przez Krzysztof Wołodźko | poniedziałek 20 października 2014 | opinie
Latem tego roku media informowały o trudnej sytuacji myślenickich szwaczek, pracujących dla firmy Trend Fashion, która szyje dla Vistuli. Ponieważ pracownice od siedmiu lat nie dostały podwyżek, w połowie lipca na dwie godziny odeszły od maszyn. Kobiety pracujące na akord i zarabiające po 1300 złotych chciały jednego grosza więcej na „normominucie”, co w skali miesiąca dałoby im 100 złotych więcej. Zaraz po strajku firma zwolniła siedem osób. Taki trend.
W szwalni pracuje 250 kobiet, część z nich od dwóch-trzech dekad. Jak donosił „Dziennik Polski”, przed laty zakład był własnością Vistuli, lecz został „outsourcingowany”. Autor tekstu w „DP” przytaczał wypowiedzi pracownic i pracowników: „Kiedy byłam młoda miałam większą wypłatę, niż teraz”, „Przyszła ta granica, za którą ludzie czują, że nie mogą dać z siebie więcej”, „Pomimo umów o pracę jesteśmy pełni obaw o swoje emerytury, bo wiemy, że pracodawca nie płaci składek do ZUS”, „Trzynasty rok pracuję bez urlopu w lecie i mimo, że nie mamy przerwy urlopowej to jeszcze mamy pracujące soboty. Bez klimatyzacji, w temperaturze 38 stopni Celsjusza, a trzeba pamiętać, że są także stanowiska gorsze, przy żelazku i parze”. A jedna ze zwolnionych kobiet po kilku tygodniach poszukiwań pracy w okolicach Myślenic stwierdza, że „przeżywa kolejny szok, tym razem wywołany warunkami, jakie oferują pracodawcy i tym, co słyszy od ludzi, np. że o wypłatę nieraz trzeba się prosić”. W rezultacie chciałaby wrócić tam, skąd ją zwolniono…
Teraz konieczny przeskok. Pod koniec października w Płocku odbędzie się I Ogólnopolskie Forum Chrześcijańskie. Jego hasłem przewodnim będzie „ekonomia sumienia”. Brzmi świetnie. Na stronie internetowej wydarzenia znaleźć można skład panelistów. Mamy tam dr. Tadeusza Wasilewskiego, lekarza specjalistę z dziedziny położnictwa i ginekologii, mamy dr. Henryka Siodmoka, prezesa zarządu w Grupie Atlas. Jest również dobry na (prawie) każdą okazję Roman Kluska oraz Tomasz Sztreker, prezes Polskiej Akademii Biznesu. Wśród prelegentów nie zabraknie Marka Rogalskiego, analityka walutowego, a także Marka Zubera, „znanego i lubianego” eksperta ekonomicznego. Na deser mamy księdza Przemysława Króla SAC, który „w swej pracy naukowej stara się poznać zawiłości moralne podatków” oraz siostrę Małgorzatę Chmielewską z prelekcją o pięknym, poetycko-charytatywnym tytule „Posuńmy się na ławce życia”.
Nasuwa się pytanie, kto na forum poświęconym „ekonomii sumienia” reprezentuje słabo i średnio zarabiających pracowników najemnych. Bo przedstawicieli i rzeczników kapitału, także całkiem sporego, nie brakuje. Kto reprezentuje jednak wyzyskiwanych Polki i Polaków? Kto poruszy zagadnienia dotyczące sumienia w takich sprawach jak prawa pracownicze, notabene dość często wspominane w nauczaniu Papieża Franciszka? A mówiąc wprost: kto reprezentować będzie myślenickie szwaczki, wśród których zapewne znajduje się niejedna, tak miła sercom wielu katolickich publicystów, Matka Polka? Może – nie wprost – Marek Zuber z wykładem „Sumienie a chciwość”? A może ginekolog dr Wasilewski? Nasuwa się odpowiedź dość oczywista: nikt. Ale to byłoby zbyt proste…
Otóż (uboższym) światem pracy najemnej zajmuje się na tej konferencji siostra Chmielewska. Świat pracy może bowiem wystąpić na forum poświęconym (kapitalistycznej) ekonomii (neokolonialnego) sumienia tylko jako adresat działań charytatywnych. Działalność charytatywna to ta forma aktywności, która coraz częściej przejmuje i kontroluje sferę poczynań i wyobrażeń związanych z uboższymi Polakami. Chodzi o proceder dobrowolnego przekazywania przez osoby indywidualne, sektor prywatny i państwowy pewnej (relatywnie niewielkiej) części zasobów na protezy socjalne dla różnie definiowanych grup potrzebujących. Tyle w rzeczywistości oznacza wskazanie pod adresem reprezentantów świata kapitału: „posuńmy się na ławce życia”. Jeszcze dobitniejszym przykładem tej strategii jest ideologia i działalność ks. Stryczka, znanego jako organizator „Szlachetnej Paczki”.
Interesującą analizę strategii charytatywnych na przykładzie tej akcji i towarzyszącej jej ideowej otoczki przedstawiła socjolożka dr Katarzyna Górniak w artykule „Pułapki szlachetnej paczki” na łamach aktualnego numeru pisma „Kontakt”. Jak stwierdza autorka: „Charakterystyczną dla tego typu działań jest ich akcyjność, a tym samym doraźność. Tym samym przekonanie jej twórcy, ks. Jacka Stryczka, że paczka, którą otrzymują osoby biedne, ma stanowić punkt zwrotny w procesie wychodzenia z biedy, pobudzać do zmiany, być szansą na nowe życie, jest z założenia błędne, a w konsekwencji też szkodliwe […]. Pomoc staje się instrumentem dyscyplinowania – paczka daje prawo do formułowania wymagań i oczekiwań. Problem polega na tym, że osoba biedna nie będzie w stanie się z tych zobowiązań wywiązać, bo zawartość paczki nie znosi tego, co ją naprawdę ogranicza i hamuje, nie dotyka przyczyn, a jedynie dotkliwych skutków sytuacji biedy”.
Dodajmy do tego chętnie powtarzane przez ks. Stryczka zawołanie: jeszcze więcej wolności dla przedsiębiorców. Bez najmniejszej refleksji nad tym, że w naszych warunkach to „jeszcze więcej wolności” oznacza na ogół uwolnienie się od większości zobowiązań wobec nisko opłacanych pracowników. Bez namysłu nad tym, że brak efektywnej redystrybucji środków publicznych czyni życie w Polsce coraz mniej znośnym nie tylko dla biednych i najbiedniejszych. Trudno przy okazji ustrzec się przed myślą, że obecne realia czynią wielu specjalistów od filantropii beneficjentami status quo, zatem mają oni swój interes w tym, by promować obowiązujący model społeczno-gospodarczy. Jedni są od wyzyskiwania, drudzy od tego, by zarządzać dobrymi serduszkami, współczującymi wyzyskiwanym. Ba, trafiają się przecież także współczujący wyzyskiwacze oraz politycy (współpracujący z wyzyskiwaczami). W Polsce w pewnych kręgach nazywa się to – zdaje się – „wrażliwością społeczną”. A w efekcie, w myśl specyficznie rozumianej chrześcijańskiej ekonomii sumienia, jedynym prawem nisko i średnio zarabiających pracownic i pracowników staje się bycie przedmiotem charytatywnej działalności posiadaczy kapitału. Ni mniej, ni więcej. Jest to zarazem jedyne (i jedynie słuszne) remedium na atrofię i bylejakość polityki społecznej, systemów zabezpieczeń socjalnych, na proces zwijania państwa i jego infrastruktury publicznej, na zdziczenie rynku pracy.
Nie jest to jedynie problem polskiego katolicyzmu, wyjałowionego dziś niemal kompletnie z systemowej myśli solidarystycznej. Podporządkowanie polityki społecznej i świata pracy logice „charytatywy” jest bardzo dobrze widziane przez elity polityczne i gospodarcze. A być może jest to już nowy konsensus społeczny. Skoro w kolejce do lekarza Polka i Polak czekają niemal trzy miesiące, skoro znacznie zmniejszono zakres większości usług publicznych, niweluje się egalitaryzujący charakter edukacji, skoro komunikacja zbiorowa jest w odwrocie, a struktura zarobków i nasz system podatkowy skutecznie wzmacniają procesy rozwarstwienia, wykluczenia i trendy emigracyjne, to jedyną szansą na godne życie jest „cud charytatywy” i wygrana w radiowym konkursie „z dużymi nagrodami pieniężnymi”.
Może właśnie Tobie, Matko Polko z Myślenic, ktoś zrobi nieco miejsca na ławeczce życia: Twoje pociechy dostaną darmową wyprawkę, Twój domowy budżet zasili kwota z balu charytatywnego, może Twój mąż wygra kilka tysięcy wysyłając sms-y. Na tyle możesz liczyć, bo poza tym czeka Cię głodowa pensja, zwolnienie w razie desperackiej próby protestu, niepewność jutra w miejscu, gdzie miałaś pecha urodzić się, chodzić do szkoły i na randki, poznać męża, spłodzić dziecko/dzieci, spędzać życie w poczuciu prowincjonalnej beznadziei. Oczywiście, Matko Polko, Ojcze Polaku, możecie też wyjechać z kraju. A co będzie z waszą rodziną? Z waszym związkiem (nie)sakramentalnym? Co z waszym popędem seksualnym, instynktem macierzyńskim i ojcowskim na obczyźnie? Z waszą tęsknotą? To już naprawdę nie jest tak istotne, jeśli akurat nie wam przydarzył się „cud charytatywy”. Zresztą cud na ogół bardzo krótkotrwały i obliczony raczej na krótkoterminowy efekt niż długofalową efektywność.
Najpewniej zatem, jeśli nie zadowalają cię efekty ekonomii sumienia po polsku, ściągniesz rodzinę za granicę. Albo tutaj będziesz żyć w desperacji, licząc, że los się musi odmienić. Ale jako przedmiot działalności charytatywnej powinnaś/powinieneś liczyć się z tym, że twoja szansa najpewniej nigdy nie nadejdzie. Zawsze może być za to jeszcze gorzej, bo grasz w swoistą rosyjską ruletkę: filantropom zarządzającym charytatywnymi protezami socjalnymi może coś się nie spodobać w Twojej (roszczeniowej) mimice i „proszalnym CV”. Jeden zły grymas twarzy – może oznaka dyskomfortu z powodu zgiętych pokornie pleców i przypochlebnego uśmiechu – albo po prostu czyjś kaprys, ewentualnie „nieuniknione cięcia”, a zostaniesz z tym, co masz. A i to być może ci odbiorą.
Forum poświęcone ekonomii sumienia jest symptomatycznym przykładem totalnej dysproporcji między kapitałem a światem pracy w rodzimych realiach społeczno-gospodarczych. Niewiele liczą się w nim już prawa pracownicze czy refleksja nad relacją zarobków do sposobów życia i strategii przetrwania w takim świecie jak nasz. Mało istotne są zagadnienia związane z przełożeniem polityk społecznych na jakość i komfort funkcjonowania szerokich grup społecznych, szczególnie tych, które znajdują się niżej w piramidzie ekonomicznej neokolonialnego kapitalizmu. To, co jest w polu zainteresowania etyki biznesu, dyktuje sam biznes. Im większy – tym więcej ma do powiedzenia. Stąd, moim zdaniem, gdy zwykły człowiek widzi na ekranie kuszące do okolicznościowego współczucia damy z wielkich medialnych fundacji, wyfraczonych konserwatywnych liberałów z towarzystw biznesowych i entuzjastycznie młodzieżowego Jurka Owsiaka, powinien mocno zacisnąć rękę na portfelu, a oszczędzony w ten sposób grosz oddać żebrakowi.
Oglądamy, jak sądzę, dopiero preludium sukcesów charytatywnych strategii, nastawionych w znacznej mierze na profity (jeśli nie materialne, to choćby wizerunkowe) z obrotu dużymi pieniędzmi, przeznaczonymi m.in. dla pracujących ubogich. Znakomitym przykładem logiki tego specyficznego biznesu są bajońskie kwoty przeznaczane przez fundacje dobroczynne na marketing. Dodajmy, że często pieniądze, którymi ów biznes obraca lub które przekazuje potrzebującym, nie pochodzą z zysku wypracowanego przez filantropów. Pozyskiwane są od setek tysięcy ludzi, którzy z własnej, nierzadko skromnej puli zarobków przeznaczają pieniądze na wsparcie innych – poruszeni czyjąś tragedią, kierowani poczuciem moralnego obowiązku, ale także przekonani, że tylko taka forma pomocy uboższym/dotkniętym wypadkami losowymi ma sens.
Problem polega na tym, że triumf charytatywy to droga do dalszego rozwarstwienia, wykluczenia kulturowego i ekonomicznego, do faktycznego zdjęcia odpowiedzialności ze społeczeństwa i państwa za procesy zachodzące w Polsce. Oczywiście, hasło „Posuńmy się na ławce życia” wielu przypadnie do gustu: wszak chodzi w nim o gest niezobowiązująco dobrowolny, gdy „podatki to złodziejstwo”. Pomija ono jednak najistotniejszy fakt. Otóż ludzie, których kapitalistyczne serduszka ma poruszać, nie siedzą na ogół z nikim na ławce, lecz zajmują wygodne miejsca w fotelach pierwszej klasy samolotów i pociągów, w ekskluzywnych klubach, restauracjach, w inteligentnych biurowcach, z których nadzorują i obserwują milionowe i miliardowe transakcje, itd. Dawno już nie ma żadnej wspólnej ławki: są osobne sektory dla VIP-ów, dla wąskiej klasy średniej, dla szerokiej klasy jako tako wiążących koniec z końcem, dla pracujących ubogich i dla tych, co żyją poniżej progu nędzy. Nowe warstwy posiadające mogą co prawda raz po raz rzucać ludowi pieniądze, ale ten model funkcjonowania cofa nas właściwie do epoki przedfeudalnej, do czasów, gdy wąska warstwa posiadaczy miała plebsowi do zaoferowania darmowe zboże, igrzyska i (źle maskowaną) pogardę. Być może w naszej post-chrześcijańskiej kulturze charytatywy tej pogardy wyrażanej wprost jest mniej – zastępuje ją obojętność albo przekonanie, że panujący porządek jest naturalny i dany przez Boga. I że w imię walki z socjalizmem należy zostawić pracownika z tym jednym prawem – ewentualnej możliwości skorzystania z czyjejś łaski.
Gdyby mnie ktoś zapytał, jak wyobrażam sobie pomnik symbolizujący niesprawiedliwość współczesnej Polski, odpowiedziałbym, że powinien to być wysoki postument – a na nim Matki Polki Zęby w Ścianie. Oto pomnik godny nie tylko losu myślenickich szwaczek. To pomnik dla wszystkich, którym ekonomia braku sumienia rodzimego kapitalizmu odmawia stu złotych podwyżki miesięcznie, a fatalny rynek pracy nie daje żadnej alternatywy poza emigracją (do wielkiego miasta lub za granicę) albo – jak bywa – prostytucją. Przecież powrót porno-biznesu do centrów miast po kryzysie finansowym nie wziął się znikąd, lecz z narastającej dysproporcji między tymi, co mają jeszcze więcej, a rosnącą grupą tych, których pracy nikt nie chce. Dla większości znanych mi z rodzimego podwórka moralistów i moralizatorów sprawa ta jest jednak mocno nieoczywista.
Ale niech się szwaczki nie trapią: zawsze znajdzie się ktoś, kto zachęci prezesa Trend Fashion, by posunął się na ławce życia. To musi bardzo wielu kobietom (i mężczyznom) dziś w Polsce wystarczyć: zamiast godnej pracy i godziwej zapłaty – ten szlachetny gest i świąteczna paczka od dobrodziejów.
przez Piotr Wójcik | poniedziałek 13 października 2014 | opinie
Misterna konstrukcja propagandowa, przedstawiająca III RP jako niebywały sukces, chwieje się w posadach wraz z kolejnymi danymi napływającymi z przeróżnych stron, pokazującymi jak „sukces” ten wygląda naprawdę. Środowiska broniące kształtu przemian dzielnie znoszą wszystkie te ciosy, stosując różne rodzaje gard i uników, a czasem, gdy nadarza się okazja, same wyprowadzając uderzenie – oczywiście zawsze poniżej pasa. „Po stylu walki ich poznacie” wypadałoby powiedzieć. Nie inaczej było z raportem o stanie majątku obywateli różnych państw, zaserwowanym nam przez bank Credit Suisse. Upokarzające dla III RP dane, mówiące, że Polacy są wielokrotnie biedniejsi od obywateli wszystkich bez mała krajów zachodniej Europy (np. od wcale nie najbogatszych Włochów, bagatela, 10-krotnie), obrońcy transformacji sygnowanej podpisami Sachsa i Sorosa z właściwą sobie swadą zbyli argumentami mówiącymi, że my bogacimy się dopiero od 25 lat, a narody z Zachodu już od dawien dawna (oczywiście o mających podobną historię i niemal dwukrotnie bogatszych od nas Czechach się nie zająknęli). Nie należy przecież zapominać, że w czasach całkiem niedawno upadłego peerelowskiego ancien régime Polacy mieli zablokowaną drogę bogacenia się i ekonomicznego rozwoju. Inaczej mówiąc, wśród zwolenników leczenia gospodarki szokiem istnieje szeroki konsens, dający się sprowadzić do tezy, według której w czasach PRL w miejscu, w którym obecnie znajduje się Polska, zionęła czarna dziura lub co najwyżej leżało odłogiem ubite klepisko, na którym tylko cudem jakimś egzystowały miliony ludzi. Dopiero po 1989 r. ruszyła tu w miarę normalna działalność gospodarcza, więc nie ma co się dziwić, że statystyczny Polak jest biedny jak mysz kościelna. Nie pozostaje nam więc nic innego, jak tylko wciąż zaciskając zęby i pas harować w pocie i znoju, gonić niezmordowanie narody Zachodu w wolnorynkowym wyścigu i mieszkając w wysłużonych kawalerkach cieszyć się z comiesięcznego wpływu „tysiąca pińcet”, z którego musi nam jeszcze wystarczyć na zakup najnowszego poradnika pt. „Trzeba się bić”, w którym szaman przemian Leszek B. powie nam, jak żyć.
Teza mówiąca, że w 1989 r. Polacy musieli de facto zaczynać od zera, nie tylko łatwo wpada w ucho – jest też szalenie wygodna, gdyż w polskich warunkach w zasadzie zabezpiecza przed jakąkolwiek krytyką przemian. Każdy, kto chciałby z tak postawioną tezą polemizować, musi przecież zacząć w pewien sposób bronić dorobku PRL, a na to raczej nikt nie ma specjalnej ochoty. Raz, że był to reżim delikatnie mówiąc mało przyjemny, a dwa, że łatwo wtedy narazić się na łatkę ignoranta wzdychającego z sentymentem za mitologizowanymi w niektórych wąskich kręgach czasami Gierka. Jako że mnie akurat przydzielane mi łatki średnio obchodzą (zależnie od środowiska, jestem określany faszystą i katolem lub socjalistą i lewakiem), a w zasadzie to nawet powoli zaczynają cieszyć (stając się hobby na kształt zbierania znaczków), ochoczo wejdę w buty adwokata diabła, by obejrzeć z bliska to wielkie zero, z którym rzekomo musieliśmy się zmierzyć przed 25 laty.
W sukurs przyjdą mi dane Angusa Maddisona, brytyjskiego eksperta od liczenia ujednoliconego PKB dla różnych krajów świata na przestrzeni wieków, w drobnym stopniu dopełnione szacunkami Aleksandra Pińskiego, przedstawionymi przez niego na Obserwatorze Finansowym. Obraz, który się z nich wyłania, dla niektórych może być dosyć zaskakujący. Okazuje się, że, patrząc z perspektywy PKB, PRL nie był wcale pasmem gospodarczych katastrof. Wręcz przeciwnie – na tle III RP wypada nie najgorzej. W 1947 r., a więc w momencie rozpoczęcia wdrażania pierwszego planu odbudowy kraju po wojnie (tzw. Plan Trzyletni), PKB na głowę mieszkańca wynosiło 1390 dolarów międzynarodowych (jednostka służąca do porównywania PKB w różnych krajach). 25 lat później PKB per capita wynosiło już 5010 dolarów. A więc wzrósł on ponad 3,5-krotnie. W 1989 r. wynosił on 5684 dolarów na głowę, a w 2014 roku 12062. Czyli przez 25 lat III RP także wyraźnie wzrósł, ale już jedynie ponad dwukrotnie. A więc produkt krajowy brutto w pierwszym ćwierćwieczu wspaniale transformowanej III RP rósł dużo wolniej niż w pierwszym ćwierćwieczu istnienia nad Wisłą czarnej dziury, z której tak bohatersko wyciągali nas Balcerowicz i spółka. Oczywiście rycerze transformacji zawsze mogą stwierdzić, że odbudowa ze zgliszcz wojennych musi przynieść na papierze spektakularne wyniki, więc nic dziwnego, że PRL notował lepszy wzrost. Ale na to można odpowiedzieć co najmniej dwoma argumentami. Po pierwsze, przecież według oficjalnej wykładni również po 1989 r. odbudowywaliśmy kraj ze zgliszcz (które definitywnie wymagały błyskawicznej terapii szokowej). A skoro tak, wyniki III RP powinny być równie znakomite. Po drugie, przytoczone dane pokazują PKB na głowę mieszkańca. A w okresie powojennym liczba mieszkańców Polski błyskawicznie rosła – w 1947 było ich około 24 mln, a w 1972 już ponad 33 – co spowodowało, że osiągnięcie wzrostu PKB per capita było tym trudniejsze. Tymczasem według GUS w okresie 1989-2013 liczba ludności nad Wisłą utrzymuje się na poziomie około 38 mln. A więc PKB dla całego kraju rósł w latach 1947-1972 nieporównywalnie szybciej niż w okresie 1989-2014. Słowem, z przytoczonych tu danych wynika, że w powojennym ćwierćwieczu musiał być wytwarzany całkiem znaczący majątek. Nawet jeśli nie miał on charakteru takiego jak dziś (czyli głównie konsumpcyjnego) i należał formalnie do wszystkich, a nie do poszczególnych właścicieli, to z zerem nie miał nic wspólnego.
Wielbiciele obecnego kształtu III RP zachwycają się faktem, że PKB per capita wynosi w Polsce obecnie już 68 proc. średniej UE. Z danych Maddisona wynika, że w czasach szczytu rozwoju PRL (1978 r.) PKB na głowę Polaka wynosiło prawie 50 proc. średniej dla zachodniej Europy. Jak widać wynik ten nie był znowu tak wiele gorszy niż teraz. A trzeba pamiętać, że obecna średnia UE nie jest tym samym, co średnia zachodniej Europy z lat 70., gdyż współczesną unijną przeciętną znacznie zaniża wiele krajów biedniejszych nawet od Polski, takich jak Bułgaria czy Rumunia. Bardziej porównywalne byłoby odniesienie do średniej dla strefy euro – wtedy polskie PKB per capita wynosi już tylko 63 proc., choć przecież do eurozony należą też kraje niespecjalnie zamożne, takie jak Łotwa czy Słowacja. W roku 1989 polskie PKB na głowę wynosiło 36 proc. średniej zachodniej Europy. To dużo mniej niż obecne 63 proc., ale od zera jest równie dalekie. A trzeba pamiętać, że ówczesne PKB stanowiło produkt rzeczywiście krajowy, gdyż środki produkcji były w zasadzie w całości w polskich rękach. Dawało to więc realne podstawy, by po rozsądnej restrukturyzacji gospodarki w duchu cywilizowanego kapitalizmu środki te stały się fundamentem, na którym można było zbudować majątek statystycznego Polaka, który mógłby sięgnąć nawet tej 1/3 przeciętnego majątku mieszkańca zachodniej Europy. Obecna struktura polskiego PKB, wytwarzanego w dużej mierze przez kapitał zagraniczny oraz charakteryzującego się jednym z najniższych w Europie udziałem płac, kończy się tym, że sięgnięcie naszego produktu krajowego brutto poziomu 68 proc. średniej UE pozwoliło przeciętnemu polskiemu gospodarstwu domowemu na nabycie majątku wartego zaledwie 10 proc. tego, co posiada statystyczne gospodarstwo domowe we Włoszech, a więc w kraju, który znajduje się prawie dokładnie na omawianej średniej (włoskie PKB to 98 proc. przeciętnej UE). Z tej perspektywy, sytuacja w 1989 r. wcale nie wygląda już tak dramatycznie źle, jak się nam mówi. Oczywiście PKB nie można odnosić w prostej linii do majątku, lecz do wytworzenia PKB bez wątpienia potrzebny jest majątek w postaci środków produkcji. A jego mieliśmy na tyle, by osiągnąć wartość ponad 1/3 średniej produkcji zachodniej Europy. Majątek ten mógł być podstawą do sprawiedliwego uwłaszczenia Polaków, bo przecież formalnie rzecz biorąc należał on w równej mierze do wszystkich. I gdyby tak się stało, wcale nie musielibyśmy zaczynać od zera. Mielibyśmy przyzwoitą wyprawkę – skromną bo skromną, ale zawsze.
Stało się jednak inaczej. Polskie środki produkcji zostały wyprzedane (nierzadko za bezcen) lub pozbyliśmy się ich w inny sposób (np. poprzez doprowadzanie do upadłości przedsiębiorstw – co zresztą też kończyło się zwykle wyprzedażą za bezcen). Zawsze można postawić wytartą już tezę, że widocznie były one zacofane i nawet jeśli w 1989 r. produkowały tyle, ile produkowały, to nie dawały żadnych szans na rozwój. Ale to jest nieprawda. Upadek przedsiębiorstw był spowodowany idiotyczną polityką ekonomiczną, która wystawiła przedsiębiorstwa przyzwyczajone do działania w zupełnie innym systemie na nagłą konkurencję w warunkach gospodarki rynkowej, czego nie mogły przetrwać, gdyż ich struktura (organizacja zatrudnienia, zasady pracy itd.) była dopasowana do reguł gospodarki socjalistycznej, w której de facto nie było konkurencji. Jednak niedopasowanie strukturalne nie oznacza od razu zacofania technologicznego. Wymaga jednak czasu na dostosowanie, którego polskim przedsiębiorstwom nie dano ani trochę, wprowadzając ruchy, które przypominały wystawienie niemowląt lwom na pożarcie i następnie dziwienie się, że nie podjęły one walki. A przecież gdy niemowlę po jakimś czasie dorasta, to przestaje być bezbronne. Niestety ojcom polskiego kapitalizmu doktryna „przemysłów raczkujących”, która stała się przed wiekami podstawą rozwoju kapitalizmu brytyjskiego i amerykańskiego, była zupełnie obca. Zamiast więc dbać troskliwie o swe raczkujące pociechy, Polacy postąpili jak wyrodni rodzice i otworzyli gospodarkę na zagraniczny kapitał w taki sposób, że niektórzy eksperci zaczęli nazywać Polskę „Hongkongiem Europy” (Hongkong jest jednym z najbardziej otwartych na wolny handel krajów na świecie). Zlikwidowano wszelkie pozwolenia na import oraz wprowadzono niski podatek importowy, co w połączeniu z nagłym odcięciem polskich firm od kapitału (zniesienie wszelkich dopłat z budżetu oraz preferencyjnych kredytów banku centralnego, znaczny wzrost oprocentowania kredytów, nawet tych wcześniej zaciągniętych) wystawiło je na rzeź. Zamiast przemyślanej transformacji mieliśmy więc skok na główkę do basenu, z którego wcześniej sami spuściliśmy wodę. A autorzy tej „strategii” uważani są dziś za ekspertów. Wołać o pomstę do nieba to mało.
Przez Polskę przetoczyła się więc fala upadku przedsiębiorstw. I to w niektórych przypadkach bardzo nowoczesnych. Warszawski zakład CEMI produkujący układy scalone, diody i tranzystory zatrudniał ok. 8 tys. pracowników i był największym tego typu zakładem w naszym rejonie Europy. Zbankrutował w wyniku nagłego zwiększenia wartości marży kredytu i dumpingowej konkurencji. Słynne Zakłady Radiowe im. Kasprzaka, produkujące wysokiej klasy magnetofony i zatrudniające 6 tys. pracowników, zbankrutowały z podobnych powodów, czym pociągnęły ze sobą na dno dwie współpracujące z nimi firmy: Muflex i Cemat. Upadła także kolejna fabryka magnetofonów, tym razem z Lubartowa – produkowała nowoczesne magnetofony odporne na wstrząsy, wykorzystywane np. przez wojsko. Kolejna słynna firma, czyli Zakłady Telewizyjne Elemis, również ucierpiała w wyniku wzrostu wartości kredytu, a także odcięcia od finansowania, pomimo perspektywy wielkiego kontraktu na 100 tys. odbiorników. Dobiła ją zagraniczna konkurencja ze strony Philipsa i Thompsona, którym… udzielono ulg podatkowych. Chyba właśnie po to, żeby dobić Elemis. Terapii szokowej nie wytrzymał także ZOPAN, produkujący unikalną aparaturę pomiarową. A także wiele innych firm, takich jak Telpod czy Fonica.
Kolejnym gwoździem do trumny polskiej przedsiębiorczości była szeroka prywatyzacja, oparta na dwóch błędnych założeniach. Pierwsze było takie, że przedsiębiorstwa prywatne zawsze działają bardziej efektywnie niż publiczne. Drugie było oparte na przeświadczeniu, że cały postpeerelowski majątek to, cytując klasyka, co najwyżej „kamieni kupa”. Z obu założeń zagraniczni inwestorzy korzystali ochoczo i z uśmiechem na ustach. Często nie robili tego nawet z myślą o dalszych inwestycjach, a raczej w celu likwidacji niepotrzebnej konkurencji. Sztandarowe przykłady takiego działania to poczynania Siemensa. Kupił on wielkie zakłady telefoniczne ZWUT, które wcześniej praktycznie zmonopolizowały produkcję i konserwację telefonów w Polsce i ZSRR, i zatrudniały ok. 4 tys. pracowników. Niemcy błyskawicznie wręczyli wszystkim wypowiedzenia, a następnie… zburzyli budynki zakładowe. Zapewne dla pewności, że już nic się w tym miejscu nie urodzi. Dokładnie tę samą strategię Siemens obrał w przypadku Zakładu Komputerowego Elwro z Wrocławia – tym razem łaskawie zostawiając jeden budynek, w którym pozostawił marginalną produkcję przewodów. Ciekawy jest również przypadek firmy Polam, produkującej lampy i inne urządzenia świetlne. Inwestor, który ją zakupił także uznał, że spora część budynków jest mu niepotrzebna, a na zgliszczach Polamu produkuje… kartony. Nie ostały się również Dzierżoniowskie Zakłady Radiowe, pomimo wcześniejszych sporych inwestycji w linie produkcyjne. Po prywatyzacji zakłady te odchudzono o… 90 proc. Własną strategię wybijania zębów polskiemu przemysłowi przyjął szwedzko-szwajcarski koncern Asea Brown Boveri Ltd. W kolejnych kupowanych przez siebie firmach elektronicznych zamieniał produkcję gotowych wyrobów na wytwarzanie elementów do nich. Tak postąpił w przypadku warszawskiego Megatexu, wrocławskiego Dolmetu oraz łódzkiej Elty.
Prawdziwe Eldorado zagraniczni inwestorzy mieli jednak dopiero wtedy, gdy za grosze nabywali nad Wisłą największe perły peerelowskiego przemysłu. Zakłady Papierowe w Kwidzynie były przedsiębiorstwem wyjątkowo nowoczesnym. Jeszcze pod koniec lat 70. za ok. 400 mln dolarów zakupiono sprzęt z Kanady, a za drugie tyle dozbrojono ziemię i rozbudowano infrastrukturę. Tymczasem Amerykanie z International Paper Group w roku 1990 kupili 80 proc. akcji za zaledwie 120 mln dolarów. Ale to jeszcze i tak nic, gdyż suma zwolnień podatkowych, jakie uzyskali w zamian za to, wyniosła w sumie… 142 mln dolarów. Inaczej mówiąc, dopłaciliśmy Amerykanom za to, że łaskawie wzięli od nas bardzo nowoczesną fabrykę. Dwa lata później prezes International Paper przechwalał się w amerykańskiej prasie, że takiej transakcji nie dałby rady zawrzeć pod żadną inną szerokością geograficzną na świecie. Największym skandalem prywatyzacyjnym była chyba sprzedaż Huty Warszawa. Choć była wyceniana nawet na 3 mld dolarów, 51 proc. jej akcji zostało sprzedanych za… niecałe 34 mln. Sam grunt do tej transakcji został wyceniony po cenie 38,5 tys. zł za metr kwadratowy, choć ceny rynkowe ziemi w Warszawie wahały się w tamtym okresie między 320 a 900 tys. zł za metr. Także inne polskie huty sprzedano za śmiesznie niskie kwoty. Spółka Polskie Huty Stali, skupiająca 4 wielkie huty, została zakupiona przez Mittal Steel Company za 1,43 mld zł, co stanowiło zaledwie 48 proc. zysku wypracowanego przez sprywatyzowaną grupę już w pierwszym roku po prywatyzacji. Na sprzedaży tej NIK nie zostawił suchej nitki, stwierdzając w protokole pokontrolnym, że jej wartość została zaniżona o 2 mld zł. Przybysze zza granicy robili także swe interesy życia w polskim sektorze finansowym. Wielkopolski Bank Kredytowy, obecny BZ WBK, został w dużej części sprzedany Europejskiemu Bankowi Odbudowy i Rozwoju, który po niedługim czasie sprzedał wszystkie swoje akcje irlandzkiemu AIB z… sześciokrotnym przebiciem. To i tak nic w porównaniu z losem Banku Śląskiego. Dużą jego część sprzedano holenderskiemu ING, wyceniając jedną akcję na 500 tys. zł, tymczasem już po pierwszym notowaniu giełdowym cena ta wzrosła… 13,5-krotnie. Po tym skandalu do dymisji podał się minister finansów Marek Borowski, a NIK przeprowadziła kontrolę, w wyniku której dopatrzyła się w transakcji znamion przestępstwa oraz wykazała zaniżenie kapitału banku przed prywatyzacją o ponad bilion starych złotych. Nie przeszkodziło to jednak Holendrom w zakupie kolejnych akcji, w związku z czym w 1996 r. bezboleśnie stali się większościowym udziałowcem jednej z najzdrowszych instytucji finansowych III RP.
Dane statystyczne, pokazujące skalę destrukcji polskiego przemysłu w wyniku zdziczałej transformacji, jeżą włos na głowie. Zatrudnienie w zakładach wysokiej techniki spadło o 50 proc., co objęło ok. 200 tys. pracowników. Produkcja aparatury informatycznej spadła o 26 proc., optycznej o 36,5 proc., maszyn i urządzeń energetycznych o 45 proc., a urządzeń elektronicznych aż o 66,5 proc. W porównaniu do 1989 r., w roku 1994 produkowaliśmy już tylko niecałe 7 proc. tranzystorów, 0,6 proc. układów scalonych, 12 proc. silników przemysłowych, 5 proc. kombajnów zbożowych, 20 proc. aparatury rozdzielczej i zabezpieczeniowej wysokiego i niskiego napięcia, 12 proc. odbiorników radiowych oraz 6 proc. żurawi i 25 proc. suwnic. Jak widać zaledwie 5 lat wystarczyło, żeby zupełnie znokautować polski przemysł.
Nie chciałbym być źle zrozumiany – nie zamierzam bronić PRL-u jako systemu polityczno-ekonomicznego. Uważam, iż bardzo dobrze się stało, że upadł. Jednak dyskredytowanie dokładnie wszystkiego, co z nim związane, jest na rękę głównie tym, którzy odpowiadają za kształt coraz bardziej skompromitowanej III RP, zapewniając im wygodne alibi, dzięki któremu mogą swobodnie opowiadać, że obecna bieda naszego społeczeństwa jest spowodowana przede wszystkim tym, że lata 1945-1989 zostały wyrwane z naszej gospodarczej historii. A tymczasem wcale nie zostały wyrwane. Prawdziwą wyrwę uczyniła dopiero zdziczała transformacja, w wyniku której cały ekonomiczny dorobek PRL (który, owszem, nie był zbyt duży, ale jednak jakiś był) rozszedł się nawet nie wiadomo do końca gdzie. Paradoksem jest, że antykomunizm prezentowany przez wiele środowisk wielce krytycznie nastawionych do III RP jest na rękę głównie… elitom III RP. Zastępy średnio rozgarniętych „prawaczków” licytują się na antykomunizm, nie zdając sobie sprawy, że leją miód na serca tych, którzy najpierw przepuścili nasz majątek, a teraz rżną głupa, że przecież żadnego majątku nie było, bo w 1989 r. zaczynaliśmy od zera, a PRL to była jedynie nic niewarta sterta ruin. Otóż nie była.
przez Jarosław Górski | poniedziałek 6 października 2014 | kultura zaangażowana, opinie
U progu niepodległości
W lutym roku 1918 Stefan Żeromski napisał artykuł „Projekt Akademii Literatury Polskiej”. Tekst ukazał się wkrótce jako broszura, ale nie wzbudził, także w środowiskach literackich, ożywionych dyskusji, nie zainspirował na razie ani polemik, ani apologii. Wciąż jeszcze przecież trwała wojna, polscy żołnierze w mundurach armii państw zaborczych wciąż ginęli na wszystkich europejskich frontach. Rosja co prawda już zapadła się pod własnym ciężarem, już wiadomo było, że na ziemiach jej dawnego zaboru powstanie jakaś forma polskiej państwowości, jednak Niemcy trzymały się jeszcze mocno i wciąż istniała obawa, że Polacy będą zmuszeni, w mniejszym czy większym stopniu, uznać co najmniej protektorat zachodniego sąsiada. Mimo to, u progu niepodległości Rzeczypospolitej polskich inteligentów rozgrzewały dyskusje o tym, jak ma wyglądać odrodzona Polska, jaki ma być jej społeczny, gospodarczy i polityczny ustrój, jaką pracę należy wykonać, aby Polacy zdolni byli nie tylko do powołania własnego państwa, ale i by umieli nadać mu taki kształt, z którego sami będą zadowoleni, który będzie współgrał z narodowym charakterem i wartościami istotnymi dla Polaków. Tekst Żeromskiego, postulujący powołanie analogicznej do akademii naukowych instytucji literackiej, mógł być jednak odebrany jako zbyt utopijny, zbyt idealistyczny w sytuacji, kiedy nie wiadomo jeszcze było, jakie w ogóle będzie pole do działania dla naszych narodowych instytucji.
Jednak już wkrótce wydarzenia nabrały tempa, Polska odzyskała pełną niepodległość, a Stefan Żeromski stał się inicjatorem i wybrany został pierwszym prezesem Związku Zawodowego Literatów Polskich, pierwszej w naszych dziejach organizacji zrzeszającej ludzi pióra i chroniącej ich zawodowe interesy. Już po śmierci pisarza, w 1933 roku, powołana została przez Radę Ministrów RP Polska Akademia Literatury, instytucja w pewnym tylko stopniu nawiązująca do idei Żeromskiego, przede wszystkim przyznająca Wawrzyny Akademickie za wybitne osiągnięcia pisarskie i zasługi dla polskiej literatury i czytelnictwa (pozostawała autonomiczna, jednak pierwszych jej siedmiu członków powoływał Minister Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego, a ci dopiero powoływali ośmiu kolejnych).
Dziś, przy okazji obchodzonej uroczyście 150. rocznicy urodzin Żeromskiego, warto chyba przypomnieć sobie „Projekt Akademii Literatury Polskiej”. Pomysł wizjonerski i poniekąd utopijny; pomysł, który wynika z bardzo głębokiego zrozumienia roli literatury w życiu narodu (czy nawet w tworzeniu narodu, którego geneza nie została, a być może nigdy nie zostanie zakończona) i z powinności tejże literatury wobec języka, który ją tworzy oraz wobec społeczności, która stworzyła ów język.
Warto chyba przypomnieć „Projekt…” dziś, w czasie ogromnego kryzysu (może nawet zapaści) i czytelnictwa, i polskiej literatury, bo jego wizjonerstwo zdaje się być bardzo aktualne, skłaniać do refleksji także nad dzisiejszymi wzajemnymi powinnościami literatury i wspólnoty, twórczej wolności, wpływu interesu księgarzy i wydawców na poziom literatury oraz jej społeczne i artystyczne funkcje itp. Może i dzisiaj, nie dla uczczenia Żeromskiego, ale właśnie dla sprawy polskiej twórczości i kultury literackiej, polskiego czytelnictwa, duchowej kondycji Polaków, warto byłoby rozważyć jeśli nie powołanie postulowanej przez niego instytucji, to co najmniej jakieś działania zmierzające do uzdrowienia kultury literackiej Polaków, które brałyby pod uwagę funkcje twórczości literackiej w życiu naszej społeczności i w życiu duchowym każdego z nas? Niektóre postulowane przez Żeromskiego zadania Akademii (na przykład wyrażanie opinii środowiska pisarskiego w istotnych sprawach dotyczących kultury, polityki czy obyczaju) spełniają istniejące i dzisiaj organizacje pisarzy wywodzące swój rodowód z ZZLP. Ja chciałbym przypomnieć takie z tych zadań, które dziś, jak sądzę, są zapomniane i przez samych literatów, i przez czytelników.
Dość mgliste były pomysły Żeromskiego dotyczące struktury instytucji. Jej zarząd miałby się składać z najgodniejszych pisarzy i musiałby ulegać zmianie co rok, czy co dwa lata, dla uniknięcia majoryzacyi kierunków literackich jednych przez drugie, oraz z obawy przed wytworzeniem się wszelkiego rodzaju magnateryi, matadoryzmu klik i zespołów, które mocą posiadania przydługiej władzy mogłyby szkodliwie oddziaływać na swobodę ujawniania się kierunków i prądów nowych (s. 59) Równie niejasne są pomysły dotyczące środków materialnych, dzięki którym Akademia mogłaby udzielać postulowanych stypendiów dla pisarzy i wszelkiej innej pomocy materialnej dla przedsięwzięć literackich i społecznych. Wielokrotnie widoczna jest tu idealistyczna wiara Żeromskiego w triumf ducha nad materią i w to, że w obliczu powstania tak doniosłego przedsięwzięcia, pieniądze po prostu się znajdą – może z jakichś składek, może od donatorów, może od państwa. Ważny jest sam cel, a celem jest obrona polskiej literatury, a więc działanie dla duchowego i cywilizacyjnego wzrostu narodu. Literatura polska potrzebuje wsparcia instytucjonalnego.
W moim przekonaniu – pisał Żeromski – przemawiają za tą koniecznością [powołania Akademii] trzy względy:
1) sprawa czystości i piękności języka;
2) sprawa rozszerzenia kultury literackiej na warstwy szerokie inteligencji i ludu;
3) sprawa instancji i obrony twórczości wolnej. (s. 31)
Sprawa języka
Pierwszy spośród „względów” był dla Żeromskiego istotny przede wszystkim dlatego, że lata zaborów nie tylko zahamowały instytucjonalne starania o kulturę słowa i języka, ale także w sposób sztuczny podzieliły terytorium użytkowania polszczyzny na trzy niezwiązane w żaden sposób z tradycją i historią naszego kraju regiony podlegające silnym i toksycznym wpływom języków zaborców. Polszczyzna, mimo społecznego oporu wobec instytucjonalnej rusyfikacji i germanizacji, chłonęła z paskudnej – bo raczej biurokratycznej, policyjnej lub wojskowej niż literackiej – niemczyzny i ruszczyzny nie tylko słownictwo, ale także frazeologię, nawyki słowotwórcze i składniowe czy osobliwości stylu. Język polskiej literatury – co Żeromski niezwykle przenikliwie, ale i z dużą odwagą zauważał – nie był wcale wolny od tych toksycznych wpływów, często, wbrew patriotycznym intencjom samych autorów, stawał się dodatkowym ich utrwalaczem. Przykłady zgermanizowanej od słownictwa po składnię polszczyzny Przybyszewskiego czy podobnie zrusyfikowanej – Sieroszewskiego, odsłaniały tylko wierzchołek góry lodowej. Niestety, co także Żeromski trafnie zauważył, opór polskich pisarzy przeciwko zepsuciu polszczyzny skutkował często wytwarzaniem języka sztucznego, napuszonego, pozbawionego waloru wzorcotwórczego, bo nieprzydatnego do żadnych zastosowań poza czysto literackimi lub zbyt mocno odwołującego się do przebrzmiałej już i niemogącej sprostać wyzwaniom współczesności staro- czy średniopolszczyzny.
Jednym z zadań Akademii Literatury Polskiej miało więc być „udzielenie poparcia” tym pisarzom, których język i styl może stać się punktem odniesienia dla polszczyzny, nie tylko tej urzędowej czy oficjalnej, ale także tej, którą na co dzień posługują się jej zwyczajni użytkownicy. W wizji Żeromskiego, nota bene, oddziaływanie literackiej polszczyzny na język rodaków ma być właśnie bezpośrednie i proste: dobre praktyki językowe powinny się tworzyć w ten sposób, że czytelnicy obcujący na co dzień z literaturą przesiąkają jej językiem, a nie w taki sposób, że uczeni językoznawcy inspirują się polszczyzną uznanych przez siebie pisarzy, układając słowniki i kodyfikując normy. Dlatego właśnie Akademia miałaby wyróżniać i wspierać takich twórców, którzy wypracowali staranny, indywidualny choć przystępny styl. Musi być przecie – pisał Żeromski – wyróżniona własna, starannie opracowana proza Wacława Berenta od figlasów baroku, pełnego błędów stylu, popełnianych przez różne znakomitości literackie – oraz od wyślizganych naśladownictw, układanych w istocie nie po polsku, lecz w jednym okresie czasu po sienkiewiczowsku, w drugim po wyspiańsku (s. 38).
Jednak Akademia projektowana przez autora „Popiołów” nie byłaby wyłącznie instytucją wspierającą pisarzy w ich pracy nad językiem, ale także ich inspirującą. Żeromski doskonale rozumiał, że artyści nie są jedynymi twórcami słowa, ale że także, a może przede wszystkim, wykorzystują spontaniczną twórczość ludową na tym polu. Dlatego postulował w „Projekcie Akademii Literatury Polskiej” (a rozwinął to później w „Snobizmie i postępie”) zainicjowanie wielkiej akcji badania polskich gwar, z których należałoby wydobyć zapomniane czy lekceważone przez mowę klas wyższych (a więc także literatury) słowa czy metafory, którymi dałoby się wzbogacić – nie rugując, oczywista, mechanicznie ani jednego z wyrazów-przybłędów istniejących z dawna w języku (s. 40) – słownik naszej współczesnej literatury, a za jej pośrednictwem także mowę powszechną.
Daje się tu wyczytać dwie niezwykle ciekawe refleksje Żeromskiego, inspirowane filozofią pracy Stanisława Brzozowskiego, dotyczące ducha języka w ogóle, a polszczyzny w szczególności. Jest on otóż, po pierwsze, niezwykle silnie zakorzeniony w środowisku swoich narodzin, a więc w ludzie oraz w tym, co ów lud najdoskonalej określa, w najistotniejszej ludu twórczości i samoidentyfikacji, a więc w pracy. Słownictwo pracy charakteryzuje się wielką różnorodnością i subtelnością znaczeń, a także niezwykłą trafnością poszczególnych sformułowań. Można w nim dostrzec niesłychane bogactwo, wielki przepych metafory wyskakującej z samej roboty – przenośni odzwierciedlającej i streszczającej, jak gdyby w logarytmie genialnie powziętym, dzieło ciała – rodzącej się z nagła a wiecznie, trafnej jak samo nieomylne uderzenie ręki, tworzącej fizycznie (s. 40). Żeromski widzi więc słowo, język jako ducha, który tworzy się wraz z ciała i z ciałem jest bardzo silnie związany. Może się od ciała uwolnić, ale wtedy i on, i ciało będą okaleczone.
Żeromski walczy więc z zapożyczeniami i obcymi wpływami językowymi nie z jakiegoś sentymentalnego czy nacjonalistycznego afektu do swojskości, ale dlatego, że dostrzega, iż znaczna ich część jest przeniesieniem z obcego gruntu samego słowa pozbawionego zakorzenienia w głębi i istocie swojego desygnatu. Zastąpienie słowa zakorzenionego, wytworzonego na potrzeby życia, pracy, uczuć, a potem przez stulecia czy tysiąclecia porastającego w znaczeniowe subtelności, niezliczone asocjacje i konotacje, takim, które przychodzi z zewnątrz, oderwane od imponderabiliów, powoduje nie tylko – jak by się niektórym zdawało – estetyczny zgrzyt, ale i duchową katastrofę. Powoduje oderwanie się użytkownika języka od głębi własnego świata, i pozwala mu na doświadczanie wyłącznie jego płycizny.
Duch artysty ożywia na powrót ducha-słowo. Dlatego nie wystarczy, żeby uczeni dialektolodzy i historycy języka odgrzebali spod kurzu dokumentów i spod obcych naleciałości dawno nieużywane polskie wyrazy. Potrzeba jeszcze pisarzy-artystów, którzy pojmą, jak bardzo wyrazy te zakorzenione były w życiu swoich dawnych twórców i użytkowników, a później będą umieli na powrót zakorzenić je w życiu użytkowników dzisiejszych. Artyści staną się więc tymi, którzy stworzą wyrazy i znaczenia na nowo. Dzięki temu będzie można pozbyć się obcych naleciałości, płytko tylko wetkniętych w społeczną glebę, oddających powierzchowne, a nie głębokie znaczenia i przez to spłycających w ogóle świat użytkowników (może pasowałoby tu dzisiejsze słowo: „konsumentów”) nie będących twórcami języka.
Bardzo istotnym zadaniem Akademii Literatury Polskiej byłoby więc wspieranie tych artystów słowa, dla których kwestią istotną byłaby świadoma swoich celów i zadań społecznych twórczość w zakresie języka. Akademia powinna, zdaniem Żeromskiego, czynnie zachęcać pisarzy do tego, aby polszczyznę traktowali nie tylko czy nie tyle jako gotowe i dane sobie tworzywo utworów, ale jako zadanie. Język – a więc i indywidualna oraz zbiorowa duchowość jego użytkowników – wymaga ciągłej troski i pielęgnacji, ciągłego tworzenia go na nowo, a nie tylko rejestracji. Akademickie „zrzeszenie twórców i badaczów” miałoby możliwość aktywnego kształtowania języka, a więc także aktywnego przyczyniania się do duchowego, cywilizacyjnego wzrostu rodaków, nie za pomocą dekretów czy normatywnego językoznawstwa, ale poprzez tworzenie językowej praktyki.
Sprawa kultury literackiej
Żeromski, przyglądając się praktyce publicznych bibliotek i towarzystw krzewienia czytelnictwa docierających do czytelników we wsiach Podhala czy Lubelszczyzny, doszedł do wniosku, że czytelnik „z ludu” nie miał jakoś zasadniczo gorszego gustu, niż ten inteligencki. Na wsiach chętnie czytane były powieści historyczne mistrzów polskiej prozy: Kraszewskiego, Sienkiewicza, Konopnickiej, Orzeszkowej, Orkana czy Gomulickiego, a więc tych samych pisarzy, którzy byli cenieni wśród miejskiej inteligencji. Ludność wiejska niechętnie czytała zaś powieści współczesne tych samych pisarzy, zapewne dlatego, że umiejscowione były one silnie w realiach społecznych jej obcych, ale niemających waloru czasowej czy terytorialnej egzotyczności. Jednak literacka szmira wszelkiego rodzaju miała większe wzięcie w odwiedzanej przez inteligentów z różnych stron Polski Bibliotece Publicznej w Zakopanem, niż w objazdowych księgozbiorach dla podhalańskich gospodarzy. Inteligenci znający języki mogli poszukiwać odpowiadających własnym potrzebom dzieł obcych, jednak możliwości tej pozbawieni byli ludzie nieposiadający wykształcenia.
Żeromski postulował więc, aby projektowana Akademia zajmowała się nie tylko wskazywaniem wśród gotowej twórczości dzieł wartościowych, których lekturę warto byłoby polecić i ułatwiać (choćby przy pomocy sieci bibliotecznych) pochodzącym z różnych klas społecznych czytelnikom, ale także inicjowała powstawanie znakomitych pod względem artystycznym dzieł mogących znaleźć oddanych czytelników ze wszystkich klas. W projekcie autora „Ludzi bezdomnych” odnajdujemy pionierską jak na tamte czasy (a i do dziś niezrealizowaną) wizję badań czytelnictwa, które służyłyby nie tylko rynkowym statystykom, ale przede wszystkim aktywnemu kształtowaniu literackiej oferty najwyższej jakości dla czytelników o różnym poziomie wykształcenia i o różnym społecznym statusie. Akademia, wykorzystując zdobytą w takich badaniach wiedzę o upodobaniach, potrzebach czytelniczych, mogłaby inicjować powstawanie dzieł, zachęcać artystów do poszukiwań i wysiłków zgodnych ze społeczną potrzebą.
Oczywiście – warto chyba to podkreślić – nie chodziło Żeromskiemu o badania rynkowe pozwalające zaspokoić pospolite gusta, ale raczej o to, by pisarze mieli rozpoznanie kompetencji czytelniczych oraz duchowych potrzeb swoich odbiorców. Właśnie dlatego postulował on, by takie rozpoznanie prowadziła Akademia (a nie na przykład wydawcy), bo ma ono służyć nie po prostu zwiększaniu czytelnictwa i sprzedaży książek, ale kulturze literackiej narodu. Żeromski był przekonany, że możliwe jest połączenie znakomitego literackiego warsztatu i artystycznej swobody literackiej produkcji z jej szacunkiem wobec czytelnika i zrozumieniem jego głębokich potrzeb. Nadpodaży literackiej szmiry schlebiającej najniższym gustom, Akademia przeciwstawiałaby moralne i materialne wspieranie twórczości zarówno artystycznie znakomitej, jak i przystępnej dla czytelników z różnych społecznych warstw.
Akademia powinna także zainicjować wielkie przedsięwzięcie przyswajania polskiej publiczności dorobku piśmiennictwa światowego. Żeromski dostrzegał pilną potrzebę tłumaczenia na polszczyznę arcydzieł, które już gdzie indziej proste umysły ogniem zachwytu objęły i biedne serca przyciągnęły ku sobie (s. 42). W roku 1918 luki w przyswajaniu przez polską publiczność literacką światowej klasyki (od starożytnych Greków i Rzymian począwszy!) były gigantyczne. Boy dopiero zaczynał swoje dzieło systematycznego krzewienia literatury francuskiej, na jego naśladowców przekładających z innych języków trzeba było jeszcze czekać. Żeromski marzył o wielkim przedsięwzięciu odkrywania i upowszechniania wśród polskiej publiczności literackiej już istniejących, a niemających odpowiedniego nagłośnienia przekładów, ale także inicjowania twórczości translatorskiej.
Warto zauważyć, że Żeromski postrzegał konieczność przełożenia na polszczyznę światowych arcydzieł (i to z całego świata, także z jego peryferiów – w tym szczególnie z pokrewnych naszej literatur słowiańskich – a nie wyłącznie z kulturowych centrów; znaczną część „Projektu Akademii Literatury Polskiej” stanowi autorski katalog arcydzieł światowego piśmiennictwa już przełożonych na polski i takich, których przełożenie jest sprawą szczególnej wagi) w kontekście potrzeby działania dla duchowego wzrostu czytelników. Fakt, że biblioteki pełne były literackiej szmiry, postrzegał jako konsekwencję słabej podaży literatury najwyższej jakości, która – przypomnijmy – wcale nie była według niego hermetyczna czy nieciekawa dla prostego czytelnika. Żeromski był pełen wiary w ludzkiego ducha, wolny był też od klasowych uprzedzeń, wedle których ludzie spoza inteligenckich czy jakkolwiek rozumianych elit nie potrzebują duchowej strawy wysokiej jakości – a tylko czczej rozrywki. Z całej jego twórczości przebija przekonanie, że świat ludzkich uczuć i tęsknot jest wspólny dla wszystkich, a literatura będąca językiem wyrazu tych uczuć i tęsknot, dla wszystkich powinna być jednakowo przystępna.
Przekłady z literatur obcych pozwoliłyby polskim czytelnikom z wszystkich społecznych klas obcować z takimi przejawami ludzkiej duchowości, jakich nasze własne piśmiennictwo, ze względu na jego obiektywne ograniczenia, nie było w stanie wytworzyć. Żeromski podaje przykład powieści Josepha Conrada (wtedy jeszcze w dużej części nieprzyswojonych polszczyźnie), które przybliżają wyobraźni czytelnika cały zespół doświadczeń i przeżyć wynikających z obcowania z żywiołem oceanu, z żeglugą. Polacy przez stulecia byli narodem lądowym, odwróconym od morza, jednak wcale nie muszą być pozbawieni tego doświadczenia, mogą obcować z nim właśnie dzięki literaturze. Polacy winni także na bieżąco otrzymywać przekłady z najwybitniejszych osiągnięć światowego pisarstwa współczesnego, co jest nie bez znaczenia także z tego powodu, że dzięki literaturze publiczność może poznać głębię przemian obyczajowych, społecznych, technologicznych i wszelkich innych, które dokonują się gdzieś daleko stąd i z daleka do nas przychodzą.
Do najistotniejszych zadań Akademii Literatury Polskiej należałoby dbanie o jakość literackich przekładów. Polscy tłumacze produkowali przekłady często bardzo marnej jakości, co odstręczało czytelników, wypaczało ich gusty, zniechęcało do literatury w ogóle. Żeromski przytaczał przykłady koszmarnej polszczyzny słabych tłumaczy, postulując, aby powołana w przyszłości Akademia zwróciła także uwagę na potrzebę kształcenia i ciągłego doświadczenia artystów przekładu.
Sprawa wolnej twórczości
Żeromski w swoim projekcie dostrzegał potrzebę działań obliczonych na wytworzenie się w Polsce profesjonalnej klasy artystów pióra, mających warunki do systematycznego i wolnego od zewnętrznych ograniczeń i nacisków doskonalenia kunsztu. Pisarze, jeśli mają spełniać swoją funkcję społeczną, winni być wolni zarówno od tych najoczywistszych nacisków ze strony władzy politycznej czy cenzury, jak i od konieczności poszukiwania wsparcia czy promocji u politycznych czy towarzyskich, a także literackich i prasowych koterii. Pisał Żeromski: trzeba choć w ogólnych zarysach wskazać na konieczność uniezależnienia literatury, jako sztuki wolnej, od wpływu i przemocy partyj politycznych, klik władających dziennikami, ugrupowań społecznie skrajnych w jednym lub drugim kierunku, reakcyjnych, postępowych, czy bezbarwnych (s. 62).
Akademia, dzięki systemowi stypendiów analogicznych do stypendiów akademickich przyznawanych badaczom, finansowałaby podobne do badawczych prace, takie jak kwerendy, podróże, zwiedzanie i poznawanie świata, jego tradycji, kultury. Pisarz przecież, podobnie jak uczony, jest w stanie pracować wyłącznie dzięki uzyskanemu, często wysokim materialnym kosztem, doświadczeniu, dzięki wiedzy i obyciu, za które wciąż ktoś żąda od niego pieniędzy. Bieda ogranicza horyzonty pisarza, tak jak ogranicza horyzonty każdego człowieka. Ogranicza też bogactwo i rozmach dzieła, które ów pisarz tworzy, czego często nie chcą przyjąć do wiadomości czytelnicy pielęgnujący mit romantycznego poety-nędzarza. Norwid stworzył wspaniałą poezję nie dlatego, że był biedny, ale mimo tego, a kto wie, co stworzyłby jeszcze, gdyby miał do tego odpowiednie warunki finansowe.
Akademia winna wspierać wolność twórcy od konieczności zmagań z wrogim i nieczułym światem, które i odrywają go od jego zasadniczego powołania, i zmuszają do dokonywania poniżających wyborów między nędzą a korupcją. Szczególnie drugi z tych wyborów jest dla kultury narodowej i dla każdego z jej uczestników niebezpieczny, bo pisarz w jakikolwiek sposób skorumpowany, przez swoją twórczość zatruwa ducha swoich odbiorców. Jako poniżającą (choć zrozumiałą wobec konieczności przeżycia i w żaden sposób nie ujmującą pisarzowi czci – ale wysysającą bezcenne siły twórcze, a więc potwornie szkodliwą wobec literatury) postrzega Żeromski konieczność zarobkowania przez wybitnych pisarzy w inny sposób niż związany z zasadniczym powołaniem. Czynne wyszukiwanie przez członków Akademii wybitnych talentów, także debiutantów, jest konieczne, bo przez wyróżnienie zdoła niejednego ocalić od zguby, od ciężkich robót w dziennikarstwie albo zmajoryzowania przez lichotę (s. 67).
Bardzo ważną i wielokrotnie podkreślaną przez Żeromskiego kwestią jest dążenie do wyemancypowania twórczości literackiej spod władzy i dyktatury księgarzy, nakładców, spółek wydawniczych i przygodnych mecenasów (s. 63). Władza rynku nad pisarzem zawsze jest straszliwie destrukcyjna i dla literatury, i dla czytelnika, bo tę pierwszą korumpuje, a temu drugiemu dostarcza zepsutego, trującego dla ducha produktu. Akademia winna także czynić starania, aby w miarę możliwości uwolnić pisarzy od konieczności wchodzenia w nieswoje role przedsiębiorców i prawników, zabiegania o przyzwoite i nieoszukańcze kontrakty, wyszukiwania w umowach kruczków i ciągłego patrzenia na ręce wydawcom i księgarzom, a także gorączkowych działań dla promocji i reklamy własnej twórczości. Zaletą pisarza jest talent i wola twórcza, a nie smykałka do interesów. Większa społeczna korzyść z pisarza źle poruszającego się w często oszukańczym świecie przedsiębiorców, niż takiego, który umie wyrobić sobie pozycję geszefciarskim sprytem i przebiegłością. Żeromski proponował więc między innymi unormowanie przez Akademię honorariów autorskich (minimalne honoraria miały wynosić 1/4 lub 1/3 ceny księgarskiej tomu – no cóż, inne były to czasy…) oraz kontrolowanie nakładów wydawanych książek.
Podkreślmy raz jeszcze na koniec: dla Żeromskiego kwestie branżowe i życiowe pisarzy były istotne nie tylko z powodów zawodowej solidarności z kolegami po piórze, ale także, może nawet przede wszystkim, dlatego, że mają one bezpośredni wpływ na samą literaturę, a więc za jej pośrednictwem także na czytelników w ich najgłębszym duchowym aspekcie. Ponieważ literatura kształtuje język, bez którego ludzie nie mogą się obejść, wpływa także bardzo silnie na życie społeczne i relacje międzyludzkie. Wspólnota winna dbać o to, aby pisarze mogli tworzyć w sposób prawdziwie wolny, ponieważ każda ich korupcja odbije się na wspólnocie. Przede wszystkim jednak powinni dbać o to sami pisarze.
Jarosław Górski
Wszystkie cytaty za: Stefan Żeromski, „Pisma literackie i krytyczne”, Warszawa 1963. Artykuł ukazał się pierwotnie w miesięczniku „Magazyn Literacki Książki” nr 211, 4/2014.
przez Joanna Duda-Gwiazda | poniedziałek 29 września 2014 | opinie
W 1968 roku wojska Paktu Warszawskiego dokonały inwazji na demokratyzującą się Czechosłowację. Było nam wstyd, ponieważ Wojsko Polskie uczestniczyło w tej haniebnej wojnie. Pierwsi na liście hańby byli Rosjanie z Armii Czerwonej. Zastanawialiśmy się, co może ich zmusić do wycofania się z okupowanego kraju. Proponowane były dwa sposoby – cudowny i naturalny. Naturalny polegałby na tym, że z nieba sfrunąłby hufiec anielski, każdy Rusek byłby wzięty za kark i odtransportowany na Plac Czerwony w Moskwie. Natomiast cudowny sposób – władcy imperium sami zrozumieją, że źle czynią i zostawią Czechosłowację w spokoju – był nierealny.
Tomasz Terlikowski czekając na cud nawrócenia imperium („Gazeta Polska” z 17 września) nie jest człowiekiem ani pobożnym, ani mądrym. Nikt wierzący nie ma pewności, że cud nastąpi. Powołując się na III tajemnicę fatimską, Terlikowski pisze: „Pokój na świecie realny (a nie pozorny i werbalny jak obecnie), powrót Rosji do Chrystusa są możliwe tylko wtedy, jeśli my, katolicy przylgniemy do Niepokalanego Serca Maryi i sami głęboko się nawrócimy. Lekarstwem na chorobę Rosji – przynajmniej w wymiarze duchowym – jest wytrwała modlitwa różańcowa, pokuta i nabożeństwo pierwszych sobót miesiąca. Kościół – a to oznacza każdego z nas – musi podjąć to wyzwanie. Taka jest droga pokoju. Innej nie ma”.
Język artykułu Terlikowskiego, być może oczywisty dla teologów, dla przeciętnego czytelnika jest niezrozumiały. Nie wiem, co znaczy „uwewnętrznienie aktu zawierzenia Rosji Najświętszemu Sercu Maryi”. Nieuważny czytelnik może odnieść wrażenie, że mamy dać wiarę rosyjskim kłamstwom. Wystarczyło napisać po polsku: „powierzenie Rosji”. „Uwewnętrznienie” Terlikowski wyjaśnił, przedstawiając w cytowanym fragmencie artykułu drogę do pokoju światowego.
Sytuacja jest niepokojąca. W tym samym czasie otrzymaliśmy dwie zbieżne propozycje. Od prominentnego katolika „uwewnętrznienia” się w kościele, od pani premier „uwewnętrznienia” się w domu. Pochowamy się, a na ulicy będą grasować zbiry z niebezpiecznymi przedmiotami w ręku, żeby posłużyć się poetyką pani premier.
Terlikowskiego kwalifikowałam do tej pory jako katolickiego celebrytę, który na gromieniu grzeszników robi karierę w mediach. Teraz po nieoczekiwanej dymisji Bronisława Wildsteina został Terlikowski redaktorem naczelnym Telewizji Republika. Ostatnie zmiany wydają się elementem szerszego planu poskromienia niezależnych mediów i wolnej opinii publicznej. Profesor Andrzej Nowak z Uniwersytetu Jagiellońskiego opowiadał w Telewizji Republika jak pogróżkami skłoniono kolejno dwóch proboszczów do wycofania zgody na koncert w kościele z udziałem muzyków ukraińskich i polskich. Abp Dziwisz poparł decyzję o zerwaniu umowy z organizatorami koncertu. Ryszard Kapuściński, koordynator Klubów „Gazety Polskiej”, informuje o czynnej napaści na siedzibę w Krakowie.
Żyjemy w niespokojnych czasach. Nawet jeśli kogoś nie martwi kalifat islamski, agresja Rosji na Ukrainę, brak reakcji rządu na ustalenia komisji Macierewicza, to jest jeszcze afera podsłuchowa i gnijące warzywa i owoce, których Unia nie pozwala rozdać szkołom, ponieważ mogłyby je zjeść bez różnicy dzieci bogate i biedne. Szkoły nie mają magazynów i transportu. Państwo nie ma pieniędzy, aby dystrybucję zorganizować.
Natomiast cały kraj bawi się na imprezach rozrywkowych, ponieważ przed wyborami samorządowymi wszyscy troszczą się o igrzyska dla ludu. PO i PSL zabawiają publiczność niekończącą się telenowelą z życia wewnętrznego partii politycznych, tak jakby to był sezon ogórkowy.
Do licznych komentarzy na temat odejścia Donalda Tuska do Brukseli dołożę swój. Tusk ma być tą twarzą Europy, która usprawiedliwi pozostawienie Ukrainy w paszczy niedźwiedzia. Polacy mają w Europie opinię desperatów broniących przegranych spraw. Jeśli Tusk zaświadczy, że naprawdę nie było szans na obronę Ukrainy, dla Europejczyków będzie to wiarygodne. W Europie nikt nie pamięta serwilizmu Polski wobec Rosji, ale na wszelki wypadek Tusk po agresji na Ukrainę demonstrował brak wiary w dobre intencje Putina. To nawrócenie na patriotyzm Tusk wyraził w sposób szczególny, czyli tak jak po Smoleńsku straszył nas wojną z Rosją i to już przed początkiem roku szkolnego. Premier Polski, dobry aktor, który nie ma żadnych zahamowań przy wygłaszaniu zadanych tekstów, jest idealnym kandydatem do firmowania polityki europejskiej w niezręcznej sprawie porzucenia Ukrainy.
Rozważania na temat, czy podbijanie Ukrainy i Mołdawii to już wojna, czy jeszcze nie, godne są rozprawy naukowej na temat hipokryzji w polityce międzynarodowej.
Z wojną w tle (czy bez wojny, co kto woli) Polacy muszą wybrać między internacjonalistyczną PO i patriotycznym PiS-em. Początkowo między PO a PiS nie było wyraźnych różnic, ale PO stopniowo ewoluowała i nie przebierając w metodach zawłaszczała państwo, ograbiała PiS z projektów i wylansowała się na skuteczną partię, która modernizuje zapyziałą Polskę. Internacjonalizm PO w stosunku do NATO i Unii Europejskiej jest kontynuacją usługowej roli PZPR wobec Paktu Warszawskiego i RWPG. Rzeczywistej troski o stan i przyszłość tych ponadnarodowych struktur nie widać. Wykonamy postanowienia Unii – deklarowała pani premier, ale jej horyzont polityczny nie wykracza poza BOR przed drzwiami.
Mogłabym teraz bez trudu dowieść, że patriotyzm i pamięć historyczna są niezbędne dla przetrwania narodu i państwa oraz że są dosłownie, w sensie ekonomicznym, opłacalne, ale nie przekonam nikogo, kto nie ma honoru i odwagi. Opłacalna jest zdrada. Zdrajców się nie wiesza, wiesza się ich portrety, cieszą się uznaniem, wdzięcznością, pamięcią, zawsze znajdują obrońców. Rycerz ksiądz Jerzy skończył śmiercią męczeńską. Odwołam się zatem do przykładu Ukrainy. Gdyby Ukraińcy zachowali pamięć o wielkim śmiertelnym głodzie (hołodomor), nikt nie przeszedłby na stronę wroga. Gdyby pamiętali o ludobójstwie na Kresach, mieliby więcej przyjaciół w Polsce.
A na koniec dobra wiadomość, która przywróciła mi optymizm. Koncert w Krakowie się odbył i można go było obejrzeć w Telewizji Republika. Nie mam wątpliwości, że Niebiańska Sotnia z Majdanu zwyciężyła. W filmie o księdzu Jerzym w scenie obławy na partyzantów w lesie ojciec mówi do syna: rycerze nie przegrywają. „Głęboka duchowość” Terlikowskiego jest pusta.
przez Krzysztof Mroczkowski | poniedziałek 22 września 2014 | opinie
Wybór Donalda Tuska na Przewodniczącego Rady Europejskiej w naturalny sposób skłania do spojrzenia na sprawy polskie w szerszym kontekście. Nie tylko dlatego, iż pozycja Polski i polska „optyka” prawdopodobnie odgrywać będą w przyszłych europejskich decyzjach większą rolę niż dotychczas. Również z tego względu, że kierunek zmian nadawany na poziomie unijnym dociera do Polski, czego dowodem jest chociażby obecny spadek przeciętnych cen w naszym kraju.
Od początku kryzysu dyskusje polityczne państw unijnych ogniskowały się wokół kwestii gospodarczych. Nie były to jednak zwyczajowe seminaryjne pogadanki o „strategii lizbońskiej”, do których w przedkryzysowej rzeczywistości zdążyliśmy się przyzwyczaić. Od 2010 r. polityka gospodarcza Unii w coraz większym stopniu polegała na dyktacie wobec państw zmagających się z kryzysem finansów publicznych, przede wszystkim z problemami ze sfinansowaniem długu. Centrum decyzyjnym tej polityki, obok państw strukturalnie silniejszych, stał się natomiast Europejski Bank Centralny (EBC).
Jaka była to polityka? Trafnie skomentował ją noblista Peter Diamond: „Historycy wytarzają w smole i pierzu europejskich bankierów centralnych”. Poza zbawienną deklaracją z połowy 2012 r. o gotowości skupu obligacji państw peryferyjnych Unii, EBC nie wykorzystał swoich możliwości i nie stał się narzędziem stymulacji inwestycyjnych, lecz jedynie kołem ratunkowym banków. Na domiar złego, będąc pod presją Niemiec, zbyt zachowawczo podchodził do konieczności obniżenia stóp procentowych, mimo stagnacji wzrostu w Unii.
W rezultacie tej polityki, podczas gdy Stany Zjednoczone powoli wydobywają się z dołka, Unia Europejska porusza się w zwolnionym tempie, nie potrafiąc trwale zwiększyć tempa wzrostu, zmagając się z wysokim bezrobociem. Powrotu do dawnej „normalności” nie widać, nie ma też krytycznej refleksji i sprzeciwu wobec „nowej normy”. W rezultacie nadal dominuje konsensus elit dotyczący konieczności zaciskania pasa przez społeczeństwo, ze wszystkimi negatywnymi konsekwencjami. Brak stymulowanego impulsu inwestycyjnego powoduje, iż sektor prywatny obawia się o przyszłość koniunktury. Europejscy przedsiębiorcy nie podejmują inwestycji, które w czasach stabilnego wzrostu byłyby mniej ryzykowne, gdyż przy niepewnej koniunkturze apetyt na ryzyko maleje.
Naturalnym (akceptowanym również przez liberałów-monetarystów) remedium w tego typu sytuacjach jest znaczna obniżka stóp procentowych, podejmowana z intencją „wygonienia” przedsiębiorców z depozytów bankowych poprzez uczynienie ich nieopłacalnymi i tracącymi na wartości. W takiej sytuacji przedsiębiorca staje się bardziej skłonny podjąć ryzyko inwestycyjne, gdyż nic nie robiąc również traci. Mało tego: niskie stopy procentowe mogą go skłonić nie tylko do uruchomienia swoich rezerw, ale również do zaciągnięcia korzystnie oprocentowanego kredytu, dzięki czemu zwiększają się ilość pieniądza w obiegu i całkowita aktywność gospodarcza. To z kolei przekłada się na bardziej wypchane kieszenie zwykłych obywateli.
Swoim „jastrzębim” nastawieniem EBC zmarnował szansę rozgrzania silników europejskich gospodarek, co w połączeniu ze spadkiem cen ropy naftowej oraz uspokojeniem na rynkach żywności i towarów zaowocowało wpadnięciem wielu europejskich krajów w niewielką deflację. Podobnie konserwatywna polska Rada Polityki Pieniężnej, mimo spóźnionych cięć nadal utrzymywała stopę procentową dużo powyżej inflacji. I chociaż spadek cen w naszym kraju nie będzie długotrwały, to niskie poziomy ich przyrostów są jednym z symptomów powolnego zatrzymywania się dynamiki polskiego wzrostu PKB. Dlatego konieczne są w najbliższym czasie cięcia stóp procentowych o kolejne pół procenta. Co prawda stabilność oczekiwań co do kosztu pieniądza ma swoje zalety, ale jak uczy historia wpadek EBC, na sytuację gospodarczą trzeba reagować na bieżąco, nie czekając do „świętego nigdy” (obniżki stóp są już zresztą oczekiwane przez część rynku).
Zagrożenie dla dynamiki polskiego wzrostu płynie nie tylko ze wschodu, ale i z eurostrefy, której problemy pozostają nierozwiązane. Wciąż nie widać końca terapii odchudzającej aplikowanej krajom strukturalnie zapóźnionym. Jednocześnie, jak wskazuje powolny wzrost Niemiec, takie ustawienie reguł gry kończy się „wyścigiem w dół”, gdzie największy beneficjent przewag strukturalnych nie musi podejmować wysiłków na rzecz unowocześnienia gospodarki – wystarczy mu konserwowanie zastanych przewag.
Tego stanu rzeczy nie może zmienić sama polityka pieniężna. Musi iść z nią w parze celowa polityka zmian strukturalnych, których zaczątkiem może być choćby nieśmiała koncepcja euro-obligacji, wykorzystywanych jednak nie (tylko) w celu redukcji ryzyka ataków spekulacyjnych, lecz (przede wszystkim) do podniesienia poziomu zaawansowania krajów peryferyjnych UE. W dobie formowania się wielkich ekonomicznych bloków regionalnych utrzymywanie modelu Europy dwóch prędkości byłoby dla całej Unii bardzo kosztowne.
Dziś, w sytuacji, gdy Polska ma szansę na uzyskanie większego wpływu na politykę Unii Europejskiej, warto domagać się zmiany ekonomicznego eurokonsensusu – z polityki „równania w dół” na politykę „równania w górę”. Kraje bogatsze powinny zdać sobie sprawę jak wiele na niewykorzystywaniu potencjału drzemiącego w jej peryferyjnych częściach traci cała Europa.
Potrzebujemy Unii Europejskiej w nowym kształcie: nieeksperymentującej na żywych organizmach społeczeństw, niewzniecającej niepotrzebnych konfliktów światopoglądowych, zjednoczonej nie tylko strachem przed populizmem. Potrzebujemy Europy solidarnej z tymi, którzy tej solidarności oczekują, a zarazem pragmatycznej w osiąganiu długofalowych celów. Europy zjednoczonej wobec zagrożenia asymetrii sił różnych grup interesów, która podminowuje sens kapitalizmu jako efektywnego ustroju gospodarczego opartego na konkurencji.
W praktyce oznaczać to musi odejście od modelu wykorzystującego nierównowagi strukturalne między państwami jako kapitał rozwojowy, na rzecz modelu konwergencji. Taka konwergencja winna być oparta na tanim kredycie oraz paneuropejskim programie inwestycji strukturalnych – chociażby takim, jaki zaproponował na początku miesiąca minister Szczurek. W takiej właśnie zmianie tkwi szansa na efekt pozytywnej synergii rosnących dochodów, akumulacji oszczędności, a w końcu wzrost nakładów na środki trwałe i większą wydajność przedsiębiorstw.
przez Leigh Phillips | poniedziałek 15 września 2014 | opinie
„The Onion” [satyryczny internetowy magazyn informacyjny – przyp. red.], jak zwykle na czasie, relacjonuje największą z notowanych i pierwszą w Afryce Zachodniej epidemię eboli, która dotknęła szacunkowo 1799 i zabiła co najmniej 961 osób. Zuchwały nagłówek wiadomości z 31 lipca głosi: „Eksperci: Od szczepionki na ebolę dzieli nas 50 martwych białych”. Zgodnie z tym powierzchownym wyjaśnieniem problem zostałby rozwiązany, gdyby zarażeni wirusem byli biali. Tymczasem przemilczane pozostają rola rynku w decyzjach podejmowanych przez koncerny farmaceutyczne o zaniechaniu inwestycji w szczepionki oraz warunki stworzone przez neoliberalną politykę, zaostrzające przebieg lub zgoła prowokujące epidemie.
Bez wątpienia rasizm odgrywa tu pewną rolę. Cytowany przez „Toronto Star” Jeremy Ferrar, specjalista w dziedzinie chorób zakaźnych kierujący Wellcome Trust, jedną z największych medycznych fundacji badawczych, powiedział: Wyobraźcie sobie, że w Kanadzie, Ameryce i Europie na wirusową gorączkę krwotoczną umiera 450 osób. Byłoby to niedopuszczalne. I jest niedopuszczalne również w Afryce Zachodniej.
Zwrócił także uwagę na nadzwyczajny tryb podania eksperymentalnej kanadyjskiej szczepionki przeciw eboli, którą otrzymał niemiecki badacz, gdy uległ wypadkowi w laboratorium: Poruszyliśmy niebo i ziemię, by pomóc niemieckiemu technikowi laboratoryjnemu. Dlaczego w Afryce Zachodniej ma być inaczej?
Rzecz w tym, że problem eboli pozostaje nierozwiązany, gdyż jego rozwiązanie nie przyniesie nikomu zysku. To nieopłacalna choroba.
Od chwili zidentyfikowania wirusa eboli w 1976 r. zabił on około 2400 osób. Wielkie firmy farmaceutyczne wiedzą, że koszty opracowania kuracji są znaczne, a rynek zbytu – niewielki. Z ilościowego punktu widzenia można (być może słusznie) przestrzegać przed koncentrowaniem się na tej właśnie chorobie, nie zaś na malarii i gruźlicy, zbierających dużo większe śmiertelne żniwo (odpowiednio 300 tys. i 600 tys. zmarłych od chwili wybuchu epidemii eboli).
Opór firm farmaceutycznych przed opracowaniem metod leczenia tych i wielu innych chorób wyjaśniają jednak te same ograniczenia ekonomiczne, które stoją na przeszkodzie leczeniu eboli.
Mimo to, ostatnie dziesięciolecie było okresem ogromnego postępu badań nad kuracją eboli. Prowadzi się je zwykle w sektorze publicznym lub w małych firmach biotechnologicznych, przy znacznym udziale publicznych środków. Dostępne są różnorodne możliwości leczenia, w tym leki oparte na kwasach nukleinowych, terapia przeciwciałami oraz pewna liczba szczepionek kandydackich, z których pięć wykazało skuteczność w ochronie przed zakażeniem wirusem eboli podczas testów na małpach naczelnych.
Anthony Fauci, kierownik National Institute of Allergy and Infectious Diseases (Narodowy Instytut Alergii i Chorób Zakaźnych) w ciągu ostatnich kilku tygodni powtarzał wszystkim dziennikarzom, którzy chcieli go słuchać, że szczepionka przeciw eboli jest na wyciągnięcie ręki, ale na przeszkodzie stoją korporacyjne sknery. Pracowaliśmy nad własną szczepionką, ale nigdy nie otrzymaliśmy wsparcia firm [farmaceutycznych] – wypowiadał się dla „USA Today”, zaś w „Scientific American” czytamy: Mamy szczepionkę kandydacką, podajemy ją małpom i wygląda to nieźle. Ale dla firm farmaceutycznych niewielkie epidemie raz na trzydzieści lub czterdzieści lat jako bodziec do opracowania szczepionki to…, cóż – słaby bodziec.
Niemal każdy obeznany z problemem wie, że know-how jest już dostępne. Jednak epidemie są na tyle rzadkie i dotykają na tyle niewielu, że z punktu widzenia przemysłu farmaceutycznego nie są warte zachodu. To znaczy: nie dość zyskowne. Epidemie uderzają w najbiedniejsze społeczności świata. Mimo niewiarygodnego rozgłosu, jaki im towarzyszy, są stosunkowo rzadkie – wypowiadał się na łamach „Vox” Daniel Bausch, dyrektor wydziału nowych infekcji Naval Medical Research Unit Six, biomedycznego laboratorium naukowego w Limie, stolicy Peru. – Zatem trudno liczyć na wielki entuzjazm firm farmaceutycznych, gdy trzeba przeprowadzić lek na ebolę przez trzy fazy badań, a następnie stworzyć szczepionkę dla dziesiątek lub co najwyżej setek tysięcy ludzi.
John Ashton, kierujący UK Faculty of Public Health (Wydziału Zdrowia Publicznego Zjednoczonego Królestwa), na łamach „Independent on Sunday” potępił skandaliczną niechęć przemysłu farmaceutycznego do inwestowania w badania nad metodami leczenia i szczepionkami, gdy grupa docelowa jest zbyt mała, aby – zastosujmy ich kategorie – uzasadnić inwestycję. To moralne bankructwo kapitalizmu działającego w oderwaniu od etycznego i społecznego kontekstu.
I nie chodzi tu jedynie o ebolę. Przez trzydzieści lat wielkie kompanie farmaceutyczne uchylały się od podjęcia badań nad nowymi typami antybiotyków. Lekarze przewidują, że wskutek tej „próżni odkryć” (discovery void) najdalej za dwadzieścia lat zabraknie skutecznych leków przeciw pospolitym infekcjom. Bardzo wiele technik medycznych oraz zabiegów wprowadzonych od lat 40. zależy od ochrony przed drobnoustrojami. Wzrost oczekiwanej długości życia, doświadczany przez ludzkość od tego czasu, wynikał z wielu czynników, ale z pewnością nie byłby możliwy bez antybiotyków. Przed ich stworzeniem infekcje bakteryjne należały do najczęstszych przyczyn zgonów.
W kwietniu Światowa Organizacja Zdrowia upubliczniła pierwszy w historii raport poświęcony lekooporności drobnoustrojów, stwierdzający jej „alarmujący poziom”. To poważne zagrożenie nie leży już w sferze przewidywań, obecne jest już teraz w każdym regionie świata i dotyczy potencjalnie każdego, niezależnie od wieku, we wszystkich krajach – ostrzegła zdrowotna agenda ONZ.
Przyczyna tego stanu rzeczy jest oczywista, co przyznają sami przedsiębiorcy farmaceutyczni. Inwestowanie ok. 870 mln dolarów (1,8 mld z uwzględnieniem kosztu kapitału) w każdy z leków dopuszczonych do użytku, który chorzy na infekcję zażyją zaledwie kilka razy w życiu, nie ma sensu w porównaniu z zainwestowaniem identycznej kwoty w opracowanie bardzo zyskownych leków na choroby przewlekłe, jak choćby cukrzyca i rak, przyjmowane przez chorych codziennie, często do końca życia. Tymczasem według CDC (Centrum Zwalczania i Zapobiegania Chorobom) co roku w Stanach Zjednoczonych dwa miliony ludzi zarażają się antybiotykoopornymi bakteriami, z czego 23 tys. umierają.
Podobnie mają się sprawy z pracą nad szczepionkami. Ludzie przez dekady kupują leki na astmę lub insulinę, podczas gdy szczepienia wymagają zwykle jednej lub dwóch dawek w życiu. W ciągu ostatnich dziesięcioleci wiele firm farmaceutycznych porzuciło nie tylko badania nad szczepionkami, ale także ich produkcję, w związku z czym już w 2003 r. USA zaczęły doświadczać niedoborów większości szczepionek dziecięcych. Sytuacja jest tak ponura, że CDC utworzyło stronę internetową pozwalającą śledzić braki i opóźnienia w ich dostawach.
W trosce o bezpieczeństwo narodowe, przynajmniej w sprawie eboli, reguły wolnorynkowe odsuwa na bok Departament Obrony, swobodnie interweniując tam, gdzie zawodzi rynek. Wirusolog Thomas Geisbert z University of Texas Medical Branch w Galveston, zwierzył się „Scientific American” z nadziei pokładanej w szczepionce VSV, jednej z najbardziej obiecujących w dziedzinie walki z ebolą: Próbujemy teraz uzyskać fundusze na badania na ludziach… ale wszystko zależy od wsparcia dla małych firm, które opracowują szczepionki. Badania na ludziach są drogie i wymagają wielu rządowych dolarów. Gdy idzie o ebolę, niewielki w skali globu rynek zbytu nie zachęci wielkich firm farmaceutycznych, zatem przygotowanie szczepionki nie obędzie się bez publicznego finansowania.
William Sheridan, dyrektor medyczny BioCryst Pharmaceuticals, twórca eksperymentalnego leku antywirusowego BCX4430, tak opisuje finansowe przeszkody napotykane w badaniach i produkcji leku na ebolę: Coś takiego nie przeszłoby w wielkim koncernie! Jednak w przypadku jego niewielkiej firmy rząd federalny nie tylko wsparł badania, ale także – w ramach działań wymierzonych w bioterroryzm – obiecał wykup zapasów leków przeciw eboli, zaś w prace nad BCX4430 włączył się US Army Medical Research Institute for Infectious Diseases (USAMRIID – Wojskowy Instytut Badań Medycznych nad Chorobami Zakaźnymi). Oto nasz rynek zbytu – jest nim amerykański rząd – komentował Sheridan na antenie National Public Radio.
USAMRIID, wspólnie z Kanadyjską Agencją Zdrowia Publicznego (Canada’s Public Health Agency), wspiera również badania nad ZMapp, czyli surowicą monoklonalną, opracowaną w MAPP Biopharmaceutical, niewielkiej firmie biotechnologicznej z siedzibą w San Diego. Dwa tygodnie temu serum podano dwojgu amerykańskich lekarzy – Kentowi Branleyowi i Nancy Writebol – pracujących dla grupy ewangelickich misjonarzy Samaritain’s Purse. Para zachorowała w Liberii, opiekując się pacjentami zarażonymi ebolą. Stan Brentleya pogarszał się na tyle gwałtownie, że dzwonił już do żony, by się z nią pożegnać. Według relacji eksperymentalna surowica miała w ciągu godziny spowodować poprawę jego wskaźników oddechowych i ustąpienie wysypki. Nazajutrz rano był już w stanie samodzielnie wziąć prysznic, zaś po ewakuacji z Liberii do USA – bez niczyjej pomocy wysiąść z karetki. „Żyje i ma się nieźle” po powrocie z liberyjskiej stolicy do Atlanty także Writebol.
Oczywiście przy wyciąganiu jakichkolwiek wniosków z tego przypadku powinniśmy zachować ostrożność i wstrzymać się od stwierdzeń, że lek uzdrowił misjonarzy. „Eksperyment kliniczny” został przeprowadzony na grupie zaledwie dwojga pacjentów, bez próby ślepej i grupy kontrolnej. Jak dotąd preparat nie został przetestowany na ludziach pod względami bezpieczeństwa i skuteczności, zaś w przypadku jakiejkolwiek choroby pewien odsetek pacjentów powraca do zdrowia samoistnie. Nie wiemy zatem, czy ZMapp przyczynił się w istocie do wyzdrowienia, jednak pokładane w nim nadzieje nie są pozbawione podstaw.
Dwa z zastosowanych w ZMapp przeciwciał pierwotnie zidentyfikowali i wytworzyli naukowcy z National Microbiology Laboratory (Narodowe Laboratorium Mikrobiologii) w Winnipeg oraz z Defyrus, działającej w Toronto „firmy obrony biologicznej”, przy udziale finansowym Canadian Safety and Security Program of Defence R&D Canada (Program Bezpieczeństwa Agencji Badań i Rozwoju Departamentu Obrony Kanady). Trzeci ze składników wyprodukowano w MappBio, we współpracy z USAMRIID, Narodowym Instytutem Zdrowia i Defense Threat Reduction Agency (Agencja Redukcji Zagrożeń Obronnych Departamentu Obrony USA). Następnie nawiązano partnerstwo z Kentucky Bioprocessing z Owensboro, firmą zajmującą się produkcją białek, wykupioną wcześniej przez RJ Reynolds Tobacco, by uprawiała tytoń nafaszerowany przeciwciałami. Dowiedziawszy się o udziale Pentagonu i kanadyjskich agend bezpieczeństwa, niektórzy natychmiast odwołali się do teorii spiskowych. Rzeczywiście, ZMapp to siedlisko wszystkich niemal dyżurnych szwarccharakterów: GMO, koncerny tytoniowe, Pentagon i te podejrzane zastrzyki, które tylko wyglądają na szczepionki! Ale w dotacjach Departamentu Obrony nie powinniśmy się dopatrywać niczego niegodziwego – stanowi ono raczej dowód wyższości sektora publicznego jako lidera i opiekuna innowacji.
Nie wszystkie nieopłacalne choroby stają się jednak obiektem troski pułkowników od bioterroryzmu. I dlaczego właściwie sektor prywatny jako jedyny ma spijać śmietankę, pozostawiając mniej smaczne kąski sektorowi publicznemu? Skoro kierujący się imperatywem zysku przemysł farmaceutyczny pozostaje strukturalnie niezdolny do wytwarzania produktów potrzebnych społeczeństwu, zaś sektor publiczny zmuszony jest wypełniać luki spowodowane niewydolnością rynku, należałoby tę gałąź przemysłu znacjonalizować, zaś dochody generowane przez leki zyskowne przeznaczyć na finansowanie badań i produkcji pozostałych. W takiej sytuacji spór o to, czy zapobieganie malarii, odrze lub polio zasługuje na priorytetowe traktowanie, nie mógłby nawet zaistnieć – moglibyśmy walczyć jednocześnie z chorobami zaniedbywanymi i wywołującymi rozgłos. I chociaż brak gwarancji, że odkręcenie kurka z środkami publicznymi da natychmiastowy efekt pozytywny, wiemy, że obecnie prywatne koncerny farmaceutyczne nawet się o niego nie starają. To właśnie mają na myśli socjaliści mówiąc, że kapitalizm krępuje dalszy rozwój sił wytwórczych. Idzie nam nie tylko o to, że odmowa zaangażowania się w walkę z lekceważonymi chorobami tropikalnymi, w badania nad szczepionkami i antybiotykami jest ze strony wielkich koncernów farmaceutycznych aktem niemoralnym i niesprawiedliwym. Rzecz w tym, że indolencja wolnego rynku i ograniczoność wyzwalanych przez niego ambicji stanowią barierę dla wytworzenia licznych nowych dóbr i usług, które byłyby korzystne dla ludzkości i poszerzałyby zakres naszej wolności.
Podnoszenie sprawy szczepionek i leków ma kluczowe znaczenie. Jednak w najlepszym razie będzie ono przypominało wylewanie wiadrem wody z dziurawej i tonącej łódki, jeśli nie uwzględnimy również czynników takich jak pogarszanie się stanu zdrowia publicznego i infrastruktury w całej Afryce Zachodniej oraz szeroko rozumianych uwarunkowań ekonomicznych, które zwiększają prawdopodobieństwo epidemii eboli i innych chorób odzwierzęcych.
Sposób, w jaki neoliberalizm doprowadził do powstania idealnych warunków dla rozprzestrzeniania się epidemii, trafnie opisał filogeograf i ekolog Robert Wallace. Gwinea, Liberia i Sierra Leone należą do najuboższych państw świata, zajmując odpowiednio 178., 174., i 177. miejsca wśród 187 państw sklasyfikowanych przez ONZ pod względem wskaźnika rozwoju społecznego HDI. Gdyby podobne tamtejszym epidemie miały miejsce w krajach europejskich, mogących poszczycić się najlepszą infrastrukturą zdrowotną na świecie, sytuację najprawdopodobniej udałoby się opanować.
Problemem nie jest tylko brak szpitali polowych, oddziałów izolacyjnych, odpowiednich procedur higienicznych w istniejących placówkach medycznych oraz niedostatek wysoce wykwalifikowanej kadry, zdolnej do odnalezienia i poddania kwarantannie wszystkich eksponowanych i zarażonych. Nie jest nim również jedynie leczenie podtrzymujące, które ma w przypadku zakażenia kluczowe znaczenie niezależnie od dostępnych środków leczniczych. Rozprzestrzenianiu się choroby sprzyja także rozpad podstawowych struktur państwa, które w przeciwnym razie byłoby zdolne do większego ograniczenia swobody przemieszczania się ludności, lepszego radzenia sobie z trudnościami logistycznymi i do koordynacji działań z rządami innych państw.
Cytowany już epidemiolog i specjalista chorób zakaźnych, Daniel Bausch, który prowadził badania w pobliżu epicentrum obecnej epidemii, opublikował w lipcu artykuł w czasopiśmie Public Library of Science „Neglected Tropical Disease”. Opisuje w nim swoje naoczne doświadczenie „wstecznego rozwoju”; po każdym powrocie do Gwinei, przy każdej długiej podróży z Konakry w rejon lasów tropikalnych, infrastruktura wydawała się bardziej podupadła: utwardzone niegdyś drogi były coraz gorsze, usługi publiczne – trudniej dostępne, ceny – wyższe, zaś lasy – rzadsze. Z kolei Wallace nadmienia, że seria strukturalnych programów dostosowawczych, zalecanych i egzekwowanych przez zachodnie rządy i instytucje finansowe, wymusiła prywatyzację, oszczędności na usługach publicznych, zniesienie ceł (przy utrzymaniu dotacji dla przemysłu rolniczego Północy) oraz orientację gospodarki na eksport płodów rolnych kosztem żywnościowej samowystarczalności. Konsekwencją tych posunięć są bieda i głód, zaś rywalizacja między rolnikami o kapitał, ziemię, surowce i maszyny wiedzie ku jeszcze większej konsolidacji własności gruntów, zwłaszcza w rękach firm zagranicznych, kosztem drobnych rolników.
Ebola jest chorobą odzwierzęcą, czyli przenoszoną ze zwierząt na ludzi (lub odwrotnie). Taki charakter miało ok. 61 proc. infekcji w historii ludzkości – począwszy od grypy, poprzez cholerę, aż po HIV. Najpoważniejszym czynnikiem prowadzącym do przyrostu liczby patogenów odzwierzęcych są zaś wzmożone kontakty ludzi i dzikich zwierząt. Dochodzi do nich często w trakcie ekspansji człowieka na obszary uprzednio dzikiej przyrody. Wallace zauważa, że wyrugowani z ziemi przez neoliberalne programy dostosowawcze, nie mogąc znaleźć pracy w mieście, ludzie zapuszczają się coraz głębiej w lasy w poszukiwaniu nowych gatunków zwierzyny łownej na większym obszarze i drewna do produkcji węgla drzewnego, pogłębiają kopalnie w poszukiwaniu minerałów, to zaś zwiększa ryzyko ekspozycji na wirus eboli oraz inne odzwierzęce patogeny obecne w tych odległych zakątkach świata. Bausch stwierdza jednak: Czynniki biologiczne i ekologiczne mogą wywabić wirusy z lasu, jednak to krajobraz socjopolityczny dyktuje, co wydarzy się później – kilka izolowanych przypadków czy wielki i niekontrolowany wybuch epidemii. Łatwo przewidzieć skutki nieplanowanego, chaotycznego rozwoju na obszarach znanych z częstych przypadków pierwotnego przeniesienia choroby na człowieka. Szczególnie takich, które pozbawione są zarazem etosu równościowego czy wsparcia infrastrukturalnego, które umożliwiły chociażby zwalczenie (w jednej z pierwszych misji CDC) malarii w południowych Stanach po II wojnie światowej.
W ciągu ostatnich miesięcy najpoważniejsza w historii epidemia eboli uwidoczniła moralne bankructwo naszego systemu wytwarzania leków. Jednak walka o stan opieki zdrowotnej w USA oraz podobne kampanie wymierzone w prywatyzację służby zdrowia na Zachodzie to zaledwie połowa zmagań. Ich cel może zostać osiągnięty jedynie gdy uzupełnimy to kampaniami na rzecz odbudowy międzynarodowego publicznego przemysłu farmaceutycznego oraz gdy znajdziemy odpowiedź na neoliberalne polityki, które uderzają w zdrowie publiczne. Za wzór mogą posłużyć działania grup aktywistów walczących z HIV i AIDS w latach 80. i wczesnych 90., jak choćby ACT UP i Treatment Action Group, lub działająca w początkach tysiąclecia South Africa’s Treatment Action Campaign, które łączyły akcje bezpośrednie i akty obywatelskiego nieposłuszeństwa wobec polityków i biznesu z precyzyjną, opartą na wiedzy naukowej świadomością sytuacji chorych.
Tym razem jednak potrzeba nam większej, powszechnej kampanii dotyczącej nie jednej choroby, lecz całości uchybień rynku w dziedzinie produkcji szczepionek, „próżni odkryć” w badaniach nad antybiotykami, zaniedbanych chorób tropikalnych i wszelkich zapomnianych chorób zrodzonych z biedy. Potrzebujemy opartego na wiedzy naukowej aktywizmu na rzecz leczenia, którego dalekosiężnym i ambitnym, lecz osiągalnym celem będzie demokratyczny podbój przemysłu farmaceutycznego. Potrzeba nam kampanii, która zniszczy nieopłacalne choroby.
Leigh Phillips
tłum. Michał Wójtowski
konsultacja naukowa: dr Agnieszka Bernat-Wójtowska
Artykuł ukazał się pierwotnie 13 sierpnia 2014 na łamach „Jacobin Magazine”, www.jacobinmag.com.