przez Krzysztof Wołodźko | poniedziałek 24 listopada 2014 | opinie
To był początek transformacji. Świetny czas dla nastolatka. Żyło się nagle lepiej, żyło się weselej. W małym wiejskim sklepie spożywczym, który w poprzednich latach miewał problemy nawet z zaopatrzeniem w chleb (na zapisy) i mięso (na kartki) pojawiło się nagle mnóstwo śmieciowych zachodnich słodyczy. Realny socjalizm ustępował pod naporem żelków Haribo, powszechnie dostępnych bananów, spodni „marmurków” i polskiej edycji pisma „Bravo”. Wolność zmaterializowała się także w postaci genitaliów płci obojga, malowanych przez uczącą się (życia) młodzież na ścianach dworca PKP w Czempiniu. Blakły za to na murach, mało już ważne, graffiti z Leninem z fryzurą punkowca i osowiałym generałem w ciemnych okularach. Raptem prawie wszystko było prawie wszystkim wolno – wypożyczać pornole w wyrosłych jak grzyby po deszczu punktach z pirackimi kasetami wideo, organizować akademie na 11 listopada, głośno wyklinać komuchów i solidaruchów, popierać Stanisława Tymińskiego, przywozić z Zachodu stare samochody, bogacić się. Wolno też było sprzedawać z łóżek polowych szybko psujące się azjatyckie dwukasetowe magnetofony, które wciągały taśmę jak rockowa gwiazda kreski. Wolno było stracić pracę bez reakcji odpowiednich, zmurszałych instytucji. Było to na tyle zachwycające, że w euforii masowo zwalniano ludzi, którzy z nadzieją czekali właśnie na swoje sto milionów.
W ten piękny czas podróżowałem z rodzicami pociągiem do Leszna albo Poznania. W niebiesko-żółtej jednostce z wiśniowymi obiciami z dermy dosiadła się do nas kobieta, jak się okazało – lekarz stomatolog. Ucięła sobie kolejową rozmówkę z moją matką, nauczycielką, i od słowa do słowa zeszło na stan uzębienia uczniów. Były to czasy, gdy powszechna fluoryzacja i wizyty lekarza i pielęgniarki powoli odchodziły w przeszłość, pewnie nie tylko w mojej podstawówce. Pani stomatolog stwierdziła, że to żaden problem, bo teraz każdego będzie już stać pójść prywatnie do dentysty i leczyć zęby. Na grzeczną uwagę, że są przecież rodziny, których jednak na to nie stać, lekarka odparła: „zawsze jest jakaś patologia”.
Atmosfera zrobiła się nieco ciężkawa, a przynajmniej ja, w sile swoich trzynastu czy czternastu lat, poczułem się zirytowany. Bo z jednej strony wiedziałem co to „patologia” na pegeerowskiej wsi, z drugiej coś mi w tej argumentacji mocno nie pasowało. Pani wysiadła gdzieś po drodze, pozostawiając rodzinę homosovieticusów z dobrą nowiną o kapitalizmie, który odbije się pozytywnie na uzębieniu narodu. I z nadzieją, że ze zdrowymi siekaczami, kłami, przedtrzonowymi i trzonowymi każdy porządny obywatel wgryzie się w świeżą dostawę perspektyw i nowych możliwości.
Ale co z tą „patologią”? Po tylu latach chyba już można napisać. Dobrze pamiętam zwłaszcza rodzinę pełną płowowłosych dzieci, chłopców i dziewczynek, których głowy po wizycie szkolnej higienistki zawsze zabarwione były na mocny fiolet. To był efekt użycia jakiegoś środka przeciw wszawicy. Wielkie, sine plamy na głowach – dobitne potwierdzenie stygmatyzacji, dość regularnie doprawianej docinkami rówieśników. A zatem: biedna rodzina szeregowego pracownika PGR. Nie wiem, czy był tam alkohol w ilościach większych niż w innych domach. Ojca, chyba jedynego żywiciela rodziny, dość szybko zwolniono, gdy PGR upadał. I jeszcze jedno: mieliśmy w okolicy tzw. piaskownię, miejsce wydobycia piasku, strome zbocze z gliniankami, żółtawo-mętnymi oczkami wodnymi, w których latem kąpały się dzieciaki, choć rodzice i nauczyciele ostrzegali przed tym miejscem. Któregoś dnia masy piasku przysypały jedno z tych dzieci o blond-fioletowych włosach i nie udało się go odratować. Jak byśmy przenieśli się do jednej z nowelek XIX-wiecznych pozytywistów.
Druga rodzina miała bogatą przeszłość kryminalną – Milicja Obywatelska (a później policja) znała dobrze zarówno ojca, jak i dorastających synów. Przesiedlani z miejsca na miejsce, wreszcie trafili w nasze okolice. Kilkoro dzieci. Ojciec – wysoki mężczyzna. Matka – zaszczuta, przedwcześnie postarzała kobieta. Alkohol, noże, bójki, kradzieże. Powszechna niechęć małej społeczności. Pewnego razu, w środku zimy, nocą, dwie małoletnie dziewczynki zapukały do drzwi dyrektora okolicznej szkoły podstawowej. Ich ojciec się do nich dobierał, nie pierwszy raz.
To było dobrych dwadzieścia lat temu. Dzieci zmieniły się w dorosłych. Stare biedy stopniowo przybrały nowe formy, do wyobraźni społecznej weszły i nabrały „mocy urzędowej” terminy takie jak wykluczenie, rozwarstwienie, wyuczona bieda, strukturalne bezrobocie. Wstydliwe aspekty transformacji, z którymi wciąż sobie nie poradziliśmy – podobno dlatego że mamy za mało kapitalizmu w kapitalizmie. Dentystka pewnie dawno już nie jeździ podmiejskimi pociągami. Żyje się jej teraz jeszcze lepiej, żyje się jeszcze weselej. A dzięki jej wytężonej pracy na rzecz wolnorynkowej stomatologii dzieci pewnie nie mają już socjalistycznych dziur w zębach ani peerelowskiej próchnicy. Przynajmniej niektóre dzieci. Przynajmniej niektórzy dorośli.
III Rzeczpospolita okrzepła. Podział na bogatych i biednych, bogatszych i biedniejszych, najbogatszych i najbiedniejszych, stał się istotną częścią polskiego krajobrazu. A wraz z tym podziałem przyjęły się społeczne i państwowe strategie, które sprawiły, że III RP stała się Trzecią Rzeczą Wykluczającą. Jeśli cię nie stać na prywatne przedszkole, opiekunkę dla dziecka i trzypokojowe mieszkanie – twój problem. Jeśli twoje dzieci nie dojadają – to twój problem. Jeśli źle się urodziłeś – twój problem. Jeśli stoisz w bardzo długiej kolejce do lekarza – twój problem. Jeśli z przerażeniem obserwujesz, że znikają połączenia kolejowe i autobusowe, dzięki którym miałeś w miarę sensowny dojazd do pracy – twój problem. Jeśli zarabiasz grosze w małej pipidówce, której nie chcesz opuścić, bo to twój świat – twój problem. Jeśli nie jesteś dość elastyczny i nie umiesz, nie chcesz rozpychać się łokciami – twój problem. Jeśli w wielkim mieście oglądasz codziennie cudzy luksus w drodze do najtańszego spożywczaka – twój problem. Jeśli wiesz, że musisz być posłuszny i dyspozycyjny aż do granic głęboko frustrującego podporządkowania cudzej woli, aż do przekroczenia granicy, za którą twoja żona/twój mąż i dzieci będą traktować cię w domu jak gościa, bo przez najbliższe dekady masz do spłacenia kredyty – to wyłącznie twój problem. A może jesteś „patologią”?
Tu ktoś powie: ale przecież istnieje prawdziwa patologia i prawdziwy margines. Czy na tych ludzi także mamy łożyć nasze ciężko zarobione pieniądze, my, ludzie zaradni, zapracowani, którym niedziałające państwo chce zabrać ile wlezie? Co nas obchodzą dzieci z małżeństw kryminalistów albo nieudaczników życiowych? Co nas obchodzi ten świat kilka pięter niżej, skoro mamy swoje problemy i swoje, nie do końca zrealizowane, ambicje, a w dodatku codziennie prześladuje nas socjalizm? My chcemy więcej wolnego rynku, dzięki któremu z całą pewnością biedniejszym też się coś dostanie. A poza tym taki już jest ten świat, więc nigdy więcej komunizmu.
Tego typu argumentacja jest dziś niemal wszechobecna i stanowi jeden z istotnych motywów blokujących dyskusję o innych modelach polskiej transformacji/modernizacji. Ale tu pojawia się kwestia znacznie bardziej istotna. Otóż błędem byłoby uznać, że złemu realnemu liberalizmowi Trzeciej Rzeczy Wykluczającej przeciwstawiać zamierzam dobry PRL-owski realny socjalizm. Cały dramat polegał na tym, że z lat 80. wychodziliśmy z bardzo mocno zdewastowaną przestrzenią społeczną i instytucjonalną. Pomocowe funkcje państwa już wówczas były nieefektywne i biurokratyczne (i oczywiście głęboko niedofinansowane), choć możemy dziś żałować, że tak łatwo rozmontowano to, co zasługiwało na uratowanie – jak np. powszechną opiekę lekarską w szkołach.
Całościowo mogło się wtedy wydawać, że państwo jest (nad)opiekuńcze, choć w istocie jego „logistyka” względem ubogich i najuboższych oraz zdolności redystrybucyjne pozostawały daleko w tyle za osiągnięciami i rozwiązaniami stosowanymi w państwach dobrobytu Europy Zachodniej i Skandynawii. Bardzo niski był także poziom samopomocy społecznej, a na terenach pegeerowskich (i nie tylko tam) z oczywistych przyczyn bardzo słabe były też organizacje obywatelskie. Gdy do tego wszystkiego dołożył się szok transformacji, spowodowało to wielkie osamotnienie całych połaci kraju, któremu towarzyszyła stygmatyzacja ze strony wielkomiejskich elit. A ponieważ wtedy niemal wszyscy mieli stosunkowo niewiele, to mogło się wydawać, że w latach 80. istniała polityka na rzecz społeczno-gospodarczego egalitaryzmu. Ale tak naprawdę był to system masowej pauperyzacji, poza którym pozostawała tylko stosunkowo nieliczna grupa beneficjentów schyłkowego PRL – zarówno partyjnych, jak i tych, którzy reprezentowali sektor prywatny, mocno zresztą powiązany z państwem licznymi układami środowiskowo-rodzinnymi.
U początków III RP przyjęto, że prędzej czy później to rynek przejmie lub zastąpi funkcje pomocowe, niwelujące choćby skutki coraz powszechniejszego bezrobocia. Ludzie zaczną się bogacić, a wtedy – przekonywano – zniknie wiele kłopotów, bo niemal każdego będzie stać na „kupienie sobie” wyjścia z problemów. Z drugiej zaś strony – bardzo doraźnie i dla uspokojenia społecznych nastrojów – zaproponowano słynną kuroniówkę oraz protezy rozwiązań socjalnych, czyli wczesne emerytury i renty (te ostatnie później zaczęto ludziom masowo odbierać).
Co do swojej zasady ta filozofia wciąż powszechnie obowiązuje w Polsce. Polityka społeczna jest doraźna i nieprzemyślana, a wiara w samodiagnozujące się i samonaprawiające mechanizmy rynkowe przemawia do wyobraźni polityczno-partyjnej i ogólnospołecznej. Stąd też logika, wedle której państwo polskie coraz mniej wymaga od wąskiej grupy beneficjentów przemian (coraz więcej im oferując), a coraz mniej ma do zaproponowania pracownikom najemnym, rolnikom i innym najliczniejszym grupom społecznym. A że równocześnie przepływ unijnych środków finansowych umożliwia markowanie działalności urzędów pracy, można odnieść wrażenie, że polityka społeczna wciąż istnieje. Z tym że jej realna nieefektywność i fasadowość dodatkowo pogłębia niezadowolenie Polaków z własnego kraju. Bo ostatecznie Trzecia Rzecz Wykluczająca prowadzi przede wszystkim politykę wypychania poza obręb swojego zainteresowania i troski coraz większą części społeczeństwa. I stąd też gniew ludzi z prawie-klasy-średniej, np. ojców i matki z rodzin wielodzietnych, którzy wciąż nie są dość biedni, by załapać się na ochłapy socjalu i nie dość bogaci, aby bezpiecznie odetchnąć na swoim. Drażni ich, że nie mogą zapewnić dzieciom tego wszystkiego, co w ich wyobrażeniu powinno być w zasięgu portfeli. Dlatego z reguły chcą dla siebie więcej ulg, bez refleksji, że o wiele szerszym problemem jest polski system antydystrybucji. W Trzeciej Rzeczy Wykluczającej otrzeć się o beznadzieję jest naprawdę łatwo i same tylko ulgi niewiele pomogą w sytuacji większego zagrożenia. Wystarczy na kilka miesięcy wypaść z rynku pracy, albo przez nieco dłuższy czas nie załapać się na sensowną podwyżkę. Nie pytaj przeto, kto jest patologią, bo w takich warunkach i ty możesz nią zostać.
A co z dziećmi i młodzieżą z rodzin dotkniętych przemocą i nałogami, kryminalnym piętnem? Co z samotnymi matkami i ojcami z bardzo różnych grup społecznych, którzy muszą pogodzić rodzicielstwo z radzeniem sobie w takich realiach społeczno-gospodarczych i kulturowych? Tu jedyną odpowiedzią ze strony państwa jest w gruncie rzeczy prywatyzacja pomocy, czyli znów brak kompleksowych rozwiązań, które – przykładowo – wiązałyby samopomoc społeczeństwa obywatelskiego z dalekosiężnymi rozwiązaniami proponowanymi przez bardziej odpowiedzialne państwo. Przykładowo, rzadko mówi się u nas o tym, że w Norwegii jedną z najważniejszych organizacji prowadzących we współpracy z instytucjami publicznymi działalność na rzecz wykluczonych jest YMCA. Dodatkowo skutecznie wmówiono Polakom, że przecież model skrajnie urynkawiający rzeczywistość jest powszechnie akceptowanym na Zachodzie standardem, co w najlepszym razie jest naiwnym wyobrażeniem, a w najgorszym – cynicznie rozpowszechnianym kłamstwem.
Na koniec dwa cytaty. Pierwszy z „Dziecięcej choroby liberalizmu”, pióra Rafała Wosia. Książka ta stanowi ewenement w rodzimej publicystyce gospodarczej – rzecz napisana dobrze i lekko, bez naleciałości ideologicznych żargonów, a przy tym mocno na bakier z oficjalnymi, neokolonialnymi sloganami. Na jej kartach czytamy: jeden z najważniejszych argumentów przeciwników polskiego państwa dobrobytu brzmi tak: budować na Wisłą państwa opiekuńczego nie warto, bo sam bogaty Zachód od tego odchodzi. Dowodem mają być cięcia wydatków rządowych w krajach południa Europy czy Wielkie Brytanii. Tymczasem pogłoski o śmierci zachodniego państwa dobrobytu są mocno przesadzone. Jest dokładnie odwrotnie. Najlepiej przez kryzys przechodzą te gospodarki, które mają sprawne państwa socjalne – poddane tylko lekkiemu liftingowi – takie jak Niemcy czy Szwecja. Tamtejsze reformy były zmianami racjonalizatorskimi, nie zaś podważeniem całego fundamentu. I jeszcze jeden cytat z portalu ObserwatorFinansowy.pl: Prof. Ha Joon Chang z Cambridge University w książce „23 rzeczy, których nie mówią ci o ekonomii” pisze, że jego zdaniem duży poziom bezpieczeństwa socjalnego nie tylko nie rozleniwia ludzi, ale sprawia, że są oni bardziej otwarci na zmiany. Akademik porównuje to do jazdy samochodem z dobrymi hamulcami. Tylko wówczas pojedziemy nim szybko, gdy będziemy pewni, że możemy szybko wyhamować. Zdaniem prof. Changa to właśnie wysoki poziom zabezpieczenia socjalnego jest jednym z głównych powodów, dla którego większość krajów skandynawskich rozwijała się w ostatnich latach szybciej, niż USA, gdzie ochrona przed zwolnieniem jest na niskim poziomie. Na przykład w latach 2000-2008 średni wzrost PKB był w Szwecji na poziomie 2,4 proc. rocznie, w Finlandii 2,8 proc. a w USA 1,8 proc.
Gospodarka i wskaźniki to jedno. W polskich warunkach jakakolwiek zmiana będzie możliwa dopiero wtedy, gdy nadający ton debacie publicznej i wyobrażeniom społecznym głosiciele sloganów o wolnym rynku jako samoregulującym się generatorze ogólnego dobrobytu zrozumieją, że to właśnie ich ulubiona ideologia stoi u źródeł Trzeciej Rzeczy Wykluczającej.
przez Piotr Wójcik | wtorek 18 listopada 2014 | opinie
Okazuje się, że w czymś jesteśmy naprawdę dobrzy. Istnieje konkurencja, w której Polska należy do ścisłej światowej czołówki. Jako wolnorynkowi neofici od 25 lat mamy kompleks bycia docenianymi w kapitalistycznym wyścigu, dlatego z uwagą śledzimy wszelkie rankingi i analizy, które potwierdzą skuteczność naszych starań. I właśnie dlatego hucznie obchodzimy każdy skok o kilka pozycji w corocznym raporcie Doing Bussiness, wskazujący, że zagranicznym korporacjom jeszcze łatwiej jest zarabiać w naszym kraju wielkie pieniądze. Z tego samego powodu pieszczotliwie celebrujemy każdy ciepły artykuł o nas w „The Economist”, dzięki któremu możemy się przekonać, że jesteśmy prymusem przemian w naszym trudnym regionie, sprawiającym od lat głównie problemy. Nic dziwnego, że gdy pojawiła się na horyzoncie konkurencja, która leży jak najbardziej w naszym zasięgu, jest w sumie dosyć prosta, a jednocześnie w globalnych zawodach niezwykle istotna, postanowiliśmy być w niej najlepsi. Jaka to konkurencja? „Ustanawianie reżimu elastyczności”. W skrócie – uelastycznianie.
Mniej więcej od lat 80. XX wieku (a w zasadzie to już od drugiej połowy 70.) zachodnia gospodarka zmieniła swój paradygmat. Jej głównym motywem i zasadą przestało być już zaspokajanie potrzeb całej społeczności, a stało się osiąganie przeróżnych „wymiernych celów”, zawartych w liczbach, wykresach i tabelkach, takich jak poziom inflacji czy tempo wzrostu PKB. Przy okazji nadal zaspokaja się potrzeby, jednak są to potrzeby dużo bardziej wybujałe i najczęściej dotyczą już tylko wąskich grup ludzi. Coraz bardziej wyśrubowane cele potrzebowały nowego wymiaru efektywności, a ten wymagał pełnej elastyczności – tak, aby już nigdy żadna minuta opłacanej pracy nie zmarnowała się pod postacią relaksującej chwili patrzenia się w sufit czy spokojnego wypicia ciepłej kawy. Powstało więc zjawisko pracy just-in-time, dostarczanej w idealnym momencie i w idealnych proporcjach, a opłacanej tak, by broń Boże nie przepłacić ani dolara. Wraz z nim pojawiły się tabuny prekariuszy, czyli ludzi całe dnie siedzących jak na szpilkach z ręką na telefonie, czekających na łaskawy znak od pracodawcy, że dziś mogą przyjechać popracować w takim i takim czasie, ale muszą stawić się na miejscu równo za półtorej godziny. Jeśli ktoś nie wie, o czym mówię, to niech popracuje choćby miesiąc za pośrednictwem agencji pracy tymczasowej. Ten odczłowieczony system wyprodukował tabuny ludzi żyjących od zlecenie do zlecenia, bez jakiejkolwiek możliwości długoterminowego planowania, nie mówiąc już o takich fanaberiach jak założenie rodziny czy rozwój zawodowy. Ewentualnie, jak już naprawdę dobrze pójdzie, pracują na dwuletniej umowie o pracę, którą w każdej chwili pod byle pretekstem mogą stracić z dwutygodniowym wypowiedzeniem, trwając w napięciu aż do ostatniego dnia umowy – bo oczywiście nikt im wcześniej nie zdradzi, jakie są plany firmy wobec nich. To właśnie jest prekariusz – człowiek poddany reżimowi tymczasowości i elastyczności pod dyktando współczesnej gospodarki, której cele już dawno oddzieliły się od potrzeb większości ludzi.
Od czasu nastania jedynowładczych rządów efektywności wszelkie postulaty wskazujące na potrzebę stabilizacji zatrudnienia są szybko zbywane argumentem mówiącym, że na takich zasadach zatrudniać się nie da, bo „wymagania rynku nie pozwalają”, „sytuacja jest zbyt zmienna” itd. Mało kto zwraca uwagę na niewygodny fakt, że przez okres kilkudziesięciu lat po wojnie jakoś się dało – praca była stabilna, pracownicy spokojni o swój o byt, a gospodarka miała się świetnie. Nie przynosiła ona jednak wtedy tak bajońskich sum pracownikom sektora finansowego, szefom międzynarodowych korporacji czy innym CEO, dyrektorom generalnym, wykonawczym etc. A to wyżej wymienionych wyjątkowo uwierało, więc ochoczo skorzystali z szansy, jaką dała im globalizacja, by zainspirować procesy, które zmieniły ten stan. Swoją drogą: w którym kierunku jako ludzkość idziemy, skoro argument egzystencjalny („tak się nie da żyć!”) przegrywa sromotnie z argumentem rentowności („nie ma na to pieniędzy”)?
Właśnie w tej konkurencji staliśmy się zawodnikiem klasy światowej. We wszystkich rankingach badających elastyczność zatrudnienia nasz kraj plasuje się w ścisłej czołówce, a w wielu z nich prowadzi. Najpopularniejszym wskaźnikiem mierzącym elastyczność jest odsetek pracowników pracujących na umowach terminowych – są to umowy cywilnoprawne, umowy o pracę tymczasową i umowy o pracę na czas określony. W najnowszej edycji raportu OECD Employment Outlook nasz kraj jest na drugim miejscu na świecie i na pierwszym miejscu w UE. Aż 26,9 proc. wszystkich zatrudnionych w Polsce stanowią pracownicy terminowi. Wyprzedza nas jedynie… Chile, którego model gospodarczy ukształtowali przed laty liberalni ekonomiści ze szkoły chicagowskiej. W tym kraju odsetek pracowników terminowych wynosi 29,7 proc. Cały cywilizowany świat jest daleko za nami. Z państw UE najbliżej nas jest Hiszpania (23,1 proc.), w której sytuacja na rynku pracy uchodzi za wyjątkowo tragiczną. Następna jest Portugalia (21,5 proc.), a więc kolejny kraj przechodzący w ostatnim czasie ogromne kłopoty gospodarcze. W pozostałych krajach UE wskaźnik ten wynosi poniżej 20 proc, a w stabilnych i prężnych gospodarkach nie przekracza nawet 10 proc. (np. w Danii jest to 8,8 proc., w Austrii 9,2 proc.). Nie musimy jednak porównywać się z państwami skandynawskimi. W Czechach pracownicy terminowi stanowią zaledwie 9,6 proc. zatrudnionych, na Słowacji 7 proc., a na Węgrzech 10,8 proc.
Najbardziej druzgocąca jest jednak dynamika i kierunek, w jakim zmierzamy. Pod tym względem jesteśmy zupełnie bezkonkurencyjni. O ile w innych krajach prekaryzacja przebiega stopniowo, gdyż wciąż w wielu obszarach gospodarki spotyka się z oporem pracowników, to w wolnorynkowo neofickiej Polsce rozpędziła się do tempa Usaina Bolta. W latach 1998-2012 odsetek umów terminowych w naszym kraju wzrósł aż o 22,2 pkt. proc. Jeszcze w 1998 r. umów takich było zaledwie 4,7 proc. Tempo iście sprinterskie, zwłaszcza na tle reszty peletonu. W Unii Europejskiej w konkurencji prekaryzowania obywateli na czas drugie miejsce ma Słowenia ze wzrostem… 12,7 pkt. proc. – a więc niemal 10 pkt. proc. za nami! Trzecia Holandia ma już wynik tylko jednocyfrowy – 6,5 pkt. proc. Jak widać odsadzamy resztę świata w tempie oszałamiającym. Jeśli je utrzymamy, to za kilkanaście lat wszyscy będziemy prekariuszami. Marnym pocieszeniem jest, że będą nimi także pożyteczni idioci, którzy z amerykańskim uśmiechem na ustach wspierają ten model, twierdząc, że umowa śmieciowa jest najlepszym wstępem do stabilnej i dobrej pracy. Gdy po 15 latach nadal będą pracować na umowie zlecenie z niespecjalnie wysoką stawką, może dotrze do nich, w jak wielkim błędzie tkwili. Na refleksję będzie już wtedy jednak trochę zbyt późno.
Umowa śmieciowa jako wstęp do dalszej kariery to właśnie jeden z mitów upowszechnianych przez zwolenników prekaryzacji społeczeństwa. Nawet jeśli gdzieś na świecie ta idiotyczna teza się potwierdza, to na pewno nie w Polsce. Wręcz przeciwnie, jesteśmy przykładem tego, że najlepszą drogą do zostania prekariuszem jest już podpisanie pierwszej umowy śmieciowej. Wśród państw OECD jesteśmy na drugim miejscu za Hiszpanią pod względem liczby pracowników pracujących na umowie terminowej przez ponad trzy lata. Stanowią oni u nas 17,4 proc. wszystkich zatrudnionych. Według OECD tylko 35 proc. zatrudnionych w Polsce na umowach terminowych ma szanse na stabilne zatrudnienie w ciągu trzech lat. Potwierdzają to polskie badania POLPAN, które sprawdziły jak przebiegały kariery osób pracujących w 2008 r. na umowach cywilnoprawnych. Okazuje się, że po 5 latach, czyli w 2013 r., 58 proc. z nich wciąż pracowało na umowie śmieciowej lub wcale, 5 proc. przeszło na samozatrudnienie, a etat w ciągu 5 lat zdobyło jedynie 37 proc. W środowisku badaczy rynku pracy krąży już opinia, że dużo łatwiej o etat będąc bezrobotnym, niż pracując na umowie cywilnoprawnej. I niech każdy o tym pamięta, podpisując pierwszą lub kolejną umowę zlecenie. Jeśli tylko sytuacja materialna na to pozwala, lepiej poszukać pracy trochę dłużej, niż wchodzić przy pierwszej okazji w tryby elastycznego zatrudnienia, gdyż wyjść z nich może być bardzo trudno.
Kolejnym wymiarem zjawiska prekaryzacji pracy jest odsetek samozatrudnionych w ogólnej liczbie zatrudnionych. W tej dziedzinie także jesteśmy w ścisłej czołówce, w towarzystwie, które chluby nam nie przynosi. Wokół nas znowu są same kraje z grupy PIGS, a więc te przeżywające obecnie największe problemy w UE. Liderem samozatrudnienia w UE jest Grecja – tam aż 36,8 proc. zatrudnionych pracuje na samozatrudnieniu. Kolejne Włochy to odsetek 25,1 proc. Na trzecim miejscu jesteśmy już my, z wynikiem 22,4 proc., a za nami jest Portugalia. W rozwiniętych, stabilnych gospodarczo krajach ten odsetek jest zwykle jednocyfrowy – nawet w USA, które przecież uchodzą za Mekkę przedsiębiorczości, wynosi on zaledwie 6,8 proc. Wskaźnik ten jest dużo niższy także w większości krajów naszego regionu – np. na Węgrzech wynosi 11,7 proc. Oczywiście zaraz ktoś może zakrzyknąć, że przecież samozatrudnieni to żaden prekariat, lecz prężni przedsiębiorcy biorący sprawy w swoje ręce. Wolne żarty – przymusowe wysyłanie pracowników na samozatrudnienie to jeden z bardziej popularnych sposobów prekaryzowania tylnymi drzwiami, a więc pozbawiania pracowników elementarnych praw w postaci chociażby płatnego urlopu czy przerzucania na nich ryzyka do tej pory ponoszonego przez pracodawcę. A także obciążania ich całą masą dodatkowych obowiązków, takich jak samodzielne rozliczanie się z fiskusem czy z ZUS-em.
Najlepszym dowodem na to, że przeciętny polski samozatrudniony to nie żaden przedsiębiorca, lecz zwyczajny prekariusz, jest raport Global Enterpreneurship Monitor 2013, badający przedsiębiorczość w poszczególnych krajach na świecie. Jego wyniki wykazują, że pod względem odsetka przedsiębiorców, którzy zostali zmuszeni do założenia firmy (sytuacją na rynku pracy lub wprost szantażem pracodawcy), Polska znów znajduje się na podium, z wynikiem 47 proc. Inaczej mówiąc, prawie połowa polskich „przedsiębiorców” wcale nie chciała być przedsiębiorcami. I na dobrą sprawę duża część nadal nimi nie jest – trudno uznać za przedsiębiorcę chociażby pielęgniarkę kontraktową, która cały czas pracy spędza w jednym szpitalu. Najciekawsze jednak jest otoczenie, w jakim znaleźliśmy się wśród liderów przymuszania do samozatrudnienia. Przedstawię pierwszą szóstkę, by każdy mógł się napawać tym widokiem: Macedonia (61 proc.), Bośnia (59 proc.), Polska (47 proc.), Filipiny (44 proc.), Malawi (44 proc.), Jamajka (41 proc.). Jak widać pod pewnymi względami jesteśmy już pełnoprawną częścią trzeciego świata.
Prekaryzacja społeczeństwa wiąże się, jak wspomniałem, z pozbawieniem go elementarnego zabezpieczenia socjalnego. Trudno nazwać prekariuszem Duńczyka, który co prawda umowę o pracę ma dość elastyczną, ale zabezpieczenie na wypadek bezrobocia ma na poziomie niewyobrażalnym dla Polaka. A gdy już straci pracę, to odpowiednie instytucje publiczne wręcz rzucą się, aby możliwie szybko znaleźć mu dobrą pracę. Tymczasem w Polsce Urzędy Pracy służą niemal wyłącznie do rejestracji bezrobotnych. Podobnie żałośnie wygląda sam poziom zabezpieczenia społecznego – aż ok. 85 proc. bezrobotnych w Polsce nie ma prawa do zasiłku. I jest to właśnie konsekwencja m.in. stopnia sprekaryzowania polskiej siły roboczej. Żeby dostać zasiłek, trzeba bowiem przepracować w ciągu 18 miesięcy przynajmniej 365 dni, opłacając składki od co najmniej równowartości pensji minimalnej. W takiej sytuacji prekariusze, których zatrudnienie z reguły nie jest na tyle stabilne (a nawet jeśli, to zwykle opłacają niewystarczające składki, np. od swojej najniższej umowy zlecenie), mogą jedynie pomarzyć o zasiłku. Jeśli nawet jakimś cudem nasz prekariusz wywalczy zasiłek, to jego wysokość jest śmiesznie niska. Przeciętny Polak tracąc zatrudnienie, momentalnie traci więc grunt pod nogami. Według wspominanego raportu OECD Employment Outlook 2014, przeciętny zasiłek wynosi w Polsce… 19 proc. ostatniej pensji. Nietrudno się domyślić, że jesteśmy na szarym końcu wśród państw tej organizacji. W Czechach zasiłek wynosi 32,5 proc. ostatniej pensji, a na Węgrzech 33,7 proc. Nie wspominając już o Finlandii (79 proc.) czy Niemczech (62,7 proc.).
Ale cóż właściwie z tego, że tak się daliśmy sprekaryzować – mógłby ktoś zapytać. Co złego w poddaniu się reżimowi elastyczności? Otóż bardzo wiele. Reżim elastyczności i tymczasowości niesie ze sobą mnóstwo negatywnych skutków zarówno społecznych, jak i, wbrew pozorom, także ekonomicznych. Ludzie pozbawieni elementarnej stabilności nie są w stanie planować życia, odkładają na święty nigdy założenie rodziny, a także zaniedbują działalność obywatelską – nie mają na nią po prostu siły psychicznej, ochoty ani czasu, który w związku z niestabilnym zatrudnieniem jest poszatkowany i trudno mieć nad nim kontrolę. Na prekaryzacji cierpią więc zarówno demografia, jak i demokracja. Prekariusze nie są też w stanie planować rozwoju zawodowego, gdyż nigdy nie wiedzą, jakie umiejętności będą im potrzebne np. za rok. W oczywisty sposób traci na tym tzw. krajowy kapitał ludzki. Poszerzanie kompetencji jest w takiej sytuacji obarczone sporym ryzykiem – może się okazać tylko stratą czasu, który lepiej wykorzystać na poszukiwanie nowych zleceń lub branie dodatkowych ponad normę, na wypadek przestoju w przyszłości. Żyjący w stałym napięciu, prekariusze tracą także ochotę na obcowanie z kulturą wysoką czy rozwijanie bliskich relacji z przyjaciółmi. To zaś prowadzić może do spadku kapitału kulturowego czy wręcz do społecznej anomii. Niektóre z tych zagrożeń jeszcze przed nami (w końcu jesteśmy prekaryzowani dopiero kilkanaście lat), ale wiele z ich symptomów możemy dostrzec już dzisiaj. Problemy demograficzne czy brak zaufania społecznego, to diagnozy stawiane w debacie publicznej tak często, że nawet nie ma sensu ich powtarzać. Warto jednak pamiętać, że są one wynikiem m.in. panującego w naszym kraju reżimu elastyczności. Elementem tego samego obrazka jest inny fakt, który całkiem niedawno wyszedł na światło dzienne: aż 60 proc. Polaków w wieku 18-34 lat mieszka z rodzicami. Unijna średnia wynosi 48 proc.
Równie długo można wymieniać negatywne skutki prekaryzacji w sferze gospodarczej. W społeczeństwie prekariuszy spadają wydajność i jakość pracy, a przecież paradoksalnie właśnie zwiększeniem efektywności motywowane jest uelastycznianie zatrudnienia. Pracownicy nie mają motywacji, by poszerzać swoje kompetencje w danym miejscu zatrudnienia, skoro za 2 miesiące mogą być już gdzie indziej. Do tego pracownik żyjący w ciągłym napięciu i niepewności pracuje mniej wydajnie. A że polscy pracownicy żyją w napięciu, to wiemy choćby z nieocenionego OECD Employment Outlook – pod względem odczuwania stresu w pracy Polska znów jest w niechlubnej czołówce. Aż 53 proc. polskich pracowników stresuje się w pracy. Przed nami są jedynie Grecja (58 proc.) i Turcja (67,5 proc.). W europejskich krajach o najwyższej wydajności ten odsetek drastycznie spada – w Finlandii wynosi 22,1 proc., w Norwegii 18,2 proc., a w Szwecji zaledwie 14,7 proc.
Elastyczne zatrudnienie może być też przeszkodą dla rozwinięcia się w kraju bardziej skomplikowanej działalności gospodarczej, nastawionej chociażby na produkcję wysokiej techniki czy innowacje. Do tego celu niezbędne jest nie tylko planowanie w dłuższym terminie, ale też wieloletnie budowanie zespołu zdolnego do podejmowania wymagających wyzwań. Tymczasem reżim elastyczności skłania raczej do zarabiania na ograniczaniu liczby ludzi na zmianie, niż do poszukiwania nowych produktów. Nasza skrajnie nieinnowacyjna gospodarka jest tego doskonałym przykładem. Pod względem liczby patentów europejskich udzielonych przez EPO, wynik naszego kraju jest bez mała zawstydzający. W roku 2013 Polska była autorem… 95 patentów. W rankingu państw jesteśmy między Barbadosem (100) a Wyspami Dziewiczymi (84). Na tle takich państw jak Niemcy (13425 patentów), Francja (4910) czy Włochy (2353) wynik Polski wygląda jak pomyłka drukarska.
Elastyczność zatrudnienia nie leży w interesie ani społeczeństwa, ani gospodarki, a już na pewno nie samych zatrudnionych. Oczywiście wciąż będziemy jednak poddawani „proelastycznej” propagandzie, która będzie nam próbowała wmawiać, że to wszystko dla naszego dobra, że dzięki temu staniemy się nowocześni i dorośniemy do wymagań współczesnej gospodarki, a kariera zawodowa dzięki umowie zlecenie stanie przed nami otworem. To nieprawda. Zamiast rozwoju osobistego dostaniemy degradację psychiczną i kulturową, a zamiast kariery kolejne kilka lub kilkanaście lat na śmieciówie. Wiedząc to wszystko, wystrzegajmy się umów śmieciowych jak ognia. Jeśli tylko mamy jeszcze możliwość trochę dłuższego poszukiwania pracy, to nie podpisujmy umowy cywilnoprawnej, a jeśli już sytuacja nas do tego zmusi, to jak najszybciej z niej uciekajmy. Nie dajmy sobie wmówić, że lepsza praca na umowie cywilnoprawnej niż żadna. Nie dajmy się sprekaryzować.
przez John Wihbey | wtorek 28 października 2014 | opinie
Przeciętny obywatel z kilkuset obserwującymi na Twitterze zamieszcza błyskotliwy, 140-znakowy komentarz w czasie debaty prezydenckiej. Wpis wydaje się gwałtownie rozprzestrzeniać, najwidoczniej swobodnie przedostając się do kolejnych sieci osobistych kontaktów, a ostatecznie zostaje udostępniony w całym kraju. Celebryta popiera kampanię na rzecz ochrony praw człowieka poprzez udostępnienie filmiku na Facebooku, zapoczątkowując coś, co okazuje się zaraźliwym łańcuchem udostępnień pomiędzy pojedynczymi użytkownikami sieci społecznościowej. Historia trafia do wieczornych wiadomości.
Opowieści o komunikacyjnej pandemii stały się wszechobecne. Żyjemy w wieku marketingu wirusowego, w którym potencjał pojawienia się „zaraźliwej” treści jest wszechobecny. Każda historia, zdjęcie, mem czy opinia zawiera iskrę mogącą rozpalić pożar. Ta metafora ma oczywiście oznaczać, że jedna informacja może niespodziewanie wybić się i rozplenić w całym społeczeństwie niczym wirus, rozgałęziając się od jednego, pierwotnego węzła – „pacjenta zero”.
Czy jednak nasze modele myślowe i terminologia są tu adekwatne? Czy przekaz obecny w mediach społecznościowych rzeczywiście zachowuje się zazwyczaj jak choroba zakaźna? Zapewne łatwo można natknąć się na dramatyczne potwierdzenie takiego poglądu – miliony odsłon witryn internetowych, miliony udostępnień, „polubień” i retweetów. Co jednak zazwyczaj nam umyka? Co kryje się za sieciowym wykresem, łączącym poszczególne węzły?
Może się to wydawać sprzeczne z intuicją, ale według ostatnich badań bardzo niewiele przekazów, z którymi mamy dziś do czynienia w Internecie, ma rzeczywiście charakter „wirusowy” w sensie technicznym. Zajrzawszy do „skrzyni biegów” naszych serwisów społecznościowych, badacze danych zazwyczaj nie zobaczą tam długiego łańcucha udostępnień treści pomiędzy poszczególnymi użytkownikami. Częściej tym, co tłumaczy zasięg danego materiału, jest ogromny transfer informacji do wielu odbiorców jednocześnie. Zostało to potwierdzone przez podmioty zajmujące się największymi i najbardziej kompleksowymi analizami danych sieciowych, jak np. Microsoft Research badający dane z Twittera czy zespół badaczy z Facebooka analizujący własne dane. Możemy spekulować i zachłystywać się możliwościami demokratyzacji tkwiącymi w informacyjnym ekosystemie, ale to naukowe analizy sieci ukazują przed nami rzeczywiste mechanizmy. I okazuje się, że często nie mają one spontanicznego, oddolnego charakteru.
Znakomitą ilustracją możliwego pomieszania pojęć jest grupowe „selfie” celebrytów zrobione ostatnio przez Ellen DeGeneres, która prowadziła tegoroczną ceremonię rozdania Oscarów. Zdjęcie zostało na Twitterze ponownie udostępnione ponad 3 mln razy, ustanawiając tym samym nowy rekord i natychmiast przeciążając platformę techniczną Twittera. W Internecie komentatorzy od razu okrzyknęli to zdarzenie fenomenem wirusowym. Ale oskarową galę oglądały w tym czasie 43 mln widzów. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że w zasadniczej mierze wirusowy efekt wywołany został bieżącą transmisją, a wynikająca z niej kaskada sieciowych udostępnień była krótka i płytka – w większości serwisów społecznościowych długość łańcucha nie przekroczyła kilku osób. Inaczej mówiąc, rzekomy viral mógł być po prostu efektem tradycyjnej transmisji na żywo – wydarzeniem co prawda intrygującym, lecz nienapędzanym przez sieć połączeń pomiędzy pojedynczymi użytkownikami.
Kilka zjawisk osiągnęło efekt wirusowy w sposób naturalny i spontaniczny, są to jednak niezwykle rzadkie wyjątki. Badacze podkreślają, iż jeśli wziąć pod uwagę fakt, że w ciągu każdej minuty w serwisach takich jak Facebook pojawiają się miliony nowych wpisów, to realna skala i znaczenie najskuteczniejszych nawet virali są znikome.
Zwykle za masowym zjawiskiem w Internecie kryje się jednak potężna grupa z megafonem – najczęściej duży ośrodek medialny – kreująca większość rozgłosu. Często myślimy o serwisach społecznościowych jako o czymś bardziej demokratycznym, choć nierzadko funkcjonują one po prostu jako kolejny kanał telewizyjny. Większość zamieszczanych tam treści jest konsumowana w sposób bierny.
Nie mamy do czynienia z końcem hierarchii – stwierdza Duncan Watts, główny badacz z Microsoft Research, biorący udział w jednym z największych współczesnych projektów naukowo-badawczych poświęconych serwisom społecznościowym i sposobom rozpowszechniania informacji. Być może widzimy zastąpienie jednej hierarchii inną. Być może – zmianę jednej grupy jej strażników na inną… Jednak z pewnością nie widzimy egalitarnego świata, gdzie wszystko ma tę samą szansę stać się czymś znanym lub dostępnym.
Być może więc nasz sposób mówienia i metaforyka są niewłaściwe. To dość istotna sprawa, bowiem coraz bardziej skłaniamy się do postrzegania cyfrowego świata jako głównego motoru napędowego demokracji – stwarzającego równe szanse dla informacji czy idei, które dałyby szanse na pojawienie się różnorodnych form aktywizmu i świadomości społecznej. W książce „Going Viral”, jej autorzy, Karine Nahon i Jeff Hemsley z Uniwersytetu Waszyngtońskiego, argumentują, że przekaz wirusowy stwarza „samoorganizującą się sieć interesów”, wymykającą się kontroli tradycyjnych ośrodków władzy. Innymi słowy, viral generuje sytuację, w której „strażnicy” nie są w stanie kontrolować działań oddolnych.
Potęgę sieci można było dostrzec w sytuacjach ekstremalnych niepokojów społecznych na całym świecie, kiedy cała uwaga ludzi i serwisów społecznościowych skupia się na przekazywaniu wiadomości o pojedynczej sprawie. Wielkie wydarzenia nie są jednak gwarancją bardziej demokratycznego systemu komunikacyjnego.
W badaniach opublikowanych w maju 2014 r. w czasopiśmie naukowym „PLoS One”, przeanalizowano aktywność prawie 194 tys. użytkowników Twittera podczas najważniejszych wydarzeń medialnych w trakcie prezydenckiej kampanii wyborczej w USA, w 2012 r. Autorzy badań postanowili sprawdzić, czy momenty intensywnej współdzielonej uwagi opinii publicznej wiążą się ze „wzrastającymi falami” [rising tide], na których wypływają głosy pochodzące z mediów społecznościowych, czy też stwarzają jedynie „wschodzące gwiazdy” [rising stars]. Ich wniosek jest taki, że w tego rodzaju momentach mamy w gruncie rzeczy do czynienia z osłabieniem demokracji. Osobami odnoszącymi korzyści z pojawiającego się zainteresowania opinii publicznej nie byli użytkownicy [Twittera] z różną liczbą obserwujących – stwierdzają. Najwięcej było ich pośród użytkowników, którzy już wcześniej byli popularni.
Pomijając szczególne przypadki, niewiele jest dowodów na to, że komunikacja oparta na połączeniach pomiędzy pojedynczymi użytkownikami będzie podstawowym i standardowym sposobem wymiany informacji wśród obywateli. Mamy skłonność do zapominania o tym, że otwarte sieci komunikacyjne tylko formalnie zapewniają równość szans, a ekonomia uwagi posiada swoje ograniczenia – pewne osoby oraz instytucje już na starcie uzyskują większą widoczność i rozpoznawalność. Dystrybucją uwagi rządzi prawo silniejszego: mamy tu kilku wielkich zwycięzców i miliony małych przegranych.
Walka o zainteresowanie to istny wyścig zbrojeń – zauważa Clay Shirky z Uniwersytetu Nowojorskiego. Filmiki i memy mogą dotrzeć do milionów użytkowników poprzez nieformalne kanały dystrybucji w mediach i sieci – pomyślmy choćby o „Gangnam Style” [koreańskiego piosenkarza] Psy. Zakrojone na szeroką skalę zjawiska rozpowszechniane w mediach społecznościowych – śmieszne filmiki, dziwaczne memy – stanowią dziś rodzaj stałego, asynchronicznego tła, towarzyszącego naszemu medialnemu światu. A jednak przekazy wirusowe o przełomowym znaczeniu będą coraz rzadsze – zauważa Shirky.
Powyższa tendencja wpływa na percepcję najrozmaitszych osób i organizacji w Sieci. Przykładowo badania z 2014 r. przeanalizowały zabiegi 257 organizacji ochrony praw człowieka o uwagę w mediach i Internecie. Ze względu na „sumę zerową uwagi publicznej”, większość organizacji zyskała niewielki medialny rozgłos. Główne wiadomości wyraźnie faworyzowały natomiast kilka większych instytucji, które dysponowały znaczniejszymi zasobami. To samo dzieje się w Sieci: organizacje konkurują ze sobą o uwagę odbiorców za pośrednictwem serwisów społecznościowych. W badanej grupie 10 proc. największych organizacji ochrony praw człowieka uzyskało 90 proc. wyświetleń w serwisie YouTube, 81 proc. polubień na Facebooku oraz 92 proc. obserwujących na Twitterze.
Jeżeli uważamy przekaz wirusowy za godne zaufania nowe narzędzie do mobilizacji mas, to znaczy to, że nie dostrzegamy, jak dalece jest on zjawiskiem przypadkowym. Kiedy bowiem pojawia się autentycznie wirusowa treść, zachowuje się ona jak dziwaczne, trudne do opanowania zjawisko pogodowe.
Z jakiego zatem źródła pochodzi większość powszechnie znanych i dostępnych informacji? Jak to się dzieje, że pewne treści sprawiające wrażenie wirusowych docierają do nas od różnych znajomych, poprzez różnorakie kanały komunikacji?
Badacze wykazują zgodnie, że większość treści w mediach społecznościowych pochodzi z mediów tradycyjnych. Pomimo triumfalizmu orędowników społeczeństwa Sieci i ich zapewnień o śmierci medialnego przemysłu, większość Amerykanów nadal czerpie przeważającą część aktualności wprost z mediów głównego nurtu. Stare nawyki trudno wykorzenić i, jak się okazuje, większość ludzi wraca wciąż do tych samych kilku źródeł informacji. Według raportu z badań American Press Institute z 2014 r., nawet obecnie 70 proc. Amerykanów na ogół pozyskuje informacje z telewizji, radia i mediów drukowanych. I nawet jeśli 21 proc. respondentów wymienia Internet jako główne źródło informacji, to zaledwie 2 proc. stwierdza, że media społecznościowe są najlepszym sposobem zdobywania aktualnych wiadomości. Ponadto, niezależnie, czy sięgamy do telewizji, strony internetowej, czy wpisów na Twitterze, w większości przypadków mamy nadal do czynienia raczej z przekazem typu „jeden-do-wielu”, niż z demokratycznym modelem „wiele-do-wielu”.
Potwierdzają to także dane na temat użytkowników mediów. Seth Flaxman z Uniwersytetu Carnegie Mellon oraz badacze z Microsoftu, Sharad Goel i Justin M. Rao, przez kilka miesięcy monitorowali zachowania 1,2 mln internautów. I okazało się, że 94 proc. z nich zdobywa aktualne wiadomości z „co najwyżej dwóch źródeł”, a prawie każda osoba bezpośrednio odwiedza strony serwisów informacyjnych. Stosunkowo niewiele osób natknęło się na aktualną wiadomość przekazaną przez innego użytkownika za pośrednictwem mediów społecznościowych. Pew Research Center odnotowało zaś, że dość rzadko docieramy do tego typu informacji za pośrednictwem Facebooka – najczęściej dzieje się tak jedynie „przy okazji”.
Jak zauważyli James G. Webster z Uniwersytetu Northwestern i Thomas B. Ksiazek z Uniwersytetu Villanova, skomplikowana ekonomia medialnej produkcji nadal wiąże się również z faktem, że pewne źródła informacji reprezentują znacznie wyższą jakość i pozostają atrakcyjne z przyczyn społecznych. Czytamy „New York Times”, „Weekly Standard” albo BuzzFeed nie tylko z powodu interesujących treści, lecz także dlatego, że stanowią wspólne odniesienie i łączą nas z innymi odbiorcami. Przeprowadzone przez Webstera i Ksiazka badania z 2012 r., opublikowane w „Journal of Communication”, przeanalizowały wzorce zachowań związanych z telewizją i Internetem, występujące w reprezentatywnej próbie amerykańskich gospodarstw domowych. Dane wskazują na zjawisko „utrzymywania się popularności” – większość ludzi wciąż sięga do tych samych treści i tych samych źródeł.
Dla internetowych publicystów i aktywistów walczących dzień w dzień o uwagę opinii publicznej, żadna z powyższych obserwacji nie jest czymś całkowicie nowym. Zdobycie zainteresowania w cyfrowym świecie wymaga dużo pracy i potu. Odciągnięcie uwagi odbiorców od dużych mediów pozostaje zadaniem wręcz ekstremalnie trudnym – być może trudniejszym, niż można było się spodziewać we wcześniejszych fazach rozwoju Internetu.
Wszystko to wskazuje na fakt, że często oceniamy Internet raczej na podstawie stosunkowo nielicznych przypadków sukcesu – kiedy demokratyzacja wydaje się funkcjonować – niż na podstawie milionów niepowodzeń. Tymczasem zjawisko przekazu wirusowego jest w świecie wirtualnym raczej wyjątkiem – regułę wyznaczają wielkie koncerny medialne oraz samotne głosy wołające w cyfrowym huraganie. Popularne wyobrażenia do tej pory nie dogoniły co i rusz pojawiających się badań rewidujących nasze opinie w tej kwestii.
Jednym z powodów, dla których jesteśmy tak bardzo zainteresowani poszukiwaniem odpowiedzi na pytanie, czemu coś staje się przekazem wirusowym, jest fakt, że chodzi o bardzo rzadkie zjawisko – podkreśla James Fowler, socjolog i badacz sieci z Uniwersytetu Kalifornijskiego w San Diego. Krytyka tego, że dotychczas badaliśmy to zagadnienie wyłącznie na podstawie sukcesów, zamiast zajmować się zarówno sukcesami, jak i niepowodzeniami, wydaje mi się uzasadniona.
John Wihbey
tłum. Krzysztof Kołek
Artykuł ukazał się pierwotnie 9 czerwca 2014 r. na łamach „Pacific Standard”. Tytuł został skrócony przez redakcję „Nowego Obywatela”.
przez Remigiusz Okraska | czwartek 23 października 2014 | kultura zaangażowana, opinie
„[…] ideał Polski wolnej, wielkiej, niepodległej i przede wszystkiem – świętej – wżarł się w jego serce […] głęboko i otoczył duszę jego zbroją słoneczną, jasną, […] trwałą i pewną […]” – z patosem o Stefanie Żeromskim pisał Władysław Pobóg-Malinowski[1]. Tak sportretowany został ktoś, kogo dziś zapewne nazwano by „lewakiem”. Współpracownik „anarchisty” Edwarda Abramowskiego. Człowiek ocierający się o agnostycyzm i masonerię. Publicysta, który bezlitośnie chłostał „dziadowską filozofię kruchty”…
Żeromski to wzór i problem zarazem. Wzór patriotyzmu żarliwego, konsekwentnego, gotowego do wyrzeczeń, gdy wymagała tego „sprawa polska”. Patriotyzmu całościowego, w którym ojczyzna nie zostaje sprowadzona do dowolnie wybranego elementu teraźniejszości lub przeszłości, lecz obejmuje Polskę z problemami i konfliktami społecznymi, z kulturą plebejską, z przyrodą i krajobrazem, z lewicą i prawicą, słowem ze wszystkim tym, co dzisiejsi patrioci celowo lub nieświadomie pomijają często w swoich wizjach i wezwaniach.
Problemem jest natomiast Żeromski, gdyż jego postawa i poglądy wymykają się wszelkim obecnym klasyfikacjom i schematom ideowym. Prawicę kole w oczy znaczna część jego biografii, nijak nie pasując do wzorca Polaka-konserwatysty-katolika, dziś traktowanego jako jedyny godny naśladowania. Żeromski jest bowiem przedstawicielem silnego ongiś – a dziś niemal nieobecnego w dyskursie publicznym – nurtu, którego adepci bazowali na mocno akcentowanej lewicowości, żądaniu radykalnych reform społecznych i bezpardonowej krytyce „pańskich i plebańskich” porządków, a jednocześnie słowem i czynem, nierzadko kosztem największych ofiar, dobitnie udowodnili, że choć serce mają po lewej stronie, to poczesne miejsce zajmuje w nim Polska.
Takim samym problemem jest Żeromski również dla dzisiejszej lewicy. Choć jego prospołeczne przekonania są powszechnie znane, a zasługi w propagowaniu i krzewieniu takich wartości – ogromne, to cała reszta jego dorobku nijak nie pasuje do obecnych lewicowców. Ani tych, którzy wychwalają PRL – bo Żeromski był konsekwentnym antykomunistą. Ani do „kawiorowej lewicy” i specjalistów od opłacalnego „marszu przez instytucje” – autor Przedwiośnia traktował lewicowość jako służbę i „okazję” raczej do wydatkowania własnego grosza (a miał go przez większość życia niewiele), niż do jego zarabiania. Ani do tych, którzy lewicowość pojmują jako słanie donosów do Brukseli i alarmowanie „europejskiej opinii publicznej” – takich Żeromski uznałby raczej za zdrajców, niż sojuszników ideowych. Ani do tych, którzy uważają, że tradycja stanowi balast zbędny w kosmopolitycznym świecie – twórca Popiołów był rozmiłowany w dziedzictwie kulturowym Polski, a jego kultywowanie traktował jako jeden z największych i oczywistych obowiązków. Ani do tych, którzy lewicowość sprowadzają do zajmowania się zachciankami kolejnych „mniejszości”.
Przypominanie o patriotyzmie Stefana Żeromskiego miałoby wiele z Bladaczkowego przekonywania, że „Słowacki wielkim poetą był”. Miałoby, gdyby właśnie nie to, że ów problem sprowadza się albo do szkolno-akademijnych banałów i sloganów, albo – świadomie lub nie – pomija wiele kluczowych postaw i faktów składających się na to wielowymiarowe zjawisko, jakim była jego żarliwa miłość wobec ojczyzny.
Wychowanie patriotyczne
Wychowano go w kulcie polskości. Ojciec, Wincenty, ubogi szlachcic, aktywnie wspierał powstanie styczniowe, toczące się tuż przed przyjściem potomka na świat. Z powodu kłopotów zdrowotnych żony nie brał bezpośredniego udziału w walkach, ale wspomagał polskich żołnierzy materialnie. W mizernym, dzierżawionym majątku w Strawczynie, kosztem sporej części posagu małżonki stworzył magazyn żywności i odzieży dla powstańców. Trafił za to na kilka miesięcy do więzienia, z trudem unikając zesłania na Sybir. W ramach represji stracił niemal cały majątek. Matka, Franciszka Józefa, była z kolei pasjonatką polskiej literatury, od dziecka zaszczepiając tę pasję synowi. „Urodzony […] w okresie załamania się czynu narodowowyzwoleńczego, w czasie wzmożonych represji carskich w stosunku do uczestników i sympatyków powstania, w szeregu których znajdował się jego ojciec, wielu krewnych i najbliższych znajomych, […] od dzieciństwa podlegał wpływom tych wypadków, żył w kręgu ich bolesnych wspomnień […]”[2].
Żeromski chłonął Polskę nie tylko jako symbol, mit i marzenie, lecz także rozmiłował się w niej namacalnie, w konkretnym krajobrazie. Okolice Ciekot – gdzie przeniosła się rodzina – a stopniowo coraz szerszy krąg Kielecczyzny, stały się kolejnym filarem jego patriotycznej pasji. Góry Świętokrzyskie z ich przyrodą i śladami dziedzictwa kulturowego były zarazem „małą ojczyzną”, jak i mitycznym, wyidealizowanym matecznikiem całej Polski. Tu miały początek krajoznawcze i „ekologiczne” pasje Żeromskiego, tu istniał wzorzec przestrzenno-kulturowej polskości. Wiele lat po opuszczeniu rodzinnych stron traktował macierzysty region jako ten, w którym bije serce tradycji. W Snobizmie i postępie przekonywał w 1922 r.: „Pragnąc odnaleźć idealnie polską […] gwarę – macierz, należałoby szukać jej nie na pograniczu, lecz właśnie w głębi, niejako w łonie macierzystego kraju. […] według mojego rozumienia, będzie to […] mniej więcej obszar gór i lasów świętokrzyskich”.
Wymownym hołdem dla rodzinnych stron była Puszcza jodłowa, napisana tuż przed śmiercią pisarza. Opatrzona dedykacją dla ojca polskiego krajoznawstwa – Aleksandra Janowskiego, stanowi jeden z najwcześniejszych i najbardziej dobitnych manifestów ochrony przyrody w Polsce. Bo ojczyzna, co Żeromski zrozumiał jako jeden z pierwszych, to nie tylko idea, kultura i symbole, ale także konkretny krajobraz, współkształtujący tożsamość narodu. We wspomnianym utworze wołał: „Żyj wiecznie, świątnico, ogrodzie lilij, serce lasów! Przeminęły nad tobą czasy złe […]. Lecz któż może wiedzieć, czy […] nie wyjdą znów drwale z siekierami, ażeby ściąć do korzenia macierz jodłową na podstawie nowego prawa, w interesie jakiegoś handlu lub czyjegoś niezbędnego zysku. Jakie bądź byłoby prawo, czyjekolwiek by było, do tych przyszłych barbarzyńców poprzez wszystkie czasy wołam z krzykiem: – Nie pozwalam! Puszcza królewska, książęca, biskupia, świętokrzyska, chłopska, ma zostać na wieki wieków, jako las nietykalny […]. Puszcza jest niczyja – nie moja ani twoja, ani nasza, jeno boża, święta!”.
Ten apel miał duży wpływ na utworzenie Świętokrzyskiego Parku Narodowego[3]. W podobnym duchu wypowiadał się Żeromski wielokrotnie o różnych miejscach kraju. Tak było choćby z Puszczą Kampinoską czy najwyższymi polskimi górami. „A gdy rozmowa zeszła na Tatry, okazał się żywym zwolennikiem zrodzonej wówczas idei utworzenia z Tatr Parku Narodowego. Okazał też gotowość poparcia swym tak ważkim głosem naszych zabiegów w tej sprawie” – wspominał prof. Walery Goetel[4]. To wszystko wynikało nie z jakichś anty-cywilizacyjnych ciągot, lecz ze zrozumienia, że krajobraz i przyroda stanowią o specyfice każdego kraju i mają istotny wpływ na kształtowanie przywiązania jego mieszkańców do ojczyzny. Nic dziwnego, że sposób, w jaki Żeromski opisywał przyrodę, uznawano wielokrotnie nie tylko za doskonały literacko i nacechowany znawstwem, ale także za wyraz ogromnej miłości pisarza do swego kraju.
Trzecim czynnikiem, który ukształtował patriotyzm Żeromskiego, był pobyt w kieleckim gimnazjum. Rozłączony z rodziną, pogrążony w żalu po zmarłej matce, przyszły pisarz miał szczęście trafić, pośród zrusyfikowanego i serwilistycznego otoczenia, na Antoniego Gustawa Bema. Ten nauczyciel, powiernik i pierwszy krytyk literackich prób Żeromskiego, miał znaczny wpływ na dalsze wychowanie młodzieńca w duchu wierności Polsce. Nie tylko podsuwał mu odpowiednie lektury i tępił rusycyzmy w pierwszych utworach, ale także inspirował do samodzielnego poznawania dorobku polskiej kultury. Żeromski z przyjaciółmi organizował nielegalne zajęcia samokształceniowe, opisane później w nieco krzywym zwierciadle w Syzyfowych pracach.
Polska wolna i solidarna
Poglądy Żeromskiego na „sprawę polską” wykrystalizowały się wcześnie, bo już w początkach studiów weterynaryjnych w Warszawie. Choć później modyfikował opinie w wielu kwestiach, pozostał wierny dwóm filarom, które ukształtowały się w tamtych latach. Jego postawa w sferze polityczno-ideowej cechowała się walką z programem pozytywistycznym, ugodowym i zachowawczym oraz z kosmopolityzmem i walką klas. Nawet gdy w późniejszych latach przychylał się do niektórych koncepcji tych obozów, zawsze zarzucał im jakieś „braki”. „Internacjonaliści” za słabo kochali Polskę, a „organicznicy” za mało wiary mieli w jej rychłe odrodzenie i zbyt ostrożnie chcieli ją reformować w prospołecznym duchu.
Związał się ze środowiskami młodzieży studenckiej, z których później narodził się słynny Zet. Gdy zaczęły one skręcać ku socjalizmowi, Żeromski z kilkoma kolegami próbował skierować je na drogę „sprawy polskiej”, ale bez powodzenia. W swoich dziennikach pisał wówczas: „Nie chcę pod żadnym pozorem nigdy należeć do walki klas, dlatego, że chcę walki narodu. Walki klas burzą w narodzie jedność, a ja chcę jedności, chcę zbierać do kupy rozstrzelone na tysiące kierunków nici, aby kłębkowi przypomnieć przyrodzoną naturze ludzkiej ideę: patriotyzm”. J. Kądziela pisze o tym okresie w życiu Żeromskiego tak: „[…] ich [robotników] ideologowie na plan pierwszy wysuwają rewolucję socjalną. [Natomiast wedle Żeromskiego] Dopiero w oswobodzonym państwie należy przystąpić do zmiany ustroju społecznego na zasadach równości i sprawiedliwości”[5].
Spierał się również z pozytywistami, wyznawcami „pracy organicznej” i „obrony biernej”. Pisał, że gdy oni widzą w Wielkopolsce rozwój polskich inicjatyw społeczno-gospodarczych, on dostrzega tam postępującą germanizację i konformizm wobec zaborcy. W dzienniku stwierdzał: „Naród żyje, tworzy, pracuje, sięga tam, «gdzie wzrok nie sięga» – wtedy jedynie, gdy w nim kipi żądza swobody, gdy go nurtuje od piwnic do poddaszy lawa miłości rodzinnej ziemi. W jarzmie się tylko zdycha. Przyprawcie pracy organicznej skrzydła, którymi niech leci do niepodległości – wtedy wam uwierzę. Bez nadziei wolnego jutra – jesteśmy żołnierzami, co to nie myślą być generałami”.
Jednak przyszły pisarz wojował również z opcją konserwatywną. Krytycznie oceniał postawę szlachty, ziemiaństwa i mieszczaństwa – zarzucał im konformizm, prywatę, materializm, tchórzostwo, mizerność uczuć patriotycznych oraz niechęć wobec reform społecznych, które mogłyby z Polską zespolić warstwy ludowe. „Utrwalał w pamięci narodu świetne tradycje mądrego i szlachetnego patriotyzmu, bezkompromisowy był jednak w tropieniu dziedzictwa zacofania i ucisku” – pisze H. Markiewicz[6]. Dlatego też poparł Zygmunta Miłkowskiego, znanego bardziej pod pseudonimem Teodora Tomasza Jeża. Gdy zainicjował on powołanie na emigracji Ligi Polskiej, trójzaborowej tajnej organizacji, Żeromski poparł ów projekt bez wahania.
Swoje zrobił zarówno program ugrupowania, jak i postać Jeża. Symbolizował on postawę romantyczną i solidarystyczną. Był ostatnim z wielkich działaczy Towarzystwa Demokratycznego Polskiego, które deklarowało czynną walkę o Polskę niepodległą i jednocześnie sprawiedliwą społecznie. Żeromski już wcześniej, wraz z grupą podobnie myślącej młodzieży, wystosował na jego ręce tzw. adres, czyli wyrazy uznania i szacunku za dotychczasową postawę. Przyszły pisarz notował w dzienniku: „[…] istnieje jeden tylko jeszcze człowiek, co domaga się od nas życia dla kraju. Jest nim Jeż. Reszta spoważniała, ubrawszy się w ordery, uszywszy sobie sztandar z napisem «praca organiczna» lub «obrona bierna», reszta się zasklepiła intelektualnie w służbie moskiewsko-austriacko-pruskiej”.
Włączył się w kolportaż broszury Jeża pt. Rzecz o obronie czynnej i o Skarbie Narodowym oraz dwutygodnika „Wolne Polskie Słowo”, ostro potępiających lojalizm wobec zaborców i kunktatorstwo części elit społecznych, a także postulujących utworzenie z dobrowolnych składek funduszu stanowiącego zaczyn budżetu odrodzonej Polski. Żeromski liczył, że na apel Jeża rodacy odpowiedzą entuzjastycznie. Jednak zbieranie składek na Skarb Narodowy nie szło wcale łatwo – z jednej strony przyczyną była bierność społeczna i konformizm, z drugiej coraz ostrzejsze podziały polityczne. Starsi byli pod wpływem pozytywistów-organiczników, młodzież zaś ulegała wpływom socjalistów. Sama Liga wkrótce ewoluowała w prawo, ku pierwocinom nacjonalizmu niechętnego postulatom egalitarnym i prospołecznym, co nie spotkało się z uznaniem Żeromskiego.
Kręte drogi, światełka w tunelu
W ówczesnej atmosferze czuł się osamotniony. Poczucie marazmu i braku nadziei dla Polski przerywały pojedyncze zdarzenia. Pasjonował się oporem unitów przeciwko rusyfikacji i podporządkowaniu Cerkwi, widząc w nich prawdziwych bohaterów sprawy narodowej. Ubolewał jednocześnie, że ludowi męczennicy z Podlasia zostali pozostawieni sami sobie – nie wspierała ich ani reszta Polski, ani miejscowa szlachta. Równie mocno ekscytowały go uroczystości związane z przeniesieniem trumny Adama Mickiewicza z Paryża do Krakowa. To właśnie Wieszcz – nie tylko jako poeta i twórca, ale także jego refleksje społeczno-polityczne – był dla Żeromskiego głównym wzorem przez wszystkie lata.
Zbliżył się do środowiska „Głosu”, które z jednej strony ewoluowało w kierunku wzbogacenia postulatów pracy organicznej o wątki egalitarne i prospołeczne oraz zwróciło się ku ludowi polskiemu, z drugiej natomiast z redakcji odeszli internacjonaliści. Z tymi ostatnimi Żeromski wadził się coraz mocniej – podczas pobytu w Szwajcarii spotkał się z Janem Wacławem Machajskim i dotychczasowa wielka przyjaźń z lat gimnazjalnych została mocno nadwątlona, gdy okazało się, że „Wacek” z pozycji patriotycznych przechodzi na coraz bardziej kosmopolityczne. Równie mocno pogłębił się dystans do ugodowców-konserwatystów. Żeromski podczas pobytu w Krakowie obserwował pogrzeb Pawła Popiela, z którego taką relację zdał w liście do narzeczonej: „Gdybyś tu była i widziała tę nagą głupotę, tę bezczelną podłość, to nadużycie słowa, tę pompę idiotów […] Dokoła nędza, głód, ciemnota – i ci w plugawych swoich kontuszach i oślich kitach. […] Ten wielki człowiek, którego dzisiaj chowano, ten wielki nad wyraz obywatel – był np. takim wrogiem oświaty, że sprzeciwił się założeniu szkoły w jego wsi. […] Ton żałoby jest ogólnym, że nawet ludzie uczciwi nie mogą się połapać. A może on co zrobił tak wielkiego? Dał kilkaset reńskich na restaurację kościoła Panny Marii, znał się osobiście z de Maistre’em i wynalazł «szlachetną denuncjację». Cóż za wyśmienita komedia!”.
W tamtym okresie coraz bliższy był „prawicowej” frakcji PPS-u, która stojąc na gruncie egalitaryzmu, mocniej jednak akcentowała odzyskanie niepodległości niż konieczność rewolucji socjalnej.
Książki, które uczą
Stwierdzenie, że autor Urody życia był wielkim pisarzem, budzi skojarzenia z pomnikami, laurkami, muzeami, akademiami i portretami. Ale dla Polaków z przełomu wieków XIX i XX znaczyło to coś zgoła innego. Jego utwory, wydawane w okresie szerzącego się zwątpienia i zapomnienia, na nowo postawiły w ostrym świetle pytania o kluczowe problemy związane z polskością. Zrobił dzięki nim dla sprawy niepodległości więcej niż niejedno prężne środowisko polityczno-propagandowe. Syzyfowe prace, Popioły, Echa leśne, Wierna rzeka, Rozdzióbią nas kruki, wrony…, Sułkowski, Duma o hetmanie – dziś brzmi to jak zestaw lektur obowiązkowych. Wystarczy jednak przywołać kilka wspomnień z epoki, żeby zrozumieć, jak wielką rolę odegrała twórczość Żeromskiego w promowaniu „sprawy polskiej”.
Zygmunt Zaremba, późniejszy znany działacz PPS, w swych wspomnieniach pisał, przyznając się pośrednio także do inspiracji „ideologią” pisarza: „Powieści historyczne, a wśród nich Żeromskiego Duma o hetmanie, Sułkowski, Popioły, Rozdzióbią nas kruki, wrony, wysublimowały uczucie więzi z własnym narodem. Ale codzienny patriotyzm otoczenia, bezsilny, płaczliwy i bezradny wobec rzeczywistości, wybuchający co najwyżej jękiem modlitwy: «Ojczyznę, wolność racz nam zwrócić, Panie», budził w nas tak samo głęboki sprzeciw jak jawna rezygnacja wobec zaborców, kryjąca się pod osłoną frazeologii pracy organicznej lub rzekomego internacjonalizmu”[7].
Maria Dąbrowska zaś wspominała: „Pamiętam, jak na Zjeździe Filarecji w Leodium powierzono mi napisanie odezwy niepodległościowej. Oczywiście motto biorę ze Słowa o bandosie Żeromskiego. […] A i cała odezwa pełna była stylu i ducha zaczerpniętego z tej książeczki «rozdrapującej rany – słowa są Żeromskiego – aby nie zarosły błoną podłości». Pamiętam wieczór, jeden – drugi – kilka wieczorów poświęconych Dumie o hetmanie”[8].
Nie tylko utwory historyczne oddziaływały w taki sposób. Tadeusz Boy-Żeleński pisał po śmierci Żeromskiego: „Pamiętam ten dreszcz, który przebiegł młodych, gdy pojawili się Ludzie bezdomni. Ten wallenrodyzm, który «szczęścia w domu nie znalazł, bo go nie było w ojczyźnie», ten sam, który w dziele Mickiewicza, obkuwanym […] przez zapleśniałych belfrów, dawno stał się martwą literą, tu nagle powstał żywy, spęczniały krwią serdeczną”[9]. Stanisław Posner dodawał: „Ludzie bezdomni. Dzisiejsze pokolenie nie rozumie, nie może rozumieć wrażenia, które uczyniła ta powieść. Nie była to tylko piękna, wspaniała książka. Była to Ewangelia, dosłownie «Zwiastowanie Dobrej Nowiny»!”[10].
Jerzy Zawieyski widział problem tak: „Ze śmiercią Żeromskiego starsze pokolenie straciło wodza. Starsi mówili i pisali: «wódz», «budziciel narodowego sumienia», często także «symbol Polski walczącej i niepodległej»”[11]. Zaś Julian Brun pisał: „Nie jest to wulgarna tendencyjność ani tania podszewka patriotyzmu, którą podszyta była bez mała cała literatura Polski trójzaborowej […]. Mamy tu do czynienia ze zrodzoną, wskutek utraty samoistności państwowej, osobliwą polską «metapolityką», tą samą, którą uprawiali nasi wielcy romantycy. […] Dzieła Żeromskiego, z bardzo nielicznymi wyjątkami, noszą na sobie tchnienie Dziadów i Ksiąg Pielgrzymstwa. Jest on «wieszczem narodowym» w pełnym znaczeniu tego romantycznego terminu”[12].
Z polskim ludem polska szlachta
„[…] ideologia [Żeromskiego] będzie […] mgławicowa w szczegółach i niepewna w zaleceniach praktycznych, ale całkowicie świadoma i zdecydowana w punktach zasadniczych. Zawsze na pierwszym miejscu – ojczyzna, Polska, niepodległość; w wolnej Polsce – lud wieśniaczy, wydźwignięty z dna ucisku i niedoli społecznej” – pisał Hutnikiewicz[13].
Takie wnioski płynęły z różnych lekcji życiowych i historycznych – z klęski powstania styczniowego, z obserwacji degrengolady moralnej i konformizmu szlachty i mieszczaństwa, z doświadczenia ogromnej nędzy wielkich rzesz Polaków, z zetknięcia się z obojętnością niższych warstw społeczeństwa na hasła patriotyczne, przyćmiewanych przez iście zwierzęcą egzystencję w walce o przetrwanie ekonomiczne. Aby zrzucić zaborcze jarzmo, należało wedle Żeromskiego pozyskać dla „sprawy polskiej” lud, gdyż tylko oparcie się w masach daje nadzieję na wygranie tej walki. Z kolei Polska niepodległa, odrodzona i silna, której już nikt nie rozszarpie na kawałki, zaistnieje tylko wtedy, gdy lud będzie w ojczyźnie gospodarzem, obywatelem i współuczestnikiem życia zbiorowego. Dlatego też odświeżał marzenie Zygmunta Krasińskiego o tym, że zdarzy się „Jeden tylko, jeden cud: z szlachtą polską – polski lud”.
Jednak w jego optyce to przede wszystkim szlachta, a raczej w ogóle elity społeczne winne są obojętności ludu czy wręcz jego niechęci wobec walki o wolną Polskę. Sponiewierany, lekceważony, wyzyskiwany, z oczywistych względów nie dawał się porwać przywódcom, nie wierzył im i nie stawał do boju. To właśnie na elitach spoczywało zadanie dokonania konkretnych przeobrażeń i nakreślenie takich wizji wolnej Polski, które przekonałyby lud do wspólnej sprawy. Tego właśnie od nich żądał, krytykując zarazem, jako oszustwo, taką wersję solidaryzmu społecznego, która służyła petryfikacji status quo, niekorzystnego dla ludu. Jedność narodowa nie miała być pojednaniem sytego z głodnym, w której ten drugi, mamiony wizjami niepodległości, miał siedzieć cicho i nie buntować się przeciwko wyzyskowi.
Choć Żeromski wojował głównie na kartach utworów, to nie ograniczał swoich zaleceń do innych. Oprócz powieści i nowel o tematyce poświęconej – mówiąc językiem PRL-owskich sloganów – „wyzwoleniu społecznemu i narodowemu”, brał udział w praktycznych inicjatywach, które przybliżały Polskę i jej lud do zakreślonych celów. Krytykując ciasną wizję „pracy organicznej”, rozumiał jednak, że Polska nie spadnie z nieba, lecz trzeba na nią solidnie zapracować. Wraz z podobnymi sobie – choćby silnie inspirującym go Edwardem Abramowskim – dokonał syntezy romantycznej „bojowości” z pozytywistyczną „pracą u podstaw”.
Pod koniec XIX w. autor Popiołów był już silnie związany ze środowiskiem lewicy niepodległościowej. W 1898 r. brał udział w pracach Towarzystwa Pomocy Więźniom Politycznym. Mieszkanie pisarza nie raz było miejscem konspiracyjnych zebrań, służyło też za schronienie emisariuszom rozwożącym po kraju „bibułę” – bywali tu m.in. Józef Piłsudski i Stanisław Wojciechowski. „Na przemian to «Ziuk», to «Edmund» zjawiał się […] ze swoją walizką […] zawierającą […] «Robotnika»” – wspominał pisarz. Nic dziwnego, że szybko stał się przedmiotem zainteresowania Ochrany. W grudniu 1899 r. oraz jesienią 1900 r. przeżył nocne rewizje i aresztowanie.
Pod koniec 1903 r. opuścił zabór rosyjski i osiadł w Zakopanem. Tam nasiliły się jego kontakty ze środowiskiem lewicowo-patriotycznym. Najpierw z „anarchistą” Edwardem Abramowskim, który wywarł ogromny wpływ na światopogląd pisarza. Jego wizja łącząca niepodległość z ograniczeniem roli państwa i rozwojem oddolnej samorządności, a także nacisk kładziony na wysokie wymagania etyczne, „rewolucję moralną”, na zawsze zainspirowały Żeromskiego.
Drugi znamienny epizod to dla odmiany współpraca z „państwowcem” Piłsudskim. Na kilka miesięcy przed walkami roku 1905 przybył on do Zakopanego, głosząc konieczność tworzenia zalążka regularnych polskich sił zbrojnych. Pisarz wspominał: „W małej izdebce […] Józef Piłsudski zażądał ode mnie, bym wraz z kilkoma osobami podpisał odezwę, wzywającą cały naród do składania ofiar pieniężnych na broń dla armii, której zawiązki będą tworzone […]”. Przyszły Marszałek poprosił też Żeromskiego, aby ten zjednał dla idei Stanisława Wyspiańskiego. Pisarz odniósł sukces – Wyspiański podarował na rzecz inicjatywy litografię z obrazem Matki Boskiej Częstochowskiej i poetycki Hymn Veni Creator, Narodu Śpiew; popularna odbitka tegoż, rozprowadzana po rublu w nakładzie 100 tys. egz., miała przynieść fundusze na działalność. „Gdy […] zdałem dokładną sprawę z tego […] usłyszałem mocny, iście żołnierski śmiech spiskowców. To oni, «frakcja rewolucyjna», mieli w wielkich masach przemycać do Królestwa Matkę Boską Częstochowską” – pisał autor Wiernej rzeki.
„Burzliwe lata 1904-1906 to dla Żeromskiego przede wszystkim czas odrodzenia nadziei na niepodległość Polski. Echa leśne, które PPS rozpowszechnia w kalendarzu robotniczym na rok 1905, można czytać nie tylko jako nawiązanie do tradycji walki powstańczej, ale także jako opowieść o sile polskości” – pisze A. Zdanowicz[14]. Z kolei Hutnikiewicz stwierdza, że „ostentacyjnie manifestowany niepodległościowy i solidarystyczny charakter programu pepeesowskiego […] okazał się szczególnie pociągający”[15] dla pisarza.
Okres rewolucji roku 1905 to apogeum społecznego zaangażowania Żeromskiego. Latem brał udział w zakopiańskich zebraniach PPS, ale wkrótce wrócił do Kongresówki – w Nałęczowie, gdzie był „matecznik” jego żony Oktawii, rzucił się w wir pracy w duchu zarazem Abramowskiego i Piłsudskiego. W ramach pracy u podstaw zorganizował tajną polską szkołę we własnym domu, prowadził wieczorowe kursy dokształcające i uniwersytet ludowy, znaczną część dochodów z Dziejów grzechu przeznaczył na budowę przedszkola dla dzieci chłopskich, jeździł z odczytami po okolicy. Ze stolicy ściągał raz w tygodniu prelegentów, którzy nauczali tłum chłopów z okolicznych wiosek na konspiracyjnych zebraniach w starej szopie. Pomagał w działalności teatru amatorskiego, który wystawiał utwory patriotyczne. W Warszawie wraz z m.in. Abramowskim i Wojciechowskim założył tygodnik „Społem”, poświęcony propagowaniu spółdzielczości; Żeromski był pomysłodawcą tytułu pisma.
Z kolei w ramach czynnego oporu organizował demonstracje. Podczas jednej z nich, 1 września, „Gromił ugodę i słabość, nawoływał do ofiarnego czynu. Przypominał, że masy pracujące robotnicze i chłopskie – są narodem, a poza tym narodem pozostanie tylko garstka zdrajców i zaprzańców” – wspominał J. Krzesławski[16]. Choć opowiadał się wówczas po stronie PPS, to jego wysiłkom i autorytetowi zawdzięczano fakt, że demonstracje organizowali wspólnie socjaliści i Narodowa Demokracja. Jak wspominał K. Dulęba, na wiecu w Lublinie Żeromski argumentował, że „Polska [tylko] w zgodnym działaniu utrwalić może swój byt niepodległy”[17].
Gdy jesienią warszawscy robotnicy zaczęli strajk, pisarz wszedł w skład komitetu zbierającego fundusze dla ich rodzin. „W rewolucyjnych latach Stefan Żeromski […], sam chory na płuca i wbrew zakazowi lekarza, chodził błotnistymi uliczkami Mokotowa po suterenach i poddaszach, roznosząc zapomogi strajkowe” – pisze W. Giełżyński[18]. W roku 1906 nawiązał współpracę z Polskim Związkiem Ludowym – organizacją niepodległościową o radykalnym programie społecznym, odwołującą się do mas chłopskich. W jego domu był punkt kontaktowy kolportażu nielegalnych wydawnictw tego ugrupowania. Równie bliskie związki miał z PPS – do tego stopnia, że carscy agenci byli przekonani, iż jest wysoko postawionym działaczem tej partii.
Po klęsce rewolucji nastały represje. Sam Żeromski został aresztowany jesienią 1908 r. Zwolnienie zawdzięczał ciężkiej chorobie – władze carskie obawiały się oburzenia zagranicznej opinii publicznej, gdyby znany pisarz zmarł w więzieniu. Po uwolnieniu, „W jego tece autorskiej leżał nie drukowany jeszcze rękopis. Mógł go sprzedać, dostać poważny fundusz tak potrzebny mu w chwili, gdy trzeba było kraj opuścić i iść na emigrację. Żeromski jednak nie zawahał się rękopisu Słowa o bandosie ofiarować Towarzystwu Pomocy dla Więźniów Politycznych” – wspominała S. Sempołowska[19].
Fiasko rewolucji przyniosło zmianę światopoglądu i postaw pisarza. Mierziła go atmosfera – nihilizm i hedonizm elit, obojętność na sprawę polską. Ale stracił wiarę także w „bojowców”. Wpływ na to miał m.in. niedawny rozłam w PPS oraz tzw. sprawa Brzozowskiego – pisarz, przekonany o niewinności autora Legendy Młodej Polski, dostrzegł destrukcyjny wpływ partyjnych identyfikacji oraz konspiracyjnych realiów na jedność i morale elit wspólnoty narodowej. Nadal bliskie były mu ideały lewicowo-patriotyczne, ale drogi jego i „fraków” Piłsudskiego rozchodziły się coraz bardziej. Oni atakowali go za domniemane związki z masonerią, za obraz rewolucjonistów nakreślony w Róży, za pełne niuansów, „niemęskie” przesłanie ówczesnych utworów. „Fiaskiem zakończyły się próby uczynienia z Żeromskiego działacza politycznego (rozumianego jako skuteczny człowiek czynu) – rodzi się myśliciel-publicysta, pisarz niepodległy i praktyk służby społecznej” – podsumowuje ten okres A. Lubaszewska[20].
Gdy jednak zaświtało znów światełko niepodległości, odłożył wątpliwości na bok. Brał udział w słynnym zjeździe zakopiańskim w 1912 r., gdzie utworzono Polski Skarb Wojskowy i Komisję Tymczasową Skonfederowanych Stronnictw Niepodległościowych.
Między Piłsudskim a Dmowskim
Mimo rozdźwięków między nim a „frakami”, niepodległościowa lewica Piłsudskiego była swego rodzaju naturalnym środowiskiem Żeromskiego. Nic dziwnego, że po wybuchu I wojny światowej pisarz złożył akces do Legionów. W liście do Łopalewskiego pisał: „Stawiłem się u komendanta Piłsudskiego, a on polecił mi jechać do Kielc”. Ale tu nastąpił nieoczekiwany zwrot akcji. „Nie dojechałem do Kielc, gdyż po drodze zepsuł się automobil […]. Zresztą, dowiedziawszy się o treści i wyczytawszy tekst przysięgi, już się tak do tych Kielc nie kwapiłem” – to cytat z kolejnego listu do tego samego adresata. Żeromskiego oburzyło, że polskie wojsko ma przysięgać wierność cesarzowi austriackiemu.
Przełknął jednak i tę gorzką pigułkę. Stefan Żeromski, wedle Karty Wojskowej Polskiego Legionu Zachodniego (nr 7366), został jako „urzędnik wojskowy w randze oficera Legionu XI rangi przydzielony do Departamentu Wojskowego Naczelnego Komitetu Narodowego”. Z Krakowa bezskutecznie usiłował dwukrotnie przedostać się do jednostki w Piotrkowie, gdzie skierowano go do tworzonego właśnie zaplecza propagandowego I Brygady. Po ewakuacji Krakowa dotarł via Wrocław do Zakopanego. Zetknięcie się po drodze z żołnierzami niemieckimi sprawiło, że diametralnie zmienił przekonania – uderzyło go instrumentalne traktowanie polskich sił zbrojnych i obietnic składanych Polakom. Tak zakończyło się poparcie dla koncepcji obozu piłsudczykowskiego.
Pisarz zaczął dawać temu wyraz, co o mało nie skończyło się deportacją ze stolicy polskich Tatr – jako obywatel rosyjski, w dodatku wyrażający się nieprzychylnie o polityce państw centralnych, za to dobrze o Francji, znalazł się w kręgu wrogów istniejącego porządku jako „moskalofil” (sic!). Przed zesłaniem do obozu internowanych uchronił go – zasugerowany przez przyjaciół – akces do zakopiańskiej ekspozytury NKN-u. Zajmował się tam kwestiami gospodarczymi, pomocą ubogim i ofiarom wojny, stanowczo jednak odmawiał publicznego poparcia działań Piłsudskiego.
Zbliżył się natomiast do… endecji. Był to szok dla wielu jego ówczesnych przyjaciół i znajomych, do dziś przyczyny tego zwrotu stanowią dla biografów pisarza zagadkę, otwierając pole do popisu spekulacjom. Część możliwych przyczyn tej reorientacji już wskazałem. Inne to przekonanie, że sojusz z opcją „germańską” jest niekorzystny. „Nie chciał iść na współpracę z państwami sprzymierzonymi. Przewidywał od początku te konflikty i niebezpieczeństwa współdziałania z Austrią i z Niemcami, które ujawniły się dopiero w następnych latach. Stawiał w swym programie politycznym bezkompromisowo postulat Polski całej i zjednoczonej z Poznańskiem, Śląskiem i Pomorzem”[21]. Do zmiany stanowiska nie przekonała go nawet długa rozmowa z Piłsudskim we wrześniu 1916 r. Natomiast Dmowski twierdził po latach – w rozmowie z Wacławem Borowym – że poparcie Żeromskiego dla wizji endecji było, jakżeby inaczej, efektem tarć w łonie masonerii…
Należy tu jednak poczynić istotne zastrzeżenie. Żeromski zbliżył się do endecji na gruncie podobnej oceny sytuacji geopolitycznej, a ułatwił to dokonany w czasie wojny pewien skręt w lewo Narodowej Demokracji w kwestiach społeczno-ekonomicznych. Choć współpraca incydentalnie miała miejsce także po wojnie, to pisarz ubolewał już w roku 1919, że ów skręt był krótkotrwały, a stronnictwo Romana Dmowskiego zajęło znów pozycje „najczarniejszej reakcji”. Autor Ludzi bezdomnych pozostał bowiem wierny prospołecznym ideałom i dawał im wyraz także podczas wojny. W Zakopanem współtworzył oddział Towarzystwa Szkół Ludowych oraz założył 10 obwoźnych bibliotek dla ludu. Był inicjatorem stowarzyszenia Podhalańskie Warsztaty Pracy, które na zasadach spółdzielczych miało organizować działalność lokalnych wytwórców. Zapraszał znane postacie z odczytami dla społeczeństwa. Brał udział w pracach Komitetu Pomocy dla Litwy.
Okres ten zakończył się w wymowny sposób. Pisarz, pogrążony w żałobie po śmierci syna Adama, na prośbę licznych znajomych z różnych opcji politycznych, stanął na początku października 1918 r. na czele Rzeczypospolitej Zakopiańskiej. Było to lokalne ciało mające przejąć władzę nad regionem i przekazać ją w ręce centralnego rządu polskiego, gdy ten powstanie. Żeromski stał się więc „prezydentem” Zakopanego i okolic. W stolicy Tatr odebrał ślubowanie od przedstawicieli lokalnych instytucji i różnych grup społecznych. „Zaprzysiągłem uroczyście wojsko, policję, szpiclów, gminę, pocztę i telegraf na wierność nowemu państwu, a nawet prowadziłem wojnę o odzyskanie wsi Głodówka i Sucha Góra od inwazji czeskiej” – pisał w liście do Łopalewskiego.
Przemawiając z okazji przysięgi na zakopiańskim rynku, Żeromski mówił: „Ten akt, przy którym los szczęśliwy daje mi być obecnym, poczytuję za dostojną chwilę życia. Wierzę gorąco, że jest to zarazem akt najwyższej sprawiedliwości. Polska bowiem – to będzie sprawiedliwość. Ona to otrze łzy ubogim, poniszczy barłogi nędzy, osadzi synów naszej Ojczyzny na roli […]. Niedaleka jest chwila, gdy nasz sejm konstytucyjny w Warszawie stanie na gruzach caratu i Germanii, ujmie w ręce naszą władzę i wyda najwyższe prawo. Radujmy się, obywatele, że i nam, w małym naszym świecie, przypadło w udziale przyczynianie się do wielkiego szczęścia Ojczyzny, do spełnienia tego cudu, na który patrzymy szczęśliwymi oczyma, cudu wskrzeszenia Polski”.
Gdy do Zakopanego dotarły wieści o ukonstytuowaniu się rządu lubelskiego, o silnym rysie prospołecznym, jeden ze współpracowników Żeromskiego powiedział z gniewem: „Parobki od gnoju chcą nami rządzić”. Pisarz miał odpowiedzieć: „Jeżeli będą dobrze rządzić, będziemy ich słuchać”.
Wielka Polska
Odrodzona ojczyzna stanowiła ucieleśnienie wieloletnich marzeń. Nie było więc obojętne, jaki kształt terytorialny miała przybrać. Pisarz mocno zaangażował się w akcję na rzecz przyłączenia spornych ziem do Polski. W maju i czerwcu 1920 r., wraz z J. Kasprowiczem i W. Kozickim, wziął udział w akcji plebiscytowej na Warmii, Mazurach i Powiślu. Odwiedzili m.in. Grudziądz, Prabuty, Iławę, Kwidzyn, Sztum i Malbork, przemawiając tam na wiecach i spotykając się z przedstawicielami komisji czuwającej nad przygotowaniami do głosowania. Pisał do prasy ogólnopolskiej reportaże z tego wyjazdu, apelując o wsparcie dla „żywiołu polskiego” i kończąc jeden z nich słowami: „Biada nam po tysiąckroć, jeśli w tej straszliwej godzinie nie okażemy się narodem świadomym swego celu i sensu swego życia […] jeśli teraz opuścimy Mazurów i zaprzedamy w niemiecką niewolę braci spod Kwidzyna i Sztumu”. Krytykował PPS za zbyt słabą jego zdaniem agitację patriotyczną wśród robotników tych terenów. Wraz z towarzyszami podróży wydał odezwę: „Brońmy Polski piastowskiej! Brońmy granic zachodnich! Śląsk potrzebny nam jest dla ciała, Pomorze – dla duszy, bez której ciało więdnie i zamiera. Poniechanie tej obrony, choćby najmniejsze uszczuplenie tych granic, oznacza otwarcie bram tak wielkich, tak szerokich jak te granice, bram, którymi nie przesączać, ale przewalać się będzie zalew, mający prędzej czy później pochłonąć nas na zawsze”.
Latem 1920 r., „Pragnąc ze wszech sił przyczynić się do wyniszczenia złego, stali mieszkańcy Pomorza i czasowo bawiący tutaj przybysze z kraju związali się na wiecu w Gdyni w nieprzerwanie działające Towarzystwo Przyjaciół Pomorza” – relacjonował pisarz, będący jednym z twórców inicjatywy. Jego staraniem pod auspicjami TPP zorganizowano m.in. konferencję propagandową w Warszawie 24 maja 1921 r. Nie zaniedbywał przy tym innych regionów. Pod koniec roku 1920 wydał odezwę pt. Niech żyje ziemia Spiska!, podkreślając polskość tego obszaru. Należy jednak dodać, że patriotyzm Żeromskiego nie miał nic wspólnego z teoriami o „czystości etnicznej”. Wkrótce znalazł się wśród sygnatariuszy apelu z poparciem dla wybitnego historyka, prof. Szymona Aszkenazego, któremu odmówiono katedry na Uniwersytecie Warszawskim m.in. z powodu nagonki „narodowców” na jego żydowskie pochodzenie.
Przełamując niechęć wobec „Ziuka”, udał się w tym okresie do Belwederu. „Piłsudski przygotowywał wówczas uderzenie na wschód. Żeromski całym sercem zwracał się ku kresom zachodnim, w stronę Pomorza, Warmii, Prus, Śląska. […] Pozwolił sobie zwrócić uwagę Piłsudskiemu na ogromne znaczenie Prus Wschodnich i zaproponować wzmożenie działalności propagandowej, mającej na celu odzyskanie ich drogą plebiscytu. Piłsudski […] potraktował […] sprawę lekceważąco i szorstko […] oświadczył, że gwiżdże sobie na kresy zachodnie. Żeromski odpowiedział równie ostro i wyszedł z Belwederu trzasnąwszy drzwiami”[22]. Gdy Polacy zdobyli Kijów, czemu towarzyszył zgodny chór zachwytów większości opcji politycznych, po Warszawie krążył cierpki komentarz Żeromskiego: „Przydałoby się mniej Te Deum, a więcej oleum”.
Nie zmienia to faktu, że w obliczu najazdu bolszewickiego, gdy w sierpniu 1920 r. Sowieci dotarli pod Warszawę, wrócił z Wybrzeża do stolicy, a po „cudzie nad Wisłą” wyruszył w ramach propagandowej akcji na niedawne pola bitewne, by dla prasy przygotować reportaże. Wtedy to powstał słynny tekst Na probostwie w Wyszkowie, opisujący pobyt w niedawnej siedzibie „rządu polskiego” Juliana Marchlewskiego, Feliksa Dzierżyńskiego i Feliksa Kona. „Któż to byli ci trzej goście, którzy w tych izbach mienili się rządem polskim? Czy ich lud polski wybrał, czy ich ktokolwiek na tej ziemi mianował? Lud polski czy naród polski […] nie naznaczał żadnego z nich na godność, którą sobie przybrali. Naznaczeni zostali […] w obcym kraju, w swym zespole, w swej partii. Jako takich można by ich nazywać tylko komisarzami w znaczeniu, jakiego ten wyraz nabrał w opinii ludowej polskiej podczas długoletniej działalności komisarzy […] za poprzedniej inwazji carów moskiewskich na ziemię polską” – pisał.
Ale dobitnemu potępieniu bolszewickich uzurpacji i zdrady narodu towarzyszyły gorzkie słowa. Dwa lata niepodległości Żeromski podsumował jako zaniechanie reform prospołecznych i wysiłków na rzecz uczynienia Polski sprawiedliwą. Bieda, zacofanie i brak perspektyw są takie same, jakie były, a wszelkie próby zmiany tego stanu rzeczy – torpedowane. Tymczasem – wzywał pisarz – „nie możemy dopuścić do tego, żeby pokonanie Czerwonej Armii na polu bitwy w obronie granic naszej ojczyzny, w obronie naszego ludu zjednoczonego w szczep jednojęzyczny, nierozdzielny, nierozerwalny, wieczyście samowładny, w obronie naszej mowy i wolności stanowienia praw własną wolą i dla samych siebie – stało się tryumfem warstwy bogaczów, panów, posiedzicieli […]”.
Nie chodziło przy tym wyłącznie o to, iż Żeromski po raz kolejny zadeklarował poparcie dla idei lewicowych. „W dobie, gdy młode rycerstwo polskie szło po nocy w bój z Warszawy, w Warszawie paskarz najspokojniej podnosił cenę chleba…” – pisał z goryczą. Jego zdaniem, wojna polsko-bolszewicka udowodniła dobitnie, iż Polska ma oparcie przede wszystkim w warstwach ludowych – to one, nie mając w ojczyźnie niemal nic, sponiewierane i pogrążone w nędzy, stanęły murem w godzinie najwyższej próby. „Ta sama krew ofiarna i na zawsze dla nas święta, co wytrysła na polu bitwy pod Warszawą z serca bohatera narodu, księdza Skorupki, płynęła strugą z ran bezimiennych polskich żołnierzy, bezrolnych chłopów. Musimy teraz na tę krew się powoływać, wzywając naród polski do wielkich społecznych reform, albowiem ci rycerze za przyszłość Polski polegli”.
Działalność publiczna pozostawiła również trwałe ślady w jego twórczości. Jeszcze w czasie wojny, wiosną 1918 r. ukazał się szkic pt. Wisła. Ten krótki hymn na cześć królowej polskich rzek spina klamrą przeszłość ojczyzny z jej – jak wierzy Żeromski – znakomitą przyszłością: „Podjęte znowu zostanie dzieło Wielkiego Kazimierza” oraz „Ujmie nareszcie brzegi wiślane plemię w jedno zrośnięte”. Rok 1922 przyniósł natomiast Wiatr od morza, a 1923 – Międzymorze. Oba utwory poświęcone są tematyce pomorskiej, łącząc poetyckie refleksje, popularyzatorską faktografię, ludowe legendy i wyrazy zachwytu nad ziemią, która „wróciła do Macierzy”. Te prace Żeromskiego były zarówno wyrazem jego zainteresowań i fascynacji, zrodzonych w połowie drugiej dekady stulecia, jak również świadomym zamysłem, który miał zwrócić uwagę opinii publicznej na ten „świeży” skrawek Polski i jego znaczenie dla bytu narodowego.
Za Wiatr od morza otrzymał w 1924 r. Państwową Nagrodę Literacką. Był to zarazem dowód uznania, jak i próba osłodzenia goryczy po przegranej batalii o Nagrodę Nobla – panowało wówczas przekonanie, trudno orzec, na ile uzasadnione, że literacki Nobel przypadł Reymontowi, nie zaś Żeromskiemu, ponieważ Wiatr od morza szwedzcy jurorzy uznali za „antygermański”. Jan Lorentowicz tak wspominał reakcję pisarza na wieść o uhonorowaniu go przez czynniki oficjalne: „Wielkie jak groch łzy spadać poczęły po zmęczonych i schorzałych policzkach. Nie powiedział ani słowa. Wstał, porwał mnie w ramiona i bardzo głęboko uścisnął…”[23].
Tematyce pomorskiej wierny był do końca. W roku 1925, kilka miesięcy przed śmiercią, napisał na potrzeby zbioru Pisarze polscy kresom zachodnim krótki tekst Port w Gdyni. Przekonywał w nim: „Powiedzą mi, oczywiście, iż to nie sprawa i zadanie poetów – porty budować. Lecz trzeba ten port, jego obraz, jego niezbędną konieczność, jego narodowe widziadło, w duszach ludzkich wykuwać, ryć w sercach, ciosać w granicie woli. Trzeba otoczyć to dzieło pospólną miłością. Trzeba je za dnia i w nocy budować wszystkimi ziemiami i całym narodem”.
Do pracy, rodacy!
„Złączyć w naród to zbiorowisko ludzkie […], dźwigać z ruiny zamarłe życie, […] ocalić i podeprzeć skutecznie wciąż niepewne i chwiejące się ściany domu ojczyzny – oto kolosalne zadanie […]. Pisarz o tak czujnie napiętym sumieniu obywatelskim jak Żeromski nie mógł nie pojąć i nie usłuchać tego naglącego wezwania” – pisał biograf[24]. Autor Popiołów, mimo nie najmłodszego już wieku, a przede wszystkim wciąż nękających go poważnych kłopotów zdrowotnych, dosłownie rzucił się w wir odbudowy niepodległego państwa.
Jeszcze przed wyjazdem z Zakopanego był jednym z twórców Podhalańskiego Oddziału Polskiego Towarzystwa Krajoznawczego. Taką właśnie działalność uznał bowiem za jeden z istotnych kroków ku Polsce zjednoczonej i przenikniętej duchem patriotyzmu.
Pisał, popierał, apelował. Ale jakże różniło się to od „listów otwartych” dzisiejszych, pożal się Boże, „lewicowych intelektualistów”… Żeromski w listopadzie 1919 r. – trwa wówczas wojna polsko-bolszewicka – publikuje odezwę pt. O odzież ciepłą dla żołnierza, w której apeluje o czynny odzew na prowadzoną zbiórkę ubrań dla wojska. „Skaut polski, młodzieniec, w którego nieskażonym sercu zamknięta jest Polska przyszła, istotna, wywalczona przez bohaterów i wyśpiewana przez poetów, przyjdzie w poselstwie od żołnierzy do drzwi obywateli – po ciepłą odzież. W progu nędzarzy nic pewnie nie użebrze, z izb inteligencji zawodowej wyniesie przedostatnią koszulę. Toteż niech ten poseł od skostniałych żołnierzy w zimnym polu kołace do drzwi bogaczów, niech w nie wali, jak groźny, pozywający zwiastun, niech nie błaga, lecz żąda, niech patrzy z grozą w zimne oczy i niech tym spojrzeniem sięga do kamiennego serca” – grzmiał w „Kurierze Warszawskim” i wielu innych pismach. Dziwna poetyka apelu? Wcale nie dziwna, tu chodziło bowiem o Polskę ledwo co odzyskaną, a znowu zagrożoną, chodziło o wielki zbiorowy obowiązek!
Rok 1922 przyniósł inny apel pisarza. Powstało wówczas towarzystwo pomocy ociemniałym Latarnia. Żeromski wzywał społeczeństwo do datków dla niewidomych inwalidów wojennych. Będąc wówczas sławnym pisarzem, pełnił funkcję skarbnika w tej organizacji, osobiście prowadząc ewidencję składek i wypłacanych zapomóg. Pod koniec roku 1923 sygnował natomiast apel o wsparcie finansowe dla zagrożonej upadkiem Biblioteki Publicznej m. st. Warszawy.
Z kolei w roku 1924 opublikował odezwę w sprawie kasy im. Mianowskiego. Kłopoty tej instytucji, założonej w 1881 r. dla dofinansowania badań i rozwoju polskiej nauki, pozbawionej majątku na mocy ukazu carskiego, skłoniły pisarza do apelu o wsparcie, a jednocześnie do refleksji na temat postaw społecznych w odrodzonej Polsce. Ubolewał nad egoizmem warstw posiadających, które nurzają się w luksusowej konsumpcji, zaniedbując obowiązki publiczne. Ci posiadacze „najwspanialszych europejskich lub amerykańskich automobilów”, za nic mają rozwój polskiej myśli naukowej i technicznej. A przecież, „W wolnym państwie polskim nauka nie może być wyżebrana, podpatrzona, przemycana, musi być polska. […] Posiadamy instytucję temu właśnie celowi służącą, założoną w mrokach niewoli przez ojców czcigodnych i przekazaną nam, którzy żyjemy w słońcu bezgranicznej, złotej wolności. I dziś oto ta właśnie instytucja – nie posiada dostatecznych środków. Ratujmy! Wspierajmy! Stwórzmy na nowo Kasę imienia Mianowskiego!”.
W tych wszystkich wypowiedziach zbiegały się dwie tendencje. Z jednej strony, pisarz domagał się od państwa aktywnej polityki prospołecznej. Z drugiej jednak, rozumiał, że niemożliwe, aby młode, słabe państwo sprostało wszystkim potrzebom, jak również sytuacja takowa byłaby moralnie wątpliwa. Polska to bowiem nie jest bezosobowe ciało, lecz wspólnota żywych i aktywnych ludzi. Mają oni prawo oczekiwać od państwa pomocy, ale także obowiązek osobiście angażować się w wielkie dzieło odbudowy. Taką wymowę miał jego głośny tekst Drożyzna i Zamoyszczyzna. Prezentował w nim, jako wzór osobowy, hrabiego Władysława Zamoyskiego, znanego społecznika i filantropa. Przywołując jego anegdotycznie skromne życie, zestawione dla kontrastu z prymitywną konsumpcją warstw posiadających powojennej Polski, Żeromski pisał: „Zamiast wyrzucać pieniądze na stroje i zabawy, należałoby zaprawdę, choć groszami, wesprzeć narodowe lotnictwo, marynarkę, naukę, muzykę, malarstwo, rzeźbę, teatr, a nawet tę najostatniejszą z ostatnich, literaturę […]”.
Co z tą Polską?
Nie można uczciwie opisać stosunku Żeromskiego do niepodległości Polski bez przywołania rozczarowania, jakie pisarz wyrażał obserwując przebieg wydarzeń. Projektował wizje wolnej ojczyzny jako kraju, który będzie matką wszystkich swoich córek i synów – czynił tak w powieściach, w tekstach publicystycznych, obiecywał to na wiecach w Zakopanem i na Pomorzu. Wierzył, że niepodległa Polska stanie się krajem sprawiedliwym społecznie, a poprawa sytuacji niższych warstw pozwoli oprzeć dopiero odzyskaną i kruchą państwowość na milionach silnych barków.
Stało się inaczej. „Żeromski przyglądał się i przysłuchiwał uważnie wszystkiemu, co się w biednej Polsce działo. A to, co widział, napełniało go smutkiem i boleścią serdeczną”[25]. Młode państwo zderzyło się z rozlicznymi trudnościami. Trzeba tu podkreślić, że autor Ludzi bezdomnych nie domagał się cudów, rozumiał kłopoty i konieczność długich, mozolnych przeobrażeń. Ale jednocześnie oczekiwał konkretów. Tymczasem władze państwowe, stronnictwa polityczne i warstwy posiadające robiły niewiele lub zgoła nic, a sporo zamierzeń było niszczonych w zalążku (jak choćby radykalna reforma rolna, której pisarz był wielkim zwolennikiem). Na takim tle zrodził się gromki protest Żeromskiego – protest wyrażający wierność wieloletnim przekonaniom, że Polska musi być zarazem wolna i sprawiedliwa. I tak, jak nie zadowalał się żadnymi kompromisami w kwestii niepodległości, tak też nie godził się, by zaniechano reform społecznych.
Marzył o Polsce, w której „gospodarzyć będzie lud, a praca stanie się najwyższą miarą ludzkiej wartości”[26]. W Snobizmie i postępie przekonywał, że „Polska nie dla tego powstała, żeby w niej stara nędza, jak za czasów najeźdźców, nadaremnie krwawe łzy lała. Polska nie dla tego powstała, żeby dygnitarz cywilny czy wojskowy, pędząc w automobilu, obryzgiwał dziadów i żebraków, wtulonych w każdy kąt, w każde załamanie muru stolicy państwa. Polska nie dla tego powstała, żeby w jej granicach miała swe rozpostarcie burżuazyjna fabryka paskarstw, szwindlów i oszustw. Polska odrodziła się z krwi i pracy męczenników po to, żeby na miejscu, gdzie stała ciemnica niewoli, rozpostarło się najjaśniejsze pracowisko postępu”.
Cieszył się każdym osiągnięciem – od budowy portu w Gdyni po „nasze własne lokomotywy z fabryk chrzanowskich”. Ale wciąż było to za mało, zbyt powoli, tak niewiele zrobiono dla najbardziej potrzebujących, nadal panoszyły się nędza, głód, brak pracy, beznadzieja. A co gorsza, taki rozwój sytuacji groził przetrwaniu ciężko wywalczonej ojczyzny. Rzeczywistość generowała bowiem wrzenie społeczne, które mogło popchnąć kraj na ślepe tory. W Początku świata pracy, żarliwym manifeście „narodowego syndykalizmu”, silnie inspirowanego Sorelem, Żeromski grzmiał na progu niepodległości: „Teraz już wyjścia nie ma. Nie pomogą wybiegi i matactwa reakcji. Nic nie pomoże! Albo sprawa pójdzie krzywym łukiem rewolucji, o której nikt a nikt nic nie wie, dokąd ona zajdzie – albo […] szlakiem cięciwy, zabiegnięcia rewolucji […]. W przypadku […] rewolucji, zniszczone zostaną skarby kultury i sztuki, które są w naszym posiadaniu, lać się będzie krew i rozpasze się chamstwo biednego, stratowanego człowieka […]”.
Obawiał się takiego rozwoju sytuacji, jak w Rosji, jeśli nie zostaną dokonane gruntowne reformy społeczne. Rewolucja zniszczy w ojczyźnie dziedzictwo przeszłości i wydatnie obniży poziom kultury, a z destabilizacji mogą skorzystać wrogowie Polski, dokonując bądź to kolejnego jej rozbioru między siebie, bądź anektując zrewoltowane ziemie do „Kraju Rad”. Ostrzeżeniem przed rewolucją i wołaniem o zmiany społeczne, było Przedwiośnie, ostatni z wielkich utworów pisarza. Obrazy zdziczenia podczas rewolucji bolszewickiej, idea „szklanych domów”, iście turpistyczne odmalowanie nędzy w wolnej Polsce, przyłączenie się Baryki do komunistycznego pochodu na Belweder – za tymi literackimi wizjami krył się rozpaczliwy krzyk Żeromskiego, chcącego poruszyć serca decydentów i zmobilizować opinię publiczną.
Ale niewielu zrozumiało tę powieść tak, jak oczekiwał pisarz. Na głowę schorowanego, starego człowieka spadły gromy. Odebrano książkę jako atak na Polskę, krytykanctwo, podburzanie do rewolucji, promocję komunizmu… Mało kto widział w niej wołanie o „trzeci cud” (po odzyskaniu niepodległości i odparciu najazdu bolszewickiego), czyli stworzenie Polski sprawiedliwej społecznie i nowoczesnej, dokonane na drodze reform i dzięki wspólnej pracy całego narodu. Spora część opinii publicznej uczyniła z Żeromskiego wręcz bolszewika. To nieporozumienie zostało wsparte przychylnymi ocenami powieści ze strony skrajnej lewicy oraz radzieckiej krytyki literackiej. Sowiecka „Prawda” z aprobatą przyjęła zawarty w Przedwiośniu opis „Polski panów”. Jeden z komentatorów uznał książkę wręcz za „wyraźną pochwałę komunizmu i rewolucji proletariackiej”. W efekcie doszło do „[…] nie spotykanej jeszcze nagonki, która poprzez Przedwiośnie mierzy otwarcie w osobę samego autora. Pole dyskusji […] opanowują niemal wyłącznie namiętni przeciwnicy powieści”[27]. Żeromski czuł się bardzo dotknięty, był przygnębiony obrotem spraw. Uważał, że na tak absurdalne zarzuty nie sposób odpowiadać.
Jednak w lutym 1925 r., na osiem miesięcy przed tym, nim serce pisarza zabiło po raz ostatni, przerwał milczenie. W artykule „W odpowiedzi Arcybaszewowi i innym” złożył wymowną deklarację: „[…] oświadczam krótko, iż nigdy nie byłem zwolennikiem rewolucji […], a w Przedwiośniu najdobitniej potępiłem rzezie i kaźnie bolszewickie. Nikogo nie wzywałem na drogę komunizmu, lecz za pomocą tego utworu literackiego usiłowałem, o ile to jest możliwe, zabiec drogę komunizmowi, ostrzec, przerazić, odstraszyć. Chciałem […] wezwać do stworzenia wielkich, wzniosłych, najczyściej polskich, z ducha naszego wyrastających idei, dokoła których skupiłaby się zwartym obozem młodzież, dziś pchająca się do więzień, ażeby w nich gnić i cierpieć za obcy komunizm. […] Nie zrozumiano ohydy, okropności, tragedii pochodu na Belweder – sceny, przy której pisaniu serce mi się łamało. Koroną moich usiłowań stały się pochwalne artykuły w pismach moskiewskich, głoszące, iż przyłączyłem się do komunistów […]. Nie, panowie władcy Moskwy, i panowie sympatycy władców Moskwy. Sprawa «nie ma tak dobrze». Zawsze, wciąż, dawniej i teraz mówię to samo, iż tutaj w Polsce musimy wypracować, stworzyć, wydźwignąć, wdrożyć w życie idee, które by przewyższyły moskiewskie, które by dały naprawdę i w sposób mądry ziemię i dom bezrolnym i bezdomnym, które by wydźwignęły naszą świętą, wywalczoną ojczyznę na wyżynę świata, gdzie jest jej miejsce”.
Remigiusz Okraska
Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w piśmie „Czterdzieści i cztery. Magazyn apokaliptyczny” nr 1/2008. Przypominamy go z okazji niedawnej 150. rocznicy urodzin Stefana Żeromskiego.
[1] Władysław Pobóg-Malinowski, Stefan Żeromski. Życie i twórczość, nakładem Księgarni Wilhelma Zukerkandla, Złoczów 1929, s. 67.
[2] Irena Tułodziecka, Działalność i poglądy społeczno-oświatowe Stefana Żeromskiego oraz ich odbicie w twórczości pisarza, Państwowe Zakłady Wydawnictw Szkolnych, Warszawa 1970, s. 31.
[3] W rocznicę śmierci Żeromskiego powołano w roku 1926 Komitet Obrony Puszczy Jodłowej, żądający utworzenia Parku Narodowego im. Stefana Żeromskiego. Podobny postulat dwa lata później sformułowała Państwowa Rada Ochrony Przyrody. Utwór Żeromskiego nie tylko sprawił, że wielu członków elit społeczno-kulturalnych było przekonanych, iż ochrona tego obszaru jest konieczna, ale także za oczywiste uznawano, że park narodowy powinien nosić imię pisarza. Zob. Jerzy Ćmak, Historia utworzenia Świętokrzyskiego Parku Narodowego, http://www.swietokrzyskipn.org.pl/monografia_historia_spn.html
[4] Walery Goetel, Wspomnienia o Żeromskim, w: Wspomnienia o Stefanie Żeromskim, zebrał Stanisław Eile, Czytelnik, Warszawa 1961, s. 119.
[5] Jerzy Kądziela, Młodość Stefana Żeromskiego, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1976, s. 255.
[6] Henryk Markiewicz, O twórczości Żeromskiego – rozważania rocznicowe, w: tegoż, W kręgu Żeromskiego. Rozprawy i szkice historycznoliterackie, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1977, s. 15.
[7] Zygmunt Zaremba, Wspomnienia. Pokolenie przełomu, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1983, s. 137.
[8] Maria Dąbrowska, Wspomnienie o Żeromskim, w: Wspomnienia o Stefanie…, op. cit., s. 347.
[9] Cyt. za: Artur Hutnikiewicz, Żeromski, Państwowe Wydawnictwo Naukowe, Warszawa 1987, s. 76-77.
[10] Cyt. za: Stefan Żeromski. Kalendarz życia i twórczości, oprac. S. Eile i S. Kasztelowicz, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1976, wyd. II poprawione, s. 207.
[11] Jerzy Zawieyski, Żeromski mojego pokolenia, w: Wspomnienia o Stefanie…, op. cit., s. 355.
[12] Julian Brun, Stefana Żeromskiego tragedia pomyłek, „Książka i Wiedza”, Warszawa 1958, s. 17.
[13] A. Hutnikiewicz, op. cit, s. 48.
[14] Anna Zdanowicz, Metafizyka i życie społeczne. Stefan Żeromski wobec problemów współczesności, Biblioteka Narodowa, Warszawa 2005, s. 178.
[15] A. Hutnikiewicz, op. cit., s. 88.
[16] Cyt. za: Stefan Żeromski. Kalendarz…, op. cit., s. 268-269.
[17] Ibidem, s. 269.
[18] Wojciech Giełżyński, Budowanie Niepodległej, Instytut Literacki, Paryż 1985, Biblioteka „Kultury”, t. 410, s. 107.
[19] Stefania Sempołowska, Ze wspomnień osobistych o Stefanie Żeromskim, w: Wspomnienia o Stefanie…, op. cit., s. 100-101.
[20] Antonina Lubaszewska, Wstęp, w: Stefan Żeromski, Snobizm i postęp oraz inne utwory publicystyczne, Universitas, Kraków 2003, s. 22.
[21] Hanna Mortkowicz-Olczakowa, O Stefanie Żeromskim. Ze wspomnień i dokumentów, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1964, s. 280-281.
[22] Ibidem, s. 282-283.
[23] Cyt. za: Stefan Żeromski. Kalendarz…, op. cit., s. 563.
[24] Artur Hutnikiewicz, Stefan Żeromski, Wiedza Powszechna, Warszawa 1964, s. 139.
[25] W. Pobóg-Malinowski, Stefan…, op. cit., s. 244.
[26] Jan Zygmunt Jakubowski, Stefan Żeromski. Życie i dzieło, Państwowe Zakłady Wydawnictw Szkolnych, Warszawa 1964, s. 62.
[27] Stanisław Eile, Legenda Żeromskiego. Recepcja twórczości pisarza w latach 1892-1926, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1965, s. 272.