Pic. A za picem nic

Pic. A za picem nic

Wolny rynek będzie naprawdę wolny, gdy wyzwoli się od społeczeństwa. W Polsce trwają postępy realnego liberalizmu w tym kierunku. Niż demograficzny jest najlepszym przykładem. Trzeba przyznać, że ten system ma znakomite właściwości odchudzające.

W mojej okolicy są dwie poczty. Jedną z nich właśnie wyremontowano. W środku zrobiło się bardzo elegancko i nowocześnie. Jest duże, odrębne stanowisko finansowe (Bank Pocztowy), osobny regał na prasę, koperty. I tylko jeden mały kłopot: zrobiło się ciasno. Zamiast dawnych dwudziestu krzeseł, na których zwykle siedzieli staruszkowie płci obojga, postawiono – na jedynym już kawałku wolnej przestrzeni – czerwoną ławkę, której oparcie kończy się w okolicach nerek (testowałem: mało wygodne). Od biedy mieści się na niej pięć ściśniętych osób. Reszta klientów musi stać w ścisku i  czekać na swoją kolej. Nie ma już stolików – został jeden krótki blat, przy którym można wypełnić druczki. Pechowo, jego okolice to właśnie ostatni skrawek poczty, gdzie da się przystanąć nikomu nie zawadzając, gdy w środku jest tych dwadzieścia osób. Najbardziej jednak bije w oczy ta krótka czerwona ławka w „miejscu użyteczności publicznej”. Choć chyba ktoś, kto to projektował, najwyraźniej nie myślał o wnętrzu budynku pocztowego w tak mało nowoczesnych kategoriach.

Trudno traktować ten przypadek inaczej, niż jako symbol przemian, jakich doznaje cała nasza przestrzeń publiczna. W Krakowie właśnie oddano do użytku podziemny dworzec kolejowy, który stanowi de facto przedłużenie pobliskiej Galerii Krakowskiej. Ledwo oznaczono dojścia na poszczególne perony. Co stanie się ze starym, zabytkowym dworcem? Jeszcze nie wiadomo. W wielu miasteczkach, jeśli dworce kolejowe nie popadły w ruinę, po prostu zamieniono je w magazyny i hurtownie. W wielkopolskim Czempiniu rok temu zatrzymałem się w małej kawiarence na rynku, prowadzonej, jak się okazało, przez lokalnego patriotę i pasjonata swojej okolicy. Rozmowa zeszła na tamtejszy dworzec kolejowy. – Tam, w poczekalni, były piękne, zabytkowe kasetony, ale nie wiadomo, co się z nimi stało, bo to wszystko przerobili na magazyny – opowiadał. Łudzę się nadzieją, że starego dworca krakowskiego nie da się ot tak, po prostu, oddać na zmarnowanie. Ale w zasadzie: dlaczego nie? Przecież większości opinii publicznej i tak nic takie sprawy nie obchodzą, a nawet jeśli jest inaczej, to ich przełożenie na „czynniki decyzyjne” jest niemal żadne.

Na polskich ulicach królują banki i apteki – jeśli ktoś źle się poczuł po terapii szokowej, zawsze może wziąć to, co Goździkowa. I ludzie biorą. Zdaniem Centrum Badania Opinii Publicznej około 70 proc. Polaków łyka leki bez recepty co najmniej raz w miesiącu. Politycy wiedzieli co robią, zezwalając na niekontrolowaną reklamę tych produktów. Lekko „przyćpany” naród mniej się buntuje.  Co prawda przedłużone samoleczenie może być szkodliwe, ale co komu szkodzi wziąć kilka tabletek, gdy wiadomo, że szanse na szybkie dostanie się do specjalisty są mizerne.

„Polacy są lekomanami i biorą za dużo leków bez recepty, szczególnie tych przeciwbólowych” – mówi Wirtualnej Polsce dr Piotr Burda, konsultant krajowy w dziedzinie toksykologii klinicznej. Nieco inaczej widzi problem prof. Richard Wilkinson, współautor jednej z najważniejszych książek ostatnich lat, „Duch równości”. W rozmowie z tygodnikiem „Polityka” stwierdził m.in.: „Emocje trudno jest kontrolować. A stres statusowy bywa bardzo bolesny. Badania pokazują, że wykluczenie społeczne oddziałuje na te same obszary mózgu co fizyczny ból. Niedawno opublikowano badanie, które pokazuje, że te same lekarstwa, które zmniejszają ból – na przykład paracetamol – zmniejszają też poczucie wykluczenia. To widać po rejestrowanych przez skaner reakcjach fizjologicznych mózgu. Można to też uchwycić w badaniach ankietowych. To częściowo tłumaczy nadużywanie środków przeciwbólowych w niższych klasach i w społeczeństwach o większym rozwarstwieniu”.

Wiemy jednak, że w Polsce nie jest w dobrym tonie mówić o rozwarstwieniu i konfliktach klasowych. To „komunistyczne wymysły” – liczy się jedność narodowa, którą osiągniemy, gdy tylko zacznie rządzić prawica bardziej prawdziwa od tej mniej prawdziwej. I oczywiście jeszcze bardziej wolnorynkowa, bo tylko wolny rynek odejmie Polakom ból głowy. Niektórym najpewniej razem z głową, ale koszty transformacji są zawsze nieuniknione. Te obecne, bo nad dawnymi można już uronić łezkę: Karol Modzelewski i Marcin Król służą przykładem wzruszeń poniewczasie. Prawa realnego liberalizmu nie różnią się pod tym względem od obowiązujących w realnym socjalizmie: za okres błędów i wypaczeń można bić się w piersi wtedy, gdy dawne ofiary już trafił szlag, a system pracuje nad nowymi.

Podobnie jak problem bólu głowy rozwiązać można kwestię kolejek do publicznych ośrodków zdrowia. Można je skrócić nie inwestując ani złotówki: trzeba po prostu zlikwidować publiczną służbę zdrowia. I chodzą słuchy, że tak właśnie będzie. Dokąd pójdą ci, których nie będzie stać na komercyjne usługi zdrowotne? Umrą. Przecież i tak wszyscy umieramy. Sami widzicie, że wolny rynek medyczny może uwolnić się od społeczeństwa naprawdę skutecznie.

Jak dotąd jednak istnieje jeszcze taki byt jak polskie społeczeństwo. Stąd może nie mam racji, gdy narzekam, że na poczcie nie ma już prawie gdzie usiąść. Docelowo przecież i tak nie będzie komu siadać. Ale po co w takim razie to majestatyczne stanowisko Banku Pocztowego? Cóż, i to da się wyjaśnić: współczesny kapitalizm spekulantów i wielkich instytucji finansowych opiera się przecież na transferze środków z peryferii do centrów. Będą nas zatem bombardować usługami bankowymi do ostatniego niewyciśniętego obywatela. Będą nas wyciskać na poczcie, na dworcu kolejowym zamienionym w galerię handlową i w aptece, do której skoczymy po wyjściu z banku. A na dodatek jeszcze w pracy, która staje się „elastyczna” do granic możliwości – swojej albo naszej.

W realnym socjalizmie było biednie, a z reguły też nikczemnie, ale dzieci przybywało. Dziś na ogół też jest nikczemnie, tyle że już w inny sposób, a zamiast równo dzielonej biedy mamy rosnące rozwarstwienie. Dzieci już nie przybywa. Mentalni potomkowie Korwin-Mikkego twierdzą, że to przez Zakład Ubezpieczeń Społecznych – planowo ograbiający lud pracujący miast i wsi z pieniędzy, zabierający pracodawcom środki, które ci najchętniej przeznaczyliby na wyższe pensje dla swoich ukochanych pracowników. Inni – wiążą negatywne tendencje z rozpadem więzi rodzinnych, pod wpływem nagłych zmian społecznych i kulturowych, które zachodziły w czasach terapii szokowej.

Wredna lewacka propaganda głosi z kolei, że gdyby w Polsce istniał efektywny transport publiczny, sieć żłobków i przedszkoli, gdyby nie skomercjalizowano niemal wszystkich sfer życia i nie zaniżano z premedytacją płac w skali całego kraju, to dzieci mogłoby być więcej. Trzeba jednak uznać, że to rynek ma zawsze rację. A on najwyraźniej nie potrzebuje do szczęścia aż tylu Polaków. Być może wystarczyłoby nas kilkaset tysięcy, osadzonych gdzieś w okolicach Puszczy Białowieskiej i zatrudnionych w agroturystyce? Niemieccy emeryci przyjeżdżaliby do nas ze swego koszmarnego kraju, w którym pokutują straszliwe przeżytki komunizmu, takie jak własny przemysł czy dobrze rozwinięta sieć transportu publicznego. My przemysłu i sprawnego transportu nie mamy, bo jesteśmy nowoczesnym państwem realnego liberalizmu, a nie Niemcami, które, jak niedawno słyszałem, wkrótce zbankrutują już od tego dobrobytu. Razem z krajami skandynawskimi, rzecz jasna.

A skoro jesteśmy przy Niemcach i kolei. W czas Bożego Narodzenia, spędzanego w Wielkopolsce, rozmawiałem ze znajomym. Zwyczajowo zeszło na dawno zamkniętą lokalną linię kolejową. – „I tak wrócą tu Niemcy” – powiedział. Przyznam, że pierwszy raz w swoich stronach usłyszałem taki tekst. Gorycz? Poczucie, że wszystko wokół rozłazi się jak karton w strugach deszczu? Zdroworozsądkowa konstatacja, że inaczej być nie może, skoro z polskiego państwa zostają często tylko pudełka coraz bardziej pustych domów? Skoro domy te stoją przy dziurawych ulicach, którymi coraz dalej trzeba dojeżdżać do lekarza, na pocztę, do jakiegokolwiek ośrodka kultury? Skoro po gwałtownych wichurach w okolicy przez kilka dni nie ma prądu, bo sieć energetyczna jest stara i coraz mniej wydolna?

Tymczasem czytam, że minister rozwoju regionalnego Elżbieta Bieńkowska zapowiada, iż za dwa lata nasz kraj zwróci się do Komisji Europejskiej o przeniesienie niewykorzystanych funduszy unijnych z projektów kolejowych na drogowe. Komisja nalega zaś, byśmy do tego czasu wydali jak najwięcej na kolej, bo dobrze wiedzą, jakie w tej materii panuje w Polsce dziadostwo. Ale przecież „rozwój regionalny” w kraju realnego liberalizmu rządzi się swoją logiką: logiką niedorozwoju i atrofii. Infrastruktura publiczna może być dziadowska, byle nie rzucała się w oczy cienkiej warstwie zasobniejszych Polaków. Nie ma sensu wydawać na kolej, gdy się ją akurat likwiduje, a to, co z niej zostaje, wystarczy akurat na obsługę kilku największych miast.

Banki, apteki, galerie handlowe, likwidowane urzędy, kiepskie drogi, zarastające tory, pustoszejące regiony, niż demograficzny. Goździkowa, sklepy pocztowo-rybne, Marcin Król załamujący ręce nad polską transformacją, niskie podatki dla bogatych, wysokie dla biednych. Dla kogo nie wystarcza miejsca na coraz krótszej ławeczce, ten frajer. Stój w drzwiach albo emigruj, względnie zrób napad na bank, a łup przeznacz na proszki od bólu głowy.

Co to jest III Rzeczpospolita? Pic. A za picem nic.

Już jest jutro

Już jest jutro

Nieoczekiwane spełnienie się życzeń sprawia, że z dnia na dzień musimy budować w naszych głowach nowy świat przedstawiony. Runięcie żelaznej kurtyny wraz ze złowrogim systemem sowieckim wydawało się wielu osobom punktem granicznym, po którym już nigdy ludzkości nie zagrozi fizyczna ani mentalna opresja. Wektory zdawały się być nakierowane na wzrost zamożności i zakresu wolności coraz szerszych populacji. Dokumentowała te nadzieje popularność twierdzenia Francisa Fukuyamy o „końcu historii”, końcu ery wielkich trudności do pokonania.

Z perspektywy czasu, szczególnie po ostatnim światowym kryzysie gospodarczym, widać wyraźniej, że ta wizja była mrzonką. A kolejne wielkie wyzwanie ludzkości spiętrzało się i rosło już dwie dekady przed upadkiem ZSRR. Jesteśmy w stanie mniej lub bardziej dokładnie określić początki i przyczyny tego procesu, zaś jego efekty są bezdyskusyjnie olbrzymie.

85 najbogatszych ludzi świata jest posiadaczami majątków o łącznej wartości równej temu, czym dysponuje 3,5 miliarda mieszkańców Ziemi – połowa wszystkich żyjących ludzi. Praktyka ustrojów społeczno-gospodarczych odeszła od celu istnienia państw, jakim jest oderwanie jednostki od materialnych trosk oraz umożliwienie jej wykorzystania swojego potencjału dla tworzenia lepszego jutra. Ćwierć wieku temu takie konstatacje nie były jednak oczywiste – wiele lat musiało upłynąć, aby zaczęło się formować przekonanie o niewydolności tego stanu rzeczy. Nie jest więc nierealne założenie, że ostatnie kilkanaście lat doświadczeń nieco zawęża perspektywę widzenia także naszych polskich problemów. Wielkie kwestie dnia dzisiejszego niekoniecznie będą takimi za dekadę.

Jaki problem najdobitniej uzmysławia nam, że polskie ambicje nieodstawania od krajów i narodów zamożniejszych są wciąż bardzo dalekie od zaspokojenia? Ten: 45 proc. obecnie pracujących Polaków doświadczyło w swoim życiu bezrobocia.

Na przedwiośniu 2014 r. rejestrowane bezrobocie jest szacowane przez Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej na poziomie 14 proc. Umiarkowanie ambitnym celem premiera Tuska jest zmniejszenie tej liczby na koniec roku poniżej 13 proc. Przez ostatnie ćwierć wieku bezrobocie było jedną z największych plag nękających polskie rodziny i w niektórych regionach stało się wręcz doświadczeniem pokoleniowym. Nie sposób dokonywać krytycznej analizy 25 lat transformacji, pomijając ten aspekt. Jest on tym boleśniejszy, że zmniejszenie rozmiaru problemu wydawało się być w zasięgu ręki. Nasi południowi sąsiedzi Czesi, dzięki tylko nieco wydajniejszej strukturze przemysłu i bardziej elastycznemu modelowi transformacji, notowali w najtrudniejszych latach transformacji ledwie kilkuprocentowe bezrobocie.

Co zrozumiałe, krytyczna refleksja na temat społeczno-gospodarczego modelu rozwoju Polski i jej mieszkańców (znacznie dziś częstsza niż jeszcze kilka lat temu) nierzadko skupia się właśnie na tym temacie. Piętno odciśnięte przez świeże doświadczenia każe kierować uwagę na problem wielkiej liczby niezatrudnionych. Prognozy krótkookresowe, w tym najbardziej metodologicznie kompetentne analizy NBP, wskazują, że jakiekolwiek spadki bezrobocia w najbliższych latach będą następowały we względnie małej skali. Tym samym zdają się one potwierdzać umowne założenie, że bezrobocie w Polsce odczuwalnie obniża się dopiero wówczas, gdy tempo wzrostu PKB wyraźnie przekracza 4 (a najlepiej 5) procent.

Świeże doświadczenia kryzysu jeszcze wzmacniają to przekonanie. Po wyraźnym spowolnieniu w roku 2009, wzrost PKB w latach 2010 i 2011 przekraczał 4 punkty proc., a mimo to szeregi bezrobotnych systematycznie się zwiększały. Jeżeli prognozy się sprawdzą, wysoki poziom bezrobocia będzie nękać nie tylko niezatrudnionych, lecz także tych pracowników, których pozycja jest mocno osłabiona przez istnienie „rezerwowej armii pracy”.

Nie należy jednak wykluczyć niespodziewanego: być może bezrobocie już nigdy nie będzie tak wysokie jak teraz. Jeżeli tylko nie dojdzie do zbytniego rozchwiania sytuacji międzynarodowej, Polska ma szansę na powolne przełamanie impasu. Na tle innych „rynków wschodzących” jest krajem daleko stabilniejszym. W połączeniu z rozsądną polityką monitorowania kursu złotego sprawia to, że Polska może uniknąć dużych wahań będących przekleństwem dla rozwijającej się gospodarki.

Wiadomo jednak, że światowa koniunktura na pstrym koniu jeździ, czynienie więc jakichkolwiek założeń o stabilności na okres dłuższy niż rok czy półtora wydaje się karkołomnym zadaniem. Jest jednak jeszcze jeden czynnik, który powoduje, że gospodarka może zachowywać się inaczej niż w latach 2010-2012, kiedy nagle zgasł jej zapłon. Otoczenie zewnętrzne tylko dokłada się do efektu, jaki ma początek nowej perspektywy finansowej UE. Jej realny start to wiosna 2015 r., zaś kolejne trzy lata to stały dopływ pieniędzy na inwestycje. Pieniędzy, których, dodajmy, „nie można zmarnować” chociażby ze względu na gigantyczny koszt polityczny, jaki ponieśliby ci lub inni rządzący.

Sceptyk zauważy, że pozyskiwanie funduszy będzie w tej perspektywie znacznie trudniejsze niż w poprzedniej. Co więcej, budżet unijny został zaprojektowany tak, iż fundusze na innowacyjność będą teoretycznie mniejsze. Poza tym, chociaż przez najbliższe miesiące konkurencyjność polskiego eksportu będzie wysoka, to w nieco dłuższej perspektywie w wymianie handlowej będziemy zapewne dużo bardziej na minusie. A procedura nadmiernego deficytu, którą jest objęta Polska, sprawi, że skala publicznych inwestycji będzie umiarkowana.

To wszystko prawda, jednak sprawne zaprojektowanie systemu funduszy unijnych na poziomie krajowym może pozwolić na podniesienie innowacyjności „kuchennymi drzwiami”, kierując na przedsięwzięcia innowacyjne zwiększone środki unijne na rozwój regionalny. Jeżeli polskie przedsiębiorstwa, co jest mimo wszystko prawdopodobne, uznają, że nadchodzi cykl inwestycyjny lat 2015-2018, wtedy trwały wzrost PKB na poziomie 4 proc., w przeciwieństwie do lat 2010-2011, przyniesie nie wzrost, lecz stabilny spadek bezrobocia.

Pod koniec dekady zaś pokolenia przechodzące na emeryturę (mówiąc brzydko za demografami: kohorty) będą znacznie liczniejsze od tych wchodzących na rynek pracy. Ten proces powinien być szczególnie odczuwalny po roku 2020.

Cóż to wszystko oznacza? Tu i teraz efekty będą raczej niewielkie, chociaż jeżeli hipoteza o niższym bezrobociu jest prawdziwa, to (również ze względu na efekty sezonowe) jesienią przyszłego roku bezrobocie rejestrowane będzie znacznie bliżej poziomu 10 proc., niż nam się teraz wydaje. To oczywiście może wymusić zacieklejszą polityczną rywalizację przed wyborami parlamentarnymi. Czasy liberalnego populizmu (który usiłuje wskrzesić PO-Frakcja Rewolucyjna Jarosława Gowina) powoli odchodzą do lamusa i zwiększa się szansa na pozytywną licytację programową między partiami.

W dłuższym okresie jednak taki trwały spadek bezrobocia będzie oznaczać konieczność zmierzenia się z innymi aspektami naszego modelu społeczno-gospodarczego. Możliwe są dwa scenariusze. Pierwszy to bierność. Nietrudno sobie wyobrazić najbliższą dekadę podobną do ostatniej. Pełną zaciekłych sporów o wszystko oprócz prawdziwego polepszenia materialnych podstaw życiowych obywateli, jałową jeśli chodzi o wykorzystanie potencjału samosterowności państwa. Dekadę, pod koniec której kolejne spory będą toczyły się wokół konieczności umożliwienia znaczącego napływu imigracji celem zasilenia gospodarki.

Drugi scenariusz to ten, który próbuję szkicować na tych łamach od pewnego czasu. Chociaż głoszenie tezy, że obecny system – oparty na liberalnym populizmie w debacie publicznej i neoliberalnej praktyce rządzenia – kończy swój żywot, jest zbytnim wyprzedzaniem faktów, to nie da się zaprzeczyć, że coś się zmienia. Czy to oznacza, iż teraz sprawy będą szły innym torem, czy zmieniają się jedynie kostiumy? Żaden rozwój wypadków nie jest zdeterminowany, zaś trwała prospołeczna i prorozwojowa zmiana modelu funkcjonowania naszego kraju jest nie tylko niewykluczona, ale być może nawet prawdopodobna przy odpowiedniej, mądrej mobilizacji na rzecz pożądanych decyzji. Jej wynikiem winno być doprowadzenie do pozytywnej aukcji programowej środowisk politycznych. Wbrew bowiem protekcjonalnemu założeniu niektórych środowisk przekonanie Polaków o względnej kompetencji ugrupowań w sprawach gospodarczych odegra dużą rolę przy wrzucaniu kartki wyborczej.

Sygnały dostarczane przez rzeczywistość mogą się wydawać sprzeczne. Z jednej strony mamy do czynienia z praktycznie nieistniejącym dialogiem społecznym i coraz większą prywatyzacją usług publicznych w miejsce zwijającego się państwa i samorządu. Z drugiej posłuchanie związkowców (i własnej panapremierowej rozterki z przemówienia w Krynicy) w kwestii umów śmieciowych oraz rynkowo nieortodoksyjne podejście w sprawie podjęcia inwestycji np. w energetyce. Poza tym coraz wyraźniejsze akcentowanie roli przemysłu i stawianie sobie celów, których logicznym wypełnieniem musi być prędzej czy później polityka przemysłowa z prawdziwego zdarzenia.

Konkurencja między partiami, jak też i debata publiczna, powoli, lecz zdaje się nieodwracalnie odchodzi od liberalnego populizmu, czego przykładem jest ostatni program Prawa i Sprawiedliwości. W części gospodarczej niewiele jest naiwnych, sztampowych formułek o cudzie gospodarczym dzięki uwolnieniu energii Polaków, o konieczności odchudzenia biurokracji czy o ukróceniu wszechobecnego marnotrawstwa i lepszym zarządzaniu. Wyrażenie-klucz „reforma finansów publicznych” nie pojawia się na każdej stronie. Jest za to wiele realistycznego podejścia do zmian gospodarczych jako wyzwania strukturalnego. Zarówno diagnoza, jak i proponowane rozwiązania są co prawda na poziomie dość ogólnikowego eseju, jednak w porównaniu z wieloma tego typu partyjnymi dokumentami ukazującymi się w ciągu ostatniego ćwierćwiecza jest to wyraźny skok jakościowy. Oczywiście, jest to nadal o znacznie za mało, uwzględniając wielkie środki, które duża partia mogłaby przeznaczyć na niezależnych ekspertów, ale warto z nadzieją potraktować ten dokument, jako początek zmiany sposobu myślenia o gospodarce.

Warto zwrócić uwagę, że strukturalnych przemian gospodarki nie załatwi „business as usual” ubiegłego ćwierćwiecza z usuwaniem barier dla wolnego rynku, osładzanym pewną dozą polityki społecznej. Dlatego mimo iż poprzednie wypowiedzi posłów opozycji o „większym Amber Gold” napawały najgorszymi obawami, PiS zdecydował się utrzymać program Inwestycje Polskie, dostrzegając w nim potencjalnie główny motor zmian strukturalnych oraz polityki wzmacniania i zarządzania strumieniami inwestycji publiczno-prywatnych. Mechanizm wehikułu inwestycyjnego, wspieranego lewarowaniem finansowym z Banku Gospodarstwa Krajowego, co od wielu lat postulowało Polskie Lobby Przemysłowe, daje szanse na przerwanie rozwojowego impasu, nękającego kraj będący w pułapce średniego wzrostu.

W ramach międzynarodowego porządku gospodarczego, w którym funkcjonuje Polska („konsensusu OECD”), dostępnych jest jeszcze kilka innych możliwości polepszenia pozycji konkurencyjnej kraju, chociaż bez wątpienia jest to trudniejsze niż kilka dekad temu, gdy niezależna i samosterowna polityka gospodarcza potrafiła zbudować potęgę gospodarczą z małej wioski rybackiej. W sumie jednak mechanizmy i narzędzia są pochodną intencji rozwojowej państw i wyznaczonych celów. Jakie wnioski winna wyciągnąć Polska, jeżeli przyjmiemy, że w najbliższej dekadzie możliwe jest odkochanie się „czynników decyzyjnych” w realnym liberalizmie, że towarzyszyć temu będzie spadek bezrobocia, lecz zarazem demografia może przekreśli te pozytywy? Konieczne jest dostosowanie do polskich warunków sprawdzonych pronatalistycznych rozwiązań z innych krajów, ale nie to zdaje się być kluczowe w tej kwestii – nie chodzi o same liczby spodziewanych urodzeń, lecz o to, co one mówią o Polakach, ich oczekiwaniach względem życia swojego i ewentualnych potomków. To prawda, że demograficzne załamanie dla bogatszej, rozwijającej się Polski nie musi skończyć się katastrofą. Ale nawet jeśli uznamy, iż spora część problemu demograficznego nie leży w gestii czynników gospodarczych, lecz kulturowych, to powinno to być tym bardziej wskazaniem do działania.

Nić połączenia między sferą prywatnego życia jednostki i rodzin a społecznym projektem zwanym państwem polskim, jest zbyt cienka. Indywidualistyczny eskapizm jest często nie tyle wynikiem wolnego wyboru, lecz braku jakiegokolwiek poczucia współstanowienia o większej całości. Rachunek ekonomiczny jest nieubłagany: przy otwartych granicach indywidualny egoizm powinien doprowadzić do zmniejszenia polskiej populacji do zera, gdyż większość pracujących Polaków jest w stanie żyć na wyższym poziomie w krajach rozwiniętych. Brak decyzji o zakładaniu rodziny również może mieć coś wspólnego z tym, że status społeczny coraz częściej przekazywany jest z pokolenia na pokolenie. Jak żyć?

Szczery i szeroko akceptowany kontrakt społeczny, obiecujący poprawę warunków życia Polaków i zatrzymanie wzrostu nierówności rozbijających spójność społeczną, nie jest zadaniem łatwym. Od zatomizowanego społeczeństwa domagałby się rezygnacji z dzisiejszej radykalnie indywidualistycznej optyki, w której usługi publiczne są postrzegane niemal jako totalitaryzm. Wymagałby zastąpienia łatwego cynizmu odpowiedzialną refleksją w duchu troski o dobro wspólne i optymizmem co do możliwości zmian na lepsze, który jest warunkiem koniecznym takich zmian. Ale jeszcze większe zobowiązania kładłby na głównych wykonawcach tego kontraktu, gdyż droga do rozwoju każdego kraju musi być unikalna. W tym przyspieszającym, połączonym na wiele sposobów świecie będzie to nie lada wyzwanie. Poza politycznym slalomem, uwarunkowania wielu aspektów (od praw własności intelektualnej po skalę postępu naukowego i zawsze zaskakującą transformację podziału pracy na różnych kontynentach) będą wciąż zmieniać nasze założenia. Może to być czas fascynująco twórczy, nie wolny od pomyłek, lecz cieszący efektami nie tylko „tu i teraz”. To dlatego, że odpowiedź na pytanie, czy ekonomia jest nauką, brzmi: polityka gospodarcza jest sztuką.

Konserwatywny socjalizm Pete’a Seegera

Kiedy Nowa Lewica rozpoczęła wojny kulturowe, zmarły niedawno muzyk folkowy pozostał przywiązany do wartości pokoju i „zadomowienia”.

„The Penguin Encyclopedia of Popular Music” opisuje poglądy polityczne Pete’a Seegera, zmarłego niedawno 94-letniego muzyka folkowego, tekściarza i aktywisty antywojennego, jako „naiwne, choć szczere”. Z pewnością były szczere – to nie budzi wątpliwości nawet u jego najzagorzalszych wrogów. Co jednak było naiwnego w jego socjalistycznym konserwatyzmie?

Seeger był autentycznym głosem starej amerykańskiej lewicy i rozumiał, że konserwatyzm, daleki od nieprzychylnego nastawienia wobec socjalizmu, w gruncie rzeczy stanowił jej istotny element. W wywiadzie dla „New York Timesa” z 1995 r. oświadczył: „Lubię mówić, że jestem bardziej konserwatywny niż Goldwater [1]. On chciał jedynie cofnąć się do czasu, kiedy nie istniał podatek dochodowy. Ja natomiast chcę cofnąć się do czasu, kiedy ludzie żyli w małych wioskach i opiekowali się sobą wzajemnie”.

Wizja idealnego społeczeństwa nie łączyła się dla Seegera z futurystycznym metropolis, lecz była mocno zakorzeniona w amerykańskiej przeszłości. – „Kiedy byłem chłopcem, przeczytałem każdą książkę Ernesta Thompsona Setona” [2] – stwierdza w wywiadzie z 1982 r. – „Seton uznawał Indian za ucieleśnienie pewnego ideału… z powodu ich siły, godności, moralności, bezinteresowności i życia zgodnego z naturą. Opisany przez Setona okres historii Indian antropologowie nazywają »komunizmem plemiennym«… Lubię myśleć o sobie jako o komuniście w tym sensie, w jakim był nim przeciętny amerykański Indianin…”.

W rozmowie dla „New York Timesa” Seeger został opisany jako człowiek znajdujący się „politycznie tak bardzo na lewo, że prawdopodobnie nigdy nie nazwano go liberałem”. To wspaniały komplement, z którego byłby dumny każdy prawdziwy socjalista. Liberalizm – zarówno w wersji ekonomicznej, jak i społecznej – stawiający „ja” na pierwszym miejscu, zaraził zachodnią lewicę od lat 60. XX w., lecz Seeger nie dał się zwieść.

Zmarły niedawno Eugene Genovese pisał o „irracjonalizmie przyjęcia przez lewicę liberalnego programu jednostkowego wyzwolenia”. Taki irracjonalizm dobrze posłużył finansistom z Wall Street i podżegaczom wojennym, ponieważ skłonił dużą część środowisk lewicowych do porzucenia socjalizmu, ruchów związkowych i opozycji wobec imperialistycznej agresji wojennej, a zamiast tego skupienia się na kwestiach, które nie naruszyły bastionów władzy ani im nie zagroziły.

Seeger prowadził kampanię na rzecz praw obywatelskich, ale odrzucał wojny kulturowe i jałowe konflikty pokoleń. Dla niego socjalizm nie oznaczał walki pomiędzy dorastającą młodzieżą oraz jej rodzicami (w swym utworze „Be Kind to Your Parents” uczył, by „odnosić się do nich z cierpliwością i życzliwą wyrozumiałością”). Socjalizm oznaczał ludzi jednoczących się bez względu na wiek, płeć, kolor skóry lub wyznanie po to, by wspólnie budować życzliwe i opiekuńcze społeczeństwo, gdzie ludzie – i cała planeta – są ważniejsi od zysków. Tradycyjne lewicowe przekonania polityczne Seegera stały w kontrze do tendencji społecznych sprzyjających egoizmowi i materializmowi, które popychają nas do nieustannej wojny i dewastacji środowiska.

Kiedy Nowa Lewica zabrała się do rewolucji kulturowej, dążąc do zniszczenia wszystkiego z przeszłości, Pete pragnął, byśmy ponownie odkryli i podjęli model życia naszych przodków. – „Mogę jedynie stwierdzić, że teraz jestem bardziej nieufny w stosunku do techniki niż kiedykolwiek wcześniej w moim życiu” – powiedział w 1982 r. – „Jestem szczerze przekonany, że gdybym żył wtedy, gdy wynaleziono koło, powiedziałbym: »Nie, nie. Życie może być okropne, krótkie i brutalne… lecz nie wiecie, do czego może doprowadzić technika«. Dziś już wiemy, do czego może doprowadzić… prowadzi nas w stronę katastrofy”.

W tym samym wywiadzie dzieli się swoimi przemyśleniami na temat słowa „postępowy”: „Sądzę, że pojęcie postępu uległo uproszczeniu. Ciągle słyszymy: »Musimy być postępowi.. musimy mieć toalety ze spłuczką. Już nigdy więcej nie używajcie wygódek«. Cóż, wygódki nie są jedyną alternatywą dla toalet ze spłuczką. A może by tak pomyśleć o toaletach kompostujących lub urządzeniach wykorzystujących fermentację metanową? Za jedno z najbardziej »postępowych« wydarzeń w Ameryce minionej dekady uważam ponowne odkrycie – przez miliony osób – że przyjemniej jest uprawiać rośliny i samemu gotować posiłki, zamiast otwierać kolejną konserwę z supermarketu”.

http://www.youtube.com/watch?v=Rl-yszPdRTk

Seeger odrzucał egotyzm nowoczesnego społeczeństwa rywalizacji, wylansowanego przez neoliberalny kapitalizm. „W muzyce Seegera nie istniało »ja«, istniało jedynie wielkie, wszechobejmujące »my«” – napisał Jody Rosen. Seeger nigdy nie lubił rozmawiać w kategoriach własnej kariery. „Nie znoszę słowa »kariera«, ponieważ sugeruje poszukiwanie sławy i fortuny – dwóch najbardziej głupich rzeczy, jakich można pragnąć” – podkreślał. Nie cierpiał komercjalizmu. Kiedy dano mu mikrofon, używał go w imię spraw, w które wierzył – nie w celu sprzedania nowej płyty.

Seeger był pełen pasji do spraw, w które wierzył, a jego poglądy polityczne opierały się nie na nienawiści, lecz na miłości. „Krótkowzroczni ludzie mówią: »Wiemy, jak rozwiązać problemy. Umieśćmy odpowiedni materiał wybuchowy we właściwym miejscu i dajmy im nauczkę«. Ja jednak mówię: »jedyne, czego ktokolwiek się wówczas nauczy, jest przemoc«. Aby przywołać słowa Martina Luthera Kinga, słabością przemocy jest to, że zawsze stwarza jeszcze więcej przemocy. Ciemność nie może zostać wyparta przez ciemność. Jedynie jasność potrafi to zrobić. Nienawiść nie może zostać wyparta przez nienawiść. Jedynie miłość potrafi to zrobić” – podkreślał.

Kiedy „postępowa” liberalna lewica – po dokonaniu ataku na „siły konserwatyzmu” – połączyła się z neokonserwatystami, by pod oszukańczym szyldem humanitaryzmu uruchomić serię wojen napędzających zyski na Wall Street, Pete nadal pytał: „Where Have All the Flowers Gone?” [3]. Dobrze wiedział, że „humanitarna interwencja” wojskowa była sprzecznością samą w sobie.

http://www.youtube.com/watch?v=TXqTf8DU6a0

Był lepszym socjalistą niż trockistowscy ideologowie, którzy oskarżali go o bycie stalinistą; był lepszym konserwatystą niż maccartyści, którzy go prześladowali. Rozumiał, prawdopodobnie lepiej niż jakakolwiek inna postać na amerykańskiej lewicy, że jeśli rodzaj ludzki ma zrobić krok naprzód, to najpierw trzeba zawrócić.

Spośród wielu hołdów złożonych pamięci Seegera po jego śmierci za najbardziej wymowny uważam ten Roberta Foxxa z dziennika „The Guardian”: „Zawsze powiedział dzień dobry, kiedy mijaliśmy się na brzegu rzeki. Zapamiętam go jako łagodnego i życzliwego człowieka, śpiewającego z twarzą podniesioną ku niebu”.

Neil Clark

Przekład: Krzysztof Kołek

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się na stronie internetowej www.theamericanconservative.com. Przedruk za zgodą autora.

Przypisy redakcji „Nowego Obywatela”:

  1. Barry Goldwater (1909-1998) – amerykański prawicowy polityk, wieloletni senator USA, początkowo łączył skrajny liberalizm gospodarczy z ultrakonserwatyzmem, antykomunizmem i krytyką wielu swobód obywatelskich, by na starość zbliżyć się do środowisk libertariańskich.
  2. Ernest Thompson Seton (1860-1946) – zobacz biogram w Wikipedii.
  3. Seeger jest współautorem tej piosenki, której polską wersję pt. „Gdzie są kwiaty z tamtych lat?” śpiewała m.in. Sława Przybylska, a Marlena Dietrich upowszechniła wersję niemiecką pt. „Sag mir, wo die Blumen sind”.
Populizm liberalizmu

Populizm liberalizmu

Oskarżenie o populizm to jedno z cięższych dział wytaczanych i ochoczo używanych przez zwolenników rozwiązań wolnorynkowych. W końcu nikt nie lubi wychodzić na głupka nierozumiejącego mechanizmów rządzących gospodarką i światem, którego słowa mają na celu jedynie cyniczne uzyskanie łatwego poklasku. W ten sposób oskarżenie o populizm jest skutecznym narzędziem zamykającym usta niewygodnych. Narzędziem odwołującym się do najprostszych ludzkich motywacji: po stronie oskarżonego – strachu przed ośmieszeniem, po stronie właściwego odbiorcy przekazu – poczucia intelektualnej wyższości. Tak więc w istocie samo oskarżenie o populizm jest populistyczne.

W kulawej polskiej debacie publicznej, która obok pluralizmu nigdy nawet nie stała, pewnej grupie interesów udało się wytworzyć nad sobą nimb prawdziwych ekspertów. Pracownicy sektora finansowego lub reprezentanci pracodawców stali się w oczach dużej części opinii publicznej bezstronnymi fachowcami od gospodarki. Dobrze ubrani, posługujący się piękną polszczyzną (i nie tylko polszczyzną) oraz zawsze skorzy do ironicznego uśmiechu w reakcji na głupotę prostaczków. Jakimś cudem zapomniano, że są oni przecież jedynie stroną w ekonomicznej debacie, równie uwikłaną w partykularne interesy jak wszystkie pozostałe. Dzięki wsparciu wielu ekonomistów akademickich oraz publicystów głównego nurtu udało im się wytworzyć poczucie, że ideologia neoliberalna nie jest tylko jedną z wielu doktryn ekonomicznych (i to dosyć skrajną). Wręcz przeciwnie, przekonują, że jest ona naukowym konsensusem, obiektywnym wynikiem wielu lat badań. Na tym tle pozostałe strony dyskursu (pracobiorcy, związkowcy, a często także politycy) jawią się jako ignoranci próbujący przepchać swoje niesłuszne żądania. Jako reprezentanci grup interesów, które w najbardziej prymitywny sposób starają się zdobyć poparcie nieuświadomionych i niewykształconych mas. Nie ulega oczywiście wątpliwości, że polskim związkowcom przydałyby się solidne szkolenia z zakresu kompetencji miękkich. Jednak fakt, że prezentują się gorzej niż ich antagoniści, nie oznacza jeszcze wcale, iż głoszone przez nich tezy zasługują jedynie na drwinę. I nie oznacza, że są populistami.

Tymczasem gdyby się przyjrzeć, nawet pobieżnie, strategii, którą obrały środowiska liberałów gospodarczych, aby uzyskać aprobatę dla swoich racji, należy dojść do wniosku, że jest to strategia stricte populistyczna. W końcu wytworzenie wokół siebie aury fachowości i autorytetu to jeden z najprostszych sposobów pozamerytorycznej perswazji, na który już Schopenhauer zwracał uwagę w swej „Erystyce” (argumentum ad verecundiam). Co więcej, jest to sposób bazujący na bardzo prymitywnych ludzkich motywacjach. Któż nie lubi posłuchać prawdziwego eksperta, a następnie zabłysnąć zasłyszaną mądrością w towarzystwie? Jak prostacko przyjemne jest wykpienie ignoranta, wytykając mu nieznajomość rzeczy. A jak przerażający jest spoglądający w oczy strach zbliżającego się ośmieszenia. Wręcz obezwładniający – jeszcze do niedawna wydające się silnymi, argumenty pod naciskiem kpiącego tonu eksperta nagle zaczynają wydawać się zupełnie bezpodstawnymi. Tak więc lepiej siedzieć cicho – po co się afiszować, skoro można wyjść na idiotę? Bezpieczniej jest przytaknąć i przyswoić. I właśnie na takich podstawowych motywacjach, jak wstyd czy skłonność do pychy, oparli swą strategię przekonywania adepci doktryny wolnorynkowej. Zwyczajni populiści, ubrani w szaty ekspertów, sami jak gdyby nigdy nic szermują oskarżeniami o populizm. Jednak ich populizm nie zasadza się tylko na metodzie perswazji. Dotyka samej istoty ich argumentów.

Jedną z najczęstszych reakcji liberalnych ekonomistów jest oburzenie na wszelkie próby podniesienia jakichkolwiek obciążeń finansowych – podatków lub składek. Zawsze pojawiają się w takich sytuacjach standardowe argumenty: „rząd kładzie łapę na naszych pieniądzach”, „państwo naszym kosztem zasypuje dziurę budżetową” etc. W bardzo sprytny sposób zaciemniono istnienie dość oczywistej relacji między płaconymi przez nas daninami a otrzymywanymi przeróżnymi świadczeniami. I nie mówię tu tylko o świadczeniach, z których ową relację można wyciągnąć wprost – jak chorobowe czy darmowa opieka medyczna – ale chociażby o mniej rzucającym się w oczy (bo spowszedniałym) korzystaniu z dróg krajowych albo dotowanej i dzięki temu tańszej komunikacji publicznej.

Tymczasem w polskim dyskursie składka stała się zupełnie abstrakcyjną i niesprawiedliwą daniną zdzieraną przez państwo z obywateli, a najczęściej z uciemiężonych pracodawców. Nikogo oczywiście nie zainteresuje, że Polska z wpływami podatkowymi (wraz ze składkami na ubezpieczenia społeczne) na poziomie nieco ponad 30% PKB sytuuje się w tym względzie sporo poniżej średniej UE. W końcu każdy podatek, obojętnie jakiej wysokości, to rozbój w biały dzień. W takich warunkach zwiększenie wysokości np. składki zdrowotnej jest w zasadzie niemożliwe i fakt, że z nakładami na służbę zdrowia na poziomie ok. 4,5% PKB znajdujemy się w ogonie Europy, staje się zupełnie nieistotny. Przecież każdy z nas chciałby mieć więcej niż mniej w portfelu i niechętnie patrzy na każde plany zwiększenia obciążeń. Liberalni ekonomiści bardzo sprawnie wykorzystują te motywacje, tworząc w debacie publicznej atmosferę, w której każde podniesienie danin publicznych staje się kradzieżą.

Zdyskredytowano w ten sposób także redystrybucję – jeden z podstawowych sposobów walki z postępującym rozwarstwieniem – która stała się w oczach wielu zakamuflowanym złodziejstwem. Najświeższym przykładem opisywanego populizmu była histeria, jaką próbowały wszcząć środowiska liberalne na wieść o oskładkowaniu umów cywilno-prawnych. Drugorzędne było, że osoby zatrudnione na takich umowach to zaledwie ułamek ogółu pracowników (wg różnych szacunków od kilkuset tysięcy do miliona osób przy ok. 16 milionach wszystkich pracowników), a duża część tych umów już jest oskładkowana, tak więc planowane zmiany mają w istocie marginalny charakter. Tutaj do rozpoczęcia zwyczajowego koncertu wystarczyło samo pojawienie się słowa „oskładkowanie”.

Sztandarowym chłopcem do bicia w liberalnym przekazie stało się państwo. Po wielu latach doświadczeń z okresu PRL u dużej części naszego społeczeństwa wykształciło się podskórne przekonanie, że jest ono narzuconym z zewnątrz nieprzyjaznym tworem, z którym trzeba się na co dzień użerać. Wystarczyło jeszcze tylko ekstrapolować przeżycia wielu Polaków w związku z nieefektywną państwową gospodarką PRL-u na czasy współczesne i oznajmić wszem i wobec, że państwowe gospodarowanie jest nieefektywne z samej zasady. W ten sposób środowiska liberalne wytworzyły odwróconego homo sovieticusa – osobnika, który podejrzliwie patrzy na państwo i wszystko co publiczne, traktując je jak obce ciało pasożytujące na jednostkach łaknących wolności. Neoliberalny odwrócony homo sovieticus jest równie skrzywiony przez oddziaływanie PRL-u jak homo sovieticus właściwy, tylko że w drugą stronę. Zamiast instynktownie szukać całkowitego podporządkowania się władzy, zawsze i wszędzie węszy ciemiężyciela, którym jest państwo.

Po „zaprojektowaniu” w ten sposób mentalności sporej części Polaków stosowanie populizmu stało się banalne. Wystarczyło tylko przy każdej okazji dyskredytować sektor państwowy i tworzyć na jego temat przeróżne mity, które następnie spokojnie kwitły na odpowiednio użyźnionej glebie. I tak np. emerytura z ZUS-u stała się niepewna i iluzoryczna („wirtualne zapisy księgowe”), z kolei emerytura z OFE, pochodząca ze środków ulokowanych w płynnych aktywach finansowych lub w państwowych (!) obligacjach, miała zapewnić spokojny byt na starość.

Jedną z bardziej idiotycznych liberalnych opowieści, ale znakomicie wpadającą w ucho, jest mit szczególnej skłonności sektora publicznego do korupcji. Po latach afer Polacy stali się na takie argumenty bardzo podatni. Tutaj odsuwana na bok jest już zwyczajna logika – w końcu w procederze korupcji potrzebne są dwie strony i ta druga najczęściej jest reprezentantem sektora prywatnego. Wystarczy przypomnieć, że zdecydowanie największa pod względem liczby postawionych zarzutów afera korupcyjna w Polsce miała miejsce w sektorze prywatnym – a dokładnie w polskiej lidze piłkarskiej. Tak więc skłonność do korupcji w obu sektorach jest przynajmniej taka sama. Gdybyśmy wyeliminowali zupełnie sektor państwowy, liczba łapówek wcale by nie spadła – po prostu byłyby one rzadziej ujawniane, gdyż w sektorze prywatnym przekupstwo dużo trudniej wykryć, a udowodnić czasem nie sposób.

Innym mitem, którym neoliberałowie karmią odwróconego homo sovieticusa, jest nieefektywność sektora państwowego. Przykładów nieefektywności sektora prywatnego jest co najmniej tyle samo. Znakomicie ilustruje to np. prywatna służba zdrowia w Stanach Zjednoczonych. Jeśli chodzi o średnią siłę nabywczą na osobę, USA plasują się z reguły na 2. miejscu na świecie (po Luksemburgu), za to już pod względem stanu zdrowia obywateli na miejscu około 30. Najświeższym przykładem nieudolności firm prywatnych są obecne kłopoty sądów z dostarczaniem listów przez InPost. Włos się jeży na głowie, gdy pod koniec stycznia br. słyszy się od pracowniczki jednego z sądów, że od początku roku nie otrzymała z powrotem jeszcze żadnej „zwrotki” z wysłanych pism (czyli dowodu odbioru). Nie byłoby wcale dziwne, gdyby pracownicy InPost po prostu je wyrzucali – po co komu jakiś świstek papieru?

Przykłady populistycznych wycieczek liberałów gospodarczych można mnożyć w nieskończoność. Większość neoliberalnego przekazu składa się z wyświechtanych i dawno obalonych frazesów, które można przewidywać w ciemno jeszcze przed dyskusją oraz recytować bez zająknięcia, nawet będąc obudzonym w środku nocy. Każde podniesienie płacy minimalnej oczywiście skończy się wzrostem bezrobocia (pomimo że są koncepcje mówiące, iż w niektórych sytuacjach jej podniesienie może spowodować wzrost zatrudnienia), a każdy dodruk pieniądza naturalnie zakończy się szalejącą inflacją (to nic, że Japonia drukuje na potęgę, a o inflacji raczej marzy, aniżeli się z nią zmaga). Gdybym miał przeprowadzić wywiad z Leszkiem Balcerowiczem, wcale nie potrzebowałbym do tego Leszka Balcerowicza. Sam odpowiedziałbym na postawione pytania. Co więcej, prawdopodobnie uzyskałbym autoryzację, gdyby zabiegany profesor uznał, że wywiad umknął mu z pamięci.

Na szczęście dominacja neoliberalnej doktryny powoli zaczyna się kruszyć. Jak lubi ostatnio powtarzać Rafał Woś z „Dziennika Gazety Prawnej”, krytycy kapitalizmu w końcu powyłazili ze swych nor i coraz śmielej wskazują jego słabe strony. Oby jego obserwacja okazała się prawdziwa. A więc drodzy sceptycy wolnego rynku – powyłaźmy z nor. To nie my jesteśmy populistami.

Państwo i filantropia

Państwo i filantropia

Wraz ze styczniem kończy się maraton dobroczynności, z którym mamy do czynienia w tym okresie co roku. Najpierw na fali emocji okołoświątecznych, a później WOŚP, która również stała się częścią polskiej tradycji i – mimo licznych głosów krytyki z prawa i lewa – póki co nią pozostanie. Przy okazji uruchamiają się dwie równoległe i zarazem powiązane dyskusje. Pierwsza na temat poziomu solidarności w polskim społeczeństwie i naszej skłonności do dzielenia się z innymi. Druga – rozkwitająca przy okazji WOŚP, sprofilowanej na kwestie medyczne – dotyczy pytań o wydolność państwa opiekuńczego, efektywność i skuteczność usług publicznych, zwłaszcza służby zdrowia.

Choć jedna i druga dyskusja, jak to u nas bywa, przeradzają się momentami w przewidywalny rytuał, sama tematyka jest warta szerokiej publicznej debaty także po ustaniu charytatywnego karnawału.

Nie takie państwo straszne, jak je malują

W grudniu ub. roku największą furorę zrobił prowadzony od lat program Szlachetna Paczka. Polega on na tym, że darczyńcy za pośrednictwem prowadzącej akcję organizacji Wiosna przeznaczają paczki dla konkretnych, wybranych przez siebie rodzin, które wcześniej opisują własną sytuację i potrzeby. W mainstreamie prezentowano tę inicjatywę jako sukces, a jej formułę niejednokrotnie przeciwstawiano tradycyjnym formom pomocy realizowanym przez państwo. Wśród zalet Szlachetnej Paczki często wymienia się dobrowolny, oddolny charakter, jako antytezę odgórnych biurokratycznych działań państwa, a także możliwość trafnego dotarcia do konkretnych osób potrzebujących – jako przeciwieństwo ponoć nieefektywnej pomocy publicznej, która rzekomo nie trafia do tych, do których powinna.

Ukazywanie publicznego wsparcia jako negatywnego punktu odniesienia jest nie tylko nie do końca trafione, ale i w praktyce szkodliwe. W ten sposób bowiem delegitymizuje się instytucje, które – nawet działając nie bez zarzutów – pomagają potrzebującym na znacznie większą skalę niż akcje charytatywne. Ponadto adresaci publicznej pomocy są tu na mocy przepisów traktowani mniej lub bardziej jako podmioty praw, mający upoważnienie do pewnych roszczeń i zdolność odwoławczą. Natomiast w przypadku prywatnej i społecznej filantropii są całkowicie zdani na łaskę darczyńców.

Z tych oto względów zamiast krytykować państwo jako z natury mniej efektywne, warto się zastanowić, co zrobić, aby jego potencjał był lepiej wykorzystany, a wady zostały wyeliminowane; aby uczynić je sprawniejszym w identyfikowaniu oraz adresowaniu potrzeb społecznych i zdrowotnych. A także aby uczynić je bardziej przejrzystym i rozsądnie gospodarującym posiadanymi środkami. Poza tym postawmy pytanie, czy tezy o nieefektywności i nieskuteczności państwa nie są wyolbrzymiane.

Weźmy przykład. W ramach programu Szlachetna Paczka w 2013 r.  pomoc dotarła do 13 230 rodzin. To spora liczba, której znaczenia nie należy bagatelizować, ale pamiętajmy jednocześnie, że według metodologii Eurostatu w Polsce w 2011 r. zagrożonych ubóstwem lub wykluczeniem było aż 10 mln osób. W ramach świadczeń społecznych w 2012 r. 2,5 mln rodzin otrzymywało zasiłek rodzinny – wsparcie materialne dla rodzin o niskim dochodzie. Widzimy więc, że skala wsparcia, jakie dokonuje się dzięki państwu, jest nieporównywalnie większa. Na marginesie warto jednak przypomnieć, że miarą skuteczności polityki społecznej jest nie tyle liczba rodzin wspieranych, co jak najmniejsza liczba rodzin doświadczających ubóstwa i wykluczenia, nie tylko zresztą materialnego. Pod tym względem nadal wypadamy słabo, a poprawy sytuacji nie zagwarantuje sama polityka wsparcia socjalnego – potrzebna jest  poprawa sytuacji rynku pracy (wzrost zatrudnienia i wzrost dochodów z pracy) i takiego zabezpieczenia społecznego, które pozwoliłoby jak największej liczbie osób się utrzymać.

Wracając do kwestii skuteczności publicznych świadczeń w zestawieniu z charytatywnymi zbiórkami, zauważmy, że także największa tego typu akcja – WOŚP – pozyskuje środki kilka tysięcy razy mniejsze niż te, którymi dysponuje NFZ. Co więcej, koszty administracyjne stanowią jedynie 1,05% planowanych kosztów Funduszu ogółem, co jest znacznie niższym udziałem procentowym, niż to ma miejsce w przypadku wielu akcji charytatywnych. Dla porównania: obsługa administracyjna WOŚP kosztowała w tym roku 8-9% wszystkich wydatków, co również nie jest wielkość horrendalną, niemniej publiczny system zdrowotny wydaje się być pod tym względem mimo wszystko znacznie bardziej efektywny.

Na tym można byłoby zakończyć wywód. I wielu to czyni. Chciałbym jednak – bynajmniej nie z przekory, ale w imię prospołecznej wizji – wskazać na słabości przechylenia w drugą stronę. Ma ono miejsce, gdy zaczynamy postrzegać i przedstawiać WOŚP oraz podobne akcje wyłącznie przez pryzmat ich negatywów, a w tle malujemy wizję państwa socjalnego, w tym publicznej służby zdrowia, bez żadnej skazy ani słowa krytyki. Symbolem tej postawy, dość w ostatnim czasie popularnej wśród części lewicowych internautów, mogą być hasła typu „Hate WOŚP, love NFZ”. Myślę, że ten rodzaj myślenia i jego obecność w debacie publicznej rodzi szereg pułapek, wręcz zagrożeń.

Nie palmy komitetów, zakładajmy własne

Po pierwsze, gdy ktoś bezpardonowo uderza w WOŚP, zaczyna być postrzegany jako killjoy, psujący – choćby chwilową, powierzchowną – atmosferę wspólnoty i solidarności, a sam wzbudza raczej awersję i dystans. Wprawdzie krytyczna postawa siłą rzeczy wymusza narażanie się oraz wybudzanie ludzi z błogiej nieświadomości czy samozadowolenia i tego nie unikniemy, chcąc coś zmienić. Ale czy akurat ten moment – jeden z niewielu w roku, gdy powstają kolektywne i zasadniczo pozytywne emocje – jest najlepszym, by płynąć pod prąd? Zwłaszcza gdy nasza szara codzienność obfituje w tak wiele drobnych i większych symptomów zniszczenia przeżyć i więzi zbiorowych oraz atrofii indywidualnej solidarności, że może lepiej to na nie skierować krytyczny impet?

Pokazywanie WOŚP w najgorszym świetle wyzwala  poczucie dysonansu wśród osób, które w jakiejś mierze uczestniczą w tej inicjatywie. Wzbudza wątpliwość, czy na pewno jesteśmy tacy fajni, wrzucając pieniądze do puszki i przyklejając sobie serduszko. Czy nie bierzemy udziału w jakimś zbiorowym otumanieniu, na którym ktoś zbija kapitał oraz medialną popularność. Opisana sytuacja nie wydaje się korzystna. Przede wszystkim takie poczucie dysonansu może wywołać reakcje obronne i niechęć wobec tych, którzy przypominają, że „w istocie nasze działania wcale nie są potrzebne”. Niekoniecznie służy to przyciąganiu osób na stronę frontu na rzecz budowania publicznego systemu dobrobytu, zwłaszcza jeśli nie towarzyszy temu konstruktywna i przebijająca się w debacie propozycja tego, co związani z działalnością w WOŚP mogą zrobić w zamian na rzecz dobra wspólnego. Ktoś powie o solidarnym płaceniu podatków i składek, tyle że akurat wiele osób zaangażowanych w WOŚP to niekoniecznie krezusi czy ludzie w ogóle syci. Wiele z nich jest niezamożnych i w polskich realiach fiskalnych – charakteryzujących się dość płaskim systemem podatkowym z relatywnie wysokimi obciążeniami osób niemajętnych, dużym udziałem podatków pośrednich, a małym bezpośrednich – już i tak płaci sporo w postaci PIT-u i VAT-u w relacji do swoich zasobów. Na składki natomiast z reguły nie ma wpływu, bo albo jest na bezrobociu, albo pracuje na śmieciówce czy na skromnym etacie, od którego składki odprowadza kto inny. Część osób po prostu nie widzi alternatywy, by dać ujście potrzebie solidarności i bycia częścią pewnej wspólnoty.

W sytuacji tak silnej dezintegracji społecznej jaka ma miejsce w Polsce, rozmaite mechanizmy więziotwórcze, zarówno świeckie, jak i religijne, nie powinny – o ile nie stoją w jawnej sprzeczności z wartościami życia zbiorowego – być z zasady wykorzeniane, a co najwyżej modyfikowane, aby były bardziej skuteczne i włączające. Podobnie z zaangażowaniem społecznym. Gdy mamy tak niski poziom kapitału społecznego, zwłaszcza tego o charakterze pomostowym, łączącego ludzi o różnych cechach społeczno-ekonomicznych, może warto zastanowić się, czy rzucać kłody pod nogi inicjatywom, które wychodzą temu naprzeciw. Remigiusz Okraska napisał kiedyś felieton, w którym sugerował, że delegitymizowanie przez odmienne strony podziałów politycznych wszelkich form zaangażowania swoich adwersarzy (np. poprzez doszukiwanie się i eksponowanie ich słabszych cech czy zarzucenie nieuczciwości) jest zabójcze, zwłaszcza w sytuacji pustynnienia życia społecznego i obywatelskiego. Myślę, że tamta obserwacja nie traci na aktualności. A jeśli dana inicjatywa pomocowa nam nie odpowiada, czy to z przyczyn ideologicznych, czy ze względu na formę i profil działania, to zamiast z nią walczyć, lepiej pokazać pozytywną alternatywę, angażując się w inne, bliższe nam projekty lub organizując własne. I choć w przestrzeni społecznej zapewne są i takie, którym należy powiedzieć no pasaran (jeśli nawołują do przemocy i wykluczenia), to jednak wątpię, czy powinno się to odnosić – przy rozmaitych obiekcjach wobec nich i ich liderów – akurat do takich inicjatyw jak WOŚP, Szlachetna Paczka czy Caritas.

Nie idealizujmy – krytykujmy i  naprawiajmy

W dodatku przeciwstawianie WOŚP państwowej służbie zdrowia lub jej administracyjnym organom jak NFZ, ukazywanym wyłącznie w pozytywnym świetle, nie wydaje mi się strategią skuteczną. Taka retoryka nie przekona licznych obywateli. I to nie tylko ideologicznie przeciwnych wszystkiemu co państwowe, ale także tych, którzy na własnej lub bliskich skórze doświadczają nieprawidłowości i nierzadko niesprawiedliwości publicznego systemu zdrowotnego. Weźmy NFZ. Nie trzeba być szczególnie wnikliwym analitykiem polityki zdrowotnej, by usłyszeć choćby o premiach dla wyższych urzędników przy jednoczesnej zaniżonej wycenie poszczególnych świadczeń, np. w obszarze pediatrii czy  geriatrii (by przywołać te obszary, którymi zajmuje się WOŚP). I choć wspomniane premie są w skali systemowej nieznaczącymi kwotami w zestawieniu z tym, czego brakuje w publicznej kasie na zaspokojenie potrzeb zdrowotnych, jednak nie budzą one zaufania do tej instytucji.

Zresztą problemy dotyczą nie tylko NFZ, jego kadry i wyceny świadczeń, ale także polityki zdrowotnej na różnych szczeblach i etapach wdrażania. Poczynając od pozyskiwania środków, których jest stanowczo za mało m.in. z uwagi na stopę bezrobocia i wzrost ilości nieoskładkowanych umów o dzieło, a więc czynniki, które wykraczają poza kompetencje zarówno NFZ, jak i Ministerstwa Zdrowia, a wiążą się z całościowym funkcjonowaniem polskiego państwa. W obliczu tych zjawisk hasła typu „hate WOŚP, love NFZ” brzmią nie tylko nieprzekonująco, ale wręcz groteskowo, nawet jeśli – patrząc systemowo – mechanizm pozyskiwania i zagospodarowywania środków na leczenie poprzez składki i podatki pozostaje mimo swych słabości bardziej efektywny niż charytatywne zbiórki pokroju WOŚP. Nie chodzi tu jednak tylko o skuteczność perswazji, ale także o rozwijanie w sobie umiejętności krytycznego analizowania i reformowania instytucji publicznych. W atmosferze ich wybielania w imię pokazywania wyższości sektora publicznego nad prywatnym czy nawet społecznym otoczeniem zatraca się misja modernizacji i rozwoju usług publicznych, która to (a nie tylko sama ich obrona) powinna stanowić nasz azymut.

Wielosektorowość i sprawiedliwość

Po trzecie – środowiska postępowe zdają się popadać w pułapkę źle rozumianego etatyzmu, który nie oznacza tu wiary w konieczność interwencji państwa, lecz w konieczność przejmowania przez nie jak najwięcej funkcji przy odpuszczaniu czy nawet negowaniu tego, co jest pozapaństwowe. Trudno to nawet nazwać anachronizmem, bo już dawno – choćby w dokumentach programowych Polskiej Partii Socjalistycznej – była mowa o wielosektorowym systemie społeczno-gospodarczym, gdzie znalazłoby się miejsce w odpowiednich, niekoniecznie równych proporcjach, na to, co państwowe, społeczne oraz prywatne.

Tym bardziej należy pamiętać o tym dziś, gdy istnieje rozległa literatura na temat wielosektorowej gospodarki dobrobytu i polityki społecznej. Akcentuje ona włączenie w proces zaspokojenia potrzeb i budowania spójności także podmiotów niepaństwowych, od sektora prywatnego przez społeczno-obywatelski po nieformalny. Trudno zanegować tę dyskusję i nie warto się od niej dystansować. Pozwolę sobie zacytować facebookową wypowiedź Cezarego Miżejewskiego, który od lat działa na pograniczu sektorów publicznego i społecznego: Debata o social mix jest chyba kluczową dla całej polityki społecznej. A zarazem dla całej lewicy, która utknęła w meandrach nie bynajmniej w debacie o publicznych usługach, ale o wyższości państwowego nad społecznym, przegrywając w eliminacjach z prywatnym i to nie tylko wykonawstwem, ale również prywatyzowaniem funkcji państwa. Jeśli nie otworzymy się na działanie publiczno-społeczne, i nie stworzymy spójnej wizji, to będziemy za kilka lat wspominać, że coś było publiczne, ale walczyliśmy o to na fejsie. PS. Oczywiście to nie pochwała mainstreamowego Owsiaka, ale wszystkich społecznych inicjatyw.

Lepiej zatem włączyć się w ową dyskusję o wielosektorowości i dążyć, aby w jej ramach wypracować taki wariant międzysektorowego ładu, który optymalnie realizuje nasze wartości, jak solidarność czy sprawiedliwe zaspokajanie rozległych i złożonych potrzeb. O ile poniekąd zrozumiała jest rezerwa wobec włączania w to świata biznesu, zwłaszcza gdy działa on tak jak w Polsce, o tyle w przypadku różnych inicjatyw społecznych jest to bezzasadne. Choć w ramach sektora pozarządowego są inicjatywy bliższe i dalsze prospołecznym ideałom (WOŚP i filantropijne akcje są od nich raczej dalej niż np. działalność podmiotów gospodarki społecznej), niewłaściwe jest negowanie tego wkładu w zaspokajanie potrzeb społecznych.

Sprzęt zakupiony przez Owsiaka pomaga relatywnie niewielkiej liczbie przypadków w porównaniu z liczbą wymagających pomocy i nie otrzymujących jej w adekwatnym czasie i zakresie. Ponadto na niewiele by się on zdał, gdyby nie publiczna infrastruktura medyczna oraz wykwalifikowani i zatrudnieni ze środków publicznych lekarze i pielęgniarki, którzy przy pomocy tej aparatury wykonują ciężką i użyteczną pracę. Należy o tym pamiętać i przypominać innym. Jednak z uwagi na ułatwienie pracy choćby tej garstce pracowników służby zdrowia i zapewnienie większych szans na godne leczenie niewielkiej części pacjentów warto o pewną ostrożność, gdy mamy ochotę dezawuować tym podobne zbiórki. Punktem wyjścia dla prospołecznych, postępowych środowisk  powinno pozostać szerokie i sprawiedliwe zaspokojenie podstawowych potrzeb ludzi, w tym zwłaszcza najsłabszych. A dotknięci chorobą pacjenci publicznej służby zdrowia (uzupełnianej przez WOŚP) do tej grupy należą.

Z powyższego płynie dla mnie kilka wniosków i rekomendacji. Potrzebne jest po pierwsze przekierowanie energii krytycznej z walki z WOŚP i innymi, najczęściej kościelnymi organizacjami charytatywnymi, na konstruktywną (!) krytykę systemu polityki społeczno-gospodarczej, w tym funkcjonowanie usług publicznych i ich słabości, jak niedofinansowanie, nieprzejrzystość, coraz silniejsza orientacja rynkowa w zarządzaniu nimi itp. Po drugie, przyjęcie jako nieusuwalnej, a do pewnego stopnia pozytywnej, obecności różnych form zbiorowej i indywidualnej solidarności oraz doświadczeń życia zbiorowego, które odbywają się poza instytucjami państwa. Ewentualny dystans wobec poszczególnych z nich należy manifestować raczej poprzez równoległe inicjatywy, które byłyby pozytywną alternatywą i sposobem przyciągania do naszych idei i sposobów działania. Po trzecie – uznanie potrzeby istnienia wielosektorowego systemu dobrobytu i dążenie, by w jego ramach pierwiastek publiczny był silnie obecny, zarówno jeśli chodzi o zakres oddziaływania, jak i jakość współdziałania z tym, co niepubliczne.

Sylwester z psem

Sylwester z psem

Sylwestra spędziliśmy w domu w solidarności z psem. Czytaliśmy kryminały, romansidła, nawet horrory, co było miłą rozrywką po lekturach obowiązkowych. Z odległego miasta dochodziły słabe odgłosy, ale pies ma dobry słuch i groźnie szczekał w ciemną przestrzeń za oknem. Przed dom nie mogliśmy wyjść, ponieważ na sąsiedniej górze ukochany pan z miejscową kawalerką odpalał całe skrzynki sztucznych ogni. Próbowaliśmy podglądać w telewizorze masowe „imprezy rozrywkowe”, ale obraz i dźwięk wpędzały psa (31 kg) na nasze kolana. Lizał nas od ucha do ucha na potwierdzenie sojuszu obronnego. Dopiero w Nowy Rok okazało się, że strzelanie razem z panem jest wspaniałą zabawą i nie ma się czego bać. Uszy do góry, jeszcze będzie z ciebie komisarz Alex.

Sympatyczny zwyczaj wychodzenia na noworoczny toast na plac lub deptak, został – jak każda spontaniczna inicjatywa – zawłaszczony przez władze i media. W wielkim tłumie nie można zatańczyć ani strzelić korkiem od szampana, ale trzeba się „dobrze bawić”, żeby nie wyglądać na buraka, któremu brak entuzjazmu, optymizmu i wiary w przyszłość. Prowadzący robili, co mogli, dyrygując tłumem – „brawami witamy wielkiego artystę”, „brawami żegnamy wielkiego artystę”, „machamy rękami”, „klaszczemy”, „śpiewamy”. Ludzie też starali się jak mogli okazywać rozbawienie, ale niewiele mogli. Kiedy czuli na sobie oko kamery, śmiali się i podskakiwali w miejscu. Nic złego nie powiem. Niech każdy bawi się lub nie bawi tak, jak chce, byle nie wybijał szyb i nie wrzucał petard na balkony i do śmietników.

Po Październiku ‘56 wrócił przedwojenny zwyczaj bali karnawałowych. Społeczeństwo nadal było klasowe. Klasa panująca bawiła się na zamkniętych imprezach, lud na wspaniałych balach dostępnych dla wszystkich. Trzeba było tylko wcześniej postarać się o bilety (niezbyt drogie), bo na dobrych balach organizatorzy tłoku nie planowali. W Gdańsku nie było przestronnych pałaców, więc najlepsze bale były na Politechnice. Dwie orkiestry grały muzykę taneczną w różnym stylu, posadzki były świetnie przygotowane, dużo miejsca do tańczenia i spacerowania, aby odszukać znajomych. Na imprezy zamknięte nikt nie próbował się wkręcić, nie tylko ze względu na polityczny honor. Panowała opinia, że tam bawi się hołota. Akademicki Klub Morski musiał podlizywać się władzy (paszporty i dewizy na zagraniczne rejsy) i raz w roku zapraszał na jakąś imprezę I sekretarza KW PZPR. Rolę koniaku pełnił wówczas świetny polski jarzębiak, ale bonza się skrzywił: „piję tylko koniaki”. Zarząd sprostał wyzwaniu i kupił koniak w Peweksie. Władza nalał sobie całą szklankę i duszkiem wypił. Barwny opis tego chamstwa obiegł całe miasto.

Masowe imprezy oddają ducha czasów. Polityka też spełnia oczekiwania masowego odbiorcy. Publiczność zabawiana jest tasiemcowymi telenowelami z życia wewnętrznego klasy politycznej. Ludzie są tym zmęczeni, ale uważają za swój obywatelski obowiązek śledzenie losów polityków. Uczeni teoretycy oraz praktycy wytrenowani w grach politycznych snują mądre rozważania w stylu, czy Komorowski wyemancypował się spod dominacji Tuska. O wpływy byłego WSI i SB nikt nie pyta, bo to pytanie niebezpieczne.

„System Tuska” został wnikliwie przeanalizowany na sto sposobów. Podkreślana jest bezideowość koalicji rządzącej, której jedynym celem wydaje się utrzymanie władzy. Nie do końca podzielam ten pogląd. Podobnie oceniany był przez krytyków Lech Wałęsa. Trybun ludowy, którego ambicją była niepodzielna władza najpierw nad związkiem zawodowym, a potem nad całą Polską – władza dla władzy. Analogie między Lechem Wałęsą a Donaldem Tuskiem są zastanawiające. Obaj są autokratami, którzy za nic mają zasady demokracji, o wszystkim sami decydują, ale za nic nie odpowiadają. Nielojalni wobec współpracowników, nabuzowani nienawiścią do konkurentów spoza własnego sytemu. Bezideowość Wałęsy i Tuska są pozorne. Realną opozycję nazywają antysystemową, co demaskuje ich polityczne cele. Nadrzędnym zadaniem było i jest bezkonfliktowe wprowadzenie neoliberalnej doktryny gospodarczej i uzależnienie Polski od silniejszych sąsiadów. Dla Lecha Wałęsy „czarnym ludem” byli Andrzej Gwiazda i Anna Walentynowicz, dla Donalda Tuska bracia Kaczyńscy.

Sposób grania na emocjach ludzi też jest wciąż taki sam. Niezawodne jest straszenie chaosem, zagrożeniem bezpieczeństwa, załamaniem gospodarczym. Nieustannie wbija się ludziom do głowy, że tylko odpowiedzialny Wódz wie, jak poradzić sobie z Rosją, Niemcami, kibolami, związkowcami, Unią, strajkami, jak zapobiec rozwiązaniu rumuńskiemu, masowym demonstracjom, rewolucji. Groźba niekontrolowanego wybuchu budzi przerażenie, chociaż groźne są tylko wybuchy kontrolowane.

Rozstrzygającymi argumentami są: „Wałęsa jest znany i podziwiany na całym świecie” lub „Donald Tusk w Unii ma opinię wybitnego, przewidywalnego polityka, przyjaźni się z Angelą Merkel”. Można podać wiele przykładów wpływu opinii zewnętrznej na akceptację polskich ministrów finansów i spraw zagranicznych czy na wyniki wyborów. Nawet generał Jaruzelski zyskał w opinii publicznej, kiedy Rosjanie zaprosili go na paradę zwycięstwa do Moskwy.

Opinię Zachodu kształtują polskie media głównego nurtu i tak koło się zamyka. Dobrze jest czasem wyłączyć się z szumu informacyjnego produkowanego przez media. Nie polecam postawy apolitycznej – „Moja chata z kraja”, ale z dystansu czasem lepiej widać.

A jak już popadniemy w beznadziejną frustrację, zawsze można liczyć na zdarzenia nieprzewidziane. Car Rosji stracił nimb boskości, kiedy w Petersburgu zawaliła się trybuna. Carycy Merkel życzę dużo zdrowia, ale może oczywisty fakt, że jest kruchą kobietą, sprowadzi wielbicieli Tuska do rzeczywistości.