzeniom.
Oszust w rodzaju – skorzystam z okazji, by przypomnieć tę kolorową postać – nieszczęsnego kartografa-fantasty Józefa Michała Bazewicza (postaci autentycznej, zresztą spotykanej przez Gałczyńskiego w Małej Ziemiańskiej), który kochał kreślenie map i uważał, że niedostatki wiedzy geograficznej znakomicie można uzupełnić fantazją, bo przecież mapa do tego głównie służy, aby można było się w nią godzinami wpatrywać, przeżywać w wyobraźni najwspanialsze przygody i podróże w czasie i przestrzeni. Mapy Bazewicza, piękne, imponujące, cieszyły się ogromnym powodzeniem u publiczności tęskniącej za ogromem i pięknem świata, a przede wszystkim tej jego części, którą zwała ona swoją ojczyzną. Trwało to, dopóki konsylia uczonych geografów nie zakazały udostępniania tych map młodzieży, która przecież nie powinna z rozdziawionymi gębami marzyć i wyrywać się do podróży, ale przygarbiona w skupieniu, rzetelnie studiować izohipsy i izohiety. Bazewicz, barwny motyl uświetniający warszawskie ulice ekstrawaganckim emploi, został więc wraz ze swoją twórczością i barwnością strącony z wyżyn twórczego oszustwa w otchłań zawstydzenia i pospolitości, a młodziutki Gałczyński uczcił go, czyniąc przewodnikiem po infernalnych terytoriach swojego poematu „Piekło polskie” (1926) i lirycznie współczując zdegradowanemu wizjonerowi:
– Ktoś ty? – spytałem. – Jam jest Bazewiczem,
co jeografią na ziemi fałszował,
na ziemi byłem czymś, tu jestem niczem.
Teraz szczebluję do niebiańskich pował,
ale nie dojdę, jak nie doszedł Maron;
in terra doctoreram, tu – konował.
Szarlatana czeka więc sroga kara za to, że przyzwoici obywatele, którzy chcą żyć w świecie monochromatycznym, prostym i przewidywalnym, nie mogą tolerować obok siebie kogoś, kto całym sobą przypomina im, że świat bywa wielobarwny, skomplikowany i zadziwiający, czasem przerażający. Szarlatan fruwa to tu, to tam po świecie, w którym wszystko powinno mieć wytyczony kierunek oraz pęd. I dlatego czeka go dola motyla, którego prędzej czy później przejedzie samochód ciężarowy, a świadkowie tego wydarzenia będą mieli poczucie, że dokonała się sprawiedliwość:
Niepoważny stosunek do życia
figla ci w końcu wypłatał
nadmiar kolorów, brak idei
zawsze się kończą wstydem
i są wekslem bez pokrycia
mój ty Niprzypiąłniprzyłatał! („Na śmierć motyla przejechanego przez ciężarowy samochód” – 1929)
Gałczyński, oczywiście sam szarlatan, zawsze był przejęty losem szarlatanów, tych dziwaków, wariatów, alkoholików i poetów, narzucających się bliźnim z niezrozumiałym przekazem, których wszyscy mają serdecznie dosyć. Zawsze mówił o nich czule, z patosem, tym bardziej, im więcej lekceważenia i wzgardy dostawało im się od otoczenia. Dla poety, pijaka i awanturnika, któremu marnego końca życzyli zgodnie wszyscy bliżsi i dalsi znajomi, przygotował wniebowstąpienie godne świętego:
Zapachniały zefiry,
brzękły potrójne liry,
pierzchnęła tłuszcza.
Serce alkoholowe
unieśli aniołowie
na złotych bluszczach. („Śmierć poety” – 1930)
I zdaje się, że właśnie to przejęcie, to współczucie z szarlatanami aż do szarlatańskiej autoidentyfikacji, to był jeden z powodów tych paskudnych akcesów poety: najpierw do rodzimego faszyzmu, później do rodzimego stalinizmu. Pokrętny jak lot motyla umysł próbował z jednej strony odnaleźć taką autoidentyfikację, która pozwoli mu się w końcu poczuć nieodrębnym, niedziwacznym i najzwyczajniej w świecie silnym. Silnym skoro nie własną krzepą (bo tą przecież motyl-szarlatan pochwalić się nie może), to choćby brutalnością zbiorowości uzbrojonej w ideologię pozwalającą jej zapomnieć o skrupułach i wahaniach. Z drugiej strony – i o tym też warto pamiętać – zarówno polski (i nie tylko polski) faszyzm, jak i polski (i nie tylko polski) stalinizm miały dla szarlatanów, których nikt nie kocha, którzy są zawsze sami,propozycję miłosną, oczywiście oszukańczą, ale jakże inną od tej obojętności i wzgardy, którą obficie raczyły ich oświecone areopagi i mieszczańskie gawiedzi. Szarlatan, choć z awersją do pospolitego, mrówczego wysiłku, do życiowej przezorności i systematyczności, chciał się przecież czuć potrzebny, pożyteczny, sprawczy i chciał wierzyć, że uwodziciel umie go przemienić, wykorzystać dla ogólnego pożytku jego wizjonerstwo, że umie skanalizować jego wałęsanie się, pozbierać rozbiegane myśli i uspokoić rozedrgane nerwy.
Apokalipsa permanentna
Ale wróćmy do Bolonii. Reakcja oświeconych mędrców na zapowiedź końca świata jest znamienna. Oni ani w żaden sposób nie weryfikują ustaleń profety, ani nie kompromitują jego metody, ale zamykają mu usta przemocą autorytetu. Nie próbują nawet spojrzeć na wyliczenia i wykresy, z których Pandafilanda wyciągnął przerażający wniosek, ale – ślepo posłuszni rektorowi Akademii – atakują samo postawienie problemu końca świata. Problemu, który jest z samej swojej istoty nieweryfikowalny (no bo jak metodami naukowymi stwierdzić, że do końca świata w istocie doszło) i nierozwiązywalny, a więc umysły oświeceniowe mogą tylko udawać, że problem nie istnieje, mogą moralnym terrorem i ostracyzmem zniechęcać szarlatanów do wypowiadania kwestii zbyt skomplikowanych. To także wielokrotna obserwacja Gałczyńskiego: kiedy oświeceniowa wyobraźnia, uzurpująca sobie przecież obiektywizm, natrafi na problem, z którym nie jest w stanie sobie poradzić, odwołuje się do autorytetu, do własnego przesądu, sprawę zakrzykuje obelgami miotanymi w tych, których kwestia przejmuje, lub zamiata pod dywan.
Tymczasem mija godzina i koniec świata przychodzi do Bolonii tak, jak to przepowiedział uczony szaleniec. Pierwszą plagą zwiastującą zagładę było pękanie luster. Pękały one w domach znamienitych obywateli miasta i to w taki sposób, że przeglądający się w nich nie rozumieli, że to lustra są popękane. Spojrzenie w pęknięte zwierciadło daje doskonałą iluzję własnej twarzy, która wydaje się pęknięta na dwoje. Ale może to nie jest iluzja? Może plaga polega właśnie na tym, że dotknięte nią lustra pozwalają spokojnym dotąd i pewnym własnej integralności obywatelom dostrzec to, że w istocie są rozcięci, rozdwojeni, że ich spójność, jedność ducha i materii, intencji i czynu była tylko złudzeniem, które właśnie zostało zdemaskowane.
Świat rozdwojonych ludzi opuszczają wartości, wzorce i punkty odniesienia, których bezkompromisowa jednoznaczność nie ma już tutaj racji bytu:
Więc widząc, co się święci,
z kościołów uciekli święci,
salwując się fugą niepiękną,jak lustra nie chcieli pęknąć.
Uniosły się trwożnie do góry
ładne gliniane figury
i poleciały do nieba.Nie ma świętych, gdy potrzeba.
Świat od tej pory pozbawiony będzie jakiejkolwiek hierarchii, jakiegokolwiek porządku, bo nie będzie miary, która pozwoliłaby odróżnić kosmos od chaosu. Skoro każdy postrzegający podmiot ma samoświadomość niespójności i rozszczepienia oraz świadomość umowności wszystkiego, co bezwzględne, postrzegany świat będzie teraz zupełnie nieprzewidywalny:
Koty, motyle i drzewa
tańczyły ze zgrozy w kółko,
skrzydła siwiały jaskółkom,
widziano krew na kamieniach.
Widziano, jak nawet rektor
ze strachu spuszczał zasłony
i płakał, jak narodzony,
a przecież nie był bylekto.
Oczywiście władze reprezentujące dawne hierarchie, w które już nikt nie wierzy, siłą inercji będą jeszcze próbowały na powrót wprowadzić porządek do świata pogrążającego się w upadku. Jeszcze policja będzie tłukła pałkami tłumy przerażone i zadziwione dokonującą się apokalipsą. Oczywiście wszelkie próby zahamowania chaosu powodują jeszcze większy rozgardiasz, uspokajanie sytuacji na siłę tylko wzmaga strach tłumów. Biczownicy próbujący wymodlić i na własnych plecach wykaleczyć odwleczenie upadku wzmagają tylko apokaliptyczną atmosferę, przybliżają nieuchronny koniec. Król, który przyzwyczaił się, że przy pomocy wydawanych telefonicznie poleceń może wpływać na bieg rzeczy i kształtować świat wedle własnej woli, próbuje teraz wydzwonić cofnięcie nieuchronnego, nie rozumiejąc, że przewody telefoniczne także pogrążyły się w chaosie i łączą zupełnie przypadkowych rozmówców. A więc, jak to często bywało w nie tylko greckich mitach, przepowiedzianą katastrofę przybliżają próby jej zapobieżenia. I jak to właśnie bywa w historii, wszelkie próby zapobieżenia przemianom powodują, że przemiany zaczynają lawinowo narastać. Konserwatyzm prowokuje rewolucję i sam staje się rewolucyjny, bo wszelkie próby cofnięcia zmian, które już nastąpiły, powodują erozję jakiegokolwiek porządku.
A groteskowość (groteska to przecież także element chaotyczny – to zaprzeczenie decorum estetycznych i etycznych przyzwyczajeń i przesądów) apokaliptycznego zamętu potęguje zachowanie obywateli Bolonii, którzy wbrew wszystkiemu starają się żyć tak jak dotąd, rzetelnie spełniać swoje obowiązki, być lojalnymi wobec wartości, które już upadły:
A za wojskiem, zgarbiony,
dziobaty, zamyślony,
w okularach, z miotełką
szedł towarzysz Mydełko;i miotełką z wikliny
czyścił ostatnie szyny,
i coś mruczał pod nosem,
jakieś tam słowa krztusił:
– Kosmos, panie, Kosmosem,
a porządek być musi.
Ale w rozpadającej się Bolonii istnieje także grupa ludzi, na których apokaliptyczny zamęt ani nie robi wrażenia, ani nie skłania ich do żadnej zmiany. Ci, którzy dotychczas nie wierzyli w Boga, mówią: Strachy na lachy! Na nich nie może zrobić wrażenia ucieczka świętych z kościoła, bo oni przecież widzieli umowność i konwencjonalność świętości. I jeszcze studenci witający zagładę starego świata z zabawą i radością:
Tylko weseli studenci
do strachu nie mieli chęci:
w tawernach winem obrosłych
kochankom pisali akrostych,
a co wstydliwsze kochanki
przez wina dzikiego listek
całowali w same usta.
Ładnie! ginie wszechświat wszystek,
a tutaj, panie, rozpusta.
Bo również konkretne zdrożności
przerabiali obustronne
i pili, kanalie, koniak,
i śpiewali,
i na gitarach brzdąkali:
„Evviva Bologna,
citta delie belledonne!”
Studenci to przecież motyle, lekkoduchy i szarlatani, zawsze żyjący poza ustalonym porządkiem i na marginesie porządnego świata. Żyjący życiem nie zawsze beztroskim, ale zawsze nieprzewidywalnym, którego kierunek i pęd nie został jeszcze wyznaczony. Studenci mogą się bawić, bo dla nich koniec świata nie jest niczym nadzwyczajnym. Oni na co dzień żyją w chaosie, więc zmiany albo nie zauważą, albo przywitają ją triumfalną pieśnią, bo ona niejako legalizuje ich wcześniej wyklinany sposób życia i widzenia rzeczywistości.
Polityka apokaliptyczna
Koniec świata, który nadszedł zgodnie z zapowiedzią, okazał się stanem permanentnym. Świat, co prawda,
jak łódź bez steru,
jak potworny kadłub „Tytanika”
zatonął w odmętach eteru.
Jednak nie oznacza to, że w tym momencie przestało istnieć cokolwiek. Otóż końcem świata okazał się właśnie chaos wywołany przez tego końca zapowiedź. Gałczyński opowiedział taką wizję szczególnie okrutną, w której świat ginie, ma świadomość ginięcia, a jednocześnie trwa. Jest to wizja z najstraszniejszych koszmarów ludzi, którzy raczej boją się nie tyle śmierci, która jest albo końcem wszystkiego, albo początkiem nowego porządku, lecz samego umierania, boją się właśnie strachu. Koniec świata jako stan, który się właściwie nie kończy, ale trwa, przenikając ludzkość świadomością nietrwałości i ulotności czegokolwiek.
I znów rzecz znamienna. Kiedy do wszystkich już doszło, że świat, taki jaki był, nawet nie tyle skazany jest na zagładę, co w rzeczy samej już tej zagładzie uległ (Ale kiedy bieg planet stał się krzywolinijny), obywatele Bolonii organizują przeciwko temu faktowi wiec protestacyjny. Znów wydarzenie groteskowe, bo protestować przeciw temu, co już nastąpiło, buntować się przeciwko mleku, które się rozlało, to z jednej strony niezwykle ludzkie, z drugiej zaś po prostu głupie. Jednak wiec świetnie oddaje apokaliptyczne zapętlenie: jest równocześnie i wyraz niezgody przeciwko upadkowi wszechświatowego ładu, i efekt tego upadku, bo przecież dokąd porządek istniał, protest był właśnie wprowadzaniem weń chaosu. Wszelki protest burzył porządek. A teraz protestuje się, paradoksalnie, w obronie porządku, co oczywiście ma taki efekt, że porządek tym bardziej się burzy. Antychaotyczny protest jest tak samo wszechogarniający jak chaos:
Wszyscy w nim udział wzięli:
mniejsi, więksi i mali,
czarni, żółci i biali,
parlamentarni mówce,
krawcy i brzuchomówce,
Szatani i Anieli.
A jeszcze komedianci,
a jeszcze policjanci,
i księża, i rabini,
siła, siła narodu.
A na czele pochodu
jechał rektor na świni;[…]Na samym końcu pochodu
szły pojednaczki narodów:
Międzynarodówki:
I, II i III,
IV, V i VI,
i VII!!!
Opis zgodnej manifestacji wszelkich sił społecznych i politycznych jest oczywiście znowu przewrotny, bo mimo zgodności haseł ukazuje kompletne rozbicie tych sił. Podziałów jest tak dużo, że właściwie nikt nie może czuć wspólnoty z nikim. Międzynarodówki – pojednaczki narodów – nikogo i niczego oczywiście nie jednają, bo same zdolne są tylko do kolejnych podziałów. To u Gałczyńskiego zresztą częsty motyw: całkowity rozpad wspólnoty na niezliczone polityczne i ideologiczne frakcje, z których każda zresztą głosi postulat całkowitej jedności. Świat w trakcie apokalipsy tak ma właśnie wyglądać, że skoro politykować wolno każdemu, polityczne podziały wnikną w każdą ludzką relację, każdą zatrują i zniszczą. Tak jak w niezwykle smakowitym, a niesłusznie zapomnianym wierszu, który warto przypomnieć, choćby z tego powodu, że i dzisiejszy czytelnik może się w nim odnaleźć:
RODZINKA
(żywy obraz propagandowo-przedwyborczy)
Ojciec w Szpicbródki poszedł ślady
lub, gdy o ważny zamach szło,
z bombami szedł na ambasady
sowieckie (tss!)… i PKO…
Zrównoważony facet. W domu
siedzi w niedzielę, trąbi czystą;
choć jest prezesem Ispołkomu
Paneuropejskich anarchistów.
Mama endeczka, hallerandka,
czterdzieści lat… katorgi carskie;
a dziś „Dla P. T. Korporantów
sklepik z deklami na Rymarskiej”.
Mama jest młodych drogowskazem,
wiadomo: Naród, Ziemia, Głębia:
lecz dobrze, kiedy jednak razem
forsa z ideą się zazębia.
A to rodzeństwo: Otóż bratek,
Olderman „Pterodaktylonii”
na „Macierz szkolną” robi „kwiatek”,
a na Rząd mówi: „ci masoni!”
Na zew powstaje niezmożony,
gdy trzeba zrobić judenhecę.
A nocą pisze felietony
i do „Gazetki”, i „ABC”.
Siostra jest panną (mój Ty Boże…),
zna stenografię, bardzo miła,
ale sub rosa trzeba to rzec,
iż troszkę się zrenegaciła:
nie znosi Polski faszystowskiej,
cekawistyczny głosi przełom!
Za to jej zrobił Niedziałkowski
bufet z koncesją w „Ateneum”.
Stryjcio – ludowiec. Sprytny wałkoń.
Zasady trochę ma wzruszone,
bo dziś na przykład jest za Chatką,
a jutro znów za Waleronem.
Wyrzeka na swą chłopską biedę,
przy ludziach ręki nie da bratu.
I skład prowadzi – Widok 7 –
skonfiskowanych makulatur.
*
Ale w niedzielę wszyscy oni –
jak finał w politycznym skeczu –
pełni humoru i harmonii,
choć ideowo sobie przeczą,
po wspólnym lunchu familijnym
(wóda, zagrycha, kwaśne grzybki)
chcą iść zwyczajem tradycyjnym
i… Żydów bić na Nowolipki. (1930)
W „Rodzince” każdy jest fanatycznie przywiązany do swoich ideowych wyborów, które jednocześnie w ogóle nie mają znaczenia dla niczyjego życia, kręcącego się z reguły wokół nędznych interesików. A wobec politycznego chaosu jedynym spoiwem łączącym – niby przecież bliskich sobie – ludzi jest nienawiść do Żydów, a więc obcych, innych, których nienawidzi się właściwie nie wiadomo za co.
Prorok płynnej rzeczywistości
I proszę teraz filologicznych purystów o wybaczenie odległości skojarzenia. Bo chciałbym porównać wizję świata ulegającego rozpadowi w poemacie Gałczyńskiego do takich wizji, które wyłoniły się o dziesięciolecia później, kiedy już było wiadomo, że zagłada może nastąpić nie tylko w profetycznych wyobrażeniach, ale całkiem realnie. Że może być nie tylko następstwem bożego gniewu, ale produktem przemysłowym i efektem inżynierii społecznej. Niech mi będzie wolno zestawić pobłyskujące świecidełkami metafor pajacowanie Gałczyńskiego z surową i oszczędną frazą Tadeusza Różewicza, bo nie o frazę mi tu chodzi, ale o wyobrażenie świata pozbawionego punktów stałych, a przepełnionego elementami, wszystko jedno czy sprawiedliwymi, czy występnymi, poruszającymi się jak plewa, którą wiatr rozmiata, w sposób niedający się przewidzieć.
Spadając uprawiamy nasze ogrody
spadając wychowujemy dzieci
spadając czytamy klasyków
spadając skreślamy przymiotniki
słowo spadanie nie jest
słowem właściwym
nie objaśnia tego ruchu
ciała i duszy
w którym przemija
człowiek współczesny
zbuntowani ludzie
potępione anioły
spadały w dół
człowiek współczesny
spada we wszystkich kierunkach
równocześnie
w dół w górę na boki
na kształt róży wiatrów (Tadeusz Różewicz, „Spadanie” 1963 r.)
Gałczyński mógł przewidywać istnienie takiej rzeczywistości na podstawie przesłanek tak wiotkich jak własne doświadczenie szarlatana, alkoholika i motyla. I tak jak boloński astronom Pandafilanda spotykał się z moralnym terrorem tych, których potrzeba stąpania po twardej ziemi czyniła impregnowanymi na wieści o tym, że świat się rozpada. Różewicz miał już twarde dowody na to, że do rozpadu świata doszło, że nigdy nie będzie on już porządny, zorganizowany horyzontalnie i wertykalnie, z wytyczonymi kierunkami poruszania się. My, czytelnicy dzisiejsi, może już nie potrzebujemy takich poetyckich przewidywań i diagnoz, ponieważ nasze doświadczenie życia w świecie pozbawionym bezwzględnych punktów odniesienia jest już ugruntowane, opisane przez socjologów, nazywających nasze środowisko życiowe „płynną rzeczywistością”, a nawet fizyków dowodzących istnienia ogromnej liczby wymiarów. Żyjemy w świecie, w którym wszystkie wartości są umowne tym bardziej, im bardziej traktowane poważnie czy fanatycznie. W świecie rozwalonym, w którym żyć się nie da, ale przecież jakoś się żyje. Ale może tym bardziej warto przyjrzeć się z podziwem dokumentom fantastycznej intuicji Gałczyńskiego – poety, w błazeńskich strofach przepowiadającego apokalipsę, która nadeszła, i z którą przyszło nam się zmagać.
Skrócona wersja tekstu ukazała się w „Magazynie Literackim Książki” nr 9/2013.
przez Joanna Duda-Gwiazda | czwartek 28 listopada 2013 | opinie
1 września 2009 r. przed hotelem Sheraton stanął Michał Rachoń, mieszkaniec Sopotu, ubrany w gumowy kondom. Angielski napis „Put in” (włóż) policja odczytała „Putin” i aresztowała sprawcę. Czas i miejsce zdarzenia były historyczne. Na sopockim molo Tusk z Putinem w poufnej rozmowie uzgadniali historię II wojny światowej. Sąd nie wiedział, jak ukarać Polaka, który obraził Putina, więc zwrócił się o pomoc prawną do rosyjskiego ministerstwa sprawiedliwości. Rosjanie nie byli zbyt surowi i pan Michał wkrótce wyszedł na wolność. Zapamiętałam to zdarzenie, ponieważ przez moment było hitem medialnym. Przypomniało mi się, gdy na okładce tygodnika „w Sieci” zobaczyłam fotografię Tuska z Putinem pod namiotem na lotnisku w Smoleńsku.
Przed 11 listopada prezydent i premier apelowali, aby zapomnieć o historycznych podziałach i razem cieszyć się niepodległością, ale niemal natychmiast zaprzeczyli własnym słowom. Premier wyjechał do Paryża. Prezydent maszerował z panią Kopacz, która okłamała wszystkich Polaków w sprawie katastrofy z 10 kwietnia 2010 r. Po uroczystościach prezydent niezwłocznie w imieniu wszystkich Polaków przeprosił Rosję za polską budkę spaloną przed ambasadą. Dzień wcześniej, 10 listopada, w miesięcznicę Smoleńska, ambasadę rosyjską odgradzał od ulicy mur ciężkich osłon. Na 11 listopada znikły. Niestety, to mój cyrk i moje małpy. Nie mogę wypisać się z Polski.
Trwa festiwal przeprosin i oskarżeń. Premier zarzucił Jarosławowi Kaczyńskiemu zaszczepienie młodzieży niewłaściwych poglądów. Prezydent Warszawy przeprosiła mieszkańców za zbyt późną delegalizację Marszu Niepodległości. Winni są narodowcy, którzy za długo przemawiali przed wyruszeniem. Głupio wyszło, bo marsz został „rozwiązany” jeszcze przed dojściem do ambasady. Policja przeprasza, że za słabo biła. Winni są organizatorzy, którzy nie aresztowali rozrabiających poza trasą marszu. Winni są też uczestnicy, którzy doszli do Agrykoli, choć prawdę mówiąc, otoczeni watahami policji nie mieli gdzie „rozejść się”. Celebryci przepraszają za spaloną tęczę. Dyżurni politolodzy wzywają naród do wstydu, tym razem „ogólnoświatowego”. Ktoś apelował do Zbigniewa Romaszewskiego, aby przeprosił za poręczenie za „Starucha”. Władze mianowały Starucha na króla polskiego kibolstwa, który wszczyna burdy, żeby handlować narkotykami.
Jedynie ambasador Rosji nie stracił głowy i z subtelnością właściwą rosyjskiej dyplomacji straszył nas, przypominając, że po napaści na Gruzję mniej tam było medialnych ataków na Rosję niż teraz w Polsce. I tak wróciliśmy do praprzyczyny podziału Polaków, czyli śmierci Lecha Kaczyńskiego. Historii nie da się puścić w niepamięć, jak życzy sobie władza i jak apeluje „naród polski umęczony” przez komisję Macierewicza i innych oszołomów. Historia jest dniem dzisiejszym.
11 listopada złożyliśmy kwiaty pod pomnikiem Piłsudskiego we Wrzeszczu. Patrioci polityczni pojechali za Kaczyńskim do Krakowa. Patrioci apolityczni nie opuszczają murów kościoła. Na parady oficjalne nie chodzimy, ponieważ „Nigdy z Budyniem nie będziem w aliansach” (Budyń to nasza gdańska Bufetowa). Wróciliśmy do domu i już do nocy oglądaliśmy telewizję. Prezydent śpiewał: „Nigdy z królami nie będziem w aliansach” i dalej „ten de profundis z ciemnego kurhanu na trąbę wstanie”. A co będzie, kiedy pod pałac prezydencki podejdą smoleńskie brzozy? Leszek Miller ze związkowcami śpiewający „Mury runą” mniej mnie zadziwił. Parę prezydencką w śpiewie wspierali Michał Kamiński i Roman Giertych. Kamiński jeździł do Londynu bronić generała Pinocheta przed ekstradycją i proponował kanonizację generała Franco. Król mógł wrócić do Hiszpanii dopiero po śmierci Franco, więc Kamiński śpiewał szczerze. Roman Giertych jaki jest, każdy widzi. Osierocona Młodzież Wszechpolska maszerowała z narodowcami. Dzielna straż marszu chroniła uczestników przed policją i czarnymi postaciami w białych kominiarkach. Jak na standardy europejskie marsz przebiegł spokojnie.
Wrzawa medialna wokół Marszu Niepodległości przesłoniła śmierć Tadeusza Mazowieckiego, pierwszego premiera niepodległej Polski. TVP przygotowała się do relacjonowania żałoby narodowej ogłoszonej przez prezydenta. Ekipy telewizji w Krakowie i Warszawie przekazywały do studia w Warszawie reakcje ulicy, ale nieliczni przechodnie omijali wywiadowców z mikrofonem. Na rynku w Krakowie wypowiedział się tylko biskup Pieronek. Uniwersytet Warszawski wybrano niefortunnie, ponieważ Mazowiecki studiów nie ukończył i w pamięci się nie zapisał. Kraśko w studiu ratował się sondą telefoniczną. Rozmówcy powtarzali slogany, które dziennikarze zdołali wydusić zaraz po śmierci, kiedy nie wypada źle mówić o zmarłym. Tym prostym sposobem można zbudować fałszywy mit męża stanu i zbawcy ojczyzny. A gdy legenda się zakorzeni, nie ma na nią sposobu. Na pogrzebie Mazowieckiego ktoś stanął z transparentami, co wywołało święte oburzenie. Za tydzień nikt nie będzie o tym pamiętał.
Kto dziś pamięta, że w 1989 r. na demonstracjach skandowano „Lech Wałęsa kupa mięsa”, a potem „Mazowiecki pies sowiecki”. Uważam, że „zasługi obu mężów stanu” dla fatalnych skutków polskiej pierestrojki są równorzędne, choć inaczej rozłożone w czasie. Do 1989 r. Wałęsa osobiście osłabiał związek zawodowy i demolował demokrację. Jeśli „Solidarność” wygrywała, to nie dzięki Wałęsie, ale wbrew Wałęsie. Jego osobistą „zasługą” jest transformacja bojowego, patriotycznego związku zawodowego w parasol ochronny dla antypracowniczej polityki, likwidacji przemysłu i uwłaszczenia nomenklatury. Po 1989 r. pałeczkę przejął rząd Mazowieckiego, który wprowadzał politykę Balcerowicza, likwidował całe gałęzie przemysłu, walczył ze związkami zawodowymi, niszczył archiwa bezpieki, chronił komunistyczną nomenklaturę. Wałęsa w tym czasie pajacował pod żyrandolem i zabezpieczał swoje interesy, np. kradnąc dokumenty. Kompromitował Polskę, ale nie zdołał zapobiec likwidacji baz radzieckich.
Lansowany jest pogląd, że we współczesnym świecie różnica między lewicą a prawicą dotyczy spraw obyczajowych i kulturowych, religii (klękamy przed Bogiem czy przed Tęczą), stosunku do suwerenności i niepodległości państwa narodowego i jego historii. Tradycyjny podział według kryterium interesów ekonomicznych, czyli klasowych, podobno już nie odgrywa żadnej roli. Niedawno zmarła Margaret Thatcher, była premier Wielkiej Brytanii, która prowadziła politykę taką samą jak premier Tadeusz Mazowiecki w Polsce. Tygodniki prawicowe surowo napiętnowały wrogie Thatcher demonstracje w czasie pogrzebu. Jak dawniej, istotnym wyróżnikiem jest kierunek strumienia przepływu pieniędzy.